E-book
20.48
drukowana A5
30.92
drukowana A5
Kolorowa
56.33
W drodze do Ausfahrt

Bezpłatny fragment - W drodze do Ausfahrt

Podróże do miejsc dalszych i bliższych


Objętość:
152 str.
ISBN:
978-83-8189-107-3
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 30.92
drukowana A5
Kolorowa
za 56.33

Mozolnie odkrywamy rzeczy tej ziemi,

z trudem znajdujemy, co mamy pod ręką.

Księga Mądrości 9,16


Tu spoczywa Nowakowa Marcela.

Repatriantka z Drohobycza.

Z nagrobka na cmentarzu w Ołdrzychowicach Kłodzkich


Jutro nowy fragment wiosny na innym papierze.

Leon Wyczółkowski

Ścieżki

Niegdyś ziemia poprzecinana była siatką niezliczonych ścieżek. Według niektórych były one pierwotną formą pisma i alfabetu, który tworzył labirynt leśnych linii, zapisanych ludzkimi stopami czy też racicami migrujących sezonowo zwierząt. Później zastąpiły je kamieniste dukty, kupieckie trakty oraz kręte pielgrzymkowe szlaki. Na początku łączyły one osady, później średniowieczne grody, wreszcie renesansowe perły miast. Prowadziły dosłownie wszędzie, rozbudzały wyobraźnię: u jednych blaskiem bursztynu, u innych delikatnością jedwabnej szaty czy też znalezionym grotem mongolskiej strzały. Ciągnęli nimi żądni zysku kupcy, bezimienni nomadzi, pospolite rzezimieszki, rycerskie bandy w drodze na kolejną krucjatę i obdarci, głodni ludzie w poszukiwaniu odpowiedzi, w poszukiwaniu zbawienia. Później zaczęto budować drogi, a nitki leśnych gościńców przykrywało igliwie, zarastały krzakami. Wijący się asfalt i żelazne tory nadeszły ze wschodu i zachodu, by stopniowo ukształtować krajobraz, znany później z map i atlasów, a wszystkie te antyczne szlaki pozostawiono jakby na wieczne odpoczywanie. Ot, kolejny ukwiecony cmentarzyk do odwiedzania przez przypadkowych turystów.

O tych właśnie szlakach pisał w swojej „Filozofii chodzenia” francuski filozof Francois Gros. Mieszając opowieści o barwnych, acz melancholijnie samotnych postaciach Nietzschego, Kanta i Verlaina, można było odkrywać fenomen zwyczajnego chodzenia tych wielkich, od ich własnych górskich wspinaczek i pospiesznego oddalania się od miejskiego zgiełku i sławy, do cichej medytacji, którą gwarantuje spacerowa rutyna

Ja też, od wielu lat, z nabożną czcią i nierzadko bijącym sercem odwiedzam zapisane w pamięci swoje własne ścieżki. Niektóre wystają jak barwne zakładki z opasłych notesów lub śpią, spakowane po dwa lub trzy, w albumach o twardych okładkach. Są jak kolejne linijki pacierzy wyuczonych w dzieciństwie i odkrytych na nowo w dorosłym życiu. Przywoływanie ich to w istocie ćwiczenie pamięci — pełnej barwnych zapisów kolejnych modlitewnych uniesień czy też prozaicznych ucieczek przez kwitnące nizinne łąki, nierówne zęby skalistych wybrzeży, aż do górskich turni, po zdobyciu których pozostawały jedynie mgliste wspomnienia i odrapane dłonie.

Obraz ten byłby jednak niekompletny bez kolorytu miejskich ścieżek. Biegną regularnie lub zupełnie arytmicznie wzdłuż wartkich strumieni i bocznych dróg; przecinają rynki prowincjonalnych środkowoeuropejskich miasteczek, bliskowschodnich medin bądź też śródziemnomorskich deptaków. Bije od nich hałas i zgiełk. Są płodną ziemią, na której bujnie rozkwita samotność tłumu, lecz oferują również wyjątkową okazję, by uczyć się znowu patrzeć, obserwować i słuchać. Chłonąć woń świata, siedząc na dziurawych kanapach ukraińskich marszrutek, pędzących pośród wyboistych dróg, przytulając się do zimnych murów kamiennych wiat w walijskich wioskach, czy też dzieląc papierosowy dym i tymczasowość wypowiadanych na przemian słów na krawężnikach anonimowych ulic.

Ścieżki to też ludzkie losy. Labirynty i sploty wydarzeń, zarówno tych większych jak i nieznanych. Historie, które zamazał niekiedy czas, odpoczywają w starych fotelach, z pomarszczonymi dłońmi zaciśniętymi na drewnianych oparciach. Kiedy indziej parują na sennych rynkach małych miast, przesiąknięte dymem tanich papierosów. Wszystkie te ścieżki warte są ratowania przed zapomnieniem.

Miasta przyciągają komfortem miękkich kanap, dzikie szlaki napawają lękiem. Wygoda miejskiego życia i przewidywalność parkowych spacerów nie mają wiele wspólnego z niepewną przygodą pod ponurym niebem, do której zaprasza świat po drugiej stronie dziurawego ogrodzenia. Wspaniale uwalniające są te pierwsze kilometry marszu w nieznane, gdy zagłębiasz się w lekko porażającą ciszę lasu wieczorną porą. Jesteś cudownie sam, izolowany od uśpionych żywiołów jedynie cienką warstwą kurtki czy koszuli. I właśnie wtedy, nieśmiało i jakby niewinnie, początkowe drżenie rąk ustaje, oddech dostosowuje się do kształtu podłoża pod stopami, a mentalny łańcuch trzymający nas na uwięzi tego, co pewne, sprawdzone i bezpieczne, mięknie. I dopiero wtedy może zacząć się prawdziwa modlitwa.

Polski oksymoron

Pomimo wielu niewątpliwie urokliwych miejsc Polska wczesną wiosną wciąż jednak kojarzy mi się z brzydotą. Nasza swojska feeria reklamowego syfu, chaotycznie zagospodarowanej przestrzeni i zwykłego, pospolitego brudu odkrywa się przede mną w szczególnie intymny sposób po przerwie spowodowanej przebytą chorobą. Mam tak właśnie po kolejnym zapaleniu zatok. Zwabiony słupkiem rtęci, który bojaźliwie wynurza się z ogólnie przyjętego jako normalny stanu 0 stopni, wychodzę z domu na pierwszy krótki spacer. Moje oczy co chwilę odbijają się od wszędobylskiej szarzyzny, bezpłciowych, steranych twarzy i poprzewracanych butelek po piwie. Ponadczasowa pocztówka centrum Wrocławia. Jakby śnieg, którego wcale nie było tej zimy, jednak stopniał przez ten długi weekend i odsłonił kolejne warstwy nie tak całkiem prehistorycznego paskudztwa, które Matka Ziemia czule skrywała pod swoją skórą przez te wszystkie zimowe miesiące. A jednak nie. Śniegu nie było, a pozorna trójwymiarowość zastanej przestrzeni wciąż tkwi tutaj i mieni się niczym chorobowe plamy na wątrobie alkoholika z wieloletnim stażem. Jako niepoprawny esteta łaknę czegoś więcej.

Wracam wtedy myślami do Pobierowa nad morzem, gdzie podobno jest kino 8D. Tak przynajmniej twierdzą błękitne napisy na ciemnym tle billboardu gdzieś przy bocznej drodze za Niechorzem. Jest sierpień i dziś mami on feerią kolorów i tanim blichtrem parawanowego szczęścia. Jesteśmy w drodze ze Zgorzelca na Hel. Kilkaset kilometrów gładkich nadodrzańskich asfaltów bez historii i dziur dobiega końca niedaleko za supermarketem w Ahlbeck, niemieckiej części Świnoujścia. Sielankowy krajobraz bagnistych rozlewisk, falujących wzgórz, malowniczych wiosek i uśmiechniętych niemieckich rowerzystów po 60tce szybko zostaje zastąpiony swojskością i rowerowym tangiem pomiędzy pędzącymi tirami na popękanym asfalcie wojewódzkiej sto dwójki pod Łukęcinem. Naszej własnej autostrady słońca. Spotkany Litwin, który również jedzie rowerem, lecz w drugą stronę, do Berlina, z roztrzęsieniem opisuje swój chybotliwie narkotyczny rejs po polskich drogach. Z lekkim przerażeniem tłumaczę mu, że czerwone nitki krajowych nie nadają się do jazdy rowerem i dla własnego spokoju podarowuję mu swoją własną, wysłużoną już mapę. Klepiemy się nawzajem po plecach i ruszamy dalej.

Jest środek długiego weekendu nad polskim morzem. Jestem tu po raz pierwszy od kilku lat, tym razem przemierzając bez pospiechu ten skrawek świata na dwóch kołach. Bałtyk. Morze. Nasze morze. Nasz Bałtyk. Te słowa, powtarzane w każdym niemalże rejonie Polski co lato, brzmią jak odległe echo słów napisanych przez kapitana Kowalskiego z „Chociaż każdy z nas jest młody”:


Morze, nasze morze,

wiernie ciebie będziem strzec.

Mamy rozkaz cię utrzymać,

albo na dnie, na dnie twoim lec,

albo na dnie z honorem lec.


„Na dnie z honorem”. Wybitnie polski oksymoron. Coś z serii jak „polska riwiera” „słońce w lutym” „obniżka podatków” „krótkie reklamy” czy „piękna porażka,” do której zdążyli już przyzwyczaić nas koszykarze, bobsleiści czy piosenkarki na Eurowizji w pstrokatych sukienkach. W tym roku gazety i kolorowe magazyny rozpisują się nie o oksymoronach jednak, lecz o pladze wspomnianych parawanów. Towarzyszy jej najazd wąsatych Januszy, którzy w skali nieurągającej mongolskim hordom zalewają wszystkie te bary Jantar czy Mewa, wylewając się z kolejnych pekaesów i lanosów o egzotycznie brzmiących rejestracjach z B czy N na przedzie. Podobno łączy ich pragnienie coraz to dłuższych zapiekanek, coraz to lepiej wysmażonych kiełbas, czy, co wcale nie dziwi, co raz to smaczniejszych ryb. Osobiście nic do nich nie mam i niewiele mnie interesują. Zauważam jednak, że działa to tylko w jedną stronę, co chwilę wyłapując zmieszane spojrzenia i abstrakcyjne jak dla mnie komentarze. — Ale żeby rowerem? — Ale w namiocie? — I co, tak na kuchence przez dwa tygodnie? — Ale jak to, obiad bez piwa? A siostra to naprawdę mięsa nie je? —

Litanii westchnień i sapnięć nie ma końca. Mdle uśmiecham się w niemej odpowiedzi na zaślepki na ludzkich oczach i życie w wiecznym pasmie wyuczonych zachowań, nawyków i rutyn, które każą patrzeć na zwykły przejaw dewiacji rowerowej albo z narastającym zdziwieniem, lub też politowaniem. Podróże rzekomo kształcą. A już na pewno uczą, że 99% populacji świata w niedzielne popołudnie wcale nie je schabowego. Cóż, często kusi mnie, by na takie wyjazdy jeździć w złotej koszulce głoszącej, że jestem gejem na wegańskiej diecie w samotnej krucjato-pielgrzymce pod banderą równouprawnienia zwierząt.

Z tego myślowego transu wybija mnie nieoczekiwana przerwa w pedałowaniu. Most zwodzony w Dziwnowie skutecznie nas wyhamowuje. Zauważam, że po lewej stoi jeszcze jeden rower. Mocno opalony, szczupły gość w średnim wieku odwraca się i uśmiecha. Po chwili podjeżdża obok i zagaja. Stoimy tak pośród powiększającej się plamy topiących się w słońcu aut i pojedynczych pieszych i rozmawiamy. Facet co wakacje zamyka mieszkanie gdzieś w centralnej Polsce i pakuje, co ma, do auta z przyczepą kempingową. Jeździ tu i tam, zaszywa się, gdzie podoba mu się bardziej. Co kilka dni zmienia kajak na rower lub motocykl, który też jakimś cudem wiezie przymocowany do całego tego dziwnego cyrku na kółkach. Co jakiś czas przyjedzie odwiedzić go dorosły już syn czy córka, a on sam z nieco wymuszoną grzecznością wysłucha biadolenia o kredytach, pomysłach na komunijne prezenty czy kaprysach wiecznie niezadowolonych żon. Gdy odjadą, być może on sam zanurzy się w ciszy nadmorskiego lasu, by najzwyczajniej w świecie korzystać z dobrodziejstw emerytury. A może nie tak zwyczajnie? Jakże czynią to tysiące mu podobnych ludzi miedzy Odrą a Nysą Łużycką; cała ta niezmordowana rzesza kucharek, niań i krzyżówkowiczów wycierających podczas długich godzin obicia tanich foteli czy polerująca łokciami parapety mieszkań na sennych rynkach miast, o których zapomina pogodynka z telewizji.

Rozmawiało się nam bardzo dobrze, wymieniliśmy się spostrzeżeniami z różnych wyjazdów, zaprasza nas nawet na coś do picia, lecz grzecznie odmawiamy. Most za chwilę znów się podniesie, a nam zostanie kilkadziesiąt kilometrów spokojnego pedałowania, coraz bliżej Trójmiasta.

Myślę o tym wszystkim dziś, w bezbarwny marcowy poranek. Myślę też o nim. Ciekawe, jak ma na imię i czy też siedzi teraz w domu, w bezimiennym bloku między Bydgoszczą a Poznaniem, zamyślony nad rozwiniętą mapą, by odgonić szare myśli, by zafundować sobie najlepszą z kuracji i terapii znanych światu. Ucieczce w świat własnych myśli bez konieczności tłumaczenia z niczego. W kolejny polski, domorosły oksymoron.

Mikrokosmos

Pociąg zaczął zwalniać i z pewnym mozołem całym tym swoim ciężarnym cielskiem niezauważenie przekroczył węgiersko-słowacką granicę. Na wpół obudzony, ze starym, sfatygowanym telefonem w nieco skostniałej dłoni, zacząłem marzyć o kubku kawy. Zanim subtelne fałdy nagich bałuch przemieniły się we wzbudzające cichy zachwyt, zadrzewione wzgórza nad szerokim Dunajem, okolica nie miała prawa nazywać się malowniczą, ani tym bardziej robić na kimkolwiek specjalnego wrażenia. Było szaro, buro i jakby bezpłodnie. Linia pomiędzy Słowacją a Węgrami była na wskroś umowna i hipotetyczna — te kilkaset metrów nie zmieniło wszak nic. Długie ramiona zarówno Budapesztu jak i Bratysławy ledwie dotykały rozpadających się dwu czy trzypiętrowych budynków i niedokończonego asfaltu drogi, prawie co do linijki wyznaczającego i definiującego szczodrość brukselskich urzędników. Wszystko to otaczały nagie wciąż pola, które pomimo wczesnego maja wciąż nie chciały nabrać wystarczająco zielonej barwy. Przy drewnianym garażu kilku chłopaków w bluzach od ciemnogranatowych dresów grzebało przy jakimś starym Audi czy Passacie. Przyozdobiony i upiększony był w ten sam sposób jak tysiące podobnych aut na linii gdzieś miedzy Rygą a Bukaresztem. Być może, by uzupełnić ten sielankowy widok, słuchali przy tym brokatowego disco i zaciągali się mocno tanimi papierosami?

I właśnie wtedy, w momencie, w którym ospały skład z Katowic zaczął nieśmiało nabierać szybkości, uderzyła mnie ta myśl. Ten szarobury krajobraz, ta pachnąca spleenem sceneria przede mną była niczym innym jak idealnym podsumowaniem tego efemerycznego miejsca, które z takim trudem definiujemy jako prowincję na styku środka i wschodu Europy. Całej tej prowizoryczności, układanki z nie do końca pasujących do siebie elementów, spuścizny zaborów i od zawsze potężniejszych od nas mocarstw, wyklepanej w stali estetyki, reklamowego chaosu i nienarzucającej się brzydoty. Ta wioska mogłaby równie dobrze stać gdzieś w podwileńskiej okolicy jak i w tak dobrze znanym mi Pogórzu Sudeckim lub nawet lepiej, Kotlinie Kłodzkiej. Scenografia roztaczająca się przed kołami wagonu pasowała do każdej z dziesiątek sudeckich mieścin i wiosek ze całą tą swoją prowincjonalną ikonografią, identycznie rzeźbionymi z płyty pilśniowej barami Promyk, Kaktus czy Santana, wszędobylskim drukiem wielkoformatowym, chaosem niezagospodarowanej przestrzeni, szalonymi kierowcami w zdezelowanych autach i znudzonymi mężczyznami w znoszonych jeansach i wypłowiałych koszulach, snującymi się piwnym szlakiem w okolicach dyskontów o niemiecko-brzmiących nazwach. Zagubione rymy niedbałej poezji te kilka zakrętów przed wjazdem do Bystrzycy Kłodzkiej lub Barda.

Od razu przypomniałem sobie to miasto z wyjazdu niecały rok wcześniej. Bystrzyca, coś jak Paczków, kolejne „polskie” Carcassonne w niedzielę o dziewiątej rano. Kamienice na Rynku z sypiącym się tynkiem, romska rodzina spiesząca być możne do kościoła i ta wszędobylska aura nieleczonej i długo ignorowanej choroby alkoholowej. Chłopak na ławce w centrum z litrową butelką napoju energetycznego zdawał się nie reagować na moje pytania dotyczące najbliższej kawiarni. Kawa rano? Tutaj?

Co ma w sobie i czym jest Europa Środkowa? Pisał o niej Stasiuk, Szczerek, Springer i wielu innych. To nie paszport, to światopogląd. To barwny i na pozór jednakowy twór, który pozwala i zachęca się odkrywać. Jest go pod dostatkiem wszędzie w tej części świata, a często jego miejska, niejako rakowa tkanka wrzyna się w świat naturalnych cudów górskiej bądź też nizinnej przyrody. Jest domem i czasem czuję, że jej echa można odnaleźć nawet w dalekich zakamarkach globu. Sudeckie czy naddunajskie krajobrazy są wszak jak delikatna dziewczyna o subtelnej słowiańskiej urodzie. Być może brak jej gorącego spojrzenia opalonej Włoszki czy Greczynki, podobnie jak ciężko porównywać kostkę bauma przed dworcem PKS w Złotym Stoku z piazzą w Asyżu czy idyllą jońskich wysp. Niemniej jednak to właśnie ta przygraniczna węgierska sceneria z jej pozornie bezkrwistym sznytem staje się tak często punktem odniesienia i to do jej swojskości wzdycha się z tak wielu na pozór egzotycznych miejsc.

Pamiętaj

W Armenii wiedzą, że pamięć umiera ostatnia.

Pojedźmy też nieco dalej, do Gruzji. Wzdłuż krętych i zygzakowatych dróg rejonu Svaneti człowiek natyka się na małe kapliczki wzniesione przy poboczu co kilka, kilkanaście kilometrów. Niespecjalnie atrakcyjna architektura jakoś bez wyraźnej zgody z górską scenerią dookoła. Zbudowane są przez rodziny tragicznie zmarłych w wypadkach drogowych, by upamiętnić ich świętej pamięci synów, córki lub mężów. Nierzadko, niczym jakiś fantomowy mur, stoją przed nimi rządki wypitych do połowy butelek lokalnych wódek. Kolorowe etykiety zdobią i straszą zarazem, każą przejeżdżającym obok zdjąć stopę z gazu i przystanąć, by w ciszy napić się tego nektaru pamięci. Być może czują się oni wówczas jak dawni żołnierze, weterani zapomnianych wojen wspominający towarzyszy broni sprzed lat. — To mogłem być przecież ja. Taki zakręt w deszczu. Patrz, jaki młody był. — Stoją, piją i kontemplują, a kwiat lotosu pod stopami zastępuje im rozjeżdżone błoto. Zaraz potem wtaszczają swoje wymiętolone ciała z powrotem do starych, wyklepanych aut i odjeżdżają z piskiem opon w stronę kolejnego zakrętu, niepewności tego, co po drugiej stronie i z czym zmierzą się na pamięć, na czuja. I po prawej czy lewej migną im tylko co jakiś czas małe kapliczki z rządkami butelek kaukaskiego bimbru, który przypomni palący smak w gardle.

Nieco inne miejsce znam też na obrzeżach Wrocławia. Samotny krzyż, otoczony metalowym płotem, stoi na krzyżowaniu ulic Rumiankowej i Kardamonowej, kilkaset metrów od miejsca, gdzie urodził się mój ojciec. W podobnej do kaukaskiej ciszy jest niemym świadkiem dawnej tragedii i jednocześnie moim punktem odniesienia w tym szybko zmieniającym się kalejdoskopie nowo budowanej podmiejskiej dzielnicy. Na tabliczce jest data śmierci — rok 1957 — i kobiece imię — Ludosława Kazimiera. Pamiętam, jak nieraz wracaliśmy z odwiedzin u rodziny ojca i z nosem przyklejonym do szyby piaskowego malucha pozwalałem sobie na kilka sekund spotkania z zagadką tego miejsca. Dla giętkiej wyobraźni małego chłopca, który niedawno wcześniej i bez zgody rodziców odkrył mroczny świat Miasteczka Twin Peaks, ta lokalna Laura Palmer była paliwem i magnesem. Musiało jednak minąć wiele lat zwykłego zapomnienia i braku rodzinnych wizyt, bym ponownie odkrył prawdę zakopaną kilka stóp pod ziemią. Zginęła śmiercią męczeńską w bohaterskiej walce w obronie swej nieskalaności. Napis z przerdzewiałej tabliczki zawsze działa na mnie jak zimny prysznic i w pewien sposób niszczy sielankowy obraz podmiejskiej oazy spokoju dla nowobogackich w srebrnych SUVach wiozących dzieci na balet czy jazdę konną za miasto. Ciekawe ilu z nich wie, kim była Laura Palmer, i czy choć kilku odważyło się przystanąć przy białym krzyżu?

Jest więc ich wiele.

Mamy cmentarze i cmentarzyki, pomniki, figurki, krzyże drewniane i metalowe przy krętych wiejskich drogach, tabliczki na fasadach kamienic, ulice zadrukowane nazwiskami. Przy drodze na Unisław Śląski krzyż ozdabia nawet kask na motocykl — dodatek do zdjęć portretowych czy, gorzej, obozowych fotografii, odpoczywających w zakurzonych albumach o ciemnych okładkach. Wszystkiego dopełniają czarno-białe monidła nad wersalkami obitymi skajem w ciasnych klitkach mieszkań. Wiszą przyklejone do dawno niemalowanych ścian, w pękniętych ramkach z brązu.

Dalej są szpitale czyjegoś imienia z ultranowoczesnymi oddziałami intensywnej terapii — nienazwana, zimna sterylność niechętnych pożegnań. Dalej uliczne graffiti na cześć kogoś tam z osiedla; dziury po kulach z sowieckich karabinów, które niechętnie utkwiły w fasadzie ciemnozielonej kamienicy w centrum Budapesztu — odpoczywają wbite w miejską tkankę, osłanianie od żywiołów przez szklaną płytkę. Mamy monumentalne obeliski i posągi zbudowane jakby w przeczuciu, że smartfony kiedyś przyjdą, a one same staną się zaledwie tłem dla niekończącego się ciągu strzelanych sobie fotek. Wreszcie są dedykacje na początkowych stronach książek i tomików wydawanych w podziemiu wierszy — krótkie i schludne linijki tekstu, których nie czytamy, bo to bez sensu, bo po co. I wreszcie jesteśmy my: ich synowie, córki i wnuki, być może spłodzeni, by swoim byciem tu i teraz świadczyć, że i oni byli tam i wtedy, że to wystarczy, by było wiadome, że życie i świat toczą się bez niczyjej pomocy.

Podróżując, dobrze od czasu do czasu zatrzymać się przy wiejskich krzyżach lub małych cmentarzykach zanurzonych w cieniu starych drzew. Dla niektórych mogą wydać się ciemniejszą stroną podróżowania, nie przyznaje się im wszak gwiazdek ani komentarzy ociekających wielosylabowymi przymiotnikami. Weźmy dla przykładu kilka z nich. Ten przycerkiewny w Cisnej w Bieszczadach zaskakuje mnogością włoskich nazwisk. Rodzina Mainardich, potomków kamieniarzy, którzy przed laty przybyli na te ziemie za chlebem, pokazuje, iż Polska od wieków była wielokolorową mandalą rozwianą dopiero przez chłodny wiatr, zrodzony w nazistowskich czy sowieckich płucach.

Kolejny cmentarz zaskakujący nagromadzeniem języków nagrobnych opisów znajduje się przy Kapliczce Czaszek niedaleko za Kudową. Czeskie, polskie i niemieckie inskrypcje, gotyk i pospolita kursywa okraszona słowiańskimi znakami przypominają, że każde pogranicze w tej części świata posiada skomplikowaną historię i nie pozwala ująć się w proste schematy.

Podobnie jest na zapomnianym i zdewastowanym Cmentarzu Żołnierzy Radzieckich na Skowroniej Górze we Wrocławiu. Wybrakowane kwatery i pojedyncze fragmenty rozłupanych, wymiecionych kamiennych nagrobków zerkają wzdłuż wąskich, nieco zarośniętych alejek. Jest pusto i zwyczajnie smutno. Pozostało raptem kilka grobów ozdobionych skromnymi wieńcami i parafiną odpoczywającą cicho w tanich plastykowych kubkach. Za nimi proste medaliony i krótkie napisy cyrylicą. Garść imion, nazwisk i dat młodych sołdatów. Jest też zagadkowa, laminowana kartka z adresem e-mail. Być może rodziny poszukującej jakichś informacji o losie syna, ojca czy nigdy nie poznanego dziadka? Laminowana kartka przypomina, że wiele miejsc kryje w sobie zagadki i że wcale nie trzeba wjechać na kręte kaukaskie drogi, by je odkryć.

Być jak Bob Graham

To właśnie Kraina Jezior jest miejscem by ćwiczyć uwalnianie pamięci i pozbywanie się niezręczności dźwigania codziennych balastów. Na północ od Manchesteru, na południe od Muru Hadriana — wciśnięta między mniej lub bardziej umowne linie, z pogodą równie niepewną jak gęste chmury spływające po szarym niebie od pobliskiego wybrzeża. Góry i jeziora, gdzieniegdzie trochę lasu i malownicze wioski w długich dolinach, z chatami budowanymi z lokalnego kamienia. Ciemnografitowy łupek i sprawne ręce lokalnych kamieniarzy pracują bez grama jakiejkolwiek zaprawy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 30.92
drukowana A5
Kolorowa
za 56.33