Wstęp
Drogi Czytelniku,
przed Tobą tom poezji, na który składają się wiersze Poetek i Poetów — członków Tarnowskiej Grupy Autorów. „W porywach poezji” jest zbiorem przekazów prezentowanych podczas comiesięcznych spotkań, od kwietnia do grudnia 2025 r. (z wyłączeniem lipca i sierpnia). Każdy poetycki miesiąc wyznaczał inny temat, a ten z kolei przekładał się na różnego rodzaju refleksje. Meandrujące po wrażliwych zakamarkach ludzkich serc i dusz myśli, zamknięte zostały w strofach wierszy.
Pozwól, Czytelniku, że zabierzemy Cię także w podróż przez zmieniające się pory roku. W wiosenno–letnią radość pełną życia, która za sprawą nieuchronnego przemijania, wprowadza w jesienną wielobarwność, a następnie w otuloną białym puchem zimę — w poetycki nastrój zadumy i melancholii, ogrzewający wzruszenia w blasku świec.
W każdej strofie autorzy pozostawili cząstkę siebie z nadzieją, że ich wrażliwość odnajdzie pokrewną duszę wśród miłośników poezji.
Życzymy przyjemnej lektury!
W porywach poezji
Pomysłodawcą powstania niniejszej antologii jest
Monika Orman.
Tekst do druku złożyła Monika Orman.
Autorką tytułu antologii jest Maria Kwater.
Autorką obrazu zamieszczonego na okładce
jest Janina Piwowarczyk.
Prawa autorskie zastrzeżone.
Przy publikacji lub rozpowszechnianiu wierszy zawartych
w antologii „W porywach poezji” należy koniecznie
podać imię i nazwisko ich autora.
KWIECIEŃ 2025
Motyl
(pantum)
Motyl atłasowy rozsypuje barwy
Niby malarz chwili w natchnieniu ulotnym,
Flirtuje z fiołkami, czaruje stokrotki,
Elegant ogrodu w garniturku krasnym.
Niby malarz chwili w natchnieniu ulotnym
O obrazach wrażeń w głębi serca marzy,
Elegant ogrodu w garniturku krasnym,
Artysta kolorów jaskrawej symfonii.
O obrazach wrażeń w głębi serca marzy,
Za kropką biedronki pośród kwiatów goni.
Artysta kolorów jaskrawej symfonii,
Paź, pawik, modraszek nicią tęczy tkany.
Za kropką biedronki pośród kwiatów goni,
By barwnie przeżyć to, co i tak się zdarzy.
Paź, pawik, modraszek nicią tęczy tkany
W kosmosie miniatur — nie tylko w przenośni.
By barwnie przeżyć to, co i tak się zdarzy,
Flirtuje z fiołkami, czaruje stokrotki.
W kosmosie miniatur — nie tylko w przenośni
Motyl atłasowy rozsypuje barwy…
— Agnieszka Kowalska — Raszka —
Miłość się kocha
(sonet włoski)
W młodej zieleni malowane słońcem
Bzy kolorami pachną słodkoczule,
W spojrzeniu maja rozpuszczają pukle
Kwiatowej woni w liliowej koronce.
Powietrze barwy i aromat chłonie,
Fiolet się mieni eterycznym tiulem
Liścia, co z kształtu jak serce pulsuje,
Gdy wiatr puch mdławy bierze w swoje dłonie.
Miłość się kocha w tym miodnym zapachu
Bzów, odurzonych perfumami wiosny.
Sączy nektary życiodajne z kwiatów
W czas rozbudzonych feromonów lotnych.
I pośród pąków, miękkich traw i krzaków
Rozdaje hojnie pocałunków słodycz.
— Agnieszka Kowalska — Raszka —
Pandemia
Papież się za nas modli,
na pustym placu w Watykanie.
A ty pijesz herbatę.
Prezydent klęczy przed Czarną Madonną,
ty wysyłasz mema.
Tysiące ludzi umiera
właśnie teraz…,
a ty się złościsz,
że musisz siedzieć w domu…
kwarantanna…
że cię sprawdzą…!
Czy ty wiesz…
rozumiesz…
że właśnie teraz…
zdajemy maturę z człowieczeństwa?
— Maria Korol —
Wielki Piątek 28 marca 2020r. Tarnów
nie na kwarantannie, nie chora, jeszcze?
Wiosna
głowa zajęta niezapominajkami
zapachem bzu
konwalii
i innymi wiosennymi drobiazgami
serce otwarte na radość
zajęte maturą
miłością i kasztanami
i co?…
i pstro!
Wylany atrament na test
serce zgniecione
kwiaty kasztanowca
mają barwę borówek
i co?…
i pstro!
Bzy i konwalie przekwitły
akacje nie rozpoczęły wakacji
niezapominajki zapomniały pachnieć
i co?…
I nic!
Za rok znowu będzie wiosna.
— Maria Korol — Tarnów, 18 czerwca 2021r.
Stół/ Wiosna
Stół
Oto stół wspaniały
A na nim same wiktuały.
Makowce zawijane
I baby lukrowane.
Szynka wędzona
I rzeżucha zielona.
Koszyk pełen pisanek
a po środku święcony baranek.
Jedzcie mili goście
coście schudli w poście.
***
Wiosna
Spadły ostatnie zeschłe liście.
Przymrozek zważył trawy.
Deszcz przemoczył drzewa.
Potem białymi płatkami zawirowało.
Ziemię otulił śnieg.
I tak było długo długo.
Mogłoby tak być,
gdyby nie promyki wiosennego słońca.
Przybiegły, pofiglowały.
Zrobiło się ciepło,
zielono
i mamy wiosnę.
— Maria Guzek —
Wiara
Wysoki strzelisty gotyk
Muzyka
Spływająca z organów
Płożąca się po ścianach
I posadzce.
Tabernakulum
kryjące świętość.
A na ołtarzu
najprawdziwsza cud
— przeistoczenie.
Chłonę słowa ewangelii.
Patrzę na ołtarz
na witraże
w smukłych oknach
I krzyczę
— nie chcę innej wiary.
— Maria Guzek —
dzisiaj
dzisiaj
słońce
patrzyło długo
na moją twarz
jakby chciało tchnąć we mnie
odrobinę człowieka
— Monika Chytroś —
Krokusy/ Wiosenna mżawka
Krokusy
Są kluczem do wiosny
i świętują ze słońcem
odejście zimy
Rozchylają odważnie
płatki kwiatu
zbierając dla spragnionej pory
krople rosy
***
Wiosenna mżawka
Bez zbędnych powitań
budzi do życia
gałęzie i łąki
podaje rękę
nadchodzącej wiośnie
która w tłumie
burzliwych kropli deszczu
przeciera szlak
promieniom słońca
zniewolonym przez mróz
— Izabela Zubko —
Drzewo życia
tłum krzyczał
gdy wbijano gwoździe w Twoje ciało
i stawałeś się jednością z krzyżem
tylko Matka Bolesna
rozumiała Syna
rozbawieni żołnierze
częstując octem
drwili byś się wyzwolił
nie mogłam patrzeć
łzy zmieniły rysy mojej twarzy
modlitwa stała się prośbą
o szybkie zmartwychwstanie
gdy rozległ się głos
Eli, Eli lama sabachtani
zatrzęsła się ziemia
— Izabela Zubko —
Marzanna
Nadchodzę z mrozem,
zamykam świat w lodowej ciszy.
Jestem boginią ośnieżonych pól,
zamarzniętych rzek i jezior.
Moim dzieckiem — wegetacja,
którą delikatnie kołyszę do snu.
Pierwszego dnia wiosny
tonę w nurcie rzeki,
splątana w słomiane wstążki,
gorejące jak pochodnie.
Ale nie znikam.
Co rok powracam,
by rozegrać tę odwieczną grę.
W zimnej dłoni
ściskam ziarno odrodzenia —
początek życia
dla śpiewających ptaków.
— Izabela Zubko —
Bannik
Stojąc w oparach,
zamykam oczy.
Zamieniam przyszłość,
w którą wkrada się dżuma,
leżąca na rozgrzanych
kamieniach.
W myślach szykuję dla niej
brzozowe witki,
twarde jak włos
pachnący koniem,
by przegoniły ją
za próg świata
i uratowały łaźnię
przed zamknięciem.
— Izabela Zubko —
Poszukiwania/ Nic nie działa
POSZUKIWANIA
Zamykam oczy, by zobaczyć marzenia.
Obraz jest jak przypływ i odpływ —
zbliża się i oddala.
Otwieram oczy i szukam,
gdzie schowały się sny —
niektóre czasem znajdę
bo wychodzą na światło dzienne.
Tylko dalej czegoś brak,
może czegoś co głębiej schowane?
***
NIC NIE DZIAŁA
Można mówić do niego jak do kamienia.
Aluzji nie odczyta, mówienie prosto z mostu
nie pomoże, łzy nie wzruszą.
Trudno skruszyć skałę, która nie przyjmuje
żadnych argumentów.
— Wojciech Gieroń —
Kiedy się zazieleni tego jeszcze nikt nie wie
Wiatr porusza gałęzie,
uwalnia drzew energię.
Zmusza je do ruchu, z odrętwienia budzi.
Ich skłony, gesty i znaki przejmują dookolną przestrzeń.
Falą chłodu przenikają ludzi,
żeby mogli zrozumieć, co tkwi w bezlistnym szumie,
w obdarciu, obnażeniu i pozornej śmierci.
Choć jeszcze nagie — śnią o ciepłym wiewie,
kiedy się zazielenią, tego jeszcze nikt nie wie.
Gdy znowu im zaszumi w konarach i w koronach,
gdzie gniazdo można uwić,
przemówią ptasim śpiewem, z ptakami i za siebie.
Przepływem soków, drżeniem,
wzrokiem ukrytym w gąszczu głębokim,
obejmą całość pór roku,
od korzeni schowanych w glebie
po wierzchołek wysoki zawieszony w niebie.
— Zbigniew Mirosławski — 2017 r.
Bezczas
Jest ani kwiecień, ani grudzień…
bezczas dokoła trwa ponury,
po niebie suną ciemne chmury,
senni, zmęczeni wkoło ludzie.
W takiej przestrzeni ćma się miota,
kiedy pogasły wszystkie światła
trudno ulecieć, wkoło matnia,
zostaje tylko czuły dotyk.
Kiedy nostalgia nas dopada
i zdaje się, że nic już po nas,
nie chce się wstawać, nie chce gadać,
causa finita, gra skończona…
to mimo wszystko choć po grudzie,
zdoła nas, cień miłości zbudzić.
— Zbigniew Mirosławski —
Razem
Poderwij duszę jak palec samotną
zabierz w krainę niespodzianych zdarzeń
gdzie skrzydłem motyl zapuka dziś w okno
wolno rapsodię baśniową wymarzy
Zabierz mnie w granat wieczornych witraży
żeby banicja nie była ciężarem
orszakiem wspomnień nie pozwól się sparzyć
zakop topory i czuwaj wytrwale
Zostań i zabierz gdzie smutku kraina
nie sięga pnączem na przekór miłości
zapadłym bytem niech kolan nie zgina
ludzka niestałość co złe gniazdo mości
Bądź ze mną wszędzie gdzie oczy poniosą
przetrwaj najgorsze fale bez wytchnienia
wkopiuj w azylu toń dziś polną wiosną
by cały świat na nasz widok oniemiał
— Ewa Fronk —
Jak sęp arze, ara karze
Zeszła się trafem niesforna para:
ona papuga, on zasępiony.
O gniazdo żadne nie chce się starać,
wciąż wytykają czcze farmazony.
Ara powtarza: -Gdzie ty wciąż latasz?
Trzeba naprawić syfon w łazience!
Jeśli przekroczysz próg, wołam brata!
Nie chcę cię w domu zobaczyć więcej!
Sęp tylko schylił głowę ponuro,
naciągnął kaptur prawie na oczy.
— Ja nie hydraulik, domowa kuro!
I znów z kumplami na piwo skoczył.
Minął dzień jeden, a może cztery,
w garażu światło wysiadło właśnie.
Sępim zwyczajem prawi bajery,
że jest zmęczony i zaraz zaśnie.
— Wezwij kobieto dziś elektryka,
może prąd wyrwał się spod kontroli!
Ja żyrandola nigdy nie tykam!
Jeszcze mi prądem… i mnie zaboli…
Nad ranem wraca po głębszych wielu,
zdziwiony, garścią przeciera ślepia.
W garażu jasno jak na weselu!
Przed zlewem żona i się nie czepia?
W koronkach cała jak kurtyzana,
nawet przystojna, aż się sęp spocił.
Można rzec, prawie w nic nie ubrana,
wesoła jeszcze, ze wzrokiem kocim?
— Co tu się dzieje, gadaj papugo!
Kto to naprawił? Miałaś pieniądze?
— Sąsiad był w nocy, pracował długo,
kazał zaśpiewać lub puścić żądze.
— Co zaśpiewałaś? — Wyrzekł jak struty.
Kiedy odrzekła z zadziornym gestem,
sępowi poszło zapewne w buty:
— Ja piosenkarką przecież nie jestem!
— Ewa Fronk —
eureka
„Z myśleniem jest tak jak z chodzeniem: najpierw człowiek trzyma się ręki matki, a potem odkrywa, że już sam potrafi.”
ks. Józef Tischner
szablony skojarzeń
przetarły szlaki
sukcesów i potknięć
rozum
zapuszcza korzenie
na wyspach Robinsonów
krojąc nietuzinkowość
na własną miarę
teoria stawiania kroków
nie poszła w las
skoro można po lądzie
czemu nie w powietrzu
telepatycznie
wirtualnie
chodzę więc myślę
myślę więc latam
latam bo chcę
— Ewa Fronk —
Przebudzenie/ w tunelu źrenic
dla Janka
Przebudzenie
Masz w sobie światło
jesteś
blaskiem moich oczu
morską latarnią
kradnąc energię
światłem odbitym świecę
jesteś mi słońcem
zostań.
W tunelu źrenic
Wchodzę w tunel twych miodowych źrenic,
nie dzieli nas nawet powietrze,
to unoszę się, to spadam w głąb ziemi,
gdy wypełniasz moją pustą przestrzeń.
Tulisz moje myśli potargane
i w ramionach zamykasz mnie całą,
smakujemy siebie nawzajem,
w głodzie wstydu wciąż mi ciebie mało.
Żeglujemy na fali uniesień,
wokół kłębią się myśli szalone,
to nie ważne, że już życia jesień,
my łapiemy krople wiosny utraconej.
— Maria Kwater —
Maleńka cząstka szaleństwa
„Optymista uważa, że jest to najlepszy ze wszystkich możliwych światów. Pesymista wie, że to prawda.”
Oscar Wilde
Odrobina szaleństwa pomaga przetrwać trudne chwile,
złamanej miłości, rozstania, choroby, śmierci
czy inną życiową zawiłość.
Mówią mi, że jestem niepoważna,
a mnie z tym dobrze,
bo czym jest szaleństwo?
Chorobą, czy sposobem na życie?
Czy można będąc szalonym
kochać, jednocześnie prowadząc spokojne życie?
Miłość, to istne szaleństwo,
a i tak rzucamy się w wir jej namiętności
i w tym szaleństwie trwamy.
A co jeżeli szaleństwo po prostu nas przerasta?
Co wtedy?
różowe tabletki na optymizm, gumowe ściany
i świat zamknięty za bramą,
bramą wstydu?
Odrobina szaleństwa nikomu nie zaszkodzi,
w każdym z nas maleńka cząsteczka gdzieś tam…
we wnętrzu sobie mieszka i czasem z nas wychodzi.
Mówią mi -" jesteś niepoważna”,
mam na to receptę
ze szczyptą szaleństwa,
w różowych okularach,
garścią optymizmu,
doprawionego uśmiechem.
Z taką miksturą nie przetrwać
dopiero byłoby doprawdy
prawdziwym szaleństwem i grzechem.
— Maria Kwater —
W zapachu kwiatów
Pierwsze konwalie, pierwsze miłości,
pierwsze porażki, zauroczenia,
w zielonych szatach maj się rozgościł,
od lat w temacie nic się nie zmienia.
Majowe słońce rozwija pąki
spijając o poranku rosę,
nad łąką niosą pieśń skowronki,
a od dąbrowy słychać kosy.
Pierwsze konwalie, miłości pierwsze
zapach rozdają z pocałunkami,
niewinne jeszcze i najszczersze,
usta otula ich aksamit.
Pierwsze konwalie w bukiet zebrane
błyskają bielą dzbanuszków małych,
obdarowane nim zakochanie
i w tym jest urok wiosny cały.
— Maria Kwater —
Na wzór i podobieństwo lilii
ukryta w górskich ostępach
na styku oddechów ziemi
z błękitami nieba
gdzie krzyżują się aniołów drogi
strzegąc jej cnoty
przed dwunożnym drapieżnikiem
i łowcą trofeów
by sen jej spokojny i błogi
nie wiedział
co to marność świata
rosą obmyta i napojona
lśni bielą perły w promieniach słońca
od wschodu do zachodu
od początku do końca
najpiękniejsza
nieświadoma swej urody
na wzór i podobieństwo lilii
jedwabiu i aksamitu
szeptu i muzyki
kryształ z potoków górskiej wody
rodząca się na kamieniu —
niewinność
— Monika Orman —
W czasu przypływach
czas odmierzam miarowym tętnem
smukłą iglicą w biegu zaklętą
sunę po tarczy
liczę oddechy
minuty w cieniach
naszych uśmiechów
sekundnik biegnie wciąż niespokojny —
goniec przyszłości
w tempie bezwzględnym
zaś godzinami w mniejszym pośpiechu
chwytam za brzegi dnia kolejnego
jak rwąca rzeka
płynę przed siebie
i nie powrócię
w żadnej potrzebie
w lustra odbiciu zmieniam wciąż rysy
choć w oczach płoną
te same iskry
jak wtedy kiedy
noc zaplątałeś
pocałunkami
o smaku wiśni
które po latach na ustach czuję
w czasu przypływach
w nagłych przebłyskach
cichej miłości
która wciąż jeszcze
pragnie się ziścić
— Monika Orman —
Nokturn Es-dur
inspiracja Nokturnem Es-dur op.9 nr. 2, F. Chopina
Ktoś rozlał indygo na błękity nieba
Całymi nutami zmierzch kroczy już wolno
By cienie rozwieszać między zieleń drzewa
Świetliki zawiesić między kwiaty polne
Zaś pieśniom słowiczym niosącym nad ziemią
Wiatr słodkie szesnastki w miłości przemienia
Ktoś rozlał indygo na nieba błękity
I w tarczy księżyca odbija czułości
I płynie ach płynie z nocą się nie liczy
Tańcząc ósemkami gwiazdy srebrne pieści
Złotym pyłem sypie w nokturna pasaże
Anioły muzyką chcąc bosko rozmarzyć
Na błękity nieba ktoś rozlał indygo
Z baletnicy wprawą kręci piruety
Pośród kręgów wody połyskliwie miga
Nimfa to czy zjawa o kształtach kobiecych
Kojąc słodkim śpiewem romantyczną duszę
Dając jej tęsknotom słone łzy osuszyć
Na nieba błękity ktoś indygo rozlał
Ornamentowanej utworu śpiewności
Upoiwszy zmysły zapachami fiołka
Pragnąc piękno chwili pośród nut ugościć
Echem w dal poniesie w porannej godzinie
Cicho coraz ciszej nim w ciszy tej zginie
— Monika Orman —
Porwij…
Porwij karty codzienności
zdemobilizuj wspomnienia
ubierz się w trzepot głuszca
zatańcz na wietrze
i nie pytaj o żelazny dowód
— Maksymilian Tchoń —
Rudy miłości odnalezione
Stanęliśmy
tak samo ludzcy
w istocie
tworzenia
patrzyliśmy na siebie
tak samo zaopatrzeni
w wenę
z innego wymiaru
kochaliśmy się w sobie
językiem,
duszą
i czwartym wymiarem
opuściliśmy pozycje
taktyczne
strategicznym szeptem
tłumacząc sobie
to,
czego nie ma w naszej retoryce
To jest
prawda w świecie bez
aksjomatów
jakich chciałbyś użyć
do walki przeciw sobie?
górnolotne metafory
dłużą się
przeciętnemu Czytelnikowi,
które pełnią funkcję
odstraszania
za to pokochał mnie
cały Zachód
pokładał we mnie nadzieję
syty
i głodny
patrząc w gwiazdę,
w którą w tej samej chwili wpatrzony
mój blef jako poety
to ustroju mego serca —
utopii
części zamienne
taniej kupię
drożej sprzedam
akcje uczuć
ustanawiam cenę
Myśli Czystej
w połowie
anatomicznych
rud miłości
powleczonych
szlachetną
ideą w Państwie,
z którego wyrzucono poetów
twój muzealny
krzyk
ma już epokową przynależność
sprowadzony
z Nieba
bezcenny —
najwyższej jakości,
bo nikt zawsze będzie cię
kochał najbardziej
ból
Szczęścia
chiaroscuro
grunt:
inteligencją
nie grzeszyć
— Maksymilian Tchoń —
Walls
1.
Neopoeci akredytowani wiarą
w Słowo. Depozytariusze rymu
Jowialni słudzy Prawdy —
spoglądają z boku
krwawej literackiej ofiary
2.
Z daleka od gwiazdy dążą tu
podszepty miłości —
Ulep mnie jako człowieka pewnego,
Jako człowieka wahającego,
Jako człowieka
tylko, bądź zarazem
3.
Przyszło mi remontować wschody
i zachody słońca. Dźwigam
promienie, które i tak muszą
upaść. Bywam przestępny —
moje linie papilarne zna każdy
— Maksymilian Tchoń —
Na mojej drodze
Na zimnej drodze rosną kamienie,
A na nich mech jest zieloną bazą.
One wiosennej iskry krzemieniem,
Na ziemi pączki podbiału sadzą.
Psy ogrodnika, nic nie zwąchają.
Natura wkrótce ożywi kamień.
Już się do boju rzuca batalion,
By wzrost rozmnożyć dodaje strzemię.
Jak koń wyskoczy! Byle do wiosny!
Dotrwać w szarości, nogom da sily.
Cwałem podskoczy też wiersz miłosny.
Wezwie na odsiecz krajobraz miły.
Mokre kamienie kwiatem obrosną,
Wystrzeli w niebo ambrozji siła.
A wtedy krzyknę: Ach, witaj wiosno!
Witajcie pszczoły — proszę zapylać!
— Janina Piwowarczyk —
Co się wydarzy
Nikt tego nie wie, co się wydarzy.
Co los przyniesie? Czy dar czy balast?
Nie myślisz o tym, gdy masz na twarzy
serdeczny uśmiech, rozdasz od zaraz.
Dzień się zaczyna! Życie jest piękne!
Promyk przez chmury łaskocze oczy.
Noc już zamknęła granatu przestrzeń.
Zbudź się, bo warto. Świat cię zaskoczy!
Czy zła, czy dobra wiadomość nowa,
ważne, by przyjąć ją ze spokojem.
Na drzwiach widnieje szczęścia podkowa,
dzień poczęstuje miodnym napojem.
Ciepłe życzenia, słowa radosne,
gromadźmy wokół siebie niezmiennie.
Na horyzoncie ujrzymy wiosnę.
Z nadzieją ku niej zmierzajmy wiernie!
— Janina Piwowarczyk —
Wiosna o zachodzie
Słońce zachodzi: dlaczego i za co?
Za dnia zmęczone, za góry, za lasy.
Każdy z nas tego widoku jest łasy —
Krwiste ladaco.
Jeszcze walizek nie pakuje wiosna,
A już się lato nieźle szarogęsi.
Zanim wymaże wiosnę w swej pamięci,
Żar tka na krosnach.
Dopieka wiośnie lato w powijakach,
Od rana niebo żelazkiem prasuje.
Utkaną zieleń nie traktuje czule.
Dla cienia wakat.
Na dobry wieczór zakwita purpurą.
Złotem przetyka ją, jak arras stary.
Bordowe wino rozlewa do czary,
Zakrywa chmurą.
Wiosenny chirurg, instrument nie lada!
Skalpel błyskawic wieczór tnie na strzępy.
W toni jeziora lśni barwami tęczy.
Cisza zapada.
— Janina Piwowarczyk —
Moja oda do chwili/ Angelus custos
Moja oda do chwili
Chwila trwa długo
jak przodków spojrzenia
na fotografiach wiszących
przy piecu;
jak podskok dziecka, kiedy
tata wraca…
On — potem tęskni
i tuli wspomnienia…
Chwila trwa długo.
I niech tak się stanie…
***
Angelus custos
Świetlisty
i tajemnicą owiany!
A tylko czasem żal Mu,
że nie może zranić
kolan, serca, stóp
o kamień.
— Maria Rec —
MAJ 2025
Na kartach książek
(sonet włoski)
Rzecki umiera — ja rozpaczam szczerze,
Że świat opuszcza romantyk ostatni,
A gdy się szarpię w beznadziejnej matni,
„Nic to” powtarzam za Małym Rycerzem.
W Exupery`ego powiedzenia wierzę,
W „Potopie” słyszę szwedzki huk armatni,
Na „Życiu Violette” uczę się empatii,
„Nędzników” losem swą codzienność mierzę.
Na kartach książek „kaganiec oświaty”
Tli się uparcie i rozświetla cienie,
Uskrzydla myśli, budzi „uczuć kwiaty”,
Na szekspirowskiej ożywia nas scenie,
By w universum wplecione cytaty
Głowie zbyt ciężkiej niosły oczyszczenie.
— Agnieszka Kowalska — Raszka —
Wiersze
Pisze się wiersze z bólu,
pisze się z cierpienia,
nakłada na kulki różańca,
wciera się je we łzę.
Pisze się wiersze z pragnienia,
pisze się je z marzenia,
w blasku czyjegoś szczęścia,
z braku nadziei na cud.
Są potem jak zapachy
snujące się po łąkach.
Jak kwiaty zaschnięte w bukiecie,
jak sople lodu na szybie, jak szron.
Nęcą one nadzieję,
bawią się z przeznaczeniem,
imprezują i tańczą z czasem,
omamiają zły los.
Dają natchnienie nadziei,
a kołomyjkę losowi,
który z dziecięcym śmiechem
poskromi swą złość.
Zabliźnią stare rany,
osuszą serca łzy.
Zaczarują sobą przyszłość
w której będzie dobrze żyć.
— Maria Korol — 29 sierpnia, 2013, godz. 3:20
Oddział Pulmonologii, Szpital im. E. Szczeklika
Marzenia z literatury/ Słowo
Marzenia z literatury
Czarna kropka
na białej kartce.
Może druga kropka?
Dwukropek rozgląda się
za dwukropkiem.
A czterokropek…
samotnie tkwi w erracie.
***
Słowo
Czym jest słowo?
Zbiór liter, sylab, dźwięków.
Co niesie słowo?
Miłość, przyjaźń, nienawiść.
Czego dotyka słowo?
Ciszy, mądrości, przeznaczenia.
Jaką ma siłę?
Twoją!
Siła słowa jest tobą
i jest w tobie.
— Maria Korol —
Książka/ Wskazówka
Książka
Leżę na wznak
I patrzę w sufit
we mnie jest
tyle niepokoju
strachu
niepewności.
Jest też
Nadzieja i wiara.
To ja
Twoja książka.
***
Wskazówka
Życie jest
za krótkie
aby przeczytać
wszystkie książki.
Dlatego czytajcie
te najlepsze książki.
— Maria Guzek —
Wiosna
Zieleni soczysta
Zieleni wiosenna
Źdźbło trawy
Na którym
Usiadł motyl.
Kwitnące kasztany
Zapach bzu
I konwalii.
Ziemia pachnąca
po deszczu.
Tęcza
nad koraną drzew
I kot na płocie.
To wszystko
od Ciebie Panie.
— Maria Guzek —
Popołudnie na łące
Czytam…
a wokół zastyga cisza,
pamiętająca więcej ode mnie.
Czas przeciąga się po horyzont,
przysiada obok,
jakby znów był dzieckiem.
Czytam…
Każdy wers jest śladem małej stopy
ukrytej wśród traw,
które poznały moje imię,
zanim nauczyłam się mówić.
Jestem sama,
a wiatr przypomina radość,
co zawitała tu kiedyś.
Zrywa chabry i maki,
rozrzuca je między kartki,
próbując coś dopisać.
Zamykam książkę —
słyszę w sobie głos
dziewczynki sprzed lat.
— Izabela Zubko —
O poezji
kurz nie ma alergii
lubi poezję
wkrada się w jej szczeliny
chroniąc przed światem
pełnym krzywdy
poezja lubi kurz
czasami otwiera duszę
rozrywając pajęczynę
ukrytego dziewictwa
by krzyknąć
i bezpiecznie zasnąć
w szeleście stron
— Izabela Zubko —
Zwaśnione rody
Postaraj się unieść niebo
na barkach
niczym Atlas
Zrzeknij się grzechu
za huragan na morzu, gdzie statek widoku
czyta skargę dusz narodów
Powierz mi tajemnicę
we wnętrzu spojówki
Zetrzyj z policzka zmazę
pierwotnej północy
kiedy to
potajemnie spotkaliśmy się za dnia
mimo, iż wolałbym nocą
przeciw ziemi ognistej
kiedy to
potajemnie kochaliśmy się
w paradoksie testamentu
kiedy to
budowaliśmy na skale
nasz dom z komend rozgromu
muzyki myśli docierającej się
z taktyczną głuszą
kiedy to
odkrywaliśmy się w sobie aliterycznie
jako mężczyzna i kobieta
zrodzeni, nie stworzeni
kiedy to
planowaliśmy zamach na burzę
w szklane whiskey
kiedy to
zerwaliśmy czystość z pościeli błękitu
jako Adam i Ewa
odgrywając rajskie role
w teatrum bez kurtyny
i kiedy to
zrozumiałem, że
medycyna się pomyliła
i będziemy żyli wiecznie
będziemy żyli wiecznie
w Mieście bez imienia
w kraju bez rady
w domu bez fundamentu
nie znam człowieka, któremu
warto byłoby zazdrościć
stawiam pokera z kości słoniowej matko
i rachuję myśli,
by ułożyć je w dywan
z róż czerwonych,
bo tak
i drzewa, które nie daje cienia,
bo nie
rzeki, która nie gasi pragnienia
bo nie może
góry, która nie zmęczy…
rozkoszy, która jest doskonała
bo pozaziemska
historii, która nie zatacza koła
bo mitem jest zapas pamięci
byś idąc pokłuła się
jedynie o mój magnetyzm dłoni i ust,
szlifierze naszego uczucia
szlifierze naszego uczucia
stoją na baczność
a celem naszym
zbawienie i dom rodzinny,
gdyż tam gdzie my, tam granice naszej Ojczyzny
— Maksymilian Tchoń —
Cytując klasyka
Nie mam już
tylu stron
bylebym chciał mieć
cztery
Nie mam już
tylu miesięcy
bylebym mógł mieć
dziesięć jedenaście
ile jest prawd
przykazań
nauk
Nie mam już
siedmiu dni
bylebym ustanowił
pięć albo sześć
albo osiem
błogosławieni cisi
Nie mam już
aż swojego pokolenia
na młodość
umarła
odeszła zmieniła kraj
Nie mam już
ino noweli życia
odeszło
umarło
zmieniło ziemię
bo poszło
w ziemię
bez litości
mojej zgody
bez imienia
nazwisko pozostało
nieczytelne
napis zabrało morze
zmyła ulewa
wypaliło słońce
Nie mam już
dnia
ani nocy
W dzień jest
taniec z gwiazdami
Nocą
moje piękno
niewidoczne
dla oczu szklanych
dla ust głodnych
i języka sytego
dla dłoni pełnych
i rąk przyzwoitych
dla stóp odzianych
na drodze ubitej
i głowy pełnej
serca oddanego
jestem w stanie
porzucić odwieczny
cykl siewu
i zbierania polu
Urodziłem się jutro
Umrę wczoraj
Dzisiaj żyję
w marzeniu
wiele razy
bo tyle książek
ile pomieścił
mój pokój
nie zabiła
biblioteka
swym kluczem
do
366 dnia
Wydając prawomocny
wyrok
na czterech literach
artysta
poeta
tłumacz
błogosławiony jesteś
Nie mam
ten który
pisze wiersze
i ten który
nie pisze
Mam
ten który
zrzuca więzy
i ten który
więzy
sobie nakłada
Albo morze
ten który wierzy
i ten który
uwierzyć
nie może
dajmy mu
rym surowicę i karę
bywania
mężem
zaufania
Pozbawiony wolności
lat przestępnych
Już dorosłem
ot
zbawienia
dzieli mnie
idea
myśl
żar
cytując klasykę
Niech tli
się
i ani ziębi ani parzy
lecz holistycznie
kwitnie
duchem
swej
epoki
— Maksymilian Tchoń —
kiedy
i kiedy otworzyłem książkę
strona
przecięła mi palec
krew rozpłynęła się po czarnych słowach
a każda jej kropla
była niczym bijące serce
— Monika Chytroś —
Antykwariat
Książki osierocone
w przytułku pogłaszczą po grzbietach,
zapiszą numerek,
postawią je na półce,
aby mogły powspominać
dzień
w którym po raz pierwszy
opuściły drukarnię
i o własnych siłach
zaczęły przepychać się łokciami,
marząc o długim żywocie
„białego kruka”.
— Zbigniew Mirosławski —
Stare księgi
Stare księgi ułożone stertami.
Moc ich słowa jest z nami.
Delikatnie obracam stronę za stroną.
Opuszkami palców dotykam pergamin.
Barwne inicjały ożywiają zacienione sklepienia.
Łacińskie sentencje albo grecka mowa
przemawiają odległym echem.
W tamtych cichych skryptoriach
czas zależał od płomienia świecy,
odczuwam tamten zapach dymu,
ból w plecach cierpliwego pisarza.
Jestem z nim spokrewniony
benedyktyńskim przywiązaniem
do zaczerniania papieru,
do dokonywania tłumaczeń.
Piszę od nowa historię człowieczą.
— Zbigniew Mirosławski —
Mój kapelusz
Mój kapelusz zatrzymuje słońce
Lśni od marzeń po obłokach błądzi
Bez nich zwiędnę uschnę przed dnia końcem
Marzeń łaknę tak jak kania wody
Świat zmarznięte serca niech ogrzeje
Aby ptakom nie zabierał nieba
Bo do marzeń serce mi się śmieje
Ptak stalowy duszy przecież nie ma
Niech się ptaki rozśpiewają trelem
I w marzeniach w niebo poszybują
Dajmy ptakom miejsce by na ziemię
Spłynął czar ich śpiewu potrzebuję
Ile byłby wart świat bez marzenia
Niech kapelusz nimi się napełnia
Dajmy ptakom złapać muchę w locie
A w powietrzu dajmy ptakom lecieć
— Janina Piwowarczyk —
Nadchodzi lato
wiersz biały
Na błękitnym niebie zawisło lato
Skowronek wysoko o żniwach śpiewa
Odchodzi zielona kwitnąca wiosna
W zbożu już królują chabry i maki
Maluje się obraz pigmentem lata
Żółcienią pszenicy i srebrem żyta
Czerwienią makowych plam pośród zboża
W oczach pozostawia film zapisany
Wspomnieniem sprzed laty gości w mym sercu
Zapach sianokosów nostrzyku wonią
Lato przebogate w kwiaty owoce
Dąży ku jesieni czerwienią malin
— Janina Piwowarczyk —
Czymże jest słowo
„Słowo nie jest niczym innym dla tęgiego umysłu
jak rękawiczka z koźlej skóry.
Jakże łatwo ją wywrócić na niewłaściwą stronę!” — Wiliam Szekspir
Słowo tematem jest ciekawym.
W bitwie na słowa grunt się zmienia.
Jednym dostarcza ciepłej strawy,
Innym podważa sens istnienia.
Wypowiedziane drażni ucho.
Nie chce w nim długo pozostawać.
Może być klątwą, gdy szeptuchom
Zdarzy się złowić je… w pół słowa.
Słowo leciutkim wierszem płynie,
Albo kamieniem jest na szaniec.
Ono buduje lub zabije
Wszystko co piękne — jednym zdaniem.
Słowo jest dobrem, kiedy język
Giętko dociera do adresu.
Wulgarne — niszczy, grozę piętrzy.
Nie igraj słowem, źródłem stresu.
Łatwo je wplatać w słów lawinę,
Już niemożliwe poprawianie.
Trudno ustalić, kto jest winien.
Słowo się rzekło — padło, amen.
— Janina Piwowarczyk —
Oto czyni wszystko nowe…/ Z dziejów książek…
Oto czyni wszystko nowe…
Jest taka Księga, w której dzieją się cuda, a Słowo z Niej smakuje jak miód lub piołun. Jest taka Księga, dawno nieodkurzana lub pokryta śladami łez i pocałunków. Jest taka Księga — żyjąca.
***
Z dziejów książek…
Książki niczym wspomnienie — ojca w półmroku sennego pokoju, czytającego dziecku na dobrą noc najpiękniejszą baśń świata; — rzęsistych łez nad dobrodusznym kogutkiem, uprowadzonym przez nieczułego lisa; — wyboistych podróży dookoła świata na wyciągnięcie ręki po kartki z przygodami pana Fiedlera. Książki niczym wspomnienie czasów, gdzie „wszystko było możliwe”…
— Maria Rec —
Ono
Póki co
nie mówi,
nie chodzi,
nie potrafi stać…
Leży
i macha
czym może!
A do niewymownej radości
i niewymownego szczęścia
wystarczy mu —
samo życie!
— Maria Rec —
Wspominki
Przez okienną szybę w domu u mojej Babci, na ukwieconym parapecie, przysiadało słońce. Tam pozwalało się oglądać! W domu Babci słońce było u siebie, biegało po domowych sprzętach, a czasem jego iskra oświetlała babciny uśmiech. Chętnie wybiegało na podokienną rabatkę, żeby pokołysać się na goździkach o krótkich nóżkach. Słońce na dachu domu Babci wylegiwało się podczas jesiennych deszczy i wiosennych burz.
Słońce na dachu domu Babci pozostanie do końca świata…
— Maria Rec —
Uzależnienie
Nie mogę wchodzić do księgarni,
bo rzadko z niej wychodzę z pustymi rękami
zwłaszcza, gdy cena powoduje zdziwienie oczu.
Promocje książek dają organizmowi wrażliwość
od której trudno się uwolnić.
Muszę się zdobyć na szczyt rozwagi,
by nie wpaść w tę pułapkę.
Stoiska z książkami mijam szybko.
Mało miejsca w domu.
— Wojciech Gieroń —
Czasochłonny projekt/ Poranna panorama
Czasochłonny projekt
Długo trwała budowa mostu
łączącego różne charaktery,
ale i na nim są różne znaki —
nie tylko ustępstw.
Gdy na nim za bardzo widać szaleństwo
musi byś postawione ultimatum —
dla dobra całej konstrukcji.
***
Poranna panorama
Budzę się z rana i widzę