Ta wiadomość dotarła do niej dokładnie tydzień po tym, jak przybyła do Lipowic. Pracowała właśnie nad koroną jabłoni, gdy do chaty wróciła Dobrosława i oznajmiła, że raptem sto metrów od miejsca, którego pejzaż Lucyna malowała, znaleziono zwłoki młodego Adamiuka. Z relacji gospodyni wynikało, że nieszczęśnik dostał w tył głowy ciężkim kawałkiem drewna, a na ciało natknął się właściciel sąsiedniego pola. Potem kobieta mówiła coś na temat ofiary, ale tego Lucyna już nie słuchała, bo wizja chłopaka leżącego na ziemi bez życia obudziła w jej głowie upiory.
Młody mężczyzna w eleganckim ślubnym garniturze kolejny raz upadł na kościelną posadzkę tuż przed złożeniem małżeńskiej przysięgi. Widziała jego bladą twarz, czuła chłodniejsze z każdą sekundą dłonie i mocne jak nigdy bicie własnego serca. Słyszała swój krzyk, tak wyraźny na tle głosów przerażonych gości. Minęły trzy miesiące od dnia, w którym zamiast poślubić Wojciecha, straciła go na zawsze, jednak wspomnienia były tak żywe, jakby ta tragedia rozegrała się wczoraj.
— Muszę się położyć — oznajmiła, czując nagłą potrzebę pobycia sama ze sobą.
— Idź dziecko. — Gospodyni popatrzyła na nią z troską. — Może nie powinnam ci o tym opowiadać… Z drugiej strony pewnie i tak byś się dowiedziała. Wiem, że prawie nie rozmawiasz tu z nikim, ale ludzie będą o tym gadać głośno i długo.
Skinęła głową i poszła do pokoju, który wynajęła z nadzieją na to, że we wsi takiej jak ta zazna upragnionego spokoju. Patrząc przez okno na chylące się ku zachodowi słońce, przypomniała sobie, jak na pogrzebie Wojtka jego stara ciotka powiedziała do niej, że tak miało się stać, ponieważ niektórym ludziom pisane jest cierpienie. Jej matka wpadła wtedy w złość i krzyczała do tej kobiety, że nie ma prawa opowiadać takich bzdur, ale ta krótka rozmowa pozostawiła w niej swój ślad. Może naprawdę była skazana na ból i mrok podążał za nią, zbierając przy tym przypadkowe ofiary?
Aby przegnać czarne myśli, trzeba było skupić się na pracy — wiedziała o tym, dlatego z samego rana poszła na łąkę, żeby jeszcze raz przyjrzeć się wypasanym na niej krowom. Jak dobrze, że miała fotograficzną pamięć, więc mogła namalować je potem z głowy, zamiast taszczyć ze sobą sztalugę i farby, przyciągając w ten sposób uwagę miejscowych. Nigdy nie była osobą towarzyską, a teraz bardziej niż kiedykolwiek wolała trzymać się z dala od ludzi i zachować anonimowość. Przecież uciekła ze swojego miasteczka głównie dlatego, że nie mogła znieść tych wszystkich spojrzeń — pełnych lęku co do jej stanu psychicznego, współczujących lub po prostu wścibskich. Ku jej satysfakcji tutejsi ludzie byli zbyt zajęci sobą, a w tej konkretnej okolicy głównie pracą na roli, zatem do tej pory nie wykazywali nią specjalnego zainteresowania.
Dopiero po dotarciu na miejsce, gdy w zasięgu wzroku nie dostrzegła żywej duszy, zdała sobie sprawę, że dziś nie musi obawiać się niechcianych spotkań. Wypadała przecież niedziela, dzień wolny od pracy, a okoliczni mieszkańcy zapewne skrupulatnie przestrzegali tej zasady. Uśmiechnęła się w myślach i usiadła na trawie, po czym skierowała wzrok na krowy, które na szczęście pasły się jak co dzień na swojej łące. Radość nie trwała jednak długo, ponieważ nagle ogarnęło ją przeczucie, że wcale nie jest tutaj sama. Nie widziała nikogo ani nie słyszała, a mimo to każdą cząstką ciała czuła się obserwowana. Instynkt nakazywał natychmiastową ucieczkę, ale zignorowała go i powoli wstała, a następnie wstrzymała oddech i się odwróciła. Nie było za nią nikogo. W pierwszej chwili odetchnęła z ulgą, lecz potem spojrzała na gęste zarośla przylegające do pastwiska, a wtedy ze strachu zakręciło jej się w głowie. Przecież stanowiły one idealną kryjówkę dla napastnika, tak jak ona była teraz doskonałą ofiarą — bezmyślna dziewczyna, która spacerowała samotnie tuż obok miejsca, w którym dzień wcześniej doszło do zabójstwa.
Nie panikuj — upomniała się natychmiast. Nic nie wskazuje przecież na to, żeby śmierć tego chłopaka była wynikiem działań seryjnego mordercy. Dobrosława wspomniała chyba coś o jego awanturniczej naturze, więc zapewne nie było to przypadkowe zabójstwo, tylko tragiczny efekt jakiejś kłótni. Tym wewnętrznym monologiem — krótkim, lecz racjonalnym — zdołała przekonać samą siebie do pozostania tu jeszcze trochę, ale skłamałaby, mówiąc, że poczuła się w pełni bezpieczna.
Po powrocie do chaty od razu opowiedziała Dobrosławie o przeświadczeniu, które towarzyszyło jej na łące, jednak starsza kobieta zignorowała te obawy. Bardziej interesowało ją to, czy Lucyna z kimś dzisiaj rozmawiała, chociaż pierwszego dnia pobytu tutaj jasno przedstawiła jej swoje stanowisko w tej sprawie.
— Nie próbuj zachęcać mnie do wyjścia do ludzi, bo będę musiała się stąd wynieść. — Doszła do wniosku, że najlepiej postawić sprawę jasno. — Poza tym ty też trzymasz się od innych z daleka i jakoś ci z tym dobrze.
— Niektórzy wolą, kiedy trzymam się z dala. Nie słyszałaś o tym?
Wiedziała, do czego zmierza właścicielka chaty, ponieważ pewne plotki dotarły do jej uszu tuż po tym, jak zjawiła się w Lipowicach. Jednak nie zamierzała myśleć o tych głupotach ani wtedy, ani teraz, dlatego zmieniła temat.
— Wiesz może, czy złapano już zabójcę?
W odpowiedzi Dobrosława jedynie pokręciła głową, a wtedy Lucyna doszła do wniosku, że nie ma ochoty kontynuować tej rozmowy.
Kolejne dwa dni upłynęły we względnym spokoju. Skończyła pejzaż pastwiska i rozpoczęła pracę nad kolejnym obrazem, tym razem zbożowych pól, zainspirowana rozpoczynającymi się właśnie żniwami. Nie mogła powiedzieć, że poczucie czyhającego gdzieś w pobliżu zła całkowicie zniknęło, lecz samotne spacery powoli znów stawały się źródłem przyjemności. Musiała przecież żyć dalej, tak jak robiła to od trzech miesięcy.
W środę obudziła się jeszcze przed świtem, ponieważ chciała obejrzeć wschód słońca nad polami, które właśnie malowała. Ona i Wojtek lubili tę porę, dlatego często wstawali bardzo wcześnie i podziwiali początek nowego dnia, siedząc na werandzie z kubkami świeżo zaparzonej kawy i ciesząc się przyjemną ciszą poranka. Wspomnienie tamtych chwil powróciło do niej tak wyraźnie, że poczuła wokół siebie ciepłe ramiona narzeczonego, a z jej oczu zaczęły spływać łzy. Otarła je dłonią i skierowała wzrok ku niebu, które w górnej części ciągle było szaroniebieskie, lecz tuż nad widnokręgiem mieniło się już ognistymi barwami. Z każdą minutą proporcje między kolorami zmieniały się na korzyść tych drugich, aż wreszcie słońce wynurzyło się znad horyzontu w całości, czyniąc minioną noc przeszłością.
Ciągle siedziała na kocu wpatrzona w górę, dopóki jej uwagi nie przyciągnęło dobiegające gdzieś z tyłu krakanie. Słyszała je już wcześniej, lecz dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że głośność oraz częstotliwość ptasich odgłosów są nienaturalnie wysokie. Odwróciła się powoli, a wtedy w odległości trzydziestu, góra czterdziestu metrów dostrzegła tak wielkie stado kruków, jakiego nie widziała nigdy wcześniej. Znajdowały się w powietrzu, lecz krążyły po małym obszarze i latały blisko ziemi, jakby coś je tutaj zatrzymywało. Lucynie przypomniały się nagle słowa nieżyjącej już babci: kruki zwiastują śmierć.
Następnego ranka wybrała się do sklepu w centrum wsi, żeby kupić trochę jedzenia i płyn do kąpieli, a może także okulary słoneczne, jeśli udałoby jej się jakieś znaleźć. Była już prawie na miejscu, kiedy przypadkiem usłyszała fragment rozmowy toczącej się pomiędzy dwiema kobietami na jednym z mijanych przez nią podwórek.
— Co za tragedia. Ledwie pochowali Adamiuka, a Malinowski skończył podobnie jak on.
Nie lubiła podsłuchiwać, lecz to zdanie sprawiło, że przeszedł ją dreszcz i nie potrafiła po prostu pójść dalej.