E-book
27.3
drukowana A5
48.52
drukowana A5
Kolorowa
67.45
W Królestwie Różowego Feniksa

Bezpłatny fragment - W Królestwie Różowego Feniksa


Objętość:
128 str.
ISBN:
978-83-8155-320-9
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 48.52
drukowana A5
Kolorowa
za 67.45

„Kwiat, który rozkwita w niepogodę jest rzadszy

i piękniejszy niż inne.
Tak wyjątkowej dziewczyny nie spotyka się w każdej dynastii…”


Walt Disney, bajka „Mulan”

Od Autora

Niniejsze, drugie wydanie powieści pt. „W Królestwie Różowego Feniksa”, jest zwieńczeniem trudnej drogi, jaką książka ta przebyła, by ukazać się światu w całej swojej krasie.

Niebo pełne śpiewających gwiazd i wszelkie siły dobra czuwające nad realizacją ludzkich marzeń wspierały mnie w stawianiu kolejnych kroków prowadzących do celu, wbrew pojawiającym się zwątpieniom, zawirowaniom, gwałtownym zwrotom akcji. Magiczne znaki, przesłania, a także anielskie głosy rozbrzmiewające w snach przekonywały mnie nieustannie, że historia przedstawiona na kartach powieści pomoże wielu wrażliwym duszom. I oto właśnie nadszedł ten czas, gdy przesłanie z Królestwa Różowego Feniksa może zacząć pełnić swoje zadanie.


Książkę dedykuję w szczególności tym dzieciom, których naturalne prawo do wyrażania prawdy własnego serca zostało w rażący sposób naruszone. Oby znalazły w sobie odwagę, siłę i wolę działania, które umożliwią zdjęcie złego czaru z ich życia i pozwolą przywrócić je na słoneczną, szczęśliwą drogę.


Olga Konopka

Rozdział 1

Sierpniowe tajemnice

Mała Róża Ford mieszkała z mamą w bardzo starym, uroczym domku na przedmieściach Londynu. Dom, a także nieduży sad i ogród przed wejściem ogrodzone były wysokim różanym płotem, który nigdy nie był przycinany, rósł bez żadnych ograniczeń. Zimą plątanina różanych kolców skutecznie odstraszała każdego, komu przyszłaby ochota się do niego zbliżyć. Jednak za każdym razem, gdy rządy nad światem obejmowała wiosna, różany płot przeistaczał się w iście bajkowy gaj kolorów i niebiańskiego zapachu.

Róża Ford była bardzo delikatną, wrażliwą i mądrą dziewczynką. Nieustannie zachwycało ją piękno przyrody, którą podziwiała i obserwowała przy każdej nadarzającej się okazji.

Równie bliski jej sercu był także świat baśni, w którym przebywała, czytając książki oraz tworząc magiczne opowieści w swojej wyobraźni. Pojawiające się w jej myślach sceny i obrazy z bajecznych światów opisywała systematycznie, w najdrobniejszych szczegółach, w swoich sekretnych notatnikach.

Świat wydawał się dziewczynce po brzegi wypełniony niesłychanie interesującymi sprawami.

Dookoła siebie dostrzegała niekończący się przemarsz wspaniałych zjawisk i wrażeń. Wywoływały one tyle rozmyślań i zastanowień, że nie raz całego dnia nie starczało dziewczynce na badanie wszystkiego, co budziło jej ciekawość i zachwyt. To wszystko sprawiało, że spod pióra małej autorki wyłaniały się wciąż od nowa opowieści, których bohaterowie pochodzili z najodleglejszych zakątków świata jej wyobraźni i zawsze zwyciężali, walcząc w imię dobra.

Róża uwielbiała także tworzyć w wyobraźni dalsze losy bohaterów powszechnie znanych bajek i baśni.

W ten sposób sprawiała, że do galerii słynnych z dawien dawna księżniczek dołączały co rusz nowe piękności, a świat krasnali i elfów wzbogacał się wciąż o kolejne, czarujące postaci.

Mimo, że dziewczynka miała dopiero dziewięć lat, wiedziała z całą pewnością, że w przyszłości zostanie pisarką i nic jej w tym nie przeszkodzi. Nieustannie wyobrażała sobie siebie w roli autorki prawdziwej, własnoręcznie napisanej książki.

Niezwykłą radość sprawiało jej projektowanie w myślach najdrobniejszych szczegółów tego marzenia. Rozmyślając o swoim przyszłym dziele, wiele uwagi poświęcała nie tylko treści, która, rzecz jasna, miała być baśniowa, ale także arcyważnej, w jej przekonaniu sprawie ilustracji i oprawy wymarzonej książki.

Róża wiedziała doskonale, uwielbiając kolorowe strony w czytanych przez siebie baśniach, jak bardzo zachęcają one do zapoznania się z ich treścią. Oczami wyobraźni widziała więc już swoją własną książkę wypełnioną po brzegi wszystkimi kolorami tęczy i ta wizja sprawiała jej wielką radość.


Piękne, angielskie lato powoli dobiegało końca. W ciepłym wciąż jeszcze powietrzu sierpniowych dni zaczęły pojawiać się pierwsze, subtelne nuty zapachu kolejnej pory roku. Były one delikatne, jak nitki babiego lata, niesione na skrzydłach ciepłego, przyjaznego wiatru. Rozpoznawanie tak subtelnych woni natury dane jest jedynie bardzo wrażliwym nosom tych dzieci i dorosłych, którzy kochają jesień i znają się na jej czarach. Mała Róża była jedną z nich.

Dlatego, gdy dziewczynka obudziła się w swoim łóżeczku sierpniowego poranka, w jednym z ostatnich, ciepłych dni lata, poczuła wielki smutek wywołany zdarzeniem sprzed kilkunastu godzin.

Gdy bowiem poprzedniego popołudnia do jej wrażliwych zmysłów dotarły pierwsze sygnały o zbliżaniu się nowej pory roku, zapragnęła opowiedzieć o swoich spostrzeżeniach mamie. Rozmowy o czarach natury sprawiały Róży bezgraniczną radość. Bardzo chciała więc podzielić się swoim zachwytem nad tym, że wkrótce cały świat będzie wyglądać jak obraz wielkiego malarza, bo liście przybiorą niezliczone odcienie i barwy. Pragnęła opowiedzieć także o tym, że powietrze zaczął już delikatnie przesycać zapach, którym jesień zapowiada swoje rychłe nadejście. Ów zapach jawił się dziewczynce jako oszałamiające perfumy, skomponowane ze słodkich, kuszących nut, przywołujących skojarzenia z najrozmaitszymi smakami czekoladek-pralinek. W jesiennych perfumach subtelnie pobrzmiewało jednak także coś więcej. Było to rozkoszne ciepło suchych traw, jak również bursztynowych promieni słońca, co nadawało jesiennemu pachnidłu głębi i szczypty tajemniczości.

Wracając więc późnym popołudniem z ogrodu, odurzona pachnącym powietrzem, dziewczynka pobiegła wprost do mamy, pani Helen Ford, która wróciła właśnie z pracy.

Różyczka przyglądała się kobiecie uważnie, badając w jakim jest ona nastroju. Bo pani Helen często miała zły nastrój i wtedy lepiej było jej nie przeszkadzać, tylko czym prędzej udać się do swojego pokoju i poczekać na lepszy moment do rozmowy.

Mama Róży wykonywała trudną, odpowiedzialną i wyczerpującą pracę księgowej, co stale podkreślała. Gdy wracała do domu wszystko ją denerwowało, a mała Róża denerwowała ją wtedy szczególnie.

Często krzyczała na córkę bez żadnego istotnego powodu i uderzała pięścią w stół, by dobitnie zaakcentować swój gniew. Niejednokrotnie była tak zdenerwowana, że musiała uspokajać się kieliszkiem wina, a także drugim i trzecim.

Jednak wtedy, gdy jej nastrój się poprawiał, wołała Różę do siebie i z wielką uwagą wypytywała ją o szkołę, a często także pomagała córce w odrobieniu lekcji.

Róża nigdy nie była pewna, kiedy może się odezwać do mamy, tak, żeby jej nie zdenerwować, więc ciągle próbowała zgadywać, czy właśnie nastała ta odpowiednia chwila.

Tym razem, gdy pani Ford wróciła z pracy, nic nie wskazywało na to, by mogła nagle wybuchnąć. Miała całkiem pogodną minę, więc Róża, przyjrzawszy się jej uważnie, zaczęła opowiadać o swoich odkryciach dotyczących nadejścia jesieni. Gdy dziewczynka z entuzjazmem opisywała nuty zapachowe jesiennych perfum, na twarzy pani Helen pojawił się nagle grymas wściekłości. Nie minęło wiele czasu, gdy przerwała dziecku i zaczęła krzyczeć:

— O czym ty mówisz, dziewczyno! Jaka jesień? Jakie perfumy? Jest sierpień, słońce i pogoda, a ty chcesz mnie zdenerwować jakimiś wizjami tego koszmaru, który znowu się zacznie? Deszcze, błoto, twoja szkoła i lekcje do odrabiania, zasmarkany nos i jeżdżenie po lekarzach, szaliki, czapki, płaszcze, zimno i palenie w piecu! Tylko tego mi brakowało! Jesieni jej się zachciało! Perfum! Dobre sobie! Gdzie ty, dziewczyno masz głowę? Po kim ty tak w obłokach bujasz? Wracaj lepiej na dwór i ciesz się słońcem, bo jest lato, rozumiesz? Lato jest! No już, precz! — pani Ford krzyczała zagniewana, zamachując się kuchenną ścierką.

Różyczka czym prędzej wybiegła do ogrodu, płacząc głośno. Szybko ukryła się za drzewem wiśni, gdzie stała ławka i gdzie dziewczynka miała w zwyczaju pisać swoje bajki. Z daleka słyszała jeszcze krzyki zdenerwowanej mamy.

Mała Róża szlochała, skulona na ławce. Wybuch mamy był jak nagłe, niespodziewane uderzenie pioruna w serce i małe, drżące ciało.

— Jak to możliwe — myślała dziewczynka — że nie rozpoznałam nastroju mamy, przecież wyglądała na spokojną… Może jednak powinnam była zaczekać, aż jeszcze dłużej odpocznie po pracy? A może nie powinnam opowiadać o jesieni? Tylko dlaczego? Dlaczego to jesień tak mamę zdenerwowała? Może mama nie lubi jesieni? Czy to możliwe, że boi się jesieni? A może to złe, że mnie się ta pora roku tak bardzo podoba? Jeśli tak, to dlaczego? Czy naprawdę zrobiłam coś złego? Dlaczego trzeba mi to wybić z głowy? — rozmyślała w rozpaczy dziewczynka, czując głęboką niesprawiedliwość z powodu tego, co ją spotkało, a jednocześnie intensywnie poszukując winy w sobie.

Już tyle razy mama krzyczała na nią, gdy próbowała podzielić się z nią swoimi wrażeniami na różne tematy, że Róża coraz częściej zaczynała myśleć o sobie bardzo złe rzeczy.

Wspominając to niezrozumiałe i bardzo bolesne wydarzenie, Róża zmagała się z głębokim uczuciem zasmucenia. Jej małe serduszko było istnym skarbcem kolorowych wrażeń, którymi pragnęła się dzielić. Jednak właśnie zrozumiała, że od tej pory musi być bardzo ostrożna z ich ujawnianiem, szczególnie wobec mamy. Wszystko bowiem wskazywało na to, że z jakiegoś powodu to, co Róży się podobało, budziło w pani Ford wielki gniew.

Rozdział 2

Przemyślenia i decyzje

U schyłku pięknego lata mała Róża, nie widząc innego wyjścia, podjęła smutną decyzję o tym, że nie powie więcej nikomu ani jednego słowa na temat zaobserwowanych przez siebie przemian w naturze.

Jednocześnie, w głębi ducha, miała nadzieję, że być może w międzyczasie uda się jej jakoś rozwikłać tę przykrą sprawę i z czasem będzie jeszcze mogła porozmawiać z mamą o różnych interesujących zjawiskach. Ciągle wierzyła też, że pani Ford kiedyś wreszcie przestanie się denerwować, a ona nie będzie się więcej bać jej krzyków i nagłych wybuchów złości. Marzyła o tym, by mama mogła wyzdrowieć z tej dziwnej choroby, która towarzyszyła jej od tak dawna.

Tak naprawdę nikt do tej pory nie umiał nic poradzić na to, co dolegało pani Ford. Nawet tata Róży, gdy jeszcze był z nimi też nie wiedział, co zrobić, by mamą nie targał ten straszny gniew, którego nigdy nie można było przewidzieć.

Róża była bardzo malutka, gdy tata opuścił ją i jej mamę. W zasadzie dziewczynka nawet niewiele pamiętała z czasów, gdy byli wszyscy razem. Nic wyraźnego, żadne ważne wydarzenia z tamtych lat nie pozostały w jej pamięci. Bo tata był, ale tak jakby w ogóle go nie było.

Miał zazwyczaj poważną, trochę smutną minę, nigdy się nie bawił ani nie śmiał ze swoim dzieckiem. Gdy wracał z pracy, był bardzo zmęczony i zasypiał przed telewizorem. W soboty jeździł z mamą na zakupy i robił to, co mama kazała, to znaczy sprzątał, kosił trawę w ogrodzie i mył samochód. W niedziele zaś znikał na jakieś samotne eskapady. Gdy był akurat w domu, a pani Ford wpadała w gniew i krzyczała, odrywał się od swoich zajęć, podchodził i mówił z grymasem zniesmaczenia na twarzy:

— Opamiętaj się, Helen, po drugiej stronie ulicy cię słychać.

I odchodził. Pani Ford krzyczała często dalej, a Róża uciekała wtedy do swoich kryjówek.

Aż pewnego dnia pan Ford zniknął. Tak po prostu wyszedł z domu i nigdy więcej nie wrócił. Przez jakiś czas Róża nie wiedziała kompletnie nic na temat jego odejścia i nie wolno jej było też o to pytać, bo mama przechodziła załamanie nerwowe i każdy kolejny stres mógł pogorszyć jej stan.

Do małego domku pod Londynem zawitała wtedy ukochana babcia Róży, Aurora Golden, gdyż pani Helen nie była w stanie zajmować się swoim dzieckiem.

To właśnie babcia Aurora wytłumaczyła dziewczynce, że jej tata nie wróci, bo dostał propozycję bardzo dobrze płatnej pracy w Belgii i że nie mógł tam ze sobą zabrać rodziny. Róża domyślała się, że za odejściem taty kryło się coś więcej. Jednak za każdym razem, gdy próbowała dociec prawdy, babcia Aurora stawała się smutna i milcząca, a później powtarzała:

— Może kiedyś będę mogła wyjaśnić ci wszystko dokładnie, ale nie nadszedł jeszcze odpowiedni moment, teraz musimy obie pomóc twojej mamie lepiej się poczuć, Różyczko.

Pomimo tego, że sytuacja była dziwna, pełna tajemnic i niedopowiedzeń, Róża zapamiętała ten czas jako cudowny.

Babcia Aurora nie była zwyczajną babcią. Dziewczynka przeczuwała, że pod postacią czułej, kochającej, ciepłej i zabawnej kobiety skrywa się ktoś nie z tego świata, ktoś kto jest niemalże jak czarodziejska istota z jej ukochanych baśni. To przeświadczenie było w dziewczynce tak samo silne, jak pewność, że zostanie pisarką.

Jej małe, wrażliwe serce stale szeptało, że babcia Aurora jest kimś wyjątkowym i chowa w zanadrzu wielkie sekrety. W świecie małej dziewczynki Aurora zajmowała więc nie tylko poczesne miejsce jako ukochana babcia, ale też cudowna wróżka, której towarzystwo budziło nieustający zachwyt dziewczynki.

Róża była przekonana także, że babcia Aurora zna wszystkie skarby i tajemnice jej dziecięcego serca i darzy je wielkim szacunkiem. Nawet gdyby dziewczynka nie wypowiedziała ani jednego słowa, zachwycając się czymś pięknym, babcia byłaby w stanie przeniknąć wszystkie odcienie uczuć pojawiających się wtedy w jej promiennych oczach i cieszyć się wspólnie z nią trwającą chwilą.

Każde spotkanie z Aurorą, każda rozmowa, każdy spacer były dla Róży wydarzeniem o charakterze magicznym. Za każdym razem dowiadywała się i uczyła czegoś nowego i tak cennego, co było niczym kolejny, błyszczący klejnot, dołożony do skrzyni skarbów pełnej wspaniałych wrażeń, kolorów, zapachów i uczuć, które przeżywała w swoim dziecięcym świecie.

Babcia Aurora miała niezwykły talent do wyjaśniania głębszego znaczenia wszystkiego, co się dzieje. Stale przypominała Róży, że każde wydarzenie przychodzi po to, by lepiej rozumieć i kochać życie.

Dziewczynka niekiedy nie była w stanie pojąć tych wszystkich magicznych rzeczy, o których opowiadała babcia. Starała się bardzo koncentrować i gonić umysłem za jej słowami, ale często było to bezskuteczne. Aurora, widząc gorliwość dziewczynki, uśmiechała się wtedy do niej serdecznie i mówiła:

— Różyczko, nie męcz się tak. To, co naprawdę ważne można poczuć jedynie sercem, nie da się tego wymyślić głową. Poza tym na wszystko musi przyjść właściwy czas. Niektóre sekrety odkrywają się w najmniej spodziewanym momencie. A teraz cieszmy się po prostu wspólną zabawą!

I tak właśnie było zawsze — cudownie i baśniowo, gdy spędzały wspólnie czas. Gdy zaś nadchodziły wakacje, miały go dla siebie co nie miara. Bowiem co roku, na całe dwa letnie miesiące, mała Róża opuszczała stary domek na przedmieściach Londynu i zupełnie sama udawała się pociągiem do miasta Dover, na południe Anglii, a stamtąd do najcudowniejszego dla niej miejsca na świecie, to znaczy do leśnego dworku babci Aurory.

Mama Róży, co roku, w ostatnim dniu czerwca zawoziła dziewczynkę na dworzec, kupowała jej na drogę ciastka, a następnie opiekę nad nią powierzała zawsze temu samemu konduktorowi. Przemiły pan Smith otrzymywał niewielki podarunek za opiekę nad Różą w podróży oraz dopilnowanie, by odebrała ją z dworca właściwa osoba, czyli Aurora Golden.

Babcia Róży przyjeżdżała na dworzec w Dover swoim pięknym, nieco zabytkowym autem terenowym-dżipem, który prowadziła z wielką gracją i opanowaniem. Stałym rytuałem po odebraniu przez nią Różyczki z dworca była ich wspólna wycieczka po porcie Dover, która stanowiła dla dziewczynki źródło nieopisanej radości.

Babcia powtarzała, że choć mieszka w dworku w lesie, pod miastem, to tak naprawdę ma oko na całą Europę. Z portu Dover bowiem, w czasie słonecznej pogody, można dostrzec zarysy wybrzeży Francji.

Kilkakrotnie wspinały się w tym celu razem na białe klify, ciągnące się wzdłuż plaży, skąd godzinami obserwowały mgliste kontury nieznanego lądu. Na Róży robiło to wyjątkowe wrażenie, jej wyobraźnia szybowała do majaczących w oddali zakątków wielkiego świata. Wydawał się jej on tak odległy, a jednocześnie tak bliski tego miejsca, w którym spacerowała z babcią po promenadzie nad plażą, jedząc ciastka, rozkoszując się słońcem i błękitnym niebem.

Słodkie wspomnienia ostatnich dwóch miesięcy spędzonych pod Dover u babci Aurory, które zwykle napełniały serce Róży radością, nagle także poszarzały.

Nie dość, że martwiło ją to, że musi zrezygnować z dzielenia się swoimi obserwacjami natury, to uświadomiła sobie boleśnie także, że cały ten czarodziejski świat, w którym przebywa z babcią Aurorą znika pod wpływem gniewu mamy i że nie wie zupełnie dlaczego w domu nie może być tak jak wtedy, gdy w pobliżu jest jej osobista Dobra Wróżka Aurora.

Do przemarszu zasmucających myśli w ślicznej główce małej Róży po chwili dołączyła kolejna. Dziewczynka zaczęło się bowiem zastanawiać, dlaczego nikt oprócz babci Aurory nie traktował ze zrozumieniem opowieści płynących z jej wyobraźni. Od dłuższego już czasu mała Róża miała wrażenie, jakby wszystkich wokół, a co najdziwniejsze, także jej rówieśników, dotknął jakiś przedziwny wirus zapomnienia o świecie magii. Dla Róży baśniowy świat był równie realny, jak ten, w którym budziła się co dnia. Była jednak w swych odczuciach bardzo osamotniona i coraz bardziej ją to martwiło i niepokoiło.

Po dwóch miesiącach spędzanych z babcią w magicznym dworku pod Dover, Róża była tak przepełniona przygodami i szczęściem letnich dni, że nie zasmucały jej aż tak bardzo złośliwe uwagi dzieci, które wyśmiewały jej pisarskie zacięcie i zainteresowanie pięknem natury. W końcu zawsze miała przy sobie swoich przyjaciół ze świata wyobraźni, a także nowe przygody do zapisania.

Ale w pewnym momencie coś zaczęło się jednak zmieniać. Tak jakby niewidzialny, ale niebezpieczny w działaniu czar złych słów, wypowiadanych systematycznie i długotrwale, zaczął ujawniać swe podstępne skutki.

Mimo, że Róża dalej obserwowała świat natury i jej cudownych zjawisk i dalej przeżywała niewiarygodne przygody w świecie wyobraźni, coraz częściej zastanawiała się, czy to, co robi jest dobre i coraz częściej targały nią wątpliwości, czy w ogóle powinna o czymkolwiek opowiadać.

Ta i wiele innych ponurych myśli opadło radosną zazwyczaj dziewczynkę na początku nowego, sierpniowego dnia. Postanowiła jednak rozpędzić zły nastrój, planując na ten dzień zajęcia i zabawy w ogrodzie. Wstała więc czym prędzej ze swego łóżeczka i wybiegła na dwór, sprawdzić jak wysoko słońce wspięło się już na niebo.

Rozdział 3

Zniknięcie Wróżki

Był to jeden z tych ostatnich dni lata, gdy słońce ukazywało światu swoją pyzatą, uśmiechniętą buzię, świecąc niemal od rana do wieczora.

Róża, zgodnie z postanowieniem, całe przedpołudnie zajmowała się uprawą swojego małego zagonka z kolorowymi kwiatami w przydomowym ogródku. Przyglądanie się bajecznym roślinkom, z których większość pochodziła z ogrodu babci Aurory, spod Dover, rozpromieniało serce dziewczynki i złagodziło wcześniejszy smutek.

Wszystko wskazywało na to, że cały dzień minie tak przyjemnie i beztrosko, gdy nagle, w jednej dosłownie chwili, świat małej Róży wywrócił się do góry nogami. Od tej pory nic już nie miało być takie samo.


Helen Ford weszła do ogrodu wolnym, ociężałym krokiem. Pochylająca się nad kwiatami Różyczka zamarła w bezruchu, widząc, jak mama otwiera furtkę, popycha ją gwałtownie, zatrzaskując z hukiem, a następnie wlecze się noga za nogą ku frontowemu wejściu do ich małego domku. Wyraz twarzy pani Helen mógł zwiastować wyłącznie kłopoty. Dziewczynka patrzyła w napięciu, jak mama zbliża się do domu.

W momencie, gdy pani Ford doszła do drzwi, zatrzymała się i odwróciła na chwilę w kierunku dziecka. Następnie lodowatym tonem zakomunikowała:

— Nasza kochana Aurora, twoja babka, postanowiła zrobić nam bardzo przykrą niespodziankę. Wczoraj rano odeszła z tego świata. Tak, tak, wiem. Masz bzika na jej punkcie. Ale taka jest prawda. Chcę cię widzieć za pół godziny w domu, przy stole. Teraz jestem zbyt zmęczona, żeby z tobą rozmawiać. A jest o czym. Bo Aurora, jak to Aurora, nie pozostawiła nas bez niespodzianek.

W tym momencie, gdy pani Helen odwróciła się i otworzyła drzwi domu, Róża zaczęła głośno płakać.

— Przestań, dziecko! Takie jest życie, tym płaczem nie sprawisz, żeby babka wróciła! — po czym weszła do domu.

Mała Róża tymczasem szlochała tak głośno i tak mocno, a jej małe, gorące serduszko było rozdarte tak boleśnie z powodu usłyszanej wiadomości, że z rozpaczy upadła na ziemię tuż pod drzewem wiśni.

Wiadomość przekazana przez mamę była druzgocząca. Wywołała przeszywający ból. Szczególnie, że jeszcze kilka dni temu przeżywała wspólnie z babcią najwspanialsze wakacyjne przygody w leśnym dworku pod Dover i babcia wydawała się przecież całkowicie zdrowa.

Bawiła się z Różą, dorównując jej radością życia, energią i zapałem w projektowaniu kolejnych leśnych wycieczek, poszukiwaniu skarbów natury, pieczeniu chleba w leśnym dworku, a także ziemniaków i kiełbasek w ognisku, w grzybobraniach, w zabawach w ogrodzie, czy też nocnych czuwaniach na przydomowym tarasie i rozpoznawaniu gatunku ptaków zamieszkujących okoliczne lasy. Nowym przygodom, pomysłom i wyzwaniom nie było końca. A wszystkiemu towarzyszył cudowny uśmiech i wielka troskliwość babci Aurory.

— To niemożliwe, co teraz będzie, co teraz będzie? — powtarzała Róża, szlochając cicho i próbując podnieść się z ziemi.

Nagle przyszło jej do głowy, że może jednak coś źle zrozumiała, że może jeszcze się okaże, że babcia wcale nie umarła. Postanowiła wstać i pójść do domu, do mamy, zobaczyć, co jej powie. Drobny promyk nadziei rozpalił się w jej sercu. Otarła buzię z łez i wolnym krokiem weszła do domu.

Pani Helen siedziała przy stole w kuchni milcząca i bardzo ponura. W ręce trzymała jakieś pismo i studiowała je bardzo uważnie. Gdy dziewczynka zajęła cicho miejsce tuż obok niej, powiedziała nagle:

— Nie do uwierzenia! Po prostu nie do uwierzenia, co ona zrobiła! — Słuchaj zatem! — Helen Ford wściekłym głosem zwróciła się do Róży. — Twoja babka Aurora zmarła we śnie na zawał serca. Nigdy wcześniej nie chorowała i nie leczyła się na serce. Stało się, po prostu. Dlatego przez całe lato bawiła się z tobą, bo najzwyczajniej nic jej nie było. Takie rzeczy się zdarzają, no cóż…

Róża znowu zaczęła szlochać, bo oto mama odebrała jej ten ostatni, malutki promyk nadziei, który dziewczynka ujrzała w swoim ewentualnym niezrozumieniu słów pani Helen. Teraz to był już koniec. Do dziewczynki dotarło, że ta straszna wiadomość jest prawdziwa, że ukochana Aurora naprawdę ją opuściła!

— Uspokój się dziecko, jeszcze nie skończyłam! — rzuciła gniewnie Helen Ford.

Prawnik Aurory poinformował mnie o tym, że twoja babka zostawiła testament, w którym już ponoć dawno temu spisała swoją wolę. Ale nasza nieprzewidywalna Aurora oczywiście musiała nawet w tej sprawie postąpić na swój jedyny, wyjątkowy sposób! Zgodnie bowiem z jej życzeniem, otwarcie i odczytanie testamentu ma nastąpić dokładnie w dniu twoich osiemnastych urodzin! — Helen Ford powiedziała te słowa dobitnie i z wielkim oburzeniem! — Teraz zaś dworkiem pod Dover będzie zajmować się opłacony przez babkę zarządca, pan Holden, znasz go przecież. I zapewne też to on będzie opiekować się babci majątkiem, bo nie od dziś wszyscy dobrze wiemy, że kochana, marzycielska Aurora całkiem nieźle radziła sobie w swoich artystycznych przedsięwzięciach i na malowaniu atłasów i sprzedaży ich w Europie zgromadziła całkiem pokaźną sumkę! — Helen Ford wykrzywiła usta w grymasie niesmaku. — Oczywiście wiemy też dobrze o tym, że wprawdzie na twoim punkcie miała bzika, moje drogie dziecko, ale mnie za to nie cierpiała w oczywisty sposób i tylko ze względu na twojego ojca, który spaprał nam życie, była cały czas blisko i zajmowała się tobą. Oto więc, gdy postanowiła prysnąć z tego świata, w najmniej spodziewanym momencie zresztą, zostawia nas, a przede wszystkim ciebie, o zgrozo, z pustymi rękami!

Róża patrzyła na mamę, z wyrazem zdumienia i niezrozumienia na swojej zapłakanej buzi.

— Co to znaczy, że zostawia nas z pustymi rękami, mamusiu? — ośmieliła się odezwać po chwili.

— To znaczy, że tak cię bardzo kochała, że nie zostawiła ci w spadku ani centa, rozumiesz! — pani Helen uderzyła pięścią w stół. — Możesz zapomnieć o kolejnych wakacjach, bo dworek pod Dover nie jest już twoim letnim domem, pewnie nawet więcej go już nie zobaczysz, bo kto wie, co ta pseudo wróżka wykombinowała i jakiej organizacji go przekazała w testamencie. Ot, kochana Aurora! Nie dość, że dała nogę, to jeszcze z jakim przytupem. Zemściła się na mnie, rozumiem, ale czemu twoim kosztem? Tak cię przecież ponoć kochała… — wyraźnie drwiącym tonem dodała Helen. — No cóż, dziecko. Tak to już jest. Dlatego lepiej nie pozwalać sobie na żadne sentymenty. Zapamiętaj to sobie, Różo dobrze! Oszczędzi ci to w przyszłości wielu rozczarowań i im szybciej wyleczysz się ze swojej wrażliwości, tym lepiej! — mówiąc to pani Ford wstała od stołu i wyszła do ogrodu.

Po policzkach Róży spływały wielkie, gorące łzy. Dziewczynka oparła głowę na stole i szlochała, pogrążona w głębokim smutku.

Powoli docierało do niej, że szczęśliwa epoka Babci Aurory minęła bezpowrotnie.

Popołudnie było bardzo ciepłe i bezwietrzne. Mała Róża wyszła do ogrodu i otępiałym wzrokiem wodziła po kwiatach na zagonku, który sama uprawiała. Miała wrażenie, że w jednej chwili wszystkie kolory zblakły. A przecież jeszcze kilka godzin temu, gdy rano wchodziła do ogrodu, rośliny wydawały się tak pełne życia, a ich barwy wabiły i nie pozwalały oderwać oczu. Mimo wysokiej temperatury powietrza, dziewczynka czuła, że ogarnia ją przenikliwy chłód, mający swoje źródło w krwawiącym z żalu serduszku.

— Co teraz będzie? — myślała w wielkiej rozpaczy. — Czy już nigdy nie będę mogła nikomu opowiedzieć o tych niewidzialnych sprawach, które babcia Aurora przyjmowała z tak wielkim zrozumieniem? Czy to możliwe, że nigdy nie zobaczę już leśnego dworku pod Dover, który jest najpiękniejszym miejscem na całym świecie i z którego można było ujrzeć całą Europę?

I jeszcze ta jedna straszna rzecz, o której mówiła mama… Czy to prawda, że babcia mnie nie kochała i zabrała wszystko, co wiąże się z jej pięknym domem i oddała to obcym ludziom? — tysiące ponurych myśli kłębiło się w głowie małej Róży, a z jej jasnych jak gwiazdy i błękitnych jak niebo oczu znowu zaczęły spływać ciężkie, pełne bólu łzy.

Płacząc, przysiadła na ławce pod drzewem wiśni, które tak uwielbiała, gdy nagle ujrzała coś, co wyrwało ją w jednej chwili z letargu, w jaki wpadła, zamartwiając się.

Znieruchomiała z wrażenia, patrząc na wiśniowe drzewo, które miała dosłownie na wyciągnięcie ręki. Bowiem wśród dorodnych liści, tworzących zwisające zielone baldachimy, ujrzała … rozwijające się, zupełnie, jak wiosną, nowe, świeże, pachnące upojnie kwiaty!

Dokładnie w ostatnim dniu sierpnia, na sam koniec wakacji i lata, tuż przed nadejściem jesiennych czarów, drzewo wiśni obsypało się świeżymi kwiatami!

Dziewczynka patrzyła urzeczona, nie mogła pojąć, jak to się stało. Obserwowała świat natury na co dzień, więc wiedziała dokładnie, że wiosną pojawiają się kwiaty na drzewach owocowych, by w jakiś czas później, w pełni lata, przemienić się w pyszne owoce. Ale teraz przecież było coraz bliżej jesieni, tym bardziej, że zaczęła ona już ujawniać znaki swego nadejścia.

Mała Róża poczuła więc, że jest to bardzo niezwykłe wydarzenie i że na pewno kryje się za nim jakaś tajemnica. Jej promienna zwykle twarzyczka poszarzała ponownie ze smutku, gdy dziewczynka uświadomiła sobie, że jedynej osoby, która mogłaby tę tajemnicę znać i wyjaśnić nie będzie już mogła o nic zapytać.

Wstała z ławeczki i podeszła do ogromnego, rozłożystego drzewa. Zbliżyła nosek do delikatnych, blado-różowych kwiatów. Pachniały tak pięknie, że zaparło jej dech w piersiach. Słodki eliksir płynący z kwiatów wiśni był jak przynoszący ulgę kompres, położony na ranę w jej obolałym sercu. Przez chwilę zapomniała o wszystkim, chłonąc upojny, niepodobny do żadnego innego, zapach. Cofnęła się o dwa kroki, po czym ponownie usiadła na swojej ławeczce.

Kwiaty, poruszone jej dłońmi uwolniły tyle aromatu, że otoczył on delikatną mgiełką cały zakątek, w którym przebywała Róża. Dziewczynka siedziała, wdychając oszałamiające, wiśniowe perfumy i wpatrywała się w drzewo. Łzy przestały płynąć z jej pięknych oczu. Miała wrażenie, że wszystko, co widzi przed sobą, staje się jakby mniej wyraźne.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 48.52
drukowana A5
Kolorowa
za 67.45