E-book
10.92
drukowana A5
17.85
W oczekiwaniu na cud

Bezpłatny fragment - W oczekiwaniu na cud


5
Objętość:
54 str.
ISBN:
978-83-8155-863-1
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 17.85

W oczekiwaniu na cud

Swoją historię zaczynam tak, jak mogło by ją zacząć większość par starających się o dziecko. Przyszedł „ten czas”, kiedy postanowiliśmy razem z moim M., że chcemy mieć dziecko. Co prawda drugie, ale wydaje mi się, że tak naprawdę liczba nie ma znaczenia. Czy to pierwsze, czy drugie, trzecie, czwarte… Jak chce się mieć dziecko, to każde jest to jedyne, wyjątkowe, na które się czeka. Nie może być gorsze w jakikolwiek sposób, tylko dlatego, że jest następne. Tak więc, podjęliśmy tę ważną decyzję, że to już ten czas. We mnie nieoczekiwanie znów obudził się instynkt macierzyński, dokładnie to samo uczucie, które miałam zanim podjęliśmy starania o pierwsze dziecko. Znów zapragnęłam być w ciąży, poczuć kopniaki, a nawet mieć te mdłości i wymioty. Widać było, że M. też chce tego cudu jeszcze raz, bo przecież córka już duża, skończone pięć lat, co za tym idzie mniej chęci do przytulania, i ma już swoje „prywatne” sprawy. To już od dawna nie jest ten mały człowieczek, tak bezbronny, tak malutki, tak słodki…


Choć wciąż tak samo kochany. I tak przestawiliśmy się na plan bojowy. Postanowiłam, że zanim na dobre rozpoczniemy starania, zrobię badania, pójdę do ginekologa, zacznę łykać kwas foliowy, a mojego M. powstrzymam od picia alkoholu, będę karmiła witaminą C i cynkiem. Tak dla poprawy jego żołnierzyków. Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Kiedy postanowiliśmy, że chcemy mieć pierwsze dziecko, to wszystko było spontaniczne. Myśl się zrodziła, a starania rozpoczęły się dwa dni później. Intensywne, wraz z wyjazdem do Zakopanego, bez trosk i bez planu na później. Teraz nie. Teraz miało być już inaczej. Plan był. Postanowiłam, że zaczniemy w tym miesiącu, bo oczywiście, byłam przekonana, że uda się od razu i już liczyłam w głowie, że urodzę przed wakacjami. Nie chciałam chodzić w ciąży w tych najgorętszych miesiącach w roku. A lata, przyznajmy to szczerze, bywają ostatnio gorące. Myślałam jak to z porodem będzie, czy donoszę ciąże do końca, stąd obawa przed upałami. Pierwsze urodziłam miesiąc wcześniej, właśnie w lipcu, a miała być sierpniowa. Więc w głowie zaczęły rodzić się obawy, czy znów nie będzie wcześniak. Tak więc plan musiał być, żeby zminimalizować ryzyko. Pierwsze rozczarowanie przyszło szybciej niż myślałam. Zanim jeszcze rozpoczęliśmy starania. Badania krwi… Oczywiście diagnoza — anemia. Pozostałe badania w normie, cukier, cholesterol, TSH, magnez, potas. Jednak żelazo poniżej jakiejkolwiek normy, do tego słabe wyniki z krwi i podwyższone płytki dały taki obraz kliniczny, a nie inny. Z wynikami oczywiście udałam się do lekarza pierwszego kontaktu. Pani doktor, bardzo sympatyczna, przepisała mi preparat z żelazem i witaminę C. Zapytana, dlaczego robiłam badania powiedziałam, że chcemy mieć dziecko i robiłam profilaktycznie. Oczywiście jasno zostało powiedziane, że badania mam powtórzyć za miesiąc, a do tego czasu żadnych starań, bo anemia pojawia się fizjologicznie przy każdej ciąży. Prawdą to do końca nie jest, ponieważ jak byłam w pierwszej w ciąży, miałam super wyniki, suplementowałam żelazo jedynie pod koniec ciąży, aby podczas porodu, kiedy traci się sporo krwi, było go wystarczająco. I rzeczywiście, żelazo nieznacznie spadło dopiero po porodzie. Jednak nie chciałam mówić o moich doświadczeniach i wyszłam z gabinetu z receptą, skierowaniem na kolejne badania i zaleceniami. Nie dawało mi jednak spokoju to, że nie mogę się starać o dziecko. Bo skoro instynkt się obudził, to nie mogłam czekać i już! Byłam wtedy dokładnie w szesnastym dniu cyklu i od następnego mieliśmy zacząć. Przemyślałam wszystko raz jeszcze i umówiłam się na wizytę do mojego ginekologa. Prywatnie. Na wizytę długo nie musiałam czekać, raptem około siedmiu czy ośmiu dni. I tak na kilka dni przed miesiączką udałam się do gabinetu pana doktora. Dobrze go znam, bo prowadził moją pierwszą ciążę, z czego byłam bardzo zadowolona. Ze świecą takiego lekarza szukać. Czas dla pacjentki ma zawsze, jak nie odbierze telefonu, to oddzwoni albo wyśle SMS-a. W każdym razie lekarz z powołania. W gabinecie skrupulatnie opowiedziałam mu całą moją obecną sytuację, wraz z obawami i aktualnymi wynikami. Jego opinia była dla mnie zbawienna. Pamiętam te słowa: „Może się pani starać, przeciwwskazań brak. Wyniki nie są najgorsze. Przyjmować żelazo, witaminę C i kwas foliowy i się kochać, kochać, i jeszcze raz kochać, i nie sprowadzać tego życia seksualnego tylko do prokreacji. A więc seks również w te dni niepłodne”. Dla świętego spokoju, pan doktor wykonał mi jeszcze USG, które było dla mnie zaskoczeniem. Przede wszystkim przerośnięte endometrium. Faza lutealna, czyli przed miesiączką, a więc sprawa z grubym endometrium niby naturalna, ale jednak było za grube, nawet jak na tę fazę. Lekarz tez był nieco zdziwiony, bo stwierdził, że powinnam zrobić następnego dnia beta HCG. Czyli, co? Ma podejrzenie bardzo, bardzo wczesnej ciąży? Ja takiego podejrzenia nie miałam, bo niby jak i skąd, skoro ostatnio „te dni” jakoś upłynęły nam pod znakiem abstynencji. No, ale natura potrafi zaskoczyć, więc tak jak pan doktor kazał, tak też zrobiłam. Na następny dzień wybrałam się do laboratorium i zrobiłam betkę. Nie czekałam na te wyniki. Nie spodziewałam się żadnej niespodzianki. I miałam rację. Bety nie było praktycznie w ogóle. Napisałam do lekarza SMS -a, a w odpowiedzi zwrotnej pan doktor napisał: „Ciąży brak”. No wow. Ameryki nie odkrył. Wiedziałam o tym i bez tej bety. No kurcze, takie rzeczy się jakoś wie. Zapytałam go jeszcze, czy sprawa z przerośniętym endometrium to jakaś poważna rzecz i czy przeszkadza w zajściu w ciąże, ale stwierdził, że nie. Więc czekałam cierpliwie, miesiączka się pojawiła o czasie, jak zawsze. A potem, no to już górki. Wieki optymizm. Bo to już, bo zaczynamy, bo ciąża, testy i tak dalej. Uśmiechałam się do świata, do ludzi, byłam szczęśliwa i… nie do końca przekonana, że ten miesiąc zakończy się sukcesem. Październik 2017 roku, nie był miesiącem szczęśliwym. Co prawda doszukiwałam się u siebie objawów ciąży, no bo skoro z pierwszym zaszłam od razu, no to dlaczego i teraz ma być inaczej. Był ból piersi i podwyższona temperatura. I o swojej owulacji tak naprawdę niewiele wiedziałam. Prócz tego, że jest bo co miesiąc daje mi nieźle popalić z bólem w okolicy jajnika. Był jeden test, drugi, trzeci, czwarty i dziesiąty. A bo to pewnie jeszcze za wcześnie. Jeszcze się kreska druga pojawi, oglądałam pod światło, przyglądałam się ze wszystkich stron, a ta cholera za nic się pojawić nie chciała. Czary mary nie działają. Franciszka przyszła jak zwykle o stałej porze, nie spóźniła się ani dnia, by nie dawać mi przypadkiem złudnej nadziei. I tak ze łzami, bólem i wielkim rozczarowaniem, ale też nadzieją na następny cykl, pogodziłam się z tym, że się nie udało. Może to moje tyłozgięcie, może ta anemia, może coś tam nie zaskoczyło i już. Z wiarą, nadzieją i miłością wkroczyłam w nowy początek.

Nowy cykl, nowa ja

Bez względu na to, jakie tam te wyniki moje są staraliśmy się i już. Po umówionym czasie przyszłam z kolejnymi wynikami do lekarza rodzinnego. Tym razem były już idealne. Super, możemy się starać również według opinii pani doktor. A że w zasadzie i tak się staraliśmy już drugi cykl i było już po dniach płodnych, to czekałam na możliwość zrobienia testu. Byłam przekonana, że tym razem to już na pewno. Chociaż te nasze zbliżenia były takie, no dwa razy i już. Niby był seks, ale jakiś taki z obowiązku, a jak się okazało taki seks to wiecie, gdzie można sobie wsadzić. Więc w zasadzie liczyłam na cud, że jakiś tam plemnik się przyczaił i że doszło do wielkiego bum. Spotkania dwóch światów, mistycznej więzi, cudu poczęcia i takie tam. Oczywiście, testy były, a między nimi było tez przeziębienie z gorączką i u mnie, i u mojej Małej Mi. A że przypuszczalnie mogłam być w ciąży, no to wiadomo unikałam leków i raczyłam się miodem, herbatką i cytrynką. Jak już nie wytrzymałam. to wzięłam dwa razy paracetamol, ale przeczytałam ulotkę kilka razy, czy aby na pewno mogę na początku ciąży. Jak się później okazało w ciąży nie byłam, ale herbata z miodem i cytryną dobrze mi zrobiła i przeziębienie przeszło, czyli domowe sposoby działają. Z niewielkim opóźnieniem, ale dają radę. Drugi nieudany cykl był przełomowy dla nas, nie ze względu na przeziębienie, czy też to, że znów się nie udało, a dlatego, że zaproponowałam mojemu M., aby zrobił badanie nasienia. Dla świętego spokoju.


Kiedyś obojgu nam, a w szczególności jemu ciężko było wyleczyć się z grzybicy okolic intymnych i idąc tym tropem skojarzyłam, że mogło mieć to wpływ na plemniki. Zgodził się od razu, choć wiem, że masturbacja, wytrysk na zawołanie, oglądanie pornosów w małym pomieszczeniu to nic przyjemnego i zupełnie nie w jego stylu. Jednak udało się to zorganizować dość szybko. Pojechałam tam z nim, chociaż w zasadzie do niczego potrzebna nie byłam. Czekałam na korytarzu, ale może to dało mu większą pewność siebie. Wynik miał być tego samego dnia wieczorem. Byłam przerażona, kiedy poszedł go odebrać. Zupełnie nie wiedziałam, co tam zobaczę. Na szczęście wynik okazał się być idealny. Książkowy wręcz. I początkowo się ucieszyłam, ale potem przyszło załamanie… No bo skoro z moim M. wszystko w porządku, wcześniej robił też badania krwi, to pewnie ze mną jest coś nie tak. Ale w ciszy i spokoju postanowiłam, że spróbujemy jeszcze raz, a potem pójdę na kolejną wizytę do ginekologa. Trzeci cykl był już zupełnie inny. Był romantyczny wyjazd tylko we dwoje na jedną noc, co prawda był to początek cyklu, ale to zawsze coś. Były testy owulacyjne, romantyczne zbliżenia, leżenie przez godzinę. No bo wynik badania nasienia pokazał, że upłynnia się ono po pięćdziesięciu minutach, a więc tyle leżałam. Nawet mój M. nie pozwalał mi wstawać. Jedynie owulacja mnie zaskoczyła, bo przyszła już w jedenastym dniu cyklu. Potwierdziły ją również testy owulacyjne. A że testy pozytywne były trzy dni z rzędu, to kochaliśmy się wierząc, że tym razem robimy już wszystko tak, jak trzeba. I że w zasadzie nie może się nie udać. W swej głowie analizowałam różne scenariusze. Na przykład w drugim cyklu starań myślałam sobie, ale będzie fajna niespodzianka, będzie tak samo, jak z pierwszą ciążą, nawet daty się zgadzały. Potem trzeci cykl i zbliżające się święta Bożego Narodzenia, myślałam, że będzie piękny prezent pod choinkę. Kupię mojemu M. malutkie buciki i włożę je do pięknie zapakowanego pudełka wraz z pozytywnym testem ciążowym. W międzyczasie przytrafiły mi się dwie nieprzyjemne sytuacje życiowe. Pierwsza to wystąpienie dziwnego bąbla w okolicy miejsca po ugryzieniu kleszcza. Wystraszyłam się i już następnego dnia wylądowałam w gabinecie lekarza. Pani doktor zleciła badanie na przeciwciała, a w razie gdyby wynik okazał się pozytywny i była by borelioza, no to czeka mnie leczenie antybiotykiem. I znów pomyślałam, no a co z ciążą? Jeżeli się udało to taki antybiotyk źle będzie działał na płód. Kilka dni później odebrałam wyniki i odetchnęłam z ulgą. Wynik graniczny, ale nie oznaczający boreliozy. Jedno z głowy. Niedługo później, pojawiły się u mnie problemy z nerką, co oznaczało kamień. A że złapała mnie kolka nerkowa, wezwałam pogotowie, które w zasadzie prócz no-spy i podpięcia w warunkach domowych kroplówki ze solą fizjologiczną, nie mogło nic więcej zrobić, no bo przecież do miesiączki zostało raptem trzy czy cztery dni, więc teoretycznie skoro się staramy, mogę być w ciąży i nici z silniejszych leków. Tak więc po wizycie pogotowia, nastawiłam się na picie wody w ilościach co najmniej dużych. Kamień wysikałam jeszcze tego samego dnia. Ból ustąpił, a ja poczułam się jak nowo narodzona. Kamień oczywiście oddałam do analizy. Niestety, nieco ponad tydzień przed świętami, pojawiła się Franciszka. Więc nie czekając długo, umówiłam się do ginekologa. Planowałam, że tak zrobię, jeśli i w trzecim cyklu się nie uda. Wcześniej jednak przeszukałam internet w celu znalezienia informacji, jakie badania hormonalne wykonać na początku cyklu, jeśli jest problem z zajściem w ciążę. Znalazłam — estradiol, FSH i LH. W drugim dniu cyklu popędziłam do laboratorium i zrobiłam te hormony. Wynik oczywiście odebrałam tego samego dnia i czekałam na wizytę u ginekologa. Kiedy do niego przyszłam, byłam w szóstym dniu cyklu. Miesiączka jeszcze trwała, ale już nie na tyle, by nie móc przeprowadzić badania ginekologicznego wraz z USG. Powiedziałam, że zrobiłam badanie trzech hormonów, zerknął na wyniki, ale powiedział, że nic nie wnoszą nowego. Szczerze mówiąc tego dnia „mój” lekarz wydał mi się nieco dziwny… Nie to żebym mogła mu coś konkretnego zarzucić, ale wydawało mi się że mniej mnie słucha, jest nieobecny. I w zasadzie zamiast patrzeć na mnie i słuchać co mówię, to klikał i wpisywał w komputer, jak w gabinecie na NFZ. A przecież płacę za wizytę i to nie mało. W badaniu ginekologicznym nic nie zobaczył, w sensie nic niepokojącego. Niestety tak kolorowo nie było już na USG. Tam okazało się, że mam polipa. Diagnoza do potwierdzenia na kolejnej wizycie w styczniu, po kolejnej miesiączce. Bo zdarza się podobno tak, że polip sam się wchłania, choć nie zawsze tak jest. Gdyby jednak przy następnym badaniu również był obecny, wtedy rozważy u mnie zabieg histeroskopii, usunie polipa, a przy okazji obejrzy jamę macicy od środka. Tak więc z wizyty wyszłam nie dość, że nie zadowolona, to jeszcze, tuż przed świętami, zmartwiona polipem w mojej macicy. I tak rozpoczęliśmy czwarty cykl starań z brakiem nadziei na ciążę. Bo choć lekarz stwierdził, że ten polip to niewielka przeszkoda, to jednak w głowie pozostało stwierdzenie, że pewnie to zapewne on nie pozwala zagnieździć się jajeczku.

Starania były na większym już luzie, bo i tak się przecież nie uda. Gdzieś tam niby nadzieja była. Podsycało ją to, że już za miesiąc są moje urodziny, więc jak będę w ciąży, to będzie super prezent, ale i tym razem skończyło się jak poprzednio. Franciszka zrobiła mnie w konia i zamiast przyjść tak jak zawsze to robi czternaście dni po owulacji, przyszłą dnia piętnastego. Możecie dopisać sobie co było, kiedy tego czternastego dnia nie przyszła. Była wielka nadzieja i wielkie rozczarowanie po zrobieniu testu… Oczywiście umówiłam się na wizytę u ginekologa. I wiecie, gdy tak to piszę to myślę sobie, że my kobiety bagatelizujemy to, gdy ktoś nam mówi: „Wrzuć na luz, przestań się spinać, nie myśl, nie staraj się tak bardzo, nie obliczaj dni płodnych” — no takie za przeproszeniem pierdolenie. Ale tak sobie myślę że to ma sens. Im bardziej ta spinka jest, tym bardziej ten seks sprowadzamy tylko do „zrobienia dziecka”, a nie do „cudu poczęcia”. I wiecie co? Teraz te słowa — „cud poczęcia”, wydają mi się takie mocne, takie prawdziwe. Bo to faktycznie cud. Ale w tamtym czasie wylądowanie statku kosmicznego na moim podwórku wydawało mi się bardziej prawdopodobne, niż zajście w ciążę. Nawet mój M. po tych czterech bezowocnych cyklach stał się jakiś taki bardziej otwarty. Rozmawialiśmy na ten temat bardzo dużo. To nie był temat tabu, był obecny w naszym codziennym życiu. Potrafiliśmy się smucić razem i razem się z tego wszystkiego już śmiać. Te starania zbliżyły nas do siebie na nowo. Bo choć miłości nam nie brakowało, to w nasz związek wkradała się rutyna. Praca, dom, obowiązki, dziecko i tak w kółko. Przed rozpoczęciem starań coraz rzadziej się kochaliśmy. Jakoś się nie chciało, bo zmęczeni, bo śpiący i tak dalej. A potem było coraz lepiej. Byliśmy blisko siebie i to było czuć. Myślę, że nie tylko my to zauważyliśmy, ale osoby z naszego najbliższego otoczenia również. Jakoś mniej było ostrzejszej wymiany zdań, a więcej przytulania i okazywania sobie miłości. Kiedy już wiedzieliśmy, że czwarty cykl również nie przyniósł nam zamierzonego efektu, M. powiedział do mnie i do Małej Mi, żebyśmy się pomodlili razem. Czułam, że coś w nim pęka. Skoro ucieka się do modlitwy, to znaczy, że pokłada w tym swoją nadzieję. Gdy go o to zapytałam, odpowiedział, że tak, że wierzy w to, że może to coś zmieni. W trakcie miesiączki postanowiłam, że zarejestruje się na NFZ do innego ginekologa. Wybrałam takiego, który wśród pacjentek ma nienaganną opinie. Niestety, miejsce do niego znalazło się 2 miesiące później. Zanim jednak wizyta u drugiego ginekologa, to wcześniej miałam tę prywatną, która odbyła się tuż po zakończeniu miesiączki. Rzuciła ona zupełnie nowe światło na sprawę mojej niepłodności. Warto też rozróżniać niepłodność, która jest tylko chwilową niezdolnością do posiadania dziecka i którą za sprawą wciąż rozwijającej się medycyny można skutecznie leczyć, a bezpłodnością, gdzie sprawa jest przegrana. A więc, wracając do mnie. Oczywiście, jak się spodziewałam, polip endometrium wciąż był obecny. Co prawda nie urósł od czasu ostatniego badania, ale był. Tym razem lekarz był bardziej rozmowny, słuchał mnie i odpowiadał na pytania. Takiego kogoś potrzebowałam. No cóż, na ostatniej wizycie się nie popisał, ale widocznie miał gorszy dzień. Każdy może taki mieć. Oczywiście byłam zdecydowana, że jak polip nie zniknie, to biorę się za przygotowania do histeroskopii. Lekarz dał mi więc kartkę z wyznaczonymi badaniami, które muszę wykonać przed zabiegiem. Z wynikami do niego i dopiero umówi mnie na zabieg w jednym ze szpitali, w których pracuje. Ze względu na to, że lekarz ten przyjmuję prywatnie, na badania skierowania nie dostałam. Zabieg jednak mogłam wykonać na NFZ, jeżeli sobie tego życzę. Nie każdego stać na jednorazowy wydatek rzędu około dwóch i pół tysiąca złotych. Tak więc moja wizyta u drugiego ginekologa na NFZ, musiała odbyć się wcześniej. W badaniu USG lekarz zauważył dominujący pęcherzyk, a więc lada moment miała odbyć się owulacja… I co? I nic. Bo polip, jak się dowiedziałam, skutecznie utrudnia zagnieżdżenie się zapłodnionej komórki jajowej. W nocy miałam ochotę płakać, wyć wręcz. Kochaliśmy z moim M., ale myślałam sobie, że to bez znaczenia. Przecież i tak nie zajdę w ciążę. Więc seks znów stał się bezużyteczną sprawą. Myślenie było co najmniej bez sensu. Typowo depresyjne. Ale moje libido spadło bardzo szybko, gdy tylko dowiedziałam się, że polip jest i przeszkadza, i jeszcze zabieg, badania, i to wszystko trwa i trwa i moja ciąża się oddala, a nie przybliża. Kuzynka w tym czasie urodziła swoje trzecie dziecko, ktoś tam był w ciąży, ktoś tam właśnie rodził, ktoś tam właśnie dowiedział się, że będzie miał dziecko, a ja? Wciąż taka pusta, taka bezużyteczna, taka niepłodna… To straszne myśleć o sobie w ten sposób. To straszne nie móc realizować swoich marzeń. I myśl, że komuś udaje się bez najmniejszego wysiłku, a ty musisz walczyć. Bo dlaczego komuś coś się należy ot tak, a tobie nie? Za co Bóg cię tak karze? Co zrobiłaś aż tak źle? Gdzie popełniłaś błąd? Aż wreszcie myślisz, że widocznie jesteś gorsza niż prostytutka albo matka, która wyrzuca swoje dziecko przez okno, czy na śmietnik, a czym za jakiś czas znów zachodzi w ciążę. I co? Bóg daje jej kolejne dziecko? Po co? A ty masz już jedno, kochasz, dbasz, myślisz, martwisz się, a drugiego mieć nie możesz. Albo czekasz wciąż na to pierwsze i wiesz, że jak się pojawi, to mu nieba przychylisz. Nie do pojęcia są takie właśnie sytuacje. Nie mogłam się w tym odnaleźć. Wiedziałam, że modlitwa jest najważniejsza i wierzę w Boga, ale Go nie rozumiałam… I myślę, że nikt Go nie rozumie.

„Im bardziej masz pod górkę, tym piękniejsze są później widoki”

— tego się trzymałam. Wszystkie wizyty u lekarza uświadomiły mi, jak daleko już jestem. Bo są kobiety, które starają się nawet dwa lata, bez wizyty u ginekologa. I czekają. Ale nie dajcie sobie wmówić, że można czekać tyle czasu. Potem szkoda pluć sobie w brodę, że straciło się go aż tyle. Warto się badać i sprawdzać przyczynę braku możliwości zajścia w ciążę. Coś na pewno jest przyczyną i czasem łatwiej ją znaleźć, a czasem trudniej. Czasem trwa to wiele lat, czasem kilka miesięcy. Czasem to tylko rozchwiana gospodarka hormonalna, innym razem polip, a jeszcze innym blokada psychiczna, przewlekły stres, wiek. Dlatego ja nie czekałam. Badałam się i brałam na klatę wszystko jak jest. Co prawda musiałam mieć czas na swoje zwątpienie, płacz, rozczarowanie i ból. Ale wszystko to sprawiało, że jeszcze bardziej pragnęłam drugiego dziecka i walczyłam o nie. Jednak przyszedł moment, gdy nasze starania zeszły na drugi plan.


Był piąty cykl, był potwierdzony u lekarza pęcherzyk dominujący, był ból jajnika, nawet był seks, ale wszystko to w obliczu czekającej mnie histeroskopii, było niczym. Nie sprawiało satysfakcji i przyjemności, nawet nie dawało nadziei. No, może troszkę, ale to była taka nadzieja, nie bardzo wiedziałam na co. Czego niby mogłam się spodziewać, skoro polip działał trochę jak wkładka antykoncepcyjna. Bolało mnie to. Bolało, że nasze starania będą bezowocne, dopóki nie pozbędę się go z mojej macicy. Bałam się badań, które musiałam wykonać przed histeroskopią. Bałam się, że wykażą nieprawidłowości, które muszę wyleczyć przed zabiegiem. A co za tym idzie całość przesunie się w czasie. Wszystko było zbyt trudne, trudne dla kobiety starającej się, trudne dla matki, która znów poczuła instynkt macierzyński, trudne dla mnie, osoby tak niecierpliwej. Każdy dzień, dzień bez szans na ciążę, był dniem straconym. A nie tak to miało wyglądać. Stałam się egoistką. Trochę wyrodną matką swojej prawie sześcioletniej córki. Było mi z tym źle. Tylko ja i ja. A gdzie były potrzeby innych? Przecież też mają uczucia, też może mojemu M. było z tym wszystkim ciężko. Wspierał, ale dla mnie było to jakieś takie nieczytelne, nie byłam w stanie uwierzyć, pojąć, przyjąć do wiadomości, że jemu też zależy, że chce, że walczy razem ze mną. Potrzebowałam czasu na poukładanie sobie w głowie tego wszystkiego. Na ułożenie nowego planu, kolejnego już, który zakończyć miał się sukcesem.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 17.85