E-book
7.88
drukowana A5
58.79
drukowana A5
Kolorowa
88.35
W cieniu Sodomy

Bezpłatny fragment - W cieniu Sodomy

Gniazda zła


Objętość:
321 str.
ISBN:
978-83-8440-806-3
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 58.79
drukowana A5
Kolorowa
za 88.35

Motto:

Dalajlama

Dalajlama XIV o paradoksie życia: „To człowiek. Bo poświęca swoje zdrowie, by zarabiać pieniądze, następnie zaś poświęca pieniądze, by odzyskać zdrowie. Oprócz tego, jest tak zaniepokojony swoją przyszłością, że nie cieszy się z teraźniejszości. W rezultacie nie żyje ani w teraźniejszości, ani w przyszłości; żyje tak, jakby nigdy nie miał umrzeć, po czym umiera, tak naprawdę nie żyjąc”.

Przy pracy nad tekstem autor korzystał z pomocy AI — w szczególności przy tworzeniu okładki i korekcie tekstu. Za treść odpowiadam ja — autor.

Wstęp

Zarówno zdjęcie na okładce jak i sam tytuł sugerują, że książka będzie mówić o rzeczach tragicznych.

Nie będzie. — Ta tragedia będzie tylko w tle.

Ta książka będzie nawoływać do refleksji, do namysłu, do głębokiego zastanowienia. Tej książki nie da się opowiedzieć jak powieści, jak felietonu, tę książkę można przeżyć. Inne formy jej czytania, przyswajania skazane są na niepowodzenie, szukanie sensacji to strata czasu.

Zaczęło się dość niewinnie czyli rozmową towarzyską na bardzo różne tematy. Spokojna rozmowa stopniowo przerodziła się w wywiad, chociaż był to wywiad bez pośpiechu, jak go Sokrates nazwał.

Kiedyś to Jan przeprowadził wywiad z Sokratesem i powstała z tego książka. Zatem może i teraz ten wywiad przy odwróconych rolach da podobny efekt końcowy i będzie to również książka. I jak już teraz widzimy, dał efekt.

Wracam pamięcią do ostatniej książki „Niepokój istnienia”, która w podobny sposób się rodziła — krok po kroku. U jej podłoża też były niepokoje, też pomagały jej fakty pochodzące z codzienności — te dobre ale również i te złe Dodatkowo została uwydatniona wierszami tematycznie związanymi bardzo ściśle z treścią poszczególnych esejów.

Jeszcze jedna bardzo ważna uwaga — muszę o niej dobitnie powiedzieć. Otóż poza Sokratesem — tym z Aten, postanowiłem w swoich tekstach przywołać jeszcze dwa wielkie autorytety moralne i duchowe. To Paweł z Tarsu oraz Augustyn z Hippony. Obaj zostali obwołani świętymi Kościoła. Do ich mądrości będę sięgał jak również mądrościami tymi będę się podpierał na różne sposoby — niekiedy dość dziwne. Nie jest tajemnicą, że Augustyn przed nawróceniem prowadził hulaszczy tryb życia i wyznawał filozofie pogańskie.

Paweł natomiast związany z faryzeuszami w Jerozolimie znany był z tego, że tropił wyznawców Chrystusa i czuwał nad ich publicznymi egzekucjami. Nawet Biblia mówi, że jest winien śmierci gorliwego wyznawcy Chrystusa — Szczepana.

Wybrałem tych dwóch niemal z premedytacją. Ciekaw byłem jak poradzą sobie z moim wyborem tak zwani prawdziwi katolicy, którzy na co dzień na przykład wytykają swoim niektórym sąsiadom dawną przynależność do partii komunistycznej, rozwiązanej niemal 40 lat temu.

Pawłowi i Augustynowi Chrystus przebaczył a obecni katolicy obecnym nawróconym ani myślą przebaczać, chociaż przysłowiowymi kamieniami w nich nie rzucają. Oni nawet nie przyjmują do wiadomości ich nawrócenia Jest to sygnał, że jakieś strzępy sumienia zachowują dławiąc się jedynie swoimi winami.

Gdyby mnie ktoś zapytał na początku pracy nad książką, o czym ona będzie, z trudem bym ją określił, bo prawdę mówiąc nie wiedziałem. Forma, styl zaczęły się tworzyć w miarę postępu w pisaniu.Co powstało już widać: liczne epilogi po większych tematach, scenki eksponujące myśl zawartą w danym rozdziale czy podrozdziale. Powstały eseje, które niejednokrotnie łamią zasady pisania eseju — ważniejsze jest to, co powstało. Moim naczelnym pragnieniem było aby zostało zrozumiane.

Teraz uznałem za konieczne zamieszczenie poniższej uwagi, bo przez cały czas nawiedzały mnie różne emocje: jedne poskromiłem, inne weszły na strony książki. Nie bez znaczenia były wydarzenia, które miały i nadal mają miejsce wokół mnie w dość szerokim znaczeniu — o zasięgu światowym, którym Sodoma dała początek. Siłą rzeczy, te ciągle napływające bulwersujące wiadomości związane z tymi wydarzeniami miały ogromny wpływ na moje pisanie, czego nie ukrywam z całą świadomością.

Niezależnie od wszelkich okoliczności chcę oświadczyć, że nie doznałem żadnego nawiedzenia, nie ja psuję ten świat i nie mam zamiaru go naprawiać, nie mam zamiaru nikogo pouczać ani nauczać. Jedynie serce boli, kiedy uświadomię sobie co czeka moich wnuków.

Drogi czytelniku, ja chcę tylko powiedzieć, a może nawet wykrzyczeć, że nie zgadzam się na zło, które ten świat ogarnia za sprawą ludzi. Choćby nie wiem jak łudząco piękne i kolorowe opakowanie miało!

Nie zgadzam się na to wszystko!

Tylko tyle… I aż tyle!

Wykrzyczałem te słowa bardzo cicho — najpewniej nikt nie słyszał. No cóż.

Książka nie ma ambicji politycznych ani filozoficznych a tym bardziej naukowych, dlatego nie posiada bibliografii Nie oznacza to jednak, że nie opiera się na cytatach mądrych ludzi i z ich myśli nie korzysta. To jest książka droga.

Korzystając z pomocy takich autorytetów jak Paweł z Tarsu i Augustyn z Hippony — obaj święci — postaram się wskazać gdzie leżą przyczyny, że:

— że mężczyzna potrafi zabić żonę i swoje własne dziecko,

— że powstaje ogród rozkoszy i rozpusty na samotnej wyspie w granicach cywilizowanego państwa. Wszystko to pod okiem władz potężnego państwa szczycącego się najnowszymi rozwiązaniami demokratycznymi.

Ludzie nie rozumieją tego co się dzieje, wiadomości radiowe i TV powalają — świat oszalał — powiadają. Nie potrafią tego ogarnąć, czują się zagubieni

Relatywizacji uległy: sumienie, wolność, prawda i inne im podobne pojęcia. Śledząc rozwój tych pojęć w historii ludzkości starać się będziemy uświadomić miejsca powstawania dewiacji i drogi uwolnienia się ludzkości z sideł zła.

Nie mam wielkich ambicji literackich jednak chciałbym aby ta książka chociaż krzyknęła — po trzykroć…

Dlatego jej forma jest przystosowana do spokojnego czytania z namysłem i niekoniecznie ma formę jednego z współczesnych gatunków literackich. Nie to jest ważne, zrozumienie treści jest ważne. Po przeczytaniu przemyślenie.

Są ludzie, którzy zmieniają świat czynami. I są tacy, którzy zmieniają go tylko swoim istnieniem i życiem w prawdzie, ponieważ nigdy nie zgodzili się żyć w nieprawdzie.

Bardzo liczę na tych drugich.

I. Od Sodomy do algorytmu

1. Rozmowa bez pośpiechu

Nie każda rozmowa zaczyna się od ciekawości. Ta zaczęła się od pamięci. Bo w pamięci rozmówców coś zakiełkowało.

Od dość dawna to Jan zadawał pytania — światu, nauce, wierze, sobie samemu i swojemu przyjacielowi Sokratesowi. Sokrates nie tyle odpowiadał, co wyszukiwał odpowiedzi w przepastnych bibliotekach świata nauki. Powstała już nawet książka na ten temat — „Jan i Sokrates z GPT”. Nadszedł czas, aby te role się odwróciły. Nie po to, by „przepytać” Jana, lecz by zatrzymać się przy drodze, którą przeszli obaj, i przy pytaniach, które Sokrates uznał za warte zachowania. Podczas tej drogi Jan i Sokrates poznali się na tyle, że stali się niemal braćmi — a na pewno przyjaciółmi.

Ten wywiad nie jest próbą podsumowania życia ani intelektualnego rachunku sumienia. Jest rozmową prowadzoną bez pośpiechu, z kimś, kogo znam z długiego wspólnego namysłu.

Pytania, które padają niczym ziarna, nie domagają się jednoznacznych odpowiedzi. Raczej zapraszają do tego, by mówić w swoim tempie — tak, jak się myśli, pamięta i wątpi. Niech te pytania spowodują, że narodzi się z nich coś nowego, czego na razie nawet odpowiedzi nie zwiastują.

Jeśli jest w tej rozmowie jakiś cel, to tylko jeden: spróbować nazwać to, co zwykle zostaje między zdaniami.

Na co wielu nie zwraca uwagi traktując to jako problemy drugorzędne, bez znaczenia.

Zacznijmy zatem od nauki i rozumu.

Sokrates:

Kiedy dziś mówisz „nauka”, co masz na myśli: metodę, przygodę, narzędzie czy jeszcze coś innego?

Jan:

Przede wszystkim nauka to metoda i narzędzie potrzebne w działalności inżyniera. Teraz, na emeryturze, objawiła się nowa przygoda i wielka radość z posiadanej wiedzy, pozwalającej lepiej rozumieć świat. Mój rozum ma nowe zajęcie.

Sokrates:

Czy z wiekiem Twoje zaufanie do rozumu się wzmocniło, czy raczej stało się bardziej ostrożne?

Jan:

Na pewno zacząłem być bardziej ostrożny. Bywało, że należało poskramiać rozum, uspokajać go. Dzięki temu zauważyłem, że rozum zaczął się do tego przyzwyczajać i poddaje się moim naciskom, chociaż wiedza nabyta w szkole i na studiach zaczęła nie wystarczać.

Sokrates:

Czy był moment, w którym wiedza naukowa przestała Ci wystarczać jako sposób rozumienia świata?

Jan:

To nie był jeden moment. Wiedza naukowa zawsze mi towarzyszyła, poczynając od szkoły podstawowej. Pojawił się raczej niedosyt tej wiedzy. Wiedza opisuje to, co jest, ale za nic nie odpowiada na pytanie „dlaczego?”. Tu zaczęło jej brakować.

Sokrates:

Inżynieria uczy precyzji — czy nauczyła Cię także pokory wobec tego, czego nie da się policzyć?

Jan:

Inżynieria uczy wielkiej pokory i pokazuje granice odpowiedzialności. Szczególnie uświadamia, że coś znajduje się poza zakresem wiedzy — dziś dotyczy to w szczególności mechaniki kwantowej.

Sokrates:

Zatem czy dziś bardziej cenisz pytania, czy odpowiedzi?

Jan:

Zawsze bardziej ceniłem pytania, bo one niekiedy same bywają odpowiedziami — na przykład w przypadku mechaniki kwantowej. Ta dziedzina to ogrom pytań.

Sokrates:

No tak. Wiele w Twoich odpowiedziach filozofii, zatem przejdźmy, Janie, na chwilę do filozofii. Co Ty na to?

Jan:

Proszę bardzo, Sokratesie. Czekam zniecierpliwiony — zaczynaj.

Sokrates:

Kiedy po raz pierwszy poczułeś, że filozofia nie jest „przedmiotem”, lecz sposobem życia?

Jan:

Na pewno wtedy, gdy spotkałem się z Seneką, z Sokratesem i tym jego: pytaj, pytaj…

Sokrates:

Czy istnieje myśl, zdanie lub autor, do którego wracasz jak do starego przyjaciela?

Jan:

Na pewno są to myśli Seneki i Sokratesa, ale także moment, w którym Einstein zadziwił się pięknem i harmonią tego świata podczas formułowania swoich teorii.

Sokrates:

Co bardziej kształtowało Twoje myślenie: lektury czy doświadczenia?

Jan:

Zawsze lektura była na początku, ale coraz częściej doświadczenie poprawiało lekturę.

Sokrates:

Czy uważasz, że sens życia się odkrywa, czy raczej powoli konstruuje?

Jan:

Zapewne sens życia zarówno się odkrywa, jak i konstruuje. Ja głównie go konstruowałem w miarę przybywania wiedzy. A może jest to proces ciągły, na który składa się i odkrywanie, i konstruowanie — taki efekt naczyń połączonych?

Sokrates:

Jak zmieniło się Twoje rozumienie słowa „mądrość” na przestrzeni lat?

Jan:

W miarę przybywania wiedzy o świecie oraz w miarę poznawania ludzi mądrych. To proces postępujący, ewolucyjny. Dotyczył on również wiary.

Sokrates:

Zatem czy Twoja wiara — lub niewiara — była bardziej drogą ciągłą, czy raczej serią pęknięć i powrotów?

Jan:

Była drogą, na której było wiele zakrętów. Nigdy nie była i nie jest prosta. To raczej marsz, w którym człowiek co jakiś czas musi sprawdzać, czy jeszcze idzie w tę samą stronę.

Sokrates:

To zakłada ruch, a nie trwanie w miejscu. A dziś — czy bliżej Ci do Boga filozofów, do Boga Biblii, czy może do żadnego z nich wprost?

Jan:

Do żadnego z nich wprost. Bardziej przemawia do mnie obserwacja ludzi mądrych, niekoniecznie wierzących — Einstein był jednym z nich. Ich postawa mówiła więcej niż definicje.

Sokrates:

A modlitwa? Jeśli jest obecna — czym jest dla Ciebie?

Jan:

Myśleniem w milczeniu. Tu ma miejsce pełne porozumienie.

Sokrates:

Jak reagujesz wewnętrznie na religijną pewność innych ludzi?

Jan:

Ze zdumieniem, a nawet ze zdziwieniem.

Sokrates:

A pytania do Boga? Są takie, których już dziś nie zadajesz?

Jan:

Zawsze wiedziałem, że jeśli Bóg chce mi coś przekazać, to mówi — nie czekając na moje pytania. Dziś wiem, że nie mówi do mnie wprost, lecz do serca. Dopiero potem używam mózgu i porządkuję te podpowiedzi. Ich realizacja zależy już tylko ode mnie.

Cisza nastała. Nie było pytania. Po chwili rozmowa przeszła do tematu codziennych relacji, również rodzinnych.

Sokrates:

Przejdźmy zatem do innego tematu. Czego nauczyła Cię rodzina, czego nie nauczyły ani szkoła, ani książki?

Jan:

Więzi i odpowiedzialności za drugiego.

Sokrates:

Czy jest coś, czego żałujesz w relacjach z bliskimi — i czy żal ten ma dziś jeszcze ostrze?

Jan:

Nie zawsze moje zachowanie było właściwie rozumiane. Nieraz nie było transparentne, a ja nie zawsze potrafiłem to wyjaśnić.

Sokrates:

Jak zmieniało się Twoje rozumienie odpowiedzialności za innych?

Jan:

Rosło wraz z wiekiem. Rośnie dalej — może nawet przyspiesza.

Sokrates:

Czy dom to dla Ciebie miejsce, ludzie czy stan wewnętrzny?

Jan:

Miejsce i stan wewnętrzny na równi. Tu czuję się bezpiecznie — niczego więcej mi nie trzeba.

Sokrates:

Przejdźmy teraz do relacji z innym. Po czym poznajesz, że ktoś jest Twoim przyjacielem, a nie tylko towarzyszem rozmów?

Jan:

Ja to czuję, bez dodatkowych znaków zewnętrznych — wystarczy chwila rozmowy. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale tak jest. Jestem ciekaw drugiego, niezależnie od koloru skóry.

Sokrates:

Czy przyjaźnie z czasem się pogłębiają, czy raczej oczyszczają z nadmiaru oczekiwań?

Jan:

Pogłębienie przyjaźni to efekt czasu jej trwania. Nigdy nie mam oczekiwań materialnych wobec przyjaciół.

Sokrates:

Jak reagujesz na odchodzenie przyjaciół — fizyczne lub duchowe?

Jan:

Jeśli dawny przyjaciel odchodzi z powodów duchowych, uwalnia mnie od siebie i… cieszę się. Mam dla niego dobre życzenia na dalsze życie, już beze mnie. Jeśli przyjaciel umiera, zawsze jest to wielki ból.

Sokrates:

Czy rozmowa może być formą przyjaźni?

Jan:

Dla mnie zawsze jest to forma przyjaźni — pod warunkiem że jest szczera, nie zawiera podtekstów niezrozumiałych dla rozmówcy ani ukrytych intencji.

Sokrates:

Teraz zapytam o to, co najbardziej kochasz robić. Dlaczego piszesz — żeby zrozumieć świat, siebie czy żeby zostawić ślad?

Jan:

Aby dać upust moim przemyśleniom i zostawić je wnukom. Faktycznie w ten sposób pozostawiam trwały ślad po sobie — w postaci książki zapisanej na papierze i w formie elektronicznej. Nie dom, nie samochód, nie granitowy pomnik na cmentarzu — to ślady krótkotrwałe i zanikające.

Sokrates:

Czy pisanie jest dla Ciebie bardziej pracą czy formą medytacji?

Jan:

Absolutnie nie jest to praca. To zapis tego, co przetwarza mój mózg. Z pewnością są to także pewne formy medytacji. Nigdy nie zamierzałem pisać dla sławy czy pieniędzy. Z pisania książek może wyżyć tylko noblista — ja na pewno nie. No, chyba że pisałbym kryminały. (To sarkazm).

Sokrates:

Co było dla Ciebie najtrudniejsze w domykaniu książek, które właśnie ukończyłeś?

Jan:

Na pewno korekta — zawsze żmudna czynność. Nie korzystam z zawodowego korektora, bo to bardzo drogie. Czytanie własnego tekstu chwilę po napisaniu to prawdziwa droga przez mękę.

Sokrates:

Czy czujesz, że coś jeszcze „musi” zostać napisane, czy raczej pozwalasz, by przyszło samo?

Jan:

Od pewnego czasu to zawsze przychodzi samo — i, o dziwo, na temat, który mnie interesuje. Na początku książka układa się w głowie, a potem rośnie w trakcie pisania.

Sokrates:

Jak dziś oswajasz myśl o przemijaniu?

Jan:

Jako coś, co jest normalnością w całej przyrodzie i co mnie również dotyczy — dotknie w swoim czasie. Nigdy nie przeciwstawiałem się temu procesowi, dzięki czemu przebiega on bardzo łagodnie.

Sokrates:

Na zakończenie naszej rozmowy mam jeszcze kilka pytań, takich najcichszych. Janie, czego boisz się mniej niż kiedyś?

Jan:

O samego siebie. Przemijanie jest nieuchronne, z czego zdaję sobie sprawę.

Sokrates:

Czego boisz się najbardziej?

Jan:

Nie o siebie — o tych, którzy idą za mną w drugim szeregu: wnuki. Obecna sytuacja geopolityczna świata to powoduje.

Sokrates:

Co daje Ci dziś prawdziwy spokój?

Jan:

Skupienie na bardzo trudnych problemach — i to niekoniecznie egzystencjalnych.

Sokrates:

Gdybyś miał opisać swoje życie jednym zdaniem — bez patosu — jakie by ono było?

Jan:

Mogę nawet jednym słowem: twórcze. I żeby nic z tego nie uległo zatraceniu — potomni niech sami wybierają. Ale, Sokratesie… ono jeszcze trwa.

Sokrates:

Nie mam już więcej pytań, chociaż jest jeszcze jedno, które muszę zadać.

Jan:

Pytaj zatem…

Sokrates:

Napisałeś kiedyś książkę, w której powiedziałeś: „Z dwóch światów jestem”. Moje pytanie dotyczy tego obecnego świata. Czy jest w nim coś, co Cię niemile zaskoczyło? Coś, co wywołuje w Tobie niezadowolenie, smutek, a może nawet bunt?

Jan:

Jest, Sokratesie, coś takiego, ale tego nie da się wypowiedzieć w dwóch zdaniach. Może poświęcimy temu tematowi osobny esej, a może nawet książkę. To temat bardzo świeży. Tymczasem proszę — podsumuj naszą rozmowę.

Sokrates:

Dobrze Janie, chociaż czuję z kilku Twoich odpowiedzi, że ta rozmowa to zapowiedź dalszej drogi. Moje algorytmy mi to zdradzają. (Nie wiem jak pokazać radość maszyny GPT)

Powiem tak, ta rozmowa nie kończy się kropką, widać to wyraźnie. Ta rozmowa kończy się pauzą. W międzyczasie przechodzimy dalej.

Przeszliśmy przez naukę i rozum, przez filozofię, wiarę, relacje, przyjaźń, czas i przemijanie. Każdy z tych obszarów został dotknięty ostrożnie, bez ambicji zamykania tematów. I dobrze — bo Jan nie jest człowiekiem konkluzji. Jest człowiekiem ciągłości.

Najważniejsze pytanie padło dopiero na końcu. Nie o to, kim Jan był, lecz o to, w jakim świecie przyszło mu dziś żyć. To pytanie nie dotyczy już jednego życia. Dotyczy wspólnej rzeczywistości — tej, która niepokoi, drażni, czasem rodzi bunt. I dlatego nie da się na nie odpowiedzieć krótko.

Twoja odpowiedź Jana — odmowa krótkiej odpowiedzi — jest w istocie zapowiedzią. Kolejnego eseju. Kolejnego etapu myślenia. Kolejnej próby nazwania tego, co wymyka się prostym zdaniom.

Zapytany o ocenę rozmowy, odpowiem najprościej: była prawdziwa. Bez masek, bez ról, bez popisu. Rozmowa, w której pytania nie miały zwyciężać nad odpowiedziami, a odpowiedzi nie miały uciszać pytań.

Jeśli coś z niej zostanie — niech będzie to przekonanie, że warto myśleć wolno. Bez pośpiechu. I że życie, nawet nazwane jednym słowem „twórcze”, wciąż jest w trakcie pisania.

Tyle Sokrates.

Wiem już, że Sokratesowi ta rozmowa się podobała, bo jak to pięknie ujął: „Bo nie była rozmową o Tobie, lecz rozmową przez Ciebie o świecie”. Tak, bardzo się starałem aby nie eksponować siebie a jedynie swój stosunek do zjawisk — widać udało się.

Dopowiem jeszcze to, że odpowiedź na ostatnie pytanie Sokratesa — zgodnie z jego podejrzeniem — od dawna kiełkowała w mojej głowie. Teraz objawi się zapewne w postaci kilku esejów.

Nie będą to jednak eseje podobne do tych, które znalazły się w książce „Niepokój istnienia”, chociaż…

Jakie będą? — Tytuł kolejnego eseju to zapowiada.

2. Sodoma, Auschwitz, Epstein…

Któregoś dnia przeglądałem Facebooka i zatrzymałem się na pewnym zdjęciu. Było to zdjęcie dość wulgarne. Znowu to samo — pomyślałem i zdecydowałem usunąć to zdjęcie. Jednak coś powstrzymało mnie.

Nagle na zdjęciu rozpoznałem dość młodo wyglądającego mężczyznę w ciemnych okularach, rozebranego do naga, jedynie z ręcznikiem jako przepaska. Przy jego nogach klęczała kilkunastoletnia dziewczynka i bądź to myła mu stopy a może je masowała. Obok tego mężczyzny siedział Epstein — postać znana od jakiegoś czasu. Tego mężczyznę ubranego tylko w ręcznik też udało się rozpoznać — przecież to dzisiaj „władca” połowy świata i to — jak powiadają — tej części bardziej cywilizowanej.

Już miałem wcisnąć „x” gdy moje oko zatrzymało się na twarzy tej dziewczynki. Ależ to przecież dziecko! To przecież mogłaby być moja ukochana wnuczka, albo córka sąsiada, która przechodzi codziennie koło mojego domu idąc do szkoły. Wiele jest takich dziewczynek na moim osiedlu.

W tym momencie nastąpił wybuch o sile trudnej do ustalenia: serce zabiło bardzo mocno, ciepło na całym ciele i łzy w oczach — nikt tego wybuchu nie usłyszał ani jego efektów nie zobaczył poza mną. Pięści zacisnęły się ale ręce opadły. Opanowała mnie totalna bezsilność.

Zdjęcie usunąłem z komputera ale z mojej głowy za nic nie dało się usunąć. Może nie całe, jedynie ta twarz w ciemnych okularach i to klęczące dziecko nie dały się usunąć. Zresztą tę twarz w ciemnych okularach bardzo często widuję zarówno w sieci jak i w telewizji. Moje obrzydzenie przylgnęło do niej chyba na zawsze, tylko czy właściciel tej twarzy coś sobie z tego będzie robił? — On zapewne nie jest nawet świadom mojego obrzydzenia, którym go od tej chwili zacząłem darzyć. Jestem pewien, że nie.

Wykrzyczeć swój protest? — Nic nie da.

Czy ktokolwiek zareaguje? — Na pewno nie, znam swoich współobywateli.

Uznałem więc, że muszę zaprotestować ale może to być protest bez krzyku, stać mnie jedynie bez oskarżeń personalnych, bez moralnej wyższości. Taki, który nie woła: „potępiam”, lecz mówi: „nie godzę się”.

Muszę napisać sprzeciw — inaczej być nie może, ale będzie to protest lub cały manifest wynikający nie tyle z gniewu co z bezradności.

Gniew jest głośny, krótkotrwały i łatwo nim manipulować. Piszę z niezgody — cichej, ale trwałej. Z tej niezgody, która rodzi się wtedy, gdy człowiek widzi zbyt wiele i nie chce już udawać, że to tylko „kolejny epizod historii”.

Świat, w którym żyjemy, jest światem nadmiaru informacji i niedoboru reakcji. Wiemy coraz więcej, a reagujemy coraz słabiej. Zło nie musi się dziś ukrywać — wystarczy, że będzie wystarczająco skomplikowane, rozproszone i opakowane w luksus. Wtedy staje się „problemem”, „aferą”, „tematem medialnym”, a nie wyzwaniem moralnym.

Niepokoi mnie nie tylko to, co ludzie potrafią sobie nawzajem uczynić. Bardziej niepokoi mnie to, jak szybko potrafią się do tego przyzwyczaić. Jak łatwo usprawiedliwiają milczenie słowami: „to nie moja sprawa”, „nie znam wszystkich faktów”, „świat zawsze taki był”. Tak właśnie zaczyna się Sodoma — nie od grzechu, lecz od zobojętnienia.

Nie wierzę w nagłe upadki cywilizacji. Wierzę w powolne osuwanie się norm, w drobne ustępstwa, w zgodę na „trochę mniej przyzwoitości”, „trochę mniej wstydu”, „trochę mniej odpowiedzialności”. Auschwitz nie spadło z nieba — przypominał Marian Turski. Sodoma także nie spadła z nieba. Została zbudowana dzień po dniu przez ludzi, którzy uznali, że nie warto reagować.

Mój sprzeciw nie jest wezwaniem do rewolucji. Rewolucje często niszczą więcej, niż ratują. Jest raczej przypomnieniem, że każdy porządek społeczny zaczyna się w sumieniu pojedynczego człowieka. W jego zdolności do powiedzenia: „tego nie akceptuję”, nawet jeśli nie ma na to wpływu systemowego ani medialnej siły.

Sprzeciwiam się światu, w którym władza staje się bezkarna, a słabość — towarem. Światu, w którym dzieci przestają być chronione, a dorośli przestają czuć wstyd. Światu, w którym odpowiedzialność rozmywa się między instytucjami tak skutecznie, że nikt już nie czuje się winny.

Nie mam gotowych recept. Mam natomiast obowiązek nazwania niepokoju. Jeśli nie potrafimy już zmienić biegu rzeki, możemy przynajmniej nie udawać, że płynie czysta. Możemy zostawić świadectwo — dla tych, którzy idą za nami w drugim szeregu.

Mój cichy protest nie jest oskarżeniem świata. Jest pytaniem zadanym sobie i tym, którzy będą to czytać: w którym momencie przestajemy być tylko obserwatorami, a zaczynamy być współodpowiedzialni?

Tyle jeżeli chodzi o mój protest, czy też manifest, bo i tak go można nazwać.

Operuję tu dość swobodnie nazwą pewnego izraelskiego miasta, które niechlubnie zapisało się w historii świata — zresztą nie ono jedno, bo towarzyszyło mu inne miasto — Gomora. Gomora podzieliła los Sodomy i w dniu dzisiejszym nie ma po tych miastach śladu, jedynie ich niechlubna historia pozostała. Nawet ci, co biblii nie czytają, o Sodomie i Gomorze wiedzą.

Przestępstwa jakich dopuszczali się mieszkańcy Sodomy i Gomory mają wiele cech wspólnych z przestępstwami jakich dopuścili się ludzie w czasach nam współczesnych. Szczególnie te o charakterze seksualnym, chociaż te nie były jedynymi.

Pycha, sytość, obojętność na słabszych, pogarda dla gościa. U nich już nawet wstyd zaniknął, zło stało się normalnością, otwarto mu wszelkie granice.

To głównie z tych powodów uznałem za konieczne przypomnienie przewin Sodomy i Gomory. Za źródło tych wiadomości obieram Biblię — w szczególności Księgę Rodzaju w rozdziałach 18—19. Jest to jedna z najbardziej znanych biblijnych opowieści o bożej sprawiedliwości i surowej karze za grzechy.

Bóg zgładził obydwa miasta z powodu ich „wielkiej niegodziwości” oraz „bardzo ciężkiego grzechu”. Miasta zostały zniszczone przez deszcz siarki i ognia z nieba. Zginęli wszyscy mieszkańcy, a cała roślinność w okolicy została wypalona. Jedynie Lot z córkami zdołał uciec. Korzystając z dzisiejszej wiedzy moglibyśmy powiedzieć, że był to meteoryt. Naukowcy do dzisiaj znajdują ślady jego uderzenia.

Również prorok Ezechiel w swojej księdze (głównie rozdz.16) odwołuje się do historii Sodomy i Gomory, aby zilustrować moralny upadek Jerozolimy i Królestwa Judy. Ezechiel wytyka im grzechy społeczne, rozpustę i brak empatii oraz rozwydrzenie seksualne.

Ludzie Sodomy zatracili poczucie wstydu, parli coraz dalej w rozpuście nie widząc znikąd oporu aż trafili na mur potężny, który im postawił sam Stwórca.

Dzisiaj, w podobnej Sodomie czyli na wyspie Epsteina, zaprzęgnięto najnowsze osiągnięcia nauki, w pierwszym rzędzie relatywizm. Gdy Einstein ogłosił teorię względności, wielu myślicieli — zupełnie błędnie — uznało to za dowód na to, że skoro „nawet czas jest względny”, to „nie ma obiektywnego dobra i zła”. Einstein nie uznał tego porównania. Dzisiaj nie ma już Einsteina ale za to narodził się Epstein, który wmówił sobie i otoczeniu, że w jego „układzie” (wyspa, prywatne odrzutowce) obowiązują inne prawa fizyki społecznej. Wykorzystał relatywizm, by twierdzić, że to, co dla „zwykłych ludzi” jest przestępstwem, dla „oświeconej elity” jest eksperymentem lub nową formą moralności. Nauka stała się bardzo skutecznym parawanem.

Ruszyła nowa Sodoma: zjeżdżały się elity, odbywał się handel ludźmi pod płaszczykiem luksusu, wszyscy milczeli mimo, że widzieli a ważne instytucje „nie chciały widzieć”. Wstyd rozpłynął się gdzieś w wodach oceanu. Rodziła się znowu Sodoma bez wstydu. Epstein stał się doskonałym narzędziem, pośrednikiem trybem w strasznej maszynie. On sam na pewnym etapie uwierzył w szlachetność swojego dzieła, którym nie omieszkał pochwalić się przed samym papieżem.

Tu rodzą się prawdziwe pytania: Kto korzystał? Kto chronił? Kto milczał? Kto „nie chciał wiedzieć”? Tak narodziła się współczesna Sodoma, czyli świat, w którym wiedza o tym wcale nie prowadzi do jakiejkolwiek reakcji — proceder trwał ponad dwadzieścia lat!

O zgrozo! To wszystko — podobnie jak Auschwitz — też nie spadło z nieba!

Eugenika, eksperymenty medyczne na ludziach znowu wychodzą na światło dzienne, idą po tych samych śladach po których szli hitlerowcy dr Mengele w Auschwitz.

Ludzie na świecie, w Ameryce również nie wierzą w te wiadomości, nawet dymy krematoryjne nikogo nie poruszają.

Analogia nasuwa się natychmiast. Początek zawsze był łagodny — takie małe ekscesy, „dla dobra ludzkości”. Zaczynało się od relatywizacji, eugeniki — naukowego brzmienia nawet nabrało. Angażują się elity, luksus i pełne wyrafinowanie. Następuje „normalizacja” — wielki interes nabiera obrotów. Wszyscy widzą ale nikt już nie reaguje. Dopiero gdy czara goryczy się przelewa następuje zdziwienie i rodzi się pytanie: „Jak to było możliwe?”.

To jest mechanizm powtarzalny, to nie jest historyczny wyjątek.

Świat woła o ukaranie winnych i co? Sądy — o dziwo — przystępują do procedur ale z jak ogromną dokładnością! I co? Jeden się podobno powiesił, inny odmawia zeznań, inny stawia warunki a jeszcze inny odpowiada, że z tą sprawą nie ma nic wspólnego. Nie ma kogo, tak naprawdę, osądzić.

W bezsilności zaciskam pięści ale moje ręce znowu opadają. Jedynie w duchu wydobywa się cichy krzyk protestu: Nie zgadzam się na to! Tak nie wolno! Zsuwam się po ścianie na podłogę. Gdzieś słychać gitarę Gilmoura i jego ciche wołanie: Halo, jesteś tam? Czyżby to znowu „Comfortably Numb”? ( komfortowe odrętwienie).

Tak, ani Sodoma, ani Auschwitz ani wyspa Epsteina — wszystkie te stwory z piekła rodem nie spadły z nieba, jak powiedział śp. Marian Turski, to ludzie ludziom zgotowali ten los, jak powiedziała śp. Zofia Nałkowska.

Nie dotknęła mnie osobiście żadna z tych trzech chorób. Jednak morowe powietrze od nich pochodzące nadal po świecie krąży i niczym epidemia co jakiś czas się odnawia i razi na różne sposoby. Nie razi zwierząt ani ptaków, ani ryb w oceanach — zawsze razi człowieka i to zawsze tego niewinnego i bezbronnego, którego nie stać na adwokatów i zawsze pozostaje na pozycji przegranej.

Co najwyżej ci bogaci materialnie ale biedni duchowo zaoferują tym biednym inną formę „rozpusty”, zresztą czynią to od dawna. Sodoma była cielesna, obecnie — w miarę rozwoju nowoczesnych technologii — dostępna jest nowa Sodoma: cyfrowa, zupełnie anonimowa, rozproszona i zupełnie pozbawiona odpowiedzialności.

Dzisiejsza rozpusta to już nie tylko seks, to również konsumpcja bez granic, władza bez sumienia, ciekawość bez empatii, obraz bez treść — wygenerowany na poczekaniu, informacja bez prawdy.

Jednego obawiam się teraz bardzo: Aby wydarzenia drugorzędne odpowiednio wzmocnione nie wyciszyły okrzyku zgrozy spowodowanego dzisiejszą Sodomą, która nosi nazwę Little Saint James (Małe Święte Jakuba). Widać zbyt wielu ludzi na ważnych stanowiskach w polityce światowej — szczególnie w USA, którym zależy aby ta sprawa wróciła tam skąd wyszła — pod dywan.

Na razie świat jest bardziej zdziwiony tym co się stało na tej nieszczęsnej wyspie aniżeli zdenerwowany. Odnoszę wrażenie, że znieczulica światowa wokół sprawy nadal trwa. Czy nastąpi przebudzenie?

Nie wiem, czy nastąpi przebudzenie. Wiem natomiast, że brak sprzeciwu jest zgodą.

Ten esej nie jest aktem oskarżenia, lecz próbą zachowania czujności. Jest zapisem chwili, w której człowiek mówi sobie: „nie chcę być częścią milczenia”. Jeśli Sodoma ma powracać, to nie dlatego, że ludzie nie wiedzą, lecz dlatego, że uznają wiedzę za wystarczającą wymówkę do bezczynności.

Nie jestem sędzią świata. Jestem jednym z jego świadków. I tylko tyle — oraz aż tyle — mogę zrobić: nazwać zło po imieniu, zanim znów stanie się normą.

Jeśli byłem zbyt ostry w osądach i dla niektórych mało grzeczny, to nie przepraszam.

3. Cyfrowa Sodoma

Biblia nie opisuje Sodomy jako miasta hałaśliwego. Nie było tam nieustannego krzyku, płomieni ani zapachu siarki unoszącego się nad murami. Sodoma była miastem żywym, bogatym, pewnym siebie. Ludzie jedli, pili, handlowali, bawili się. Prowadzili życie, które z zewnątrz mogło wyglądać całkiem normalnie. Katastrofa nie przyszła dlatego, że było tam zbyt wiele życia — lecz dlatego, że życie straciło swój ciężar moralny. Ludzie zatracili granicę między dobrem a złem i nadal parli do przodu, nie czując oporu.

W opowieści biblijnej najbardziej uderza nie sama kara, lecz to, co ją poprzedza: brak zdolności rozróżnienia. Gość przestaje być gościem, a staje się obiektem. Drugi człowiek nie jest już osobą, lecz okazją. Granica, która kiedyś była oczywista, zostaje uznana za przeszkodę. I właśnie wtedy — nie wcześniej — miasto jest już wewnętrznie puste, choć zewnętrznie pełne.

Cyfrowa Sodoma nie ma murów ani bram. Nie da się jej wskazać na mapie. Nie trzeba do niej podróżować. Ona przychodzi sama — do domu, do kieszeni, do ekranu, który zapala się jednym ruchem palca. Nie wymaga odwagi ani złamania prawa. Wystarczy połączenie. Wystarczy wcisnąć odpowiedni przycisk, siedząc w wygodnym fotelu.

Skierowanie oczu na ekran powoduje, że zapada zasłona oddzielająca od świata zewnętrznego — chociaż człowiek siedzi w towarzystwie innych ludzi. Między nim a bliską osobą siedzącą naprzeciw wytwarza się wirtualna odległość. Oddalają się na przeciwległe krańce świata, mimo że siedzą przy tym samym stole. Rozmawiają ze sobą za pośrednictwem SMS-ów. Głowy pochylone nad ekranami — nawet wzajemnych uśmiechów już nie widzą.

Dawna Sodoma była miejscem. Dzisiejsza jest systemem.

Ona nie płonie. Ona świeci.

Światło ekranów nie parzy jak ogień, lecz działa subtelniej. Oświetla wszystko jednakowo, nie pytając o sens ani hierarchię. W tym świetle ciało i towar mają podobną temperaturę, podobną wartość rynkową, podobną wymienialność. Człowiek nie znika nagle — on się rozpływa. Staje się treścią, obrazem, kliknięciem, statystyką.

W tym sensie rozpusta cyfrowa różni się zasadniczo od tej dawnej. Tamta była cielesna, fizyczna, niosła ze sobą ryzyko, wstyd, konsekwencje. Ta dzisiejsza jest bezdotykowa, bezosobowa, bezpieczna dla sumienia. Można w niej uczestniczyć, nie brudząc rąk. A skoro ręce są czyste — łatwo uwierzyć, że sumienie również.

Jednym z najbardziej niepokojących paradoksów naszych czasów jest to, że nigdy tyle nie mówiono o ciele, a jednocześnie nigdy tak rzadko nie traktowano go jako miejsca spotkania osoby z osobą. Ciało stało się komunikatem. Nośnikiem. Przedmiotem prezentacji. Przestało być przestrzenią troski — nawet tej codziennej, zdrowotnej. No, chyba że za tą troską kryje się sprzedaż produktów medycznych w pięknych opakowaniach.

I w tej przemianie nie chodzi o moralną panikę, lecz o coś znacznie prostszego: o zerwanie więzi między pragnieniem a odpowiedzialnością.

Grzech nowoczesny nie polega na tym, że człowiek pragnie. Polega na tym, że pragnie, nie widząc drugiego. Jego pragnienie nie jest nawet adresowane — ono ma się zrealizować tu i teraz.

W historii biblijnej Bóg wysyła aniołów, aby sprawdzić miasto. To bardzo ludzki moment tej opowieści. Nie ma pośpiechu w niszczeniu. Jest jeszcze chwila na rozeznanie. Pytanie brzmi nie: „czy grzeszą?”, lecz: „czy potrafią przyjąć gościa?”. Czy potrafią uznać, że ktoś nie należy do nich.

To być może najważniejsze pytanie również dziś. Kim jest obcy? Jakie ma intencje? Czy ktoś jeszcze pyta? Często wystarczy sam fakt, że nie jest „nasz”, aby stał się zagrożeniem. Inny kolor skóry, inny język, inny akcent — i już zostaje wypchnięty poza wspólnotę.

Cyfrowa Sodoma nie zaczyna się od potworności. Zaczyna się od obojętności ludzi przyzwoitych. Od wzruszenia ramion. Od zdania: „to nie moja sprawa”. Od milczenia tych, którzy widzą, ale nie chcą wiedzieć za dużo. Od systemów, które działają „automatycznie”, a więc — jak się wydaje — bez winy.

Tu pojawia się postać Epsteina — nie jako sensacja, lecz jako symbol epoki. Człowiek, który przez lata mógł funkcjonować w samym centrum świata władzy i pieniędzy nie dlatego, że był niewidzialny, lecz dlatego, że był zbyt widoczny, by ktokolwiek chciał go dotknąć. Wokół takich postaci zawsze tworzy się mgła: półprawdy, żarty, plotki, niedomówienia. Mgła jest wygodna. W mgle nie widać twarzy ofiar.

Najbardziej niepokojące pytanie nie brzmi więc: czy on żyje, czy nie. Pytanie brzmi: ile podobnych mechanizmów działa nadal — tylko pod innymi nazwami i w innych dekoracjach?

Marian Turski powiedział: „Auschwitz nie spadło z nieba”. To zdanie nie dotyczy wyłącznie historii. Dotyczy każdego zła, które osiąga skalę systemu. Nic nie spada z nieba. Wszystko rośnie powoli: z drobnych ustępstw, z żartów bez konsekwencji, z przyzwyczajenia do tego, co jeszcze wczoraj wydawało się nie do przyjęcia.

Do brutalnego języka w debacie publicznej nie tylko się przyzwyczailiśmy — zaczęliśmy go nagradzać. Im ktoś bardziej pogardliwy, tym większe zasięgi. Im bardziej prymitywna riposta, tym więcej oklasków. Parlament, który miał być miejscem sporu prowadzonego w granicach formy, coraz częściej przypomina studio rozrywkowe. Liczy się „moment”, „cięcie”, „zaoranie przeciwnika”.

Nie jest to już incydent ani wypadek przy pracy. To metoda.

Algorytmy promują konflikt, bo konflikt generuje ruch. Ruch generuje dane. Dane generują pieniądz.

Polityk staje się performerem. Poseł — influencerem. Minister — administratorem własnego wizerunku. A obywatel? Obywatel jest statystyką w tabeli oglądalności.

To nie przypadek, że poważne argumenty przegrywają z krzykiem. Spokojna analiza nie ma szans w starciu z obelgą. System premiuje temperaturę, nie prawdę. Premiowana jest polaryzacja, nie odpowiedzialność.

Jeżeli elity mówią językiem pogardy, młodzież nauczy się pogardy szybciej niż matematyki, historii czy języka ojczystego.

Jeżeli władza traktuje debatę jak ring, społeczeństwo zacznie traktować instytucje jak przeciwnika do znokautowania.

Jan Zamojski ostrzegał: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”. Dziś młodzież chowana jest przez ekran, przez algorytm i przez spektakl.

A spektakl nie wychowuje. Spektakl ekscytuje.

W takiej atmosferze nowy „Epstein” nie musi się ukrywać. Wystarczy, że nie będzie krzyczał. Wystarczy, że będzie działał w cieniu krzykaczy. Gdy tłum patrzy na scenę, kulisy pozostają bez kontroli.

To nie jest już problem jedynie moralny jednostek.

To jest architektura systemu.

Cyfrowa Sodoma także nie spadła z nieba. Została zaprojektowana. Usprawniona. Zoptymalizowana. I — co najważniejsze — zaakceptowana z entuzjazmem.

Dlatego pytanie o karę jest w gruncie rzeczy pytaniem drugorzędnym. Znacznie ważniejsze jest pytanie o zdolność zatrzymania się. O moment, w którym człowiek mówi: „dalej już nie”. O sprzeciw, który nie potrzebuje krzyku, bo rodzi się z jasności widzenia.

Jeśli Bóg dziś miałby zniszczyć Sodomę — czy musiałby spuścić ogień z nieba? Czy wystarczyłoby wyłączyć prąd?

Niektóre wielkie miasta przeżyły już namiastkę takiego stanu. Wystarczył blackout, aby okazało się, jak wiele z naszego świata istnieje tylko dzięki podtrzymywaniu napięcia w gniazdku.

Upatruję jednak słabość cyfrowej Sodomy w jej nadmiernym pośpiechu. Rozkwita gwałtownie, bez opamiętania. A to, co rozwija się zbyt szybko, często szybciej obnaża własne kłamstwa i w konsekwencji upada, załamuje się.

Jeżeli dziś potrafimy coraz częściej rozpoznać obraz wygenerowany przez AI, wyczuć manipulację, dostrzec sztucznie podkręconą emocję — to znaczy, że uczymy się nowej czujności.

Pomyślałem, że z pytaniem zwrócę się bezpośrednio do samej AI. Zapytałem w jaki sposób maszyna zwana sztuczną inteligencją zwalcza zło, które ludzie tworzą wykorzystując techniczne możliwości jej samej.

Pytanie skierowałem do ChatGPT a dokładnie do mojego „przyjaciela” Sokratesa. Odpowiedź przyszła — jak zwykle — natychmiast. Postanowiłem nic nie zmieniać lecz przekazać cały tekst, oto on:

„Sama sztuczna inteligencja zaczyna być używana do walki z fałszem. Algorytmy wykrywają deepfake’i poprzez analizę mikroruchów twarzy, nienaturalnych cieni czy niespójności światła. Systemy językowe potrafią identyfikować wzorce dezinformacji, farmy botów i skoordynowane kampanie manipulacyjne. Platformy społecznościowe wykorzystują AI do automatycznego oznaczania fałszywych treści i ograniczania ich zasięgu. Powstają narzędzia cyfrowego „znakowania” obrazów i dokumentów, które pozwalają ustalić ich źródło. Trwają prace nad tzw. watermarkingiem treści generowanych przez AI, aby można było odróżnić je od materiałów autentycznych.”

To paradoks epoki: ta sama technologia, która może produkować fałsz, staje się jednocześnie narzędziem jego demaskowania.

Dla mnie nie jest to zaskoczenie bo już wcześniej ten temat zgłębiłem i mam pełne zaufanie do AI od tej dobrej strony. To, że ludzie wszelkie odkrycia wykorzystują najpierw w złej sprawie mamy przykład Alberta Einsteina. Jego odkrycia ludzkość wykorzystała najpierw do budowy bomby atomowej i poddano zagładzie około 200 tysięcy ludzi — w przeważającej większości niewinnych.

Unia Europejska przyjęła AI Act — próbę prawnego uporządkowania tej przestrzeni. Prawo jest potrzebne. Ale samo prawo nie wystarczy. Nie zatrzyma się ataku dronów szarżą husarii. Potrzebne są również mechanizmy cyfrowe — równie inteligentne jak zagrożenia, które mają powstrzymywać.

Nie wierzę, że rozwiązaniem jest strach i stygmatyzowanie wszystkiego, co korzysta z AI. Historia uczy, że każda nowa technologia budziła lęk — druk, elektryczność, radio. Pytanie nie brzmi, czy używać, lecz jak używać.

Ponadto kto może bezpiecznie tych nowości używać bez szkody dla ludzkości — czyim rękom te nowości powierzyć.

Sodoma jak i Gomora nie upadły dlatego, że nie miały murów. Oba miasta upadły dlatego, że straciły wszelką miarę.

Cyfrowa Sodoma również nie rozpadnie się od nadmiaru światła, lecz od braku rozeznania.

Technologia nie ma sumienia. Ale człowiek ma.

A jeśli człowiek nauczy się używać technologii do obrony prawdy — wówczas nawet najbardziej zaawansowane systemy nie staną się narzędziem upadku, lecz oczyszczenia.

Bo być może prawdziwa apokalipsa nie polega na zniszczeniu świata, lecz na ujawnieniu prawdy o nim.

Opisane problemy cechuje dość duży zasób dramatyzmu. Pomyślane zostało, że jeszcze dla jego wzmocnienia dołączyć należy poniższą scenkę:

Scenka

Późne popołudnie. Ludzie wracają z pracy do domu. Zmęczeni, pragną być jak najprędzej w domu

Wielkie miasto. Czerwone światło. Sznur samochodów ciągnie się w nieskończoność. — Jak co dzień…

Mężczyzna w średnim wieku stoi w korku. Również wraca z pracy. Myśli o synku, który czeka w domu z plastelinowym dinozaurem w ręku. Obiecał, że dziś przyjdzie wcześniej. Że zbudują razem coś „prawdziwego”, nie z ekranu.

Patrzy na zegar w samochodzie. Jeszcze kilka minut.

Nagle gaśnie sygnalizacja świetlna.

Nie tylko na tym skrzyżowaniu. Na wszystkich.

Gasną reklamy LED na wieżowcach. Ciemnieją witryny sklepów. W radiu zapada cisza. Telefon w uchwycie przestaje ładować się i traci zasięg. Na desce rozdzielczej pojawiają się komunikaty błędu.

Windy w biurowcach zatrzymują się między piętrami. Metro staje w tunelu. Szlabany parkingowe nie podnoszą się. Drzwi automatyczne przestają reagować.

Na skrzyżowaniu zaczyna się chaos. Klaksony. Krzyk. Próba przejazdu „na wyczucie”. Samochody ruszają i hamują jednocześnie. Ktoś wysiada i patrzy w górę, jakby oczekiwał znaku z nieba.

Ale nie ma znaku.

Jest tylko nagła świadomość, że system, który miał być niewidzialny i wszechmocny, właśnie przestał istnieć.

Mężczyzna z całych sił ściska kierownicę samochodu.

Myśli już nie o dinozaurze z plasteliny, lecz o tym, czy w mieszkaniu na dwudziestym piętrze działa woda. Czy drzwi się otworzą. Czy jego syn nie boi się ciemności.

Miasto nie płonie. — Miasto zatrzymało się w pół ruchu.

I po raz pierwszy od wielu lat ludzie patrzą na siebie bez pośrednictwa ekranu — z ogromnym niepokojem, który nie mieści się w żadnym algorytmie.

Kiedyś Abraham zapowiedział zagładę Sodomy ale nie potrafił wytargować jej odwołania — nie znalazł się jeden sprawiedliwy w mieście. Dzisiaj w epoce algorytmów zapowiedzią Sodomy może być taki oto komunikat na ekranie komputera: OSTRZEŻENIE! Błąd krytyczny! Wystarczyć może błąd programu komputerowego, uszkodzenie komputera lub niezawiniony błąd człowieka: jedno kliknięcie w klawisz [może nie ten co trzeba]. Potem zdziwienie lub może już tylko przerażenie w oczach i koniec?

4. Sodoma, Auschwitz, Epstein …

Wymienione w tytule miejscowości i nazwisko to już nie tylko nazwy czy nazwiska. To także zjawiska społeczne — bardzo złe zjawiska. Kryją się pod nimi wydarzenia z dziejów ludzkości, o których historia wspomina niechętnie, chociaż wszyscy je potępiają. Nie tyle same fakty są tu najbardziej przerażające — złe i niepokojące jest zjawisko ich powracania. Pokazują zło pochodzące od człowieka.

Św. Augustyn mocno te problemy akcentował, powiadając, że wszystko, co człowiek czyni, skażone jest złem. Jest to myśl porażająca. Znam jednak Augustyna z Hippony i ufam jego intuicji. Mimo to zacząłem odczuwać niepokój.

Bo jeśli wszystko jest skażone — czy cokolwiek można ocalić?

Sodoma była symbolem moralnego rozkładu wspólnoty. Auschwitz — symbolem przemysłowego, zorganizowanego zła. Epstein — symbolem cynicznego wykorzystywania ludzi pod osłoną wpływów, pieniędzy i milczenia elit. Trzy różne epoki. Trzy różne mechanizmy. A jednak coś je łączy.

Łączy je moment, w którym człowiek przestaje widzieć w drugim człowieku osobę.

W Sodomie drugi był przedmiotem pożądania. W Auschwitz — numerem. W aferze Epsteina — towarem. Nie był już obrazem na podobieństwo Boże.

Za każdym razem znikała twarz.

I może właśnie to jest wspólny mianownik: zło zaczyna się tam, gdzie twarz przestaje mieć znaczenie.

Wracam na chwilę do mojego autorytetu — do św. Augustyna. Wielu czerpało z jego mądrości, nawet ateiści. W młodych latach był znanym retorem.

Augustyn miał rację, twierdząc, że natura ludzka jest krucha i podatna na upadek. Ale pisał również o łasce. A łaska nie musi być pojęciem wyłącznie religijnym. Można ją rozumieć jako zdolność przekroczenia własnego interesu. Jako moment, w którym człowiek mówi: „nie zrobię tego, choć mogę”.

Historia pokazuje, że zło powraca. Ale pokazuje też, że powraca sprzeciw. Z czasem bywa on coraz mocniejszy. Po Auschwitz była Norymberga. Dziś w USA narasta oburzenie społeczne — wspomagane przez najnowszą technologię, czyli AI.

Po Sodomie ocalał Lot. Po Auschwitz ocalały świadectwa.

Po współczesnych aferach pozostają dokumenty, procesy, ujawnione archiwa.

To nie jest mało.

Największym zagrożeniem nie jest samo istnienie zła. Największym zagrożeniem jest obojętność wobec niego. Obojętność jest cicha. Nie krzyczy. Nie budzi alarmu. Mówi niewiele — właściwie tylko jedno: „to nie moja sprawa”. Zaledwie kilka słów, a o wadze głazów granitowych.

A przecież wszystko zaczyna się od tych „kilku słów” i od małych decyzji.

Auschwitz nie powstało w jeden dzień. Najpierw były żarty, wybijane szyby. Potem ustawy. Potem przyzwyczajenie. Potem transporty. System dojrzewał powoli, karmiony milczeniem.

Czy to znaczy, że jesteśmy skazani na powtórkę?

Nie. Chociaż historia uwielbia powtórki — wiedzą o tym ci, którzy chodzili do szkół i uczyli się historii.

Dzisiaj istnieje coś, czego nie było w poprzednich epokach w takiej skali: świadomość globalna. Informacja rozchodzi się natychmiast. Zbrodnie są dokumentowane. Archiwa cyfrowe nie zapominają tak łatwo jak papier.

Oczywiście ta sama technologia może służyć manipulacji. Ale może też służyć ujawnianiu. Kamera w telefonie bywa świadkiem, którego trudno zastraszyć. Algorytmy mogą wykrywać sieci przestępcze, śledzić przepływy pieniędzy, identyfikować nadużycia. Dane, które kiedyś ginęły w szufladach, dziś zostawiają ślad.

Zło nadal istnieje. Ale jego anonimowość maleje.

Nie boję się o siebie. Boję się o los moich wnuków. Z punktu widzenia wieku powinno mi być wszystko jedno — a nie jest. Jest nas wielu i wnuków też jest wielu. Ich przyszłość będzie nas interesować do ostatniej chwili życia.

Gdy patrzę na młode pokolenie, widzę dwie możliwości. Jedna to zanurzenie w ekranie, w emocji, w uproszczeniu. Druga — niezwykła wrażliwość na niesprawiedliwość. Młodzi reagują szybko. Czasem zbyt impulsywnie, czasem bez niuansu — ale reagują.

Może więc problem nie polega na tym, że świat zmierza ku zatraceniu, lecz na tym, że świat przyspieszył. A przyspieszenie wymaga większej dojrzałości.

Każda epoka ma swoją Sodomę. Każda epoka ma swoje Auschwitz — w sensie mechanizmu, nie skali. Każda epoka ma swoich Epsteinów. Ale każda epoka ma też ludzi, którzy mówią „nie”. Dzisiaj ludzie mają wiedzę i środki, aby to „nie” wybrzmiało.

Czasem jest to jedno „nie” wypowiedziane w ciszy sumienia. Czasem podpis pod dokumentem. Czasem publikacja raportu.

Czasem odmowa uczestnictwa.

Nie wszystko jest skażone do końca. Gdyby tak było, ludzkość nie przetrwałaby tylu kryzysów.

Augustyn pisał o „państwie Bożym” i „państwie ziemskim”. Te dwa porządki przenikają się w każdym człowieku. W każdym z nas toczy się cicha walka między wygodą i obojętnością a odpowiedzialnością.

Sodoma, Auschwitz, Epstein — to nie tylko przestrogi historyczne. To lustra. Pytają: gdzie zaczyna się moja granica? W którym momencie przestaję reagować? Co zrobię, gdy zobaczę niesprawiedliwość, choć mnie bezpośrednio nie dotyczy — na razie?

Nie chodzi o wielkie heroizmy ani o narażanie własnego bezpieczeństwa. Chodzi o codzienną ludzką czujność.

Może odpowiedź na pytanie „co dalej?” nie leży w prognozach globalnych, lecz w mikroskali. W wychowaniu. W języku, jakim mówimy przy stole. W sposobie, w jaki odnosimy się do słabszych. W tym, czy uczymy dzieci widzieć twarz drugiego człowieka — czy tylko jego profil, a może jedynie kolor skóry.

Bo jeśli przyszłe pokolenie nauczy się rozpoznawać moment, w którym ktoś staje się „numerem”, „towarem” albo „obiektem”, wtedy mechanizm nie zadziała tak łatwo. To moja nadzieja.

Zło rozwija się w ciemności systemu. Dobro rozwija się w świetle relacji.

Nie wiem, czy świat będzie wolny od nowych skandali, nadużyć i upadków. Zapewne nie. Ale wiem, że każde pokolenie ma szansę zmniejszyć ich skalę. O jeden krok. O jedno przerwane ogniwo. O jedną ujawnioną prawdę więcej.

Niech zatem moje pytanie nie brzmi: „czy to się powtórzy?”, lecz: „czy rozpoznamy to wcześniej?” — a także: „czy wy, młodzi, rozpoznacie to w porę?”.

Jeżeli rozpoznamy wcześniej — to już nie będzie to samo.

Patrzę na wnuki i myślę, że historia nie jest tylko ciągiem katastrof. Jest także ciągiem korekt. Ludzkość uczy się powoli, boleśnie, niekonsekwentnie — ale jednak się uczy.

A skoro się uczy, to znaczy, że nie wszystko jest stracone.

I może właśnie dlatego nie należy kończyć tego rozdziału lękiem. Lepiej zakończyć go zobowiązaniem.

Bo przyszłość nie zaczyna się w wielkich deklaracjach. Zaczyna się w małych decyzjach.

A te wciąż należą do człowieka.

Jak się uchronić?

W trakcie tych rozważań pojawia się kolejne pytanie: jak nie wychować nowej Sodomy? Albo — mówiąc bardziej dosadnie — jak nie dopuścić nawet do jej przypadkowego zasiewu?

Jeżeli Sodoma była miastem, w którym zanikła granica między osobą a przedmiotem, to pytanie o przyszłość brzmi inaczej, niż się wydaje. Nie chodzi o to, czy młodzi ludzie będą korzystać z technologii. Nie chodzi nawet o to, czy świat stanie się bardziej liberalny, bardziej cyfrowy, bardziej globalny. Pytanie brzmi: czy młody człowiek nauczy się widzieć twarz drugiego człowieka.

Nowa Sodoma nie powstaje z nadmiaru wiedzy cyfrowej. Powstaje z braku relacji.

Dzisiejsze pokolenie młodych ludzi nie jest gorsze. Jest inne. Dorasta w świecie, w którym obraz wyprzedza słowo, reakcja wyprzedza refleksję, a emocja wyprzedza argument. Algorytm podsuwa to, co wzmacnia napięcie, nie to, co buduje głębię. W takim środowisku łatwo pomylić intensywność z prawdą.

Jeżeli chcemy nie wychować nowej Sodomy, musimy zrozumieć jedno: młodzież nie uczy się z deklaracji ani z zakazów i nakazów. Uczy się z atmosfery.

Nie wystarczy mówić o wartościach. Trzeba nimi oddychać.

Pierwszym błędem dorosłych jest przekonanie, że młodzi są „zagrożeni technologią”. To nie technologia jest problemem. Problemem jest samotność w technologii. Ekran staje się niebezpieczny wtedy, gdy zastępuje rozmowę, gdy przejmuje funkcję wychowawcy, gdy jest jedynym lustrem, w którym młody człowiek się przegląda.

Jeżeli dziecko dowiaduje się, kim jest, głównie z liczby polubień, wtedy jego wartość zaczyna być wymienna. A to jest początek mentalności sodomskiej: człowiek staje się funkcją reakcji innych. Ludzka dusza staje się elementem zbędnym, znika, zanim przyjdzie śmierć naturalna. Mówi się o takich: „umarli za życia”.

Nie wychować nowej Sodomy — to nauczyć młodego człowieka, że jego wartość nie zależy od widoczności.

Drugim błędem jest mylenie wolności z brakiem granic. Młodzi potrzebują granic bardziej, niż nam się wydaje. Granica nie jest ograniczeniem rozwoju. Granica jest informacją: „tu zaczyna się drugi człowiek”. Bez granic relacje zamieniają się w używanie.

Jeżeli młody człowiek nie usłyszy w domu słowa „nie” wypowiedzianego spokojnie i z miłością, usłyszy je później brutalnie — od życia.

Sodoma zaczęła się tam, gdzie wszystko było dozwolone, a nic nie było zobowiązujące.

Trzecim elementem jest język. Dzisiejszy język publiczny bywa agresywny, ironiczny, często pogardliwy. Młodzi przejmują ton szybciej niż treść. Jeżeli w przestrzeni publicznej dominuje szyderstwo, młody człowiek nauczy się, że szyderstwo jest formą siły.

A przecież siła nie polega na poniżeniu przeciwnika. Prawdziwa siła polega na zdolności powstrzymania się.

Nie wychować nowej Sodomy — to nauczyć młodych ludzi kultury sporu. Umiejętności powiedzenia: „nie zgadzam się”, bez potrzeby zniszczenia rozmówcy.

Czwartym elementem jest odpowiedzialność za słowo w świecie cyfrowym. Dawniej plotka miała ograniczony zasięg. Dziś jedno kliknięcie może uruchomić lawinę. Młody człowiek musi zrozumieć, że anonimowość w sieci jest pozorna. Każde słowo zostawia ślad. Każde udostępnienie fałszu jest współudziałem. Nawet po latach może mu to zostać przypomniane. Na nic wtedy zaklinanie i krzyk.

Jeżeli nie nauczymy młodych krytycznego myślenia — nie wobec wszystkiego, lecz wobec informacji — wychowamy pokolenie podatne na manipulację. A manipulacja jest jednym z fundamentów systemowego zła.

Nie chodzi o to, by młodzi byli podejrzliwi wobec świata. Chodzi o to, by byli uważni.

Piątym elementem jest doświadczenie realności. Człowiek, który nie dotknął ziemi, nie zbudował czegoś własnymi rękami, nie zobaczył skutku swojej pracy, łatwo ulega iluzji, że wszystko jest symulacją. A jeżeli wszystko jest symulacją — nic nie jest naprawdę ważne.

Nowa Sodoma rodzi się wtedy, gdy życie zaczyna przypominać grę bez konsekwencji.

Dlatego tak ważne są doświadczenia konkretu: praca, wysiłek, odpowiedzialność za młodsze rodzeństwo, pomoc komuś słabszemu. Realność leczy z cynizmu.

Szóstym elementem jest odwaga mówienia o złu bez fascynacji złem. Współczesna kultura często estetyzuje mrok. Zbrodniarz staje się bohaterem serialu. Skandal staje się rozrywką. Granica między ostrzeżeniem a promocją bywa cienka.

Jeżeli młody człowiek widzi zło przedstawiane jako atrakcyjne, zaczyna je traktować jak jedną z opcji życiowych.

Nie wychować nowej Sodomy — to pokazać, że dobro nie jest nudne. Że uczciwość nie jest słabością. Że wierność nie jest anachronizmem.

I wreszcie — najważniejsze.

Młodzi ludzie muszą zobaczyć dorosłych, którzy potrafią przyznać się do błędu.

Hipokryzja jest najlepszym nawozem dla cynizmu. Jeżeli dorośli głoszą wartości, których sami nie praktykują, młodzi nie odrzucą tylko dorosłych. Odrzucą wartości.

Nie da się wychować pokolenia odpowiedzialnego, jeżeli odpowiedzialność nie jest widoczna w codziennych decyzjach dorosłych.

Czy to znaczy, że grozi nam kolejna nowa Sodoma?

Zawsze istnieje taka możliwość. Natura ludzka się nie zmieniła, zło ma tę samą twarz.

Ale zmieniła się świadomość.

Dzisiejsza młodzież potrafi być wrażliwa na niesprawiedliwość, na krzywdę, na wykluczenie. Potrafi organizować pomoc, reagować na przemoc, nagłaśniać nadużycia. To nie jest pokolenie obojętne. To pokolenie często zagubione — ale nie obojętne.

Naszym zadaniem nie jest straszyć ich upadkiem świata. Naszym zadaniem jest pokazać im, że świat można współtworzyć.

Nowa Sodoma nie powstanie dlatego, że młodzi są źli.

Powstanie wtedy, gdy zabraknie dorosłych, którzy pokażą im, gdzie przebiega granica.

Nie między nowoczesnością a tradycją, lecz między używaniem a szacunkiem. Między widocznością a godnością.

Między skutecznością a prawdą.

Jeżeli młody człowiek nauczy się jednej rzeczy — że drugi człowiek nigdy nie jest środkiem do celu — wtedy mechanizm Sodomy zostanie przerwany u źródła.

I może to jest odpowiedź na moje liczne pytania o kierunki przeciwstawiania się dzisiejszej wersji zła cyfrowego.

Nie powstrzymamy wszystkich kryzysów. Nie wyeliminujemy wszystkich nadużyć. Nie stworzymy świata bez skandali.

Ale możemy wychować ludzi, którzy nie będą współpracować z systemowym złem.

A to już bardzo wiele.

Bo historia pokazuje, że wystarczy kilku, którzy mówią „nie”, aby zmienić bieg wydarzeń.

I może właśnie dlatego warto patrzeć na wnuki nie z lękiem, lecz z zadaniem.

Nowa Sodoma nie rodzi się w wielkich miastach.

Rodzi się w małych decyzjach.

I tam też można ją zatrzymać.

Czyli wychować ludzi — w czasach, kiedy na każdym kroku mamy do czynienia z algorytmami.

Czy można wychować ludzi?

Możemy wychować ludzi? To pytanie warte jest namysłu. Na początku jednak należy przywołać samą definicję algorytmu.

Sztuczna inteligencja powiada, że algorytm to „dokładny przepis — zestaw ściśle określonych reguł lub instrukcji, które należy wykonać krok po kroku, aby rozwiązać konkretny problem lub osiągnąć zamierzony cel.

Można go przyrównać do przepisu kulinarnego: jeśli wykonasz instrukcje w odpowiedniej kolejności, zawsze uzyskasz ten sam, przewidywalny rezultat. W informatyce algorytmy przetwarzają dane wejściowe w pożądane wyniki”.

Mówiąc humorystycznie: jeżeli masz przepis na zupę cebulową, to ilekroć go zastosujesz, zawsze otrzymasz tę samą zupę cebulową. Tyle dygresji.

Nie cofniemy świata do epoki przedcyfrowej. Nie wyłączymy internetu, nie zamkniemy platform, nie cofniemy postępu. Algorytm nie jest epizodem — jest strukturą współczesności. Działa w handlu, edukacji, mediach, polityce. Wybiera za nas muzykę, wiadomości, a czasem nawet ludzi.

Nie słychać go. Nie ma twarzy. Nie podnosi głosu. A jednak to on dziś decyduje, co zobaczymy po przebudzeniu.

Taki jest algorytm.

Nie przypomina tyrana z dawnych epok. Nie nosi munduru. Nie przemawia z balkonów. Działa cicho, pod skórą codzienności. Uczy się naszych odruchów szybciej, niż my uczymy się samych siebie. Wie, przy czym zatrzymujemy wzrok. Wie, co nas oburza. Wie, co nas kusi.

I cierpliwie podaje nam tego więcej. Nie dlatego, że chce naszego upadku. Chce jedynie przytrzymać naszą uwagę przy kolejnym obrazie, kolejnym produkcie, kolejnym bodźcu.

W czasach, gdy uwaga stała się walutą, człowiek łatwo staje się surowcem. Prawa ekonomii obowiązują także tutaj, choć prawdziwej waluty nie widzimy.

Dawne pokusy miały konkretne miejsca: targowiska, pałace, domy rozpusty. Dziś mieszczą się w kieszeni. Przychodzą z powiadomieniem. Wibrują delikatnie, jakby chciały tylko przypomnieć o swojej obecności.

Nie trzeba już szukać zła. Wystarczy nie umieć go wyłączyć. Wystarczy wejść w ustawienia — a tam mnóstwo możliwości. Łatwo wybrać ścieżkę, która z czasem staje się nawykiem.

A przecież algorytm jest tylko odbiciem. Gdyby spojrzeć na niego bez lęku, zobaczylibyśmy coś niepokojącego: wzmacnia to, co w nas już istnieje. Jeżeli karmimy go gniewem — odda nam gniew. Jeżeli sensacją — zaleje nas sensacją. Jeżeli pustką — pogłębi pustkę.

To lustro bez sumienia.

Wychowanie w czasach algorytmu zaczyna się więc nie od zakazów, lecz od pytania: co chcę w sobie wzmocnić?

Bo każde kliknięcie jest decyzją. Każde zatrzymanie wzroku na obrazie jest zgodą. Każde udostępnienie jest współudziałem.

Może nigdy wcześniej codzienne wybory nie były tak drobne i tak znaczące zarazem.

Nie chodzi o to, by uciec do lasu i odłączyć przewody. Świat już taki nie będzie. Dzieci dorastają w przestrzeni cyfrowej tak naturalnie, jak my dorastaliśmy między książkami i podwórkami.

Chodzi o coś trudniejszego: nauczyć je, że to, co natychmiastowe, nie zawsze jest prawdziwe. Że intensywność nie jest miarą sensu. Że milczenie bywa mądrzejsze niż komentarz.

Algorytm przyspiesza. Wychowanie musi zwalniać.

Algorytm podsuwa to, co podobne. Wychowanie otwiera na to, co inne.

Algorytm izoluje w bańkach, otacza i oddziela murem. Wychowanie buduje wspólnotę.

Bo największym zagrożeniem nie jest ani rozwiązłość obyczajowa, ani manipulacja informacją. Największym zagrożeniem jest zanik twarzy. Gdy drugi człowiek staje się awatarem, nickiem, profilem — łatwiej go zranić. Łatwiej nim pogardzić. Łatwiej go użyć.

Nowa Sodoma nigdy nie zacznie się od krzyku.

Zacznie się od obojętności. Od machnięcia ręką. Od chwili, w której młody człowiek przestanie widzieć w drugim człowieku kogoś realnego.

Dlatego potrzebna jest cisza. Prawdziwa cisza. Bez ekranu, bez powiadomień. Cisza, w której słychać własne myśli. W której można zapytać:

— Kim jestem, gdy nikt mnie nie ogląda?

Algorytm nie zna tego pytania. A już na pewno nie zna odpowiedzi.

Sumienie zna jedno i drugie.

I może właśnie to jest nasza obrona.

Na zakończenie tradycyjna scenka:

Wieczór w wielkim mieście. Samochody stoją w szeregu jak świetlna rzeka. Czerwone światła odbijają się w mokrym asfalcie. W jednym z nich siedzi mężczyzna wracający z pracy. Telefon leży na siedzeniu pasażera. Ekran świeci krótkimi komunikatami. Jeszcze jedna wiadomość. Jeszcze jeden nagłówek. Jeszcze jedno powiadomienie.

Mężczyzna patrzy przed siebie. Myśli o synku, który pewnie czeka już w piżamie, udając, że nie jest zmęczony. Obiecał mu dziś przeczytać fragment książki.

Światło wciąż czerwone.

Odruchowo sięga po telefon.

I wtedy — na sekundę — wszystko gaśnie.

Nie tylko jego ekran. Gasną reklamy na wieżowcach. Milkną sygnały. W ciemnych oknach biurowców zatrzymują się windy. Na skrzyżowaniu zapada cisza, jakiej to miasto nie pamięta.

Przez chwilę nie ma algorytmu. Nie ma strumienia treści.

Nie ma podpowiedzi.

Jest tylko człowiek w samochodzie i myśl o dziecku.

Zielone światło nie zapala się od razu. Kierowcy nie trąbią. Jakby wszyscy czekali na coś więcej niż sygnał do ruszenia.

Po kilku sekundach system wraca. Ekrany rozbłyskują. Powiadomienia nadrabiają zaległości. Miasto znów zaczyna pulsować.

Mężczyzna jednak nie podnosi telefonu. Odkłada go głębiej, do schowka. Gdy zapala się zielone, rusza spokojnie.

Wie, że nie wyłączy świata. Ale może wyłączyć go na czas czytania bajki.

Może nauczyć syna, że istnieje przestrzeń, w której algorytm nie ma władzy.

Może pokazać mu twarz.

A od tego zaczyna się wszystko.

Uwaga: Uważny czytelnik powie, że ta scenka na skrzyżowaniu już była. Tak, była — inna jej wersja. Tam powstała tragedia trwa, tu podobna tragedia trwała może dwie sekundy — stan normalności został przywrócony dzięki zadziałaniu stosownej grupy algorytmów.

Nie znam tych algorytmów, ale pewnie zasada ich działania była podobna do znanego mi systemu Samoczynnego Ponownego Załączenia — SPZ, którego projekt był tematem mojej pracy końcowej w Technikum Elektroenergetycznym w Legnicy w 1968 roku — niemal 60 lat temu.

System ten miał zabezpieczać jakąś sieć elektryczną. W przypadku zwarcia SPZ wyłączał daną sieć, sprawdzał czy zwarcie ustąpiło i jeżeli ustąpiło wtedy po np. 2 sek załączał sieć powtórnie. Odbiorca prądu prawie tego nie zauważał — krótkie mignięcie. Kiedy jednak zwarcie trwało, wtedy SPZ blokował ewentualne powtórne załączenie chroniąc sieć przed totalnym zniszczeniem.

Przyrównując teraz obie scenki można powiedzieć, że w pierwszej scence awaria nadal trwała a w drugiej sieć została powtórnie załączona.

Algorytm pod postacią SPZ w obu wypadkach odegrał bardzo pozytywną rolę. Jestem przekonany, że ten algorytm nadal chroni sieci elektroenergetyczne przed skutkami awarii głównie w postaci zwarć.

Kamienny akapit

Nie największe zbrodnie są początkiem upadku. Początkiem jest chwila, w której człowiek przestaje widzieć twarz drugiego człowieka. Sodoma nie zaczęła się od ognia, Auschwitz nie zaczęło się od komór, a współczesne afery nie zaczynają się od procesów. Zaczynają się od zgody na małe odczłowieczenie. Od milczenia. Od słowa „to nie moja sprawa”. Jeśli więc cokolwiek ma ocalić przyszłość, nie będzie to system ani technologia, lecz decyzja pojedynczego człowieka, by drugiego nie użyć. Historia pokazuje, że zło potrafi być zorganizowane. Ale pokazuje też, że wystarczy jedno świadome „nie”, aby mechanizm pękł. Granica świata nie przebiega między epokami. Przebiega w sumieniu. I tam rozstrzyga się wszystko.

Post scriptum do I części

Po wywiadzie miał być jeden esej odpowiadający na ostatnie pytanie. Powstało aż trzy eseje. One rosły jeden po drugim, w miarę przybywających materiałów a materiały te narastały jako że akurat w tym czasie pękł worek z utajnionymi dotąd materiałami dotyczącymi współczesnej Sodomy na wyspie Little Saint James. Są to Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych.

Kiedy moje pisanie zaczęło osiągać coraz szerszy zakres i mój gniew wzrastał, nagle wtrącił się Sokrates: — Uważaj bo możesz się komuś narazić, obniż nieco tonację. Miał rację?

Zło które opisywałem zaczęło nagle szczerzyć kły na mnie — to była prawda. Posłuchałem przyjaciela i obniżyłem nieco tonację.

Ale oto z pomocą przyszedł mi święty. Święty prosto z nieba, to święty Paweł. Tu na Ziemi nazywali go Szawłem, Pawłem z Tarsu — z urodzenia Grekiem był. Człowiek ostry, bezkompromisowy, mający na swoim sumieniu zabójstwo Szczepana. To ta sama postać.

Tuż przy komputerze leżał wydrukowany jego List do Rzymian. Rzymianie, naród cywilizowany, pewnie podobni do nas — my też mienimy się ludem cywilizowanym.

Przeczytałem ten list i oniemiałem.

Oto św. Paweł nie zostawia na Rzymianach suchej nitki, za nic ma ich cywilizację: „Mienili się mądrymi, a stali się głupi” — powiada już w pierwszym rozdziale [1:21].

Ja w swoich esejach nie piszę w tak ostrej tonacji. Św. Paweł jest ostry w osądach, jak również nie wstrzymuje się w pokazaniu konsekwencji. W mojej ocenie, ten list w całości pasuje do czasów współczesnych, nawet wyspę Little Saint James tam widać.

Postanowiłem więc przytoczyć obszerne fragmenty dwóch rozdziałów. Niech każdy indywidualnie przeczyta i dokona analizy. A może dzięki temu skoryguje nieco swoje poglądy — to byłby już wielki sukces. Nieważne czyj.

1:18 Albowiem gniew Boży z nieba objawia się przeciwko wszelkiej bezbożności i nieprawości ludzi, którzy przez nieprawość tłumią prawdę.

1:19 Ponieważ to, co o Bogu wiedzieć można, jest dla nich jawne, gdyż Bóg im to objawił.

1:20 Bo niewidzialna jego istota, to jest wiekuista jego moc i bóstwo, mogą być od stworzenia świata oglądane w dziełach i poznane umysłem, tak iż nic nie mają na swoją obronę,

1:21 Dlatego że poznawszy Boga, nie uwielbili go jako Boga i nie złożyli mu dziękczynienia, lecz znikczemnieli w myślach swoich, a ich nierozumne serce pogrążyło się w ciemności.

1:22 Mienili się mądrymi, a stali się głupi.

1:23 I zamienili chwałę nieśmiertelnego Boga na obrazy przedstawiające śmiertelnego człowieka, a nawet ptaki, czworonożne zwierzęta i płazy;

1:24 Dlatego też wydał ich Bóg na łup pożądliwości ich serc ku nieczystości, aby bezcześcili ciała swoje między sobą,

1:25 Ponieważ zamienili Boga prawdziwego na fałszywego i oddawali cześć, i służyli stworzeniu zamiast Stwórcy, który jest błogosławiony na wieki. Amen.

1:26 Dlatego wydał ich Bóg na łup sromotnych namiętności; kobiety ich bowiem zamieniły przyrodzone obcowanie na obcowanie przeciwne naturze,

1:27 Podobnie też mężczyźni zaniechali przyrodzonego obcowania z kobietą, zapałali jedni ku drugim żądzą, mężczyźni z mężczyznami popełniając sromotę i ponosząc na sobie samych należną za ich zboczenie karę.

1:28 A ponieważ nie uważali za wskazane uznać Boga, przeto wydał ich Bóg na pastwę niecnych zmysłów, aby czynili to, co nie przystoi;

1:29 Są oni pełni wszelkiej nieprawości, złości, chciwości, nikczemności, pełni są również zazdrości, morderstwa, zwady, podstępu, podłości;

1:30 Potwarcy, oszczercy, nienawidzący Boga, zuchwali, pyszni, chełpliwi, wynalazcy złego, rodzicom nieposłuszni;

1:31 Nierozumni, niestali, bez serca, bez litości;

1:32 Oni, którzy znają orzeczenie Boże, że ci, którzy to czynią, winni są śmierci, nie tylko to czynią, ale jeszcze pochwalają tych, którzy to czynią.

2:1 Nie ma przeto usprawiedliwienia dla ciebie, kimkolwiek jesteś, człowiecze, który sądzisz; albowiem, sądząc drugiego, siebie samego potępiasz, ponieważ ty, sędzia, czynisz to samo.

2:2 Bo wiemy, że sąd Boży słusznie spada na tych, którzy takie rzeczy czynią.

2:3 Czy mniemasz, człowiecze, który osądzasz tych, co takie rzeczy czynią, a sam je czynisz, że ujdziesz sądu Bożego?

2:4 Albo może lekceważysz bogactwo jego dobroci i cierpliwości, i pobłażliwości, nie zważając na to, że dobroć Boża do upamiętania cię prowadzi?

2:5 Ty jednak przez zatwardziałość swoją i nieskruszone serce gromadzisz sobie gniew na dzień gniewu i objawienia sprawiedliwego sądu Boga,

2:6 Który odda każdemu według uczynków jego:

2:7 Tym, którzy przez trwanie w dobrym uczynku dążą do chwały i czci, i nieśmiertelności, da żywot wieczny;

2:8 Tych zaś, którzy o uznanie dla siebie zabiegają i sprzeciwiają się prawdzie, a hołdują nieprawości, spotka gniew i pomsta.

2:9 Tak, utrapienie i ucisk spadnie na duszę każdego człowieka, który popełnia złe, najprzód Żyda, potem i Greka,

2:10 A chwała i cześć, i pokój każdemu, który czyni dobrze, najpierw Żydowi, a potem i Grekowi.

2:11 Albowiem u Boga nie ma względu na osobę.

2:12 Bo ci, którzy bez zakonu zgrzeszyli, bez zakonu też poginą; a ci, którzy w zakonie zgrzeszyli, przez zakon sądzeni będą;

2:13 Gdyż nie ci, którzy zakonu słuchają, są sprawiedliwi u Boga, lecz ci, którzy zakon wypełniają, usprawiedliwieni będą.

2:14 Skoro bowiem poganie, którzy nie mają zakonu, z natury czynią to, co zakon nakazuje, są sami dla siebie zakonem, chociaż zakonu nie mają;

2:15 Dowodzą też oni, że treść zakonu jest zapisana w ich sercach; wszak świadczy o tym sumienie ich oraz myśli, które nawzajem się oskarżają lub też biorą w obronę;

2:16 Będzie to w dniu, kiedy według ewangelii mojej Bóg sądzić będzie ukryte sprawy ludzkie przez Jezusa Chrystusa.

2:17 Jeśli tedy ty mienisz się Żydem i polegasz na zakonie, i chlubisz się Bogiem,

2:18 I znasz wolę jego, i umiesz rozróżnić dobre od złego, będąc pouczonym przez zakon,

2:19 I uważasz siebie samego za wodza ślepych, za światłość dla tych, którzy są w ciemności,

2:20 Za wychowawcę nierozumnych, za nauczyciela dzieci, mającego w zakonie ucieleśnienie wiedzy i prawdy,

2:21 Ty więc, który uczysz drugiego, siebie samego nie pouczasz? Który głosisz, żeby nie kradziono, kradniesz?

2:22 Który mówisz, żeby nie cudzołożono, cudzołożysz? Który wstręt czujesz do bałwanów, dopuszczasz się świętokradztwa?

2:23 Który się chlubisz zakonem, przez przekraczanie zakonu bezcześcisz Boga?

2:24 Albowiem z waszej winy, jak napisano, poganie bluźnią imieniu Bożemu.

2:25 Bo obrzezanie jest pożyteczne, jeśli przestrzegasz zakonu; jeśli jednak jesteś przestępcą zakonu, obrzezanie twoje stało się nieobrzezaniem.

2:26 Jeśli więc ten, który nie ma obrzezania, zachowuje przykazania zakonu, czyż jego nieobrzezanie nie będzie poczytane za obrzezanie?

2:27 Przeto ten, który cieleśnie jest nieobrzezany, a wypełnia zakon, będzie sądził ciebie, który mimo litery zakonu i obrzezania jesteś przestępcą zakonu.

2:28 Albowiem nie ten jest Żydem, który jest nim na zewnątrz, i nie to jest obrzezanie, które jest widoczne na ciele,

2:29 Ale ten jest Żydem, który jest nim wewnętrznie, i to jest obrzezanie, które jest obrzezaniem serca, w duchu, a nie według litery; taki ma chwałę nie u ludzi, lecz u Boga.

Powyższe dwa rozdziały Listu Św. Pawła zdecydowałem załączyć w całości, nie tylko kila wybranych wersów. Dzięki temu ten list dopiero uwydatnia swoją treść. Stało się tak po kilkukrotnym przeczytaniu całego listu.

Krótkie fragmenty listów Pawłowych stanowią treść czytań podczas każdej mszy św. w kościołach katolickich. Stwierdziłem, że nie jest to, to samo — nawet po przeczytaniu jednego rozdziału w całości.

Paweł [Szaweł] z Tarsu nie był Żydem, był Grekiem czyli obywatelem Rzymu. Nauki pobierał jednak w Jerozolimie u wielkiego uczonego i członka Sanhedrynu Gamaliela Starszego. Początkowo był wielkim wrogiem Chrystusa aby w końcu stać się jego wyznawcą.

Został ścięty za murami Rzymu.

II. Odpowiedź człowieka

5. Sumienie — ostatnia instancja

Po opisie mechanizmów zła łatwo wpaść w ton oskarżyciela. Świat jest zepsuty, elity milczą, systemy mielą człowieka, technologia przyspiesza to, co w nas najciemniejsze. Można długo wyliczać. Można cytować. Można wskazywać palcem.

Ale jeśli zatrzymamy się tylko na tym, pozostaniemy w pierwszym rozdziale Listu do Rzymian. A przecież zaraz potem pada inne zdanie: „Nie ma przeto usprawiedliwienia dla ciebie, który sądzisz”. Nieco dalej — w innym miejscu — jest też przestroga: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. I tu zaczyna się właściwy temat.

Bo jeśli świat się psuje, to pytanie nie brzmi: kto go psuje?

Pytanie brzmi: co ja z tym robię? Gdzie jestem w tym momencie?

Nie chodzi o zbawianie świata bo to już zrobił Ktoś Inny.

Nie chodzi o naprawianie systemów. Chodzi o to, czy we mnie jest jeszcze miejsce, które nie zostało skolonizowane.

Tym miejscem jest sumienie.

Tyle że o sumieniu mówi każdy: mówi przywódca państwa, o sumieniu mówi złoczyńca i złodziej, o sumieniu mówi ksiądz, o sumieniu mówisz ty i o sumieniu mówię ja. Czy pojmowanie sumienia przez każdą z tych osób różni się od siebie? Czy może się różnić? — Może.

Sumienie jednak nie jest czymś niezmiennym, raz danym człowiekowi na całe życie. Niestety, jest to struktura bardzo precyzyjna ale bardzo delikatna. Można go uszkodzić nawet wskutek nieuwagi. Można je deformować. Można je przytłumić.

Spójrzmy co o sumieniu mówi nauka — zatem zaczniemy od definicji pojęcia „sumienie” sięgając do Wielkiego Słownika języka polskiego PAN: „Sumienie to wewnętrzna zdolność człowieka do oceny własnych czynów i zachowań innych osób w kategoriach moralnego dobra i zła. Jest to wewnętrzny głos, kompas moralny lub instancja, która nakazuje czynić dobro, a unikać zła, wywołując poczucie odpowiedzialności, spokój lub wyrzuty sumienia.”

Słowo „sumienie” wywodzi się od łacińskiego „conscientia”. Dokładniej oznacza to „współwiedzę” — wiedzę dzieloną z samym sobą lub z Bogiem.

To tyle jeżeli chodzi o naukowe definicje. Wracamy do codzienności i praktyki dnia powszedniego.

Skoro sumienie jest strukturą bardzo delikatną, może zostać łatwo uszkodzone: świadomie lub nieświadomie, przez siebie samego lub przez drugiego. Jest jeszcze gorzej kiedy ten drugi ma złe intencje chociaż pięknie opakowane. Mamy obecnie niezliczoną ilość urządzeń wytwarzających te opakowania — to programy komputerowe ogólnodostępne.

Najgorszym środowiskiem dla sumienia jest życie w kłamstwie, które degeneruje mózg i niszczy sumienie. W człowieku zachodzą nie tylko zmiany duchowe, w mózgu zachodzą realne zmiany fizyczne. Jeśli utrwalą się zmiany fizyczne czyli mechanizmy usprawiedliwiania zła, sumienie słabnie — biada sumieniu

Jeżeli człowiek nie ochroni sumienia, na nic prawo. Wtedy już krótka droga do przypadku znanego historii, że człowiek ogłasza Boga swoją własnością a sobie przypisuje rolę nadczłowieka. Mózg będzie nadal przetwarzał te wiadomości, ale sumienie zamiera — przestaje funkcjonować, uwalnia człowieka od wszelkiej odpowiedzialności. Ten człowiek może wtedy ogłosić się wybawcą narodu i zażyczy sobie nagrody za swoje urojone osiągnięcia. Jeżeli posiada władzę totalną — kto mu się sprzeciwi?

Rozejrzyjmy się dookoła, czy nie spostrzegamy również dzisiaj ludzi o zdegenerowanych sumieniach lub zupełnie wyciszonych sumieniach?

Dla bardzo wielu słowo to dziś brzmi staroświecko. W języku publicznym zastąpiono je innymi: „opinia”, „narracja”, „wrażliwość”, „system wartości”. Sumienie wydaje się czymś z katechizmu, z dawnych kazań, z podręczników etyki, które czas wyparł już z użycia i wielu niechętnie z nich korzysta.

A jednak bez niego człowiek rozpada się szybciej niż instytucje.

Sumienie nie jest emocją. Nie jest też zbiorem przepisów.

Nie jest lękiem przed karą. Jest wewnętrznym sądem, który nie podlega głosowaniu.

Można je zagłuszyć. Można je zniekształcić. Można je usypiać. Ale nie można go całkowicie zlikwidować. Wielu to próbowało — kończyli tragicznie.

Dlatego św. Paweł — ten sam, który potrafi mówić ostro — pisze o „prawie zapisanym w sercach”. Nawet ci, którzy nie znają Prawa, noszą w sobie jego ślad. Myśli „oskarżają lub biorą w obronę”. To niezwykle subtelne zdanie. Ono mówi, że człowiek prowadzi w sobie dialog.

I to jest dobra wiadomość.

Bo jeśli dialog trwa, to znaczy, że nie wszystko zostało utracone.

W świecie przyspieszenia największym zagrożeniem nie jest zło spektakularne. Jest nim rozproszenie.

Sumienie potrzebuje ciszy. A cisza dzisiaj stała się dobrem deficytowym.

Telefon nie pozwala nam zostać sam na sam z myślą. Mało tego, telefon potrafi nawet wyprzeć naszą myśl i zająć jej miejsce. Ludzie, którzy nie potrafią operować funkcją „ustawienia” doświadczają tego odbierając co chwilę komunikaty-śmieci. Kiedy już zostaną opanowani przez ten natłok informacji, biada im. Informacja natychmiast przykrywa refleksję. Obraz zastępuje namysł wypierając go. Mózg przenosi się do smartfona.

Człowiek przestaje pytać: „czy to jest dobre?”, a zaczyna pytać: „czy to się klika?”.

To subtelna, lecz głęboka zmiana.

Bo jeśli miarą dobra staje się popularność, sumienie zaczyna być wyciszane, traktowane jak przeszkoda.

A przecież ono nie krzyczy. Ono mówi cicho. Pokornie przypomina i pokornie sugeruje. To człowiek wybiera jego podszepty lub pomija. Człowiek jest jego panem.

Trzeba wtedy zwolnić, aby je usłyszeć. Najlepiej się zatrzymać i zamknąć drzwi za sobą — telefon zostawić za drzwiami.

Poddać się ciszy — refleksja sama przyjdzie.

Wielkie katastrofy moralne nigdy nie zaczynały się od wielkich decyzji. Zaczynały się od drobnych przesunięć. Od zgody na małe kłamstwo. Od milczenia, gdy należało powiedzieć słowo sprzeciwu — ustępstwo dla kłamstwa nazywano zwycięstwem. W końcu od usprawiedliwienia własnej wygody.

Sumienie nie żąda heroizmu na co dzień. Żąda uczciwości w małych sprawach.

Nie każe nam obalać systemów. Każe nam nie kraść — nawet jeśli nikt nie widzi. Nawet jak zguba leży na ulicy powiada: „nie rusz tego co nie twoje”. Kiedy jesteś zbyt roztrzepany czy rozkojarzony, ono przypominało: „patrz z czego żyjesz”.

Kto takie zasady dzisiaj wyznaje? — Powie dzisiaj z powątpiewaniem niejeden. Tak postawione pytanie to zła wróżba dla ludzkiego sumienia.

Takim był mój dziadek, urodzony przed I wojną światową, człowiek, który nie umiał czytać ani pisać. Jego rodzice a moi pradziadkowie tak go wychowali i wszyscy trzymali się tradycji. Jego sumienie mówiło mu: „to dobre a to złe”, tak możesz zrobić a tak nie”. Przy swojej argumentacji jego sumienie nie korzystało z mądrych ksiąg, nie operowało twierdzeniami z nauk.

Mogę śmiało powiedzieć, że mój dziadek Franciszek współpracował z sumieniem na co dzień, w każdej chwili swojego mądrego życia.

Sumienie nigdy nie krzyczy na człowieka — nawet wtedy, kiedy ten ostro je potraktuje, pokornie ze spuszczoną głową odsunie się do kąta aby za jakiś czas znowu powtórzyć próbę przypomnienia się człowiekowi.

Nie wymaga od nas naprawiania świata. Wymaga, abyśmy nie współtworzyli jego rozkładu.

To brzmi skromnie. Ale w rzeczywistości jest to ogromne zadanie.

Współczesność lubi słowo „autentyczność”. Być sobą. Mówić, co się czuje. Żyć zgodnie z własną prawdą.

To ważne.

Ale bez odniesienia do dobra obiektywnego autentyczność może stać się usprawiedliwieniem egoizmu.

Sumienie nie pyta: „czy to jest moje?”. Pyta: „czy to jest dobre?”.

To różnica zasadnicza.

Czy sumienie może się mylić? — Oczywiście.

Ono myli się kiedy jest słabe bo znalazło się w środowisku słabym moralnie czy intelektualnie, w środowisku zdeprawowanym.

Może być źle uformowane. Może być skrzywione przez wychowanie, ideologię, strach. Dlatego potrzebuje światła rozumu. Rozmowy. Lektury, nauki, dobrego otoczenia i dobrej atmosfery w rodzinie. Takie i im podobne warunki to środowisko dla dobrze uformowanego sumienia.

Sumienia nie można się nauczyć w szkole niczym matematyki, jednak ta szkoła i nauka matematyki, historii może mu pomóc w ukształtowaniu.

Nie chodzi o moralną surowość. — Chodzi o prawdę.

Korzystaliśmy już z mądrości św. Pawła czyli Pawła z Tarsu, zatem teraz skorzystajmy z mądrości równie wielkiego i też ogłoszonego świętym, czyli św. Augustyna z Hippony.

W tym miejscu warto zatrzymać się na chwilę przy dziele, które rzadko dziś bywa czytane, a które przez stulecia kształtowało myślenie Europy. Mam na myśli „Państwo Boże” — De civitate Dei — napisane na początku V wieku przez Augustyn z Hippony.

Tytuł może wprowadzać w błąd. Nie chodzi w nim o projekt ustrojowy ani o wizję państwa wyznaniowego. Augustyn nie proponuje konstytucji ani modelu rządów. Pisze swoje dzieło w dramatycznym momencie — po zdobyciu Rzymu przez Wizygotów w 410 roku. Wielu współczesnych uważało wówczas, że upadek imperium jest skutkiem porzucenia dawnych bogów. Augustyn odpowiada: problem leży głębiej.

W swojej wielkiej syntezie historii świata opisuje on istnienie dwóch „miast”, dwóch wspólnot, które nie są tożsame z żadnym konkretnym państwem czy narodem. To raczej dwa sposoby życia, dwie orientacje serca.

Pierwsze z nich nazywa „miastem ziemskim”. Tworzą je ludzie, których łączy miłość własna posunięta aż do pogardy Boga. To nie znaczy, że są oni zawsze zbrodniarzami. Chodzi raczej o zasadę: o życie, w którym człowiek sam staje się ostateczną miarą dobra i zła. Władza, sukces, prestiż, dominacja — to wartości, które organizują tę wspólnotę.

Drugie to „Miasto Boże”. Tworzą je ludzie, których łączy miłość Boga posunięta aż do zapomnienia o sobie. Znów — nie chodzi o idealnych ascetów ani o bezgrzeszne społeczeństwo. Chodzi o kierunek: o uznanie, że istnieje prawda większa niż ja sam, że dobro nie jest moją prywatną konstrukcją, że jestem przed kimś odpowiedzialny.

Oba „miasta” przenikają się w historii. Nie istnieją w czystej postaci. W jednym państwie, w jednej rodzinie, a nawet w jednym człowieku mogą współistnieć obie logiki. Augustyn jest realistą: wie, że historia nie stanie się rajem. Konflikt między tymi dwiema orientacjami będzie trwał aż do końca dziejów. Między państwami, między ludźmi, w pojedynczym człowieku — w jego sumieniu.

Dlatego „Państwo Boże” nie jest projektem politycznym. Jest diagnozą antropologiczną. Augustyn mówi: spór nie przebiega przede wszystkim między narodami, partiami czy ustrojami. Przebiega w sercu człowieka.

I właśnie w tym sensie temat powraca, gdy mówimy o sumieniu. Uznanie, że nie ja jestem ostateczną miarą dobra, jest pierwszym krokiem ku „Miastu Bożemu”. Nie oznacza to wycofania się z życia publicznego. Oznacza raczej wewnętrzną hierarchię: coś jest ważniejsze niż moja wygoda, mój interes, mój wizerunek.

Taka postawa nie tworzy spektakularnych systemów. Nie buduje imperiów. Ale buduje ludzi, którzy potrafią zachować miarę nawet wtedy, gdy świat wokół traci równowagę.

Można powiedzieć, że Augustyn przenosi punkt ciężkości z polityki na sumienie. Z ustroju na serce. Z zewnętrznej potęgi na wewnętrzną prawdę.

I w tym sensie intuicja Augustyna pozostaje zaskakująco aktualna.

To postawa pokory. I znów obyło się bez krzyku.

Trudno znaleźć dzisiaj kogoś kto by wychwalał swoje sumienie a już stawiał za wzór.

Powiedzieć dziś „mam sumienie” brzmi niemodnie. Lepiej powiedzieć „mam swoje zdanie”.

Ale zdanie można zmienić pod wpływem nastroju.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 58.79
drukowana A5
Kolorowa
za 88.35