E-book
27.3
drukowana A5
50.38
drukowana A5
Kolorowa
70.52
W Królestwie Różowego Feniksa

Bezpłatny fragment - W Królestwie Różowego Feniksa


Objętość:
128 str.
ISBN:
978-83-8155-320-9
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 50.38
drukowana A5
Kolorowa
za 70.52

„Kwiat, który rozkwita w niepogodę jest rzadszy

i piękniejszy niż inne.
Tak wyjątkowej dziewczyny nie spotyka się w każdej dynastii…”


Walt Disney, bajka „Mulan”

Od Autora

Niniejsze, drugie wydanie powieści pt. „W Królestwie Różowego Feniksa”, jest zwieńczeniem trudnej drogi, jaką książka ta przebyła, by ukazać się światu w całej swojej krasie.

Niebo pełne śpiewających gwiazd i wszelkie siły dobra czuwające nad realizacją ludzkich marzeń wspierały mnie w stawianiu kolejnych kroków prowadzących do celu, wbrew pojawiającym się zwątpieniom, zawirowaniom, gwałtownym zwrotom akcji. Magiczne znaki, przesłania, a także anielskie głosy rozbrzmiewające w snach przekonywały mnie nieustannie, że historia przedstawiona na kartach powieści pomoże wielu wrażliwym duszom. I oto właśnie nadszedł ten czas, gdy przesłanie z Królestwa Różowego Feniksa może zacząć pełnić swoje zadanie.


Książkę dedykuję w szczególności tym dzieciom, których naturalne prawo do wyrażania prawdy własnego serca zostało w rażący sposób naruszone. Oby znalazły w sobie odwagę, siłę i wolę działania, które umożliwią zdjęcie złego czaru z ich życia i pozwolą przywrócić je na słoneczną, szczęśliwą drogę.


Olga Konopka

Rozdział 1

Sierpniowe tajemnice

Mała Róża Ford mieszkała z mamą w bardzo starym, uroczym domku na przedmieściach Londynu. Dom, a także nieduży sad i ogród przed wejściem ogrodzone były wysokim różanym płotem, który nigdy nie był przycinany, rósł bez żadnych ograniczeń. Zimą plątanina różanych kolców skutecznie odstraszała każdego, komu przyszłaby ochota się do niego zbliżyć. Jednak za każdym razem, gdy rządy nad światem obejmowała wiosna, różany płot przeistaczał się w iście bajkowy gaj kolorów i niebiańskiego zapachu.

Róża Ford była bardzo delikatną, wrażliwą i mądrą dziewczynką. Nieustannie zachwycało ją piękno przyrody, którą podziwiała i obserwowała przy każdej nadarzającej się okazji.

Równie bliski jej sercu był także świat baśni, w którym przebywała, czytając książki oraz tworząc magiczne opowieści w swojej wyobraźni. Pojawiające się w jej myślach sceny i obrazy z bajecznych światów opisywała systematycznie, w najdrobniejszych szczegółach, w swoich sekretnych notatnikach.

Świat wydawał się dziewczynce po brzegi wypełniony niesłychanie interesującymi sprawami.

Dookoła siebie dostrzegała niekończący się przemarsz wspaniałych zjawisk i wrażeń. Wywoływały one tyle rozmyślań i zastanowień, że nie raz całego dnia nie starczało dziewczynce na badanie wszystkiego, co budziło jej ciekawość i zachwyt. To wszystko sprawiało, że spod pióra małej autorki wyłaniały się wciąż od nowa opowieści, których bohaterowie pochodzili z najodleglejszych zakątków świata jej wyobraźni i zawsze zwyciężali, walcząc w imię dobra.

Róża uwielbiała także tworzyć w wyobraźni dalsze losy bohaterów powszechnie znanych bajek i baśni.

W ten sposób sprawiała, że do galerii słynnych z dawien dawna księżniczek dołączały co rusz nowe piękności, a świat krasnali i elfów wzbogacał się wciąż o kolejne, czarujące postaci.

Mimo, że dziewczynka miała dopiero dziewięć lat, wiedziała z całą pewnością, że w przyszłości zostanie pisarką i nic jej w tym nie przeszkodzi. Nieustannie wyobrażała sobie siebie w roli autorki prawdziwej, własnoręcznie napisanej książki.

Niezwykłą radość sprawiało jej projektowanie w myślach najdrobniejszych szczegółów tego marzenia. Rozmyślając o swoim przyszłym dziele, wiele uwagi poświęcała nie tylko treści, która, rzecz jasna, miała być baśniowa, ale także arcyważnej, w jej przekonaniu sprawie ilustracji i oprawy wymarzonej książki.

Róża wiedziała doskonale, uwielbiając kolorowe strony w czytanych przez siebie baśniach, jak bardzo zachęcają one do zapoznania się z ich treścią. Oczami wyobraźni widziała więc już swoją własną książkę wypełnioną po brzegi wszystkimi kolorami tęczy i ta wizja sprawiała jej wielką radość.


Piękne, angielskie lato powoli dobiegało końca. W ciepłym wciąż jeszcze powietrzu sierpniowych dni zaczęły pojawiać się pierwsze, subtelne nuty zapachu kolejnej pory roku. Były one delikatne, jak nitki babiego lata, niesione na skrzydłach ciepłego, przyjaznego wiatru. Rozpoznawanie tak subtelnych woni natury dane jest jedynie bardzo wrażliwym nosom tych dzieci i dorosłych, którzy kochają jesień i znają się na jej czarach. Mała Róża była jedną z nich.

Dlatego, gdy dziewczynka obudziła się w swoim łóżeczku sierpniowego poranka, w jednym z ostatnich, ciepłych dni lata, poczuła wielki smutek wywołany zdarzeniem sprzed kilkunastu godzin.

Gdy bowiem poprzedniego popołudnia do jej wrażliwych zmysłów dotarły pierwsze sygnały o zbliżaniu się nowej pory roku, zapragnęła opowiedzieć o swoich spostrzeżeniach mamie. Rozmowy o czarach natury sprawiały Róży bezgraniczną radość. Bardzo chciała więc podzielić się swoim zachwytem nad tym, że wkrótce cały świat będzie wyglądać jak obraz wielkiego malarza, bo liście przybiorą niezliczone odcienie i barwy. Pragnęła opowiedzieć także o tym, że powietrze zaczął już delikatnie przesycać zapach, którym jesień zapowiada swoje rychłe nadejście. Ów zapach jawił się dziewczynce jako oszałamiające perfumy, skomponowane ze słodkich, kuszących nut, przywołujących skojarzenia z najrozmaitszymi smakami czekoladek-pralinek. W jesiennych perfumach subtelnie pobrzmiewało jednak także coś więcej. Było to rozkoszne ciepło suchych traw, jak również bursztynowych promieni słońca, co nadawało jesiennemu pachnidłu głębi i szczypty tajemniczości.

Wracając więc późnym popołudniem z ogrodu, odurzona pachnącym powietrzem, dziewczynka pobiegła wprost do mamy, pani Helen Ford, która wróciła właśnie z pracy.

Różyczka przyglądała się kobiecie uważnie, badając w jakim jest ona nastroju. Bo pani Helen często miała zły nastrój i wtedy lepiej było jej nie przeszkadzać, tylko czym prędzej udać się do swojego pokoju i poczekać na lepszy moment do rozmowy.

Mama Róży wykonywała trudną, odpowiedzialną i wyczerpującą pracę księgowej, co stale podkreślała. Gdy wracała do domu wszystko ją denerwowało, a mała Róża denerwowała ją wtedy szczególnie.

Często krzyczała na córkę bez żadnego istotnego powodu i uderzała pięścią w stół, by dobitnie zaakcentować swój gniew. Niejednokrotnie była tak zdenerwowana, że musiała uspokajać się kieliszkiem wina, a także drugim i trzecim.

Jednak wtedy, gdy jej nastrój się poprawiał, wołała Różę do siebie i z wielką uwagą wypytywała ją o szkołę, a często także pomagała córce w odrobieniu lekcji.

Róża nigdy nie była pewna, kiedy może się odezwać do mamy, tak, żeby jej nie zdenerwować, więc ciągle próbowała zgadywać, czy właśnie nastała ta odpowiednia chwila.

Tym razem, gdy pani Ford wróciła z pracy, nic nie wskazywało na to, by mogła nagle wybuchnąć. Miała całkiem pogodną minę, więc Róża, przyjrzawszy się jej uważnie, zaczęła opowiadać o swoich odkryciach dotyczących nadejścia jesieni. Gdy dziewczynka z entuzjazmem opisywała nuty zapachowe jesiennych perfum, na twarzy pani Helen pojawił się nagle grymas wściekłości. Nie minęło wiele czasu, gdy przerwała dziecku i zaczęła krzyczeć:

— O czym ty mówisz, dziewczyno! Jaka jesień? Jakie perfumy? Jest sierpień, słońce i pogoda, a ty chcesz mnie zdenerwować jakimiś wizjami tego koszmaru, który znowu się zacznie? Deszcze, błoto, twoja szkoła i lekcje do odrabiania, zasmarkany nos i jeżdżenie po lekarzach, szaliki, czapki, płaszcze, zimno i palenie w piecu! Tylko tego mi brakowało! Jesieni jej się zachciało! Perfum! Dobre sobie! Gdzie ty, dziewczyno masz głowę? Po kim ty tak w obłokach bujasz? Wracaj lepiej na dwór i ciesz się słońcem, bo jest lato, rozumiesz? Lato jest! No już, precz! — pani Ford krzyczała zagniewana, zamachując się kuchenną ścierką.

Różyczka czym prędzej wybiegła do ogrodu, płacząc głośno. Szybko ukryła się za drzewem wiśni, gdzie stała ławka i gdzie dziewczynka miała w zwyczaju pisać swoje bajki. Z daleka słyszała jeszcze krzyki zdenerwowanej mamy.

Mała Róża szlochała, skulona na ławce. Wybuch mamy był jak nagłe, niespodziewane uderzenie pioruna w serce i małe, drżące ciało.

— Jak to możliwe — myślała dziewczynka — że nie rozpoznałam nastroju mamy, przecież wyglądała na spokojną… Może jednak powinnam była zaczekać, aż jeszcze dłużej odpocznie po pracy? A może nie powinnam opowiadać o jesieni? Tylko dlaczego? Dlaczego to jesień tak mamę zdenerwowała? Może mama nie lubi jesieni? Czy to możliwe, że boi się jesieni? A może to złe, że mnie się ta pora roku tak bardzo podoba? Jeśli tak, to dlaczego? Czy naprawdę zrobiłam coś złego? Dlaczego trzeba mi to wybić z głowy? — rozmyślała w rozpaczy dziewczynka, czując głęboką niesprawiedliwość z powodu tego, co ją spotkało, a jednocześnie intensywnie poszukując winy w sobie.

Już tyle razy mama krzyczała na nią, gdy próbowała podzielić się z nią swoimi wrażeniami na różne tematy, że Róża coraz częściej zaczynała myśleć o sobie bardzo złe rzeczy.

Wspominając to niezrozumiałe i bardzo bolesne wydarzenie, Róża zmagała się z głębokim uczuciem zasmucenia. Jej małe serduszko było istnym skarbcem kolorowych wrażeń, którymi pragnęła się dzielić. Jednak właśnie zrozumiała, że od tej pory musi być bardzo ostrożna z ich ujawnianiem, szczególnie wobec mamy. Wszystko bowiem wskazywało na to, że z jakiegoś powodu to, co Róży się podobało, budziło w pani Ford wielki gniew.

Rozdział 2

Przemyślenia i decyzje

U schyłku pięknego lata mała Róża, nie widząc innego wyjścia, podjęła smutną decyzję o tym, że nie powie więcej nikomu ani jednego słowa na temat zaobserwowanych przez siebie przemian w naturze.

Jednocześnie, w głębi ducha, miała nadzieję, że być może w międzyczasie uda się jej jakoś rozwikłać tę przykrą sprawę i z czasem będzie jeszcze mogła porozmawiać z mamą o różnych interesujących zjawiskach. Ciągle wierzyła też, że pani Ford kiedyś wreszcie przestanie się denerwować, a ona nie będzie się więcej bać jej krzyków i nagłych wybuchów złości. Marzyła o tym, by mama mogła wyzdrowieć z tej dziwnej choroby, która towarzyszyła jej od tak dawna.

Tak naprawdę nikt do tej pory nie umiał nic poradzić na to, co dolegało pani Ford. Nawet tata Róży, gdy jeszcze był z nimi też nie wiedział, co zrobić, by mamą nie targał ten straszny gniew, którego nigdy nie można było przewidzieć.

Róża była bardzo malutka, gdy tata opuścił ją i jej mamę. W zasadzie dziewczynka nawet niewiele pamiętała z czasów, gdy byli wszyscy razem. Nic wyraźnego, żadne ważne wydarzenia z tamtych lat nie pozostały w jej pamięci. Bo tata był, ale tak jakby w ogóle go nie było.

Miał zazwyczaj poważną, trochę smutną minę, nigdy się nie bawił ani nie śmiał ze swoim dzieckiem. Gdy wracał z pracy, był bardzo zmęczony i zasypiał przed telewizorem. W soboty jeździł z mamą na zakupy i robił to, co mama kazała, to znaczy sprzątał, kosił trawę w ogrodzie i mył samochód. W niedziele zaś znikał na jakieś samotne eskapady. Gdy był akurat w domu, a pani Ford wpadała w gniew i krzyczała, odrywał się od swoich zajęć, podchodził i mówił z grymasem zniesmaczenia na twarzy:

— Opamiętaj się, Helen, po drugiej stronie ulicy cię słychać.

I odchodził. Pani Ford krzyczała często dalej, a Róża uciekała wtedy do swoich kryjówek.

Aż pewnego dnia pan Ford zniknął. Tak po prostu wyszedł z domu i nigdy więcej nie wrócił. Przez jakiś czas Róża nie wiedziała kompletnie nic na temat jego odejścia i nie wolno jej było też o to pytać, bo mama przechodziła załamanie nerwowe i każdy kolejny stres mógł pogorszyć jej stan.

Do małego domku pod Londynem zawitała wtedy ukochana babcia Róży, Aurora Golden, gdyż pani Helen nie była w stanie zajmować się swoim dzieckiem.

To właśnie babcia Aurora wytłumaczyła dziewczynce, że jej tata nie wróci, bo dostał propozycję bardzo dobrze płatnej pracy w Belgii i że nie mógł tam ze sobą zabrać rodziny. Róża domyślała się, że za odejściem taty kryło się coś więcej. Jednak za każdym razem, gdy próbowała dociec prawdy, babcia Aurora stawała się smutna i milcząca, a później powtarzała:

— Może kiedyś będę mogła wyjaśnić ci wszystko dokładnie, ale nie nadszedł jeszcze odpowiedni moment, teraz musimy obie pomóc twojej mamie lepiej się poczuć, Różyczko.

Pomimo tego, że sytuacja była dziwna, pełna tajemnic i niedopowiedzeń, Róża zapamiętała ten czas jako cudowny.

Babcia Aurora nie była zwyczajną babcią. Dziewczynka przeczuwała, że pod postacią czułej, kochającej, ciepłej i zabawnej kobiety skrywa się ktoś nie z tego świata, ktoś kto jest niemalże jak czarodziejska istota z jej ukochanych baśni. To przeświadczenie było w dziewczynce tak samo silne, jak pewność, że zostanie pisarką.

Jej małe, wrażliwe serce stale szeptało, że babcia Aurora jest kimś wyjątkowym i chowa w zanadrzu wielkie sekrety. W świecie małej dziewczynki Aurora zajmowała więc nie tylko poczesne miejsce jako ukochana babcia, ale też cudowna wróżka, której towarzystwo budziło nieustający zachwyt dziewczynki.

Róża była przekonana także, że babcia Aurora zna wszystkie skarby i tajemnice jej dziecięcego serca i darzy je wielkim szacunkiem. Nawet gdyby dziewczynka nie wypowiedziała ani jednego słowa, zachwycając się czymś pięknym, babcia byłaby w stanie przeniknąć wszystkie odcienie uczuć pojawiających się wtedy w jej promiennych oczach i cieszyć się wspólnie z nią trwającą chwilą.

Każde spotkanie z Aurorą, każda rozmowa, każdy spacer były dla Róży wydarzeniem o charakterze magicznym. Za każdym razem dowiadywała się i uczyła czegoś nowego i tak cennego, co było niczym kolejny, błyszczący klejnot, dołożony do skrzyni skarbów pełnej wspaniałych wrażeń, kolorów, zapachów i uczuć, które przeżywała w swoim dziecięcym świecie.

Babcia Aurora miała niezwykły talent do wyjaśniania głębszego znaczenia wszystkiego, co się dzieje. Stale przypominała Róży, że każde wydarzenie przychodzi po to, by lepiej rozumieć i kochać życie.

Dziewczynka niekiedy nie była w stanie pojąć tych wszystkich magicznych rzeczy, o których opowiadała babcia. Starała się bardzo koncentrować i gonić umysłem za jej słowami, ale często było to bezskuteczne. Aurora, widząc gorliwość dziewczynki, uśmiechała się wtedy do niej serdecznie i mówiła:

— Różyczko, nie męcz się tak. To, co naprawdę ważne można poczuć jedynie sercem, nie da się tego wymyślić głową. Poza tym na wszystko musi przyjść właściwy czas. Niektóre sekrety odkrywają się w najmniej spodziewanym momencie. A teraz cieszmy się po prostu wspólną zabawą!

I tak właśnie było zawsze — cudownie i baśniowo, gdy spędzały wspólnie czas. Gdy zaś nadchodziły wakacje, miały go dla siebie co nie miara. Bowiem co roku, na całe dwa letnie miesiące, mała Róża opuszczała stary domek na przedmieściach Londynu i zupełnie sama udawała się pociągiem do miasta Dover, na południe Anglii, a stamtąd do najcudowniejszego dla niej miejsca na świecie, to znaczy do leśnego dworku babci Aurory.

Mama Róży, co roku, w ostatnim dniu czerwca zawoziła dziewczynkę na dworzec, kupowała jej na drogę ciastka, a następnie opiekę nad nią powierzała zawsze temu samemu konduktorowi. Przemiły pan Smith otrzymywał niewielki podarunek za opiekę nad Różą w podróży oraz dopilnowanie, by odebrała ją z dworca właściwa osoba, czyli Aurora Golden.

Babcia Róży przyjeżdżała na dworzec w Dover swoim pięknym, nieco zabytkowym autem terenowym-dżipem, który prowadziła z wielką gracją i opanowaniem. Stałym rytuałem po odebraniu przez nią Różyczki z dworca była ich wspólna wycieczka po porcie Dover, która stanowiła dla dziewczynki źródło nieopisanej radości.

Babcia powtarzała, że choć mieszka w dworku w lesie, pod miastem, to tak naprawdę ma oko na całą Europę. Z portu Dover bowiem, w czasie słonecznej pogody, można dostrzec zarysy wybrzeży Francji.

Kilkakrotnie wspinały się w tym celu razem na białe klify, ciągnące się wzdłuż plaży, skąd godzinami obserwowały mgliste kontury nieznanego lądu. Na Róży robiło to wyjątkowe wrażenie, jej wyobraźnia szybowała do majaczących w oddali zakątków wielkiego świata. Wydawał się jej on tak odległy, a jednocześnie tak bliski tego miejsca, w którym spacerowała z babcią po promenadzie nad plażą, jedząc ciastka, rozkoszując się słońcem i błękitnym niebem.

Słodkie wspomnienia ostatnich dwóch miesięcy spędzonych pod Dover u babci Aurory, które zwykle napełniały serce Róży radością, nagle także poszarzały.

Nie dość, że martwiło ją to, że musi zrezygnować z dzielenia się swoimi obserwacjami natury, to uświadomiła sobie boleśnie także, że cały ten czarodziejski świat, w którym przebywa z babcią Aurorą znika pod wpływem gniewu mamy i że nie wie zupełnie dlaczego w domu nie może być tak jak wtedy, gdy w pobliżu jest jej osobista Dobra Wróżka Aurora.

Do przemarszu zasmucających myśli w ślicznej główce małej Róży po chwili dołączyła kolejna. Dziewczynka zaczęło się bowiem zastanawiać, dlaczego nikt oprócz babci Aurory nie traktował ze zrozumieniem opowieści płynących z jej wyobraźni. Od dłuższego już czasu mała Róża miała wrażenie, jakby wszystkich wokół, a co najdziwniejsze, także jej rówieśników, dotknął jakiś przedziwny wirus zapomnienia o świecie magii. Dla Róży baśniowy świat był równie realny, jak ten, w którym budziła się co dnia. Była jednak w swych odczuciach bardzo osamotniona i coraz bardziej ją to martwiło i niepokoiło.

Po dwóch miesiącach spędzanych z babcią w magicznym dworku pod Dover, Róża była tak przepełniona przygodami i szczęściem letnich dni, że nie zasmucały jej aż tak bardzo złośliwe uwagi dzieci, które wyśmiewały jej pisarskie zacięcie i zainteresowanie pięknem natury. W końcu zawsze miała przy sobie swoich przyjaciół ze świata wyobraźni, a także nowe przygody do zapisania.

Ale w pewnym momencie coś zaczęło się jednak zmieniać. Tak jakby niewidzialny, ale niebezpieczny w działaniu czar złych słów, wypowiadanych systematycznie i długotrwale, zaczął ujawniać swe podstępne skutki.

Mimo, że Róża dalej obserwowała świat natury i jej cudownych zjawisk i dalej przeżywała niewiarygodne przygody w świecie wyobraźni, coraz częściej zastanawiała się, czy to, co robi jest dobre i coraz częściej targały nią wątpliwości, czy w ogóle powinna o czymkolwiek opowiadać.

Ta i wiele innych ponurych myśli opadło radosną zazwyczaj dziewczynkę na początku nowego, sierpniowego dnia. Postanowiła jednak rozpędzić zły nastrój, planując na ten dzień zajęcia i zabawy w ogrodzie. Wstała więc czym prędzej ze swego łóżeczka i wybiegła na dwór, sprawdzić jak wysoko słońce wspięło się już na niebo.

Rozdział 3

Zniknięcie Wróżki

Był to jeden z tych ostatnich dni lata, gdy słońce ukazywało światu swoją pyzatą, uśmiechniętą buzię, świecąc niemal od rana do wieczora.

Róża, zgodnie z postanowieniem, całe przedpołudnie zajmowała się uprawą swojego małego zagonka z kolorowymi kwiatami w przydomowym ogródku. Przyglądanie się bajecznym roślinkom, z których większość pochodziła z ogrodu babci Aurory, spod Dover, rozpromieniało serce dziewczynki i złagodziło wcześniejszy smutek.

Wszystko wskazywało na to, że cały dzień minie tak przyjemnie i beztrosko, gdy nagle, w jednej dosłownie chwili, świat małej Róży wywrócił się do góry nogami. Od tej pory nic już nie miało być takie samo.


Helen Ford weszła do ogrodu wolnym, ociężałym krokiem. Pochylająca się nad kwiatami Różyczka zamarła w bezruchu, widząc, jak mama otwiera furtkę, popycha ją gwałtownie, zatrzaskując z hukiem, a następnie wlecze się noga za nogą ku frontowemu wejściu do ich małego domku. Wyraz twarzy pani Helen mógł zwiastować wyłącznie kłopoty. Dziewczynka patrzyła w napięciu, jak mama zbliża się do domu.

W momencie, gdy pani Ford doszła do drzwi, zatrzymała się i odwróciła na chwilę w kierunku dziecka. Następnie lodowatym tonem zakomunikowała:

— Nasza kochana Aurora, twoja babka, postanowiła zrobić nam bardzo przykrą niespodziankę. Wczoraj rano odeszła z tego świata. Tak, tak, wiem. Masz bzika na jej punkcie. Ale taka jest prawda. Chcę cię widzieć za pół godziny w domu, przy stole. Teraz jestem zbyt zmęczona, żeby z tobą rozmawiać. A jest o czym. Bo Aurora, jak to Aurora, nie pozostawiła nas bez niespodzianek.

W tym momencie, gdy pani Helen odwróciła się i otworzyła drzwi domu, Róża zaczęła głośno płakać.

— Przestań, dziecko! Takie jest życie, tym płaczem nie sprawisz, żeby babka wróciła! — po czym weszła do domu.

Mała Róża tymczasem szlochała tak głośno i tak mocno, a jej małe, gorące serduszko było rozdarte tak boleśnie z powodu usłyszanej wiadomości, że z rozpaczy upadła na ziemię tuż pod drzewem wiśni.

Wiadomość przekazana przez mamę była druzgocząca. Wywołała przeszywający ból. Szczególnie, że jeszcze kilka dni temu przeżywała wspólnie z babcią najwspanialsze wakacyjne przygody w leśnym dworku pod Dover i babcia wydawała się przecież całkowicie zdrowa.

Bawiła się z Różą, dorównując jej radością życia, energią i zapałem w projektowaniu kolejnych leśnych wycieczek, poszukiwaniu skarbów natury, pieczeniu chleba w leśnym dworku, a także ziemniaków i kiełbasek w ognisku, w grzybobraniach, w zabawach w ogrodzie, czy też nocnych czuwaniach na przydomowym tarasie i rozpoznawaniu gatunku ptaków zamieszkujących okoliczne lasy. Nowym przygodom, pomysłom i wyzwaniom nie było końca. A wszystkiemu towarzyszył cudowny uśmiech i wielka troskliwość babci Aurory.

— To niemożliwe, co teraz będzie, co teraz będzie? — powtarzała Róża, szlochając cicho i próbując podnieść się z ziemi.

Nagle przyszło jej do głowy, że może jednak coś źle zrozumiała, że może jeszcze się okaże, że babcia wcale nie umarła. Postanowiła wstać i pójść do domu, do mamy, zobaczyć, co jej powie. Drobny promyk nadziei rozpalił się w jej sercu. Otarła buzię z łez i wolnym krokiem weszła do domu.

Pani Helen siedziała przy stole w kuchni milcząca i bardzo ponura. W ręce trzymała jakieś pismo i studiowała je bardzo uważnie. Gdy dziewczynka zajęła cicho miejsce tuż obok niej, powiedziała nagle:

— Nie do uwierzenia! Po prostu nie do uwierzenia, co ona zrobiła! — Słuchaj zatem! — Helen Ford wściekłym głosem zwróciła się do Róży. — Twoja babka Aurora zmarła we śnie na zawał serca. Nigdy wcześniej nie chorowała i nie leczyła się na serce. Stało się, po prostu. Dlatego przez całe lato bawiła się z tobą, bo najzwyczajniej nic jej nie było. Takie rzeczy się zdarzają, no cóż…

Róża znowu zaczęła szlochać, bo oto mama odebrała jej ten ostatni, malutki promyk nadziei, który dziewczynka ujrzała w swoim ewentualnym niezrozumieniu słów pani Helen. Teraz to był już koniec. Do dziewczynki dotarło, że ta straszna wiadomość jest prawdziwa, że ukochana Aurora naprawdę ją opuściła!

— Uspokój się dziecko, jeszcze nie skończyłam! — rzuciła gniewnie Helen Ford.

Prawnik Aurory poinformował mnie o tym, że twoja babka zostawiła testament, w którym już ponoć dawno temu spisała swoją wolę. Ale nasza nieprzewidywalna Aurora oczywiście musiała nawet w tej sprawie postąpić na swój jedyny, wyjątkowy sposób! Zgodnie bowiem z jej życzeniem, otwarcie i odczytanie testamentu ma nastąpić dokładnie w dniu twoich osiemnastych urodzin! — Helen Ford powiedziała te słowa dobitnie i z wielkim oburzeniem! — Teraz zaś dworkiem pod Dover będzie zajmować się opłacony przez babkę zarządca, pan Holden, znasz go przecież. I zapewne też to on będzie opiekować się babci majątkiem, bo nie od dziś wszyscy dobrze wiemy, że kochana, marzycielska Aurora całkiem nieźle radziła sobie w swoich artystycznych przedsięwzięciach i na malowaniu atłasów i sprzedaży ich w Europie zgromadziła całkiem pokaźną sumkę! — Helen Ford wykrzywiła usta w grymasie niesmaku. — Oczywiście wiemy też dobrze o tym, że wprawdzie na twoim punkcie miała bzika, moje drogie dziecko, ale mnie za to nie cierpiała w oczywisty sposób i tylko ze względu na twojego ojca, który spaprał nam życie, była cały czas blisko i zajmowała się tobą. Oto więc, gdy postanowiła prysnąć z tego świata, w najmniej spodziewanym momencie zresztą, zostawia nas, a przede wszystkim ciebie, o zgrozo, z pustymi rękami!

Róża patrzyła na mamę, z wyrazem zdumienia i niezrozumienia na swojej zapłakanej buzi.

— Co to znaczy, że zostawia nas z pustymi rękami, mamusiu? — ośmieliła się odezwać po chwili.

— To znaczy, że tak cię bardzo kochała, że nie zostawiła ci w spadku ani centa, rozumiesz! — pani Helen uderzyła pięścią w stół. — Możesz zapomnieć o kolejnych wakacjach, bo dworek pod Dover nie jest już twoim letnim domem, pewnie nawet więcej go już nie zobaczysz, bo kto wie, co ta pseudo wróżka wykombinowała i jakiej organizacji go przekazała w testamencie. Ot, kochana Aurora! Nie dość, że dała nogę, to jeszcze z jakim przytupem. Zemściła się na mnie, rozumiem, ale czemu twoim kosztem? Tak cię przecież ponoć kochała… — wyraźnie drwiącym tonem dodała Helen. — No cóż, dziecko. Tak to już jest. Dlatego lepiej nie pozwalać sobie na żadne sentymenty. Zapamiętaj to sobie, Różo dobrze! Oszczędzi ci to w przyszłości wielu rozczarowań i im szybciej wyleczysz się ze swojej wrażliwości, tym lepiej! — mówiąc to pani Ford wstała od stołu i wyszła do ogrodu.

Po policzkach Róży spływały wielkie, gorące łzy. Dziewczynka oparła głowę na stole i szlochała, pogrążona w głębokim smutku.

Powoli docierało do niej, że szczęśliwa epoka Babci Aurory minęła bezpowrotnie.

Popołudnie było bardzo ciepłe i bezwietrzne. Mała Róża wyszła do ogrodu i otępiałym wzrokiem wodziła po kwiatach na zagonku, który sama uprawiała. Miała wrażenie, że w jednej chwili wszystkie kolory zblakły. A przecież jeszcze kilka godzin temu, gdy rano wchodziła do ogrodu, rośliny wydawały się tak pełne życia, a ich barwy wabiły i nie pozwalały oderwać oczu. Mimo wysokiej temperatury powietrza, dziewczynka czuła, że ogarnia ją przenikliwy chłód, mający swoje źródło w krwawiącym z żalu serduszku.

— Co teraz będzie? — myślała w wielkiej rozpaczy. — Czy już nigdy nie będę mogła nikomu opowiedzieć o tych niewidzialnych sprawach, które babcia Aurora przyjmowała z tak wielkim zrozumieniem? Czy to możliwe, że nigdy nie zobaczę już leśnego dworku pod Dover, który jest najpiękniejszym miejscem na całym świecie i z którego można było ujrzeć całą Europę?

I jeszcze ta jedna straszna rzecz, o której mówiła mama… Czy to prawda, że babcia mnie nie kochała i zabrała wszystko, co wiąże się z jej pięknym domem i oddała to obcym ludziom? — tysiące ponurych myśli kłębiło się w głowie małej Róży, a z jej jasnych jak gwiazdy i błękitnych jak niebo oczu znowu zaczęły spływać ciężkie, pełne bólu łzy.

Płacząc, przysiadła na ławce pod drzewem wiśni, które tak uwielbiała, gdy nagle ujrzała coś, co wyrwało ją w jednej chwili z letargu, w jaki wpadła, zamartwiając się.

Znieruchomiała z wrażenia, patrząc na wiśniowe drzewo, które miała dosłownie na wyciągnięcie ręki. Bowiem wśród dorodnych liści, tworzących zwisające zielone baldachimy, ujrzała … rozwijające się, zupełnie, jak wiosną, nowe, świeże, pachnące upojnie kwiaty!

Dokładnie w ostatnim dniu sierpnia, na sam koniec wakacji i lata, tuż przed nadejściem jesiennych czarów, drzewo wiśni obsypało się świeżymi kwiatami!

Dziewczynka patrzyła urzeczona, nie mogła pojąć, jak to się stało. Obserwowała świat natury na co dzień, więc wiedziała dokładnie, że wiosną pojawiają się kwiaty na drzewach owocowych, by w jakiś czas później, w pełni lata, przemienić się w pyszne owoce. Ale teraz przecież było coraz bliżej jesieni, tym bardziej, że zaczęła ona już ujawniać znaki swego nadejścia.

Mała Róża poczuła więc, że jest to bardzo niezwykłe wydarzenie i że na pewno kryje się za nim jakaś tajemnica. Jej promienna zwykle twarzyczka poszarzała ponownie ze smutku, gdy dziewczynka uświadomiła sobie, że jedynej osoby, która mogłaby tę tajemnicę znać i wyjaśnić nie będzie już mogła o nic zapytać.

Wstała z ławeczki i podeszła do ogromnego, rozłożystego drzewa. Zbliżyła nosek do delikatnych, blado-różowych kwiatów. Pachniały tak pięknie, że zaparło jej dech w piersiach. Słodki eliksir płynący z kwiatów wiśni był jak przynoszący ulgę kompres, położony na ranę w jej obolałym sercu. Przez chwilę zapomniała o wszystkim, chłonąc upojny, niepodobny do żadnego innego, zapach. Cofnęła się o dwa kroki, po czym ponownie usiadła na swojej ławeczce.

Kwiaty, poruszone jej dłońmi uwolniły tyle aromatu, że otoczył on delikatną mgiełką cały zakątek, w którym przebywała Róża. Dziewczynka siedziała, wdychając oszałamiające, wiśniowe perfumy i wpatrywała się w drzewo. Łzy przestały płynąć z jej pięknych oczu. Miała wrażenie, że wszystko, co widzi przed sobą, staje się jakby mniej wyraźne.

Różowe kwiaty stawały się coraz większe, to znów malały i odpływały, znikając gdzieś za horyzontem. Dziewczynka położyła się na ławce, zwinęła w kłębek, tymczasem obraz znowu zaczął falować. Powoli wszystko stawało się coraz bardziej rozmyte i coraz bardziej różowe, zabierając zmęczoną Różyczkę w podróż do krainy snu.

Rozdział 4

Po drugiej stronie snów

Pędy potężnych, nieznanych roślin o niewiarygodnie lśniących, wręcz świecących liściach, płożyły się na ścieżce, którą stąpała Róża. Dziewczynka poruszała się bardzo wolno, co chwilę przystawała, rozglądając się uważnie i z wrażenia wstrzymywała oddech. Wszystko wskazywało na to, że w jakiś niezrozumiały sposób znalazła się w niezwykłym, tajemniczym lesie, niepodobnym do żadnego z tych, jakie wcześniej znała z baśni.

Drzewa rosnące wzdłuż ścieżki były tak wielkie i tak rozłożyste, że trudno było się zorientować, gdzie kończy się jedno i zaczyna następne. Te rosnące najbliżej miały ogromne, mięsiste liście w kształcie serca. Sprawiały one wrażenie półprzezroczystych, zaś płyn przelewający się w środku falował subtelnym złoto-seledynowym światłem. Dlatego wyglądało to tak, jakby cały las świecił.

Nieco dalej, pomiędzy potężnymi pniami magicznych drzew, Róża dostrzegła ogromne kwiaty w olśniewających odcieniach różu i lawendy. Wyglądały niczym gigantyczne siostry stokrotek, z tym, że ich płatki, podobnie, jak liście wielkich drzew, nie były płaskie i cienkie, tylko grube, mięsiste, półprzezroczyste, również wypełnione płynnym różowo-złotym światłem.

Mimo, że drzewa były naprawdę wielkie, kwiaty lekko przerażały swoimi rozmiarami, a miejsce nieznane, mała Róża prawie wcale nie odczuwała strachu. Jedynie ogromną ciekawość i zachwyt nad zaczarowanym otoczeniem, w jakim się znalazła.

Stopniowo ścieżka, którą szła dziewczynka, zaczęła się rozwidlać, ukazując w oddali jasną przestrzeń, na kształt skąpanej w słońcu polany.

Róża była już bardzo blisko tego miejsca, gdy nagle usłyszała za sobą dziwny szelest.

Odwróciła się gwałtownie, ale jedyne, co zobaczyła, to opadające wolno na ścieżkę, złote drobinki jakiegoś pyłu. Spadając na ziemię, mieniły się w słońcu, niczym drobinki pokruszonego bursztynu.

Różyczka pomyślała, że przecież nie ma się czego bać, bo nawet jeśli jest tu w pobliżu jakaś istota, to skoro rozsiewa taki skrzący pył, z pewnością nie może zrobić nikomu krzywdy.

Zaciekawiona i już spokojniejsza ruszyła dalej, gdy nagle znowu usłyszała ten sam dźwięk. Postanowiła nie odwracać się, tylko zatrzymać i zaczekać. Tym razem szelest trwał dłużej, przypominał cichy wiatr, przynoszący latem ożywczy powiew. Powoli odwróciła się, ale tym razem znowu tylko chmurka złotego pyłu opadła wolno do jej stóp, przemieniając się natychmiast w bursztynowe drobinki.

— Jakie to wszystko dziwne, ale jakie piękne! Jakie bardzo, bardzo piękne! — pomyślała Róża, nie mogąc oderwać wzroku od mieniącej się złotem ścieżki.

Gdy wolno podniosła wzrok i spojrzała przed siebie, w kierunku zalanej światłem polany, krzyknęła ze zdumienia. Oto bowiem, ukazał się jej oczom widok tak nieskończenie magiczny, tajemniczy i niewiarygodny, że uczucie zdumienia nie mogło nijak pomieścić się w jej małym sercu.

— Och, co to, co to! Kim jesteś?! Kim jesteś?!


Na lśniącej polanie, skąpany w blasku tysięcy odcieni różu i złota siedział, w majestatycznej pozie, cudowny, ogromny ptak, należący do legendarnego gatunku feniksów.

Poruszając ogromnymi, szeroko rozłożonymi skrzydłami, wprawiał w delikatny ruch powietrze, owiewając buzię Różyczki kojącym podmuchem. Dziewczynka patrzyła urzeczona. Ptak wyglądał jak postać z najpiękniejszej baśni, a najbardziej oszałamiający w jego wyglądzie był kolor skóry i piór. Był on bowiem… różowy! Zaś końce jego skrzydeł, dziób i pióropusz na głowie skrzyły się od złotego pyłu, który przy każdym ruchu opadał na ziemię, zamieniając się w bursztynowe okruszki.

— Witaj Różo! — anielski, aksamitny głos popłynął w kierunku dziewczynki, a cały baśniowy las zdawał się drżeć w radosnym oczekiwaniu na coś niezwykłego.

Róża stała jak zaczarowana, wpatrując się swymi ogromnymi, błękitnymi oczami w cudowną istotę przed sobą.

— Witaj! — odrzekła onieśmielona dopiero po dłuższej chwili.

— Droga Różo, niczego się nie obawiaj, jesteś całkowicie bezpieczna — ponownie odezwał się ptak głosem, który był jak płynny aksamit. — Jestem Różowym Feniksem, zaś miejsce, w którym się znalazłaś to moje królestwo. Różowe Królestwo, jak pewnie zdążyłaś już zauważyć — mówiąc to ptak zawiesił swój piękny głos i uśmiechnął się ciepło.

Róża uspokoiła się nieco i odetchnęła z ulgą, bo wiedziała już przynajmniej, że nie musi się niczego obawiać. Jednak tyle pytań na temat tego, co się dzieje cisnęło się jej do głowy, że postanowiła przełamać onieśmielenie i odezwała się do Feniksa.

— Czy możesz mi powiedzieć, panie Różowy Feniksie, skąd się tu wzięłam i co to wszystko znaczy… I jeszcze chciałabym powiedzieć, że jesteś najpiękniejszą istotą, jaką kiedykolwiek widziałam… — mała Róża westchnęła z wielkiego zachwytu. Jej słowa były zaś tak szczere, tak autentyczne, jak tylko szczere i autentyczne mogą być słowa pochodzące z niewinnego serca.

— Dziękuję ci droga Różyczko, jesteś niezmiernie uprzejma i miła. — uradowany ptak poruszył lekko skrzydłami, a ciepły podmuch powietrza ponownie dotknął buzi Róży ożywczym tchnieniem. — Kochana dziewczynko, będzie mi niezwykle miło, jeśli będziesz nazywać mnie po prostu Feniksem. Chciałbym, żebyś wiedziała, że znalazłaś się w moim królestwie, przekraczając we śnie granice dwóch światów. I znalazłaś się tu także nieprzypadkowo. Kiedy ze zmęczenia zapadłaś w głęboki sen na ławeczce pod drzewem wiśni, w swoim umyśle napotkałaś ścieżkę prowadząca do lasu, w którym się teraz znajdujemy. Ścieżka pojawiła się przed tobą dlatego, że wcześniej, razem z Lśniącymi Istotami, które tu mieszkają oraz z twoją babcią Aurorą tak pokierowaliśmy naszymi zgodnymi myślami, by ukazały ci się w magicznej postaci i byś dzięki temu chciała i mogła do nas przybyć.

Słowa Feniksa ponownie odebrały mowę Róży. Ich treść w połączeniu z głosem o najbardziej anielskiej barwie wywoływały po prostu zbyt wielkie wrażenie, by móc normalnie myśleć i reagować.

Jednak na dźwięk imienia swojej babci dziewczynka drgnęła, a grymas smutku wykrzywił jej buzię. W jednej chwili wszystko się jej przypomniało.

— Ach, Feniksie! Dlaczego mówisz o mojej babci, jakbyś ją znał i jakby ona… Jakby ona… Przecież ona właśnie… — łzy zaczęły spływać po policzkach Róży, a głos jej się załamał. Nie była w stanie wykrztusić z siebie tych strasznych słów o tym, że Aurora odeszła.

— Drogie dziecko, mam nadzieję, że to, co teraz powiem, będzie dla ciebie pocieszeniem i zdejmie choć w części ciężar smutku z twojego zatroskanego serca. Posłuchaj uważnie. Twoja babcia Aurora przebywa obecnie w jednym z najpiękniejszych królestw, jakie istnieją we wszechświecie. To Królestwo Tęczy. Podróżując wcześniej po ziemi wybrała dla siebie właśnie to, a nie inne królestwo. A wybrała je w taki sposób, że zawsze słuchała tego, co mówiło jej serce, nauczyła się rozpoznawać, rozumieć i kochać jego głos. Uważnie przyglądała się temu, ku jakim kolorom, wydarzeniom i sprawom ją ono prowadzi. W jej sercu była cała paleta subtelnych kolorów, dokładnie tak samo jak w tęczy. W tęczy jest miejsce dla każdego koloru, każdy jest tak samo ważny i potrzebny, bo gdyby któregoś zabrakło, tęcza nie byłaby tym, czym jest.

Aurora głęboko rozumiała, jak ważne jest traktowanie wszystkich ludzi i innych istot, jako dokładnie tak samo cennych. Wiedziała, że to właśnie dzięki różnorodności ich charakterów, upodobań i wyglądu, świat staje się nieskończenie ciekawy i pełny siebie po brzegi.

Składając więc hołd równości i różnorodności, Aurora stworzyła dla siebie ze swoich uczuć i wiedzy swego serca, oszałamiająco piękny, tęczowy dom w Tęczowym Królestwie. Kiedy tylko przekroczyła granicę światów, zasypiając na ziemi po raz ostatni, przeniosła się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, do swojej nowej ojczyzny. Zapewniam cię, Różyczko, że jest ona teraz bardzo szczęśliwa i pozostanie taka na zawsze. Miałem wielki zaszczyt z nią porozmawiać. Tęczowe Królestwo jest bardzo bliskie mojemu sercu, jego właściwości są spokrewnione z tymi, którymi pulsują różowe włości mojego własnego królestwa. Wystarczy, że skoncentruję się na wszystkich kolorach tęczy i w jednej chwili przenoszę się na bajecznie kolorowe łąki królestwa, w którym przebywa Aurora.

To ona właśnie przysłała mi wiadomość, którą odebrałem swoimi myślami, że zostałem wybrany przez istoty zamieszkujące Tęczowe Królestwo do wykonania niesłychanie ważnej misji, mającej związek z tobą. Czy chcesz o coś zapytać, Różyczko? Powiedz tylko, wszystko ci wyjaśnię — Feniks przerwał opowieść, widząc rosnące zdumienie i przerażenie na twarzy dziecka.

— Więc babcia Aurora żyje? I to w najpiękniejszym miejscu na świecie? — z wyrazem niepomiernego zdumienia zakrzyknęła dziewczynka. — Czy ja też mogę z nią porozmawiać? — dodała cicho.

— Widzisz, droga Różyczko — powrócił do wyjaśnień Feniks — Aurora nie powróci już w takiej postaci, w jakiej wcześniej przebywała na ziemi, bo jej podróż po świecie dobiegła końca. Na wszystko zawsze przychodzi odpowiedni czas i czas twojego spotkania z Aurorą także nastanie. Najpierw spotkasz ją kilkakrotnie czasie wizyty w moim królestwie. Będzie to wielkim pocieszeniem dla twojego serca. A kiedyś, w przyszłości, wtedy gdy podobnie jak ona, stworzysz w swoim sercu własne królestwo z wiedzy, uczuć, ich barw i odcieni, będziesz mogła porozumiewać się z nią i spotykać bez przeszkód. Jeśli twoje własne królestwo będzie pokrewne w swojej budowie, w swoich życzeniach, marzeniach i intencjach do tego, jak wygląda, jak pachnie i czym pulsuje Tęczowe Królestwo Aurory, spotkanie z nią będzie tak proste jak wypowiedzenie życzenia.

— Czy długo mi to zajmie, Różowy Feniksie? — zastanowiła się Róża.

— Tak, Różyczko. Długo. Ale to będzie wspaniały czas, najpiękniejsza podróż, pełna wspaniałych przygód, jeśli tylko zdecydujesz, żeby taka była. Spotykamy się teraz w twoim śnie właśnie dlatego, abyś mogła stworzyć swoje wymarzone królestwo, w zgodzie z tym, czym lśni twoje serce. W tej chwili bowiem na ziemi zagraża ci wielkie niebezpieczeństwo, które może odebrać ci kolory i radość życia, a w związku z tym uniemożliwić zbudowanie własnego królestwa.

Dziewczynka z wrażenia, ale też z ogromnego zmęczenia od nadmiaru emocji, przysiadła wśród magicznych kwiatów, na skąpanej w różu i złocie polanie. Przez chwilę w milczeniu przyglądała się tej olśniewającej istocie siedzącej przed nią i rozważała sens jej słów.

To, co mówił Feniks było niesłychanie zdumiewające. Jednocześnie, w dziwny sposób treść jego słów, wypowiadanych aksamitnym, kojącym głosem, trafiała bezpośrednio do drżącego z wrażenia serduszka Róży. Wszystko było też tak dziwnie bliskie i zrozumiałe, jakby słowa tej różowej istoty znała i słyszała już kiedyś dawno temu.

— Co to znaczy, że zagraża mi niebezpieczeństwo, Różowy Feniksie?

Magiczny ptak patrzył na Różę z najmilszym, najcieplejszym uśmiechem, jaki można sobie wyobrazić.

— Za chwilę wszystko ci wyjaśnię, mała Różo. Zanim to jednak uczynię, proponuję żebyś nieco odpoczęła po tylu ekscytujących wrażeniach. Wyglądasz na bardzo zmęczoną, a mam ci do powiedzenia niesłychanie ważne rzeczy. Twoje skupienie i uwaga będą bardzo potrzebne, żebyś mogła zrozumieć, w jaki sposób powstrzymać ciemne siły, które ci zagrażają.

Róża ponownie drgnęła na te słowa, ale zmęczenie rzeczywiście wzięło górę, bo po chwili widok siedzącego naprzeciw Feniksa spowił się delikatną mgłą. Wszystko wokół zaczęło falować, kołyszącym rytmem, a z nieba nad lasem sfruwały wolno do stóp dziewczynki puszyste, różowe obłoczki, by mogła spać jak księżniczka.

Rozdział 5

Pomiędzy światami

Mała Róża obudziła się na ławeczce pod drzewem wiśni, z uczuciem wielkiego spokoju. Przecierając oczy, zmęczone od wylanych wcześniej łez, próbowała powstrzymać ostatnie, odpływające obrazy swego niezwykłego snu. Niestety jeszcze tylko pojedyncze słowa i kolory majaczyły gdzieś daleko, na obrzeżach rozespanego umysłu. Wiedziała tylko, że to był wspaniały, kojący, baśniowy sen, pełen koloru różowego. Tak, tego jednego była pewna. Wszystko, co widziała i przeżyła we śnie, spowite było olśniewającymi odcieniami koloru różowego i przepełnione wielką dobrocią i spokojem.

Patrzyła jeszcze przez chwilę w niebo, na którym dopalały się ostatnie ciepłe promyki słońca. Nagle jednak przypomniała sobie o tym, co wydarzyło się, gdy mama wróciła z pracy. Grymas bólu ponownie wykrzywił jej piękną twarzyczkę pod wpływem myśli o babci Aurorze.

Przez chwilę łudziła się jeszcze, że to nieprawda, że to wszystko się nie wydarzyło, że babcia nie umarła. Jednak, gdy mama weszła do ogrodu, by zawołać dziewczynkę na kolację, Róża zrozumiała, że nie ma żadnej nadziei:

— Róża, szybko do domu! — zawołała pani Ford-musisz teraz zjeść, bo mamy do omówienia kilka spraw. Wczesnym świtem wyjeżdżam do Dover na pogrzeb. Szybko, do domu!

Dziewczynka usiadła po cichu przy stole w salonie, wracając myślami do swego snu. Tak niewiele szczegółów pozostało w jej pamięci oprócz tego, że była w jakimś cudownym miejscu. Przyszło jej do głowy, że to chyba musiało być niebo. Niebo w kolorze różowym, więc też najcudowniejsze, jakie mogła sobie wyobrazić.

— Posłuchaj mnie, dziecko — surowy ton pani Ford wyrwał Różę z zamyślenia. — Jutro rano pojadę do Dover najwcześniejszym pociągiem, który odjeżdża w tamtym kierunku. Ty masz rozpoczęcie roku szkolnego, nazajutrz jest pierwszy dzień zajęć, więc uznałam, że nie będziesz zaczynać nauki od nieobecności. Zresztą… — pani Helen zamyśliła się, patrząc w kierunku okna. — Może tak dla wszystkich będzie lepiej. Ostatnimi wspomnieniami związanymi z Aurorą staną się dla ciebie te wakacyjne, kiedy była ona pełna sił i radości i zapewniała ci coraz to nowe rozrywki. Łzy i smutek towarzyszące pożegnaniu nie są dla dzieci. Poza tym — Helen znowu zawiesiła głos — będzie tam jej syn. (Pani Helen nigdy, od czasu, gdy tata Róży zniknął, nie nazwała go jego imieniem, nie wspominała go prawie nigdy, a jeśli to robiła, mówiła tylko: „twój kochający tatuś” lub tylko „syn Aurory”). — To on ma mi przekazać dokumenty od prawnika z tym, co tam wymyśliła sobie twoja babka. Mam nadzieję, że nigdy więcej tego człowieka nie zobaczę, a na pewno zadbam o to, żebyś ty też nie miała okazji! — gdy tylko pani Ford wspomniała swego byłego męża, w jednej chwili jej twarz stężała od gniewu. Ze złości nie mogła dalej mówić. Patrzyła jedynie wściekłym wzrokiem w okno. Po chwili, gdy nieco się uspokoiła, dodała tylko dobitnie. — Nie będzie mnie tylko niecałe dwa dni, w tym czasie zajmie się tobą nasza sąsiadka, pani Ann. Zostanie z tobą na noc, przygotuje posiłki i wyprawi cię do szkoły. Bardzo proszę, żebyś jej słuchała i nie hałasowała, bo ona nie znosi krzyków małych dzieci. Podobnie zresztą jak ja. A teraz zostaw mnie samą, bo muszę się szybko spakować i choć trochę uspokoić.

Róża wyszła bez słowa z salonu do ogrodu. „Uspokoić”. Dziewczynka dobrze wiedziała, co to słowo oznacza w ustach mamy, gdy jest ona szczególnie wzburzona. Za chwilę zacznie słynny rytuał losowania najładniejszej butelki z winem ze swojej pokaźnej kolekcji. Będzie długo przyglądać się całej zawartości szafki z alkoholem, a później brać po kolei do ręki każdą butelkę, oglądać ją uważnie, dotykać, czytać etykietkę, aż wreszcie zastosuje dziecinną wyliczankę, wybierając swoją najlepszą pocieszycielkę.

Róża widziała ten rytuał tyle razy, schowana za drzwiami, iż teraz nawet nie musiała się niczego domyślać. Wszystko było do przewidzenia.

W ogrodzie dziewczynka znowu usiadła na swojej ławeczce pod drzewem wiśni, ale słońce zniknęło za linią horyzontu już dawno temu i robiło się wyraźnie coraz chłodniej. Popatrzyła jeszcze przez chwilę na świeżo rozkwitłe, wiśniowe kwiaty. Były na swoim miejscu i wyglądały imponująco.

— Co teraz będzie? — pomyślała. — Co ja zrobię bez ciebie babciu Auroro? Kto będzie opowiadać mi o wróżkach?

Dreszcz smutku i chłodu panującego na dworze przebiegł po plecach małej Róży. Ociężałym krokiem wróciła do domu, zmęczona i smutna. Jednak w momencie, gdy położyła się spać i pierwsze senne krajobrazy zamajaczyły przed jej błękitnymi oczyma, poczuła ponownie wielką ulgę i błogość. Uczucia te pojawiły się w okolicach serca i stopniowo obejmowały całe ciało kojącą, otulającą mgłą zapomnienia. Z każdą chwilą rzeczywistość oddalała się coraz bardziej, by ustąpić miejsca niewiarygodnemu pięknu niezliczonych odcieni różu.

Rozdział 6

Pejzaże Różowego Królestwa

— Droga Różyczko, widzę, że nieco odpoczęłaś? Witaj ponownie w moim Królestwie! — wielki, różowy ptak pochylał się nad dziewczynką, która właśnie przecierała oczy po krótkiej drzemce, ale także przecierała je ponownie z wielkiego zdumienia.

— Ojej, myślałam, że to wszystko mi się przyśniło, a ty jednak istniejesz, Feniksie! — powiedziała, uśmiechając się dziewczynka.

— Tak się cieszę, Różyczko, że się uśmiechasz, że moja obecność cię cieszy, zamiast przerażać. Teraz będę mógł wyjaśnić ci wszystko, co wiąże się z twoim przybyciem tutaj.

— O tak, Różowy Feniksie, już ci mówiłam, że jesteś najpiękniejszą istotą, jaką kiedykolwiek widziałam. Bardzo kochaną i dobrą. Jesteś jak anioł. I do tego anioł w najpiękniejszym kolorze na świecie — mówiąc to, Róża ponownie uśmiechnęła się od ucha do ucha.

Feniks też zaśmiał się serdecznie swoim balsamicznym, aksamitnym głosem, a las wokół zdawał się mu wtórować dźwięcznym drżeniem liści, poruszanych ciepłym wiatrem.

Nagle wyraz zadumy pojawił się na twarzy Róży, a w ślad za nim pytanie, które również nieco przygasiło uśmiech Feniksa.

— O piękny Feniksie, właśnie przypomniało mi się, co powiedziałeś wcześniej, to znaczy, że znalazłam się tutaj, bo grozi mi wielkie niebezpieczeństwo. Czy możesz mi wytłumaczyć, co to znaczy? Czy to ma jakiś związek z odejściem babci Aurory do Tęczowego Królestwa?

— Droga Różo! — zaczął wolno i z powagą Feniks. — Twoja babcia Aurora zaraz po tym, jak przedostała się do swojego Tęczowego Królestwa, została ostrzeżona przez moce dobra, czuwające nad ziemskimi sprawami, że radosne przeznaczenie jej ukochanej Różyczki zostało zagrożone wskutek nadchodzących wydarzeń.

Wyjaśniono jej, że zbliżające się niebezpieczeństwo związane jest z tym, że zawiera ono w sobie pewien szczególny rodzaj trucizny. Działanie tej trucizny zaś polega na tym, że z serca i umysłu dziecka wymazywany jest stopniowo magiczny świat zaufania, radości życia oraz przede wszystkim pewności siebie i wiary w to, że jest się wspaniałą istotą, zasługującą na wszystko, co najlepsze. Jednocześnie na miejsce tych pięknych, dobrych przekonań wpisywany jest podstępnie przez siły ciemności, niszczycielski program polegający najprościej mówiąc na tym, że zarażone nim dziecko, dorastając, zaczyna stopniowo coraz bardziej działać na własną szkodę. Człowiek pod wpływem tego okrutnego wirusa zachowuje się tak, jakby żył pogrążony w koszmarnym śnie, pełnym przemocy i walki. Tylko nie zdaje sobie sprawy z tego, że w jego sercu i głowie utkwiły raniące haczyki sił zła i dlatego myśli, że to czego doświadcza, to jego prawdziwe życie. — zawiesił głos ze smutkiem Feniks.

— Czyli mnie też grozi, że siły ciemności złapią mnie na takie haczyki? — zapytała z przerażeniem Róża.

— Tak, dziecko, niestety to właśnie ci grozi. Ale dobra wiadomość jest taka, że mimo, iż zagrożenie się pojawiło, to jest wielka szansa, by je unieszkodliwić i w ten sposób przywrócić cię na drogę twojego radosnego przeznaczenia. Dzięki temu, że jesteś bardzo emocjonalnie związana z babcią Aurorą i wasze dusze są podobne i dzięki temu, że ona odchodząc do Tęczowego Królestwa została ostrzeżona w twojej sprawie, istnieje wielka szansa, że nie dopuścimy do tego, by siły zła zrealizowały swój plan. Spróbujemy je ubiec zawczasu. Będzie to wymagało jednak koncentracji z twojej strony, a także zaangażowania w naukę, jaką chcemy ci tu przekazać. Bo będziesz musiała nauczyć się kilku ważnych rzeczy. Czy zgadzasz się na to, drogie dziecko?

— Och, kochany Feniksie! Przecież ja bardzo, ale to bardzo chcę zostać pisarką i opowiadać w swoich własnych książkach najpiękniejsze historie, jakie przyjdą mi do głowy! — zakrzyknęła z gorliwością i ujmującą szczerością Róża. — Zrobię, co powiesz, żebym mogła spełnić moje marzenia — dodała ciszej.

— A więc dobrze, kochane dziecko — Feniks uśmiechnął się do niej z czułością w oczach. — Abyś mogła wszystko właściwie zrozumieć, będziemy musieli udać się do południowej części mojego królestwa, tam gdzie znajduje się mój pałac, położony w czarującym miejscu zwanym Lasem Milinów.

Choć w całym moim królestwie powietrze jest bardzo rześkie, przejrzyste i pełne barwnych fluidów, to w okolicach, gdzie znajduje się mój pałac, dzieją się rzeczy magiczne. Drzewa milinowe emanują tak niezwykłą, jasną mocą i czynią powietrze tak krystalicznie czystym, że w połączeniu z odpowiednio wypowiedzianym życzeniem, można w tym diamentowym powietrzu ujrzeć obrazy i dźwięki z innych miejsc wszechświata. Dokładnie tak samo, jak na ekranie ziemskich urządzeń do oglądania filmów. To właśnie tam, w woalach kolorowych mgieł, u stóp milinowych drzew, dowiesz się dlaczego i jakie niebezpieczeństwo ci grozi w ziemskim świecie oraz co możemy zrobić, by zapobiec spełnieniu się tego zagrożenia. Najpierw jednak zabiorę cię do serca mojego królestwa, czyli do pałacu, w którym mieszkam, abyś mogła posilić się i jeszcze odpocząć odrobinę przed wizytą w Lesie Milinów. Czy jesteś gotowa na wyprawę?

— O tak, piękny Feniksie, chodźmy, chodźmy jak najprędzej!

Feniks uniósł się w powietrze łagodnie i z gracją. Jednak niezbyt wysoko, tak, by wskazywać drogę i jednocześnie frunąć blisko Róży. Dziewczynka ruszyła przed siebie, uśmiechając się do Feniksa i rozglądając ciekawie.


Po kilku chwilach, które przewędrowali w ciszy, bajecznie kolorowy las zaczął się przerzedzać, ukazując jakąś rozległą, zamgloną przestrzeń.

— Co znajduje się, Feniksie, za tymi kolorowymi chmurami? — zapytała Róża. — Czy wkrótce ujrzymy twój pałac?

— Jeszcze nie, Różyczko. Pałac ukaże się naszym oczom dopiero wtedy, gdy przeprawimy się na Milinową Wyspę, na której został zbudowany. A teraz docieramy właśnie do granicy królestwa. Ta jego część, w której przebywamy, jest połączona z Milinową Wyspą trzema Różanymi Mostami. Uprzedzam, Różyczko, że przez chwilę może ci się to, co ujrzysz wydawać bardzo niebezpieczne. Różane mosty zawieszone są nad przepaścią. Jednak zapewniam cię, że w moim królestwie u podstawy wszystkiego, co zostało zbudowane i jest widoczne dla oka, tkwi wielka, potężna i niezwyciężona siła dobra. To ona sprawia, że wszystko działa tak, żeby przynosiło radość, cieszyło serce, oko i ucho.

Oto już się zbliżamy do granicy królestwa. Chwyć mnie teraz za skrzydło, jeśli tego potrzebujesz, przez chwilę popatrzymy na ten piękny widok! — Feniks z radością zbliżył się do dziewczynki, a ona nieśmiało położyła swą lewą dłoń na różowych piórach ptaka. Następnie spojrzała przed siebie i przestraszona zacisnęła mocno rączkę na skrzydle Feniksa.

— Feniksie, to jest takie piękne i takie przerażające… — wyszeptała cicho, niemalże bojąc się oddychać, zapatrzona w zadziwiający widok.

Na końcu klifu skalnego, porośniętego równie bajecznie wyglądającymi roślinami, jak te w lesie, z którego Róża i Feniks właśnie nadeszli, widać było zwisający, drewniany most otoczony ze wszystkich stron najpiękniejszymi gatunkami róż, jakie tylko można sobie wyobrazić. W większości były to róże w wielu odcieniach różu, ale także bordowe i złote. W oddali widać było jak pierwszy most łączy się z drugim, a także z trzecim, wspieranymi tylko wąską skalną kolumną, sięgającą dna przepaści. W tle zaś rozpościerała się ogromna przestrzeń osnuta różową mgłą. Dostrzec można było także miękkie zarysy wysokich gór, których szczyty sięgały różowego nieba. Był to widok przerażający, ale jednocześnie oszałamiająco piękny z uwagi na swój baśniowy charakter.

— Jeśli tylko sobie życzysz, Różyczko, możemy do mojego pałacu udać się, że tak powiem, na skrzydłach. Zamiast odbywać powolną wędrówkę przez Różane Mosty, możemy nad nimi przefrunąć. Proponuję, abyś wsiadła na mój grzbiet i chwyciła się mocno piór na karku. Będziemy frunąć spacerkiem, bardzo powoli, abyś zamiast się bać, mogła jeszcze lepiej przyjrzeć się tym pięknym, różowym okolicom. Co ty na to?

— Och, piękny Feniksie, trochę się boję, ale chyba jeszcze bardziej bałabym się wejść na most rozkołysany nad przepaścią. Więc… dobrze!

Nie namyślając się dłużej, Róża wdrapała się na puchaty, różowy grzbiet swojego magicznego przewodnika. Rączki zacisnęła na mocnych, długich piórach, po czym wyszeptała prosto w ucho ptaka:

— Jestem gotowa, Feniksie. Możemy startować.

— A zatem, w drogę! — zakomenderował Feniks swym słodkim, aksamitnym głosem.

Wzbijając się w powietrze, śmiał się serdecznie, chcąc dodać otuchy Róży, która w pierwszych chwilach lotu krzyczała ze strachu i zachwytu jednocześnie.

— To niemożliwe, niemożliwe, Feniksie, niemożliwe, że lecę na twoich skrzydłach przez baśniową krainę! — wołała z ekscytacją dziewczynka, przyglądając się ogrodom widocznym na zboczach gór, okalających tor ich lotu.

— Ach, Różyczko, niemożliwe nie istnieje, nigdy nie zapominaj o tym! — w zniewalająco pachnącym powietrzu zadźwięczał ponownie anielski śmiech Feniksa.

— W twoim sercu znajdują się nieprzebrane skarby możliwości, z których powstają między innymi tak cudowne krainy. Chodzi więc o serce, Różyczko, chodzi o serce, pamiętaj, o serce! — radośnie wołał Feniks, a echo niosło i mnożyło jego słowa.

W pewnym momencie różowy ptak obniżył nieco lot. Było to dokładnie w miejscu, gdzie zaczynał się trzeci różany most.

— Przystaniemy na chwilkę, Różyczko, żebyś mogła doświadczyć również urzekających aromatów mojego królestwa. W połowie trzeciego mostu Feniks przysiadł na jednym z jego przęseł, oplecionych niezliczonymi pędami kwitnących, ogromnych róż.

— Trzymaj mnie mocno, mała Różo, przechylę się nieco w prawo, abyś mogła powąchać różane kwiaty.

— Ojej, Feniksie! — krzyknęła odurzona zapachem dziewczynka. Ja uwielbiam kwiaty, uwielbiam ich kolory i kształty i zapachy. Ale tak nie pachną żadne z tych, które znam! Ziemskie kwiaty pachną pięknie, ale te… Ich zapachu po prostu nie da się opisać! One pachną jak… — Róża zawiesiła głos, szukając w myślach odpowiedniego skojarzenia — jak niebo, różowe niebo… Choć nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy, bo przecież nie wiem, jak pachnie niebo… — na jej promiennej buzi pojawił się wyraz zwątpienia.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 50.38
drukowana A5
Kolorowa
za 70.52