E-book
23.63
drukowana A5
56.44
W oczach jej błękitu

Bezpłatny fragment - W oczach jej błękitu


Objętość:
287 str.
ISBN:
978-83-8455-376-3
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 56.44

„Być może w oczach jej błękitu odnajdziecie cząstkę prawdy o naszym świecie, o której do tej pory nie mieliście pojęcia.”.

Blog „Subiektywnie o książkach”, Wioleta Sadowska


Polecam wszystkim wielbicielom kryminałów i niecodziennych książek, które wnoszą coś więcej do naszego życia, niż tylko miłą do przeczytania fabułę.

Blog „Kto czyta nie pyta”


© Copyright by

Jacek W. Brzozowski

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody zabronione

Wydanie II — 2026, Ridero

(Wydanie I — 2015, E-bookowo)


Autor składa serdeczne podziękowania Marcie Sosińskiej za pierwsze recenzje i motywację.

1

Widzę. Twoje cudowne dłonie, namalowane jakby dotknięciem magii. Krój smutnych ust, nabrzmiałe piersi. Wiecznotrwałą delikatność policzków, trwogę złożonych rąk. I twoje lśniące oczy, na które czekałem przez bezkres pustych lat.

Ktoś cię zmusił. Nie tylko do pozowania. Moja biedna, tajemnicza istoto, którą próbuje odczytać połowa świata. Wiedziałaś że tak będzie. Już wtedy, gdy kazał ci tam stać. Obmyślałaś swoją zemstę, lub śmierć. To ona rozpoczęła rytualny taniec, kiedy tylko pędzel poczynił pierwsze kroki w takt bicia twojego spłoszonego serca.

Przeczuwałaś, że nigdy nie poznają prawdy. Przez lata, stulecia. Będą też mawiali, że byłaś zwykłą ladacznicą. Albo ogłupiałą mieszczką. Może bitą, może udręczoną. Cóż z tego? Będą mówić wszystko, lecz prawdy nie pozna nikt. Tylko ty i ten, po którym nosisz czarny welon.

Przeklniesz malarza, który cię taką, z boską doskonałością uczyni. Przeklniesz jego zleceniodawcę, człowieka bogatego i zepsutego. On jest pyłem, lecz ty zostałaś wieczna. Wieczna!

Niczym melancholia, zaklęta we wzgardliwym półuśmiechu. Zadręczasz mnie swoją nieobecnością, Liso Gherardini.

Leonardo da Vinci, Mona Lisa (La Gioconda), ok. 1503–1506, olej na desce topolowej, 77 × 53 cm, Musée du Louvre, Paryż

2

Opuchnięte kolana półnagiego Pierre’a broczyły, gdy klęczał przykuty rdzawym łańcuchem do kamiennej, wyszczerbionej posadzki. Za szyję, jak najpodlejsze zwierzę.

Uryna trafiała go w policzek i ściekała strumieniem po klatce piersiowej. Rozbawiony Beduin w śmierdzących kolorowych łachmanach szczał na niego w geście wyższości. Pierre Dussollier, młody specjalista wywiadu elektronicznego, nie był jeszcze całkowicie złamany. Przeciwnie. Niemal chłopięca twarz technika, nigdy nie zepsuta sztuką maskowania uczuć, wyrażała nienawiść w najczystszej postaci.

Przy nadziei trzymała go wiara. Wierzył w Boga oraz w technikę, bo ta, jako jedyna spośród rzeczy ludzkich, nie zawodziła bez wyraźnego powodu. Tak jak teraz, gdy satelita bezbłędnie odnalazł sygnał z mikroskopijnego implanta zatopionego w stopie. Wiara.

Zmierzyłem to krótko wzrokiem i rzekłem głosem obojętnym, wręcz znudzonym, w kierunku szejka półleżącego na poduchach obciągniętych czerwonym jedwabiem:

— Dam za niego dwanaście sztuk złota. Nie więcej.

Pogładziłem swędzącą brodę. Z braku doświadczenia nie byłem dobrze przygotowany do rajdu przez pustynię.

Dwa dni jazdy zamieniło gładką zwykle twarz we włochatą szczotkę, przypominającą to, co mam na głowie, a zbyt grube ubrania w przepoconą szmatę. Choć rok temu, w trzydzieste czwarte urodziny zastanawiałem się, czy początków zakol nie powinienem skompensować brodą.

— Chyba nieskończone piaski Sahary i duże pragnienie odebrały ci siły na umyśle, gościu z dalekiego kraju. — Grubas splunął wymownie. — Za psa? To rzadki okaz na tym pustkowiu.

Arab sprawiał wrażenie, jakby nie zajmował w życiu innej pozycji niż co najwyżej siedzącej. Rozpostarty na poduchach, z zadowoleniem od godziny nurzał tłuste palce w kryształowej misie z jedzeniem. Nic nie wskazywało, aby ta czynność go nudziła. Wyglądało na to, że chciał być zabawiany jeszcze przez co najmniej drugie tyle. Dla nas obu czas z pewnością płynął w inny sposób. Traciłem cierpliwość.

— Daruj panie nietakt — skłoniłem czoło. — Nie przedstawiłem od razu innych podarków. Mam jeszcze ze sobą…

— Nie przyjmuję prezentów od niewiernych — wycedził sucho, po czym znów splunął żółto na podłogę.

— Ależ…

— Są nieczyste, są brudne — uciął z pogardą w głosie.

Kraciasta maszrabija wpuszczała wąziutkie promienie słońca, które pełznąc milimetr po milimetrze, rozświetlały niemrawo kolejne zakamarki komnaty. Jeden z refleksów zalśnił złotem na masywnych bransoletach opinających nadgarstki tłuściocha. Coś do mnie dotarło, jakby przeskoczyła iskra.

— To na nic — powiedziałem cicho przez zęby.

— Co mówisz?

— Właśnie pojąłem, o najzacniejszy z mężów, że ta dysputa nie zaprowadzi nas do konstruktywnych wniosków. Chciałbym oto przekazać… — w tym momencie zwróciłem się do oprawcy Pierre’a –…pozdrowienia od PR.

— Od kogo? — wydusił zaskoczony Beduin, odsłaniając szczerbatą szczękę.

— Prezydenta Republiki.

Błyskawicznym ruchem wydobyłem półelastyczne polimerowe noże. Ukryte w wąziutkiej kieszeni paska były zupełnie nie do wykrycia. Powietrze przeszył cichy świst. Po chwili dręczyciel klęczał, tamując oburącz krwotok z rozerwanej tętnicy udowej.

Nie minęło kilkanaście sekund, gdy usłyszałem jęki dobijanego wielbiciela mało wyrafinowanych tortur. Pierre z szaleństwem w oczach jeszcze przez dłuższą chwilę maltretował bezwładne ciało.

Szejk nadal spoczywał bez najmniejszego ruchu, uważnie obserwując ostrze drugiego noża. I mój wskazujący palec, oparty znacząco na zaciśniętych ustach. Podtrzymując kulejącego z bólu i wyczerpania technika wycofywałem się w stronę bocznego wyjścia.

Po trzydziestu sekundach, gdy wchodziliśmy już do terenówki, eksplodowały niespodzianki umieszczone na drugim końcu pałacyku. Natychmiast wybuchło tam zamieszanie i kobiece lamenty.

Silnik zawył i ruszyliśmy w pustynię. Pora była właściwa. Tak jak zaplanowałem, słońce zajmowało tę część nieboskłonu, która oznaczała szybki zachód. Noc ułatwiała ucieczkę, a noktowizor dawał nam dodatkową przewagę.

Spojrzałem na rannego. Głowa opadała mu z wyczerpania, drżąc w rytm nierówności terenu. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Zażartowałem więc:

— Urlop w Maroko?

Odpowiedziało mi pełne bólu westchnięcie Perrea. Tego przedziwnego młokosa lubiącego hippisowskie ciuchy znałem już z kilku akcji. Nigdy nie pytałem, w jakim dokładnie jest wieku, ale widać było, że mógłby być synem Lennona, jeśli nie wnukiem. Był przeraźliwie chudy i wiecznie przygarbiony. Zagadnięty, półżartem odpowiadał z niewyraźnym uśmiechem, że to przez ciężar odpowiedzialności za losy kraju.

— Nawet nie pytam, jak wpadłeś w takie kłopoty — rzuciłem.

— Ukradłem mu tonia — poruszył spękanymi wargami.

Pierre nie był człowiekiem wylewnym. Najpewniej to jego kappacyzm, wada złośliwie podmieniająca głoski, zdecydowała o wyborze autystycznej profesji wymagającej większego kontaktu z martwymi przedmiotami, zimną klawiaturą i chłodem fosforyzujących LED-ów, niż z ludźmi. Jak sam mówił, uwielbiał rozmowy, ale wyłącznie wtedy, gdy odpowiedzią i pytaniem była cisza. Odbywał ich sporo, szczególnie w kościołach.

— Nie wiem, czy dobrze zrobiłem… — wymamrotał.

Miał na wpółprzymknięte, opuchnięte oczy. Walczył z sennością, która wyciągała po niego coraz bardziej zaborcze ręce. Facet z drugiej linii akcji, dzisiaj zadebiutował w roli zabójcy. Całe jestestwo Pierre’a emanowało ciężarem tej świadomości. Od dzisiaj, jak większość osób z Agencji, miał kogoś na sumieniu.

— Właściwie, to ja go bardziej zabiłem, niż ty — przerzuciłem winę na siebie.

Zagryzłem język. To było chyba zbyt infantylne. Na twarzy technika przez moment rozbłysła nadzieja, jednak szybko zdusił ją rozsądek.

— Potrzebny był ci transport i wpadłeś na włamie? — próbowałem skierować rozmowę na inne tory.

W rzeczywistości moją misją było jedynie to, by wyciągnąć stamtąd młodego. Szczegóły zadania Pierre’a i tak musiały pozostać tajemnicą, a pytanie było tylko czystą kurtuazją mającą przykryć ciszę. Choć o tym, że miał kiepskie wyniki na strzelnicy, wiedzieli prawie wszyscy.

Pierre burknął coś i kaszlnął.

— Pierre? — powiedziałem głośniej.

— To nic… Ta misja…

Wyszczerzyłem zęby:

— Masz szczęście, że akurat tędy przechodziłem. — Przed oczami przemknął mi obszerny pałacowy harem. — I że nie ucięli ci jaj! — dodałem z naciskiem.

— Mieli to zrobić dziś wieczorem, Jean — wyjaśnił Pierre z męką w głosie.

Milczeliśmy chwilę. Samochód płynął miarowo, kołysany falami nieskończonego morza wydm.

— Śpij. Nacisnąłem przycisk i fotel młodego zmienił pozycję na leżącą.

Po chwili dobiegło mnie głośne chrapanie.

3

Stara, pokurczona istambulska cyganka pociągnęła mnie za rękaw. Pomimo braków w uzębieniu dysponowała zadziwiająco dobrą dykcją. Dłoń układała w miseczkę.

— Za kilka lir poznasz całą przyszłość, młodzieńcze. To niedużo! — krzyknęła, zarzucając przynętę.

Pomarszczona, pełna czyraków twarz kobiety, napawała mnie wstrętem. Spojrzałem krótko w jej wyczekujące oczy i natychmiast odwróciłem wzrok. Uchwyciła się tego jak ryba przynęty. Złapała moją rękę i przybliżyła do twarzy. Miała lepki, pachnący czosnkiem dotyk; nie zdołałem ukryć mimowolnego wzdrygnięcia.

— Jesteś chłodny, francuziku — zaskrzeczała z uśmiechem wiedźmy, po czym spojrzała jeszcze raz na dłoń i zachichotała: — Ale pragniesz słów, które odmienią twoją drogę.

Poczułem, że przechodzi mnie dziwny dreszcz. Wyswobodziłem rękę, nie kryjąc zdenerwowania.

— Odejdź — rzuciłem, sięgając jednocześnie do kieszeni. Łapczywie zabrała monety i zadziwiająco szybko odeszła, sprawnie szukając kolejnego celu.

Westchnąłem głośno i ruszyłem dalej, w głąb Beyoglu, nadmorskiego gniazda Europejczyków. Dookoła wzrastały rzędy XIX-wiecznych kamienic i wciśniętych pomiędzy nie reprezentacyjnych ambasad, których potężnie zdobione bramy dobrze wpisywały swój klasyczny smak w fasady budynków tej dzielnicy. Boczne uliczki skrywały wygodne apartamenty i modne kluby, w których życie pulsowało starym amerykańskim jazzem, pachnącym jeszcze prohibicją i dobrym kubańskim cygarem.

W jednym z takich miejsc mieszkał powód mojego przyjazdu: André Mermet. Uroczy łajdak, wielki oryginał, cudowny erudyta, a także były złodziej i oszust, którego ostatnią na wpół uczciwą pracą była posada historyka sztuki w Luwrze. To właśnie zbytnie zamiłowanie do jej szlachetnych wytworów, a także życia ponad stan, winił za sprowadzenie swej skromnej osoby na złą drogę.

Miał duży wyrok za próbę powtórzenia wyczynu Vincenzo Perugii, który w 1911 roku jako pracownik muzeum, zakochany w obrazie, wyniósł pod płaszczem Monę Lisę. Zapewne profilaktycznie, André dostał od szefostwa Agencji bezterminowy zakaz wstępu do Luwru. Oryginał mógłby podziwiać wyłącznie wtedy, gdyby obraz został wypożyczony do innej placówki. Nie przypominam sobie, aby coś takiego miało miejsce w ostatnich latach, więc sprawa była w zasadzie beznadziejna.

Mermet kochał każdą kreskę tego dzieła, podobnie zresztą, jak niemal całą twórczość powstałą w renesansowych miastach –państwach Italii. Szczególne uwielbienie miał jednak dla genialnej trójki: Rafaela, Vinci i Michała Anioła. Znał się na wszelkim malarstwie jak mało kto, choć nigdy nie odebrał formalnego wykształcenia. Zabiegając o pracę w muzeum urzekł dyrekcję bijącą od niego pasją, niezmierzoną wiedzą i znakomicie sfałszowanym dyplomem uniwersytetu w Padwie.

Z tych wszystkich przyczyn, więzienie nie było odpowiednim miejscem dla Mermeta. Sprawa oczywista, choć samym wyglądem mógł w pewnym sensie budzić respekt. Był mężczyzną potężnym jak tenor, choć nie grubym, zawsze zadbanym i starannie uczesanym, a nade wszystko kochającym życie.

Przypadkowo usłyszałem kiedyś, że upokarzany przez współwięźniów gasł bardzo szybko. Propozycję podpisania „lojalki” i współpracy ze służbami przyjął z ulgą. A może nawet z wdzięcznością.

Gdy ukończył roczną Służbę Doradczą, będącą jednocześnie wywiadowczym szkoleniem i teoretycznym preludium do służby właściwej, otrzymał przydział w Stambule. Tam, od pół dekady, pracował pod przykrywką marszanda — zamożnego właściciela galerii w najdroższej dzielnicy miasta. I czekał.

Kamuflaż pasował mu idealnie. Handel dziełami sztuki był absorbujący do tego stopnia, że pomiędzy akcjami Mermet niemal zapominał, że jest „śpiochem” — czasowo nieaktywnym agentem na ciągłej służbie, do którego rozkaz może przyjść w każdej chwili. Stworzył własne Uniwersum i, tak czułem, pod pozorem działań agenturalnych rozwijał też własne interesy. Choć przyznać trzeba, że to przede wszystkim dzięki temu mógł mieć doskonałe rozeznanie w środowisku paserów. Sądzę, że istniała jakaś niepisana umowa, na mocy której Agencja przymykała na wszystko oko, dopóki nie naruszał interesów Francji i odzyskiwał dla kraju bezcenne dzieła. Lubiłem go, myślę że z wzajemnością, choć nie zawsze rozumiałem. Ten dwukrotny rozwodnik był jedną z niewielu osób w Agencji, z którą utrzymywałem kontakty na stopie prywatnej.

Do wnętrza kamienicy Mermeta zapraszał głos Naomi, wybrzmiewający melodyjnie z domofonu lśniącego w stalowej bramie. Przechodząc przez hol spojrzałem w ogromne lustro, mimowolnie przyciągające uwagę odbiciem moich własnych szczupłych policzków i kruczej głowy. Odruchowo przygładziłem garnitur. Niepotrzebnie. Corneliani zawsze doskonale leży.

Dziewczyna była zupełnie naturalna. Podczas rozmowy nie uciekała wzrokiem i obdarzała mnie cudownie lekkim uśmiechem, zapraszając na łyk herbaty z egzotycznymi aromatami. Pamiętam, gdy kiedyś, zmartwiona plamą rozlanej na dywanie kawy groziła palcem winnej temu kotce, by już po chwili drapać zwierzaka za uchem. Pomiędzy czułościami machała do niej palcem, gdy zbierane drugą ręką fragmenciki porcelany złośliwie upadały na podłogę. Pospolicie oburzała się też na swojego mężczyznę, bo kolejny raz zostawił brudną szklankę w salonie. I podobnie jak wiele kobiet syczała z nerwów, gdy nazbyt długo przymierzała coś przed lustrem, znów chcąc go zaskoczyć.

A jednak żyła w trójkącie. Patrzyłem na nią zachłannie, podświadomie pożądając tych gładkich ramion, lennej burzy loków i cienistych dolin ciała, by opuścić wzrok z zażenowaniem już w kilka słów po przejściu progu. Wyobraźnia zaczynała pracę, byłem bezsilny.

Lubiła jego i ją; czuć było tę nieposkromioną przyjemność, z jaką ukradkiem muskała drugą kobietę, kiedy ta przyniosła świeże truskawki, krwawo kontrastujące w białej jak śnieg śmietanie. Libido wisiało w powietrzu, czekając niecierpliwie na gwałtowne, spazmatyczne ujście.

Poza tym, obie były zupełnie zwyczajne. Jeśli nie liczyć urody…

— André musiał nagle wyjść. Wiesz, interesy… Rozgość się.

Wiem, lecz nie mogłem przestać o tym wszystkim myśleć.

Przeszedłem do salonu. Zamiast usiąść przy stoliku jak ona, stanąłem naprzeciw olbrzymiego okna, a właściwie przeszklonej ściany, ze wspaniałym widokiem na Bosfor. Chciałem odwrócić niespokojną uwagę od sposobu, w jaki ten nader słoneczny dzień wdzierał się jaskrawożółto pod krótką spódniczkę, wysoko odsłaniającą smukłe, opalone uda. Wiedziałem, że ich delikatny złoty puch, zmieniał się gdzieś tam w niewielki wzgórek, słodki i ciepły. Jak czerwona kropelka spływająca z kącika jej perłowych ust. Były ogłupiająco piękne, a ja od dawna nie miałem kobiety.

Natarczywie potarłem dłońmi twarz.

— Taak — spojrzałem przez palce. — Tak, oczywiście — ruszyłem szybko do drzwi. — Pójdę już. Przepraszam cię za najście.

Dogoniła mnie szelmowsko roześmiana, jakby potrafiła czytać w myślach.

— To dla ciebie — w progu wręczyła mi duży pakiet owinięty szarym papierem. — Prezent od André. Bardzo długo nad tym pracował.

Pod palcami wyczułem płótno z lekkim, wąskim blejtramem.

— Dziękuję. Będę czekał na telefon.

W odpowiedzi obdarzyła mnie kolejnym ze swoich słonecznych uśmiechów, który powodował szybsze bicie serca. Na zewnątrz głośno wypuściłem powietrze i natychmiast sięgnąłem po papierosa. Zadrżała mi ręka. Zapalniczka wypłynęła spomiędzy palców i zastukała głucho o asfalt.

— Że też mi się coś takiego nie przytrafia…

Wciągnąłem silnie dym, jak gdybym nabierał w płuca spokoju. Po chwili napłynął, niosąc ze sobą ciepłą, aromatyczną falę cząsteczek nikotyny. Poczułem kilka chłodnych kropel na policzkach. Spojrzałem w tłoczną ulicę, a potem ku górze, na skłębione ciemne chmury. Taksówka podjechała, choć ledwie zdążyłem unieść rękę. Zupełnie, jakby na mnie czekała.

— Wsiadajpan, wsiadajpan! — śniady kierowca zachęcał łamaną angielszczyzną, wrzeszcząc przez otwarte okno niczym przekupka.

Deszcz przybrał na sile. W takich momentach stawał mi przed oczami wynalazek naszej Agencji, a konkretnie Pierre’a. Młody raz po raz zaskakiwał otoczenie swoim geniuszem: do zwykłego komunikatora audio-wizualnego dodał opcję automatycznego tłumacza. Choć nikt tego głośno nie przyznał, gadżet niezwykle rozleniwiał językowo: można było uzyskać połączenie z dowolnym miejscem na świecie, na przykład z Japonią, a w trakcie dyskusji na ekranie wyświetlany był tekst po francusku. Nasz rozmówca czytał oczywiście po japońsku.

— Mówimy: wsiadaj pan — zwróciłem uwagę, po czym zająłem miejsce na tylnej kanapie, ledwie mieszcząc się tam z pakunkiem. Zerknąłem w lusterko obok taksiarza, w którym mignął kontur czerwonego ferrari. — Hotel „Grand Hyatt”, proszę.

— Och! Luksus, luksus! — klasnął kierowca i wbił ze zgrzytem pierwszy bieg.

Ruszyliśmy, ślamazarnie torując sobie drogę przez ulice gęste od ludzi. Naderwałem papier i uchyliłem rąbek, żeby sprawdzić co jest w środku. Aż gwizdnąłem z podziwu. Kierowca spojrzał ciekawsko w lusterko.

Szybko odwróciłem wzrok i zawiesiłem go na barwnym krajobrazie miasta, przeszywanym przez igły meczetów dumnie celujących w niebo. Rozluźniony oglądałem płynący za oknem tłum, rozkrzyczany i kolorowy. Aromaty śródziemnomorskiej kuchni drażniły zewsząd nozdrza, razem z zapachem wodnych fajek, wonią starego potu i intensywnym bukietem nasion kardamonu.

Po około dwudziestu minutach krajobraz wyraźnie zszarzał, coraz mniej przypominając ekskluzywną Taksim Square, przy której wynająłem apartament na dziewiątym piętrze. Wciągnąłem dym ostatni raz i wyrzuciłem peta przez okno. Deszcz ustąpił tak szybko, jak się pojawił.

— Hej! — zagadnąłem kierowcę. — Czy na pewno jedziemy w dobrym kierunku?

— Tak! Tak!

W głosie mężczyzny wyczułem zniecierpliwienie. Auto przejechało jeszcze kilkadziesiąt metrów, po czym gwałtownie przyspieszyło. Gdy weszliśmy ostro w zakręt, boleśnie stuknąłem głową o szybę.

To nie były żarty. Po chwili stanęliśmy z piskiem w dość wąskim zaułku. W ręku kierowcy błysnęła maczeta, a oczy zdradzały ekstatyczną histerię.

— Co masz w tej paćce?! Co w paćce?! — krzyknął na całe gardło.

Patrzyłem na niego z głęboką uwagą. Dolna warga Turka drżała z niecierpliwości.

— Prezent — odparłem irytująco spokojnie, rozwlekając słowo.

Taksiarz pokrzykiwał coś ruszając niecierpliwie żelastwem, lecz ja przestałem cokolwiek słyszeć. Stałem się skupioną, napiętą czujnością. Przeczuwałem, że to jeszcze nie wszystko. Napad z przedniego siedzenia auta na pewno nie był sprawdzoną metodą rabunku.

Miałem rację. Po kilku sekundach, naprzeciw nas z piskiem stanął drugi samochód. Otwierane z obu stron drzwi, nie wiedzieć czemu, przywiodły mi na myśl rozkładającego skrzydła skarabeusza. Wyszedłem z taksówki. Przewiercili mnie wzrokiem z wilczymi uśmiechami. Najbliższy z napastników stanął w odległości czterech metrów.

— Jesteś kolegą André, co? Wisi nam trochę pieniędzy — wyjaśnił szyderczo.

Milczałem, wiercąc wzrokiem trójkę mężczyzn. Potężny łysy murzyn z odsłoniętymi bicepsami. Małoletni Turek z rozchełstaną koszulą i kilogramem żelu na włosach. I gość, który do mnie gadał. Wysoki, szczupły, w szarej moherowej marynarce naciągniętej na pomarańczowy shirt. Mówiąc, przybrał infantylny ton:

— No? Co tam masz za obrazek? Dawaj, tylko grzecznie! — pogroził dłonią i ruszył w moją stronę, podczas gdy pozostali otaczali mnie pierścieniem.

— Proszę wybaczyć moją szczerość — mówiłem bardzo powoli i z nonszalancją, zupełnie nieadekwatnie do sytuacji — niemniej nie wygląda pan na konesera sztuki.

— Tak? A na kogo? — chudy przystanął zbity z tropu, ukazując poczerniałe pieńki zębów.

Jego kumpel, dzieciak jeszcze, miał rozedrgane małe oczka. Obaj celowali we mnie dawno już nie czyszczonymi rewolwerami. Wysoki przymierzył:

— Może jak odstrzelę ci kolano, to zmienisz zdanie? — rzucił. — Hassan, weź to od tego wypachnionego zawszańca.

Wezwany chłopak przestąpił nerwowo z nogi na nogę, zdradzając niecierpliwy pośpiech:

— Rozwalmy go — machnął spluwą. — Rozwalmy go od razu i po krzyku!

Nie czekając, natychmiast odciągnął zamek i uniósł spluwę na wysokość twarzy.

Wstrzymałem oddech. Pierwszego łatwo dosięgnę nogą; silny kop w splot pozbawi go świadomości. Świr z maczetą został w aucie, więc chwilowo nie stanowi zagrożenia. Czarny jest dalej, oberwie kulką, a Turek…

Dokładnie w połowie odległości między oczami napastnika wykwitł otwór odpowiadający średnicą dziewięciomilimetrowemu ziarnku grochu. Z dziurki wypłynęła szkarłatna breja. W ciągu trzech sekund ciało bezwładnie uderzyło o ziemię. W chwilę potem po reszcie bandziorów nie było śladu, łącznie z taksiarzem, który ulotnił się porzucając auto.

Wbiłem szklany wzrok w trupa: oczy zastygły w wyrazie zdziwienia, tak jakby mózg działał jeszcze w chwilę po tym, gdy ołów rozerwał tysiące połączeń między neuronami. Palce zabitego drżały.

Ze zdziwieniem usłyszałem swój, nadal nie zdradzający oznak nerwowości, głos:

— Jak mnie znalazłeś, André?

Postawny mężczyzna, ubrany z trącącym lekką ekstrawagancją szykiem, stanął obok i patrzył w to samo miejsce co ja. Katem oka spostrzegłem, jak przez chwilę badał dłonią temperaturę tłumika Walthera P–99. Zawsze odnosiłem wrażenie, że wykonywał egzekucje tak samo beznamiętnie, jakby kroił chleb. Jakoś mi to do niego nie pasowało.

— Zobaczyłem cię, kiedy odjeżdżałeś i próbowałem złapać. Może nawet mnie widziałeś. Czerwone ferrari — wyjaśnił krótko. — A taksa należy do miejscowej mafii. To zwykłe oprychy od ściągania haraczy, z ambicjami wejścia na rynek sztuki. Mogą dać nieźle w kość, a jeśli trzeba, bywają zdeterminowani i okrutni. Uważają, że powinienem odstąpić im część zysków z galerii, ponieważ leży ona w ich strefie wpływów.

— Bydlaki — podsumowałem.

André machnął ręką zirytowany, jakby odpędzał jakąś natrętną myśl:

— Muszę zmienić melinę. Nie sądziłem, że tak szybko odkryją gdzie mieszkam. Stambuł jest potwornie skorumpowany. Nikomu już nie można ufać — westchnął ciężko. — Co cię sprowadza, Jean?

— Zlecenie — odparłem z powagą. — Republika cię potrzebuje, przyjacielu.

4

Nazajutrz wypłynęliśmy jachtem z Bosforu w kierunku jednej z małych wysp Morza Śródziemnego. Tam, na małym lotnisku służącym głównie CIA, czekała niewielka Cessna, dzięki której w ciągu kilku godzin dolecimy do Paryża.

Stojąc na pachnącym mahoniowym drewnem pokładzie obserwowaliśmy daleki, błękitny horyzont. Spojrzałem na zachwyconego Mermeta, który pewnie trzymał potężne koło sterowe. Zawołałem do niego, przekrzykując łopot żagli:

— Jest już kawa!

Mężczyzna zablokował ster i powędrował z kubkiem w stronę małej platformy na dziobie, gdzie stawał by spoglądać marzycielsko w dal. Kto wie, gdzie błądziły wówczas jego myśli, skupione — jak czasem mawiał — na tajemnicach dawnych mistrzów.

André Mermet nie tylko handlował sztuką. On ją po prostu uwielbiał. Miał związaną z tym maksymę własnego autorstwa, choć daję głowę, że ktoś wcześniej na to wpadł:

— Czym byłoby moje życie, gdyby nie sztuka? — pytał i odpowiadał sam sobie: — Niczym. Tylko bytem przypominającym egzystencję robaka. Pracą, jedzeniem, spaniem. Jedzeniem, sraniem, pracą. Sraniem, żarciem…

Indagowany, czy tak naprawdę nie chodzi wyłącznie o względy materialne, powtarzał niezmiennie:

— Pieniądze nie dają wolności. One tylko poszerzają jej granice.

Jako były więzień, wiedział o tym doskonale. Sam także posiadał niebywałe zdolności. Gdyby osiłkom powiódł się plan odebrania mi pakunku, ich zleceniodawca lub kupiec byłby cholernie zdziwiony: wewnątrz była doskonała podróbka obrazu XVII-wiecznego malarza-erotomana Guido Cagnacciego Susanna and the Elders, o dużo mówiącej na temat autora kopii treści: na stole w centrum obrazu siedzi naga kobieta, wyraźnie czerpiąca przyjemność z towarzystwa dwóch mężczyzn zachwyconych jej pięknym, opalizującym ciałem. Rzecz wykonał, jak później zdradził, przy pomocy farb skomponowanych według średniowiecznych receptur. W dodatku na płótnie obramowanym starym drewnem z właściwej epoki. Dla amatorów, nawet tych często odwiedzających muzea i galerie — fałszywka prawie nie do rozpoznania. Namalował ją ponieważ był pewien, że mi tym zaimponuje.

Pomimo że byłem przy nim laikiem, uwielbienie do sztuki nas łączyło, choć ja wolałem bardziej współczesne wielobarwne plamy Renoira, natomiast on genialne freski Michała Anioła. Zresztą Mermet nie oczekiwał, że będę lubił dokładnie to, co i on: najbardziej cenił fakt, że kształtowałem własny gust. Oznaczało to pewne już rozeznanie w malarskiej materii. Na najważniejsze tropy naprowadzał mnie oczywiście André, choć jak zapewniał, przekazywana wiedza nigdy nie zdołałaby okrzepnąć, gdyby nie pierwiastek odpowiedniej wrażliwości. Bo, jak mawiał za Lautrecem, malarstwo jest jak gówno; to się czuje, ale nie tłumaczy.

Nie śmiałem w tej chwili, po pół roku niewidzenia zapytać, co też popchnęło go do flirtu z barokiem i dlaczego poświęcił Cagnacciemu tak wiele energii, zdradzając swój ukochany, odrobinę wcześniejszy renesans. Może z biegiem czasu coś się w nim zmieniało?

Zresztą Mermet zwykle miał na wszystko gotową odpowiedź. Znałem go i czułem, że byłby to z pewnością jakiś krótki bon mot w rodzaju myśli wypowiedzianej parę lat temu: A któż u licha tak naprawdę wie, gdzie przebiega dokładna granica między epokami? Gdy w Italii pączkował renesans, tereny na północ od Alp tkwiły jeszcze w ciemności średniowiecza.

— Te refleksy na morzu wyglądają zupełnie jak plamy Dworca St-Lazare Moneta — skomentował z zachwytem, wsparty o stalowy reling.

Miałem nieodparte wrażenie, że lazur wody zupełnie zatarł w nim wspomnienie mózgu osiłka, rozsmarowanego szybko czerniejącą mazią na rozpalonym chodniku Konstantynopola.

5

Służba doskonale dbała, aby wszyscy agenci mieli świadomość nieuchronności wyznaczonego im losu. Była jak gigantyczna sieć, pajęcza pułapka, z której wyplątanie stanowiło fizyczną niemożliwość. Oczywiście nikt nie mówił tego wprost, lecz pokazano mi wystarczająco dużo abym mógł zrozumieć, że muszę odsłużyć wyrok co do jednego dnia.

Pokazano mi, z jaką łatwością można wytropić człowieka gdziekolwiek by się udał i co zrobić, by całkowicie zniszczyć ciało. A także to, co go później czeka. Nie było bezpiecznego miejsca w całym cywilizowanym świecie. Po wszystkim, ostatnim śladem ludzkiego istnienia zostawał plik, który sekretarka szefa sekcji usuwała następnego dnia, tuż przed poranną kawą. Wyobrażałem sobie, że wędrował wtedy do komputerowego nieba.

Agentem zostałem, podobnie jak wielu innych, przez przypadek, dziwaczny splot okoliczności. Nigdy tego nie pragnąłem, taka myśl nawet nie zakiełkowała w mojej głowie. Byłem finansistą, a umiejętności pragnąłem wykorzystać jedynie do zapewnienia sobie dobrobytu. Po pracy brałem okazjonalne lekcje karate, które pomagały zabłysnąć na korporacyjnym przyjęciu, a znajomość szachów uprawniała mnie do tego, aby przegrać kilka partii z przełożonym. Z akt osobowych wynikało również to że ja, Jean Paul Bernard, znałem kilka języków, bez których zresztą poległbym na etapie rozmowy kwalifikacyjnej.

Karierę urzędnika bankowego planowałem już na studiach z ekonomii, z baranią zazdrością spoglądając na wymuskane auta dyrektorów lokalnych placówek. Posadę znalazłem bez problemu. Gdy jednak człowiek pełen ideałów wkracza w tak cyniczny świat i zderza z jego toporną, skrzeczącą rzeczywistością, może wybrać tylko dwie drogi: wyłączyć myślenie i zatracić się w systemie, albo odrzucić go, zaczynając wszystko od nowa. Tak jak wielu innych, postanowiłem w to wejść.

Zaledwie powierzchowna analiza establishmentu dość szybko doprowadziła mnie do wniosku, że droga uczciwego awansu na szczyty służbowej hierarchii jest w naturalny sposób zamknięta, bo piastunowie najwyższych funkcji w korporacji, to w rzeczywistości jedynie strażnicy rodzinnych fortun. Ubrano je tylko w zgodne z duchem czasu szaty koncernu, holdingu, czy syndykatu. Gorycz rozczarowania pęczniała z dnia na dzień, przynosząc powoli ból żołądka i niechęć do ludzi. Przestałem ich lubić, widząc do czego są zdolni, jeśli tylko zajdą sprzyjające zezwierzęceniu okoliczności.

Wreszcie, mając trzydzieści dwa lata, po niemal dekadzie pracy w gęstej od intryg pseudokulturze — której podbudowę ideologiczną wymyślili marketingowcy z wynajętej w NY agencji, a na której przeczytanie właściciele mojej firmy nie poświęcili nawet pół minuty w klozecie — zaczynałem mieć dość. Pojechałem na daleki, miesięczny urlop, wierząc jeszcze w odmianę. Gdy wróciłem, patrzyłem już na wszystko innym wzrokiem, z nieodwołanie głęboką świadomością życia w matni kłamstwa i ordynarnego serwilizmu. Zacząłem regularne seanse u psychologa, który od razu zdiagnozował wypalenie.

Czara została przelana na firmowym przyjęciu noworocznym, gdy znów kazano mi robić z siebie pajaca. Z nerwów, a może z oburzenia, od rana niczego nie zjadłem. Czułem za to, jakby w moim brzuchu pęczniała ogromna bania wody, która ciągle wzbierając, lada moment miała przelać się przez usta. Jako przyszłemu kierownikowi działu zlecono mi wykonanie prezentacji, a jako — tu pada wyświechtane określenie mojego menadżera — dobremu koledze z pracy, „zrealizowanie ważnej części artystycznej”. Mówił to w tak uszczypliwym tonie, że tylko z trudem powstrzymywał złośliwy grymas zabłąkany gdzieś na krańcach ust.

Gdy wreszcie nadszedł wieczór, wypiłem ciurkiem drinka lub dwa, które przechwyciłem z tac roznoszonych przez zmysłowe, cudownie pachnące i zawsze radosne hostessy. Tłum pracowników ubranych w identyczne uniformy obserwował rosnące słupki zysków z przyklejonymi małpimi uśmiechami, tak jakby chodziło o ich własne pieniądze, a nie udziałowców. Pokazując to, tylko mnie irytowali. Tuż przed północą, gdy przyszła pora abym wyśpiewał noworoczny pean na cześć prezesa, pobiegłem do toalety zakrywając oburącz usta. Wymiotowałem bity kwadrans, obserwując przy tym logo firmy nadrukowane na sedes.

Wydawało mi się, że nikt tego nawet nie zauważył, bo niemal natychmiast zostałem zastąpiony przez jakiegoś bubka, który najwyraźniej wierzył w rozgłaszane przez kierownictwo brednie, że w firmie jesteśmy jak w rodzinie i powinniśmy spędzać ze sobą nawet te najbardziej prywatne chwile. Urodziny, święta, urlopy. Mile widziane było opowiadanie o osobistych problemach na kawie u przełożonego. Wszystko to służyło oliwieniu dobrze sprawdzonego mechanizmu uzależnienia i ciągłej kontroli podwładnych. Ci zresztą, z uporem starali się tego nie zauważać. Na czele owej armii straceńczo oddanych robotów stało kilku głównych dyrektorów, którzy przykrywali bezideowość naszej pracy, epatując otoczenie horrendalnie kosztownymi gadżetami. Wśród tej czołobitnej gawiedzi prezes i jego najbliższe otocznie mieli estymę większą niż władze państwa. O tych ostatnich zresztą mówiono z dużym lekceważeniem, co w tym środowisku uchodziło za szczyt dobrego tonu.

Dwa dni po tym zdarzeniu, bez mrugnięcia zmieniłem parametry systemu komputerowego w banku. Odtąd każdy z tych durni pracował dla mnie: po każdej operacji na moje konto spływała kwota odpowiadająca ostatniej cyfrze przelewanej kwoty. Dla klienta była zupełnie niezauważalna, chodziło o ułamki euro. Gdy po jakimś czasie zajrzałem na konto, włosy stanęły mi dęba.

Otumaniony gotówką, przez kilka miesięcy kosztowałem życia w luksusie. Coraz bardziej zaniedbywałem obowiązki. Ani to, ani kwota miliona ośmiuset tysięcy euro, nie mogło ujść uwadze szefów.

Mój proces trwał mgnienie oka. Nie byłem żonaty, a upokorzona rodzina zerwała ze mną wszelkie kontakty. W wyroku zawarto nakaz skierowania mnie do więzienia o zaostrzonym rygorze, najpewniej ze względu na kryzys i związaną z nim medialną nagonkę na finansistów.

W tamtym czasie można było niemal powiedzieć, że miałem szczęście. Służby specjalne szukały akurat człowieka do analiz przy aferze dotyczącej spekulacji giełdowych i pompowania wartości franka. Sprawa była bardzo rozdmuchana w prasie. Przymknięto wiele osobistości, w tym szefa Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który w miarę publicznego odkrywania szczegółów, okazał się być tym, kim nasi prezesi, lecz podniesionym do trzeciej potęgi i jeszcze bardziej ześwinionym.

Oficer, który mnie werbował, miał śmiertelnie poważną minę. Bezpośrednio po wyjściu z sali sądowej, z której miałem zostać przetransportowany do więzienia, trafiłem do małego wychłodzonego pokoiku. Wewnątrz czekał mężczyzna, który po chwili zaczął w milczeniu wykładać na stół fotografie różnych uszkodzeń ciała, jakie nabywali przez lata nawet najlepiej zbudowani lokatorzy więzień. Siedziałem skulony z przerażenia, nie rozumiejąc jeszcze, czemu ten spektakl służy.

Gdy pokazał już wszystko, a stół przybrał wygląd krwawo-sinego kolażu ze zdjęć, przeszedł do rzeczy. Złożył ofertę, która wydała mi się wówczas gwiazdką z nieba: albo idę na współpracę, podczas której oficjalnie odsiaduję wyrok — a w rzeczywistości jestem do wyłącznej dyspozycji państwa francuskiego jako tajniak, albo wędruję na jedenaście lat za kratki. Przy czym współpraca musiała trwać tyle lat, ile więzienie. Przytaknąłem energicznie i podpisałem odpowiednie papiery.

Reszta potoczyła się błyskawicznie. Szkolenie z obsługi broni, wytrzymałościowe i przetrwania. Z kultury egzotycznych krajów, werbunku szpicli i nawigacji. Pierwszą sprawę rozwiązałem niemal od ręki, ponieważ w finansach to ja byłem lepszy od nich. Potem były kolejne, nieporównywalnie trudniejsze psychicznie.

Wśród różnych przydatnych umiejętności uczono nas, alumnów wywiadu, również tej podstawowej: zabijania. Była to szkoła tyleż brutalna, co skuteczna. Początkowo wożono nas na egzekucje w więzieniach, w różnych częściach świata. Standardowy scenariusz obejmował gwałtowną pobudkę w nocy, jazdę na czczo w przykrytej brezentem zimnej przyczepie ciężarówki i przelot małym wojskowym samolotem. Dowódca z kamienną miną wyjaśniał czasem jednym zdaniem, że to co się właśnie dzieje, jest elementem szkolenia przystosowawczego.

Dobierano nas w taki sposób, aby nikt nie znał pozostałych, stąd w drodze zamiast rozmów, słychać było jedynie ciężkie oddechy. Na miejscu dostawaliśmy minutę na założenie uniformów lokalnej służby więziennej, po czym następował pośpieszny marsz przez szare, betonowe korytarze. Chwilę później wprowadzono nas wprost na salę śmierci.

Za pierwszym razem wylądowaliśmy w Chinach. Widok był wstrząsający. Przez pancerną szybę rodzina skośnookiego nieszczęśnika patrzyła nieprzytomnie w kierunku krzesła na którym siedział. A konkretnie na jego stopy.

Zapamiętałem to dokładnie. Wszędzie było tak samo. Opuszczone głowy z pustym wzrokiem wbitym w stopy skazańca. W chwilę później szkoleniowiec o tępej twarzy gestapowca wskazywał na któregoś z nas. Należało jedynie nacisnąć przycisk uruchamiający dozownik pentobarbitalu.

Musieliśmy umieć zabić bez chwili wahania i wyrzutów sumienia, a to było najwłaściwsze preludium. Za pierwszym razem niemal wszyscy wymiotowali. Później były egzekucje polowe w Afryce podczas tłumienia rewolt w państwach sojuszniczych. Rząd ludzi pod murem, karabin w rękach. Kula w łeb. Nawet nie wiedziałem, czym zawinili.

Piekło.

Z każdym dniem służby człowiek pozbawiany był złudzeń i resztek zahamowań, aż sięgnięcie po broń i pociągnięcie za cyngiel robiły wrażenie mniejsze, niż splunięcie na ziemię. Odzierano nas ze współczucia, litości i człowieczeństwa. Kto nie wytrzymywał, sam walił sobie kulkę. Nie było rezygnacji, żadnego powrotu za kraty. Jasno nam to dano do zrozumienia na samym początku. Postanowiłem, że kiedyś znajdę sposób, jak z tego wyjść.

Za wszelką cenę.

6

Paryż przywitał mnie jak zwykle chłodno. Po afrykańskich piaskach i otomańskim tłoku cieszyły za to wyśmienite drogi, po których moje klasyczne srebrne Porsche 911 wprost płynęło. Zaletą pracy w służbach był fakt, że zapewniały wywiadowcom niezły poziom życia. Był to, rzecz jasna, element gry, choć przestronny apartament z tarasem i widokiem na dachy Paryża był jak najbardziej rzeczywisty. Zajechałem z powolną elegancją przed gmach z napisem Service de Documentation Exterieure et Countre-Espionage i pomaszerowałem w głąb budynku na odprawę.

Na końcu długiego, krętego i pełnego skrzyżowań korytarza czekali już chłopcy, zacieśniając nerwowo krawaty. Podczas oficjalnych spotkań z kierownictwem w siedzibie Service obowiązywały mundury. Na co dzień, każdy z nas miał styl mniej lub bardziej odbiegający od uniformizmu, dlatego nasze miny zdradzały, jak niekomfortowo się czuliśmy.

Wiecznie zgarbiony, młody technik Pierre, milczek z za długimi przetłuszczonymi włosami, nie był zbyt wielkim estetą jeśli chodzi o te sprawy. Na co dzień nosił dzwonowate, przetarte w kilku miejscach brązowe sztruksy i T-shirt z wielką pacyfką, wyblakłą, jak czasy hippisowskich ideałów.

Ja zdecydowanie wolałem włoskie garnitury, co zbliżało mnie z Mermetem, który zazwyczaj nosił się umiarkowanie elegancko, choć może nieco zbyt krzykliwie. André nie uznawał marynarki, a wykwintne lniane koszule przepasane szelkami rozpinał na wysokości zarośniętego torsu, niczym okładkowy celebryta. Oczywiście tylko wówczas, gdy grał rolę samego siebie. Na wierzch zakładał czarną kamizelkę i podciągał niedbale rękawy. Robił to tuż poniżej łokcia, jakby ciągle zajmowała go jakaś pilna robota.

Staliśmy w półmroku rozjarzonym jedynie diodowymi znakami wskazującymi gabinet szefa. Po chwili grube stalowe drzwi, będące niemal wierną kopią okrętowych grodzi, ustąpiły z głuchym trzaskiem. Nasze spojrzenia powędrowały za światłem, do surowego wnętrza naznaczonego krępą sylwetką dowódcy. Pochylony nad dużym biurkiem ciemny kontur wykonał gest nakazujący wejście.

Pierre, który stał najbliżej, posłusznie ruszył do środka. My tuż za nim. Stosunek młodego do służby był inny, niż nasz. Jako jedyny wszedł do wywiadowczego fachu zwyczajną drogą. Został złowiony jeszcze na studiach przez rekruterów Service. Paradoksalnie, w zasadzie byliśmy przy nim życiowymi nieudacznikami, którzy nie potrafili dojść do czegokolwiek funkcjonując zupełnie uczciwie. A przynajmniej tak mawiał z gorzkim uśmiechem André, ja zaś wolałem myśleć o nas, jak o złamanych przez system idealistach.

Byliśmy w klinicznie czystej, wyłożonej metalowymi płytkami salce, gdzie jedyne umeblowanie stanowiły składane krzesła i zimne, pozbawione jakichkolwiek ozdobnych elementów, stalowe biurko szefa. Całość sprawiała klaustrofobiczne wrażenie szarej masarni, z której pragnąłem jak najszybciej uciec. Ta szczelna dla fal radiowych klatka Faraday’a nie przepuszczała także dźwięków. Z obawy o podsłuch, wszelkie tajne posiedzenia organizowano w tym pomieszczeniu, choć nie byłem pewien, czy to jedyna jego funkcja. Wokół rozmieszczono strefę buforową w postaci plątaniny korytarzy. Istny labirynt Minotaura.

Wiedziałem, że mamy podobne obiekty w wielu miejscach na świecie. Korzystałem dotąd z dwóch: w Turcji i w Niemczech. Urządzone identycznie, z jednakowym rozkładem pomieszczeń, aranżacją wnętrz i zastosowanymi materiałami. Jeśli przerzucić nieprzytomnego człowieka pomiędzy dwiema, odległymi od siebie o tysiące kilometrów instalacjami, z pewnością nie zauważyłby różnicy.

Generał Bernard Roussilat, łysiejący mężczyzna w średnim wieku o ukrytej przez mundur, nieokreślonej nadwadze, nie przepadał za subtelnymi opisami akcji. Tak było i tym razem.

Prześwidrował mnie spojrzeniem wzmocnionym grubymi szkłami staromodnych okularów:

— Miałeś tylko wyciągnąć naszego człowieka, a nie zarzynać wszystkich jak wieprze! — rzucił gniewnie.

Zresztą nie próbowałem oceniać, ile było w tym gry, a ile autentycznego sposobu bycia szefa sekcji „Alfa”. Brakowało mi nawet pewności, że posługuje się prawdziwym nazwiskiem. W końcu i tak wszystko jest przecież tylko grą pozorów. A budowanie złudzeń to istota wywiadu.

Prawdziwy z pewnością miał jednak głos. Usta, otoczone nagromadzonymi przez lata zmarszczkami, wyrzucały słowa mocne i charczące, zdradzając wieki spędzone na zagranicznych misjach, naznaczonych nieprzebraną ilością gwałtownych rozkazów walki, spalonych papierosów i wypitego Whisky.

Usiedliśmy, sytuując niespokojny wzrok na spoczywającej na blacie czarnej aktówce. Pierre, współwinny, milczał, lustrując szczególnie intensywnie podłogę.

— Ależ wyciągnąłem, panie generale — broniłem się bez przekonania, układając urzędowo brzmiące zdania. — W moim mniemaniu był to jedyny sposób możliwy do zastosowania w tak krótkim czasie, jaki otrzymałem na skuteczne wypełnienie misji. Rozsądne argumenty nie przemawiały do tych marokańskich kanalii — dodałem z powściągliwym humorem.

Obserwowałem służbowo ściągniętą twarz szefa. Po chwili purpura ustąpiła miejsca zwykłej czerwieni, przemieszanej z opalenizną tak brązową, że zapewne przywiezioną z Gujany. Lub z solarium, kto to zresztą wie.

Opanował się i rzekł bezkompromisowym tonem, który od razu wyjaśniał, że decyzje zostały już dawno podjęte:

— Można to było załatwić przy pomocy Viagry lub jej substytutów. Twoim postępowaniem zajmie się Komisja Dyscyplinarna. Złożyłem już odpowiedni wniosek.

Było dla mnie często rozważaną zagadką, jakim cudem Roussilat zdołał zorganizować całą służbę, posiadając tak mały rozumek. Odkąd odkryto metodę „na Niebieskie Pigułki”, wiele spraw stało się prostszych. Przywódcy wpływowych plemion w Afganistanie gdzie zastosowano ją po raz pierwszy, aby zachować władzę musieli nieustannie potwierdzać nie tylko swoją odwagę, ale także i męskość. To częste w społeczeństwach plemiennych. W przeciwnym razie zabiłyby ich pokątne szepty i złe spojrzenia, od których jedynie krok do buntu, nieposłuszeństwa i zdrady. Aż trudno uwierzyć, do czego byli zdolni wodzowie, byleby tylko otrzymać tabletki. Oddawali rodzinne kosztowności, zdradzali najdawniejsze sekrety i członków dalszych rodzin. Zresztą nie pierwszy raz utoczono ludzkiej krwi z powodu czyjejś erekcji. Choćby pod Troją. Rzecz jednak w tym, że w basenie Morza Śródziemnego nie było problemu z pigułkami i w Maroko nic bym za nie nie wskórał. To właśnie powiem komisji. Czasem Roussilat gadał tak głupio, że podejrzewałem w tym działanie z premedytacją. Może czekał, aż ktoś go sprostuje?

— Trzy lata przepracowałeś w Służbie Dokumentacji Zagranicznej i Kontrwywiadu. W tym dwa, jako czynny agent. — Naszą firmę wymienił z pełnej urzędowej nazwy, co mogło oznaczać, że zaraz palnie służbowe kazanie. — A zadziałałeś jak ignorant. Takie wyczyny nie wróżą tobie zbyt dobrze! — wycharczał. Używał zdań żywcem wyciętych ze służbowych podręczników. Mimo to i tak brzmiał groźnie. — Zaczynam się zastanawiać, czy nie chcesz wrócić tam, skąd cię zabraliśmy — warknął jeszcze przez zęby.

To niestety działało. Byłem już zupełnie miękki, gotów słuchać i wykonać każdy rozkaz. Miałem pełną świadomość, że ucieczki nie ma. W takich momentach wyobraźnia mimowolnie przywoływała obrazy zdjęć, które ze szklanym wzrokiem oglądałem kilka lat temu. Już podczas służby konsultacyjnej kilkakrotnie padały sugestie, rozpuszczane w postaci kontrolowanej plotki, o tym, że próba ucieczki znajdowała niezmienny finał w szybkim ujęciu zbiega. Już nie agenta, tylko zbiega, który w oficjalnych aktach figurował później jako zastrzelony podczas ucieczki z więzienia. Taką podobno wersję przekazywano rodzinie. Nie miałem powodów by sądzić, że to nieprawda.

Rzeczywiście, możliwości były ogromne. Pamiętam, jak pod pretekstem zobrazowania zdolności technicznej kontrwywiadu, ćwicząc w bunkrze pod Paryżem oglądaliśmy na wielkim ekranie dokładną pozycję Kadafiego uciekającego po rewolcie w Libii. Po prostu w aucie miał system GPS. Wszystkie telewizje mówiły o nieznanym losie dyktatora, tymczasem my na jednej ścianie widzieliśmy jego transakcje, e-maile, a nawet podsłuchiwaliśmy telefony, w których odpowiedni wirus zdalnie uruchamiał mikrofony. To bardzo sprytne oprogramowanie do śledzenia wszystkiego, nosiło dość wydumaną nazwę X-Keyscore. Dzięki znajomości lokalizacji zdobywaliśmy też obraz z kamer miejskiego monitoringu, jeżeli gdziekolwiek wkraczał z obstawą. Nasza maszyneria potrafiła wówczas wyszukać go na podstawie rysów twarzy i śledzić nawet w dużym tłumie. Całość była udoskonaloną wersją INDECT, systemu powstałego na zlecenie Unii Europejskiej, a sfinansowanego przez nią w celu wspierania Policji. Co ciekawe, gdyby Kadafi korzystał z metod tradycyjnych: jechał w karawanie wielbłądów, płacił złotem, a z listami posyłał konnych, nikt by go nie znalazł…

Pomimo umiarkowanego chłodu panującego w salce, pod wpływem ciężkiego wzroku Roussilata poczułem wilgoć w okolicach pach. Gorączkowo szukałem sposobu na rozluźnienie, choć w tej sytuacji graniczyło to z cudem. Kiedyś, w pierwszej pracy, starszy kolega poradził mi życzliwie, abym krzyczącego na mnie szefa wyobraził sobie w chwili, gdy siedzi na małym różowym nocniczku i bezskutecznie próbuje coś z siebie wydusić.

— Te wielkie, wytrzeszczone oczy… — rozczapierzał obrazowo palce.

Zawsze pomagało. Usiadłem swobodniej, na ile tylko pozwalały skromne gabaryty krzesła i pozwoliłem myślom na chwilę odpłynąć w przeszłość.

W tamtych czasach, które należały już do nieodwracalnej historii, obserwując kolegów doszedłem do wniosku, że praca biurokraty ograniczona jest w zasadzie do nieustannego, bezrefleksyjnego powtarzania kilkudziesięciu wyuczonych zwrotów. Coraz częściej zauważałem, że sam mimowolnie wykorzystuję tę małpią technikę. Owo mgliste na początku przeświadczenie z czasem zamieniło się w pewność, że to ona zawładnęła mną.

Sam nie wiem kiedy, uciekając resztkami sił przed umysłową degrengoladą, skierowałem swoją uwagę ku sztuce. Może nawet początkowo był to jedynie snobizm do którego nawet nie chciałem się przyznać, a który miał mnie odróżnić od tłumu identycznie skrojonych, szablonowych postaci. Wydobyć z getta gotowych myśli, które podrzucano nam do wykorzystania jak szablon. Popołudniami wchodziłem w piękniejszy świat, jakże inny od tego w którym żyłem za dnia. Był to również sentymentalny powrót do młodości, której koniec i twarde zderzenie z wymaganiami codzienności spowodowały porzucenie zainteresowań. Moje stare sztalugi na pewno do tej pory butwiały gdzieś na strychu rodzinnego domu.

Nie miałem uzdolnień muzycznych, lecz wrażliwe na piękno oko. Lubiłem patrzeć. Na rzeźbę, architekturę. Jednak w zachwyt nad ludzkim geniuszem wprawiało mnie przede wszystkim malarstwo. Był on tym większy, im więcej wiedziałem o twórcach i okolicznościach w jakich powstawały dzieła. Zacząłem sporo czytać, zwiedzać muzea, rozpocząłem specjalistyczny kurs. Czysto amatorsko i bez pretensji do znawstwa, choć z każdym dniem czułem, jakby z oczu opadały mi łuski. Potrafiłem odróżnić Picassa od Degasa, a wiek XV z przełomowo wówczas realistycznym Portretem Arnolfinich van Eycka który podobno wynalazł malarstwo olejne, od XVII-wiecznego Vermeera, z jego niepojętym fotograficznym geniuszem oddawania faktur i kolorów, czy nawet przezroczystości szkła. To były jedyne chwile, kiedy miałem poczucie sensu życia.

Każdego kolejnego dnia coraz wyraźniej dostrzegałem granice klatki w jakiej zaryglowali się ludzie, wśród których przyszło mi pracować. Każdego dnia, z coraz większą, boleśnie nabrzmiewającą siłą. Ich niewidzący wzrok podpowiadał mi, że nasze drogi coraz bardziej się rozchodzą. Czułem jednak, że samotność w moim stanie prowadzi jedynie do szaleństwa.

Z odrętwienia wyrwał mnie huk zaciśniętej pięści, uderzającej z siłą słonia o stalową powierzchnię biurka. Bez strachu podniosłem wzrok na Roussilata. Wyreżyserowane larum przełożonego robiło na mnie wrażenie, jednak nie tak straszne, jakby sobie tego życzył. W końcu przecież znałem wszelkie techniki, by odczytać jego prawdziwe intencje.

On znał wszelkie, aby mnie oszukać.

Gdy próbowałem kiedyś poznać zdanie André na temat naszego szefa, odpowiedział cytując Prawo Libermana: Wszyscy kłamią, lecz to zupełnie bez znaczenia, skoro i tak nikt nikomu nie wierzy.

Tu nabierało ono realnych kształtów.

7

Kilkanaście minut w „masarni” doskwierało tak, jakbym spędził wiele godzin w ciasnej, zablokowanej na dwudziestym piętrze windzie, cierpiąc przy tym lęki klaustrofobika. Odprawa nadal trwała i wnioskując z miny generała, dopiero się rozkręcał. Gdy brakowało mu pilniejszych zajęć wygłaszał nadzwyczaj długie tyrady, najpewniej żeby wypełnić czymś dzień pracy. Czekaliśmy z niecierpliwością, kiedy w końcu przejdzie do sedna. Zazwyczaj moment ten przychodził po upływie co najmniej kwadransa.

— Waszą nową akcję opatrzono kryptonimem „Trishagion” — Roussilat zrobił pauzę i zlustrował nasze twarze, jakby czekał na komentarze. Nic takiego nie nastąpiło. — Wymyślili to nasi partnerzy — rozłożył usprawiedliwiająco ręce.

Milczeliśmy służbowo.

Poza dziwnie fantasmagorycznym i świętobliwym brzmieniem, nazwa nie wydawała mi się dużo bardziej ekscentryczna, niż dotychczasowe. Służby całego świata uwielbiały wymyślać oryginalne, a czasem i zabawne kryptonimy akcji.

Generał oparł dłonie na walizce. Gdy trzasnęły zamki, Pierre drgnął nerwowo. Roussilat odchylił wieko, a po chwili na stole wylądowały teczki z dokumentami. Podsunął mały stosik papierów w stronę technika, dając znak zezwalający na ich rozdanie.

— Nie dostaliście tego przydziału zupełnie przypadkowo. Zostaliście do niego wytypowani przede wszystkim ze względu na wiedzę i zainteresowania. Od tego momentu tworzycie zespół, który wzajemnie się uzupełnia. — Roussilat ponownie zlustrował nasze miny, by w końcu wypalić wyjaśnienie: — Skradziono niezwykle cenny obraz. Bardziej niż cenny. Zupełnie niezwykły.

Skubiący dotąd paznokcie Mermet znieruchomiał, unosząc pytająco brew:

— Jaki?

Żaden z nas nadal nie sięgnął po akta. Roussilat, zamiast odpowiedzieć, kontynuował retoryczny popis. Był przy tym wyraźnie zadowolony.

A ja czułem, że utrzymywanie nas w niewiedzy i dawkowanie informacji dostarczało mu poczucia władzy, którego chciał smakować możliwie najdłużej.

— Muszę uczciwie zaznaczyć, że byłem przeciwny wysyłaniu was na tę niezwykle odpowiedzialną, strategiczną misję. Ma ona dla mnie osobiste znaczenie, a stało się tak wyłącznie z powodu braku większego wyboru.

Poczułem, że słowa o odpowiedzialności kierował właśnie do mnie, choć cała ta wypowiedź była zabarwiona wyższością graniczącą z pogardą.

— Ależ panie generale, ja naprawdę…

— Wystarczy! — zrobił gest, jakby chciał powstrzymać moje słowa dłonią. — Pewien sprawdzony człowiek, doskonały specjalista i wieloletni pracownik „Service”, poniósł śmierć w toku pokrewnego śledztwa. Zginął w służbie ojczyźnie — rzekł pompatycznie i umilkł z iście grobowym dramatyzmem. Po dłuższej chwili uniósł kartkę z notatkami i poprawił okulary. — A teraz kilka zdań wprowadzenia. Otóż na początek musicie wiedzieć, że w kategorii przynoszonych dochodów, kradzież dzieł sztuki plasuje się na trzecim miejscu w świecie, zaraz po broni i narkotykach. Interpol prowadzi bazę poszukiwanych dzieł, która zawiera już trzydzieści tysięcy pozycji. Każdego roku z muzeów całego świata, prywatnych kolekcji i — zawahał się — i innych znaczących miejsc, znikają płótna o szacunkowej wartości dziesięciu miliardów dolarów — wyliczał monotonnie. — Szacunki są oczywiście przybliżone, bo wiele z nich jest po prostu bezcennym dziedzictwem narodów. Mówię to wszystko w celu ukazania skali procederu.

— To zrozumiałe — André skinął z aprobatą, nie zwracając uwagi na irytująco dydaktyczny ton przemowy.

Generał lubił podkreślać przy różnych okazjach, niby mimochodem, fakt prowadzenia przez siebie wykładów na jednej z podparyskich uczelni i posiadania dyplomu doktora. To, przynajmniej od strony formalnej, przecierało mu ścieżkę awansu. Mermet miał jednak gruntownie wyrobione zdanie o potencjale intelektualnym przełożonego, a na jego potwierdzenie ustalił, że była to jedna z wielu szkół dla leniwych dzieciaków biznesmenów, będąca w rzeczywistości fabryką dyplomów.

— Ale, pomimo wszystko jest doktorem… — drażniłem Mermeta, gdy sprzedał mi tę nowinę.

André pozostawał jednak nieugięty:

— Mengele także nim był!

Rzeczywiście, wśród wykładowców próżno było szukać nazwisk identycznych z tymi, które występują na listach płac renomowanych uniwersytetów. Chętnie natomiast zatrudniano tam osoby piastujące eksponowane stanowiska, których nazwy wywoływały odpowiednio silne wrażenie, obudowując całość fasadą profesjonalizmu.

Jednak tu i teraz André interesowało meritum. I sztuka. Gdy szef wymieniał tytuły kolejnych wspaniałych dzieł, Mermet sprawiał wrażenie wygłodniałego wilka, który naraz poczuł krew: nie zwracał uwagi na nic innego. Dlatego natychmiast wykonał polecenie, gdy Roussilat rozkazał:

— Przejrzyjcie teczki. Zawierają między innymi listę najważniejszych zaginionych dzieł.

Przekładałem kartki bez większej uwagi. Listę znałem dość dobrze. Mermet nieraz opowiadał historie tych zaginięć. Zaryzykowałem i przerwałem szefowi wykład:

— Czy naszym zadaniem jest odzyskać te wszystkie arcydzieła? — zabarwiłem głos niedowierzaniem.

Pytanie było niedorzeczne, jednak nie widziałem innego sposobu na zmuszenie generała do wyłożenia konkretów. Przez te wszystkie oracje miałem wrażenie, że bardziej zależy mu na zogniskowaniu na sobie spojrzeń, niż faktycznej realizacji misji. W dalszym ciągu przecież nie poznaliśmy jej celu.

— Wszystkie? Skąd ten pomysł? — zamrugał nerwowo powiekami. — Chodzi o małą, ale bardzo znaczącą część. Otóż z napływających do „Service” informacji wynika, że na terenie Egiptu może dojść do obrotu historycznym malarstwem na ogromną, niespotykaną dotąd skalę. Według naszych sojuszników, to może być coś na kształt „czarnej aukcji”: targów kradzionych obrazów. Dzieł, których nie widziano od lat.

— Wolny rynek w wersji hardcorowej. Interesujące — podsumował Mermet.

— Gdzie to dokładnie będzie? — zapytałem z autentyczną ciekawością.

— W podziemiach Muzeum Kairskiego.

Pomiędzy nami przeszedł szmer niedowierzania.

— Bezczelne! — rzucił Mermet. — I genialne!

Przełożony wysilił się na minę z której mieliśmy prawdopodobnie wyczytać, że podziela ogólne oburzenie.

— Zakładamy, że będą tam dzieła należące do narodu francuskiego. Chodzi o odzyskanie bezcennego majątku, który powinien być składnikiem Skarbu Państwa — Roussilat lubił uderzyć w patriotyczną nutę. — Wyobraźcie sobie: bogacze przechadzający się swobodnie i przebierający pośród największych arcydzieł, z których żadne nie jest w legalnej sprzedaży. Nasi profilerzy twierdzą, że takie aukcje to realizacja ekstrawagancji bogaczy. Coś w rodzaju orgii, zaspokojenia potrzeby ekshibicjonizmu.

W rozmowach z osobami niekonkretnymi dość szybko traciłem cierpliwość. Spiąłem się, by tego nie okazać i najłagodniej jak potrafiłem, zapytałem:

— Czuję jednak, że nie jest to prawdziwy, a w każdym razie główny cel naszej grupy. Wspominał pan o jakimś cennym obrazie…

Roussilat przewiercił mnie wzrokiem i na chwilę zacisnął usta. Teraz był naprawdę oburzony, lecz przyciśnięty o konkret, nie miał wyjścia. Odłożył papiery na bok i wypalił sucho:

— Skradziono cudowny obraz Matki Bożej z Guadelupe.

Mermet nie robił już nic, za wyjątkiem słuchania. Dussollierowi zadrżała warga:

— Tiedy?

— Przedwczorajszej nocy, Pierre. Miejscowy biskup wystawił w to miejsce kopię, ale sprawa nie utrzyma się w tajemnicy. Ludzie w Meksyku mają zbyt długie języki.

Zapadła chwila ciszy. Przerwał ją André, czyniąc to po kilku ciężkich westchnieniach i z lekko drżącym, podnieconym głosem:

— Nie jestem pewien, czy wszyscy zdają sobie sprawę z konsekwencji…

Wyglądał tak, jakby cały zesztywniał. Chciał jeszcze coś dodać, lecz generał Roussilat pilnował, by podwładny nie odebrał mu inicjatywy.

— Papież jest wstrząśnięty — wygłosił gładką salonową formułkę, tak jakby mówił do dzieci. — Watykan zaapelował w tajnej depeszy do wszystkich służb specjalnych w większości cywilizowanych krajów. Oczywiście, Kościół poprosił o wsparcie także nas.

Nie do końca rozumiałem to poruszenie:

— Co to nas właściwie obchodzi? Przecież obraz nie należy do francuskiego rządu.

— Ale jest bezcenny — wypalił Roussilat, czując nadciągającą okazję do zabłyśnięcia.

Musnąłem kątem oka André, a potem kartkę. Mermet siedział cicho, gryząc się z myślami. Nasz przełożony ciągnął górnolotnie:

— Jeśli to właśnie my go odzyskamy, zdobędziemy nie tylko prestiż, ale także w miarę swobodny dostęp do niezwykle szerokiej wiedzy operacyjnej, którą posiadają służby kościelne. W nocie umieszczono taką obietnicę.

— Co to właściwie znaczy? Jaką oni mogą mieć wiedzę?

— Wiesz jak działa Echelon? — generał odparł pytaniem na pytanie.

— Oczywiście — odparłem z przekonaniem. — To system zdolny do przechwytywania i kontroli treści rozmów telefonicznych, faksów, poczty elektronicznej i łączy mikrofalowych. Podobno też umie czytać dane z kart zbliżeniowych. W skrócie: można śledzić wszystko!

W tym momencie André nadepnął mi na but. Natychmiast zrozumiałem, że pytanie było retoryczne, a ja dałem się zapędzić w kąt, niczym żółtodziób.

Szef pokiwał głową z politowaniem i odchylając głowę w fotelu zawiesił wzrok gdzieś wysoko. Wyglądał niczym człowiek zażywający relaksu.

— Właśnie. Lecz oni dadzą nam coś więcej.

Zatkało mnie. Nie wiedziałem, jak mam to rozumieć.

Tymczasem umysł Mermeta wędrował po zupełnie innych torach:

— Na czarnym rynku obraz mógłby osiągnąć niebotyczne, wprost trudne do wyobrażenia ceny. Choćby ze względu na przypisywaną mu moc… — analizował. — Natomiast ogłoszenie o jego zniknięciu z pewnością wywołałoby niepokoje społeczne. Może nawet rozruchy i samosądy!

Pierre kręcił głową z niedowierzaniem:

— Kto mógł zrobić coś takiego?!

— Na przykład zdegenerowani milionerzy, którzy chcą w samotności cieszyć się zdobyczą. A w tym konkretnym przypadku, pewnie i guru różnych sekt. Tak już bywało — wyjaśnił André. — Pod koniec 2011 roku ktoś zlecił kradzież XII-wiecznego manuskryptu z katedry w hiszpańskim Santiago de Compostela. Był to Kodeks Kalikstyński, zwany też Księgą Świętego Jakuba. Teoretycznie, gdyby przeprowadzono licytację, bez trudu mógłby osiągnąć sumę stu milionów euro — gdy to mówił, na jego policzki wstępowały rumieńce ekscytacji. — Kodeks Leicester ze zbiorem pism Leonarda da Vinci, sprzedano za ponad trzydzieści, a… — Mermet nabrał powietrza i przez moment szukał w myślach kolejnego przykładu.

Generał Roussilat tylko na to czekał.

— No właśnie, Mermet. Dlatego tu jesteś — podsumował apodyktycznie. — A co do obrazu…

— To jest obraz cudowny — oświadczył niespodziewanie technik.

— Raczej nieodgadniona dotąd zagadka — mruknął André, lecz Pierre natychmiast zmroził go wzrokiem.

Zanim Mermet zdążył cokolwiek dodać, chłopak zaczął mówić z płynącą z serca głęboką wiarą, opisując historię osobliwego malowidła. Mówił dość płynnie, lecz przez kappacyzm brzmiało to cokolwiek dziwacznie:

— Obraz ma pół tysiąca lat. Wtedy, w podbitym przez konkwistadorów Meksyku, staremu, niewierzącemu indianinowi ukazała się Święta Panienka. Chciała, by powtórzył miejscowemu biskupowi jej życzenie: postawić kościół w miejscu objawienia. Indianin ledwie dostał się do biskupa, ale i tak mu nie uwierzyli. Odszedł, ale później znów miał wizję. Madonna wskazała miejsce, gdzie kwitły róże.

Taka nawiedzona paplanina zawsze wzbudzała we mnie nieufność:

— Róże to chyba nic dziwnego?

— Były to róże kastylijskie. Nie występujące w tym traju.

— Traju? — zapytałem.

— No… nie rosły w Meksyku — odrzekł speszony Pierre. — No i był grudzień. Duży chłód.

Dawno nie słyszałem, aby mówił tak wiele naraz. Przeciągnął po nas wzrokiem, jakby sprawdzając czy uważamy i ciągnął opowieść:

— Indianin zerwał kwiaty i zawinął w płaszcz. Gdy na oczach biskupa go rozwinął, na płótnie pojawił się półtorametrowy wizerunek Matki Boskiej. Biskup padł na kolana i z płaczem obiecał zbudować świątynię. Obraz wisi tam do dziś i uzdrawia proszących o to chorych. To znaczy wisiał…

Nie bardzo wiedzieliśmy, co na to wszystko powiedzieć. Mermet był w takich przypadkach niezawodny. Myśl rozwijał bez pośpiechu, zerkając przy tym na Pierre’a.

— Hmm… Cóż. To jest wyłącznie aspekt teologiczny. Dla znawców obiekt ten, przepraszam, obraz, jest niezwykły z nieco bardziej konkretnych względów, nazwijmy je technicznymi.

— Czyli?

— Przede wszystkim chodzi o to, że po szczegółowych badaniach i wykonaniu symulacji komputerowej wyszło na jaw, że układ gwiazd przedstawionych na płaszczu Maryi odpowiada dokładnie temu, co było na ówczesnym niebie. Tyle, że namalowany jest w taki sposób, jakby obserwator znajdował się na słońcu. No i jeszcze ta druga sprawa…

— Jak to możliwe? — wtrąciłem z niedowierzaniem. Mermet wzruszył bezradnie ramionami, jakby chciał wyjaśnić, że to nie jego wina.

— Co to za sprawa?

— Chodzi o oczy. W ogromnym powiększeniu zauważono, że w ich centrum jest mikroskopijne odbicie, niczym klisza, wszystkich osób obecnych w momencie wysypywania kwiatów przed biskupem. I jakby tego wszystkiego było mało, badanie w podczerwieni nie wykryło śladów wstępnego malowania, szkiców, ani nawet pociągnięć pędzla. Krótko mówiąc, to taki obraz — fotografia. Jak Całun Turyński, tylko w kolorze. Poza tym, ma znaczenie symboliczne dla samej instytucji Kościoła: gdy nowo wybrany Papież zza żelaznej kurtyny Jan Paweł II wyruszał w pierwszą podróż zagraniczną, pojechał właśnie tam. Prawdą jest też — ponownie rzucił okiem w stronę technika, który jak dotąd nie wyglądał na urażonego — że to miejsce ściąga pielgrzymów z całego świata. Więcej nawet niż do Mekki, czy…

— No dobrze, już dobrze z tym ględzeniem — uciął Roussilat, czując że traci inicjatywę. — Nie mamy na to czasu. W tej robocie liczy się konkret — wystrzelił, trzaskając otwartą dłonią o blat. — Czy macie w tej chwili jakieś pytania?

— Tak — skinąłem. Zagryzałem przy tym język, aby przypadkiem nie palnąć czegoś na temat owych konkretów. — Dlaczego wiążemy kradzież świętego obrazu z podziemnymi targami w Kairze? Czy istnieje jakiś rzeczowy powód?

— Według naszych analityków może być to jeden z eksponatów wystawianych na sprzedaż. Targi zwołują zaledwie dwa tygodnie po kradzieży. Są jednocześnie tak bezprecedensowym wydarzeniem, jakby były organizowane specjalnie, żeby nadać właściwą oprawę obrazowi Marii z Guadelupe. Poza tym, nasza „Service” ma podejrzenia w tym zakresie wobec osoby Constantina Grigorescu. Co o nim wiecie? — zapytał, zmieniając temat. Tym razem mówił jakby od siebie, używając słów z wąskiego, powtarzalnego zasobu semantyki biurokratów. — Jean? — zmierzył mnie wzrokiem. — Ty, jako specjalista w dziedzinie działań wywiadowczych?

Miałem całkowitą pewność, że dossier delikwenta leży w teczkach przed nami, a przepytywanie było kolejną bezproduktywną gierką szefa, a w najlepszym razie sprawdzianem kompetencji. Odparłem najkrócej, jak potrafiłem:

— Jego Ekscelencja od siedmiu lat piastuje urząd ambasadora Rumunii w Egipcie. Jest praktycznie równolatkiem z Mermetem, ma czterdzieści sześć lat. Biegle włada angielskim i francuskim. To podobno dawny arystokratyczny ród. Wcześniejsza działalność — słabo znana. W każdym razie nic kryminalnego, bo zapamiętałbym go z kartotek. Wiem jedynie to, co wszyscy, czyli okrąglaczki z oficjalnych not i wytycznych, które musieliśmy wkuwać podczas szkolenia.

Szef zabarwił głos rozczarowaniem i z wyższością zadarł brodę:

— To wszystko?

— Tak. Nie interesował mnie więcej niż potrzeba. Wiem kim jest teraz, natomiast nic szerszego o przeszłości.

— Dołożyć do tego należy jeszcze rozmiłowanie w kolekcjonowaniu bardzo rzadkich obrazów, słabość do luksusu, pięknych kobiet i płacenia wyłącznie gotówką oraz pewną osobliwą umiejętność…

Generał nie dokończył, wybiegając wzrokiem gdzieś w dal. Przekartkował dokumenty, jakby się zagalopował i chciał teraz odwrócić naszą uwagę. Po chwili dodał, zanurzając nos w papierach:

— Rozumiecie więc, że sprawa ma naturę delikatną i może zaważyć na wzajemnych stosunkach pomiędzy naszymi krajami.

— Bilansie handlowym — Pierre wtrącił to tak cicho, że prawdopodobnie nikt oprócz mnie tego nie usłyszał.

— …Wielu ambasadorów pod dyplomatycznym płaszczykiem realizowało lukratywne interesy. Niestety, nawet u nas. I to co najmniej od czasów Napoleona — szef znów wyglądał na zamyślonego.

Wszyscy wiedzieli, że historia tamtego okresu to konik Roussilata. W jego oficjalnym gabinecie na pierwszym piętrze, urządzonym w stylu późnego empire’u, poczesne miejsce na biurku zajmowało brązowe popiersie Cesarza. Tego samego cesarza, który urządził triumfalny wjazd do Paryża z dziełami zrabowanymi z watykańskich zbiorów.

— Pokusa nieuczciwości wzmacniana jest poczuciem bezkarności. A to, w przypadku dyplomatów, urasta pod wpływem immunitetu — dodał filozoficznie, choć nie bez zdania racji.

Trudno powiedzieć, czy zainteresowanie historią było u niego autentyczne; wydaje mi się, że tak. Na wszelki wypadek wolałem być dobrze przygotowany do rozmów ze zwierzchnikiem i to był chyba jedyny dobry nawyk z dawnych, cywilnych czasów.

— Rozumiem, że ma pan na myśli ministra Talleyranda?

Jego błądzący po bezdrożach wzrok spoczął na mnie i przez ułamek sekundy miałem wrażenie, że oblicze Roussilata nabrało blasku. W moim stwierdzeniu było dużo prawdy: ułożył szeregi „Service” czerpiąc bezpośrednio ze wzorców napoleońskiego imperium: Vidocq, organizator i dowódca niezwykle skutecznej Brygady Bezpieczeństwa, skompletował ją niemal w całości z różnej maści szubrawców i byłych galerników, samemu zresztą będąc jednym z nich.

U nas sytuacja wyglądała w zasadzie analogicznie, a każdy nowy człowiek przechodził staż noszący dumną nazwę Służby Doradczej, podczas którego byli przestępcy — a obecni agenci — uczyli kunsztu „młodych”. Wzbogacając jednocześnie bazę wiedzy Agencji.

I było w tym wiele racji. Któż inny mógł lepiej znać meandry ciemnych zaułków i tajemnice „warsztatu” bandytów? Ich zwyczaje i język? Gdy konkwistadorzy przybijali do Ameryki, nie korzystali wyłącznie ze swoich tropicieli, lecz szukali przewodników wśród miejscowych. „Service”, tak jak każda inna firma, chciała zatrudniać najlepszych specjalistów. Nieszablonowych, pomysłowych i wszechstronnych. Nie można było trafić lepiej.

Gdy Mermet z nudów zaczął miętosić akta, twarz generała przybrała tak samo bezbarwny wyraz, jak wcześniej.

— Dobrze jest znać historię, to najlepsza nauczycielka — uciął już bez śladu emocji w głosie i zdecydowanym ruchem zamknął swoją teczkę. — Powracając do osoby ambasadora: miejcie się na baczności. Człowiek ten, z powodu swoich szczególnych umiejętności, może być bardzo niebezpieczny.

Odczekaliśmy przez chwilę w napięciu, ale generał nie dodał już żadnego szczegółu. Zwrócił głowę w bok i głośno czyścił nos chusteczką, jakby zorientował się, że powiedział zbyt dużo i chciał uniknąć dyskusji. Gdy skończył, znów zmienił temat:

— Ty — wskazał mnie w taki sposób, jakby naciskał przycisk — jesteś wywiadowcą i masz tu oczywistą rolę.

Nie lubiłem tego. Wycelowany palec przełożonego bolał niczym szpikulec. Byłem nieswój, zupełnie jakbym znów siedział na ławie oskarżonych. Chociaż przyznaję, że poniekąd lubiłem wojskowy dryl. Nie ten upowszechniony w mediach wizerunek wrzeszczących, spoconych twardzieli — bo miałem okazję nabrać przekonania że twardzieli nie ma, a wszystko zależy jedynie od temperatury elektrycznej grzałki wetkniętej w dupę. Chodziło raczej o zasady, o pewien spójny kodeks. W głębi duszy czułem, że także i przyzwyczajenia z domu. Mój ojciec, zawodowy wojskowy, bardzo zasadniczy i surowy człowiek, trzymał sztandar Francji na eksponowanym miejscu w salonie. Dziadek służył na froncie. Nie byłem dobrym materiałem aby pójść w ich ślady, jak tego oczekiwała rodzina. Ale coś z tego, jakieś niewielkie ziarno, musiało we mnie pozostać.

— Jak wiecie, w sprawach w które zamieszani są dyplomaci, obowiązują specjalne procedury ostrożnościowe. Nie wykonujcie żadnych pochopnych ruchów.

— Jesteśmy dobrze przygotowani, panie generale — odrzekł André.

— Mam obawy, że tym razem nie do końca. — Roussilat zastukał nerwowo palcami o blat, po czym wykrzywił twarz w grymasie niby–uśmiechu. — Grigorescu to… Zresztą, nie będę was pozbawiał przyjemności czytania dokumentów. Zrobicie to w drodze na miejsce akcji.

— Tak jest! — zapewnił go w naszym imieniu Mermet.

Miałem wrażenie, że Roussilat próbował żartować, co było u niego prawie niespotykanym zjawiskiem i mogło oznaczać dosłownie wszystko. Po chwili spoważniał, jakby poczuł się nieswojo w tej sytuacji i ciągnął dalej:

— Pierwszy cel to wizyta w filii domu aukcyjnego „Sotheby’s” w Mediolanie. Szczegółowe informacje otrzymacie od osoby, która zdobywa je na bieżąco. — Podciągnął rękaw munduru, spod którego ostentacyjnie błysnął złoty zegarek. — Być może nawet w tej chwili — dodał. — Ów łącznik przedstawi się jako Giacomo. Będzie waszymi oczami i uszami — na chwilę opuścił wzrok. — Zwłaszcza uszami. Poza tym — dodał jakby od niechcenia — obejmie dowodzenie. Jego zastępcą będzie Mermet.

Przez twarz Mermeta przebiegł nieokreślony skurcz:

— Przecież zawsze to ja kierowałem bezpośrednią akcją…

— Nie tym razem. Dowództwo obejmuje człowiek naszych partnerów, z przyczyn nazwijmy to technicznych. To ich warunek, na który musieliśmy przystać. Nadzwyczajna sytuacja wymaga zastosowania nadzwyczajnych środków. Co nie znaczy, że… nie możemy się po cichu konsultować — szef rzucił nam znaczące spojrzenie ponad oprawką okularów. — Niemniej, macie go słuchać i w pełni respektować. To rozkaz!

Kiedy wstaliśmy zbierając się do wyjścia, szef władczym gestem nakazał zabranie materiałów i rzucił dobitnie:

— Jeszcze jedna sprawa. Operacji przypisano kod „ARMA”.

Przystanęliśmy nagle. Żaden z nas nie spojrzał na drugiego, jednak miałem głębokie wewnętrzne przeświadczenie, że wszyscy odczuliśmy podobne mrowienie w okolicy żołądka. „ARMA” oznaczała akcję z użyciem broni, chociaż w tym przypadku nie sądziłem, aby to miało uzasadnienie. Mamy strzelać do wielbicieli obrazów? Musiało tu być jakieś drugie dno.

Trwało kłopotliwe milczenie. Staliśmy znieruchomiali, podczas gdy Roussilat nie zdradzał najmniejszych objawów zakłopotania. Lustrował nas z nieokreślonym półuśmiechem, jakby podglądał sympatyczne zwierzątka w zoo. Przerwałem to w końcu i zapytałem o coś, co nie trzymało się kupy:

— Skąd tak n a p r a w d ę wiadomo, że sprawa obrazu ma jakikolwiek związek z Grigorescu?

Przełożony jakby na to czekał, bo wyłuszczył sprawę bez chwili wahania:

— Pewności nie ma, to jest wyłącznie trop. My musimy go podjąć i zbadać. Taka sugestia padła ze źródeł zbliżonych do samego Grigorescu.

Uniosłem brwi w pytaniu:

— Kto jest źródłem zbliżonym do Grigorescu?

— Niestety, ta informacja jest supertajna. Nawet my nic nie wiemy. Tylko „kościelni”. Możecie oczywiście podjąć próbę ustalenia.

Roussilat odpalił cygaro i zapadł milcząco w fotel. Nie usłyszeliśmy już żadnych dodatkowych wskazówek. Oznaczało to najpewniej, że nasz wywiad po prostu niczego więcej nie wie.

Gdy już myśleliśmy, że Roussilat niczego więcej z siebie nie wydusi, nagle postanowił zakończyć mocnym akcentem: zmrużył oczy, po czym wbijając chłodny wzrok w technika, uniósł się znad biurka i rozparł na nim szeroko ręce. Wyglądał jak lew zaczajony do skoku. Twarz nabiegła mu krwią i od razu było wiadomo, że mówi poważnie:

— Mam wszelkie przesłanki, by odebrać ci broń! Nie uczynię tego wyłącznie ze względu na status obecnej misji. Mówiłem ci to wiele razy: nie masz przygotowania do bezpośrednich akcji, nie powinieneś w nich uczestniczyć. Twoją specjalnością jest wywiad elektroniczny. Praca na drugiej linii. I podkreślam: mówię to dla twojego dobra!

Pierre, cały zesztywniały, karnie przytaknął. Nawet nie mrugnął okiem, ponieważ dobrze wiedział, że Roussilat ma rację. To absurd, ale czasem miałem wrażenie, że „młody” celowo wystawia się na jakąś zbłąkaną kulę.

Generał, uprzedzając ewentualne pytania — których z pewnością nie chciał usłyszeć — złożył okulary do etui, po czym ryknął nie znoszącym sprzeciwu, chrypiącym basem:

— Odmaszerować!

Ilustracja: Matka Boża z Guadalupe, oryginalny wizerunek na tilimie św. Juana Diego, Bazylika Matki Bożej z Guadalupe, Meksyk; reprodukcja w domenie publicznej, Wikimedia Commons

8

Punkt kontaktowy z naszym nowym dowódcą operacyjnym ustalono w Santa Maria delle Grazie.

Każdy z nas zmierzał do mediolańskiego kościoła osobno, zgodnie z przyjętą w Agencji techniką. Porsche zostawiłem na hotelowym parkingu i wmieszany w tłum, ruszyłem w kierunku metra. Od centrum dzieliło mnie pięć stacji.

Znałem okolicę, dzięki czemu przemieszczałem się z dużą swobodą. Jako dojrzewający chłopiec bywałem nad Como, podalpejskim jeziorem o niebiańskiej urodzie, nieco ponad sto kilometrów stąd. Zamieszkał tam mrukliwy, nie lubiany przez rodzinę wuj Rene, u którego — chyba z przekory — spędziłem kilka razy wakacje i gdzie przeżyłem swoją pierwszą miłosną przygodę.

W okolicach Duomo wyszedłem na powierzchnię zalaną słońcem i międzynarodowym, hałaśliwym tłumem. Minąłem idących dostojnym krokiem Karabinierów i przystanąłem na chwilę, chłonąc majestat gotyckiego kolosa z białego marmuru. Uniosłem wzrok. Niezliczone wieżyczki sąsiadowały z dwoma tysiącami perfekcyjnie wyrzeźbionych postaci, sterczyn rozproszonych we wnękach, szpicach i zakamarkach fasady.

Zadarłem głowę jeszcze wyżej. Ze szczytu katedry spoglądała czterometrowa pozłacana Madonna, podziwiając spokojnie pięć wieków katorżniczej pracy dla oddania czci Gwoździu z Krzyża. Relikwia spoczywała gdzieś tam, w niemal bezkresnej gardzieli ponurego wnętrza.

Stare kościoły, świadkowie czasu i bezpowrotnie przemijających istnień zawsze robiły na mnie przejmujące, niemal metafizyczne wrażenie. Czasem stawałem przed nimi, gdzieś przy bocznej ścianie, by dotknąć opuszkami chropawych kamieni. Zdawało mi się wtedy, że zachowały pamięć o dawnych wiekach, które odcisnęły na nich swoje nikczemne piętno.

Ruszyłem dalej, na wskroś, przez stojącą obok świątynię handlu — Vittorio Emanuele. Spacerując przez galerię jak turysta, przeszedłem kilkuset metrów pod szklanym ażurowym dachem. Główny szlak wychodził wprost na La Scalę. Mijając budynek opery słyszałem, jak z uchylonego okna na pierwszym piętrze wypływają soczyste dźwięki fortepianu i próby jakiejś sopranistki. Jedna z bocznych uliczek wiodła wprost na Via Meravigli, gdzie wskoczyłem do tramwaju. Upłynęło kilka minut, nim podobny do autobusu, lekko przepełniony wagon, dowiózł mnie przed brązowo-żółtą fasadę celu.

Byłem tu pierwszy raz. Renesansowe wnętrze świątyni zaskakiwało jasnością i lekkością, będąc znacznie bardziej gościnnym, niż sobie wyobrażałem. Korytarz prowadził do refektarza, dużej prostokątnej sali, służącej mnichom za jadalnię. Była pora sjesty. Wewnątrz panowała aura niemal całkowitej ciszy, zmącona jedynie obecnością czekającego człowieka.

André z wielką uwagą lustrował niemal dziewięciometrowe malowidło. Było wielkie, w każdym sensie tego słowa: rozpostarte na tynku, zajmujące całą szerokość ściany, artystycznie doskonałe. Dawno temu, gdy było świeże, wrażenie trójwymiarowej i przedłużającej pomieszczenie głębi, z pewnością musiało być nieodparte.

— Wiesz, przez wiele lat sądziłem, że da Vinci namalował Ostatnią Wieczerzę na płótnie — wyznałem zamiast powitania.

Mermet zmierzył mnie niemal z oburzeniem:

— A dzisiaj, tak jak większość, myślisz że to fresk?

Chcąc obejrzeć ostatni posiłek Jezusa z uczniami, należało zrobić rezerwację z niemal półrocznym wyprzedzeniem. My mieliśmy go od ręki. Być może dlatego wyblakły i upstrzony ubytkami, nie wprawiał mnie w równie wielką ekscytację, co Mermeta. Z pewnością wychwycił w moim głosie nutkę rozczarowania, którego nie dałem rady zamaskować, bo dodał po chwili:

— Rozumiem, że spodziewałeś się czegoś innego.

— No cóż…

Tak naprawdę zupełnie nie wiedziałem co powiedzieć, a nie chciałem urazić jego uczuć znawcy.

André pokiwał głową:

— To typowa reakcja — podsumował. — Był już wiele razy poddawany renowacji i niewiele tu z oryginału. Przede wszystkim jednak, to nie jest fresk, lecz olej i tempera na suchym tynku — wyjaśnił. — Nie należy mylić prawdy z opinią większości. Freski malowane są na tynku fresco, czyli jeszcze mokrym, w chwilę po jego nałożeniu. W dodatku szybko i bez poprawek. Leonardo tworzył „Wieczerzę” przez trzy lata, wciąż cyzelując każdy szczegół.

— Długo.

André przytaknął poważnie:

— Chyba tak. Ale gdy mnisi naciskali aby szybciej zakończył pracę mistrz podobno odparł, że zwleka, ponieważ nie może znaleźć odpowiedniego modela do twarzy Judasza. Jednak jeśli nie dadzą mu więcej czasu, posłuży się twarzą przeora, która świetnie się do tego nadaje!

Parsknąłem. Obszerne grube mury wzmocniły mój chichot i oddały dźwiękiem, który przypominał głęboki szept.

— Doskonała historia.

— Mhm — przyznał rozbawiony André. — Niestety, metoda malunku już taka nie była. W kilka lat później obraz zaczął się łuszczyć i blaknąć. I trwa to do dziś, chociaż pomimo upływu wieków i tak zostało w nim to, co najważniejsze: przebłysk geniuszu! — podkreślił, dobitnie unosząc palec. — Spójrz na proporcje, symetrię i głębię pomieszczenia, na uderzającą iluzję rzeczywistości. W cynowych naczyniach i szkle pierwotnie widać było odbicia szat apostołów. Dziś ich już nie ma. Są utracone na zawsze.

— Gdy to wiadomo, inaczej patrzy się na obraz.

— Celna uwaga. W przypadku starych obrazów, kluczem do ich zrozumienia, częściej niż wizualny odbiór, bywa po prostu wiedza — wyjaśnił. — Ale mimo wszystko, nadal widać emocje. Napięcie tego momentu, gdy Jezus ogłasza, że między nimi jest zdrajca. Nikt tak wtedy nie malował. — Mermet spojrzał na mnie, jakby nabierając pewności że słucham i ponownie wskazał obraz, celując w jedną z męskich postaci: — Współcześni Leonardowi zawsze malowali Judasza odosobnionego. Tutaj został wmieszany między pozostałych Apostołów. Zgrupowano ich po trzech.

Mermet był nauczycielem doskonałym. Strukturę „Ostatniej Wieczerzy” objaśniał w taki sposób, że niemal z każdym wypowiedzianym słowem otwierał oczy na detale, których sam bym nigdy nie dostrzegł.

— Każda z osób jest jednocześnie zamknięta w swoim własnym świecie, każda jest odrębna — ciągnął. — I każda inaczej reaguje na słowa Jezusa. Ktoś jest przerażony, ktoś oburzony, inny jeszcze nie dowierza… A teraz zwróć uwagę na prawą rękę Chrystusa i lewą Judasza.

Podążałem wzrokiem dokładnie za wskazówkami André, który zapytał:

— I co widzisz?

Zawahałem się:

— Chyba trzos z pieniędzmi, który ściska Judasz.

— Tak. Ale chodzi mi o drugą dłoń. Jezus rzekł: „Który macza ze mną rękę w misie, ten mnie wyda”. W przedstawionej tutaj scenie, zbawiciel wyciąga prawą rękę ku naczyniu stojącemu pomiędzy nim, a Judaszem. Judasz zaś odchyla się tak, jakby chciał się powstrzymać. Coś jednak pcha jego rękę do tej samej misy. Wydarzenia zachodzą jakby bez udziału ich woli i świadomości.

— Niesamowite — przytaknąłem mimowolnie. — A to? — wskazałem grupę uczniów siedzących po prawicy Jezusa. Tuż za trzecim apostołem była nie pasująca do nikogo ręka ściskająca nóż. — Czy to jest dłoń donosiciela?

— Brawo! Nie każdy zauważa tę dodatkową rękę — tym razem w głosie André pobrzmiewało uznanie. — Otóż: nie. Judasz jest czwarty od lewej. W niebieskiej szacie.

— W takim razie nie rozumiem…

— Zdrajca bywa tam, gdzie nikt się go nie spodziewa — odparł tajemniczo Mermet i zamilkł.

Trawiłem w myślach wszystkie te słowa, próbując ubrać je w jakiś oczywisty sens. Choć Mermet nigdy o tym nie mówił, od dawna sądziłem, że większą wagę przykładał do przesłania obrazu, jakiejś nieuchwytnej treści umieszczonej pomiędzy gestami i skrzyżowanymi spojrzeniami postaci, niż do techniki i maestrii jego wykonania. Był wrażliwszy, niż na ogół sądzono. Ciągle mnie gryzło, jak ktoś taki mógł zejść na ścieżkę oszustw i występku. Choć gdyby dziesięć lat temu zapytano mnie, co dziś będę robił…

André, nie po raz pierwszy zresztą, zaskakiwał mnie swoją — miałem wrażenie — nieskończoną wiedzą. Przekazywał ją słowami tyleż prostymi, co pełnymi treści. Miały w sobie żar i żądzę, która nie mogłaby rozkwitnąć w taki właśnie sposób, gdyby wybór dyscypliny sztuki padł gdzie indziej.

— Dlaczego właśnie malarstwo, André?

Mermet zacisnął na chwilę usta i zmarszczył brwi w skupieniu, choć nie oderwał wzroku od postaci. Chłonął je tak, jakby każda dodatkowa sekunda oglądania warta była milion dolarów. Po chwili spuścił głowę i wyznał cicho, niemal szeptem:

— Malarstwo jest nadzwyczajną lekcją pokory.

— Nie rozumiem — oświadczyłem zupełnie zdezorientowany.

— Kiedyś, nieważne jak dawno temu, sądziłem że jestem bardzo mądry i niepowtarzalny. Poczucie zjedzenia wszystkich rozumów towarzyszy wielu żółtodziobom. Kiedy w młodości szukałem własnej drogi nadszedł moment, gdy zetknąłem się z materią całkowicie wybitną. — Przyłożył dłoń do serca: — Coś tu wówczas drgnęło. Kunszt ich wykonania, zręczność i pomysłowość, bardzo dawały do myślenia. Wrażliwość malarza na szczegóły, na których siłę w zwykłym życiu nie zwróciłbym uwagi. To mnie zastanowiło, zmusiło do refleksji.

— Dziwne, przed chwilą pomyślałem dokładnie o tym samym…

Mermet chyba tego nie dosłyszał. Jego uwaga skierowana była do wewnątrz, przeszukiwała pamięć, niczym dysk:

— Ale głębsze zastanowienie przyszło dopiero przy dziełach wielkich, pokazujących nadzwyczajne możliwości ludzkiego umysłu. Przy landszaftach, lichutkich pejzażykach, ta cienka nić, delikatna struna gdzieś w duszy, czulsza u mnie na piękno bardziej niż u innych, nie została jeszcze poruszona. — Poweselał na wspomnienie: — Gdy to się w końcu stało, było jak przebudzenie. Przebudzenie po długim, naprawdę długim, ciężkim śnie. Pojąłem, jak wielkiego geniuszu potrzeba żeby tak tworzyć. Uświadomiłem sobie ich wielkość, czy raczej — szukał odpowiednich słów — własną małość. Ta lekcja pokory była o tyle niezwykła, że jako jedyna tego rodzaju, nie uczyniła najmniejszej szkody uczniowi.

— Wiesz co? Gdybym pierwszy raz zobaczył cię na ulicy, nigdy bym nie pomyślał, że jest w tobie tyle finezji.

— Rzeczywiście. — André wyglądał na zmieszanego. — Trudno pojąć, w jaki sposób pewien mały obrazek mógł sprawić że ja, postawny dwumetrowy facet, skarlałem jak zając. Ten obrazek, który mnie tak zaczarował, to Madonna w zieleni Rafaela. Wyobraź sobie linie prowadzone pewną ręką — opisywał z pasją — mimo że wzór był zaawansowany i kapryśny. A do tego harmonię barw i postaci tak doskonałą, jak pąsowa twarz rozkwitającej dziewczyny.

Ta rozmowa, krótki dialog z André, coś we mnie zmienił, ustanowił nową hierarchię. Słuchałem jak mówi z zapamiętaniem i pasją i czułem, jak rośnie we mnie wielka żałość. Gdy mówił o Leonardzie, był naprawdę wyzwolonym człowiekiem. Bo marzył o życiu w sztuce tak bardzo, jak ja o wolności. Obaj mieliśmy jedynie ich namiastki.

Tymczasem dołączył do nas Pierre. Nim zdążyliśmy uścisnąć sobie dłonie, z korytarza dobiegł odgłos zbliżających się kroków, których echo stukało aż pod wysokim sklepieniem. Gdy dźwięk dotarł do progu refektarza — ustał nagle, a nieznajoma postać w czerni wyrecytowała niskim, niemal melodyjnym i bardzo przyjaznym głosem:

— Buongiorno. Jestem Giacomo. Witajcie w Mediolanie.

9

Witający nas młody wysportowany mężczyzna z dwudniowym zarostem obdarzony był nadzwyczaj dobrotliwym uśmiechem. Zdawało się, że wręcz nienaturalnym. Miał pozbawioną wad urodę włoskiego playboya rodem z wideoklipu i daleko mu było do wyobrażenia o facecie od brudnej roboty. W niemal jednolicie czarnym ubiorze zaintrygował mnie pewien jaskrawy drobiazg:

— Panie Giacomo. — Dość niespodziewanie, nawet dla samego siebie, urwałem w pół zdania. Nie mogłem zdecydować, czy nadać mu brzmienie stwierdzenia, czy pytania. — To jest koloratka. Prawda?

— Będziemy zajmowali się moją garderobą, czy przejdziemy do rzeczy? — odrzekł mężczyzna ze spokojną wyższością.

Z tonu wniosłem, że nie oczekuje odpowiedzi. Mermet natychmiast splunął i rzekł z błyszczącym wzrokiem:

— Od razu poczułem ten kościelny smród, gdy tylko usłyszałem kryptonim akcji. Trischagion to hymn — wycedził. — Starożytna błagalna melodia. „Święty, Święty, Święty jest Pan Zastępów”. W Biblii śpiewały ją Serafy, przerażające istoty pilnujące stóp boskiego Tronu.

— Chryste Panie — jęknął słabo Pierre. Natychmiast usłyszał reprymendę:

— Nie wzywaj nadaremno imienia Pana swego!

— A więc jednak ksiądz. — Naraz przyszło mi na myśl, że to nawet zabawne. — Ksiądz naszym dowódcą. Ksiądz dowódcą grupy operacyjnej kontrwywiadu — powtarzałem wolno. — Może powinniśmy zwracać się do pana per Ojcze?

Nie wyglądał na zabójcę. Od razu przyznałem mu najwyższą notę. Gra pozorów… Rozmawialiśmy na stojąco, mimo że krzeseł w sali było pod dostatkiem.

— Wystarczy po imieniu.

— Ok — skwitowałem sprawę. Z premedytacją przybrałem luźniejszy ton i dodałem, wskazując na Pierre’a: — Proszę się na niego nie złościć. Jest głęboko wierzący i przy tym dość ortodo… — byłem niezdecydowany, próbując właściwie zdefiniować technika i nikomu nie wdepnąć na odcisk — …konserwatywny — wydusiłem.

Czuliśmy, że sprawa dotknie Pierre’a do żywego. Nikt nie wiedział dlaczego, być może z przekory, albo jakiegoś dziwacznego rozdwojenia jaźni, nosił się niczym dziecko–kwiat. Jednak w środku był żarliwym katolikiem, czego „Service” nigdy nie kazało mu ukrywać, a wyrzuty sumienia po marokańskiej egzekucji widać było po nim aż nadto. Był człowiekiem pełnym sprzeczności, jakby nie potrafił zdecydować, którą właściwie skórę ma nosić.

Patrzyliśmy jak młody czerwienieje. Dotknął szyi i musnął łańcuszek z maleńkim krucyfiksem, po czym oskarżycielsko wycelował tym samym palcem w klechę, rzucając słowami tłumionymi, lecz pełnymi gniewnego jadu:

— Hańbisz swoje szaty i naszą wiarę.

Ksiądz zachował zimną krew, a jego twarzy nie zmącił nawet najmniejszy grymas. Potarł delikatnie ucho i wybiegł gdzieś na chwilę wzrokiem:

— A fructibus eorum cognoscetis eos. Dzięki mnie, a także mi podobnym, wiara nasza zachowuje siłę od wieków.

— Cooo? — twarz Pierre’a przybrała purpurowy kolor. — Co?!

— Analizując problemy zgłaszane przez wiernych w spowiedzi, możemy skutecznie wpływać na rządzących, by lepiej zwalczali zło. Zło, które, nawiasem mówiąc, bezustannie się pleni.

— To jest ich więcej? — wtrąciłem pod nosem, szukając wyimaginowanych plamek na butach.

Klecha na chwilę spochmurniał, choć wyraz łagodności ciągle nie chciał zejść z jego oblicza. Nie pierwszy raz w takich przypadkach spekulowałem, czy jest to wynik świetnego wystudiowania pozy, czy też może kandydatów do kapłańskiego fachu wyszukują powołani do tego selekcjonerzy, którzy biorą pod uwagę nie tylko intelekt, ale też specyficzne cechy anatomii. Włoch przesunął językiem po zębach i załadował cięższy kaliber:

— Nie bądź dzieciakiem. Chyba nie wierzysz w te truizmy z odpuszczeniem grzechów w drodze wyśpiewania ich na klęczkach przed gościem w purpurach? Albo, jak w średniowieczu, wykupienia odpustu za złoto?

Nigdy nie widziałem, żeby ktoś miał tak wielkie oczy, jak w tym momencie Pierre. Zapadła kłopotliwa cisza, która była nerwowym wyczekiwaniem na zerwanie coraz bardziej napinanej struny.

Księżulo najwyraźniej nie zamierzał przebierać w słowach. Przeszedł kilka kroków z rękoma złożonymi jak do modlitwy. Powiódł wzrokiem po naszych zdumionych minach i momentalnie zmienił wyraz twarzy. Tak dalece, że odniosłem wrażenie, jakby zdjął maskę dotąd zakrywającą całą duszę:

— Skąd go wytrzasnęliście? — bardziej oświadczył niż zapytał.

W głosie księdza pobrzmiewał ton rezygnacji. Nadal milczeliśmy. Pierre, dla którego najwyraźniej runął cały dotychczasowy porządek świata, opadł ciężko na krzesło i patrzył tępo w przestrzeń.

— Kogo teraz przysyłają… — Giacomo pokręcił głową z rezygnacją.

Taksował nas przez chwilę, a potem założył ręce za plecami i pochylił lekko głowę. Przez kilka sekund rozważał coś w myślach, marszcząc przy tym czoło. Wreszcie, gdy myśleliśmy, że już nic nie powie, zwrócił się do Pierre’a tonem twardym i nieprzejednanym:

— Pozwól, że coś ci wyjaśnię, weredyku o mentalności wiejskiej baby!

Na twarzy André natychmiast wykwitło rozkoszne zaciekawienie nadchodzącą dyskusją, która już teraz nosiła wszelkie znamiona gigantycznej awantury. Oparł się swobodnie ramieniem o ścianę i czekał z rozbawieniem na to, co miało nastąpić.

Ojczulek Giacomo perorował z miną właściwą dla inkwizytora:

— Na świecie żyją miliony ludzi, które bezkrytycznie to przyjmują. Jak sądzę, niczym się od nich nie różnisz — obrzucił młodego litościwym spojrzeniem, po czym machnął lekceważąco ręką.

Sylwetka Pierre’a momentalnie stężała, jakby raził go piorun, a gdy otworzył usta wypłynęła z nich melodia najczarniejszej trucizny, jaką kiedykolwiek usłyszałem. W nerwach, umysł technika zapominał nawet o wadzie wymowy:

— Przez takich jak ty — wysyczał — świat jest pełen degeneratów, padalcu!!!

Giacomo nie wyglądał na szczególnie przejętego. Najwidoczniej słyszał to już wiele razy.

— Widzę, że nic nie zrozumiałeś, a prostolinijne wnioski wyciągasz na podstawie błahych pozorów. To rozczarowująco powierzchowne. — Ksiądz postąpił o krok w stronę Pierre’a i znieruchomiał z oczami wąskimi jak ostrza sztyletów, tak jakby przymierzał się do zadania ostatecznego ciosu. — Jest rzeczą oczywistą, że Kościół musi mieć jakieś źródła utrzymania. I ma, lecz taca i datki stanowią jedynie promil. Instytucja nasza żyje z udzielania informacji. I to jest dobre. Albowiem właśnie dzięki dochodom jesteśmy w stanie kontynuować dzieło Stwórcy! Dawno już pojęliśmy, że informacja, ta rzadka i posiadająca swoją cenę, jest niczym innym, jak tylko kluczem do naszego zwycięstwa. Czyli, w perspektywie, do zbawienia!

Zauważyłem, że wymawianie słowa „my”, choć może w zawoalowanej i nieuświadomionej formie, sprawia mu dużą satysfakcję.

— Ależ to największy wywiad świata! — gwizdnąłem.

— Po to właśnie potrzebne są nam rzesze spowiedników, którzy w trudzie zdobywają informacje. Ku wiekuistej chwale Pana! — tu wymownie zakreślił w powietrzu znak krzyża, dodając na końcu nieodzowne: — Amen!

Pierre wywracał oczami, myślałem że za chwilę zemdleje. Natomiast André jak zwykle wyglądał tak, jakby nic nie mogło już go zaskoczyć:

— Od dawna to przypuszczałem — skwitował wzruszeniem ramion. — Dlatego od lat nie chodzę na msze. Zresztą — znów splunął — w zasadzie to wolę jego, niż jakąś panienkę–agentkę.

— Dlaczego? — zaintrygował mnie.

— Bo ich nie lubię. Niczym się nie różnią od kurew, bo pracują głównie dupą — wyjaśnił wyczerpująco.

Oczyma wyobraźni zobaczyłem setki przygarbionych analityków w habitach, ślęczących w zakamarkach Biblioteki Watykańskiej nad protokołami z pieczołowitością spisanymi przez spowiedników całego świata. W zasadzie mieli lub mogli mieć haka na każdego. Śledzili myśli, sumienia, pragnienia i czyny, nawet te jeszcze nie popełnione przez miliony, miliony ludzi. Olbrzymia kartoteka, kilometry akt osobowych. Prawdziwy rząd dusz.

Tymczasem Włoch jakby nie słyszał uwagi Mermeta na temat agentek. Musiał mieć bardzo grubą skórę, bo znów wodził po nas tym swoim dobrodusznym wzrokiem poczciwego pasterza. Mermet schował ręce do kieszeni, chyba tylko żeby nie wybić mu zębów.

— Różni przeciwnicy Chrystusa, poznawszy wartość tego towaru, zapragnęli nam spowiedź odebrać. Na przykład protestanci: pod płaszczykiem głębokiej religijności nawoływali, aby zastąpić spowiedź uszną — spowiedzią powszechną. W rzeczywistości instrumentalnie wykorzystali swoich zwolenników, jako narzędzie mające nas osłabić. Teraz jednak, tamci grzesznicy czują swąd piekła!

— Zaraz, zaraz — ożywił się André. — W kontekście obecnej sytuacji dedukuję, że z tym smażeniem w smole to również bujda?

Ojciec Giacomo spojrzał na niego, jak na robaka:

— Przenośnia — wyjaśnił z pompatyczną wyższością. — Piekło jest miejscem odosobnienia i braku nadziei.

— Rozumiem — stwierdził André z poważną miną. — A wracając do tematu: zawsze uważałem, że spowiedź ma cudowną moc psychoterapeutyczną. Otóż pomaga ułożyć sobie myś…

Musiałem to niezwłocznie przerwać. Kluczenie po teologicznych bezdrożach było w tej chwili bezsensowną stratą czasu. Poza tym, ojczulek gadał jak nawiedzony. Ze względu na charakter naszej misji, uzasadnienie jego obecności było całkowicie jasne i dla porządku nie powinniśmy tej obecności kwestionować. Przynajmniej na razie.

— Pozwoli ksiądz… Ekhm… Pan pozwoli, dowódco, że przejdziemy do konkretów. Mieliśmy uzyskać od pana więcej szczegółów, zwłaszcza o osobie ambasadora.

Klecha spojrzał na mnie chłodno i przybrał zupełnie rzeczowy ton:

— Nie dysponujemy wieloma informacjami. Przede wszystkim musicie wiedzieć, że Grigorescu jest doskonałym hipnotyzerem.

— Co?!

— To samorodny talent. Zaczynał w szpitalu psychiatrycznym na głębokiej karpackiej prowincji, w urągającej wszelkim standardom zapluskwionej klicie. Dla kilku tysięcy stłoczonych tam pacjentów brakowało wszystkiego, począwszy od personelu, a skończywszy na lekach. Stosował więc najtańszą dostępną metodę. Trudne warunki, a przede wszystkim brak nadzoru, sprowokowały u niego nie tylko rozwój umiejętności wywoływania transu, ale przy okazji rozwinęły skłonności sadystyczne. Mam na myśli równiez niepełnosprawnych, a nawet dzieci.

Kątem oka zauważyłem ruch i poczułem lekkie mrowienie na plecach. To Pierre się ocknął i zaczął nerwowo strzelać placami. Milczał, a pstryknięcia były jedyną oznaką życia w tej chwili.

— Jak ktoś taki zostaje ambasadorem? — zapytałem.

— Nie mam pojęcia. Jednak ta funkcja jest iluminacją jego wielkiej słabości: ma nieodpartą potrzebę blichtru, pławienia się w luksusie. Szefowanie ambasadzie mu to gwarantuje.

Potrzebowałem dodatkowych, przede wszystkim technicznych informacji, które byłyby przydatne w akcji. Zapytałem więc krótko:

— Czy hipnoza rzeczywiście może wpłynąć na stan zdrowia człowieka?

Giacomo już otwierał usta, gdy technik zupełnie niespodziewanie wtrącił:

— Hipnotyzer, to po prostu usypiacz. Kuglarz. Monotonia bodźców, na przykład jednostajnie powtarzanych słów, powoduje senność. Nieraz sprawdziłem to na sobie.

— Na przykład w trakcie mszy — wtrącił z niewinną miną André i zapytał nas prowokująco: — Ilu z was pamięta treść ostatniego kazania?

Zaczynało mnie ciekawić, jak długo klecha potrafi to wszystko wytrzymać bez okazywania większych emocji. Oczywiście wyczułem sarkazm André i delikatnie go podchwyciłem:

— Ja. Niestety potwornie się nudzę, bo często mają miejsce powtórki…

Giacomo ripostował bez jednego mrugnięcia, z wdziękiem kościelnego erudyty:

— Doskonaliliśmy nasze metody głoszenia Chwały Pana przez dwa tysiąclecia. Nie zaniżałbym ich wartości tak dalece. Działają. Odpowiedzcie sobie sami, czy jakakolwiek inna organizacja ma podobne doświadczenie?

— Mitraizm, Judaizm, Hinduizm. Że wymienię tylko trzy — odparował Mermet, zupełnie ignorując retoryczny ton pytania.

Księżulo tym razem nie podjął rękawicy. Zerknął na młodego Dussolliera, dokańczając wątek hipnozy:

— Jesteś blisko bracie, lecz nie do końca. Zasadnicza i empirycznie potwierdzona różnica jest taka, że w badaniu elektroencefalograficznym fale mózgowe człowieka zahipnotyzowanego są całkowicie inne od fal osoby śpiącej.

Pierre powrócił do świata żywych. Wyglądał na zupełnie opanowanego, nawet wróciła mu wada:

— Tat, zgadza się. Tylto, że…

— Świetnie! — interweniowałem gwałtownie, dusząc zalążek kolejnej awantury. — Moje pytanie dotyczyło realnego, fizycznego oddziaływania na organizm.

— Ciągle nie wiadomo jakiż to mechanizm powoduje, że słowo, niemal dosłownie, staje się ciałem. Znane są przypadki, gdy zahipnotyzowanym pacjentom wkładano w dłoń zwykły kamień, sugerując że to metalowy przedmiot wyciągnięty przed chwilą z ognia. Ich skórę natychmiast pokrywały oparzenia.

— W tej sytuacji określenie „tortury psychiczne” nabiera zupełnie nowego znaczenia — wtrącił z humorem André.

Uprzejmość wobec księdza przychodziła mi z trudem. Dla dobra sprawy przytaknąłem jednak:

— To do mnie przemawia, dowódco.

Kąciki ust księdza rozbłysły niczym sierpniowa perseida.

— Ten odmienny stan świadomości wywołuje bardzo realistyczne wizje w obrębie wszystkich zmysłów. Gdy tylko pan Grigorescu zdał sobie sprawę z własnego potencjału i władzy jaką może nad innymi posiąść, do głosu zaczęła dochodzić gorsza strona natury: na próbę wprowadził w trans urzędniczkę bankową, która jeszcze tego samego dnia przelała wskazaną kwotę na osobiste konto pana lekarza.

Nic nie powiedziałem, za to przemknęło mi przez myśl, że ksiądz czytał moje akta. A także nas wszystkich.

— Sprytnie — stwierdził Mermet, z coraz bardziej widocznym zainteresowaniem.

— Tak. Tym bardziej, że kwota była na tyle symboliczna, że nikt nie wniósł oskarżenia. Sprawca po prostu ją zwrócił. Sam bank, wówczas w rękach komunistycznego aparatu, ze względów propagandowych zainteresowany był głównie zatuszowaniem sprawy. Nikt nie chciał ogłaszać, że system jest w jakiś sposób dziurawy.

— Rozumiemy. Co było dalej?

— O talentach Grigorescu szybko doniesiono właściwym kręgom, a te — rządowi, który zaangażował hipnotyzera do swoich spraw. Nie wiadomo, co dokładnie robił, jednak wpływy owego jegomościa stawały się coraz szersze i trwają do dziś. Stamtąd właśnie wiodła droga do wygodnej posady ambasadora w Egipcie.

— Czyli jest to ktoś w rodzaju Rassputina u carskiego dworu — stwierdziłem.

Nasz informator, a zarazem dowódca, skinął przytakująco i przeszedł do szczegółów:

— Przez kolejne lata ego naszego magika rosło, a wraz z nim pewność siebie i ekscentryzm. Dla przykładu: lubi stroje, których paleta kolorystyczna ograniczona jest do głębokiej czerni i takiegoż fioletu.

— Prawdziwy Mefisto — zachichotał André.

— Niektóre z banków mają taki dress–code — zauważył ksiądz i zaintonował: — Non vestimentum virum ornat, sed vir vestimentum. Nie szata zdobi człowieka!

— Ale dużo może o nim powiedzieć — Mermet nie potrafił zrezygnować z komentarza.

— Jeżeli zaś chodzi o technikę hipnotyczną, osiągnął w tej dyscyplinie wyżyny niemal artystyczne. Istnieje w przybliżeniu dwieście sposobów wprowadzania w trans. Wahadełkiem, lampką, dźwiękiem… On wybrał dwieście pierwszy: ustaliliśmy, że czyni to przy pomocy, ekh, ekh — kaszlnął zasłaniając usta, po czym zwiesił wzrok na jakimś punkcie podłogi — wskaźnika trzymanego w ręku — ostatnie słowa wydukał niewyraźnie, ciągle zakrywając usta dłonią.

— Różdżki! — podchwycił nadal rozbawiony André.

— Można tak powiedzieć — dowódca nie odrywał oczu od posadzki.

Parsknęliśmy śmiechem, lecz ksiądz zachował budzącą grozę lodowatą powagę.

— Resztę znacie z akt. Akcja będzie miała miejsce w Kairze. Nasze zadanie to złapać na gorącym uczynku handlarzy, zebrać wystarczającą ilość twardych dowodów na winę jego ambasadora, ale przede wszystkim odzyskać Najświętszą Panienkę.

— Pestka — rzuciłem, zabarwiając głos ironią.

Ksiądz otaksował mnie spojrzeniem:

— Główny obiekt poznacie podczas jutrzejszej licytacji. Pan, panie Bernard, musi uwiarygodnić swoją osobę w tym środowisku. O ile wiem, zabawy z cyframi są pańskim hobby?

— Ta wymiana uprzejmości jest bardzo męcząca — odparłem ponuro, upewniając się że zna nasze dossier. — Czy jest coś, o czym jeszcze powinniśmy wiedzieć?

— Mamy przesłanki by przypuszczać, że to ambasador jest organizatorem „czarnej giełdy” i ma wiele wspólnego ze zniknięciem naszego obrazu. Radzę go nie lekceważyć. To bardzo niebezpieczny człowiek, o szerokich kontaktach. Niewykluczone, że ma na swoich usługach donosicieli w różnych ważnych instytucjach, więc należy zachować wszelkie środki ostrożności. Niedawno interesowało się nim CIA, przy okazji innego śledztwa. Stracili kontakt z agentem po kilkunastu dniach od rozpoczęcia działań. Nazajutrz jego zasuszone zwłoki, bezczelnie i zapewne jako przestrogę, pozostawiono pod amerykańską ambasadą. Ciało odkryto tuż po wyjeździe z jej terenu limuzyny Grigorescu, który bawił tam z oficjalną wizytą. Nie zdołano jednak znaleźć najmniejszego śladu pozwalającego na wysnucie oskarżenia lub choćby wszczęcie śledztwa. Inna sprawa, że przeszukanie samochodu dyplomaty jest praktycznie niemożliwe, nie mówiąc o ambasadzie. W sensie prawnym jest to fragment terytorium obcego państwa.

Zaintrygował mnie pewien szczegół:

— Dlaczego były zasuszone? Przecież minął tylko jeden dzień pomiędzy zerwaniem kontaktu z agentem, a jego śmiercią. Nawet jeśli wziąć pod uwagę tamtejszy klimat, to i tak…

— Były całkowicie pozbawione krwi — wyjaśnił. — Ani kropelki. Jak rodzynek. Sekcja wykazała, że upuszczano mu ją bardzo powoli, przez cztery niewielkie nakłucia. Wcześniej jednak przeżył niespotykany stres, w wyniku którego doznał śmiertelnego w skutkach zawału. Poza tym, był zdrowy jak koń. Również kardiologicznie — zakończył i zlustrował uważnie nasze twarze: — Czy wyraziłem się jasno?

Programowo milczący dotąd Pierre skinął:

— Tak. Chciał tsiądz powiedzieć, że w porównaniu z nim, Tuba Rozpruwacz, John Gacy czy Bodtin Adams, to niewinni ministranci.

— Ecce homo! — rzekł kapłan, kończąc z tajemniczym półuśmiechem.

10

Dom aukcyjny Sotheby’s ulokowany był w jednopiętrowej, pomalowanej na złocistożółty kolor kamienicy Palazzo Broggi. W eleganckiej kancelarii spędziłem dobre pół godziny, czekając w kolejce na dopełnienie formalności rejestracyjnych.

Po wszystkim pomaszerowałem w stronę głównej sali, niespokojnie spoglądając w wielkie zdobione okno. Zmierzchało, choć włoski wieczór zawsze wyglądał dla mnie jak brzask. Wszedłem do sali zanurzonej w teatralnym półmroku, rozjaśnionym jedynie przez punktowo oświetloną scenę. Ambasadora dotąd nie było.

Usiadłem w trzecim rzędzie. Już po kilku minutach od prezentacji pierwszego obrazu luksusowy tłum żywo podbijał ceny, robiąc to z okrzykami ekscytacji i malinowymi wypiekami na twarzach. Gdybym zamknął oczy mógłbym przysiąc, że słyszę odgłosy rozbudzanej orgii.

Chłopcy byli już na miejscu, rozstawieni w kilku krańcach sali. Lustrowali uważnie otoczenie, oczekując na nasz cel. Wszyscy, za wyjątkiem mnie, nosili charakteryzację. Ja musiałem dać się zauważyć, zaistnieć w towarzystwie, aby później użyć twarzy jako przepustki do ambasadora.

Zanim aukcjoner o powierzchowności oficjalnego rzecznika Watykanu uniósł młotek, omówił zasady, przybierając przy tym dość górnolotny ton:

— Przedmiotem dzisiejszej sprzedaży jest malarstwo europejskie różnych epok. Jak zazwyczaj, punktem wyjścia jest cena minimalna, od której zaczynamy licytację. Prowadzimy ją w systemie anglosaskim z ceną rezerwową, zaś nabycia dokonuje osoba, która zaproponuje kwotę najwyższą. Do licytacji wywołujemy obiekty w kolejności numerów zamieszczonych w katalogu. Postąpienie ustalono na dziesięć tysięcy euro.

Domyślałem się, że tak astronomiczny pułap miał zapewnić szybką licytację. W puli było dwadzieścia siedem obrazów i z pewnością ich zbycie wymagało sporo czasu.

Sprzedawano głównie, jakby to najpewniej określił Mermet, konwencjonalne i salonowo poprawne „obrazki”, pozbawione ekspresji, szaleństwa i gwałtowności. Guido Reni, Corregio i kilku innych, którzy nie mieli odwagi wyjść w twórczości poza ustalony przez dziesięciolecia schemat i ton poprawności uznawany we własnej epoce.

Po mniej niż dwu minutach od rozpoczęcia kolejnej aukcji, licytujący oznajmił:

— Pass.

Robił to w tak umiejętny sposób, że choć nie podnosił głosu, wszyscy doskonale słyszeli każde słowo.

— Dzieło nie osiągnęło ceny rezerwowej i nie zostało sprzedane — podsumował bezpłciowo, po czym bez najmniejszej zwłoki przeszedł do następnej aukcji. — Kolejnym z naszej listy jest…

W takim zaskakująco szybkim tempie upłynęły niemal dwie godziny, podczas których z rąk do rąk przeszło morze pieniędzy. W tym czasie nikt nie opuścił sali. Wszyscy, kobiety i mężczyźni, młodzi i starzy, zdawali się być uzależnieni od tej dziwnej atmosfery gonitwy, jakby nie chcieli uronić nawet kropli z czary adrenaliny i niecierpliwego podniecenia.

W kolejce pozostały jedynie trzy obrazy, a Grigorescu nadal się nie zjawił. Zacząłem już wątpić w sprawność osób, które dały cynk naszej Centrali. Pierre musiał być tego samego zdania, bo gdy zwróciłem na niego pytający wzrok, odpowiedział mi skrzywieniem dostrzegalnym u osób po raz pierwszy kosztujących oliwki.

Z początkiem przedostatniej licytacji niespodziewanie zaskrzypiały wiekowe drzwi rzedniejącej z wolna sali. Natychmiast go rozpoznałem. Wyprostowany, we fraku, skupiony i dostojny, precyzyjnie odpowiadał opisowi generała. Był w swoim żywiole, przystrojony we wszystkie piórka niczym paw w godowym tańcu.

A jednak moją uwagę przykuł ktoś inny. Uczucie, jakiego doznałem, miało gwałtowność dreszczy.

Początkowo widziałem jedynie kontur kobiecej twarzy migocący zza sylwetek mijanych osób. Ruszyłem, aby przeciąć parze drogę. Chciałem dojść jak najbliżej Grigorescu i spowodować, aby mnie dostrzegł i zapamiętał. Znalazłszy się tuż obok przystanąłem i ocierając rękawem, pozwoliłem wyminąć. Ambasador prześlizgnął po mnie wzrokiem: dziwnym, jakby uważnym i nieobecnym zarazem. Choć przez te kilka sekund miałem poczucie, jak gdyby każdy centymetr mojej twarzy został dokładnie zeskanowany.

Od chwili, gdy poczułem delikatny, fiołkowy zapach tej kobiety, nie potrafiłem odwrócić od niej wzroku. Poruszała się lekko i pewnie, z naturalnym wdziękiem. Zarumienione policzki wyraźnie odcinały się od surowej, suchej twarzy jej kochanka. Rubinowa suknia podkreślała talię i miękką linię bioder. Była w niej jednocześnie świeżość młodości i dojrzała kobiecość. Przypominała kwiat w pełnym rozkwicie — piękny, a zarazem jakby na granicy czegoś, co za chwilę miało minąć.

Miałem nieodparte wrażenie, że gdzieś ją już widziałem. Ewidentnie, była ode mnie starsza. Widziałem to w spojrzeniu i tych kilku uroczych zmarszczkach, które tylko podsycały mój apetyt. Gdy przechyliła głowę by coś do niego szepnąć, błyszczące kruczo włosy spłynęły po ramieniu jak fale. Miały ledwie zauważalną, kasztanową nutę. Na ich widok natychmiast pomyślałem o Bowmore, mojej ulubionej Whisky. Usłyszałem bardzo przyjemny, łagodnie mruczący głos.

Na moment wpadłem w dziwną melancholię. Te oczy. Śmiejące się. A może szydzące? Te dziwne oczy… Była w nich smolista głębia, coś strasznego i pięknego, niczym chłód anioła. Wniknąłem w nie, gdy przelotnie skrzyżowaliśmy wzrok. Może odrobinę dłużej, niż powinniśmy. Zapamiętałem to spojrzenie.

Zapamiętałem na zawsze.

W pierwszym rzędzie czekały dwa wygodne fotele. Zajęli je. Ciemnowłosa piękność wyjęła z torebki katalog licytacji i podała mężczyźnie. Patrzyłem jak nieco kościste dłonie w białych rękawiczkach przewracały strony.

Wiedziałem, że natychmiast muszę wyjść z odrętwienia i zacząć działać. W takich sytuacjach pomagało silne ugryzienie w język. Bolało jak cholera, skutkowało prawie zawsze.

Tymczasem dwójka mężczyzn, uniformami przywodząca na myśl pracowników firmy pogrzebowej, wniosła na podest złociście oprawiony obraz, którego wartość zwalała z nóg. Miał niespełna siedemdziesiąt centymetrów wysokości i pół metra szerokości. Słyszałem o nim bardzo wiele.

Aukcjoner był pełen nabożeństwa, anonsując otwartymi dłońmi:

— Przed państwem Salvator mundi.

W sali rozdźwięczały brawa.

Zbawiciel świata to olej na desce przedstawiający Jezusa, który unosi prawą dłoń do błogosławieństwa, trzymając w lewej szklaną kulę symbolizującą Ziemię. Dzieło przeszło przez wiele szlacheckich rąk, od żony Ludwika XII począwszy. Jeden z ostatnich nabywców zapłacił za obraz ledwie 45 funtów będąc przekonanym, że jest on autorstwa jedynie ucznia Leonarda. Renesansowi artyści, zwłaszcza ci bardziej poważani, prowadzili bowiem własne pracownie podobne do warsztatu rzemieślnika. Zawsze mieli uczniów, którzy pomagali i jednocześnie kształcili się, próbując naśladować styl swojego mistrza.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 56.44