E-book
13.65
drukowana A5
83.15
W krainie nienawiści

Bezpłatny fragment - W krainie nienawiści


Objętość:
697 str.
ISBN:
978-83-8245-354-6
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 83.15

Prolog

„Poza mną

A jednak, coś się zmieniło. Dotychczas bowiem nie widziałam świata poza sobą. Nigdy nie interesowali mnie inni ludzie. W zasadzie nie interesowali mnie do tego stopnia, że czytanie czyjejś biografii było dla mnie istnym cierpieniem, a ludzi wokół siebie widziałam tylko jako obiekty odnoszące się w jakiś sposób do mnie. Bo wszystko odnosiło się do mnie. Inni mogli mnie zatem krzywdzić, oceniać, bądź też wyświadczać mi przysługi (choć to zdarzało się raczej bardzo rzadko, a przynajmniej ja zauważałam to jedynie bardzo rzadko). Mogli o mnie myśleć i mogli coś do mnie czuć. Ale nie mogli myśleć o innych rzeczach, o innych osobach, nie mogli skupić się na własnych sprawach w mojej obecności, nie mogli żywić uczuć do niczego, co nie było mną, ponieważ ja byłam, zdawało się, zbyt bulwersująca.

Ale teraz nie widzę już prawie wszystkiego wyłącznie jako nieopisaną bezwartościowość, jako coś kompletnie oderwanego ode mnie i nie mogącego dać mi niczego poza głuchą pustką, a raczej nieprzyjemnościami związanymi z ustępstwami i wzajemnym poniżeniem. Teraz zaczynam wierzyć, że druga osoba jest częścią mnie i poznanie jej, niejako wyjście z samej siebie, może uczynić mnie szczęśliwą. Wszystkie moje plany i pragnienia przestają być tak nieznośnie ciężkie i wiążące.

Nie boję się już tak bardzo powiedzieć, że coś się zmieniło, że czuję się lepiej, bo wierzę, że nikt nie zapisze sobie tych słów na kartce i nie będzie mnie śledził do końca życia, obserwując każdy mój krok i sprawdzając, czy moja deklaracja jest wciąż aktualna. Nie boję się już tak bardzo puścić w obieg swoich słów, czegoś, co stworzyłam, jakiejś części mnie, bo zaczynam je widzieć jakby z innej perspektywy, z większego dystansu, nie tylko jako narażenie swojej wrażliwości, ale jako wartościowy podarunek. I wierzę, że nikt nie wykorzysta tego raczej jako broń obosieczną i nie skieruje jej przeciwko mnie, bo być może nie pomyśli nawet o tym, że ktoś to wszystko napisał (a jeśli nawet pomyśli, to może nie pomyśli przynajmniej, że moją intencją jest skorzystanie z jakiejś broni). Może pomyśli po prostu o sobie lub o kimś innym. Tym bardziej nie spodziewam się też, że ktoś poświęci całe swoje życie po przeczytaniu pierwszych słów tego tekstu na śledztwo w mojej sprawie, zbierając skrupulatnie wszystkie dostępne informacje o osobie, która po prostu coś napisała, i studiując ten krótki tekst z żarliwością, w nadziei na znalezienie czegoś, co mógłby z łatwością i satysfakcją skierować przeciwko niej”.


Skończyłam czytać i schowałam kartkę do jednego z moich notatników, bo wydawała mi się wartościowa. Nie sądziłam, żebym kiedykolwiek mogła osiągnąć stan, który opisała Lilianna, ale moje pragnienie było tak duże, że nie mogłam pozbyć się gnieżdżącej się w moim sercu nadziei. Cały czas podejrzewałam jednak, że jest ona bardziej czymś w rodzaju przejmującego marzenia niż realistycznego celu czy choćby w pełni świadomego oczekiwania.

Oczywiście nie wszystkie stany, które opisywała Lilianna wyglądały w ten sposób. I choć była ona praktycznie jedyną osobą, jaką znałam, która stwierdziła kiedykolwiek, że wyleczyła się z tego, co nazywało się tutaj alergią na ludzi, najciekawsze było to, że po miesiącu mówiła już coś zupełnie innego i chociaż bardzo tęskniła za tym stanem, jednocześnie żałowała prawie wszystkiego, co zrobiła i powiedziała, znajdując się w nim. Nie dało się też ukryć, że słychać było bardzo złe opinie i komentarze na jej temat z różnych źródeł. Prawdopodobnie najbardziej niesamowite było jednak to, że wraz z jej domniemanym powrotem do zdrowia, nikt nie mógł już znaleźć w gazetach ani w Internecie tych wszystkich aroganckich artykułów, które o niej pisano. Zniknęła nawet ze spisu osób poszukiwanych przez Służby Nadzorcze, określonych jako potencjalne zagrożenie dla społeczeństwa i przez chwilę myślano, że jej nie do końca wyjaśnione uleczenie będzie dla naszego stowarzyszenia przełomowe.

Bo chociaż uleczenia z tej choroby, określanej generalnie jako niezidentyfikowane schorzenie nieformalne, nie dało się stwierdzić jednoznacznie na podstawie badań czy dowodów naukowych nawet tu, gdzie obecnie przebywałam, Lilianna z przekonaniem uważała się za uleczoną. A podobnie jak ja, zmagała się ze swoją alergią od początku życia, w wieku dwudziestu paru lat dołączyła do Stowarzyszenia Nieformalnego Cierpienia, tracąc wkrótce, a raczej pozbywając się z ulgą statusu obywatela i stając się nielegalnie dzikuską. Po kilku latach natomiast nastąpił nagle ten, wydawało się wówczas, punkt zwrotny, który sprawił, że zaczęła rozważać nawet nie do końca legalny powrót do społeczeństwa, a przynajmniej do szerszego grona naszego stowarzyszenia.

Nie dało się ukryć, że Stowarzyszenie Nieformalnego Cierpienia, a w każdym razie Oddział Bezstronnej Inwestygacji Alergii Społecznej, stanowił ogromną szansę i ochronę dla osób takich jak ja, ale i tak czekałam tylko na moment, w którym Derek, Dagmara i wszyscy uwikłani jakoś w moją sprawę i stający dotychczas w mojej obronie stracą po prostu cierpliwość. Nawet jeśli udało im się nie stracić jej przy innych przypadkach tego typu. Wszyscy ludzie prędzej czy później tracili w mojej obecności cierpliwość. Nikt przecież nie jest ze stali.

Gdyby nie Stowarzyszenie Nieformalnego Cierpienia, a przynajmniej nie Derek, Dagmara i inni działacze Oddziału Bezstronnej Inwestygacji Alergii Społecznej, którzy stawali dotychczas w mojej obronie, umierałabym teraz zapewne w męczarniach w więzieniu, do którego posłanoby mnie z powodu złamania niepisanego prawa albo w schronisku dla bezdomnych, do którego zabranoby mnie z powodu braku środków na życie, albo przynajmniej gdzieś na łonie natury, gdzie uciekłabym przed ludźmi i tak czy inaczej umierałabym — z głodu, pragnienia i zimna. Albo z braku bliskości.

Mimo to jednak, nie mogłam czuć się bezpieczna nawet tutaj. Wiedziałam, że te perspektywy mogą się jeszcze spełnić. I nie tylko dlatego, że mogłam zostać znaleziona (albo raczej mogliśmy zostać znalezieni) przez zwolenników systemu plakietkowego, co oznaczałoby oczywiście, według mojego doświadczenia, niewątpliwą i natychmiastową klęskę. Tak naprawdę, nawet w samym Oddziale Bezstronnej Inwestygacji Alergii Społecznej nie mogłam czuć się bezpieczna, nawet gdybym wykluczyła możliwość znalezienia nas przez władze i zdominowanie nas przez członków Bezpiecznej Przyszłości. Tak jak już wspomniałam, nikt nie jest przecież ze stali, a ludzie się zmieniają. Poza tym, za każdym razem, kiedy widziałam Dereka lub Dagmarę, odczuwałam potworne, zżerające mnie od środka poczucie winy i w ich przypadku nie było ono wcale bezpodstawne. Oni dali mi przecież tak dużo, zapewnili mi opiekę i ochronę, a nawet starali się udawać miłych. Ja natomiast powtarzałam im tylko na okrągło, że nadal czułam się zagrożona, że mieszkanie w izolacji ma o wiele więcej wad niż przypuszczałam, a jednocześnie każdy powrót do bazy jest dla mnie jedynie niezwykle bolesny, i że ostatecznie, pomimo przyznania się do tego wszystkiego, nie byłam z nimi nawet do końca szczera.

— Bardzo mnie ciekawi, co w takim razie chciałabyś nam jeszcze powiedzieć? — zapytała pewnego razu Dagmara, kiedy wyznałam jej tę żałosną prawdę.

Spojrzałam na kartkę, którą otrzymałam ostatnio od Lilianny. Wydawała się bardzo przydatna. Była na niej tabelka dyktująca mi, jak mam myśleć. Spojrzałam na nią i pomyślałam, że w ogóle nie jestem w stanie uwierzyć w to, że Dagmara nie czeka teraz, aż powiem jej, że tak naprawdę nie znoszę ich wszystkich o wiele bardziej, niż dotychczas mówiłam. Po czym wstanie, wykrzyczy mi wreszcie te wszystkie potworne rzeczy, które do tej pory skrywała i wykluczy mnie ze swojego oddziału za eksponowaną niewdzięczność.

— Alexo, ta kartka cię nie uratuje — oznajmiła Dagmara, nie mogąc się doczekać, aż wydobędę z siebie jakieś słowa.

— Wiem — odpowiedziałam głosem, który zabrzmiał o wiele bardziej arogancko, niż myślałam i zapragnęłam nagle zgnieść tę kartkę i wyrzucić ją demonstracyjnie do kosza.

— Alexo, jeśli nie będziesz bardziej pracować z nami i sama nad sobą, wiesz, że nie powinnaś raczej oczekiwać zakończenia swojego cierpienia.

— Wiem — odpowiedziałam znowu i pomyślałam po raz kolejny, że zupełnie nie jestem w stanie uwierzyć w to, że Dagmara nie obwinia mnie teraz za wszystko, co dzieje się ze mną i wokół mnie. — Przepraszam, że sprawiam wam tyle problemów.

— Nie tylko nam — zauważyła kobieta. — Alexo, takie osoby jak ty są problemem dla całego świata.

Rozdział I — Ola idzie na spacer

Widząc człowieka, można widzieć różne rzeczy. Można widzieć miłą aparycję, nawet jeżeli dany człowiek akurat się nie uśmiecha, można widzieć błądzący po świecie wzrok, szukający czegoś, na czym mógłby się skupić, można widzieć tysiące myśli, wspomnień i uczuć, mogących być w tej chwili jego udziałem. Ja widziałam zawsze pędzącą w moją stronę chmarę oczekiwań, wymagań, żądań, gróźb i ostrzeżeń tak niepojętych, że nie można ich było w żaden sposób spełnić. Jednocześnie zaś rozmiar ich był tak przytłaczający, że nie można było po prostu pogodzić się z ich niespełnieniem. Nie mogłam nawet myśleć o tym, co by było, gdyby nie zostały one spełnione, choć ostatecznie i tak nigdy nie są, dlatego najczarniejsze scenariusze zawsze dzieją się na moich oczach. Z wszelkiej interakcji z drugim człowiekiem wychodziłam upokorzona i taki człowiek do końca życia nosił mój szkaradny obraz w swojej pamięci. I nieważne, jak bardzo starałam się, żeby tak nie było. I tak za każdym razem, kiedy znajdowałam się w zasięgu wzroku jakiegoś człowieka, czułam się jak rozlana masa, która próbuje przybrać odpowiedni kształt, żeby przejść przez formę zaprojektowaną przez tego człowieka, ale przecież istnieją tysiące różnych kombinacji, a forma ta jest absolutnie niewidoczna (a według zasad formalności nawet zupełnie nieistniejąca), dlatego moje próby zawsze kończyły się klęską.

Od najmłodszych lat próbowałam odczytać ludzkie umysły, żeby wiedzieć, w jaki sposób się zachować, by zmieścić się w tej formie, ale wciąż jeszcze nie opanowałam tej sztuki. Co więcej, nie czułam się wcale bliżej opanowania jej niż wtedy, kiedy po raz pierwszy przekonałam się, co, czy raczej kto, czyha na mnie poza granicami mojego domu, czyli tak naprawdę, odkąd sięgałam pamięcią. Od co najmniej kilku lat próbowałam ponadto pogodzić się z faktem, że po prostu nigdy nie opanuję tej sztuki, ale to zadanie niestety również w dalszym ciągu pozostawało dla mnie porażką. Za każdym razem, kiedy znajdowałam się w polu widzenia jakiegoś człowieka, czułam, jakby jego wzrok przeżynał mnie na wskroś i wlewał w moje żyły jakąś trującą substancję. Albo jakby moje ciało było nieustannie podłączone do prądu i jakby ludzki wzrok napinał bezwzględnie każdy mój mięsień i zamrażał mnie od środka. Ludzie wyglądali przecież zawsze dokładnie tak, jakby trawił ich ogromny gniew skierowany na moją osobę i z powodu mojej osoby, i jakby ten gniew miał w każdej chwili eksplodować, niszcząc wszystko, co jeszcze ze mnie zostało. Zawsze znajdzie się przecież powód, żeby zapałać do mnie gniewem, bo każda część mnie, każde moje słowo, gest, spojrzenie, myśl czy też uczucie zasługiwało na pogardę. Każda moja decyzja okazywała się niewłaściwa. Dlatego też bardzo nie lubiłam podejmować decyzji w obecności ludzi. Ale muszę ostatecznie podejmować jakieś decyzje, bo przecież trzeba jakoś się zachowywać. Trzeba jakoś mówić albo nie mówić, jakoś patrzeć, jakoś się poruszać, przybrać jakiś wyraz twarzy… Gdybym na przykład stanęła na środku ulicy z zamkniętymi oczami, nie mówiąc nic i nie poruszając się, byłaby to niewątpliwie jawna, bardzo ostentacyjna i niewspółmiernie prowokacyjna decyzja. Z powodu takiej decyzji mogłoby się wiele wydarzyć.

Kiedy idę ulicą (lub znajduję się w jakimkolwiek innym miejscu publicznym), wszyscy przyglądają się z zapałem mi i mojej Plakietce. Plakietka Personalna to specjalna karta, a właściwie tabliczka mniej więcej formatu A5, na której zapisane są wszystkie najważniejsze dane konkretnego człowieka w postaci ośmiu kategorii: wiek, sprawność, zdrowie, praca, meldunek, reputacja, karalność oraz zasługi i osiągnięcia, plus tak zwane „uwagi dodatkowe”. W „uwagach dodatkowych” mogą się znajdować najróżniejsze charakterystyczne dla danej osoby informacje, takie jak cechy charakteru, skłonności, a czasami nawet choroby czy udział w wypadkach i ważnych wydarzeniach. Może się też równie dobrze nie znajdować tam po prostu nic, jeśli władze Urzędu tak postanowią i często spotykam się z Plakietkami pustymi w tej kategorii.

Od czasu Rewolucji Plakietkowej każdy człowiek w społeczeństwie posiada taką Plakietkę i jest zobowiązany ubierać ją za każdym razem, kiedy wychodzi z domu. Rewolucja Plakietkowa rozpoczęła się niedługo po moim narodzeniu, dlatego nie wiem, jak wyglądał świat przed nią. Z tego co słyszałam, większość ludzi utrzymuje, że funkcjonowanie społeczeństwa nie różniło się wcale szczególnie od obecnego, natomiast dzięki Plakietkom nastał nareszcie porządek, a sprawiedliwość i wzajemny szacunek rozpowszechniły się na świecie tak bardzo, że jeszcze nigdy w historii nie notowano ich tak wysokiego poziomu.

Choć noszenie Plakietki jest obowiązkiem wyłącznie poza domem, większość polityków i działaczy społecznych zachęca do nie zdejmowania jej przez cały dzień, a nawet w nocy, jako że jest ona wyposażona w technologię najnowszej generacji i dopasowuje się do ciała automatycznie. Jednak to, co najbardziej determinuje wygodę w nierozstawaniu się z nią przez całą dobę, jest jej zdolność (a raczej niezwykle uciążliwa funkcja) aktywowania alarmu za każdym razem, kiedy jej właściciel znajdzie się poza jej zasięgiem, to znaczy w oddaleniu większym niż dwa metry. Plakietka zaczyna wtedy piszczeć i wydawać świdrujące dźwięki, podobne do sygnału karetki pogotowia, oraz świecić się na czerwono oślepiającym blaskiem. Inną charakterystyczną cechą tego alarmu jest jego nieskończoność i brak możliwości dezaktywacji. Plakietka została zaprojektowana tak, żeby ani właściciel ani żaden nieupoważniony człowiek nie miał nad nią kontroli. Jedyne osoby, które tę kontrolę posiadają, to funkcjonariusze Centralnej Bazy Społeczeństwa.

Nie jest zatem dobrym pomysłem zakopywanie swojej (ani niczyjej) Plakietki pod ziemią w środku dzikiego lasu, co zdarzyło się ostatnio zrobić jakiemuś obywatelowi i o czym było tak głośno w mediach, że przez chwilę miałam nawet nadzieję, że ludzie przestaną zwracać na mnie tak dużą uwagę. Oczywiście, stało się jedynie na odwrót, bo zapewne każdy zobaczył we mnie od razu kolejnego buntownika pragnącego zniszczyć nielegalnie swoją tożsamość. W każdym razie, Plakietki nie należy pod żadnym pozorem chować w miejscu choćby nawet pozornie całkiem opustoszałym, ponieważ ktokolwiek, kto znajdzie się w zasięgu sygnału takiej Plakietki, wyciągnie ją z łatwością i zgłosi ją do najbliższego Urzędu Cywilnego, robiąc z tego wielką aferę i nie pozostawiając jej właścicielowi żadnej możliwości obrony. Tak stało się właśnie z tym panem. W jego przypadku było to zresztą nadzwyczaj proste, ponieważ las nie okazał się wcale tak dziki i wyludniony, jak zapewne mu się wydawało i całkiem niedaleko miejsca, w którym zakopał on swoją Plakietkę, mieszkała jakaś bardzo uczciwa rodzina w drewnianym domku, która niebawem usłyszała świdrujący alarm, przechodząc tamtędy na spacer i przyszła na ratunek Prawu Plakietkowemu, odkopując Plakietkę i przyczyniając się tym samym do zaaresztowania nieszczęśnika, tak bardzo pragnącego pozbyć się swojej uciążliwej własności.

Jeśli chodzi o nowe technologie, które czyniły nowoczesne Plakietki jeszcze bardziej przenikliwymi niż kiedyś, ich największymi „skarbami” była ich intuicyjna odczytywalność oraz łączność z ciałem właściciela. Plakietki były połączone (oczywiście bezprzewodowo) ze specjalnymi lokalizatorami, z których jeden wszczepiony był w ciało człowieka, natomiast drugi znajdował się w Centralnej Bazie Społeczeństwa. W ten sposób funkcjonariusze kontrolowali lokalizację obywatela oraz sprawdzali, czy ma on przy sobie swoją Plakietkę. Nie wiem, czy w Bazie uruchamiał się alarm, kiedy włączał się on w czyjejś Plakietce, ale szczerze w to wątpiłam, bo czasami zdarza się przecież ludziom pozostawić ją na chwilę w zbyt dużym oddaleniu i alarmy musiałyby włączać się tam praktycznie co chwilę. Najprawdopodobniej fakt zbyt długiego odłączenia właściciela od swojej Plakietki pojawiał się jednak gdzieś w danych i był to kolejny powód, żeby nie zostawiać jej dobrowolnie w żadnym ukryciu. Prędzej czy później brak Plakietk i tak zostałby zauważony i szczerze wątpiłam, czy można było obyć się bez niej choćby przez kilka dni, prowadząc normalne życie w przestrzeni publicznej.

Plakietki były traktowane przez ludzi prawie jak osobna część ciała, dlatego nie było potrzeby umieszczania na nich żadnych zdjęć ani informacji dotyczących wyglądu zewnętrznego, choć byłam pewna, że w Centralnej Bazie takie dane mieli. Dzieci uczone były przywiązania do swojej Plakietki od najmłodszych lat, a nauka o „Powszechnym Obowiązku Plakietkowym” była traktowana w szkołach pierwszorzędnie.

Co się zaś tyczy intuicyjnego odczytywania Plakietek, były one wyposażone w specjalny niematerialny ekran, który wchodził w interakcję z ludzkimi oczami, formując się przed nimi automatycznie w sposób zupełnie niematerialny, ale widoczny dla danej osoby. Kiedy na przykład spojrzałam na Plakietkę idącej teraz z naprzeciwka kobiety, ukazał mi się oprócz samej etykiety pewien rodzaj transparentnego, świetlnego ekranu. Wiedziałam, że był on złudzeniem optycznym działającym na moje oczy, ale mogłam odczytać z niego wszelkie udostępnione informacje na temat tej pani, a nawet intuicyjnie wyszukać dane, które najbardziej mnie interesowały. Tak naprawdę jeden rzut oka wystarczył mi, by dowiedzieć się, że należała ona do grupy młodych emerytów. Grupy wiekowe oznaczone były jako pierwsze i bardzo łatwo było je odczytać, chociaż moim zdaniem nie było to potrzebne, bo zwykle wystarczyło po prostu spojrzeć na daną osobę, by stwierdzić, w jakim z ośmiu przedziałów wiekowych się ona znajduje.

Szybko odwróciłam wzrok, bo na Plakietki starszych osób nie należało z reguły patrzeć. Jeśli oczywiście nie było ku temu konkretnego powodu, ale to chyba rzadko się zdarzało. Mi zresztą zdarzało się niezwykle rzadko w ogóle patrzeć na czyjąś Plakietkę, nie tylko w przypadku osób starszych. Z reguły starałam się unikać patrzenia na innych ludzi, bo takie zachowanie mogło być uznane za bardzo prowokacyjne, zuchwałe, i po prostu złe. Szczególnie, kiedy się kogoś nie zna. Oczywiście, należy zachować idealną proporcję pomiędzy niepatrzeniem na kogoś a patrzeniem. Bo jeśli na przykład nie patrzyłabym na kogoś zbyt długo albo po prostu w ogóle bym nie patrzyła, mogłabym zostać oskarżona o traktowanie tej osoby jak powietrze.

W tym wypadku przesadziłam chyba jednak w drugą stronę i zawiesiłam spojrzenie na cudzej Plakietce zbyt długo, bo idąca z naprzeciwka kobieta najwidoczniej zdążyła uchwycić mój wzrok (albo może jakiś nietypowy wyraz twarzy, który przybrałam nie do końca świadomie, lub choćby przypadkowe zwolnienie kroku), w każdym razie spojrzała na mnie z taką naganą, że poczułam się, jakby szarpnęła mnie za włosy, wykręciła głowę i nakrzyczała mi w twarz, jak śmiem zachowywać się w sposób tak arogancki? Albo przynajmniej, jakby miała wielką ochotę to zrobić. Byłam prawie pewna, że przyspieszyłam w tym momencie kroku, chociaż wcale nie chciałam tego robić i sama nie byłam w stanie stwierdzić, w jakim rytmie w ogóle się poruszałam. W każdym razie, nogi pociągnęły mnie naprzód na tyle szybko, że kobieta nie zdążyła się nawet odezwać, zanim ją minęłam. Albo może raczej poruszałam się niezwykle wolno i tylko wprawiłam ją w taki szok, że przez chwilę odebrało jej mowę. Kiedy tylko ją minęłam, usłyszałam jednak jej przenikliwy głos:

— Zatrzymaj się, bezczelna dziewucho! Jak śmiesz przechodzić sobie obok mnie, tak jakbym była pierwszym lepszym przedmiotem?! Albo nawet gorzej, jakbym była godna pogardy, bo nie mogę poruszać się tak szybko jak ty, co?! I jeszcze śmiesz patrzeć sobie na moją Plakietkę, żeby zademonstrować mi przebiegle twoją zdeprawowaną świadomość?!

Zatrzymałam się szybko i odwróciłam, stając z nią twarzą w twarz. Jej twarz była wykrzywiona w grymasie złości i obrzydzenia na widok mnie i mojej Plakietki, a raczej tego, co na mojej Plakietce jej zdaniem zapewne brakowało. Bo chociaż słyszałam takie uwagi od obcych ludzi (i nieobcych oczywiście również) regularnie, moja Plakietka nie wyglądała obecnie wcale aż tak tragicznie.

— Przepraszam — odpowiedziałam pospiesznie, czując się, jakbym wylała tylko małe wiaderko wody na palący się budynek.

— Chyba nie myślisz, że twoje przeprosiny stanowią jakąś rekompensatę za twoje podłe zachowanie? — zapytała kobieta władczym tonem.

Zauważyłam, że prostuje się nadmiernie, tak jakby chciała mnie przewyższyć albo przynajmniej dorównać mi wzrostem. Spróbowałam zatem przybrać lekko przygarbioną postawę, uważając, żeby nie przesadzić, bo wtedy mogłabym zostać oskarżona o robienie z siebie ofiary i poczułam, jak w moim kręgosłupie pojawia się znajomy ból.

Już kiedy przechodziłam obok niej, poczułam charakterystyczne zesztywnienie i obezwładnienie całego ciała pod wpływem jej wzroku, byłam bowiem przekonana, że wzrok ten był zamierzony do wyrządzenia mi o wiele większej krzywdy. Nie wiem, jak ludzie to robią, ale ja chyba naprawdę zaczynałam wierzyć w „zabijającą moc wzroku”. Poczułam w każdym razie, jakby coś obcego we mnie weszło i sama nie byłam już pewna, czy to ja stawiałam nogę za nogą, czy to coś innego mną kierowało.

Chcąc się upewnić, że miałam cały czas kontrolę nad swoim ciałem, podniosłam rękę, żeby udać jakieś odgarnięcie włosów czy coś w tym stylu. Często to robiłam, żeby przekonać samą siebie, że mam jeszcze jakąś kontrolę, ale na ogół wcale to nie sprawiało, że czułam się lepiej. Pomijając fakt, że poczułam, jakbym podniosła kawał lodowej skały, w którą zamieniła się moja ręka, szybko doszłam do wniosku, że ten gest mógł być w oczach kobiety wyrazem jeszcze większej pogardy, a nawet utajonej agresji. Nie wspominając już o innych ludziach, którzy obserwowali nas teraz z uwagą i kątem oka zauważyłam nawet jakichś dwóch nastolatków, stających nieopodal chodnika, żeby na nas popatrzeć.

— Jak ci nie wstyd? — zapytała z wyrzutem starsza pani, wczytując się z zaciętością w moją Plakietkę i co jakiś czas spoglądając mi w oczy z odrazą. — Jeśli tak zachowujesz się na co dzień, to reputacja obniżona o jeden stopień jest dla ciebie z pewnością zdecydowanie za wysoka.

Próbowałam skupić się na swoim wzroku, a raczej zadecydować, czy lepiej jest spojrzeć znowu na tę panią, czy też nie patrzeć na nią w ogóle i obserwować sobie martwą przestrzeń wokół nas. A w każdym razie na tyle martwą, co pędzące wściekle ulicą samochody. To była właśnie jedna z tych sytuacji, w których nie umiałam ocenić, co zrobić, by wpisać się w tę nieistniejącą formę zaprojektowaną w umyśle stojącej przede mną osoby.

— Dlaczego na mnie nie patrzysz?! — krzyknęła nagle kobieta. — Przecież mówię do ciebie, dziecko, a ty mnie lekceważysz!

Chciałam zaprzeczyć, ale nieznajoma odwróciła się za moim przykładem w kierunku jezdni, przy której stałyśmy i zadała następne pytanie:

— I co, tak cię interesują te samochody? Nie widziałaś nigdy pojazdu na czterech kółkach?

Zaczęłam tłumaczyć, że to nie tak, ale kobieta machnęła tylko ręką i oznajmiła, że odchodzi, bo nie może dłużej znieść mojego widoku. Usiłując zdecydować się szybko, w którą stronę i jakim krokiem powinnam ruszyć z miejsca, żeby nie naprzykrzyć się tej pani po raz kolejny i jednocześnie nie rezygnować całkowicie z wyznaczonej sobie na dziś trasy (co zapewne byłoby przez kogoś natychmiast zauważone), usłyszałam śmiech dwójki nastolatków, którzy stanęli obok nas chwilę temu i mieli teraz doskonały widok na moją osobę.

— Co za obłuda! Ha, ha, ha! Ona myśli, że my jesteśmy tacy głupi i uwierzymy jej, że nigdy nie widziała samochodu! — powiedział jeden z nich.

— Ha, ha! A może myśli, że ktoś zaraz do niej podejdzie, powie jej, że wcale nie jest taka zła, weźmie ją za rączkę i wskaże, gdzie ma iść, bo jest taka zagubiona? Ha, ha!

Nie patrząc na nastolatków, ruszyłam doskonale wyważonym krokiem w kierunku, w którym zamierzałam iść, planując skręcić delikatnie przy najbliższej okazji, żeby oddalić się od tej pani, którą zdążyłam oburzyć swoim zachowaniem. Próbowałam się uspokoić i oddychać głęboko. Oczywiście, pełne poirytowania i tłumionej złości westchnienie wyrwało mi się akurat w momencie, kiedy jakiś mężczyzna przechodził obok mnie. Nie wiedziałam, co o tym myśleć, bo byłam przekonana, że nie miałam wcale takiej intencji, ale oczywiście teraz nikt nie będzie mnie pytał o moje intencje, bo człowiek ten na pewno zauważył już moje zdenerwowanie i otrzymał właśnie znakomity powód, żeby podjąć przeciwko mnie jakieś działanie. To westchnienie brzmiało dokładnie tak, jakbym miała go dość, jakby to on był powodem mojej złości, a był to przecież tylko jakiś niewinny, nieznajomy człowiek, który nie zrobił nic złego poza minięciem mnie na chodniku.

Naprawdę dziwiłam się, że na mojej Plakietce w rubryce „Reputacja” widniał jedynie napis „Sporadycznie nieuprzejma”. Prawdę mówiąc, ta kategoria zmieniała się u mnie bardzo często, a w każdym razie, całkiem regularnie. Mniej więcej co miesiąc, a czasem nawet częściej, dostawałam maila z informacją o zmianie statusu mojej Plakietki, która najczęściej dotyczyła zmiany statusu „Sporadycznie nieuprzejmej” na „Podejrzaną” i na odwrót. Kilka razy otrzymałam również tytuł „Średnio wychowanej”, a nawet na „Nie wykazującej należytego szacunku”. Idąc w tym kierunku, następny brzmiałby „Skłonna do agresji” i chwilami dziwiłam się, że jeszcze mi go nie przyznali.

W przypadku dwóch ostatnich statusów z tej kategorii („Nacechowany agresją” i „Niebezpieczny dla otoczenia”) obramowanie Plakietki zaczynało świecić się na czerwono tak, że było się doskonale widocznym nawet w nocy. Taki tytuł uzyskiwało się jednak dopiero po interwencji Służb Nadzorczych. Chociaż, kto wie, może ta interwencja nie musiała się wcale odbyć z udziałem posiadacza Plakietki i pewnego dnia mogłam obudzić się i zobaczyć na swojej Plakietce tytuł „Nacechowana agresją”, nie wiedząc nawet, skąd się wziął. Czerwone obramowanie mogło wynikać także z tytułu „Karany w poważnych przestępstwach” w rubryce „Karalność”, chociaż to chyba zawsze łączyło się z najniższymi ocenami w Reputacji. W każdym razie nie chciałam, żeby moja Plakietka była obramowana na czerwono.

Nie chciałam również nosić niebieskiej ani zielonej opaski na głowie. Chociaż ta odznaka teoretycznie powinna dać mi prawo do uprzywilejowanego traktowania i wyeliminować oskarżenia oraz ataki na moją osobę. O ile w moim przypadku w jakimkolwiek stanie byłoby to możliwe, a niestety szczerze w to wątpiłam. Opaski w tych kolorach oznaczały niepełnosprawność. Niebieskie były noszone przez ludzi niepełnosprawnych umysłowo, natomiast zielone przez niepełnosprawnych fizycznie. Osoby, u których stwierdzono niepełnosprawność, były zobowiązane do posiadania swoich opiekunów, którzy z kolei mieli obowiązek dbać o noszenie przez swoich podopiecznych odpowiednich opasek. Za zaniedbanie tego obowiązku groziły surowe kary. Oczywiście, kary dla opiekunów, nie dla niepełnosprawnych. I, również oczywiście, osoby, którym przyznano takie opaski, nie musiały wyznaczać sobie opiekunów samodzielnie.

Osoby, które otrzymały status ciężko chorych, nosiły z kolei opaski żółte. Noszenie na głowie żółtej opaski miało ogromne znaczenie w społeczeństwie, nie mniejsze niż w przypadku pozostałych kolorów. Takie osoby, oczywiście podobnie jak niepełnosprawni, uzyskiwały automatycznie wiele przywilejów, a od reszty obywateli wymagało się przyjęcia wobec nich wyjątkowo życzliwej i opiekuńczej postawy, co za każdym razem wprawiało mnie w popłoch i niepojętą konsternację. Szczególnie, że w prawie nie ma precyzyjnego wyjaśnienia, co oznacza postawa „wyjątkowo życzliwa i opiekuńcza”, a rozumienie tego pojęcia bez potrzeby uczenia się jego definicji było jedną z niepisanych, ale niemniej ważnych zasad, które obowiązywały w społeczeństwie. Za złamanie niepisanej zasady można było zostać aresztowanym tak samo jak za złamanie zasady pisanej. Czasami za złamanie zasady niepisanej można było zostać nawet surowiej ukaranym, ponieważ, jak to się mówi, przestrzeganie zasad niepisanych powinno być naturalną tendencją każdego człowieka. Jeśli natomiast tak nie jest, oznacza to, że człowiek taki jest zły.

Osoby z grupy uprzywilejowanej prawie nigdy nie musiały czekać w kolejkach, zajmowały zawsze najlepsze miejsca w środkach komunikacji publicznej czy w innych miejscach użytku publicznego, a ludzie co jakiś czas zatrzymywali się przy nich, pytając, czy mogą w czymś pomóc (nawet jeśli osoba taka znajdowała się w towarzystwie opiekuna).

Nie miałam wprawdzie nigdy bliższej styczności nawet z osobą ciężko chorą (choć z tego co wiem, moja babcia była już całkiem bliska otrzymania tego statusu), ale oczywiście regularnie spotykałam je na ulicach i zawsze uderzało mnie, z jak ostentacyjnym zapałem ludzie oferowali im swoją pomoc. Czasami dochodziło wręcz do niepozornych nieporozumień, kiedy ludzie nie mogli się zdecydować, kto pierwszy ma udzielić pomocy. Starałam się wtedy jak najszybciej uciec z takiego miejsca, bo czułam się co najmniej tak, jakbym była niepasującym fragmentem otaczającej mnie układanki. Albo jeszcze gorzej. Czułam się, jakby ktoś chciał mnie zdeptać i wyrzucić do kosza.

Można się zatem z łatwością domyślić, że każde moje zetknięcie z osobą uprzywilejowaną z powodu opaski kończyło się wybitnie haniebnie. Kiedy na przykład przechodziłam obok takiej osoby gdzieś na ulicy (przynajmniej, o ile osoba ta nie była czymś lub kimś wyjątkowo zajęta), często słyszałam wypowiedzi w stylu: „A co mnie tak ignorujesz?! Co za brak poszanowania!”. Zatrzymanie się jednak i zaproponowanie takiej osobie pomocy — przynajmniej przez taką osobę jak ja — niosło ze sobą niestety nawet większe zagrożenia i podnosiło drastycznie prawdopodobieństwo publicznego upokorzenia. Kiedy raz zatrzymałam się obok jakiejś staruszki z żółtą opaską na głowie, siedzącą na ławce przy zaniedbanym parku i wpatrującą się w przestrzeń, jakby szukała pomocy, usłyszałam od niej: „Czego ty chcesz, dziewucho! Zasłaniasz mi światło! Co za nachalna nastolatka…”, dlatego też od tej pory starałam się unikać takich sytuacji, jak tylko mogłam. Uniki również nie są jednak doskonałym rozwiązaniem, bo i one są przez ludzi dostrzegane. Kiedy pewnego razu robiłam zakupy w markecie i zauważyłam w jednej z alejek jakiegoś emeryta z żółto-zieloną opaską na głowie, mającego chyba problem ze zdjęciem czegoś z półki i poszłam dalej, nie zastanawiając się nad tym, czy potrzebuję czegoś z tej alejki, tylko nad tym, żeby jak najszybciej uniknąć kolejnej okazji do upokorzenia, ktoś zawołał za mną: „Patrzcie, ta kobieta zignorowała tego biednego pana! Co za skandal!”. Odwróciłam się, bo głos był zbyt donośny, zbyt jawny i zbyt bliski, bym mogła i go zignorować, po czym zobaczyłam jakąś grupę ludzi, pokazującą mnie palcami i oskarżającą o wykręcanie się z obowiązku.

— Mam cię zgłosić, osobo, którą bez żadnych skrupułów ośmielam się nazywać śmierdzącą egoistką? — zapytał stojący na czele grupy mężczyzna, który był chyba szczególnie zdeterminowany do zaprowadzenia bolesnej sprawiedliwości i zaczął się już wybijać w moim kierunku.

— Przepraszam — odpowiedziałam, czując, że miękną mi nogi i przechodzą mnie dreszcze tak lodowate i tak rażące, że dziwiłam się, że nie zamieniłam się od razu w bryłę lodu.

Mężczyzna zatrzymał się kilka kroków przede mną, założył ręce na biodra i zaśmiał się drwiąco. Wokół zgromadziło się już trochę ludzi, kibicujących po cichu mojemu przeciwnikowi, jako że zdążyli już rozeznać się w sytuacji i odczytać nasze imiona z Plakietek.

— Wiesz, wyglądasz bardzo żenująco, stojąc tak nieruchomo z koszykiem w rękach, jakbyś myślała, że obroni cię ten kawałek plastiku. Ale nie. To ja cię obronię, żałosna istoto, bo jestem o wiele łaskawszy i o wiele bardziej wspaniałomyślny, niż ci się wydaje. Nie wydam cię władzom, ale to ostatni raz, kiedy ci daruję. A teraz zejdź mi z oczu.

Pamiętam, że nie kupiłam tego dnia wiele, a wieczorem, niedługo po powrocie ze sklepu, poczułam takie osłabienie, że zaczęłam się prawie trząść z wyczerpania. Kolejnego dnia natomiast moja reputacja ponownie spadła o jeden stopień. A wszystko to z powodu kolejnej taktyki, którą obrałam, żeby poradzić sobie z traktowaniem uprzywilejowanych.

Nie wiedziałam tak naprawdę dokładnie, jak odbywa się zmiana reputacji na Plakietce. Zmiana grupy wiekowej odbywała się chyba automatycznie, ponieważ informacja o wieku i dacie urodzenia jest zapisana w systemie. Zmiana kategorii „Sprawności” lub „Zdrowia” wymagała zgłoszenia się do Urzędu Cywilnego i uzyskania stosownej opinii lekarza. Zmianą statusu „Pracy” zajmował się pracodawca lub również lekarz, w przypadku określenia zdolności do pracy. Zmianę zameldowania należało zgłosić do Urzędu lub ewentualnie robiła to sama Służba Nadzorcza, jeśli ktoś nie zrealizował w terminie opłat za swój dom czy mieszkanie. Kwestią karalności, rzecz jasna, również zajmowały się Służby Nadzorcze, główne organy do walki z przestępczością i wszelką nieprawością panującą w społeczeństwie, natomiast zasługi i osiągnięcia w ostatniej rubryce Plakietki zgłaszało się osobiście lub poprzez daną instytucję czy jednostkę, która taką zasługę przyznawała. Podstawowa informacja w tej kategorii to wykształcenie, ale chyba nie widziałam nigdy osoby, która nie miałaby zarejestrowanych jakichś dodatkowych osiągnięć. Z mojej Plakietki oprócz wykształcenia w tej kategorii można było odczytać jedynie dyplom uczestnictwa w jakimś nudnym projekcie, w który zostałam zamieszana praktycznie bez mojej wiedzy jeszcze w latach szkolnych i którego nazwy nie ma teraz nawet sensu przytaczać.

Zmiana statusu „Reputacji” musiała odbywać się oczywiście w jakiś sposób za pośrednictwem ludzi, którzy zgłaszali do urzędów swoje obserwacje i skargi na danego człowieka. I oczywiście dzięki obserwacjom czynionym przez funkcjonariuszy Służb Nadzorczych. Ale ostatecznie nie mogło ich przecież być tak wiele, żeby byli w stanie kontrolować każdego obywatela z osobna. Z tego co wiedziałam, żeby zgłosić obserwację na temat drugiej osoby, trzeba było jedynie być pełnoletnim obywatelem i posiadać „wzorcową reputację”.

Nigdy nie interesowałam się tym jakoś szczególnie w kontekście mojego prawa do dokonywania takich zgłoszeń, ponieważ ja nigdy nie miałam na Plakietce reputacji „wzorcowej”, a nawet gdybym miała, i tak nie chciałabym nikogo zgłaszać, ponieważ dałabym ludziom w ten sposób doskonały pretekst do oskarżenia mnie o oskarżanie innych. A przynajmniej, o fałszywe oskarżanie. Bo chociaż składanie skarg i zażaleń na innych obywateli jest całkowicie legalne, nikt nie powiedział, że nie można być posądzonym o uwzięcie się na kogoś i jestem przekonana, że coś takiego byłoby właśnie przeciwko mnie wykorzystane.

Poza tym, nie widziałam sensu w zgłaszaniu kogokolwiek władzom, ponieważ ludzie irytowali mnie na każdym kroku (zapewne dlatego, że ja irytuje ich, a oni irytują się przez to na mnie i tak to kółko się kręci). Ja natomiast spotykałam na co dzień mnóstwo ludzi mających „wzorcową” reputację na Plakietce i dających mi znać, bardziej lub mniej jawnie, że mają wielką ochotę mnie zgłosić. Właściwie wszyscy, z którymi mijałam się na co dzień w przestrzeni publicznej, mogli z pewnością znaleźć jakiś powód, żeby na mnie donieść.

Czasami słyszałam, jak jacyś starsi ludzie grożą swoim podopiecznym, czy po prostu jakimś spotkanym przypadkiem młodym osobom, że obniżą im reputację (oczywiście mi również grożono tym często, nawet obecnie, kiedy jestem już formalnie dorosła od kilku lat). Reputacją nieletnich operowali wprawdzie przede wszystkim ich rodzice i opiekunowie — przynajmniej ci, którzy własną reputację utrzymali w stopniu wzorcowym — nie oznaczało to jednak, że inni wzorcowi obywatele nie mogli dokładać się do zmian w tej kategorii. Nie wiedziałam, jak często ludzie, którzy grozili mi złożeniem na mnie skargi rzeczywiście to robili. Rzadko zdarzyło mi się zostać poproszoną o zatrzymanie przez kogoś, żeby mógł sobie spisać numer identyfikacyjny mojej Plakietki. Chociaż może wystarczyło, jeśli zapamiętali tylko moje nazwisko.


Moje rozmyślania na temat funkcjonowania systemu plakietkowego nie pozwoliły mi oczywiście wcale odciąć się od otaczającej mnie rzeczywistości. Każdy człowiek, którego mijałam wzbudzał we mnie nieodpartą chęć ukrycia się, ukrycia swojej twarzy i przyczepionej do mojej kurtki etykiety. Skutecznie powstrzymywała mnie jednak przed tym myśl, że za ukrycie się zostałabym od razu posądzona o szpiegowanie, kombinatorstwo lub inną podobną bzdurę, a wszyscy ludzie wokół zaczęliby drwić ze mnie, że jestem taką idiotką i cieszyć się, że oni nie są takim idiotami jak ja. A może nawet zostałabym zgłoszona za złamanie prawa? Nie przypominałam sobie, żeby w prawie pisanym było coś o chowaniu się, ale wszystko, co wydaje się w jakiś sposób dziwne, podejrzane czy po prostu rzadkie i nietypowe, bezpieczniej jest traktować jako potencjalne przestępstwo. Bo oczywiście na dworze, szczególnie w mieście, nie można się tak do końca ukryć i prędzej czy później zostałabym znaleziona. Mogłabym się ukryć gdzieś co najwyżej tymczasowo, a kiedy zostałabym dostrzeżona, nastąpiłoby właśnie to, o czym pomyślałam. Zresztą, byłam niemal pewna, że ktoś zauważyłby mnie już w trakcie chowania się.

Stopniowo zaczynał ogarniać mnie coraz bardziej uogólniony ból, który rozprzestrzeniał się zawsze od kręgosłupa i promieniował nawet na całe ciało. Nie wiedziałam, od czego dokładnie ten ból pochodził, dość, że dokuczał mi za każdym razem, kiedy przebywałam poza domem i miał z pewnością mnóstwo wspólnego z mijaniem się z tymi wszystkimi ludźmi. Byłam już kilkukrotnie badana pod kątem zarówno tego bólu, jak i innych dolegliwości, które nieustannie mnie męczyła, ale lekarze, do których mnie dopuszczono, stwierdzali za każdym razem, że mój organizm pracuje całkowicie prawidłowo i nie powinnam czuć żadnego bólu. Nie mogłam jednak wmówić sobie, że go nie czuję, byłam natomiast przekonana, że wynikał on po prostu, mniej lub bardziej pośrednio, ze zmęczenia ciągłym poczuciem zagrożenia, które zapewniali mi ludzie, ich wiecznie niespełnione oczekiwania i oburzenie moim szkaradnym wizerunkiem. Oczywiście takie wytłumaczenie mojego bólu nie zainteresowało zupełnie personelu medycznego (usłyszałam tylko, że próbuję wymusić na nich przyznanie mi niebieskiej opaski, żeby dostać się do grupy uprzywilejowanych) i do dziś chodziłam ze statusem „Zdrowa” na Plakietce.

Kiedy w pewnym momencie znalazłam się przy przejściu przez ulicę prowadzącym do mojego osiedla, stwierdziłam, że nie wiem, czy chcę przez nie przejść, czy też iść dalej. Zwolniłam kroku, spojrzałam na zegarek i odkryłam z niezadowoleniem, że mój spacer trwał znacznie krócej niż zamierzałam. Chociaż zdecydowanie chciałam już wracać do domu i jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznym zamknięciu, poczuć, jak opuszcza mnie nagromadzone we mnie napięcie i poczekać na ustąpienie bólu i zmęczenia, pomyślałam że rozsądniej byłoby jednak iść dalej, przedłużając ten nieprzyjemny marsz, bo teoretycznie byłoby to przecież zdecydowanie zdrowsze. Wszyscy powtarzali mi w kółko i wszędzie natykałam się na informacje, że chodzenie jest dobre dla zdrowia, szczególnie dla osób cierpiących na bóle kręgosłupa i podobne schorzenia. Oczywiście mój przypadek był bardzo nietypowy, ale pomimo to bałam się, że ciągłe siedzenie w domu okazałoby się dla mnie szkodliwe.

Na każdym polu widziałam zresztą, że kiedy chce się coś osiągnąć, zawsze wymagany jest wysiłek, trud i cierpienie. W mojej rodzinie na przykład pogląd ten był tak rozpowszechniony, że niemal otaczano go czcią i moi dziadkowie oraz moje ciotki przypominały mi o tym przy każdej okazji. Dlatego nie mogłam teraz tak po prostu wrócić sobie do domu, bo tak mi się podobało, ponieważ przez resztę dnia, o ile nie tygodnia, byłabym dręczona wyrzutami sumienia, że zaszkodziłam sobie świadomie oraz dobrowolnie i nie mogłabym zaznać spokoju. Poza tym, gdybym poszła teraz prosto do domu, ludzie z pewnością tryumfowaliby nad moją porażką, bo poddanie się jest zawsze rodzajem porażki, bardzo haniebnej porażki w dodatku.

Nie mogłam się zresztą dłużej zastanawiać, bo ludzie patrzyli na mnie i zaraz zaczęliby myśleć, że bawię się w udawanie słupa czy coś takiego. To był jeden z tych momentów, w którym brak decyzji jest decyzją sam w sobie, i to w dodatku bardzo złą decyzją. Gdybym nie stała teraz przy przejściu dla pieszych, na pewno ktoś już by się mną zainteresował i czułam, że wymówka w stylu „coś sobie przypomniałam” nie brzmiałaby wcale przekonująco. W końcu można sobie przypominać różne rzeczy i myśleć o nich, będąc w ruchu, a nawet jeśli na przykład pomyliłabym kierunki, mogłabym po prostu od razu zawrócić, a nie stawać w miejscu, zastanawiając się, w którą stroną się obrócić. Chociaż, jeśli chodzi o pomylenie kierunków, chyba tym bardziej nikt by mi w to nie uwierzył. Ostatecznie nie miałam przecież na głowie niebieskiej opaski.

Nagle któryś z przejeżdżających samochodów zatrzymał się przy pasach i najwidoczniej ja mogłam być tego jedyną przyczyną. Jednocześnie zdążyłam już jednak zrobić pół obrotu w przeciwnym kierunku i nawet postawić pierwszy krok i po chwili usłyszałam, jak jakiś pan krzyczy ze swojego samochodu:

— No, co pani robi?! Idiotę ze mnie? Przecież specjalnie zatrzymałem się tu dla pani, żeby pani mogła przejść, a pani bawi się ze mną w kotka i myszkę?!

Zatrzymałam się jak wryta i spojrzałam na tego pana z przerażeniem.

— No, i co się pani tak gapi?! — krzyknął prawie od razu.

Jakiś inny samochód z tyłu zatrąbił i nagle samochody zaczęły zjeżdżać się jak szalone i na ulicy lada chwila miał powstać korek. Z mojego powodu. Nie mogłam się zdecydować, co zrobić: przejść przez tę jezdnię i dać się w razie czego przejechać przez rozwścieczone auta, może przebiec przez nią, prowokując je jeszcze bardziej, a może raczej oznajmić, że dziękuję bardzo i przepraszam bardzo, ale rezygnuję z przejścia, bo nie chcę już dłużej nikogo zatrzymywać? Ale wtedy ludzie w samochodach mogliby się wściec jeszcze bardziej, bo okazałoby się, że zatrzymali się na marne…

— Już idę! — krzyknęłam do kierowcy pierwszego samochodu, decydując się na przejście przez ulicę.

— No, szybciej! — krzyczał za mną ten pan. — Przedstawienie pan robi, czy co?!

Przyspieszyłam kroku i drugą połowę jezdni pokonałam prawie biegiem. To jednak również nie okazało się dobrym rozwiązaniem.

— Patrzcie, a teraz udaje, że się nas wystraszyła i że musi uciekać! — zawołał kierowca innego samochodu. — Co za obłuda!

Gdy tylko zeszłam z jezdni, pierwszy znajdujący się za mną samochód ruszył z piskiem opon. Kilka aut zatrąbiło jeszcze głośno, jakby chciały mi dać do zrozumienia, jak bardzo zasłużyłam sobie na ich gniew i jak bardzo żałują, że zatrzymały się z powodu takiej osoby jak ja.

Oczywiście ktoś zdążył już zauważyć tę definitywnie kompromitującą sytuację, bo chociaż trwała ona w rzeczywistości bardzo krótko, była jednocześnie bardzo głośna i widowiskowa. Kilkoro ludzi patrzyło na mnie, kiedy weszłam na chodnik i mimo, że zaczęłam jak najszybciej iść do przodu, wydawało mi się, że usłyszałam pstryknięcie aparatu, a jakaś pani krzyknęła za mną:

— Co za bezczelne zachowanie! Jak ci nie wstyd, dziewczyno?!

Obróciłam się lekko, ale nie zatrzymałam się. Nie byłam nawet pewna, która kobieta na mnie krzyknęła, bo kilkoro osób stało teraz nieopodal, patrząc na mnie oburzonym wzrokiem. Tym bardziej nie zamierzałam szukać osoby, która mogła uwiecznić mnie na fotografii. Poza tym byłam przekonana, że komentarz kobiety, a właściwie zapytanie, miało raczej charakter upomnienia i swoistej ekspresji, a nie rzeczywistego zaproszenia do rozmowy.

Odchodząc, czułam, jak gdyby paliły mnie plecy i jakby coś usztywniło mnie od środka, tak, że każdy mój krok zdawał się jakiś ociężały i nienaturalnie spowolniony. Być może miałam takie wrażenie częściowo dlatego, że chciałam jak najszybciej zejść im z oczu, ale jednocześnie nie chciałam wyglądać, jakbym uciekała, bo wtedy mogłyby oskarżyć mnie o posądzanie je o jakieś agresywne zamiary wobec mnie. A one były przecież tylko niewinnymi obywatelkami, słusznie oburzonymi moim podłym zachowaniem.

Pomyślałam, że mogłam dodać sobie zatem kolejne osoby do mojej z dnia na dzień coraz bardziej imponującej kolekcji wrogów. Najpierw kierowcy samochodów, zapewne wzorcowi obywatele spieszący na ważne spotkania i usiłujący pozałatwiać liczne sprawy, jak najlepiej wypełniając swoje społeczne obowiązki, zostali zatrzymani nagle przez jakąś dziwną osobę, która postanowiła pozbawić się ich kosztem i nadużyć swojego prawa do przechadzania się ulicą, a teraz jeszcze świadkowie tej sceny odurzali się jej skandalicznością. Osoby, które przeszły przez taką sytuację i znajdowały się w takim stanie nie mogły po prostu o mnie zapomnieć.

Nie był to oczywiście pierwszy raz, kiedy miałam jakiś problem z samochodami. Pomijam już fakt, że ludzie w samochodach wykorzystywali każdą okazję, żeby popatrzeć na mnie i pokpić sobie ze mnie („Ta dziewczyna myśli, że jest szybsza od nas, ha, ha, ha!”, i tym podobne), a każde mijające mnie auto było jak sztylet wbijający się we mnie. Kiedy natomiast chciałam przejść przez ulicę, nigdy nie wiedziałam, czy powinnam zrobić to szybko i zdecydowanie, nie czekając, aż jadący z którejś strony samochód zatrzyma się, czy raczej poczekać, aż stanie i dopiero wtedy wkroczyć na jezdnię. Nie wszędzie jest przecież sygnalizacja świetlna, choć nawet ona nie stanowiła dla mnie zresztą za każdym razem stuprocentowego ratunku. Nie muszę też oczywiście dodawać, że moja decyzja odnośnie wkroczenia bądź nie wkroczenia na jezdnię była zawsze zła. Gdy ostatnio weszłam na ulicę nie czekając, aż samochód się zatrzyma, to kiedy w końcu się zatrzymał, siedząca za kierownicą kobieta tak się zdenerwowała, że wyszła z samochodu i skarciła mnie głośno.

— Jak śmiesz wymuszać na mnie zatrzymanie samochodu, niewdzięczna istoto?! Pewnie chciałaś, żebym cię przejechała i poszła do więzienia, co?!

Spisała sobie następnie mój numer identyfikacyjny Plakietki, grożąc mi kilkukrotnie, że osobiście zajmie się obniżeniem mojej reputacji, po czym odjechała z piskiem opon. Co dziwne, moja reputacja nie została od tego czasu jeszcze obniżona i zaczynałam się obawiać, że Urząd planował dla mnie tym razem coś gorszego.

Idąc automatycznie w stronę mojego bloku, przypomniałam sobie, że chciałam wydłużyć jeszcze trochę ten spacer i w ostatniej chwili skręciłam w boczną uliczkę. Już po chwili miałam okazję tego pożałować, bo z naprzeciwka szła właśnie pewna młoda kobieta, która chyba mnie znała. To znaczy, na pewno mnie znała. Przynajmniej kiedyś. Nie miałam oczywiście pewności, czy jeszcze mnie pamiętała (choć zapewne coś tam pamiętała), w każdym razie dla mnie na pewno nie była obca.

Znałyśmy się kiedyś dawno jako małe dziewczynki i bawiłyśmy się razem na podwórku. Przez pewien czas chodziłyśmy też razem do szkoły, chociaż tam moja koleżanka raczej nie przyznawała się do mnie. W szkole zaczynał się dla mnie zupełnie inny wymiar, bez bezpiecznego azylu rodziców, do którego mogłam się zawsze odwołać i powrócić. Był tam natomiast system opieki, przypominający raczej system niewolniczy, do którego byłam brutalnie przywiązana i trzymana jak na uprzęży.

Później poszłyśmy do innych szkół, a nasza znajomość w strefie podwórka zaczęła szybko zanikać, nie wiadomo do końca dlaczego. Irina (bo tak miała na imię moja koleżanka) miała swoje sprawy, a ja zaczynałam się bać tych jej spraw, które były jej sferą prywatną i które powoli zaczynały rozrastać się wokół niej jak ogromna bańka mydlana. Przestałyśmy się widywać i umawiać, a nawet nasze przypadkowe spotkania stawały się coraz rzadsze. W końcu przestałyśmy się nawet witać, kiedy już doszło do spotkania, zapewne na skutek paru niewygodnych sytuacji, w których nie byłam pewna, co zrobić i oczywiście zaczęłam popełniać błąd za błędem, aż w końcu straciłam poczucie, co rzeczywiście jest błędem.

Raz Irina biegła gdzieś i nawet na mnie nie spojrzała. Stwierdziłam zatem, że nie chcę jej zatrzymywać, dlatego nie odezwałam się ani słowem. Innym razem mijałyśmy się na ulicy, ale ja spojrzałam na nią akurat w tak nieszczęśliwym momencie, że właściwie już ją mijałam i na skutek jakiegoś dziwnego impulsu wewnątrz mnie nie, znowu nie zatrzymałam się ani nie odezwałam. Nie byłam zresztą pewna, być może odezwałam się jednak, ale tak cicho, że nikt mnie nie usłyszał albo otworzyłam tylko usta i nie wydobyłam z siebie żadnego dźwięku, bo w ostatnim momencie stwierdziłam, że już jest za późno. A może popełniłam wtedy właśnie jakiś kompromitujący błąd i nie chciałam ściągać na siebie dodatkowej uwagi?

Później natomiast coraz częściej zaczynałam widywać ją w gronie jakichś znajomych i czułam, że gdybym odezwała się do niej w takiej sytuacji, to zupełnie tak, jakbym zawołała do nich wszystkich i z premedytacją wtrąciła się agresywnie w ich prywatną sferę, podczas gdy sama nie miałam nic do zaoferowania. Próbowałam się również przekonać, że skoro nie widzę żadnych sygnałów porozumienia ze strony Iriny, oznaczało to zapewne, że nie była ona po prostu zainteresowana utrzymywaniem ze mną kontaktu, ale jednocześnie jakiś natrętny głos wciąż huczał w mojej głowie, że to ja odwróciłam się od niej, przestałam się do niej przyznawać i z całą pewnością zasługuję z tego powodu na obniżenie reputacji i totalną pogardę.

Chociaż minęło już wiele lat, to uczucie wciąż powracało do mnie, kiedy ją widziałam i byłam przekonana, że ona sama właśnie o tym myślała, nawet jeśli nie dawała tego po sobie poznać i udawała, że mnie nie widzi. Takie traktowanie było dla mnie tak naprawdę niemniej alarmujące niż jawne wypowiedzi. Ona świadomie mnie ignorowała, tak jak ja ignorowałam ją i każda z nas myślała, że wina jest po drugiej stronie. Moja wina była ponadto nie do naprawy.

Raz zdarzyło mi się powiedzieć do niej „cześć”, kiedy spotkałyśmy się na ulicy, mając może z piętnaście lat. Przypuszczam, że musiałam czuć tego dnia jakąś wybitną motywację do nawiązania czegoś, co można by było nazwać przyjaznym kontaktem z drugim człowiekiem. W każdym razie, kiedy zobaczyłam ją idącą z naprzeciwka z jakąś swoją koleżanką i kiedy zobaczyłam, jak spojrzała na mnie, tak intensywnie, porozumiewawczo i wyczekująco, odezwałam się, mając nadzieję, że moje starania zostaną docenione. Niestety jednak po raz kolejny źle odczytałam jej oczekiwania i dziewczyna zatrzymała się tylko niedaleko mnie, rozglądając się wokół siebie, jakby mnie nie widziała i zwróciła się do swojej koleżanki:

— Słyszałaś coś? Bo ja nie.

— Hm… Ja też nie — odpowiedziała koleżanka, zerkając na mnie z takim wyrazem twarzy, jakbym była czymś wybitnie bulwersującym i nie zasługującym na istnienie.

Następnie odeszły, wybuchając szyderczym śmiechem. Pamiętam, że tego dnia miałam chyba jakiś straszny ból głowy czy coś takiego i obiecałam sobie, że już więcej się do niej nie odezwę. Przynajmniej nie pierwsza.

Dlatego też, kiedy zobaczyłam ją idącą w moim kierunku, w mojej głowie automatycznie pojawił się głos, nakazujący mi odezwanie się, bo tak przecież dłużej nie może być. Szczególnie, że ona i tak na pewno pamięta wciąż bardzo dobrze to moje nieodpowiednie przywitanie wiele lat temu i zawsze przechodziła obok mnie tryumfalnym krokiem. Jednocześnie jednak inny głos odezwał się w mojej głowie, ostrzegając mnie przed fatalnymi skutkami mojej potencjalnej interwencji. Ostatecznie postanowiłam zatem przejść obok niej jak zwykle w milczeniu, starając się za bardzo nie patrzeć w jej kierunku. Unikałam przede wszystkim patrzenia jej w oczy i na jej Plakietkę, bo to sugerowałoby oczywiście, że szukam czegoś, żeby ją potępić albo żeby jej zazdrościć, będąc przy tym na tyle przebiegła, że nie przyznawałam się do tego wprost.

Odkąd przestałyśmy się spotykać (czyli od jakichś chyba dziesięciu lat), odważyłam się zerknąć na jej Plakietkę może parę razy, i to jedynie bardzo przelotnie, nie śmiąc odczytać z niej więcej niż jej imię i nazwisko oraz trzy pierwsze kategorie, które nie były dla mnie żadnym zaskoczeniem. Raz tylko udało mi się spojrzeć na jej reputację i zobaczyłam, że była wzorcowa.

Unikając zatem patrzenia na automatyczny ekran Plakietki Iriny, pozwoliłam jedynie plątać się mojemu wzroku przez chwilę gdzieś koło niej, żeby nie było, że udaję, że kompletnie jej nie widzę. Moje wysiłki nigdy nie były jednak wystarczające i tym razem moja stara koleżanka najwidoczniej straciła cierpliwość, bo zatrzymała się koło mnie i krzyknęła z pretensją:

— I co się tak gapisz?! Przecież udajesz, że mnie nie znasz, prawda?

— Ja nic takiego nie powiedziałam… — odpowiadam z zakłopotaniem.

— No, jasne, może jeszcze powiesz, że jesteśmy przyjaciółkami?

— Nie, no, bez przesady! Ostatecznie przecież od dawna ze sobą nie rozmawiamy… — kontynuowałam, ciesząc się, że mam jakąś szansę na usprawiedliwienie się i wyjaśnienie jej swojego punktu widzenia.

— To ma być jakiś żart? My niby kiedyś rozmawiałyśmy?

Tym razem jednak naprawdę odebrało mi mowę i zaczęłam zastanawiać się nagle z przerażeniem, czy moje wspomnienia dotyczące tej Iriny rzeczywiście były prawdziwe. Czy to na pewno z nią bawiłam się ponad dziesięć lat temu na podwórku…?

Irina prychnęła w końcu tylko, kiedy ja zaczęłam mówić „No, nie wiem…” i odeszła jak zwykle tryumfalnym krokiem, pozostawiając mnie na pastwę upokarzającego wzroku otaczających mnie ludzi. Na szczęście nikt więcej nie doczepił się do mnie w tym momencie i poszłam dalej, marząc o tym, żeby ten wyczerpujący spacer nareszcie się zakończył i żebym nie musiała widzieć Iriny już nigdy więcej. Rozmawiając z nią, napięłam się tak bardzo, że nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam wstrzymywać oddech i teraz musiałam uważać, żeby nie wzdychać zbyt głośno, kiedy kogoś mijałam.

— Co tak sapiesz, dziewucho, jakby ci się krzywda działa? — usłyszałam, kiedy przechodziłam koło jakiegoś starszego państwa z kolorowymi opaskami na głowie.

Zatrzymałam się, mając nadzieję, że „przepraszam” wystarczy. Niestety jednak nie było mi dane zakończyć tego spotkania tak szybko.

— Myślisz, że jesteś od nas lepsza, bo możesz chodzić szybciej od nas? — zapytał pan w zielonej opasce, opierając się na swojej kuli i patrząc na mnie z wyrzutem.

— Dla ciebie my jesteśmy pewnie tylko starym brudem, który zajmuje miejsce na chodniku, prawda? — zapytała następnie pani w żółtej opasce.

Po raz kolejny chciałam przeprosić, chociaż nie do końca wiedziałam, za co, ale w tej chwili podeszła do nas jakaś kobieta niewiele starsza ode mnie i zwróciła się do mnie z wyraźnym wzburzeniem:

— Z jakiej racji zaczepia pani chorych ludzi?!

— Przepraszam, ja nikogo nie zaczepiam — odpowiedziałam szybko.

— Ona myśli, że jest od nas lepsza — wyjaśnił pan w zielonej opasce, nie zważając na moje słowa.

— Z jakiej racji uważa się pani lepsza od tych biednych ludzi? — zapytała ponownie młoda kobieta o nieznanym mi imieniu. Nie śmiałam nawet spojrzeć na jej Plakietkę.

Powtórzyłam jeszcze raz, że wcale nie miałam takiej intencji, ale nadal nie wywarło to żadnego skutku na moich rozmówcach.

— A gdzie są państwa opiekunowie? — kobieta zapytała teraz parę staruszków.

— My nie mamy opiekunów z własnego wyboru — odpowiedziała pani w żółtej opasce. — Nie chcemy ryzykować, że trafimy na kogoś takiego, jak ta osoba — ciężko chora wskazała na mnie palcem, żeby nie było wątpliwości, o kogo chodzi. — A nasze dzieci nie mają czasu się nami opiekować, one mają już i tak dosyć własnych obowiązków. A to są bardzo pracowite osoby. Bardzo!

— Proszę się nie martwić, ja chętnie się państwem zaopiekuję! — oznajmiła z zapałem młoda kobieta, a ja wykorzystałam ten moment, mówiąc niepostrzeżenie, że przepraszam, ale muszę już iść i odwróciłam się, by odejść.

— Chwileczkę! — zawołał niepełnosprawny człowiek. — Musimy mieć pani numer identyfikacyjny, żeby panią zgłosić!

— No właśnie! — nowa opiekunka wyjęła z torebki jakiś notatnik i długopis, po czym kazała mi stanąć nieruchomo i zaczęła spisywać numer znajdujący się na mojej Plakietce.

Miałam wielką ochotę poruszyć się w tym momencie albo przynajmniej wyprostować, jako że stanęłam z przyzwyczajenia w lekko przygarbionej pozycji i czułam, jakby coś się we mnie gotowało. W końcu zauważyłam, że kobieta czyta sobie moją Plakietkę, chociaż zanotowała już cały numer.

— Już? — zapytałam ją.

— Ale się pani niecierpliwi! — powiedziała. — Tylko proszę nie mówić, że gdzieś się pani spieszy, bo osoba z dwoma pozycjami w „Zasługach i osiągnięciach”, z których jedna to obowiązkowe wykształcenie, na pewno nie ma gdzie się spieszyć.

— Dwie pozycje! — zaśmiała się chora staruszka. — Moje wnuki mają już po kilkadziesiąt, nawet te najmłodsze!

Poczekałam, aż skończą się śmiać i zapytałam, starając się brzmieć jak najbardziej neutralnie:

— Czy mogę już iść?

— My z panią rozmawiać nie chcemy — oświadczył starszy pan. — To ja chciałem panią błagać, żeby wreszcie dała nam pani spokój.

Odrobinę zdziwiona takim obrotem rzeczy (chociaż, znając moje szczęście, nie powinnam się dziwić w ogóle) obróciłam się na pięcie i odeszłam szybkim krokiem, słysząc jeszcze niewyraźnie, jak trójka nieznajomych krytykuje moje odejście. Wiedziałam jednak, że odchodząc wolniejszym krokiem, zostałabym skrytykowana tak samo, tylko że z innego powodu. Z pewnością czułam się natomiast lepiej, poruszając się szybko, by jak najszybciej znaleźć się poza zasięgiem ataku tej trójki groźnych ludzi i dając mojemu ciału krótkie złudzenie ucieczki, kontroli i wolności.

Tak jak ludzie uprzywilejowani z powodu chorób często oskarżali mnie o zarozumiałość i pogardę wobec nich, tak uprzywilejowani z samego powodu bycia uprzywilejowanym szydzili sobie ze mnie regularnie, ciesząc się z tego, jaka jestem nieuprzywilejowana, podczas gdy oni są absolutnie uprzywilejowani. Wszystkie dzieci do trzynastu lat miały na Plakietce napis „uprzywilejowany” i chociaż ich uprzywilejowanie wygląda trochę inaczej niż uprzywilejowanie starszych i chorych (ja na przykład w ogóle nie czułam się uprzywilejowana, będąc w tym wieku), na pewno były one jednak bardziej uprzywilejowane ode mnie i ten fakt był dla nich zawsze powodem do radości, natomiast dla mnie powodem do smutku i udręczenia.

Przechodziłam właśnie obok placu zabaw, kiedy grupka bawiących się tam dzieci zauważyła mnie i jakiś chłopiec pokazał mnie palcem, po czym zawołał w moim kierunku:

— Patrzcie, idzie Ola! Patrzcie, jak na nas patrzy! Na pewno zazdrości nam, że możemy się tu bawić! A ona nie, ha, ha!

— Ona udaje! — krzyknęła jakaś dziewczynka. — Ona udaje, ja ją znam. Ona ciągle przechodzi obok tego placu i udaje, że to tylko przypadek, że niby ma coś do załatwienia i tylko tędy przechodzi, a tak naprawdę chce popatrzeć, jak się bawimy, bo nam tak zazdrości!

Dzieci zaśmiały się głośno.

— A teraz udaje, że nas nie słyszy, ha, ha! Patrzcie, udaje, że w ogóle jej to nie obchodzi! Co za obłuda! — zawołał znowu chłopiec.

— Ona sobie wyobraża, że kiedyś przyjdzie tu z pistoletem, pozabija nas wszystkich i zagarnie cały plac dla siebie! Ha, ha!

Robiłam, co mogłam, żeby przekonać ich, że tak nie jest, że nie zazdroszczę im uprzywilejowanych rozrywek ani nie miałam ochoty ich zabić (a przynajmniej nie zamierzałam tego zrobić), ale moje wysiłki jak zwykle okazały się niewystarczające, bo chociaż spięłam się w sobie w napięciu i wysiłku, z mojej wizualnie neutralnej postawy można się było tylko domyślić, że stosuję symulację.

— Proszę pani, dlaczego ignoruje pani te dzieci? — zapytała jakaś kobieta, zapewne matka jednego z nich, kiedy przechodziłam obok ławek zajętych przez opiekunów małych uprzywilejowanych i innych obywateli.

— Ale to jest nieprawda — powiedziałam, starając się brzmieć przekonująco, ale jednocześnie stosunkowo spokojnie.

— Nie sądzę, żeby to była nieprawda, skoro dzieci tak mówią — oznajmiła kobieta, patrząc na mnie z naganą. — Czy chce pani podważyć wartość naszych podopiecznych?

Podważanie słów uprzywilejowanych było zapewne jednym z niepisanych przestępstw, a właściwie może nawet pisanych, bo podważanie czyichś słów jest przejawem braku szacunku wobec takiej osoby, a o obowiązku okazywania szacunku wobec osób uprzywilejowanych jest w prawie jasno napisane. Chociaż właściwie nie wiedziałam, po co zostało to spisane, bo zasada ta była tak oczywista, że chyba nie powinno być potrzeby, by rejestrować ją gdziekolwiek na piśmie.

— Nie o to chodzi — odpowiedziałam, zastanawiając się, jak powiedzieć, że nie podważam słów dzieci, ale jednocześnie nie jestem tak okropna, jak mnie opisały. — Po prostu nie rozumiem.

„Nie rozumiem” to zawsze bezpieczna odpowiedź, chociaż oczywiście w takiej sytuacji jak ta, nawet to wyrażenie nie jest wystarczające, by przekonać kogoś do swojej niewinności.

— Jak to, nie rozumie pani? — zapytała kobieta, najwyraźniej sama mnie nie rozumiejąc. — Przecież jest pani już duża i nie ma pani niebieskiej opaski na głowie. Taka osoba jak pani nie może tak po prostu czegoś nie rozumieć.

— Tak, ja po prostu… Nie rozumiem do końca, o co dokładnie państwo mnie oskarżają?

Niestety, znowu nie udało mi się wyeliminować wyrażenia „Nie rozumiem” z mojej wypowiedzi.

— Jak to, oskarżamy? — zapytała znowu nieznajoma. — To nie my panią oskarżamy. To dzieci panią oskarżają. My chcemy tylko, żeby nie ignorowała pani naszych najdroższych skarbów.

Mówiąc „najdroższych skarbów” miała chyba na myśli swoje dzieci, ale nie rozjaśniło mi to wcale pojęcia, w jaki sposób miałabym ich nie ignorować. Czy powinnam podejść do nich i zawołać „Cześć, witajcie, kochane i uprzywilejowane dzieci! Słyszę was, widzę was i biorę sobie do serca wszystko, co mówicie!”? Szybko odrzuciłam od siebie ten szalony i definitywnie niebezpieczny pomysł i zauważyłam, jak podchodzi do nas jakiś pan.

— Czego pani chce od mojej żony? — zapytał, spoglądając na mnie groźnie.

— Mark, ona lekceważy nasze dzieci — wyjaśniła kobieta, patrząc na mężczyznę z rozczulającym zmartwieniem w oczach.

— Dlaczego lekceważy pani nasze dzieci? — zapytał ponownie mężczyzna.

— Ja nie chcę nikogo lekceważyć — odpowiedziałam, zastanawiając się, kiedy uda mi się wydostać z tej ślepej dyskusji.

— Ona nas ignoruje! — zawołał nagle ten chłopiec, który odezwał się pierwszy, stojąc na platformie ze zjeżdżalnią i podbiegł do nas. — Mamo, tato, ona nas ignoruje, a tak naprawdę zazdrości nam i chce przejąć ten plac dla siebie!

Patrzyłam to na chłopca, to na jego rodziców, to na plac zabaw, to na ulicę, to na ich Plakietki, nie chcąc sprowokować nikogo dodatkowo swoim wzrokiem i bałam się, że zaraz ześwidrują mi oczy. Jednocześnie nie pomagało mi to oczywiście w znalezieniu błyskotliwej odpowiedzi.

— No, niech pani coś odpowie temu dziecku — ponagliła mnie kobieta.

Miałam ochotę odpowiedzieć „Ale co?”, ale byłam przekonana, że po takiej odpowiedzi mogłabym się spodziewać od niej tylko uderzenia w twarz. Albo od jej męża. Chociaż wtedy być może przynajmniej bym zemdlała i choć na chwilę ukryła się w błogiej nieświadomości.

— Ja nie chcę przejmować tego placu dla siebie, nigdy nie miałam takiego zamiaru — powiedziałam w końcu, starając się patrzeć na chłopca, żeby nie było, że go ignoruję.

— Dlaczego pani na nas nie patrzy? — zapytał ojciec chłopca. — Przecież mówi pani do nas, a to jest tylko dziecko.

— Myślałam że… — zawahałam się, zmieszana. — Chciałam odpowiedzieć chłopcu.

— Ale to jest tylko dziecko! Chyba nie wymaga pani od dziecka, żeby wszystko rozumiało?! — zawołała kobieta z oburzeniem.

Teraz to ja znowu nic nie rozumiałam, ale postarałam się powiedzieć to, co wydawało mi się w tej chwili najlepsze, by nie zdenerwować nikogo jeszcze bardziej.

— Nie.

— Nie rozumiem pani — kobieta pokręciła głową z rezygnacją.

— Ona udaje! — krzyknęło dziecko. — Udaje, że nie chce zjechać na zjeżdżalni, chociaż chce, ale nigdy nie zjedzie, bo nie jest uprzywilejowana! Ha, ha, ha! A my jesteśmy i jak będzie chciała odebrać nam zabawki, to przyjdą Służby Nadzorcze i ją zabiorą! Ha, ha, ha!

Chłopiec pobiegł z powrotem do swoich kolegów, podskakując tryumfalnie.

— Mój syn jest taki mądry! — zawołała kobieta z zachwytem i pobiegła za dzieckiem.

— Niech pani da nam spokój — zwrócił się do mnie mężczyzna swoim mrożącym krew w żyłach głosem. — Bo to, co mówi nasz syn o Służbach Nadzorczych, to prawda. Nikt nie pozwoli pani odebrać naszym dzieciom tego, co się im należy.

Kiedy tylko mężczyzna odszedł, zaczęłam iść szybko naprzód, czując jeszcze, jak jakieś dziewczynki zaczynają obrzucać mnie piaskiem. Zastanawiałam się, ile jeszcze osób zaczepi mnie na dzisiejszym spacerze. Musiałam być dzisiaj pogrążona w wyjątkowo nagannych myślach, skoro wszyscy tak na mnie reagowali. Choć tak jak już wcześniej wspomniałam, tego typu zaczepki, groźby, oskarżenia i upokorzenia na ulicy były niestety nieodłączną częścią mojej codzienności.

Zastanawiałam się ponadto, czy powinnam bardziej unikać przechodzenia koło placów zabaw i innych miejsc, w których gromadzili się uprzywilejowani? Każdy obywatel z pewnością powiedziałby mi, że nie, że nawet nie powinnam nikogo i niczego unikać celowo, powinnam jedynie zachowywać się odpowiednio. Niestety ja nie wiedziałam jednak, jak to zrobić.

Prawdopodobnie najbardziej niepokojące z tego wszystkiego było to, że słowa chłopca nie były do końca kłamstwem. I nie miałam tu na myśli jedynie jego ostrzeżenia przed Służbami Nadzorczymi, które w rzeczy samej zajmowały się ludźmi sprawiającymi problemy społeczne. Ja rzeczywiście miałam ochotę zjechać sobie ze zjeżdżalni, pohuśtać się na huśtawce lub pokręcić się na karuzeli. Szczególnie, jeśli te obiekty byłyby dopasowane do mojego wzrostu. I faktycznie, posiadanie takich obiektów na własność byłoby niezwykle komfortowe, zwłaszcza dla takiej osoby jak ja, która prowokuje innych do walki samym swoim istnieniem, przez co nie może skorzystać w pełni z żadnego dobra, znajdując się pod obserwacją innych ludzi.

W rzeczywistości takie pragnienia nie byłyby może nawet niczym złym, gdyby nie fakt, że do tego typu zabaw upoważnieni byli tylko uprzywilejowani. W zasadzie, nieuprzywilejowani nie byli chyba w ogóle upoważnieni do żadnych rozrywek.

Pamiętałam, jak kilka lat temu wybrałam się do parku rozrywki z nadzieją znalezienia tam jakiejś atrakcji, z której mogłabym skorzystać. Znajdowałam się już wtedy w grupie młodych dorosłych i, chociaż jakimś cudem pozwolono mi wejść, pani przy kasie nie mogła nadziwić się mojej obecności w takim miejscu. Oczywiście nie miałam ze sobą żadnego dziecka i, jak się później okazało, byłam chyba jedyną samotną osobą w całym parku. Spotkałam jedynie może dwie grupy składające się z samych młodych dorosłych, które zresztą były zainteresowane tylko trzema atrakcjami znajdującymi się w tym parku, atrakcjami zaprojektowanymi specjalnie dla dorosłych i mającymi na celu chyba wyłącznie wywołanie adrenaliny. Jako, że ja miałam już dość adrenaliny w swoim życiu i szukałam raczej czegoś przyjemnego, rozglądałam się po innych częściach parku, ale wszystkie atrakcje, które widziałam były oznakowane co najmniej „-18” albo nawet „-13”, to znaczy, w każdym wypadku, nie dla dorosłych. Kiedy natomiast czytałam opisy tego parku w Internecie, nie zauważyłam żadnej informacji o tym, że jest on przeznaczony niemal wyłącznie dla dzieci. Zapewne była to jedna z tych informacji, które były po prostu zbyt oczywiste, żeby umieszczać je w oficjalnych opisach.

Pamiętałam też, jak dzieci, a nawet niektórzy dorośli pokazywali mnie palcami, kiedy zatrzymałam się na trochę dłużej przy jakiejś atrakcji, wołając: „Patrzcie, co za przegrana osoba! Z niczego nie może tutaj skorzystać, ha, ha!” albo „Jakie to cudowne, że my jesteśmy uprzywilejowani i możemy się bawić, a ona nie! Ha, ha, ha!”. Raz jakiś pan, który operował pewną karuzelą podszedł do mnie i powiedział, żebym nie zasłaniała widoku i poszła sobie stąd lepiej, bo i tak nie mam, co tu robić. W końcu zatrzymał mnie jakiś człowiek, który okazał się funkcjonariuszem Służb Nadzorczych i wręczył mi mandat oraz upomnienie za nieprawidłowe zachowanie. Według tego pana nie powinnam w ogóle wchodzić na teren parku i nie zwrócił najmniejszej uwagi na moje usprawiedliwienie, że zostałam wpuszczona przez panią przy kasie.

Kiedy wróciłam do domu, zaczęłam szukać parku rozrywki dla dorosłych, ale nie znalazłam niczego takiego, musiałam pogodzić się zatem z myślą, że już nigdy nie skorzystam z żadnej zjeżdżalni, huśtawki, karuzeli ani innej atrakcji. Sama ta świadomość nie byłaby może taka straszna, gdyby nie to, że wszyscy ludzie przypominali mi o tym boleśnie na każdym kroku, a nawet nie tylko przypominali, ale traktowali to jako źródło swojego dzikiego tryumfu.

Każdy znajdował zresztą powód, by udowodnić mi, jak beznadziejne jest moje życie i jak nisko znajduję się na nieformalnej drabinie społecznej. Kiedy szłam do przychodni lekarskiej, a niestety zdarzało mi się to od czasu do czasu z powodu moich uporczywych dolegliwości, pozostali pacjenci, w większości uprzywilejowani, rzecz jasna, ciągle mówili do mnie „A ty co, zazdrościsz nam, że nie musimy tyle czekać w kolejkach, mała egoistko?” i „A co ty tu w ogóle robisz, młoda dziewczyno, przecież to jest pokój uprzywilejowanych! Ha, ha, chyba będziesz musiała trochę sobie poczekać w tej drugiej sali! I mam nadzieję, że nie będzie ci tam przyjemnie, żebyś nauczyła się wreszcie cierpliwości!” albo coś w tym rodzaju.

Kiedy z kolei szłam ulicą i jakiś samochód jechał obok mnie trochę wolniej, często ktoś wychylał się z tego samochodu i krzyczał do mnie: „Hej, ty chyba nie zajdziesz daleko takim krokiem! Życzę miłej nieskończonej wędrówki!”. Kiedy zaś jechałam gdzieś rowerem i mijałam przechodzących obok mnie ludzi, ktoś regularnie komentował: „Co za paskudny dzień na jazdę rowerem! Ta dziewczyna jest chyba głupia!” albo mówił do mnie: „I co się tak gapisz na moją Plakietkę?! Myślisz, że jesteś lepsza ode mnie, bo masz rower?”.

Zbliżając się do bloku, w którym mieszkałam, myślałam o tym, jak wyglądałam, idąc o tej porze, tym tempem i w ten właśnie sposób wzdłuż budynku, z którego wychodzę i do którego wchodzę tak często, nawet częściej niż raz dziennie. Mogłam się założyć, że wielu sąsiadów siedziało teraz właśnie przy oknie, obserwując mnie uważnie i znajdując przeciwko mnie takie zarzuty, że nawet ja nie byłabym w stanie na nie wpaść. Albo jeszcze gorzej.

Wcale nie zdziwiłam się zatem, kiedy zobaczyłam grono stojących w pobliżu i rozprawiających z zapałem sąsiadów. Ich słowa niosły się echem po podwórzu i usłyszałam je, zanim w ogóle na nich spojrzałam, a przede wszystkim, zanim oni zdążyli zauważyć mnie.

— To dziecko nie wie, na jakim świecie żyje! Przecież to przechodzi ludzkie pojęcie!

— Ale proszę pana, ja jeszcze cały czas mam nadzieję, że ona pójdzie do pracy! I co? Zawsze wraca po godzinie lub dwóch! Codziennie podchodzę do okna z tą samą nadzieją i codziennie się rozczarowuję! Mało tego, codziennie rozczarowuję się coraz bardziej! Jestem już tak rozczarowany, że…

— Proszę pana bo to są pasożyty! — przerwał inny głos. — Pasożyty, mówię panu! To dziecko to najlepszy przykład tego nikczemnego zjawiska wśród młodych ludzi!

— Mało tego, ta dziewucha to po prostu istna katastrofa! Nie wiem, jakim cudem jej reputacja jest teraz obniżona tylko o jeden stopień, przecież ona nie tylko próżnuje cały dzień, ale w ogóle nie ma poszanowania dla innych ludzi, nawet dla uprzywilejowanych!

Krzyczeli tak między sobą, podczas gdy ja nieubłaganie zbliżałam się do nich, bo z pewnością byłoby to zauważone, gdybym nagle skręciła i poszła sobie przez trawnik w przeciwnym kierunku. Pewnie jeszcze załatwiliby dla mnie jakąś karę za niszczenie roślinności. W końcu po kolei zaczynali zauważać mnie i zerkać na mnie swoimi jadowitymi, wieloznacznymi spojrzeniami, z których mogłabym wyczytać całą książkę potępiającą moją osobę.

Miałam dość powodów, by podejrzewać, a nawet twierdzić, że rozmawiali o mnie. Chociaż dawno nie byłam już dzieckiem, nawet w świetle formalności, która była przez społeczeństwo uważana za źródło wszelkiej prawdy i obiektywności, nieraz słyszałam, jak mówią tak o mnie, pokazując na mnie bezpośrednio albo nawet zwracają się do mnie w ten sposób wprost. Poza tym, takie rzeczy po prostu widzi się i wyczuwa.

Nie bez powodu zaczęło mi się robić słabo, kiedy obok nich przeszłam. Każdy mój ruch i każdy nowy krok wydawał mi się jakiś nieswój, jakby napiętnowany ich spojrzeniami. Tak, jakbym pod wpływem ich spojrzeń zamieniała się w coś zupełnie innego, coś okropnego, odrażającego.

— I co, Ola, myślisz, że kiedy na nas nie patrzysz i udajesz, że nas nie słyszysz, to nie widzimy, jak próżnujesz przez cały dzień? — odezwał się jeden z nich.

Ola to skrót, którym nazywali mnie ludzie. W rzeczywistości moje imię brzmiało Alexandra, w skrócie Alexa i nienawidziłam, kiedy ludzie nazywali mnie Olą, bo brzmiało to, przynajmniej dla mnie, strasznie prostacko i infantylnie. Nie przywykłam jednak, żeby ludzie brali pod uwagę moje preferencje, a raczej przywykłam do tego, że traktowali mnie z satysfakcją właśnie tak, jak najbardziej nienawidziłam, dlatego nazywanie mnie przez nich w ten sposób nie było dla mnie niczym dziwnym. To i tak jedno z najłagodniejszych określeń, które zwykły być do mnie kierowane.

— Ona myśli, że jest od nas lepsza, bo nie musi chodzić do pracy ani okazywać ludziom szacunku! Ha, ha, ha! — krzyknął drugi sąsiad, zanim zdążyłam pomyśleć nad odpowiedzią.

— I patrzcie, jak się prostuje! Myśli, że wszyscy ją podziwiają! — powiedział trzeci i splunął mi pod nogi.

Rzeczywiście wyprostowałam się w tym momencie, bo przez chwilę miałam nadzieję, że przybranie naturalnej postawy ciała nie będzie powodem do skrytykowania mnie, a przynajmniej, że nikt tego po prostu nie zauważy. Ale niestety ja nie potrafiłam zachowywać się dyskretnie.

Sąsiad, który splunął przede mną na ziemię pokręcił głową z dezaprobatą, kiedy go mijałam i postanowiłam sobie ostatecznie, że nie będę się już lepiej w ogóle odzywać. To nie były takie oskarżenia, jak te od pary chorych staruszków na ulicy albo od dzieci i ich rodziców na placu zabaw. Tamte wzywały mnie wprost do dyskusji. Te natomiast były bardziej informacją kierowaną do mnie jednostronnie, choć nie znaczyło to wcale, że było mi łatwiej je przyjąć i z nimi żyć.

Kiedy mijałam ich pole rażenia, mój oddech stał się jakiś niezwykle płytki i jakby martwy, kończyny lodowate i ogólnie czułam się, jakbym połknęła zamrożony kij. Mój ból kręgosłupa wzmógł się, a jednocześnie ogarnęła mnie fala nagłego gorąca. Ubrania, które miałam na sobie, zaczęły mnie drażnić, jakby już nawet sama materia zwróciła się przeciwko mnie i wydawało mi się, że zaczęłam puchnąć. Buty zrobiły się tak ciężkie, jakby ważyły tonę, a każdy krok stawał się dla mnie coraz większym wysiłkiem.

Zbliżając się w tym stanie do swojej klatki i sięgając po klucze, żeby otworzyć drzwi, zauważyłam, jak podchodzi do mnie nagle jakaś para z małym dzieckiem, wpatrującym się we mnie tryumfalnie, tak jakby właśnie mnie w czymś przechytrzyło. Ostatnia rzecz, której potrzebowałam w tym momencie to kolejny kontakt z uprzywilejowanym. Nie mogłam jednak odejść sobie teraz tak po prostu, tłumacząc, że „nie chcę mieć do czynienia z żadnym uprzywilejowanym”, bo za taki tekst z pewnością mogłabym oczekiwać kary, i to gorszej niż tylko obniżenie statusu mojej reputacji na Plakietce.

Zastanawiałam się, czy powinnam się do nich odezwać, otwierając drzwi, ale nie ostatecznie nie byłam pewna, czy są to rzeczywiście moi sąsiedzi, a nawet jeśli tak, to przecież praktycznie w ogóle się nie znaliśmy, więc uznałam, że chyba lepiej nie ryzykować. Osoba z reputacją niższą niż „wzorcowa” generalnie nie powinna odzywać się do nikogo obcego nie pytana.

— Przepraszam, czy może pani otwierać te drzwi szybciej? — zapytała kobieta, a dziecko pod jej nogami zaczęło marudzić, że „chce tam”.

Spodziewałam się, że usłyszę ponaglenie, bo wydawało mi się, że w istocie otwieram te drzwi nadzwyczajnie wolno. Nie robiłam tego wcale specjalnie, po prostu czułam, jakby wzrok tej pani i tego pana blokował mi ręce.

— Ma pani jakiś problem z otwarciem tych drzwi? — zapytał mężczyzna takim tonem, jakby był już całkowicie pewny, że mam taki problem. Albo raczej, jakbym udawała, że go mam.

Kończyłam już kręcić kluczem, powiedziałam zatem, że przepraszam i już otwieram, po czym otwarłam je i weszłam do środka, przytrzymując je jeszcze lekko, żeby dziecko, które najwidoczniej wyrywało się do przodu, mogło wejść pierwsze.

— Nie musi pani udawać miłej — powiedziała kobieta, chwytając za drzwi. — To my jesteśmy opiekunami tego dziecka.

Wiem, oczywiście — odpowiedziałam zdziwiona, starając się nie brzmieć zbyt wyraźnie, żeby nie pomyśleli, że mam do nich pretensje, bo oni mają do mnie pretensje. A oni przecież słusznie mieli do mnie pretensje.

— Poza tym, wiemy, kim pani jest — dodał mężczyzna, wchodząc za nami do klatki schodowej.

Nie wiedziałam dokładnie, co miał na myśli, ale podejrzewałam, że coś o wiele gorszego niż to, że byłam ich sąsiadką. Nie odpowiedziałam zatem nic i zaczęłam wchodzić po schodach.

Po chwili dziecko, które zdążyło już chyba wbiec na górę i zbiec z powrotem na dół pojawiło się znowu przy nas i zaczęło tańczyć i podskakiwać na schodach tuż przede mną.

— Ha, ha! — zawołał chłopiec, patrząc na mnie. — A ty nie możesz tak biegać po schodach jak ja, ha, ha! I w ogóle nie możesz nigdzie iść, bo ja tu stoję, ha, ha! I nie możesz przejść, bo ja jestem uprzywilejowany i ty nie możesz mnie tknąć, ha, ha!

Poczułam kolejną falę zalewającego mnie gorąca i zrobiło mi się tak słabo, że nie wiedziałam, czy dam radę wejść na swoje piętro, kiedy nawet dziecko to wreszcie stąd odejdzie.

— Dlaczego nie wymija pani tego dziecka? — zapytała kobieta z pretensją. — My chcemy przejść.

Zdziwiłam się, że w taki sposób wypowiada się o własnym dziecku, ale posłusznie zrobiłam kolejny, bardziej zdecydowany krok na przód, starając się nie przejmować za bardzo tym, czy chłopiec wejdzie mi pod nogi.

— Czy pani chce staranować nasze dziecko?! — krzyknął nagle podążający za nami mężczyzna, kiedy przeszłam wreszcie obok jego domniemanego syna.

Dziecko otarło się ostatecznie tylko lekko o moją nogę, ale, z tego co zauważyłam, przewróciło się na schodach i zaczęło głośno płakać.

— Jak pani może?! — zawołała oburzona kobieta, pochylając się na chłopcem i nie mogąc się zdecydować, czy najpierw chce się nim zająć, czy nakrzyczeć na mnie. — Popchnęła pani nasze dziecko!

— Ja nie popchnęłam… — zaczęłam przerażona.

— Pani jest zupełnie tak agresywna jak słyszeliśmy — przerwał mi mężczyzna, kręcąc głową i wpatrując się we mnie tak, jakby chciał mnie zabić.

— Steven, zapisz sobie jej numer identyfikacyjny — powiedziała kobieta, zwracając się do swojego domniemanego męża i zaczęła uspokajać dziecko, podczas gdy ja stałam nieruchomo, pozwalając mężczyźnie spisać sobie moje dane.

— Zgłosimy panią tak szybko, jak się da — obiecał mi groźnym tonem mężczyzna.

Zrozumiałam, że było to chyba w tej sytuacji nieformalne zezwolenie mi na odejście i zaczęłam ponownie wspinać się po schodach, czując, jak przepełniony nienawiścią i odrazą wzrok dwójki (lub trójki) ludzi chce mnie zniszczyć i rzeczywiście stopniowo, ale z determinacją niszczył mnie od środka. Gdyby w tej chwili ich wzrok, a raczej ich wola, nabrała nagle realnych kształtów, z pewnością spadłabym ze schodów i wyrządziła sobie o wiele większą krzywdę niż ta, która mogła stać się dziecku.

Rozdział II — Ola idzie do szkoły

Wchodząc do mieszkania i zamykając za sobą drzwi, mój oddech stał się niemal spazmatyczny i po chwili z niewysłowioną ulgą zdjęłam z siebie te wszystkie materiały, które ogrzewały mnie niczym nagrzany piec i usztywniały jak drewniane deski. Wstrząsnęłam się kilkukrotnie, próbując zrzucić z siebie napięcie i wykonałam jeszcze kilka „organizacyjnych” czynności, takich jak kilkukrotne przemycie twarzy zimną wodą, chociaż to nie wystarczało oczywiście, by przestać odczuwać skutki palącego stresu.

Praktycznie zawsze po powrocie do domu odczuwałam ból i generalnie znajdowałam się w bardzo złym stanie. Im dłużej przebywałam między ludźmi, tym gorzej się czułam. W tej chwili na przykład wszystko mnie drażniło i czułam buzującą w sobie energię, dokładnie taką, jaka może się znajdować w tykającej bombie albo przynajmniej w podłączonym do wysokiego napięcia urządzeniu i prawdopodobnie nawet większa od tej, która pojawia się w innych ludziach na mój widok. Miałam wielką ochotę czymś rzucić, ale jednocześnie chciałam wykonać sprawnie wiele różnych czynności. Zasłoniłam żaluzje, bo raziło mnie światło i stanęłam na chwilę w miejscu, opierając się o stół i chowając twarz w dłoniach, próbując się uspokoić oraz zebrać resztki sił. Po chwili doszłam do wniosku, że słyszałam głosy dochodzące z mieszkania obok i były one najprawdopodobniej skutkiem mojego głośnego zachowania. Mając przeczucie, że jestem podsłuchiwana, a ludzie za ścianami czują się prowokowani i zirytowani (a może po prostu sami chcieli mnie jeszcze bardziej zirytować?), stałam się chyba jeszcze bardziej niespokojna, o ile to w ogóle możliwe, i zaczęłam chodzić z jednego pomieszczenia do drugiego, nie mogąc się zdecydować, gdzie było mi lepiej i gdzie głosy dobiegające z sąsiednich mieszkań były choć odrobinę mniej wyraźne.

Zrobiłam sobie coś do jedzenia, decydując się na odłożenie gotowania obiadu na później, kiedy już wróci mi trochę sił, i poczułam się nagle jak mała, bezbronna istotka, usiłująca nie obudzić groźnego wilka, który śpi za ścianą. Ta myśl zmęczyła mnie do tego stopnia, że zrezygnowana usiadłam w fotelu, opierając się bokiem o zimny mur. Nie tylko chciałam się w ten sposób trochę zrelaksować, ale przede wszystkim zmierzyć się z tym, co wykrzykiwali o mnie sąsiedzi za ścianą.

— Ha, ha, ha! — usłyszałam. — Ktoś tu jest teraz chyba wkurzony! Ja wszystko o niej wiem! Ja wiem! I ja ci mówię, ta dziewczyna skończy za kratkami! Albo przynajmniej w schronisku dla bezdomnych! Ona, słuchaj, jak ona przychodzi do domu to cały blok się trzęsie! A jeszcze słyszałem jak jakieś dziecko płacze na klatce schodowej. Pewnie coś mu zrobiła! Zresztą, wystarczy na nią spojrzeć i ja na miejscu takiego małego bachora od razu bym się rozryczał!

— Bo jak ona się zdenerwuje, to na wszystko sobie pozwala! — usłyszałam po chwili przerwy. — Byleby jej nikt nie widział, to zaczyna szaleć, a później głupią udaje! A jak raz poszedłem do niej pod drzwi, kiedy już stukanie w kaloryfer nie pomagało, to co? Cisza jak makiem zasiał! A przed chwilą to jeszcze rąbała w coś tak, że bębenki w uszach pękały! A później udaje cwaną, tak… Ale ona wie! Ona wszystko wie!

Odsunęłam się od ściany. Choć spodziewałam się tego, a przynajmniej pewna część mnie na pewno się tego spodziewała, usłyszenie tych słów nadal było jak cios. Znowu poczułam wstręt, który odczuwam zawsze, kiedy ktoś na mnie patrzy. Nie miałam oczywiście żadnych wątpliwości, że wszystko, co usłyszałam było na mój temat. Przypominałam sobie nawet sytuację sprzed około miesiąca, kiedy ktoś zadzwonił do moich drzwi. Byłam wtedy w trakcie wykonywania ćwiczeń. W przypływie nagłego lęku wyłączyłam muzykę i usiadłam w napięciu na najbliższym krześle, nie śmiejąc wydać z siebie żadnego dźwięku i sprowokować kogokolwiek, kto stał pod drzwiami, do jakiejkolwiek interwencji. Nie brałam nawet poważnie pod uwagę otwarcia drzwi, bo to byłoby jak zaproszenie mordercy do środka. Oczywiście nie spodziewałam się zobaczyć tam prawdziwego mordercy (chociaż nie wykluczałam również tej możliwości), ale na pewno spodziewałam się zobaczyć kogoś, kto miałby wobec mnie jakieś pretensje i nie zawahałby się użyć ich w celu wyrządzenia mi jakiejś mniej lub bardziej formalnej krzywdy. A prawdę mówiąc, upokorzenie wydawało mi się w tej chwili nawet straszniejsze od śmierci — przynajmniej, jeśli byłaby to śmierć dość szybka i niezbyt bolesna. Zaczęłam zatem gorączkowo przypominać sobie w myślach, czy na pewno zamknęłam drzwi na klucz i przez głowę zaczęły mi przechodzić różne możliwe osoby, które mogłyby tak nagle przyjść i zadzwonić do moich drzwi oraz powody, dla których mogłyby to zrobić. Wielu różnych ludzi mogło mieć przecież do mnie pretensje.

Jako pierwsza przyszła mi na myśl interwencja Służb Nadzorczych — miały one przecież z pewnością dość powodów i dość świadectw, żeby oskarżyć mnie o mnóstwo nikczemnych postaw i występków. Następnie przypomniałam sobie, że byłam tego dnia w sklepie z dużą torbą i z pewnością ktoś pomyślał, że coś w niej przemyciłam. W dodatku w pewnej chwili, kiedy stałam przy półkach i oglądałam jakieś produkty, stanął obok mnie jakiś ciężko chory starszy pan, który prawdopodobnie miał jakiś problem, może z odczytaniem etykiety na produkcie, może z niesieniem koszyka, może ze zdjęciem czegoś z wyższej półki, a ja na jego widok tak po prostu odstawiłam nagle produkt, który miałam w ręce i odeszłam. Moja nieformalna ucieczka wynikała częściowo z obawy, że zostanę posądzona o jakąś nieuprzejmość wobec niego, jeśli nie zaproponuję mu adekwatnej pomocy, a częściowo dlatego, że chyba zdecydowałam się po prostu w tym momencie, że nie chcę kupić tego produktu, który oglądałam i nie miałam już nic do roboty w tej alejce. Choć prawdę mówiąc, nie wiedziałam, czy byłam w ogóle zdolna do określenia, czy chcę coś kupić czy nie, kiedy znajdowałam się w takim stanie. Tak czy inaczej, tym razem akurat na szczęście nikt mnie nie zatrzymał i nie oskarżył o lekceważenie uprzywilejowanych. Przynajmniej nie wprost.

W drodze ze sklepu z kolei pozwoliłam sobie na nerwowe wzdychanie (które według pierwotnego założenia miało być po prostu głębokim oddechem), mijając jakieś dwie rozmawiające ze sobą kobiety, które prawdopodobnie mieszkały w moim bloku i usłyszałam od jednej z nich: „Dobrze się pani czuje?”. Zadała to pytanie takim tonem, jak gdyby moje złe samopoczucie było rzeczą najzupełniej oczywistą. I tak jak się domyśliłam, nie czekała wcale na moja odpowiedź. „Po co znosi pani tyle do tego domu, skoro sama mieszka? Czy pani gromadzi jakieś zapasy, czy co? Wie pani, że gromadzenie zapasów jest oznaką chciwości i egoizmu? A może pani po prostu je przez cały dzień i dlatego tak rzadko wychodzi pani z domu? Wie pani, że to jest demonstracja lenistwa?” — kontynuowała. Druga kobieta patrzyła na mnie tak, jak gdyby to, co mówiła jej koleżanka było tylko najłagodniejszym ujęciem mojego skandalicznego zachowania. Później dodała jeszcze, że z taką Plakietką powinnam się wstydzić, że udaję zmęczoną, zwłaszcza w obecności starszych osób. Miała zapewne na myśli nie tylko mój wiek, ale również status zdrowia i chociaż te panie nie były jeszcze w wieku uprzywilejowanym, z pewnością byłam im winna szacunek o wiele bardziej niż one mi.

Być może za drzwiami stała w tym momencie jedna z tych pań, przypominając sobie, że chciała spisać sobie numer identyfikacyjny mojej Plakietki. Być może stał ktoś, kto zobaczył mój nagły zwrot w alejce sklepowej lub moją dużą torbę. Być może stał tam umundurowany funkcjonariusz, który dowiedział się o tym od jednego ze świadków. Być może sam był świadkiem. Być może stał tam po prostu mój sąsiad, który usłyszał dobiegającą z mojego mieszkania muzykę i uznał to za szczególnie bezczelny i całkowicie formalny przejaw mojej pogardliwej postawy względem niego. Tak czy inaczej, otwarcie drzwi w tej sytuacji byłoby dla mnie równoznaczne z nieformalnym samobójstwem.

Powoli ogarniało mnie coraz większe osłabienie, choć jednocześnie ból kręgosłupa zdążył się już zmniejszyć. Utraciłam już zupełnie buzującą we mnie energię, ale chociaż na pozór czułam się spokojniejsza, zaczęły przechodzić mnie zimne dreszcze, które zwiastowały kolejny etap mojego wyczerpania. Niemal za każdym razem, kiedy przychodziłam do domu po co najmniej godzinnej nieobecności ogarniały mnie te dwa stany: najpierw gorąco, drażliwość i nadmierna energia, a następnie zimno, osłabienie i uogólniony niepokój. Gdyby ktoś powiedział mi teraz, że mam wyjść na ulicę, byłoby to dla mnie tak nierealne jak nurkowanie w morzu w środku zimy albo lot w kosmos bez przygotowania.

Podczas tego stanu siadałam zwykle przy biurku, włączałam komputer lub brałam do ręki jeden z moich notatników i starałam się zrobić coś pożytecznego. Na przykład napisać scenariusz. Pisanie, zwłaszcza scenariuszy, było prawdopodobnie moim ulubionym pożytecznym zajęciem. Choć prawdę mówiąc, zwykle miałam zdecydowanie większą ochotę na coś mniej pożytecznego — na przykład na oglądanie obrazków, filmów i bajek, często zupełnie bezmyślnie, albo robienie spisów i wyszukiwanie miejsc, które chciałabym odwiedzić bądź rzeczy, których chciałabym spróbować. Nie przyznawałam się jednak do tego nikomu, bo, tak jak powiedziałam, było to zupełnie niepożyteczne, a niepożyteczne zajęcia są wyrazem lenistwa, próżności i głupoty.

Nawet pisanie scenariuszy nie było zresztą wcale najpożyteczniejszą rzeczą, którą mogłabym zrobić, bo i tak wszystko wskazywało na to, że moje scenariusze nie zostaną nigdy wykorzystane ani opublikowane, nikt ich nie zobaczy, nie doceni (ani nawet nie oceni), a już tym bardziej mi za nie nie zapłaci. I to nie tylko z tego powodu, że ludziom mogą się moje scenariusze nie spodobać, ale przede wszystkim z powodu formalności.

Formalnie, to znaczy zgodnie z prawem pisanym, każdy obywatel mógł zarabiać na swoje utrzymanie (czy też na utrzymanie swojej rodziny, czy może nawet na utrzymanie kogokolwiek, kogo sobie zażyczy) poprzez podjęcie pracy. A, jak wiadomo, do podjęcia pracy potrzebny jest pracodawca i grupa ludzi, z którymi pracuje się w jednym pokoju. Czasami jest to sala, czasami hala, nieważne, w każdym razie praca odbywa się zawsze w grupie, nawet jeśli każdy z pracowników pracuje zupełnie samodzielnie. Miałam już kilka krótkich przygód zarówno z pracodawcami jak i z grupą ludzi, w obecności których miałam swoją pracę wykonać, ale zawsze kończyły się one zarówno formalną, jak i nieformalną klęską. Dlatego zawiesiłam tymczasowo moje próby pracownicze, a pisanie scenariuszy traktowałam raczej jako coś, czym mogłam obronić się przed ludźmi, niekoniecznie zaś uzyskać ich uznanie. Nikt nie powie mi przecież, że pisanie profesjonalnych scenariuszy jest zajęciem zupełnie pozbawionym wartości. A jeśli nawet ktoś by coś takiego powiedział, byłaby to prawdopodobnie jedna z niewielu rzeczy, której nie wzięłabym sobie do serca. A w każdym razie, ośmieliłabym się wyrazić niczym nieskrępowany sprzeciw.

Czasami jednak przechodziły mi przez głowę straszne myśli — a może raczej siedziały one przez cały czas na dnie mojej świadomości — w stylu, co by było, gdybym była zmuszona do życia z ludźmi, do mieszkania razem z nimi, do pracowania w ich obecności? Generalnie starałam się o tym nie myśleć, bo myślenie o swoich największych obawach zwykle przynosiło raczej więcej szkody niż pożytku.

Poza tym, na pewno nie wymyśliłabym w tej kwestii nic nowego, bo przerabiałam ten temat wielokrotnie. I to nie tylko we własnej głowie, ale również z innymi ludźmi: z rodzicami, z innymi członkami mojej rodziny, z oficjalną konsultantką samorozwoju i pracy zleconą mi przez Urząd Cywilny, z członkami grupy wsparcia, z którą spotykam się od około roku, a nawet z jakimś lekarzem, który wydawał się bardziej zainteresowany moją sytuacją życiową i zawodową niż stanem zdrowia. Oczywiście był on tym tak zainteresowany, bo po prostu uważał mnie za zupełnie zdrową, a moja rubryka „Pracy” (“Nie pracuje; zdolna do pracy”) oraz prawie pusta kategoria „Zasług i osiągnięć” wzbudziły jego podejrzenia.

Moi rodzice, podobnie jak wszyscy inni, myśleli, że pomimo moich problemów mogłam „jakoś” pracować wśród ludzi, a stan mojego zdrowia nie był wcale aż tak tragiczny, choć przyznawali, że status „Zdrowa” bez żadnych komentarzy to lekka przesada, bo moje liczne dolegliwości, o których opowiadałam im na okrągło, miały ostatecznie jakieś znaczenie. Nie pamiętałam zresztą dokładnie, co mówili, bo ostatnim razem rozmawiałam z nimi prawie trzy lata temu, zanim zginęli w wypadku.

Moi rodzice byli jedynymi ludźmi na świecie, których się nie bałam. Mój stosunek do nich był zawsze autentyczny, naturalny, nieskrępowany i pozbawiony wszelkiego poczucia opresji. Przy czym nie twierdzę wcale, że niczego ode mnie nie wymagali ani nigdy nie wygłosili wobec mnie żadnej negatywnej oceny. Prawdę mówiąc, często mieli różne niepokojące myśli w związku ze mną. Nawet jednak, kiedy krytykowali moje wybory czy zachowanie, nigdy nie czułam, żeby naprawdę mnie potępiali. Jedynie martwili się o moje dobro. Nie zawsze tak, jak sama sobie tego życzyłam, ale przynajmniej wiedziałam, że mieli dobre intencje. I czułam, że nie musiałam wcale spełniać ich oczekiwań, żeby to się nie zmieniło.

Rodzice zapewniali mi też utrzymanie, z czego w pewnym sensie korzystałam do dziś, bo odziedziczyłam po nich przyzwoity majątek, Zostawili mi dom, mieszkanie i niemałą sumę pieniędzy. Chwytając się tego jak ostatniej deski ratunku w obliczu moich problemów społecznych, postanowiłam sprzedać dom, zabezpieczyć pozostawione mi środki i żyć oszczędnie, mając nadzieję na jak najdłuższe możliwości egzystencjalne z tego tytułu.

Oczywiście miałam również nadzieję (i do teraz chyba tliła się ona gdzieś we mnie), że prędzej czy później moje przeżywanie ludzi stanie się odrobinę mniej toksyczne lub przynajmniej znajdę jakąś grupę osób czy choćby jednego człowieka, który nie znienawidzi mnie, nie potępi i w jakiś sposób przekona mnie, że jego akceptacja względem mnie jest bezwarunkowa, dzięki czemu będę w stanie pozbyć się obezwładniającego mnie lęku i zacząć normalnie funkcjonować w jego towarzystwie. Może w takim stanie mogłabym nawet podjąć jakąś pracę, pozwalającą mi na zapewnienie sobie samodzielnego bytu w społeczeństwie i uniezależnienie się od spadku, który w końcu przecież się skończy. A nawet jeśli nie podjęłabym pracy, miałabym przynajmniej kogoś, komu na mnie zależy i kto w razie czego mógłby mi pomóc, nie oczekując w zamian dozgonnych wyrazów wiążącej wdzięczności.

Rzecz jasna, tak jak już mówiłam, nie oznaczało to, że nigdy nie próbowałam podjąć żadnej pracy. Jeszcze za życia rodziców, tuż po skończeniu szkoły średniej, zatrudniłam się jako pokojówka w jakimś hotelu w mieście. Zawsze zazdrościłam sprzątaczkom, które widziałam w szkole. Wydawały się takie swobodne, wolne od władczych spojrzeń nauczycieli, autorytetów i innych zwierzchników, oczekujących od swoich poddanych nieruchomego siedzenia w ławce czy przy biurku, a ich praca wyglądała na taką prostą, atrakcyjną, konkretną i indywidualną. Mniej więcej przeciwieństwo tego, czym był dla mnie status ucznia.

Do czasu ukończenia szkoły średniej na mojej Plakietce zamiast kategorii „Praca” widniała nazwa „Zajęcie”, pod którą zapisany był tytuł „Uczeń” i nie wiedziałam nawet, czy była jakakolwiek inna możliwość w tej grupie wiekowej. Nigdy nie widziałam Plakietki, która pod tą nazwą zawierałaby coś innego. W każdym razie, ludzie dorośli, szczególnie przełożeni i nauczyciele byli uprawnieni do władczego, protekcjonalnego i upokarzającego traktowania osób o tym tytule, jak to się oficjalnie nazywało, do „podejścia edukacyjnego”, natomiast sami nosiciele tego statusu byli zobowiązani do okazywania im szczególnego szacunku, co było zadaniem wcale niełatwym i nieoczywistym. Dla mnie było to raczej niezwykle trudne, kłopotliwe i kompromitujące. Uczeń był zobowiązany do uczestnictwa w określonych lekcjach i wykonywania wszystkich poleceń swoich przełożonych, co najczęściej oznaczało „siedzieć cicho i nieruchomo”. Co ciekawe, mimo że dzieci (przynajmniej do lat trzynastu) generalnie miały status uprzywilejowanych, w szkole następowało coś, co mogłabym nazwać odwróceniem ról i to nauczyciele stawali się nagle bardziej uprzywilejowani, chociaż najczęściej w ogóle nie nosili tego tytułu na swojej Plakietce. Niektóre zawody jednak, takie jak nauczyciel, lekarz czy urzędnik, automatycznie traktowane były w społeczeństwie jako uprzywilejowanie i był to jeden z najlepszych przykładów wiążących reguł prawa niepisanego.

Pod istotą samego nauczyciela, który nie zawsze był skłonny do wypowiadania klarownych żądań, kryło się ponadto wiele podtekstów, które należało rozszyfrować samemu i jest to bez wątpienia kolejny przykład prawa nieformalnego. Pamiętałam, jak kiedyś, w przypływie jakiejś nagłej odwagi, a może po prostu jakiegoś odkrywczego procesu myślowego, który zaszedł w mojej głowie, podeszłam do nauczyciela na początku lekcji i zapytałam, co mam robić? Nauczyciel oskarżył mnie wtedy o „udawanie głupiej” i usiłował zrobić ze mnie pośmiewisko, pytając uczniów z nieskrywaną prowokacją, co ich zdaniem powinnam robić, bo „Oleńka właśnie próbowała odegrać jakąś nieudolną scenkę i stwierdziła, że mózg cofnął jej się do tego stopnia, że potrafi tylko stanąć i spytać głupio, co ma robić?”. Kiedy koledzy z klasy skończyli śmiać się szyderczo, nauczyciel zasugerował, że mam iść do przedszkola. Oczywiście powiedział to z nieoficjalnym podtekstem (który jednak łatwo zdołałam odczytać z powodu jadu w jego głosie), że jeśli bym to zrobiła, zostałabym uznana za najgłupszą istotę pod Słońcem albo nawet gorzej — zostałabym zaaresztowana przez Służby Nadzorcze za znieważanie nauczyciela.

Usłyszałam jeszcze parę, a może nawet paręnaście prześmiewczych i prowokacyjnych komentarzy rówieśników w stylu „Wejdź na stół i zacznij skakać!”, „Podrap się po głowie, to może coś ci do niej wpadnie!” i „Wyskocz przez okno!”. Była to prawdopodobnie jedna z najbardziej upokarzających sytuacji, które przeżyłam, a najgorsze było w niej to, że nie było z niej wyjścia. Cokolwiek zrobiłabym w następstwie, byłoby wyśmiane. Gdybym na przykład usiadła w swojej ławce i nie zrobiła nic więcej, nauczyciel z pewnością powiedziałby, że przyznałam się w ten sposób do błędu i udaję teraz mrugający posąg, bo jest mi tak głupio, że tylko to jestem w stanie zrobić, przez co, rzecz jasna, byłoby mi jeszcze bardziej głupio.

W końcu nauczyciel zaproponował, żebym stała tak do końca lekcji, mówiąc takim tonem, jakby było to zupełnie poważne polecenie. Mogłam zatem posłuchać go i pełnić rolę pośmiewiska co najmniej do końca tej lekcji, z gwarancją poniżającego komentarza na każdy mój ruch i przekonaniem, że funkcjonariusze Służb Nadzorczych obmyślają już dla mnie wyjątkowo podłą karę albo usiąść w swojej ławce, demonstrując tym samym, że boję się tej kary i że tak naprawdę jestem nikim, skoro Służby, nauczyciel, a nawet rówieśnicy mają nade mną kontrolę i mój los zależy od nich. Ostatecznie usiadłam w ławce i nie wiem, co by się stało, gdybym tego nie zrobiła, ale złośliwe uwagi na mój temat słyszałam już i tak nie tylko do końca tej lekcji, ale chyba na każdych zajęciach z tym nauczycielem do końca roku.

To była jedna z niewielu sytuacji w moim życiu, w których powiedziałam, co myślę przed kimś innym niż moi rodzice. Jeśli oczywiście pytanie o to, co mam robić, można w ogóle nazwać powiedzeniem tego, co się myśli. W ten sposób przedstawiłam właściwie tylko swój wewnętrzny dylemat, a gdybym naprawdę miała powiedzieć to, co myślę, prawdopodobnie nie starczyłoby mi czasu do końca tej lekcji. W każdym razie, chyba za każdym razem po takiej akcji spotykało mnie totalne upokorzenie i co najmniej groźba kary. A czasami nawet nie musiałam nic mówić, żeby do tego doprowadzić. Czasami nie byłam nawet świadoma, że kogoś prowokuję.

Pamiętałam, jak pewnego dnia ubrałam do szkoły nową błyszczącą bluzkę, która bardzo mi się podobała. Kiedy stałam tego dnia pod ścianą podczas pewnej przerwy, usiłując zdecydować się, jak długo i czy w ogóle patrzeć na stojące po drugiej stronie korytarza koleżanki, w pewnej chwili podeszła do mnie dyrektorka szkoły, spiorunowała mnie wzrokiem i wrzasnęła: „Co ty, dziecko, sobie myślisz?!”. Nie miałam pojęcia, co na to odpowiedzieć, bo nie widziałam żadnego powodu, dla którego ta kobieta miałaby nagle zainteresować się tak bardzo tym, co w tej chwili myślę (pomijając fakt, że jestem słynną kombinatorką Olą Karlen), więc nie powiedziałam nic. Kobieta krzyknęła jednak na mnie znowu: „Chyba zadałam ci pytanie, dziecko, prawda?! Czy ty masz problemy ze słuchem?” Znowu dopadło mnie przeczucie, że cokolwiek powiem, zostanę skrytykowana, niepewnie odpowiedziałam więc: „Nie”. „Co, proszę?”, zapytała dyrektorka, ponownie stawiając mnie pod ścianą. „Nie”, powtórzyłam, wiedząc, że jeśli zaprzeczę temu, co powiedziałam, dyrektorka na pewno mi nie odpuści.

Kobieta spojrzała na mnie z takim oburzeniem, że chciałam się zapaść pod ziemię albo najlepiej po prostu zniknąć i nie musieć już nigdy więcej znajdować się w takiej sytuacji, nigdy więcej nie przechodzić przez ten korytarz, nigdy więcej nie patrzeć nawet na budynek tej szkoły i nigdy więcej w ogóle sobie o nim nie przypominać. Dyrektorka sprawiała wrażenie, jakby chciała mnie udusić. Oczywiście nie zrobiła tego, ponieważ z formalnego punktu widzenia byłoby to przestępstwem i zapewne za bardzo bałaby się opierać usprawiedliwienia takiego czynu wyłącznie na prawach nieformalnych.

W końcu nakrzyczała na mnie, tym razem wprost mieszając mnie i moje ubranie ze słownym błotem oraz zażądała, żebym się natychmiast przebrała i zdjęła z siebie ten „niegodziwy obiekt”. Na szczęście miałam pod spodem drugą bluzkę, ponieważ już od dawna reagowałam uczuciem chłodu i paskudnych dreszczy na stres i prawie za każdym razem, wychodząc z domu gdziekolwiek, o ile nie był to upalny letni dzień, ubierałam się warstwowo. Zdjęłam zatem moją śliczną bluzkę, a kobieta prawie natychmiast wyszarpnęła mi ją z ręki, krzyknęła coś jeszcze i odeszła razem z nią.

To był ostatni raz, kiedy widziałam moje ukochane ubranie, ale ta strata i tak była niczym w porównaniu z upokarzającymi komentarzami ludzi, którzy zgromadzili się na korytarzu wokół mnie i byciem obiektem szyderczego śmiechu do końca tego dnia, a nawet jeszcze dłużej. Właściwie chyba do końca moich dni w szkole podstawowej zdawało mi się słyszeć na swój temat slogan „Ola lubi błyszczeć”. Czasem zwracano się też do mnie „prowokatorka” lub po prostu „błyszcząca” i chociaż nie jestem pewna, czy zaczęło się to rzeczywiście bezpośrednio po tej akcji, z całą pewnością przyczyniła się ona znacząco do nadania mi tego typu przezwisk.

Takie akcje zdarzały mi się głównie w ostatnich klasach szkoły podstawowej, kiedy moja odpowiedzialność, to jest, konieczność dostosowania się do wymagań nauczycieli i dorosłych rosła, choć jednocześnie wciąż nie zawsze udawało mi się odczytać wszystkie nieformalne podteksty, które do mnie wysyłano. W pierwszych latach mojego obowiązku szkolnego natomiast, kiedy moja odpowiedzialność nie była jeszcze aż tak duża (zapewne dlatego, że mój status uprzywilejowanej był silniejszy), a jednocześnie moje uczucie poniżenia, a przynajmniej strach przed nim, były już niewspółmiernie silne, wolałam podporządkować się wyłącznie poleceniom wypowiedzianym na głos, tak, żeby nie ryzykować, że odczytam jakąś ukrytą sugestię niepoprawnie. W takim wypadku mogliby mnie przecież nazwać żałosną buntowniczką (co w późniejszym etapie i tak w końcu nastąpiło).

Przykładowo, gdybym zapytała nauczyciela w pierwszej klasie podstawówki, co mam robić, a on odpowiedziałby, że mam dalej stać, stałabym tak, dopóki nie powiedziałby mi, że mam skończyć i usiąść. Byłam wtedy tak przerażona wizją „żałosnej buntowniczki” pojawiającej się na mojej Plakietce z moim formalnym przyzwoleniem, że wolałam spełnić to formalne polecenie, tak, żeby nikt nie mógł mi niczego zarzucić, nawet jeśli domyślałam się, że rzeczywistą intencją nauczyciela jest podporządkowanie mnie prawu nieformalnemu, czyli, w tym wypadku, zajęcie przeze mnie miejsca siedzącego.

Taka sytuacja, chyba najbardziej traumatyczna, z tego co zostało mi w pamięci, miała miejsce, kiedy jako mała dziewczynka i uczennica pierwszej czy drugiej klasy szkoły podstawowej zostałam zaprowadzona do ciemnego lasu na pewnej przerwie pomiędzy zajęciami. Nie pamiętałam, czy chciałam tam iść czy nie, mogłam być tylko pewna, że chciałam spełnić oczekiwania moich koleżanek i, rzecz jasna, czuć się bezpiecznie. A tak się składa, że jedna rzecz wykluczała w tym momencie drugą. Nie mogłam być posłuszna absolutnie i bezwarunkowo wszystkim ludziom, którzy postanowili się mną zabawić i jednocześnie czuć się bezpiecznie, a przynajmniej, czuć, że kiedy spotka mnie jakieś niebezpieczeństwem, będę mogła zwyczajnie uciec. A w każdym razie podjąć próbę ucieczki. Albo po prostu zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby uniknąć tego niebezpieczeństwa. Tymczasem byłam jednak absolutnie i bezwarunkowo poddana wszystkim formalnym poleceniom innych ludzi i jestem przekonana, że gdyby mnie o to poproszono, wyskoczyłabym nawet przez okno. Przyjęłabym na siebie tortury. W istocie, stanie samemu w ciemnym lesie bez możliwości zrobienia czegokolwiek i całkowicie realna myśl o głodowej śmierci były prawdziwą torturą.

Wszystko zaczęło się na przerwie. Na przerwach pomiędzy lekcjami byłam często brana „pod skrzydła” rówieśników, nierzadko za radą nauczycieli, którzy chcieli ode mnie po prostu odpocząć. Stojąca w miejscu dziewczynka, udająca figurę woskową, musi być przecież niezmiernie irytująca i problematyczna. Nauczyciele zachęcali zatem innych uczniów do spędzania ze mną przerw, a to miało bardzo różne konsekwencje.

Czasami byłam wdzięczna, że nie musiałam udawać figury woskowej, bo ktoś mnie na przykład gdzieś prowadził, to znaczy mówił „Ola, chodź”, „Ola, usiądź” czy „Ola, wstań”. Czasami nawet któraś z koleżanek zadała mi jakieś pytanie, na przykład „Czy odrobiłaś pracę domową?” albo „Jaki jest twój ulubiony przedmiot?”, co dawało mi okazję do rozwiązania iście intrygującego i niezmiernie kreatywnego zadania, jako że mogłam popisać się wtedy swoją umiejętnością logicznego myślenia. Często moja odpowiedź nie wymagała jednak wprawdzie jakiejś szczególnej kreatywności i odpowiadałam po prostu „Nie wiem”. Inna odpowiedź na pytanie typu „Jaki jest twój ulubiony przedmiot?” mogłaby się bowiem łatwo zakończyć oskarżeniem mnie o masę paskudnych rzeczy, takich jak faworytyzm, nadmierny krytycyzm czy nieuzasadnione preferencje.

Moje koleżanki miały jednak różne pomysły i nasze przygody nie zawsze kończyły się na słowach, przechadzkach i dozwolonych zabawach. Pewnego dnia któreś z nich zaprowadziły mnie na skraj lasu mieszczącego się niedaleko boiska szkolnego, lasu, do którego wstęp był uczniom surowo wzbroniony (biorąc pod uwagę, że nie należało w ogóle opuszczać boiska podczas przerwy). One zaprosiły mnie jednak, żebym poszła za nimi, mając prawdopodobnie nadzieję na pozostawienie mnie tam na pastwę głodu i bezsilności, niczym ofiarę okrutnego eksperymentu, a żaden nauczyciel nie zwrócił na nas uwagi. Ruszyłam więc posłusznie w głąb lasu, nie wiedząc jeszcze zapewne, co mnie tam czeka.

Nie pamiętałam, czy kazały mi tam w końcu zostać czy po prostu wycofały się i uciekły, zostawiając mnie tam bez słowa, w każdym razie zostałam sama, stojąc pośrodku lasu z niewypowiedzianym uczuciem uwięzienia. Moje nogi zdawały się być przyklejone do podłoża, a usta zakneblowane w taki sposób, że nie mogłam wydobyć z siebie żadnego słowa. Byłam bowiem przekonana, że wciąż jestem obserwowana, a za każde własnowolnie podjęte działanie będę sądzona za złamanie formalnego polecenia. Nawet jeśli koleżanki nie powiedziały mi wtedy wprost, że mam tam zostać, nie powiedziały mi też na pewno, że mam wrócić. Pozostawał mi zatem tylko płacz, bo to akurat uznawałam za tak naturalną reakcję fizjologiczną, że nie brałam na siebie za nią odpowiedzialności. Poza tym płacz nieformalnie stawiał mnie w roli ofiary. Mogłam w ten sposób wyrazić to, co czułam, a jednocześnie nikt nie mógł mi nic zarzucić. Tak przynajmniej musiałam wtedy myśleć.

Dziś uważałam oczywiście, że potępienie mnie za publiczny płacz, gdybym pozwoliła sobie na niego, byłoby jak najbardziej prawdopodobne. Istnieje ku temu mnóstwo powodów: płacz zakłóca ciszę publiczną, jest demonstracyjnym wyrazem niezadowolenia, jest podstępnym atakiem na ludzką wrażliwość i jest szantażem emocjonalnym, stosowanym zwykle przez osoby, które pragną kogoś zmanipulować i ukryć swoje własne przewinienia.

W tym wieku jednak — zapewne dlatego, że mój status uprzywilejowanej był wówczas silniejszy, a definicja płaczu w stanie uprzywilejowanym trochę się różniła — myślałam o tym inaczej. Płacz był moją główną metodą radzenia sobie, a przynajmniej reagowania na przerażające mnie sytuacje. Ponadto, skłaniał on moich przełożonych do złagodzenia swoich wymagań względem mnie, a nawet do wzięcia pod uwagę moje potrzeby. I pomijam już fakt, że płacz był dla mnie wtedy rzeczywiście zupełnie naturalną reakcją na bezsilność i przerażenie, reakcją, nad którą trudno było mi zapanować — nawet, jeśli spodziewałam się jakichś zarzutów i krytycznych reakcji na moje zachowanie, typu „Ola znowu ryczy, zignorujmy ją dla zabawy” i innych okrutnych wypowiedzi.

Stojąc w tych potwornych okolicznościach między niewzruszonymi drzewami, zdawałam sobie sprawę, że mój płacz mógł w tym przypadku nie być wystarczający do otrzymania pomocy. Jednak każdy mój krok, każde działanie niosłoby ze sobą ogromną odpowiedzialność i niewyobrażalne poniżenie, ponieważ zbuntowałabym się w ten sposób po raz pierwszy w świetle formalności. A to z kolei, po pierwsze, demonstracyjnie przedstawiłoby moją zuchwałą symulację niezdolności do rozpoznania praw nieformalnych, która stałaby się jawną porażką mojej osoby jako nieudacznej buntowniczki, po drugie zaś oznaczałoby dla mnie obligację do doskonałego sprawowania się i perfekcyjnie prawidłowego rozpoznawania zasad nieformalnych do końca moich dni. Musiałabym bowiem znosić okrutne obelgi z powodu każdej mojej błędnej decyzji albo byłabym skazana na śmierć w niewidzialnych łańcuchach, bo nikt nie powiedziałby mi już, że mam się ruszyć. Nie widziałam wokół siebie nikogo, kto mógłby mi pomóc, kto mógłby zdjąć ze mnie ciężar tych nieformalnych łańcuchów i dać mi jakiekolwiek nowe polecenie, inne niż czekanie bez końca. Widziałam natomiast, a przynajmniej czułam na sobie doskonale wpatrujące się we mnie tryumfalnie oczy i twarze, które mówiły: „Ola udaje, że się zgubiła! Ojej, i co teraz? Czy Ola już na zawsze pozostanie sama w lesie, udając, że jest głupia jak drzewo? Ha, ha, ha!… Koniec gry, Oleńka! Teraz wszystko się wyda albo chyba będziesz miała tu zaraz jakiś problemik!”.

Nie pamiętałam dokładnie, jak się stamtąd wydostałam, ale chyba ktoś w końcu mnie znalazł, zwabiony rozpaczliwym płaczem, od którego tak zdarło mi się gardło, że prawie nie mogłam nic mówić przez następne kilka dni. Znacznie lepiej pamiętałam natomiast scenariusz, który powstał w mojej głowie na myśl, że nikt mnie tam nie znajdzie i nie pomoże mi, a ja nie będę już mogła wytrzymać narastającego bólu spowodowanego nieruchomym staniem, wyczerpaniem emocjonalnym, narastającym głodem i odwodnieniem. Może zrobiłabym wtedy w końcu krok naprzód, czując się, jakbym deptała głowy nauczycieli, urzędników, funkcjonariuszy Służb Nadzorczych i wszystkich ustawodawców prawa, tylko po to, żeby oni następnie zdeptali mnie. I może doszłabym w końcu na skraj lasu, gdzie powitano by mnie fanfarami szyderstw i jadowitymi okrzykami: „Ola przyłapana! Ola przyłapana! Wszystko się wydało! Ola udawała! Sama wyszła z lasu, bo się zbuntowała!” i „Patrzcie, co teraz zrobi! Znowu udaje głupią… Ale nikt już nie będzie grał, jak mu Ola zagra!”. A kiedy w końcu znudziłoby im się patrzenie na mnie (o ile to jest w ogóle możliwe), zaczęliby się bawić na boisku zwycięsko i ostentacyjnie, kiedy zaś ja zrobiłabym kolejny krok, zbiegliby się znowu wokół mnie i krzyczeliby: „Ola się ruszyła! Patrzcie, co teraz zrobi! Ola się przyznała, że głupią udawała! Symulantka! Prowokatorka! Pozorantka!”.

Dziwiłam się, że mój organizm sam nie zatruł się w takiej sytuacji albo coś nie zjadło mnie żywcem od środka. Po powrocie do domu dziwiłam się, że wciąż jeszcze miałam twarz oraz oczy, którymi mogłam patrzeć na innych ludzi, że mogłam wypowiadać jakieś słowa pomimo zdartego gardła i że mogłam to znosić każdego dnia na nowo. Bo chociaż nie każdego dnia znosiłam otwarte obelgi na swój temat, codziennie były one gdzieś przemycane, insynuowane, sygnalizowane, przez co żałowałam każdego swojego ruchu. Wychodząc z klasy na korytarz miałam wrażenie, że wkraczam na pole minowe, a wokół mnie wybuchają bomby. Rówieśnicy zaś to szaleńcy, którzy toczą ze sobą nieustanne bitwy i spoglądają z rozdrażnieniem na moją stojącą nieruchomo sylwetkę, jak rozwścieczone psy na widok chwiejącej się na wietrze kukły. Przejście z klasy do klasy było większą i o wiele groźniejszą podróżą niż całodzienne snucie się po ulicach miasta, nie wspominając już o samotnym przemierzaniu gór i lasów, a nauczyciele udawali, że wszystko jest w porządku, dopóki się nie rozpłakałam, choć i to często nie pomagało. W mieście bowiem, czy w jakiejkolwiek przestrzeni publicznej, w której w danym momencie nie odbywają się akurat szkolenia z posłuszeństwa, rządzą dorośli obywatele. Obywatele, którzy są wprawdzie zdolni wykorzystać wszystkie nieformalne (to jest, prawnie nieistniejące, nieuznawane) metody, by poniżyć młodszego, nawet uprzywilejowanego, ale jednocześnie dalecy są od wyrządzenia mu formalnej (to jest, widocznej) krzywdy. Na szkolnym korytarzu natomiast czułam się często, jakbym była zamknięta w klatce z dzikimi zwierzętami, bo moi koledzy i koleżanki nie zdawali się szczególnie przejęci zasadami formalności.

Z czasem jednak zarówno otoczenie, jak i ja sama zaczęłam się zmieniać. Nie tylko wewnętrznie, ale również zewnętrznie. Czułam się już zatem trochę pewniej na polu fizycznego bezpieczeństwa, ale jednocześnie mój status uprzywilejowanej skończył się, gdy tylko skończyłam trzynaście lat. Tym samym wkroczyłam więc w nowy koszmar, a raczej wykreowałam sobie nowy koszmar, który moi rówieśnicy i nauczyciele w szkole średniej nazwaliby zapewne sarkastycznie: „Ola podbija świat”.

Nadal wystawałam z tłumu, nadal prowokowałam swoim zastojem i tajemniczą symulacją, nadal demonstrowałam ludziom, że jestem tak zuchwała, żeby na nich patrzeć i tak samolubna, żeby na nich nie patrzeć. Jedyne, co tak naprawdę się zmieniło to, że zaczęłam podejmować ryzykowne akcje, próbując usilnie wyswobodzić się ze swoich formalnych więzów, ale przede wszystkim nie sprowokować moich przełożonych i rówieśników do spuszczenia na mnie potwornego gniewu za udawanie niezdolności do rozpoznania nieformalnych zasad, podtekstów i przesłanek.

Pierwszego dnia szkoły próbowałam trzymać się blisko nowych koleżanek z klasy, które pod pozorem pierwszego wrażenia (które w moim przypadku jest prawie zawsze mylne) zaprosiły mnie do rozmowy. Szybko jednak zaczęły reagować na mnie jak na rozkładającego się trupa albo przynajmniej, jak gdybym powiedziała im: „Wiecie, ja to jestem takim tajnym agentem, więc nic wam nie powiem, ale pamiętajcie, że wszystko, co powiecie zostanie przeze mnie zarejestrowane i z wszystkiego, co usłyszę będziecie się tłumaczyć! A ja oczywiście nie będę się z niczego tłumaczyć, bo nic nie mówię. Ha, ha! Ale jestem chytra, prawda?”.

Zdarzyło się jednak parę razy, że ktoś się do mnie odezwał, a wtedy ja poczułam, jakby w mojej ręce pojawił się nowy łańcuch, którym mogłam przywiązać się do takiej osoby, ponieważ sama zostałam zaproszona, otrzymałam kartę wstępu, nieoficjalne zezwolenie i teraz odpowiedzialność wartościowego spędzania razem czasu będzie ciążyła tylko na tej osobie, nie zaś na mnie. Zaczęłam więc coraz częściej trzymać się blisko koleżanek, które zdawały mi się najbardziej otwarte wobec mnie. Za każdym razem jednak szala odpowiedzialności przechylała się coraz bardziej na moją stronę, ponieważ otrzymywałam od nich coraz mniej znaków zachęty i porozumienia czy — mówiąc ściśle — jakichkolwiek znaków, a ja ze swojej strony jedynie podchodziłam do nich pomimo to, czując się niczym tajny agent lub dobrze wytresowany pies.

Nie mogłam jednak tak po prostu przestać do nich podchodzić, bo to wyglądałoby zbyt demonstracyjnie. Z pewnością zarzuciłyby mi wtedy lekceważenie ich i wywyższanie się. I chociaż tego typu zarzuty, w tak nieformalnych okolicznościach i tak młodym wieku, bardzo trudno jest uzasadnić, byłam przekonana, że ktoś znalazłby sposób, żeby wyryć je na mojej Plakietce.

Trzymając się natomiast wytrwale grupy koleżanek, wkrótce zaczęłam zwracać na siebie uwagę w inny sposób i w końcu postawiły się one moim zakamuflowanym atakom otwarcie i wyrzuciły z siebie to, co musiały zapewne nosić w sobie od dłuższego czasu: „Czego ty od nas chcesz?! Czy ty nas śledzisz? I nie próbuj nawet zaprzeczać, przecież to jest oczywiste, że nas śledzisz!” i „Skrada się, jak jakaś zjawa! Ja sobie tu spokojnie rozmawiam, a ona staje sobie za mną, jak gdyby interesowała się tyłem mojej głowy! No, mówię, tuż za mną! Zawału można dostać…” albo „Przestań wreszcie za nami chodzić! Wytresowany pies! Maszyna, urządzenie śledzące! Od wieków nikt cię tu nie zaprasza!”.

Po tej akcji za każdym razem, kiedy spotykałam na swojej drodze grupę starych „koleżanek”, przed oczami pojawiała mi się czerwona kreska i rażący w oczy napis „Wstęp wzbroniony”. Zyskałam też nowy przydomek „Nachalna”, a potem doszła jeszcze „Królowa”, kiedy oskarżono mnie o zuchwałe lekceważenie moich koleżanek i byłam przekonana, że przezwiska te zostały zapisane gdzieś na dnie mojej Plakietki, tak głęboko, że sama nie mogłam mieć do nich dostępu, ale na pewno wiedzieli o nich funkcjonariusze Centralnej Bazy Społeczeństwa i nie zawahają się ich ujawnić w odpowiednim czasie.

Od tej pory nie miałam też już żadnych innych koleżanek, co oznaczało, że spędzałam wszystkie przerwy i cały czas samotnie, próbując nieudolnie udowodnić kolegom, że czuje się z tym zupełnie dobrze, chociaż zewsząd słyszałam głosy: „Patrzcie, jaka ona jest przegrana! Zawsze sama! Bo Oli nikt nie cierpi, Oli nie można ścierpieć” albo „Jaka żałosna pozorantka! Ha, ha! Przecież wszyscy wiemy, że jesteś zanurzona w rozpaczy z powodu swojej izolacji i właśnie ta myśl napędza nas do życia!”. Oczywiście pomimo tych wszystkich znaków, głosów i sygnałów wciąż byłam w stanie zauważyć osoby, które wydawały mi się niemal bezwarunkowo miłe i nadzwyczajnie przystępne, ale co mogłam z tym zrobić? Podejść do takiej osoby i zapytać: „Hej, wydajesz się bardzo miła, czy chciałabyś spędzać ze mną czas?”. Nie, nie mogłam czegoś takiego zrobić, bo po pierwsze czekałyby mnie jeszcze gorsze drwiny ze strony większości osób, a po drugie, nikt nie jest bezwarunkowo miły. Każdy ma swoją granicę cierpliwości i na pewno po niedługim czasie te początkowo miłe osoby stałyby się tak samo potępieńcze i szydercze jak cała reszta.

Ponadto, niektórzy nauczyciele regularnie pozorowali, że chcą mnie o coś zapytać, po czym nagle wykrzykiwali, jakby przypomnieli sobie o czymś bardzo ważnym: „Ach, nie! Przecież Ola nic nam nie powie!” tylko dlatego, że na pierwszej lekcji wahałam się odrobinę zbyt długo nad jakąś odpowiedzią. Zdarzało się też, że powiedziałam coś, czego bardzo żałowałam, szczególnie jeśli było to regularnie wspominane na lekcjach i za każdym razem brzmiało coraz bardziej upokarzająco.

Na jednej z pierwszych lekcji z wychowawcą, sprowokowana pytaniem o moje zainteresowania, powiedziałam, że lubię tańczyć i od tej pory za każdym razem, kiedy mazałam tablicę nauczyciel dziwił się, jak ja mogę mieć coś wspólnego z tańcem, skoro moje ruchy są tak powolne, że wymazuję tablicę przez pół lekcji? Na pierwszej lekcji, kiedy przedstawiliśmy się na forum, powiedziałam też, że kiedyś miałam kota, który jednak niedawno zmarł i z tego powodu za każdym razem, kiedy zastanawiałam się nad jakąś odpowiedzią zbyt długo, nauczyciel lub ktoś z klasy komentował, że zapewne znowu rozmyślam o swoim zmarłym kocie. Za pierwszym razem nauczyciel oskarżył mnie w dodatku o przedstawianie swojego kota zamiast siebie samej (co jest, rzecz jasna, złamaniem formalnego nakazu) i zapytał drwiąco, czy ten mój kot będzie już na zawsze centralnym punktem w moim życiu? Jeden kolega powiedział do mnie natomiast: „Dziewczyno, weź się w garść, kogo interesują czyjeś zmarłe koty? Inni mówią o jakichś ważnych osiągnięciach życiowych, a ty o jakimś zwierzęciu, które w dodatku już nie żyje?”.

Hasło „Powiedz nam coś o sobie” zawsze zbijało mnie z tropu i zalewało falą lęku, bo oznaczało (tak jak w większości sytuacji), że mam przed sobą tylko dwie drogi do wyboru, a każda z nich jest zła. Mogłam milczeć do oporu i stać się przez to „podejrzaną nr 1” albo nawet „nieznośną buntowniczką”; mogłam też powiedzieć coś o sobie, ośmieszając się jednocześnie, bo przykłady z pasją taneczną i zmarłym kotem nie były jedynymi przypadkami, w których prezentowane przeze mnie informacje okazywały się nie mieć nic wspólnego z sensownym i przyzwoitym przedstawieniem się. Mogłam też ewentualnie zapytać, co dokładnie mam powiedzieć, ale odpowiedź była jasna: „To, co chcesz”, oczywiście z podtekstem „Nikt nie będzie brał odpowiedzialności za twoje słowa, podstępny i niemniej żałosny spryciarzu. Nikt nie bawi się w takie gierki w tym wieku”. Gdybym natomiast zapytała ponownie, byłoby to równoznaczne z kopnięciem nauczyciela w twarz, więc nawet tego nie rozważałam.

Innym razem w takiej sytuacji, w przypływie strachu przed milczeniem i wynikającymi z niego konsekwencjami oznajmiłam zatem, że mieszkam w bloku na trzecim piętrze. Ktoś złapał się na to za głowę i krzyknął: „Łał! Mieszkanie w bloku na trzecim piętrze? To jest… To jest prawie jak mieszkanie w zaczarowanym pałacu! Jak jeszcze powiesz, że masz tam balkon, to chyba przyjdę zobaczyć to na własne oczy!”. Wszyscy wpadli w głośny śmiech, a nauczyciel stwierdził, że chyba muszę coś ukrywać, skoro mówię o tak nieistotnych faktach. Albo jestem nienormalna, ale w takim wypadku powinnam mieć na głowie niebieską przepaskę, o której aluzje w swoim kontekście słyszałam już również niejednokrotnie.

Bardzo charakterystyczna dla mojego wizerunku stała się również sytuacja, w której zapomniałam zabrać piórnika do szkoły. Kiedy zajrzałam do torby i zdałam sobie z tego sprawę, byłam pewna, że tym razem moje ciało odmówi mi posłuszeństwa i stracę przytomność albo stanie się cokolwiek, co odwróci uwagę ludzi, a przede wszystkim nauczyciela od mojej bezczynności, spowodowanej brakiem środków do pisania. Niestety jednak nic takiego się nie stało.

Nie mogłam oczywiście zwrócić się do nikogo i poprosić o pożyczenie długopisu, ponieważ to wyglądałoby zupełnie tak, jakbym wstała, stanęła na środku klasy i zawołała:

— Ludzie, przyznaję się! Przyznaję się z dumą i nonszalancją, że specjalnie nie wzięłam ze sobą dzisiaj piórnika ani nic do pisania, bo chciałam się zbuntować przeciw temu nauczycielowi, przeciw wszystkim nauczycielom i przeciwko całej tej szkole! Chciałam zwrócić na siebie uwagę i chcę ją na siebie zwrócić tak desperacko, że aż postanowiłam się do tego otwarcie przyznać i wywołać ogólnoszkolny skandal!

— Aha, i jeszcze jedno — tu wskazałabym zuchwale na siedzącą najbliżej koleżankę. — Chcę właśnie zuchwale pożyczyć sobie coś od ciebie! I wiesz, co jeszcze? Nic mnie to nie obchodzi, że odsunęłam się od was już dawno, że odcinam się od was codziennie i odtrącam was tak podle, że pewnie nie możesz już na mnie patrzeć. Ja po prostu, jak gdyby nigdy nic, stawiam cię teraz przed prostym i bezwzględnym wyborem: albo mi coś pożyczysz, albo będziesz miała na sumieniu moją niespełnioną prośbę, która będzie cię nękać do końca życia. I nie tylko na sumieniu. Sama zadbam o to, żeby pojawiła się ona na twojej Plakietce i zniszczyła twoją reputację na zawsze! Ha, ha, ha!

Biorąc natomiast długopis od koleżanki, która hojnie i wspaniałomyślnie zdecydowałaby się pożyczyć mi swoją własność (niezależnie, czy odbyłoby się to w ten czy w inny sposób), powiedziałabym: „A teraz radzę ci nie spuszczać oczu z tego długopisu, bo, wiesz, mogę go ukraść, zepsuć albo wyrzucić przez okno. A już na pewno wypiszę ci go do końca. Uwierz mi, będziesz żałować, że mi go pożyczyłaś”, bo byłam przekonana, że, choć może nie specjalnie, na pewno posłużyłabym się nim jakoś nieprawidłowo i niewdzięcznie. A w każdym razie na pewno nie wykorzystałabym całego potencjału, jaki ten długopis by mi dał.

— Ola! — krzyknęłaby w pewnym momencie nauczycielka.

— Tak, słucham?

— Dlaczego nie notujesz każdego słowa, które do was kieruję?

— Myślałam… — zaczęłabym, ale nauczycielka nie pozwoliłaby mi dokończyć i atakowałaby dalej.

— Nie odpowiadaj, to jest pytanie retoryczne, głupia dziewczyno! Przecież widzę, że koleżanka tak hojnie pożyczyła ci swoją własność, litując się nad twoim niepojętym i z pewnością całkowicie celowym błędem, a ty nie umiesz nawet odpowiednio z tego skorzystać?! Po co w takim razie zawracałaś jej głowę? Żeby nie zapisać prawie nic?!

Pamiętałam, jak kiedyś nie miałam jakiejś książki na lekcji, a nauczyciel szybko zauważył mój brak (nie tylko dlatego, że siedziałam sama, ale przede wszystkim dlatego, że jestem tak skandaliczna, że po prostu trudno oderwać ode mnie oczy) i powiedział sarkastycznie: „Aha, Ola postanowiła sobie dzisiaj nie zabrać książki do szkoły. Ale czemu ja się dziwię? Przecież Ola ma na pewno o wiele ważniejsze rzeczy na głowie niż pamiętanie o swoich obowiązkach szkolnych!”. Chciałam już coś powiedzieć i nawet nie to, że wczoraj pakowałam się prawie godzinę, pragnąc przygotować się jak najlepiej na kolejny dzień, a do książki tej nie zaglądaliśmy po prostu od początku roku szkolnego i widziałam, że wiele osób zrezygnowało z przynoszenia jej na lekcję. Nauczyciel jednak ponownie zabrał głos, nie pozwalając mi na powiedzenie czegokolwiek:

— A kiedy już Ola nie wzięła książki, to czuje się oczywiście zupełnie usprawiedliwiona i myśli, że nie musi robić absolutnie nic przez całą lekcję.

— Przepraszam… — powiedziałam, chcąc dodać coś jeszcze, ale nauczyciel znowu mi przerwał.

— A teraz, dziecko, weź łaskawie jakąś książkę od kogoś, bo w przeciwnym razie nie tylko postawię ci zaraz ocenę niedostateczną z pracy na lekcji, a raczej z braku jakiejkolwiek pracy, ale osobiście przypilnuję, żeby dyrektor obniżył ci wreszcie reputację na tej twojej Plakietce.

To była chyba jedna z najbardziej upokarzających chwil w historii mojej edukacji. A raczej w „historii więziennej”, bo tak powinna się ona raczej nazywać, biorąc pod uwagę stosunek mojego zaangażowania nauką do zaangażowania udawaniem dobrego więźnia (bądź ucznia). I nie chodziło tu oczywiście o groźbę postawienia mi oceny niedostatecznej ani nawet obniżenia mi reputacji, ale o nieopisaną presję wybrania przeze mnie jednej osoby z klasy i dobrowolnego poproszenia ją o pożyczenie mi podręcznika. Wiedziałam, że do kogokolwiek się zwrócę, zostanę wyśmiana. Siedziałam sama, przede mną w ławce były dwie koleżanki, a za mną dwóch kolegów. Miałam również blisko do dwóch innych koleżanek, siedzących w ławce obok. Wydawało mi się jednak, że dzielą one tylko jedną książkę, nie mogłam więc poprosić ich o nią. Po mojej drugiej stronie siedział jeszcze jeden kolega w ławce, podobnie jak ja, sam, mogłam więc też teoretycznie dosiąść się do niego.

Ostatecznie stwierdziłam, że zwrócenie się do koleżanek będzie chyba bardziej przewidywalne, normalne i akceptowalne niż zwrócenie się do kolegów, bo chociaż z nikim z nich nie miałam żadnej relacji polegającej na czymś więcej niż ewentualne przyznanie się do bycia w tej samej klasie, trzymanie się bliżej osób tej samej płci było generalnie bardziej zwyczajowe i z pewnością o wiele bezpieczniejsze. To w końcu z grupą dziewczyn nawiązałam zresztą kiedyś jakikolwiek kontakt i byłam przekonana, że przynajmniej większość z nich prędzej odezwałaby się do mnie niż jakikolwiek kolega z klasy.

Jednocześnie jednak koleżanki, które siedziały przede mną, były bardzo pochylone nad swoimi książkami i zdawały się w ogóle nie zwracać uwagi na słowa nauczyciela i zaistniałą sytuację. Bałam się, że kiedy się do nich odezwę, zignorują mnie tak samo. Za mną z kolei siedział jeden chłopak, z którym niedawno byłam w grupie na pewnych ćwiczeniach i nawet zamieniliśmy ze sobą słowo, poza tym wydawał się stosunkowo miły.

Dziewczyny siedzące z przodu odezwały się do mnie z kolei może około miesiąca temu na w-fie, kiedy grałyśmy w siatkówkę. Byłyśmy wtedy w tej samej drużynie i jedna z nich powiedziała mi, gdzie mam stać. Może nie jest to szczególnie rozbudowana konwersacja, ale pamiętam, że zgodziłam się wtedy szybko i poczułam, że wytworzyła się między nami nieformalna nić porozumienia. Oczywiście nikt nic o niej nie mówił, bo ważniejsze było, gdzie leci piłka, ale ja poczułam, że udało mi się tę koleżankę chociaż chwilowo zadowolić i jeśli miałabym kiedykolwiek nawiązać z nią kontakt, nie powinna być do mnie nastawiona szczególnie wrogo. Chyba, że coś mocno zepsuję w międzyczasie.

I chociaż nigdy nie lubiłam gry w siatkówkę i wcale nie podobało mi się, kiedy ktoś nieustannie ustawiał mnie i przestawiał, nie biorąc zupełnie pod uwagę moich preferencji oraz nie wspominając nawet o tym, że prawie nigdy nie udawało mi się odbić piłki poprawnie, co w dodatku bardzo często wywoływało niezadowolenie u członków mojej drużyny, tym razem jednak udało mi się zaliczyć jakieś dobre odbicie i cały mój zespół grał wyjątkowo dobrze. Po rozgrywce wszyscy byli zadowoleni i między innymi to z tymi dziewczynami miałam okazję przybić „piątkę”, a może nawet usłyszeć od nich jakieś słowa gratulacji.

Ostatecznie zatem, pchnięta lękiem, że zwrócenie się do kolegów mogłoby być uznane za objaw jakiejś nagłej, niekrytej sympatii, wychyliłam się trochę do przodu i zapytałam: „Hej, czy mogłybyście pożyczyć mi książkę?”. Miałam świadomość, że cała klasa słuchała mnie z uwagą, dlatego bardzo się postarałam, żeby mój głos zabrzmiał jak najwyraźniej i, w miarę możliwości, jak najnaturalniej. Niestety jednak straciłam zupełnie poczucie, jak brzmi mój naturalny głos i zdawało mi się, jakby ktoś włożył mi do gardła obcy mikrofon. I chociaż wydawało mi się, że jak na tak beznadziejną sytuację podjęłam całkiem dobrą decyzję, byłam przekonana, że zaraz usłyszę nauczyciela wrzeszczącego na mnie z powodu mojego flegmatycznego zachowania, jakiegoś rówieśnika, kpiącego ze mnie, że pomimo mojej zarozumiałości i oziębłości odważyłam się nie przygotować do lekcji perfekcyjnie, przez co dobrowolnie zapędziłam się w kozi róg albo po prostu koleżanki, które poprosiłam o pomoc, krzyczące na mnie ze wściekłością, dlaczego to właśnie im chcę odebrać ich własność i w ogóle, jaka jestem okrutna. Dlatego ogarnęły mnie momentalnie znajome dreszcze, a ręce oziębiły mi się i zesztywniały do tego stopnia, że musiałam wysilić się, żeby odebrać podaną mi książkę pozornie swobodnym ruchem.

Na szczęście nie musiałam powtarzać swojego pytania, ale trochę zaniepokoiło mnie, że koleżanka, która podała mi książkę, nawet na mnie nie spojrzała, a jej wyraz twarzy nie wydawał mi się wcale przyjazny. Mruknęła coś w stylu „masz”, a ja odpowiedziałam „dzięki”, chociaż oczywiście nie mogło mnie to uratować po tym, co już zrobiłam (albo raczej po tym, czego nie zrobiłam). Jeden z siedzących z tyłu kolegów powiedział nawet, żebym nie udawała teraz wdzięcznej, bo to i tak mnie nie usprawiedliwi.

W każdym razie, do końca lekcji czułam na sobie wzrok siedzących dookoła mnie ludzi, a zwłaszcza siedzących z tyłu kolegów, którzy z pewnością poczuli się odrzuceni moją lekceważącą postawą wobec nich. W dodatku, pod koniec lekcji jedna z koleżanek siedzących dość daleko ode mnie, jednak doczepiająca się do mnie regularnie, zarzuciła mi, że nie korzystam z odebranej książki wystarczająco dobrze i zbyt gwałtownie przewracam jej strony. Koleżanka, od której pożyczyłam książkę wyrwała mi ją tylko z ręki, nie mówiąc ani słowa i odeszła, pozostawiając mnie z tak nieznośnym poczuciem winy, że byłam pewna, że nie zniknie ono aż do ukończenia przez nas szkoły (a nie był to chyba nawet nasz ostatni rok).

W przypadku zapomnianego piórnika sprawa wyglądała nieco podobnie, tyle, że tym razem nauczyciel zorientował się, że nic nie piszę dopiero w środku lekcji, co niestety odbiło się tylko na moją niekorzyść i wprawiło mojego przełożonego w prawdopodobnie jeszcze większe oburzenie.

— Ola! — ryknęła znienacka nauczycielka. — Dlaczego ty nic nie piszesz?!

— Przepraszam — odpowiedziałam pospiesznie. — Zapomniałam wziąć piórnika.

Samo przyznanie się do zapomnienia czegoś tak podstawowego jak piórnik, który codziennie wkładam do szkolnej torby było dla mnie niezmiernie upokarzające, nie tylko ze względu na fakt, że zapomnienie takiej rzeczy jest niezwykle mało wiarygodne, a za to niezwykle podejrzane, ale przede wszystkim dlatego, że moje oziębłe i pełne długów oraz niewdzięczności stosunki z resztą klasy stawiały mnie w tej sytuacji na szczególnie przegranej pozycji. W zasadzie, w sytuacji bez wyjścia. Wszyscy wiedzieli, że moje proszenie kogokolwiek o pomoc, jako osoby przynajmniej pozornie dumnej i zarozumiałej, nie może być przychylnie odebrane. Pomimo to jednak cała klasa wybuchła nagle gromkim śmiechem, szydząc bez skrupułów z mojej formalnie nieuzasadnionej, jednak uzasadnionej nieformalnie bezczynności.

— Dlaczego w takim razie nie pożyczyłaś od kogoś długopisu? — zapytała nauczycielka takim tonem, jakby pytała, dlaczego przestałam oddychać.

— Hmm… Nie wiem — stwierdziłam po krótkim zastanowieniu, bo naprawdę nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć.

Nie mogłam przecież oznajmić, że boję się kogokolwiek o cokolwiek zapytać, bo wtedy musiałabym się przyznać, że czuję się winna albo przynajmniej, że nie traktuję pytania nauczycielki poważnie i znowu udaję idiotkę. Równie dobrze mogłabym stanąć na krześle i zawołać: „Posłuchajcie! Teraz chcę zwrócić na siebie uwagę, więc powiem wam coś tak dziwnego i głupiego, że pospadacie z krzeseł i już nigdy nie przejdziecie obok mnie obojętnie! Bo o to mi właśnie chodzi! Żebyście nigdy nie przechodzili obok mnie obojętnie!”. Klasa roześmiałaby się ponownie, o ile jest to możliwe, jeszcze bardziej szyderczo, a pani nauczycielka postawiłaby mnie zapewne natychmiast przed radą pedagogiczną jako pierwszorzędny przykład rozbrajającej bezczelności nastoletniej buntowniczki.

Na szczęście — a może na nieszczęście — koleżanka, która siedziała za mną, stuknęła mnie w ramię zanim zdążyła się wydarzyć jakakolwiek rzecz z tego przerażającego scenariusza i podała mi długopis. Podziękowałam i, o ile to możliwe, poczułam się w tym momencie chyba jeszcze gorzej, bo miałam teraz wobec tej koleżanki ogromny dług wdzięczności i byłam pewna, że nie będę w stanie go spłacić, a już na pewno nie na tej lekcji. Przez całą resztę tych nieszczęsnych zajęć wszyscy obserwowali z uwagą każdy mój ruch, żeby upewnić się, czy przypadkiem nie marnuję daru otrzymanego długopisu.

Oczywiście ktoś przyczepił się w międzyczasie, że piszę zbyt raptownie i podejrzanie dużo, nie odkładając praktycznie pożyczonego długopisu z ręki ani na chwilę (chociaż nie była to prawda, bo zdarzyło mi się odłożyć go delikatnie na blat stołu), tak jakbym chciała udowodnić wszystkim, że naprawdę było warto dać mi ten długopis. Ale, rzecz jasna, nie było warto, bo, jak zakładali moi koledzy, robiłam to tylko na pokaz. Ktoś inny stwierdził natomiast, że pisałam bardzo mało jak na osobę, która otrzymała długopis dopiero w środku lekcji i zarzucił mi, że wcale nie korzystam godnie z hojności koleżanki. Z kolei sama koleżanka, która pożyczyła mi długopis, kiedy oddałam go jej na końcu lekcji, oświadczyła, że wypisałam go jej zupełnie i że już nigdy więcej mi nic nie pożyczy. Rzeczywiście, im dłużej pisałam, tym bardziej miałam wrażenie, że pisał on jakoś słabo, ale co miałam zrobić? Przestać pisać i zademonstrować zuchwale, jak bardzo gardzę dobrocią koleżanki? Jedyna korzyść, którą odniosłam z tej sytuacji to pewność, że nie nigdy więcej nie mam pytać o pomoc moją wybawicielkę.

Z tych i innych przyczyn w okresie mojej przynależności do grupy plakietkowych nastolatków zdarzało mi się formalnie nosić na swojej Plakietce napis „Buntowniczka”, a nawet „Arogancka buntowniczka” w uwagach dodatkowych, a moja reputacja nierzadko spadała do „Skłonnej do agresji”, choć w tym wieku tytuł ten traktowany był jeszcze dość pobłażliwie.

Z moich obserwacji wynikało, że wraz z wiekiem kategoria reputacji zaczynała grać coraz większą rolę, a największa zmiana zachodziła przy przejściu z grupy nastolatków do grupy młodych dorosłych. W tych okresach przybywało też nadzwyczaj dużo pozycji w kategorii „Zasług i osiągnięć” (z wyjątkiem mnie), natomiast w ostatniej rubryce „Uwagi dodatkowe” widniały informacje wyróżniające danego obywatela w sposób szczególny, dlatego wciąż dziwiłam się, dlaczego funkcjonariusze Centralnej Bazy Społeczeństwa nie zdecydowali się zapisać mi tam jeszcze nic obraźliwego.

W każdym razie, pokazywanie się gdziekolwiek choćby z samym napisem „Buntowniczka” na Plakietce mogło być już bardzo bolesnym doświadczeniem. Buntowniczka, formalnie, znajduje się przecież pod ciągłym atakiem, bo musi mieć przecież coś, czemu będzie się sprzeciwiać. W przeciwnym razie nie byłaby już buntowniczką. Musi się zatem sprzeciwiać, choć jednocześnie nie może, dlatego robi to ukradkiem, nieoficjalnie, w ukryciu, ale i tak wszyscy o tym wiedzą, dlatego buntowniczka jest z góry skazana na klęskę, tkwi w nieustannej pułapce, a jej czyny i sposób bycia są żałosne i niepoważne. W rezultacie sama skazuje siebie na zniszczenie. Nie ujawni tego jednak, dopóki zniszczenie samo jej nie pochłonie, bo przecież gdyby się poddała, nie byłaby już buntowniczką.

Dlatego będąc „buntowniczką” nie mogłam na przykład odejść od grupy koleżanek smutna i zrezygnowana, ale musiałam uparcie snuć się za nimi do końca, a potem odrzucić je wyniośle. Nie mogłam też wyjść ze szkoły zagubiona i przemęczona zżerającym mnie lękiem, mogłam tylko uciec demonstracyjnie i arogancko. Nie zrobiłam więc tego nigdy, bo Służby Nadzorcze i tak by mnie złapały. I chociaż od lat nie nosiłam już tego napisu na Plakietce, z jakiegoś powodu w dalszym ciągu czułam się niemniej zagrożona.

Poza tym, rzecz jasna, już w szkole po każdej nieprzyjemnej akcji (to znaczy, po każdym dniu, godzinie, minucie, a nawet sekundzie) doświadczałam nieznośnych dolegliwości bólowych, choć wtedy i tak nie były one chyba jeszcze tak poważne. Regularnie ogarniało mnie osłabienie, bardzo szybko się męczyłam i raziło mnie światło. Już po pierwszej lekcji czułam się tak otępiała, ospała i wysuszona, jakby ktoś wypompował ze mnie wszystkie siły witalne. Zaczynało mi się robić na przemian zimno i gorąco, tak jakby zalewały mnie jakieś fale termiczne albo powietrze wokół mnie było poddane jakiejś dziwnej cyrkulacji. Czasami dopadały mnie bóle głowy, nie tak silne, żebym mogła ubiegać się o zwolnienie z zajęć, ale na tyle silne, że przeszkadzały mi znacznie w funkcjonowaniu i czułam się, jakby ktoś mnie otumanił. Później zaczęły się bóle kręgosłupa, które wzmagały się wyraźnie, im dłużej przebywałam w napięciu. Miałam też dziwne wrażenie, że przeszkadzała mi moja własna twarz i czułam się, jakbym miała założoną jakąś kamienną maskę, która nie chciała się ode mnie odczepić.

Jednocześnie coraz częściej chodziłam zatem do lekarza. Lekarz niechętnie kierował mnie na badania lub do innych specjalistów, a wszyscy stawiali tę samą diagnozę, to znaczy, że jestem w pełni zdrowa i nic nie ma prawa mi dolegać. Niejeden lekarz stwierdzał, że moje dolegliwości były zupełnie urojone i tylko ode mnie zależało, czy się ich pozbędę.

— Ja tego za panią nie zrobię — mówił jeden z nich. — To jest wyłącznie pani odpowiedzialność i jeśli pani wybiera tkwić w tych urojeniach, to ja na pewno nie będę pani leczyć.

Kiedy wychodziłam z gabinetu, dodał:

— To jest w ogóle wstyd i niegodziwość, żeby przychodzić tu i zabierać mi mój cenny czas, kiedy ludzie naprawdę chorzy czekają na korytarzu. A pani jest zdrowa, i jeszcze z urojeniami! I proszę nie myśleć, że nie zauważyłem tej drobnej uwagi na pani Plakietce, że do niedawna jeszcze była pani buntowniczką.

Na takich konkluzjach zakończyło się moje leczenie i nie miałam szans na żadną zmianę mojego statusu zdrowia. Chociaż prawdę mówiąc, nie wiedziałam, czy pomogłoby mi w jakikolwiek sposób posiadanie na Plakietce choćby tytułu „Chorej w stopniu lekkim”. Pomijając niewielkie znaczenie tego tytułu, każdy status jest przecież zobowiązujący i tak naprawdę już w tym przypadku musiałabym uważać, żeby na przykład nie wchodzić za szybko po schodach czy nie podbiec gdzieś czasami, bo wtedy wyglądałabym na osobę zupełnie zdrową i wzbudziłabym podejrzenia obserwujących mnie ludzi.

W każdym razie, chociaż nie miałam szczególnego problemu z koncentracją na lekcjach, jednocześnie nie mogłam skupić się na niczym do tego stopnia, żeby przestać odczuwać przeszywające mnie spojrzenia i zapomnieć o nich przynajmniej na moment. Zwykle zresztą nie było co robić w czasie lekcji i nawet wymyślając sobie usilnie jakieś dozwolone zajęcia (o ile była taka możliwość), nudziłam się niemiłosiernie i zadręczałam się myślą — a raczej ta myśl zadręczała mnie — co mogłabym zrobić w tym czasie, będąc sama w domu. Myślałam o tym, ile pożytecznych rzeczy mogłabym stworzyć, ile się nauczyć i ogólnie, jak wydajnie mogłabym wykorzystać swój potencjał, gdybym nie była ograniczona do siedzenia w ławce i otoczona srogimi i nieprzychylnymi oczekiwaniami oraz groźbami.

Kiedy pewnego razu zaczęłam pisać w zeszycie coś nie związanego dokładnie z lekcją, która właśnie była omawiana (bo wydawało mi się, że znałam ją już na pamięć), nauczyciel zwrócił się do mnie: „Ola, dlaczego mnie ignorujesz? Udajesz, że nie wiesz, że na lekcji wypełnia się polecenia nauczyciela, a ja nie kazałem wam teraz nic pisać? Chcesz ze mnie zrobić idiotę?”. Pamiętam, że nie odpowiedziałam wtedy nic, bo gdybym powiedziała, że nie, nauczyciel oskarżyłby mnie zapewne o potraktowanie jego pytania poważnie i rozważanie nazwania go idiotą.

Czasami, podczas tak zwanych lekcji zastępczych, byliśmy wprawdzie uprawnieni do zajmowania się swoimi sprawami w obrębie klasy, ale nie mogłam na przykład nic narysować ani nawet napisać nic, co nie byłoby ściśle związane ze szkolnym przedmiotem (a i w tym zakresie musiałam być ostrożna), bo byłam pewna, że nie przekonałoby to nikogo o mojej wartości, a raczej wręcz na odwrót. Choć uważałam, że potrafię pisać świetne scenariusze i tworzyć ciekawe komiksy, moje prace nie wyglądały na każdym etapie tak świetnie jak na końcu, a zatem ktoś z powodzeniem mógłby się doczepić moich pierwszych szkiców, wyglądających zazwyczaj zupełnie nieprofesjonalnie, i zapytać, dlaczego próbuję zrobić coś, na czym zupełnie się nie znam i w ogóle, co jeszcze jestem w stanie zrobić, żeby pokazać im, jaka jestem wspaniała, to znaczy, mówiąc ściślej, próżna i zaślepiona?

Często próbowałam zatem wykorzystać lekcje zastępcze na naukę, jednak rozmawiający wokół mnie ludzie bardzo mnie rozpraszali i nawet jeśli byłam w stanie nauczyć się czegoś przez ten czas, było to okupione tak dużym wysiłkiem i napięciem, że i tak nie potrafiłam czerpać z tego prawie żadnej satysfakcji. Tak naprawdę, wszystko co mówili moi koledzy i koleżanki z klasy było w jakiś sposób zwrócone do mnie i pod każdą, pozornie nawet zupełnie niezwiązaną ze mną wypowiedzią albo urywkiem prywatnej rozmowy krył się podtekst: „A co ty na to, Olu? Dlaczego nas ignorujesz? Dobrze wiemy, że te rzeczy wywołują w tobie szereg reakcji emocjonalnych! A twoje umiejętności aktorskie są tak beznadziejne, że widzimy to jak na dłoni, nawet kiedy zachowujesz się, jakbyś totalnie się nami nie przejmowała”.

Innym razem ktoś oskarżył mnie o podsłuchiwanie jego prywatnej rozmowy, choć ja nie miałam wcale takiej intencji.

— Jak śmiesz nas podsłuchiwać, Ola?! — krzyknęła koleżanka siedząca w ławce za mną, jedna z tych, które regularnie kierowały do mnie jakieś formalne zarzuty i nieprzychylne komentarze.

— Przepraszam, ja nie podsłuchuję — odpowiedziałam, obracając się lekko.

— Nie? Czyli nie wiesz, jaką dostałam ocenę z ostatniej kartkówki?

— No, chyba to usłyszałam — odpowiedziałam przepraszająco, wiedząc, że kłamstwo byłoby w tym momencie chyba pod wszystkimi względami najgłupszą rzeczą, na jaką mogłabym się zdecydować. — Ale nie podsłuchiwałam, po prostu usłyszałam przypadkiem — dodałam szybko.

— I co, myślisz, że jak ktoś głośno mówi, to możesz go sobie słuchać bez żadnych skrupułów? — zapytała koleżanka groźnym głosem.

— Nie. Ale ja po prostu usłyszałam, co ja na to poradzę?

— Co ty na to poradzisz? Może po prostu zajmij się czymś jak normalna osoba zamiast czekać, aż usłyszysz coś ciekawego z rozmów, do których nikt cię nie zaprasza. Przecież widzę, że nic nie robisz i słuchasz tylko, o czym gadamy!

— Ale ja się uczę! — zaprotestowałam, pokazując jej podręcznik, który miałam akurat otwarty na ławce i rzeczywiście próbowałam coś z niego zrozumieć, usiłując nie przejmować się dochodzącymi mnie zewsząd głosami i wieloznacznymi wypowiedziami.

— Ha, ha! Uważaj, bo ci uwierzę! — zawołała koleżanka takim głosem, jakby nigdy nie zamierzała mi w nic uwierzyć. — To, że masz otwarty podręcznik, nie znaczy, że musisz go czytać. Widziałam, że siedziałaś nieruchomo i nie patrzyłaś nawet na niego, a ja wiem, jak zachowują się osoby, które chcą kogoś podsłuchać.

Nie miałam oczywiście szans na przekonanie koleżanek (ta druga nie chciała nawet tracić czasu na patrzenie na mnie i rozmawianie ze mną), że próbowałam się uczyć, a moje chwilowe odwrócenie wzroku od podręcznika wynikało z chęci powtórzenia tego, co przeczytałam, w myślach. Do końca zajęć czułam, jak obie dziewczyny obserwują z uwagą każdy mój ruch i chociaż starałam się wyglądać tak, jakbym cały czas czytała podręcznik, na końcu i tak zarzuciły mi, że udawałam, bo normalna osoba nie byłaby w stanie czytać podręcznika bez przerwy przez całą lekcję.

Poza tym, nauczyciel prowadzący lekcję zastępczą (to znaczy, pilnujący, żebyśmy nigdzie nie wychodzili) co chwilę przypominał mi, że nie mogę nigdzie wyjść ani właściwie prawie nic zrobić i opowiadał, jak bardzo go to cieszy.

— Nie uwierzyłabyś, Olu, jak bardzo mnie cieszy, że mogę ci wreszcie pokazać twoje miejsce — mawiał jeden z nich, uśmiechając się do mnie z wyższością. — A twoje miejsce jest właśnie tu, w tej ławce i obawiam się, że twój buntowniczy charakterek musi przeżywać w tym momencie coś w rodzaju niefortunnej frustracji…

Lekcje dłużyły mi się zatem w nieskończoność i jedynie na niektórych byliśmy w ogóle proszeni o zrobienie czegokolwiek formalnego, to znaczy czegoś innego niż słuchanie o tym, jak bardzo jesteśmy bezsilni i żałośni — a przynajmniej ja. Czasami było to przeczytanie jakiegoś fragmentu książki lub zrobienie notatek (na szczęście niekoniecznie na temat tego, jak bardzo jesteśmy bezsilni wobec plakietkowych autorytetów), a czasami naszym zadaniem było po prostu słuchanie nauczyciela (na szczęście również nie zawsze na ten temat, choć i tak zawsze krążył on gdzieś w powietrzu).

Kiedy słuchaliśmy nauczyciela (przynajmniej formalnie), co chwilę słyszałam szepty siedzących wokół mnie rówieśników: „Dlaczego gapisz się ciągle w ten sam punkt? Udajesz robota?” i „Dlaczego ciągle na nas patrzysz? Nie możesz nam powiedzieć wprost, o co ci chodzi?” albo „Ale się wiercisz, Ola. Przez ciebie nie można się na niczym skupić!”.

Nauczyciel zaś nierzadko kierował do mnie prowokacyjne pytania typu: „...Ale Ola ma chyba na ten temat więcej do powiedzenia, skoro nie może usiedzieć spokojnie. Słuchamy zatem Oli!” albo „Olu, nie powiedziałem, że macie wziąć do ręki długopisy. Jeśli nudzisz się na moich lekcjach, nie musisz demonstrować tego w tak arogancki i tchórzliwy sposób!” i „Olu, wiem, że jesteś Buntowniczką, ale to jest już przesada. Twój wzrok pozbawia mnie wszelkiej godności! Jesteś tylko nieletnią uczennicą, a patrzysz na mnie tak, jakbyś chciała mnie zabić albo przynajmniej, jakbyś rościła sobie nade mną jakąś władzę. Oj, chyba zaraz będę musiał wezwać Służby Nadzorcze…”.

Z tego co wiedziałam, Służby Nadzorcze nie zostały ostatecznie jeszcze nigdy wezwane do szkoły z mojego powodu, ale kto wie, co działo się za moimi plecami. Poza tym to, że żaden nauczyciel nie wezwał do mnie funkcjonariuszy państwowych nie było wcale takim dużym powodem do radości. Kiedyś usłyszałam, jak jeden nauczyciel mówił do drugiego: „Ja już dawno wezwałbym Służby Nadzorcze do tej Oli Karlen, ale po prostu nie chce mi się tracić na to czasu. Ona nie jest tego warta. A Służby Nadzorcze pewnie i tak by jej nie wzięły, gdyby zobaczyły, o kogo chodzi. Oni mają już dosyć roboty, żeby jeszcze zajmować się przypadkami specjalnymi”.

Na przerwach nie było mi oczywiście wcale lżej niż na lekcjach, bo chociaż było więcej możliwości — mogłam, na przykład, ukryć się na chwilę w jakimś kącie i pozostać poza zasięgiem wrogich spojrzeń przez kilka sekund — ostatecznie zawsze kończyło się na bezczynnym wyczekiwaniu pod ścianą korytarza. Bezczynne wyczekiwanie, a raczej nieruchome stanie nie zapraszało oczywiście nikogo do zostawienia mnie w spokoju, bo było mnóstwo rzeczy, o które można było mnie oskarżyć, kiedy stałam nieruchomo i nie robiłam absolutnie nic. Właściwie można było oskarżyć mnie o wszystkie rzeczy oprócz stania i milczenia. Zaczynając od tego, dlaczego nic nie mówię, a kończąc na tym, dlaczego nie biegam po szkole jak szalona, wpychając się entuzjastycznie między ludzi, motywując ich do nauki i wprowadzając pozytywną atmosferę wokół siebie.

Często słyszałam również zarzuty, dlaczego patrzę na czyjąś Plakietkę albo, z kolei, dlaczego nie patrzę na żadne Plakietki, bo to oznacza przecież, że w ogóle nikim się nie interesuję. Ludzie, którzy zachowywali się wobec siebie normalnie, przynajmniej z tego, co widziałam, czytali swoje Plakietki, kiedy chcieli się lepiej poznać. Niektórzy, zwłaszcza na początku szkoły średniej, zatrzymywali się również przy mnie, by przeczytać demonstracyjnie moją Plakietkę. Ja czytałam wtedy ich, żeby nie było, że ich ignoruję, ale zwykle kończyło się to tylko komentarzem w stylu: „Co tak się gapisz na moją Plakietkę? To, że ja czytam twoją, to nie znaczy, że ty możesz czytać moją” albo „I co, myślisz, że twoja Plakietka jest tak porywająca, że od teraz codziennie będę ją czytać?”, po czym taka osoba wybuchała śmiechem, żeby odpowiedzieć mi nieformalnie na swoje własne pytanie.

Jedynie lekcje wf-u bywały trochę ciekawsze. Lekcje wf-u były w istocie zupełnie jak cukierek-niespodzianka. Czasami, kiedy odwinęło się papierek, w środku znajdywało się lekcję jakby wyjętą wprost z regulaminu szkolnego: nauczycielka wchodziła wtedy do szatni z opóźnieniem nie mniejszym niż dziesięć minut… No, powiedzmy, niż piętnaście minut po dzwonku i szantażowała nas wpisaniem do dziennika ocen niedostatecznych, jeśli nie wyjdziemy i nie ustawimy się w szeregu na boisku (inaczej bowiem większość uczennic nie wyszłaby prawdopodobnie z szatni). Na boisku po zbiórce organizowano nam jakieś obowiązkowe aktywności fizyczne, a z boiska wypuszczano nas nie wcześniej niż dziesięć minut przed dzwonkiem kończącym lekcję, co oznaczało, że miałyśmy aż dwadzieścia minut aktywności fizycznej, a czasami nawet i więcej. Takie lekcje zdarzały się mniej więcej dwa razy na semestr.

Pozostałe lekcje wychowania fizycznego były nieformalnie nazywane „milczącym paktem ukrytych korzyści” (i nie tylko ja je tak nazywałam), to znaczy, po sprawdzeniu obecności na początku lub w trakcie zajęć nauczycielka wychodziła z szatni z nieformalnym właśnie komunikatem: „No, wiecie, o co mi chodzi. Nie będziemy przecież ćwiczyć tak często, skoro tego nie lubicie. Zwłaszcza, że Ola to lubi, a Ola przecież jest buntowniczką. Jako wasza nauczycielka, czuję się zatem zobowiązana przeciwstawić się jej niegodziwemu egoizmowi i wyplenić go z jej zdegradowanego umysłu”. Czasami podała dla formalności jakiś temat lekcji, na przykład „Omawianie zasad gry w coś tam”, „omawianie Regulaminu Zajęć Wychowania Fizycznego”, „Dowolne aktywności uczestników zajęć wychowania fizycznego” (które, z racji że są dowolne, nie wymagają popisywania się na boisku) albo „Ocena sprawności uczestników”, (która, z tego co wiedziałam, polegała na ocenie zebranych wcześniej ocen, ocenie obecności, czy coś w tym stylu). Nierzadko zdarzały się też na wf-ie lekcje zastępcze. Innym razem z kolei byłyśmy wzywane na boisko, żeby posłuchać tam jakiegoś przemówienia nauczycielki, co tak naprawdę było jeszcze gorsze niż siedzenie w zamkniętej szatni, bo nauczycielka oczekiwała wtedy, że będę jej słuchać, a inni, że nie.

Na lekcjach wychowania fizycznego polegających na aktywności fizycznej miałam większą jasność, czego się ode mnie oczekuje, dzięki dość sprecyzowanym poleceniom, a poza tym, a może nawet przede wszystkim, nauczycielka i koleżanki nie czerpały tak okrutnej satysfakcji z wydawania mi poleceń, widząc, że stanowią one dla mnie o wiele większą atrakcję niż bezczynne i sformalizowane do granic możliwości siedzenie w ławce. Samo słuchanie nauczyciela czy nawet czytanie książki to czynności intelektualne, a zatem stosując się do takiego polecenia sama musiałam zadbać o to, jak wyglądać, w którym momencie poruszyć się czy podnieść wzrok i w jaki sposób wyglądać tak, jak chciałabym wyglądać. Stan mojego napięcia obniżał się natomiast automatycznie, kiedy nie krępowałam już tak bardzo swoich ruchów, w nieustannym lęku, że sprowadzą one krytyczne uwagi i kiedy widziałam, że nasze zdrowotne potrzeby są w jakiś sposób brane pod uwagę, uczniowie zyskują nagle prawo i godność do czegoś więcej niż myślenie, a zakres tolerancji wobec nich rośnie. Jednak nawet na lekcjach wf-u musiałam się bardzo wysilać, by odczytać podteksty i nieformalne polecenia wysyłane mi przez innych w mniej lub bardziej widoczny sposób.

Podczas gry w siatkówkę, na przykład (w którą grałyśmy prawie na każdej lekcji, której nie spędzałyśmy całkowicie w szatni), moje formalne zadania były tak naprawdę bardzo ograniczone. Poza chwilami, kiedy piłka leciała w moją stronę, nie miałam w zasadzie nic do roboty, poza, oczywiście, udowadnianiem, że nie jestem posągiem ani ustawioną na stan wątpliwej gotowości maszyną. Moje koleżanki przyzwyczaiły się szybko, że nie umiem poprawnie odbijać piłki i nie byłam nawet jedyną osobą, która miała z tym problem. Za każdym razem jednak, kiedy moja drużyna traciła punkt z powodu mojej porażki, słyszałam jakiś krytyczny komentarz: „Czy ona nie może wreszcie zejść z tego boiska? Nie mogę już na nią patrzeć!” albo „Ona robi to specjalnie, specjalnie udaje sprawną, żeby zabierać nam miejsce i przyczyniać się do naszej klęski!” i „Co za wstrętna prowokatorka! Nawet nie wygląda, jakby żałowała! Myślisz, że damy ci zepsuć naszą grę, bo ty postanowiłaś sobie zostać wredną buntowniczką, Ola?!”. I chociaż nie zawsze wygłaszano te komentarze głośno, w sposób jasny i formalny, spojrzenia i zachowanie moich koleżanek były dla mnie dość wyraźne, by odczytać tę treść.

Ustawiano mnie zawsze na najgorszej pozycji, a kiedy pewnego razu odważyłam się zapytać jednej koleżanki, dlaczego muszę stać akurat tutaj, odpowiedziała mi z pretensją:

— Co?! Dajesz sobie prawo do niszczenia nam całej gry i jeszcze śmiesz mnie pytać, dlaczego ustawiam cię w takim miejscu, jakbyś nie wiedziała, że to po to, żeby nasza porażka nie była aż tak straszna?!

— Masz tam stać, bo na to sobie zasłużyłaś, Ola — powiedziała inna srogim głosem.

— Nie, ona sobie zasłużyła, żeby stąd zejść — dodała inna. — I stoi tu tylko z powodu formalności i decyzji naszej biednej pani, która tak boleśnie uczciwie wykonuje swoją pracę! Chociaż dziwię się, że takiej buntowniczce pozwalają jeszcze na cokolwiek choćby formalnie…

Po takich uwagach zastanawiałam się, czy nie zejść po prostu z boiska dobrowolnie (byłam przekonana, że nasza pani nie robiłaby nawet żadnych formalnych wymówek), ale kiedy pomyślałam, jak okrutną satysfakcję pokażą moje koleżanki na widok, że się poddałam, stwierdzałam, że chyba wolę jednak zostać w grze. Słyszałam już, jak wołają: „No, Ola nareszcie jest na swoim miejscu! Bo Ola jest stworzona tylko do tego, żeby stać z boku, ha, ha!”.

Oczywiście nawet stosując się do „przyzwoitego minimum formalności”, do którego, z tego co słyszałam, stosowała się nasza nauczycielka wychowania fizycznego, przy każdej możliwej okazji byłam wysyłana na ławkę i widziałam wtedy na własne oczy moje koleżanki z drużyny, wykonujące wtedy jakiś dziki, tryumfalny taniec i wołające: „I co, Oleńka, zdziwiona? Zbuntowana? Próbowałaś nas zniszczyć, ale to my teraz niszczymy ciebie! Gnij sobie na tej ławce, bo do tego zostałaś stworzona, skoro nie potrafisz się przyzwoicie zachować!” i „Ola pokonana, i co teraz? Patrzcie, udaje, że jej to nie obchodzi! Ha, ha!”. Dziewczyny naprawdę zdawały się ożywać, kiedy ja siadałam na ławce. Skakały, śmiały się, robiły salta i z tego co widziałam, czuły się już całkowicie wygrane. Tak naprawdę nie było już nawet ważne, gdzie poleci piłka, bo one i tak już zwyciężyły. Gra pomiędzy dwoma drużynami zamieniała się w grę pomiędzy mną a resztą. W dodatku, siedząc na ławce, nie wiedziałam, czy lepiej udawać smutną i znosić z całym upokorzeniem i nieludzką pokorą ich tryumf, czy, wbrew ich oczekiwaniom, starać się wyglądać na zadowoloną. Tak czy inaczej, byłam na przegranej pozycji, a jakiekolwiek zadowolenie w tej sytuacji byłoby tylko żałosnym oszustwem.

Chociaż, pomimo wszystko, perspektywa aktywności fizycznej wiązała się u mnie zawsze z większymi nadziejami na choćby tymczasowe rozluźnienie, nigdy nie rozumiałam gry w siatkówkę i po dzień dzisiejszy trudno mi ją było w ogóle nazywać aktywnością fizyczną. Tak naprawdę, nawet jeśli nie siedziałam na ławce, przez większość czasu dziewczyny ustalały taktykę, obracały się, jedna do drugiej, nadzorowały punktację i ustalały, gdzie powinna znaleźć się piłka, żeby włączyć ją do gry. Później nadchodziła krótka chwila intensywnej motywacji, podczas której próbowały ocenić w mgnieniu oka, do kogo należy lecąca piłka i, jeśli zaszła taka potrzeba, odbić ją poprawnie. Oczywiście, moja rola, jako osoby nie obchodzącej się z piłką dość sprawnie, polegała zwykle na przesuwaniu się, by zrobić miejsce innej zawodniczce, ewentualnie podbiciu do niej piłki. Nie było to zatem szczególnie atrakcyjne zajęcie, ale przynajmniej nie byłam uwięziona w ławce.

Rozdział III — Ola idzie do pracy

Tak jak mówiłam, najbardziej atrakcyjnym, a przede wszystkim niezależnym zajęciem w całej szkole wydawała mi się rola sprzątaczki. Sprzątaczka pracuje sama, nie jest poddana (z tego, co wiem) nieustannej konfrontacji na linii poddany — autorytet i nigdy nie stoi bezczynnie niczym sierota, nie mająca nic na swoją obronę, bo zawsze ma coś do zrobienia. Przy czym może jej to dawać satysfakcję, a nawet pewne poczucie kontroli. Pracuje z własnej woli (choć to jest akurat zaleta prawdopodobnie każdego zajęcia dorosłego obywatela), pracuje na zasadzie równoważnej umowy, a nawet należy jej się szacunek.

Motywowana tymi myślami, niedługo po ukończeniu szkoły średniej poszłam pracować jako sprzątaczka w pewnym hotelu. Myśląc poważnie o takiej pracy, chciałam oczywiście uniknąć jakiejkolwiek styczności z jakąkolwiek placówką edukacyjną, niezależnie od roli, którą miałabym w niej pełnić, hotel natomiast wydawał mi się całkiem godziwym miejscem na pracę. Byłam przekonana, że sprzątałabym tam pokoje w pojedynkę, to znaczy, nikt by mnie nie obserwował i nie wysyłałby w moją stronę nieustannie niejasnych, a groźnych i krytycznych komunikatów.

Niestety, myliłam się. W istocie, samo spakowanie wózka z przyborami do czyszczenia zabierało mi już masę czasu i energii, której potrzebowałam przecież tak bardzo, by zmierzyć się ze wszystkimi ludźmi, których spotykałam na swojej drodze jednak całkiem często. Musiałam spakować wszystko, czego mogłam potrzebować podczas całego dnia pracy, jeśli nie chciałam odbywać regularnie niewygodnych i czasochłonnych podróży na drugi koniec hotelu, a jak się okazało, potrzebowałam tych rzeczy całe mnóstwo.

Moje zadania były bardzo sprecyzowane, praktycznie każda czynność była zaplanowana. Z jednej strony cieszyłam się z tego, bo lubiłam, kiedy wymagania są jasno określone, szybko jednak okazało się, że nie udaje mi się wcale spełnić tych wymagań. Do prawidłowej ich realizacji potrzebowałam perfekcyjnej sprawności, jako że liczyła się nie tylko jakość i dokładność wykonanej przeze mnie usługi, ale również tempo jej wykonania. Moja sprawność spadała natomiast drastycznie na widok każdego człowieka, który obserwował moje ruchy. Pokojówki nadzorujące, czy raczej nadzorczynie, doglądały mnie bardzo często, kierując do mnie zarówno werbalne komentarze typu: „Kobieto, w takim tempie nie skończysz dzisiaj ani jednego pokoju!” i „Ola, czy ty sobie żartujesz?! To prześcieradło wygląda jak używane! Zdejmuj to natychmiast!” albo „Jeśli myślisz, że tego nie zauważę, to jesteś tak bezczelna, że dziwę się, że nie napisali ci tego na twojej Plakietce. Ta smuga jest tak widoczna jakby ktoś ją namalował! A może myślisz, że zostawisz trochę brudu, żeby szybciej iść do domku i nikt nie zauważy? O, nie, nikt nie będzie cię traktował ulgowo w pracy!”, a także dając mi mniej lub bardziej jasne znaki, zarzucające mi arogancję, lekceważącą postawę i wstrętną przebiegłość.

Czasami polecono mi posprzątać pokój, w którym znajdował się jakiś gość, przez co cały czas byłam przez niego bombardowana niewypowiedzianymi (a czasem również wypowiedzianymi) oskarżeniami o bezczelne naruszanie jego w pełni zasłużonego spokoju i prywatności. Nawet jeśli gość oficjalnie wyraził zgodę na wykonanie mojej usługi tu i teraz, kiedy zaczynałam sprzątać, od razu żałował, że się zgodził i regularnie słyszałam pytania typu: „Dlaczego pani tak hałasuje?!” albo „Długo jeszcze zamierza się tu pani kręcić?”, a nawet oskarżenia o intencję kradzieży, kiedy gościowi wydawało się, że zbyt długo szoruję stół, na którym leżały jego wartościowe przedmioty czy jakieś pisma. Kiedy jednak robiłam, co w mojej mocy, żeby wykonać swoją pracę jak najszybciej i nie nękać gościa swoją obecnością zbyt długo, zwykle skarżył się on wtedy na mnie, że zostawiłam brud, nawet jeśli wydawało mi się, że wszystko wyczyściłam.

Jednym z najbardziej nieprzyjemnych doświadczeń było dla mnie pojawienie się nadzorczyni, kiedy pewnego razu sprzątałam pokój zajęty przez nadzwyczaj podejrzliwego gościa. Kiedy tylko nadzorczyni pojawiła się w drzwiach i nas zobaczyła, usłyszałam, a raczej zobaczyłam i poczułam wyraźnie zawiązujący się za moimi plecami milczący sojusz pomiędzy nią a mieszkańcem pokoju. Sojusz przeciwko mojej rzekomo fatalnej usłudze, a jak się później okazało, również przeciwko moim rzekomo przebiegle zakamuflowanym wrogim intencjom.

— Przepraszam najmocniej za moją sprzątaczkę — powiedziała nadzorczyni po krótkim milczeniu, patrząc ze współczuciem na lokatora pokoju.

Musiałam przyznać, że zdziwiła mnie trochę forma, w jakiej zdecydowała się skrytykować mnie tym razem — poprzez zwrócenie się do pośrednika, tak jakbym nie była już godna otrzymać od niej komunikatu wprost. Prawdopodobnie nie powinnam się jednak dziwić, bo (pomijając fakt, że wartość przekazywania mi komunikatów wprost była zapewne bardzo wątpliwa), gość mógłby poczuć się urażony, gdyby zaczęła krzyczeć na mnie w jego obecności.

— Ona jest nowa i momentami nie pracuje jeszcze z taką sprawnością jak pokojówki w naszym hotelu zwykły pracować…

— No cóż, nie ukrywam, że obecność tej osoby budzi mój niepokój — odpowiedział gość. — Wygląda na bardzo zainteresowaną moją kolekcją ubrań, które rozrzuciłem bezmyślnie po pokoju, mając nadzieję, że nikt jej nigdy nie zobaczy w takim stanie. Zapewne musi się teraz dziwić, że na mojej Plakietce znajduje się wzorcowa reputacja…

— Może pan być pewien, że nie pozwolę, żeby ta dziewczyna w jakikolwiek sposób wpłynęła na pana reputację. Zadbam o to osobiście.

— Dziękuję. Wciąż jednak niepokoi mnie sposób, w jaki porusza się po pokoju. Tak, jakby próbowała zwrócić na siebie uwagę, a przecież jest tylko sprzątaczką i jej zadaniem jest zachowywać się dyskretnie. Tak, jakby jej tu w ogóle nie było, a nie tak, jakby była na scenie. A może chce mi coś ukraść, bo ciągle sprawdza, czy na nią patrzę…

— Proszę się nie martwić. Na szczęście jesteśmy tu teraz oboje i wspólnymi siłami na pewno dopilnujemy, żeby nic stąd nie wyniosła.

— Nie podoba mi się również, że tak powoli wyciera okna — kontynuował gość. — Przecież one nawet nie są brudne! Zachowuje się tak, jakby chciała sobie popatrzeć przez okno i korzystać bezprawnie z moich własnych zasłużonych udogodnień, za które ja uczciwie zapłaciłem, a przedtem uczciwie zapracowałem! A może chce mi pokazać, że niby tak zanieczyściłem to okno, że musi je teraz tak długo myć? To jest całkowicie niedorzeczne i absolutnie nieprofesjonalne!

— Zgadzam się z panem w stu procentach i przyrzekam, że zajmę się nią natychmiast po wyjściu z pańskiego pokoju. Nie dopuszczę, żeby ta sprzątaczka pracowała dłużej w naszym hotelu, jeśli nie zmieni definitywnie swojego zachowania.

— Mam taką nadzieję. Dobrze, że jesteśmy tu oboje…

Innym razem, sprzątając zajęty pokój, zaczęłam odkurzać, widząc brud na ziemi. Po chwili zorientowałam się, że lokatorka siedząca w fotelu trzymała w dłoniach otwartą książkę i patrzyła na mnie z oburzeniem. Kiedy wyłączyłam odkurzacz, nakrzyczała na mnie, że nie pozwalam jej czytać i wyprosiła mnie z pokoju. Po jakiejś godzinie dostałam natomiast informację od nadzorczyni, że nie posprzątałam pokoju tej klientki i że jestem niegodziwą oszustką.

Trafiłam też pewnego razu na gościa, który był szczególnie zainteresowany moją Plakietką i co chwilę krzyczał na mnie, że za szybko się poruszam i nie pozwalam mu nawet jej nawet przeczytać. Choć była to dziwna sytuacja, prosić kogoś wyświadczającego usługę o udostępnienie swojej Plakietki, zatrzymywałam się posłusznie, pamiętając o Powszechnym Obowiązku Plakietkowym, który głosił, że z Plakietką należy obchodzić się zawsze jawnie i otwarcie i że każdy obywatel ma prawo odczytać Plakietkę każdego obywatela. Bo, jak to się mówiło, na Plakietce nie ma nic do ukrycia, a jest za to wszystko do pokazania. Pamiętałam, że spędziłam w tym pokoju chyba godzinę albo półtorej, w każdym razie bardzo długo, a wyszłam z niego tak zmęczona, że po raz pierwszy zastanowiłam się bardzo poważnie, czy nie odejść z tej pracy już za nim mnie wyrzucą (co miało się stać niewątpliwie szybko) i co by się stało, gdybym poszła sobie w tej chwili.

Prawdopodobnie największą naganę otrzymałam jednak, kiedy sprzątając pewien pokój i będąc w nim zupełnie sama (bo na szczęście był to pokój, który gość zdążył już opuścić, a kolejny nie przyjechał jeszcze), przysiadłam na chwilę na krześle, składając serwetki, które miały być złożone w sposób nadzwyczaj precyzyjny. Nagle w drzwiach ukazała się nadzorczyni i zaczęła na mnie wrzeszczeć, wyzywając mnie, że siadam podczas pracy. Wiedziałam, że wymagana jest ode mnie sprawność i pełna profesjonalność, a także potrzeba ciągłego udowadniania, że nie jestem oszustką, korzystającą z udogodnień hotelu lub żerującą na własności jego klientów, ale nie wiedziałam, że krótka zmiana pozycji podczas składania w rękach małego przedmiotu może wywołać takie oburzenie.

— Siedząca sprzątaczka! — wrzasnęła nadzorczyni, kiedy usłyszałam już jej gwałtowny wdech, sugerujący zwykle nową falę wściekłości. — Niech się pani wstydzi! Co za brak profesjonalizmu! Nie, to jest zwyczajne oszustwo! Wstrętne, przebiegłe i perfidne oszustwo! My dajemy pani pieniądze, a pani sobie siedzi na krzesełku niczym gość! Przecież pani psuje nam krzesła! Oj, zapłaci mi pani za to…

Krótko po tym wydarzeniu zostałam wyrzucona z pracy (zastanawiałam się, czy była to ta zapłata, o której mówiła wtedy nadzorczyni, a jeśli tak, to czy możliwe, że była taka mała), choć byłam pewna, że gdybym nawet nie została wtedy nakryta, i tak wyrzuciliby mnie stamtąd w krótkim czasie, a na ostateczność sama bym zrezygnowała. Ten zaledwie tydzień pracy był dla mnie bowiem niekończącą się torturą. Byłam zmęczona nie tylko samą pracą, ale przede wszystkim wykańczała mnie ciągła krytyka i niegodziwe podejrzenia. Poza tym, pomimo moich starań, zawsze kończyłam pracę jako ostatnia i po wyjściu z hotelu czułam się ledwie żywa. Kiedy przychodziłam do domu, nie mogłam już prawie ustać na nogach, zamykały mi się oczy, a musiałam poszykować sobie przynajmniej jakieś jedzenie i ogarnąć najpotrzebniejsze rzeczy, nie wspominając już o wszystkich zajęciach, z których musiałam zrezygnować.

Ten skumulowany stres wpływał również negatywnie na moje relacje z rodzicami (którzy jeszcze wtedy żyli). Znajdując się w stanie skrajnego wyczerpania, nie miałam do nich ani odrobiny cierpliwości i zaczynałam się denerwować na sam ich widok. Zupełnie tak, jakby byli dla mnie jakimiś dodatkowymi przeszkodami w tych trudnych chwilach, choć tak naprawdę otrzymywałam od nich tyle pomocy, ile nie otrzymałam przez całe życie od wszystkich innych ludzi razem wziętych. W zasadzie wątpiłam, żebym otrzymała kiedyś od kogoś innego jakąkolwiek prawdziwą pomoc.

Jakiś czas później zawarłam nową umowę z ludźmi, umowę, która miała zapewnić mi całkiem przyzwoitą pensję i, jak się szybko okazało, zafundować mi taki wysiłek, który nie był wart żadnych pieniędzy. Bo w istocie, po pracy nie miałam już siły ani ochoty na nic, nawet na wydawanie pieniędzy. Jedyne, czego potrzebowałam, to własny kąt do spania, trochę prywatnej przestrzeni i odżywcze jedzenie. I oczywiście środki na leczenie, ale wykupowanie leków czy badań nie ma chyba nic wspólnego z przyjemnością.

Kolejna praca, którą podjęłam, była pracą animatorki w sali zabaw dla dzieci. Zawsze byłam przekonana, że jeśli już miałabym znosić pracę z ludźmi — to tylko w aktywnej roli. Wiedziałam, że nie miałam szans na spełnienie niczyich oczekiwań w pracy siedzącej, pośród tych wszystkich niejasnych podtekstów, nieformalnych wymagań i poczucia przykucia do krzesła niczym najgłębszej formy zniewolenia. W pracy aktywnej natomiast, wychodząc z inicjatywą do ludzi, choć wiedziałam, że moje szanse na spełnienie tych oczekiwań mogły być co najwyżej niewiele większe, mogłam jednak przynajmniej otrzymać od klientów i przełożonych różne cenne informacje na swój temat, które byłyby przekazane mi wprost.

Jednocześnie wierzyłam, że praca w roli aktywnej i bazującej na interakcji była w pewnym sensie mniej wymagająca. Chyba wszyscy zgodziliby się co do tego, że zabawianie ludzi jest generalnie trudniejszym zadaniem niż siedzenie przy biurku i wpisywanie czegoś do komputera, a zatem, zakres tolerancji wobec osoby wykonującej tak trudną pracę powinien się automatycznie również zwiększyć. Tak przynajmniej wynikało z moich obserwacji i w to wierzyłam.

Praca z osobami uprzywilejowanymi (tj. z dziećmi) była w moim przypadku oczywiście bardzo ryzykowna, jako że od zawsze miałam problem z ich odpowiednim traktowaniem. Wiedziałam jednak, że w roli animatorki sama uzyskiwałam pewien szczególny, można powiedzieć, nieformalnie uprzywilejowany status, podobny do tego, jaki miał nauczyciel w szkole. Nie znajdowałam się zatem wcale na pozycji przegranej.

Poza tym, miałam po prostu tak wielką chęć udowodnienia innym i sobie samej, że nie jest ze mną jeszcze tak zupełnie źle i że pomimo wszystkich moich problemów i skandalicznych tendencji jestem w stanie pokonać zżerający mnie lęk, że w pewnym momencie zdecydowałam się zrobić ten szalony krok w kierunku marzeń, oczywiście pod przykrywką formalności.

Niestety, wbrew moim pragnieniom, moje wystąpienia w dalszym ciągu nie były wcale dobrze oceniane. Większość czasu nie miałam zresztą nic do powiedzenia, a oczekiwania wobec mnie były tak naprawdę do tego stopnia niesprecyzowane, że często kończyłam, włócząc się po sali i usiłując sprawiać wrażenie, że pilnuję bawiące się wokół dzieci. Co drugi krok stwierdzałam jednak, że moja taktyka wcale nie wygląda przekonująco i najprawdopodobniej sprawiam raczej wrażenie znudzonej czy zdesperowanej, chodząc tak tam i z powrotem. Jedna pani zarzuciła mi raz nawet, że udaję robota, a dzieci nie tylko nie mają ze mnie żadnego pożytku, ale wręcz otrzymują posępny przykład do naśladowania.

Moje koleżanki animatorki zwykle stały gdzieś z boku, rozmawiając ze sobą głośno. Czasami wykonywały jakieś prace porządkowe, których sensu ja za bardzo nie widziałam. Układały coś, przestawiały, nie wiadomo, po co. Kiedy ja próbowałam zająć się czymś takim, mówiły mi zwykle, żebym nie psuła im roboty i żebym zajęła się raczej czymś pożyteczniejszym zamiast udawać, że pracuję. Czasami stawałam więc po prostu w jakimś miejscu, zastanawiając się, czy zabrać się za coś czy nie, ale ostatecznie coraz częściej rezygnowałam z dodatkowych aktywności, myśląc sobie, że zbyt długie stanie nad miotłami i wpatrywanie się w nie uporczywie musiało być już jasną oznaką postradania zmysłów i że wobec tego nie będę dalej ryzykować.

Inne opiekunki podchodziły też regularnie do jakichś dzieci, zwracając im uwagę albo pytając, czy czegoś nie potrzebują. Dzieci jednak nie chciały w ogóle słuchać mojej osoby i albo udawały, że mnie nie słyszą, albo śmiały się, pokazując na mnie palcem i krzycząc: „Patrzcie, ta Ola myśli, że może nas do czegoś zmusić, zupełnie jakby uważała się za przekonującą! Ha, ha!” albo „Patrzcie, ta Ola coś do nas mówi, ale sama nie wie, czego chce! Ha, ha!” lub też, jeśli udało mi się zawołać coś bardziej stanowczym tonem, „Patrzcie, ta Ola myśli, że jak trochę głośniej do nas zawoła, to jest taka stanowcza! Ha, ha!”.

Kiedy widziałam, że dzieci robią coś zakazanego, bawiąc się na ogromnej kolorowej platformie, próbowałam zwrócić im uwagę i krzyknąć, żeby tego nie robiły, ale czułam się jedynie, jakbym wołała do zwierzęcia w klatce. Wrażenie to wzmacniał fakt, że platforma, po której biegały dzieci, była oddzielona od reszty pomieszczenia sznurkową siatką i prawie zawsze musiałam krzyczeć kilkukrotnie, żeby dziecko w ogóle mnie zauważyło (pomijając fakt, że często byłam po prostu jawnie lekceważona).

Czasami oczywiście zdarzało się, że jakieś dziecko nie zlekceważyło mnie ani nie zanegowało otwarcie mojego polecenia, ale wtedy mogło na przykład zacząć zadawać mi jakieś trudne pytania w rodzaju: „A dlaczego ma tak być?”. Zwykle nie miałam wprawdzie problemu z odpowiedzią na takie pytanie, ale problem w tym, że po każdej mojej odpowiedzi następowało kolejne takie pytanie. Kiedy na przykład odpowiedziałam jakiemuś chłopcu, że nie można bić kolegi, bo to jest złe i zakazane, zapytał, dlaczego to jest złe i zakazane? Wtedy odpowiedziałam mu, że dlatego, że krzywdzi kolegę. Kiedy zapytał, dlaczego nie można krzywdzić kolegi, oznajmiłam, że to jest złe. Następnie odpowiedziałam mu, że to jest złe, bo kolegę boli. Ale kiedy zapytał, dlaczego to jest złe, że kolegę boli, zabrakło mi już pomysłów na odpowiedź. Ostatecznie i tak każde dziecko dochodziło do wniosku, że jestem głupia i że nie zamierza mnie dłużej słuchać.

Jedna z animatorek, która była obecna przy takim przedstawieniu, okazała się zresztą mieć zupełnie takie samo zdanie na mój temat. Kiedy zostawiłam niegrzeczne dziecko w spokoju, podeszła do mnie i syknęła: „Kobieto, co ty wyprawiasz? Ignorujesz dzieci, kiedy cię wołają, pozwalasz, żeby robiły co chciały, a później dziwisz się, że cię nie słuchają? Nie umiesz nawet wyrazić się stanowczo i wyraźnie!”.

Kiedy jednak nie wołałam, nie mówiłam i nie wrażałam się do nikogo przez dłuższy czas, dzieci często znajdowały przeciwko mnie jakiś inny zarzut lub coś, z czego mogły sobie pokpić. Pewnego razu, kiedy obserwowałam bawiące się na karuzeli dzieci, patrząc na nie zapewne odrobinę zbyt długo i intensywnie, jakaś dziewczynka zawołała, wskazując na mnie:

— Patrzcie, jak ta Ola nam zazdrości! wpatruje się w nas od pół godziny, jakbyśmy byli jakimś tortem, który chciałaby zjeść!

Następnie dołączyło się kolejne dziecko:

— Bo ona sama chciałaby wejść na karuzelę, ale nie może, bo jest tylko starą animatorką! Ha, ha!

— I nawet nie umie pracować! — usłyszałam kolejny głos. — Przyszła tu tylko po to, żeby popatrzeć sobie na nas, jak się fajnie bawimy! Ha, ha!

Nie wiedziałam, co zrobić. Pomijając fakt, że karuzela rzeczywiście wyglądała bardzo kusząco, takie zarzuty i komentarze mogły bardzo gwałtownie odbić się na mojej reputacji i to nie tylko tej plakietkowej, ale również nieformalnej. Podeszłam zatem do grupki dzieci i zaczęłam zwracać im uwagę, żeby przestały tak krzyczeć, bo nie wolno krzyczeć i nie wolno obrażać innych.

— Ale my cię nawet nie obrażamy! — zawołała dziewczynka, która pierwsza odezwała się do mnie. — My tylko mówimy prawdę i krzyczymy, bo tak bardzo się cieszymy, że możemy się bawić, a ty nie!

Następnie dzieci zaczęły krzyczeć tak głośno i tak szybko wirować na karuzeli, że zrobiłam tylko kilka kroków w tył i nie widziałam już sensu w dalszym prowadzeniu z nimi dyskusji.

— Ola? — usłyszałam nagle za sobą głos mojej koleżanki. Odwróciłam się pospiesznie i stanęłam oko w oko z jej srogim spojrzeniem, dokładnie takim, jakie kieruje do dzieci, które właśnie coś zbroiły.

— Ola, co to ma znaczyć? — zapytała. — Dlaczego patrzysz na tę karuzelę tak, jakbyś chciała na nią wejść?

— Wcale tak nie patrzę — odpowiedziałam automatycznie.

— Nie udawaj, ja wszystko doskonale widziałam i słyszałam!

Chciałam zapytać, dlaczego zatem podglądała mnie i podsłuchiwała, ale zdałam sobie sprawę, że moja koleżanka animatorka po prostu wykonywała swoją pracę.

— Ja po prostu obserwowałam, czy dzieci bawią się bezpiecznie — odpowiedziałam w końcu, bo to, że być może miałam ochotę sama pokręcić się trochę na tej karuzeli, nie znaczyło, że nie zwracałam uwagi na inne rzeczy.

— Wymówki i preteksty — stwierdziła kobieta drwiącym głosem. — Jak zwykle. Ale pamiętaj, że mam cię na oku!

Podczas prowadzenia gier i atrakcji dla dzieci moja rola ograniczała się z kolei (a może raczej jak zwykle) głównie do czekania. Czekałam, aż moje koleżanki uspokoją wszystkich uczestników zabawy i zwrócą na mnie ich uwagę, ponieważ mój głos zdawał się do nich w ogóle nie docierać. Później dzieci z wielką niechęcią i ociąganiem wykonywały jakieś moje polecenia, bo pozostałe animatorki stały na straży i straszyły je szlabanami i donosami. Oczywiście same uważały mnie za beznadziejną animatorkę, ale kazały mi czasami poprowadzić jakieś zajęcia, bo ostatecznie stanie z boku i pilnowanie było dla nich odrobinę mniej angażujące i wymagające niż ciągłe prowadzenie aktywności.

Pewnego razu zostałam poproszona o zrobienie zdjęć dokumentujących aktywność dzieci podczas prowadzonych przez nas gier i atrakcji. Niestety jednak animatorka, która prowadziła zajęcia, podczas gdy ja zaczynałam fotografować, nie wiedziała chyba o przyznanym mi obowiązku i nakrzyczała na mnie z wyrzutem, zapewniając tym samym o wiele większą rozrywkę dzieciom niż planowana zabawa.

— Dlaczego mi przeszkadzasz?! Co ty sobie myślisz?! My odwalamy za ciebie prawie całą robotę, kiedy ty prowadzisz zajęcia, a raczej udajesz, że prowadzisz, a w zamian za to ty postanowiłaś zabawić się moim kosztem i zrobić sobie fotki akurat teraz, żeby odciągnąć ode mnie całą uwagę i sprowadzić chaos na zajęciach?! I zamiast robić to przynajmniej jakoś dyskretnie, chodzisz z miejsca na miejsce, powodując hałas i niepokój?! Co za impertynencja!


W istocie, kiedy robiłam zdjęcia, dzieci okazywały nagle wielkie zainteresowanie moją osobą. Wiedziałam, że wynika to z mojego braku dyskrecji i profesjonalizmu, niestety jednak nie potrafiłam zapanować nad swoją naturalną niedyskrecją. Robiłam zdjęcia z głośnym pstryknięciem i oślepiającą lampą błyskową w momentach chwilowej ciszy i spokoju; wybierałam momenty nieoficjalnego skupienia, żeby wkroczyć nagle w środek z wielkim obiektywem gotowym do strzału i kręcąc się wokół nieustannie. Nawet kiedy próbowałam stanąć w jakimś kącie i zrobić zdjęcie z większej perspektywy, dzieci zachowywały się, jakbym machała do nich zawzięcie i krzyczała: „Hej, jestem tu, spójrzcie na mnie!”. W rezultacie z dyskretnej dokumentacji fotograficznej powstała jawna sesja zdjęciowa i jeden wielki chaos. Nie dziwiłam się już zatem z niezadowolenia moich koleżanek (włączając tą, która zleciła mi to zadanie), o którym zostałam poinformowana zarówno formalnie, jak i nieformalnie.

Moje współpracowniczki i dzieci, które na każdą wiadomość o „nowej zabawie pani Oli” buntowały się otwarcie, krzycząc: „Nudzie mówimy nie!” nie były jednak jedynymi osobami, które oburzały się na widok mojej nieudolnej pracy jako animatorki. Rodzice, przychodząc po odbiór swoich dzieci i nierzadko obserwujący je (a raczej mnie) trochę czasu, prawie za każdym razem pytali, wskazując na mnie: „A ta co tu robi? To jest w ogóle dziecko czy opiekunka?”. Kiedy dowiadywali się, że jestem animatorką (informowani zwykle przez naszą prowadzącą, która już śpieszyła z wyjaśnieniami, że jestem bardzo, ale to bardzo początkująca), w najlepszym wypadku kiwali głowami porozumiewawczo i mówili do niej: „Ja bym się na pani miejscu od razu pozbył takiej pracowniczki. Większej ignorantki w życiu nie widziałem. Ona w ogóle nie wykazuje zainteresowania naszymi dziećmi. Poza tym wygląda podejrzanie. Trochę tak, jakby ktoś wysłał ją tu na śledztwo, którego nie umie nawet dyskretnie przeprowadzić… W każdym razie, współczujemy paniom i radzimy mieć ją na oku”.

Czasami, rzecz jasna, zdarzało mi się spotkać mniej tolerancyjnych rodziców i wtedy wykrzykiwali do mnie: „Dziewczyno, przestań dręczyć nasze dzieci! Myślisz, że jesteś taka wspaniała, że jak przejdziesz się w tę i z powrotem po sali to nasze skarby będą usatysfakcjonowane, że mogą cię w ogóle widzieć?!” albo o mnie: „Ja protestuję! Osoba, która wygląda, jakby sama nie wiedziała, co robić nie może się opiekować naszymi dziećmi!” i „Przecież ona ma obniżoną reputację! Patrzcie na jej Plakietkę! Ktoś taki nie powinien mieć tu w ogóle wstępu!”.

Właściwie byłam dosyć zdziwiona, że w ogóle przyjęto mnie do tej pracy, nie tylko ze względu na moje zachowanie, ale również ze względu na moją Plakietkę, której przecież definitywnie brakowało trochę do perfekcji. A do pracy z uprzywilejowanymi szuka się raczej osób z nienaganną reputacją oraz przyzwoitym spisem zasług i osiągnięć. Chciałam jednak spróbować, jako że wzorcowa reputacja nie była wcale oficjalnym warunkiem, żeby aplikować do tej pracy, a poza tym (a może nawet przede wszystkim) chciałam mieć argument w dyskusjach z ludźmi, którzy zarzucają mi lenistwo i brak inicjatywy.

Kierowniczka, decydując się ostatecznie na przyjęcie mnie, uprzedziła mnie jednak, że zatrudnia mnie tylko ze względu na swoją nadzwyczajną wielkoduszność oraz wspaniałomyślną nadzieję, że, jak to określiła, „nauczę się tutaj życia i porządnej pracy”. Powiedziała również, że zaimponowała jej moja odwaga. „Tak niestabilne osoby jak pani nie zgłaszają się zwykle do pracy z ludźmi, zwłaszcza uprzywilejowanymi”, powiedziała mi podczas naszej pierwszej rozmowy, zwanej kwalifikacyjną, „Ja jednak ośmielę się uznać to za znak pani godziwych ambicji, a niekoniecznie arogancji i dam pani szansę…”. Niestety jednak, moje koleżanki z sali zabaw z dnia na dzień przekonywały się, że zatrudnienie mnie było tylko jednym wielkim błędem.

Ocena mojej osoby przez pozostałe animatorki polegała zresztą głównie na ocenie mojego zachowania i wyrażania się względem dzieci. Nie mogłam przecież podejść sobie do nich, kiedy rozmawiały w jakimś kącie, bez pytania dotyczącego pracy ani innego pretekstu, bo wyglądałabym wtedy jak wyrośnięta dziewczynka, która podchodzi nieporadnie to starszych koleżanek (choć dwie z nich były w zasadzie w podobnym wieku do mojego) i pyta „Hej, czy mogę się z wami pobawić?”. I chociaż w tym wypadku pytanie brzmiałoby wprawdzie raczej „Czy mogę z wami porozmawiać?”, nie była to wielka różnica.

Nie byłam zatem zdziwiona, że po zaledwie dwóch tygodniach zostałam zwolniona i — podobnie jak w przypadku poprzedniej pracy — byłam już w tym momencie u kresu sił. Już podczas tych dwóch tygodni zdążyłam zresztą wziąć dwa dni urlopu, ponieważ pewnego ranka czułam się osłabiona do tego stopnia, że nie mogłam wstać z łóżka do południa, moje oczy nie tolerowały żadnego światła, a nawet oddychanie wymagało ode mnie jakiegoś dziwnego wysiłku. Stan ten był tak silny, że dopiero trzeciego dnia zdołałam przyjść do pracy i nawet wtedy czułam się jeszcze jak lunatyczka, co tylko bardziej pogarszało moją koncentrację na oczekiwanych ode mnie reakcjach i zachowaniach.

Po odejściu z sali zabaw postanowiłam zatem spróbować czegoś jeszcze innego. Skoro nie mogłam poradzić sobie z ludźmi, miałam nadzieję, że przynajmniej poradzę sobie ze zwierzętami i zaczęłam pracę w schronisku dla zwierząt. Taka praca wydawała mi się nie tylko bardzo atrakcyjna, jako że zawsze marzyłam o posiadaniu zwierzątka w domu, ale również o wiele lżejsza, biorąc pod uwagę fakt, że zwierzęta chyba nie miały powodu, żeby mnie nienawidzić.

Niestety jednak również i w tej pracy byłam obserwowana przez innych ludzi niemal przez cały czas i znajdowałam się pod nieustannym nadzorem. Zaczynałam pracę jako wolontariuszka, nie było zresztą innej opcji na początek i tak naprawdę pierwsze dni przypominały raczej szkolenie niż prawdziwą pracę. Później wykonywałam już sama konkretne zadania, ale wciąż znajdowałam się w grupie ludzi, którzy pracowali obok mnie i regularnie słyszałam ich krytyczne uwagi na mój temat. A to mi ktoś mówił, że za bardzo rozglądam się na boki zamiast pracować, a to, że jestem zbyt delikatna i ostrożna i zwierzęta nigdy nie nabiorą do mnie zaufania, a to znowu, że ignoruję innych, do nikogo się nie odzywam, nawet do zwierząt i jak tak dalej pójdzie to załatwią mi „podejrzaną” reputację na Plakietce. Wytrzymałam tam dwa i pół tygodnia, nie awansując nawet na stanowisko pełnopłatnego pracownika.

Potem nastąpiła fala rezygnacji, a kolejną pracę podjęłam dopiero po bardzo długim czasie, już po śmierci moich rodziców. Tym razem postanowiłam spróbować jakiejś bardziej „zwyczajnej” pracy (to znaczy siedzącej, biurowej), głównie dlatego, że każdy dziwił się, kiedy informowałam go o moim skromnym doświadczeniu i mówił mi, że miejsca, w których dotychczas pracowałam nie są najlepszym rozwiązaniem dla osoby tak niestabilnej i problematycznej jak ja. Jednocześnie każdy wyrażał swoje przekonanie, że praca biurowa powinna być w sam raz na moje możliwości. Mój stan zdrowia pogorszył się zresztą do tego stopnia, że sama nie wyobrażałam sobie siebie w roli sprzątaczki czy animatorki — ubieganie się o taką pracę w tym czasie byłoby zwykłym oszustwem. Byłam tak wycieńczona, że ledwo dawałam radę utrzymać we względnej czystości własne mieszkanie i wykonać codzienne domowe obowiązki.

Nie mogłam już dłużej słuchać uwag typu: „Ale takiej pracy jeszcze nie próbowałaś, więc nie możesz powiedzieć, że nie dasz rady czy że ci nie pasuje. Ty po prostu nie chcesz spróbować tego, co ci sugeruję, bo uważasz, że wszystko sama wiesz najlepiej. W życiu nie widziałem bardziej nadętej, próżnej i przemądrzałej osoby niż ty! I później się dziwisz, że nikt nie chce utrzymywać z tobą kontaktu, skoro tak traktujesz ludzi… Nie, to nie. Jeśli myślisz, że pozjadałaś już wszystkie rozumy to chyba nic się w twoim życiu nie zmieni. A w każdym razie nie na lepsze. Powodzenia zatem” albo „Nie chcesz spróbować nowej pracy, bo jesteś taka leniwa i uparta, że próbujesz oszukiwać nas wszystkich, a może nawet samą siebie, że niby nic już nie możesz”. Słysząc coś takiego, nie miałam oczywiście żadnej szansy, żeby się obronić i zanim jeszcze zdążyłam zareagować w jakikolwiek sposób, mój rozmówca patrzył na mnie tak, jakbym już przyznała mu rację i powiedziała: „Hej, masz rację, ale byłam głupia! Jakie to szczęście, że ty mnie olśniłeś!”.

Praca, którą znalazłam (i do której przyjęto mnie z o wiele większą chęcią niż do sali zabaw czy schroniska dla zwierząt) była tak nudna, że nie ma nawet sensu przytaczać, o co w niej chodziło. Była to zwykła praca biurowa w jakiejś instytucji administracyjnej, w której sama nuda była jednak najmniejszym problemem. Zostałam zamknięta w małym pokoiku z pięcioma osobami, posadzona na krześle i obdarzona mnóstwem wieloznacznych i podejrzliwych spojrzeń, tak jakby na mojej Plakietce wypisany był jakiś prawdziwy skandal.

Pierwszego dnia przydzielono mi pomocnika, który miał mnie wprowadzić w realia tamtejszej pracy i zapoznać z wymogami. Jakaś starsza kobieta (to znaczy, na pewno starsza ode mnie, choć jeszcze nie uprzywilejowana) z typową Plakietką przysiadła się obok mnie na taborecie, komentując: „Dziecko, taka młoda jesteś, a siedzisz sobie na fotelu jak na tronie. A ja, stara, na małym stołku. Co za wychowanie!”. Zaproponowałam oczywiście od razu, czy chciałaby się ze mną zamienić (choć osobiście trochę przerażała mnie wizja siedzenia przez kilka godzin na takim stołku), ale kobieta odpowiedziała pogardliwie: „I co, myślisz, że teraz uwierzę w twoje czyste intencje? Nie bądź śmieszna! W końcu nie bez powodu nie masz wzorcowej reputacji, prawda?”, po czym zaczęła mi coś tłumaczyć, przerywając co chwilę i dodając, żebym czasami nie śmiała jej przerwać, bo to, że umiem obsługiwać komputer nie znaczy, że mam jakiekolwiek pojęcie o tej pracy i w ogóle, żebym nie była zarozumiała.

Kiedy w pewnym momencie postanowiłam odsunąć się trochę na bok, bo wydawało mi się, że zabieram za dużo miejsca przy biurku, kobieta uniosła się gwałtownie i krzyknęła z wyrzutem: „Co ty robisz, dziewczyno?! Dlaczego się tak nagle odsuwasz, coś ci nie pasuje? Może uważasz, że nie jestem kompetentną instruktorką i że taką osobą jak ja można tylko pogardzić, co?”. Odpowiedziałam szybko, że nie i że chciałam jej tylko zrobić więcej miejsca, ale niestety moje obawy znowu się spełniły i kobieta zarzuciła mi hipokryzję.

— I co, coś ci się poprzestawiało w głowie, że tak nagle zmieniłaś zdanie? Może się wystraszyłaś, że nigdy nie awansujesz, jeśli nie będziesz się nam podlizywać? Cały czas siedzisz sobie wygodnie na środku, a potem udajesz, że nagle mnie zobaczyłaś!

Kobieta prychnęła, a jakiś pan, siedzący przy sąsiednim biurku skomentował, że mam klapki na oczach. Albo, co gorsza, udaję, że je mam. Potem moja instruktorka miała jeszcze do mnie pretensje, że niewyraźnie jej odpowiadam i ciągle odwracam wzrok i że właściwie to ona nie wie, czy ja w ogóle jej słucham, ale kiedy zaczęłam słuchać uważniej (to znaczy udawać, że słucham uważnie), patrząc to na nią, to na ekran monitora i pilnując, żeby na mojej twarzy nie zagościł żaden wyraz mogący być kojarzony z pogardą czy lekceważącym stosunkiem oraz odpowiadając wyraźnie na każdą jej wypowiedź, że „tak, rozumiem”, w końcu zezłościła się na mnie, oskarżając mnie o pozorowanie i robienie z niej idiotki.

— Co za bezczelność! — zawołała, kiedy po raz któryś powtórzyłam, że „tak, rozumiem” — zachowujesz się jak jakieś zbuntowane dziecko w szkole, które, nie mając już innych sposobów na bunt, zaczyna powtarzać w kółko to samo, jakby ktoś je do czegoś zmuszał! Masz natychmiast zacząć zachowywać się normalnie albo nie będę z tobą pracować!

W rzeczywistości nie sądziłam, żeby udało mi się zacząć zachowywać od tej pory normalnie. Chociaż starałam się używać częściej jakieś zamienniki wyrażenia „tak, rozumiem”, a czasami nawet odwrócić wzrok, tak jakbym potrzebowała spojrzeć gdzieś indziej, ale tylko po to, żeby jeszcze lepiej zrozumieć tłumaczone mi sekwencje. Tak jak ktoś, kto ucząc się jakiegoś tekstu na pamięć, odrywa od niego wzrok, a nawet zamyka oczy, by powtórzyć sobie dany fragment w umyśle z innej perspektywy. Kobieta jednak wbrew swoim groźbom siedziała ze mną do końca, to znaczy, dopóki nie skończyła mi wszystkiego tłumaczyć (a trwało to jakieś cztery godziny, nie licząc mikro-przerw), po czym oznajmiła, że błaga kogoś o zastąpienie jej kolejnego dnia, bo ona nie da rady tak się przemęczać i znosić mojego niewdzięcznego zachowania dzień po dniu.

Kiedy kończyłam tego dnia pracę, oczy bolały mnie tak bardzo, jakbym nie zamykała ich przez trzy doby z rzędu. I to nie tylko z powodu słuchania instrukcji mojej starszej koleżanki. Zasady pracy, o których ciągle ktoś mi przypominał, przysparzały mi również dużo stresu. „Tu nie wolno zamykać oczu. Ani wstawać z krzesła bez powodu, ani przerywać pracy bez powodu, ani obracać się bez powodu, ani odrywać wzroku od monitora bez powodu” — słyszałam co kilka minut. Kiedy jednak próbowałam złamać ten zakaz jawnie, z powodu utrzymującego się w moim ciele napięcia i szeregu dolegliwości, które pojawiły się w moim ciele (to przecież jest jakiś powód), ktoś zawsze pytał: „Olu, dlaczego przerywasz pracę?” lub trochę mniej łagodniej: „Ola, jak śmiesz przerywać pracę?! Przecież jesteś w pracy!”.

Z jakiegoś powodu bałam się jednak powiedzieć, że przerywam pracę, bo coś mnie boli (może dlatego, że w najlepszym wypadku posłaliby mnie do lekarza, a gdyby powtórzyło się to drugi raz, oświadczyliby, że w takim razie nie mogę tu pracować i zapytaliby, po co w ogóle zgłosiłam się na to stanowisko?), dlatego raz powiedziałam, że potrzebuję przerwy. Po pół godzinie nie mogłam jednak wytłumaczyć się przerwą po raz kolejny, bo to byłoby równoznaczne z ogłoszeniem: „Jestem taka leniwa, że zamierzam robić sobie przerwę co pół godziny, i taka nieodpowiedzialna, że w ogóle nie przejmuję się tym, że nie skończę dzisiaj zadanej mi pracy, i taka bezczelna, że demonstruję to wszystko otwarcie i bez wstydu, a do tego jeszcze taka głupia, że wzięłam tę robotę tylko po to, żeby mnie z niej za chwilę wywalili, ha, ha!”.

Pod koniec tego dnia czułam się, jakbym spędziła tam wieczność, a przynajmniej dobry tydzień, włączając w to całe bezsenne noce. Byłam przemarznięta, chociaż temperatura w pokoju wcale nie była niska i uporczywie bolał mnie kręgosłup, a moje nogi i głowa zdawały się ważyć tonę. Miałam tak zaciśniętą szczękę, że bałam się, że jej nie otworzę, a nie mogłam nawet spróbować, bo przecież nie miałam ku temu powodu. Nie mogłam przecież powiedzieć: „Słuchajcie, jakby co, to ja sobie teraz otworzę szczękę, bo chcę sprawdzić, czy się otwiera”. Nie po to przecież usiłowałam spełniać wszystkie oczekiwania przez tyle godzin, wpatrując się intensywnie w ekran, analizując w myślach, czy nie za często lub nie za rzadko się poruszam i pilnując, żeby podnieść głowę, kiedy wydawało mi się, że ktoś może żądać mojej uwagi, żeby pod koniec dnia ostatecznie uznali mnie za nienormalną. Raz zdarzyło mi się wprawdzie ziewnąć dość szeroko, zasłaniając usta dłonią, ale jedna z koleżanek powiedziała wtedy, żebym nie udawała, że jestem zmęczona.

Oczywiście, pomimo moich starań, regularnie otrzymywałam jakieś krytyczne komentarze, mniej lub bardziej oficjalne, głośne lub w postaci pogardliwych spojrzeń. Raz dostałam nawet liścik od jednego pana, w którym napisał, że tak często się poruszam i tak głośno oddycham, że nie może się zupełnie skupić na swojej pracy i że on dobrze wie, że ja chcę na siebie zwrócić uwagę i że to jest poniżej wszelkiej normy, żeby buntować się przeciwko pracy, do której sama się zgłosiłam.

Jedna kobieta (ta trochę łagodniejsza) powiedziała z kolei pewnego razu: „Nasza Ola jest chyba nieprzyzwyczajona do pracy. Taka młoda, to nie dziwne, że ma dużo energii. Ale, wiesz, Olu, jesteś już dorosła i powinnaś się zdyscyplinować, jeśli chcesz, żeby twoja Plakietka wyglądała przyzwoicie. Pracowałaś kiedyś w ogóle, Olu?”. Powiedziałam im o moim małym doświadczeniu. Nie przeszło mi nawet przez głowę, żeby skłamać. Nigdy nie rozumiałam, jak można kłamać. Nie przypominałam sobie nawet, żebym kiedykolwiek skłamała swoim rodzicom, choć nie czułam przed nimi żadnego lęku. Nie wyobrażałam sobie po prostu, jak można świadomie wybrać kłamstwo i cały czas wiedzieć, że powiedziało się kłamstwo, a na domiar złego wiedzieć jeszcze, że ktoś jest przekonany, że to kłamstwo jest prawdą. I w każdej chwili może odkryć prawdę, ale co to za wielki pożytek, że pozna wtedy prawdę, skoro będzie mógł mnie oskarżyć wtedy o kłamstwo, głupotę i kto wie, co jeszcze?! Ta perspektywa wydawała mi się tak straszna, że prawie zawsze, chcąc powiedzieć cokolwiek, dodawałam, że nie jestem pewna, że tak mi się tylko wydaje.

Ciągle obawiałam się zresztą, że okłamuję lub okłamię, jeśli nie kogoś, to przynajmniej samą siebie. Przez głowę przechodziło mi przecież tyle różnych myśli, że czasami bardzo trudno było mi dojść do tego, co rzeczywiście jest prawdą. Kiedy na przykład jedna część mnie uznawała coś za prawdę, inna automatycznie bała się, że może to jednak nie być prawda, tylko jakaś iluzja, którą tworzę sobie nie do końca świadomie po to, by nie przyjąć prawdy.

W każdym razie, moje nowe znajome z pracy powiedziały, że wcale mi się nie dziwią, że mam tyle energii, skoro moje doświadczenie zawodowe jest tak skromne (dziwiły się jedynie, dlaczego tak szybko zostałam zwolniona z każdej z nich) i że teraz dopiero zobaczę, co to jest prawdziwa praca. Żałowałam, że nie wynaleziono jeszcze żadnego pomiaru energii w ciele człowieka (a przynajmniej ja nie wiem nic o takim wynalazku) i że nie mogą odczytać mojego wyniku — bo wtedy naprawdę by się zdziwiły. Tymczasem przemilczałam tę uwagę, bo nie chciałam usłyszeć, że „tak mi się tylko wydaje, że mam mało energii. Jak będę w ich wieku, to dopiero się przekonam, co to znaczy mieć mało energii. A jeśli im nie wierzę, to powinnam zajrzeć do pierwszej lepszej książki medycznej, żeby upewnić się, że mają rację”.

Kiedy powróciłam do pracy po przerwie, starając się już tak nie kręcić, jedna z nich powiedział, patrząc na mnie z wyniosłym wyrazem twarzy: „I tak właśnie powinno być. Ola siedzi cichutko, główka do komputera i pracuje grzecznie. A my tu pilnujemy. Od czegoś w końcu ma się ten wiek i zasługi na Plakietce. Reputacją zresztą też ją przewyższamy i zdziwiłabym się, gdyby było inaczej”.

Szybko zaczęły się również komentarze na temat mojego milczenia. Współpracownicy, oswoiwszy się już z faktem posiadania nowej osoby w pokoju, powrócili do zwyczajowych, jak się wydaje, rozmów między sobą, mniej lub bardziej związanych z pracą. Nie chcąc się nikomu narażać i zwracać na siebie jeszcze więcej podejrzeń, siedziałam cicho, próbując skupić się na swoich zadaniach. Niestety, chociaż przez długi czas nikt nie zapraszał mnie formalnie do rozmowy, prawie co chwilę padał jakiś komentarz, który zdawał się być wymyślony specjalnie dla mnie, żeby sprowokować mnie do jakiejś reakcji. W końcu jeden mężczyzna powiedział: „A nasza nowa koleżanka chyba nie chce się z nami integrować…”, a ja zapytałam szybko, czy chodzi o mnie, bo z tego co wiedziałam, byłam tu jedyną nową osobą, a poza tym wszyscy patrzyli na mnie ostentacyjnie. Nie chciałam jednak przechodzić od razu do usprawiedliwienia, bo wtedy wydałoby się, że cały ten czas podejrzewałam, a może nawet byłam pewna, że mówią o mnie, ale byłam na tyle arogancka, że dopiero teraz postanowiłam się odezwać.

Kiedy zadałam to pytanie, wszyscy wpadli w śmiech i już chcieli mi coś odpowiedzieć, ale w tym momencie do pokoju wszedł szef i zadał nam jakąś pracę. Kiedy zaś zostaliśmy sami, do końca dnia nikt nie poruszył już oficjalnie mojego tematu, a ja nie chciałam prowokować, chociaż czułam, widziałam i słyszałam, że kwestia mojej osoby cały czas krąży po pokoju w postaci różnych nieformalnych, to znaczy niedosłownych i niebezpośrednich znaków. Nie miałam jednak zamiaru mówić: „Hej, pamiętacie, jakie głupie pytanie zadałam, zanim wszedł szef?”.

W pewnym momencie do głowy przyszło mi pewne pytanie dotyczące pracy, pytanie zupełnie techniczne i nie mające nic wspólnego — przynajmniej na pozór — z oceną mojej osoby. Tak jak miałam w zwyczaju (a już zwłaszcza po poprzedniej akcji z moim głupim pytaniem w roli głównej) postanowiłam najpierw zerknąć na osobę siedzącą obok i jej monitor, a dopiero później ewentualnie zadać nurtujące mnie pytanie. Chociaż starałam się być dyskretna, kobieta obróciła się do mnie prawie natychmiast z wyzywającym uśmiechem na ustach i zawołała: „Widzę, że chce mi pani coś powiedzieć?! Bo wpatruje się tak pani w mój własny, prywatny i osobisty ekran tak, jakby czegoś pani tam szukała. Rozumiem, że zadanie mi pytania wprost byłoby jednak przekraczające dla pani dumy?”.

Szybko zaczęłam przepraszać i tłumaczyć, że mam tylko małą wątpliwość i właściwie to chciałam właśnie zadać pytanie, wszyscy zaczęli jednak kręcić głowami z politowaniem, więc od tej pory starałam się już nikogo nie podglądać i od razu wyjawiać wszelkie pytania, które nasuwały mi się na myśl (oczywiście te dotyczące pracy). Niestety ta metoda również nie okazała się do końca skuteczna, jeśli chodzi o załagodzenie stosunku moich współpracowników do mojej osoby.

Raz zadałam pytanie, kiedy ktoś żalił się na ogrom pracy, która na niego spadła i niesprawiedliwość, jaka panuje ponoć w instytucjach administracyjnych w naszym mieście (nie zdając sobie oczywiście sprawy, że zadanie w tym momencie mojego pytania może wywołać jakieś negatywne konsekwencje).

— Nie musi pani demonstrować, jak ma pani dobrze. Te zadania dla nowicjuszy są śmieszne — usłyszałam w odpowiedzi. — No tak, ale oczywiście pani Ola musi mieć wszystko na zawołanie! Już pani wyjaśniam, tylko pozwoli pani, że chociaż wysmarkam sobie nos…

Trzeciego dnia usłyszałam z kolei, że oni już po prostu nie mogą mnie słuchać i zastanawiają się tylko, ile razy jeszcze mam zamiar przeszkadzać im i pytać o jakieś bzdury, demonstrując, że potrafię mówić, zamiast powiedzieć wreszcie coś ciekawego i pokazać dla odmiany, że nie jestem ograniczoną do pracy maszyną?

Szybko jednak wyszło na jaw, że na polu pracy moje działania są równie beznadziejne, jak moje zachowanie społeczne. I nie chodziło już bynajmniej o kwestię pozyskiwania informacji od bardziej doświadczonych współpracowników. Ja po prostu miałam ogromne trudności ze skupieniem się na swojej pracy, myśląc nieustannie o oczekiwaniach moich towarzyszy i ich regularnych jadowitych komentarzach. W pewnej chwili nawet moja sąsiadka, pracująca obok, popatrzyła na mnie i stwierdziła, że ja w ogóle nie pracuję, tylko się obijam. Kiedy odpowiedziałam jej, że myślę nad pracą, osądziła mnie o manipulację i kombinatorstwo. Od tej pory wpatrywanie się w ekran nie wystarczało już czasami, żeby udowodnić, że pracuję.

Moja praca miała ponadto swoje konkretne rezultaty i prawie za każdym razem, kiedy szef lub inny współpracownik sprawdzał, czy coś zrobiłam, jak coś zrobiłam i czy już coś skończyłam, był bardzo niezadowolony, a raczej oburzony i szybko uzyskałam opinię lenia i manipulatorki. Kiedy pewnego razu tłumaczyłam szefowi, że ja naprawdę pracowałam przez cały ten czas i po prostu nie zdążyłam jeszcze zrobić tego zadania do końca, powiedział: „Wie pani, co? Gdyby miała pani jakieś problemy z umysłem czy w ogóle jakieś problemy z prawidłowym funkcjonowaniem, byłoby to z pewnością zapisane na pani Plakietce. Tymczasem pani Plakietka mówi jasno: to jest osoba zdolna do pracy”, po czym wyszedł z tryumfalnym uśmiechem na twarzy.

To jednak nie z powodu moich żałosnych rezultatów skończyłam z tą pracą już po sześciu dniach. Zanim szef zdążył mnie wyrzucić, samo wykończyło mnie przemęczenie, rozmaite bóle krążące po moim ciele oraz głód. Po powrocie z pracy do domu byłam tak zmęczona i przesycona rygorystycznymi wymaganiami oraz upokarzającymi komentarzami moich towarzyszy, że praktycznie nie byłam w stanie ruszyć się z domu i nie mogłam nawet zrobić sobie zakupów. Na początku pochłaniałam ogromne ilości jedzenia, głównie takiego, którego nie trzeba było zbyt długo przygotowywać, to znaczy głównie niezdrowego, ale nawet odżywiając się w taki sposób, już trzeciego dnia zaczęło mi brakować pożywienia. Nie miałam w każdym razie żadnych szans na zbilansowane odżywianie, które było w moim przypadku bardzo wskazane, zdaniem niejednego lekarza. Poza tym, w celu pozbycia się bólu i rozładowania nagromadzonego we mnie napięcia usiłowałam wykrzesać w domu trochę energii na ćwiczenia, ale po wykonaniu ich mogłam już tylko siedzieć i nic nie robić, a najlepiej iść jak najszybciej spać.

Oczywiście pilnowałam, żeby przygotować się dobrze na następny dzień, tak żeby nikt nie mógł mi zarzucić, że nie traktuję pracy poważnie. Wiedziałam, że jeśli nie przygotuję się wieczorem, nie wyjdę o odpowiedniej porze kolejnego dnia rano, a to oznaczałoby, że wszystkie moje zabiegi i poświęcenia poszłyby zupełnie na marne. Bo gdybym jeszcze spóźniła się do pracy, byłoby to równoznaczne z oświadczeniem, że rezygnuję tu i teraz.

W pracy też nie mogłam jeść tyle, ile potrzebowałam, biorąc pod uwagę fakt, że moja potrzeba jedzenia trwała mniej więcej przez cały czas, a tolerowane odstępy między przerwami w naszej pracy to co najmniej dwie, a raczej trzy godziny, przy czym te przerwy nie mogły być wcale długie. Robiąc sobie zresztą dłuższe przerwy, mogłam skazać się tylko na dłuższe siedzenie w pracy, co absolutnie nie było dla mnie korzystne.

Poza tym, i tak słyszałam regularnie, że zbyt często i zbyt długo przebywam na przerwie, a tym samym — obijam się (albo coś kombinuję, jak zasugerował jeden kolega). I nikt nie interesował się w tym momencie, ile czasu spędziłam wczoraj na przygotowywaniu się, żeby w ogóle tu przyjść, wyglądać przyzwoicie i nie umrzeć z głodu. Jedna z koleżanek, widząc mnie po raz kolejny, objadającą się na przerwie, powiedziała, że to już robi się nudne i żebym wymyśliła jakiś inny sposób na buntowanie się, jeśli już muszę to robić.

— I tak nikt ci nie uwierzy — stwierdziła. — To jest niemożliwe, żebyś jadła tyle, ile pokazujesz, bo wtedy musiałabyś być potwornie gruba. I nawet nie próbuj się ze mną kłócić. Wiem, że nie jesteś głupia. Chcesz po prostu pokazać wszystkim, że jesteś tak zajęta zaspokajaniem swoich potrzeb, że nie możesz pracować. To jest naprawdę żałosne. Jeśli już się buntujesz, mogłabyś chociaż uczciwie się do tego przyznać.

Trzeciego dnia w pracy podszedł do mnie szef i oznajmił, że jeśli chcę mieć szansę na utrzymanie się na swojej pozycji, muszę pracować lepiej i szybciej, albo przynajmniej, jeśli już naprawdę nie mogę pracować szybciej — zostawać na nadgodzinach, tak długo, aż wykonam wszystkie zlecone mi obowiązki. Wciąż nie wiedziałam, jak mogłam być dla siebie taka okrutna, jak mogłam liczyć, że ktoś mi w końcu uwierzy, że robiłam wszystko co mogłam i jeszcze więcej, żeby utrzymać się w tej pracy i jak mogłam skazać się samą na takie cierpienie, ale zostałam. Nie zdołałam nawet wykonać tego dnia wszystkich zadań, choć zostałam trochę dłużej, ale w pewnym momencie zaczęły mnie tak piec oczy, że nie wytrzymałam i wyszłam. Kiedy wróciłam do domu, zaczęła mnie strasznie boleć głowa i bolała mnie aż do następnego dnia, co oznaczało, że nie mogłam iść do pracy, bo ból był zdecydowanie zbyt silny.

Patrząc na to z perspektywy czasu, nie rozumiałam, dlaczego w ogóle podjęłam się tej pracy, a przynajmniej, dlaczego nie odeszłam już po pierwszym dniu. Takie cierpienie prawdopodobnie nie było nawet warte zrozumienia, a jeśli nawet było, ostatecznie cokolwiek bym zrobiła, ludzie i tak zawsze mogą mi zarzucić, że „mogłam zrobić jeszcze więcej, mogłam się jeszcze bardziej postarać, mogłam jeszcze więcej wysiłku i na pewno bym przez to nie umarła”. Mimo to, chcąc dać z siebie maksymalnie dużo, żebym nie mogła zarzucić przynajmniej sama sobie, że nie zrobiłam wszystkiego co w mojej mocy, poszłam do lekarza, poprosiłam o zwolnienie i z początkiem następnego tygodnia wyruszyłam po raz kolejny na to nieoficjalne pole bitwy, do ciasnego, przesyconego jadowitymi uwagami pokoju.

W połowie tego tygodnia zostałam zwolniona i byłam przekonana, że stało się to tak późno tylko dlatego, że moi współpracownicy chcieli jeszcze bardziej zachłysnąć się przyjemnością poczucia tryumfu, jako że nie dali się moim domniemanym próbom manipulacji i z sukcesem zademonstrowali mi, że to oni są tu od dyktowania warunków. Po odejściu stamtąd na mojej Plakietce pojawił się napis „Leń” w kategorii „Uwagi dodatkowe”, natomiast moja reputacja zmieniła się na „Nie wykazującą dostatecznego szacunku” i utrzymała się na tym poziomie chyba przez dobry miesiąc, co tylko komplikowało moje relacje z ludźmi.

Pomimo wszystko po pewnym czasie (najprawdopodobniej wtedy, kiedy status mojej reputacji zmienił się już wreszcie na odrobinę bardziej tolerowany), zgłosiłam się i zostałam przyjęta do jeszcze jednej pracy. Choć wiedziałam, że zawsze będę słyszeć „mogłaś zrobić więcej”, miałam już dość słuchania, że „sześć dni w pracy to tyle co nic” i zaczęłam po raz kolejny rozważać możliwość zatrudnienia się, przeglądając oferty pracy w poszukiwaniu czegoś ciekawego i innowacyjnego. I znalazłam.

Stanowisko „Asystenta Producenta Filmowego” brzmiało dla mnie zdecydowanie intrygująco, wręcz fascynująco, jako że zawsze byłam zainteresowana branżą artystyczną i filmową, przede wszystkim zaś sama pisałam scenariusze i wydawało mi się, że znam się na rzeczy. Oczywiście poza pracą scenarzysty, zwłaszcza jeśli chodzi o pracę bezpośrednio na planie, najbardziej widziałam się w roli aktorki.

Odgrywanie ról przed ludźmi zawsze wydawało mi się fascynujące i niezwykłe, biorąc pod uwagę fakt, że dziewięćdziesiąt procent myśli w mojej głowie dotyczy interpretacji przez ludzi mojego zachowania i w zasadzie czuję się, jakbym cały czas była na scenie i udawała coś przed ludźmi. Głównie zaś przekonywała ich do tego, że nie jestem taka zupełnie bezwartościowa. Taka praca powinna być więc w moim przypadku naturalną koleją rzeczy. Niestety inni okazali się być innego zdania, a przekonałam się o tym, biorąc kiedyś udział w castingu i żegnając się bardzo szybko z jakimkolwiek sukcesem na tym polu.

Moja praca jako asystentka producenta filmowego (którego prawie nie widziałam na oczy, mimo że ostatecznie przepracowałam tam po raz kolejny jakieś półtora tygodnia), polegała głównie na pracy biurowej, a więc kolejnej pułapce z kilkoma ludźmi i milionami oczekiwań w jednym pokoju. Schemat mojego działania, a także ustosunkowywania się pozostałych pracowników do mojej osoby był zadziwiająco podobny do mojego poprzedniego doświadczenia, mimo że praca sama w sobie była nieco inna. Miałam się kontaktować z jakimiś ludźmi — i to niekoniecznie z tymi, z którymi pracowałam w pokoju — i załatwiać jakieś sprawy, które dwa razy wygoniły mnie nawet z biura i pozwoliły na trochę wytchnienia na świeżym powietrzu, na którym przynajmniej spotykani przeze mnie ludzie nie wyrobili sobie jeszcze aż tak tragicznej opinii na mój temat.

Jednego dnia zostałam wezwana na jakiś plan filmowy i okazało się to ostatecznie nie mniejszym koszmarem niż ten w biurze — mój główny problem polegał oczywiście na tym, że nieustannie zwracałam na siebie uwagę, czy to przez jakieś niestosowne pytanie zadane w złym momencie, czy nawet przez zbyt głośny oddech lub przypadkowe przesunięcie się w kadr kamery podczas nagrywania ujęcia. Prawdopodobnie najbardziej przerażała mnie tam absolutna zależność od pozostałych ludzi. Nie wiedziałam bowiem, ile czasu będzie to wszystko trwało, kiedy będę mogła coś zjeść, wyjść na przerwę lub choćby uzyskać możliwość swobodnego poruszania się i przesuwania oraz zakończyć kontrolowanie oddechu.

Pamiętam, kiedy raz zadałam jakieś pytanie w stylu „Kiedy będzie przerwa?” temu panu, któremu prawdopodobnie miałam asystować. Spojrzał on na mnie wtedy z oburzeniem i wrzasnął: „Kobieto, my tu nie możemy tego wszystkiego ogarnąć, a ty stoisz sobie z boku, nic nie robiąc, i jeszcze chcesz nas tu poganiać?! Jakim prawem?! Dostałaś taką ekskluzywną posadę z takim marnym, a raczej żadnym doświadczeniem i myślisz, że będziesz nami dyrygować?!”. Jakiś kamerzysta dodał natomiast: „Skończy się, kiedy skończymy” i zaśmiał się kpiąco. Od tej pory starałam się nie okazywać swojego zniecierpliwienia, choć było to bardzo trudne, a raczej wręcz niemożliwe, bo na każdy swój ruch czy odwrócone spojrzenie słyszałam gdzieś z tyłu lub z boku jakiś sarkastyczny głos, pytający: „A kto tu się tak wierci?”.

Innym razem, kiedy przez przypadek weszłam w kadr nagrywanej właśnie sceny (bo, o ile się nie mylę, polecono mi stanąć w tym właśnie miejscu, a przynajmniej miejsce to wyglądało mi na znajdujące się poza kadrem), reżyser, czy kto to tam był, zapytał z wściekłością: „A kto to w ogóle jest, ta osoba?!”. Kiedy już ustalono, że jestem asystentką producenta filmowego, zapytał mnie z kolei: „Czy ja mam ci wytłumaczyć, dziewczyno, kto to jest asystent? Czy naprawdę muszę ci mówić, że asystent to osoba stojąca z boku, nie na środku kadru i pomagająca innym pracownikom, a nie utrudniająca im pracę? Jak myślisz, jak wyglądałyby filmy, gdyby wszyscy asystenci zachowywali się w ten sposób?”.

Od czasu tego incydentu, przynajmniej takie odniosłam wrażenie, nabrałam swoistego lęku przed kamerami. Jakiegoś odruchu, który kazał mi nieustannie kontrolować, gdzie są kamery, w jakim kierunku są zwrócone i czy na pewno znajduję się daleko poza ich zasięgiem. Generalnie starałam się po prostu chować za kamerami, to znaczy być z drugiej strony, jednak kamerzyści szybko zaczęli narzekać, że wchodzę im pod nogi albo śledzę ich, a kiedy reżyser przypomniał sobie w jednym z takich momentów o moim istnieniu, zawołał: „Aha, czyli teraz będzie pani grać obrażalską i zakłócać przebieg planu z drugiej strony?! Proszę tu natychmiast podejść, bo pani ma pracować, a nie oglądać sobie wszystko, jak się pani podoba! A jeśli będzie się pani bawić z nami w chowanego, to osobiście dopilnuję, żeby wyrzucono panią czym prędzej z tej pracy i — proszę mi wierzyć — nie pozostanie to bez echa na pani Plakietce”.

Po odejściu z branży filmowej (co oczywiście nastąpiło wkrótce, tuż po tym, jak reżyser stwierdził, że zawsze specjalnie ustawiam się tak, żeby blokować światło słoneczne, a jeden z aktorów zarzucił mi, że go śledzę) miałam kolejną długą przerwę. Usiłowałam namówić wówczas jakichś pracodawców na zezwolenie mi na wykonywanie pracy w domu, co rzecz jasna skończyło się tylko oskarżeniem mnie o udawanie głupiej (jak zwykle) i groźbą wszczęcia oficjalnej inwestygacji w mojej sprawie.

Wiedziałam, że nie mam szans na pracowanie w domu i żaden nawet powszechnie uznany talent do pisania scenariuszy czy tworzenia animacji nie przekonałby nikogo do nadania mi takiego prawa. Z definicji pracy (przynajmniej tej formalnej) wynikało, że praca odbywa się w miejscu pracy, a nie w domu. Jedno miejsce nie może być jednocześnie czyimś domem i miejscem pracy, zwłaszcza że miejsce pracy musi być publiczne, a nie prywatne. Jedynie najbardziej zasłużeni pracownicy zajmujący się pracą typowo indywidualną, taką jak wykonywanie niewielkich projektów, tłumaczenie tekstów czy właśnie pisanie zostawali czasami upoważnieni do realizacji swoich obowiązków pracowniczych poza miejscem pracy, a i to odbywało się praktycznie na granicy formalności i często załatwiane było na podstawie znajomości bądź nieoficjalnych umów między pracownikiem a pracodawcą, czyli czegoś, na co ja definitywnie nie miałam szans. Żeby zawiązać z kimś taką umowę, musiałabym najpierw zdobyć zaufanie takiej osoby, a ja, pojawiając się gdziekolwiek, zachowuję się tak, jak gdybym miała napisane na czole „Radzę wam nigdy mi nie ufać”.

Jakiś czas później zdarzyło mi się wprawdzie jeszcze raz znaleźć jakąś posadę, na którą zostałam przyjęta (oczywiście zobowiązując się do pracy w miejscu pracy). Tak jak zawsze, wierzyłam naiwnie, że tym razem będzie inaczej, ale w rzeczywistości tak bardzo zmęczyłam się samym poszukiwaniem tej pracy i przeraziłam się wizją kolejnych reakcji na moje „Lepiej mi nie ufajcie” na czole, że w nocy w przeddzień jej rozpoczęcia zaczęłam wymiotować i dostałam jakichś niewyjaśnionych skurczów brzucha, które minęły po trzech dniach. Nie mogłam już jednak wrócić do pracy, bo w rzeczywistości nie zdążyłam nawet podpisać umowy, a pracodawca stwierdził z oburzeniem, że go oszukałam i przeze mnie musiał sobie radzić w pracy przez trzy dni bez jednego pracownika, co skutkowało ogromnymi stratami i rozruchami w jego firmie. Cieszyłam się jedynie, że skończyło się na rozmowie przez telefon i że wielkodusznie nie postanowił mnie zgłosić Służbom Nadzorczym (przynajmniej ja nic o tym nie wiem).

Od tej pory nie próbowałam już żadnego nowego zajęcia, które obligowałoby mnie do spędzania czasu z ludźmi w jakiejkolwiek formie (nie licząc cotygodniowych spotkań Grupy Wsparcia, do której zapisałam się niedługo potem i w której sens udziału jest da mnie nadal bardzo wątpliwy).

Próbowałam przedstawić mój problem pewnej konsultantce zawodowej, do której posłano mnie kiedyś po wizycie w Urzędzie Cywilnym. Doradczyni po każdej mojej uwadze wyrażającej wątpliwość lub niezgodę, mówiła: „Ja jestem jednak przekonana, że da pani radę i byłabym wdzięczna za niepodważanie mojego autorytetu eksperta” z dającym się łatwo odczytać podtekstem: „A jeśli będziesz dalej go podważać to pożałujesz, że w ogóle tutaj przyszłaś”, po czym przechodziła do następnej propozycji. Miałam wrażenie, że zaproponowała mi prawie każdy zawód jaki istnieje w naszym społeczeństwie, od robotnika drogowego po urzędnika w Urzędzie Cywilnym (już widziałam siebie aplikującą na stanowisko urzędnika państwowego!), zupełnie tak, jakby nie słyszała żadnych problemów i preferencji, o których jej mówiłam.

Za którymś razem, kiedy przypomniałam jej o moim problemie związanym z wykonywaniem pracy między ludźmi, krzyknęła: „Oczywiście, że będzie pani pracowała w jednym pomieszczeniu z innymi pracownikami, a co sobie pani wyobraża?! Czy pani uważa się za jakąś księżniczkę? Przecież pani nawet nie jest upoważniona! Nawet najwyżsi dyrektorzy dysponujący własnymi gabinetami spędzają większość czasu poza nimi, bo na tym waśnie polega praca w społeczeństwie!”.

Po przedstawieniu mi wszystkich możliwości zawodowych zaprezentowała mi również niezliczoną ilość ofert edukacyjnych, szkoleniowych, a także ofert udziału w różnorodnych projektach międzynarodowych, jednak żadna z nich nie spełniała moich warunków. Poczułam się za to potwornie przytłoczona wszystkimi tymi ofertami, bo poza faktem, że zakładały one stały kontakt z wiecznie wymagającymi ludźmi, którym nie dorastałam nawet do pięt, wiele z nich wydawało mi się nadzwyczaj atrakcyjne. Do tego stopnia wydawały mi się atrakcyjne, że w pewnym momencie zaczęłam nawet poważnie zastanawiać się nad ich realizacją.

Nic zatem dziwnego, że wychodząc stamtąd poczułam się, jakbym niosła na grzbiecie jakiś okropnie ciężki bagaż z wszystkimi tymi możliwościami, do których mam dostęp, a zatem w pewnym sensie mam również obowiązek wykorzystania ich w jak najlepszy, jak najefektywniejszy sposób. Ta odpowiedzialność przygniotła mnie tak bardzo, że nie mogłam się nawet wyprostować. Szłam przygarbiona z nieobecnym wzrokiem, nienawidząc tej chwili, ponieważ nie robię w niej nic, tylko idę na przystanek. A powinnam być pochłonięta programowaniem przyszłości. W każdej sekundzie powinnam dążyć do doświadczeń, których przecież jestem tak spragniona. Tu natomiast mijają sekundy, minuty, godziny, a ja nie robię nic, tylko idę na przystanek, wracam do domu i przeżywam obsesję.

Ten stan utrzymywał się przez kilka dni, powodując, że nienawidziłam każdej chwili i z coraz większą presją dążyłam do kolejnej, która jednak wcale nie okazywała się lepsza. Zaczęłam wyszukiwać dokładne informacje dotyczące tych wszystkich projektów, praktyk, szkoleń, kursów, miejsc, posad, konkursów, wyjazdów i programów aktywizujących, ponieważ na trwającej godzinę konsultacji nie mogłam przecież poznać wszystkich szczegółów. A mówiąc ściślej, nie mogłam poznać absolutnie żadnych szczegółów. Podczas wyszukiwania danych, opinii i informacji szybko zdałam sobie sprawę, że poznałam tam zaledwie nazwy i dowiedziałam się o istnieniu pewnych struktur i możliwości, natomiast droga do ich realizacji wydawała się nieskończenie długa i pracochłonna.

Na początku rozważałam różne opcje, w tym także projekty międzynarodowe. Kusiły mnie niezwykle dalekie podróże i byłam gotowa poświęcić dużo, by móc skorzystać z takiej okazji. Nie chciałam, a może nawet nie mogłam inwestować w nie zbyt dużo pieniędzy, biorąc pod uwagę fakt, że od śmierci rodziców nie zarobiłam prawie nic i nic też nie wskazywało, żeby miało się to wkrótce zmienić. Część z tych projektów — przynajmniej teoretycznie — umożliwiała mi wprawdzie odbycie takiej podróży niemal bez żadnych kosztów, ale ostatecznie nie zdecydowałam się na żadną ofertę. Cały czas czułam tylko skutki nieustannego napięcia towarzyszącego mi przez te kilka dni intensywnych planów i poszukiwań oraz irytującej pustki, która nie wypełniała się żadnym progresem pomimo mojej pracy.

W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że jestem praktycznie w tym samym miejscu, w którym znajdowałam się, wychodząc z konsultacji i idąc na przystanek autobusowy. Być może teraz miałam tylko większy zamęt w głowie, a na pewno silny ból kręgosłupa i piekące od zmęczenia oczy. Pomijam już fakt, że cały czas byłam nękana myślami, że to wszystko jest jednym wielkim szaleństwem i że nie mam szans przetrwać gdziekolwiek, mieszkając w jednym pokoju z innymi ludźmi i chodząc codziennie na zorganizowane zajęcia.

Dzieląc się tymi przemyśleniami na spotkaniu mojej grupy wsparcia, usłyszałam od nieco starszej koleżanki:

— Dziewczyno, ty musisz to wykorzystać! Skoro wiesz, jakie masz możliwości, skoro znasz te wszystkie cudowne szanse i okazje, które oferują ci struktury społeczne na podstawie ni mniej ni więcej tylko twojego młodego wieku, nie możesz tego zaprzepaścić! Przecież to się już nie powtórzy! Każda sekunda twojego młodego wieku jest na wagę złota, dlatego powinnaś ją przeżyć jak najpełniej, zbierając doświadczenia z całego świata! Moja siostrzenica jest w twoim wieku i prawie nie śpi, bo jest tak zajęta! A to pracuje, a to się uczy, udziela się w jakichś grupach, akcjach, biega na jakieś wydarzenia kulturalne, wyjeżdża gdzieś co chwilę i czasami już nie wraca, ale wiesz, co jest najważniejsze? Jest zadowolona! Jest zadowolona, bo ma zajęcie, rozwija się, a przede wszystkim dobrze się bawi! Tak więc, radzę ci, weź się w garść, póki jesteś młoda i idź podbijać świat zamiast marudzić o swoich obawach!

— Tak, ja jeszcze pozwolę sobie dodać — podjęła druga koleżanka, również jedna ze starszych, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. — Ja sama chciałabym być teraz na twoim miejscu, Olu. Masz tyle możliwości do wykorzystania! Aż żal mi się robi, kiedy patrzę na to puste miejsce na twojej Plakietce w rubryce „Zasługi i osiągnięcia”. Wiesz, każdy z nas ma jakieś choroby, ale to nie jest powód, żeby się ograniczać i udawać, że nic nie możesz. Powinnaś być wdzięczna władzom za te wszystkie oferty i fundacje dla was, młodych ludzi, którzy nawet nie jesteście uprzywilejowani.

— Tak, tylko problem w tym — powiedziałam, decydując się nie poruszać na razie kwestii moich „chorób”, czyli w gruncie rzeczy głównej przeszkody w realizacji moich planów — problem w tym, że ja ciągle tylko widzę i słyszę, że są te możliwości i jakie one są cudowne, ale nie mogę się dowiedzieć, jak konkretnie z nich skorzystać.

— To zapytaj! Nawet jeśli nie możesz odnaleźć jakichś informacji na oficjalnych stronach, zawsze możesz skontaktować się z interesującą cię jednostką.

— Tak, tylko że kiedy ostatnio wysłałam maila z zapytaniami do takiej jednostki, odpowiedzieli mi, że wszystkie informacje podane są na ich stronie i nie będą się powtarzać. Za drugim razem napisali mi jakąś odpowiedź, która była dla mnie niepełna i niejasna, z wyraźnym podtekstem: „Teraz będziesz miała wobec nas dług wdzięczności do końca życia” i byłam przekonana, że jeśli zadam jeszcze jedno pytanie, na mojej Plakietce pojawi się wyraz „natrętna” albo przynajmniej obniżą mi reputację.

— Może niedokładnie przeczytałaś stronę?

— Przeczytałam wszystko. Jak mam ci to udowodnić?

— Przepraszam, ale nie chce mi się wierzyć, żebyś przeczytała wszystko, skoro napisali ci, że informacje są na stronie.

— Ale… — zaczęłam.

— A ja mam inne pytanie — odezwała się inna osoba. — Skoro już nie chcesz się przyznać, Olu… Próbowałaś może przynajmniej odezwać się do innej osoby lub organizacji? Jedna nieudana konwersacja to nie powód, żeby osądzać wszystkich…

— Tak — powiedziałam szybko. — Ale w kolejnym miejscu też nie mieli do mnie dosyć cierpliwości. Najpierw jakaś pani skierowała mnie do jakiegoś pana, a ten pan powiedział, że to pomyłka i powinnam jednak zwrócić się do tej pani, na co ta pani stwierdziła, że jestem bezczelna, odzywając się do niej po raz drugi w sprawie, którą ona się nie zajmuje i żebym jej nie nękała i nie karała za to, że jakiś system źle funkcjonuje, a ja jestem rozgoryczona. Kiedy natomiast odezwałam się do innej osoby w tej organizacji i poprosiłam o kolejne wyjaśnienia, bo poprzednie nie były dla mnie dość jasne, nazwano mnie „wiecznie niezadowoloną klientką, która sama nie wie, czego chce”.

— I jesteś pewna, że zrobiłaś wszystko, co w twojej mocy, żeby osiągnąć swój cel i podjąć działania zmierzające do realizacji twoich marzeń?

— Oczywiście, że nie jestem pewna, ale nie zamierzam spędzić całego życia na poszukiwaniu informacji! — zawołałam, pragnąc odeprzeć nie do końca formalny zarzut i kontynuowałam swoją wypowiedź, zanim ktokolwiek mógłby ponowić atak. — Innym jeszcze razem oznajmiono mi, że oferta, która mnie interesuje i nad której teorią realizacji pracowałam cały dzień jest już nieaktualna, z wyraźnym podtekstem, żebym lepiej nie miała do nich pretensji, a raczej zastanowiła się nad własną głupotą, bo przecież nikt nie dał mi gwarancji, że cokolwiek jest aktualne. Z kolei, kiedy napisałam w innej sprawie, otrzymałam zaproszenie na jakieś spotkanie, na którym wszyscy patrzyli na mnie jak na intruza, a ja dowiedziałam się jedynie, że najpierw wtrącam się w czyjeś towarzystwo, po czym zachowuję się tak, jakby ktoś kazał mi tam siedzieć. Kiedy natomiast zaczęłam zadawać jakieś pytania, oskarżono mnie o wywieranie presji i formalizowanie swobodnego spotkania towarzyskiego.

— A ja uważam, Olu, że po prostu nie chcesz się w nic zaangażować — stwierdziła jedna z moich koleżanek.

— I tym zdaniem zakończymy nasze dzisiejsze spotkanie — oznajmiła głośno prowadząca naszej grupy, patrząc na mnie wyniośle, tak jakby mówiła: „I co, Olu, teraz zaczniesz się gniewać i tupać nóżkami, bo rozmowa zakończyła się w niekorzystnym dla ciebie momencie, a ty nie możesz się pogodzić z tym, że nie spełniamy twoich zachcianek? Ha, ha! Przechytrzyliśmy cię po prostu, moja droga, i odkryliśmy prawdziwy cel tych twoich fantastycznych opowieści. Prawda jest taka, że nie chcesz się w nic zaangażować, oskarżasz niewinnych ludzi o nieuprzejmość, i sama będziesz ponosić za to konsekwencje! Sprawa zakończona!”.

— Przepraszam, ja chciałam jeszcze coś dodać! — powiedziałam szybko, chcąc sprawdzić w jakiś sposób, czy to wszystko co widzę i słyszę jest prawdą.

— Olu, przypominam ci, że takie zachowanie jest wbrew regułom naszej grupy i za chwilę będę zmuszona do użycia tego magicznego telefonu i wezwania Służb Nadzorczych — zagroziła prowadząca, pokazując mi swój telefon i zrobiła taką minę, jakby udawała, że jest jej przykro. — Jak mówię, że koniec, to koniec.

— Może innym razem, Ola — powiedziała koleżanka, która rozmawiała ze mną podczas spotkania. — Wiesz, nie musi się zawsze wszystko kończyć po twojemu. Czasami lepiej jest pogodzić się z prawdą. Ja w każdym razie jestem już naprawdę zmęczona słuchaniem ciebie.

Za nią odezwały się kilkukrotnie głosy „ja też” i wszyscy wyszli pośpiesznie, wchodząc mi pod nogi i zostawiając mnie chytrze sam na sam z prowadzącą.

— Proszę — powiedziała kobieta, wskazując na drzwi i machając demonstracyjnie telefonem, jakby dając mi do zrozumienia, że jeśli nie wyjdę natychmiast, wezwie ochronę. — Wiesz, Olu, nie mogę pozwolić, żebyś opuszczała salę jako ostatnia, bo mogłabyś czasami zepsuć nam coś, będąc pod wpływem takich buntowniczych emocji, które zdają się z ciebie emanować. Poza tym, muszę zakluczyć drzwi tym magicznym kluczem. — Prowadząca pomachała mi przed oczami swoim kluczem.

Chciałam odpowiedzieć, że gdyby rzeczywiście uważała mnie za niebezpieczną, to chyba nie rozmawiałaby ze mną w taki sposób, ale powstrzymałam się, wiedząc, że mogłabym się po tym spodziewać jedynie większego upokorzenia.

Kiedy opuściłam salę, kobieta szybko zamknęła drzwi i wyprzedziła mnie na korytarzu, krocząc tryumfalnym krokiem i rzucając radosne „Do widzenia!”, które znaczyło mniej więcej tyle co: „Jaka ja jestem szczęśliwa, że mogę tu nad tobą panować, dziewczynko! A ty co? Jesteś tak rozgoryczona, że świat nie legł u twoich stóp, że ledwo możesz się poruszyć? A może udajesz, że wszystko jest w porządku i że już wcale się nie gniewasz? Udawaj, udawaj, zobaczymy, jak długo wytrzymasz!”. Poza tym, jak zwykle po takich sytuacjach wszyscy członkowie grupy zaczęli demonstrować nadmierną radość (bo przecież nie są tacy głupi, żeby poddawać się moim manipulacjom i podzielać moje niezadowolenie), a ich nastrój zdawał się trwać przez cały tydzień, biorąc pod uwagę początek naszego następnego spotkania.

Rozdział IV — Ola idzie do urzędu

Pogrążona w smętnych rozmyślaniach, nie zdążyłam zrobić wczoraj zbyt wielu pożytecznych rzeczy. To znaczy, zaspokoiłam swoje podstawowe potrzeby, starając się nieudolnie wynagrodzić swój organizm za zamęczanie się bolesnymi wspomnieniami, i poszłam spać. Nie było mowy o żadnym zajęciu wymagającym jakiegokolwiek wysiłku, fizycznego czy intelektualnego, a więc o niczym, co mogłoby mi dać namacalną satysfakcję i sprawić, że przestanę postrzegać swoje życie jako nieustanną sinusoidę składającą się z dwóch stanów: nadmiernego wysiłku emocjonalnego i niestabilnej regeneracji. Zdążyłam już tylko pomyśleć, że jutro są moje urodziny i że w związku z tym czuję się zobowiązana do jak najszybszej wizyty w Urzędzie Cywilnym w celu corocznej kontroli mojej osoby.

W terminie do siedmiu dni po każdych urodzinach każdy członek społeczeństwa ma obowiązek stawić się na kontrolę w lokalnym Urzędzie, by dokonać różnych aktualizacji swoich danych osobowych oraz weryfikacji Plakietki. Nie ma potrzeby umawiania się na taką wizytę o wyznaczonej godzinie, dzięki czemu można przyjść o każdej porze w godzinach pracy Urzędu. Ja jednak wiedziałam, że w moim przypadku lepiej stawić się jak najwcześniej, żeby nie wzbudzać dodatkowych podejrzeń. Skoro nie mam pracy, oficjalnie nie powinnam mieć nic innego do roboty, jak tylko czekać na wizytę kontrolną w Urzędzie.

Mój brak pracy był już dostatecznym powodem do podejrzeń i w zeszłym roku słyszałam już coś niepokojącego na ten temat. Dzisiaj mogłam się zatem spodziewać samych nieprzyjemnych uwag. Za każdym razem zresztą, kiedy odwiedzałam Urząd w jakiejkolwiek sprawie, otrzymywałam nieprzyjemne uwagi i kłopotliwe pytania. Nie pamiętałam, co powiedziałam ostatnim razem odnośnie mojego statusu niepracującego, ale z pewnością nie było to nic satysfakcjonującego urzędników i byłam przekonana, że gdyby jakiekolwiek zmiany w prawie nie trwały współcześnie tak długo i nie były wprowadzane z taką trudnością, wprowadzonoby już dawno powszechny obowiązek pracy, choćby specjalnie dla mnie.

Zanim jednak zdążyłam uszykować się do wyjścia, walcząc z ogarniającą mnie sennością, która nachodzi mnie zawsze w godzinach przedpołudniowych, mój telefon wydał z siebie szereg dźwięków oznaczających przychodzące powiadomienia. Oczywiście były to życzenia urodzinowe. Ostatecznie trochę ludzi mnie znało, nie tylko jako „tę Olę Karlen, która zawsze zachowuje się nieprzyzwoicie na ulicy (czy w jakimkolwiek innym miejscu)”, a niektórzy z nich byli nawet na tyle zainteresowani moją osobą, że otrzymanie od nich życzeń urodzinowych nie było dla mnie wcale czymś zupełnie niewiarygodnym.

Jak na razie były to dwie wiadomości od koleżanek z grupy wsparcia i nie mogłam się zdecydować, co się pod nimi kryje — szyderstwo, bo przecież ostatnio praktycznie każde nasze spotkanie kończyło się komentarzami typu „wszystko jest tak, jak powinno być, to znaczy tak, jak Ola nie chce, ale my mamy to gdzieś, bo to jest problem Oli, a my jesteśmy zadowoleni, że jest właśnie tak i Ola ma szansę nauczyć się pokory”, nawet jeśli nie wypowiedzianym na głos, to przynajmniej zawisłym ostentacyjnie w powietrzu — czy może jednak była to szczerość, oddzielona zupełnie od tej nieprzyjemnej postawy, która, choć tak częsta, ostatecznie jest przecież tylko chwilowa. Tak czy inaczej, na pewno była to jakaś prowokacja, formalnie choćby nałożenie długu wdzięczności. Sprawę dodatkowo komplikował fakt, że nasze następne spotkanie miało się odbyć już jutro, a więc trzeba szybko przemyśleć strategię reakcji i zapewne będzie to decyzja jak najszybszej reakcji, żeby nie było, że odpiszę im na te komentarze na krótko przed spotkaniem, bo to byłoby po prostu głupie i bezsensowne, a koleżanki z pewnością oczekiwałyby jakiejś wzmianki na ten temat z mojej strony.

Postanowiłam jednak nie pisać nic na razie i postarać się zająć tym w Urzędzie, jako że tam zawsze czeka się na wejście do gabinetu w długiej kolejce. Czekanie w kolejce nieuprzywilejowanej, przynajmniej, potrafiło być bardzo długie. Natychmiastowa odpowiedź natomiast wskazywałaby, że cały czas spędzam przed telefonem, jakby czekając tylko na przyjście jakichś powiadomień, a później dziwię się, że nie mam na nic czasu.

Chcąc dotrzeć do większości miejsc, takich jak Urząd, centra medyczne czy jakiś lepszy sklep, musiałam wsiąść do jakiegoś autobusu, bo dystans z mojego domu do centrum miasta jest zbyt duży, żeby pokonać go „spacerkiem”. Zwłaszcza, biorąc pod uwagę udrękę płynącą z nieustannego mijania się z jadącymi ulicami pojazdami, których kierowcy i pasażerowie wołają do mnie regularnie, śmiejąc się, że zachowuję się, jakby nie istniały autobusy albo że może jestem tak paradoksalnie zbuntowana i zarozumiała, że odmawiam nawet skorzystania z transportu publicznego.

Dojazdy autobusami wiążą się oczywiście ze sprawdzeniem, co, gdzie i kiedy dojeżdża, dostosowaniem się do tych informacji oraz spędzeniem pewnego czasu w towarzystwie spotkanych tam ludzi. W skrócie, nie należy to do przyjemności. Nieprzyjemność zaczyna się w zasadzie już w chwili powstania myśli o takiej podróży. Choć często podróżowałam liniami, których rozkład znam już prawie na pamięć i — przynajmniej w określonych godzinach — kursującymi tak często, że czasami nie miałam nawet potrzeby sprawdzania godzin odjazdu, nigdy nie da się jednak ominąć elementu spotkania z ludźmi.

Wsiadając dzisiaj do autobusu, poczułam na sobie jak zawsze miliony spojrzeń doszukujących się we mnie wrogich intencji i nieuprzejmych zachowań. Jednym słowem czegoś, do czego można by się przyczepić. Nie miałam raczej zamiaru siadać gdziekolwiek, domyślając się, że wszystkie lub przynajmniej większość miejsc siedzących będzie zajęta już o tej porze, a nie jechałam przecież szczególnie daleko. Miałam jednak nadzieję, że uda mi się zająć jakieś wygodne miejsce stojące. Niestety jednak autobus okazał się jeszcze bardziej zatłoczony niż przypuszczałam i na pierwszy rzut oka zobaczyłam, że nie mam dużego wyboru. Stanęłam zatem przy drzwiach, dając ludziom znak, że chcę wysiąść na następnym przystanku (co oczywiście absolutnie nie było prawdą). Jako że ten pierwszy rzut oka nie dał mi dostatecznej satysfakcji, po chwili rozejrzałam się wokół siebie raz jeszcze i jak zwykle zachowanie to było dalekie od dyskrecji.

Nic więc dziwnego, że jakieś nastolatki, które siedziały niedaleko mnie i obserwowały mnie z zawziętością, zaczęły mówić: „O, patrzcie, wsiadła Olcia, stanęła na środku autobusu i nie wie co robić! O, jakie to przykre, chyba zaraz popłyną łezki!” i „O, nie, właśnie wsiadła Oleńka i zaraz zwali nas tu wszystkich z krzeseł! Trzymajcie się, ludzie, bo konfrontacja jest bliska!” oraz „A co to, Olcia poczuła się zagubiona? No, co za pech! Dlaczego Olcia nigdy nie znajduje wolnego krzesełka i jest taka biedna, że aż chce się na nią popatrzeć? Oj, chyba zaraz zatupie nóżkami!”.

Te słowa sprawiły, że od razu zaczęłam żałować zbędnego rozglądania się po wnętrzu pojazdu. Szczególnie, że zobaczyłam jednak jedno wolne miejsce — i to prawie tuż za sobą — i oczywiście nie z niego skorzystałam. Tak jak mówiłam, nie zależało mi na miejscu siedzącym, a przede wszystkim staram się ich po prostu unikać, szczególnie w zatłoczonych środkach transportu, żeby nie znaleźć się w kolejnej kompromitującej, a nawet jawnie niebezpiecznej sytuacji, w której spotkam kogoś uprzywilejowanego i będę musiała słuchać, jaka jestem żałosna, że wstałam akurat albo dopiero w tym momencie, albo że w ogóle wstałam, skoro ta osoba wcale nie chciała zająć mojego miejsca, lub też ryzykować, że ktoś wezwie Służby Nadzorcze lub przynajmniej oburzy się na mnie cały autobus, jeśli w ogóle nie wstanę ze swojego miejsca i nie zareaguję w odpowiedni sposób na znajdującą się blisko mnie osobę z uprzywilejowaną Plakietką Personalną.

Niestety, motywowana zapewne jakimś pierwotnym instynktem, zatrzymałam swój wzrok na wolnym krześle odrobinę zbyt długo i nawet obróciłam się lekko w jego kierunku, po czym zrezygnowana odwróciłam się z powrotem do drzwi. Siedzące niedaleko mnie nastolatki znowu zaczęły komentować: „Ojej, Ola boi się usiąść na krzesełku! Pewnie boi się, że spotka uprzywilejowanego, który nie będzie już z taką pobłażliwością tolerować jej zarozumialstwa i impertynencji! Ojej, i co teraz?!”, a jakiś pan zaczął się głośno śmiać.

Szczerze mówiąc, kiedy obróciłam się na chwilę, nie miałam nawet dość czasu, żeby upewnić się, czy te nastolatki, które słyszałam to rzeczywiście nastolatki czy raczej małe dziewczynki, a może po prostu dorosłe kobiety imitujące dziecięcy głos. Nie mogłam jednak oczywiście tego sprawdzić, bo wtedy jedna z nich z pewnością wstałaby z podskokiem i krzyknęła „Przyłapana!”, pokazując na mnie palcem. A wtedy nie śmiałby się już tylko ten pan, ale wszyscy pasażerowie autobusu. Wlepiłam wobec tego wzrok w szybę, na próżno starając się znaleźć za nią coś ciekawego i czekałam, aż ludzie ochłoną z emocji, które zdążyłam im zafundować.

Niestety autobus stanął właśnie w jakimś korku i czas w jego wnętrzu zaczął mi się dłużyć, co oczywiście powinno sprowokować mnie do jakiegoś działania. A jeśli nie działania, to przynajmniej do dania jakichś oznak życia, bo zaczynałam wyglądać, jakbym zamieniła się w rzeźbę woskową i za chwilę ktoś mógłby powiedzieć: „Ooo, Oleńka chyba się na nas obraziła, bo udaje posąg!” albo jeszcze gorzej: „Ooo, Oleńka chyba jest niezadowolona, że musi czekać w korku i nikt nie proponuje jej przejażdżki wozem królewskim na sygnale! Jakiż to rozkoszny widok, kiedy Ola nareszcie nie dostaje tego, czego chce i na co nigdy sobie nie zasłużyła!”.

Spojrzałam więc w bok i zaczęłam czytać Plakietkę stojącego obok mężczyzny (oczywiście nie tego, który się śmiał — tamten stał gdzieś dalej). Młody dorosły, pełnosprawny, zdrowy, pracuje i zdolny do pracy, zameldowany w moim mieście, sporadycznie nieporządny… Zawsze zastanawiałam się, co dokładnie kryje się pod statusem „sporadycznie nieporządny” — moja reputacja wahała się wciąż od sporadycznie nieuprzejmej w dół, natomiast oskarżeniem „nieporządnego” zachowania nie byłam akurat nigdy nękana. Prawdopodobnie moja nieuprzejmość była na tyle poważna, że nigdy nie zasłużyłam sobie ani na reputację wzorcową, ani nawet na „sporadycznie nieporządną”.

— Co się pani patrzy na moją Plakietkę?! — krzyknął nagle mężczyzna, odrywając wzrok od swojego telefonu i patrząc na mnie z wyrzutem. — Chce mi pani pokazać, jaki jestem godny pożałowania, bo moja reputacja nie jest wzorcowa?!

Miałam nadzieję, że nie zorientuje się tak szybko, że czytam jego Plakietkę, skoro robił coś na telefonie, a ja patrzyłam na niego naprawdę krótko. Z tego co widziałam kątem oka, moja Plakietka również była czytana przez nawet kilka osób, mimo że stałam obrócona do drzwi.

— Przepraszam, spojrzałam tylko przelotnie — wytłumaczyłam prędko.

— Przelotnie? — zapytał mężczyzna takim tonem, jakbym właśnie oświadczyła mu, że chcę się z nim zaprzyjaźnić. — Pani chyba sobie robi żarty? Myśli pani, że jak korzystam z telefonu to już nic nie widzę wokół siebie?

— Ta pani po prostu jest natrętna — stwierdził inny pan, chyba ten, który wcześniej się śmiał.

Kiedy na niego spojrzałam, wyglądał jakby cały czas śmiał się bezgłośnie.

— Przepraszam, ja nie chciałam być natrętna — oznajmiłam chłodno (choć chyba nie wyszło wcale tak chłodno, jak zamierzałam).

W tej chwili autobus zatrzymał się na przystanku i jacyś ludzie zaczęli na mnie napierać.

— Czy może pani nie blokować przejścia?! — krzyknęła jakaś kobieta, ewidentnie próbująca wypchnąć mnie z pojazdu.

Wysiadłam zatem na moment, czekając aż ludzie wyjdą i ciesząc się, że tak wielu z nich zostawia mnie właśnie w spokoju. Kiedy weszłam z powrotem do środka, nie widziałam już ani pana, który zarzucił mi natręctwo ani tego, który zarzucił mi bezzasadne gapienie się na jego Plakietkę. Zrobiło się natomiast trochę luźniej. Zauważyłam szybko, że zwolniło się całkiem dogodne miejsce w jednym kącie, przesunęłam się tam więc szybko i oparłam o kawałek ściany.

Jakaś kobieta w średnim wieku zwróciła mi uwagę, że zachowuję się, jakbym była w dżungli i patrzę tylko na swoje korzyści, biegając dziko po autobusie, podczas gdy ona też chciała akurat zająć to miejsce. Kiedy zaproponowałam, że mogę się przesunąć, powiedziała jednak, że teraz nic już mi nie pomoże w naprawie mojej reputacji i żebym przynajmniej oszczędziła jej pochlebstw.

Zostałam zatem na swoim miejscu i znalazłam się twarzą w twarz z wypełnionym ludźmi wnętrzem pojazdu. Przynajmniej kilka osób patrzyło na mnie teraz podejrzliwie i zdecydowanie nieprzychylnie. Starałam się nie zwracać na to uwagi i spojrzałam przez okno. Wiedziałam jednak, że nie będę mogła patrzeć przez nie w nieskończoność, bo to oznaczałoby nie tylko niekryte lekceważenie wszystkich współpasażerów, ale również ostentacyjną demonstrację jakiegoś stanu otępienia czy może nawet milczącego buntu. Miałam wrażenie, jakby wszyscy ludzie skanowali z determinacją moją twarz i Plakietkę, starając się połączyć je jakoś ze sobą, dopasować, odczytać ze mnie jak najwięcej, ułożyć moją haniebną historię, przewidzieć moje ruchy i działania…

Jak zwykle w takich sytuacjach, poprawiłam się kilkukrotnie w miejscu, przestępując z nogi na nogę i chcąc się upewnić, że mogę się poruszyć, bo miałam wrażenie, jakbym została totalnie zamrożona tymi spojrzeniami. Chciałam zasłonić sobie twarz, ale przecież nie mogę, bo wtedy na pewno wszyscy zwróciliby na mnie uwagę. Może nawet utraciliby zdolność wysiadania z autobusu i jeśli nikt nie zdecydowałby się odezwać, zawarliby milczący pakt pod tytułem „Ola udaje idiotkę i zawraca nam w głowie, a my jesteśmy tak zszokowani i zdegustowani, że nie zamierzamy wysiadać, dopóki sama się nie opamięta i nam tego nie wyjaśni” i pewnie zaczęliby mi robić zdjęcia, żeby jakoś uwiecznić to niezwykłe zjawisko.

Zastanawiałam się, czy wiedzą, gdzie jadę? Pewnie myśleli, że wysiądę na następnym przystanku, przy wielkiej galerii handlowej i niedaleko rynku, bo tam zawsze wysiada i wsiada dużo ludzi, a ja im zrobię tutaj taką niespodziankę i się nie ruszę, tylko pojadę dalej, jakby mnie ktoś zatrzymał. A może myśleli, że wysiądę dopiero na ostatnim przystanku, bo stanęłam tu sobie tak wygodnie, jak gdybym nie miała zamiaru się stąd już nigdy ruszyć, a ja tu nagle na jednym z przystanków wyskoczę, jakby ktoś wyrwał mnie z transu i wprawię wszystkich w osłupienie. Czułam się, jakbym mówiła do nich: „Zachowuję się tak dziwnie, bo mam nadzieję, że wreszcie powstanie o mnie jakiś film pod tytułem „Kosmita w autobusie” albo „Nastoletnia buntowniczka udaje tajną agentkę”. Przede wszystkim jednak wiedziałam, że stojący wokół ludzie musieli być po prostu bardzo ciekawi moich nieuprzejmych zachowań i karygodnych manier, jako że nie bez powodu miałam napisane na Plakietce: „sporadycznie nieuprzejma”.

Nagle zdałam sobie sprawę, że samo stanie w takim dogodnym i pokazowym miejscu oraz jawne lekceważenie wszystkich (wciąż bowiem patrzyłam przez okno) musiało być przecież niezwykle nieuprzejme.

Wydawało mi się, że jakaś kobieta stojąca niedaleko patrzyła na mnie, spojrzałam więc na nią dyskretnie, starając się nie zatrzymywać wzroku na jej twarzy ani Plakietce, żeby nie oskarżyła mnie o jakieś agresywne zachowanie lub prowokację, a kiedy upewniłam się, że rzeczywiście na mnie patrzyła, usiłowałam wyglądać tak, jakby nie miało to dla mnie większego znaczenia i wcale nie było strasznym i bolesnym przeżyciem, żeby przypadkiem nie spowodować konfrontacji. Ostatecznie nie było w tym nic dziwnego i nic, do czego można by się formalnie doczepić. Na osoby z podejrzanymi Plakietkami, w dodatku demonstracyjnie unikające patrzenia na innych ludzi, tak jakby miała coś do ukrycia, można sobie było patrzeć do woli. Ja natomiast zdążyłam zauważyć, że ta pani miała reputację wzorcową i z pewnością nie powinnam niepokoić jej swoim wzrokiem.

W końcu zdecydowałam się na wyciągnięcie telefonu, bo nie miałam już pomysłu, jak dalej udawać autentyczną bezczynność. Poza tym chciałam pokazać tej pani, że to naprawdę mnie nie boli, że na mnie patrzy i nie obchodzi mnie to wręcz do tego stopnia, że czuję się całkowicie upoważniona do wyjęcia telefonu i zabawienia się nim w tej właśnie chwili. Gdyby ta kobieta zorientowała się, że mam coś przeciwko byciu obserwowaną, byłoby to równoznaczne z powiedzeniem jej w twarz: „Ja mam na Plakietce — a jeśli nie na Plakietce to przynajmniej na sumieniu — tyle skandali, że pod wpływem pani wzroku dosłownie mam ochotę zacząć walić głową o ścianę” albo przynajmniej: „Hej, wiesz, że na mnie nie wolno patrzeć, kobieto, którą ośmielam się nazywać natrętną?! I nie pytaj nawet, dlaczego nie wolno, bo mi się to po prostu nie podoba i sprawa jest prosta. Mnie muszą wszyscy słuchać. Bo, wiesz, ja jestem o wiele większym autorytetem niż wszyscy funkcjonariusze świata i mogę sobie wszystkim rozkazywać, jak mi się chce! A do tego jestem taka wyniosła i zarozumiała, że wcale mnie nie obchodzi, że zostanę oskarżona o próżność!”.

Niestety jednak, wyciągając telefon, zorientowałam się, że w ten sposób zaprosiłam ją tylko do dalszej obserwacji mojej osoby i pokazałam, jaka jestem interesująca. W dodatku, nie udało mi się oczywiście wykonać żadnej pożytecznej czynności na telefonie, bo stojący obok mężczyzna z pewnością zerkał na jego ekran kątem oka, a raczej obserwował go uważnie przez cały czas i właśnie doszedł do wniosku, że chyba muszę być cofnięta w rozwoju, otwierając i zamykając kolejne aplikacje, tak jakbym nie była w stanie na nic się zdecydować.

Bałam się ponadto, że znowu wpadnę w trans, w który wpadam chyba za każdym razem, kiedy korzystam z telefonu w środkach komunikacji. To znaczy, podnoszę głowę za każdym razem i jednocześnie tylko wtedy, kiedy autobus staje na przystanku i wchodzą nowi ludzie, zwłaszcza uprzywilejowani. Lub ewentualnie, kiedy ktoś porusza się w pobliżu mnie, na przykład zajmuje sąsiednie miejsce (zwłaszcza jeśli jest to uprzywilejowany). Zupełnie tak, jakbym udawała, że jestem gotowa na zaoferowanie pomocy uprzywilejowanemu, kiedy tylko zajdzie najmniejsza potrzeba, a ewidentnie nie jestem na to gotowa, bo strach wylewa się ze mnie oczami, uszami i na wszelki możliwy sposób. Czasami podnoszę głowę jeszcze wtedy, kiedy autobus dłużej stoi na światłach, bo czuję się wtedy zobowiązana do pokazania swojej naturalnej ciekawości (o co chodzi?) i niepokoju (co strasznego musiało się stać, że autobus tak długo stoi w miejscu?!), a może raczej czystego zdenerwowania, bo ludzie chyba też się wtedy denerwują i to jest jakiś sposób, żeby przekonać ich, żeby nie denerwowali się na mnie — pokazuję im, że mam ten sam cel, że denerwuje mnie ta sama sytuacja i że jesteśmy po tej samej stronie.

Gdyby ktoś zapytał mnie w takim momencie, co ja sobie myślę i czy w ogóle jestem na tyle wyrozumiała, że obchodzi mnie, że jakiś pan albo jakaś pani obok mnie spóźni się za chwilę na ważne spotkanie, powiedziałabym tak: „Uwierzcie mi ludzie, jestem po tej samej stronie co wy! Ja też się niecierpliwię, też się spieszę, też jestem niezadowolona, a jeśli zajdzie taka potrzeba, to nawet zdenerwowana i wściekła. Jeśli chcecie, możemy wzniecić razem protest. Tylko proszę, uwierzcie mi, że ja nie jestem przyczyną tego opóźnienia i że nie popieram go w najmniejszym stopniu. Nie macie żadnego powodu, żeby kierować na mnie swoją złość”. Niestety jednak nikt nie okazuje formalnego (tj. jawnego) zainteresowania moją postawą w takiej sytuacji, dlatego nie mówię nic, żeby nie było, że „Ola znowu chce być w centrum uwagi”.

Często jednak, kiedy podnoszę głowę w takiej sytuacji, okazuje się, że ludzie wcale nie wyglądają na zirytowanych, a raczej na cierpliwych, podczas gdy ja prezentuję się na ich tle niezwykle niecierpliwie i skłaniam ich do mniej lub bardziej satysfakcjonującej weryfikacji mojej haniebnej Plakietki i oceny mojej osoby.

— Dziecko, czemu się tak niecierpliwisz, nie widzisz, że autobus stoi w korku? Chyba jesteś już dość duża, żeby zrozumieć, że wszystkie samochody nie mogą nagle zjechać na bok, żeby przepuścić ciebie, prawda? — zagadał do mnie pewnego razu jakiś emeryt, siedzący obok mnie, zdenerwowany zapewne moim nieustającym wzdychaniem i wierceniem się na krześle.

— Uwierz, dziecko, inni też się spieszą, nie tylko ty — dodała jakaś kobieta, która siedziała niedaleko nas i wyglądała na oburzoną. — W życiu nie widziałam tak samolubnej i niecierpliwej osoby!

Obok nas stał jeszcze jakiś młody chłopak, który wyglądał na zniecierpliwionego, ale nikt nie zwrócił mu uwagi. Jestem przekonana, że to dlatego, że jego ekspresja nie była po prostu tak demonstracyjna i sztuczna jak moja.

Tym razem nie miałam jednak dość czasu, żeby wpaść w jakikolwiek trans, bo na następnym przystanku wsiadło znowu trochę ludzi i jakaś starsza, ciężko chora pani stanęła obok mnie, sprawiając wrażenie, jakby nie wiedziała, gdzie się zwrócić i czego się chwycić, a nade wszystko, oczekując wyraźnie jakiegoś aktu pomocy. Byłam trochę zdziwiona, że nikt nie zaprosił jej momentalnie na jakieś krzesło, ale szybko doszłam do wniosku, że zapewne wszyscy oczekują ode mnie jakiegoś działania. Poza tym chyba większość, a może nawet wszyscy pasażerowie siedzący należeli do najstarszych grup wiekowych (jak to zresztą zwykle bywa) i spora część z nich wygląda na uprzywilejowanych. Ja nie zajmowałam wprawdzie miejsca siedzącego, ale miejsce, na którym stałam z pewnością było bardziej komfortowe od tego, w którym stanęła kobieta i kiedy zawiesza ona wzrok na mojej Plakietce, jakby szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego jeszcze się do niej nie odezwałam, odsunęłam się i przemieściłam w inne miejsce, przeciskając się między ludźmi i próbując chwycić się jakiejś rury.

— Dlaczego pani się tu wciska?! Nie widzi pani, że tu nie ma miejsca? — zapytał jakiś mężczyzna z oburzeniem, kiedy podeszłam do niego, żeby zrobić miejsce tej pani.

— Przepraszam — odpowiedziałam pospiesznie.

— Ale po co pani tu stanęła? Przecież tu nie ma ani biletomatu, ani nie jest bliżej do drzwi — kontynuował facet, który nie mógł nadziwić się mojej nagłej zmianie miejsca.

Miałam ochotę odpowiedzieć mu: „Jestem po prostu głupia, nienormalna i irracjonalna”, ale stało się coś gorszego i już nie mogłam powiedzieć, że nie wiem, dlaczego tu stanęłam, bo moja intencja wyszła na jaw.

— Ta dziewczyna, Ola Karlen, chciała chyba zrobić miejsce tej uprzywilejowanej pani — włączyła się z nieskrywaną gorliwością jakaś kobieta z mojej grupy wiekowej, na co chora zawołała:

— Miejsce stojące dla chorej kobiety w moim wieku! Do czego to dochodzi! Czy ty naprawdę nie pomyślałaś, dziecko, że wolałabym raczej gdzieś usiąść? A może myślisz, że wszyscy muszą być tacy zdrowi i sprawni jak ty? Co za niedorzeczność!

Kiedy tylko kobieta skończyła krzyczeć, ktoś wstał i zaoferował jej krzesło, a inni zaczęli komentować: „Jaka arogancka dziewczyna z tej Oli!”, „Kto to widział?!” i „Co za skandal, starsza osoba ustępuje miejsca starszej osobie, a młoda i zdrowa odwraca się na pięcie, jakby brzydziła się uprzywilejowanymi!”.

Ludzie, przy których stanęłam, zaczęli natomiast okazywać rosnące niezadowolenie z powodu mojego nadejścia i spoglądali na mnie wrogo. Dwie kobiety miały do mnie pretensje, że stanęłam pomiędzy nimi, podczas gdy one chciały porozmawiać, natomiast mężczyzna, który doczepił się mnie na początku oburzał się teraz, że zasłaniam mu widok na autobus. W tej chwili nie miałam jednak za bardzo, gdzie odejść, bo wokół mnie było mniej więcej tak samo ciasno jak tu, gdzie stanęłam, a poza tym wiedziałam, że gdziekolwiek podejdę, pojawią się zapewne nowe pretensje, jako że teraz byłam już znana w całym pojeździe jako „ta zła Ola”.

W końcu autobus dojechał do upragnionego przeze mnie przystanku („Urząd Cywilny”) i wysiadłam z ulgą, starając się nie deptać ludziom po piętach, żeby nie pomyśleli, że tak mi się spieszy i żeby nie zostać po raz kolejny oskarżoną o egoizm. Aż bałam się pomyśleć, jak wyglądałaby moja Plakietka, gdybym nie kontrolowała się nieustannie.

— A teraz Olcia udaje, że wcale jej się nie spieszy i że jest tak wyluzowana, że chyba zaraz postanowi zostać w tym autobusie! — zdążyłam jeszcze usłyszeć, zanim opuściłam pojazd i byłam prawie absolutnie pewna, że był to głos jednej z dziewczyn, które śmiały się ze mnie na początku.

Po opuszczeniu pojazdu poszłam prosto do Urzędu Cywilnego i podeszłam do rejestracji.

— Plakietka — zażądała szorstkim tonem pani siedząca za okienkiem.

Podałam jej swoją Plakietkę i oznajmiłam najbardziej formalnym, to znaczy, w tym wypadku, zrównoważonym i opanowanym głosem, na jaki było mnie stać:

— Przyszłam w celu odbycia wizyty kontrolnej, ponieważ dzisiaj mam urodziny.

— Proszę pani, czy pani nie widzi, że jestem zajęta wprowadzaniem danych do komputera? Czy ja zadałam pani jakiekolwiek pytanie? — odpowiedziała zirytowana rejestratorka.

Przeprosiłam zatem i nie powiedziałam już nic więcej, starając się jednocześnie nie wyglądać na zasmuconą czy oburzoną, żeby nie zirytować jej jeszcze bardziej.

— Proszę wejść do hali i pobrać numerek dla nieuprzywilejowanych — powiedziała w końcu, oddając mi Plakietkę i akcentując słowonieuprzywilejowanych” w taki sposób, jak gdybym słyszała je po raz pierwszy w życiu.

Podziękowałam, wzięłam Plakietkę do ręki, nie chcąc tracić czasu na przypinanie jej do ubrania (a raczej nie chcąc tego robić przed oczami tej kobiety, która wyraźnie dawała mi do zrozumienia, żebym jak najszybciej zeszła jej z oczu, bo opóźniam jej pracę swoimi powolnymi ruchami i niepotrzebnymi wypowiedziami) i udałam się do hali głównej budynku, a raczej do wielkiej poczekalni, w której oczekuje się na przyjęcie do urzędnika po pobraniu numerka w stosownym automacie.

W Urzędzie bywałam średnio raz na kwartał, bo oprócz wizyt urodzinowych czasami zdarzały się również jakieś inne formalności do załatwienia. Bywało też, że przychodziło wezwanie do natychmiastowego stawienia się w Urzędzie z jakiegoś powodu, chociaż to zdarzało się niezwykle rzadko. Ja zostałam wezwana raz po śmierci moich rodziców i drugi raz w zeszłym roku, żeby otrzymać dodatkową przestrogę odnośnie mojej niestabilnej reputacji.

Dzisiaj w poczekalni było chyba wyjątkowo dużo ludzi, bo prawie wszystkie miejsca siedzące były zajęte, a niektórzy stali również gdzieś po bokach, wypełniając jakieś dokumenty na ladzie, rozmawiając ze sobą albo po prostu patrząc na ekran, na którym wyświetlały się numery poszczególnych osób.

Kiedy weszłam, jak zwykle opanowało mnie coś w rodzaju paniki, bo wszyscy zwrócili na mnie uwagę i wystarczyło kilka sekund, by przekazać im w milczeniu: „Tak, jestem nienormalna i zapewne będę zawracać wam w głowie jeszcze bardzo długo, to jest przynajmniej, dopóki nie opuszczę tej poczekalni”. W spojrzeniach ludzi natomiast odczytałam jasno: „Kogo my tu mamy? Pani Oleńka, no proszę! Oleńka ma dziś urodziny i na pewno myśli, że wszyscy będą się przed nią kłaniać z tej okazji, a już na pewno ustępować jej miejsca. I to nic, że inni też mają urodziny, bo Oleńka jest przecież najważniejsza!” i „Weź się w garść, kobieto, nie jesteś tu przecież nikim ważnym, z jakiej racji patrzysz na nas tak wyzywająco, jakbyś chciała nas do czegoś sprowokować?” oraz „No proszę, Ola stanęła na środku i udaje, że nie wie co robić. Pewnie czeka, aż ją ktoś obsłuży. Ha, ha, ha! Dziewucho, dla ciebie powinna powstać dodatkowa kolejka dla anty-uprzywilejowanych!”.

Te kilka sekund wystarczyło, żeby obudzić w nich takie i wiele innych, podobnych myśli. Dość, że zatrzymałam się na chwilę po wejściu i rozejrzałam dookoła, jakbym właśnie prosiła ich o jakąś specjalną obsługę. Od razu zaczęłam tego żałować. Przecież od razu zobaczyłam, że jest dużo ludzi, nie musiałam rozglądać się na boki. Choć prawda jest taka, że musiałam sobie przypomnieć, gdzie stoi automat do pobierania numerków, bo ostatecznie nie bywam tu aż tak często, by skierować się do niego bez chwili wahania.

Podeszłam do automatu dla nieuprzywilejowanych od razu po zlokalizowaniu go, próbując udowodnić ludziom, że wcale nie zamierzam czekać na żadne specjalne traktowanie i postanowiłam przymocować sobie Plakietkę, żeby mieć obie ręce wolne. Myślałam, że zajmie mi to dosłownie sekundę, jednak miałam jakiś problem z przypięciem jej, pewnie dlatego, że za bardzo skupiałam się na byciu obserwowaną i zanim jeszcze zdążyłam ją sobie przypiąć, za mną pojawiła się kolejka ludzi, a w każdym razie ktoś na pewno za mną stanął, bo usłyszałam:

— Czy pani korzysta z tego automatu, czy nie?!

Odwróciłam się. Za mną stała kobieta w średnim wieku, starsza ode mnie, choć z pewnością nie emerytka.

— Przepraszam, już korzystam — odpowiedziałam natychmiast i zaczęłam obsługiwać automat, nie zważając na trzymaną w ręce Plakietkę.

— Pani nie umie przypiąć sobie własnej Plakietki? — zapytał jakiś pan, który obserwował mnie z boku z rozbawieniem.

— Zaraz ją przypnę — odpowiedziałam wspaniałomyślnie, usiłując nie rozpraszać się zbytnio.

— Ja się nie pytam, czy ją pani przypnie potem, tylko czy miała pani teraz jakiś problem z przypięciem jej? — kontynuował mężczyzna.

Zawahałam się, stojąc z uniesioną w górze ręką, jako że chciałam nacisnąć coś wreszcie na ekranie.

— Chcę najpierw obsłużyć automat — odpowiedziałam w końcu.

Mężczyzna wybuchnął śmiechem, jakbym powiedziała właśnie najgłupszy żart w historii.

— Czyli jednak ma pani problem! Wiedziałem!

Stojąca za mną kobieta zaczęła mnie znowu pospieszać i błagać, żebym nie udawała, że mam jakieś problemy, skoro ewidentnie żadnych problemów nie mam, a do tego jestem zdrowa i sprawna. Nie wiedziałam, kiedy zdołała odczytać te informacje z mojej Plakietki, skoro stałam praktycznie cały czas odwrócona tyłem do niej, ale nie było sensu się tego dowiadywać.

Pamiętałam, kiedy ostatnio, około pół roku temu byłam w Urzędzie w celu odbycia tak zwanej krótkiej wizyty, to znaczy załatwienia jakiejś mniejszej formalności. Takie wizyty odbywały się chyba zawsze o wiele szybciej i sprawniej niż coroczne wizyty urodzinowe, choć czas oczekiwania na nie nie zawsze był krótszy. Zwłaszcza w przypadku nieuprzywilejowanych. W każdym razie, takie mniejsze sprawy załatwiało się w dużej sali podzielonej na wiele stanowisk.

Kiedy ostatnim razem podeszłam do takiego stanowiska, urzędnik zniecierpliwił się na sam mój widok i zrobił taką minę, jakby zobaczył najdziwniejszą, najbardziej zagadkową i niezrozumiałą rzecz w swoim życiu. No cóż, nie da się ukryć, że ludzie często wyglądali tak na mój widok. Tak czy inaczej, choć nie powiedział nic w pierwszym momencie, z łatwością udało mi się odczytać jego stan wewnętrzny, będący wynikiem mojego pojawienia się przed nim.

— Co pani tu robi? — zapytał. — Czy pani zamierza mi tu zabierać czas i urządzać jakieś przedstawienia? Pani wygląda, jakby nie miała się pani nigdy odezwać! Czy pani w ogóle jest w stanie coś z siebie wydusić? Przecież to jest widoczne na pierwszy rzut oka, że pani tu nie jest na poważnie, że pani nie ma żadnej poważnej sprawy do załatwienia, bo nic pani nie mówi! Oj, będzie się pani musiała bardzo postarać, żeby przekonać mnie, że jest inaczej!

Choć od niektórych urzędników i innych pracowników obsługujących ludzi słyszałam już podobne teksty, chyba pierwszy raz zdarzyło mi się wtedy wysłuchać tak długiej wypowiedzi tylko z powodu mojego milczenia, które potrwało o sekundę za długo. W zasadzie miałam już zamiar zapytać, czy mogę usiąść i przedstawić moją sprawę, kiedy urzędnik ten zaczął mi robić wyrzuty, że waham się zbyt długo i nie traktuję jego pracy poważnie.

Kiedy zaczęłam tłumaczyć, z czym przychodzę i co chciałabym załatwić, starając się wytłumaczyć swoje intencje jak najwyraźniej, żeby nie zostać przypadkiem osądzona o jakieś nieprawidłowości lub niedopowiedzenia, urzędnik prawie natychmiast zaczął wyjmować z biurka jakieś kartki i jakby szukać czegoś, a kiedy tylko skończyłam mówić, wrzasnął:

— Proszę pani, to jest Urząd, a nie kawiarenka! Mnóstwo ludzi chce tu załatwić różne sprawy, a ja nie mam czasu na wysłuchiwanie pani historii życiowych! Czy pani naprawdę myśli, że mnie to obchodzi, że pani rodzice nie żyją i że nie ma pani pracy? Czy pani myśli, że ja mam w tym jakiś interes? Czy pani naprawdę myśli, że ja jestem stosowną osobą w stosownym miejscu do wylewania przede mną swoich zwierzeń? Czy ja wyglądam na jakąś pani przyjaciółkę, powierniczkę albo na jakiegoś konsultanta personalnego?!

Moje intencje nie sprawiania wrażenia podejrzanej jak zwykle obróciły się przeciwko mnie i tym razem właśnie przez podawanie szczegółów, mających udowodnić, że nie mam nic do ukrycia, stałam się podejrzana. Zresztą, prawdę mówiąc, wydawało mi się, że informacja o śmierci moich rodziców mogła mieć dla tej sprawy niemałe znaczenie i nie chciałam zostać oskarżona o zatajenie tego faktu. W obliczu reakcji urzędnika zamilkłam jednak natychmiast posłusznie, przeprosiłam i nie odzywałam się, dopóki on nie zrobił tego pierwszy.

— …I proszę wypełnić te formularze — zakończył, rozkładając przede mną zbiór kartek. — Do widzenia pani.

Spojrzałam na niego zdezorientowana. Miałam jeszcze kilka pytań i byłam przekonana, że jeśli nie obejrzę tych formularzy tu i teraz, później z pewnością znajdę w nich jakieś niejasności, których nie będę mogła wyjaśnić, w konsekwencji zatem przyniosę je źle lub niecałkowicie wypełnione, a kiedy zostanę zapytana, dlaczego nie wyjaśniłam tych kwestii przed wypełnieniem ich, nie będę miała, co odpowiedzieć. Poza tym, nie chodziło o same formularze. Miałam jeszcze kilka innych pytań dotyczących przebiegu tej sprawy. A nie mogłam przecież powiedzieć później, że ten pan, który dał mi formularze oraz informacje kazał mi z nimi natychmiast odejść, bo to oznaczałoby jego jawne oskarżenie. Nie słyszałam nigdy, żeby ktoś oskarżył o coś urzędnika cywilnego i na pewno nie chciałam tego robić jako pierwsza. Prawda była zresztą taka, że ten pan nie powiedział nawet ostatecznie, że muszę już opuścić stanowisko czy że nie udzieli mi odpowiedzi na żadne kolejne pytanie, ale przekaz, jaki płynął z jego wzroku i zachowania był dla mnie, o ile to możliwe, był dla mnie jeszcze wymowniejszy niż słowa. Od chwili, w której rozłożył przede mną formularze, nie spuszczał ze mnie wyczekującego wzroku i po kilku sekundach zaczął stukać znacząco palcami o blat biurka.

— Czy ma pani jeszcze jakieś pytania? — zapytał i, nie czekając na moją odpowiedź, dodał — myślę, że wytłumaczyłem wszystko jasno, więc jeśli byłaby pani tak uprzejma, prosiłbym o ustąpienie miejsca kolejnej osobie.

Wszystko wskazywało na to, że kolejna osoba już za mną stanęła, więc zapytałam tylko pospiesznie:

— Czy mogę jeszcze rzucić okiem na te formularze?

— Proszę bardzo — odpowiedział urzędnik sarkastycznym tonem i tak, jakby wcale nie chciał mi na nic pozwalać. — Tylko niech pani pamięta, że nie jest pani jedynym interesantem w tym urzędzie i siedząc tutaj, zabiera pani możliwość załatwienia spraw innym ludziom. A to z kolei może się odbić negatywnie na pani Plakietce.

Postanowiłam poświęcić jednak jeszcze chwilę na przejrzenie formularzy, choć czułam się, jakbym siedziała przed tykającą bombą, która w każdym momencie może wybuchnąć, a każda kolejna sekunda przybliżała mnie do tego momentu. Jednocześnie wiedziałam, że nie powinnam jednak opuszczać stanowiska od razu, skoro już zapytałam o możliwość pozostania na nim trochę dłużej i zgoda ta została mi udzielona. Sugerując się pomimo wszystko w jakimś stopniu uczuciem siedzenia przed tykającą bombą, zaczęłam zbierać rozłożone dokumenty po kilku krótkich chwilach, zamierzając ewakuować się jak najszybciej.

Nie było to jednak proste, ponieważ miałam naprawdę dużo rzeczy do zabrania, schowania i trzymania, a poza tym musiałam uważać, żeby kartki się nie pogniotły. Kiedy zatem zbierałam się do wyjścia, siedząca naprzeciwko mnie bomba zdawała się już wybuchać w swoim wnętrzu, zalewając mnie swoją wzburzoną treścią: „Czy pani się nami bawi?! To jest jakaś kpina! Ludzie zaczynają ustawiać się za panią w kolejkę, a pani najpierw ogląda sobie ze spokojem dokumenty, jakby to były jakieś kolorowe czasopisma podane pani na spotkaniu towarzyskim, a teraz jeszcze odtwarza pani przede mną jakieś mozolne ruchy, jakby to było jakieś przedstawienie! To jest czysta bezczelność z pani strony, pokazywać mi tutaj, jak precyzyjnie składa pani karteczki albo raczej jak nieprecyzyjnie je pani układa, tak jakbym ja panią poganiał i jakbym nie dawał pani czasu na podstawowe ludzkie czynności! Nie, proszę pani, bo takie czynności zajmują normalnemu człowiekowi sekundy, a pani zajmują znacznie dłużej, bo pani udaje! Bo pani chce, żeby wszystko za panią zrobić. Dość tego!”.

Kiedy miałam już ostatecznie wziąć wszystko do ręki i założyć torebkę na ramię, urzędnik podniósł się i tym razem postanowił wypowiedzieć swoje słowa na głos:

— Co pani sobie teraz wyobraża!? Co pani w ogóle tutaj jeszcze robi!? Sprawa jest zakończona, a pani przekłada i odwraca te kartki, jakby była pani sama w domu albo u koleżanki w odwiedzinach! Ja naprawdę nie zamierzam dłużej oglądać, jak pani próbuje mnie przekonać, że nie jest pani zdolna do normalnego funkcjonowania. Jeśli nie umie pani samodzielnie przyjść i odejść ze stanowiska, zabierając swoje rzeczy, to niech pani w ogóle nie przychodzi i zgłosi zamiast tego wniosek o niebieską opaskę, której i tak nikt pani nie da!

Byłam przekonana, że wszyscy siedzący wtedy na sali ludzie dobrze mnie zapamiętali, bo urzędnik krzyczał naprawdę głośno i od tamtej pory udało mi się unikać kolejnych wizyt w Urzędzie, ale dzisiaj musiałam przyjść. Wizyty urodzinowe są absolutnie obowiązkowe, a ponadto ich charakter jest znacznie bardziej wnikliwy niż tych krótkich. I chociaż czasami można było doszukać się w tym jakichś plusów (jak choćby to, że urzędnicy nie spieszą się tak bardzo i zapraszają klienta do osobnego gabinetu), niosło to ze sobą jednocześnie wiele zagrożeń i nieprzyjemności. Przede wszystkim moja Plakietka i sytuacja życiowa były zawsze dokładnie analizowane, co w moim przypadku zawsze było problematyczne i kończyło się nieprzychylnymi podejrzeniami.

Kiedy odebrałam swój numerek z automatu, za plecami usłyszałam głos jakiegoś mężczyzny, najwidoczniej czekającego za mną w kolejce:

— Długo jeszcze ma pani zamiar udawać, że obsługuje pani ten automat?

— Przepraszam, już się obsłużyłam — odpowiedziałam i odeszłam powoli.

— To jest jakaś kpina, żeby tak długo stać przy automacie! Czysta bezczelność!

Starałam się zignorować komentarze, jako że miałam przeczucie, że dodanie czegokolwiek będzie miało szansę wyłącznie zdenerwować ludzi jeszcze bardziej. Rozejrzałam się po pomieszczeniu z niepokojem. Znowu wszyscy się we mnie wpatrywali, tak jakby chcieli powiedzieć: „Co ty tu robisz, dziewczyno?! Wiadomo, że każdy obchodzi kiedyś urodziny, ale dlaczego ty miałabyś obchodzić je akurat dzisiaj?!”.

Nagle zauważyłam pusty kąt, który wyglądał bardzo zachęcająco. Nie było tam co prawda żadnego krzesła, ale pomyślałam, że mogę przecież trochę postać, a ostatecznie nawet usiąść na podłodze. To chyba nie rzucałoby się tak bardzo w oczy w takim miejscu jak to, a przynajmniej mogłam być prawie pewna, że nikt obok mnie nie usiądzie. Byłam ponadto przekonana, że siadanie na podłodze nie było niczym zakazanym, przynajmniej na pewno nie formalnie, ani prawdopodobnie nawet nieformalnie, i że żaden uprzywilejowany nie powinien mieć do mnie żalu, że zajęłam mu miejsce.

Podeszłam więc do kąta i od razu tego pożałowałam, ponieważ byłam chyba jedyną osobą stojącą w kącie, a obecnie już nawet jedną z nielicznych stojących gdziekolwiek. Zwolniło się bowiem trochę miejsc siedzących i, wbrew moim nadziejom, w dalszym ciągu zwracałam na siebie powszechną uwagę.

Zaraz też obróciła się do mnie jakaś kobieta w wieku przedemerytalnym i zaproponowała, żebym usiadła obok niej.

— Panienko, tu jest wolne miejsce! Dlaczego nie siadasz, tylko stoisz w kącie jak jakiś słup?

— Dziękuję, nie ma takiej potrzeby — odparłam zadziwiająco piskliwym głosem, a jednocześnie tak cicho, że miałam nadzieję, że w ogóle zostałam usłyszana.

Nie zastanowiłam się wprawdzie za bardzo, jaką rzeczywiście miałam w tej chwili potrzebę, ale na pewno wiedziałam, że nie chciałam, przynajmniej na razie, siadać w tym tłumie ludzi obok tej pani czy kogokolwiek i zmagać się z nieustającymi dylematami, jakiego zachowania ode mnie oczekują. Moja klęska na tym polu mogłaby zwrócić na mnie uwagę jeszcze bardziej niż stanie w kącie, bo wtedy znajdowałabym się bezpośrednio obok innych ludzi.

— I co, będzie tam tak pani stała? — dziwiła się kobieta. — Dlaczego gardzi pani moją propozycją? Nie chce pani koło mnie usiąść? Proszę powiedzieć, co panią we mnie odrzuca?

— Przepraszam, ja nikogo nie odrzucam — pośpieszyłam z wyjaśnieniem. — Ja po prostu nie mam na razie potrzeby siadać.

Kobieta w końcu dała za wygraną, wzruszyła ramionami i powiedziała: „Nie to nie, w takim razie gnij sobie dalej w tym kącie, a jak będziesz czegoś od nas potrzebować, to też ci powiemy „nie” i wtedy będzie ci głupio!”, po czym odwróciła się w stronę ekranu. Jakaś kobieta siedząca obok niej też się odwróciła i popatrzyła na mnie tak, jakbym była jakimś rzadkim okazem wyjątkowo dziwacznego zwierzęcia.

Raz po raz ktoś wstawał z krzesła, słysząc swój numerek dochodzący z głośnika lub widząc go, wyświetlającego się na ekranie, ktoś wchodził i podchodził do automatu dla nieuprzywilejowanych lub uprzywilejowanych, ktoś podchodził do drzwi i wychodził, i w gruncie rzeczy mogłoby się nawet wydawać, że w całym tym zamieszaniu nie byłam szczególnie zauważana. Jednak pomimo to, ktoś regularnie spoglądał na mnie z niekrytym zdziwieniem, a nawet komentował, jak bardzo nie podobała mu się moja wyniosła pozycja.

Starałam się nie przejmować ludźmi, którzy i tak zawsze byli ze mnie niezadowoleni i wyciągnęłam telefon, przypominając sobie, że prawdopodobnie nadeszła już stosunkowo odpowiednia pora na zareagowanie na wysłane mi życzenia urodzinowe. Teraz oprócz wiadomości koleżanek z grupy wsparcia miałam jeszcze jedną wiadomość z życzeniami, tym razem od pewnego kolegi, którego poznałam na studiach.

Nigdy nie chciałam iść na studia, ponieważ kojarzyło mi się to z powrotem do szkoły, do miejsca, w którym czułam się jak w więzieniu, ale z powodu moich porażek na polu zawodowym i nieustannym radom, które słyszałam wokół siebie od znajomych z grupy wsparcia, niektórych członków mojej rodziny czy choćby konsultantki zawodowej, zdecydowałam się przemyśleć tę opcję na poważnie i podjąć próbę zapisania się na jakiś ciekawy kierunek.

Szybko upewniłam się, że pobyt na zajęciach to mniej więcej skrzyżowanie lekcji szkolnych z pracą, czyli proces bardzo trudny i uporczywie pozbawiający mnie energii. Ludzie natomiast, których tam poznałam, nie różnili się za bardzo od tych, z którymi miałam do czynienia na poprzednich etapach mojego rozwoju edukacyjno-zawodowego, a w każdym razie ich stosunek do mnie był mniej więcej taki sam. Byłam postrzegana jako powszechnie frustrująca zagadka, nękająca wszystkich swoją obecnością i niestosownym zachowaniem.

Minęło już około pół roku od mojej ostatniej wizyty na uczelni (z której odeszłam bardzo szybko, widząc, że wplątuję się w kolejny koszmar) i od tej pory nikt się do mnie nie odzywał, czym oczywiście nie byłam wcale zdziwiona. Przez długi czas dręczył mnie jednak niepokój, że swoim milczeniem, a przede wszystkim niespodziewanym odejściem w milczeniu zademonstrowałam moim znajomym z zajęć (z którymi moja relacja nie sprowadzała się ostatecznie wyłącznie do wrogich spojrzeń), jak bardzo nimi gardzę i jak bardzo ich lekceważę. Nie mogłam się jednak do nikogo odezwać, bo ostatecznie nie poznałam tam nikogo, z kim nawiązałabym jakąś bardziej oficjalną, wyraźną relację i po kim mogłabym się spodziewać zainteresowania moim losem oraz faktem, że kimś pogardzam bądź też nie pogardzam.

Gdybym napisała do mojej grupy lub choćby do jakiejś pojedynczej osoby, z którą zamieniłam kilka niekoniecznie wrogich zdań, że odchodzę ze studiów i nie powinni się spodziewać mnie tam więcej zobaczyć, to zupełnie tak, jakbym powiedziała: „Słuchajcie, wiem, że się mną tak bardzo interesujecie i że w ogóle jestem taką niezwykle interesującą osobą, że z pewnością chcecie wiedzieć, jak się czuję i jakie podejmuję decyzje życiowe, nawet jeśli nigdy się mnie o to nie pytaliście. Więc postanowiłam oświadczyć wam uroczyście, że odchodzę i naprawdę nie musicie mi opowiadać, jak bardzo was to obchodzi”. A także: „A jeśli zainteresowaliście się mną aż do tego stopnia, że zrobi wam się przykro z powodu mojego odejścia, to możecie być pewni, że mnie to wcale nie obchodzi, bo wasza obecność jest dla mnie tak męcząca, że nie mam w niej żadnego interesu, a wasze odczucia kompletnie się dla mnie nie liczą”.

Z tego względu postanowiłam nie odzywać się do nikogo i pogodzić się z powstałą w ten sposób sugestią, że może zginęłam w jakimś wypadku albo wyemigrowałam na drugi koniec świata albo po prostu miałam już ich wszystkich tak dość, że postanowiłam nie spotkać się z nimi już nigdy więcej. To z kolei wywołało u mnie kolejny niepokój, że jednak gdzieś ich jeszcze spotkam. To przecież wcale nie było wykluczone, bo tak naprawdę ani nie zginęłam w wypadku ani nie wyemigrowałam za granicę, mieszkałam natomiast dalej w tym samym miejscu.

Jak na razie nie zdarzyło mi się jeszcze na szczęście spotkać nigdzie nikogo z nich i moja obawa kurczyła się coraz bardziej, cały czas byłam jednak przekonana, że tym bardziej nie usłyszę już od nich ani słowa. Tymczasem ten kolega postanowił odezwać się do mnie po sześciu miesiącach, tak jakby chciał powiedzieć: „Wiem, że nami gardzisz i że nic cię nie obchodzimy, ale ja postanowiłem zlitować się nad tobą pomimo twojej niewdzięczności i dać ci jeszcze jedną szansę. Bo, wiesz, ja jestem po prostu szlachetny, rozsądny i nie obrażam się z byle powodu, w przeciwieństwie do ciebie. Ja nie odpycham ludzi, nawet jeśli oni odpychają mnie. Ciekawi mnie więc bardzo, co mi odpowiesz, jak zareagujesz i czy w ogóle będziesz łaskawa zareagować… Bo doprawdy, twoja odpowiedź musiałaby być wyjątkowa, żeby wynagrodzić to, jak podle nas potraktowałaś. A może nawet raczej nic już nie jest w stanie zrekompensować tego błędu i będziesz musiała znosić go do końca życia…”.

Jedna część mnie nie chciała w zasadzie odczytać jego wiadomości nigdy i po prostu zapomnieć o całej tej sprawie, mając nadzieję, że rzeczywiście nigdy, przenigdy się już nie zobaczymy. To jednak byłoby tylko potwierdzeniem mojej lekceważącej postawy, a na wypadek spotkania z tym kolegą chyba zmiażdżyłoby mnie poczucie winy i bolesnego upokorzenia. A nawet jeśli byśmy się nie spotkali, to sama taka możliwość mogłaby mnie prześladować do końca życia lub przynajmniej przez kolejny długi okres czasu… Nie, samo nasze istnienie przerażałoby mnie dostatecznie! Otwarłam zatem jego wiadomość, czując jak pocą mi się ręce i jak ludzie znajdujący się wokół mnie na pewno już się wszystkiego domyślają, bo ja przecież nie umiem niczego ukrywać i wszystko wychodzi ze mnie jak z otwartej książki.

„Wszystkiego najlepszego i powodzenia!” — przeczytałam. Tak jak się spodziewałam, automatycznie ogarnęło mnie poczucie winy i odpowiedzialności i zaczęłam się zastanawiać, co kryje się pod słowem „powodzenia”. Zapewne miało to oznaczać „Głupiej już nie można było postąpić, więc z braku odpowiednich słów pozostaje mi napisać po prostu „powodzenia”. Tak jak ty z nas zadrwiłaś, tak my teraz drwimy z ciebie, ha, ha!”. W pierwszej chwili chciałam mu odpisać „Dzięki za pamięć” (bo oczywiście zamierzałam podjąć taktykę pozorowania przyjętą przez kolegę, żeby czasami się nie okazało, że coś jednak źle zinterpretowałam i sama z siebie zadrwiłam), ale stwierdziłam, że brzmiało to zbyt ironicznie. Tak jakbym chciała podkreślić, że właśnie już tylko pamięć po mnie pozostała, mimo że przecież nadal żyję. Napisałam więc w końcu tylko „Dzięki” (co zapewne i tak zabrzmiał ironicznie i jakoś oschle) i przeszłam do kolejnych wiadomości.

Jedna była od Anety, a druga od Marleny. Obie były starsze ode mnie, z tym, że Aneta mieściła się jeszcze w tej samej grupie wiekowej co ja, natomiast Marlena nie była już oficjalnie „młodą dorosłą”, ale po prostu „dorosłą” i to z nią miałam chyba najgłębszą relację w mojej grupie wsparcia. „Najgłębsza relacja” nie oznaczała tu oczywiście żadnej głębokiej relacji, a jedynie fakt, że prawdopodobnie to z nią zdarzało mi się rozmawiać, a przynajmniej wymienić od czasu do czasu kilka zdań, najczęściej. Generalnie, gdybym miała zgadywać, od kogo dostałam życzenia urodzinowe spośród osób z naszej grupy (albo może nawet spośród wszystkich znanych mi osób), postawiłabym właśnie na nie.

Obecnie mój kontakt z innymi ludźmi ograniczał się praktycznie głównie do tej grupy osób, nie licząc przypadkowo spotkanych ludzi, na przykład w urzędzie czy jakimś centrum medycznym albo innym centrum usługowym. Nie liczyłam też mojej rodziny, bo oprócz nieżyjących rodziców nikt się mną nigdy specjalnie nie interesował i prawdopodobnie tylko moi dziadkowie i może jedna ciocia mieli ze mną jakikolwiek kontakt. To znaczy, niezmiernie rzadki kontakt. A więc liczba osób, od których mogłabym się spodziewać życzeń była bardzo ograniczona. Nie wykluczałam oczywiście możliwości otrzymania telefonu od babci lub dziadka, choć miałam nadzieję, że nie nastąpi to przynajmniej, dopóki nie wyjdę z Urzędu. W każdym razie, na pewno nie brałam pod uwagę możliwości odebrania od nich połączenia przy obserwujących mnie w tej chwili ludziach i generalnie miałam nadzieję, a przynajmniej część mnie z pewnością miała taką nadzieję, że nie będę musiała rozmawiać z nimi w najbliższym czasie w ogóle.

Aneta i Marlena wykazywały jednak regularne zainteresowanie moją osobą podczas naszych spotkań i zainteresowanie to nie zawsze sprowadzało się do czystej krytyki. I to właśnie Marlena, jako chyba jedyna z grupy, wykazywała również jakieś zaangażowanie w nawiązaniu ze mną osobistej relacji, dlatego otrzymanie od niej wiadomości nie zdziwiło mnie tak bardzo. Najpierw odczytałam wiadomość Anety: „Wszystkiego najlepszego i życzę ci, żebyś doceniła wreszcie choć trochę uwagi innych ludzi!!!”. Nie wiedziałam do końca, co o tym myśleć. Z jednej strony cieszyłam się, że napisała coś od siebie, coś, jak się wydaje, absolutnie szczerego, ale jednocześnie pokazała mi w ten sposób po raz kolejny, że dla niej liczyło się tylko to, jak się zachowam, czy będę myśleć i postępować według jej rad czy też wbrew im, czy podporządkuję się potulnie czy też zbuntuję się wstrętnie. Właściwie poczułam się zupełnie tak, jak gdyby napisała mi: „Życzę ci, żebyś przestała być taka samolubna i zarozumiała, żebyś przestała uważać się za najmądrzejszą osobę na świecie i nie gardziła tak pochopnie każdym, kogo spotkasz na swej drodze”.

Nie wiedziałam nawet, co chciałabym na takie życzenia odpowiedzieć. Chyba, że jest mi przykro i mam dość dyskusji na ten temat, ale oczywiście nie mogłam tego napisać, bo oficjalnie jej życzenia nie brzmiały przecież wcale tak źle. Nie chciałam deklarować, że od tej pory zacznę doceniać uwagi innych bądź nie, ale jeśli odpowiedziałabym samym „Dziękuję”, byłoby to niezmiernie lekceważące wobec głębi jej życzeń. Zamierzałam już napisać „Dzięki, też mam taką nadzieję”, jako że nadzieja przynajmniej do niczego by mnie nie zobowiązywała, ale zorientowałam się, że w życzeniach Anety wcale nie jest zawarta żadna nadzieja, a przynajmniej nie wprost i taka wypowiedź mogłaby się wydać niejasna. Poza tym, ja wcale nie byłam przekonana, czy rzeczywiście miałam taką nadzieję i nie chciałam znowu udawać. Ostatecznie zdecydowałam się zatem na samo „Dziękuję” i z niepokojem zajrzałam do życzeń Marleny.

Ku mojej uldze Marlena ograniczyła się do wyrażenia „Wszystkiego najlepszego i spełnienia marzeń!”, nie musiałam zatem rozmyślać nad szczególnie rozbudowanymi odpowiedziami. Zamiast tego poczułam się jednak nieco obciążona tym długiem wdzięczności, zwłaszcza kiedy zdałam sobie sprawę, że Marlena wspominała coś niedawno o swoich urodzinach, które, z tego co zapamiętałam, będzie obchodzić w następnym miesiącu, a to z kolei oznaczałoby, że chciała mnie sprawdzić, czy też zareaguję na dzień jej urodzin i zabezpieczyła się tym samym, żeby w razie czego mieć dowód, że ona sama złożyła mi życzenia w odpowiedniej porze, i to bez żadnych sugestii z mojej strony.

Wszystko to komplikowali dodatkowo poruszający się nieustannie wokół mnie ludzie. Miałam ciągłe wrażenie, że ktoś do mnie podchodzi, żeby przypomnieć mi, że nie jestem tu sama i skarcić za brak szacunku wobec otaczających mnie osób. Albo jakby ktoś lada chwila miał zawołać: „Hej, dziewczynko, a ty co, słupa udajesz?” albo „Co ty sobie wyobrażasz, młoda damo, że cały świat zamyka się w twoim telefonie? A inni ludzie to co, nie mają dla ciebie żadnej wartości?” i „Dziewczyno, co ty tu robisz, skoro nawet nie pilnujesz, kiedy twój numer zostanie wyczytany!?”.

W pewnej chwili obok mnie przeszedł jakiś starszy pan z zieloną opaską na głowie. Nie zauważyłam u niego wprawdzie żadnej konkretnej niepełnosprawności (oprócz tego, że opierał się na lasce), ale z pewnością był uprzywilejowany. Razem z nim szedł jakiś mężczyzna w średnim wieku.

— A pani co, nie widzi pani, że tu idzie uprzywilejowany? — zapytał mężczyzna zdenerwowanym głosem.

Widziałam ich oczywiście bardzo dobrze, bo akurat przechodzili obok mnie, a ja podniosłam głowę (zasada transu, w który wpadam nie tylko w autobusach), zapewne powinnam jednak coś w tym momencie powiedzieć. Przeprosiłam zatem, choć nie wiedziałam do końca, za co przepraszam, a mężczyzna na szczęście nie kontynuował rozmowy, starszy pan rzucił mi natomiast tylko oburzone spojrzenie.

Po niedługim czasie zdecydowałam się w końcu usiąść na podłodze, jako że zaczął mnie już boleć kręgosłup (co w moim przypadku jest nieuniknione, kiedy jestem otoczona ludźmi, a do tego przybywam dłużej w pozycji stojącej), wiedziałam, że ból będzie rósł, a czas mojego oczekiwania potrwa jeszcze zapewne co najmniej z dwie godziny, jako że w kolejce dla nieuprzywilejowanych czeka się bardzo długo.

Po chwili zorientowałam się, że ktoś znowu wypowiedział moje obawy na głos.

— Mówię wam, ta dziewczyna coś kombinuje! — wykrzyknął jakiś pan, pokazując palcem w moim kierunku.

Prawdopodobnie mówił o mnie (z grupką paru innych osób) już od dłuższego czasu, a ja nie zauważyłam tego od razu, wciągnięta w swój trans i pochłonięta przekonywaniem się, że to co mi się wydaje nie zawsze jest prawdą. Tym razem jednak niestety okazało się to prawdą.

— Stoi w kącie od prawie dwudziestu minut, prawie w ogóle nie interesuje się wywoływanymi numerami, a kiedy odrywa wzrok od tego swojego telefonu, to tylko tak, jakby kogoś śledziła! A teraz jeszcze usiadła na ziemi, bo pewnie myśli, że będzie w ten sposób mniej widoczna! — mówił mężczyzna, gestykulując zawzięcie i pokazując na mnie.

— A ja panu radzę, żeby się pan uspokoił — wtrąciła jakaś kobieta. — Ta dziewczyna udaje po prostu, że nie chce nam przeszkadzać, a tak naprawdę traktuje nas jak przedmioty. Wiem, wiem, traktuje nas jak przedmioty, to wstrętne i podłe! Ale, nie wiem jak państwo, ale ja nie zamierzam się tym po prostu przejmować. Jak chce, to niech tam siedzi, a jestem przekonana, że nawet się nie zorientuje, kiedy zostanie wyczytany jej numerek. A wtedy przepadnie jej kolejka i to my będziemy się śmiać jako ostatni. Ha!

Odezwało się kilka głosów uznania i aprobaty.

— A ja myślę, że ta dziewczyna po prostu chce zwrócić na siebie uwagę — przyłączyła się kolejna pani. — Nikt normalny nie siada przecież na ziemi i w ogóle nie zachowuje się tak podejrzanie jak ona. A ona jest normalna, to widać po jej Plakietce. Ona tylko udaje. Udaje, że nie może sama podejść do krzesła, że została przez wszystkich opuszczona, że jest bezradna, zagubiona, bo chce na nas wymusić, żebyśmy jej ustąpili miejsce w kolejce dla uprzywilejowanych!

— Tak, to jest bardzo trafne spostrzeżenie! Bardzo trafne! — zawołał jeszcze inny pan, stojący w grupce obgadujących mnie osób. — Ona po prostu robi z siebie ofiarę!

Coraz więcej osób na sali spoglądało w moim kierunku. Byłam zresztą pewna, że wszyscy bez wyjątku usłyszeli te wypowiedzi i zauważyli, do kogo się one odnoszą. Mimo wszystko, nie byłam przekonana, że ktokolwiek chciałby usłyszeć, co ja mam na ten temat do powiedzenia. Wręcz przeciwnie, ci państwo byli przecież doskonale przeświadczeni o swoich poglądach i chyba nawet nie spodziewali się po mnie żadnej reakcji. A zresztą i tak nie miałam nic porządnego na swoją obronę. Mogłam jedynie powiedzieć, że to nieprawda, co z pewnością nie zabrzmiałoby nawet wcale przekonująco, dlatego ostatecznie nie zdecydowałam się na żadną odpowiedź.

Pomimo poruszenia, jakie wywołało moje nieodpowiednie zachowanie i grupka obgadujących mnie ludzi, nikt nie krzyknął już nic więcej w moim kierunku i wszyscy powrócili do normalnego trybu rozmów, prawdopodobnie dlatego, że akurat trzy numerki zostały wyczytane prawie pod rząd, a do tego weszło kilka nowych osób i zrobiło się znowu trochę zamieszania. W dalszym ciągu mogłam jednak słyszeć rozmowę grupki, której członkowie wciąż zerkali na mnie podejrzliwie i nie zamierzali raczej szybko rezygnować z tematu mojej osoby.

Chciałam przejrzeć sobie coś ciekawego i przyjemnego na telefonie, jako że był to chyba jedyny sposób, by oderwać się od otaczającego mnie zagrożenia i potępieńczych interpretacji, ale skupienie się na czymkolwiek nie stawało się wcale łatwiejsze, bo nie przestawałam słyszeć pełnych jadu głosów, mówiących: „Przyrzekam, ona kogoś śledzi! Powinniśmy wezwać ochronę!” i „Ofiara się znalazła! Co za wychowanie!” albo „A ja tylko czekam, aż wywołają jej numer, a ona tego nie zauważy i ciekawe, co wtedy zrobi!”.

Słysząc komentarze dotyczące mojego lekceważenia wyczytywanych numerków, postanowiłam trochę bardziej skupić się na ekranie na środku sali i dobiegającym z głośników głosie. Zaczynałam się już poważnie obawiać, że rzeczywiście przeoczę swój własny numerek i nie zdążę dobiec do odpowiedniego gabinetu na czas, choć powtarzałam sobie regularnie przyporządkowany mi numer w głowie i racjonalna część mnie była przekonana, że do jego wywołania jeszcze długa kolejka, a w każdym razie wszystko na to wskazywało. Szybko stwierdziłam zresztą, że nie byłam w stanie zbyt długo trwać w tym nowym transie, polegającym na wpatrywaniu się w ekran praktycznie bez przerwy, a w każdym razie trzymaniu głowy cały czas podniesionej i ograniczaniu się do monitorowania najbliższego otoczenia, oczywiście starając się unikać spoglądania na wrogą mi grupę ludzi. Niestety już po chwili mogłam usłyszeć kolejne straszne komentarze na swój temat.

— A teraz zaczęła nagle patrzeć w ekran jak zaklęta! Patrzcie, jaka aktorka! — zawołała kobieta, która wcześniej wygłosiła o mnie krótką przemowę.

— Bo ona teraz chce nam pokazać, że wcale nie mamy racji i że ona cały czas wszystko kontroluje!

— I zachowuje się teraz, jakby ją ktoś zmusił do patrzenia! Co za żałosna pozorantka! Znowu robi z siebie ofiarę…

— I przez cały czas nic nie mówi! Bo ona wie, że to wszystko jest jednym wielkim fałszem i boi się powiedzieć cokolwiek na głos, żeby się nie zdradzić! Oj, to trzeba być bezczelnym…

Po chwili wywołano na szczęście obgadującą mnie kobietę, a reszta grupy chyba sama zaczęła bardziej zwracać uwagę na to, co ukazuje się na ekranie i co słychać wokół nich, aż w końcu jakimś cudem zaczęłam wierzyć, że już nie wszyscy obserwują mnie tak skrupulatnie i, że jeśli będę ostrożna, to być może uda mi się wytrwać w tym stanie aż do wyczytania mojego numerka. Tylko ten facet, który odezwał się na początku, ten, który zarzucił mi, że coś kombinuję, wciąż nie spuszczał ze mnie wzroku i byłam przekonana, że nadal uważał mnie za niebezpieczną.

Poza tym, mój względny spokój i tak nie trwał długo. Po jakichś zaledwie piętnastu minutach podeszła do mnie jakaś starsza pani, wyraźnie zaintrygowana moją pozycją, umiejscowieniem i całym tym posągowym zachowaniem.

— A co panienka tak siedzi na podłodze, jakby była sama? Buntowniczka się znalazła?

Jak zwykle nie miałam pojęcia, co zrobić. Oczywiście domyślałam się, co powinnam odpowiedzieć (że bardzo przepraszam i że przysięgam, że nie jestem buntowniczką), ale przede wszystkim nie wiedziałam, czy powinnam wstać, czy też dalej siedzieć. Z tego, co wiedziałam, wstając, okazałabym jej w pewien sposób szacunek, pokazałabym, że wcale nie uważam się za jakąś wyniosłą władczynię, która siedzi sobie wygodnie jak na tronie, podczas gdy ona, starsza osoba, stoi nade mną niczym niewolnik od najgorszej roboty.

Z drugiej jednak strony, wstając nagle mogłabym zostać oskarżona o wywyższanie się. Szczególnie, że byłam prawie pewna, iż okazałabym się od niej wyższa, a przynajmniej nie niższa. Poza tym kobieta stała tak blisko, że wstając, prawdopodobnie stanęłybyśmy naprzeciwko siebie twarzą w twarz jak do walki, a to z pewnością byłoby niezmiernie niegrzeczne i aroganckie.

Postanowiłam zatem nie wstawać, przynajmniej nie od razu, i miałam nadzieję, że moja odpowiedź zaspokoi jej ciekawość, choć wewnątrz siebie czułam, że ciekawości tej pani nie zaspokoiłby w istocie nawet nagrany o mnie film.

— Przepraszam, nie jestem buntowniczką — mój głos wydał mi się znowu jakiś nadmiernie słodki i piskliwy. — Po prostu jest mi tu wygodnie.

— Wygodnie?! — zawołała kobieta, a ja od razu uzmysłowiłam sobie, że popełniłam wielki błąd. — Jak śmiesz, dziewczyno?! Masz tylko dwadzieścia trzy lata i demonstrujesz mi tu, jak ci jest wygodnie i jaka jesteś z tego dumna?!

Zaczynałam coraz bardziej żałować, że nie wstałam, bo coraz bardziej napierało na mnie oburzenie starszej pani, teraz już zupełnie formalne i doskonale widoczne na sali, oburzenie spowodowane moim karygodnym zachowaniem. Teraz czułam się już dokładnie tak, jakbym udawała wyniosłą księżniczkę albo zuchwałą nastoletnią buntowniczkę i poczułam znajomy ból pleców, które nie doceniały już mojej pozycji siedzącej w najmniejszym stopniu i tak silne napięcie każdego mięśnia mojego ciała, jakbym została zupełnie sparaliżowana.

Przeprosiłam w końcu ponownie i wstałam powoli, starając się pozostać jak najbliżej ściany, żeby kobieta nie pomyślała, że chcę ją jakoś zaatakować.

— Co pani robi?! — krzyknęła takim głosem, jakby sama nie wiedziała, czy znowu powinna na mnie nawrzeszczeć, czy raczej bać się mnie.

Wzruszyłam niepewnie ramionami, nie wiedząc, czy powinnam odpowiedzieć na to pytanie dosłownie. Widziała przecież, że wstaję. Nagle podszedł do nas jakiś młody mężczyzna i powiedział do mnie zabójczo poważnym głosem:

— Ta pani zapytała cię, co robisz?

— Wstałam? — odpowiedziałam niepewnym głosem.

— A dlaczego wstałaś? — zapytała znowu kobieta, teraz jakby czując się bezpieczniej z tym mężczyzną u boku i przynajmniej połową ludzi na sali zwróconą w naszym kierunku niczym publiczność patrząca na emocjonującą scenę.

— Wstałam, bo chciała pani ze mną porozmawiać? — odpowiedziałam, po raz kolejny nie mogąc się opanować, by nie nadać swojej wypowiedzi pytającego tonu.

— Ha! — zawołała moja rozmówczyni tryumfalnym głosem. — To dlaczego nie wstałaś od razu? Dopiero jak podszedł tu ten pan, to przypomniałaś sobie, że uprzywilejowanym należy się szacunek?

— Przepraszam — powiedziałam po raz trzeci. Nie było nawet sensu tłumaczyć, że wstałam, zanim mężczyzna do nas podszedł. — Ja po prostu nie wiedziałam, co robić.

— To dziwne, że wie pani, jak oddychać — stwierdził mężczyzna, a ja poczułam, jakby mój oddech stał się nagle jakiś głośny i widoczny i postarałam się go stłumić do niezbędnego minimum.

— Ja myślę, że pani zasługuje na o wiele gorszą reputację niż ma pani na Plakietce — skomentowała następnie kobieta, patrząc z niesmakiem na moją etykietę.

— Być może zmienią mi na wizycie…

— Patrzcie, a teraz będzie jeszcze pyskować!

Jakiś pan patrzący na nas z boku zapytał jeszcze, czy jestem dumna z tego, że moja reputacja może ulec pogorszeniu (głosem sugerującym, że na pewno jestem z tego dumna), ale w tej chwili kolejne numery osób zaangażowanych jakoś w nasze przedstawienie zostały wywołane, ktoś zawołał do stojącej przede mną starszej kobiety, że może usiąść obok niego zamiast zajmować się tak beznadziejną osobą jak ja i ogólnie znowu zrobiło się trochę zamieszania, dzięki czemu zostałam pozostawiona chwilowo względnie sama.

W końcu zdecydowałam się znowu usiąść na podłodze i po raz kolejny wzięłam do ręki telefon, włączając moją ulubioną grę. Wiedziałam, że cokolwiek zrobię, i tak prędzej czy później ktoś mnie zaatakuje. Tak jak poprzednio, co chwilę miałam wrażenie, że ktoś chce mi zwrócić mi uwagę i miałam okazję usłyszeć co najmniej jeden kąśliwy komentarz: „Patrzcie, jaka niecierpliwa! Bawi się telefonem, bo nie może wytrzymać chwili bez żadnego zajęcia, zupełnie jak jakieś małe dziecko!”. Oczywiście podnosiłam głowę regularnie, żeby skontrolować stan mojej kolejki i pokazać ludziom, że wcale nie tracę kontaktu z otoczeniem. W pewnym momencie jednak, kiedy spojrzałam na ekran, zauważyłam swój numerek, za którym zaraz pojawił się następny. Nie byłam pewna, czy słyszałam, kiedy mój numer był wyczytywany, ale wszystko wskazywało na to, że mogło to być nawet wcześniej niż chwilę temu.

Szybko podniosłam się z krzesła i poszłam śpiesznym krokiem w kierunku wskazanego gabinetu, mając nadzieję, że zdążyły minąć zaledwie sekundy, odkąd mój numer został wyczytany i właściwie zareagowałam na wezwanie niemal od razu. Okazało się, że musiałam wejść na drugie piętro i skręcić w drugi korytarz, żeby dotrzeć do drzwi wyznaczonego pokoju, jednak zanim zdążyłam do niego dojść, zobaczyłam jakiegoś mężczyznę, który właśnie do niego wchodził. Nie chciało mi się w to wierzyć. Nie chciało mi się wierzyć, że mogłam zareagować aż tak późno, żeby, idąc szybkim krokiem, nie zdążyć wyprzedzić tego pana, który zapewne musiał być właścicielem kolejnego numerka. Przez głowę przeszła mi przerażająca myśl, że mogłam się pomylić i źle odczytać numer pokoju, ale jednocześnie byłam przekonana, że był to tylko czysty strach i że tak naprawdę wszystko zapamiętałam poprawnie.

Pod wpływem zapewne jakiegoś dzikiego impulsu zastukałam do drzwi krótko i pośpiesznie, po czym otworzyłam je ostrożnie. W środku zobaczyłam tego pana, który teraz stał przy biurku, natomiast za biurkiem siedziała urzędniczka, która natychmiast wstała z krzesła i spojrzała na mnie tak, jakby chciała mnie zabić.

— Co pani tu robi? — zapytała groźnie — Czy pani nie widzi, że ten gabinet jest zajęty?

— Przepraszam — powiedziałam, myśląc intensywnie, jak najlepiej się usprawiedliwić. — Mam numer 0938. I miałam przyjść do gabinetu numer 36.

— Zgadza się — potwierdziła urzędniczka po krótkiej chwili wahania. — Miała pani tu przyjść, ale teraz już nie ma pani tu przychodzić, bo został wyczytany kolejny numer. Pani czas już minął, zaprzepaściła pani swoją szansę dobrowolnie.

— Przepraszam, ja się spóźniłam.

— Ach, spóźniła się pani? — urzędniczka wykrzywiła twarz w pogardliwym uśmiechu. — Musiało zatem pani bardzo nie zależeć na tej wizycie, skoro pozwoliła sobie pani na spóźnienie.

— Przepraszam, to był wypadek — kontynuowałam, widząc że kobieta raczej nie zamierza szybko zakończyć tej rozmowy, a zerwanie jej przeze mnie byłoby w tej sytuacji wyrazem najwyższej arogancji. Dopóki miałam szansę na odzyskanie swojej kolejki, nie zamierzałam się wycofywać. Szczególnie, że naprawdę bardzo mi na tym zależało. Musiałam pokazać, że pomimo wszystko, jednak mi zależy.

— Wypadek? To bardzo ciekawe. Może mi pani łaskawie przybliżyć szczegóły tego wypadku?

Urzędniczka skrzyżowała ręce na piersiach i spojrzała na mnie tak, jakby udawała zainteresowanie jakimś niezwykle intrygującym dyskursem. Mężczyzna stojący przy biurku obrócił się teraz w moją stronę, zdając sobie zapewne sprawę, że jego pozycja w tym pokoju stawała się coraz bardziej zagrożona i planując już zapewne, jak się na mnie zemścić. Przez chwilę miałam nawet wrażenie, że to ten sam mężczyzna, który pokazywał na mnie w poczekalni, zakładając, że szpieguję ludzi. Na szczęście nie był to jednak on, byłam prawie pewna, że to nie był on, jedynie ktoś trochę podobny. Tamten facet powinien już dawno odbyć swoją wizytę w innym gabinecie, chyba że sam postanowił śledzić mnie z jakiegoś ukrycia. Szybko przeniosłam wzrok z powrotem na wyczekującą urzędniczkę i powiedziałam:

— Kiedy zauważyłam, że mój numer został wywołany, od razu pobiegłam szukać wskazanego pokoju. Nie wiem, jak to się stało, że nie weszłam na czas.

— A kiedy zorientowała się pani, że została pani wezwana?

— Chyba chwilę po tym, jak mój numer został wyczytany…

— Nie jest pani nawet pewna? To kto ma być pewny? Mam wezwać jakichś świadków? — pytała zirytowana kobieta. — Niech pani mi jeszcze powie, co pani robiła tuż przed tym, zanim zorientowała się pani, że został wyczytany pani numer?

Zawahałam się. Od początku bałam się tego pytania i chyba poniekąd się go spodziewałam. Gdybym odpowiedziała, że tylko patrzyłam w ekran i siedziałam na krześle, nie byłoby to przecież do końca zgodne z prawdą i urzędniczka na pewno zorientowałaby się, że coś jest na rzeczy, a zresztą nie miałam zamiaru kłamać. Odpowiadając jednak, że korzystałam z telefonu, dałabym jej tym samym do zrozumienia, że po prostu zlekceważyłam swoją wizytę i wymaganą punktualność.

— Siedziałam w poczekalni — odpowiedziałam w końcu.

— I coś jeszcze?

— Starałam się monitorować ekran w oczekiwaniu na wezwanie.

— I coś jeszcze?! — powtórzyła urzędniczka wyraźnie zniecierpliwionym tonem. Sprawiała wrażenie, że nie da za wygraną dopóki nie powiem jej, że robiłam coś, co nie było po mnie oczekiwane.

— Hm… Korzystałam też z telefonu. Ale obiecuję, że kontrolowałam ekran cały czas!

— Niech pani nie obiecuje, bo najwyraźniej pani kłamie. Nie mogła pani kontrolować kolejki, skoro wolała pani korzystać z telefonu. A teraz proszę stąd wyjść.

— To znaczy, że mam wrócić do poczekalni i pobrać kolejny numerek? — zapytałam szybko, zrozpaczona i jakby zadowolona jednocześnie, że przynajmniej udało mi się tak szybko ułożyć to niezwykle potrzebne pytanie i być w stanie pohamować swoją rozpacz, choćby chwilowo.

Wiedziałam, że gdybym nie zadała tego pytania, potwornie bym tego żałowała. A przede wszystkim żałowałabym każdej rzeczy, którą zdecydowałabym się zrobić po wyjściu z gabinetu, bo nie wiedziałabym, co byłoby ode mnie oczekiwane.

— Powiedziałam, proszę stąd wyjść — powtórzyła urzędniczka, tym razem tonem mającej lada chwila wybuchnąć bomby. — I poczekać przed gabinetem.

— Dziękuję — powiedziałam, bo w istocie poczułam wielką ulgę, słysząc to polecenie, nawet jeśli nie oznaczało ono, że będę szybko przyjęta.

W tym momencie liczyło się to, że wiedziałam, co robić i najprawdopodobniej nie będę musiała cofać się do poczekalni.

Wyszłam zatem z pokoju i usiadłam na ławce naprzeciwko drzwi, czując się jak intruz. Nikt nie siedział na tym korytarzu oprócz mnie, bo wszyscy czekają przecież w poczekalni, a na korytarzu zjawiają się tylko na chwilę, by przejść przez niego do odpowiedniego gabinetu. Szybko zlokalizowałam w jednym z rogów podłużnego pomieszczenia kamerę skierowaną prosto na mnie. No tak, kolejna okazja do bycia zapamiętaną jako „Ta wyjątkowa”, „Ta, która zawsze musi się wyróżnić i pokazać wszystkim, jaka jest zbuntowana”.

Pomyślałam, że jeżeli ta sytuacja potrwa dłużej, będę miała szczęście, jeśli nie przyjdą tu po mnie jacyś funkcjonariusze Służb Nadzorczych, żądając wyjaśnień mojego pobytu na korytarzu. Wtedy stracę już chyba wszystkie szanse na zostanie przyjętą bez kolejki, a może w ogóle nie będę mogła być już dzisiaj przyjęta, bo ta urzędniczka tego nie wytrzyma. Okazała mi przecież ogromną łaskę, mówiąc, żebym zaczekała przed gabinetem i powinnam to jakoś docenić, a przynajmniej pokazać, że to doceniam. Nie rozważałam zatem nawet wyjęcia telefonu, żeby przypadkiem nie zostać znów nakryta. Wszystko zresztą, co robię i czego nie robię na tym korytarzu będzie zapisane przez tę kamerę w rogu i zapewne włożona gdzieś na przechowanie jako kolejny materiał na nakręcenie o mnie filmu i kolejny dowód przeciwko mnie. Mogłam prawie słyszeć głos ludzi obserwujących mnie teraz za pomocą tej kamerki: „No tak, Ola K. znowu musiała zwrócić na siebie uwagę. Co ta dziewczyna sobie wyobraża? Że jest uprzywilejowana? Nawet uprzywilejowani nie czekają na tym korytarzu! A ta zawsze znajdzie sposób, chytra i przebiegła!”.

Od wysiłku spowodowanego ciągłym sprawianiem dobrego wrażenia (co oczywiście i tak się wcale nie udawało) coraz bardziej bolał mnie kręgosłup i zaczynałam mieć coraz silniejszą potrzebę zaciśnięcia oczu, jakby raziło mnie jakieś oślepiające światło. Zawsze w takich sytuacjach dopadały mnie tego typu objawy. Było mi tak słabo, że gdyby ktoś kazał mi teraz wstać i biec, prawdopodobnie zdołałabym dobiec najwyżej do końca tego korytarza, i to zapewne bardzo wolnym tempem. Samo podniesienie z ławki byłoby w tym momencie wysiłkiem. Poza tym zaczynały przechodzić mnie znajome dreszcze i bałam się, że zacznę się trząść. Miałam nawet ochotę założyć na siebie z powrotem kurtkę, ale to nie wyglądałoby godnie i przyzwoicie. To tak, jakbym powiedziała wprost: „A teraz patrzcie, na co sobie pozwalam, żeby zademonstrować wam swój bunt! Bo przecież mi to nie wystarcza, że siedzę sobie sama na tym korytarzu jak jakaś uprzywilejowana. Nie, ja zasługuję na szczególnie uprzywilejowane traktowanie, takie, którego nie obejmuje nawet formalne prawo i nie zamierzam tkwić tu dużej jak jakiś przeciętny obywatel!”.

Minęło kilkanaście kolejnych minut i zaczynałam się obawiać, że to siedzenie może potrwać jeszcze bardzo długo. A może nawet po zakończeniu wizyty przez tego pana nie zostanę wezwana i przyjdzie kolejna osoba ze swoim numerkiem, a ja nie będę wiedziała, co zrobić?! Pewnie zostawią mnie tu za karę bez jakiejkolwiek informacji i będę musiała albo upomnieć się jeszcze raz o swoją kolej, powodując nieuniknioną wściekłość urzędniczki albo czekać tu w nieskończoność i stać się pośmiewiskiem wszystkich, jako „Ta, która nie potrafi się upomnieć o swoje i czeka na polecenia, tak jakby nie była zdolna do samodzielnego funkcjonowania. Bo przecież według niej cały świat, a już na pewno cały Urząd kręci się wokół niej i jeśli ktoś kazał jej gdzieś zaczekać, to znaczy, że ma tam siedzieć już na zawsze niczym bezmyślna marionetka”.

Mogłam też ewentualnie wrócić do poczekalni i pobrać nowy numerek, ale to nie różniłoby się zbyt mocno od tej pierwszej opcji — nadal byłabym „Tą, która nie potrafi upomnieć się o swoje i przy każdej okazji robi z siebie ofiarę, żeby wzbudzić poczucie winy w niczemu niewinnych ludziach”.

Na szczęście po chwili drzwi gabinetu otworzyły się i wyszedł zza nich ten pan podobny do tamtego pana z poczekalni, łypiąc na mnie spode łba, jakbym właśnie skazała go na dożywocie. Odwrócił się i zaczął się oddalać w stronę wyjścia z korytarza. Urzędniczka wrzasnęła natomiast z wnętrza gabinetu: „Proszę, pani Ola!”. Podniosłam się z ławki, starając się zapanować nad trzęsieniem ciała i weszłam do pomieszczenia.

— Proszę zamknąć za sobą drzwi i usiąść — powiedziała kobieta, spoglądając na mnie srogo.

Jak zwykle zirytowało mnie, że zwróciła się do mnie „Ola”. Wiedziałam, że chyba wszyscy używają tego skrótu i zwracają się do mnie w ten sposób, ale urzędnicy w Urzędzie Cywilnym mogliby teoretycznie wykazać trochę więcej szacunku, ze względu na formalny charakter swojej pozycji. A moje formalne imię widniejące na Plakietce to nie „Ola”, ale „Alexandra”. Wiedziałam jednak, że absolutnie nie powinnam poruszać tego tematu więc usiadłam cicho za biurkiem i zaczęłam się zastanawiać, co teraz powinnam zrobić i jak powinnam wyglądać, by okazać wdzięczność za wpuszczenie mnie poza kolejką.

Nagle poczułam silny strach na myśl o mojej Plakietce, o tym, jak zostanie ona zinterpretowana i co znajdzie się na niej, kiedy będę opuszczać ten gabinet. Chciałam nawet automatycznie spojrzeć w dół na przypiętą do mojej bluzki etykietę, ale nie chciałam prowokować urzędniczki. Oczywiście myśli te stały się momentalnie doskonale widoczne na mojej twarzy, bo tak silnych emocji po prostu nie da się ukryć, a przynajmniej na pewno nie w przypadku tak niedyskretnej osoby jak ja, a zatem moje plany polegające na nie prowokowaniu urzędniczki jak zwykle legły w gruzach.

Przez kilka pierwszych chwil kobieta udawała wprawdzie intensywne zajęcie swoim komputerem, ale w pewnym momencie spojrzała na mnie z oburzeniem i powiedziała to, o czym myślała: „Ojej, Ola się niecierpliwi, Ola już musi wszystko wiedzieć! I co teraz? I nic! Pani Olu, pani musi się najpierw nauczyć cierpliwości i szacunku do pracy urzędnika, dla którego jedyną atrakcją w ciągu ośmiu godzin każdego dnia jest czerpanie satysfakcji z oczekiwania klienta”. Przeprosiłam i spojrzałam w dół. Nie na swoją Plakietkę, ale po prostu w dół, żeby urzędniczka przestała zarzucać mi niecierpliwość.

— I niech pani nie udaje teraz takiej cierpliwej! — usłyszałam po chwili, przez co znów nie wiedziałam co robić.

Doszłam do wniosku, że najlepiej będzie — jak chyba zresztą zwykle jest najlepiej — wybrać złoty środek i udawać tylko niewielkie zniecierpliwienie. Moje umiejętności aktorskie niestety jednak zawiodły po raz kolejny i kobieta spojrzała na mnie tylko jeszcze raz, kręcąc głową z dezaprobatą, zanim w końcu poruszyła temat mojej wizyty. Stało się to akurat w chwili, w której byłam już na skraju wytrzymałości wytrwania w swojej niewygodnej, lekko przygarbionej pozycji, którą przyjęłam automatycznie po zajęciu krzesła i nie wiedziałam, co by się stało, gdyby nie odezwała się w tym momencie.

— A więc, pani Ola — powiedziała, podnosząc na mnie wzrok. — Pomimo tej całej niestosownej sytuacji, którą wywołała pani, spóźniając się na rozmowę, doszłam do wniosku, że chyba jednak musiało pani zależeć na tym spotkaniu. A nawet bardzo.

— Hm… — zastanowiłam się głośno, próbując zrozumieć, co skłoniło urzędniczkę do wysnucia takiego wniosku i czy jest to rzeczywiście w ogóle pożądane, żeby zależało mi na tej wizycie. Coś w mojej głowie podpowiada mi, że to niedobrze, jeśli zależy mi na czymś zbyt mocno. — Tak, zależało mi — odpowiedziałam w końcu. — Nie wiem, czy aż tak bardzo… Po prostu wiem, że to mój obowiązek.

— I akurat ten obowiązek postanowiła pani spełnić wyjątkowo dobrze — zauważyła kobieta tonem udającym zdziwienie. — Przyszła pani na coroczną kontrolę już pierwszego dnia osiągnięcia przez panią nowego wieku, to jest, dokładnie w dniu pani urodzin, i to jeszcze przed południem.

W istocie było już prawie wpół do pierwszej, ale nie zamierzałam o tym wspominać. Wypominanie takich szczegółów urzędnikowi, który najwyraźniej starał się mnie o coś posądzić, mogłoby się zakończyć jedynie sroższą oceną. Nie byłam jeszcze pewna, co dokładnie starała mi się uświadomić siedząca przede mną kobieta, ale poczułam się nagle przekonana, że byłoby dla mnie lepiej, gdybym nie wykonywała żadnego obowiązku zbyt gorliwie.

— Może mi pani łaskawie wyjaśnić — podjęła znowu urzędniczka. — Dlaczego postanowiła pani tak gorliwie wypełnić ten obowiązek?

— Bo… Nie miałam po prostu powodu, żeby odkładać tę wizytę — wzruszyłam ramionami. — Wolałam załatwić to szybciej niż później.

— A wie pani, co ja na ten temat myślę? — kobieta zrobiła krótką pauzę, ale widziałam, że chce mówić dalej. — Ja myślę, że chciała nam pani raczej pokazać, jaka jest pani sumienna i obowiązkowa. Tymczasem, zastanówmy się, dlaczego miała pani w ogóle taką możliwość, żeby przyjść do Urzędu w środku tygodnia przed południem? Ach, tak! Przecież pani nie ma pracy! To się nazywa lenistwo, nie sumienność!

Poczułam, jak moje ciało sztywnieje znowu tak, jak na początku, kiedy urzędniczka wymagała ode mnie ekspresji perfekcyjnie umiarkowanego zniecierpliwienia. Wiedziałam, że ten moment musiał nadejść i że tym razem będę musiała wytłumaczyć się ze swojego statusu i pewnie szeregu innych oskarżeń. Zbyt długo władze przymykały na mnie oko. Albo udawały, że przymykają na mnie oko.

— Tak, obecnie nie pracuję — potwierdziłam.

Chciałam powiedzieć coś więcej o tym, dlaczego nie pracuję, z czego się utrzymuję i dlaczego tak wygląda moja Plakietka, ale stwierdziłam, że lepiej nie wyprzedzać pytań. Chociaż byłam przekonana, że tak będą brzmieć następne pytania urzędniczki, nie chciałam ryzykować, że oskarży mnie dodatkowo o jakąś wylewność albo chwalenie się swoimi występkami. Nie, nie zamierzałam podawać jej na tacy formalnego powodu do ukarania mnie i uznania mnie za ucieleśnienie autodestrukcji.

— A dlaczego pani nie pracuje? — zapytała kobieta zgodnie z moimi przypuszczeniami. — Przecież jest pani zdolna do pracy. Co więcej, z moich danych wynika, że nie pracuje pani już od dawna. Praktycznie odkąd skończyła pani szkołę. A w każdym razie, nigdy nie pracowała pani dłużej niż dwa tygodnie. Tego roku zapisała się pani na studia, ale po miesiącu przestała się pani pojawiać na zajęciach. Czy może mi to pani wyjaśnić?

— Tak, rzeczywiście — przyznałam. — Nie zdołałam niestety utrzymać się w żadnej pracy dłużej. Nie wiem, dlaczego. Po prostu nie spełniałam wymogów pracodawcy.

— To bardzo ciekawe. Z moich informacji wynika, że w każdym z tych przypadków albo zrezygnowała pani z pracy dobrowolnie, albo nie wykonywała pani swoich obowiązków rzetelnie, przez co pani pracodawca nie miał innego wyboru, jak tylko panią zwolnić. I myślę, że nie będziemy tutaj dyskutować na temat pani absolutnie dobrowolnego porzucenia studiów.

— Ja nie wiem, jak to się stało — zaczęłam się usprawiedliwiać. — Starałam się wykonywać swoją pracę dobrze, po prostu nie byłam w stanie wykonać jej w oczekiwany sposób…

— A wie pani, kto tak mówi: „Ja nie wiem, jak to się stało”? — urzędniczka pochyliła się nad biurkiem w moją stronę i zmrużyła oczy. — Ktoś, kto doskonale wie, jak coś się stało. I kto udaje, że nie wie po to, żeby ukryć przed nami jakieś ciemne sekrety.

Chciałam już odpowiedzieć, że nie mam żadnych „ciemnych sekretów”, ale pomyślałam, że zabrzmiałoby to bardzo infantylnie i odpowiedziałam zamiast tego:

— Ja po prostu mam pewne problemy zdrowotne, przez które nie mogę pracować. A w każdym razie, mam dużą trudność z odpowiednim wykonywaniem pracy.

— Problemy zdrowotne? — zapytała urzędniczka tak, jakby właśnie usłyszała jakiś świetny żart i chciała się upewnić, czy jest on rzeczywiście tak świetny. — To chyba jeszcze ciekawsza teoria, bo na pani Plakietce w kategorii zdrowia widnieje napis „Zdrowa”.

— Tak, ponieważ wszystkie diagnozy, które dostałam od lekarzy nie były według nich wystarczające, żeby nadać mi inny tytuł — odpowiedziałam. — Ale ja nie czuję się zdrowa.

— Czyli uważa pani, że jest pani mądrzejsza od lekarzy?

— Ja nie uważam, że wiem lepiej, ja tylko…

— Dosyć! — urzędniczka wyprostowała się nagle na krześle i uniosła rękę, dając mi do zrozumienia, że mam zamilknąć w tym momencie. — Proszę pani, ja nie jestem lekarzem i nie mam zamiaru wysłuchiwać tutaj pani odczuć i diagnoz. Jeśli jednak utrzymuje pani, że jest pani chora, zaraz poślę panią na badania.

Przez chwilę nie byłam pewna, czy dobrze usłyszałam. Urzędniczka chciała mnie posłać na badania, po tym, jak dała mi wyraźnie do zrozumienia, że mój nieprawidłowy stan zdrowia jest tylko śmieszną i niedopuszczalną teorią? Oczywiście powiedziała to takim tonem, jakby była już pewna, że badania wykażą, iż jestem zdrowa, ale jednocześnie brzmiała zupełnie poważnie.

— Tutaj za drzwiami przyjmuje lekarz i jeśli stwierdzi, że jest taka potrzeba, zaraz pojedzie pani do szpitala — urzędniczka wskazała na drzwi po mojej prawej stronie, na które wcześniej nie zwróciłam uwagi.

Z jednej strony byłam przekonana, że taka akcja miała na celu wyłącznie ośmieszenie mnie i wykazanie, że nie potrzebuję jechać do żadnego szpitala, ale jednocześnie zrodziła się we mnie nadzieja, że może tym razem postanowią zbadać mnie dokładniej. Ta nadzieja niestety jednak również wiązała się z obawą. Bałam się jechać do szpitala, bo nie wiedziałam, czego się spodziewać, a znając ludzi, skłaniałam się raczej ku nieprzyjemnym scenariuszom.

— To znaczy, że teraz, od razu po tej wizycie pójdę na konsultację do lekarza? — zapytałam.

— Zgadza się. Ale ja oczywiście jeszcze z panią nie skończyłam — odpowiedziała urzędniczka i pochyliła się znowu, opierając ręce na biurku. — Czyli swój brak pracy tłumaczy pani chorobą?

— Tak, można tak powiedzieć.

— No tak, ta kwestia z pewnością zostanie wyjaśniona. Dlaczego jednak nie spróbowała pani podjąć pracy jeszcze raz, po tak długiej przerwie? I dlaczego zrezygnowała pani ze studiów? Rozumie pani moją dociekliwość — wszystkie te dane i informacje, które mamy o pani w systemie wskazują jednoznacznie, że wykazuje się pani ogromnym lenistwem i nieuczciwością. A to nie może pozostać dłużej bez echa na pani Plakietce.

— To znaczy, że będę miała dodatkowe dopiski w uwagach dodatkowych?

— Nie odpowiedziała mi pani na pytanie. Dlaczego zrezygnowała pani ze studiów?

— Z podobnych powodów, z jakich zostałam wyrzucona z pracy. Miałam problemy ze zdrowiem, można tak powiedzieć.

— Problemy ze zdrowiem, można tak powiedzieć? — powtórzyła po mnie kobieta. — Wszystko zwala pani na swój domniemany brak zdrowia, tak? Co ma pani dokładnie na myśli, pani Olu?

Chciałam odpowiedzieć, że nie będę jej przecież opowiadała o moich dolegliwościach, bo ona nie jest lekarzem i sama mówiła, że nie chce o tym słuchać, ale, jako że to zabrzmiałoby z pewnością niezwykle bezczelnie, ograniczam się do powiedzenia:

— Mam różne dolegliwości, które utrudniają mi normalne funkcjonowanie.

Urzędniczka patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę, tak jakbym oświadczyła jej właśnie, że jestem głupia i nie powiem jej nic więcej, dopóki nie wyświadczy mi jakiejś przysługi. W końcu oznajmiła:

— Zostawmy zatem na razie tę kwestię. Proszę mi powiedzieć, co sądzi pani o swojej reputacji?

— No cóż, wiem, że moja reputacja nie jest najlepsza i nigdy nie była…

— A uważa pani, że zasługuje pani na wzorcową reputację?

— Hm… — zastanowiłam się.

Nigdy nie lubiłam takich pytań. Gdybym odpowiedziała, że zasługuję, wyszłabym na zarozumiałą, gdybym jednak powiedziała, że nie, zaprosiłabym ją tym samym do baczniejszego podejrzewania mnie o złe intencje. A właściwie sama bym się do nich przyznała.

— Trudno powiedzieć. To zależy — odpowiedziałam w końcu wymijająco.

— Zależy od punktu widzenia, tak? Ale mi chodzi właśnie o pani punkt widzenia — urzędniczka wykrzywiła się w sztucznym uśmiechu, który chyba miał wyrażać zachętę, a raczej nacisk, żebym powiedziała wreszcie coś głupiego o swoim zachowaniu.

— To zależy od sytuacji…

— Dobrze, zatem, jeśli nie chce się pani przyznać do tych wszystkich niegodziwości, pozwoli pani, że ja panią wyręczę — kobieta przeniosła wzrok na komputer i mówiła dalej. — To są uwagi ludzi, dotkniętych pani zachowaniem w różnych sytuacjach: manipulantka, pozorantka, buntowniczka, prowokatorka, lekceważy innych ludzi, lekceważy ludzi chorych i uprzywilejowanych, sieje zamęt, usiłuje zawsze być w centrum uwagi, zarozumiała, nachalna, niegrzeczna, nieuprzejma, nie szanuje innych, infantylna, fałszywa, leniwa, bezczelna, agresywna, podejrzana.

Kiedy zapadła cisza, poczułam znowu naglącą potrzebę, żeby zniknąć albo przynajmniej się skurczyć. Wydawało mi się, że zajmuję nienaturalnie dużo miejsca, a samo moje istnienie jest po prostu szalenie bezczelne. Pilnowałam, żeby się nie poruszyć i zastanawiam się, jak długo będę trzymać wzrok na biurku i kiedy powinnam go podnieść, gdzie skierować, żeby pokazać, że nie jestem bezczelna, ale jednocześnie, żeby nie wyjść na fałszywą pozorantkę, udającą przesadną skruchę i nienaturalne, tajemnicze wręcz opanowanie. Te dwie rzeczy zdawały się jednak wzajemnie wykluczać, dlatego, jak zwykle w takich sytuacjach, poczułam jedynie przejmującą bezsilność, a przez mój kręgosłup przeszły kolejne fale bólu. Kark zesztywniał mi do tego stopnia, że kiedy leciutko uniosłam głowę, wydawało mi się, jakby była ona przytwierdzona do mojego ciała za pomocą starych, nienaoliwionych zawiasów. Pilnowałam również swojego oddechu, żeby nie było, że zacznę nagle jakoś spazmatycznie oddychać, co wskazywałoby jasno na moją silną, wzburzoną reakcję na nieprzyjemne fakty i tym bardziej utwierdziłoby urzędniczkę w przekonaniu, że to wszystko, co o mnie przeczytała jest prawdą, a ja nie chcę się do tego przyznać, bo to po prostu nie brzmi ładnie i boję się konsekwencji.

Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że konsekwencje to kolejna rzecz, której się teraz bałam. Co zrobi Urząd wobec takiej liczby potwornych opinii? Czy skończy się na szkaradnej Plakietce, czy też może zostanę objęta jakimś specjalnym nadzorem?

— I co teraz? — zdecydowałam się zapytać, częściowo po to, żeby uzyskać informację, a częściowo, żeby przerwać ostentacyjne milczenie. — Czy coś z tego znajdzie się na mojej Plakietce?

— Z pewnością — odpowiedziała urzędniczka z szyderczym uśmiechem. — Chyba nie myślała pani, że będzie pani unikać konsekwencji w nieskończoność? Przede wszystkim musimy się zająć statusem pani reputacji. Od dziś będzie pani nosić tytuł „Nie wykazującej należytego szacunku”, przy czym zaznaczam, że tendencja w pani przypadku jest zdecydowanie w kierunku „Skłonnej do agresji”. Nie mamy na razie dostatecznych dowodów formalnych, by nadać pani ten tytuł, ale biorąc pod uwagę zebrane o pani dane i świadectwa różnych osób, jest to tylko kwestia czasu.

Kobieta przerwała na chwilę, patrząc na mnie z satysfakcją na twarzy. Ton jej głosu brzmiał, jakby mówiła do dziecka, które nie umie zapanować nad swoimi emocjami i w każdej chwili może „wybuchnąć”. Teraz natomiast wyglądała, jakby oczekiwała z satysfakcją tego wybuchu, który miałby zostać natychmiast stłumiony przez naciśnięcie czerwonego guzika znajdującego się na biurku, służącego do wezwania ochrony. Wizja urzędniczki naciskającej ten guzik z niczym nieskrępowanym uśmiechem na twarzy była dla mnie tak bolesna, że nawet nie myślałam o tym, czy muszę powstrzymywać się specjalnie przed jakimś potencjalnie agresywnym zachowaniem. Moje ciało samo mnie hamowało, zastygając w bezruchu i tylko nieustanne napięcie wciąż wywierało na mnie jakąś presję.

— W pani uwagach dodatkowych — kontynuowała kobieta. — Pojawią się natomiast takie określenia: manipulantka, buntowniczka, bezczelna, leniwa, podejrzana i egoistka. Uznaliśmy, razem z całą radą urzędniczą, że te określenia najlepiej oddadzą pani charakterystykę, o której mają prawo być poinformowani spotykający panią ludzie.

Znowu nastała krótka pauza, podczas której nie wiedziałam, co powiedzieć, tym razem jednak urzędniczka sprawdzała coś na komputerze.

— Pozostaje jeszcze kwestia pani karalności — oświadczyła. — Oczywiście jak na razie jest pani niekarana. Jednak zdecydowaliśmy się nadać pani status „Pod obserwacją”. Jest to całkowicie logiczne, biorąc pod uwagę, że jest pani bezsprzecznie podejrzana i zakładamy, że ukaranie pani jest również tylko kwestią czasu.

Kobieta znowu zaczęła klikać coś znowu robić na komputerze i po chwili zauważyłam, jak na mojej Plakietce, leżącej teraz na biurku pomiędzy nami, zachodzą zmiany.

— Widzę, że ma pani również prawie puste pole „Zasług i osiągnięć”. Czy to też wytłumaczy pani swoimi domniemanymi chorobami?

— Hm… — zawahałam się. — Chyba tak. Poza tym, nie miałam raczej szczególnych okazji, żeby zdobyć coś na tym polu.

— Ach, nie miała pani okazji? — zapytała tym samym tonem, jak wtedy, kiedy przedrzeźniała moje usprawiedliwienia zdrowotne. — Do pani informacji, normalna osoba w pani wieku ma wypełnione to pole aż po brzegi. Kilkanaście pozycji. Co ja mówię, kilkadziesiąt! A pani jest zdrowa, sprawna, nie pracuje przez kilka lat i mówi mi pani, że przez całe życie nie miała pani okazji na zdobycie więcej niż jednego osiągnięcia oprócz obowiązkowego wykształcenia?!

Jak zwykle nie miałam nic na swoją obronę. Oczywiście, wyłączając wspomniane już wcześniej problemy zdrowotne oraz fakt, że przez nieustanne poczucie lęku nie znajdywałam nawet odpowiedniej motywacji, by zdobyć jakieś „osiągnięcia”. A jeśli nawet momentami czułam presję, by je zdobyć, jednocześnie czułam się z góry skazana na porażkę, jako że ludzie generalnie przywykli mnie krytykować, a więc moje szanse na zdobycie jakiegoś oficjalnego uznania musiały być po prostu bardzo nikłe. Poza tym bałam się, że gdybym zaczęła starać się osiągnąć coś zbyt mocno, mogłabym zostać oskarżona o próżność i zarozumiałość, bo wyglądałoby na to, że robiłabym to na pokaz. Problemy zdrowotne wiodły jednak prym, bo przesypiając ponad połowę doby i odpoczywając nieustannie po spotkaniach z ludźmi nie znajdowałam więcej czasu, by co najwyżej usiłować utrzymać się w jakiejś przeciętnej pracy lub poświęcać regularnie trochę czasu na pisanie scenariuszy, za które jednak nigdy jeszcze nie otrzymałam żadnego uznania.

Jako że te uzasadnienia nie mogły mieć żadnej wartości w oczach urzędniczki, nie odezwałam się i czekałam tylko, aż odda mi Plakietkę i powie, co dalej. Kiedy w końcu odzyskałam swoją etykietę, powiedziała, zanim zdążyłam odczytać jej drugą linijkę:

— A teraz zapraszam panią za te drzwi na wizytę lekarską — co miało raczej oznaczać: „Masz się wynieść w tej chwili, dość już zabrałaś mi czasu”.

Wstałam zatem, biorąc w ręce skrupulatnie wszystkie swoje rzeczy i podeszłam do bocznych drzwi. Zapukałam w nie i otwarłam ostrożnie. W środku siedziała lekarka przy biurku, ustawionym w tym samym miejscu co w pokoju urzędniczki. Kobieta podniosła głowę, spojrzała na mnie i zapytała z wyraźną irytacją:

— Czy ja panią wołałam?

— Przepraszam — odpowiedziałam. — Miałam wejść tutaj na wizytę do pani.

Nie byłam już wcale taka pewna, czy rzeczywiście miałam tu wejść tu już teraz, dokładnie w tym momencie i coraz bardziej zaczynało mi się wydawać, że urzędniczka nie miała jednak tego na myśli.

— A czy została pani zawołana? — kontynuowała lekarka.

— Nie, ale… — zaczęłam mówić, ale w tej chwili urzędniczka wstała, nie mogąc najwidoczniej znieść dłużej mojego zachowania i powiedziała ze skrajnym zniecierpliwieniem, idąc w stronę drzwi:

— Matildo, proszę cię, kochana, przyjmij już tę panią, bo ona mi już zabrała tyle czasu. Mam jeszcze kilkoro klientów do obsłużenia, a z nią rozmawiałam prawie pół godziny.

Urzędniczka otwarła drzwi zamaszystym ruchem szerzej, zapraszając mnie tym samym do przesunięcia się w głąb gabinetu lekarskiego i spojrzała na mnie tak, jakbym była winna przedłużenia naszej rozmowy i wszystkiego, co jej się obecnie nie podobało. Doktor Matilda westchnęła ciężko, kliknęła coś jeszcze na komputerze i powiedziała:

— Dobrze, już ją przejmuję. Idź odpocząć trochę.

Urzędniczka odpowiedziała „dzięki” i zamknęła drzwi z wyraźną ulgą, natomiast ja zbliżyłam się niepewnie do biurka, żeby usiąść na krześle pacjenta.

— Niech pani zaczeka łaskawie chwilę, nie mogę się panią tak od razu zająć, jakby wymagała pani pierwszej pomocy — skomentowała kobieta, tak jakbym wywierała na nią ogromną presję, siadając naprzeciwko niej.

Po chwili doszłam do wniosku, że tak rzeczywiście chyba musiało być.

Prawdopodobnie nawet skromna osoba, nie zwracająca na siebie szczególnej uwagi wywołałaby presję na pracującej osobie, siadając naprzeciwko niej, a co dopiero ja. Bałam się jednak zostać przy drzwiach i czekać na jakieś polecenie, bo znowu byłabym małą Olą, która jest tak głupia i buntownicza, że nie potrafi się nawet domyśleć (albo udaje, że nie potrafi się domyśleć), że jako pacjentka powinna usiąść na krześle. I czeka, żeby ją ktoś do tego zaprosił, tak jakby wymagała specjalnego traktowania.

Spróbowałam zwiększyć dystans do lekarki, przesuwając się odrobinę w tył i opierając się o oparcie, ale w tej pozycji czułam się, jakbym pokazywała jej nadzwyczajną pogardę, usiłując tak ostentacyjnie wyglądać luźno i swobodnie. I tak zresztą nie wyglądałam luźno ani swobodnie, bo czułam się tak usztywniona, że z pewnością było to widoczne, niezależnie od pozycji, którą przyjęłabym. Spróbowałam popatrzeć delikatnie w bok, ale kiedy utrzymywałam swój wzrok prawie nieruchomo przez dłuższy czas (może kilkanaście albo kilkadziesiąt sekund), kobieta spojrzała na mnie wreszcie i krzyknęła: „Czego ty chcesz, nachalna pacjentko, czy nie umiesz chwili poczekać?! Naprawdę musisz tu robić jakieś przedstawienie i pokazywać mi, jak bardzo jesteś niezadowolona, że ktoś się przez chwilę tobą nie zajmuje?! Czy ja każę ci siedzieć nieruchomo i wpatrywać się w ścianę jak zahipnotyzowana?!”. Jak zwykle w takiej sytuacji przeszły mnie ciarki i zapragnęłam gorąco zniknąć. Kiedy już przeprosiłam i lekarka wróciła do swojego komputera, dając mi kolejną szansę, postanowiłam obrać inną taktykę.

Wyjęłam telefon z torebki, mając nadzieję, że pokażę jej tym samym, że wcale nie monitoruję jej pracy, a czekanie nie jest dla mnie problemem, bo sama potrafię się sobą zająć. Zanim zdążyłam jednak otworzyć pierwszą aplikację, kobieta oskarżyła mnie jednak o brak szacunku i jawne lekceważenie jej. Kiedy skończyła na mnie krzyczeć, uznając ostatecznie, że jest zbyt dobra, by wygonić mnie tak po prostu z gabinetu, zapytała zdecydowanym tonem:

— Z czym zatem w ogóle pani do mnie przychodzi?

— No więc, mam pewne problemy, które utrudniają mi codzienne funkcjonowanie… — zaczęłam, myśląc intensywnie, w jaki sposób najlepiej opisać moje dolegliwości tak, żeby zabrzmiały poważnie i oficjalnie.

— Proszę pani — przerwała mi lekarka. — Ja naprawdę nie jestem taka głupia, żeby nie domyślać się, że pani ma problemy, skoro pani tutaj siedzi. I proszę mi uwierzyć, nie mam czasu na wysłuchiwanie takich oczywistych informacji. Mnie interesuje wyłącznie, jakie ma pani problemy?

— No więc, mam ciągłe bóle kręgosłupa — powiedziałam, starając się mówić maksymalnie rzeczowo, ale i szczegółowo. — Najbardziej mnie boli, kiedy wychodzę z domu i spotykam ludzi.

— Sugeruje pani, że ludzie panią krzywdzą? — zapytała tak, jakby mówiła: „Niech tylko spróbuje pani oskarżyć niewinnych ludzi”.

— Nie, nie to mam na myśli. Ja po prostu tak reaguję…

Lekarka zaczęła coś pisać z rezygnacją na twarzy. Wyglądała teraz tak, jakby ktoś zmuszał ją do jakiejś żmudnej roboty.

— Wydaje mi się, że te bóle są spowodowane ciągłym stresem. Właściwie, chyba wszystkie moje objawy są spowodowane stresem. W zasadzie, jestem o tym przekonana. Praktycznie, jestem prawie pewna…

— Czy coś jeszcze pani dolega? Naprawdę nie interesują mnie stopnie pani przekonania.

— Tak — powiedziałam szybko, zaczynając wymieniać kolejne dolegliwości. Napięcie, usztywnienie, zimne dreszcze, wahania termiczne, zmęczenie, osłabienie i wzmożona potrzeba snu, bóle oczu, bóle głowy…

Kobieta zapisywała coś jeszcze przez chwilę w swoich notatkach, po czym zapytała:

— A jak wygląda pani aktywność zawodowa?

— No właśnie, przez te moje problemy od dawna już nigdzie nie pracuję.

— A próbowała pani?

— Tak, próbowałam! — zawołałam szybko, uradowana, że nareszcie mam do powiedzenia coś, co może się lekarce spodobać. — Próbowałam kilka razy i za każdym razem musiałam odejść. To znaczy, nie spełniałam wymogów. Ponoć nie wypełniałam prawidłowo swoich obowiązków…

— Rozumiem — ucięła kobieta, tonem, który wskazywał raczej na coś przeciwnego do zrozumienia. Zadała mi jeszcze parę pytań o moje leczenie, o to, kiedy ostatnim razem byłam w szpitalu i u jakich specjalistów się leczyłam (a przynajmniej byłam na wizycie, bo trudno nazwać leczeniem uzyskanie natychmiastowej diagnozy „Nic pani nie dolega”), następnie skończyła w końcu pisać i oznajmiła:

— Proszę pani, wszystko wskazuje na to, że ma pani dolegliwości spowodowane nadmiernym myśleniem, to znaczy tak zwane dolegliwości urojone albo nieformalne, lub też schorzenia spowodowane nieprawidłowym rytmem życia. A takie problemy, w obu przypadkach, pacjenci powinni rozwiązać osobiście. Jeśli jednak wyraża pani zgodę, zostanie pani przyjęta do szpitala, by uzyskać wyniki pani zdrowia czarno na białym. Przyjęcie odbędzie się jutro rano. Tu jest zgoda na pobyt w szpitalu i ewentualne badania czy zabiegi — podała mi dokument z długopisem.

— Zgadzam się, oczywiście — powiedziałam, nie śmiejąc się zawahać i podpisałam dokument, czując, jak ręka lekarki prawie wyrywa mi kartkę ze zniecierpliwieniem. Na słowa „Zostanie pani przyjęta do szpitala” poczułam, jak przeszedł mnie lodowaty dreszcz i musiałam powstrzymać się, żeby się nie zatrząść. Nie byłam pewna, czy było to spowodowane wyłącznie strachem, czy raczej jakimś pełnym nadziei podnieceniem. Tak naprawdę nie umiałam nawet stwierdzić, czy cieszyłam się z tej wiadomości czy nie, ale po podpisaniu dokumentu byłam niemal pewna, że gdybym miała słuchać wyłącznie swojego instynktu, uciekłabym stąd natychmiast i nigdy nie zbliżała się do żadnego szpitala. Tymczasem lekarka wyrwała mi wreszcie podpisany przeze mnie dokument i po chwili podała mi kartkę ze skierowaniem.

— Proszę zwrócić uwagę, że ranek oznacza godzinę szóstą, a nie ósmą czy dziewiątą — powiedziała, wskazując na informację o czasie i miejscu zapisu, tak jakbym dopiero co oświadczyła jej, że zamierzam się zjawić później. — I żadne zmęczenie tutaj pani nie usprawiedliwi. Rozumiemy się?

— Tak — odpowiedziałam, brzmiąc jak marionetka.

Poczułam kolejną falę strachu na myśl o tym, że będę musiała stawić się jutro tak wcześnie w podanym miejscu, bo jak nie, to nie tylko nie zostanę przyjęta do szpitala, ale z pewnością sprowadzę na siebie gniew władz szpitalu, które zapewne przygotują już dla mnie specjalnie miejsce, a ja tak po prostu wzgardzę nimi i nie przyjdę sobie. Oczywiście nie dałam po sobie poznać, że takie nieprzyzwoite myśli chodzą mi w ogóle po głowie i po otrzymaniu niezbędnych informacji organizacyjnych zostałam wyproszona przez lekarkę z gabinetu.

Rozdział V — Ola idzie do szpitala

Obudziłam, się zanim zadzwonił budzik. Mój organizm sam musiał chyba przeczuwać, że dzisiaj muszę sprawować się perfekcyjnie. W końcu idę do szpitala. Na mojej Plakietce zaś wciąż widniał napis „Zdrowa”, a do tego jeszcze cała gama skandalicznych określeń, o których na próżno starałam się nie myśleć. Wiedziałam, że nie będę tam mile widziana. Musiałam się postarać, żeby okazać nadzwyczajną wdzięczność i szacunek, choć byłam przekonana, że zrekompensowanie tych wszystkich oskarżeń, które usłyszałam wczoraj w Urzędzie, było rzeczą niezwykle trudną, w moim przypadku praktycznie graniczącą z cudem.

Nie mogłam jednak pozostać z tego powodu na zawsze w domu, szczególnie że otrzymałam skierowanie do szpitala na swoją własną prośbę. Uszykowałam się zatem zgodnie z planem, walcząc z poranną sennością, i przekonując się raz po raz, że nie będę czuć się aż tak otumaniona przez cały dzień, wzięłam walizkę i upewniwszy się po raz setny, że wszystko spakowałam, wyszłam z mieszkania.

Idąc na przystanek autobusowy, miałam nieodparte wrażenie, że wielu ludzi obserwuje mnie z okien, myśląc sobie: „A gdzie się wybiera nasza Oleńka? Czyżby na wakacje, z taką wielką walizką? O tej porze to chyba nie najlepszy pomysł, ale dla Oli zawsze jest przecież dobry czas na rozrywkę, bo tak leniwa i próżna osoba nie może myśleć o niczym innym…“ albo „A co to za potworny hałas, aż uszy pękają! Ach tak, to Ola, kto inny mógłby robić przedstawienie na ulicy o piątej rano? Mam nadzieję, że urwie jej się w końcu jakieś kółko od tej walizki i wtedy zobaczymy, kto będzie się śmiał ostatni…”. W jednym z okien zobaczyłam nawet kątem oka jakiegoś pana, który wyglądał, jakby turkot kół mojej walizki ciągniętej po nierównym chodniku wyrwał go właśnie z błogiego snu.

Stojąc na przystanku, przypomniało mi się ponownie o nowym wyglądzie mojej Plakietki, która teraz naprawdę musiała razić wszystkich po oczach, nawet bez czerwonego obramowania. Starałam się nie pokazywać jej za bardzo ludziom, ale oczywiście nie było to do końca możliwe, bo przecież nie mogłam stać tyłem do wszystkich. Nie mogłam też trzymać rąk skrzyżowanych w taki sposób, żeby zasłaniały Plakietkę ani tak naprawdę nie mogłam zrobić niczego, co w widoczny sposób by ją zasłaniało, bo to oznaczałoby, że mam coś do ukrycia. A to tylko sprowokowałoby ludzi do obserwowania mnie i szukania pretekstu, żeby odkryć moje potworne sekrety albo nawet natychmiastowego oskarżenia mnie o ukrywanie jakichś „czarnych sekretów”.

Niestety jednak, jak zwykle zresztą w takich sytuacjach, starając się nie zwracać uwagi na swoją Plakietkę, robiłam tak naprawdę wszystko, co tylko możliwe, żeby pokazać, jak bardzo o niej myślę i jak bardzo zależy mi, żeby inni ją zauważyli. Jedna pani zwróciła mi nawet formalną uwagę i powiedziała, żebym nie trzymała rąk tak wysoko i nie udawała, że zasłaniam swoją Plakietkę, bo ona i tak ją widzi, ale chciałaby zobaczyć ją jeszcze lepiej, bo ma do tego pełne prawo, zwłaszcza w przypadku tak podejrzanej i, jak się okazuje, skandalicznej Plakietki.

Ludzie na ulicy również patrzyli na mnie z wybitną podejrzliwością, a kiedy weszłam do izby przyjęć, zaczęłam mieć coraz poważniejsze obawy związane z wydostaniem się kiedykolwiek z nieprzyjaznego tłumu ludzi. Było tam bowiem tak dużo osób, że jeden człowiek stał obok drugiego i chociaż nie wszyscy byli ustawieni w jakimś porządku, spośród tej masy ludzi wybijała się olbrzymia kolejka prowadząca prawie dosłownie od drzwi wejściowych do okienek znajdujących się na drugim końcu holu. Zauważyłam, że do jednego okienka była osobna kolejka, znacznie mniejsza. Żałowałam, że nie spytałam wczoraj lekarki w Urzędzie, gdzie i jak dokładnie mam się zgłosić w tej izbie przyjęć. Po chwili zdałam sobie jednak sprawę, że takie pytanie byłoby po prostu śmieszne, bo zapewne każdy dorosły człowiek powinien sam się domyślić, gdzie się ustawić albo przynajmniej poradzić sobie w takiej sytuacji samemu poprzez zapytanie kogoś lub w jakikolwiek inny sposób.

Stanęłam na chwilę obok głównej kolejki, rozglądając się niepewnie i czując, jak ściągam na siebie spojrzenia ludzi. Nie dość, że nikt się mnie tu dziś nie spodziewał, to jeszcze moja jawna prezentacja Plakietki musiała po prostu wprawić wszystkich w szok. A przynajmniej wszystkich, którzy ją zobaczyli. Wiedziałam jednak, że poznanie jej przez wszystkich jest tylko kwestią czasu. To prawie zupełnie tak, jak gdybym stanęła przed skupiskiem ludzi i wykrzyknęła: „Hej, popatrzcie na mnie! Czy widzieliście kiedyś większego egoistę? Czy widzieliście większy skandal? Nie, nie mylicie się. Taka leniwa manipulantka jak ja przyszła właśnie do szpitala, żeby rościć sobie prawo do specjalnego zajęcia się nią, niczym ciężko chorą!”. Starałam się nie myśleć o tym, czego ludzie mogą spodziewać się po takiej deklaracji i spróbowałam skupić się na powoli układającej się w mojej głowie organizacji tego miejsca i racjonalnym planie działania.

Nad jednym z okienek, tym, przed którym stała stosunkowo mała kolejka ludzi było napisane „Informacja”. Nad pozostałymi dwoma okienkami nie było żadnego napisu, ale szybko zorientowałam się, że hol był jeszcze większy, niż z początku mi się wydawało i zaczęłam się przeciskać przez stojących w kolejkach ludzi, żeby zobaczyć, co kryje się w dalszej części pomieszczenia. Oczywiście już po chwili zaczęłam tego żałować, bo wszyscy wyraźnie zwracali na mnie uwagę i usłyszałam, jak jedna kobieta mówi do drugiej, wskazując na mnie otwarcie: „A ta się teraz przepycha, żeby zobaczyć, co tam jest, bo na pewno myśli, że dla niej stworzono osobne okienko z podpisem „Dla księżniczek”.

Rzeczywiście, dalej były jeszcze dwa okienka, oznaczone wprawdzie nie napisami „Dla księżniczek”, ale „Dla uprzywilejowanych”, przy którym stali w kolejkach — lub siedzieli na wózkach — pacjenci wyglądający na poważnie chorych. Praktycznie każdy z nich miał na głowie żółtą bądź zieloną opaskę, nie licząc pracowników pogotowia i kilku pojedynczych osób, które prawdopodobnie występowały w roli opiekunów chorych. Przy jednym pacjencie siedzącym na czymś w rodzaju wózka inwalidzkiego albo specjalnej leżanki stało dwoje ratowników, którzy rozmawiali ze sobą, śmiejąc się potwornie głośno i zajmując chyba tyle miejsca, ile pięć przeciętnych osoby. Nic zresztą dziwnego — pracownicy pogotowia i opieki zdrowotnej, podobnie jak urzędnicy czy nauczyciele też byli na swój sposób uprzywilejowani, choć nikt nie oświadczał tego raczej formalnie.

Stanęłam na sekundę (a może nawet na kilka sekund) pomiędzy dwoma kolejkami i pomyślałam natychmiast, że muszę sprawiać wrażenie, jakbym czekała, aż ktoś podejdzie do mnie osobiście, żeby mnie obsłużyć. Było to oczywiście mniej więcej tak absurdalne jak poproszenie kogoś z kolejki uprzywilejowanych o przesunięcie się. Szybko skierowałam się zatem w stronę głównej kolejki, nie chcąc, żeby ktoś zaczytał się w mojej Plakietce albo oskarżył mnie o złe intencje na podstawie mojego zachowania. Jednocześnie nie chciałam poruszać się jednak zbyt szybko, tak żeby zachować w miarę naturalny wygląd, a do tego zdążyć wymyślić, w której kolejce powinnam się ustawić, zanim dojdę do następnego punktu zwrotnego, to znaczy między kolejkę główną a tą do informacji. Bo lepiej byłoby, żebym z tego punktu się już nie cofała, to znaczy, żebym ustawiła się w jednej z tych kolejek i pozostała w niej do końca. Gdybym postanowiła się stamtąd cofnąć i po raz trzeci okrążyć kolejkę główną, byłby to dla wszystkich jawny znak, że przyszłam się tu wyłącznie pobawić, podenerwować cierpiących ludzi. Zaraz też zaczęłyby się komentarze i oskarżenia o to, że zwracam na siebie przesadną uwagę, a może nawet zbieram materiał, żeby przeprowadzić zamach na czyjąś reputację, a może po prostu sama chcę się ośmieszyć, bo jestem taka głupia.

Kiedy przeszłam po raz drugi (o ile nie trzeci) koło kolejki głównej, jakiś starszy mężczyzna zwrócił mi uwagę:

— Czego tak pani szuka?! Tam jest informacja — wskazał ręką na sąsiednią kolejkę.

— Chyba nie zamierza się pani przeciskać tutaj po raz kolejny z tą wielką walizką? — dodała jakaś starsza pani, stojąca obok, z wyraźnym niesmakiem na twarzy. — Z taką Plakietką jeszcze ktoś pomyśli, że chce pani zrobić komuś krzywdę!

— A ja myślę — powiedziała jakaś inna kobieta, zwracając się do mnie — że pani po prostu nie może pogodzić się z faktem, że nikt nie chce przyjąć pani do żadnej produkcji telewizyjnej, a nie chce pani tracić pieniędzy na reklamowanie się, więc postanowiła pani zrobić małe zamieszanie w miejskim szpitalu…

— Wcale tak nie jest! — zaprzeczyłam pospiesznie, ale kobieta poprosiła tylko, żebym zostawiła ją w spokoju.

Przeprosiłam więc cicho, po czym odwróciłam się z ulgą i — mam nadzieję — w optymalnym tempie, kierując się do kolejki przed “Informacją”.

Nie wiedziałam oczywiście, czy stawanie tutaj było dobrą decyzją, biorąc pod uwagę fakt, że najprawdopodobniej i tak będę musiała ustawić się ostatecznie w kolejce głównej, tak podejrzewałam. Nie byłam tego jednak pewna, a nie chciałam pytać już o nic nikogo z tej kolejki po tym, co od nich usłyszałam. Byłam niemal pewna, że, kogokolwiek bym zapytała, usłyszałabym w odpowiedzi: „A co, pani myśli, że przyjęcie do szpitala to tak rzadko spotykana sprawa w izbie przyjęć, że wszyscy stoimy tutaj w innej sprawie? Chyba nie sądzi pani, że odpowiem pani na tak niedorzeczne pytanie?” i „Ach, tak, pani z pewnością nie można traktować poważnie, bo kto z napisem „manipulantka” na Plakietce mógłby zadać poważnie pytanie, i to w dodatku tak naiwne? Proszę mnie nie nękać!”.

Kiedy jednak stanęłam w kolejce do informacji, poczułam, że ludzie patrzą na mnie z głęboką pogardą, i to nie tylko z powodu mojej Plakietki.

— Bo Ola zawsze idzie po najmniejszej linii oporu i zawsze pcha się tam, gdzie jest szybciej, łatwiej i wygodniej. No tak, nie bez powodu dostała wreszcie napis „leniwa” i „egoistka” na Plakietce — usłyszałam gdzieś za mną i byłam pewna, że ktoś mnie tu nakrył. Ktoś, kto mnie znał.

Obróciłam się powoli, pragnąc zrobić to dyskretnie i — w miarę możliwości — niepostrzeżenie (co oczywiście jak zwykle mi się nie udało) i zauważyłam jakiegoś mężczyznę, może emeryta, który wydał mi się znajomy, ale nie byłam pewna, czy go znałam, bo bałam się spojrzeć na niego wprost. W ten sposób przyznałabym się, że poruszyło mnie to, co powiedział, a to pociągnęłoby za sobą słynne oskarżenie typu „Wydało się, czarne sekrety Oli wyszły na jaw, sama się przyznała, że jest leniem, egoistką itp. itd.”. Z tego co udało mi się zobaczyć, wydawało mi się jednak, że był to jeden z moich sąsiadów, a przynajmniej mieszkaniec mojego bloku, który chyba, a właściwie raczej na pewno mnie kojarzy i chociaż nigdy nie przyznaliśmy się formalnie do tego, że się „kojarzymy”, z pewnością rozmawiał on o mnie z innymi, bo słyszałam wiele wyraźnie dotyczących mnie uwag, kiedy przechodziłam obok ich paczki. Ja jednak nigdy na niego nie patrzyłam, żeby uniknąć ewentualnych prowokacji, do tego stopnia, że nawet nie znałam znajdującego się na jego Plakietce nazwiska. W każdym razie, nie zdziwiłabym się wcale, gdyby nie omieszkał wypomnieć mi czegoś w tak ostentacyjnie nieformalny, to znaczy, niebezpośredni, ale jednak jawny sposób, również i w tej sytuacji.

Najbardziej zagadkowa była dla mnie jednak sama jego obecność. Czy mógł mnie śledzić? Narobiłam przecież dużo hałasu, wychodząc rankiem z tą walizką na kółkach i oczywiście byłam doskonale widoczna z okien. Chyba że to rzeczywiście zbieg okoliczności i teraz to on myślał, że ja go śledzę? W każdym razie, bardzo mi się nie podobało, że stanął akurat za mną i nie chciało mi się wierzyć, że mógł to być przypadek. Bez względu na to, czy śledził mnie wcześniej, musiał tu podejść od razu po tym, jak mnie tu zauważył, a przynajmniej, kiedy zauważył, że podchodzę do kolejki i zamierzam sobie w niej postać. Teraz będzie mógł obrócić przeciwko mnie każdy mój ruch, każde spojrzenie, każde działanie i byłam przekonana, że wraz z jego pomocą i moją nową Plakietką szybko okryję się złą sławą w izbie przyjęć, a nawet w całym szpitalu.

Kiedy na przykład zaczęłam rozglądać się na boki, prawdopodobnie w celu pozbycia się narastającego we mnie napięcia i zajęcia się czymś, by choć odrobinę zmienić tor moich myśli, poczułam się zupełnie tak, jakby z moich ust wyszły słowa: “A ja się wcale nie przejmuję, że ty tam stoisz, człowieku i w ogóle mnie to nie obchodzi, że masz mi do zarzucenia całą prawdę o moich „czarnych sekretach”! Widzisz, ja jestem z nich tak dumna, że oglądam sobie bezczelnie tę niezmiernie ciekawą scenkę tłoczących się wokół nas ludzi i równie bezczelnie czytam sobie ich Plakietki!”. Jednocześnie poczułam, jak moje ciało sztywnieje w ten szczególny, potwornie nieprzyjemny sposób, a głowa zaczęła mi ciążyć na karku, jakby ważyła tonę.

Czas w kolejce dłużył mi się niemiłosiernie i ogarniało mnie coraz większe przerażenie na myśl, że najprawdopodobniej będę musiała stać jeszcze bardzo długo w tym pomieszczeniu, zagnieżdżona pomiędzy co najmniej dwoma osobami, oczekującymi ode mnie przesuwania się co chwilę o milimetr lub dwa w którąś ze stron. A nawet jeśli po tym zabiorą mnie wreszcie na ten oddział, to kto wie, co będzie mnie tam czekało? Podejrzewałam, że szanse na izolację były bardzo małe. Z tego, co wiedziałam, sale w szpitalach były zawsze wieloosobowe, a nawet jeśli zdarzały się jakieś pojedyncze, na pewno były zarezerwowane dla najbardziej uprzywilejowanych z uprzywilejowanych.

Co jakiś czas słyszałam za sobą słowa sąsiada, które kierował prawdopodobnie do innych ludzi i — oczywiście — pośrednio do mnie, brzmiące mniej więcej tak: „No, tak. Ola musiała być naprawdę zdeterminowana, żeby tu przyjść z taką Plakietką… Teraz idzie do szpitala jak jakiś uprzywilejowany albo przynajmniej przyzwoicie chory człowiek, ciekawe co jeszcze wymyśli… A teraz pewnie stoi w kolejce do informacji, żeby zapytać, gdzie można dostać specjalne skierowanie na specjalny oddział w specjalnych warunkach dla jakichś osób nieformalnie uprzywilejowanych, czy co… Nieformalnie uprzywilejowany, słyszał ktoś kiedyś coś takiego? Ha, ha, ha!”.

Kiedy nareszcie osoba stojąca przede mną odeszła od okienka i nadeszła moja kolej, żeby zadać pytanie, czułam się, jakbym raczej odwróciła się do sąsiada i powiedziała mu: “Tak, tak, to prawda, uważam się za tak szczególną, że pytam się z niedowierzaniem, czy naprawdę mam stanąć w tej długiej kolejce, żeby dostać się na oddział dla nieuprzywilejowanych”. Zamiast tego nachyliłam się do okienka i zadałam siedzącej po drugiej stronie szyby kobiecie oczekiwane przez wszystkich pytanie, starając się nadać mu jak najbardziej racjonalną i niewinną formę.

Zawsze zastanawiało mnie, po co w niektórych urzędach, bankach czy innych placówkach obsługa była oddzielona od klientów szybą. Podejrzewałam, że to na wypadek agresji, którą mogliby okazać niektórzy klienci, choćby na wiadomość o wysokości należnego rachunku. W moim przypadku na przykład, z moją skandaliczną Plakietką i podejrzanym zachowaniem zapewne każdy pracownik instytucji publicznej mógłby się poczuć zagrożony. Taka szyba dawała im natomiast gwarancję, że są chronieni i odizolowani od tych dzikich, niezrównoważonych ludzi.

— Jeśli chce pani być przyjęta do szpitala, to po co pani tu przychodzi? Proszę stanąć w kolejce głównej — powiedziała kobieta szorstkim tonem, zaledwie zdążyłam zadać swoje pytanie. — Chce się pani domagać równouprawnienia z uprzywilejowanymi, czy co?

— Nie, oczywiście, że nie — odpowiedziałam, prawie śmiejąc się, jakby sama ta myśl była dla mnie jakoś niepojęcie niedorzeczna.

Nic zresztą dziwnego, skoro kobieta zabrzmiała, jakby pytała mnie o planowanie morderstwa.

— To proszę stanąć w tej kolejce! — powtórzyła, dając mi do zrozumienia, że jeśli odważę się zapytać o coś jeszcze albo po prostu pozostanę w tym miejscu sekundę dłużej, uzna to za manipulację i wezwie straż, która wyprowadzi mnie stąd siłą.

Mając nadzieję, że o niczym nie zapomniałam, oddaliłam się zatem pośpiesznie i stanęłam za jakimś mężczyzną, który — tak przynajmniej mi się wydawało — stał jako ostatni w głównej kolejce.

— A co się pani tu wpycha?! — usłyszałam za sobą podniesiony głos i zobaczyłam jakąś starszą panią, która patrzyła na mnie z oburzeniem. — Nie widzi pani, że tu się kończy kolejka?

Kobieta stała przy otwartych teraz przezroczystych drzwiach wejściowych, a właściwie za nimi, w przedsionku, za nią natomiast stała jeszcze jedna pani, która również obdarzyła mnie nagannym spojrzeniem.

— Przepraszam, nie zauważyłam — odpowiedziałam i przeszłam szybko obok nich na właściwy koniec kolejki.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 83.15