E-book
15.75
drukowana A5
58.71
W imię zemsty

Bezpłatny fragment - W imię zemsty


Objętość:
355 str.
ISBN:
978-83-8467-168-9
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 58.71

ROZDZIAŁ 1

Dokonując pierwszej zbrodni, wie, że to dopiero początek.

Nienawiść, która narastała w nim przez kilkadziesiąt lat, nie zniknie po jednym zabójstwie. Nie może. Zbyt długo żyła w jego głowie. Przez lata zabijał już setki razy. Może nawet tysiące. W wyobraźni, we śnie, w scenariuszach, które układał przed zaśnięciem i odtwarzał następnego dnia.

Tamte ofiary nie krzyczały naprawdę. Nie czuł ich bólu. Nie widział strachu w oczach.

Tym razem będzie inaczej.

Tym razem ból będzie prawdziwy.

Wszystko ma przygotowane. Zna kolejne kroki, bo przećwiczył je wcześniej niezliczoną ilość razy. Nie potrzebuje pośpiechu. Pośpiech jest dla amatorów.

Najważniejsze jest jedno: policja nie może od razu zrozumieć, z czym ma do czynienia.

Musi zostawić im historię, w którą uwierzą.

Stare porachunki. Rodzinny konflikt. Sąsiedzką zemstę. Coś, co wydarzyło się dawno temu i nagle wróciło z całą siłą. Sprawca powinien mieć motyw, który da się odnaleźć w aktach, w rozmowach z sąsiadami, w przeszłości ofiary.

A najlepiej, żeby ofiary wyglądały na przypadkowe.

Miejsce nie może być przypadkowe.

Długo przegląda mapy. Zaznacza punkty, potem je skreśla. Przydrożne kapliczki. Samotne krzyże. Stare młyny. Pomniki przyrody. Opuszczone gospodarstwa. Głazy narzutowe, pod którymi nikt nie zatrzymuje się od lat.

Lubi miejsca, które coś znaczą.

Nie musi być pewien, że policjanci odczytają przekaz. Wystarczy, że sami zaczną go szukać.

Najbardziej podoba mu się woda.

Pomost nad jeziorem. Późna noc albo świt. Ośrodek wypoczynkowy gdzieś na uboczu. Ludzie śpiący po alkoholu, zamknięci w namiotach i domkach.

Widok podoba mu się szczególnie.

Najpierw cisza.

Potem krzyk.

Rozbiegani ludzie, którzy nie wiedzą, co robić. Ktoś dzwoni po pomoc. Ktoś próbuje podejść bliżej, ale się cofa. Ktoś stoi bez ruchu i patrzy.

A ogień robi swoje.

Publiczna egzekucja bez kata. Średniowieczne widowisko przeniesione w czasy, w których ludzie wierzą, że wszystko można uratować telefonem i przyjazdem służb.

Albo brzeg rzeki.

On po jednej stronie. Oni po drugiej.

Bezpieczny.

Niewidoczny.

Obserwujący.

Teatr śmierci.

Teatr ognia.

Najważniejsze jednak, żeby miejsce było bezpieczne. Nie może pozwolić, by pierwszy błąd stał się ostatnim.

Wybiera piątek.

Tydzień wcześniej nic z tego nie wyszło.

Dwa razy objechał okolicę. Za pierwszym razem nikogo. Za drugim — również.

Jedna kobieta była niemal idealna.

Niemal.

Zbyt blisko zabudowań.

Zrezygnował.

Później zobaczył dwie kolejne. Przez chwilę czekał, obserwując je z daleka. Liczył, że się rozdzielą.

Nie rozdzieliły się.

Do wsi weszły razem.

Trudno.

Nie ma powodu się denerwować.

Ma czas.

Piętnaście lat czekał na tę chwilę. Tydzień nie robi żadnej różnicy.

Może być następny piątek.

Albo jeszcze następny.

Najważniejsze, że teraz już wie, że to możliwe.

Pierwsza ofiara jest tylko kwestią czasu.

A czasu ma aż nadto.

Całe życie.


Piękne, urokliwe miejsce.

Położone wśród lasów i pól, bezpiecznie oddalone od jakichkolwiek zabudowań.

Cmentarz wojenny założony w 1915 roku. Spoczywają tu żołnierze trzech armii — rosyjskiej, niemieckiej i austro-węgierskiej. Z całej nekropolii zachował się zaledwie jeden kamienny nagrobek i ogromny, siedmiometrowy drewniany krzyż.

Dojazd prowadzi polną, szeroką i dobrze utwardzoną drogą.

Cicho.

Pusto.

Daleko od ludzi.

Cmentarz.

Czy można wyobrazić sobie lepsze miejsce na śmierć?

A jeśli śmierć ma być jednocześnie kremacją?

Uśmiecha się do tej myśli.

Wybór nie jest przypadkowy. Policja też tak uzna. Będą szukać znaczenia. Symboliki. Historycznych odniesień. Zastanawiać się, dlaczego właśnie tutaj.

Może wojna?

Może zemsta?

Może jakaś osobista historia związana z tym miejscem?

Dobrze.

Niech szukają.

Niech kopią w przeszłości. Niech przeglądają archiwa, rozmawiają z historykami, doszukują się znaczeń tam, gdzie ich nie ma.

Niech błądzą.

Byle jak najdalej od prawdy.

W okolicznych ośrodkach wypoczynkowych wciąż pusto. Sezon zacznie się dopiero za kilka tygodni. Początek czerwca jest jeszcze zbyt chłodny na biwaki i rodzinne wypady. Jeśli ktoś przyjedzie, to najwyżej na weekend.

W tygodniu będzie cisza.

Pustka.

Ofiara zginie w scenerii budzącej się wiosny. Wśród łąk, starych liściastych lasów, polnych kwiatów i krzewów jeżyn rosnących wzdłuż rowów.

A pośrodku tego wszystkiego — wielki drewniany krzyż.

Ukryty na polanie między brzozami.

Ani jednego domu w zasięgu wzroku.

Żadnej drogi.

Żadnego przystanku.

Idealnie.

Bardzo dobry wybór.

Czas na igrzyska.

W jego głowie kłębią się wspomnienia. Nocne koszmary. Gwałty. Krzyk. Zapach celi. Twarz tamtego chłopaka.

Chłopaka, który tyle wycierpiał.

Tego, który spędził lata w więzieniu.

Zemsta pozwoliła mu przetrwać.

Dzień po dniu. Noc po nocy.

Kiedy nie miał już niczego, miał jeszcze jedno: nadzieję, że kiedyś zapłacą.

To ona trzymała go przy życiu.

Bez niej dawno by się załamał. Może odebrałby sobie życie. Może zamknąłby się w sobie tak głęboko, że nie zostałoby w nim już nic.

Nie zrozumie tego nikt, kto nie przeżył podobnego koszmaru.

Sama wizja zemsty przez lata wystarczała.

Teraz już nie.

Potrzebuje czegoś więcej.

Prawdziwego bólu.

Prawdziwego krzyku.

Lamentu.

Grymasu na twarzy człowieka, który wreszcie rozumie, że nie ma dokąd uciec.

I ognia.

Czas zemsty nadszedł.

To już nie jest pragnienie.

To głód.

Fizyczny, uporczywy brak. Jak brak powietrza. Jak głód, którego nie da się zagłuszyć żadnym posiłkiem.

Wciąż jest w nim tamten drugi.

Ten, który spędził lata w celi.

Ten, który mu zaufał.

Ten, który wszystko zaplanował — drobiazgowo, cierpliwie, bez najmniejszego błędu.

Nie może go teraz zawieść.

Nie może go zdradzić.

Pierwsza ofiara powinna być łatwa.

Rutynowa.

Bez emocji.

Prawdziwy problem zacznie się później.

Kiedy przyjdzie czas na Ewę.

Wtedy będzie inaczej.

Tam będą emocje.

Sentyment.

A może…

coś jeszcze.

Ta myśl zatrzymuje go na chwilę.

Nie chce jej kończyć.

Nie teraz.

Do tego policja może już być na jego tropie.

Takie morderstwo poruszy wszystkich. Wystarczy kilka godzin, żeby informacja obiegła kraj. Policja postawi na nogi kolejne jednostki, pojawią się dziennikarze, kamery, pytania.

To nie będzie zwykła sprawa.

Nie bójka dwóch pijanych kolegów.

Nie kuchenny nóż wbity w plecy po libacji.

Nie przypadkowy wybuch przemocy.

Tym razem wszystko będzie inne.

Już samo przygotowanie daje mu radość.

Pobudza.

Ożywia.

Po raz pierwszy od wielu lat czuje, że naprawdę żyje.

Jego dotychczasowe życie było monotonne, bezbarwne, pozbawione sensu.

Teraz wszystko nabiera kolorów.

Teraz ma cel.

Teraz ma zadanie.

To już nie jest życie.

To misja.


Po trzeciej po południu kobiety wracają do domów.

Międzymiastowymi autobusami. Ze szwalni, ze szkół, z porannej zmiany w handlu. Zwłaszcza w biedniejszych rejonach wschodniej Polski, wzdłuż tak zwanej ściany wschodniej, wiele z nich wysiada samotnie na przystankach przy trasach, a potem rusza pieszo w stronę swoich domów.

Wtedy właśnie trzeba uderzyć.

Tydzień później, po pracy na budowie, odwozi wszystkich kolegów. Najpierw jadą do szefa po wypłatę, potem do „Zbyszka”, gdzie większość tygodniówki znika w kieliszkach.

Później rusza sam.

Najpierw do domu. Załadować drewno. Wziąć kanistry.

Może dzisiaj będzie miał więcej szczęścia.

Na drodze, niedaleko granicy z Białorusią, mija drobną kobietę. Trudno określić jej wiek. Zresztą dla niego nie ma to większego znaczenia.

Wie jedno: nie zabija dzieci.

Nastolatki?

Czemu nie.

W takim wieku była Ewa, kiedy chodzili na pierwsze randki.

Ta myśl pojawia się nagle i równie szybko znika.

Zatrzymuje samochód jakieś dwieście metrów dalej. Zjeżdża na pobocze i podnosi maskę, udając awarię.

Po jednej stronie drogi ciągną się pola zbóż. Po drugiej — żółte morze rzepaku.

Rozgląda się dokładnie.

Nikogo.

Tylko on i kobieta idąca poboczem.

Jest czerwiec. Do zachodu słońca zostało jeszcze kilka godzin.

Musi być ostrożny.

Kobieta zatrzymuje się.

— Co się stało? Awaria? Może mogę jakoś pomóc? Jak wrócę do domu, zadzwonię po pomoc drogową.

Mówi to z autentyczną troską.

— Chyba nic poważnego. Pewnie tylko świece zalało — odpowiada ciepło.

Próbuje zatrzymać ją jeszcze na chwilę.

— A jest gdzieś tutaj jakiś mechanik? Może pani wie?

Kobieta wzrusza ramionami.

— Nie mam pojęcia. Nie znam się na samochodach.

Odwraca się, jakby chciała już odejść.

— Nie chodzi o samochód — rzuca szybko.

Kobieta spogląda na niego przez ramię.

— Jestem z kurii. Wiozę do kościoła komunikanty. Msza zaraz się zacznie, a nie wiem, ile potrwa naprawa. Może mogłaby pani zanieść je księdzu?

— Komunikanty?

— Opłatki. Ciało Chrystusa.

W duchu prycha.

Głupia baba. Nawet nie wie, co to komunikant.

— A nie są za ciężkie?

— Co pani… Nie przystępuje pani do komunii? Całe pudełko waży może dwa kilo.

Kobieta przez chwilę się waha.

— Ale tak… w torbie?

— To jeszcze nie jest konsekrowane. Zwykły wafelek. Komunikantem staje się dopiero po poświęceniu.

Jezu. Jaka durna.

Ale zadziałało.

Kobieta zawraca.

Przygląda jej się uważnie.

Trochę ponad pięćdziesiąt lat. Drobna. Prosta koszula, spódnica, kurtka przewieszona przez rękę. Rano było chłodno, teraz temperatura zbliża się do trzydziestu stopni. Kobieta jest zmęczona i spocona. Kilka kosmyków włosów przykleiło się jej do skroni.

Piękna to ty nie jesteś.

I ten wąsik.

Nie przypominasz Ewy.

Trudno.

Nie ma znaczenia.

Jeszcze raz spogląda na drogę.

Pusto.

Żadnego samochodu.

Żadnego ruchu.

Tylko on i ona.

Kobieta zatrzymuje się przed nim, nadal nieco zaciekawiona.

Wtedy wszystko dzieje się bardzo szybko.

Za szybko.

Cios jest silniejszy, niż planował.

Kobieta pada bezwładnie.

Przez chwilę stoi nieruchomo i patrzy na nią z niedowierzaniem.

To nie miało tak wyglądać.

Sprawdza drogę.

Cisza.

Zaciąga ją do samochodu i odjeżdża.

Przez resztę drogi myśli już tylko o jednym.

O tym, co zrobić dalej.

Po godzinie zatrzymuje się na stacji paliw, na uboczu, z dala od innych samochodów. Udaje kolejną awarię. Podnosi maskę i przez chwilę stoi przy samochodzie, paląc papierosa.

W końcu zagląda do środka.

Kobieta nie żyje.

Trudno.

Zamiast złości czuje coś na kształt rozczarowania.

Zepsuła mi spektakl już na początku.

Przez chwilę patrzy na nią bez emocji.

Potem zajmuje się tym, co przygotował wcześniej.

Nie zostawi po sobie niczego, co mogłoby go z nią połączyć. Żadnych pamiątek. Żadnych trofeów.

Żadnego domowego muzeum.

Wie, że wielu właśnie na tym się wykładało.

Potem siada w samochodzie i wypala papierosa.

Drugiego.

Trzeciego.

Przerzuca gazetę.

Muszę kupić telewizor.

Naprawdę powinien.

Koledzy patrzą na niego jak na dziwaka. Żadnych zainteresowań. Żadnej piłki, żużla, meczów. Nie wie nawet, co ostatnio grają w lidze.

Wszystko, co wie o świecie, pochodzi z gazet zostawianych na stolikach w barze.

Lech Poznań mistrzem Polski.

Wielka powódź na Odrze i Wiśle.

Jakiś koncert AC/DC.

Nie dla niego.

Ani do tańca, ani do śpiewania.

Woli polskie piosenki. Góralskie. Disco polo.

Przy tym można się przynajmniej dobrze bawić.

Całą noc.

Odkłada gazetę.

Nagle uśmiecha się do siebie.

Już niedługo będzie potrzebował telewizora.

Niedługo usłyszy o sobie.

Wiadomości.

Dziennikarze.

Policja.

Czy to nie piękne?


Kiedy zapadł zmrok, droga opustoszała zupełnie.

Żadnych świateł. Żadnych samochodów.

Tylko świergot ptaków i ciężki, wilgotny zapach wiosny.

Sprawdził jeszcze raz, czy ma wszystko, czego potrzebuje, i ruszył.

Silnik zawarczał cicho. Powoli wyjechał ze stacji, niemal nabożnie uważając, by nie zwrócić na siebie uwagi.

Teraz najważniejsze było jedno: dojechać bez wzbudzania podejrzeń.

Trasę miał zaplanowaną wcześniej. Mało uczęszczane drogi lokalne, kilka bocznych odcinków, żadnych przypadkowych postojów. Dwa razy zjechał z głównej szosy. Potem jeszcze raz zmienił kierunek.

Znał te drogi.

Każdy zakręt.

Każdą polną odnogę.

Każdą dziurę w asfalcie.

Jeździł tędy wcześniej wiele razy. Obserwował. Zapamiętywał.

Po niespełna dwóch godzinach był na miejscu.

Cmentarz wyłonił się z ciemności.

Najpierw zobaczył krzyż.

Ogromny, drewniany, nieruchomy pośród brzóz. W świetle księżyca wyglądał jak czarny znak wbity w noc.

Dopiero po chwili dostrzegł resztę.

Pochylone nagrobki. Popękane płyty porośnięte mchem. Zatarte inskrypcje, których nie dało się już odczytać. Niemieckie nazwiska, polskie, gdzieniegdzie cyrylica.

Trzy armie.

Jedna ziemia.

Jedna śmierć.

Wiatr poruszał koronami brzóz. Białe pnie pojawiały się i znikały między cieniami.

Gdzieś w lesie odezwał się ptak.

Potem znowu zapadła cisza.

Zatrzymał samochód przy starej, zardzewiałej furtce.

Wysiadł.

Przeciągnął się, rozprostował plecy.

W kabinie nadal unosił się zapach potu i śmierci.

Nie czuł obrzydzenia.

Przeciwnie.

Całe ciało miał napięte jak przed wielkim wydarzeniem. Serce biło szybciej. Czuł przypływ energii, którego nie doświadczał od lat.

Cały ten dzień.

Wszystkie przygotowania.

Czekanie.

Niepewność.

Teraz prowadziły właśnie tutaj.

Do tej chwili.

Otworzył tylne drzwi.

Kobieta leżała nieruchomo.

Przez chwilę patrzył na jej twarz.

Wyglądała, jakby spała.

Pomyślał o Ewie.

Tamta była zupełnie inna.

Rude włosy. Niebieskie oczy. Śmiech, który potrafił rozbroić człowieka w jednej chwili.

Ta tutaj była tylko przypadkowym ogniwem.

Nikim ważnym.

Kimś, kto znalazł się na jego drodze w niewłaściwym miejscu i o niewłaściwej porze.

Wyciągnął ciało z samochodu.

Na polanie ustawił drewniany pal osadzony w metalowym stojaku na choinki.

Nad wszystkim górował krzyż.

Przez moment miał wrażenie, że miejsce patrzy na niego.

Nie zatrzymało go.

Zaczął przygotowywać swoją scenę.

Robił wszystko spokojnie, bez pośpiechu. Tak jak wcześniej zaplanował.

Drewno.

Sznury.

Słoma.

Benzyna.

Każdy element miał swoje miejsce.

Każdy szczegół był częścią przedstawienia, które od miesięcy rozgrywał najpierw w głowie.

Teraz miało stać się rzeczywistością.

Kiedy skończył, cofnął się kilka kroków.

Spojrzał na przygotowany stos.

Na ciało.

Na krzyż.

Na cmentarz.

Na ciemny las.

Przez chwilę niczego nie robił.

Jak reżyser, który przed premierą sprawdza, czy wszystko jest na swoim miejscu.

Potem wyjął zapałkę.

Potarł ją o pudełko.

Mały płomień pojawił się niemal niepozornie.

Przez sekundę trwał samotnie w ciemności.

Potem ogień znalazł drewno.

Płomień urósł.

Rozlał się po polanie, oświetlając drzewa, nagrobki i wielki drewniany krzyż.

Na moment światło padło na jego twarz.

Stał nieruchomo.

Patrzył.

Nie mrugał.

Nie odwracał wzroku.

Po raz pierwszy od piętnastu lat jego wyobrażenie stało się rzeczywistością.

Uśmiechnął się.

Bardzo lekko.

Prawie niezauważalnie.

W końcu odwrócił się i wrócił do samochodu.

Jeszcze przez chwilę łuna ognia wisiała nad drzewami, odbijając się czerwonawym blaskiem od chmur. Potem płomienie zaczęły przygasać.

Usłyszał dźwięk.

Daleki warkot silnika.

Zamarł.

Nasłuchiwał.

Samochód przejechał gdzieś daleko, z innej strony. Dźwięk szybko ucichł.

Mógł ruszać.

Wsiadł do auta i uruchomił silnik.

01:32.

Przez chwilę siedział nieruchomo, trzymając dłonie na kierownicy.

Pierwszy raz.

Naprawdę to zrobił.

Nie w wyobraźni. Nie we śnie. Nie w myślach, które przez piętnaście lat powtarzał setki razy.

Naprawdę.

Ruszył.

W drodze powrotnej zatrzymał się jeszcze raz, tym razem nad rzeką.

Wysiadł.

Potrzebował ciszy.

Stał przez chwilę przy brzegu, wdychając chłodne, nocne powietrze. Woda płynęła spokojnie, jakby tej nocy nic się nie wydarzyło.

Czuł zmęczenie, ale nie było to zmęczenie ciała.

Raczej coś odwrotnego.

Ukojenie.

Spełnienie.

Zrobił to.

Pierwszy raz.

I udało się.

Dopiero po trzeciej nad ranem zasnął.

Śniła mu się Ewa.

Ta prawdziwa.

Z dawnych lat.

Miała na sobie zieloną sukienkę w kwiaty.

Tańczyła.

Śmiała się.

A potem pobiegli razem przez las, tak jak tamtego dnia, wiele lat temu, kiedy po raz pierwszy pocałowali się po szkole.

We śnie wszystko było jeszcze takie samo.

Nie było więzienia.

Nie było zemsty.

Nie było ognia.

Byli tylko oni.

Ewa i on.

I las, który pachniał młodością.


Leżał bez ruchu, z rękami splecionymi pod głową, wpatrzony w sufit.

Biała powierzchnia migotała w półmroku, jakby nadal odbijał się w niej blask płomieni z cmentarza.

Powieki miał ciężkie, ale sen nie nadchodził.

Nie chciał go.

Sen był utratą kontroli.

A tam, gdzie nie miał kontroli, wracało wszystko to, co przez lata próbował w sobie spalić.

Dzieciństwo.

Matka.

Śmiech nauczycielki z podstawówki, kiedy nie potrafił przeczytać na głos prostego tekstu.

Ojciec, który po pijanemu walił pięścią w stół.

— Ty nie jesteś nawet chłopem. Nic z ciebie nie będzie.

Pamiętał to zdanie dokładnie.

Niektóre słowa nie starzeją się nigdy.

Ale dziś…

Dziś był kimś innym.

Stworzył ogień.

Ogień zabrał wszystko.

Nie była to zwykła śmierć.

Był w tym rytuał.

Każdy element miał swoje miejsce. Drewno. Pal. Symetria stosu. Płomień, który najpierw był mały, a potem pochłaniał wszystko.

Ogień nie był chaosem.

Był porządkiem.

Kiedy patrzył na płonące ciało, przez chwilę nie czuł się człowiekiem.

Czuł się kimś więcej.

Mścicielem.

Kimś, kto wreszcie odzyskał siłę.

Kontrolę.

Poczuł, że naprawdę żyje.

A potem coś zgrzytnęło.

Euforia zaczęła ustępować.

Najpierw prawie niezauważalnie. Potem coraz wyraźniej pojawiło się napięcie, świdrujące gdzieś za oczami.

Podniósł się na łokciu.

Nasłuchiwał.

Cisza.

Tylko własny oddech — zbyt szybki.

Próbował się uspokoić, ale nie potrafił.

Wstał.

W kuchni nalał sobie wody. Nie wypił jej. Stał tylko ze szklanką w dłoni.

Szkło lekko drżało.

Palce miał napięte, kostki pobielały.

To nie był strach.

To była złość.

Na siebie.

Bo choć wszystko poszło zgodnie z planem, znowu coś przeoczył.

Zawsze coś.

Tak jak wtedy, w ósmej klasie, kiedy zapomniał przynieść pracę plastyczną, a nauczycielka powiedziała przy całej klasie:

— Leniwy pasożyt.

Pamiętał jej głos.

Pamiętał śmiech dzieci.

Pamiętał, jak chciał zapaść się pod ziemię.

Odstawił szklankę.

Poszedł do kotłowni.

Za starą lodówką stał karton.

Wyciągnął go.

W środku leżały zdjęcia.

Dziesiątki zdjęć.

Kobiety.

Niektóre przypadkowe. Inne obserwowane od dawna. Jeszcze inne dopiero wybrane.

Przerzucał je powoli.

Aż znalazł ją.

Ewę.

Długie rude włosy. Okulary przeciwsłoneczne. Przystanek autobusowy. Uśmiechała się do kogoś, zupełnie nieświadoma, że ktoś ją obserwuje.

Przez chwilę patrzył na zdjęcie.

Potem schował je z powrotem.

Wszystko było już przygotowane.

Ona również.

Ona już została wybrana.

Zamknął karton.

Następnym razem musi być lepiej.

Nie może pozostawić nic przypadkowi.

Chce pamiętać każdy szczegół.

Twarz.

Ogień.

Dźwięki.

Chce zatrzymać tę chwilę.

Nie tylko w pamięci.

Na zawsze.

Potrzebował kontroli.

Nie nad ogniem.

Nad drugim człowiekiem.

I właśnie wtedy zrozumiał, że pierwsza ofiara nie zaspokoiła głodu.

Wręcz zbudziła go ze snu.

ROZDZIAŁ 2

Płonące kobiety były jego ucieczką.

Jedyną barierą między nim a całkowitym rozpadem.

Plastrem na ranę, która nigdy się nie goiła, a jednocześnie nożem, którym mógł wreszcie odgryźć się światu.

W więzieniu był nikim.

Ciałem.

Mięsem.

Kimś, z kim można było zrobić wszystko.

Tam nie miał żadnej władzy. Żadnego wyboru. Żadnego znaczenia.

Ale w swojej głowie był kimś zupełnie innym.

Panem.

Katem.

Bogiem ognia.

W najgorsze noce nie śnił o ucieczce.

Nie o wolności.

Nie o kobiecie, która kiedyś mogłaby go pokochać.

Śnił o ogniu.

O jego cieple.

O trzasku płomieni.

O zapachu spalenizny.

Wyobraźnia była jego jedyną bronią.

I jego przekleństwem.

Bo kiedy w końcu opuścił więzienne mury, miał wrażenie, że zostawił tam tylko swoje ciało.

Głowa została w celi.

Zbudował w niej własny teatr.

Nocami odgrywał te same sceny.

Ogień.

Krzyk.

Błaganie.

Płomienie.

Na początku twarze były niewyraźne. Kobiety z gazet, przypadkowe sylwetki, postacie wymyślone przez umysł człowieka, który zbyt długo żył za kratami.

Z czasem zaczęły nabierać szczegółów.

Miały znajome twarze.

Sąsiadek.

Urzędniczek.

Kobiet spotykanych w autobusach.

Ekspedientek w sklepach.

A wszystkie, prędzej czy później, zaczynały przypominać Ewę.

Ewa.

Ta, która pierwsza nauczyła go nienawiści.

Zdradziła go.

Wyśmiała.

— Jesteś śmieszny. Psychol.

Jedno słowo.

Wystarczyło.

Psychol.

Wryło się w niego jak tatuaż.

Potem powtarzali je inni.

Lekarze.

Strażnicy.

Sędziowie.

Ludzie, którzy patrzyli na niego z góry, z litością albo pogardą.

W końcu sam zaczął w nie wierzyć.

Miłości już nie szukał.

Miłość była dla innych.

On szukał sprawiedliwości.

W jego świecie wszystko było proste.

Byli oni.

Ci, którzy go skrzywdzili.

I był on.

Ten, który przeżył.

Ten, który miał wrócić z popiołów.

Spalenie kobiety tej nocy nie było więc początkiem.

Było spełnieniem czegoś, co narodziło się wiele lat wcześniej.

Obietnicy z więziennej pryczy.

Tyle razy powtarzał ten rytuał w głowie, że jego ręce poruszały się niemal automatycznie.

Jakby znały choreografię.

Jakby przez te wszystkie lata ćwiczył ją tylko po to, żeby pewnego dnia wykonać ją naprawdę.

Ale kiedy emocje zaczęły opadać, pojawiło się coś jeszcze.

Cichy głos.

Ten, którego najbardziej nie chciał słyszeć.

A jeśli to niczego nie zmienia?

A jeśli ogień nie oczyszcza?

A jeśli tylko spala ostatnią resztkę człowieka, która jeszcze w nim została?

Zacisnął zęby.

Nie.

Nie teraz.

To dopiero początek.

Ewa wciąż żyła.

Nie dokończył spektaklu.

Jeszcze nie.

Zsunął się z materaca na kolana.

Nie po to, żeby się modlić.

Ból wrócił nagle.

Bez ostrzeżenia.

Jak zawsze.

Wspomnienia więzienia.

Ciemność.

Ciała.

Oddechy tuż przy twarzy.

Zapach potu.

Śmiech.

Tamtej nocy, tam i wielu innych nocy, nie miał siły nawet krzyczeć.

Nauczył się więc zamykać oczy.

A kiedy je zamykał, widział ogień.

Kobiety płonęły jedna po drugiej.

Ich krzyki zagłuszały jego własny.

I wtedy ból stawał się trochę łatwiejszy do zniesienia.

Nie znikał.

Nigdy nie znikał.

Ale przez kilka minut należał do niego.


Palił kobiety w głowie, żeby samemu nie płonąć od środka.

I w tym szaleństwie był porządek.

System.

Bo w świecie, w którym został zdegradowany do roli przedmiotu, teraz wreszcie mógł być kimś, kto decyduje.

Reżyserem własnego teatru śmierci.

Ale jedno pytanie wracało.

Uparcie.

Jak głos dochodzący z głębokiego snu:

Co zrobisz, kiedy spalisz Ewę?

A potem:

Co dalej?


Każdy dzień w celi jest jak kopnięcie w brzuch — zimne, bezlitosne i nieuniknione. Więźniowie nie żyją. Po prostu trwają. Wegetują w świecie zbyt ciasnym, zbyt ciemnym, przesyconym potem, uryną i wilgocią. Ściany zdają się oddychać pleśnią i starym, niepranym lękiem.

W telewizji pokazują pewnie te odnowione cele. Czyste, schludne, przygotowane na wizytę ekipy filmowej. Może gdzieś takie istnieją. Puste, nienaruszone, pachnące farbą. Tutaj na pewno nie.

Ryszard siedzi w czteroosobowej celi, w najstarszym, zapomnianym skrzydle zakładu. Dla pozostałych nie jest człowiekiem. Nie jest nawet współwięźniem.

Jest łupem.

Każdego ranka budzi go metaliczny jęk dzwonka, rozrywający resztki snu jak łom uderzający w głowę. Zanim jeszcze otworzy oczy, słyszy głosy.

— Wstawaj, kurwo.

— Świętoszek się obudził.

— No co, Rysiu? Dzisiaj też będziesz płakał?

Obelgi są tutaj czymś więcej niż słowami. Są częścią porannego rytuału. Tak samo jak sprawdzanie krat, liczenie osadzonych i metaliczny stukot zamykanych drzwi.

W ich oczach nie ma żadnej wartości.

Z takim paragrafem nie ma w więzieniu przyszłości.

Gwałt ze skutkiem śmiertelnym.

Te słowa rozchodzą się po korytarzach szybciej niż jego nazwisko.

W celi panuje niepisana hierarchia. Na szczycie są ci, którzy mają staż, wpływy i brutalność wypisaną w oczach. Ryszard znajduje się na samym dole.

Cień przy ścianie.

Większość dnia spędza skulony na swoim łóżku, z opuszczoną głową. Unika wzroku innych. Jeśli przypadkiem spojrzy komuś w oczy, natychmiast odwraca wzrok.

Tutaj nie samo spojrzenie jest przywilejem.

Przywilejem jest prawo do patrzenia.

Posiłki podają na plastikowych tacach. Cuchną tłuszczem i rezygnacją. Więźniowie wysuwają ze ściany rozkładany stół i siadają razem.

Ryszard czeka.

Zawsze.

Je dopiero wtedy, kiedy pozostali skończą.

Nie protestuje. Nie pyta. Nie patrzy.

Każde słowo może stać się pretekstem. Każdy gest — prowokacją. Nawet zbyt szybkie podniesienie głowy może wywołać śmiech, a śmiech czasem wystarczy, żeby wieczorem ktoś zapukał do jego pryczy.

Koledzy z celi grają w karty, czytają, rozmawiają. Czasami śmieją się z czegoś, czego Ryszard nawet nie rozumie.

Nie należy do tego świata.

Siedzi pod ścianą jak pies, który nauczył się, że najlepiej nie podchodzić do stołu, dopóki ktoś go nie zawoła.

Nikt go nie woła.

Wieczorem zapada mrok.

Wtedy wszystko cichnie, ale tylko na chwilę.

Cienie przesuwają się po ścianach. Z korytarza dochodzą pojedyncze kroki, szczęk zamka, czyjś kaszel. Gdzieś daleko ktoś krzyczy przez sen.

Ryszard leży nieruchomo i patrzy w sufit.

Sen nie przynosi ukojenia. Jest tylko zlepkiem wspomnień, koszmarów i lęku przed kolejnym dniem.

Czasami zamyka oczy i próbuje sobie wyobrazić inne miejsce.

Łąkę.

Las.

Dom.

Ewę.

Ale obrazy rozpadają się niemal natychmiast.

Wracają ręce.

Zapach potu.

Ciężar ciał.

Śmiech.

Wtedy otwiera oczy.

Tutaj nie ma żadnego prawa, żadnego głosu, który należałby do niego. O wszystko trzeba prosić. O wyjście do toalety. O lekarza. O rozmowę. O chwilę spokoju.

Jest nikim.

Tacy jak on mają w więzieniu naprawdę przekichane.

Gwałciciele. Mordercy. Pedofile.

Paragraf mówi wszystko.

Klawisze zadbają, żeby wszyscy wiedzieli.

Nie zdążył się jeszcze dobrze zameldować, kiedy z okien pawilonu dobiegły pierwsze krzyki.

— Mamy świeżynkę!

Śmiech.

— Patrzcie, jaki delikatny!

— Rysiu! Tutaj, Rysiu!

Nie odpowiedział.

Nigdy nie odpowiadał.

Dlaczego nie trafił do ochronki?

Może to był błąd systemu.

Może ktoś się pomylił.

A może przeciwnie — ktoś bardzo dobrze wiedział, gdzie go umieścić.

Czasami myślał o rodzicach dziewczyny. Byli na każdej rozprawie. Siedzieli w pierwszym rzędzie, milczący, nieruchomi. Patrzyli na niego tak, jakby samym wzrokiem mogli wymierzyć mu karę.

Może dopilnowali, żeby cierpiał.

Może ktoś uznał, że sprawiedliwość wymaga czegoś więcej niż wyroku.

Że dwadzieścia pięć lat za kratami to za mało.

Że powinien cierpieć codziennie.

Ryszard długo nie wiedział, co jest gorsze.

Czy to, że wszyscy go tutaj nienawidzą.

Czy myśl, że może ktoś właśnie tego chciał.


Ojciec się go wyrzekł. W gazecie powiedział, że nie ma syna. Potem zamilkł. Przestał mówić, przestał właściwie funkcjonować.

Matka — drobna, milcząca kobieta — była jedyną osobą, która się go nie wyrzekła. Nie mówiła wiele. Nie potrafiła znaleźć słów, które mogłyby cokolwiek naprawić. Ale przychodziła.

Była.

I to jedno znaczyło więcej niż wszystkie słowa.

Ale nawet jej obecność nie mogła go uratować przed tym, co przyszło później.

Młody chłopak został wrzucony w piekło ludzi, którzy od pierwszego dnia wiedzieli, że jest bezbronny. Dla nich nie był człowiekiem. Był zabawką. Laleczką.

Tak do niego mówili.

Z uśmiechem. Prawie czule. Ta pozorna czułość była gorsza niż przekleństwa.

Był poniżany, bity, gwałcony. Czasami przez jednego. Czasami przez kilku.

Potem zostawiali go w spokoju.

Na dzień. Dwa. Czasem kilka.

Ale ten spokój nie był ulgą. Był tylko oczekiwaniem.

Najgorsze było właśnie oczekiwanie.

Leżał wtedy na swojej pryczy i nasłuchiwał kroków na korytarzu. Każdy dźwięk mógł oznaczać początek kolejnej nocy. Każde otwarcie drzwi wywoływało w nim ten sam odruch: napięcie całego ciała i pragnienie, żeby zniknąć.

Czasem, dla żartu, pozwalali mu usiąść przy stole.

Jakby łaskawie przyznawali mu człowieczeństwo na kilka minut.

— Po co się, synek, szarpiesz? — mówili. — Mniej będzie bolało.

Ich śmiech zostawał w nim na długo.

Z czasem zrozumiał, że nie chodziło nawet o samą przemoc. Chodziło o władzę. O pokazanie mu, że nie ma już nic swojego. Ani ciała. Ani godności. Ani prawa do sprzeciwu.

Jedyną radę, jaką usłyszał od pielęgniarki, kiedy trafił do niej z obrażeniami, zapamiętał na całe życie.

— Niech pan da sobie spokój. Jak się pan stawia, tylko ich pan prowokuje. Będzie jeszcze gorzej.

Powiedziała to spokojnie. Prawie życzliwie.

I właśnie ta obojętność bolała go wtedy najbardziej.

Bo wiedziała.

Wiedziała, co się dzieje. Wiedzieli wszyscy.

Wszyscy znali jego paragraf. Wszyscy wiedzieli, kim był.

Dla nich sprawa była prosta.

Gwałciciel. Morderca. Potwór.

Dwadzieścia pięć lat więzienia.

Wyrok.

Koniec.

Nikt nie pytał, co dzieje się z człowiekiem, który każdego dnia budzi się w strachu i zasypia w strachu. Nikt nie pytał, ile można odebrać człowiekowi, zanim przestanie czuć się człowiekiem.

Z czasem przestał już liczyć dni.

Liczył noce.

I nauczył się jednej rzeczy.

Że człowiek może przeżyć prawie wszystko, jeśli ma po co.

Jego powodem była zemsta.

Początkowo tylko myśl.

Potem obietnica.

A w końcu — jedyna rzecz, która trzymała go przy życiu.

Tego się nie zapomina.

Ani bólu.

Ani strachu.

Ani ciszy, która zapadała po wszystkim.

ROZDZIAŁ 3

Mijały kolejne miesiące. Lato ustąpiło miejsca wilgotnej, zgniłej jesieni. Słoneczne dni odeszły w zapomnienie, a wraz z nimi poczucie siły i kontroli.

Przez jakiś czas wierzył, że znów panuje nad swoim ciałem. Że ujarzmił zmysły, pokonał słabości, wymazał z pamięci lata spędzone w więzieniu.

Myślał, że to już za nim.

Że zło nie wróci.

Że tamta potrzeba zabijania uleciała na zawsze, rozproszona w świetle lipcowych wieczorów.

A jednak wraz z jesienną melancholią wróciły myśli, których tak bardzo chciał się pozbyć. Coś ciemnego, głęboko uśpionego, znów zaczęło w nim kiełkować. Powoli. Cicho. Nieubłaganie.

Wspomnienia.

Pragnienia.

Gniew.

Był pewien, że tamte lata — najgorsze lata jego życia — zostały pogrzebane gdzieś głęboko w pamięci. Teraz wracały. I z każdym tygodniem stawały się wyraźniejsze.

Aż w końcu pojawiła się ona.

Ewa.

To musi być Ewa.

Przecież wszystko zaczęło się od niej.

Zdrada. Kłamstwo. Upadek.

To przez nią.

Czas na kolejne spalenie.

Czas na ciebie, Ewo.

Dla niej musi wybrać miejsce szczególne. Piękne. Święte. Z krzyżem, kapliczką, czymś, co będzie miało znaczenie. Coś związanego z Bogiem.

Miejsce, które samo opowie swoją historię.

Minęły cztery miesiące od pierwszego morderstwa. Znów nie spał nocami. Znów wracały lęki, a wraz z nimi tamto znajome napięcie, którego nie potrafił już powstrzymać.

Czuł się jak bezbronna owca wśród wilków.

A Ewa?

Ewa była zupełnie inna.

Blisko Kościoła. Głęboko wierząca. Katechetka. Kobieta modlitwy.

Dlatego miejsce jej śmierci musiało być związane z wiarą.

Policja to kupi.

Będą szukać fanatyka. Człowieka owładniętego religijną obsesją. Kogoś, kto zabija w imię Boga.

A na wschodzie takich miejsc nie brakuje.

Prawosławie. Stare wierzenia. Pogańskie echa. Legendy przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Tu niemal każde rozdroże ma swój krzyż.

Przeglądał mapy długo.

Staw Ujazdowski w Kolonii. Źródełko w Krasnobrodzie. Jeziorko Sodoma w Kolonii Zamszany.

Miejsca otoczone legendami.

Uświęcone.

Uzdrawiające.

Oczyszczające z grzechu, choroby, niepłodności.

W Kolonii Kryłów, według starego podania, niepłodna kobieta miała naga usiąść okrakiem na figurce wilka i obmyć się w stawie.

To miejsce szczególnie go zainteresowało.

Wyobrażał ją sobie tam.

Nagą.

Płonącą.

Na tle starej rzeźby, wśród wody, traw i ciemnych drzew.

Przez chwilę obraz wydawał mu się doskonały.

Ale miejsce było zbyt ryzykowne.

Blisko granicy z Ukrainą. Kamery. Straż graniczna. Przypadkowi ludzie.

Za dużo oczu.

Nie.

Musiał znaleźć coś innego.

Może karawaka?

Krzyż trójramienny, przywleczony tu przed wiekami z Hiszpanii. Według wierzeń miał chronić przed chorobami i nieszczęściem.

W Szewni Dolnej stała jedna.

Na rozstaju polnych dróg.

Pustka wokół.

Cisza.

Martwa przestrzeń.

Doskonałe miejsce.

Przerażające właśnie przez swoją zwyczajność.

Przyglądał się mapie jeszcze przez chwilę.

Czegoś mu brakowało.

Krzyż był odpowiedni.

Miejsce również.

Ale potrzebował jeszcze jednego elementu.

Wierzby.

Takiej starej, samotnej.

Z cienkimi, nagimi gałęziami opuszczonymi ku ziemi, a jednocześnie wyciągniętymi w stronę nieba jak ręce podczas modlitwy.

Uśmiechnął się.

Teraz obraz był kompletny.


Pierwsze egzekucje na stosie, z których słynęły średniowieczne czasy, oglądał w „Historii Kościoła” — grubym, dwutomowym dziele, które jakimś cudem przeoczyli więzienni cenzorzy. Była tam przemoc, zabójstwa i okrucieństwo dokonywane w imię wiary.

To właśnie wtedy po raz pierwszy pojawiła się w jego głowie myśl o paleniu kobiet.

Obrazy utkwiły w nim głębiej niż cokolwiek innego. Nie potrafił się od nich uwolnić. Nawet po latach zapach dymu, widok ognia w kominku czy płomień cmentarnych zniczy przywoływały tamte strony. Nie tyle książkę, ile coś, co podczas jej czytania narodziło się w jego własnym umyśle.

W „Historii Kościoła” była scena, która wracała do niego najczęściej.

Młoda kobieta. Piękna. Naga.

Nie chodziło nawet o nagość. Najbardziej fascynowało go to, że wszystko odbywało się jak rytuał. Jak przedstawienie, w którym każdy gest miał swoje znaczenie, a śmierć stawała się częścią ceremonii.

Tamta kobieta miała oczy podobne do oczu Ewy.

Uparte. Wierzące.

I przez to jeszcze bardziej go raniące.

Już wcześniej wiedział, że będzie zabijał. Nie wiedział tylko jak. Nienawiść i poczucie krzywdy domagały się ujścia, ale przez długi czas nie znał formy, którą mógłby nadać swojej zemście.

Aż któregoś dnia, z nudów, znów otworzył książkę.

I wtedy doznał olśnienia.

Ogień.

To była zemsta godna jego cierpienia.

Nie zwykłe zabójstwo. Nie nóż, nie kula, nie cios. Coś większego. Coś, co miało znaczenie.

W jego wyobraźni pojawiły się płomienie oplatające ciało skazanej kobiety. Tłum. Pochodnie. Krzyże. Kapłan stojący w centrum tego przedstawienia. I wiara, która miała usprawiedliwić wszystko.

W jego głowie kobiety wcześniej czy później przyznawały się do wszystkiego, czego od nich żądano. Do grzechu. Do obcowania z szatanem. Do nieczystych praktyk.

A tłum wierzył.

Widział w tym sprawiedliwość.

On również chciał jej sprawiedliwości.

Tylko że jego sprawiedliwość nie potrzebowała już sądu.

Dla niego to przestała być zemsta. Stała się czymś większym. Sprawiedliwością dziejową.

On — narzędzie ognia.

On — inkwizytor w czasach, w których, jak uważał, zabrakło świętości.

Nie kierowała nim już furia. Nie działał pod wpływem impulsu. Każdy szczegół miał znaczenie. Każdy ruch musiał być przemyślany. W jego umyśle rodziła się własna liturgia — chora, wypaczona, ale dla niego prawdziwa.

Tym razem nie chciał tylko zabić.

Chciał, żeby razem z kobietą spłonęło wszystko, co według niego ją określało: jej wiara, jej przekonanie o własnej niewinności, jej moralna wyższość.

A najbardziej chciał zobaczyć Ewę.

Swoją dawną miłość.

Swoją zdrajczynię.

Swoją Judaszycę.

Chciał, żeby w chwili śmierci zwróciła się do Boga, w którego wierzyła.

I żeby Bóg milczał.

Chciał zobaczyć, jak płonie jej zdrada.

Jak gaśnie jej wiara.

Jak ogień odbiera jej wszystko, co kiedyś uważała za święte.

A kiedy wreszcie ucichnie, miał pozostać tylko popiół.

I jego zemsta.


Wszystkie kobiety, które spotkał w życiu, były takie same.

Kurwy.

Bez godności. Bez sumienia. Zawsze czegoś chciały. Zawsze patrzyły z góry, jakby był od nich gorszy. Jakby nie zasługiwał nawet na zwykły szacunek.

Tylko jedna była inna.

Jego matka.

Tylko ona go rozumiała. Tylko ona potrafiła mu wybaczyć. Tylko ona wiedziała, że to wszystko nie było jego winą.

Bo przecież tamta zaczęła.

Ta mała od sąsiadów.

Prowokowała go. Poniżała. Patrzyła na niego drwiąco, jakby był nikim. Pamiętał jej uśmiech. Ten pogardliwy błysk w oczach. Rozpaliła go do czerwoności.

Chciał tylko, żeby przestała krzyczeć.

Żeby przestała mu ubliżać.

Nie chciał zrobić jej krzywdy. Nie planował tego. To ona go zaczepiła.

Potem wszystko się urwało.

W jednej chwili był wrzask, w następnej cisza.

Kiedy umilkła, po prostu ją zostawił i wrócił do domu.

Nawet nie wiedział, że ją zabił.

Jak można osądzać człowieka za coś, czego nie zrobił z własnej woli?

Jak można odpowiadać za chwilę, której się nie pamięta?

W więzieniu wszystko zaczęło mu się układać.

Piłat, współosadzony, wytłumaczył mu to jak lekarz pacjentowi.

— Człowieku, miałeś pomroczność — mówił z przekonaniem. — Jak nie pamiętasz, to znaczy, że byłeś w pomroce. Twój adwokat powinien się tego trzymać. Winny jest ten, kto zabija świadomie. Z zemsty. Dla pieniędzy. Ty nie miałeś zamiaru. Ty po prostu nie byłeś sobą.

To przyniosło mu ulgę.

Po raz pierwszy ktoś powiedział to głośno.

Ktoś go zrozumiał.

Bo to przecież nie jego ręka zabiła.

To była chwila.

Ciemność.

Zawieszenie.

Coś, co przyszło i minęło, pozostawiając po sobie tylko ciało i wyrok.

Tylko matka została przy nim do końca.

I Matka Boża.

Jej też ufał.

Rozmawiał z Nią nocami, szeptem, kiedy nie mógł zasnąć. Nie zawsze odpowiadała, ale sama świadomość, że słucha, wystarczała. Wtedy robiło się lżej. Troszkę jaśniej.

Pamiętał Ją z bocznej nawy wiejskiego kościółka, w którym jako chłopak służył do mszy.

Cichy zapach kadzidła.

Poranny chłód.

Echo własnych kroków odbijających się od kamiennej posadzki.

I Jej twarz.

Łagodną.

Spokojną.

Jakby patrzyła na niego bez potępienia.

Jakby wiedziała.

Jakby jako jedyna rozumiała, że on nie jest zły.

Że został skrzywdzony.

Że to świat zrobił z niego to, kim się stał.

Bo wszystkie inne kobiety?

Wszystkie, bez wyjątku?

Nic niewarte dziwki.


Koszmary wracają. Noc w noc. Znowu.

W snach przychodzą do niego twarze z celi, twarze oprawców. Zniekształcone, śliskie, pełne pogardy. Czują jego słabość. On to czuje. Każdym nerwem, każdą kroplą potu. Budzi się zlany potem, z sercem walącym jak młot.

Czuje głód zemsty, bólu. Potrzebuje kogoś zranić, kogoś złamać — by poczuć się znowu sobą. By poczuć siłę, która pozwoli mu przetrwać kolejny dzień. Nie, to już nie tylko gotowość. To potrzeba. Potrzebuje zbrodni tak, jak inni potrzebują snu, jak potrzebują tlenu. Tylko wtedy zasypia spokojnie — kiedy komuś zada ból. Tylko wtedy budzi się wypoczęty. Bez drżenia rąk. Bez pustki.

Jest gotowy. Zdał egzamin za pierwszym razem. Teraz będzie lepiej.

Już nie działa instynktownie. Nabiera doświadczenia. Myśli chłodno, metodycznie. Uczy się. Wszystko ma znaczenie — każda lokalizacja, każdy szczegół. Chce, żeby było widowiskowo. Ale nie kosztem bezpieczeństwa.

Tym razem nie zabije przed spaleniem. Tym razem będą płonąć żywe. Tylko wtedy to ma sens. Tylko wtedy ogień oczyści jego wnętrze. Ich ból — to jego ulga. Ich agonia — jego wolność.

Szczególnie Ewa. Szczególnie, jeśli to będzie ona. Będzie patrzył, jak spala się w oczach. Jak znika z niej ta zuchwałość, to wieczne poczucie wyższości. Będzie słuchał, jak błaga. Jak wzywa pomocy. Jak próbuje się ratować. Będzie patrzył jej w oczy. Z bliska. Uważnie.

Zanim wszystko zniknie.

Uczy się. Planuje. Każdy szczegół. Samochód musi być gotowy. Silnik uruchomiony. Ustawiony przodem do drogi, gotowy do ucieczki. Gdyby ktoś się zjawił. Jakiś przypadkowy przybłęda.

Miał wiele tygodni, żeby wszystko przeanalizować. Pierwszy raz był dobry. Ale popełnił błędy.

Teraz nie może sobie na to pozwolić.

Ewa musi być żywa. Trzeba ją ogłuszyć. Potem przewieźć do wybranego wcześniej miejsca.

Drewno będzie miał w furgonetce. Z hipermarketu przywiózł masywny stojak na domową choinkę. Na nim zamontuje centralny pal — gruby, solidny. Wokół niego ułoży stos. Noc. Cisza. Ciemność. Pustka. Nikt nie przyjdzie. Nikt nie usłyszy.

Zanim podpali, może zdejmie jej plaster z ust. Porozmawia z nią. Nie po to, by coś zrozumieć. Po to, by usłyszeć jej błaganie. By usłyszeć „proszę”. By ją złamać.

Ciało zacznie płonąć od stóp. Płomienie pełznąć w górę — przez pachwiny, brzuch, piersi.

Czytał dużo. O stosach. O czarownicach. O średniowiecznych torturach.

Wie, jak przygotować egzekucję, by ofiara nie straciła przytomności zbyt szybko.

By nie udusiła się dymem. By krew w niej zawrzała. By jak najdłużej patrzyła mu w oczy.

Bo zabicie to za mało. Zabić — to nic. On chce odebrać godność. Złamać. Skruszyć. Zgasić w niej wszystko. I przez nią — uderzyć w jej matkę. W tę dumną kobietę. W tę, która całe życie patrzyła na niego z góry.

Koszmary nie znikną od samego ciosu. Potrzebna jest ofiara. Spektakl.

Rozważał chloroform. Ale zbyt ryzykowny. Zbyt cienka granica między uśpieniem a śmiercią.

Za mało kontroli. A on musi mieć kontrolę.

W więzieniu nie marnował czasu. Siłownia była jego świątynią. Dziś jest silny. Szybki. Sprawny.

Opuścił więzienie w pełni formy. Obezwładnienie takiej kruszynki, mimo że jego kochana z dawnych lat nabrała przez mijające lata sporo ciała, będzie łatwością.


Przez kilka tygodni obserwował szkołę podstawową, w której uczyła Ewa. To właśnie tam miała swój świat — dzieci, klasę, dzienniki, tablicę i marker w dłoni.

Ale on widział coś innego.

Widział schemat. Powtarzalność. Rutynę, w którą można było wsunąć się jak cień.

Znał już dźwięk dzwonka, który każdego dnia wylewał tłum uczniów na chodnik przed szkołą i w stronę rzeki. Znał również drugie wyjście — przeznaczone dla pracowników. Ciche, niemal niewidoczne. Prowadziło prosto na parking, gdzie stał jego niebieski Ford.

Każde zlecenie od szefa, każde „jedź do miasta”, każde „załatw to” stawało się pretekstem, żeby pojawić się tam znowu. Na tyłach szkoły, w cieniu, z notesem w kieszeni i spojrzeniem, które przecinało codzienność jak nóż.

Przyjeżdżał o różnych porach. Obserwował. Zapamiętywał. Notował.

Powoli przed jego oczami rysowała się mapa życia Ewy.

Była przewidywalna.

Zbyt przewidywalna.

O tej samej porze wychodziła ze szkoły, wsiadała do Hondy i odjeżdżała. Czasem zabierała dzieci. Czasem zatrzymywała się jeszcze po drodze na zakupy. Te dni już odrzucił. Zbyt wiele przypadkowych osób. Zbyt wiele możliwości, że coś pójdzie nie tak.

Ale był jeden dzień.

Tylko jeden.

Dzień, w którym dzieci odbierał ktoś inny.

Wtedy wracała sama.

Wtedy wszystko miało się zmienić.

Znał już jej samochód. Znał drogę, którą najczęściej wybierała. Znał pory dnia, w których ruch na ulicach zamierał. Znał jej zwyczaje lepiej, niż człowiek powinien znać życie drugiego człowieka.

Nie pozostawiał niczego przypadkowi.

Teraz czekał tylko na odpowiednią pogodę.

Od tygodnia zapowiadano gwałtowne ochłodzenie, śnieg i zawieje. W jego wyobraźni świat miał wtedy zniknąć pod bielą. Drogi miały opustoszeć, drzewa ugiąć się pod ciężarem śniegu, a wszystko, co znajdowało się dalej niż kilka metrów, rozpłynąć się w mlecznej zasłonie.

Wymarzona sceneria.

Płomienie na tle zimowej nocy.

Trzask ognia.

Śnieg.

I cisza.

W taką pogodę ludzie nie włóczą się bez potrzeby. Wracają do domów. Zamykają drzwi. Zasłaniają okna. Świat zwęża się do kilku metrów chodnika, reflektorów samochodu i ciepłego światła mieszkań.

Zima ucisza wszystko.

Zamyka drzwi.

Usypia czujność.

Nie mógł sobie wymarzyć lepszej okazji.

Przez chwilę siedział nieruchomo w samochodzie i patrzył w stronę szkoły.

Ewa.

Jeszcze niczego nie podejrzewała.

Jeszcze żyła swoim zwyczajnym życiem.

Nie wiedziała, że w czyjejś głowie jej dni zostały już dawno policzone.

To będzie ten dzień.

Ta godzina.

Ta kobieta.


Podjechał na szkolny parking dokładnie o wpół do czwartej. Zatrzymał się tuż przed jej Hondą. Miał na sobie śnieżnobiałą kurtkę i kominiarkę. W zawiei niemal znikał na tle śniegu. Dla przypadkowego przechodnia mógł być tylko cieniem, białą plamą przesuwającą się między samochodami.

O tej porze szkoła praktycznie pustoszała. Zostawała jeszcze Ewa. Może ktoś z administracji, może nauczyciel wychowania fizycznego. Ryszard czekał.

Mam czas, pomyślał. Jeśli nie będzie sama, zrezygnuję. Nie dziś. Ale jeśli tak…

Nie musiał czekać długo.

Dokładnie o 15:40 Ewa wyszła z budynku. Kaptur miała zsunięty na plecy, głowę wtuloną w ramiona. Szła szybko w stronę samochodu, nie oglądając się na boki.

Kiedy pochyliła się nad zamkiem, wysiadł.

— Proszę pani! Ewo! Dzień dobry!

Zatrzymała się.

Odwróciła gwałtownie.

I wtedy go poznała.

Mimo tylu lat — od razu.

Twarz, której nie chciała już nigdy oglądać, wróciła z przeszłości tak nagle, jakby wszystkie minione lata były tylko krótką przerwą.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.

— Ryszard? — wyszeptała.

W jej głosie było wszystko: szok, niedowierzanie i coś jeszcze. Strach, którego sama jeszcze nie potrafiła nazwać.

— Chciałem cię zobaczyć. Po prostu…

Zaśmiał się zbyt głośno. Nienaturalnie.

— Stęskniłem się.

Zrobił krok w jej stronę.

— Przytul mnie.

Uśmiechał się. Prawie czule.

Ale w jego oczach nie było niczego, co pamiętała.

— Oszalałeś? — cofnęła się. — Nie chcę cię znać. Zostaw mnie. Bo… bo wezwę policję.

I wtedy zobaczył to, na co czekał.

Strach.

Pierwszy, czysty błysk przerażenia w jej oczach.

Wszystko inne przestało mieć znaczenie.


Śnieżyca przybierała na sile.

Samochód zniknął za kolejnym zakrętem, a szkoła została daleko za nim, niewidoczna już w białej zasłonie.

Ryszard prowadził spokojnie.

Nie spieszył się.

Wiedział, że właśnie przekroczył granicę, zza której nie było już powrotu.

Przez lata wyobrażał sobie tę chwilę.

W więziennej celi.

W bezsennych nocach.

W swoich chorych, uporczywych fantazjach.

A teraz była prawdziwa.

Ewa była z nim.

I po raz pierwszy od wielu lat poczuł coś, czego nie potrafił nazwać.

Nie radość.

Nie nawet zemstę.

Spełnienie.

Śnieg zasypywał drogę coraz grubszą warstwą. Świat za szybą stawał się biały i bezkształtny.

Ryszard pomyślał, że to dobrze.

Jakby sama natura pomagała mu zatrzeć ślady.

A jednak gdzieś pod tą myślą pojawiła się inna.

Cicha.

Niechciana.

Co będzie, jeśli tym razem nie poczuje nic?

Jechał dalej.

Nie znał jeszcze odpowiedzi.


Kiedy dotarł na miejsce, zrobił dwa kółka po okolicy. Chciał mieć pewność, że nikogo nie ma. Żadnych przechodniów. Żadnych przypadkowych ludzi.

Zawrócił i zatrzymał samochód tak, żeby w każdej chwili móc odjechać. Silnik zostawił włączony.

Rozejrzał się jeszcze raz.

— Kurde… że też wcześniej na to nie wpadłem — mruknął do siebie.

Lornetka z noktowizorem.

Następnym razem.

O ile będzie następny raz.

Noc była gęsta i ciemna. Śnieg padał coraz mocniej, pokrywając ziemię białą warstwą. Wiatr świstał wysoko w koronach drzew. Na rozstaju dróg, pośród pustej przestrzeni, stał trójramienny krzyż.

Ryszard patrzył na niego przez chwilę.

Idealnie.

Potem odwrócił się w stronę samochodu.

Ewa odzyskała przytomność.

Najpierw poruszyła głową. Potem zaczęła się szarpać.

Ryszard podszedł spokojnie.

Nie spieszył się.

Wszystko, co przez tyle lat istniało wyłącznie w jego głowie, nagle stało się rzeczywiste.

Patrzył na nią długo.

Na jej twarz.

Na oczy.

Na strach, którego kiedyś tak bardzo potrzebował.

To działało na niego jak narkotyk.

Przez chwilę zapomniał o całym świecie.

Byli tylko oni.

On.

Ona.

I śnieżyca.

Ewa drżała z zimna. Jej twarz była blada, niemal nierzeczywista. W tej scenerii wyglądała młodziej, niż ją zapamiętał. Prawie tak jak wtedy.

Przez moment zobaczył przed sobą dziewczynę sprzed lat.

Ewę, która śmiała się w lesie.

Ewę, która trzymała go za rękę.

Ewę, która kiedyś mówiła do niego „Rysiu”.

Ale obraz zniknął.

Została kobieta stojąca przed nim.

Jego ofiara.

Podszedł bliżej i zerwał taśmę z jej ust.

— Witaj, kochanie.

Ewa spojrzała na niego.

Przez chwilę nie mogła wydobyć z siebie głosu.

— Ryszard…

Uśmiechnął się.

— Już nie Rysiu?

— Proszę cię…

— Już nie „najdroższy”?

— Ryszard, posłuchaj mnie.

Zaśmiał się cicho.

— Ty zawsze umiałaś mówić.

— Nie wiem, co ci się stało. Nie wiem, co przeżyłeś. Ale możemy porozmawiać.

— Porozmawiać?

Powtórzył to słowo, jakby było czymś zabawnym.

— Teraz chcesz rozmawiać?

— Nigdy nie chciałam, żeby stało ci się coś złego.

Na jego twarzy pojawił się grymas.

— Zniszczyłaś mi życie.

— Nie.

— Spłoniesz jak czarownica.

Ewa zamknęła oczy.

— Błagam cię.

— Nie błagaj.

— Ryszard…

— Nie mów do mnie tak.

Otworzyła oczy.

— Jak mam mówić?

Milczał.

To pytanie wytrąciło go z równowagi bardziej, niż powinno.

— Jak do człowieka — powiedziała cicho. — Bo nim jesteś.

Przez chwilę patrzył na nią bez słowa.

Potem jego twarz stężała.

— Nie pouczaj mnie.

— Nie pouczam.

— Jesteś katechetką. Powinnaś wiedzieć, że każdy kiedyś odpowiada za swoje grzechy.

— Tak.

— A ty masz ich więcej niż myślisz.

— Jeśli uważasz, że cię skrzywdziłam, powiedz mi jak.

Milczał.

Śnieg osiadał na jego kurtce.

— Nie pamiętasz?

— Pamiętam wiele rzeczy.

— Ja też.

Ewa zaczęła płakać.

Nie odwróciła jednak wzroku.

— Ryszard… cokolwiek sobie wyobrażasz, zabicie mnie tego nie zmieni.

Jego usta drgnęły.

— Nie?

— Nie.

Przez chwilę wyglądał tak, jakby chciał odpowiedzieć.

Nie odpowiedział.

Zamiast tego pochylił się nad nią.

— Nie mogłaś poczekać — powiedział cicho. — Jeden rok. Tylko tyle.

Ewa spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— Na co?

— Na mnie.

— Ryszard…

— Jeden rok.

Jej twarz zmieniła się nagle.

Strach ustąpił miejsca gniewowi.

— Ty jesteś chory.

Uderzyło go to słowo.

Tak samo jak wtedy.

Tak samo jak przed laty.

„Psychol”.

Jego twarz stężała.

— Nie mów tak do mnie.

— Jesteś chory — powtórzyła.

I wtedy zobaczył w jej oczach coś, czego się nie spodziewał.

Nie tylko strach.

Litość.

To było gorsze.

Znacznie gorsze.

— Jutro spłoną twoje córki — powiedział cicho.

Ewa znieruchomiała.

Przez sekundę patrzyła na niego, jakby nie rozumiała słów.

Potem wszystko eksplodowało.

— Nie!

Szarpnęła się.

— Nie! Nie waż się ich tknąć!

Ryszard patrzył na nią i czuł, jak wraca tamto stare, znajome uczucie.

Kontrola.

Wreszcie to on decydował.

Wreszcie to ktoś inny bał się jego.


— Jak ty wyglądasz? — wysyczał. — Gdzie podziało się twoje piękno?

Całą drogę miała czas, żeby myśleć.

Kim był ten człowiek? Dlaczego ona? Przecież była tylko katechetką. Lubianą przez młodzież, spokojną, zawsze uprzejmą. Nie miała wrogów. Żadnych politycznych konfliktów, żadnych tajemnic, o których mogłaby wiedzieć.

Dopiero teraz zrozumiała.

Parking.

Twarz z przeszłości.

Ryszard.

— Oszalałeś. Ja ci nic nie zrobiłam!

— Zamknij się.

— Zgnijesz w więzieniu, idioto!

Wpadła w rozpaczliwą furię. Krzyczała, przeklinała, próbowała się wyrwać.

Ryszard przez chwilę patrzył na nią bez ruchu.

Wszystko miało wyglądać inaczej.

Przez tyle lat wyobrażał sobie tę chwilę. Powtarzał ją w głowie setki razy. Znał każdy jej szczegół.

A teraz rzeczywistość nie chciała podporządkować się jego wyobraźni.

— Trzymaj się planu — powiedział do siebie.

Ale plan już dawno zaczął się rozpadać.

Ewa osunęła się bezwładnie.

— Kurwa mać. Nie teraz.

Potrząsnął nią.

— Nie mdlej.

Nie odpowiedziała.

Przez chwilę stał nieruchomo, patrząc na nią z niedowierzaniem.

To nie tak miało być.

Pierwsza ofiara umarła zbyt szybko.

Teraz znowu.

Dwie kobiety.

Dwa razy rzeczywistość zniszczyła jego doskonały scenariusz.

Płomienie rosły, a on patrzył na nie z mieszaniną fascynacji i gniewu. Śnieg padał coraz mocniej. Płatki znikały w gorącym powietrzu, zanim zdążyły dotknąć ziemi.

Ryszard nie widział już piękna, które przez lata budował w swojej wyobraźni.

Nie było ceremonii.

Nie było triumfu.

Był tylko ogień.

I cisza.

Wpatrywał się w płomienie, jakby oczekiwał, że odpowiedzą mu na pytanie, którego sam nie potrafił sformułować.

Dlaczego niczego nie czuje?

Dlaczego nie ma ulgi?

Dlaczego nie ma tej wielkiej chwili, na którą czekał przez całe życie?

Odwrócił się gwałtownie.

Wrócił do samochodu.

Przez chwilę siedział za kierownicą, oddychając ciężko. Ręce drżały mu na kierownicy.

Potem usłyszał za sobą głuche dudnienie.

Jeszcze jedno.

Spojrzał w lusterko.

Na tle czarnego lasu przez chwilę rozbłysło niebieskawe światło.

Ryszard patrzył na nie jak dziecko na fajerwerki.

Uśmiechnął się.

— Następnym razem będzie lepiej — powiedział.

Ruszył.

Nie wiedział jeszcze, że właśnie tej nocy popełnił pierwszy błąd.

Nie ten, którego bał się najbardziej.

Znacznie gorszy.

Po raz pierwszy zabił kobietę, której naprawdę nienawidził.

I po raz pierwszy nie poczuł nic.

ROZDZIAŁ 4

Komenda Policji we Wrocławiu, 7:30

Poranna odprawa grupy dochodzeniowej zwykle zaczynała się w małej sali konferencyjnej z zapleczem kuchennym.

Kawa. Kanapki. Kilka przekleństw. Trochę plotek, trochę śmiechu i pierwsze pytanie dnia:

— Co mamy?

Potem każdy wracał do swoich spraw.

Dziś było inaczej.

Zamiast do sali konferencyjnej dostali wezwanie do gabinetu nadinspektor Alicji Sucheckiej, przez wszystkich, choć oczywiście nieoficjalnie, nazywanej „Suchą”.

To oznaczało jedno.

Coś się wydarzyło.

Gabinet Sucheckiej wyglądał tak, jakby czas zatrzymał się w połowie lat siedemdziesiątych i nikomu nie przyszło do głowy, żeby go stamtąd wyprowadzić.

Wielkie dębowe biurko zajmowało niemal połowę pomieszczenia. Ciężkie szafy stały pod ścianami. Na jednym z regałów leżały teczki pamiętające jeszcze czasy, kiedy dokumenty pisano na maszynach.

Jedynym ustępstwem wobec współczesności była stara Toshiba stojąca na biurku.

W kącie, w metalowej donicy, wegetowała palma.

Nie rosła.

Nie umierała.

Po prostu trwała.

Tak jak ten gabinet.

Tak jak sama Alicja Suchecka.

Nikt nie pamiętał komendy bez niej.

Wysoka, koścista, zawsze wyprostowana, jakby połknęła kij. Okrągłe okulary zsuwały jej się lekko na koniec nosa, a usta niemal zawsze pozostawały zaciśnięte w cienką linię. Kasztanowe włosy od lat miały dokładnie ten sam kolor i długość. Podobnie jak garsonki, które wyglądały, jakby wszystkie pochodziły z jednej, dawno zapomnianej Burdy.

Jej wygląd nie zmieniał się od lat.

Niektórzy twierdzili nawet, że Suchecka nigdy nie była młoda.

Po prostu któregoś dnia pojawiła się w milicji już jako Suchecka.

W zespole traktowano ją jak faceta.

Inaczej się nie dało.

Była despotyczna, spięta i perfekcyjna. Dokumenty, procedury, logistyka, ludzie, telefony, kontakty w Warszawie — wszystko miała poukładane. Znała każdego, kto mógł się przydać, i potrafiła załatwić niemal wszystko.

Potrafiła też być słodka.

Nawet bardzo.

Kiedy czegoś potrzebowała, głos robił jej się miękki, prawie ciepły.

A potem, równie szybko, potrafiła zmienić się w żmiję.

Koledzy żartowali, że Suchecka ma szczególny talent do wygłaszania dwóch sprzecznych opinii w jednym zdaniu. Jedni nazywali to „dementywnością”, inni doświadczeniem.

Nikt jednak nie odważył się powiedzieć tego przy niej.

A już na pewno nie Marian.

Marian Wieczorek siedział rozwalony na krześle przy dębowym stole.

Trzydzieści lat w kryminalistyce zrobiło swoje.

Marian widział już wszystko. Morderstwa, samobójstwa, gwałty, zdrady, zbrodnie z zazdrości i takie, których nie dało się w żaden sposób wytłumaczyć.

Dlatego niewiele rzeczy robiło na nim wrażenie.

Miał ponad sto kilo i coraz wyraźniejsze zakola, które kiedyś były tylko zakolami, a teraz powoli zaczynały przypominać osobny układ geograficzny.

Koszula kleiła mu się do pleców.

Czoło błyszczało od potu.

Marian pociągnął nosem i rozejrzał się po gabinecie.

— Gorąco tu — mruknął.

Suchecka podniosła wzrok znad dokumentów.

— Nikomu innemu nie jest.

Marian wzruszył ramionami.

Nie zamierzał dyskutować.

Wyciągnął z kieszeni papierosy.

Marek spojrzał na niego ostrzegawczo.

— Nawet nie próbuj.

— Co?

— Wiesz co.

Marian schował papierosy.

— No i dobrze.

Po chwili wyjął jednego znowu.

Marek pokręcił głową i podszedł do okna.

Uchylił je.

Do środka wpadło chłodne powietrze.

I było to bardzo rozsądne posunięcie.

Marian Wieczorek miał bowiem szczególny talent do łączenia ze sobą zapachów, których człowiek nie powinien spotkać w jednym pomieszczeniu.

Pot, papierosy, czosnek, cebula i coś jeszcze, czego Marek wolał nie identyfikować.

Marian nie używał dezodorantu.

Uważał, że człowiek powinien pachnieć jak człowiek.

A jego organizm najwyraźniej potraktował tę zasadę bardzo poważnie.

Mimo wszystkiego Marian był w zespole lubiany.

Był rubaszny, leniwy i potrafił przez pół dnia wyglądać tak, jakby nic go nie interesowało.

A potem nagle rzucał:

— A sprawdziliście stary młyn?

I wszyscy patrzyli na niego jak na idiotę.

Dwie godziny później okazywało się, że właśnie tam znajdował się najważniejszy trop.

Nie wiadomo było, skąd to wiedział.

On sam prawdopodobnie też nie wiedział.

Po prostu czasami trafiał.

Intuicja.

Przypadek.

Albo trzydzieści lat patrzenia na ludzkie nieszczęście.

Dzisiaj jednak Marian nie wyglądał na człowieka, któremu wszystko jedno.

Był niespokojny.

Jego duża, nalana twarz błyszczała od potu bardziej niż zwykle.

Obok niego siedziała Alicja Suchecka.

A Marek Chrobry stał przy oknie.

Młodszy od nich, ubrany znacznie swobodniej. Zadbany, ale bez przesady. Włosy — a właściwie ich brak — wyglądały tak, jakby codziennie rano starannie golił głowę.

Nikt nie wiedział, czy był łysy, czy tylko bardzo konsekwentny.

Marek nie miał w sobie nic z policyjnego cwaniaka.

Nie udawał, że wszystko ma gdzieś.

Przeciwnie.

Przejmował się.

Za bardzo.

Tyle że dobrze to ukrywał.

Jedynym śladem były paznokcie.

Perfekcyjnie zadbane dłonie i obgryzione paznokcie.

Jedyna rzecz, nad którą najwyraźniej nie potrafił zapanować. Zabijanie stresu.

Suchecka spojrzała na zegarek.

7:34.

Zamknęła teczkę.

W gabinecie zapadła cisza.

Nawet Marian przestał się wiercić.

Alicja podniosła wzrok.

— Dobra — powiedziała.

I po tym jednym słowie wszyscy wiedzieli, że kawa się skończyła.

Zaczynała się robota.


Alicja siedziała już za biurkiem.

Przed nią leżała zamknięta teczka. Nie otwierała jej.

To oznaczało, że najważniejsze informacje i tak zamierzała przekazać własnymi słowami.

— Słuchajcie, panowie… — zaczęła. Po chwili zerknęła na Zosię. — O przepraszam. Państwo.

Uśmiechnęła się do niej uprzejmie.

Zosia odpowiedziała uśmiechem.

Marian nie.

— Musimy natychmiast przejąć sprawę podpaleń na Podlasiu.

— My? — Marek zmarszczył brwi. — Od kiedy kryminalni zajmują się podpaleniami?

— Podpaleń ludzi, Bogdan, a nie pustostanów — wtrącił Marian.

Bogdan spojrzał na niego z dezaprobatą.

— Podpaleń ludzi?

— No. Ludzi.

— Dobrze wiedzieć.

— Dajcie jej dokończyć — powiedział Marian.

Marek jednak nie odpuszczał.

— Chwileczkę. My mamy przejąć sprawę z Lublina? To pięćset kilometrów stąd. Nie mają tam śledczych?

— Mają — odpowiedziała Suchecka. — I właśnie dlatego jedziemy my.

— To nie jest odpowiedź.

— Daj jej dokończyć — powtórzył Marian.

Tym razem głośniej.

Alicja spojrzała na Marka.

— Lublin prowadzi śledztwo od pół roku. Pierwsza ofiara — kobieta. Spalona na stosie.

W gabinecie zrobiło się ciszej.

— Została wcześniej zamordowana — ciągnęła. — Żadnych podejrzanych. Żadnych świadków. Żadnego sensownego tropu. Sprawa stoi.

— Ale to się zdarza — odezwała się Zosia. — Mordercy czasami palą zwłoki, żeby zatrzeć ślady.

Marian pokręcił głową.

— Tak, pani Zosiu. Ale nie na specjalnie przygotowanym stosie.

Alicja skinęła głową.

— I to właśnie jest problem. Drugie morderstwo wydarzyło się dwa dni temu.

— Znowu podpalenie? — zapytał Marek.

— Tym razem ofiara żyła, kiedy ją podpalono.

Zapadła cisza.

Nawet Marian przestał się wiercić.

— Co to kurwa jest… — zaczął Marek.

Urwał.

Spojrzał na Zosię.

Młoda, delikatna, zawsze schludna. Nowa w zespole. Wykształcona, spokojna i — ku zaskoczeniu wszystkich — odporna na policyjny folklor.

Przy niej nawet Marian starał się czasem być dżentelmenem.

Od kiedy Zosia pojawiła się w zespole, nagle zaczął myć zęby przed przyjściem do pracy, częściej otwierał okna i przestał jeść kanapki z czosnkiem przy biurku.

Nie było wiadomo, czy bardziej obawiał się jej opinii, czy własnego oddechu.

— Co to, kurwa, ma znaczyć? — wyrwało się Marianowi. — Pięćset lat po inkwizycji ktoś znowu pali ludzi?

— Wygląda na to — powiedziała spokojnie Suchecka.

— Mord rytualny? — zapytał Marek.

— Możliwe.

— Możliwe?

— Na tym etapie wszystko jest możliwe.

Alicja otworzyła teczkę.

— Miejsce zostało przygotowane. Stos. Konstrukcja. Sposób ustawienia ofiary. Wszystko wykonane z dużą starannością.

Marian otarł czoło chusteczką.

— Czyli ktoś to zaplanował.

— Tak.

— I zrobił to wcześniej?

— Tego jeszcze nie wiemy.

— A poprzednia ofiara?

— Podobny schemat.

Marian westchnął.

— No to mamy serię.

— Właśnie dlatego jedziemy — powiedziała Alicja. — Drugie morderstwo dzieli od pierwszego zaledwie kilka miesięcy.

Marek spojrzał na nią.

— Ale dlaczego my?

Suchecka uśmiechnęła się.

Tym razem bez cienia sympatii.

— Bo ktoś w centrali przypomniał sobie o twoim dusicielu, Mareczku.

— O czym?

— O twojej ostatniej sprawie.

— To było zamknięte.

— Owszem.

— Więc co ma piernik do wiatraka?

— Twój morderca też wybierał ofiary i budował wokół nich pewną narrację. Nie była to zwykła seria przypadkowych zabójstw.

— Ale to zupełnie inna sprawa.

— Oczywiście.

— Więc?

— Więc ktoś uznał, że masz doświadczenie.

Marian parsknął śmiechem.

— Gratuluję, Mareczku.

— Tobie też się dostanie.

— Ja jestem za stary na delegacje.

— Ty jesteś za stary na wszystko — powiedział Marek.

— I dlatego jeszcze żyję.

Zosia roześmiała się cicho.

Alicja spojrzała na nich znad okularów.

Śmiech natychmiast ucichł.

— Wyjeżdżamy dzisiaj.

— Dzisiaj? — zapytał Bogdan.

— Dzisiaj.

— Na Podlasie?

— Tak.

— Pięćset kilometrów?

— Tak.

— I kiedy wracamy?

— Jak skończymy.

Marian westchnął ciężko.

— Pani inspektor, może jednak Warszawa się tym zajmie?

— Warszawa ma swoje problemy.

— My też mamy swoje.

— Teraz mamy jeden więcej.

Zosia spojrzała na Alicję.

— Pani inspektor…

— Tak?

— Ja jestem w trzecim miesiącu ciąży.

Suchecka nawet nie drgnęła.

— Gratuluję.

Zosia zamrugała.

— Dziękuję.

— A teraz proszę sprawdzić, czy ma pani aktualne ubezpieczenie delegacyjne.

Marian zakrył usta dłonią, żeby nie parsknąć.

Marek spojrzał na Zosię.

— Widzisz? Trzeba było wcześniej pomyśleć.

— O ciąży czy o delegacji? — zapytała.

— O jednym i drugim.

Bogdan pokręcił głową.

— Ja mam młodą żonę.

— I?

— No… może ktoś ją mi odbić.

Marian spojrzał na niego poważnie.

— Bogdan, jak będziesz tak długo pracował, to sama cię odbije. Od siebie.

Zosia znów się roześmiała.

Alicja zamknęła teczkę.

— Podziękujcie Markowi.

— Za co? — zapytał Marian.

— Rozsławił nas w całym kraju.

Marek spojrzał na nią z niedowierzaniem.

— Ja?

— Tak, ty.

— Pani inspektor, może jednak Warszawa—

— Decyzja zapadła.

Suchecka wstała.

I to był koniec dyskusji.

— Samochody o dziewiątej. Każdy bierze tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Reszta przyjedzie później.

Marian podniósł się ciężko z krzesła.

— To ja jeszcze zapalę.

— Nie palisz.

— A kto powiedział?

— Ja.

Marian spojrzał na nią.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.

— No dobrze — powiedział w końcu. — Ale tylko dlatego, że szanuję przełożonych.

Marek parsknął.

— Nie. Ty się jej po prostu boisz.

Marian ruszył do drzwi.

— Ja się nikogo nie boję.

Minął próg.

Po chwili zza drzwi dobiegł jego głos:

— Ale papierosy wezmę.


— Druga ofiara to już nie jakaś komórka, altanka czy pustostan — powiedziała Alicja. — Kobietę spalono na rozstaju dróg, pod krzyżem. Publicznie. Bez tropów, bez podejrzanych. W okolicy wybuchła panika. A po wsiach wieści rozchodzą się szybciej niż po światłowodzie.

— Wiecie, ilu ludzi nad tym siedziało? — wtrącił Marian. — Komputery się grzały. Wszystko prześwietlone od góry do dołu. I co znaleźli? Gówno. Wielkie, jebane nic.

— Panie Wieczorek! — ryknęła Alicja. — Nie jesteśmy na pana osiedlu. Trochę ogłady przy kobietach!

Marian spojrzał na Zosię.

— Przepraszam.

Po sekundzie dodał:

— Ale tylko trochę.

Zosia uśmiechnęła się pod nosem.

— Pani Zosiu, pani też jedzie — powiedziała Alicja. — Jak byłam w pani wieku, marzyłam o takiej sprawie.

— O paleniu ludzi? — zapytała Zosia.

— O sprawie, która nie jest kolejnym pijanym mężem z nożem kuchennym — odpowiedziała Suchecka. — Jeśli źle się pani poczuje, wróci pani do Wrocławia. Zwolnienie lekarskie też istnieje.

Na moment zamilkła.

— Pani ojciec byłby z pani dumny.

Zosia spuściła wzrok. Nie odpowiedziała.

Bogdan, chcąc rozładować napięcie, rzucił:

— Na Podlasiu podobno czyste powietrze i tani bimber.

Alicja spojrzała na niego bez cienia uśmiechu.

— Dlatego właśnie pana tam wysyłam.

— To brzmi jak awans.

— Nie dyskutujemy z centralą — ucięła. — Decyzja zapadła.

Spojrzała na Marka.

— Mareczku, sam sobie jesteś winien. Podobno wykładają o tobie w Szczytnie.

— Świetnie. Zawsze chciałem zostać materiałem dydaktycznym.

— To się trzeba było mniej popisywać.

Marek westchnął.

— Dobra. Co wiemy o morderstwach?

Marian oparł łokcie na stole.

— Drugie było dwa dni temu. Wszystko zabezpieczone. Miejsce, ślady, dokumentacja, sekcja. Musimy tam pojechać i zobaczyć na własne oczy. Póki jest świeże.

Marek spojrzał na niego.

— Chyba „gorące” chciałeś powiedzieć?

— Marek…

— No co?

Alicja przymknęła oczy.

— Marian, błagam. Bez takich tekstów.

— Przecież nic nie powiedziałem.

— Właśnie dlatego błagam.

Marian uśmiechnął się pod nosem.

Alicja otworzyła teczkę.

— Ustalamy podział. Marian jest szefem grupy. Marek — jego prawa ręka.

Marek uniósł brew.

— Zawsze chciałem mieć coś takiego napisane w aktach.

— Zosia i Bogdan zajmują się pierwszą ofiarą. Dokumentacja, świadkowie, wszystko od początku. My bierzemy drugą.

— Przesłuchania od nowa? — zapytał Bogdan.

— Wszystkich, których się da. Porównujemy zeznania. Szukamy rozbieżności.

Marian pokiwał głową.

— Jakiegoś drobiazgu.

— Właśnie — powiedziała Alicja. — Szczegółu, który komuś wcześniej wydał się nieistotny. Godzina. Samochód. Człowiek widziany w okolicy. Cokolwiek.

Marek zamyślił się.

— Nikt nie podpala człowieka na łące bez powodu.

— No właśnie — powiedział Bogdan. — Ktoś układa stos, przygotowuje miejsce, przywozi ofiarę i ją podpala. To nie jest spontaniczna zbrodnia.

Marian spojrzał na niego.

— Mów.

— To nie wygląda na kogoś, kto pierwszy raz przekracza granicę. Przygotowanie, opanowanie, brak przypadkowych śladów… Do tego druga zbrodnia jest jeszcze bardziej dopracowana.

— Myślisz, że ma przeszłość kryminalną? — zapytał Marek.

— Albo przynajmniej coś już robił. Może był zatrzymywany. Może leczony. Może gdzieś wcześniej pojawił się podobny schemat.

Marian skinął głową.

— Też bym tego szukał.

Bogdan rozkręcił się.

— Alicjo, może poprosić Warszawę o dodatkowe przeszukanie internetu? Fora, archiwa, dark web. Niech wrzucą charakterystyczne elementy sprawy do systemu. Może gdzieś pojawił się podobny przypadek.

— Dark web? — powtórzył Marek.

— No.

— I co, morderca miał tam wrzucić instrukcję obsługi?

— Nie wiem. Może jakieś forum, grupa, archiwalne wpisy. Cokolwiek.

Alicja przez chwilę milczała.

— Bogdan ma rację w jednym — powiedziała w końcu. — Ktoś, kto działa z taką precyzją, raczej nie pojawił się znikąd.

— Tylko że już to sprawdzali — przypomniał Marek. — Lublin przeczesał archiwa przy pierwszym morderstwie.

— Wiem.

— Kubacki nie jest idiotą.

— Tego nie powiedziałam.

— Ale jeśli teraz zaczniemy od nowa grzebać w jego robocie, może się wkurzyć.

Marian prychnął.

— Podobno jest zachwycony.

— Naprawdę?

— Podobno od kiedy usłyszał, że przejmujemy sprawę, śpi spokojniej.

Marek uśmiechnął się.

— Nie dziwię mu się. Na takiej sprawie można się nieźle wyłożyć.

— Właśnie dlatego ją dostaliśmy — powiedziała Alicja.

Zamknęła teczkę.

— Dobrze, proszę państwa. Koniec teorii. Mamy jeszcze kilka bieżących spraw do ogarnięcia.

Spojrzała po kolei na każdego z nich.

— Musicie mi zdać raport, co z waszych obecnych spraw może poczekać, a co trzeba przekazać innej grupie. Nie zostawiamy bałaganu za sobą.

Wstała i sięgnęła po kolejną kartkę.

— Zaczynamy od priorytetów.


Sucha spojrzała na Mariana.

— Wieczorek, co z tą sprawą włamań na Krzykach?

Marian potarł brodę i przez chwilę szukał wzrokiem właściwej kartki.

— Pracujemy nad tym. Wczoraj mieliśmy przesłuchanie podejrzanego. Oczywiście nic nie wie, niczego nie pamięta i w ogóle nie ma pojęcia, dlaczego znalazł się w naszym zainteresowaniu.

— Czyli klasyka.

— Klasyka. Ale mamy coś konkretnego. Monitoring z jednej z kamienic. Czekamy na analizę nagrań.

— Dobra. Trzymamy rękę na pulsie.

Alicja przeniosła wzrok na Bogdana.

— Bogdan, jak sytuacja na Ołbinie? Ten napad na sklep?

Bogdan był najmniej rzucającym się w oczy człowiekiem w całym zespole. Trudno było znaleźć w nim cokolwiek charakterystycznego. Brunet, średniego wzrostu, szczupły, zawsze schludny. Koszula, marynarka, czasem krawat. Włosy starannie uczesane, twarz zawsze ogolona.

Wyglądał jak urzędnik, który mógłby równie dobrze pracować w banku albo w wydziale komunikacji.

Był właśnie taki — zwyczajny.

A zwyczajność, wbrew pozorom, najtrudniej zapamiętać.

Łatwiej opisać dziwaka. Łysego z tatuażem na twarzy, faceta z blizną albo kobietę w czerwonym płaszczu. Ale człowieka przeciętnego? Brunet, około metr siedemdziesiąt pięć, koszula, garnitur?

Tacy znikają w tłumie.

Bogdan mówił równie zwyczajnie, jak wyglądał. Poprawnie, spokojnie, bez zbędnych ozdobników. Nie miał rubaszności Mariana ani ironii Marka.

— Zeznania właściciela i świadków zebrane. Zabezpieczyliśmy ślady. Czekamy na wyniki daktyloskopii. Jest jeszcze jedna rzecz.

Sucha uniosła głowę.

— Słucham.

— Podejrzewamy, że to może być ta sama grupa, która działała w zeszłym miesiącu.

— Na jakiej podstawie?

— Sposób wejścia. Podobne miejsce. Podobny schemat działania. Na razie to tylko hipoteza, ale warto to sprawdzić.

Alicja skinęła głową.

— Dobrze. Porównajcie wszystko z poprzednimi sprawami. Jeśli coś się zgadza, chcę to mieć na biurku.

Spojrzała na Marka.

— Chrobry?

— Analiza telefoniczna w sprawie oszustw internetowych jest prawie gotowa. Informatycy kończą weryfikację połączeń. Raport powinien być do końca dnia.

— Świetnie.

Przeniosła wzrok na Zosię.

— A ty, Zofia? Co z tą dziwną kolizją na Jagodnie?

Zosia poprawiła nerwowo kosmyk włosów.

— Byłam na miejscu. Przejrzałam raporty i zeznania. Jeden ze świadków twierdzi, że kierowca celowo spowodował stłuczkę.

— Celowo?

— Tak. Twierdzi, że samochód nagle zjechał na jego pas, a potem kierowca zachowywał się tak, jakby dokładnie tego chciał. Sprawdzam teraz, czy nie chodzi o próbę wyłudzenia odszkodowania.

Sucha przyjrzała jej się przez chwilę. Kącik ust drgnął jej w czymś, co u Alicji uchodziło za uśmiech.

— Dobrze kombinujesz. Dopnij to. I sprawdź, czy ten kierowca nie ma historii podobnych zdarzeń.

— Jasne.

— Nie „jasne”. Sprawdź.

— Tak jest.

Przez chwilę w gabinecie panowała cisza. Słychać było tylko stukot długopisów o blat i ciche buczenie starej lodówki stojącej gdzieś za drzwiami.

Alicja spojrzała po swoich ludziach.

— Wiecie, co macie robić. Raporty na moim biurku do końca dnia. A teraz do roboty.

Krzesła zaszurały po podłodze.

Marian wstał najciężej. Złapał się na moment za krawędź stołu i poprawił pasek, który z coraz większym trudem utrzymywał jego brzuch w ryzach.

— To co? Lublin?

— Lublin — odpowiedział Marek.

Bogdan zebrał swoje notatki.

Zosia wsunęła długopis do kieszeni marynarki.

Drzwi zamknęły się za nimi.

Alicja została sama.

Sięgnęła po kubek i upiła łyk zimnej już kawy. Skrzywiła się.

Kolejny dzień w komendzie właśnie się zaczynał.

Tyle że tym razem nie zapowiadał się na jeden z tych monotonnych dni, które zlewają się ze sobą po kilku latach służby.

Dwie kobiety.

Dwa stosy.

Dwa miejsca.

I ktoś, kto najwyraźniej bardzo chciał, żeby policja zobaczyła w tych zbrodniach coś więcej niż zwykłe morderstwa.

Alicja odsunęła kubek.

Nie lubiła spraw, w których morderca zostawiał policji wiadomość.

Jeszcze bardziej nie lubiła takich, w których wiadomość była ważniejsza od samego zabójstwa.

Tymczasem jej ludzie przekazywali swoje bieżące sprawy drugiej grupie dochodzeniowej. Telefony, włamania, oszustwa, kolizja na Jagodnie — wszystko mogło poczekać.

Ta sprawa nie.

Kilka minut później przed komendą czekały już dwa samochody.

Kierunek: Lublin.

Nikt z nich jeszcze nie wiedział, że po drugiej stronie czeka człowiek, który od miesięcy przygotowywał się właśnie na ich przyjazd.


Zofia z Bogdanem zostali w Lublinie, żeby przekopać akta pierwszego morderstwa. Marek z Marianem pojechali na miejsce drugiej zbrodni.

Przez większą część drogi milczeli.

Marian siedział za kierownicą, jedną ręką prowadząc, drugą co jakiś czas sięgając po papierosa. Marek przeglądał wydrukowane mapy i zdjęcia dołączone do akt.

— Zobacz — odezwał się w końcu Marian. — Za każdym razem wybiera odludne miejsce. Żadnych domów, żadnych przypadkowych świadków. Musi doskonale znać teren. Ja bym obstawiał miejscowego.

Marek oderwał wzrok od mapy.

— Niekoniecznie.

— A co?

— Może właśnie chce, żebyśmy tak pomyśleli. Pierwsza ofiara została znaleziona czterdzieści kilometrów stąd. Druga mieszkała prawie pięćdziesiąt kilometrów od miejsca zbrodni. To już zaczyna wyglądać na celowe rozciąganie obszaru.

— Czyli?

— Poszerza teren. I robi to świadomie. Jeśli będziemy szukać kogoś tylko w najbliższej okolicy, będziemy się kręcić w kółko.

Marian pokiwał głową.

— Sprytny skurwiel.

— Jeśli to on, jest przede wszystkim ostrożny.

— To jedno nie wyklucza drugiego.

Przez chwilę jechali w ciszy.

Marek wrócił do zdjęć.

— Na pierwszy rzut oka ślady pojazdu wyglądają identycznie.

— Też to zauważyłem.

— Dostaniemy potwierdzenie z pracowni, ale jeśli się nie mylę, to ten sam samochód.

— Sprawdź, czy Kubacki zrobił odlewy bieżnika.

— Myślisz, że nie?

Marian prychnął.

— Kubacki jest perfekcjonistą. Może być upierdliwy, może być przewrażliwiony, ale niczego nie odpuszcza.

— To dobrze.

— Dla nas bardzo dobrze.

Marek odłożył zdjęcia.

— Kiedy będą wyniki sekcji?

— Mam zapewnienie, że sprawa dostała priorytet. Centrala obiecała pełne wsparcie. Patolodzy mieli dziś rano rzucić wszystko i zająć się tylko tym.

— Czyli ktoś w Warszawie się przestraszył.

Marian uśmiechnął się krzywo.

— Nie ktoś. Wszyscy.

— Prasy?

— Prasy, polityków, telewizji. Czegokolwiek. Nie chcą kolejnego nagłówka ze spalonym człowiekiem na pierwszej stronie.

Marek spojrzał przez szybę na przesuwający się za oknem krajobraz.

— Z sekcji i tak chyba niewiele wyciągniemy.

— Przy pierwszej ofierze?

— Przy drugiej. Przyczyna zgonu jest oczywista. Jeśli morderca zrobił wszystko tak samo jak poprzednim razem, ogień zjadł większość śladów.

— Pierwszy raz nie zostawił praktycznie nic.

— Właśnie.

Marian zaciągnął się papierosem.

— Chyba że tym razem popełnił błąd.

— Każdy popełnia.

— Ty też?

Marek spojrzał na niego znad mapy.

— Szczególnie ja.

Marian parsknął śmiechem.

— No proszę. Człowiek się jednak starzeje.

Marek zignorował uwagę.

— Poprzednią ofiarę zabił uderzeniem w głowę. Tępym narzędziem. Prawdopodobnie kamieniem. Tym razem może być inaczej.

— Dlaczego?

— Bo druga ofiara żyła, kiedy ją podpalił.

Marian na moment spoważniał.

— Jeśli to potwierdzimy, mamy zmianę zachowania.

— Właśnie. I to może być ważniejsze niż sama sekcja.

— Możliwe obrażenia przed śmiercią?

— Rany obronne. Ślady walki. Materiał biologiczny. Włosy, naskórek, cokolwiek. Jeśli się z nią szarpał, mógł zostawić coś, czego nie zdążył usunąć.

Marian pokiwał głową.

— Czyli szukamy tego, czego nie spalił.

— Nie tylko tego.

— A czego jeszcze?

Marek spojrzał na niego.

— Błędu.

Marian zgasił papierosa w popielniczce.

— Oby zrobił go tym razem.

Samochód skręcił z głównej drogi.

Po kilku minutach asfalt zaczął się kończyć. Przed nimi pojawiła się wąska, nierówna droga prowadząca między drzewami.

Marian zwolnił.

— Jesteśmy blisko.

Marek zamknął teczkę.

— To zobaczymy, jak wygląda jego scena.

Nie wiedzieli jeszcze, że miejsce, które za chwilę zobaczą, powie im o mordercy więcej, niż mogliby znaleźć w setkach stron akt.


Następnego dnia rano odbyła się odprawa w miejscowej komendzie policji.

Wrocławska ekipa dostała tymczasowo dwa pokoje. Warunki były spartańskie — jak w większości polskich komend. Korytarze zastawione metalowymi szafkami, z których wystawały teczki akt. W pokojach przesłuchań meble pamiętające jeszcze czasy Gierka. Krzesła skrzypiały, szuflady zacinały się, a czajniki elektryczne miały własną historię.

Na szczęście większość czasu i tak mieli spędzać w terenie. Musieli zobaczyć miejsca zbrodni na własne oczy, jeszcze raz porozmawiać ze świadkami, sprawdzić każdy szczegół, którego być może wcześniej nikt nie uznał za ważny.

Skserowane akta zabierali wieczorami do pracowniczego hotelu. Tam mieli ciszę, duży stół i możliwość spokojnego uporządkowania materiału.

Dla Marka wszystko tutaj było jednak nie takie, jak powinno.

Marek żył według własnego, drobiazgowo poukładanego schematu. Rano gorący prysznic — tak gorący, aż skóra robiła się czerwona. Potem toaleta, szybka kanapka i sok owocowy. Pełne przebudzenie przychodziło dopiero po pierwszej mocnej kawie po turecku wypitej w pracy.

Najbardziej dziwiła wszystkich jego obsesyjna troska o zęby.

Mył je średnio co dwie godziny. Po kawie. Po herbacie. Czasem nawet po zwykłej kanapce. Nosił przy sobie szczoteczkę, pastę i małą butelkę płynu do płukania ust.

Był przekonany, że cały czas coś cuchnie.

— Jak się ma do czynienia z taką ludzką menażerią, to normalne — tłumaczył, kiedy ktoś zwracał mu uwagę.

Zwykle winny był tani tytoń, próchnica, przepocona koszula albo wszystko naraz. Marek nie zamierzał jednak ryzykować. Cały czas żuł gumę.

W Lublinie brakowało mu przede wszystkim porządku.

Nie miał swojego rytmu. Nie miał swojego miejsca. Nie miał nawet własnego kubka.

Był kubek, owszem, ale jakiś obcy. Przypadkowy. Biały, z wyszczerbionym uchem i napisem reklamującym lokalną firmę budowlaną.

Marek patrzył na niego z niechęcią.

Brakowało mu też gramofonu. Jego muzyka została we Wrocławiu. Nawet jeśli słuchał tych samych utworów z telefonu, brzmiały inaczej.

Wszystko było tymczasowe.

A rzeczy tymczasowe działały mu na nerwy.

Miejscowi policjanci również nie ułatwiali pracy.

Traktowali ich z chłodną uprzejmością. Taką, która na pierwszy rzut oka wyglądała jak profesjonalizm, ale pod spodem miała coś znacznie mniej przyjemnego.

Nie ufali im.

A właściwie — nie znosili ich.

Trudno było im się dziwić.

Sprawa była trudna, być może na tym etapie wręcz nierozwiązywalna. Przez kilka miesięcy nie znaleźli sprawcy, nie mieli podejrzanego, nie mieli motywu, który dawałby się logicznie połączyć z ofiarami.

A teraz przyjechali wrocławianie.

Zabrali im sprawę.

Dla miejscowych oznaczało to jedno: porażkę.

Dlatego uśmiechali się, podawali kawę, wskazywali pokoje i mówili:

— Oczywiście, służymy pomocą.

Ale ich oczy mówiły coś zupełnie innego.

Źle się pracuje w takiej atmosferze.

Tym bardziej że morderca nadal był na wolności.

I prawdopodobnie obserwował wszystko z bezpiecznej odległości.

Tego dnia musieli jeszcze przygotować komunikat dla prasy i lokalnej telewizji.

Apel o czujność, ale bez wzbudzania paniki.

Unikać kontaktu z nieznajomymi. Zwracać uwagę na podejrzane zachowania. Zgłaszać próby zaczepiania, obserwowania, napaści. Nie chodzić samotnie w odludne miejsca.

Alicja była w takich rzeczach świetna.

Ukończyła polonistykę, zanim jeszcze na dobre weszła w policyjny świat, i miała rzadką umiejętność powiedzenia dużo w kilku zdaniach.

— Ludzie mają być czujni, nie przerażeni — powiedziała, kreśląc kolejne zdanie. — Jedno słowo za dużo i jutro będziemy mieli kolejki pod komisariatami.

— I telefony — dodał Marian. — Tysiące telefonów.

— Właśnie.

Nie mogli dopuścić do paraliżu pracy operacyjnej.

Każdy telefon od spanikowanego mieszkańca oznaczał policjanta, który zamiast szukać mordercy będzie sprawdzał, czy mężczyzna w czarnej kurtce stojący od dziesięciu minut przy przystanku rzeczywiście jest podejrzany.

Alicja odłożyła długopis.

— Możemy natomiast coś zasugerować.

Marek podniósł głowę.

— Co?

— Że mamy swoje podejrzenia. Że policja analizuje konkretny trop. Że wiemy więcej, niż ujawniamy.

Marian spojrzał na nią z ukosa.

— Blef?

— Kontrolowany.

Marek zamyślił się.

— Jeśli to ktoś, kto śledzi informacje, przeczyta wszystko.

— Właśnie na to liczę.

— Może się przestraszyć.

— Albo popełnić błąd — powiedziała Alicja.

Zapadła cisza.

— Albo przestać mordować — dodała Zofia.

Marian pokręcił głową.

— Tego bym się nie spodziewał.

— Dlaczego?

— Bo jeśli mamy do czynienia z kimś takim, to zabijanie nie jest dla niego problemem do rozwiązania. To jest jego sposób na życie.

Marek spojrzał na leżące przed nim zdjęcia.

Dwie kobiety.

Dwa stosy.

Dwa miejsca.

I jeden człowiek, którego nadal nie znali.

— W takim razie — powiedział cicho — musimy sprawić, żeby zaczął się bać.


Po południu Marian wrócił od miejscowego patologa. Zwołał zespół w jednym z przydzielonych im pokoi. Położył na stole cienką teczkę i przez chwilę milczał.

— Mam wstępne wyniki sekcji drugiej ofiary.

Wszyscy odruchowo przysunęli się bliżej.

— Ciało całkowicie zwęglone. Poddane działaniu bardzo wysokiej temperatury. Zdeformowane. Patolog określił ułożenie jako tak zwaną pozycję bokserską.

Bogdan zmarszczył czoło.

— Co to za cholera, ta pozycja bokserska?

Zofia spojrzała na niego.

— Przy bardzo wysokiej temperaturze dochodzi do przykurczu mięśni. Zginacze są silniejsze od prostowników, dlatego ciało może przyjąć charakterystyczną pozycję. Kolana i biodra są zgięte, ręce podkurczone, jakby człowiek szykował się do zadania ciosu.

— Czyli wygląda, jakby walczyła?

— Raczej jakby walczyło jej ciało — odpowiedziała Zofia. — To już reakcja pośmiertna na działanie wysokiej temperatury.

Marian skinął głową.

— Poza obrażeniami związanymi ze spaleniem nie znaleziono niczego. Żadnych ran kłutych, postrzałowych ani obrażeń, które można by uznać za bezpośrednią przyczynę śmierci.

Marek milczał.

— Coś jeszcze? — zapytał.

Marian spojrzał na kartkę.

— W wyniku silnego skurczu mięśni doszło do złamania obu kości piszczelowych.

Bogdan skrzywił się.

— Czyli ogień zrobił swoje.

— Tak. Ale jest jeden szczegół.

Marian przerwał.

Tym razem nikt się nie odezwał.

— W drogach oddechowych nie ma sadzy.

Marek podniósł wzrok.

— Czyli?

— Czyli w chwili rozpoczęcia pożaru prawdopodobnie już nie żyła.

W pokoju zrobiło się cicho.

Zofia pierwsza przerwała milczenie.

— Gdyby oddychała, wciągałaby dym do płuc. Sadza powinna być obecna w drogach oddechowych.

— A jej nie ma — powiedział Marian.

— Nie ma.

Bogdan odchylił się na krześle.

— Czyli znowu to samo.

— Co? — zapytała Zofia.

— Znowu nie wiemy, jak ją zabił.

Marian pokiwał głową.

— Dokładnie.

Marek spojrzał na teczkę.

— Pierwsza ofiara też nie miała obrażeń, które jednoznacznie wskazywałyby przyczynę śmierci?

— Nie.

— A teraz mamy drugą. Spalona żywcem albo spalona po śmierci — i znowu nic.

— Z tą różnicą — wtrąciła Zofia — że tym razem mamy pewność, że w momencie rozpoczęcia spalania już nie oddychała.

Bogdan potarł dłonią podbródek.

— Czyli najpierw ją zabił, a dopiero potem podpalił.

— Na to wygląda.

— Histologia?

— Czekamy.

— Toksykologia?

— Też.

Marian zamknął teczkę.

— Dopiero wyniki histologiczne i toksykologiczne mogą nam powiedzieć coś więcej.

Marek przez chwilę patrzył na zamkniętą teczkę.

— A jeśli nic nie powiedzą?

Marian wzruszył ramionami.

— To będziemy mieli dwie martwe kobiety, dwa stosy i faceta, który najwyraźniej bardzo nie chce nam powiedzieć, jak je zabija.

— Nie facet — powiedział Marek.

Marian spojrzał na niego.

— Co?

— Ktoś, kto tak przygotowuje miejsce zbrodni, nie działa przypadkowo.

Marek wstał i podszedł do tablicy.

— Najpierw wybiera miejsce. Potem przygotowuje stos. Zabija kobietę. Podpala ciało. Zaciera ślady. A teraz powtarza to drugi raz.

Odwrócił się do pozostałych.

— On nie improwizuje.

— Czyli?

— Ma scenariusz.

Marian spojrzał na niego ciężko.

— I będzie następny akt.


— A ty, Zosia, co dla nas masz? — Marian zwrócił się do młodej policjantki.

Zofia otworzyła teczkę.

— Pierwsza ofiara. Czterdzieści pięć lat. Pracowała w szwalni w pobliskim mieście. Mieszkała na wsi z teściami. Rozwiedziona, samotnie wychowywała dwójkę dzieci. Z tego, co ustaliliśmy, praktycznie nie miała życia poza pracą i domem. Żadnych przyjaciół, żadnych romansów, żadnych poważniejszych konfliktów.

— Czyli nikt jej nie lubił ani nie nienawidził — mruknął Bogdan.

— Raczej nikt jej specjalnie nie zauważał. Wstawała o czwartej rano. Autobus o piątej. W szwalni siedziała do późnego popołudnia, wracała po osiemnastej. Następnego dnia dokładnie to samo. Od kilku lat.

— A mąż? — zapytał Marian.

Zofia zawahała się.

— No właśnie. Tutaj zaczyna się robić ciekawie.

— Dawaj.

— Od lat jej groził. Został wyrzucony z domu. Kilka razy karany za pobicie żony. Miał sądowy zakaz zbliżania się do niej.

Bogdan aż się wyprostował.

— No to mamy podejrzanego.

— Nie mamy — ostudziła go Zofia. — Ma niezbite alibi na czas zbrodni.

— Sprawdzone?

— Kilkukrotnie.

— A zdrowie psychiczne?

— Jest na rencie. Ma rozpoznane upośledzenie intelektualne. Z dokumentacji wynika, że funkcjonuje bardzo słabo.

— „Nie jest zdolny do takiej zbrodni” to trochę za mało — zauważył Marian. — Skontaktuj się z lekarzem. Chcę zobaczyć dokumentację i dowiedzieć się, jak naprawdę funkcjonuje. Nie wykluczajmy niczego tylko dlatego, że komuś wydaje się niezdolny.

— Albo dobrze się kryje — odezwał się Bogdan.

— Pamiętacie Stolarza? — zapytał Marian.

— Tego, który podpalił własną rodzinę? — Bogdan pokiwał głową. — Żółte papiery sobie załatwił, skurwysyn.

Marian spojrzał na Zofię.

— Przepraszam.

— Nic się nie stało — odpowiedziała, choć lekko się uśmiechnęła.

— Czubka udawał — ciągnął Marian. — Ale Marek go rozgryzł.

Chrobry siedział dotąd cicho. Teraz podniósł wzrok znad akt.

— Łatwo nie było. Bardzo dobrze panował nad emocjami.

— Pamiętam te jego okulary — wtrącił Bogdan.

— Właśnie — powiedział Marek. — Przyciemniane. Nie chciał, żeby było widać oczy.

Zofia spojrzała na niego z zaciekawieniem.

— I co dawały?

Chrobry wzruszył ramionami.

— Ludzie dużo mówią o mowie ciała. O ruchach rąk, pocie, spojrzeniu. Problem w tym, że tego też można się nauczyć. Można siedzieć spokojnie, nie patrzeć w podłogę, nie pocierać nosa. Można nawet nauczyć się panować nad oddechem. Ale oczu nie oszukasz. Źrenice reagują szybciej niż człowiek zdąży pomyśleć.

— I ty to wszystko potrafisz wyłapać? — zapytał Bogdan.

— Nie wszystko.

Chrobry spojrzał na niego.

— Ja po prostu patrzę.

Marian parsknął.

— Nie słuchaj go. Od dawna ma na tym punkcie obsesję.

Zofia nadal patrzyła na Marka.

— Ale z tymi okularami coś było?

— Było.

Chrobry przez chwilę milczał.

— Jakiś czas temu zacząłem używać prostego urządzenia, które pozwalało mi dokładniej obserwować reakcje rozmówcy. Nic magicznego. Żaden wykrywacz kłamstw. Raczej dodatkowa para oczu. Chińskie okulary za sto złotych.

— Okulary? — Bogdan uniósł brwi.

— Wbudowana kamera rejestruje między innymi reakcję źrenic. Pod wpływem adrenaliny źrenice zmieniają swoją wielkość. Tego nie da się świadomie kontrolować. Możesz pilnować głosu, rąk, oddechu. Możesz nawet nauczyć się nie pocić. Ale źrenice nie słuchają rozumu.

— I działa?

Chrobry wzruszył ramionami.

— Czasami. Nie pokazują, kto jest mordercą. Nie wskazują miejsca ukrycia zwłok. Pokazują tylko moment, w którym człowiek zaczyna reagować inaczej niż chwilę wcześniej.

— I wtedy?

— Wtedy zadaję następne pytanie.

Zofia pokiwała głową.

— I Stolarz?

— W jego przypadku zadziałało.

Marek odchylił się na krześle.

— Szukaliśmy chłopaka, który zabił rodziców. Potem przez kilka tygodni się ukrywał. Byliśmy przekonani, że ktoś mu pomaga. W grę wchodziła ucieczka za granicę albo jakaś kryjówka, z której nie zamierzał wychodzić.

— A pomogła rodzina — domyśliła się Zofia.

— Stara ciotka. Osiemdziesiąt lat. Na pierwszy rzut oka kompletnie niegroźna.

— I kłamała?

— Jak zawodowiec.

Marek uśmiechnął się krótko.

— Pytaliśmy ją o rzeczy banalne. Czy byli ze sobą blisko. Kiedy widziała go ostatni raz. Czy odwiedzał ją wcześniej. Za każdym razem odpowiadała spokojnie. Ani jednego potknięcia.

— I co ją zdradziło?

— Nie słowa.

Chrobry spojrzał na Zofię.

— Organizm.

— Aż tak?

— Na końcu przesłuchania była tak spocona, że krople kapały na podłogę. A mimo to nadal twierdziła, że nie ma pojęcia, gdzie jest chłopak.

Bogdan roześmiał się pod nosem.

— I znaleźliście go.

— Dwa dni później.

— Dzięki temu urządzeniu?

— Nie — powiedział Marek. — Dzięki temu, że wiedzieliśmy, gdzie szukać.

Zapadła chwila ciszy.

Zofia zerknęła na Mariana, potem z powrotem na Chrobrego.

— Czyli człowieka zawsze coś zdradzi?

— Nie zawsze.

Tym razem odpowiedź padła natychmiast.

— I to jest właśnie najgorsze.

Marek spoważniał.

— Czasami trafiasz na kogoś, kto nie musi udawać. Nie jest zdenerwowany, bo naprawdę uważa, że zrobił coś właściwego. Nie czuje winy. Nie czuje strachu. Nie widzi powodu, żeby kłamać.

— Psychopata? — zapytała Zofia.

— Może. Ale niekoniecznie.

— To co wtedy?

Chrobry spojrzał na fotografie obu ofiar leżące na stole.

— Wtedy nie szukasz oznak kłamstwa.

Przesunął palcem po jednej z fotografii.

— Szukasz człowieka, dla którego to wszystko ma sens.

Marian przestał się uśmiechać.

— I właśnie takiego chyba szukamy.


— No dobrze, wracając do naszej sprawy — co wiemy o sąsiadach, znajomych? Może miała kochanka? Przez kilka lat była sama. Może pojawił się ktoś nowy? Ktoś, z kim się spotykała? — Marek spojrzał na Zofię.

— Nikt, kto mógłby wchodzić w grę. Żadnego punktu zaczepienia. Naprawdę wszystko zostało dokładnie sprawdzone.

Marek pokręcił głową.

— Zośka, nie mów mi, że wszystko jest w porządku, bo ktoś nie podpala człowieka na stosie bez powodu. To jest zemsta. Okrutna, osobista zemsta. Ktoś musiał ją naprawdę nienawidzić. Więc nie mów mi, że niczego nie ma.

Zofia milczała.

— Jeszcze raz musisz przesłuchać wszystkich — ciągnął Marek. — Minęło prawie pół roku. Ludzie zdążyli ochłonąć. Mają szerszą perspektywę, zaczynają przypominać sobie rzeczy, o których wcześniej nie mówili albo które wydawały im się nieistotne. Może ktoś ich zastraszał. Może coś wtedy przeoczyli.

— I jak mam to zrobić? — zapytała Zofia.

— Bez munduru. Bez nacisku. Pojedź do nich do domu. Taka zwykła, przyjacielska wizyta. Kawa, herbata, trochę rozmowy. Daj im się wygadać. Nie pytaj od razu o morderstwo. Powiedz, że zbierasz informacje do artykułu o tragedii. Ludzie łatwiej mówią, kiedy wydaje im się, że nie są przesłuchiwani.

Marian uniósł brwi.

— Z ciebie, Marek, byłby niezły dziennikarz.

— Zły. Za dużo pytań zadaję.

Bogdan uśmiechnął się pod nosem.

— A ty, Bogdan — Marek odwrócił się w jego stronę — pogrzeb w jej pracy. Koleżanki, konflikty, zazdrość. Wszystko. Może właściciel? Może ktoś miał z nią romans? Może przespała się z mężem którejś z koleżanek? Nie zakładaj, że wiejska szwalnia to spokojne miejsce, gdzie wszyscy są dla siebie mili.

Bogdan pokiwał głową.

— Sprawdzę.

— Słuchajcie — Marek oparł dłonie na stole. — Teraz już wiemy, że mamy seryjnego mordercę. Możliwe, że nie znajdziemy motywu. Możliwe, że będziemy szukać po omacku. Ale zanim zaczniemy polować na ducha, musimy mieć pewność, że nie przeoczyliśmy kogoś z jej otoczenia. Ani jednej osoby.

Marian przez chwilę milczał, przeglądając notatki.

— Działamy dwutorowo — powiedział w końcu. — Wy bierzecie pierwszą ofiarę. Sprawdzacie akta od początku i jeszcze raz, dyskretnie, przesłuchujecie ludzi. Wszystko porównujecie z wcześniejszymi zeznaniami. Każdą rozbieżność. Każdy szczegół, który wtedy wydawał się nieważny.

Spojrzał na Marka.

— A my z Markiem zajmiemy się drugą ofiarą. Miejscem zbrodni, trasą, samochodem, wszystkim, co może nas doprowadzić do sprawcy.

Zofia zamknęła teczkę.

— A jeśli naprawdę niczego nie znajdziemy?

Marek spojrzał na nią.

— To znaczy, że jeszcze nie zadaliśmy właściwego pytania.

W pokoju zapadła cisza.

Marian uśmiechnął się krzywo.

— No to mamy robotę.

ROZDZIAŁ 5

Paradoksalnie to właśnie więzienie nauczyło go palić ludzi.

Po kilkunastu miesiącach pozwolono mu korzystać z więziennej biblioteki. Zbiór był skromny: stare, poobijane książki, głównie literatura polska i światowa, starannie wybrana i zapewne równie starannie sprawdzona. Królował Sienkiewicz, Karol May i wszystko, co popularne, lekkie i łatwe. Książki, które miały zabić nudę, ale przede wszystkim nie zaszkodzić reedukacji osadzonych.

Broń Boże — żadnych gwałtów, morderstw, zbyt mocnych historii.

Któregoś dnia, z nudów przeglądając kolejne regały, natrafił na opasły, bogato ilustrowany tom historii chrześcijaństwa. Książka była stara, ciężka i pachniała kurzem.

Na stronie 142 zobaczył swoją pierwszą płonącą kobietę.

Obraz przedstawiał egzekucję z czasów średniowiecza. Człowiek przywiązany do drewnianego pala. Stos. Ogień. Tłum.

Patrzył długo.

Coś w nim drgnęło.

Potrzeba zemsty tkwiła w nim przecież od dawna. Teraz dostała tylko kształt. Jak ziarno, które przez lata leżało pod ziemią, a nagle otrzymało wodę i światło.

Od dawna wiedział, że kiedyś wyjdzie z więzienia. Może za dwadzieścia lat, może później. Będzie miał czterdzieści, może pięćdziesiąt lat. Wyjdzie jako wrak człowieka — bez rodziny, bez miłości, bez przyszłości. Nie wierzył już, że będzie potrafił żyć jak inni.

Zostanie mu tylko to, co więzienie zdążyło w nim wyhodować: poczucie krzywdy, nienawiść i potrzeba odwetu.

Musiał więc przetrwać.

Każdy dzień.

Każdą noc.

Każde upokorzenie.

Na niektórych wieloletnich skazańców ktoś czekał. Rodzice. Żony. Dzieci. Rodzeństwo. Na niego coraz mniej ludzi czekało. Matka była schorowana i prawdopodobnie nie doczeka końca jego wyroku. Rodzeństwo, jak powiedziała mu podczas ostatniego widzenia, nie chce mieć z nim nic wspólnego. Ojciec dawno stracił kontakt z rzeczywistością i przebywał w zakładzie psychiatrycznym.

Został sam.

A jednak po raz pierwszy od dawna miał coś, co przypominało cel.

Ogień.

Wydawał mu się doskonały. Niszczył wszystko. Drewno, słomę, ciało. Zacierał ślady. Nie zostawiał tego, czego tak bardzo bali się śledczy: narzędzia, odcisków, przedmiotów.

W swojej chorej wyobraźni widział w nim rozwiązanie.

Wielokrotnie wracał do rozdziału poświęconego inkwizycji. Czytał go tak długo, aż przestał widzieć w nim historię. Zaczął widzieć scenariusz.

Z czasem nauczył się odtwarzać przyszłe egzekucje w swojej głowie.

Najpierw pojawiała się kobieta.

Potem miejsce.

Tłum.

Drewno.

Ogień.

Powtarzał te obrazy nocami, dopracowując każdy szczegół. W wyobraźni był już nie więźniem, lecz kimś, kto decyduje. Kimś, kto ma władzę.

Kiedy współwięźniowie przychodzili po niego, zamykał oczy i odpływał gdzieś daleko. Przestawał być w celi. Przestawał czuć własne ciało. Widział płomienie.

Widział kobiety.

I wtedy ból stawał się łatwiejszy do zniesienia.

Znalazł sposób, żeby przetrwać.

Zaczął ćwiczyć. Kiedy tylko mógł, korzystał z więziennej siłowni. Wzmacniał ciało. Uczył się cierpliwości. Ćwiczył koncentrację.

A przede wszystkim planował.

Nie miał jeszcze konkretnej ofiary. Nie znał miejsca. Nie wiedział, kiedy dokładnie to zrobi.

Ale wiedział, że kiedyś zrobi.

Krok po kroku budował w głowie przyszłość, w której to on będzie decydował o wszystkim.

Pozostało tylko jedno.

Czekać.

Miał przed sobą jeszcze wiele lat.

Musiał więc być wzorowym więźniem.

Nie skarżył się. Nie zgłaszał przemocy. Nie opowiadał o bójkach ani o tym, co działo się w celi. Nie protestował przeciwko niczemu. Kiedy pytano, jak się czuje, odpowiadał, że dobrze. Kiedy pytano o stosunek do popełnionej zbrodni, spuszczał głowę i mówił to, czego od niego oczekiwano.

Żałował.

Rozumiał swój błąd.

Chciał się zmienić.

Z czasem nauczył się nawet wyglądać na człowieka, który naprawdę się zresocjalizował.

Nikt nie wiedział, że pod tą maską od lat cierpliwie dojrzewał plan.

I że więzień, którego wszyscy uznali za złamanego, w swojej głowie właśnie odzyskiwał władzę.

— Pani psycholog, chcę odpokutować za swoje winy. Kiedy wyjdę na wolność, chciałbym pomagać chorym w hospicjum — mówił spokojnie, z pokorą, którą starannie wyćwiczył.

— Nie przywrócę życia tej dziewczynie. Tego już nie zmienię. Ale mogę pomóc innym. Mogę być potrzebny ludziom cierpiącym. Muszę tylko dostać szansę.

Psycholog słuchała, notowała, czasem kiwała głową. Widziała skruchę. Widziała przemianę. Nie widziała tego, co działo się pod powierzchnią.

On tymczasem podporządkował wszystko jednemu celowi.

Nie będzie ich zabijał.

On będzie wymierzał sprawiedliwość.

Tak sobie to tłumaczył.

To nie on był oprawcą. To on był ofiarą. Wszystko zaczęło się od Ewy. Od jej matki. Od tamtej obietnicy, która miała być wieczna.

„Kocham cię. Będę czekała na ciebie.”

On poszedł walczyć za ojczyznę, a ona znalazła sobie innego. Zdradziła go. Upokorzyła na oczach całej wsi.

Wszystkie są takie same.

Myśl powracała obsesyjnie, jak refren.

Wszystkie są takie same.

Martwiło go tylko jedno: że jego przyszłe ofiary będą umierały samotnie.

W wyobrażeniach wracał do średniowiecza. Do placów pełnych ludzi, do tłumów zgromadzonych wokół egzekucji, do skazanych wystawionych na widok wszystkich. W jego chorej wyobraźni śmierć na stosie była nie tylko karą. Była widowiskiem. Publicznym osądem. Ceremonią.

Jego „czarownice” nie będą jednak miały tłumu.

Będą tylko one i on.

Ta myśl początkowo go drażniła. Z czasem jednak zaczął ją akceptować. Samotność egzekucji nadawała jej coś jeszcze bardziej osobistego. Nie potrzebował widzów. Wystarczał mu jeden świadek.

On.

Nie mógł pozwolić sobie na długie oczekiwanie. Nie mógł godzinami pozostawać przy miejscu zbrodni. Musiał myśleć o własnym bezpieczeństwie, o tym, co wydarzy się później. Każda z jego ofiar miała zginąć szybko.

A jednak w jego wyobraźni śmierć trwała długo.

Widział płomienie. Słyszał krzyk. Wyobrażał sobie rozpacz, strach i bezradność.

Rozbierał swoje przyszłe ofiary w wyobraźni, odbierał im nie tylko ubranie, ale także godność. Nazywał je ulicznicami, czarownicami, kobietami niegodnymi litości.

Tak łatwiej było mu je zabijać.

Tak łatwiej było mu wierzyć, że nie zabija człowieka.

Zabijał winę.

Zabijał zdradę.

Zabijał wszystkie kobiety, które — jak sobie wmówił — odebrały mu życie.

Bezsenne noce w więzieniu wypełniały obrazy przyszłych zbrodni. Czasem długo nie mógł zasnąć. Czasem sen przychodził dopiero wtedy, gdy w jego wyobraźni płomienie zaczynały pochłaniać kolejną kobietę.

Budził się zlany potem.

Przez chwilę nie wiedział, gdzie jest.

Cela. Ciemność. Betonowe ściany.

A potem wracała świadomość.

Jeszcze nie.

Jeszcze musi czekać.

Ale kiedyś wyjdzie.

I wtedy wszystko się zacznie.


Rozlewa benzynę na fotel i tapczan w pokoju Ewy. Potem podchodzi do łóżka stojącego w rogu i wylewa resztę kanistra na pościel, nocną koszulę, na jej twarz.

Ewa zrywa się, coś krzyczy, ale on niczego nie słyszy. Wszystko pogrąża się w nocnej ciszy.

Do pokoju wbiegają jej rodzice. Przerażeni, oniemiali ze strachu.

Wyciąga zapalniczkę Zippo. Zapala ją jednym ruchem i unosi płomień wysoko, jak pochodnię.

Podchodzi do Ewy.

Jest tak blisko, że czuje jej oddech na policzku. Widzi zwężone ze strachu źrenice. W ich czerni odbija się płomień zapalniczki.

Przez chwilę ma wrażenie, że ogień wydobywa się z jej wnętrza. Jakby płonęła już wcześniej. Jakby płomień był w niej od zawsze i teraz tylko znalazł drogę na zewnątrz.

Odwraca się ku jej rodzicom. Podsuwa ogień pod ich twarze.

Patrzy w ich oczy.

To właśnie chce zobaczyć.

Strach.

Na to czekał przez wszystkie lata. Na tę jedną chwilę, kiedy role się odwrócą. Kiedy oni poczują to, co on czuł.

Zemsta.

Wreszcie nadeszła.

Ewa krzyczy. Otwiera usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Jakby uczestniczył w niemym przedstawieniu. W pantomimie, w której tylko on zna zakończenie.

Rzuca zapalniczkę na łóżko.

Płomień pojawia się natychmiast. Rozlewa się po pościeli, potem przechodzi na meble i zasłony. Pokój zaczyna znikać za ścianą ognia.

Trzy postacie stoją nieruchomo.

Jak na starym obrazie przedstawiającym średniowieczną egzekucję.

Nie uciekają.

Nie próbują się ratować.

Tylko płoną.

— Jak ty jesteś brzydka — mówi.

Patrzy na Ewę i próbuje odnaleźć w jej twarzy kobietę, którą kiedyś kochał. Nie potrafi.

W jego wyobraźni piękno znika jako pierwsze. Potem wspomnienia.

Zostaje tylko ogień.

Jej twarz zmienia się nie do poznania. Jest obca. Tak obca, że łatwiej mu uwierzyć, że nigdy jej nie kochał.

Poprzednim razem płonęła tylko ona.

Teraz są we troje.

W jego wyobraźni tworzą jeden wielki płomień. Raz obejmują się, jakby szukali w sobie ostatniego ratunku. Innym razem klękają przed nim i błagają. Czasami krzyczą. Czasami milczą, pogodzeni z wyrokiem.

Za każdym razem scena wygląda inaczej.

Jego umysł nieustannie ją poprawia.

Dodaje szczegóły.

Zmienia światło.

Zmienia ich twarze.

Zmienia zakończenie.

Ogień raz jest czerwony, raz złoty, czasem niemal niebieski. Zawsze jednak robi to samo — odbiera ludziom kształt, twarz i godność. Zostawia po nich coś, czego nie potrafi już nazwać człowiekiem.

I wtedy przychodzi ulga.

Teraz może zasnąć.

Czasami jednak budzi się rano z przekonaniem, że wydarzyło się naprawdę.

Leży nieruchomo i przez kilka sekund patrzy w sufit.

Wspomnienie jest tak wyraźne, że niemal czuje zapach dymu.

Potem rzeczywistość wraca.

Cela.

Szare ściany.

Krata w oknie.

Zwykły poranek.

I nagle pojawia się rozczarowanie.

To był tylko sen.

Kolejny raz tylko sen.

A przecież wszystko widział tak dokładnie.

Jakby naprawdę tam był.

Jakby naprawdę patrzył.

ROZDZIAŁ 6

Zofia trafiła do wrocławskiej komendy prosto po studiach. Ukończyła prawo, ale od początku wiedziała, że nie chce spędzić życia za biurkiem. Jej marzeniem była praca w tej samej komendzie, w której przez wiele lat służył jej ojciec.

Była ambitna. Bardzo.

Od pierwszego dnia niemal nie odstępowała Mariana, zasypując go pytaniami. Kodeksy i przepisy znała na wylot. Potrafiła przywołać odpowiedni paragraf szybciej niż niejeden starszy funkcjonariusz. Znała procedury, terminy, uprawnienia.

Problem polegał na tym, że znała je głównie z książek.

W praktyce była czystą tabula rasa.

Marian, stary wyjadacz, szybko postanowił więc wysłać ją na naukę do Marka.

Praktykantki były jego zdaniem koszmarem. Nie przynosiły większego pożytku, za to ciągle biegały za człowiekiem, zadawały pytania i zaglądały przez ramię. Przy nich trzeba było bardziej uważać na słowa, gesty, a nawet na własne błędy. Człowiek nagle przypominał sobie, że ktoś patrzy.

Pierwsze spotkanie odbyło się przy biurku Chrobrego.

Zofia stała przed nim z notesem w ręku.

— Nauczy mnie pan, jak pracować?

Marek spojrzał na nią znad monitora.

— Jeszcze raz powiesz do mnie „pan” i wylatujesz z pracy.

Uśmiechnął się, żeby było wiadomo, że żartuje.

Chociaż Zofia przez chwilę nie była tego pewna.

Fajna ta młoda policjantka, pomyślał.

Coraz fajniejsze dziewczyny trafiają do policji.

Na pewno lepsze niż Sucha.

Kiedy zobaczył Zofię kilka tygodni wcześniej podczas porannej odprawy u Sucheckiej, od razu zwrócił na nią uwagę. Nie tylko dlatego, że była młoda. Miała w sobie coś, czego brakowało większości nowych ludzi — ciekawość.

Marek lubił pracować z kobietami. Wnosiły do codziennej, monotonnej pracy trochę świeżości. Poza tym przy nich człowiek bardziej pilnował wyglądu.

Dokładne golenie.

Świeża koszula.

Czyste zęby.

I przede wszystkim język.

Trzeba było uważać, żeby nie przesadzić.

— Jak pracować? — powtórzył. — To proste. Codziennie przychodzisz na siódmą. Robisz sobie kawę albo herbatę, co wolisz. O wpół do ósmej odprawa u Mariana. Dostajesz sprawę, siadasz za biurkiem, puszczasz muzykę i do roboty.

Zofia zapisała coś w notesie.

Marek zerknął na nią.

— Tylko nie zapisuj wszystkiego, co mówię.

— Dlaczego?

— Bo połowa to bzdury.

Spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— A druga połowa?

— Druga połowa przyda ci się bardziej, jak zapomnisz o pierwszej.

— A tak naprawdę to cholernie żmudna, nudna, biurowa robota. Nie widziałaś nigdy nic równie monotonnego. To nie „Kojak”. Nie nosisz broni, nie ścigasz porywaczy samolotów. Głównie przemoc domowa, kradzieże i mnóstwo fałszywych zgłoszeń od życzliwych sąsiadów, porzuconych kochanków i rozwodników, którzy chcą, żebyśmy załatwili za nich prywatne porachunki.

— Wszyscy mówią, że jesteś najlepszy?

Prowokuje mnie? Czy Marian zdążył jej już opowiedzieć o kilku moich spektakularnych sprawach? — pomyślał Marek.

— Po pierwsze: jeśli mamy razem pracować, mów mi po imieniu. Po drugie: nie słuchaj takich bzdur. Każdy ma swoje sukcesy i porażki. To nie kwestia fartu ani jakiegoś cudownego nosa. Liczy się rzetelna, mozolna praca.

— Poprosiłam inspektor Alicję Suchecką, żeby pozwoliła mi z tobą pracować.

Mądry pomysł to nie był.

Marek nigdy nie uważał się za dobry wzór do naśladowania. Nie miał ochoty niańczyć kolejnego adepta kryminalistyki. Młodzi przyjeżdżali tu prosto po studiach i zwykle wydawało im się, że wiedzą wszystko. A on wolał pracować sam. Tylko wtedy miał pewność, że niczego nie przeoczy.

Lubił liczyć wyłącznie na siebie.

— Inspektor Suchecka twierdzi, że masz nosa i farta. Powiedziała, że najwięcej nauczę się właśnie przy tobie.

— Intuicję mają bohaterowie powieści kryminalnych. W prawdziwym życiu liczy się sumienność. Drobiazgowe zabezpieczenie śladów. Dokumentacja. Przesłuchania. Sprawdzanie po raz drugi tego, co za pierwszym razem wydawało się oczywiste. To nie jest specjalnie ekscytujące.

— A dusiciel?

Marek podniósł wzrok.

— Wszyscy wspominają sprawę dusiciela — dodała Zofia.

— Dyskusyjny sukces.

— Dlaczego?

— Zanim na niego trafiliśmy, zabił kilka osób.

Zofia zamilkła.

— Owszem, to była ciekawa sprawa. I dobra lekcja. Pokazała mi, że anioł nie zawsze nosi aureolę, a człowiek zdolny do morderstwa wcale nie musi wyglądać jak morderca. Tamten spotykał codziennie dziesiątki ludzi. Rozmawiał z nimi. Uśmiechał się. I nikt nie zauważył w nim niczego niezwykłego.

Marek odchylił się na krześle.

— To nie było błyskotliwe śledztwo. Żadnego genialnego olśnienia. Żadnego „mam go!”. Była drobiazgowa, wielotygodniowa praca całej grupy. Sprawdzanie jednego tropu za drugim. Wracanie do rzeczy, które wydawały się już zamknięte.

Spojrzał na Zofię.

— Zapamiętaj jedno: nie pędź za sukcesem na siłę. Rób swoje. Rzetelnie. Cierpliwie. Sukces, jeśli ma przyjść, przyjdzie sam.

— A porażka?

Marek przez chwilę milczał.

— Sukcesy cieszą krótko. Porażki potrafią człowieka męczyć latami. Jeśli coś spieprzysz, będziesz do tego wracała długo po tym, jak wszyscy inni o tym zapomną.

Zofia przyglądała mu się przez chwilę.

— To chyba niezbyt optymistyczna rada dla początkującej policjantki.

— Nie jestem od optymizmu. Od tego jest Marian.

— Przyznam się, że prosiłem Mariana, żeby nie dawał mi żadnego praktykanta. Lubię pracować sam. Jestem trudnym kolegą. Nie obraź się, jeśli czasem dam ci znać, że masz wyjść.

Zofia spojrzała na niego pytająco.

— Na przykład poproszę cię o kawę. To nie znaczy, że masz mi ją robić. Po prostu chcę zostać sam na sam z przesłuchiwanym. Jasne?

— Jasne. Kawa. Tylko kawa wchodzi w grę. Papierosy odpadają. Nie palę.

Zawahała się przez chwilę.

— Jestem w ciąży.

Marek spojrzał na nią zaskoczony.

— W ciąży? I zamierzasz z nami jeździć w teren?

— Zamierzam pracować.

— Nie myślałaś o zwolnieniu?

— Nie.

— Ta robota potrafi być trudna. Czasami bardzo.

— Wiem.

Marek przez chwilę milczał.

— Alicja wie?

Zofia pokręciła głową.

— Nikt nie wie. Tylko ty.

— Dlaczego?

— Bo wiesz, jak patrzą na kobiety w ciąży. Nie przyjęliby mnie tutaj. Dostałabym jakieś papiery do przekładania, może mandaty do wypisywania. A ja nie po to kończyłam prawo.

— Który tydzień?

— Szesnasty.

— Czyli jeszcze dwadzieścia cztery — uśmiechnął się Marek.

Zofia popatrzyła na niego z niedowierzaniem.

— Ty naprawdę wiesz takie rzeczy?

— Wiem różne rzeczy.

Uśmiechnął się pod nosem.

— Dobra. W takim razie znajdź sobie wygodny fotel. Zobacz w pokoju obok. Jak będzie wolny, bierzesz. I jak coś będzie nie tak, mówisz. Nie będziemy robić z ciebie bohaterki.

— Dzięki.

— Nie ma za co. Tylko nikomu nie mów, że potrafię być miły.

Weszli do niewielkiego pokoju obok.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 58.71