E-book
15.02
drukowana A5
33.47
W diable rogate

Bezpłatny fragment - W diable rogate


Objętość:
114 str.
ISBN:
978-83-8245-990-6
E-book
za 15.02
drukowana A5
za 33.47

Zebranie diabłów

Na zebraniu Diabłów wcale nie śmierdziało siarką i innymi diabelskimi atrybutami. Bo to zebranie odbywało się całkiem niedawno. Można by powiedzieć, chwilę temu, późną wiosną. Jak za starych dobrych czasów, żeby wejść do tego hotelu, każdy z uczestników musiał wchodzić osobno, z mocną charakteryzacją, i oczywiście w czasie podróży służbowej. Do tego dyrektor hotelu jak każdy ze śmiertelników połasił się na sztabkę złota za zachowanie szczególnej dyskrecji, podczas tego tajnego spotkania. Niewiedział nieborak że jest to typowo czarcie złoto. Kto dotyka taką sztabkę, niebawem skończy w tragicznych okolicznościach. Pomijając ten smutny fakt, trzeba dodać że woń jaka unosiła się w tym pomieszczeniu z klimatyzacją to perfumy, i to te z górnej półki — DevilAngel i LucyLu. Wszyscy zgromadzeni czekali na przemówienie najważniejszego tzn. najbardziej kopytnego z najdłuższym ogonem i sierścią tak niemiłą w dotyku, że siedział On przy osobnym stoliku z dodatkowym nawiewem z góry, z dołu i także po bokach. Te boczne, to wachlujące półnagie dziewice z terenów tak odległych, że nawet diabelskie nasienie tam nie sięga. A podobno ogarniają wszystko. To jednak mrzonki i wywody starodawnych kabalistów, niezgodne z rzeczywistością.

Obecnie sytuacja wśród Diabelskiej Rzeszy nie jest najlepsza. Prawie wszyscy wiedzą że ich świetność już dawno przeminęła. Ludzie nie boją się tych przeżytków historii. Mało tego, już nikt nie wierzy w te stwory nieczyste, nawet więcej, już Oni sami przestają w to wierzyć.

Cały czas wszyscy czekają na to bardzo ważne przemówienie. Kiedy w końcu muchy przestają bzyczeć, czas staje w miejscu, i tylko Słońce za oknem przenosi się w inny punkt na nieboskłonie, jej wysokość Belzebub wstaje z wielkim wysiłkiem, i z należytą do funkcji manierą przemieszcza się w stronę podestu dla mówiących, cały czas jednak budząc lęk i respekt wśród zgromadzonej nielicznej czarciej maści.

Główny Belzebub, Lucyfer czy po prostu Szatan, lub inaczej go nazwiemy, staje na podwyższeniu, na przeciwko zgromadzonych. Spogląda ze złością i rozgoryczeniem pukając miarowo w blat swoimi insygniami, znajdującymi się na wszystkich powykrzywianych palcach u rąk. Kiedy spluwa za siebie wypalając przy tym parę malutkich dziur w podłodze, wiadomo że już zacznie się przemowa.

— Moi drodzy, bracia, spotykamy się tutaj kto wie, czy nie ostatni raz w tym gronie — po tym stwierdzeniu niepokój wśród zgromadzonych nasila się i nie wiadomo dlaczego obłoki czarnego posępnego dymu pojawiają się nisko ponad metalicznymi kopytami siedzących — Główny Szatan rozwija swoją myśl dalej — dlaczego to mówię, sami wiecie jak wygląda sytuacja tych ostatnich covidowych lat, my Diabły musimy trwać, i przetrwamy również i ten podły czas, ale musimy dominować, to my mamy rozdawać karty, diabelskie karty, a kto to robi za nas, no kto? wszystkie stery przejął ten nędzny, szkaradny, chciałoby się powiedzieć diabelski, ale nie, tylko ziemski, internet! stworzony zapewne przez pomyłkę, pojawia się pytanie, gdzie my wtedy byliśmy? Gdzie?

Po tym stwierdzeniu główny Czart sczerniał cały, i postarzał się o kolejnych 300 lat, a włosy szatańskie nabrały świecącego połysku śmierdząc tak ohydnie że pierwszy rząd siedzących Diabłów pokrył się drobną sadzą. A Główny ciągnie dalej — ludzie są już tak pochłonięci tym gównem, że nie widzą czego teraz mają się bać. A czego się boją? No czego? w tym momencie wskazał swoim zaczerniałym palcem wskazującym na obecnych, który wygląda tak obrzydliwie, że nie sposób opisać tej przecież normalnej części ciała — mówi dalej — Boją się, ale nie nas! — dochodzi do paradoksów, sczezną się czy szybkość megabitów jest odpowiednia do grania, czy wielkość migającego światłem i cieniem szklanej tafli czy innego ekranu do telefonu mrugowanego jest wystarczająca, i oczywiście najważniejsze, żeby w żadnym wypadku nie wyłączyli tego zagnojonego interneta! Kiedyś pamiętam od takich czarów była tylko wiedźma, no ostatecznie zwykła wróżka, dostępna na każdym rogu, która była pod naszą kontrolą rzecz jasna. Tutaj Główny przerwał, warknął, odsmarkał swój obskurny gilun, aby dalej kontynuować. Do tego wszystkiego najgorsze jest to, tak tak, że święte miejsca przestają pełnić tą funkcję, kościoły stają się siedliskiem zła i bezeceństw, wiem bo samemu ostatnio nie raz, nie dwa, tam wlazłem, i nic się nie stało, niepojęte, nigdy tak nie było, bliskość wody święconej nie ma już Blasku jak kiedyś, straciła Moc czy jak, kurwa, co się dzieje — co! tutaj Główny wzruszył się naprawdę i popijając płyn stojący obok, wypluł swoim zwyczajem za siebie, robiąc jak zwykle dziesiątki małych dziur w pięknej skądinąd podłodze.

— Kim teraz jesteśmy? no kim? Musi być Czarne i Białe, Piekło i Niebo, Diabeł i Anioł, to przecież normalne! Jak to się zmieni, to my również zginiemy, rozpierdolimy się w pył, a tego kurwa nie chcemy. Dlatego musimy zmienić nasze działania! nasza polityka musi nadążyć za obrzydliwą technologią, zgadzacie się moi Czarci Bracia! Szatan wyciągnął teraz dłonie w stronę zgromadzonych, pokazując wszystkie swoje wykrzywione palce, o różnych kolorach od sinych do zaczerniałych, nie licząc zrogowaceń, liszajów, odprysków wenerycznych, włosów czarcich, paznokci tak brudnych i długich, pokiereszowanych, że normalny człowiek puściłby pawia od samego ułamka sekundy patrzenia na tą szkaradę.

Wszyscy obecni również podnieśli swoje ręce w górę, dym który cały czas lekko się unosił, momentalnie opadł. Wyglądało to dość groteskowo i strasznie zarazem, pewnie pierwsze spotkania NSDAP czy NKWD miało podobną iluzję bycia w czymś niezwykłym i ważnym. Zawsze jest ktoś kto wygłasza swoje morały i cała reszta które je łyka jak wyuzdana kobieta spermę, uśmiechając się przy tym radośnie.

Zadanie

Obudziłem się rano. Potworny ból głowy nie daje za wygraną. Prawie nie pamiętam wczorajszego spotkania z Głównym, ale co było potem, jak najbardziej. Ta orgia była najlepsza od dawien dawna. Ten pomysł z laskami ubranymi w stroje pielęgniarek, niby tyle razy wykorzystany, teraz był majstersztykiem. Co one tam wyprawiały.

Poranny łyk wcale nie kawy, pomaga. Opadam z sił ale zaraz wstępują we mnie uśpione od dawna moce. Główny przecież przekazał mi zadanie. Tylko mnie. Jako jedyny z Diabłów skończyłem szkoły o profilu informatycznym, nie bez Diabelskich pomocy oczywiście. Pamiętam jak taki jeden profesor uwziął się na mnie, że śmierdzę knurem. Cóż, miał wypadek, i jego nędzny samochodzik wpadł do rzeki. I potem przyszedł jeszcze gorszy dziadyga. I jemu los nie był łaskawy. Czajnik z ekspresem do kawy poraził go prądem. Na śmierć rzecz jasna. Potem już poszło gładko. Zdobyłem szlify w wielu firmach. Wiele panienek przeleciałem głównie w przelocie. Takie szybkie życie jest teraz. Ale nigdy nie dostałem się do tych najważniejszych speców od zmieniania wszystkiego. Niektórzy nazywają ich hakerami. A niektórzy tymi, co porządkują sprawy. Fakt, to my przecież powinniśmy to robić, a nie te śmiertelne przecież istoty. Kiedy kołdra trochę drgnęła, zapomniałem że tam jest całkiem milutka, wcale nie mała, laseczka, oj diabelskie sztuczki zna nie od dziś. Nawet nie otwierając oczy, ziewając zagadała — Co mój diabełku, zaczynamy — powiedziała przeciągając się rozkosznie, pokazując swoje obfite jakby mleczne piersi, ale na szczęście nie sztuczne. W tym wypadku słodko prawdziwe. Nie trzeba było mnie prosić — No krasulo, to zaczynamy. I tutaj jak to bywa w takich sytuacjach, stała się rzecz nieoczekiwana. Kobieta zadała nieodpowiednie pytanie — O widzę, odkręciłeś swoje rogi, ty mój diabełku kosmaty, lubię takich zarośniętych.

Skąd ta istota wie o moich sekretach osobistych. Rogi odkręcam tylko w chwilach. No właśnie w jakich chwilach. Nie zdążyłem się przekonać, kiedy kobieta sprawnie przywiązał mnie do łoża, wyciągając zza pleców jakiś przedmiot. Introdukcje z kości słoniowej. Poznałem od razu. To brzytwa. — No co mój książę ciemności, pobawimy się teraz. Po tym stwierdzeniu opuściła mi gacie do kolan, machając ostrzem wokół mojej, wokół mojego, no wiecie czego — Czego chcesz krasulo? spytałem po przyjacielsku. — Ty wiesz czego. Chcę być twoim partnerem ty mój diabełku. — Mała, daj spokój mogę cię strawić jednym ziewnięciem, daj spokój, odłóż to! ale tylko uśmiała się, podrzucając swoje ogromniaste piersi z jednej strony na drugą. Przymknąłem oczy. Pomyślałem że ją zrzucę. Obetnę piersi i dam psom na pożarcie. Albo nie, świniom. Tutaj zastanowiłem się czy świnie jedzą ludzkie piersi. Zamknąłem raz jeszcze oczy. I na sierść wilkołaka. Nic. Gdzie jest moja Moc. Jeszcze raz. Tym razem. Zwykłe zaklęcie diabelskie, które zawsze działało. Też nic. Po otwarciu oczu widzę jak krasula ciągle siedzi na mnie, wachlując brzytwą, nawet zacząłem się bać żeby nic nie zrobiła tym swoim bimbałom, tak mocna wachlują, szkoda by było. — Diabełku, nie pamiętasz ty pijaku czarci, jak mówiłeś że cała twoja siła płynie no skąd? Skąd Diable? O kuropatwy nieczyste, od razu sobie wszystko przypomniałem, musiałem odkręcać rogi przy tej małej dziewce, i pewnie wszystko jest powiedziałem. No tak, już po mnie, przez ostatnie lata nigdy to się nie zdarzyło. No tak, w 68 na tym festiwalu bywało nie raz nie dwa, ale od razu zatłukłem dzierlatki. Kto to pamięta. A tutaj taka wpadka — Czego chcesz — pytam po przyjacielsku — Na początek chcę ciebie, raz jeszcze, potem pogadamy o wszystkim, nie rób nic głupiego, twojej drogocenne rogi schowałam w bezpiecznym miejscu. Po tej odpowiedzi uwolniła mnie z więzów, odrzuciła brzytwę, i pożądanie znalazło ujście. No tak to bywa.

Gdy tradycyjnie zapaliłem papierosa po wszystkim patrzyła się na mnie z niedowierzaniem i lekceważeniem. Czego nie lubię — Oj jaki jesteś głupi, i ty jesteś jakimś tam Diabłem, co za banał! po tym powiedzeniu zapaliła skręta czy coś takiego. Ja nie cierpię takiego gówna. To nie moja bajka — Wiem o tym że nie czaisz o co biega, ale zaraz ci wytłumaczę. Jak mówiłeś twój szef, już stary i niedomaga, nie wie co na prawdę dzieje się świecie, i żyje chyba jeszcze w czasach inkwizycji, co? Ten czas najlepiej mu odpowiadał. Kiwam z uwagą słuchając dalej — Zrobimy co trzeba, załatwimy ich wszystkich, i ty zostaniesz Głównym, a ja będę miała władzę jaką nie miała żadna kobieta przedtem. Jak Kleopatra! mówię — Kto? pyta. Cleo znam. Ale Patrę nie. Spojrzenie krasuli bezcenne. Dalej nie drążyliśmy tego tematu. Kiedy zgasiłem papierosa, nie musiałem nawet nic mówić. Jeszcze dwa numery przerobiliśmy. Potem opadliśmy na styrane łóżko. W co ja się wpakowałem.

Zdziwienie

Przekraczając granicę państwa w tych czasach nie jest łatwe. Oprócz zwykłych paszportów trzeba mieć te wszystkie karty o tych negatywnych wynikach testów, karty szczepień i inne bzdety. Na szczęście tym zajmowała się krasula. Wreszcie dotarliśmy do hotelu. Myślałem tylko o jednym. O łyku zimnego piwa w chłodnym miejscu. Teraz wszyscy jeżdżą na tą rozgrzaną wysepkę w Afryce. Krasula też chciała. Już w holu naszego hotelu dostrzegłem znajomych. Potem za windami kolejnych. Wszędzie są te pół diabły, zwani celebrytami. Czyli dobrze wylecieliśmy. Moja wszystkie papierki już załatwiła, nawet to mi teraz odpowiada. Wreszcie dotarliśmy do naszego apartamentu. Wytrawnym wzrokiem znalazłem od razu tą malutką lodóweczkę. Otworzyłem. A tam, do nieowłosionego dybuka. Same rude, na szczęście browary są, ale co — bezalkoholowe! Co to za hotel? Dobra. Wlałem łychę, do tego odrobinę lodu, i pierwszy łyk, potem drugi, i jest lepiej. Krasula już polazła do łazienki. Gdy wyszła, całkiem naga, w ułamku sekundy też zrzuciłem swoje ciuchy — Dobra, dobra idź się odśwież ty nieczysty kusicielu — powiedziała czule — ja jeszcze muszę coś załatwić na dole. Szybko ubrała się i wyszła. Nalałem jeszcze odrobinę do szklaneczki. Ale pociągnąłem z gwinta, to jest to, i polazłem do łazienki. Nie zdążyłem się dobrze umyć gdy usłyszałem głos Głównego — Co ty kurwa robisz? co miałem powiedzieć — że kąpię się w hotelu? — Już jestem mój Mistrzu — mówiąc to wycierałem się najszybciej jak tylko mogłem. Wiem, że Główny jak ma coś do powiedzenia w ten sposób, to nic dobrego się nie szykuje. Już byłem ubrany w pokoju — Słuchaj, masz misję do wykonania, a jakaś paniusia chce sprzedać twoje rogi w sklepiku hotelowym na Zanzibarze? Coś wiesz o tym? Po tym, momentalnie oprzytomniałem i odpowiadam — To już się nie powtórzy, załatwiam sprawę, Mistrzu. Wzrokiem znalazłem walizkę krasuli. Wiem gdzie chowała swoje kosmetyki. Jednym pociągnięciem rozerwałem walizkę w pół. Szkoda czasu. No niestety, baba przegięła. Szkoda, miałem nadzieję że mi pomoże. To jednak nie będzie ta suka. Szukałem krótko. Ale jest. To malutkie ostrze, introdukcja z kości słoniowej. Nawet ładne. Słyszę już jakieś kroki. Otwiera drzwi. Zamyka. Dopadam ją pierwszy. Nie broni się. Nawet nie ma majtek. Czuję od niej zapach pożądania, chciwości i litości. Też się boi — Dla kogo pracujesz krasulo? pytam po przyjacielsku, przyduszając ją delikatnie. Nie odpowiada rozkraczając bezwstydnie nogi — Dla kogo? pytam raz jeszcze. Kiedy w moich rękach widzi tą brzytwę, jej zdziwienie jest ostatnim jakie pewnie zakodowała.

Już po wszystkim myjąc się ze śladów krwi, szkoda, fajne miała bimbały. Ale przegięła. Czarne worki zawsze mam w poręcznym bagażu. Na wszelki wypadek. Który zawsze się zdarza. Jak dzisiaj. Dobra. Zostaje jeszcze sprawa rogów. To jest przecież moja Moc. Nic babok przy sobie nie miał. Czyli sprzedała w sklepiku. Za stanikiem miała tylko tą swoją kartę kredytową. Posprzątałem w mig pokój. Zszedłem na dół. Zobaczyłem o której godzinie gość zamyka sklepik. Już niedługo, za pól godziny. Dobra, co prawda nigdy tutaj nie byłem, ale mam swoje kontakty. Za każdym hotelem tej klasy jest zawsze taki parking, gdzie w budzie siedzi nasz człowiek, przez nas opłacany. Wystarczy na specjalnym kawałku skóry czarciej, który zawsze mam przy sobie, podać numer pokoju hotelowego. Wiadomo wtedy że musi natychmiast być tam posprzątane. Co i było w tym przypadku. Podałem zapisany numer. Człowiek wiedział o co chodzi. Wróciłem do mojego pokoju zabrałem swoje rzeczy, raz jeszcze spojrzałem z odrazą na tą lodówkę bez piwa. I wyszedłem. Na dole dałem w łapę mulatowi, niech czeka, zaraz pojedziemy na lotnisko. Widząc jak zamyka sklepik ten gościu. Szybko weszliśmy, ale już razem, do sklepu, zasłoniłem rolety, spytałem tylko raz — Gdzie to jest? pokazałem na moje rogi. Gość uśmiechnął się głupio. Nie zrozumiał. Ale gdy zaciskałem rękę na jego szyi, zrozumiał od razu, pokazując ręką schowek. Faktycznie, miał tam schowane moje drogocenne rogi. Wychodząc, wystarczyło że musnąłem go tylko rogami, wiadomo wieczorem padnie martwy w strasznych konwulsjach. Kończąc tą sprawę, dojechałem taksówką na lotnisko, oczywiście dotykając kierowcę tymi samymi rogami. Im mniej świadków, tym lepiej. Wracam wieczornym lotem do Europy, wiem że muszę zacząć działać sam, niestety.

Kontakt

Będąc w recepcji, pytam bez ogródek czy jest tam w pokoju normalne piwo w lodówce. Miły głos odpowiada że jest. Nawet nie przeszkadza mi że jesteśmy w Monachium. A kobieta mająca taki uroczy głos jest zapewne stuprocentową Niemką. Typowa baba, o konkretnej posturze. I mająca odpowiednie zderzaki i inne atrybuty. Miałem co prawda chwilę zawahania. Ale cofam się i mówię — A może zamówię szampana? Zapraszam. Uśmiecha się cudownie. Spuszcza szybko głowę, po czym podnosi mówiąc cicho — Kończę o 22, ale nie umawiam się z klientami hotelu — Rozumiem, oczywiście. Zapraszam na miasto. Będę czekał przed hotelem. Kiwnęliśmy razem, spokojnie, elegancko. Sam nie wiem po to zrobiłem. Znowu. Kolejny raz. Ale tak, przykrywka przyda się. Muszę przecież wykonać zadanie. Muszę jak zwykle odkręcone rogi gdzieś schować. Nie lubię chodzić w kaszkiecie, jak jakiś debil. Główny tego nie rozumie. Faktycznie, myśli że żyjemy jeszcze w jaskiniach, czy jak. Patrzę, na szczęście jest sejf hotelowy. Szybki prysznic. Ubieram się, tym razem w gang. Wyglądam jak gangster, a nie Diabeł. Czy to nie to samo. Uśmiecham się sam do siebie. I już po chwili czekam przed hotelem. Wcześniej zwinąłem z wazonu jeden kwiatek. Dam dziewce, niech ma. Już prawie chciałem powąchać, w ostatnim momencie odsunąłem nochal. Wiadomo, jeden węch, i kwiat więdnie. Tak to już jest. Jest, widzę idzie, podchodzi ubrana w spodnie i marynarkę, brakuje tylko jeszcze czapki z wojskowymi emblematami — Nie miałam czasu się przebrać — mówi krótko. Wręczam jej kwiatek. Robi się miło. Łapię ją za rękę, przyciągam do siebie, całuję szybko w usta, odsuwa się, aby po chwili przyssać się do mnie jak glonojad do szyby akwarium. Po chwili idziemy uliczkami które znam dość dobrze. Nie musimy nic mówić. Trzymamy się za ręce. Widać pojawiające się stoliki ogrodowe. Wreszcie otworzyli po tym całym cyrku z wirusem. Siadamy tuż za rogiem. — Co zjesz? pytam — Jestem głodna jak wieloryb — uśmiecha się szeroko. Zamawiam dwie pizzy, i browary, w tych ogromniastych kuflach. O czymś tam w przelocie rozmawiamy, myśląc tylko gdzie będziemy się pieprzyć po tym wszystkim. A ja z tyłu głowy mam swoją misję. Czy mógłbym jej zaufać. Okazuje się że na górze mają wolne pokoje. Gdy zamykam drzwi mówi od razu — Ale ja na górze, nażarłam się bardzo, a nie chcę puścić pawia. No cóż, trzeba uszanować ten uroczy głos. Uff. Nie należy do najlżejszych. Ale zna wszystkie tajne chwyty i potrafiła je wykorzystać na maksa. Dobrze że łóżko jest masywne i szerokie. Ale co poskakała sobie, to nie tylko jej radocha była. Po wszystkim chciałem zapalić papierosa, a tu nic, nie mam fajek. Ale Doro, bo tak się nazywa, wstała nacisnęła coś w ścianie, pytając — te słabsze czy mocniejsze? nie zdążyłem odpowiedzieć, a zapodała mi już przypalonego. Nic nie mówiliśmy. Tylko paliliśmy. I tu należy docenić, mądrość tej dziewuchy. Może mi pomoże. Idę do kibla. Lustro nad kiblem zaparowane. Coś mnie tknęło. Patrzę raz jeszcze. A tam napis — Masz kurwa mało czasu, mam ci jaja urwać, czekam na właściwe działania, idź za Katedrę św. Piotra koło sklepu z jabłkiem — po czym napis znikł, a ja zbladłem cały. Wróciłem do baby — Muszę już iść — powiedziałem szybko — Na pewno teraz — odpowiedziała zaniepokojona. Szybko pocałowałem ją w ogromne soczyste usta, po czym jednym szarpnięciem przewróciłem ją zadem w moją stronę. Co było później niech opowiedzą co ci co słyszeli jak wyła z rozkoszy. Doro, Doro. Dałem jej to, co nie dał jej nikt przedtem. Na pewno będzie miała problemy z chodzeniem, przez jakiś czas. Na odchodne mówię — Czekaj na mnie, wiem gdzie pracujesz, pa złotko.

Gabinet Tatuażu

Dotarłem szybko do Katedry św. Piotra. Faktycznie z drugiej strony jest sklep Apple. I co dalej. Rozglądam się chaotycznie. Jest. Widzę to. Nad hydrantem jest znak odwróconych rogów. To chyba nasi. Podchodzę. Naciskam. Napis klika, po czym rozsuwa się. Pojawiają się malutkie wąskie schody. Rozglądam się dookoła. Żywej duszy. Wchodzę pewnie. Idę w dół, skręcam w lewo, potem prosto, prosto, duże metalowe drzwi, i następne, potem schody w bok, kolejne drzwi, otwieram i… no no. Pełno przeszklonych drzwi, a tam głównie kobiety w lateksach, faceci z odsłoniętymi fiutami bez krępacji uprawiają seks gdzie się da i z kim się da. Co prawda widziałem coś takiego w klubach sado-maso w Nowym Yorku ale to było z 50 lat temu. Wtedy to się działo. Ale podchodzi do mnie jakiś ogolony mięśniak, patrzy na mnie oblizując się, aż kapie mu ślina na moje nieocenione neogotyckie buty. — Twój ryj będzie ładnie wyglądać w trumnie — mówię całkiem po przyjacielsku — Pobrudziłeś mi but — widzę że to na niego nie działa, łapię go za jaja, przekręcam, i już sobie nie pojeździ koleś. Widzę jak podbiegają w moją stronę jakieś typy. Szybko wchodzę do najbliższego przeszklonego pomieszczenia. Zamykam się. A tam same młode laski, ich oczy wskazują że nie wiedzą co się dziej wokół nich dzieje. Opium, albo inne piguły. Tak jak wszędzie. To samo od lat. Widzę nad wentylatorem rozsuwane przejście. Szklane drzwi długo nie wytrzymają. Jakoś gramolę się tam. Przechodzę. Cały pewnie się uwalę. Syf jak Diabli. Myślę o moim pobrudzonym bucie. Jakbym teraz kogoś spotkał. To wiecie co. W końcu przechodzę, mijam korytarze i drogą powrotną, schodami do góry. Jestem w punkcie wejścia — wyjścia.

Rozglądam się raz jeszcze. Na spokojnie. A na przeciw sklepu Apple jest niewielki ledwo oświetlony szyld „Zapraszamy Diable”. Łapie za kołatkę. Momentalnie napis na szyldzie znika. Nawet nie zdążyłem zapukać. Otwierają się wrota. Wchodzę. Półmrok. Przy końcu jakby korytarza słychać jakby bzyczenie. Podchodzę bliżej. A tam na kanapie leży jeden gość, a drugi pochylając się nad nim, z maszynką do robienia tatuażu wykonuje ogromny rysunek smoka. Kiedy w końcu zauważają że jestem obok nich. Odwracają się w moją stronę. Tatuażysta, i ten gość co ma robiony tatuaż, oraz głowa smoka też przechyla się moją stronę — Co jest, znamy się? mówię po przyjacielsku. Rubaszny śmiech tatuażysty rozbraja mnie na części pierwsze. Poznaje. To mój druh, mój przyjaciel sprzed wielu lat, też Diabeł, ale niższego stopnia — Witaj Salvatore, ile to już lat? Kiedy widzieliśmy się po raz ostatni? Próbuję szybko myślami poszukać tej daty — Ostatnio przed wojną, pamiętasz? odpowiedział Salvi, jak go kiedyś zdrobniale nazywałem. Razem zaczynaliśmy w szkole Diabłów. Tak, jeszcze takie wtedy były — Przed którą wojenką — pytam ściskając go mocno. Widzę, że przyjaciel posunął się nieco, brzuchacz urósł, włos posiwiał, ale cały czas nie ma tego przedniego kła co mu wybiłem zupełnie przez przypadek, jak goniliśmy pewną dziewkę. Ja ją wtedy złapałem pierwszy, i jak bywało w zwyczaju, oddałem ją przyjacielowi. Tak, tak. Tak było. Kiedyś to były zasady — Pamiętasz, jak zabrakło kul, i robiliśmy je z zębów tych trupów, i wszyscy uciekli — Pewnie, jak by to było wczoraj, co tu robisz w takim zasranym miejscu?

Gość który leżał, widać że trochę się spocił, wstał i dodał — To może już sobie pójdę — Dobra, idź do kantorka obok, wlej sobie kielicha, poczekaj, mam do pogadania z kumplem.

Siedliśmy obok przy stole i jak za dawnych czasów chcieliśmy razem napić się do zbydlęcenia. Tylko że ja teraz nie mogę za bardzo. Mam misję. A i Salvi jak mówi, wątroba już nie ta, jak kiedyś. Może wychylić nie więcej niż pół beczki nalewki. Kto to jeszcze pije. A jednak, mój druh, zaopatrzył się o taki wykwintny trunek, rabując ze statków zatopionych przy brzegu, jak przebywał u wybrzeży Ameryki Południowej. Zostało nas Diabłów prawdziwych, już niewielu, nie liczę pół Diabłów, bo to się nie liczy. Opowiadam mu całą historię z Głównym na zebraniu, na którym nie był. Właśnie. Dlaczego? — A mam to głęboko w dupie! to całe Diabelstwo, a niech się gonią, mam swój gabinet i tyle — Ale stary, kazał mi przyjść do Ciebie! Znalazł cię! Co ty gadasz? Skąd, jak! Wiesz przecież, on wie wszystko, nie uciekniemy przed przeznaczeniem! Spiłowałeś rogi? Bo ja tak — Salvi wstał, zamknął wszystkie drzwi wokół, zerwał deskę pod podłogą i wyjął malutki pakunek. Rozwinął. To jego rogi — Jeszcze śmierdzą Diabłem — dodał — Moje już chyba nie, wyprałem je kiedyś w pralce! Co? Ale bez wybielacza, no co ty żartowałem — spojrzałem się na przyjaciela — Pomóż mi, muszę mieć dojście do najlepszych specjalistów od sieci internetowych — A co chcesz zrobić? Wyłączyć internet, na amen! — Co ty, niewykonalne, może zawiesić, ale tylko miejscowo, regionalnie. Mówię Salviemu prosto w oczy — Mam to zrobić i już — Muszę to zrobić, Główny mi kazał, i co chwila się przypomina, mam działać, jak tego nie zrobię, to wiesz! Salvi na pewno wiedział co może się wtedy stać. Nic gorszego nas spotkać nie może. Zostaniemy zwykłymi śmiertelnikami. A tego nikt nie chce.

Salvi wstał, przeszedł się, podrapał po starym swoim tatuażu — Jest jeden gość, lubi naszych, zna tych ze wschodu, są najlepsi, zmieniają rzeczywistość jak chcą, będziesz musiał jechać do Paryża, fajne miejsce, ale tego barachła z całego świata jest za dużo, już nie dla mnie, masz namiar. Salvi wytatuował maszynką ten adres na kawałku świńskiej skóry. A może to nie była świńska. Kto wie.

Vera po raz pierwszy

Wróciłem do hotelu. Złapałem jeszcze odrobinę snu. Rano w recepcji już nie widziałem mojej wczorajszej dziewczyny. Tym razem zapakowałem się kompletnie, na bogato, z rogami, jak trzeba. I założyłem kaszkiet. Pierwszy raz od lat. Moc teraz jest ze mną. W końcu jadę do Paryża.

Tym razem pojechałem pociągiem. Wybrałem jak zwykle pierwszą klasę. Nie jest co prawda Orient Express jak dawniej. Teraz pociągi, są jak zwykłe, może trochę lepsze tramwaje bez tego sznytu co kiedyś. Tylko personel kobiecy jest na dużo wyższym poziomie. Oczywiście jak tylko wsiadłem od razu wpadła mi w oko, młodziutka, malutka kierowniczka tego wagonu. Kiedy puściłem do niej oko, od razu to zauważyła. Na ekranie na przeciw widać jak byk, że następna stacja dopiero za godzinę. Wstałem żeby rozprostować kości. Przy przejściu do kolejnego wagonu zauważyłem jak moja malutka wchodzi do pomieszczenia z napisem — tylko dla personelu — wszedłem za nią. Pomieszczenie jest małe, niewygodne, chyba jakaś przebieralnia. Pocałowałem na początku ją w ucho, nie chciała zdjąć maseczki, może i lepiej, potem to już poszło jak zwykle. Dlaczego to takie proste. Nigdy mi się nie zdarzyło, żeby narobiła wrzasku czy jak. Wlazłem w nią jak w masło. Niedobrze. To pewnie zawodowy zawodnik. Zbyt dobrze zna się na tych wszystkich pozycjach, wygina się jak mistrzyni gimnastyki, chociaż cały czas będąc w mundurku. Na koniec nawet odgryzła mi trochę włosów. To nic, zawsze natychmiast odrastają. Tak już Diabły mają. I tak dojechałem do Paryża.

Mając namiary od Salviego wiedziałem gdzie się kierować. Ostatni raz w Paryżu byłem. Już nie pamiętam. Na koncercie Jarra chyba. Był taki tłok, wtedy jak te dwie francuski pokazały mi widok wieży Eiffla z pobliskich dachów. Ale ta historia nie nadaje się na do opowiadania.

Dotarłem na miejsce. Nieźle wygląda. Stara kamienica. Na podwórzu cuchnie uryną i kałem. My Diabły jesteśmy do takich zapachów przyzwyczajeni, ale odwykłem od tego, wolę już czystość od stęchlizny i gówna. Po chwili jakiś kurdupelowaty Marokańczyk spogląda się na mnie spode łba. Pytam go po przyjacielsku — Czy zna dokładnie ten adres — podaję ten co otrzymałem od Salviego — spoglądając zadziera głowę, po czym gwiżdże pokazując brak uzębienia górnego. I są przy mnie, już trzy sztuki kolesi. Cóż, wiadomo elegancja Francja. Patrzymy na siebie, nic nie mówiąc. Pierwszy mówię po przyjacielsku, bo dalej nie chce mi się na dupki patrzeć — Proszę spadajcie stąd! Ten większy zamachnął się z lewej, a dwóch mniejszych z pół obrotu próbują kopnięcia. Nawet nie muszę używać czarów. Pierwszego łapię za rękę, wykręcając, obracam ją wokół nogi drugiego i kończę na nosie trzeciego. Pomijam te wszystko trzaski łamanych kończyn itd. bo to nudne. Ale ten wzrok pytający — o co biega? do zapamiętania. Czyli nie znali adresu, albo nie chcieli powiedzieć. Idę dalej. Dość szerokie drzwi, poniżej domofon i tam właśnie jest ten numer co napisał Salvi. Dzwonię, od razu głos mówi — Czego? — od Salviego — mówię. I drzwi drgnęły. Wchodzę do środka. Tutaj zupełnie inaczej. Wnętrze nie powstydziłyby się Luwr czy inne tego typu miejsce. Winda przeszklona zaprasza sama do środka. Wchodzę, jadę w górę. Po wyjściu, na tarasie przy kwiatach stoi jakiś człowiek nienagannie ubrany, w białej koszuli i spogląda się na mnie kątem oka — Mów, bo zaraz wychodzę — Szukam specjalisty — Mów szybciej o co naprawdę chodzi — Chcę coś odłączyć — Co, strony rządowe, reaktory, wojsko, tam jest duża stawka — Chodzi mi o coś więcej! — tutaj człowiek przestał strzyc kwiaty — Coś więcej — spojrzał podejrzliwie, coś ty za jeden — mówiłem, od Salviego — Spogląda się na mnie bardzo uważnie, szczególnie mój kaszkiet ogląda z każdej strony — rozumiem, wiem o co chodzi, ty z tych jesteś, tutaj ja nie poradzę, weź Verę, daję ci ją w prezencie i jedź do Nadii, tylko ona pomoże, i nigdy już tu nie przychodź, moi chłopcy ci nie wybaczą — i tutaj pokazał na ukryty ekran za burzą słoneczników. Widać jak te złamasy z dołu ciągle nie mogą dojść do siebie. A zza kwietnika z różami podchodzi prawie bezszelestnie przeurocza, zgrabna kobieta, w zniewalającej sukience mini, spoglądając na mnie z ciekawością — Jestem Vera, chodź za mną — powiedziała odsłaniając ukryte przejście za tarasem. Tymczasem człowiek w białej koszuli szepnął na odchodne — Dbaj o nią, Vera to nie człowiek, to robot, doskonały, nie do odróżnienia od żywych istot, i nie ma poczucia winy, prawie jak ty! i pierwszy raz uśmiechnął się. Ale czy był to śmiech — uśmiech, czy loża szyderców, nie dowiedziałem się już tego.

Szedłem za Verą schodami w dół, która nawet na chwilę, nie zatrzymała się.

U Nadii

Gdy wsiedli razem do maleńkiego samochodu elektrycznego, słońce już dochodziło za horyzont. Jechali długo, mijając sznur samochodów jadących w obu kierunkach. Po pewnym czasie centrum Paryża zostało daleko w tyle — Napijesz się czegoś? spytała Vera — Przecież ty nie pijesz! — Ja nie, ale ty nie odmawiasz — mówiąc te słowa spojrzała się na mnie że zapomniałem przez moment że to zwykła maszyna, z wszczepionymi danymi. Nic więcej. Jak minęli szpital Simone, już wiadomo że zbliżają się na skraj lasu. Zatrzymali się w miejscu gdzie na pewno nie było żadnej knajpy, baru, ani restauracji — Co się stało? pytam po przyjacielsku — Prąd się skończył — odpowiada spokojnie Vera — Zrób coś. Robot ani się nie uśmiechnął, ani skrzywił — Mogę oddać swój napęd, starczy na 37 kilometrów, ale wtedy będziesz musiał mnie nieść przez blisko 80 kilometrów — Lub — Lub rozwinę swoją antenę, i poproszę Nadię żeby po nas przyleciała — Zrób to dziecko, zrób. Vera wyjęła coś ze swojej pięknej zresztą ręki i dokotwiczyła do mini antenki autka elektrycznego. Akurat w tym samym momencie przechodził jeden murzyn z psem. Jego wzrok utkwił w krągłych kształtach Very. Puścił psa luzem, a sam bez krępacji zaczął podłapywać i podciągać sukienkę do góry, tak pewnie z ciekawości. W tym momencie robot odwrócił głowę o 180 stopnie, jak również nogi przekręcił w drugą stronę obejmując delikwenta dość mocno. Pierwsze wrażenie zrobione, słuchawki wypadły mu z uszu, a może uszy wypadły razem ze słuchawkami, ciężko powiedzieć, bo uda Very sprawnie ściskały cały czas do oporu. Gość cały zsiniał, włos wypadał całymi garściami, język wylazł mu na wierzch i już nie powrócił do jamy ustnej. Kiedy miednica została zmniejszona do rozmiaru piłki do tenisa stołowego już cała sukienka wraz z resztą skąpego ubranka była we krwi, żylastej mazi i wymiocinach. Pies kolesia gdy to zobaczył, zaszczekał z wściekłością, nastroszając uszy. Wystarczyło że moje czarujące spojrzenie utkwiło w jego oczach, spuścił łeb i poleciał w stronę lasu z piszczącym skowytem. Dobrana z nas para. Vera bez żadnej namiętności zrzuciła resztki kolesia, odsuwając przedni fotel kierowcy. Wyjęła malutką saszetkę, otworzyła ją. Zdjęła odpryski zbrukanej nieczystościami odzieży. I wierzcie, nie wyglądała jak robot, wszystko ma na swoim miejscu, nawet włoski na trawniku biegnące do punktu granicznego równo przystrzyżone, jak trzeba. Oczywiście jako wybitny obserwator od razu to zauważyłem. Po tym wyjęła malutki flakonik i skropiła całe swoje niezwykłe ciało, czy też powłokę. Po czym założyła nowy, czysty piękny żółty komplecik. I już jest cała nowa. Nagle usłyszeliśmy malutki dźwięk, potem coraz większy, i całą serię świstów. Spoglądam w górę. Helikopter. Nie. Za mały. To dron. Taki dziwny. Kiedy wysunęły dwa niewielkie fotele, Vera kiwnęła w moją stronę — Idziemy. I tak usiedliśmy na tych mini fotelikach i poszybowaliśmy wzdłuż pobliskiego lasu. Na małej wysokości, nieco ponad ziemią. Dron miał swoją trasę. Omijał przeszkody i uczęszczane dróżki. Dotarliśmy w końcu do niewielkich zabudowań. Już na nas czekały dwie panie. Obie ubrane w stroje dość swobodne, na pewno nie wieczorowe. Przywitały się radośnie z Verą, po czym spojrzały wszystkie na mnie mówiąc — To ten — Jestem — powiedziałem po przyjacielsku. Vera dodała — Dajcie mu pić — Diabelnie chce mu się pić — Skąd wiesz — spytały obie panie. Pierwszy raz Vera uśmiechnęła się — Czuję jak spadł mu poziom demonizmu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.02
drukowana A5
za 33.47