Wiersze
Pewien lipcowy dzień
Powietrze gęste jak woda,
ból złotą nicią wdziera się w głowę.
Wśród żałobników mglą się smutne,
przejrzyste demony.
Zaglądają każdemu za kołnierz, sprawdzając,
czy któraś z zatrzaśniętych w bólu postaci
ma na karku takie małe wgłębienie,
gdzie można by przytulnie zamieszkać.
Monotonne mruczenie —
złudna pociecha religii od święta.
Kleszcze zaciśniętych gardeł,
sople połykanych łez —
nie z żalu nad kupką prochu
obojętną na mdły zapach lilii
i szuranie stóp.
Rozpacz otwiera się fioletowowiśniową czeluścią
na myśl o własnej śmierci,
tak niewygodnie dzisiaj przypomnianej.
Kiedy zechcesz zauważyć,
jak wężowo ślizga się po niebie
gałąź starej akacji,
jak błękitnobiały wiatr życia
zrywa z twej twarzy duszne pajęczyny,
powiesz głośno:
Nie, nie gaście słońca,
bo słyszę jej śmiech nad waszymi głowami.
lipiec 2004
Kto to wie
Być może okno, przez które patrzę,
jest tak naprawdę szybą akwarium.
Być może ruch ptasich skrzydeł mylę
ze zwinnym wygięciem rybich grzbietów.
Być może wacianość nieba jest w istocie mokra.
Jak mogę to wiedzieć,
skoro mokra jest ręka, którą w nią zanurzam?
Być może kocham to słowo, którego nie zna nikt,
zajęty bełkotliwym rytuałem kolacji przy świecach.
Być może korony drzew to ich korzenie,
a pod kamieniem zamiast robaka, śpi błękitny elf.
Ale komu chce się zajrzeć?
Może jest i tak, że wszyscy jesteśmy pośmiewiskiem kawek,
zaludniających czarnymi przecinkami
wieczne gałęzie niewzruszonych drzew.
Śmieją się patrząc,
jak sami pleciemy sznury na swoich szyjach,
głośno obwiniając za wszystko Boga.
22.08.04
Proszę
Niech ukołysze mnie do snu
miękki trzepot skrzydeł
głos szemrzący jak strumyk
niski śpiew topoli w środku lata.
Niech doda mi otuchy
upór morskich fal
ciągłość rodzących się ptaków
zapach mchu, kiedy leżę na nim twarzą.
Niech pomoże mi odejść
czerwień zachodzącego słońca
złudność ziemi pode mną
przeczucie rodzącego się życia.
2004
Ktoś
Kiedy się modlę, czasem odbiera z mych ust słowa —
delikatny poród.
Czasem pozwala im z krzykiem rozbić się o beton.
Oddala się na długo, do granicy niewiary w jego istnienie
i podaje dłoń niespodziewanie,
cierpliwie znosząc przekleństwa.
Przekracza granice światów, nie robiąc wokół tego szumu,
nie narzuca się ze swoimi radami,
przychodzi w dreszczu zrozumienia,
gdy zetkną się dwie płaszczyzny miłości.
22.08.04
Starość
Leniwe jelita i starcze ucho w nadziei wyczekujące na ich ruch.
Oczy zamiast nagiej suchej gruszki widzące w lustrze
dziewczynę w bryczce,
mknącą wzdłuż szpaleru czereśniowych drzew.
Usta mówiące chętnie o podróżach,
których ciało już nie odbędzie.
Ręce cały dzień zajęte tańcem chybionych gestów.
Serce spopielałe od goryczy — że nikt i nigdy.
Umysł z uporem odwracający głowę od prawdy o sobie.
23.08.04
Poszukiwanie
Kościoły moich podróży,
delikatne rysunki koronkowych wież —
nie ma w was aniołów.
Pcham wrota ciężkie od grzechu,
wstrzymując oddech, by nie skalać nim Boga
(ach, jakże otrzepywałby się z pyłu śmiertelności
wydalanego przez moje otwory).
Nadzieja i lęk trzepoczą w naczyniu ciała.
Modlitwy kolumn, ekstazy sklepień,
łzy uwięzione między płytami nagrobków.
Słyszałam, że mieszka tu Bóg,
że beztrosko macha nogami z poręczy ambony,
że czasem drzemie na ostatniej ławce,
mając pod głową ulubioną poduszkę z siana,
a kiedy indziej nudząc się ćwiczy, żeby nie wyjść z wprawy,
kurczenie się i rozdymanie, aż ramionami strąca lichtarze.
Szukam go, przemierzając opuszkami palców
całe światy zimnych kamieni;
szukam go, nasłuchując,
czy wplątał się w szept konfesjonałów;
szukam go wypatrując w lustrze mojego serca jego blasku,
brnąc po kolana w cudzym żalu i szlochu,
wdychając coraz głębiej matowe opary umierania.
Znajduję tylko własne połamane w modlitwie paznokcie,
tylko martwy naskórek setki swoich ciał.
29.08.04
Dzień
Jeśli zdarzy ci się leżeć na plaży — jesienią oczywiście,
kiedy wspomnienia skóry rozgrzanej, pachnącej,
świergotu dziecięcych głosów,
niechcianej intymności ciał,
uniosą się wysoko, poza wyciągnięcie ręki —
być może coś zauważysz.
Jeśli zdarzy ci się leżeć na plaży jesienią,
między wodą a lasem, między słonym a cierpkim,
być może coś usłyszysz.
Niby zwyczajny szum morza — zamykasz oczy.
Niby zwyczajny szum drzew — odprężasz się.
Niby zwyczajny twój oddech —
trójpleciona kolumna westchnień.
Prawdziwa zwyczajna Trójca Święta.
03.09.04
Tworzywo
Jest we mnie rzeka — leniwa, głęboka spokojem,
niezniszczalna krew tej ziemi.
Jest we mnie ogień — płomień świadomości,
łapczywe, gorące palce chwytające życie.
Czarne, gwiaździste niebo
wlewa się we mnie przez otwarte w zapatrzeniu usta,
rośnie w gardle, z łatwością znajdując w nim dom.
Splot żywiołów we mnie,
rozbłyski słońc wokół dłoni,
wężowe konstelacje jelit.
A tak naprawdę —
czym jest to, z czego jestem zrobiona?
2004
Balkon (o babci)
Samotna kobieta pod niebem
nie podziwia urody chmur,
nie zachwyca się zachodem słońca,
nie docenia ptasiej przestrzeni.
I ten widok wcale nie sprawia,
że chce jej się latać.
Nie ma ochoty rozłożyć ramion
i z zamkniętymi oczami
wchłaniać uderzenia wiatru.
Nie w głowie jej rozwiane włosy,
nieznane tęsknoty,
marzenie o locie balonem.
Umieszczona na miniaturowym balkoniku dwunastego piętra,
wykorzeniona —
wciąż myśli o krzywym kurniku i drzewie wiśni,
i o tym domku,
którego gruzy oddychają gdzieś głęboko pod ziemią.
12.09.04
Ziemia się kręci
Jedyny człowiek na świecie,
który czuje, że ziemia się kręci,
nie może spokojnie zjeść obiadu,
nie trzymając się mocno stołu.
Twierdzi, że nie ma sensu nigdzie wychodzić,
bo i tak kręci się w kółko.
Nie cierpi karuzeli.
Przyzwyczaił się już do mdłości.
Sny ma jedynie owalno-spiralne.
Nie wyraża podziwu dla kosmicznych sił.
Jest raczej zirytowany niemożnością
ujarzmienia rozwianej czupryny.
A najgorsze jest to, że nikt mu nie wierzy.
13.09.04
Wielki
Padasz przed nim na kolana
oniemiała głębią nieba
zachwycona barwą kwiatów
przejęta cudem życia
zatrwożona grzmotem burzy
zdjęta strachem za grzechy
bezbronna wobec wyroków
czołobitna w świątyni
niepewna jego wsparcia
pytająca, jak przebłagać
rozdarta bólem po stracie
zagubiona na rozdrożach.
Jakże niepotrzebnie.
Przecież masz go nawet w małym palcu.
15.09.04
Pytanie
Czyżby wyższość słoneczników nad Van Goghiem
serca nad rozrusznikiem
rechotu żab nad symfonią
żywicy nad Diorem
drzewa nad statuą
bezruchu nad warkotem
szaleństwa nad rozumem
buntu nad posłuchem
uległości nad walką
ciszy nad krzykiem
mówiła do nas językiem wszechświata?
15.09.04
Czas
Czy zawsze w tym miejscu była stacja?
Czy zawsze powietrze drgało żelaznym łomotem,
a ziemia tężała w objęciach kątów prostych?
Czy zawsze nieliczne krzewy leczyły w słońcu chorą rudość,
a paszcze podziemnych korytarzy wypluwały rzeki ludzi
o niewidzących oczach i łomoczących w pośpiechu sercach?
Czy zawsze — szybko, szybko — tupot, stukot, bełkot,
śpiew automatów i zapach moczu?
Pewnego dnia zmęczone ciało wypręży się stękając
i strąci w nicość betonową narośl,
odsłaniając to, co pod spodem —
groby bezimiennych książąt
przeoczonych przez podręczniki historii
i żywą ziemię, mokrą od własnych łez.
17.09.04
Sen
Pewnego dnia miałam sen,
że Bóg odpowiada mi na każde pytanie,
pisząc do mnie na śniegu.
Przerażona pomyślałam: Stracę go, gdy nadejdzie wiosna.
Ach, niemądra — usłyszałam westchnienie —
będzie do ciebie mówił wzorem ptaków na niebie.
17.09.04
Poduszka
Moja poduszka — taka sobie, jak miliony innych.
Cały dzień normalna i grzeczna — zastygła w bezruchu
zjada kurz w kanapie.
Nawet jeszcze wieczorem
przebiegle udaje bezosobowe wyposażenie.
Wszyscy traktują ją jak to zwykle poduszkę —
klepią, gniotą, upychają —
ręką, nogą — jak popadnie,
myśląc przy tym zupełnie o czym innym.
Dopiero nocą, kiedy świat znika, zostawiając po sobie
tylko ślady zapalonych świateł, jej pierzasto-bawełniane ciało
zmienia się w spiralną trąbę,
sięgającą do samego środka istnienia.
Kiedy przykładam do niej ucho,
słyszę skargi wszystkich wróbli,
których dziś nie zauważyłam,
przechodząc przez środek ich domu;
westchnienia wszystkich ludzi,
którym nie miałam czasu spojrzeć w oczy;
chrzęst wszystkich ziaren piasku,
kiedykolwiek dotkniętych moimi stopami;
i cichą prośbę mojego ciała — o wdzięczność.
19.09.04
Możliwości
Czy to diamenty rozsypane po niebie
ręką rozrzutnego w obfitości boga?
Czy to iskry z anielskiego włosia zgubione w pośpiechu?
A może inaczej: światełka greckich wysp
pogrążonych w ciemności
albo rój morskich świetlików
dryfujących w odmętach.
Ileż możliwości kryje się w gwiezdnym pyle kropli deszczu
osiadłych na przybrudzonej szybie.
22.09.04
Ziemia
Przeprowadzają na jej ciele chirurgiczne operacje:
szyją nićmi kabli, dłubią skalpelami dźwigów.
Żeby nie ześliznąć się z wielkiego grzbietu,
zakorzeniają się fundamentami domów.
Ranią odwiertami, kłują kominami,
ozdabiają świątyniami dalekich bogów,
nie zauważając, że każdego dnia, w każdej chwili,
są pokryci eteryczną błoną jej wnętrzności.
Głusi na bicie jej serca w swoich piersiach.
25.09.04.
Upadek
Kwiat mistyki
w rękach kapłanów
omdlewa —
spływa im po palcach
tworząc lepką kałużę dogmatu.
26.09.04.
Modlitwa
Niech popękają szwy uprzedzeń
i wysypia się z brzucha fioletowe larwy strachu;
niech stary pergamin skóry z szelestem zsunie się w kurz;
niech ruszą potoki żył, z szumem wymywając ze środka
trociny przeszłości;
niech otworzą się wszystkie okna i drzwi,
a podmuch mocy niech gładzi wiatrem wnętrze świątyni;
niech deszcz Nowego wnika w miękkie mury ciała,
podając wodę zrozumienia spragnionym kielichom umysłu;
niech lawina ognia unicestwi mglisty kokon,
by na zawsze zostało słońce;
niech jasny ocean zasklepi rany.
Przyjdź, oczyszczenie.
03.10.04
Stóg siana
Do tej pory pamięta ten dzień,
kiedy włożył głowę w stóg siana.
Dlaczego? Po co robić coś tak głupiego?
Szedł drogą polną w upalnym roztopieniu zmysłów,
kiedy poczuł tę radość, głupią i bez sensu.
Rosła w nim do popękania skóry —
gwałtowną falą wypełniła ciało,
wydęła pierś balonowato, obrzękła stopy,
wypełzła nawet na paznokcie i już, już miała
wyrwać się potwornym krzykiem z gardła,
kiedy z braku innych pomysłów wsadził głowę w stóg siana.
Cisza.
A w niej szybkie oddechy przerażonych myszy,
czujne oczy pająków zawisłych bez ruchu.
Drapiąca twarz ciemność.
Znane, zapomniane zapachy.
I gdy tak minuta za minutą tkwił z głową w stogu siana,
coraz bardziej docierało do niego, że właśnie w tej chwili
świat doskonale sobie radzi bez niego
i jego doktoratu.
03.10.04
Człowiek
Ten hałaśliwy i wulgarny
niecierpliwy i opryskliwy
za gruby, złośliwy,
smutny w kącie, w czarnym swetrze,
pijany, naćpany,
śmiejący się zbyt głośno,
ubrany niestosownie,
z oczkiem w pończosze,
niedopiętym rozporkiem,
odklejoną treską,
kapką zupy na brodzie —
każdy ma w sercu bolący kamyk,
który boli w samotności, bez świadków.
06.10.04.
Wielość
Klawisze fortepianu — odrębne i zjednoczone.
Źdźbła trawy — wiele z jednego korzenia.
Kiedy umieram, jestem gotowa do życia.
Zza jednej twarzy nowonarodzonego
wyłania się następna
jak człony wachlarza
osłaniającego twarz Boga.
10.10.04
Ucieczka
Nie pozwól jej wypłynąć łzami,
bezszelestnie wysunąć się szczeliną wzdłuż kręgosłupa.
Nie pozwól jej nie być, choć przecież
nie wychodziła żadnym drzwiami.
Niech nie chroni się w stopach,
pragnąc zapaść się pod ziemię
ze strachu przed życiem.
Moje ciało, zatrzymaj duszę.
12.10.04.
Pytanie
Jak być zielonym drzewem
wśród pędzących samochodów?
Jak być rdzeniem w miękkiej masie?
Jak być jeziorem w ogniu,
nie parząc mokrej skóry?
Aha, i czy można łagodnością
przetrwać szyderstwo?
Niech sen przyniesie wytchnienie —
i odpowiedź.
13.10.04.
Coś
To, co patrzy przez moje oczy nie jest mną.
Dużo starsze niż moje młode ciało,
młodsze niż ciało stare.
Uczy się, bez szans powodzenia,
jeść nożem i widelcem,
rozumieć czyjeś położenie,
mieć przyjaciół i pracę.
Udaje, że czyta, a tak naprawdę
ziewa z nudów nad filozofią, religią i fizyką,
nie znajdując w nich niczego, czego by nie wiedziało.
Przytakuje, bo tak wypada.
Myśli: Co ja tu robię?
Gubi mądrość w powodzi rzeczy pilnych.
Stara się być tylko człowiekiem,
wzruszeniem ramion kwitując swoje błędy.
Nie daj się nabrać — podobieństwo jest tylko pozorne.
2004
Wiatr
Jest taki wiatr jesienny, który pachnie świeżo zaoraną ziemią.
Na początku w zabawie przekłada kosmyki twoich włosów,
zmieniając ci fryzurę, na taką, której dziś nie planowałaś.
Potem, coraz bardziej zuchwale, popycha cię,
uderzając w plecy i próbuje zdjąć ci szalik.
Nieszczęśni ci, którzy nie zdążą się schronić,
zanim wiatr rozzuchwali się jeszcze bardziej
i wyciągnie im z głowy wszystkie dzisiejsze myśli.
I jakże tak iść, kiedy człowiek nie pamięta, dokąd ma dojść?
I jakże rozmawiać, kiedy sylaby wirują pojedynczo nad głową?
Powiem ci w sekrecie — jest tylko jedna rada na taki wiatr:
znajdź na wpół zielony liść, rozetrzyj go w palcach i wąchaj —
aż zwabione zielenią zapachu myśli posłusznie wrócą do domu.
22.10.04.
Geografia słów
Gdzie trafiają słowa niewysłuchane,
puszczone mimo uszu?
Przestrzeń gęsta od rozbitych liter,
od drgających na próżno dźwięków.
Zdezorientowane, zignorowane poglądy
miotają się, tworząc wiatr w pod-przestrzeni.
Odbite jak groch od ściany dobre rady,
wszelkiej maści wypowiedzi —
smutne, niepotrzebne zwieszają głowę,
rozpłaszczają się, bledną.
Niekiedy odepchnięte od uszu słowa
robią w powietrzu ósemkę i sierocym tropem
wracają do ust mówiącego, odbierając mu siłę,
zatykając gardło.
Szkoda, że więcej ust niż uszu.
24.10.04
Alternatywny świat
Każdy dom ma swój sobowtór pod ziemią —
rosnący do góry nogami,
zrobiony z cienia, który wymyka się
radarom i ludzkim palcom.
Tam, w wiszących nietoperzowych kuchniach,
siedzą rozrzedzone efemerydy każdego z nas,
udając, że wypełniają jedzeniem niemożliwe żołądki
i dyskutując o tym, co robić ze swym cienistym życiem.
30.10.04
Rodzaje wody
Mżawka to melancholia kosmosu tęskniącego za Ziemią.
Deszcz to ludzkie łzy, które nie dotarłszy do Boga,
z rozpaczy rzuciły się z tysięcznego piętra.
2004
Coś w niczym
Bezruch ośnieżonej góry
trwający cicho, nawet gdy
dawno na nią nie patrzysz.
Nieświadomość siebie
w gołębiu śpiącym w ciemności
na kamiennym gzymsie.
Obecność ziemi wypukłej wzgórzami —
bezgłośnie oddycha.
31.10.04.
Przypadek
Nie ma skrzydeł, a jednak lata.
Nie ma szans, a jednak wygrywa.
Na ślepo pnie się w górę,
na szczyt, którego nie zna,
gnany pragnieniem,
co w nocy wybudza go szarpnięciem
i strużką potu na piersi.
Po omacku znajduje drogę,
wbrew prognozom i oczekiwaniom.
Usypia w bólu, tęskniąc za śmiercią,
budzi się szczęśliwy w amnezji.
Nieuleczalny, ludzki przypadek
samoodradzającej się nadziei.
01.11.04
Chwila
Nie, nic ważnego się nie wydarzyło.
To tylko bezimienna chwila,
nie niosąca wspomnień o dużych wydarzeniach,
wsiąkająca w wewnętrzny blednący krajobraz
wraz z tysiącami tysięcy innych chwil.
Karmienie mew z zadartą wysoko głową —
białe szablony ptasich motyli
wtopione w błękit
w aureoli strzępów chmur.
Na zawsze odciśnięta w siatkówce oka
— nieważna — najpiękniejsza.
10.11.04
Człowiek II
Szuka przejścia do drugiego świata, które może być:
drzwiami w miejscu, gdzie nie potrzeba drzwi
wydrążonym pniem drzewa
otwarciem pustej szuflady
szczeliną do wewnątrz ciała
zapatrzeniem w oko ptaka
lub zwyczajnie — dźwiękiem upadających koralików.
We śnie czyta księgę Wszystkich Wiadomości,
a obudziwszy się, nie pamięta niczego.
2004
Obecni
Sponiewierani bogowie —
pokryci warstwą pyłu,
znoszący zniewagi
rozdzwonionych tramwajów,
zuchwałych samochodów.
Omiatani niewidzącym wzrokiem,
wyrzucani poza margines,
nie domagają się uwagi.
Niemo świadczą wschodom i zachodom
wzlotom i upadkom
niedbale wciśnięci między płoty a tory
niezrażeni niewygodą —
liściaści, iglaści — nadal oddychają.
28.11.04
Wszystko we wszystkim
Ciepłe dłonie przywarły do stołu.
Raptem oderwane zostawiają
ślad po życiu — metafora istnienia.
Okruchy na talerzu —
embriony ziaren maku
śnieg soli
grudki ziemi-chleba
— kształt naszej galaktyki.
05.12.04
Początek-pożegnanie
Żegnam starych mistrzów, niby-guru,
których nauki wyblakły
i nie więcej z nich pożytku niż z dziurawego dywanu.
Żegnam czarne swetry
wielość dziurek w uszach
odpowiadającą liczbie zgonów od włóczni.
Żegnam cele zakonne, surowe płótno
i ekstazę cierpienia.
Żegnam ich spadkobierców — ciasne mieszkania,
spódnice do kostek
i nadmierną uczynność.
Żegnam świąteczną gęś pieczoną,
dobrą zabawę z głową w toalecie nad ranem,
rozpacz samotności bez niego, bez niej.
Żegnam iluzję
ideologię
filozofię
dyplomację
i teorię badań literackich
Zstępuję w czarną otchłań,
która w swej dobroci urodzi mnie na nowo.
18.12.04
Impreza
Przychodzą, jedzą, piją
z nadzieją na seks lub poważną rozmowę.
Marzą o huraganie uczuć,
po którym życie jak w kinie.
Zbyt głośny śmiech rozgania strach.
Papieros uśmierza ból.
Rozpacz wyje bezgłośnie
przez wygięte w tańcu ciała.
Koniec zawsze taki sam:
świt obnaża rozczarowanie,
wypalone dziury i akwaria niedopitych szklanek.
18.12.04
Nietypowy klient
Akwarium wielkie, śpiewające maszynami,
kusi, nęci, daje,
zasypuje prezentami,
zalewa kolorami,
śmieje się głosem mechanicznego klauna,
przyciąga grawitacją krzyku,
obłapia palcami ze złota.
Aż do mdłości, zawrotu głowy,
nalega, wpycha do gardła.
Zamiast brać i chcieć więcej
— ze strachem uciekam.
22.12.04
Cmentarze
Każdy krzyż cmentarny
dumny i biały
lub przechylony jak złamane skrzydło ptaka
Każdy kurhan
za pan brat z wiatrem
otulający w łonie kupki kości
Każda starannie wygładzona
półokrągła płyta
wbita w zielony, równo przystrzyżony dywanik
— antyteza losu kosmicznego skafandra,
który strumykiem płynnej materii wpływa do rzeki
biologicznych rytmów wzrostu i rozpadu,
pajęczych gąszczów pierwiastków, enzymów,
komórek: mikroświatów bez dna
Każda garść prochu
pilnie strzeżona przez ściany
domu z czarnego marmuru
z wizytówką ze złotych liter
hojnie opatrzonego cyframi
Każda potłuczona urna
w rękach archeologa
ostrożnie witająca się ze słońcem
to wielość znaków na drodze jednego życia.
2005
Obrazek
Na zmarzniętej plaży, gdzie ciepłe są tylko
okrągłe ciałka mew na różowych patyczkach łap,
wspina się po spiralnych schodach do nieba.
Smutny, gdy nagle urywają się, zostawiając go ze stopą
wysuniętą do przodu i głową zadartą ku niebu.
Wiecznie w drodze, nigdy u celu,
wyciąga rękę i razem z morzem rysując
w powietrzu linię horyzontu,
z tęsknoty obraca się raz za razem,
tańcząc w swoim świecie — między piachem a chmurami.
25.01.05
Co mam
Mam trzy pary spodni
pięć kolorowych swetrów
kogoś, kto mnie kocha
trochę czasu dla siebie
kubek w smoki
dużo nadziei
mało planów
krajobrazy przeszłości
zamknięte w szkatułkach
odrobinę metafizyki na co dzień
i to musi mi wystarczyć.
2005
Wnętrze obrazu
Pachnące drzewa ukrwione słodkim sokiem,
rozgrzane w lipcowej płowości;
czy zimne i lśniące po deszczu
wiotkie zioła i trawy, miękkie pod stopami,
falujące grzywami zielonych koni
na odległych wzgórzach,
sarny, łosie, żaby, lisy i motyle,
futra, płetwy, paski, cętki i pióra —
to wnętrze żywego obrazu,
dzięki któremu jemu i jej
piękniej jest budzić się rano.
luty 2005
Skąd się biorą… burze
Ludzka złość energiczną spiralą unosi się do nieba,
zadomawia się w kieszeniach chmur.
Tam piekli się, pracuje, jadowici,
pręży grzbiet i kaszle dławiąc się
czerwonymi, suchymi rozgwiazdami nienawiści.
Puchnie i puchnie, tracąc przytomność nieodwołalnie,
aż rozsadza sama siebie piorunem i grzmotem.
Miota się po niebie w konwulsjach opętania
do całkowitego oczyszczenia przestrzeni,
która powoli wraca do niewinnej przejrzystości błękitu.
24.02.2005
Morze
Morze obmywa mi stopy,
chce powiedzieć coś ważnego,
szumi, szepcze, wzbiera do krzyku
i cofa się.
Rozrzedzone ciało głaszcze ciało twardsze,
jedno zwierzę ociera się o drugie w próbie kontaktu.
Rysuje linie, po których biegnę szukając znaczenia,
czepiam się cienkiej białej nitki na piasku —
niech zaprowadzi mnie do jaskini, gdzie powstało wszystko.
Znajduję coraz więcej dróg — rozpajęczonych i kuszących,
coraz więcej horyzontów dalekich i pięknych.
A morze wciąż kocha moje stopy i mówi:
spójrz na nie i zadziw się, żyj mi umrzyj w zadziwieniu.
24.02.2005
Mały szok
Zwyczajna czynność — prasowanie.
Za oknem pada —
zapatrzam się w przestrzenie między kroplami.
Opieram się dłonią o deskę —
i po chwili mówi do mnie
odcisk moich palców na ciepłym materiale —
ślad prehistorycznego ptaka na pustyni.
Gdyby mógł skamienieć
i ucieszyć oczy archeologów przyszłości,
nie powiedziałby im nic o zdziwieniu,
z jakim ja na niego patrzę.
07.06.05
Miejski obrazek
Rzucenie butelki po piwie w wysokie trawy, maki czy mlecze
wydaje się być aktem wolności i władzy,
a jednak trochę przypomina plucie w niebo,
w poszukiwaniu twarzy Boga.
2005
Historia ewolucji
Anielskie zwierzę z hukiem spadło na ziemię.
Z głową pełną ideałów, zanurzyło się w wysokie trawy życia,
mając za kompas jedynie stłuczony wewnętrzny imperatyw.
Toruje sobie drogę naiwnością bez granic,
fałszywy uśmiech biorąc za serdeczny gest.
Wyławia z topieli jeziora granatowe żuki,
nieświadome tych, co za plecami pukają się w czoło.
Zdumieniem żegna sprawy dnia,
nadzieją wita szary świt.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie te noce,
kiedy żegluje rzeką własnych łez.
06.07.05
Świat
Jaskółki rozpinają sklepienie świergotu nad głową.
Dżdżownice wędrują w ciemności pod twoimi stopami.
Kiedy śpisz, przestraszone, ciche kuropatwy
próbują przetrwać wichurę gdzieś poza twoim światem.
Tu blisko i tam daleko pracowicie rozszerza się kosmos.
A co robisz ty, który podobno wiesz już wszystko?
2005
Malewko
Tylko przez chwilę obecne w życiu podróżnego
stojącego w otwartym oknie pociągu.
Zaledwie można uchwycić wzrokiem
osieroconą stacyjkę,
strzeżoną przez kota o białej twarzy,
powoli rozkradaną przez zachłanne mrówki,
krzywe lipy odprowadzające za zakręt
brukowaną drogę,
odchodzące od białej kiedyś tablicy
niepotrzebne nikomu, czarne litery,
a już pociąg podsuwa nowe krajobrazy,
zostawiając w tyle tę wyspę, gdzie czas płynie
od końca do początku —
Malewko — zaklęte w symfonię świerszczy.
(podróż ze Szczecina) sierpień 2005
Mój kochany
Dobrze widzieć światło sierpniowe
przeświecające przez twoje włosy
Dobrze odpocząć wzrokiem na twoim ciele
wyczarowanym z garści wody przez wielkiego Maga
Dobrze niezauważoną śledzić ruch twoich oczu
po kartkach książki
i widzieć takie gesty dłoni, o których sam nie wiesz
Dobrze czuć w gardle spirale naszych losów
splecione na to mgnienie życia
i czytać z twoich dłoni
opowieść o stworzeniu.
2005
Przeznaczenie
Kłębki losu rzucone niewidzialną,
sprawczą dłonią pod twoje nogi
krzyżują się w nieskończonych pajęczynach,
budując chybotliwe i nieodwołalne mosty twojego życia.
Magnetyczne nici wiodą twoje stopy wedle swego planu,
nawet gdy mówisz: decyduję, postanawiam.
Przez pączkujące labirynty dylematów,
skrzyżowania wyborów, zapadnie bólu
i ciemne długie pokoje zwątpienia
prowadzą cię nieoczekiwanie,
teraz lub następnym razem,
do miejsca, gdzie zawsze jest jasno.
29.09.05
Strach
Nie bój się zatrzymać i zajrzeć do wnętrza
Nie bój się uchylić ciężkiej pokrywy smolistego strachu
wniknąć za zasłonę poczucia winy i łatwego osądzania
Tam, gdzie spodziewasz się znaleźć mroczny las potworów
będzie siedzieć dziecko —
płaczące w pustym pokoju.
05.10.05
Babcia
Zgrzyt raptownie odsuniętych zasłon
trzaskanie drzwiami
podniesione głosy od rana —
bez potrzeby i złości
zbyt długie stukanie łyżeczką podczas mieszania herbaty
zamykanie drzwi niedbale i głośno
strącanie widelcem z talerza resztek obiadu — bez końca
brzęczenie hałasu ciągnące się za postacią
wydeptującą po mieszkaniu hieroglify ścieżek
kula rozedrganych dźwięków, przez które
nie przebije się myśl o metafizyce
głuchy stukot jabłek strąconych ze stołu
ostrzenie noża o nóż z zapałem godnym lepszej sprawy —
oto katalog grzechów starości.
31.10.05
Samotność
Chodzi po bezdrożach pijana zbyt wielką, zimną przestrzenią,
wytęża wzrok w poszukiwaniu oazy,
szuka oparcia dla znużonej głowy,
śni na jawie o muzyce świerszczy
i szklance ciepłej herbaty pitej z zamkniętymi oczami.
Przemierza piaskowe doliny i równiny modlitwy
rodzące tylko ciszę,
powłóczy nogami zamknięta w swej prywatnej puszce rozpaczy
i niezauważalnie dzieli się na pasma ciała
coraz bardziej sobie obce,
w końcu zwija się w ślimaczy kłębek,
chcąc przespać życie.
Do końca nie wie, że koleiny jej dróg
to linie papilarne wszechobecnej dłoni.
12.12.05
Szaleństwo
Tupnij nogą
rozpuść włosy
zaśmiej się — tego demony
boją się najbardziej
niechcący strąć kalendarz
by spadł za lodówkę
wyjdź z domu
nie zamykając drzwi na klucz
ucieknij wszystkim
nie zostawiając adresu
pozwól, by tym razem
piasek nasypał ci się do butów
by pogniotła się bluzka
by wiatr sam ułożył ci fryzurę
taki jeden dzień
odda ci całe życie
29.12.05
Zagubiony
Zanurzony w poezji dnia codziennego
głuchy na tony ziemskich harf
ślepy na blask świętych obrazów
kładący się drżącą mgłą na jego głowie
Skulony w drogocennej szkatułce
pragnień i żądań
ryje w znoju podziemne korytarze
oswojonej przestrzeni
Szare zrogowaciałe łuski strachu
oddzielają go od zapomnianego słońca.
10.02.06
W drodze
Miękkie nieważkie poduszki śniegu
wsuwa ci pracowity gnom pod plecy,
wpół kroku zamykasz oczy skuszony
kokonem błogości,
stulecia migają przed oczami
bogate w perskie dywany, haremy
i ciche śmierci z widokiem na źdźbła trawy.
Nagły krzyk ptaka wdziera się pod powieki
i nie rozumiesz skąd wziąłeś się tu gdzie stoisz.
10.02.06
Scena codzienna
Rodziny gawronów
codziennie wystrojone
jakby na ślub, pogrzeb
czy na koniec świata
ogrzewają śnieg
różową kroplą serca
przeżuwają dawne historie
gawronich pokoleń
niewzruszenie zdobiąc płoty
drzewa i latarnie
czarne klawisze z piór
rozrzucone na dwuliniach drutów
grają sobą bez końca.
12.02.06
Spacer
Granatowe psy nocy wypluwają
strzępy białawych chmur
łoskot, tętent, monotonny huk,
kiedy nad głowami przesuwają się
warstwy zimnego nieba.
Bez strachu idziemy mali
pod sklepieniem wygiętym
niezrozumiale
zagubieni i bezpieczni
w szklanej kuli oka opatrzności.
12.02.06
Modlitwa
Oderwać nos od ziemi
poszerzyć perspektywę
o kolor, bujność, światło
wyprostować od dawna skulone plecy
aż zatrzeszczą omszałe kamienne kości
wpuścić powietrza tyle, by tańczyło
w środku rajskimi ptakami
i wybuchało jasnymi wulkanami
przez każdy por skóry
dmuchnięciem potężnym jak oddech smoka
odegnać zszarzałe motyle wątpliwości
I stojąc prosto w wachlarzu skrzydeł
na samym dachu świata
zdziwić się lekkością kroku
łatwością wszystkiego
— pomóż nam.
17.02.06
Koncentracja
Skoncentrowany umysł lśniącym ostrzem
przebija się przez zaspy niemocy,
gęste mgły pustosłowia krytyków,
przestrzenie utkane ze słowa „ale”.
Czysty i lekki podróżuje poza orbitę
i dalej, witany przez kolumnady
czerwonych księżyców,
mknie ku centrum wszechświata.
Nie, nie jest to miejsce złote ani świetliste,
monumentalne, ani cesarskie.
To niepozorna czarna kulka
która w zetknięciu z umysłem
wybucha, tworząc miliardy nowych możliwości.
18.02.06
Nie wiadomo
Rzeka, która wypływa z mojego brzucha,
niesie lekko skrzypce i harfy,
dźwięk dzwonków i daleki szum deszczu;
wije się fioletem, wybrzusza słoneczną żółcią,
wspina się w górę wbrew porządkowi rzeczy,
rozgałęzia się w słowa i książki.
I kiedy tak słucham i słucham,
to nie wiem, czy przykładam ucho do rzeki,
czy rzeka jest moim uchem.
06.03.06
Narodziny jakie powinny być
Wyjmuję cię z łona twojej matki
wycieram z krwi i delikatnie
jak kroplę wody
przytulam.
Zanim przechwyci cię świat
szepczę ci do ucha
jak jesteś piękna, mądra
jak silne twoje korzenie
jak ogromna, szumiąca korona
jak skrzydła twoje szerokie jak wiatr.
Szepczę tak cicho, byś wzięła te słowa
za własne myśli.
Sączę ci je do ucha w nadziei
że jeśli zrozumiesz, ja nigdy już nie będę
taka jaka jestem.
Potem staję na szczycie wzgórza
i trzymam cię wysoko nad głową
by najpierw objęło cię słońce
by najpierw ochrzcił cię deszcz
byś wcześnie spojrzała w oczy ptaka
byś zobaczyła u stóp wzgórza
miasto twojego życia, które zapomnisz
a później będziesz przypominać sobie
w pojedynczych obrazach.
Dopiero wtedy oddaję cię matce.
01.05.06
Stop
Niech się zatrzyma z piskiem
machina codzienności,
rozpędzona, w dygocie.
Niech ręce kobiety
zamrą w pół ruchu,
gdy wiesza pranie.
Niech wszystko ucichnie.
W upragnionym bezruchu
słychać oddech Boga
i westchnienia zmęczonych aniołów.
03.07.06
Morderca psów
Żałować kata — to najwyższa forma współczucia.
Ręce zakrwawione rozdartą duszą;
krew, która nie wsiąka w ziemię
i zapachem wabi lisy i kuny
jeszcze długie miesiące.
Skowyt zawisł nad domem mordercy psów.
Jego rozbiegane oczy już są pełne łez
wylanych w przyszłości w poczuciu krzywdy,
jak mu się wydaje, niezasłużonej.
Cienkie nitki pisku przerażenia
oplatają lufę strzelby, dumnej nad łóżkiem.
A w kącie zwinięty w kłębek
ten Azor czy Burek, utkany z szarej mgły,
wodzi za nim żółtymi oczyma
bez przerwy — do chwili zemsty.
14.07.06
Jezioro
Stworzone na rozkaz próżnego nieba,
głodnego widoku swej urody,
jest tęczą rozlaną,
otchłanią płonącą wielobarwnym,
chłodnym płomieniem.
Jest krwią ziemi,
miejscem wiecznego spoczynku
skrzyni pełnej skarbów
albo szkieletu chorej krowy;
domem pra-ryby siedzącej na tronie
wyściełanym śluzem,
umiejącej przejrzeć zamiary
białobrzuchych poddanych,
butnej i nieświadomej,
że nie jest królem wszystkiego,
że nie może rozkazywać nietoperzom.
15.07.06
Pasewalk
Wszystko prowadziło do tej jednej chwili —
dmą w rogi niewidzialni świadkowie, by ją uczcić.
Kręte ścieżki, szczęśliwe i nieszczęśliwe przypadki,
ciągi mglistych dni podobnych jeden do drugiego,
każdy ruch przesuwanych zegarów
i ciężkich kamiennych bloków w gmachu czasu,
każde znużone westchnienie władców losu,
przetaczające się huraganem przez ich życie.
Wszystko prowadziło do tej jednej chwili
w leniwe, gorące popołudnie,
na pustym dworcu,
kiedy daleko grucha gołąb
i gorący wiatr głaszcząc usypia,
a oni we dwoje siedzą na ławce —
niedbale, bokiem do siebie, zwyczajnie —
nieświadomi piękna swoich smukłych dłoni
i konturu lekko przechylonych głów,
aż jedno z nich, z przerażeniem i radością
uświadamia sobie,
że jest.
lipiec 2006
Morze
Mrukliwe pra-ciało,
zalążek moich i twoich wnętrzności,
siostrzany ruch fal i jelit.
Dorastasz, umierasz
dorastasz, umierasz
przy akompaniamencie szumu —
czy go słyszysz, czy nie.
Za sprawą czarów
jesteś jednym z miliardów
grzebieni morskiej piany,
a jego płodne, szmaragdowe głębie
przelewają się w tobie
między wieżami rąk i nóg.
10.08.06
W nocy przy plaży
Motyl oblepiony błotem,
mimo to wciąż tańczy —
żałosny i piękny do łez.
Sucha skorupa przybrała
kształt przepitej twarzy,
twardych i czerwonych rąk.
W mętnych światłach nadmorskich knajp
zapomina, że skrzydła ma gliniane
i tańczy w zapomnieniu swej brzydoty,
aż spod burego pancerza idą iskry złota,
aż tańczyć z nim zaczyna
kilku spóźnionych,
nocnych przechodniów.
10.08.06
Nietoperz
Tak mi przykro z powodu nietoperza —
nie docenia nikt kunsztownych piruetów łowcy;
brak okrzyków i wiwatów,
gdy w ostatniej chwili wzbija się kątem prostym,
by nie wplątać się we włosy
by nie uderzyć w czoło.
Misterna błonkowatość skrzydeł,
miękka włochatość główki
nie rozczulają nikogo.
Piękny, zwinny motyl nocy.
A że strój jego nie kolorowy?
A po cóż komu kolory,
gdy modę dyktuje milcząca królowa —
atramentowa głębia melancholii.
sierpień 2006
Hipoteza
Gdyby rzeczywistość pokazała prawdziwą twarz,
gdyby z głów trysnęły liliowe fontanny,
a szczere dobre uczynki rodziły więcej tlenu,
gdyby świat wywrócił się na lewą stronę
— jak rękawiczka —
pokazując planetom obnażone wnętrzności ułudy,
gdyby linie lasów na horyzoncie
zapłonęły chłodnym białym płomieniem —
ot tak, bez specjalnej okazji,
gdyby myśli i życzenia zmieniły się w linoskoczków,
ćwiczących swą sztukę między ludzkimi sercami,
a zamiast wschodu słońca pewnego dnia
nad ziemią pokazałaby się twarz boga,
jakże trudno byłoby w spokoju obejrzeć telewizję.
sierpień 2006
Homo
Cud rytmicznie gra tętnem, śpiewa szumem krwi,
napędzając przepompownię serca,
wprawia w ruch przedziwną, miękką orkiestrę.
Wpada nosem i jak iskra ożywia tablicę Mendelejewa —
poprzez dziesiątki niezrozumiałych transformacji.
Piękno rozlewa się wokół niego
morzem, jeziorem, rzeką,
oddycha ciepłym wiatrem,
kaprysi śpiewem ptaków,
utula ciepłem ciała obok —
w pięknie unurzany jest
aż po swe ślepe oczy.
sierpień 2006
Buty
Wszystkie moje stare buty
odzyskały wolność
i rozeszły się po świecie.
Żądne przygód zaczynają nowe życie
po własnym pogrzebie,
choć nie wiem o tym nic.
Odarte z podpisu ciepła moich stóp,
przekraczające granice,
przeżute przez szczury,
przechrzczone na innych nogach —
a w każdej parze jedno odległe życie,
które nie wierzę, że było.
29.08.06
Guru
Mistrzu, który nauczasz,
naucz najpierw siebie.
Mistrzu, którego miękkie słowa
malują obrazy doskonałe,
spójrz, czy nie odbijają się
karykaturą w twoim sercu.
Mistrzu, który zaczynałeś skromnie,
pamiętaj, abyś skromnie skończył,
niezwiedziony przez beczący do ciebie tłum.
29.08.06
Kolega
Masz kolegę, o którym nie wiesz.
Mijasz go codziennie, idąc do pracy —
patrzysz na zegarek,
przyspieszasz kroku
i wzrokiem nigdy go nie dosięgasz.
A on równie zajęty,
zaaferowany,
tyle że zawsze w tym samym miejscu.
Jemu też bóg zesłał błogosławieństwo,
czy może przekleństwo własnego świata,
własnych pilnych spraw.
Więc kiedy następnym razem
będziesz przechodził koło zielonego płotu,
przed sklepem spożywczym,
uchyl kapelusza —
i pozdrów pająka.
09.09.06
Powody
Idąc przez równiny wyglądasz
jak pchła na cielsku smoka.
Powietrze jest bez granic —
nie wystarczy metrów sześciennych,
by je zamknąć.
Choćby miliardy akrobatów
stanęły jeden na drugim,
nigdy nie dosięgną sufitu —
czy to nie dosyć, żeby się bać?
11.09.06
Zbyt wiele
Zbyt wiele jest urody —
jestem zbyt mała, żeby ją pomieścić.
Musiałabym być drzewem,
żeby bardziej odczuć krople deszczu;
musiałabym być niebem,
żeby naprawdę wchłonąć jego piękno;
musiałabym eksplodować poza siebie,
żeby wiedzieć, czym jest świat.
12.09.06
Rewolucja
W ciche popołudnie
nad jeziorem, w słońcu,
kiedy wrzesień uspokaja,
zarzucając chusty mgły,
a cisza świątyni mieszka
między liśćmi —
nagle katastrofa, wstrząs —
codzienna rzeczywistość
spraw zostawionych daleko
kurczy się i znika;
to, co przed oczami
przełamuje się jak tafla lustra,
rozsadzona od spodu
wezbranym cielskiem rzeki łez,
co rozlewa się zakolem zachwytu
wokół śpiącego serca.
A sprawca tej prywatnej rewolucji?
To tylko nisko przelatujący
klucz żurawi.
29.09.06
Pragnienie
Przenoś mnie w łódce współczucia
nad ostrymi szczytami gór,
osłaniaj dłonią troski
przed gradem cudzych strzał,
graj muzyką szepczących wiatrów
co owiewają serce z dusznych pajęczyn,
bądź schodami, po których wstępuję,
by zerwać blady kwiat księżyca,
który zamieni się w wiersz;
tańcz wokół mnie łagodnymi zwierzętami,
z których oczu czytam sens i cel —
teraz i zawsze.
06.10.06
Pomyłka
Z wysokości któregoś piętra
kuszą oko wilgotnym puchem,
zapraszają by nurzać się, skakać,
śmiać się w śnieżnych komnatach.
I same wyciągają się ręce,
i sama wysuwa się stopa,
by wtulić się w szczelne pierze zagubienia.
Skuszony, zwiedziony przez mgły
zaufał temu, co widzi.
Skoczył —
myśląc, że potrafi latać.
06.10.06
Krajobraz
Brzuchy pustki rodzące światy
i my jak ziarnka fasoli
w głębi oceanu —
w ciszy macicy.
Przetaczają się nam
nad głowami
pod nogami
między oczami
pękające od nadmiaru rzeczy i zwierząt
chojnie rozsiewające DNA
grzmią burzą stworzenia.
06.10.06
Szkatułka
Jest taka szkatułka, w której mieszka
stos starych klisz.
Przykurzone, zapomniane, niechciane,
a jednak leżą jak je rzucono —
na jednej lasy i strumienie
na innej płonące stosy
na jednej szeleszczące suknie
na innej konie, wozy, miasta.
Jedna bez drugiej żyć nie może,
a gdy spojrzeć na nie z góry,
razem ożywają centaurem, gryfem, faunem
naszego życia tu i teraz.
06.10.06
Zerwanie
Ciepła norka dzieciństwa jest także ciemna —
wychodzisz na czworaka z labiryntu jaskiń,
z niezliczonych komnat dziecięcych dni.
Oglądasz się wstecz:
ukochane zabawki czuć pleśnią i kurzem,
nadprute brzuchy pluszowych osiołków,
odpadające oczy frotowych lisków
wioną melancholią i śmiercią naiwności;
roztrzaskane dzbany rodziców
mają w środku miód i smołę.
Patrzysz przed siebie:
bezkresne jasne równiny,
na których nie ma nikogo.
Wspierać cię będzie tylko słońce,
kiedy staniesz na własne nogi
i zrobisz chwiejny krok do przodu
— zupełnie sam.
06.10.06
Drzewa
Można zazdrościć im
twardości, co broni soków życia,
giętkości w rękach wiatrów,
szumności i kolorów jesieni,
pobłażliwego dystansu,
wiekowej zadumy kolumn,
mądrości zamkniętej w ich ciszy
jak orzech w łupinie.
Ja najbardziej zazdroszczę im
pionu, bo sama tak często upadam.
11.10.06
Dziecko
Bólem swego przyjścia
przypomina o dawnych winach,
grzechu krzywdy i przemocy.
Ciszą spojrzenia robi miejsce na nowe —
na zmazanie tablic
pokrytych sadzą gwałtu i strachu.
Ufnym uśmiechem daje szansę,
by zacząć od początku
mozolną wspinaczkę od piwnic,
gdzie walczą szczury,
aż na sam szczyt wieży,
skąd już prawie można
dotknąć słońca.
19.10.06
Podróżnik
Stąpa pewnie po cienkim lodzie
jak kukiełka podtrzymywana
na nitkach wiary,
twarzą zwrócona do słońca nadziei.
Za nią droga i przed nią droga,
a ręce i nogi jej wchodzą miękko
w ocean, co mieni się na zmianę
barwami miłości i rozpaczy.
22.10.06
Odkrycie
Przedmioty przeciekają mu przez palce
w strumieniu czasu.
Sądzi, że posiada,
gdy tylko pożycza.
Kiedy woda przez chwilę spokojna,
myśli, że panuje nad oceanem.
Pewny, że zmusza mieczem i pałką,
gdy to nad jego szyją
żyje miecz, co idzie za nim wszędzie.
Ledwie ogrzeje miejsce przywiązaniem
i jednym obrazkiem na ścianie,
a już — migając mu przed oczami
pocztówkami krajobrazów —
porywa go nurt,
chociaż on zdołał wziąć
ze sobą tylko tyle,
ile mieści się w kieszeniach.
Wreszcie zrezygnowany
ze zdziwieniem zauważa,
że mimo kupowania mebli i dywanów
jego jedynym domem
jest droga.
28.10.06
Prezenty
W wyprawce w dniu narodzin
dostajemy kraty żeber
zamiast powietrza pod skrzydłami,
możliwość ran kłutych i ciętych
zamiast umiejętności przechodzenia przez ściany,
świadomość początku i końca
bez wiedzy o przyczynie i sposobie,
duszę oplecioną ciasno winoroślą żył,
przerażenie na widok kształtu własnych stóp,
kamienie grawitacji w kieszeniach
i nie jeden jeszcze krzyk w głuchą noc.
I z tym wszystkim mamy nauczyć się latać?
01.11.06
Alternatywa
Jeśli człowiek jest plastrem miodu,
a w każdej małej komórce
małe pudełeczko,
a w każdym pudełeczku inny życiorys —
tęsknego mnicha
zrezygnowanej ulicznicy
ojca dzieciom
posła
komunistki czy złodzieja,
a czasem nawet drzewa przy drodze —
jeśli to prawda,
to zamiast iść do psychiatry,
lepiej zaprosić ich wszystkich na obiad
i zobaczyć, że każde z nich da się lubić.
03.11.06
Baletnica
Nawet gdy tańczy tak lekko,
rozrzedzając powietrze,
mieniąc się tęczą w oczach widzów,
drzewa widzą ciężar
uczepiony jej pleców —
stalowe beczki pełne przeszłości,
które dudnią za nią krok w krok.
Tylko drzewa przeczuwają
cementowe bloki obaw,
wbrew którym wiruje;
tylko milczący powiernicy
czują w liściach napięte żyły
na jej szyi i bolesny pot na skroni,
gdy w imię piękna próbuje
ignorować grawitację,
tańcząc życie.
17.11.06
Więzień
Myślisz, że idziesz przez życie,
a to życia przechodzą przez ciebie,
zostawiając ślady łap
w delikatnej glinie twej duszy.
Korzeniem ciała utkwiłeś na ziemi,
jedność pierwiastków z glebą
to twoja nowa tożsamość,
gęstość mułu materii
zaślepia ci oczy i skórę —
ociemniały wędrujesz meandrami,
wiedziony tęsknotą za zjednoczeniem.
24.11.06
Skąd ta pewność?
Wychodzisz za próg
zatrzaskujesz furtki
wsiadasz do wind
znikasz za rogiem
mieszasz się z tłumem
twój głos gubi się echem na schodach
na moich oczach zjada cię świat
przełykając cię długim gardłem
pociągów, autobusów i ulic.
Jak mogę tak spokojnie pić kawę
nie mając pisemnej umowy, że wrócisz —
ostemplowanej fioletem diabłów i bogów.
I czy to nie dziwne, że żaden twój powrót
nie jest świętowany jak Boże Narodzenie?
25.11.06
Dom
Dom przeczuwany pod opuszkami palców
za następnym zakrętem schodów,
w czerwcowej trawie.
Domem też jest dbać o swoją wątrobę
bardziej niż o meble i dywany.
Dom jest tam, gdzie postawię czerwony wazon,
w którym między bąblami powietrza być może mieszka
zaklęty duch — strażnik mojego szczęścia,
a może nie mieszka nikt i nic poza pobożnym życzeniem.
Domem są wspomnienia,
co owijają cię miękkim bladym szalem;
jest nim rzeka niosąca każdą chwilę życia według swego planu,
i ta myśl, że wszystko jest
jak powinno być.
grudzień 2006
Miasto
W herbie ma gigantyczne koniki morskie
stoczniowych dźwigów,
muskające ogonem dachy zmęczonych,
wyleniałych domów.
Moje miasto śpi pod powiekami,
dudni mi pod czaszką,
pulsuje pod sercem,
oddycha asfaltem pod stopami.
Można by wierzyć, że żyje pełnią żywej istoty,
że kocha cię i będzie ci drogim wspomnieniem,
gdyby nie godzina szesnasta na skrzyżowaniu,
kiedy zęby hałasu odrywają ciało od kości,
pośpiech osadza się błoną tępoty na oczach,
smród wypędza cię z ciała,
a ponad głową widzisz sklepienie żebrowe świątyni,
w której czci się szybką i sprawną,
nowoczesną, elektroniczną
drogę donikąd.
24.01.07
Drgania
Jezioro wprawiają w drganie
delikatne listki rybich ogonów,
racze stopy nieświadome
burzy piaskowej, jaką wzniecają,
kule wiatru rozwijające się
warstwa po warstwie
na wodnej powierzchni,
podziemne ruchy robaków
i tektonicznych płyt,
co przesuwają się nikt nie wie dlaczego.
A mnie — jezioro zamknięte w skórze —
zamiast powiewnych wodorostów
łaskoczą w środku drgania
od przejeżdżającej ciężarówki.
03.02.07
Lekcja
Szukał oparcia w twardej ziemi pod stopami,
odkrył, że ona kręci się, a on przewraca;
pełen wiary w stałe struktury materii
czepiał się protez i kul;
wciskał w oczodoły szklane
oczy planowania i kariery;
spragniony pewności inwestował
w blaszane serca skarbonek;
żebrał u klownów społecznego awansu
o jeden hojny gest;
z wiary w cud techniki uplótł sznur,
łączący go prawie z niebem.
A przed śmiercią i tak musiał
nauczyć się, jak znaleźć
oparcie w powietrzu.
07.04.07
Praca w głąb
Dzień jest jasny, lekki, pewny;
nad dniem masz władzę zmysłów.
Nie obracają się w słoneczne godziny
kamienie młyńskie losu —
nie dzieje się nic.
Noc jest matką przemiany,
w jej lesie mdłym od strachu
rękami odgarniasz warstwy popiołu,
przedzierasz się przez gąszcz
diabelskich ogonów;
zbutwiała przeszłość pyłem zatruwa
nos, gardło i serce;
warstwa za warstwą,
życie za życiem,
co noc idziesz dalej,
co noc jesteś bliżej
ukwieconych łąk
prawdziwego domu.
07.04.07
Fantazja
Obudziłam się z głębokiego snu jakby bez pamięci,
zdziwiona;
mimo trudu nie mogłam rozpoznać nic.
Skąd góry, gdzie kiedyś pustka?
Skąd morze, gdzie kiedyś mój oddech?
Skąd kwiaty, zwierzęta,
tam gdzie mieszkały moje myśli?
Dlaczego wróbel na płocie —
niezaplanowany?
I te słońca, gwiazdy, planet ruch?
Ach, upalne popołudnie zmąciło mi w głowie.
Zapomniałam, że to ja wszystko stworzyłam.
07.04.07
Od nowa
Opróżnianie stęchłych szaf
zrzucenie łuszczącej się skóry
spalenie suchych liści
powstanie z popiołu
wśród porannych mgieł
wyjście z kokonu
utkanego nicią
koloru wczoraj
twarzą na światło
które codziennie rysuje
mój portret od nowa
— tak zaczynam każdy dzień.
17.04.07
Maja (Lipusz)
Zapach niemożliwy —
coś jakby drewnianych podłóg,
marcepana i pleśni.
Nie do kupienia perfumy
pierwszych kochanych miejsc.
Pamięć osłoneczniona
wiecznym lipcem,
ozieleniona brzozami.
Słodkie złudzenia dzieciństwa —
może przyjdą w ostatniej
purpurowej chwili,
osłodzić mi przejście
trójwymiarowym obrazem
sięgającym głębiej niż zmysły,
obrazem, co wypali się we mnie
jak pieczęć znacząca koniec listu
o jednym życiu.
17.04.07
Symptomy
Utrata rąk i nóg
mówienie do siebie
nagła bezdomność
mimo że mieszkanie to samo
nocna cisza w sferze dotyku
zbyt dużo wolności —
zalążek chaosu;
ciążar rozmów z innymi
wiążący gardło;
oddech, który na szczęście
wciąga w tu i teraz —
to tylko niektóre symptomy
lepko sączące się
przez te dni w kalendarzu,
kiedy ciebie nie ma.
24.05.07
W środku
Błąkamy się wśród traw i kwiatów jej włosów,
obijamy się o żebra jej drzew,
wdychamy oddech przez nią wypuszczony,
pijemy wodę — jej krew,
marzenia tkamy z nici, które ona przędzie;
macza palce w naszych snach,