Wstęp
„Znów zaszła zmiana” mojego miejsca pracy. Kolejna w życiu dorosłym — wpierw, po ukończeniu szkoły, jedenaście lat w fabryce. Na początku krótko jako pracownik magazynu ekspedycyjnego pomp, potem elektryk, następnie przez wiele lat zaopatrzeniowiec. Później nastąpiła całkowita zmiana mojej aktywności zawodowej — z szeregowego pracownika w fabryce przeszedłem do pracy z ludźmi. Najpierw jako członek kadry w oddziale obrony cywilnej, gdzie odbywali służbę z poboru dorośli mężczyźni, a następnie już w młodzieżowym OHP. Ta praca wychowawcza była długim, osiemnastoletnim okresem. Jednocześnie toczyło się normalne życie prywatne, chociaż i na nie wpływały gwałtowne zmiany ustrojowe, jakie przetoczyły się przez Polskę na przełomie lat 80. i 90. XX wieku.
W połowie lat dziewięćdziesiątych powstała nowa szkoła, do której uczęszczali uczestnicy mojego OHP. Ponieważ swoją siedzibę miała w sąsiednim budynku, oprócz pracy wychowawczej z ohapowcami zacząłem też w niej uczyć. Po kilku latach szkoła musiała zmienić siedzibę i wtedy przeszedłem do niej pracować na cały etat; znowu kolejne osiemnaście lat nauczania i jednocześnie wychowywania.
Nowy etap pracy, a więc i nowe są wspomnienia z nią związane. Jednocześnie różne zdarzenia nie omijały i życia rodzinnego. Pora więc zanurzyć się w czasy już nam bliższe i najbliższe…
Część I. W OŚWIACIE
Rozdział I. Jeszcze w obcej szkole
Przez wiele lat uczestnicy naszego hufca OHP chodzili do Zespołu Szkół Budowlanych, położonego kilkaset metrów po drugiej stronie parku miejskiego. Niektórzy nauczyciele podchodzili do naszych wychowanków podobnie jak do pozostałej młodzieży w swojej szkole, która nie miała opóźnienia w nauce; nie potrafili się przestawić i dostosować metod nauczania oraz wymagań do specyfiki naszej młodzieży. Powodowało to oczywiście problemy we współpracy kadry OHP i kadry szkoły.
Jednym z takich nieprzyjemnych zdarzeń było nieprzepuszczenie czterech chłopców w ostatniej, trzeciej klasie zasadniczej szkoły zawodowej. Tylko z jednego przedmiotu — historii. Nie było już „rocznika niżej”, więc nie mogli powtarzać klasy i groziło im całkowite wypadnięcie na samym końcu nauki. Zawodowe egzaminy praktyczne i teoretyczne pozdawali, inne przedmioty ogólnoszkolne także pozaliczali. Tylko ta historia… Nasz wychowawca nie mógł przekonać nauczycielki.
Kiedy mnie o tym poinformował na początku czerwca, udałem się do historyczki. „Porozmawiam, ona zrozumie, da im jeszcze dodatkowy termin. Czy to pierwszy raz takie coś…” — przemyśliwałem po drodze.
— Dzień dobry. — Przywitałem się grzecznie na pustym korytarzu szkolnym.. — Chciałem porozmawiać o…
— …tej waszej czwórce z zawodówki? — przerwała mi oschłym tonem. — Nie ma o czym mówić. Mieli czas, nie zaliczyli. Teraz za późno.
„Co za wredna… jeszcze przecież młoda, a jak jakaś stara sekutnica, której życie zbrzydło” — przemknęło mi przez głowę. Ledwie się pohamowałem. Sprawa do załatwienia była ważniejsza niż moje odczucia. Odpowiedziałem więc spokojnie:
— Przecież chłopacy pozaliczali wszystko inne, końcowa klasa. Też lubię historię, ale oni nie będą pracowali w tym fachu. Egzaminy zawodowe pozaliczali bez problemów, na praktykach też mają o nich dobre zdanie. Będą dobrymi fachowcami. Są jeszcze prawie trzy tygodnie do końca roku szkolnego. Sam ich przypilnuję i przycisnę. Chodzi o dodatkowy termin u pani, aby jednak zaliczyli.
— Teraz? Kiedy koniec roku za pasem?! — podniosła głos z wyczuwalną nutką… sarkazmu? Bardziej cynizmu, a właściwie złośliwości. — Za późno się obudzili. Mieli na to całą wiosnę, a nie chciało im się.
— Przecież pani wie, że oni nie są w normalnym cyklu nauki, mają opóźnienia rok lub dwa, z którymi do nas przyszli. Wylecą, nie skończą szkoły, to mogą się zatracić. — Dalej mówiłem spokojnym głosem, stonowanym, chociaż w środku już mi się kotłowało. „Co za baba, no”! — Są u nas trzy lata, będą z nich dobrzy fachowcy. Tacy też są potrzebni.
— Niech pan mi nie mówi, kim oni będą! — Nadal mówiła podniesionym głosem. — Teraz są nieukami! Nieuków nie przepuszczam!
Wciągnąłem głęboko powietrze i wolno a głośno je wypuściłem. Spróbowałem ją podejść z innej strony:
— Oboje się uczyliśmy w szkołach wiele lat temu. Pamiętamy dużo z chemii czy matematyki? Te syntezy i analizy, albo tangensy i cotangensy? A nie przeszkadza nam to w naszej pracy zawodowej, gdyż są z innych dziedzin, prawda?
Spurpurowiała i nadęła policzki. Odwarknęła:
— Nie będzie mnie pan pouczał. Zdania nie zmienię, mogli się wcześniej uczyć.
Odwróciła się na pięcie i odeszła szybkim krokiem. „Sacrebleu! Źle to rozegrałem… myślałem, że ją ruszy, a zadziałało przeciwnie — wciągnąłem głośno powietrze przez nos. — Obraziła się. I o co? Że walczę o moich chłopaków?”.
Wróciłem do internatu. Przemyślałem na spokojnie i następnego dnia jeszcze raz udałem się do szkoły, w czas jej „okienka” w zajęciach lekcyjnych. Tym razem porozmawialiśmy w pustym pokoju nauczycielskim.
— Chciałem przeprosić za niepotrzebną moją wczorajszą uwagę. Zdarza się w nerwach. — Podsunąłem jej kupioną wcześniej bombonierkę. — Proszę przyjąć na przeprosiny. To nie na chłopaków.
— Na chłopaków bym nie przyjęła. Na przeprosiny tak. — Tym razem odezwała się już normalnym głosem, bez oschłości w tonie. — Wracając do nich. Mieli naprawdę dużo czasu, kilka razy dawałam im termin na poprawę i ciągle przesuwałam, gdyż dalej się nie nauczyli. Ile można? Reszta patrzy. Teraz naprawdę już za późno. Trudno, niech ich życie nauczy.
— Może jednak ostatni raz? Przecież nie mogą powtarzać, gdyż nie ma niżej klasy. Będziemy musieli ich skreślić i to na zakończenie, po prawie trzech latach.
— Panie Brałkowski, rozumiem pana, ale proszę i mnie zrozumieć. Nie mogę. Wtedy wielu innych też by zostawiało wszystko na ostatnią minutę. Dałam im wiele szans. W połowie maja zapowiedziałam, że mają się nauczyć, że to ich ostatni raz. I nie podeszli. Nie chcieli, to teraz pójdą do pracy jako przyuczeni i później gdzieś dokończą tę trzecią klasę, aby mieć papiery wykwalifikowanego. Nauczy ich to odpowiedzialności.
Już otwierałem usta, ale zrobiła przeczący ruch ręką:
— Proszę więcej nie prosić. Nie zmienię zdania. I tak wielu pańskich przepuściłam, przymykając oko. Ale oni przynajmniej coś powiedzieli, zerknęli do książki. A przeprosiny przyjmuję. — Wzięła w rękę bombonierkę i schowała do torebki.
Wstrzymałem się. Tak, jak wczoraj byłem na nią wkurzony, tak dzisiaj… w duchu przyznawałem rację. Sam czasem w pracy wychowawczej musiałem kogoś definitywnie skreślić dyscyplinarnie z internatu, jeśli wielokrotne „dawanie szansy” nie pomagało, tylko rozzuchwalało. A inni patrzą… Jedna moja jaźń optowała za dalszym naleganiem, druga mruczała „ona ma rację, ona ma rację”.
Spojrzałem na nauczycielkę. Wyczuła i zdecydowanie pokręciła przecząco głową. Ścisnąłem usta… wstałem, podałem jej rękę i bez słowa pożegnania wyszedłem.
Pozostały czas pracy spędziłem w swoim pokoiku internatu, wydzwaniając do wojewódzkiej komendy OHP w Toruniu, aby uzyskać potrzebną mi informację. Miałem szczęście, a właściwie o szczęściu mogła mówić ta czwórka uczestników — w sąsiednim województwie, w hufcu w Kwidzynie mieli internat i odpowiednią szkołę zawodową z klasą kończącą drugi rok nauki. Przenieśliśmy ich tam w ramach „międzywojewódzkiej współpracy”, aby mogli powtórzyć ostatnią klasę.
Rozdział II. Własny budynek szkolny. Początki
Tylko nasza, oddzielna szkoła w ramach struktur OHP powstała dopiero w roku 1994 — na początku jako filia Centrum Kształcenia Ustawicznego w Grudziądzu, ale już w 1997 usamodzielniła się jako „Zespół Szkół OHP”. Podlegała komendzie wojewódzkiej OHP w Toruniu.
Utworzenie własnej szkoły — tylko dla uczestników OHP — było pomysłem wojewódzkiego komendanta Brydzicha. Oprócz naszej placówki doprowadził do powstania drugiej we Włocławku. Upiekł dwie, a nawet trzy pieczenie na jednym ogniu — finansowo i w praktyce podlegały jemu, gdyż poprzez utworzone „Stowarzyszenie na Rzecz Pomocy Młodzieży Junak” stał się organem nadzorczym. Formalnie nie, ale nieformalnie tak — obsadził władze stowarzyszenia wyłącznie swoimi pracownikami OHP, którzy byli jemu podlegli. Miał więc wpływ na dyrektorów i pracę w szkole. Po drugie — mógł wyciągać pieniądze oświatowe na imprezy organizowane przez OHP, traktując szkoły jak dojne krowy. Po trzecie i to akurat było pożądane — szkoła została umieszczona w części naszego drugiego budynku, w którym już było Gospodarstwo Pomocnicze, organizujące praktyczną naukę naszych uczestników. Na górne piętro przenieśliśmy dziewczęta z głównego internatu; teraz tam był tylko internat żeński, a w głównym pozostał wyłącznie męski. Wszystkie części Ośrodka Szkolenia i Wychowania OHP znalazły się więc w jednym miejscu, co było dużym ułatwieniem.
O tym, że utworzenie własnych szkół nie miało na celu tylko ułatwienie nauki i opieki nad ohapowcami, nie od razu stało się znane nam, kadrze ośrodka. Stopniowo jednak ujawniały się fakty o tym świadczące. Drastycznym przykładem była szkoła we Włocławku, gdzie Brydzich, jako wojewódzki komendant OHP, sam siebie zrobił wiceszefem — przyjął na etat wicedyrektora szkoły pana Brydzicha i podpisał z nim umowę o pracę. Jak fama niosła — wojewódzki komendant Brydzich bardzo dobrze współpracował z wicedyrektorem Brydzichem; tak zgodnie, że nigdy nie mieli innych zdań na jakiś temat. O jakimś sporze, a tym bardziej sprzeczce, nie było mowy. Ich współpraca była idealnym przykładem wzorowych stosunków panujących między przełożonym a podwładnym w miejscu pracy. Dzięki temu dyrektorka włocławskiej szkoły nie musiała dużo czasu poświęcać koncepcyjnej pracy; wystarczyło, że dwóch panów Brydzichów w jednej osobie podpowiadało jej, jaką ma podjąć decyzję.
Komendant Brydzich nie był jednak zbyt zachłanny. Nie utworzył stanowiska wicedyrektora w naszej placówce oświatowej. Wystarczyła pani kierowniczka filii, a następnie dyrektorka samodzielnej szkoły, Urszula Melkowska. Z tą kandydaturą, jak się okazało później, akurat trafił bardzo dobrze, chociaż nie całkiem po swojej myśli. Trafiła kosa na kamień…
Dyrektorka Melkowska nie była potulna, ale musiała postępować rozważnie, gdyż podlegała stowarzyszeniu „Junak” zależnym od Brydzicha. Stopniowo doprowadziła do utworzenia samodzielnej szkoły „Zespół Szkół OHP” w roku 1997, co było po myśli wojewódzkiego komendanta. Na pewno nie po jego myśli była kolejna zmiana nazwy na „Zespół Szkół Nr 1 w Grudziądzu”, która nastąpiła w roku 1999 przy okazji wprowadzenia gimnazjów. Wystarczyło, że dokładnie przeczytała prawo oświatowe i zainterweniowała w wydziale oświaty miasta Grudziądza. Zmiana nazwy pozwoliła w kolejnych latach na przyjmowanie do szkoły nie tylko uczestników OHP, a dodatkowo uniemożliwiła już traktowanie pieniędzy przeznaczonych na szkołę jako awaryjne źródło finansowania niektórych imprez w OHP.
W ramach „Zespołu” utworzone zostały: szkoła przysposabiająca do zawodu oraz podstawowe studium zawodowe, które pozwalały młodzieży z rocznym-dwuletnim opóźnieniem w nauce ukończyć podstawowy etap wykształcenia. Trzecim elementem była zasadnicza szkoła zawodowa, umożliwiająca naszej młodzieży zdobycie już pełnego zawodu, a nie tylko przyuczenia do pracy
Wszystkie trzy szkoły siedzibę miały w jednym budynku, a uczyli ci sami nauczyciele, z których część była jednocześnie wychowawcami w OHP. Do tego wiele uczennic oraz uczniów mieszkało w internacie żeńskim i męskim „na miejscu”. To było bardzo dobre rozwiązanie w przypilnowaniu nauki i w sprawach wychowawczych.
Miałem przygotowanie pedagogiczne oraz ukończone studia „po kierunku”, więc i ja zacząłem prowadzić lekcje w szkole. Głównymi przedmiotami była historia oraz wiedza o społeczeństwie, ale dodano mi również geografię, a także… wychowanie fizyczne. To ostatnie zaproponował mi dodatkowo Brydzich, tydzień po rozpoczęciu zajęć szkolnych w naszej już szkole, jeszcze początkowo filii:
— Zdzichu, w młodzieżowej zawodówce mamy wuef, ale dorosła nie ma w programie, chociaż chłopacy i dziewczyny nie różnią się latami. Sam grałeś dawniej w siatkę w klubie, teraz w internacie trenujesz naszą drużynę chłopaków. Chciałbym dołożyć dwie godziny wuefu dla dorosłej zawodówki. Weźmiesz i te lekcje?
Zaskoczył mnie. Cały czas byłem aktywny fizycznie, ale do prowadzenia takich zajęć w szkole nie miałem profilowego wykształcenia.
— Nie mogę, gdyż nie mam papierów. Do tego — spojrzałem zdziwiony — przecież mamy wuefistę Roguskiego. Dlaczego nie on?
— Tym się nie martw. Z Roguskim już była rozmowa. Powiedział, że więcej nie może, nie wyrobi się. Ma godziny w swojej szkole i dodatkowe u nas. A te godziny w dorosłej zawodówce nie są ujęte w programie szkolnym. Ja za nie zapłacę, a nie oświata, więc mogę przyjąć, kogo chcę. Wolę ciebie, a nie na tylko dwie godziny ktoś obcy przyjdzie i pójdzie w każdej chwili. Żadnego związku z nami. To co?
Przez chwilę nie odpowiedziałem. Potrzebowałem pół minuty na przemyślenie. Wliczając dodatkowe dwie godziny do prowadzonych już lekcji urastało to do kilkunastu godzin szkolnych w tygodniu. Kiedy zacząłem je prowadzić, oprócz dotychczasowego etatu kierownika w internacie, przychodziłem od września na godzinę szóstą rano i kończyłem pracę około osiemnastej do dwudziestej, w zależności ile tego dnia miałem godzin lekcyjnych. Dla wojewódzkiej komendy „w to było graj” — gdyż przebywałem w internacie prawie cały dzień. Przychodziłem już na pobudkę naszej stacjonarnej młodzieży, byłem i po ich powrocie ze szkoły czy praktyk. Jeśli podczas prowadzenia zajęć w szkole coś nagłego a pilnego wynikło w OHP, to w każdej chwili, dosłownie w ciągu dwóch minut, mogli mnie ściągnąć.
Dodatkowymi pieniędzmi nie mogłem jednak pogardzić, były mi potrzebne. Często i tak w poprzednich latach zostawałem dłużej po godzinach pracy, gdyż mój etat w OHP miał zaznaczony w umowie „nienormowany czas pracy” — była potrzeba, nie patrzyłem na zegarek. Tych „potrzeb” w internacie młodzieżowym nigdy nie brakowało. Teraz, kiedy zacząłem uczyć w szkole, przynajmniej te popołudniowo-wieczorne godziny nie były bezpłatne, a dwie godziny więcej w tygodniu nie robiły mi różnicy.
— Dobrze, wezmę je, ale potrzebuję z tydzień na przygotowanie programu zajęć. Chodzi o dziewczyny i chłopaków?
— No i świetnie. — Brydzich plasnął dłonią w blat biurka. — Oczywiście, że i dziewczyny. Oddzielnie, jedna godzina dla chłopaków, jedna dla dziewczyn. Tylko nie szarżuj. Zwłaszcza z dziewczynami. Przygotuj plan, Melkowska wstawi zajęcia od połowy września.
— Ja i szarżowanie? Żeby znienawidzili albo jeszcze nogi połamali? — Uśmiechnąłem się lekko. — Akurat na tyle znam się na zajęciach sportowych.
Rozdział III. Sportowy strój
Pierwszą lekcję WF-u z grupą dziewcząt poprowadziłem tylko teoretycznie. Od niedawna, w Parku Miejskim, mieliśmy przejęty dawny Dom Kultury „Leśniczówka”, w którym na razie przeprowadzaliśmy remont własnymi siłami. Dużą salę mogłem później wykorzystać jako salę gimnastyczną. Do tego czasu prowadziłem zajęcia w plenerze, właśnie w parku. Wrzesień był jednak sprzyjający, bardzo ciepły i prawie bezdeszczowy.
Dwudziestka nowych dziewczyn stanęła w dwuszeregu przede mną. Pobieżnie, ze złożonych dokumentów, znałem już ich uwarunkowania rodzinne. Prawie wszystkie pochodziły z biednych rodzin, połowa ich rodziców żyła z zasiłków dla bezrobotnych. To była konsekwencja „Planu Balcerowicza”, który w przemysłowym Grudziądzu doprowadził do drugiego po Włocławku najwyższego bezrobocia w Polsce wśród średniej wielkości miast.
Jedynie dwie dziewczyny-nierozłączki miały rodziców dobrze sytuowanych, którzy wzbogacili się na gwałtownej prywatyzacji i bazarowym handlu w Berlinie.
— Dzień dobry, dziewczęta — po sprawdzeniu obecności przedstawiłem się ponownie, gdyż nie wszystkie były już na pierwszych moich zajęciach z historii i WOS-u. — Oprócz lekcji w szkole będę z wami prowadził wuef. Nie bójcie się, nie pozarzynam was — uśmiechnąłem się lekko, widząc skrzywione miny niektórych z nich lub uniesione znacząco w górę oczy. — Tyle, abyście nie zastały się w ławkach, trochę ruchu zawsze jest potrzebne. Na razie będziemy mieli zajęcia na świeżym powietrzu, tu w parku — powiodłem ręką naokoło — a jak będzie potrzeba i możliwość, to za parkiem, na boiskach sąsiednich szkół. Mam nadzieję, że do końca października skończą remont w Leśniczówce i tam przeniesiemy się na zimę.
Zamknąłem dziennik i kontynuowałem:
— Teraz co do stroju na zajęcia. Wiem, że wasi rodzice nie leżą na workach pieniędzy. Nie wymagam więc jednolitego stroju sportowego. Wystarczą jakieś stare adidasy, do tego bluzka i spodenki lub spodnie od dresów. Każda, co tam ma. Byle nie być w tym, w czym chodzicie do szkoły. Macie jakieś pytania?
Przez chwilę panowała cisza, aż wreszcie jedna z dziewcząt z przedniego rzędu podniosła rękę:
— A musimy chodzić na wuef?
— Nie musicie. — Przymrużyłem oko. — Muszą tylko te, które chcą zdać do następnej klasy. Rozumiemy się?
Kilka dziewcząt zaśmiało się, a pytająca opuściła głowę i schowała do drugiego szeregu.
— Nie ma więcej pytań? — Powiodłem wzrokiem po wszystkich dziewczętach. — To macie teraz wolny czas do końca lekcji. Siądźcie na ławeczkach pod Leśniczówką i korzystajcie z wrześniowego słońca. Aha, za tydzień już przychodzicie w strojach. Pobiegamy na sześćdziesiąt metrów. Na szczęście ta ścieżka w parku — wskazałem głową — jest bardzo szeroka, prosta i dobrze ubita. Jak żużlowa bieżnia. Mierzyłem ją, sześćdziesiąt metrów to odtąd gdzieś do tamtego drzewa. — Wskazałem na stary, duży dąb.
* * *
Na następnych zajęciach dziewczęta mnie zaskoczyły. Pozytywnie zaskoczyły. Przewidywałem, że tylko mała część przyjdzie przygotowana do biegów, a jednak prawie wszystkie były poprzebierane w strój sportowy. Różnoraki, ale najważniejsze, że go miały.
Dlaczego nie wszystkie? Gdyż dwie z nich wyglądały, jakby wybrały się na dyskotekę — błyszczące bluzeczki, opięte na pośladkach markowe dżinsy i półbuciki na obcasikach. Do tego dość ostry makijaż i czarne włosy na głowie upięte w szykowne koafiury. To były te dwie przyjaciółki z dobrze sytuowanych domów.
Udałem, że tego nie widzę. Sprawdziłem obecność i na koniec zapytałem:
— Czy któraś nie jest przygotowana do zajęć lub nie może ćwiczyć z jakichś względów? — Powiodłem wzrokiem po dwóch rządkach stojących dziewcząt. Dwie „pudernice” — jak je od razu nazwałem w myśli — nie odezwały się, podobnie jak reszta ich koleżanek. Uśmiechnęły się tylko do mnie… przymilnie? Drwiąco? Nie rozszczepiałem zapałki na czworo. — Wszystkie więc gotowe do zajęć? To chodźcie. Tu start. Biegniecie po dwie. Stanę na mecie i głośno będę wyczytywał po dwa nazwiska. Startujecie na mój gwizdek.
Poszedłem pod dąb i odwróciłem się. Dwie pudernice siadły na ławeczce, założyły nogę na nogę i wdały się w pogawędkę, kompletnie już niezainteresowane zajęciami. Wykrzyknąłem pierwsze dwa nazwiska. Po gwizdku wyczytane pobiegły w moją stronę; zapisałem ich czas na mecie. Później kolejne dwie… Ominąłem nazwiska dwóch pudernic i przeprowadziłem biegi do ostatniej dziewczyny w dzienniku. Dopiero wtedy z moich ust padło wezwanie do elegantek:
— Teraz ostatnia para, Machnicka Jola i Kwiatkowska Iwona! Przygotujcie się do startu!
Aż podskoczyły na ławce, zdziwione. Spojrzały po sobie i Jola odkrzyknęła:
— My nie możemy!
— Słucham?! Jak to, nie możecie?! Wszystkie mogły, a wy nie?! Dziewczęta, idziemy do nich — zwróciłem się do pozostałych dziewcząt, stojących ze mną na mecie.
Wróciliśmy całą gromadką pod budynek Leśniczówki. Stanąłem przed pudernicami i uniosłem brwi; dopiero wtedy podniosły się niechętnie z ławki. No proszę, wyraźnie przeszkadzam im w pogawędce na wuefie!
— Dlaczego nie możecie? — spokojnie powtórzyłem pytanie.
— Bo nie mamy stroju — odburknęła znowu Jola.
— Zaraz, nie rozumiem. Przecież nie zgłosiłyście tego na początku zajęć. Dziewczęta — zwróciłem się do pozostałych — czy zapytałem, czy ktoś jest nieprzygotowany lub nie może ćwiczyć?
— Tak, pytał pan. Tak — odparło kilka z nich z wyraźnym… zadowoleniem? — Nawet pan powtórzył, czy wszystkie gotowe do zajęć, bo żadna z nas nie zaprzeczyła — dodała jeszcze jedna..
— A więc — zwróciłem się do pudernic, nadal nie podnosząc głosu — nie zgłosiłyście nieprzygotowania na moje pytanie. Nie wymagałem jednolitych strojów na wuef, ubrałyście takie, jakie chciałyście. Mam całą klasę świadków. — Dalej mówiłem spokojnie, jakbym omawiał plan zajęć na przyszły tydzień. — Tak, czy nie?
Jedna popatrzyła na drugą. Iwona przełknęła ślinę i chciała odpowiedzieć, ale zrezygnowała.
— Tak, czy nie? — powtórzyłem pytanie. — Nie dosłyszałem, co mówicie.
Opuściły głowę. Przez sekundę milczałem, ale ponownie zwróciłem się do klasy:
— Dziewczęta, wy wszystkie biegałyście. Czy uważacie, że są wśród was lepsze, które nie muszą robić tego, co pozostałe? Czy mam stosować dla niektórych wybranek ulgi, bo… bo co? Jak uważacie?
— A w życiu! Jak wszystkie, to wszystkie! Nie ma lepszych! — odezwała się naraz kakofonia kilkunastu głosów.
Podszedłem do pudernic i prawie na ucho im wyszeptałem:
— Słyszałyście. Radzę wam, dziewczyny, jednak pobiec. Wybierajcie. Drugi raz nie powtórzę.
Odwróciłem się i, bez czekania na odpowiedź, udałem na linię mety. Po dojściu pod dąb głośno krzyknąłem:
— Teraz startuje Machnicka i Kwiatkowska! Przygotujcie się!
Drgnęły i… jednak podeszły do linii startu. Gwizdnąłem. Zaczęły biec, chociaż, po prawdzie, ich trucht w półbucikach i obcisłych dżinsach trudno byłoby tak górnolotnie nazywać „biegiem”. Jednak w tym momencie nie zastanawiałem się nad tym. Najważniejsze, że wzięły udział w zajęciach, jak wszystkie koleżanki z klasy. Nie ma lepszych i gorszych.
Nawet nie pobiegły źle. Pobiegły dobrze… rzekłbym — bardzo dobrze, gdyż uzyskane czasy pozwoliły im zająć pierwsze i drugie miejsce. Fakt, że od końca, ale „nieważne, co o kimś mówią. Ważne, żeby mówili”. Nie zginęły więc w tłumie, wyróżniły się.
Powtórzyłem biegi dla wszystkich dziewcząt. Tym razem papużki-nierozłączki już bez oporów stanęły na starcie i pobiegły. Nawet troszkę szybciej niż poprzednio. Jedna na mecie potknęła się i prawie przewróciła, ale zdążyłem ją podtrzymać. Spojrzała na lewą nogę i zakrzyknęła:
— Obcas mi odpadł!
— Oo, to masz problem. Już na pierwszych zajęciach… No cóż, zdarza się. Jaki masz rozmiar? Może w domu znajdę jakieś stare adidasy żony lub córki.
— Nie, nie, nie potrzeba. — Zaprzeczyła gwałtownie ruchem głowy. — Znajdę nowe w domu.
— No to w porządku. Ale w jednym adidasie dzisiaj już nie poćwiczysz. Możesz usiąść na ławce.
Pozostały czas zajęć poświęciłem na spokojne ćwiczenia gimnastyczne i rozciągające. Rozłączyły się papużki — jedna musiała ćwiczyć, druga siedziała. Tak, jak odpowiedziałem Brydzichowi — nie było szarży z moimi wymaganiami na zajęciach.
* * *
Spodziewałem się gwałtownej reakcji rodziców pudernic. To był już okres, kiedy nauczyciele musieli się czasem liczyć z ich słowną agresją. Sam wcześniej miałem taki przypadek w OHP i wiedziałem, jak wtedy postępować.
O dziwo, nikt do mnie nie przyszedł ani nie przedzwonił. Za to w następnym tygodniu, na kolejne zajęcia z WF-u, obie pudernice przyszły wzorcowo przebrane do zajęć, w strojach sportowych. Markowych; wyróżniały się nimi wśród koleżanek, ale najważniejsze — miały wymagany przeze mnie ubiór!
Nie skomentowałem, jakbym tego nie zauważył. Papużki-nierozłączki ćwiczyły przez całe zajęcia porządnie, bez najmniejszych grymasów. Okazały się dobrymi sportsmenkami na tle innych dziewcząt.
Do ukończenia przez nie szkoły nie miałem już z nimi najmniejszych problemów. Na zajęciach lekcyjnych z historii i WOS-u siedziały w pierwszej ławce i uzyskiwały u mnie dobre oceny. Nie nazywałem ich już w myśli ”pudernicami”, tylko „papużkami”. Zasłużyły na to wyróżnienie.
* * *
…Minęły lata. Kiedyś na ulicy w mieście zatrzymała mnie kobieta, prowadząca za ręce dwóch chłopczyków. Uśmiechnęła się i pozdrowiła:
— Dzień dobry. Pan Brałkowski, prawda? Pamięta mnie pan?
Przyjrzałem się uważnie. Była szykowną, młodą kobietą. Twarz jakby znajoma, włosy ułożone przez dobrego fryzjera. Może uczyłem ją kiedyś, ale tyle ich przeszło przez moje ręce, że początkowo nie mogłem jej umiejscowić. Nagle pojaśniało — fryzura, koafiura!
— Była pani u mnie w szkole lub w OHP? Czyżby… papużka z nierozłączek? — Pamięć przywołała dawne zdarzenie ze szkoły. — Jola? Ee… Iwona?
— Jola. Proszę nie mówić pani. Jednak pan zapamiętał. Bardzo się cieszę, że pana spotkałam.
— W pierwszej chwili nie poznałem. Wiele miałem uczennic. Ale włosy — zakręciłem ręką koło jej fryzury — przywróciły pamięć. Chodziłyście w ładnie zrobionych, co było rzadkie wśród dziewcząt. A to twoje dzieci — bardziej stwierdziłem, niż zapytałem.
— Tak, moi synowie. Naprawdę się cieszę, że pana spotkałam. A pamięta pan zdarzenie z nami na początku zajęć z wuefu, które pan prowadził?
— Oczywiście. Takiego czegoś się nie zapomina. Dlatego też szybko poznałem.
— Ale po tej lekcji byłyśmy wściekłe na pana. W pierwszej chwili chciałyśmy poskarżyć się rodzicom, ale widziałyśmy, jak pana inne dziewczyny poparły. No i nam minęło. Dał pan nam dobrą nauczkę. I za to dziękuję. Do widzenia.
— Do widzenia. I proszę pozdrowić ode mnie… Iwonę. Znacie się nadal?
— Tak, moja najlepsza przyjaciółka. Ma też dwoje dzieci, tyle że córki. — Zaśmiała się. — Oczywiście, że pozdrowię. Ale się ucieszy! I zdrowia panu życzę.
Rozdział IV. Czerwona kropka
Na następnych zajęciach WF-u z dziewczętami dwie z nich zgłosiły, że „nie możemy dzisiaj ćwiczyć, bo mamy te dni”.
— Jak dlatego nie możecie, to trudno, chociaż to nie choroba. — Popatrzyłem na nie. Nie miały nawet sportowych strojów. — Aż tak źle się czujecie?
Gorliwie pomachały głowami:
— Tak, tak. Dlatego nawet się nie przebrałyśmy.
— No trudno, biologia to biologia. — W swoim notatniku postawiłem przy ich nazwiskach po czerwonej kropce pod aktualną datą. — Siądźcie wtedy pod Leśniczówką.
Usiadły, z wyraźnym zadowoleniem, na ławeczce pod ścianą. Z pozostałymi dziewczętami udałem się w głąb parku. Zauważyłem, że kilka z nich odwróciło się jeszcze wstecz, wymieniając między sobą jakieś słowa. Nie dosłyszałem, rozmawiały zbyt cicho, zresztą nie miałem w zwyczaju podsłuchiwać czyichś rozmów.
Zajęcia przebiegły szybko. Po nich zebrałem w kręgu wszystkie dziewczęta, podsumowując przebieg lekcji i dodałem na zakończenie:
— Ustalmy jedno. Menstruacja…
— Coo? — wyrwało się jednej z uczennic. Wyraźnie się zdziwiła. Kilka innych zachichotało.
— Menstruacja, inaczej okres, miesiączka u kobiety. — Pokiwałem z dezaprobatą głową w stronę chichotek. — Z czego się śmiejecie? Ja też wszystkiego od razu nie wiedziałem, człek się całe życie czegoś nowego dowiaduje. Ważne, aby korzystać z wiedzy. A Mirka już będzie wiedziała i pamiętała to słowo, prawda? — Uśmiechnąłem się do mimowolnej pytającej.
Pokiwała szybko, potakująco głową.
— Wracając do tematu… — wstrzymałem się, ale po chwilce przerwy kontynuowałem: — Rozumiem, że niektóre z was mogą boleśniej przechodzić miesiączki. Której nie będzie przeszkadzała, będzie ćwiczyła. Która będzie gorzej się czuła tego dnia w czasie wuefu, to w porządku, zgłasza przy sprawdzaniu obecności. Nie będę zmuszał do zajęć ze wszystkimi. Coś wam muszę wymyślić. — To ostatnie mruknąłem już tylko siebie. — Ale, zaznaczam, wszystkie przychodzą przebrane w strój sportowy. To będzie u mnie podstawą do zaliczenia obecności.
* * *
Po tygodniu, na kolejnych zajęciach, „niemożność udziału w zajęciach z powodu dolegliwości menstruacyjnych” zgłosiło już pięć dziewczyn, w tym ponownie te dwie sprzed tygodnia. Cała piątka była przebrana w stroje sportowe, więc nie miałem wyjścia. Pozwoliłem im przesiedzieć całą godzinę na ławeczce. Niektóre z klasy znowu zazdrośnie spojrzały na nie, ale… o dziwo, nie wszystkie. Papużki-nierozłączki nawet prychnęły coś pogardliwie.
„Kurde, te dwie już drugi tydzień tak ciężko cierpią? — przemknęło mi przez głowę. — Ale kobyłka u płota, sam tak powiedziałem. Przyszły w strojach sportowych, zgłosiły. Nie mogę się wycofać. Słowo się rzekło. Cholera, będę miał się z pyszna, kiedy nagle większość klasy zgłosi dolegliwości — sam siebie w myśli strofowałem, stawiając piątce dziewczyn czerwone kropki w notatniku. — To już będzie epidemia”.
Zaniepokojony możliwością wystąpienia jednoczesnej pandemii menstruacyjnej w klasie, po zajęciach porozmawiałem z koleżankami z pracy; zasięgnąłem również informacji u znajomego lekarza. Człek się całe życie uczy, czegoś nowego dowiaduje lub uzupełnia wiedzę. Tym razem chodziło mi o specjalistyczną. Do tej pory nie potrzebowałem fachowego wykształcenia do prowadzenia zajęć sportowych z prawie dorosłymi i dorosłymi już panienkami.
Na kolejnych zajęciach faktycznie zapanowała epidemia, tak jak się obawiałem. Do „czerwonej kropki” zgłosiło się aż dziesięcioro dziewcząt, w tym, znowu! — te dwie pierwsze. Biedne one!
— Oo, aż dziesięć z was? Wszystkie mają boleści? — skonstatowałem dość spokojnie, po wstawieniu każdej z nich odpowiedniego znaczka w swoim notatniku. — A wy dwie — zwróciłem się do inicjatorek zdobywania „orderu czerwonej kropki” — dziwię się, że jeszcze nie jesteście w szpitalu na OIOM-ie. Przecież przy trzytygodniowym okresie powinnyście już zapaść na anemię. Tyle krwi stracić… aż dziw, że wyglądacie normalnie, odżywione, pełne jednak krwi i werwy… tyle że nie do ćwiczeń na zajęciach — dokończyłem zgryźliwie. Poskrobałem się palcem w skroń i chwilę pomyślałem. — No dobrze, w takim razie dzisiaj będziemy mieli zajęcia nie w parku, a na naszym boisku przy internacie. Idziemy wszyscy — zakręciłem nad głową młynka ręką i lekko podniosłem głos, widząc, że niektóre zamrugały ze zdziwienia oczami i chciały coś powiedzieć. — Bez dyskusji, nikt nie zostaje na ławeczkach w parku!
Po przyjściu na internatowe, małe boisko asfaltowe, podzieliłem klasę na dwie grupy.
— Dziewczęta, które nie mogą ćwiczyć z powodu nadmieernych boleeści — zaakcentowałem wydłużając słowa — siadają na razie na ławeczkach. Zajmę się wami za chwilkę. Natomiast wy — zwróciłem do drugiej grupki, gotowej do zajęć — w co chcecie dziś pograć? W siatkówkę, w dwa ognie, czy coś innego?
Ożywione, porozmawiały cicho między sobą i jedna odpowiedziała:
— W dwa ognie. Możemy same się podzielić?
— Dobrze. Skocz na dyżurkę po piłkę do ręcznej. Ale same też dzisiaj będziecie sobie sędziować. Ja muszę się zająć waszymi koleżankami. — Zrobiłem lekki ruch głową za siebie, przymrużając znacząco oko.
Wróciłem do dziesięcioosobowej grupki „ciężko przeżywających swoją bolesną miesiączkę, która przypadkiem wystąpiła u wszystkich jednocześnie — ta myśl przebiegła mi przez głowę. — Gdybym żył w osiemnastym wieku, to miałbym już długi, ale ładny podtytuł do tytułu poradnika O problemach z comiesięcznym krwawieniem u młodych pań, które boleśnie go przechodzą i jak sobie z takimi damami mają radzić mężczyźni, w jakich to dopiskach pisarze wtedy się lubowali”.
— Wstańcie, ustawcie się. — Poparłem to ruchem ręki w górę. — Więc tak, dziewczęta… — zawiesiłem głos i popatrzyłem na nie, przeciągając wzrokiem dwukrotnie po krótkim dwuszeregu — skonsultowałem się z lekarzem oraz z naszymi paniami wychowawczyniami i nauczycielkami. Większość z nich ma już córki w waszym wieku. Omówiłem tę waszą przypadłość, uzgodniłem też z panią dyrektor Melkowską. Miesiączka nie jest chorobą i nie zwalnia od ćwiczeń, można tylko je dostosować, znaczy przeprowadzać lżejsze dla tych, które się gorzej czują. Tak więc stańcie obok siebie w dwóch szeregach, po metr, półtora odległości. Poćwiczymy lekko. Żadnych dopytywań ani ja nie mogę — podniosłem ostrzegawczo rękę w górę — wszystko już wyjaśniłem. Zwolnienie z zajęć może wystawić tylko lekarz, jeśli stwierdzi, że trzeba. Zaczynamy ćwiczenia od ruchów ramion. Będę pokazywał, powtarzacie za mną. Raz, dwa, trzy, cztery, raz, dwa… Wiśniewska, zaraz dostaniesz pałę za nieuczestniczenie w zajęciach! Raz, dwa, trzy, cztery… Teraz skłony. Skłon, wyprost, skłon, wyprost. Palcami rąk sięgamy do stóp. Kamińska, ciebie to też dotyczy! Teraz ponawiamy, raz, dwa, trzy, cztery…
Przywoływałem głosem do porządku niesforne dziewczyny, nie przerywając swojego pokazu ćwiczeń w stylu „szwedzkiej gimnastyki”. Te skłony, skręty tułowia, unoszenie nóg, kręcenie rękoma i głową — są dobre na początku rozgrzewki przed intensywniejszymi ćwiczeniami fizycznymi. Jednak jako całość kilkudziesięciominutowych zajęć — mogą zanudzić człowieka dokumentnie. Jednostajne, monotonne, powtarzalne… żadnej przyjemności, żadnej atrakcji, zwłaszcza w porównaniu do… gry w dwa ognie. Z boiska dochodziły śmiechy, nawet radosne głosy ich rozemocjonowanych koleżanek po zdobyciu kolejnego punktu w meczu.
Sam się nudziłem śmiertelnie powtarzalnymi, powolnymi ruchami szwedzkiej gimnastyki, ale dałeś się za nauczyciela i… wychowawcę, to teraz cierp. Po kwadransie zrobiłem krótką przerwę:
— Minuta na oddech i później dalej ćwiczymy. — Odwróciłem się do grupki grającej w dwa ognie: — Dziewczęta, chcecie też przerwę?
— Niee! My gramy! Niepotrzebna! Teraz nie! — odezwała się kakofonia ich głosów.
— No to grajcie! A wy? Może też niepotrzebna przerwa? Co? — zwróciłem się do mojej grupki.
Niektóre się skrzywiły, popatrzyły z ukosa, inne stanęły bokiem, wyraźnie okazując swoją „chęć” do kontynuacji ćwiczeń. Spojrzałem na zegarek. Kiedy wskazówka sekundnika zrobiła pełny obrót na cyferblacie, zakomunikowałem:
— Koniec odpoczynku. Znowu stajemy w dwóch szeregach. Robić wraz ze mną: raz, dwa, trzy, cztery, raz, dwa, trzy, cztery…
Nie były zbyt szczęśliwe, nie wspominając nawet o całkowitym braku radości na ich twarzach. Powtarzały ruchy ćwiczeń za mną; jedne lepiej, inne z oporami, ale… ćwiczyły. Czasem musiałem którąś pogonić dobrym słowem, minuty wlokły się niemiłosiernie, jednak nie ustawałem. Dopiero pięć minut przed końcem lekcji ogłosiłem:
— Koniec zajęć. Ustawcie się jeszcze w dwuszeregu. — Odwróciłem się w stronę płyty boiska: — Dziewczęta, wy też kończcie i chodźcie do mnie!
— Zaraz! Chwileczkę! Jeszcze minutka! — Kilka uczennic jednocześnie mi odkrzyknęło. — Tylko skończymy!
Aż tak nie goniłem z czasem; odczekałem tę minutkę. Kiedy już zebrała się cała gromadka, wyciągnąłem notatnik i podsumowałem:
— Dziewczęta grające w dwa ognie, macie po piątce za wykazaną aktywność. Dziewczęta ćwiczące gimnastykę ze mną… no, trudno, same zgłosiłyście, że macie dolegliwości, ale nie widziałem u was nadmiernej chęci, aktywności. Tak że, niestety… ale macie zaliczoną tylko obecność. To też się liczy. Dziękuję, do zobaczenia za tydzień.
* * *
Nie wiem, co było przyczyną, ale po tej lekcji epidemia boleści miesiączkowych nagle się zakończyła. Czasem któraś z dziewcząt zgłaszała, aby postawić jej czerwoną kropkę, ale to były naprawdę rzadkie przypadki. Tu nawet lekarz by chyba nie pomógł w odgadnięciu; medycyna zna takie przypadki, że ni z tego, ni z owego ludziom mijają ich boleści. Nie byłem niezadowolony. Przeciwnie — ułatwiło mi to prowadzenie zajęć w kolejnych miesiącach.
Rozdział V. Depresja geograficzna
Na lekcji geografii w naszej zasadniczej szkole dla dorosłych jeden z podopiecznych wyraźnie nie mógł zrozumieć pojęcia „depresja geograficzna”. Nie pierwszy raz się z tym spotykałem, gdyż poziom percepcji wśród uczniów był bardzo różny. Zacząłem tłumaczyć na kilka sposobów; on potakiwał głową, że niby zrozumiał, ale wyraz jego twarzy świadczył o czymś przeciwnym. Inni zaczęli się już z niego podśmiewać, aż musiałem zainterweniować:
— Bez śmichów chichów. Wszyscyście tacy geniusze? Od razu zawsze rozumieliście? Mam przypomnieć jednemu czy drugiemu? No. — Uspokajałem uczniowskie towarzystwo, jednocześnie szukając w myśli takiego przykładu, który byłby zrozumiały dla delikwenta. Co do niego dotrze? Co by tu wymyślić… coś z jego poziomu rozumienia, z jego życia.
Kto szuka, ten czasem znajduje. Olśniło mnie:
— Karol, słuchaj. Jak się czujesz bardzo dobrze, cały jesteś w skowronkach, coś fajnego dostałeś, no same och i ach, radość cię rozpiera, to jesteś wyżej niż zwyczajnie, lepiej jak co dzień. To jakbyś się znalazł nad poziomem morza — zaakcentowałem, wznosząc ramię nad głową — znaczy ileś tam metrów nad morzem. Czy to rozumiesz?
Ogniki zapaliły się w oczach ucznia, gorliwie pokiwał głową. „No wreszcie do niego dociera — skonstatowałem w myśli. — Trafiłem”.
— Teraz drugie. Jeśli masz normalny, zwykły dzień, jakich wiele, ani bardzo dobry, ale też nie ciężki czy smutny, to jesteś na poziomie morza, znaczy zero metrów wysokości. Tak zostało przyjęte, że poziom morza to zero metrów. Chwytasz?
Znowu energicznie pokiwał głową, wreszcie dopowiadając „tak”. No, to już coś.
— Kiedy zaś coś by cię zabolało — kontynuowałem — no, na przykład, walnąłbym cię na odlew w ucho, to jakbyś się czuł?
— Źle! — prawie odkrzyknął, rozdziawiając buzię w szerokim uśmiechu. „Nie zaśmiałbyś się, gdybym tak naprawdę zrobił — uśmiechnąłem się do siebie — ale najważniejsze, że wreszcie chyba pojąłeś”.
— Świetnie. Poczułbyś się więc dużo poniżej normalnego życia, kiedy nic cię nie boli. Znalazłbyś się w złym nastroju, w depresji, tak to się mówi, a w geografii, odpowiednio do tego przykładu — to byłaby depresja geograficzna. Byłbyś poniżej poziomu morza. Słowo depresja oznacza poniżej czegoś. Źle się czujesz, jesteś w depresji. Stoisz poniżej poziomu morza, też jesteś w depresji, tylko geograficznej. Rozumiesz już?
— Aa, to tak?! — Ponownie się rozradował, jakby wygrał szóstkę w totka. — Już wiem!
— No i widzisz — sam lekko odetchnąłem — to nie takie trudne. Wystarczy pomyśleć i się zrozumie.
* * *
Po dwóch tygodniach wywołałem Karolka do tablicy. Niezbyt mu szło z odpowiedziami na moje zapytania, a właściwie ani razu nie udzielił prawidłowej. Szukałem w głowie pytania, na które by dobrze odpowiedział. „Co by tu wymyślić? — zamyśliłem się na sekundę. — Geniuszem nie będzie, ale to spokojny chłopak, na stolarni instruktor mówi, że ma dryg do roboty. Ale musi mi coś powiedzieć, chłopaki słuchają. Nie mogę mu dać miernej za darmo… Mam!”.
— Karol, to powinieneś pamiętać. Co to jest depresja geograficzna?
Zaskoczył mnie niemile. Zamiast odpowiedzieć, zaczął wodzić wzrokiem po suficie, chrząkać, rzucać znacząco okiem na siedzących w pierwszych ławkach kolegów. Nic mu nie pomogło, zbyt blisko stałem, więc tylko kilkakrotnie pociągnął nosem.
Sacrebleu, czyżby już zapomniał?! Przecież to ledwie z pół miesiąca temu, kiedy się tak rozradował. Naprawdę już nie pamięta?
— Ekhm — sam odchrząknąłem — przypomnij sobie. To naprawdę proste. Pamiętasz, jak ci podałem niedawno przykłady? Ta depresja geograficzna to podobne, jakbyś się źle czuł.
— Aha! Już pamiętam! Jak pan mnie pierdolnie w ucho, to wtedy jest depresja geograficzna!
Grzmiące forte chóralnego wybuchu śmiechu w klasie aż wywołało z sąsiadującego gabinetu panią dyrektor szkoły. Zaglądnęła przez uchylone drzwi, ale ruchem otwartych dłoni pokazałem, że wszystko jest w porządku. Sam potrzebowałem dłuższej chwili na powstrzymanie paroksyzmów śmiechu, które wstrząsały moją przeponą. Kiedy wreszcie chwyciłem oddech i uspokoiłem chłopców, powiedziałem mitygująco do Karolka:
— Noo… prawie dobrze. Coś tam zapamiętałeś… cisza, bo wezmę was zaraz do odpowiedzi! Chętni jesteście? — Te słowa skierowałem do dwóch wyrostków, którzy znowu zaczęli głośno rechotać. — Karolu… mieszkasz w internacie, więc po obiedzie przyjdź zaraz do mnie. Trochę źle mnie wtedy zrozumiałeś. Jeszcze raz ci wytłumaczę. Teraz nie wstawię ci oceny, spytam na następnej lekcji.
* * *
W internacie narysowałem na kartce papieru przekrój ziemi z zaznaczonym poziomem morza. Z jednej strony brzeg był wyższy, z drugiej, za narysowanym wałem odgradzającym wodę, linię gruntu poprowadziłem dużo poniżej „zera metrów”. Dorysowałem trzech ludzików, dopisując przy nich: n.p.m., zero metrów, p.p.m. z dopiskiem „depresja geograficzna”.
Kiedy przyszedł Karolek, jeszcze raz zacząłem mu tłumaczyć, wskazując po kolei na trzech ludzików i dopiski. Nagle mi przerwał, aż krzycząc:
— Teraz wiem! Ale pan wtedy inaczej mówił…
Powstrzymałem się z komentarzem. Wystarczyło mi to „teraz wiem!”. Kiedy na następnej lekcji odpowiedział prawidłowo, dodatkowo kreśląc mój rysunek na tablicy, z czystym sumieniem wstawiłem mu ocenę „mierną”. Wolałem nie zadawać innych pytań. Karolkowi w zupełności wystarczała ta „mierna”; nie był łasy na wyższą ocenę.
Od tego zdarzenia staranniej dobierałem przykłady ze zwykłego życia i nie satysfakcjonowało mnie usłyszenie uczniowskiego „wiem, już wiem” — wolałem od razu sprawdzać, czy świeżo nabyta wiedza była zgodna z tą, której wymagałem.
Rozdział VI. Na pieska
Sale lekcyjne znajdowały się na parterze budynku oraz w piwnicy, na wysokości sutereny. Okna na poziomie piwnicznym usadowione były pół metra nad poziomem gruntu i z tyłu szkoły wychodziły na pole należące do sąsiadów — Domu Pomocy Społecznej. Przebywały tam w większości starsze osoby, dlatego popularnie nazywany był „Domem Starców”; część z nich z różnym stopniem upośledzenia umysłowego. Na tym sąsiadującym polu pracownicy domu sadzili warzywa.
Wiosną prowadziłem zajęcia z historii w sali piwnicznej. Pod koniec lekcji uczniowie zaczęli popatrywać przez okna na to pole. Kiedy na nich bezpośrednio patrzyłem, kierowali wzrok w stronę tablicy, ale przy moim odwróceniu ponownie kikowali na zewnątrz; niektórzy aż wyciągali szyję. Próbowali się z tym kryć, ale nieumiejętnie. Niektórzy zaczęli cicho chichotać i trącać wzajemnie rękami.
Ki czort? Co oni dojrzeli na tym pustym polu? Zainteresowało ich, jak w bruzdach ziemniaki rosną? Sam zerknąłem ukradkiem na pole, ale nic nie dojrzałem oprócz niskich, zielonych krzaczków zasadzonych ziemniaków. Poszedłem między ławkami na tył sali, nie przerywając wykładu. Po odwróceniu w stronę tablicy wreszcie dojrzałem — na tym polu, w jednej z bruzd klęczała para starszych ludzi w wiosennych płaszczach. Z miejsca przy tablicy nie byli widoczni, ale z głębi klasy już tak.
Babcia opierała się rękoma o ziemię, a dziadek klęczał za nią. Poruszał rytmicznie ciałem… „Jasny gwint! — od razu zrozumiałem — oni na pieska. Nie mogą normalnie, w domu? Przecież są dorośli. A tu jeszcze zimnawo na dworze i robią na oczach, chociaż pewnie myślą, że schowali się z tyłu budynków”.
Wróciłem do swojego biurka i popukałem w jego blat:
— Halo, tu jestem, nie za oknem.
— Ale widział pan… — rozpoczął jeden z bardziej rozognionych na twarzy. Przerwałem mu:
— Widziałem. I co z tego? Życia nie znacie? Większość z was już dorosłych, nie będę wam tłumaczył. Jakbyście byli tacy święci. Wiosna… jak człeka przyprze, to i na dworze wyprze. — Lekko się uśmiechnąłem. Klasa wybuchnęła śmiechem. Uciszyłem ich ruchem rąk: — No już, dosyć. Dajmy ludziom żyć. Starszy człowiek też ma swoje potrzeby. Przykre, że… no dobra. Wystarczy. Mam, chłopcy, prośbę. Myślę, że mogę ją mieć, nie jesteście już podrostkami Nie rozgadujcie za bardzo, coście widzieli. Schowali się niezbyt, ale przyjmijmy, że nic nie widzieliśmy. I przestańcie już kikować, jak małe dzieci przez dziurkę od klucza. Inaczej przyjmę, żeście jednak jeszcze nieopierzeni…
Znowu rozległ się gremialny śmiech. Jednak moja krótka przemowa podziałała; prawie wszyscy przestali kierować wzrok za okno.
— Wracamy do lekcji. Piotruś, a ty co taki zainteresowany? — zwróciłem się do jednego z uczniów, który dalej skręcał głowę w stronę ziemniaczanego pola. — Chcesz pomóc, czy…? Dobrze, że masz obie rączki na ławce.
Ponowny, zbiorowy wybuch śmiechu zadziałał. Indagowany momentalnie przestał kikować na zewnątrz i skulił się w sobie. Klasa się nie uspokoiła, nadal chłopcy szeptali między sobą, uśmiechając się półgębkiem. Na szczęście program lekcji został już zrealizowany, a po chwili zabrzmiał dzwonek na przerwę. Na zakończenie dodałem:
— Pamiętajcie, o co prosiłem. Nie jesteście już dzieciakami.
Poszedłem do dyrektorki.
— Ula — zwróciłem się po imieniu. Byliśmy sami w jej gabinecie, a na per „ty” przeszliśmy już wcześniej, gdyż każdy z nas szefował w swojej jednostce; ona w szkole, ja w internacie. — Miałem drobne zdarzenie na lekcji.
W kilku słowach opowiedziałem, dokańczając:
— Chyba byłoby dobrze, abyś poszła do dyrektora tego Domu. Niezbyt gustowny widok, do tego wiesz, jacy są chłopacy. Jakoś im wyperswadowałem, ale… lepiej, aby się nie powtórzyło. — Zamilkłem na sekundę. — Nie rozumiem. Czy tam jest więzienie, czy co? Starszym ludziom, którzy mają się ku sobie, odmawiać ludzkich warunków? Przecież to nie dzieciaki, mają swoje prawa, nawet jeśli są trochę upośledzeni. Szlag! — podniosłem mimowolnie głos. — Jak tak można!
— Też nie rozumiem. — Z dezaprobatą pokręciła głową. — Oczywiście, że pójdę. Mam teraz dwie godziny, ale później wolne.
* * *
Pod koniec dnia pracy zapukałem do drzwi gabinetu dyrektorki.
— No i? — Uniosłem brwi w zapytaniu.
— Byłam. Jeszcze mnie nosi. Siadaj — wskazała mi fotel. — Co za dziad z niego! On faktycznie uważa, że dom pomocy to więzienie, a on naczelnik! Wiesz, co powiedział? Że on musi utrzymać porządek, że taki ma regulamin! Że to nie hotel, a pensjonariusze za starzy na fiki miki. Sam się wygadał, że tych dwoje starszych państwa, których widziałeś, to prosili go o wspólny pokój, ale im odmówił. Przecież to są ludzie, tylko z lekkimi ograniczeniami. To nie Świecie czy Tworki!
— Sacre… — ledwie się powstrzymałem z przekleństwem — a jednak dobrze się obawiałem.
— Niestety. Nie wiem, jakie u nich przepisy, ale tak mnie wnerwił, że zagroziłam, że sprawę rozdmucham w gazetach! Dorosłym ludziom odmawiać życia! Boi się, że w ciążę zajdzie, czy co? Nie chciałam więcej gadać i wstałam. Wtedy dopiero zmienił ton i zaczął niby tłumaczyć, że tak musi robić i tak dalej. Powtórzyłam, że to ludzie i mają prawa i albo w lewo, albo w prawo. Dopiero wtedy obiecał, że jakoś dla nich załatwi. Jakby łaskę robił. No, zobaczymy. — Westchnęła głęboko i pokręciła głową.
— Dobre i to. Zobaczymy — powtórzyłem. — Ale przecież nie mamy jak sprawdzić. Jedyne, co możemy, to patrzeć, czy się nie powtórzy.
Zdarzenie to było pierwszym i jednocześnie ostatnim. Pozostał tylko osad. Jak można tak traktować starszych pensjonariuszy? To są przecież ludzie.
Rozdział VII. Moja Ewa,?! Co to, to nie!
Otrzymałem wychowawstwo w młodzieżowej, trzyletniej klasie zawodowej. Sami chłopcy. Jak na przekrój naszych uczestników, nie miałem z nimi większych problemów wychowawczych. Możliwe, że wpływały na to też moje dwie funkcje kierownicze w ośrodku OHP.
W drugim roku wychowawstwa, w połowie jesieni przyszła do mnie koleżanka, wychowawczyni klasy dziewcząt:
— Zdzisiek, mam dziewczynę, która chodzi z twoim chłopakiem, Patrykiem.
— To chyba dobrze — uśmiechnąłem się — jak coś z tego będzie, to będziemy mieli zapewnione przyszłe emerytury. Teraz ZUS z naszych składek płaci dzisiejszym emerytom, a na nasze przyszli będą płacić. A dzieciaków coraz mniej się rodzi…
— Wypluj te słowa i nie żartuj! — Lekko się zacietrzewiła. — Posłuchaj, a nie właź mi w słowo.
— Już, już jestem poważny. — Uniosłem dłonie w obronnym geście i spróbowałem powstrzymać uśmieszek w kącikach ust. — No dobra, mów, co się stało.
— Mówiłam, nie przerywaj. — Zamilkła na sekundę.– Że chodzą ze sobą, to ich sprawa. Ale tej Ewce wymsknęło się, że twój chłopak śpi u niej w domu. Kiedy zaczęłam ją naciskać, powiedziała, że nie, że z nią nie śpi. Ale coś niezbyt zaprzeczała.
— A rozmawiałaś z matką?
— Oni nie mają telefonu. Dałam Ewce moje pismo do matki, aby przyszła do szkoły, ale żadnej odpowiedzi. Niby matka jej powiedziała, że przyjdzie, ale mija miesiąc i nic. A przecież wiem, że oboje z mężem są bezrobotni.
— To wybierz się do matki — odruchowo odpowiedziałem. Sam czasem tak postępowałem. — Mieszkają w mieście?
— Tak, ale… — zawahała się. — Wiesz, oni mieszkają w tych popegeerowskich parterówkach na Rządzu. To za miastem i sami bezrobotni…
Wyraźnie wyczułem w jej głosie obawę. Nie uważałem jej za uzasadnioną — czasem przejeżdżałem na rowerze obok tych szeregowców bez wygód, w których mieszkali byli pracownicy rozwiązanego PGR i nigdy nie miałem ani jednej scysji. Nie słyszałem też, aby komuś się zdarzyło coś nieprzyjemnego. „No tak, jak z byłego pegeeru i niepracujący, to wiadomo, jaka chodzi fama, że tylko chleją wino marki wino i różnie się tam dzieje — przemknęło mi przez głowę. — Stereotyp i nieprawda, ale… no, wyraźnie się boi tam pojechać”.
— No dobra. Dotyczy mojego chłopaka, więc pojadę do tej matki. Daj mi jej adres.
Wybrałem się na rowerze, tak jak lubiłem na krótsze odległości. Zapukałem pod wskazany adres w parterowym szeregowcu. Otworzyła mi ogromna kobieta, tak wzrostem jak i obwodem w talii. „Jak ona przechodzi przez te wąskie drzwi” — odruchowo przebiegła mi myśl. Tak, jak szybko się nasunęła, tak szybko zniknęła. Przyjechałem w innym celu.
— Nazywam się Brałkowski. Jestem z OHP i ze szkoły, do której chodzi pani córka — przedstawiłem się. — Możemy porozmawiać?
— A o co chodzi? — Stała w wąskich drzwiach, opierając się wielką, pulchną dłonią o framugę. Swoją postacią wypełniła prawie całe wejście. — Nie chodzi?
— Niee, nie to. Ale wolałbym w środku, nie na dworze. — Wskazałem lekko głową na dwie sąsiadki, które zdążyły w te kilka sekund już wyjść z mieszkań do swoich maluteńkich ogródków przed wejściami. Jedna z grabkami, druga z motyką. Poletka miały może z dwa na dwa metry, rosło na nich po kilka kwiatków, ale one sumiennie zaczęły pracować przy nich.
Moja rozmówczyni popatrzyła w lewo i prawo i zagadnęła je zgryźliwie:
— A co was tak przypiliło, hę? Pan wejdzie. — Te ostatnie słowa skierowała już do mnie.
W małym, zagraconym pokoiku siedział w fotelu drobniutki mężczyzna, wpatrzony w telewizor.
— To mój mąż. — Gospodyni odkaszlnęła i wytarła nos w zapaskę. — Kazik, przywitaj się z panem. Pan przyszedł z OHP.
Chłopina podał mi rękę nie odrywając wzroku od telewizora. Nie odezwał się nawet jednym słowem.
— Pan siada. — Wskazała mi krzesło przy stole i siadła naprzeciwko. Zamiast wyartykułowania pytania uniosła tylko brwi w górę. Nie było to zbyt miłe powitanie, więc też się wstrzymałem z rozpoczęciem rozmowy. Wreszcie matka zapytała:
— Tak? A o co chodzi? Do szkoły nie chodzi? — powtórzyła pytanie.
— Na szczęście w miarę jest na lekcjach. Ewa, znaczy pani córka… ale, właśnie. Czy córka dała pani pismo od swojej wychowawczyni? To było już z miesiąc temu.
— A, jakieś dała. — Machnęła ręką z lekceważeniem. — Coś tam było, ale nie miałam czasu przyjść. Wie pan, jak to jest.
— Nie miała pani ani pani mąż — wskazałem głową na siedzące w fotelu chucherko, kompletnie niezainteresowane naszą rozmową — czasu? Przecież oboje nie pracujecie, ani nie macie dorywczych prac, jak wiem. — O tych dorywczych pracach strzeliłem mimowolnie, na zasadzie „trafię, nie trafię”. Trafiłem.
— Panie, za grosze nie będę nigdzie łaziła. Zasiłki mamy.
Już miałem na końcu języka stwierdzenie, że te zasiłki wypłacane są również z moich podatków i idą przede wszystkim „na przelew” w sąsiednim sklepiku, w którym króluje wino marki „Arizona”, ale się wstrzymałem. Ten stereotyp panował powszechnie i miał niestety uzasadnienie; sam, kiedy czasem przejeżdżałem na rowerze obok sklepiku, widywałem grono smakoszy tego „szlachetnego trunku”, ale… nie miałem prawa uogólniać na wszystkich.
— Nie miała pani czaasuu… — przeciągnąłem słowa, aby się uspokoić, gdyż jej odpowiedź podniosła mi jednak ciśnienie krwi. — Dlatego ja musiałem, w swoim wolnym czasie już po pracy — zaakcentowałem — znaleźć ten czas. Ale do rzeczy — odchyliłem się wpierw na krześle i następnie nachyliłem w kierunku rozmówczyni — Ewa chodzi z chłopakiem z mojej klasy, Patrykiem. Dlatego do pani zawitałem. Podobno on u pani czasem śpi… ee… podobno z Ewą. Że ze sobą chodzą, to mnie nic do tego, są młodzi, ale szkoda, żeby zaszła w ciążę i nie ukończyła szkoły.
— Panie, ale ja ich pilnuję! — Wyraźnie się obruszyła.. — Moja Ewa, co to, to nie! Razem nie śpią.
— A, jeśli tak, to w porządku. — Lekko odetchnąłem. — Patryk nie ma jeszcze siedemnastu lat, a Ewa nawet szesnastu. Niech skończą u nas wpierw szkołę.
— Wiem, dlatego pilnuję. Ewa tam śpi — wskazała na drugie drzwi — ale Patryk nie z nią, tylko na ziemi. Materac nadmucha i daję mu kordłę.
— Kołdr… — Ledwie się powstrzymałem z odruchową poprawką słowa. „Nie jesteśmy w szkole i nie rozmawiam z uczniem!” — sam siebie obsztorcowałem w myśli. Ale, jak przed chwilą odetchnąłem, tak teraz aż mnie uniosło. Matka żartuje z tym materacem, czy co? Chyba nie, wyglądało, że powiedziała poważnie.
— To pani mówi, że oni śpią razem w oddzielnym pokoju i pani jest tak pewna, że tylko śpią? — Westchnąłem i pokiwałem głową. — Przecież… przecież my też kiedyś byliśmy w ich wieku. I co, pani naprawdę wierzy w takie bogobojne spanie? — Złożyłem dłonie jak do modlitwy. — A rodzice Patryka co na to?
Wzruszyła ramionami i pociągnęła nosem:
— A, panie, mówią, że wiedzą. Jakby nie pozwolili, to by nie spał.
— Ale to pani córka! Wie pani, czym to grozi. Chce pani, aby Ewa stała się nieletnią mamą?
— No panu mówię, że pilnuję! — Poruszyła się nerwowo w krześle. — Oni nie śpią razem. Nie mam trzeciego pokoju.
Od razu przypomniałem sobie własne początki małżeństwa. Wynajęliśmy pokój u młodej właścicielki starego mieszkania. Przy pierwszym spotkaniu była z kilkuletnią dziewczynką. Myślałem, że to córeczka, a okazało się, że… wnuczka. Pochwaliła się nawet z lekkim zadowoleniem „miałam szesnaście lat, jak urodziłam córkę. Córka też szesnaście, jak urodziła moją wnuczkę”. Po kilku miesiącach się wyprowadziliśmy. Spotkałem ją po wielu latach. Znowu się pochwaliła, że została prababcią w wieku… tak, czterdziestu ośmiu lat. Wnuczka podtrzymała rodzinną, wielopokoleniową tradycję i urodziła w swoje szesnaste urodziny.
To wspomnienie błyskawicznie przebiegło mi przez głowę.
— Proszę pani, nie mogę zakazać Ewie i Patrykowi spotykania się i nawet przecież nie o tym mówię. Dorastają i to normalne w ich wieku. Jednak naprawdę szkoda by było, aby Ewie groziło nieukończenie szkoły, gdyby zaszła w ciążę.
— A co pan z tą ciążą ciągle?! Pilnuję córki.
— A przynajmniej rozmawiała pani z Ewą, jak można się zabezpieczać przed niechcianą ciążą? — Westchnąłem dość głośno. Rozmowa nie toczyła się po mojej myśli. Czy ta matka udaje, czy naprawdę jest aż tak nieodpowiedzialna? — To przecież pani dziecko.
— A gdzie by tam?! Takie świństwa pan wygaduje. Ksiądz mówił, że tego nie wolno. Tak nasz papież mówi.
— A to pewnie pani wie z kościoła, że współżyć można dopiero po ślubie kościelnym, a wcześniej dziewczyna musi zachować cnotę? — Chwyciłem się tego jak tonący pływającej deski. Może to do matki dotrze?
— Panie, ile razy mam powtarzać, że oni ze sobą nie śpią. Moją córkę dobrze wychowuję, po katolicku.
— Naprawdę pani wierzy, że oni nie śpią ze sobą? Strzeżonego pan Bóg strzeże, ale lepiej mu pomóc.
Jeszcze przez kilka minut próbowałem przemówić matce do rozumu. Podchodziłem ją z jednej strony, potem z drugiej… bez efektu. Jakbym rozmawiał z kilkuletnim dzieckiem, które nie potrafi przewidywać skutków niefrasobliwości, a to była przecież dojrzała kobieta.
— A jak się pani mąż zapatruje na to spanie Patryka u was? — Chwyciłem się jeszcze jednej możliwości. Spojrzałem na chuderlaka. Dalej był wpatrzony w ekran telewizora, kompletnie niezainteresowany naszą rozmową, jakby mnie tu nie było.
— Mąż nie ma nic do tego — odpowiedziała stanowczo. — Mówi pan, że chodzą do szkoły. To dobrze. Proszę się nie martwić, ja ich tu pilnuję — dokończyła już łagodniejszym tonem.
Miałem już za sobą wiele lat pracy z młodzieżą i czasem z ich rodzicami, ale nie spotkałem się jeszcze z takim podejściem matki. Jak można być tak naiwnym?
Dalsza rozmowa była już bezcelowa. Pożegnałem się i wyszedłem. Dopiero teraz ojciec poruszył się w fotelu — przechylił głowę w prawo, kiedy na ułamek sekundy zasłoniłem mu ekran telewizora. Przeszkodziłem mu mimowolnie i wyraźnie nie chciał nic stracić z oglądanej sceny, chociaż była ona statyczna — rozmawiało ze sobą dwoje aktorów. Jednak go rozumiałem — co pokazują w jakimś filmie czy serialu w telewizji, dla niektórych jest dużo ważniejsze od tego, co dzieje się w rzeczywistości. Nawet jeśli chodzi o własną córkę.
* * *
Na początku wiosny, kiedy pąki na drzewach zaczęły pęcznieć od żywotnych soków, zaczęła też pęcznieć Ewa. Wiadomo — Matka Natura budziła przyrodę do życia ze snu zimowego, a ludzie są przecież częścią natury i też wtedy się budzą. Może nie wszyscy od razu, ale Ewa na pewno była w tej części, która postąpiła zgodnie z wolą natury. Patryk pomógł, a jej mama, chociaż pilnowała, jednak nie przypilnowała. Może nie chciała postąpić wbrew naturalnemu prawu?
Miałem wielką chęć pojechać ponownie do rodziców Ewy i usłyszeć od matki, jakim cudem córka zaszła w ciążę, chociaż Patryk z nią nie spał w łóżku, tylko zawsze, jak mi wtedy jej rodzicielka powiedziała — na podłodze, na dmuchanym materacu. Jednak zrezygnowałem. Mógłbym usłyszeć o nowym niepokalanym poczęciu i jeszcze uwierzyłbym. Wolałem nie ryzykować.
Sprawa jednak miała szczęśliwe zakończenie. Ewa ukończyła klasę i zdała do wyższej; urodziła córeczkę w wakacje. Zmobilizowałem Patryka „chciałeś dorosnąć szybciej, to teraz postępuj jak ojciec rodziny” — przez cały wrzesień brał tematy lekcji od wychowawczyni klasy swojej dziewczyny i zanosił do niej. Uczyła się sama w domu. Wróciła na zajęcia w październiku.
Oboje ukończyli szkołę. Był to jeden z nieczęstych przypadków, kiedy kilkunastolatkowie okazali się bardziej odpowiedzialni niż ich rodzice. Przytrafiło im się bardzo wcześnie dziecko, ale „kto w młodzieńczym wieku nie był podatny na buzujące hormony, niech pierwszy rzuci kamieniem”.
Rozdział VIII. Zakończenie roku szkolnego
Już w trzeciej klasie, na przedłużony weekend pierwszo-trzeciomajowy, dyrektorka załatwiła chłopcom z mojej klasy darmowy wypoczynek w ośrodku wczasowym Uniwersytetu Mikołaja Kopernika z Torunia, nad jeziorem Bachotek. W zamian mieliśmy przygotować teren ośrodka do sezonu — wysprzątać, oczyścić, odmalować, naprawić drobne uszkodzenia. Pracowaliśmy po osiem godzin przez trzy dni pobytu, a popołudnia mieliśmy już wolne, z darmowym zakwaterowaniem, wyżywieniem i możliwością korzystania ze sprzętu pływającego oraz innych udogodnień.
Wyjazd był dobrowolny, ale cała klasa gremialnie się zgłosiła. Na fachu się znali po trzech latach nauki zawodu i praktykach, byli już prawie pełnoprawnymi „robotnikami wykwalifikowanymi”.
Pogoda dopisała, wypoczynek majowy się udał. Jedyną stratą były moje okulary, stłuczone podczas meczu siatkówki „jeden przeciw sześciu”. Właściwie stłukli mi jeszcze przed meczem — uderzona piłka trafiła nieszczęśliwie we mnie, jeszcze nieprzygotowanego. Nie mogłem mieć pretensji; w czasach, kiedy przed laty rozpoczynałem grać w siatkówkę w lokalnym klubie, też miałem podobne zdarzenie. Nie przeszkodziło mi to wygrać całego meczu — żaden z przeciwników nie był obyty z arkanami tej dyscypliny sportowej. W polu „dziewięć na dziewięć” mnie ganiali, ale nadrabiałem wszystko zagrywką, zdobywając nią seryjnie punkty…
Ten rocznik chłopców był wyjątkowo dobry na tle innych klas. Spraw wychowawczych i dyscyplinarnych miałem stosunkowo mało; zgrałem się z podopiecznymi przez trzy lata wychowawstwa. Wspólny wyjazd do Bachotka był dla nich nagrodą — prezentem na zakończenie nauki.
Dlatego ucieszyłem się a nawet zrobiło miło na sercu, kiedy na zakończenie roku szkolnego, przed rozdaniem końcowych świadectw i pożegnaniu z każdym, już absolwentem, trzech chłopców wręczyło mi bardzo ładny bukiet. W naszej szkole było to coś wyjątkowego; w klasach dziewcząt wychowawczynie przeważnie dostawały kwiaty, ale w klasach męskich się nie zdarzało.
Ta trójka uczniów dziesięć minut wcześniej poprosiła mnie o możliwość chwilowego wyjścia z sali. „Zaraz wrócimy, zapomnieliśmy, ee… musimy coś jeszcze załatwić”. Wyraziłem zgodę. Dobrze się domyśliłem, co ich pogoniło — szybko wrócili do sali lekcyjnej i, jeszcze lekko zdyszani, uroczyście obdarowali mnie tym bukietem kwiatów. „Chłopcy, bardzo wam dziękuję”. „To my panu dziękujemy, że pan wytrzymał z nami”.
Czyż może być coś bardziej satysfakcjonującego dla nauczyciela, niż podziękowanie na zakończenie?
Rozradowany, cały w skowronkach, mocno uścisnąłem dłoń każdemu z trójki delegatów klasy. Nie zdążyli jeszcze usiąść, kiedy otworzyły się drzwi sali lekcyjnej i z korytarza prawie wbiegł zdyszany, starszy mężczyzna, a za nim weszło dwóch policjantów. Zaskoczony, nie zdążyłem nawet zareagować, kiedy tenże wskazał oskarżycielsko palcem na trójkę chłopców i zawołał:
— To ci! Oddaj pan! — Korzystając z mojego stuporu prawie wyrwał mi bukiet z ręki.
— Co pan robi?! — Tak mnie zaskoczył, że nie od razu zareagowałem.
— To moje kwiaty! Przyniosłem na grób matki! A ci je skradli! — Oskarżycielsko wskazał palcem na stojącą trójkę chłopców.
W tym momencie wolałbym nie przeglądać się w lustrze. Zresztą… lustra w sali nie było i dobrze. Musiałem wyglądać na twarzy jak, nie przymierzając, czerwonoskóry, o ile nie burak.
— Czy to… — ledwie wykrztusiłem a dalsze słowa już mi nie przeszły przez gardło. Spojrzałem tylko na moich darczyńców z niewypowiedzianym pytaniem w oczach.
Opuścili tylko głowy i jeden lekko potaknął głową.
— Nie dostaliśmy jeszcze dzisiaj wypłaty. — Jeden z nich wyszeptał. — Chcieliśmy później odkupić kwiaty i zanieść na ten grób.
Przeciągnąłem powoli dłonią po twarzy, aby się uspokoić. Kiedy się powiada, że „czasem człowiekiem targają sprzeczne myśli”, to właśnie teraz byłem takim przykładem.
— Proszę ich aresztować! — To domniemany właściciel bukietu znowu się rozwrzeszczał, odwracając się do stojących w milczeniu policjantów. — Z grobu mojej matki!
— Zaraz, spokojnie, proszę tu nie wrzeszczeć. — Starałem się mówić dość spokojnie, chociaż pewnie tembr mojego głosu był o kilka decybeli wyższy niż normalnie. — Panowie, wyjdźmy na korytarz i sobie wyjaśnimy. — Policjanci jakby na to czekali; od razu wyszli. Tylko tego z odzyskanymi już kwiatami w ręku musiałem delikatnie obrócić i nakierować w stronę drzwi. Lekko się opierał, ale jednak wyszedł. Ja za nim i zamknąłem drzwi od zewnątrz.
— To moi chłopcy. Może pan teraz spokojnie powiedzieć, jak to się stało? — Moje oszołomienie już minęło, zacząłem mówić normalnym głosem. — To bardzo nieprzyjemna sytuacja, mam akurat zakończenie roku szkolnego. — Zacisnąłem wargi i pokręciłem głową.
— Panie, jakich pan ma chłopaków?! To złodzieje!
— Niech pan się uspokoi i przestanie tak łatwo szastać oskarżeniami. — Starałem się mówić powoli, aby nie zaogniać sytuacji. — Powie pan wreszcie, jak to było?
— Panie, bo jak przyniosłem dzisiaj kwiaty dla matki — zaczął wreszcie odpowiadać dość normalnie — to jak wyszłem z cmentarza patrzę, a nie mam saszetki. A tam dokumenty, pieniądze i wszystkie klucze! — Na wspomnienie aż się chwycił za głowę. — Musiałem zostawić na ławeczce przy grobie. No to w te dyrdy z powrotem. Dochodzę i tylko zobaczyłem z daleka tę trójkę — wskazał głową w stronę sali lekcyjnej — jak mi kradną kwiaty z grobu. To nie krzyknąłem, aby nie uciekli, tylko poszłem do grobu. Patrzę, saszetka na szczęście leży, to ją wziąłem, o ta — uniósł ją, dotąd trzymaną w ręku — i za nimi. Szli szybko, ale tyle zdążyłem za nimi. A panowie policjanci akurat szli, to im powiedziałem i za nimi, za pana chłopakami, aż tu. Mojej matce ukradli! Co z nich wyrośnie, trzeba ich pod sąd i…
— Słyszy pan siebie, co pan sam powiedział? — Przerwałem mu tyradę zdecydowanym ruchem ręki. — Proszę nie rzucać oskarżeniami. Pan zostawił saszetkę ze wszystkim, a moi chłopcy… no fakt, ukradli kwiaty. Ale saszetki nawet nie dotknęli. To jacy z nich złodzieje? — Wymownie podniosłem brwi. Chyba do niego dopiero teraz dotarło, gdyż otworzył usta i ponownie je zamknął bez jednego słowa. Chciałem jednak szybko zakończyć to nieprzyjemne zdarzenie. — Nie ma dwóch zdań, chłopcy wzięli pańskie kwiaty, to jest naganne. Złodziejami na pewno jednak nie są, poznałem ich dobrze przez trzy lata nauki. Nie mieli pieniędzy, chcieli mi zrobić przyjemność, gdyż już kończą szkołę… Przepraszam za nich i w ramach rekompensaty zapłacę panu za te kwiaty. Ile? — Wyjąłem z marynarki portfel.
Zaskoczyłem go. Chrząknął i machnął ręką:
— Dobra, panie. Ja tam nic nie chcę.
— To jeszcze raz przepraszam i do widzenia… a może lepiej nie do widzenia. Muszę wracać do klasy. Panowie — zwróciłem się do dwójki policjantów stojących za mężczyzną. Przez cały czas nie odezwali się nawet jednym słowem. — Możemy tak zamknąć sprawę i zapomnieć?
Obaj kiwnęli potakująco głowami, a jeden ukradkiem pokazał mi uniesiony w górę kciuk.
— Jeśli ten pan nie ma już pretensji, to nie będziemy robili notatki służbowej. Tak przy zakończeniu roku szkolnego nie wypada. Do widzenia.
Kiwnąłem im głową. Poczekałem aż weszli na schody prowadzące na parter i wróciłem do sali lekcyjnej. Trójka „delegatów klasy” dalej stała przed ławkami. Miny mieli bardzo niewyraźne. Mnie już jednak minęło.
— Siadajcie. — Poczekałem chwilę i sam stanąłem przed biurkiem nauczycielskim, opierając się o nie z tyłu rękoma. — I jak mam skomentować? Chyba nie muszę. Ale jedno zdanie. Rozumiem intencje, ale nie… wykonanie, chłopcy. Czasem dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Zapominam, gdyż to nasze ostatnie spotkanie. Przechodzimy do wręczenia waszych świadectw końcowych. Jędrek Adamczewski…
Rozdział IX. Duży chłop
W roku 1999 nastąpiła reforma oświaty; ponownie powstały gimnazja. Ich trzyletni cykl nauczania spowodował zwiększoną liczbę uczniów w naszej szkole. Jednocześnie zmieniona została nazwa z „Zespołu Szkół OHP” na „Zespół Szkół Nr 1”, umożliwiająca przyjmowanie młodzieży również spoza uczestników OHP.
Zwiększyła się także liczba nauczycieli. Oprócz całego etatu w OHP, w szkole prowadziłem zajęcia z historii i wiedzy o społeczeństwie. Dzieliłem się tymi lekcjami z kolegą dochodzącym z innej szkoły, ale i tak było to duże obciążenie godzinowe w każdym dniu pracy. Dlatego w kolejnym roku szkolnym przyjęliśmy z zadowoleniem nowego, trzeciego nauczyciela od tych przedmiotów, zwłaszcza że podjął pracę na cały etat. Odczułem ulgę, gdyż już nie musiałem aż tak dużo godzin przebywać, każdego dnia, w internacie OHP i w szkole.
Kiedy dyrektorka szkoły nam go przedstawiła, musiałem zadrzeć głowę. Matka Natura nie poskąpiła mi wzrostu, ale nowy nauczyciel przerastał mnie jeszcze o głowę. Posturę też miał potężną, wyglądał jak zapaśnik w najcięższej kategorii wagowej. „Noo, to u nas też się liczy, zwłaszcza na początku — pomyślałem z zadowoleniem. — Przynajmniej odpadnie problem z zachowaniem porządku na lekcjach. Kto mu podskoczy?”.
— Witam w naszym gronie, panie kolego. — Po przedstawieniu się przeszedłem bezceremonialnie do konkretnej rozmowy. — U nas jest różna młodzież, ale to pewnie już pani dyrektor powiedziała. Jednak, jak widzę, nie jest pan, panie Karolu, ułomkiem — uśmiechnąłem się. — Ile ma pan, jeśli można wiedzieć? — Uniosłem w górę dłoń nad głowę.
— Dwa zero osiem, proszę pana — wyszeptał.
— Nie aż tak oficjalnie. Słuszny wzrost. Przynajmniej będzie pan widział, co się dzieje w tylnych ławkach. Uczył już pan?
— Nie. Po ukończeniu studiów rok pracowałem za biurkiem, gdyż nie dostałem pracy w oświacie. Teraz się przeprowadziłem i to moja pierwsza praca w szkole.
— To lepiej mało siedzieć, więcej stać lub chodzić. Taka moja rada od starszego kolegi. — Uśmiechnąłem się. — Poradzi pan sobie, wierzę w to. Jakby co, proszę się nie krępować i pytać. Dobrze, że pan przyszedł, gdyż ledwie się wyrabiałem z godzinami kosztem rodziny.
— Tak, proszę pana.
— Ejże, więcej zdecydowania. Wystarczy na początek bez tego „proszę”. Nie jest pan uczniem. — Podałem mu rękę. — Cieszę się, że pan dołączył do naszego grona.
* * *
Pierwszy tydzień nowego roku szkolnego minął w miarę spokojnie. Uczniowie starszych klas jeszcze się nie rozbrykali, a pierwszoroczniacy dopiero zapoznawali „z terenem” i nowymi kolegami.
W następnym tygodniu prowadziłem lekcję w drugiej klasie zawodowej, kiedy usłyszałem jakieś dziwne hałasy dochodzące z korytarza. Wyglądnąłem, ale był pusty; dźwięki dochodziły z jego drugiego końca, z sali lekcyjnej.
— Kazik, pilnujesz porządku.– Wskazałem palcem na jednego z bardziej rozsądnych, mającego poważanie w klasie młodzieńca i wziąłem dziennik z biurka. — Odpowiadasz. Zaraz wrócę. Muszę zobaczyć, co się dzieje… — to ostatnie dopowiedziałem pod nosem, ale już na korytarzu.
W kilka szybkich kroków doszedłem do sali, skąd dochodziły hałasy i krzyki. Otworzyłem drzwi i… moim oczom ukazał się widok, który nie przyszedłby mi nawet do głowy, gdybym go naocznie nie zobaczył. Aż takiej wyobraźni nie miałem, mimo wielu już lat pracy i przeżytych zdarzeń z naszą młodzieżą.
To była klasa pierwsza „gimnazjum przysposabiającego do zawodu”; większość uczniów miała już rok lub dwa lata opóźnienia w nauce w swoich szkołach macierzystych, nim do nas przyszli. Kilkunastu z nich siedziało rozwalonych w ławkach, rechotając ze śmiechu, natomiast większość skakała po sali, gwizdała i pokrzykiwała udając odgłosy małpy. Kilka ławek było przewróconych, dwie z nich były pozbawione metalowych nóg.
Nowy nauczyciel, pan Karol, stał przy tablicy i coś na niej pisał, odwrócony tyłem do klasy. Ogromny chłop był przykurczony, z głową schowaną w ramionach. Wyglądało jakby w ogóle nie zwracał uwagi na to, co się dzieje naokoło, jakby sam był w klasie.
Widok był surrealistyczny, niby z filmu wymyślonego w malignie przez reżysera o nieograniczonej wyobraźni „co się w szkole może dziać”. Całość ogarnąłem spojrzeniem w sekundę. Nie zdążyłem jeszcze zareagować, gdy jeden z uczniów, rozogniony i nie zauważywszy mnie, rzucił dużą śrubą w stronę tablicy. Odbiła się od niej, metr od nauczyciela i spadła na podłogę. Leżało tam już kilka takich śrub.
— Spokój! Wstać! Cisza! — Wrzasnąłem jak staccato.
Zadziałało. Siedzący w ławkach gwałtownie się poderwali, a biegający po sali zamarli, niektórzy wytrzeszczając oczy i otwierając usta. Na sile głosu nigdy mi nie zbywało, a ci młodzi jeszcze mnie z tej strony nie znali.
— Stanąć przy swoich ławkach! — Zdecydowanym ruchem ręki pognałem tych ostatnich. — Natychmiast! Ani mru, mru! Panie Karolu — zwróciłem się cicho do nauczyciela — proszę na chwilę wyjść i poczekać.
Kiedy tylko wyszedł, zamknąłem za nim drzwi i przeciągając słowa przez zęby zwróciłem się do klasy:
— Coo wyy sobie myślicie, chłopaczki, co? Że przyszliście tu rozrabiać? Rozwalać?! –– Kretyńskie zabawy urządzać?! — Podniosłem znowu głos, ale zaraz wróciłem na poprzedni poziom. — Daję trzy minuty. Ustawić ławki, skręcić te — wskazałem głową na pozbawione śrub łączących — i bez słowa. Kto piśnie choć jedno, od razu jeszcze dzisiaj wyleci. Kto ma już zabazgrane papiery w rodzinnym sądzie, to dodatkowo pójdzie tam zawiadomienie. Odliczam. — Podniosłem rękę i spojrzałem na sekundnik w zegarku. — Start.
Te trzy minuty rzuciłem bez zastanawiania się. Jednak zdążyli.
— Nie siadać. Dalej stać przy ławkach — Zmroziłem wzrokiem tych, którzy już odsuwali krzesła. — Czekać.
Wyszedłem na korytarz, zostawiając otwarte drzwi do sali lekcyjnej. Pan Karol stał z bardzo niewyraźną miną.
— Dlaczego pan im na to pozwolił? — szepnąłem. — Dlaczego pan nie reagował? Jak raz się im pozwoli, to już będzie pan miał przesr… — w ostatnim momencie powstrzymałem język — nie poradzi pan sobie z utrzymaniem porządku na lekcji.
— Bo ja jeszcze nigdy nie pracowałem z młodzieżą, tylko za biurkiem — wystękał prawie płaczliwym głosem.
— Panie Karolu, każdy kiedyś zaczął. Ja też. Jak pan sobie teraz pościele, jak pan nie pozwoli na rozrabiactwo, takie będzie miał pan następne lekcje. Młodzież zawsze sprawdza nowych nauczycieli. — Spojrzałem na niego i w duchu westchnąłem. Nie wyglądał, aby moja krótka przemowa do niego trafiła, wstrząsnęła nim. „Taki duży chłop, a poradzić sobie nie może? — przebiegło mi przez myśl. — To drobniutka, młodziutka Asia potrafiła sobie dać radę z chłopakami w internacie, a on, jak struś, głowę chowa?! No nic, może to tylko na początku…”.
— Wróćmy do klasy, panie Karolu — objąłem go ramieniem. — Więcej zdecydowania. — Chciałem dopowiedzieć coś o jego potężnej posturze, ale w porę się powstrzymałem. Jeszcze by całkiem się… rozkleił. Co z niego za chłop?
Stanęliśmy przed tablicą. Wszyscy chłopcy byli przy ławkach.
— To widziałem pierwszy i ostatni raz. Oby dla kilku nie stał się naprawdę ostatni w naszej szkole. Nigdy nie rzucam słów na wiatr. Teraz, do końca lekcji, będziecie stali. Bez ruchu. Będę zaglądał. Jeśli zobaczę kogoś siedzącego, od razu zabiera manatki, jeszcze dzisiaj. Zrozumiano? — Ostatnie słowo wypowiedziałem cicho, ale z mocnym zaakcentowaniem. Bez czekania na ewentualną, czyjąś reakcję, wróciłem do mojej klasy, nie zamykając drzwi za sobą.
Zaglądnąłem do tamtej sali jeszcze dwukrotnie. Było już w niej spokojnie; wszyscy stali, nikt nie usiadł.
Na przerwie zrelacjonowałem dyrektorce przebieg zdarzenia, kończąc: „Oby się wziął w garść. Taki chłop… nie spodziewałem się”.
Pani dyrektor później z nim porozmawiała; przeprowadziła dłuższą rozmowę. Jak mi później przekazała, też nie odniosła pozytywnego wrażenia; miała podobne odczucia, jak ja. „Zobaczymy. Dam mu szansę, może się wyrobi” — podsumowała.
* * *
Niestety, na długo nie pomogło. Aż takich awantur pan Karol już nie miał na lekcjach, ale kilka razy ja lub pani dyrektor musieliśmy interweniować na jego lekcjach, aby uspokajać rozbrykane klasy. Fama wśród młodzieży bardzo szybko się rozniosła i chłopcy pozwalali sobie ponad dopuszczalne zasady zachowania.
Odczekaliśmy jeszcze miesiąc, ale Karol nadal nie mógł sobie poradzić z uczniami. To było już dość czasu; dłużej nie można było zwlekać, gdyż groziło nieutrzymaniem porządku w szkole.
Dyrektorka, w mojej obecności jako kierownika internatu, poprosiła go na rozmowę:
— Panie Karolu — rozpoczęła — jest pan sumiennym pracownikiem, ale jednak nie daje sobie rady z naszą młodzieżą. Dość czasu już minęło. Jak pan sam się przekonał, nasza praca jest specyficzna. Po prostu nie ma pan… — zawahała się, wyraźnie szukając odpowiedniego słowa — do niej predyspozycji. Tego nie wyuczą na studiach. Albo się ma, albo nie. Niech pan nie myśli — uśmiechnęła się, aby złagodzić przekaz — że pan jest pierwszy. Zdarza się. Pan Brałkowski — wskazała na mnie ruchem głowy — jako kierownik internatu też czasem musiał rozstawać się z nowymi wychowawcami. Też z tego samego powodu, nie mogli poradzić sobie z młodzieżą.
Zamilkła i spojrzała na nauczyciela. Przez krótką chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Wreszcie odezwał się, jak zwykle bardzo cicho:
— Tak, już sam wiem. Chcę uczyć, ale nie wychodzi mi z chłopcami. Nie potrafię… tak już mam, jak sam byłem uczniem. Byłem spokojny, nie lubiłem rozrabiać.
— Panie Karolu, czas już podjąć decyzję. — Dyrektorka nachyliła się nad stołem, przy którym siedzieliśmy — Zrobimy tak. Proszę poszukać pracy w innych szkołach w Grudziądzu, gdzie jest spokojniejsza młodzież. W wydziale oświaty panu powiedzą, czy gdzieś potrzebują nauczyciela. Jakby nie było, często są wolne etaty we wsiach pod miastem. Nim pan znajdzie, będzie pan dalej pracował u nas. Jakoś przetrwamy. Tyle mogę zrobić.
— Dobrze, pani dyrektor. — Kiwnął głową. — Dziękuję.
…Karol znalazł pracę dość szybko. Akurat zwolnił się nagle etat nauczyciela w jednej ze szkół średnich. Rozstaliśmy się w zgodzie, „za porozumieniem stron”.
Spotkałem go kilka lat później w mieście, na jednym z zebrań nauczycieli przedmiotowych. Porozmawialiśmy na przerwie. Nadal pracował w tej samej szkole. „Tam mam jednak spokój, inna młodzież. Lubię uczyć. Dobrze, że się przeniosłem”. Głos mu jednak się nie zmienił — dalej mówił bardzo cicho, co kontrastowało z jego potężną posturą.
Najważniejsze, że znalazł odpowiadające swojemu „temperamentowi” miejsce pracy.
Rozdział X. Biskup
W tym samym czasie przydzielono nam do szkoły księdza na lekcje religii. Jak na złość, okazał się alter ego pana Karola. Nie pod względem potężnej figury, ale charakteru — również nie nadawał się do pracy z naszą młodzieżą. Młodziutki, delikatny, cichy, niepotrafiący zdecydowanie zadziałać, a tak czasem należało postępować w naszej pracy. Uczniowie od razu wyczuli „chłopaczka” i na jego lekcjach zaczęły odbywać się prawie podobne sceny. „Prawie”, gdyż nie aż tak drastyczne, ale na pewno mocno odbiegające od pożądanego zachowania na zajęciach z religii.
Dyrektorka Ula kilkakrotnie przeprowadziła z nim rozmowy. Ja także dyscyplinowałem chłopców w „umoralniających” rozmowach. Pomagało na krótko. Jednak zwolnić go nie mogliśmy, gdyż ksiądz był przydzielany przez władzę religijną, a nie oświatę publiczną.
Dyrektorka była już zdecydowana zainterweniować w diecezji, kiedy dowiedziała się, iż biskup Suski ma odwiedzić szkołę Centrum Kształcenia Ustawicznego w naszym mieście. To była okazja do porozmawiania na żywo. Dużo szybciej i często skuteczniej niż w korespondencji pisemnej. Przedzwoniła do kurii diecezjalnej w Toruniu i na drugi dzień, o dziwo, otrzymaliśmy zwrotne potwierdzenie o zgodzie biskupa na przyjazd do nas.
— Zdzisiek — dyrektorka zwróciła się do mnie — a jak się do takiego zwracają? Jak go tytułować?
— Mnie się pytasz — aż się uśmiechnąłem — trafiłaś ślepakiem. Coś od eks, czy jakoś tak. Ale sprawdzę.
Długo nie trwało. Mój prywatny księgozbiór encyklopedii i różnych słowników umożliwił szybkie znalezienie odpowiedzi.
— Mawiają do biskupów „ekscelencjo” — przekazałem dyrektorce znalezioną informację. — Ale to przy uroczystych okazjach kościelnych. W spotkaniach mniej oficjalnych wystarczy „księże biskupie”.
— Księże biskupie? Wystarczy. Nasza szkoła jest publiczna, a nowa konstytucja mówi wyraźnie o rozdziale. Możemy go więc przyjąć. Oby się dał przekonać. Nie dość, że pan Karol na głowie, to jeszcze ten ksiądz, jak dziewczynka.
Kuria dotrzymała słowa. Biskup wpierw przyjechał do CKU, a potem do naszej szkoły. Jego świta była dość liczna, kilkunastoosobowa. Nie spodziewaliśmy się aż takiej liczby; nie dało by się ich pomieścić w gabinecie dyrektorki ani nawet w pokoju nauczycielskim.
— Zdzisiek, skocz otwórz salę przy moim gabinecie — szepnęła mi — tylko tam ich pomieścimy. — Nie czekając na moją odpowiedź zeszła po schodach zewnętrznych budynku, aby przywitać gości.
Otworzyłem klasę i już w środku poczekałem na ich przybycie.
— Księże biskupie, mój bliski współpracownik i nauczyciel, jednocześnie kierownik internatu — dyrektorka przedstawiła mnie. — Proszę usiąść w ławkach. Zdzisiek usiądź obok biurka, przy mnie — to już wyszeptała w moją stronę.
W latach poprzednich miałem styczność z wieloma duchownymi, po kontaktach z kilkoma pozostały nieprzyjemne wspomnienia. Z wysokim hierarchą kościelnym miałem bezpośrednią styczność po raz pierwszy. Przyznałem w duchu, że nie okazał się „nadętym bucem”, jakimi było podobno wielu z jego kolegów — usiadł bez słowa w pierwszej ławce, a pozostała świta za nim. Złączył dłonie w małdrzyk i popatrzył na dyrektorkę oraz na mnie. „No, przynajmniej jeden normalny, jak na razie — przemknęło mi przez głowę. — Zobaczymy, czy pomoże”.
Siedliśmy oboje na podeście nauczycielskim. Szefowa nie krygowała się, tylko przeszła od razu do rzeczy:
— Księże biskupie, mamy jeden problem, związany z nauką religią w naszej szkole. Może nie tyle z religią, co z księdzem, który ją u nas prowadzi. Nie, z nim jest wszystko w porządku — machnęła kilka razy ręką w zaprzeczeniu, widząc nagłe poruszenie wśród obecnych — nie mamy zastrzeżeń. Jedynie… nasza młodzież nie jest taka, jak w większości szkół. Potrzeba nam kogoś, kto potrafi utrzymać porządek na lekcjach, a ksiądz jest zbyt… delikatny. W zwykłych szkołach pewnie będzie dobrym nauczycielem, ale u nas potrzeba chłopa z jaj… — w ostatnim momencie wstrzymała się z dokończeniem i zakasłała, aby pokryć niezręczność.
Biskup leciutko… uśmiechnął się? W każdym razie odniosłem takie wrażenie. Rozłożył ręce, oparł je o brzeg ławki i ni to zapytał, ni to podsumował:
— Rozumiem, że chodzi o kogoś bardziej potrafiącego utrzymać dyscyplinę na lekcji? Dobrze, zobaczę, kogo można innego. Jak nazwisko księdza?
Jeden z towarzyszących mu duchownych zapisał je w swoim notatniku.
— Czy coś jeszcze, pani dyrektor?
— Nie, księże biskupie. Tylko to jedno, ale dla nas ważne.
Porozmawialiśmy jeszcze przez chwilę o naszej młodzieży, zaznajomiliśmy ze specyfiką pracy. Po kwadransie biskup Suski przeprosił, że ma ograniczony czas, pożegnał się i z całą świtą odjechał.
Na drugi dzień porozmawiałem ze znajomym z CKU. W pierwszej chwili pomyślałem, że żartuje, kiedy powiedział, iż ich dyrektor całą kadrę szkoły ustawił w dwuszeregu na korytarzu gmachu, jak na mustrze żołnierzy. Podobnie ustawili młodzież i tak, z wielką galą i czołobitnie witali „naszą ukochaną ekscelencję”. Pokręciłem tylko z politowaniem głową, stwierdzając z sarkazmem: „W szkole?! A co wy, jesteście seminarium duchownym, czy co? Macie uczniów i nauczycieli wszystkich rzymskokatolików? Przecież to nie szkoła wyznaniowa”. Znajomy nie skomentował. Nie kontynuowałem, gdyż widziałem jego zakłopotanie. Swoje przemyślania zostawiłem więc dla siebie.
Nas interesowało tylko, czy biskup Suski dotrzyma słowa. Dotrzymał i to szybko — po tygodniu dotychczasowy katecheta odszedł, a w jego miejsce został przysłany ksiądz pracujący w grudziądzkim zakładzie karnym dla kobiet. Posturę miał podobnie potężną, jak nasz pan Karol. Na szczęście okazał się jednak, zgodnie z niedokończonym określeniem dyrektorki — „chłopem z jajami”, jakiego potrzebowaliśmy. Nie musiałem już interweniować na jego lekcjach religii.
Do tego, poza czasem służbowym, można było z nim rozmawiać na wszystkie tematy, włącznie ze światopoglądowymi. Kilka razy nasze rozmowy przeciągnęły się do godziny, jeśli akurat była wolna.
Po dwóch czy trzech latach, na zakończenie roku szkolnego poinformował nas, że odchodzi ze stanu duchownego. Zakochał się, z wzajemnością, w jednej z naszych uczennic, już wtedy absolwentek. Postąpił uczciwie; odczekał, nie dał najmniejszych powodów do plotek. Inaczej niż jeden z wychowawców u mnie w internacie OHP, były kleryk i niedoszły ksiądz, którego musiałem „poprosić” o odejście z pracy — w podobnej sytuacji nie wytrzymał do końca czerwca, mimo ostrzeżeń. Nie potrafił ukryć uczuć i zaczęły rozpowszechniać się sygnały, które okazały się prawdą.
Rozdział XI. Nowy budynek szkoły
W 2002 roku nasz budynek szkolny, dzierżawiony od OHP, otrzymał warunkowe dopuszczenie budowlane na jeszcze tylko następny rok. Był typowym projektem „lekkiej budowli typu wczasowego” z DDR z krótką opcją zamieszkiwania przez około 20 lat. Ten okres już dawno został przekroczony. W 1994 roku część piwniczna oraz połowa parteru budynku została przeznaczona na potrzeby szkoły. Pierwsze piętro pomieściło nasz internat żeński OHP, a kilka pokojów zajmowały biura Gospodarstwa Pomocniczego OHP.
Budynek został już przeznaczony do rozbiórki. Musieliśmy szukać nowego obiektu na szkołę. Miejski wydział oświaty zaproponował nam dwa budynki, które stały już puste. Wraz z dyrektorką, panią Ulą, obejrzeliśmy jeden i drugi. Ten drugi, na osiedlu Rządz, odpowiadał naszym potrzebom — miał pięć dużych sal lekcyjnych i inne przydatne pomieszczenia. Łatwo mogliśmy go przystosować do naszej niezbyt dużej szkoły. a dodatkowo część piwniczna nadawała się na prowadzenie warsztatów praktycznych. W latach 70. mieściło się w nim przedszkole, a w dziesięcioleciu lat 90. prywatne liceum menedżerskie. Od pewnego czasu budynek stał już pusty.
Wiosną i częściowo w wakacje roku 2003 przeprowadzenie drobnych remontów, wymiana drzwi i wymalowanie wewnętrznych pomieszczeń oraz przewiezienie sprzętu szkolnego — wystarczyły na rozpoczęcie nowego roku szkolnego już we własnej siedzibie. Jednak była ona oddalona od dotychczasowej lokalizacji o ponad 5 kilometrów, co w mojej sytuacji uniemożliwiało dalsze łączenie pracy w OHP z częścią etatu w szkole. Musiałem zdecydować… i od września 2003 przeszedłem na cały etat pracy nauczycielskiej, rezygnując z funkcji kierowniczych w Ośrodku OHP. Przepracowałem w nim aż 19 lat, ale przyszedł czas na zmianę, chociaż dalej pracowałem z młodzieżą, która wymagała szczególnej opieki wychowawczej.
Mimo natłoku pracy we wrześniu, jeszcze przez ten miesiąc dojeżdżałem po południu do ośrodka OHP, aby pomóc się wdrożyć do specyfiki pracy nowemu kierownikowi internatu. To była prośba wojewódzkiej komendantki OHP, a ponieważ ostatnie kilka lat dobrze się nam współpracowało, nie widziałem przeszkód. Do tego duża część młodzieży szkolnej była nadal uczestnikami OHP. Starsze dziewczęta i chłopcy znali mnie z obu miejsc pracy, ale pierwszoroczniacy nie. To były dla mnie dodatkowe plusy w ich podejściu do w miarę porządnego zachowywania się w szkole.
Nasz nowy budynek, dość kameralny, jednopiętrowy z podpiwniczeniem, stał między blokami mieszkalnymi osiedla. Bezpośrednio po drugiej stronie ulicy, w dużym kompleksie, mieściły się szkoła podstawowa, gimnazjum oraz liceum ogólnokształcące.
Rozpoczął się kolejny rok szkolny, tyle że w nowym miejscu. Już w pierwszych kilku dniach września zauważyliśmy dziwne zjawisko — w czasie prowadzenia zajęć, a zwłaszcza na przerwach, naokoło naszej szkoły zaczęły chodzić dwuosobowe patrole policyjne oraz straży miejskiej. Co jest?
Dyrektorka wysłała mnie, abym się zorientował. Podszedłem do policyjnego patrolu, kiedy przechodził obok drzwi wejściowych:
— Dzień dobry. Pracuję w tej szkole. Przysłała mnie pani dyrektor. Mogę się dowiedzieć, dlaczego tak chodzicie naokoło szkoły? Przed czym nas chronicie?
Stanęli, wyraźnie skonfundowani. Wreszcie starszy z nich odrzekł:
— Noo — odchrząknął — dostaliśmy takie polecenie, to chodzimy. Mamy pilnować, aby nic się nie działo.
— Ale co ma się dziać? Proszę prościej.
— My tylko wykonujemy polecenia. — Wyraźnie nie chciał lub nie mógł powiedzieć otwarcie. — To decyzja przełożonych. Ich proszę pytać.
Nie naciskałem. Po zrelacjonowaniu rozmowy u swojej szefowej, pani Ula przedzwoniła do komendy grudziądzkiej policji i umówiła nas na spotkanie z komendantem miejskim. Bardzo szybko, gdyż już nazajutrz.
Przyjął nas uprzejmie. Dyrektorka Ula nigdy nie bawiła się w przydługie konwenanse:
— Panie komendancie, o co chodzi z tymi patrolami policyjnymi i ze straży miejskiej? Ma ktoś napaść na naszą nową szkołę, czy co? Proszę mówić otwarcie. Tyle lat pracuję w szkolnictwie i to z różną młodzieżą, ale jeszcze z czymś takim się nie spotkałam.
Nie odpowiedział od razu. Dopiero po chwili odrzekł:
— Dobrze, jak otwarcie, to otwarcie. Pani dyrektor, kiedy mieszkańcy na osiedlu, zwłaszcza tych bloków mieszkalnych bardzo blisko waszej szkoły, dowiedzieli się, że mają się w niej uczyć… noo — zawahał się i nie dokończył.
— …uczniowie z OHP i inni, którzy mają problemy z nauką? — dokończyła dyrektorka. — To prawda, ktoś musi im pomóc. Od tego jest nasza szkoła. Ale dalej nie rozumiemy, co to ma wspólnego z ochroną, o której nic nie wiemy. Kto ma na nas napaść?
— Nie na was, tylko… noo, mieszkańcy zaczęli pisać petycje do prezydenta, że nie chcą tam waszej szkoły, że mają małe dzieci, że się obawiają problemów, napaści…
Aż mnie poniosło:
— Słucham?! Ludzie się boją, że nasza młodzież jest zagrożeniem dla mieszkańców?! Pracowałem prawie dwadzieścia lat w OHP na Parkowej. Były tam problemy? Wystarczy spytać tamtejszego dzielnicowego, dobrze nam się współpracowało. Nasza szkoła zagrożeniem, no też coś… — Nie mogłem się uspokoić. Wcześniej mi nawet przez głowę nie przeszło, że to MY mamy być zagrożeniem.
— Wiem, panie… Brałkowski, tak? — zaglądnął w swój notatnik. — Wiem, ale dla uspokojenia ludzi, aby nie pisali kolejnych zażaleń, ustaliliśmy z prezydentem, że na początek będziemy wysyłać patrole na zmianę. Bardziej aby ludzie widzieli niż z obawy, że się coś stanie. Trochę pochodzą, a potem ich zdejmiemy. Mamy naprawdę poważniejsze miejsca do pilnowania niż chodzenie naokoło szkoły, ale uspokoić ludzi trzeba. Od tego też jesteśmy. — Rozłożył ręce w geście… przeproszenia?
— Co tym ludziom przyszło do głowy. — Pani Ula pokręciła własną. — Straszaków z nas zrobili. To teraz rozumiemy. Ale jak długo? Nasza młodzież też to widzi i głupio się może czuć, jak w jakimś więzieniu.
— Pani dyrektor, wstępnie ustaliliśmy na jakieś dwa-trzy tygodnie, do miesiąca. Nie będzie żadnych zgłoszeń od mieszkańców, to zdejmiemy patrole. Mnie to też niezbyt się podoba.
— Dobrze, dziękujemy za wyjaśnienia. Przynajmniej wiemy. — Dyrektorka wstała, a ja za nią. — Im wcześniej zejdą, tym lepiej. Do widzenia, panie komendancie.
…Jednak dwa, może trzy wybryki młodzieży w okolicy się zdarzyły w dwóch następnych tygodniach. Tyle że sprawcami nie byli nasi uczniowie, tylko z sąsiadującej szkoły.
Pod koniec września patrole zniknęły, zgodnie z obietnicą komendanta miejskiego. Oczywiście drobne problemy z naszą młodzieżą nie zniknęły — ponieważ był zakaz palenia papierosów, nasi palacze na dłuższych przerwach ukrywali się za sąsiednimi budynkami. Przyszło wtedy do nas kilku mieszkańców z pretensjami.
Ten problem musieliśmy jakoś rozwiązać. Przez dłuższy czas próbowaliśmy, jako nauczyciele dyżurni, przeganiać naszych uczniów, ale była to „walka z wiatrakami” — przenosili się za inne budynki, a liczba spóźnień na lekcje tylko wzrosła.
Wreszcie podjęliśmy radykalną decyzję, chociaż naciągając trochę prawo. Część naszych uczniów miała już skończone osiemnaście lat. Wyznaczyliśmy im za naszym budynkiem, od strony zalesionej skarpy wiślanej, miejsce które nie wpadało nikomu postronnemu w oczy. Tam mogli zapalić papierosa bez naszego przeganiania. Oczywiście, palili tam też jeszcze nieletni, ale…
…dzięki temu skończyło się chodzenie naszej młodzieży za okoliczne budynki i śmiecenie tam niedopałkami. Podobnie i na naszym boisku uczniowie dyżurni nie musieli ciągle sprzątać wyrzucone pokątnie pety.
Przepisy prawa nie zawsze dają się ściśle zastosować. Czasem trzeba je było lekko nagiąć, jeśli dawało to w rezultacie oczekiwane efekty.
* * *
Pracując już w nowym budynku, przez kilka lat chodziliśmy na obiady na drugą stronę ulicy, do tego dużego zespołu szkół. W naszej zaś szkole kilkoro nauczycieli uczących w tamtym zespole otrzymało część etatu. Mieliśmy więc porównanie wewnętrznego wyglądu korytarzy i toalet — u nas pojawienie się jakiegoś napisu czy podrapanie ściany było naprawdę wyjątkiem. W szkołach naprzeciwko ściany były czasem pomazane. Niedużo, niemało, ale gryzmoły rzucały się w oczy, podobnie jak w innych obiektach oświaty w mieście.
Początkowo ci nowi nauczyciele nie mogli pojąć, jak potrafimy utrzymać czystość ścian i zwalczać wandalizm uczniowskich grafficiarzy. Odpowiedziałem na ich zapytanie w przerwie lekcyjnej w pokoju nauczycielskim:
— To proste. Przecież nasi chłopcy mają w piwnicy warsztaty. Stolarski, malarski, elektryczny, wod-kan., takie, jakie mają przyuczenia do pracy lub w zawodzie. Odnowienie pomieszczeń, malowanie, drobne remonty i naprawy robimy sami. To znaczy nasi nauczyciele, instruktorzy wraz z chłopakami. Przeważnie z tych już trochę przyuczonych, drugi lub trzeci rocznik.
— To rozumiem — kolega Krzysztof, który dostał u nas kilka godzin historii, upił łyk kawy — ale przecież są też inni, którzy u nas nie mają praktyk. Wystarczy jeden czy dwóch, aby szkołę zabazgrać. Jak wy upilnujecie, jako nauczyciele? Korytarze, kible, zwłaszcza kible.
— My? — odchyliłem się w krześle i lekko uśmiechnąłem — myy? — powtórzyłem retorycznie. — Nie ma szansy, marzenie ściętej głowy, abyśmy takich wandali upilnowali. Starsza młodzież pilnuje. Ta, która malowała lub naprawiała.
— Aa, już rozumiem…
— No właśnie — kontynuowałem. — Oczywiście, że niektórzy z pierwszego rocznika na początku próbują gryzmolić po ścianach. Jednak gdy jeden z drugim dostał fangę od wkurwionego starszaka, który tę ścianę malował, to od razu się rozniosło po młodych.
— Oż, kurde — Krzysiek podrapał się po głowie — u nas, niestety, nie mamy warsztatów dla uczniów.
— To i macie popisane ściany. Nasza szkoła istnieje już dziesiąty rok i jakoś mamy z tym spokój. A przecież nasza młodzież podobno jest gorsza, często wybrana z tysięcy, ale z drugiego końca.
— No tak, ale fama się niesie, co to za młodzież.
— Uczysz już u nas trochę czasu. Miałeś problemy na lekcjach?
— Kilka drobnych, ale to w pierwszej klasie.
— Pierwszych nie liczę. Ale w drugim czy trzecim roczniku to już rzadkość. Kto przetrwał pierwszy rok i nie wyleciał, ten się uspokaja. Trzeci to już naprawdę wyjątek, aby ktoś narozrabiał. Widzą końcówkę szkoły i sami dorastają. A tu na początku miejscowi — kiwnąłem głową w kierunku bloków mieszkalnych za oknem — nasłali na nas policję i straż miejską. Łazili przez miesiąc naokoło, jakbyśmy byli w więzieniu.
— Wiem, widziałem. Taka poszła fama, w mojej szkole też, że to będzie OHP, że rozrabiacy i chuligani. Nawet rodzice naszych najmłodszych klas bali się, niektórzy na początku przychodzili i odbierali swoje dzieci. Pretensje też mieli.
— Pewnie i pisali te zażalenia do prezydenta — skwitowałem z wyczuwalnym sarkazmem, ale dokończyłem już normalnym głosem: — Trochę rozumiem tych rodziców. No właśnie, ta fama o OHP. Nie wspomnę, że tylko część naszych jest ohapowska. Strach ma wielkie oczy. Na szczęście już spokój.
Rozdział XII. Nazwisko ucznia
Do naszej szkoły uczniowie byli przekazywani z rejonowych szkół. Niepełnoletni nadal podlegali obowiązkowi szkolnemu i jeśli, z własnej winy, zostali u nas skreśleni, to powiadamialiśmy macierzystą szkołę, gdzie mieli obowiązek powrócić.
Przyjęliśmy Kazika Nowaka, ucznia z Jabłonowa Pomorskiego. Dojeżdżał codziennie do szkoły, uczęszczał w miarę porządnie. Dlatego zdziwiliśmy się, kiedy w październiku z macierzystej szkoły przyszło zapytanie o jego frekwencję u nas, czy się uczy. Podobno któryś z ich nauczycieli wielokrotnie widział go wałęsającego się u nich w mieście w dni nauki.
Nasz sekretariat potwierdził, że uczeń chodzi do naszej szkoły. Jednak po dwóch tygodniach jego szkoła ponownie wystąpiła z pytaniem o uczęszczanie i frekwencję ich chłopca na zajęciach u nas, gdyż, jak napisali „mamy uzasadnione podejrzenie, że przebywa tylko w Jabłonowie Pomorskim”.
Po drugim piśmie sekretarka mnie o tym powiadomiła, gdyż byłem wychowawcą klasowym. Wziąłem podopiecznego na rozmowę:
— Kaziu, przychodzą pisma z twojej poprzedniej szkoły, że widzą ciebie w Jabłonowie w mieście, zamiast u nas. A przecież przyjeżdżasz na lekcje. Nie masz tam sobowtóra?
— Sobowtóra? Takiego samego? — Pokazał palcem na swoją twarz. — Aa, to znów mnie mylą. Jest jeden podobny i nawet mieszka w moim domu. Nawet tak samo się nazywamy. Żaden krewny. Ale chodzi do innej szkoły, aby nas nie mylono.
Trafione, zatopione! Od razu mi pojaśniało w głowie. Zszedłem do sekretariatu i przeglądnąłem dokumenty mojego Kazika. Były podwojone.
— Dwa razy przysyłali te same dokumenty? — zapytałem sekretarkę.
— Tak, nawet się zdziwiłam. Pewnie zapomnieli, że wcześniej już wysłali. Nie odsyłałam, włożyłam je do jednej teczki.
Usiadłem i zacząłem dokładnie czytać, porównując przysłane dwukrotnie papiery. Fotografie różne, ale na obu, z wyglądu, twarze mojego chłopaka; nazwisko i imię to samo, imię ojca również. Zameldowanie też się zgadzało — ulica i numer domu także, mieszkanie… w jednym dokumencie „numer jeden”, w drugim jedenaście. Bingo! Pieczątki też różniły się numerem szkoły — dokumenty przyszły z dwóch różnych jednostek oświaty.
No ładnie! Pokazałem różnice sekretarce i dyrektorce:
— Kurde, ale traf. To są dwaj różni uczniowie! Ale to samo nazwisko, imię i miejsce zamieszkania. Fakt, że Nowak to bardzo popularne nazwisko. A ulica i dom też ten sam, tylko mieszkanie jeden, a drugie jedenaście — wskazałem w dokumentach. — Można pomyśleć, że jedna jedynka się po prostu zagubiła przy pisaniu. A twarzyczki też jak jednej osoby, podobne. Ja cię kręcę, nigdy czegoś takiego nie miałem.
— Właśnie dlatego myślałam, że szkoła przysłała papiery dwa razy tego samego chłopca. — Sekretarka nie miała zbyt wesołej miny. — Nie spojrzałam jednak dokładnie na pieczątki. To mój błąd.
— Nie ma co deliberować. — Dyrektorka sama przejrzała dokumenty i odłożyła na biurko. — Naprawdę można było się pomylić. Gdyby przyjechał do nas ten drugi Kazimierz Nowak, to od razu byśmy się zorientowali. Ale nie przyjechał, a do swojej szkoły też nie wrócił po wakacjach. Wagarowicz na całego. Pani Marylo, proszę przygotować pismo wyjaśniające do jego szkoły i odesłać dokumenty.
Jak znałem życie, pewnie w jego macierzystej szkole byli niezbyt zadowoleni, że nie udało się im pozbyć tak „sumiennego” ucznia. Frekwencja w klasie znów się obniżyła, wychowawca czy wychowawczyni znowu musiała poświęcić czas na kontakty z jego rodzicami. Ale każdy odpowiada w oświacie za swój odcinek. Gdyby się u nas chociaż raz pojawił, zajęlibyśmy się nim z pełnym zaangażowaniem, podobnie jak innymi uczniami. Jednak się nie pojawił.
Rozdział XIII. Emerytura
Po roku pracy w nowej siedzibie nasza sytuacja się ustabilizowała. Dotychczasowa dyrektorka, pani Ula Melkowska, przeszła na emeryturę, ale nadal pracowała w szkole, teraz jako psycholożka. Podobnie i ja już miałem wypracowane lata potrzebne do przejścia na „zasłużony odpoczynek”, ale nie śpieszyło mi się. Nową dyrektorką została pani Agata Saja, która wcześniej również pracowała z młodzieżą w OHP, a później przeniosła się na etat nauczycielski w szkole.
W roku 2006 władze oświatowe oświadczyły, że od następnego roku przestanie obowiązywać zasada „30 lat pracy nauczycielskiej”, potrzebnej do przejścia na emeryturę. Wprowadzi się wiek 65 i 60 lat. Szybko doszły słuchy, że prawdziwą przyczyną tej zmiany była chwilowa nadwyżka nauczycieli w miastach, dla których nie było już etatów w szkołach w związku z niżem demograficznym wśród dzieci.
Pytanie „iść na emeryturę, czy jeszcze nie iść” stanęło i przede mną. „Nigdy nie wiadomo, jak później będzie z dostępnością pracy, dzieci coraz mniej” — ta natrętna myśl zdecydowała o decyzji na „tak”, zwłaszcza że miałem nadal zapewnioną część etatu w szkole. Od 1 października otrzymałem miano „emeryta”. Podobnie postąpiło wielu nauczycieli w kraju.
Nagle po dwóch miesiącach, w listopadzie, władze oświatowe wycofały tę zmianę w liczbie lat potrzebnych do przejścia na emeryturę dla nauczycieli. Wrócono do starych zasad.
Co jest?! Zdecydowałem się wycofać swoją emeryturę i wrócić do pracy na pełen etat. Niestety, w ZUS-ie poinformowano mnie, że „to jest niemożliwe. Kto raz przeszedł na emeryturę, nie może jej wycofać”. Nie byłem jedynym, który, bezskutecznie, chciał cofnąć tę decyzję.
Dlaczego anulowano nowy przepis o wydłużeniu lat pracy do emerytury pedagogicznej? Czyżby we władzach w Warszawie nagle obudziło się samarytańskie uczucie do nauczycieli? Znane powiedzenie „jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze” — tym razem nie miało zastosowania. Okazało się, że władze wymyśliły sposób na pozbycie się nadmiaru nauczycieli, ale… ta nadwyżka była tylko w miastach. Zapomniały o szkołach wiejskich, gdzie zawsze brakowało pracowników; gdzie pedagodzy prowadzili zajęcia z kilku różnych przedmiotów albo dopełniali oczekujące etaty w placówkach oświatowych w sąsiednich wioskach, jeżdżąc z jednej miejscowości do drugiej. Mimo „dodatku wiejskiego” w tych szkołach zawsze występował problem niedoboru kadry nauczycielskiej. Z ministerialnych okien w Warszawie tego problemu nie dostrzeżono.
Nauczyciele z wiejskich szkół, którzy osiągnęli już potrzebny wiek pracy w zawodzie, również zdecydowali się przejść na emeryturę. Nagle okazało się, że w tych szkołach w nowym roku szkolnym zabraknie mnóstwo nauczycieli. Ministerstwo, zasypane setkami listów interwencyjnych od dyrektorów placówek wiejskich, po dłuższym wahaniu postanowiło powrócić do starych zasad. Młyny w urzędach centralnych mielą powoli, zbyt powoli — kto już odszedł na emeryturę, ten musiał na niej pozostać. Akurat w tym punkcie nie przywrócono możliwości powrotu do pełnej pracy, chociaż było to korzystne dla finansów państwa — nastąpiłby wzrost płaconych podatków od pracy, a ZUS mniej by musiał wydawać na emerytury, co zmniejszało dopłaty, jakie minister finansów co roku przeznaczał na wspomożenie tej instytucji. Któż zrozumie meandry myślenia władz centralnych…
Tak i zostałem już na emeryturze, nadal pracując w szkole. Dwa lata później, po nagłej śmierci nieodżałowanej Urszuli Melkowskiej, przejąłem też społeczne prezesowanie „Stowarzyszenia na Rzecz Pomocy Młodzieży Junak”, które było organem prowadzącym naszą szkołę.
Rozpoczął się nowy okres mojego życia, chociaż praca z młodzieżą nadal była ta sama…
Rozdział XIV. Dilerzy
Nie mieliśmy prawie problemów z narkotykami. Większość naszej młodzieży nie pochodziła z zamożnych rodzin, do tego wielu mieszkało na wsi, gdzie prawie nie stykało się z tymi niebezpiecznymi używkami. „Prawie nie mieliśmy” — nie oznaczało, że wcale, ale to były naprawdę pojedyncze przypadki. „Użytkownicy” łatwo byli rozpoznawalni na lekcjach po rozszerzonych źrenicach i innych, znanych nam oznakach. Przez lata pracy w stacjonarnych: wpierw dorosłym OOC a następnie młodzieżowym OHP, nabyłem potrzebnej praktyki, aby poznać, który z uczniów jest po zażyciu narkotyków. Na szczęście (jeśli można tak stopniować) zażywali lżejszą marihuanę, zwaną popularnie „maryśką”.
O jednym z uczniów, pochodzącym z Włocławka i mieszkającym w internacie OHP, dowiedzieliśmy się, że jest prawdopodobnie dilerem. Za rękę nie został złapany, ale profilaktycznie przeprowadziłem z nim rozmowę, że „wiemy o tobie. Jeśli…” i zawiesiłem ostrzegawczo głos. Próbował zaprzeczać, ale nie kontynuowałem rozmowy. Co chciałem, to przekazałem, resztę zostawiając w niedopowiedzeniu.
Któregoś dnia, na początku dużej przerwy wezwała mnie dyrektorka. Podeszła do okna i wskazała:
— Zdzisiek, zobacz, ten samochód stoi przed nami już z kwadrans i nikt z niego nie wysiada. Niezbyt wyglądają na rodziców, za młodzi. Coś mnie niepokoi. Mógłbyś się dowiedzieć?
— Dobrze, pójdę, zapytam. — Spojrzałem na tablicę rejestracyjną. — Coo? Z Włocławka? Stamtąd mamy tylko jednego… — Od razu zapaliła mi się ostrzegawcza lampka w mózgu.
Wyszedłem z budynku szkoły głównymi drzwiami i w tym samym momencie przez boczną furtkę chciał przejść nasz domniemany diler. Zobaczył mnie i się zatrzymał. Szybkim ruchem ręki nakazałem mu powrót na ogrodzony teren szkoły.
— Gdzie wyłazisz? Nie znasz regulaminu? Z powrotem.
Zawahał się, spojrzał w kierunku samochodu, ale jednak się cofnął za ogrodzenie. Podszedłem do auta i wolno go obszedłem, przypatrując się siedzącym w środku czterem młodym osiłkom o byczych karkach. Oni również patrzyli na mnie zza szyb. Nikt z nich nie uchylił szyby ani drzwi.
Stanąłem z przodu i spojrzałem na tablicę rejestracyjną, ruszając wyraźnie ustami tak, jak ktoś próbujący coś zapamiętać. Dopiero wtedy podszedłem do kierowcy i zapukałem w szybę. Osiłek uchylił ją i spojrzał na mnie, ale nie wyrzekł słowa. W przeciwieństwie do mnie:
— Witam panów. Jesteście rodzicami naszych uczniów? Bardzo młodzi… i aż z Włocławka przyjechaliście? — Mówiłem spokojnie, ale z wyczuwalną zgryźliwością w głosie.
Pasażer spojrzał w prawo na sąsiada, a następnie spojrzał przed siebie, jakby mnie nie widział ani nie słyszał. Desinteressement? Ale ja byłem zainteresowany nimi.
— Nikt mi nie odpowie? Okej, to krótko z mojej strony, szkoda czasu. Twarze zapamiętałem, numer samochodu też. Jesteście z Włocławka. Wiem, do kogo i po co przyjechaliście. — Wyciągnąłem rękę, gdyż wreszcie kierowca chciał się odezwać. — Wpierw skończę. Robicie w tył zwrot i odjeżdżacie. Jeśli nie… się domyślcie. Aha, jakbyście chcieli mnie — zaimitowałem ruchy boksera — to oczywiście w czterech wpieprzycie mi. Tyle że jestem w szkole funkcjonariuszem publicznym. To tak, jakbyście napadli na sędziego czy policjanta. Jeśli coś się stanie z budynkiem, też padnie od razu na was. Dorwać was będzie łatwo, wiecie, co to znaczy. Widzów jest mnóstwo. — Zatoczyłem ręką koło nad głową, wskazując na okna szkoły. — Wybierajcie. I nie mówię do widzenia.
Odwróciłem się i wróciłem do budynku. Z gabinetu dyrektorki popatrzyłem przez szybę.
— I co? — Dyrektorka Ula stała przy oknie, zaniepokojona. — Kto to?
— Nie wiem. Ale głowę daję, że przyjechali do naszego dilera z Włocławka. Zaskoczyłem ich. Poczekajmy. Zobaczymy, co zrobią.
„Grube karki” w samochodzie burzliwie rozmawiali ze sobą, gwałtownie gestykulując. Jednak potrafili mówić, nie byli niemowami. Wreszcie kierowca włączył silnik, zawrócił i odjechali.
Lekko odetchnąłem, Pani Ula głośniej wypuściła powietrze z płuc.
— Pojechali. — Ponownie westchnęła z wyraźną ulgą.
— Pojechali — potwierdziłem. — Oby się na tym skończyło. Powiadomię dzielnicowego, niech on wyżej przekaże. I do OHP przekażę.
Nie mieliśmy już kolejnych odwiedzin z Włocławka, nikt też nie uszkodził budynku szkoły. „Nasz diler” się zaparł, że on ich nie znał. Objęty został wzmocnioną obserwacją przez kadrę pedagogiczną, ale nie przyłapaliśmy go na gorącym uczynku rozprowadzaniu narkotyków wśród kolegów. Tylko wtedy moglibyśmy zajrzeć mu do torby. Dzielnicowy też przeprowadził z nim oddzielną rozmowę.
Później „nasz diler” zaczął mieć długie nieobecności i, jako uczestnik OHP, został po miesiącu skreślony z ich listy, a więc i naszej szkolnej. Nie płakaliśmy po nim.
Rozdział XV. Gdzie leżą USA
Geografia w gimnazjum była przez kilka lat przedmiotem, z którego też próbowałem przekazać choć minimum „wiedzy o Ziemi” naszym podopiecznym.
Do trzeciej klasy gimnazjalnej przyjęta została Karolina, uczestniczka z internatu OHP, pochodząca aż ze Szczytna. W tym okresie już rzadko się zdarzali uczniowie z dalszych regionów. Przyczyną przeważnie była potrzeba odseparowania ich od własnego środowiska, aby umożliwić ukończenie szkoły. Często to była ostatnia szansa.
Dziewczyna okazała się wygadaną. Z informacji, które uzyskała jej wychowawczyni klasy, wynikało że ma problemy w rodzinie; od dłuższego czasu kłóciła się też z ojcem o podział jakiegoś majątku. Jak na „nielatę”, była w tej materii dość obeznana z przepisami prawnymi, mimo że jeszcze nie osiągnęła wieku dorosłości.
Niestety, nauka w szkole nie była dziedziną, która ją równie interesowała, jak kłótnie z rodzicem. Powiedzieć, że „niezbyt się angażowała w naukę” to zwykły eufemizm. Dużo bliższe prawdy byłoby powiedzieć, że szkoła pozostawała poza jej i tak wąskim zakresem zainteresowań. Natomiast wywoływanie codziennych awantur i sprzeczek „o wszystko”, nawet w najdrobniejszych sprawach, z koleżankami i kolegami, jak również z nauczycielami — to był jej żywioł, w którym czuła się jak ryba w wodzie. Dla niej dzień bez kłótni był chyba dniem straconym, przeżytym na jałowym biegu.
Jej podejście do nauki odzwierciedlało się niską frekwencją oraz wieloma ocenami niedostatecznymi, z rzadka przeplatanymi oceną dopuszczającą. Można ją było już skreślić po pierwszym semestrze, ale z pewnych względów, na prośbę kierownictwa OHP, ciągle dostawała szansę… i jeszcze jedną, i jeszcze jedną. Tak dotrwała do końca maja.
Groziło jej niezaliczenie trzeciej klasy i powtarzanie u nas ostatniego roku gimnazjum, gdyż osiemnaście lat miała ukończyć dopiero w grudniu. Wszyscy już jej mieli serdecznie dosyć, tak uczniowie-rówieśnicy, jak i kadra pedagogiczna oraz pozostali pracownicy szkoły. Dość powszechnym marzeniem było, aby ukończyła w czerwcu naukę z wynikiem pozytywnym i wróciła do swojego miasta. Dlatego nauczyciele tak długo ją męczyli, aż mogli, czasem lekko naciągając, wpisać jej ocenę „dopuszczającą” do dziennika na zakończenie roku szkolnego i jednocześnie ukończenie pobytu w naszej szkole. „Ją męczyli” niezbyt stało blisko prawdy, było nadużyciem, oksymoronem. Właściwie było przeciwnie — to oni się z nią męczyli, prosili o przyjście na zaliczenie, próbując znaleźć choć cienką niteczkę w jej „odpowiedziach”, dzięki której mogliby wpisać tę najniższą z pozytywnych ocen.
Przez dłuższy czas nie dotyczyło to mnie, gdyż geografię w klasie Karoliny prowadziłem na pierwszej godzinie lekcyjnej. Dla niej to było zdecydowanie za wcześnie, mimo że z internatu musiała wyjść z odpowiednim wyprzedzeniem w czasie. Po drodze było jednak tyle interesujących miejsc… tak że z zasady docierała do szkoły dopiero na drugą godzinę zajęć. Była więc na mojej lekcji dość rzadkim gościem. Zdążyła „zarobić” jedną czy dwie oceny niedostateczne i to był jej cały, bardzo skromny ilościowo dorobek z przedmiotu. Pod koniec pojawiła się na kilku zajęciach, doprowadzana przez inną, bardziej odpowiedzialną dziewczynę z internatu. Mogłem więc Karolinę pytać, próbować wyciągnąć z ocen na koniec roku. Niestety, dalej jej jedynymi odpowiedziami było permanentne milczenie, mimo że w innych sytuacjach i na przerwie buzia się jej nie zamykała. Nie pomogło nawet wskazywanie Karolinie, które niewielkie partie materiału w podręczniku ma opanować. Na następnej lekcji znowu milczenie, a więc… utrzymywała constans. Przynajmniej w tym była wytrwała.
Wreszcie, po kilku nieudanych próbach, z czystym sumieniem wstawiłem jej, we własnym notatniku, ocenę „nieklasyfikowana” na koniec roku; choć na razie tylko ołówkiem. „I tak będzie miała niedostatecznie z kilku przedmiotów. Trudno, pomęczymy się z nią jeszcze z pół roku” — tą myślą uspokoiłem swoje obawy, że koleżanka Ewa, germanistka i jednocześnie wychowawczyni jej klasy, może mnie nachodzić i namawiać do przepuszczenia z geografii. Za co?! Na dobre oczy?!
Srogo się pomyliłem. Tydzień przed datą wystawienia końcowych ocen okazało się, że Karolina błysnęła wiedzą na prawie wszystkich przedmiotach i pozaliczała je. „Prawie wszystkich” — jedynym przedmiotem do zaliczenia została jej moja geografia. O tej nagłej erupcji wiedzy uczennicy poinformowała mnie osobiście jej wychowawczyni.
— Zdzisiek, Karolina tylko u ciebie wisi nieklasyfikowana. — Ewa zalała wrzątkiem dwie kawy i postawiła je na stole w pokoju nauczycielskim. — Wszystkie inne przedmioty już zaliczyła.
— Coo?! — Zaskoczyła mnie tą informacją. — Przecież jeszcze w tamtym tygodniu miała niepozaliczane chyba z pięciu przedmiotów. Miała powtarzać klasę.
— Ale się udało. Tylko ty zostałeś.
— Jej się udało czy tobie? — stwierdziłem sarkastycznie. — Dałem jej szansę kilka razy. Zero odpowiedzi, cała klasa jest świadkiem.
— Nie dopytuj się. Weź coś zrób z nią, mamy się z nią jeszcze męczyć w nowym roku? Wiesz, jaka jest. Mało mamy nerwów?
— Nie musi. W sierpniu przyjedzie do mnie na poprawkę. Jak zaliczy, to ukończy szkołę.
— Nie żartuj. Wierzysz, że się w wakacje nauczy i za dwa miesiące zda poprawkę? Weź ją… — zawiesiła głos.
— Mam przepuścić za bezdurność? Jak ja będę się czuł? A reszta w klasie?! — Trochę się uniosłem, ale szybko mi przeszło. Też miałem wychowawstwo innej klasy i… — Wiesz, jak potrafią pilnować ocen u innych. Powtarzam, słyszeli jej całkowity brak odpowiedzi, kiedy chciałem ją wyciągnąć.
Naszej rozmowie przysłuchiwali się już od minuty inni nauczyciele i dyrektorka, którzy weszli do pokoju. Szefowa się wtrąciła:
— Zdzisiek, weź ją jeszcze raz spytaj, ale na osobności.
— I co? Ja mam ją prosić? Ani razu sama nie przyszła poprawiać, tylko to ja musiałem ją, właśnie, prawie prosić. Karolinko, na kiedy zechcesz przyjść do mnie poprawiać? Kiedy ci pasuje? Dostosuję się. — Dopowiedziałem ostatnie zdania cienkim głosikiem.
— No weź. — Dyrektorka usiadła naprzeciw mnie. — Tylko geografia jej została. Mało się z nią namęczyliśmy przez jej kłótnie ze wszystkimi? Niech wreszcie idzie i tak za pół roku nie będzie już miała obowiązku szkolnego. A tak niech ma zaliczone gimnazjum. Niech ma ten ratunek od nas, może się w życiu nie zatraci.
— A moje sumienie? Nie ja wymyśliłem obowiązek szkolny, ale jak już, to odpowiadam za wystawioną ocenę. Coś musi się za nią kryć, chociaż minimum z minimum.
— Zdzisieek… — Dyrektorka przeciągnęła moje imię i umilkła. Skierowała wzrok ku sufitowi, wolno wypuściła powietrze z płuc i ponownie spojrzała na mnie, wymownie podnosząc brwi ku górze. Wraz z nią wpatrywało się we mnie kilkoro par oczu koleżanek.
Przez dobrą minutę nikt z nas już się nie odzywał. „Zrobić, nie zrobić? Puścić ją? Nie puścić? — przeciwstawne myśli przelatywały mi przez głowę. — Ale za co puścić?!”. Musiałem podjąć decyzję. Popiłem łyk już przestygłej kawy i pokręciłem głową.
— No dobrze. Spytam ją ostatni raz na osobności. Ale zaraz! — Prawie musiałem przekrzyczeć nagły gwar radosnych głosów. — Na osobności od klasy, ale Ewa będziesz też. Aby nikt z was później mi nie zarzucił, że nie chciałem jej przepuścić. Dużo czasu już nie ma. Dziś poniedziałek, to w piątek po ostatniej lekcji jej klasy. Niech się wreszcie poduczy z tych ledwie kilku tematów, które jej podałem. Ma zapisane. Ewa, przedzwoń do internatu OHP i niech ją przypilnują w nauce, pomogą.
— No widzisz. — Wychowawczyni się uśmiechnęła. — Nie trzeba było tak od razu?
Spojrzałem na nią groźnie spod nasrożonych brwi. Aż się odchyliła i wyciągnęła przed siebie dłonie.
— Dobra, dobra. Aleś ty dzisiaj groźny. — Odkaszlnęła i ponownie się zaśmiała. — Jakbyśmy ciebie nie znali.
* * *
„Nadejszła wiekopomna chwila…”. W piątek, po lekcjach, Ewa przyprowadziła Karolinę. Jako „pokój tortur” wybrałem bibliotekę, chociaż nie było jeszcze pewne, kto będzie katem, a kto ofiarą. Na czas egzaminu koleżanka bibliotekarka wyszła; zostaliśmy przy dużym stole tylko w trójkę.
Już wcześniej przygotowałem kilka pytań, najprostszych, jakie uważałem za takie. Padło pierwsze pytanie. Karolina patrzy na mnie, siedzi nieruchomo jak posąg. Po chwili zadaję drugie pytanie. Tym razem się poruszyła i spojrzała na swoją wychowawczynię, siedzącą obok mnie. Spojrzałem na nią z ukosa i chyba przez to, niepotrzebnie, zapobiegłem niewerbalnej podpowiedzi. Zadałem trzecie pytanie, uważane przeze mnie za najprostsze z najprostszych. Karolina opuściła głowę i znowu znieruchomiała; patrząc pod nogi.
Poczułem kopnięcie w nogę od Ewy, za chwilę je powtórzyła. Przestań! Nie mam już pytań, wyczerpałem zapas tych najprostszych. Co zrobić? Żyć mi i tak nie dadzą… ale MUSI mi chociaż na jedno pytanie odpowiedzieć. Musi!
Jednak Matka Natura na początku istnienia gatunku homo sapiens chyba przewidziała podobne sytuacje i tak skonstruowała ludzki mózg, że najlepiej działa on w stresie — podsuwając rozwiązania, na które normalnie człowiek by nie wpadł. Mam! Na to pytanie na pewno odpowie!
— Karolina, posłuchaj. Tylko słuchaj uważnie. — Nachyliłem się ku uczennicy. — Na jakim kontynencie leży państwo Stany Zjednoczone AAmeeryykii? — Ostatnie słowo wyraźnie zaakcentowałem i rozciągnąłem w wypowiedzi.
Zadrżała, wstrząsnęła ramionami i lekko rozszerzyła oczy. Uśmiechnęła się? Wreszcie! — uznałem to za pomyślny objaw; za potwierdzenie mojego domysłu, że na to pytanie na pewno odpowie.
Niestety, ta oczekiwana przez nas chwila szczęścia trwała ledwie sekundę. Zaczęła wodzić wzrokiem po bibliotece. Żadna książka nie chciała jednak przyjść jej z pomocą; wszystkie spoczywały nieruchomo na półkach, zachowując zapisane tajemnice do momentu ich ręcznego otwarcia przez człowieka.
Nie uzyskawszy pomocy od księgozbioru, Karolina skierowała błagalny wzrok na wychowawczynię, usta zaczęła wywijać w dół; jeszcze chwilka i się rozpłacze. Poczułem ponowne kopnięcie pod stołem.
— Karolina, powtórzę pytanie. Może niewyraźnie je wypowiedziałem — mówię głosem spokojnym i dość powoli, jak do małego dziecka. — Wsłuchaj się w treść pytania, a znajdziesz w nim odpowiedź. Na jakim kontynencie leży państwo Stany Zjednoczone AAAmeeeryyykiii? — Ostatnie słowo jeszcze bardziej rozciągnąłem i zaznaczyłem zmienioną modulacją głosu.
Niestety, moje pytanie z zawartą odpowiedzią, zamiast jej pomóc, spowodowało całkowitą blokadę. Cały jej wygląd wskazywał, że już nic do niej nie dociera; pewnie nie odpowiedziałaby nawet na pytanie, jak ma na nazwisko, nie wspominając o trudniejszych, typu: „Co to za rzeka, co przez Polskę pływa i Wisła się nazywa”.
Poczułem kolejne kopnięcie w kostkę. Co ja, jesteśmy na treningu karate, czy co? Lekko przesunąłem krzesło w przeciwną stronę, oddalając się na bezpieczniejszą odległość od koleżanki. Niech sama wymyśli lepsze pytanie, a nie siedzi jak ta mumia!
Jednak sam też się już zawziąłem, aby doprowadzić egzamin do pomyślnego końca. Za dużo wysiłku do tej pory mnie kosztował, abym się teraz poddał, a potem pewnie „siedliby mi na głowę i od nowa musiałbym…”. Matka Natura znowu mi pomogła, podpowiedziała.
— No dobrze. Na razie zostawmy to pytanie. Inne ci zadam. Jakie znasz kontynenty na Ziemi?
Trafiłem! Lekko się ożywiła.
— Eeuropa, Azja, Afryka i… — wybąkała w miarę spokojnie, na końcu zawieszając dalszą odpowiedź.
Nie mogłem tak od razu?! Ale wcześniej myślałem, że to za trudne, gdyż nie ma w pytaniu podpowiedzi. Jak to nieznanymi drogami chodzą myśli i wiedza uczniów…
— No widzisz. Wystarczy sobie przypomnieć. Trzy kontynenty wymieniłaś. Jeszcze są dwie Ame…
— Ameryki. — Sama weszła mi w słowo. Sukces!
— Tak, Ameryki, Północna i Południowa. Jeszcze jest Austr… — nie dokończyłem i podniosłem brwi w niemym pytaniu. Wyraźnie się odblokowała, gdyż normalnym głosem odpowiedziała:
— Austria.
A niech cię! Uczepiłem się jednak wątłej niteczki tej odpowiedzi i nie pozwoliłem już jej zerwać:
— Nie Austria, tylko Austra… tam, gdzie żyją kangury.
— Australia.
— Dobrze! Został jeszcze ostatni kontynent, gdzie jest zawsze zimno i żyją tam pingwiny. To Antar… — znowu nie dokończyłem.
— Antarktyda.
— Jednak coś wiesz. Nie jest tak źle. — Odsunąłem się w krześle i kontynuowałem: — To wróćmy jeszcze raz do pierwszego pytania. — Oczy jej od razu się rozszerzyły. — Spokojnie. Pomyślisz, to odpowiesz. Mała podpowiedź. Gdyby w Europie było państwo Stany Zjednoczone Europy, to na moje pytanie, na jakim kontynencie leży państwo Stany Zjednoczone Europy, odpowiedziałabyś…
— W Europie?
— Bardzo dobrze! — Puściłem mimo uszu wyraźnie zaznaczony znak zapytania w jej odpowiedzi. Wolałem tego nie słyszeć, gdyż to ja byłem od zadawania pytań. Hierarchię między egzaminatorem a egzaminowaną musiałem zachować. — No widzisz. Zaznaczam, że takiego państwa nie ma, to był tylko taki przykład. Teraz już mi na pewno odpowiesz na pierwsze pytanie o państwo, które istnieje. No to, odpowiednio: na jakim kontynencie leży państwo Stany Zjednoczone Ameryki?
— W Europie! — Prawie odkrzyknęła, z wyraźną radością w głosie.
Koleżanka Ewa mało nie spadła z krzesła. Odsunęła je gwałtownym ruchem i, krztusząc się, wyszła szybko z pokoju. „Ale cwana — zakotłowało mi się w myśli. — Nie pomogła, tylko kopała, chociaż to jej uczennica, nie moja. A teraz jeszcze mnie zostawiła. Później powie, że nie chciałem… I po co ją, cholera, zapytałem ponownie o te nieszczęsne USA?! Przecież wymieniła kontynenty… noo, trochę z moją pomocą, ale zawsze. Co za dużo, to niezdrowo. Ale teraz muszę jakoś wybrnąć. Przecież ci za drzwiami i tak mi żyć nie dadzą!”.
Wykazałem ogromną siłę woli, aby moja twarz nie zmieniła się, pozostała jak kamienna maska. Żadnym drgnięciem mięśnia nie okazałem, jak zaskoczyła mnie jej odpowiedź.
— No, nie całkiem dobrze. Źle porównałaś. Gdyby Stany Zjednoczone Ameryki leżały w Europie, to byłoby dobrze. Ale, jak sama nazwa w końcówce nazwy „w Ameryce” wskazuje — podniosłem dłoń z palcem uniesionym w górę — to państwo leży nie w Europie, a w…
— Ameryce?
Uff. Bingo! W jej odpowiedzi zarysował się jeszcze niepewnie pytajnik, ale wyraźniej wybrzmiewała odpowiedź. To przyjąłem za pewnik. Wolałem już nie dopytywać się o którą z dwóch Ameryk chodzi.
— No dobrze, możesz wyjść.
— Ale zdałam?
— Wyjdź.
— Ale zdałam? — powtórzyła głośniej.
— Wyjdź.
— Ale czy…
— Powiedziałem, wyjdź. Dowiesz się.
To była moja jedyna chwila, kiedy, za moje nerwy, mogłem ją przez krótki czas zostawić w niepewności. Niech też poczuje… Nie było to pedagogiczne podejście, gdyż ocenę z egzaminu powinna usłyszeć od razu, ale czy nauczyciel nie jest też człowiekiem? Nieobce są mu ludzkie odruchy chwilowej satysfakcji z pozostawienia w niepewności drugiej osoby.
Przez długie kilkanaście sekund siedziałem sam w bibliotece. Dopiero teraz poczułem, że jestem spocony jak mysz kościelna, jakbym to ja był egzaminowany z bardzo trudnego przedmiotu. Przetarłem dłonią twarz i obmyłem ją w umywalce. Odetchnąłem. Przecież dziś piątek. Weekend! Czas do domu! — To od razu przywróciło mi dobry humor. Nerwy już minęły.
Wyszedłem na korytarz i, właściwie niezaskoczony, zobaczyłem cały wianuszek moich koleżanek.
— A co wy tu robicie?
— Jak to, co? Zdała? Zaliczyłeś jej? Przepuściłeś? — Wielogłos pań nauczycielek był jak tornado.
— Ewa, byłaś? Sama słyszałaś jej odpowiedzi.
— Ale nie do końca.
— A dlaczego wyszłaś trakcie, zostawiając mnie samego? Miałaś być, aby nikt mi nie zarzucił, że się uwziąłem na biedną dziewczynkę. — Nie ustrzegłem się od drobnej złośliwości.
— Oj tam, nie chciałam przeszkadzać. Nie byłam od pytań.
— Taa… nie chciałaś. Wyskoczyłaś jak…
Koleżanki nie dały mi dokończyć:
— Mów wreszcie, zdała?
— Przecież już wyszła. Mogliście się jej spytać. — Nie odmówiłem sobie przedłużania chwili satysfakcji z ich niepewności.
— Przestań. Mów wreszcie! Pytaliśmy Karoliny, ale powiedziała, że zadawałeś jej takie dziwne pytania, na które w ogóle nie była przygotowana.
— Dziwne? Ewa była, mam świadka. Żadnych dziwnych.
— No, powiesz wreszcie, do cholery?!
— Noo, biorąc pod uwagę cały złożony aspekt odpowiedzi Karoliny i jej różne poziomy poprawności oraz moje naprowadzania na właściwe tory, które to czynniki muszę wziąć pod uwagę jako nieczęściowo jej własne, więc wpływające na końcową ocenę z egzaminu, too…
— Powiesz, czy mamy cię udusić?!
— …podsumowując całokształt i uwzględniając wszystkie za i przeciw — kontynuowałem monotonnym głosem, jakby nikt mi w tej chwili nie zagroził śmiercią — w ostatecznym rozliczeniu wyszło mi, że… warunkowo… ale zdała.
— A niech cię licho! Nie mogłeś od razu powiedzieć, a nie w nerwach nas trzymać?!
— Was? Czy to wy się z nią męczyliście, co? Jestem mokry jak mops po tym egzaminie. Ale to był wyjątek. Nie pytajcie, czy powinna zdać.
— Wiemy, wiemy, znamy twoje powiedzenie o zasadzie i wyjątku od zasady.
— Nie wiem, czy jednak nie popełniłem z nią błędu, że przepuściłem. Dobra, dobra — wyciągnąłem przed siebie ręce w obronnym ruchu, widząc nagle nasrożone miny koleżanek — przecież nic nie cofam. Jako człowiek mam prawo do popełniania błędów — dokończyłem, wymyślając na poczekaniu sentencję.
Wracając do domu sparafrazowałem w myśli wypowiedź Winstona Churchilla po „Bitwie o Anglię” w 1940 roku, z okresu drugiej wojny światowej: „Jeszcze nigdy tak wielu nie oczekiwało na tak wiele od tego jednego”.
Rozdział XVI. Bokserzy
Początek czerwca to okres, kiedy program nauczania prawie został już zrealizowany, a dużo większa uwaga skupiona jest na poprawianiu ocen przez uczniów, aby jak najwięcej z nich zdało do następnej klasy. Nauczyciel musi mieć podzielną uwagę, aby utrzymać porządek w klasie — jednym okiem oraz dwojgiem uszu odbiera to, co próbują wydukać nieszczęśni uczniowie, poddawani maltretowaniu pytaniami, drugim okiem musi obserwować pozostałą młodzież. Ci z nich, którzy są już pewni pozytywnej oceny z przedmiotu na koniec roku, często nie mogli spokojnie usiedzieć w miejscu; rozpierała ich energia w oczekiwaniu na wakacje. Czasem się ujawniała w nieoczekiwany sposób, nieprzewidziany przez nauczyciela.
W ostatniej ławce siedziało dwóch wyrośniętych dryblasów, Paweł i Karol — przyjaciół przez trzy lata pobytu w szkole i wspólnego zamieszkiwania w internacie OHP. Gdyby byli płci odmiennej, można by ich było nazwać papużkami-nierozłączkami. Do tego obaj uprawiali sport — byli członkami miejskiego klubu bokserskiego. Dobrze zbudowani, trenowali i walczyli w cięższych kategoriach tego sportu i w nim się wyżywali. Przez trzy lata nie było z nimi prawie żadnych kłopotów; uczyli się średnio, ale zdawali z klasy do klasy bez problemów. U mnie już też byli pewni, że nie muszą być jeszcze pytani.
Od połowy lekcji męczyłem przy tablicy trzech delikwentów, zagrożonych oceną, ale chętnych otrzymać pozytywną na koniec roku. Zgodnie ze swoją manierą, stałem z boku przy biurku, co pozwalało na ogarnianie wzrokiem całej sali. Wielu uczniom, zwłaszcza rozrabiakom, nie podobał się taki mój styl prowadzenia lekcji, gdyż nie mogli schować się w ławkach w ostatnich rzędach — wszystkich dobrze widziałem. Trochę rozumiałem tych, którzy „nie lubili”, sam przecież kiedyś byłem w ich sytuacji. Teraz jednak jako nauczyciel musiałem dbać o porządek, nawet kosztem ich dobrego samopoczucia.
Paweł siedział lekko wyciągnięty i patrzył przed siebie. Natomiast Karol co chwila kierował wzrok przed siebie, ale następnie szybko i na dłużej patrzył w dół, pod ławkę, gdzie trzymał też ręce. To świadczyło o jednym — korzystał ze smartfona. Od kilku miesięcy, przy wejściu do sali lekcyjnej, uczniowie musieli odkładać swoje telefony do specjalnej skrzynki z przegródkami. My, jako nauczyciele, nie sprawdzaliśmy, czy wszyscy oddali, ale jeżeli ktoś użył go na lekcji, od razu interweniowaliśmy.
— Paweł, powiedz swojemu serdecznemu koledze w ławce, żeby przestał się wpatrywać w podłogę i oddał mi telefon — rzekłem, jednocześnie wsłuchując się w stękanie ucznia przy tablicy.
Ten trącił lekko pięścią w ramię przyjaciela:
— Słyszysz? Pan do ciebie mówi. Masz oddać telefon.
Niestety, od tego trącenia smartfon wypadł Karolowi z dłoni. Podniósł go z podłogi, spojrzał, odłożył na ławkę i… bez uprzedzenia uderzył Pawła kułakiem w twarz!
Dalej akcja potoczyła się błyskawicznie — obaj wyskoczyli z krzeseł i zaczęli regularny pojedynek bokserski. Nim zareagowałem i dobiegłem do tyłu sali, minęło kilka sekund; to opóźnienie wystarczyło, aby „odwieczni kumple” rozkwasili już sobie nosy a kapiąca z nich krew zabarwiła ich t-shirty.
Chwyciłem jednego i drugiego za koszulki, i rozsunąłem na szerokość moich ramion. Dalej machali pięściami w powietrzu, ale nie mogli już sięgnąć siebie nawzajem.
— Co jest?! — wrzasnąłem. — Odbiło wam kompletnie?! Marsz ze mną! — I dalej odsuwając ich wzajemnie skierowałem w stronę drzwi. — Paweł, otwieraj. Krzychu — zwróciłem się do rozgarniętego chłopaka, przewodniczącego trójki klasowej — odpowiadasz za porządek!
Korytarz był szeroki, więc mogliśmy iść w trójkę obok siebie, oddaleni na długość moich ramion. Tak, jak szybko doskoczyli do siebie, tak i momentalnie się uspokoili; przestali wymachiwać pięściami, za to zajęli się czymś bardziej pożytecznym — zatykaniem palcami swoich krwawiących nosów.
Do łazienki było ledwie kilkanaście kroków. W środku każdemu wskazałem umywalkę, a sam stanąłem między nimi. Wolałem jeszcze nie ryzykować ich zbytniej bliskości.
— Umyjcie się, doprowadźcie do porządku — powiedziałem już normalnym głosem, jakby nic się nie stało. — I z bluzek zmyjcie.
Po pięciu minutach wyglądali już ponownie na porządnych uczniów, którym myśl o jakichś bójkach w szkole nawet by nie przemknęła przez głowy. Jedynie opuchnięte nosy z tkwiącymi w nich zwitkami papieru toaletowego oraz mokre bluzki świadczyły o niedawnym zdarzeniu.
— Minęło? Już? — Spojrzałem na jednego a następnie drugiego. Obaj kiwnęli głowami. — To podajcie sobie ręce i wracamy do klasy. Bez gadania.
Nie uścisnęli sobie od razu dłoni, ale klepnęli w nie. To mi wystarczyło. Wiedziałem z doświadczenia, że w takich sytuacjach potrzebna była jeszcze chwila na uspokojenie i całkowitą zgodę.
Pozostały kwadrans do dzwonka na przerwę wykorzystałem wyłącznie na wyciąganie „za uszy” poprawnych odpowiedzi z nieboraków stojących przy tablicy. Karol odłożył ujawniony telefon do przegródki i wraz z Pawłem już mi nie przeszkadzali.
Ze szkoły wychodzili jak zwykle razem, całkowicie pojednani ze sobą.
* * *
Zawsze wolałem godzić chłopaków. W sytuacjach konfliktowych przeważnie dawali sobie „po razie”, ale szybko wszystko wracało do normy. Dużo gorzej było przy sprzeczkach dziewczyn; nieraz nie można było doprowadzić do ich pogodzenia przez długi okres. Czasem boczyły się na siebie aż do końca pobytu w szkole.
Rozdział XVII. Uczniowi wszystko wolno
Początkowe lekcje w klasie pierwszej gimnazjalnej to zapoznawanie się z nowymi uczniami; oni także poznają swoich nauczycieli.
Rozpocząłem pierwszą godzinę w roku szkolnym, w najmłodszej klasie. „Najmłodszej” nie oznaczało dokładnie najmłodszych uczniów, gdyż każdy miał już co najmniej rok opóźnienia w nauce; wielu dwa lata, a byli już i z trzyletnim powtarzaniem klas. Obok jeszcze chłopaczków widziałem też mocno wyrośniętych dryblasów z sypiącym się wąsem.
Po przedstawieniu samego siebie rozpocząłem odczytywanie listy obecności, przypatrując się przez chwilę każdemu z chłopców i każdej z dziewcząt. Pierwsze wrażenie rzadko mnie zawodziło i przynajmniej, na początku, dawało wstępne rozeznanie, z kim będę miał do czynienia.
— Abramowicz Marek… wstań, abym cię dobrze zobaczył. — Gestem ręki w górę zachęciłem pierwszego ucznia do przyjęcia postawy wertykalnej. — Proszę też następnych, aby się podnosili. To tylko dzisiaj. Ja muszę siedzieć, gdyż mamy już dziennik elektroniczny. Na kolejnych lekcjach już możecie zgłaszać swoją obecność siedząc. Bojanowski Andrzej…
Wyczytywałem po kolei nowych uczniów. Po koniec listy usłyszałem burknięcie „jestem” z tyłu sali, ale nikt się nie podniósł. Sam wstałem:
— Który to z was? Możesz się pokazać?
W przedostatniej ławce uniósł rękę przerośnięty chłopak, ubrany w bluzę z kapturem. Mina jego twarzy wyrażała lekceważenie i niesmak, jak po zgryzieniu połówki cytryny.
Podszedłem bliżej.
— Dlaczego nie wstałeś… Tomasz masz na imię, tak?
— Bo nie muszę — odparł, tym razem już bardzo gburowato.
— Faktycznie, w regulaminie szkoły nie ma o tym mowy. Jednak poprosiłem, abyście wyjątkowo dzisiaj się podnosili. Jeszcze się nie znamy. Więc proszę cię, abyś podniósł swoje cztery litery tak, jak pozostali — zaznaczyłem na końcu.
Spojrzał spode łba, ale jednak powoli powstał, całą postawą wyrażając swoje podejście do miejsca, gdzie się znalazł.
— Jednak możesz. Siadaj.
Odwróciłem się i ledwie po kilku krokach w stronę tablicy usłyszałem z tyłu rumor. Odruchowy, ponowny skręt ukazał mi drobnego chłopca podnoszącego się znad swojej ławki. Za nim siedział Tomasz. Nie tyle siedział, co się rozparł — nogi położył na ławce i butami musiał popchnąć tego chłopca z przodu.
Podszedłem szybko i zimnym głosem rzekłem:
— Zwal te nogi, ale już!
Wpierw chciał od razu coś odburknąć, ale widocznie moja twarz nie wyrażała miłego nastroju. Jednak po sekundzie odparł:
— Nie muszę. Nie ma zakazu. — Spojrzał w dół, na moje ręce. — A co, uderzy mnie pan? Nauczycielom nie wolno. Wyleci pan.
Nadal trzymał nogi na ławce i oparciu krzesła chłopca z przodu. Dopiero teraz spostrzegłem, że mimowolnie ścisnąłem dłonie w pięści. Ledwie powstrzymałem własny wybuch. Rozwarłem palce i, już w miarę spokojnym głosem, odparłem:
— Widzę, że się znasz na przepisach. Akurat na tych. A obowiązki ucznia też znasz?
— Nie muszę. Jestem nieletni i pan mi nic nie zrobi. — Uśmiechnął się drwiąco i nadal siedział z wyciągniętymi nogami.
— Wstań.
— Mi tak dobrze.
— Tak myślisz? Wszystko w swoim czasie. — Wyprostowałem w górę wskazujący palec i poruszyłem nim na boki. — Przyjdzie i twój. Przesiądź się na razie do innej ławki. — To ostatnie powiedziałem już do chłopca z przodu.
Gotowałem się w środku, ale na zewnątrz zachowałem zimną krew. Naprawdę był moment, kiedy chciałem chwycić dryblasa za duży nochal i szarpnięciem podnieść go do pionu. W jednym miał rację — nie mogłem; obowiązywała zasada „szwedzkiego wychowania”, wprowadzona do szkół na początku lat dziewięćdziesiątych, a w skrócie sprowadzająca się do hasła: „uczniowi prawie wszystko wolno, nauczycielowi prawie nic”.
Cała klasa obserwowała zdarzenie. Wróciłem powoli do biurka dokańczając sprawdzenie obecności. Następnie rozpocząłem zaznajamianie z programem, jaki mieliśmy przerabiać z WOS-u w pierwszym roku gimnazjum; tym razem zmieniając metodę prowadzenia lekcji — nie stałem przed uczniami, tylko zacząłem powoli chodzić między ławkami do końca sali i wracać do tablicy drugim przejściem między rzędami siedzących uczniów.
Zrobiłem kilka takich kursów, niezmiennie podchodząc do Tomasza od tyłu. Dalej trzymał nogi na ławce, ale za każdym razem usztywniał się, kiedy przechodziłem obok. Dopiero za trzecim czy czwartym kursem rozluźnił się, widząc, że nic mu nie robię.
Po jeszcze jednym zrobieniu takiego kółka znowu podszedłem z tyłu do Tomasza. Siedział dalej rozluźniony, rozparty na krześle, ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy.
To był mój moment — jedną ręką zwaliłem jego nogi z ławki, a drugą chwyciłem za kaptur bluzy i gwałtownie pociągnąłem w górę. Dół brzegu kaptura poddusił go lekko, ale w efekcie zmusił też do szybkiego powstania.
— A teraz masz stać i spróbuj się tylko ruszyć. Ani mru mru — wydyszałem mu z bardzo bliska w twarz. Był całkowicie zaskoczony. Moja mina i palec, który wycelowałem w jego oko, były wystarczająco wymowne.
— Czy go uderzyłem? — zwróciłem się głośno do klasy. Wszyscy wpatrywali się rozszerzonymi oczyma. To nie była normalna scena, jakie często zdarzają się w szkole.
— Niee! — odpowiedział chór głosów, brzmiący jak forte staccato.
— Słyszysz? — ponownie wydyszałem Tomaszowi w twarz, cały czas mocno ściskając kaptur jego bluzy. Skręciłem go nawet w dłoni tak, że ściskał mu szyję. — A teraz siad. Normalnie.
Pomogłem mu przysiąść, naciskając drugą ręką na jego bark. Usiadł i spojrzał na mnie z dołu. Miał ściśnięte usta; wyraźnie nie wiedział, jak ma zareagować.
Wróciłem do biurka i dokończyłem, jeszcze raz zwracając się do Tomasza:
— Masz szczęście, żeś teraz siadł. Dłużej bym się z tobą nie bawił. Za chwilę już by cię tu nie było. A gdzie? Domyśl się. Powiadomię innych nauczycieli. Spróbujesz coś takiego i u nich wywinąć, too… — nie dokończywszy wykonałem ręką charakterystyczny ruch wyrzucania i kontynuowałem przerwany wywód z lekcji.