E-book
4.73
drukowana A5
31.62
W objęciach szaleństwa

Bezpłatny fragment - W objęciach szaleństwa

Opowiadania


Objętość:
138 str.
ISBN:
978-83-8467-025-5
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 31.62

Zatańcz ze śmiercią

Był początek lata, a słońce grzało niezwykle mocno. Frank i Joan kończyli dziś wcześnie lekcje. W ostatnim dniu przed wakacjami w tutejszym liceum wybiła godzina trzynasta, kiedy zadzwonił dzwonek, uwalniając klasę od męczącej nauki. Frank mieszkał obok Joan. Przyjaźnili się od samego początku, od kiedy matka Joan siedem lat temu przeprowadziła się do tej dzielnicy po rozwodzie z mężem.

Joan była bystrą dziewczyną, która często potrafiła wyjść obronną ręką z najdziwniejszych sytuacji. Ubierała się tak jak wszystkie nastolatki, niczym nie wyróżniając się z otoczenia. Frank zaś był jej zupełnym przeciwieństwem. Skryty w sobie, zawsze ubierał się tak, by odcinać się od tłumu, co często powodowało wyśmiewanie ze strony rówieśników. Też był inteligentny, ale nigdy nie chciał okazywać tego w szkole.

Idąc alejkami, nastolatkowie wstąpili na lody. Frank kupił dwa rożki i udali się w stronę domów. Przez całą drogę nie odezwali się do siebie ani słowem. Dopiero, kiedy dochodzili do posesji Joan, Frank przerwał ciszę.

— To co robimy jutro? — Nie wiem, są wakacje, na pewno coś się wymyśli.

Pożegnali się i Joan weszła do środka. Frank przez chwilę stał, wpatrując się w niebo, po czym również udał się do swojego domu.

Dzień mijał na nudzie. Oboje snuli się najpierw przed telewizorem, później przy konsolach. Czas uciekał. O dziewiętnastej zadzwoniła koleżanka, Elize.

— Cześć. — Cześć. — Jak ci minął dzień? — Wiesz, jak to jest, kiedy szkoła dopiero się kończy. Nudziłam się dziś okropnie, a Frank mnie nigdzie nie zaprosił. — Wiem coś o tym, Jim też mnie dziś olał, ale nie dzwonię w tej sprawie. Chciałabym cię zaprosić na noc z duchami. Co ty na to? — Hmmm, niech pomyślę… Pewnie, że się zgadzam! Wszystko jest lepsze od siedzenia w domu. — To bądź dziś o dwudziestej drugiej koło tego domu z czerwonej cegły. — Ale tam podobno straszy? — Nie bój się, przychodź o dwudziestej drugiej, cześć! — Elize odłożyła słuchawkę.

Joan była podekscytowana perspektywą spędzenia wieczoru z koleżankami.

Tymczasem Frank, po kilku godzinach grania w Crysisa 2, postanowił trochę się przewietrzyć. Wyszedł na ganek, rozprostował zastane od siedzenia przed ekranem stawy i ruszył na północ, żeby trochę połazić.

Joan ubrała swój ulubiony brązowy płaszcz i wyszła, rzucając matce, że wróci około pierwszej nad ranem. Matka niespecjalnie jej słuchała, gdyż znów zerkała na dno kieliszka.

Frank wyjął z kieszeni pogniecioną paczkę papierosów. Chwilę wahał się, czy palić, bo pozostał mu tylko jeden, jednak uznał, że nerwy przy grze tylko spotęgowały chęć. Spokojnie wyciągnął fajkę, zgniótł puste opakowanie i wsadził z powrotem do kieszeni. Następnie wydobył posrebrzaną zapalniczkę z inicjałami FJ. Raz za razem próbował odpalić płomień, jednak bez skutku.

— No cóż, chyba już sobie dziś nie zapalę — mruknął do siebie.

Joan szła ulicą w świetle księżyca i latarni, które kierowały ją do miejsca spotkania. Po dziesięciu minutach dotarła do celu. Zobaczyła Elize, która stała w towarzystwie Marry i Susan.

— Cześć, czekałyśmy na ciebie, Joan! — zawołała radośnie Elize. — No cześć — odpowiedziała Joan.

Marry i Susan nie przywitały się, tylko chichotały coś pod nosem.

Dom, do którego dziewczyny miały wejść za kilka sekund, od dawna stał opustoszały. Furtka była połamana, plac zdewastowany, a sam budynek wyróżniał się krwistoczerwoną cegłą. Okna były zabite drewnianymi belkami, a na drzwiach widniał napis: „Bóg opuścił to miejsce już dawno”.

Dziewczyny weszły na posesję i mocnym pociągnięciem otworzyły drzwi. Wszędzie panowała ciemność, więc wyciągnęły zapalniczki i zapaliły przyniesione ze sobą świece. Wnętrze nie było usłane różami. Potargane tapety, napisy na ścianach i pentagramy rysowane czerwoną farbą potęgowały strach. Zapach ludzkich odchodów był wprost nie do zniesienia. Joan wiedziała, na co się zgadza, lecz kiedy po otwarciu drzwi uderzył w nią ten narastający odór, zaczęła się wahać, czy to w ogóle ma sens. Koleżanki jednak brnęły dalej, więc od niechcenia ruszyła za nimi.

Na końcu korytarza, pełnego starych materaców i porozrzucanych gazet, znajdowała się drabina prowadząca na pierwsze piętro — jedyna droga na górę ze względu na brak schodów. Drabina była drewniana, istniała więc obawa upadku. Joan wyszła na chwilę na dwór, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Usiadła na rozwalonym schodku, zastanawiając się, czy nie wrócić do domu. Akurat w tym momencie obok posesji przechodził Frank. Joan wstała.

— Czekaj!

Frank odwrócił się i zobaczył zbliżającą się do niego Joan.

— Cześć. — Cześć. Co tu robisz? — zapytał. — A jestem z koleżankami na nocy z duchami. Może wejdziesz? — Hmmm, i tak nie mam nic do roboty, więc mogę z wami poszaleć.

Frank i Joan ruszyli z powrotem do środka.

— Rany, co za smród! — krzyknął Frank. — Nie martw się, dziewczyny szykują coś na górze, tam podobno mniej śmierdzi.

Podeszli do drabiny. Najpierw zaczął wspinać się Frank, a Joan przytrzymywała szczeble, by konstrukcja się nie przechyliła. Chwilę później chłopak był już na górze i teraz on asekurował drabinę. Po chwili oboje stali na piętrze.

Elize rozkładała obrus na starym stole z jedną koślawą nogą. Marry i Susan niosły zakurzone lustro, które następnie starannie wytarły. Kiedy Elize zauważyła, że Joan wróciła, a u jej boku stoi Frank, uśmiechnęła się.

— Za chwilę zaczynamy. — Ale co? — zapytała Joan. — No, imprezę — odpowiedziała Elize, kładąc na stole świece.

Na dworze wiał lekki wiatr, który przez rozbite okno wdzierał się do środka, poruszając płomieniami. Dziewczyny usiadły wokół stołu, tworząc krąg.

— Joan, spójrz w lustro. — Ale po co? — zapytała. — To taka zabawa. Jeśli będziesz patrzeć w lustro i powiesz trzynaście razy Blood Marry, to coś się stanie. Ale wiem, że to kłamstwo, więc nic ci nie grozi — odezwała się Marry.

Joan, jako osoba sceptycznie nastawiona do zjawisk paranormalnych, spojrzała najpierw w lustro, a potem na zegarek. Kiedy wybiła północ, zaczęła wymawiać słowa: Blood Marry, Blood Marry, Blood Marry. Przy czwartym wezwaniu płomień świecy zgasł. Joan jednak nie przerwała — założyła, że to wiatr wiejący przez pęknięte okno zdmuchnął ogień. Kontynuowała wpatrywanie się w taflę, wymawiając raz za razem imię z legendy. Przy ósmym wywołaniu drzwi wewnętrzne nagle się otworzyły.

Frank przy czwartym wezwaniu odszedł do okna i spojrzał na plac. Właśnie wtedy światło zgasło.

Zrobiło się kompletnie ciemno. Joan nadal wymawiała te dwa słowa, chcąc udowodnić, że duchy nie istnieją. Frank po raz kolejny wyjął z kieszeni swoją małą zapalniczkę. Po kilku próbach udało mu się wskrzesić płomień. Podszedł do stołu, odpalił świecę i wrócił na swoje miejsce. Marry i Susan, kiedy tylko zapanowała ciemność, mocno się przestraszyły. Nie grzeszyły zbytnią inteligencją, więc po prostu zaczęły piszczeć.

Elize wyciągnęła jakiś stary artykuł, który znalazła, wycierając kurze ze stołu, i zaczęła czytać w myślach: „Młoda kobieta zginęła 13 lat temu. Wychodząc z pociągu, została napadnięta przez trzech sprawców, którzy zażądali od niej telefonu. Kiedy uparcie się broniła, została zgwałcona, a następnie wydłubano jej oczy. Zgon spowodował cios nożem w okolicę brzucha. Sprawców nie odnaleziono”.

Kiedy świeca zgasła, Elize zwinęła urywek gazety i schowała go do kieszeni. Gdy Frank przywrócił światło, dziewczyna usłyszała jakieś dźwięki dochodzące z dworu, zupełnie jakby ktoś był na placu. Nie przejęła się tym zbytnio, gdyż czuła się bezpiecznie w obecności Franka.

Joan, wciąż spoglądając w lustro, powtórzyła wezwanie już po raz dziesiąty, kiedy wszyscy usłyszeli, że na dole ewidentnie ktoś jest. Z jednej strony byli przerażeni, bo włamali się na cudzą posesję, z drugiej nie mieli jak uciec. Postanowili więc siedzieć cicho. Zgasili światło i czekali. Po chwili usłyszeli głosy trzech mężczyzn.

— To był dzień, ach, żyć nie umierać! — rzucił z uśmiechem pierwszy. — No — przytaknął drugi. — Oby tak dalej, moi drodzy — dodał trzeci.

Mężczyźni mieli ze sobą latarki i dwie torby podróżne, które rzucili przed wejściem do pokoju. Jeden z nich poszedł się odlać, zaś dwaj pozostali usiedli na kartonowych pudłach leżących niedaleko wejścia. Dziewczyny wraz z Frankiem siedziały w absolutnej ciszy, zerkając tylko, czy tamci nie wchodzą na górę. Kiedy trzeci mężczyzna wrócił, wszyscy udali się na zewnątrz, zostawiając torby w przedpokoju.

Frank delikatnie zeszedł po szczeblach drabiny, żeby sprawdzić, czy teren jest czysty. Rozejrzał się, przyświecając sobie zapalniczką, i szybko wrócił na piętro.

— Nie ma ich już. Uff, mieliśmy niezłego cykora. — No — dodała Joan. — To jak, kontynuujemy zabawę? — zapytała Elize. — Możemy — odparła Joan. — Spoko, ja będę na czatach — dorzucił z uśmiechem Frank.

Chłopak stanął obok drabiny prowadzącej w dół, zaś dziewczyny ponownie usiadły przy stole i zapaliły świecę. Joan po raz jedenasty wymówiła Blood Marry, nie odrywając wzroku od lustra. Elize wraz z resztą wpatrywały się w nią. Joan z uśmiechem na twarzy powtórzyła wezwanie po raz dwunasty. Wiatr nagle przybrał na sile, powodując, że świeca znów zgasła. Dokładnie w tym momencie Joan wymówiła słowa po raz trzynasty.

Zapadła ciemność. Frank nie mógł odpalić zapalniczki. Na dole znów dało się słyszeć kroki. Joan ogarnął lekki strach, jednak wrodzony sceptycyzm podsuwał jej racjonalne wytłumaczenia.

Frank, nie mogąc zejść z czatów, zaczął się cofać. Potknął się o coś leżącego na podłodze i z hukiem upadł. — Czemu nikt nie wziął latarki… — wyjęczał, zwijając się z bólu.

Lustro, które leżało na stole naprzeciwko Joan, nagle zaczęło drgać. Chwilę później świeca zapaliła się sama, a z tafli szkła zaczęły wyłaniać się krople krwi. Joan z krzykiem rzuciła lustro na podłogę. Szkło roztrzaskało się w drobny mak.

— Co tu jest grane?! — zapytała. — Nie mam pojęcia, to miała być tylko taka zabawa! — odpowiedziała w przerażeniu Elize.

Frank podniósł się z ziemi. — Ciii, ktoś idzie!

Mężczyźni najwyraźniej wrócili, tym razem na dłużej. Usiedli ponownie na kartonach i zaczęli ze sobą rozmawiać. Frank podbiegł do stołu, by zgasić świecę i nie zwracać na nich uwagi, ale płomień nie poddawał się. Żadna próba nie przyniosła skutku. Świeca paliła się jak zaklęta. Marry i Susan zaczęły płakać w kącie, powtarzając szeptem:

— To na pewno duchy, to duchy to robią!

Elize, nie zwracając na nie uwagi, podeszła do Franka. — Jak my stąd teraz wyjdziemy? — Nie mam pojęcia — odparł, wciąż ukradkiem spoglądając w dół.

Joan siedziała jak sparaliżowana, wpatrując się w świecę i nie mogąc pojąć, jakim cudem zapaliła się sama i dlaczego nie da się jej zgasić. Frank, wsłuchując się w ledwie słyszalną rozmowę na dole, wyłapał, że intruzi zaraz wejdą na górę.

— Szlag! I co my teraz zrobimy?! — syknął, podbiegając do dziewczyn. — Nie wiem, schowajmy się! — zarządziła Joan, wreszcie odzyskując głos.

Frank zauważył masywną szafę stojącą na samym końcu pokoju. — Elize i Marry, ukryjcie się tam!

Dziewczyny podbiegły do szafy i zamknęły za sobą drzwi tak cicho, jak tylko potrafiły. Joan wsunęła się pod stół, a Susan razem z Frankiem wcisnęli się pod stare łóżko pod oknem.

Mężczyźni podeszli pod drabinę. Na górę wszedł pierwszy z nich i od razu zorientował się, że ktoś tu był.

— Te, mamy towarzystwo! Ktoś rozbił lustro i pali się świeca! — krzyknął do kompanów na dole.

Zaświecił latarkę i zaczął przeczesywać pokój. Joan zamarła. Wiedziała, że jest najbardziej widoczna ze wszystkich i to ją złapią jako pierwszą. Nagle z jej kieszeni dobiegł dźwięk dzwoniącej komórki. Mimo gorączkowych prób wyciszenia telefonu, mężczyzna kierujący się w stronę szafy usłyszał melodyjkę. Zorientował się, że ktoś siedzi pod stołem.

— Wyłaź! Wiem, że tam jesteś!

Wyciągnął rękę i zerwał obrus. Jego oczom ukazała się skulona dziewczyna. — Wyłaź! — ryknął ponownie.

Joan niechętnie wyczołgała się spod blatu. — No, no… Co my tu mamy? Ładna jesteś.

Rozbite kawałki lustra ponownie zaczęły broczyć krwią, a czerwone krople łączyły się ze sobą na podłodze. Frank nie wytrzymał. Chwycił kij leżący niedaleko łóżka i wybiegł, zasłaniając Joan własnym ciałem.

— Zostaw ją! — krzyknął zdenerwowany. — O, mamy i drugiego. Dużo was tu jeszcze jest? — Nie twój interes! — odwarknął Frank, wymachując kijem.

Susan nie wiedziała, co robić. Leżała pod łóżkiem, z przerażeniem czekając na rozwój wydarzeń. Bała się ruszyć, by nie zdradzić swojej kryjówki. Elize i Marry, siedząc w szafie, usłyszały ciężkie kroki zbliżającego się mężczyzny. Próbowały odsunąć się jak najdalej od szpary między drzwiami. Kiedy intruz odszedł, odetchnęły z ulgą. Radość nie trwała jednak długo. Joan została złapana, Frank się ujawnił, a one wciąż bały się, że napastnik zaraz po nie wróci.

Przerażona Joan zaczęła tłumaczyć, że nie wiedzieli, że domek jest zajęty. Mężczyzna zignorował to. Podbiegł do Franka i z całej siły uderzył go w twarz latarką. Zanim chłopak zdołał zareagować, już leżał nieprzytomny na ziemi. Światło latarki zgasło. Pomieszczenie oświetlał jedynie upiorny półmrok bijący od świecy.

Joan rzuciła się w jego stronę. — Frank, nic ci nie jest?! — krzyknęła.

Chłopak leżał bez ruchu z rozciętą skronią. Joan przeniosła wściekły wzrok na sprawcę. — Coś ty mu zrobił?!

Mężczyzna odwrócił się i ruszył w jej kierunku. Joan rzuciła się do ucieczki. W ciemności potknęła się i z impetem wpadła na starą szafę. Pod wpływem mocnego uderzenia drzwiczki otworzyły się, demaskując Elize i Marry. Widząc, że zostały odkryte, dziewczyny również zaczęły biec i przeraźliwie krzyczeć, jednak późna pora i odludzie odbierały im nadzieję na ratunek.

Frank ocknął się, gdy był już ranek. Promienie słońca próbowały przebić się przez zabite dechami okna. — Uuu, ale mnie łeb boli… — jęknął, rozglądając się dookoła.

W pokoju panował istny chaos: przewrócony stół, rozbita szafa. Nie było nikogo. Nawet pod łóżkiem nie odnalazł Susan. Wiedział, że stało się coś bardzo złego. Zaczął gorączkowo przeszukiwać kieszenie, by znaleźć komórkę i zadzwonić do Joan w nadziei, że udało jej się uciec. Szybko wykręcił numer. — Abonent czasowo niedostępny — usłyszał w słuchawce.

Telefon był wyłączony. Postanowił pójść do jej domu, by upewnić się, czy na pewno jej tam nie ma — istniała szansa, że po prostu zgubiła aparat podczas szarpaniny. Podszedł do drabiny. Schodzenie potęgowało pulsujący ból głowy. Na dole również krajobraz uległ zmianie. Wszędzie widać było czerwone plamy. Podszedł do jednej z nich, chcąc upewnić się, że to krew. Dotknął jej i powąchał. Zrozumiał, z czym ma do czynienia, ale nie dopuszczał do siebie myśli, że Joan lub reszcie dziewczyn mogło się coś stać.

Wyszedł z domu. Ostre światło słońca go oślepiło. Ruszył w stronę osiedla. Po kilkunastu minutach dotarł pod drzwi Joan. Wcisnął dzwonek, modląc się, by to ona mu otworzyła i powiedziała, że jakoś udało jej się uciec. Drzwi powoli uchyliły się. Serce zabiło mu mocniej, jednak wszelkie nadzieje prysły, gdy w progu stanęła jej matka.

— Słucham, czego chciałeś? — zapytała sucho. — Czy jest może Joan? — Skąd ja mam to wiedzieć? Przed chwilą wróciłam z pracy. — A mogłaby pani sprawdzić? — Poczekaj. — Kobieta zamknęła drzwi i poszła na piętro z zamiarem sprawdzenia, czy córka jeszcze śpi. Po krótkiej chwili wróciła. — Nie, nie ma jej — oznajmiła i zatrzasnęła mu drzwi przed nosem.

Teraz Frankowi nie pozostało nic innego, jak tylko wezwać policję. Wyciągnął telefon i wykręcił numer. — Tu dyżurny komisariatu policji, w czym mogę pomóc? — Porwali moją dziewczynę i jej dwie koleżanki! Chcę zgłosić porwanie! — Rozumiem. Proszę jak najszybciej przyjechać na komisariat, musimy spisać protokół. — Dobrze, będę za chwilę.

Frank schował telefon i sprintem ruszył na posterunek. Po pokonaniu kilku przecznic i parku dotarł do budynku policji. Jak na placówkę służb prawnych, wyglądał dosyć ubogo. Mieścił się niedaleko szpitala.

Chłopak miał już wejść do środka, kiedy nagle zadzwonił jego telefon. Numer był zastrzeżony. — Halo? — Frank, proszę… uratuj mnie — usłyszał w słuchawce przerażony szept. — To ty, Joan?! — Tak. Jesteśmy w jakimś dziwnym pomieszczeniu. — Nic ci nie jest?! — Raczej nie. Oprócz tego, że nie wiem, jak stąd wyjść. Muszę kończyć, ktoś idzie!

Połączenie zostało zerwane. Frank był wściekły na samego siebie. W nocy nie zdołał ich obronić, a teraz doskonale wiedział, że Joan, Elize, Susan i Marry grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Schował telefon, wpadł na komisariat i dopadł do okienka.

— Miałem się zgłosić, chodzi o porwanie! Gdzie mam się udać? Nie mamy chwili do stracenia! — Drzwi po lewej — poinstruował spokojnie policjant dyżurny, wskazując kierunek palcem.

Frank wpadł do pokoju i opadł na krzesło. Gonitwa myśli nie dawała mu spokoju. Zastanawiał się, co dzieje się teraz z dziewczynami i przez jakie piekło przechodzą. Jego zamyślenie przerwał dźwięk otwieranych drzwi. Do środka wszedł detektyw.

— Dobra, usiądź — rzekł funkcjonariusz. — Chciałbym zgłosić porwanie mojej koleżanki, Joan Galligan z ulicy Green Hill 3/4! Wczoraj, a w zasadzie to dzisiaj, uprowadził ją jakiś mężczyzna. Włamaliśmy się do opuszczonego domku, by wywoływać duchy, i okazało się, że ktoś tam koczuje. Dostałem cios latarką, odcięło mnie. Nie wiem, gdzie ona teraz jest! Ratujcie ją! — zaczął krzyczeć Frank, w nerwach rozrzucając papiery leżące na biurku. — Spokojnie, bo zaraz każę cię aresztować! A więc włamaliście się… Hmmm. Cóż, pewnie dobrze wiesz, że zgłoszenie o zaginięciu możemy przyjąć dopiero po upływie dwudziestu czterech godzin. Poczekaj, może sama się zjawi. — Ale ona do mnie dzwoniła! Mówiła, że trzymają ją w jakimś strasznym miejscu! — Za dwadzieścia cztery godziny będę mógł cokolwiek zrobić. — Co to ma być za policja, która nie potrafi pomóc w tak ważnej sprawie?! Czy wy w ogóle rozumiecie, że one mogą zginąć?! I co wtedy zrobicie? Zapewne nic! — Z oczu Franka zaczęły płynąć łzy bezsilności.

Wściekły i roztrzęsiony wybiegł z gabinetu, trzaskając drzwiami. Zmierzał właśnie do wyjścia z budynku, gdy jego telefon znów ożył.

— Chcesz jeszcze zobaczyć tę swoją lalunię? — zapytał ochrypły głos w słuchawce. — Jeśli coś jej zrobisz… To… To jak Boga kocham, zajebię cię! — Spokojnie, nic jej nie będzie. Oczywiście pod warunkiem, że będziesz współpracował. Idź do swojego domu, tam znajdziesz kopertę. Jeśli wykonasz zadanie, twoja dziewczyna wraz z przyjaciółkami przeżyje. Jeśli to olejesz, cóż… będziesz miał na sumieniu kilka żyć.

Połączenie zostało przerwane. Frank ruszył pędem do domu. Drzwi wejściowe były otwarte, co dowodziło, że ktoś tam niedawno był. Wpadł do kuchni i od razu zauważył na stole żółtawą kopertę. Rozerwał ją gorączkowo. W środku znajdował się list:

„Witam. Jeśli to czytasz, to już wiesz, że twoja Joan wraz z pozostałymi dziewczynami są u nas. Jeśli chcesz zobaczyć je żywe, musisz coś dla nas zrobić. 1. Jeśli powiadomisz policję: zginą! 2. Jeśli nie zrobisz tego, co chcemy: zginą! A teraz zadanie. Dziś około 16:00 ma przyjechać samochód z Meksyku, w którym będzie 100 kg kokainy. Masz ją dostarczyć. Kiedy będziesz w samochodzie, zadzwoń na numer Joan. Wtedy pokierujemy tobą dalej. Inaczej dziewczyny zginą. I nie myśl, że jesteśmy na tyle głupi, żeby zostawić na papierze odciski palców.”

Frank podarł kartkę na strzępy. Nie miał najmniejszego zamiaru brać udziału w przemycie narkotyków. Był tak wściekły, że tylko śmierć porywaczy mogłaby przynieść mu ukojenie. Postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Udał się do gabinetu ojca, wyciągnął z metalowej szkatułki pistolet i wybiegł, kierując się z powrotem do opuszczonego domku.

W tym czasie wspomnienia z nocy wracały do dziewczyn jak koszmar.

Kiedy mężczyzna uderzył Franka, obezwładnił uciekającą Elize, rzucając w nią ciężkim przedmiotem, aż upadła na twarz. Potem zawołał swoich kompanów. Z dołu dobiegł pisk wchodzących po drabinie intruzów. Joan dostała w szczękę, plunęła krwią i osunęła się na podłogę. Susan, skulona pod łóżkiem, została zdemaskowana przez krzyżujące się promienie latarek. O ucieczce nie było już mowy.

— Wyłaź! — warknął jeden z nich. Susan wyczołgała się i po chwili również leżała obezwładniona na ziemi.

Wtedy w pokoju zrobiło się nienaturalnie zimno. Świeca nagle zgasła, a latarki w dłoniach porywaczy zaczęły dziko mrugać. Sekundę później całą posesją wstrząsnął przerażający, nieludzki śmiech. — HAHAHAHAHAHA!

Mężczyźni z początku nie wpadli w panikę, podejrzewając, że na górze ukrywa się po prostu ktoś jeszcze. Zaczęli nerwowo przeszukiwać kąty, jednak nikogo nie znaleźli. Gdy ruszyli z powrotem w stronę drabiny, w ciemnościach ukazała się ścieżka krwi. A na jej końcu — ona.

Jej twarz była bestialsko okaleczona, włosy spięte w niedbały kucyk. Oczodoły ziały pustką, a z rozerwanej rany na brzuchu sączyła się posoka. Jeden z porywaczy, kompletnie zdezorientowany, chciał do niej podejść. Próbował nawet zapytać, co jej się stało, biorąc ją za kolejną ofiarę w opuszczonym domu. W odpowiedzi mara znów wybuchnęła upiornym śmiechem. Ten dźwięk był tak wwiercający się w umysł, że mężczyzna zamachnął się, by uderzyć ją deską. Dziewczyna nie zareagowała. Snuła się w stronę Joan przerywanym krokiem, nucąc:

„Moja zemsta, mój ból, znajdzie sprawcę, znajdzie winowajcę. Oczy wydłubując, będę śmiać się, tańcząc. Zabić muszę, by odkupić duszę.”

Nagle odwróciła puste oczodoły w stronę mężczyzny z deską. Dotknęła go. Porywacz poczuł lodowate zimno przenikające go do szpiku kości. Zjawa uniosła wychudzoną dłoń i wskazała na jego oczy. W tej samej sekundzie z jego powiek zaczęły płynąć krwawe łzy, które chwilę później zamieniły się w tryskające strugi krwi. Dziewczyna rozpłynęła się w powietrzu.

Dwóch pozostałych porywaczy rzuciło się koledze na pomoc. — Co ona ci zrobiła?! — Nie wiem, kurwa, ale to piekielnie boli! Nic nie widzę!!!

Taszcząc wrzeszczącego z bólu kumpla do samochodu, postanowili szybko zakończyć sprawę. Wrócili na piętro. Chwycili Joan i Marry, po czym wrzucili je do bagażnika. Następnie wrócili po nieprzytomne Susan i Elize, które wepchnęli na tylne siedzenia. Samochód z piskiem opon odjechał w mrok.

Frank dotarł do opuszczonego domku z bronią w dłoni. Zaczął metodycznie przeszukiwać każdy kąt, licząc na jakikolwiek ślad, który mógłby doprowadzić go do porwanych. Na piętrze nie było już nic oprócz pożółkłego skrawka gazety, który upuściła Elize uderzając o podłogę. Schował go do kieszeni i zszedł na dół. Obok zbutwiałego materaca zauważył leżący telefon komórkowy. Nie należał do żadnej z dziewczyn. Wykręcił pierwszy numer z listy ostatnich połączeń. W słuchawce odezwał się ochrypły, męski głos.

— Siema, stary. Kiedy będą dziewczyny?

Frank milczał, analizując sytuację. — Halo, odezwij się do kurwy nędzy! Dobrze wiesz, że laski są mi potrzebne na sobotę, przyjeżdżają ważni biznesmeni. Jeśli się nie sprężysz, to cię zajebię!

Rozmówca się rozłączył. Frank zrozumiał, że ma zaledwie jeden dzień, by ocalić dziewczyny przed sprzedaniem do domu publicznego. Schował aparat do kieszeni, wybiegł na ulicę, upadł na kolana i krzyknął wniebogłosy, wyrzucając z siebie cały ból i bezsilność. Z chmur zaczął siąpić gęsty deszcz, mieszając się ze łzami spływającymi po jego twarzy.

Nagle obcy telefon w jego kieszeni zaczął wibrować. Frank odebrał, mając nadzieję, że wyciągnie jakieś informacje od porywaczy. Jednak to był damski głos.

— Cześć kochanie, kiedy wrócisz na obiad?

Franka aż skręciło. Porywacz prowadził podwójne życie. W domu uchodził za kochającego męża i ojca, a w ukryciu był psychopatą handlującym żywym towarem. — Halo, kochanie, jesteś tam? Proszę, podjedź dziś po dzieci do szkoły, o szesnastej.

Zanim kobieta zdążyła powiedzieć coś więcej, rozłączył się. Przez jego głowę zaczęły przelatywać coraz bardziej desperackie plany. Zaczął przeglądać zawartość telefonu, natrafiając na zdjęcia uśmiechniętych dzieciaków trzymających za rękę mężczyznę — tego samego, który go uderzył. Usiadł na pudle, spojrzał na zegarek. Była 15:02. Wszystko sobie przemyślał, a potem ruszył w stronę szkoły.

Szkoła Świętego Franciszka znajdowała się dziesięć minut drogi od opuszczonego domku. Gdy tam dotarł, usiadł na ławce przed wejściem. Czas ciągnął się niemiłosiernie. Wiedział, że to, co zamierza zrobić, jest złe, ale miłość do Joan i konieczność jej uratowania wzięły górę nad moralnością.

O 16:00 z budynku wysypał się tłum dzieci. Frank spojrzał jeszcze raz na zdjęcie w telefonie, wyłowił wzrokiem odpowiednią dwójkę i podszedł do nich.

— Cześć, jestem Frank. Wasz tata prosił, żebym was dziś odprowadził do domu. Ale wcześniej pójdziemy na lody, co wy na to? Maluchy popatrzyły na niego, a nie widząc w jego twarzy niczego groźnego, po prostu mu zaufały. — Dobrze, proszę pana! A czy możemy wziąć czekoladowe? Frank wymusił uśmiech. — Tak, oczywiście. Jakie tylko zechcecie. Chodźcie.

Tymczasem Joan ocknęła się, gdy porywacz gwałtownym ruchem zerwał jej opaskę z oczu. — Gdzie ja jestem? — Nie zadawaj pytań, bo jutro i tak znikniesz — burknął mężczyzna. — Co masz na myśli, kurwa?! Ratunku! Na pomooooc!

Zaczęła wymachiwać pięściami. Porywacz szybko ją spacyfikował wymierzonym policzkiem. Zakneblował jej usta, mocno związał ręce na plecach i zaciągnął do pokoju, gdzie leżała już reszta. Pomieszczenie nie miało okien. Na środku stał stół i dwa krzesła. Mężczyzna wepchnął Joan do środka, zatrzasnął drzwi i zgasił światło. Pozostałe dziewczyny spały, najpewniej otumanione jakimiś środkami.

Skrępowana Joan usiadła w kącie. Nagle w półmroku dostrzegła telefon wystający z kieszeni śpiącej Elize. Zaczęła czołgać się w jej kierunku. Po dłuższym siłowaniu się z więzami udało jej się uwolnić jedną rękę — węzły nie były zawiązane zbyt solidnie. Chwyciła aparat i zdołała wykręcić numer Franka, przekazując mu te kilka panicznych słów o dziwnym pomieszczeniu. Kiedy usłyszała zbliżające się kroki, rzuciła komórkę pod ścianę.

Drzwi otworzyły się. Porywacz wkroczył do środka, od razu zauważył leżący telefon i schował go do kieszeni. Zbliżył się do Joan z przygotowaną strzykawką. Zaczęła się szarpać, ale była zbyt osłabiona po ciosie w twarz. Uspokajacz zaczął działać błyskawicznie. Odpłynęła.

Frank doszedł z dziećmi do pobliskiego parku, gdzie stał wózek z lodami. — Poproszę dwa rożki. Jeden czekoladowy i jeden truskawkowy. Zebrał lody i podał je maluchom. — Macie, usiądźcie na ławce. Ja muszę tylko zatelefonować.

Odszedł na kilka kroków, wybrał numer żony porywacza z przejętego telefonu. — Co tam, kochanie? Zabrałeś dzieci? — Twoje dzieci są bezpieczne. Jeśli chcesz, by do ciebie wróciły, powiesz mi kilka słów o swoim mężu. Po drugiej stronie zapadła grobowa cisza. Frank ciągnął twardym głosem: — Po pierwsze: podasz jego imię i nazwisko. Jeśli skłamiesz — dzieci zginą. Jeśli spróbujesz się z nim skontaktować — dzieci zginą. Po drugie: żadnych zbędnych pytań. Im szybciej powiesz, co chcę wiedzieć, tym szybciej je zobaczysz. Zrozumiano? W tym momencie z ławki dobiegły głosy dzieciaków: — Możemy już iść?

Kobieta słysząc to, zamarła. Zrozumiała, że nieznajomy nie żartuje. — Dobrze… Powiem ci. Mój mąż nazywa się John Girsoon. Możesz go znaleźć codziennie u Henry’ego koło dziewiętnastej. Gra tam w pokera. Przynajmniej tak mi zawsze mówi… teraz już sama nie wiem.

Frank rozłączył się. Zrozumiał, że ten adres niewiele mu pomoże, ale przynajmniej poznał personalia wroga. O siedemnastej dzieci zaczęły marudzić, że chcą wracać. Frank zaproponował im wycieczkę do wesołego miasteczka. Zgodziły się z okrzykiem radości.

Idąc alejkami lunaparku, wykręcił numer Joan i czekał, aż porywacz odbierze. — I jak? Załatwiłeś towar z Meksyku? — warknął John do słuchawki. — Cóż, John. Nie załatwiłem tego, o co prosiłeś, ale mam tu coś, co bardzo łatwo możesz stracić na zawsze.

Frank skinął na dzieci, które właśnie jadły watę cukrową. Podbiegły do niego. — Wasz tata chce z wami porozmawiać. Podał im telefon. — Tata! Tata! Co tam u ciebie?! — szczebiotały radośnie. Frank błyskawicznie wyrwał im aparat i rzucił: — Idźcie zająć kolejkę na diabelski młyn, zaraz dołączę! Kiedy odeszły zadowolone, przyłożył słuchawkę do ucha. — Czyż one nie są słodkie, John? Chyba nie chcesz ich stracić? — Tylko spróbuj im coś zrobić, a cię zajebię! — ryknął Girsoon. — Śmieszne, ja chciałem zrobić to samo, kiedy porwałeś Joan. — Nie próbuj ze mną pogrywać, gnojku! — Nie pogrywam. Chcę tylko, żebyś ją wypuścił, razem z jej koleżankami. Jeśli tego nie zrobisz, twoje dzieci znikną jak zdmuchnięty płomień świecy. Masz moje słowo.

Rozłączył się, pewny, że teraz role się odwróciły. Nie minęło dziesięć minut, gdy telefon zadzwonił ponownie. Po odebraniu usłyszał głos Joan.

— Frank… Błagam cię, nie rób tym dzieciom krzywdy. Jeśli do osiemnastej dzieci nie będą bezpieczne, oni nas zabiją. Proszę cię, nie rób niczego gwałtownego! — Wypuszczą was?! Co mam robić? — zapytał łamiącym się głosem. — Nic. Naprawdę… Dobrze nas traktują. — Wiem, że kazali ci to powiedzieć. Ale jeśli możesz… naprowadź mnie. — Green Hill 12/3. Nagle w słuchawce rozległ się głuchy odgłos uderzenia. Frank upuścił telefon. Ruszył przed siebie biegiem. Green Hill to była ulica niedaleko domu Joan.

Tymczasem w kryjówce, John usiadł w pokoju obok uwięzionych dziewczyn. Zauważył, że nigdzie nie ma jego prywatnej komórki. Zawołał swojego kompana. — Zielony, muszę ci coś powiedzieć. Czy my naprawdę musimy to robić? Chodzi mi o to porywanie. I jeszcze ten Czarny… czy to wszystko ma sens? — Tak, szefie. Wie szef dobrze, że Gruby Ron zabiłby szefowi rodzinę, gdybyśmy nie dostarczyli mu towaru. — Masz rację. Ale czasami myślę, że to równia pochyła. Te porwania… Ronowi ciągle mało. Szkoda, że przegrałem z nim tę grubą kasę. — Niech się szef nie martwi. W sobotę będzie po sprawie. John wyciągnął z szafki butelkę whisky. — Napijesz się? — zapytał. Podał mu szklankę. Wznieśli toast za ostatnie zlecenie dla Rona. Zegarek wskazywał 16:58. Wtedy właśnie zadzwonił Frank. Zielony wyszedł z pokoju, by szef mógł w spokoju porozmawiać. John wściekł się na tyle po usłyszeniu ultimatum Franka, że rzucił butelką o ścianę. — Coś się stało, szefie? — zapytał zza drzwi Zielony. — Trzeba obudzić tę całą Joan. Będzie mi potrzebna. Mężczyźni weszli do ciemnego pokoju. Zielony zaczął aplikować Joan środek pobudzający, ale pierwsza ocknęła się Elize. — Gdzie… gdzie ja jestem? — zapytała zaspanym głosem. John podszedł do niej, kucnął i wyszeptał: — Jeśli będziesz cicho, to szybko się skończy i wrócisz do domu. Jeśli zaczniesz krzyczeć, każę cię uśpić z powrotem. Wybieraj. Z oczu Elize popłynęły łzy, ale potaknęła w milczeniu.

John przeniósł wzrok na Joan, która właśnie odzyskiwała świadomość. Wyciągnął pistolet. — Zadzwonisz teraz do swojego chłoptasia. Masz mu przeczytać to, co zapisałem na kartce. Dzwonisz i gadasz to, co mówię, albo kula w łeb!

Kiedy Zielony nachylił się, by szepnąć Johnowi coś do ucha, Joan usłyszała adres: Green Hill 12/3. Zapamiętała to. Kiedy Zielony wyszedł na czaty, Joan wzięła telefon i odczytała Frankowi wymuszoną formułkę, ale na sam koniec dorzuciła usłyszany adres. Elize nagle nie wytrzymała napięcia. Rzuciła się na Johna z gołymi rękami, próbując go przewrócić. Mężczyzna potknął się, ale w ułamku sekundy odzyskał równowagę, uniósł broń i pociągnął za spust. Elize z głuchym stęknięciem osunęła się na podłogę. Z jej brzucha zaczęła wylewać się potężna plama krwi. Po kilku sekundach wstrząsających konwulsji dziewczyna przestała się ruszać. — Dlaczego to zrobiłeś?! — wrzasnęła przerażona Joan. — Musiałem. Uprzedzałem ją. Nie posłuchała, to dostała kulkę.

Frank pędził ulicami, zostawiając dzieci w lunaparku pod opieką ochrony. Wciąż słyszał w głowie urywający się sygnał po tym, jak Joan rzuciła adres. Gdy tylko dostrzegł dom przy Green Hill 12/3, natychmiast przeskoczył przez niski płot. Zajrzał przez brudne okno na parterze. W salonie dostrzegł dwóch mężczyzn — tego, którego nazywano Zielonym, i drugiego, z opaską na oczach. Wyjął komórkę i cicho zadzwonił na policję.

— Halo? Niech ktoś przyjedzie, jestem w domu porywaczy! Dwóch ludzi w salonie ma broń! — Proszę się uspokoić. Gdzie pan jest? — Green Hill 12/3! Przyjeżdżajcie szybko! Frank schował telefon i wyciągnął odbezpieczony pistolet ojca. Wszedł przez tylne drzwi prowadzące do kuchni. Ruszył cicho w stronę salonu. Kiedy znalazł się za ich plecami, ryknął:

— Zamknąć mordy i mówić mi, gdzie są dziewczyny, bo rozwalę wam te jebane łby! Zielony podniósł ręce. — Wyluzuj, ziom… Nie wiemy, o kogo ci chodzi. Zobacz, jesteśmy tu sami. — Nie wciskaj mi kitu! Gdzie jest Joan?! Czarny odwrócił głowę w ich stronę. — Znasz jakąś Joan? Znam Jenny, powiem, że to niezła laska…

Frank stracił cierpliwość. Doskoczył do Zielonego i przycisnął lufę do jego skroni. — To jak, przypomnisz sobie?! — Są w piwnicy! — wykrztusił tamten.

Czarny, zdezorientowany sytuacją, chwycił po omacku za własną broń i zaczął nią chaotycznie wymachiwać w powietrzu. — Puść Zielonego, słyszysz?! Bo cię odjebię!

Frank przytrzymał Zielonego jedną ręką, a drugą wycelował w miotającego się bandytę. W stresie pociągnął za spust. Huknął wystrzał. Frank w tym samym ułamku sekundy zorientował się, że przecież ten człowiek jest niewidomy — nie stanowił realnego zagrożenia. Było jednak za późno. Kula trafiła prosto między oczy. Czarny bezwładnie zwalił się na ziemię. Zielony zaczął wyć z rozpaczy. — Coś ty zrobił?! On był ślepy! Zabiję cię, skurwysynu! Zaczął szarpać się w uścisku, by dobyć swojego pistoletu, ale Frank mocnym uderzeniem kolby pozbawił go przytomności.

Otworzył ukryte drzwi i ostrożnie zszedł do piwnicy. Było to mroczne, obskurne miejsce zawalone starymi meblami. Jednak Frank dostrzegł kolejny właz w podłodze, otwierany starą okienną klamką. Otworzył go. Przed nim ukazały się kolejne schody prowadzące jeszcze głębiej. Zszedł na dół. Nacisnął przełącznik światła. Zobaczył solidne drzwi, zza których dobiegały stłumione krzyki.

Tymczasem za tymi drzwiami, John siedział na krześle, nerwowo pocierając czoło lufą pistoletu. Wiedział, że jego plan spalił na panewce. Obiecał Ronowi cztery dziewczyny, jedną zabił, a z ułamkami długu i tak się nie rozliczył. Joan patrzyła na niego w milczeniu, dostrzegając w jego oczach paraliżujący strach. Mężczyzna nagle odłożył broń, ukrył twarz w dłoniach. Joan po cichu znów uwolniła rękę ze źle zawiązanych węzłów Zielonego. W tym samym momencie Susan i Marry ocknęły się. Zaczęły potwornie krzyczeć.

— Stulcie ryje! — wrzasnął John.

Wyjął telefon i zadzwonił do Rona. — Cześć, Ron. Mam złe wiadomości… Jedna z dziewczyn… Nie żyje. Wymsknęło mi się. Ale resztę przywiozę. — Wezmę sobie twoją żonę na pocieszenie — padła zimna odpowiedź. — Tylko spróbuj ją tknąć! — Jesteś mi winien kasę. Zadowolę się trzema. I módl się, żeby nie było więcej problemów.

John rozłączył się. Zaledwie sekundę później pomieszczenie wypełnił upiorny chłód. — HAHAHAHAHAHA!

Znów się pojawiła. Stała tuż przy ścianie, z okaleczonej twarzy kapała krew. John zamarł. — Kim ty jesteś?! Czego ode mnie chcesz?! — Jestem twoją śmiercią. Twoim wybawieniem. Jestem złem, o którym tak bardzo chciałeś zapomnieć. Wyciągnął broń i wycelował w środek klatki piersiowej zjawy. — Co ty pleciesz?! Nic ci nie zrobiłem! — Nie pamiętasz mnie? Trzynaście lat temu… Widziałeś mnie po raz ostatni. Pamiętasz pociąg, który dowiózł mnie prosto w ramiona śmierci? Pamiętasz, jak gwałciłeś… i zabiłeś? Ręce Johna zaczęły dygotać. — To ty?! Ale… ty nie żyjesz! Wystrzelił. Kula przeszyła widmo, nie robiąc na nim najmniejszego wrażenia. — Nie żyję. Ale to nie znaczy, że na zemstę jest już za późno. To ta dziewczyna mnie przywołała — wskazała zakrwawionym palcem na Joan. — Dzięki niej mogłam po was wrócić.

Krwawa Marry podeszła do Johna i delikatnie, przerażająco czule pocałowała go w policzek. Szybkimi, nieludzkimi ruchami dłoni zanurzyła palce w jego oczach, natychmiast go oślepiając. Mężczyzna wrzasnął z bólu. — Weź pistolet i strzel sobie w głowę… — wyszeptała wprost do jego ucha. John, opętany potwornym bólem i mroczną siłą, podniósł broń i przyłożył ją do własnej skroni. — Naciśnij spust. Skończ z tym… — syknęła z nieludzkim uśmiechem. Po policzkach mężczyzny spłynęły krwawe łzy. — Wybacz mi — wychrypiał.

Padł strzał. Ciało Johna runęło na podłogę. Duch zniknął.

Frank wpadł przez drzwi, ściskając oburącz pistolet ojca. — Joan! Jesteś tu?! — Tak! Tutaj! — zawołała, płacząc.

Frank podbiegł, przeciął resztę więzów i mocno przytulił dziewczynę. — Nic ci nie jest?! — Nie… Gdzie ty byłeś? — Ważne, że po wszystkim. Co się stało z nim? — wskazał na martwego Johna. — Powiedzmy, że nie zniósł starych wspomnień — odpowiedziała z ponurym uśmiechem Joan.

Frank podszedł do Susan i Marry, uwalniając je ze sznurów. Dziewczyny wciąż krzyczały z przerażenia, jednak w końcu udało mu się je uspokoić. — Nikt was już nie skrzywdzi! Chodźcie ze mną, natychmiast!

Zaczęli wchodzić na górę, w stronę wyjścia. Frank otworzył klapę do salonu jako pierwszy, by upewnić się, że droga jest czysta. Zobaczył ciało Czarnego i nieprzytomnego Zielonego. — Wychodźcie, wszystko okej, ten drugi leży nieprzytomny.

Ale się mylił. Zielony odzyskał świadomość ułamek sekundy wcześniej. Słysząc głosy, poderwał się z podłogi z pistoletem w dłoni. Wymierzył prosto we wchodzącego po schodach Franka i pociągnął za spust.

Kula z głośnym trzaskiem wbiła się w plecy chłopaka. Frank upadł. Joan w furii rzuciła się na Zielonego. Okładała go pięściami w amoku, nie zwracając uwagi na ból, aż mężczyzna znów stracił przytomność, krztusząc się własną krwią. Wtedy podbiegła z powrotem do Franka.

— Frank! Nie! Błagam, tylko nie ty! — szlochała, przyciskając dłonie do jego rany. — Joan… Ta kula to koniec. Dostałem w płuco… Długo nie pociągnę. — Z jego ust popłynęła stróżka krwi. — Proszę cię o jedno… Pocałuj mnie tak, jak nigdy dotąd. Jakby cały świat miał na ten ułamek sekundy przestać istnieć.

Joan zbliżyła swoją twarz do jego. Złączyła ich wargi w desperackim, rozpaczliwym pocałunku. I chociaż na tę krótką chwilę, na ten jeden ułamek sekundy, świat dookoła faktycznie zniknął… Frank zamknął oczy po raz ostatni. Joan opadła na kolana, krzycząc z potwornym bólem, który przeszywał jej serce.

W tym samym momencie pod dom na Green Hill podjechały radiowozy. Policja zgarnęła skatowanego Zielonego — jedynego porywacza, który ocalał. Po kilku dniach spędzonych w areszcie przyznał się do makabrycznego gwałtu i morderstwa popełnionego 13 lat temu. W zeznaniach twierdził, że w celi nawiedza go zakrwawiona postać bez oczu.

Joan przeżyła, ale już na zawsze została naznaczona tym dniem. Codziennie przynosiła na grób swojego chłopaka bukiet kwiatów i listy. Na nagrobnej płycie kazała wyryć słowa: „Frank. Jedyny, który poświęcił się dla innych, by inni zrozumieli, jak bardzo kochał.”

Często z oddali widywała dziwną kobietę kładącą kwiaty na grobie swojego męża i odwiedzającą swoje dzieci — to była żona Johna. Susan i Marry wyjechały z miasteczka już następnego dnia po koszmarze, uciekając przed traumą tak daleko, jak to tylko możliwe. Elize spoczęła na cmentarzu tuż obok Franka.

Koniec

Oaza spokoju

Stracony dzień

Był wczesny ranek, kiedy obudził mnie ktoś pukający do drzwi. Wstałem, chociaż wcale nie miałem na to ochoty — w nocy znów dręczyły mnie koszmary. Podszedłem do drzwi. Pukanie nie ustawało. Otworzyłem.

W progu stał mężczyzna w czarnym płaszczu. Z rysów twarzy wywnioskowałem, że jest po czterdziestce. W prawej ręce trzymał jakąś księgę.

— Słucham? — zapytałem zaspanym głosem. — John Delaroche? — Tak. — Chciałbym coś zaproponować. Coś, co może się panu spodobać. — O co chodzi? — Chcę, byś coś odnalazł. Zapłacę bardzo dużą kwotę za odzyskanie przedmiotu, na którym mi zależy. — Proszę wejść. Ale chyba wie pan, panie…? — Gary Johnson. — Panie Gary, chyba wie pan, że ja się już tym nie zajmuję? Poszukiwania zaginionych obiektów to dla mnie zamknięty rozdział. — Rozumiem, ale to może pana zainteresować. Niech pan spojrzy na książkę, którą przywiozłem.

Mężczyzna wyjął dużą, starą księgę. Na samym środku okładki widniał wytłoczony, pogrubiony napis: „Natas”. Przejrzałem kilka stron; tomina wydała mi się niezwykle wiekowa.

— Co mam niby w niej znaleźć? — zapytałem. — Spójrz, w tej księdze opisane jest całe życie księżniczki Sanei. Władała swym krajem krwawo, a swoich wrogów wypatroszała i jadła ich mięso. Zwróć uwagę na ryciny — na każdej przedstawiony jest sztylet Debba. I to właśnie o ten sztylet mi chodzi. Jeśli mi pomożesz, będziesz bogaty. Oferuję ci za niego równy milion dolarów. — Gdzie jest haczyk? — Nie ma haczyków. Odnajdziesz sztylet i będziesz bogaty. — Niech pomyślę… Czyli oferujesz mi okrągły milion za jakiś głupi sztylet jakiejś porąbanej laski, która robiła nim krwawe orgie? — Tak, dokładnie. Kiedy możesz zacząć poszukiwania? — Bardzo bym chciał, ale… wziąłeś pod uwagę, że ktoś mógł go już dawno sprzedać? Albo trzyma go jako ozdobę nad kominkiem? Albo że po prostu uległ zniszczeniu? — Nie. Wiem, że sztylet jest gdzieś w mieście Pinhole.

Gary zaczął wyciągać z kieszeni pogniecioną gazetę sprzed dwunastu lat. Widniało na niej zdjęcie i nagłówek: „12 ofiar śmiertelnych w szpitalu psychiatrycznym. Odwiedzający wpadł w szał i zaczął dźgać pacjentów dziwnym sztyletem, wykrzykując: Sierro Di Bero Erie! Sprawcę zdołano obezwładnić i zabić dopiero po sześciu kulach w pierś.”

— I co to ma wspólnego z tym twoim sztyletem? — Przyjrzyj się!

Spojrzałem na zdjęcie w gazecie. Leżał na nim martwy mężczyzna, a tuż obok niego sztylet łudząco podobny do tego z rycin w księdze.

— To jeszcze żaden dowód, że ostrze nadal tam jest. Przecież policja musiała zabrać go jako dowód zbrodni, a potem ktoś mógł go zniszczyć lub sprzedać. — I tu zaczyna się twoje zadanie. Masz się dowiedzieć, co stało się ze sztyletem, i mi go przynieść. Zostawiam ci księgę, gazetę i dwadzieścia tysięcy dolarów zaliczki. Mam nadzieję, że wystarczająco cię zachęciłem.

Położywszy pieniądze na ławie, Gary wyszedł. Zostałem sam. Chwyciłem księgę i zacząłem czytać: „Chwytała swych poddanych niczym jastrząb myszy, strach ofiar śpiewał w jej uszy, ona zaś grała ich wnętrzami…” Rany, współczesny psychiatryk na pewno by się nią zaopiekował na długo. Odłożyłem księgę, nie mając najmniejszej ochoty na czytanie o wyrywaniu wnętrzności i makabrycznych praktykach minionych wieków. Skupiłem się na gazecie. Zauważyłem, że sztylet na zdjęciu w ogóle nie wyglądał na zniszczony, choć według rycin minęło ponad tysiąc lat.

Długo biłem się z myślami, czy w ogóle podejmować się tego zlecenia. Kasa zawsze by się przydała, chociaż nie miałem pojęcia, czy będzie to łatwe zadanie. Coś w środku podpowiadało mi jednak, bym ruszył tropem sztyletu i zgarnął tę ładną sumkę. Wypiłem trzy szklanki wódki z tonikiem, przemyślałem to jeszcze raz, po czym chwyciłem księgę, kasę i wycinek z gazety. Zamknąłem za sobą drzwi mieszkania.

Wsiadłem do samochodu i ruszyłem. Po kilku godzinach jazdy dotarłem do miasta osnutego gęstą mgłą. Po prawej stronie drogi minąłem wyblakły znak: „Witamy w Pinhole”. Jadąc główną ulicą, nie dostrzegłem żywej duszy — zupełnie jakby ta mgła wessała wszystkich mieszkańców. Zaparkowałem pod starym hotelem.

Oaza spokoju

Wysiadłem z auta i wszedłem do środka. Wnętrze hotelu było brudne i obskurne. Nacisnąłem dzwonek na ladzie, wzywając recepcjonistę. Po chwili usłyszałem skrzypienie drewnianych stopni. — Już idę! — rozległ się donośny głos z klatki schodowej.

Recepcjonista podszedł do lady. Był to starszy mężczyzna, najwyraźniej lubiący sobie wypić, bo z ust wyraźnie jechało mu wódką. — Na długo pan u nas zostanie? — Jeśli to jedyny hotel w tym mieście, to na długo. — Jedyny z takimi cenami. I jedyny, który ma jeszcze wolne miejsca. — Ile za noc? — Dziesięć dolarów. Proszę się wpisać — odparł, podsuwając mi pękatą księgę gości. Złożyłem podpis. — Dobrze, dostanie pan pokój numer 12, panie John.

Wziąłem klucz i zacząłem wspinać się po schodach. Mój pokój znajdował się w głębi mrocznego korytarza. Po otwarciu drzwi uderzył mnie potworny odór stęchlizny, wynikający z rzadkiego wietrzenia pomieszczenia. Od razu otworzyłem okno i usiadłem na brzegu łóżka. Nagle poczułem obezwładniającą senność. Położyłem się i zasnąłem.

Obudziłem się z przerażającym bólem. Wisiałem nad własnym łóżkiem, przykuty do czegoś łańcuchami wbijającymi się w skórę. Każdy najmniejszy ruch powodował potworne cierpienie. Zadałem sobie pytanie: kto mógł mi to zrobić? Chciałem krzyczeć, lecz z ust sączyła mi się tylko gęsta krew. Zacząłem się szarpać, ale stalowe ogniwa coraz głębiej wwiercały się w moje ciało, jakby miały zaraz przebić organy. Czułem się jak ofiara uwięziona w metalowej pajęczynie — mogłem tylko mrugać oczami. Ból narastał. Spoglądając w dół, dostrzegłem na ziemi sztylet, którego szukałem. Był tak blisko, jednak pęta uniemożliwiały mi jakikolwiek ruch. Nagle ktoś otworzył drzwi. Poczułem przenikliwe zimno, a moje ciało przestało reagować na polecenia z mózgu. Leżałem w powietrzu i czekałem. Czy to sprawca wrócił, żeby mnie dobić? Jeden z łańcuchów samoistnie owinął się wokół mojej szyi. Nie wiedziałem, co robić, ale i tak było już za późno. Metal powoli zaciskał się na krtani. O dziwo, poczułem ulgę. Zasnąłem.

Otworzyłem oczy i spojrzałem na swoje ręce. Były całe. Leżałem na hotelowym łóżku. To był tylko sen. Wstałem, poszedłem do łazienki i pochyliłem się nad zlewem. Przemywając twarz, w odbiciu lustra ujrzałem stojącą za mną dziewczynę. Gwałtownie się odwróciłem, jednak nikogo tam nie było.

Zszedłem na dół. Recepcjonista podlewał właśnie uschnięte kwiatki. Podszedłem do niego. — Nie wie pan przypadkiem, gdzie znajduje się ten szpital z gazety? — zapytałem, pokazując mu pożółkły wycinek. — To niedaleko stąd, ale on jest zamknięty od dwunastu lat. Ktoś podłożył ogień w nocy i spalił budynek. Pisali o tym w gazetach. — Mógłby mi pan pokazać na mapie, jak tam trafić? — Wyjąłem z kieszeni plan miasta. — Musi pan jechać ulicą Preston D, następnie skręcić w Circe Way, a na samym końcu wyjechać na Duntown Road. Po lewej stronie będzie stał spalony budynek. To właśnie ten szpital. — Dziękuję. Wziąłem mapę i wyszedłem. Na zewnątrz wciąż panował gęsty mrok, a mgła ani myślała ustąpić. Ulica wciąż świeciła pustkami, zupełnie jakby wszyscy mieszkańcy uciekli na wieść o moim przybyciu.

Nie jestem chory

Przejeżdżając przez Pinhole, widziałem na poboczach tylko stare pudła, porzucone samochody i zardzewiałe rowery. W żadnym z okien domów nie paliło się światło.

Kiedy dojechałem na miejsce, wyjąłem księgę i ponownie zacząłem czytać: „W białym świetle krew z czaszki bucha, w czarnym świetle wszystko staje się przeszłością.” Zamknąłem tom. Wziąłem latarkę ze schowka i wysiadłem. Główne drzwi szpitala były zabite dechami, szyby w oknach wybite, a sama fasada mocno okopcona, choć konstrukcja wydawała się stabilna. Wróciłem do auta, otworzyłem bagażnik i wyciągnąłem łom. Podszedłem do wejścia. Zacząłem podważać i odrywać jedną belkę po drugiej, aż w końcu udało mi się wyważyć drzwi.

Wewnątrz panowała absolutna ciemność. Włączyłem latarkę, która rzuciła słaby, drżący snop światła. Po lewej stronie znajdowała się izba przyjęć — prawdopodobnie to tutaj wybuchł pożar, bo ten fragment budynku był najbardziej zwęglony. Obok zaczynał się długi korytarz prowadzący do izolatek. Po obu jego stronach ciągnęły się rzędy drzwi, jedne spalone niemal doszczętnie, inne ledwie liźnięte płomieniami. Na samym końcu korytarza widniały szerokie drzwi. Sądząc po układzie, prowadziły do świetlicy, gdzie pacjenci mogli spotykać się z odwiedzającymi. Najprawdopodobniej to właśnie tam dokonała się rzeź z gazety.

Zapach spalenizny zmieszany ze stęchlizną był tak intensywny, że wywołał u mnie atak kaszlu. Kiedy podszedłem do drzwi na wprost, usłyszałem za plecami cichy śmiech. Odwróciłem się błyskawicznie, lecz nikogo nie dostrzegłem. Wszedłem do środka.

Świetlica ucierpiała najmniej, ściany były zaledwie opalone. Zacząłem przetrząsać gruzy, mając w głowie złudną nadzieję, że nikt przez te dwanaście lat nie zainteresował się sztyletem. Smród stawał się coraz trudniejszy do zniesienia. Zasłoniłem usta rękawem i kontynuowałem poszukiwania. Nagle usłyszałem dziwne zgrzytanie dochodzące spod podłogi. Chwilę później deski zaczęły wibrować, więc odsunąłem się pod ścianę. Byłem przerażony, ale ciekawość wzięła górę. Czekałem na to, co się wydarzy. Drgania ustały. Zrobiłem ostrożny krok naprzód.

Wtedy podłoga z hukiem się zapadła. Poleciałem w dół, wpadając do ogromnej dziury. Poczułem uderzenie i ból. Z oddali dobiegły mnie słowa: — Siostro, musimy zrobić mu lobotomię. — Dobrze, doktorze. Już przygotowuję narzędzia.

Nagle zorientowałem się, że leżę przypięty pasami do łóżka operacyjnego. Ostre, sterylne światło raziło mnie w oczy. Nade mną stał doktor i pielęgniarka. Lekarz miał całkowicie spaloną twarz, a w dłoni ściskał mój sztylet. Pielęgniarka o równie zdeformowanych rysach dociskała moje więzy. — Pacjent musi być szybko operowany, inaczej go stracimy! — Dobrze, panie doktorze, już go unieruchomiłam. Może pan zaczynać. Chciałem krzyczeć, protestować, błagać o litość, lecz pielęgniarka wcisnęła mi do ust gruby knebel. Doktor pochylił się i powoli, z precyzją rzeźnika, zaczął rozcinać sztyletem skórę na mojej głowie. Światło prażyło niemiłosiernie. Ból był wprost nie do opisania. — Siostro! — zawołał. — Tak? — Musimy to robić powoli, żeby pacjent wszystko czuł. Inaczej operacja się nie uda. — Dobrze. Podam mu coś, żeby nie omdlał.

Poczułem ukłucie igły. Moje serce zaczęło bić jak oszalałe. Byłem w pełni przytomny. Doktor ponownie nachylił się nade mną. Tym razem zaczął z impetem wbijać sztylet w moją czaszkę, próbując ją rozłupać i dostać się do środka. Czułem wibracje i potworne łupanie, przypominające borowanie zęba, ale zwielokrotnione tysiąc razy. Nagle usłyszałem głośny trzask pękającej kości. — Udało się. Mogę wyjąć ten kawałek mózgu, który mu zawadza.

Poczułem, jak obrzydliwie zimne palce grzebią w mojej głowie. — Sukces, siostro. Proszę zabrać ten kawałek i wyrzucić do śmietnika. Kiedy spojrzałem na pielęgniarkę i na to, co trzyma w dłoniach, zamarłem z przerażenia. To nie był fragment mózgu. To był noworodek. Kobieta ze spokojem w oczach i bez najmniejszych emocji wyrzuciła go do metalowego kubła. Ze ścian sali operacyjnej zaczęła spływać krew, powoli zalewając podłogę i sprzęty. Doktor i pielęgniarka po prostu zniknęli. Zostałem sam, uwięziony na łóżku, słuchając jedynie cichego kwilenia dziecka dobiegającego z kosza na śmieci. Nie mogłem się uwolnić. Z każdą sekundą opadałem z sił. W końcu znów poczułem obezwładniającą senność i zasnąłem.

Obudziłem się zlany zimnym potem, w miejscu, gdzie zapadła się podłoga. Tyle że teraz deski były nienaruszone. Znów stałem w spalonej świetlicy, ściskając w dłoni latarkę. Podniosłem się i rozejrzałem wokół. Nagle między zwęglonymi krzesłami mignęła mi sylwetka dziewczyny z hotelowego lustra. — Zaczekaj! — krzyknąłem. Baterie w latarce padły. Zapanował absolutny, nieprzenikniony mrok. Musiałem jakoś po omacku wrócić do samochodu, co wcale nie zapowiadało się łatwo.

Ślepa mysz w labiryncie

Trzymając się ściany, ruszyłem w kierunku, w którym — jak pamiętałem — znajdowało się wyjście. Potykałem się na każdym kroku o leżące na podłodze gruzy. Sięgnąłem do kieszeni po zapałki, by choć na chwilę rozjaśnić otoczenie. W pudełku zostały mi zaledwie trzy sztuki, musiałem więc nimi mądrze gospodarować. Odpaliłem pierwszą i ruszyłem korytarzem. Zaledwie wyszedłem ze świetlicy, ogień zgasł. Próbowałem odpalić drugą, ale łebek się ułamał. W tej samej sekundzie poczułem na ramieniu czyjąś lodowatą dłoń. Strach ściął mi krew w żyłach. Drżącymi palcami wyciągnąłem ostatnią zapałkę, potarłem o draskę i szybko się odwróciłem. Tuż za mną stał spalony człowiek. Jego głowa zwisała nienaturalnie, jakby kark był złamany. Odskoczyłem z przerażeniem, a płomień zgasł od podmuchu. Kolejna dłoń chwyciła moją rękę. Rzuciłem się do desperackiej ucieczki. Biegłem na oślep, obijając się o futryny. Wpadłem do głównego holu. Od wyjścia na zewnątrz dzieliło mnie już tylko kilka kroków. Przez cały czas ściskałem w dłoni martwą latarkę — zawsze była to jakaś broń.

Kiedy byłem już przy drzwiach, usłyszałem zgrzyt zawiasów. Pchnąłem skrzydło, ale ani drgnęło. Ktoś zabarykadował je od zewnątrz. Cofałem się powoli, trzymając dłonie na ścianie, kierując się w stronę okien z zamiarem wybicia resztek szyb. Kiedy tam dotarłem, zorientowałem się, że ramy są zabite grubymi deskami i obwiązane łańcuchami. Przecież jeszcze kilkanaście minut temu widziałem przez nie ulicę!

Zewsząd dobiegło mnie ciężkie sapanie. Chwilę później ktoś brutalnie szarpnął mnie za ramię. Inna dłoń zaczęła obmacywać moją twarz. Nie widziałem napastników w ciemności. Chciałem wrzasnąć, lecz ktoś mocno zacisnął brudną dłoń na moich ustach. Unieśli mnie w górę i ponieśli w stronę schodów prowadzących do piwnicy. Zrzucili mnie na betonową podłogę w jakimś ciasnym pomieszczeniu. Poczułem uderzenie gorąca. Otworzyłem oczy, ale mrok nadal był nieprzenikniony. Spróbowałem wstać. Zrozumiałem, że zostałem przykuty łańcuchem do ściany, niczym dzikie zwierzę.

Zza ściany dobiegły mnie głosy: — Czy to prawda, że zabił tych ludzi? — Tak. Dwunastu. Zadźgał ich nożem. — Dlaczego? — Nie wiadomo. — W gazetach napisali, że został zabity na miejscu sześcioma kulami. A tak naprawdę trafił do nas. — Tak. Nasz szpital był jedynym, który mógł się nim odpowiednio zaopiekować. — Dlaczego nie trafił po prostu do więzienia? — Któż to wie. Adwokaci potrafią zdziałać cuda. — I co z nim zrobimy? — Musi pozostać w zamknięciu do końca. Przecież dla świata jest oficjalnie martwy.

Ta rozmowa zaintrygowała mnie do granic możliwości. Byłem pewien, że sztylet jest gdzieś blisko, w zasięgu ręki, ale grube ogniwa krępowały każdy mój ruch. Mijały godziny. Siedziałem samotnie w ciemnej piwnicy, wpatrując się w pustkę. W końcu zmogło mnie zmęczenie.

Obudziłem się we własnym samochodzie. Środek dnia. Zamrugałem ze zdziwienia. Jak mogłem się tu dostać, skoro jeszcze przed chwilą tkwiłem w lochach szpitala? Spojrzałem na wejście do budynku — zabite dechami drzwi wyglądały na zupełnie nienaruszone. Czyli moje włamanie i wędrówka po ruinach to był kolejny chory sen? Nie potrafiłem w to uwierzyć. Wysiadłem, podszedłem do wejścia i pociągnąłem za zbutwiałe belki. Trzymały mocno.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 31.62