E-book
15.75
drukowana A5
23.34
drukowana A5
Kolorowa
43.04
W cieniu nałogu

Bezpłatny fragment - W cieniu nałogu

Moja historia trzeźwienia


Objętość:
19 str.
ISBN:
978-83-8431-063-2
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 23.34
drukowana A5
Kolorowa
za 43.04

Rozdział 1 – W cieniu nałogu


Nie każdy ma łatwy start. Mój był dość typowy, jeśli mówimy o rodzinie, w której alkohol był  codziennością.  Wychowałem  się  w  domu,  gdzie  butelka  była  na  stole  częściej

niż chleb. Rodzice — choć starali się jak mogli — sami nie potrafili wyjść z tego bagna. A ja?

Nie chciałem powtórzyć ich błędów, choć nie miałem pojęcia, jak wygląda życie inaczej.


Byłem chłopakiem twardym na zewnątrz, bo tak trzeba było. W domu nie mówiło się o uczuciach. A ja w środku byłem wrażliwy, wycofany, często sam ze sobą. Nie potrafiłem powiedzieć, co naprawdę czuję. To zamykało mnie w sobie jeszcze bardziej.

Pierwsze  dorosłe  kroki  były  całkiem  normalne.  Staż  w  Urzędzie  Skarbowym,  potem praca  przy  kosztorysach  w  dużej  firmie  budowlanej.  Ale  po  cichu  piłem  z  moimi kumplami,  bratem,  ludźmi,  z  którymi  dorastałem  na  jednej  ulicy.  I  po  cichu  alkohol zaczął mnie pożerać.


W końcu nie przedłużyli mi umowy. Nikt tego głośno nie powiedział, ale czułem to — Po weekendzie do pracy przychodziłem z lekkim kacem, i to wystarczyło, by stać się tym, którego się nie chce widzieć. Rozmowy za plecami, szepty, podejrzliwość — wszystko to uderzało mocniej niż niejeden cios.


Po stracie pracy zacząłem zajmować się fizyczną robotą. Robiłem to, by mieć wymówkę do picia. Czasem sięgałem po narkotyki — po dziewięciomiesięcznej zasadniczej służbie wojskowej,  gdzie  byłem  nasłuchowcem  alfabetu  Morse’a,  wylądowałem  na  wsi  u Mariana. Pracowałem tam od marca do października, co roku robiąc sobie trzy sezony przerwy.


W 2010 roku urodziła się moja córka. Wtedy na chwilę chciałem coś zmienić, chciałem stworzyć rodzinę z Agnieszką, moją przyszłą żoną. Założyłem firmę, ale bankructwo wspólnika zniszczyło wszystko. Długi spłacam do dziś. Potem handlowałem warzywami i owocami, wróciłem na wieś, próbowałem pracy na zbrojeniach w 2016 roku, a w 2017 ostatni raz trafiłem do Mariana.


Alkohol był stałym towarzyszem. Zawsze miałem dostęp do gotówki, dlatego łatwo szło zapijać każdy dzień. Kombinowałem, żeby kupić mięso i chleb jak najtaniej, ale warzyw i owoców nie musiałem kupować, bo sam je uprawiałem. Wesoły, dusza towarzystwa, ale w środku — samotny.


Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że pod tą powierzchnią kryje się chłopak, który walczy z własnym życiem.


Rozdział 2 – Ostatni sezon, czyli w drodze na dno


Po  kilku  sezonach  pracy  u  Mariana  na  wsi  czułem  się  tam  jak  trybik  w  zepsutym zegarku. Praca była, pieniądze też, ale wszystko gdzieś przeciekało. Kombinowałem, jak kupić mięso i chleb jak najtaniej, bo warzywa i owoce miałem za darmo. I żeby zostało jak  najwięcej  na  gorzałę  i  syf  z  browaru.  Alkohol  towarzyszył  mi  codziennie  –był  jak cień. A ja śmiałem się, opowiadałem dowcipy, grałem duszę towarzystwa. Tylko że w środku czułem się, jakbym żył za szybą. Samotny, niezrozumiany, już nie chłopak, ale jeszcze nie wrak.


W tym czasie miałem już córkę z Agnieszką – dziś moją żoną. Ale wtedy... bała się ze mną związać na stałe. I szczerze? Nie dziwię się. Mimo że byłem zabawny, kontaktowy, to  byłem  też  zagubiony  i  pogubiony.  Ona  mieszkała  90  km  dalej,  widywała  mnie sporadycznie. A ja coraz głębiej brnąłem w bagno.


W  2017  roku  pokłóciłem  się  z  Marianem  (imię  zmienione),  gospodarzem,  u  którego przez lata pracowałem. To był impuls. Brat, który mieszkał w sąsiedniej wsi z partnerką, zaproponował,  że  mogę  się  do  nich  wprowadzić.  Mniej  opłat,  więcej  możliwości, sezonowa  robota  u  okolicznych  rolników  – truskawki,  maliny,  wszystko  to,  co  ziemia dawała i co człowiek potrafił przetworzyć na alkohol.


Zamieszkałem  z  bratem  i  jego  dziewczyną  w  wynajmowanym  domku.  W  dzień chodziłem  od  gospodarza  do  gospodarza,  żeby  zarobić  parę  złotych,  a  wieczorami  klasyka: melanż. Pijąc tyle, żeby jeszcze nadawać się do roboty, a wieczorem szedł już gruby ogień. Wpadał też Skrzat – miejscowy koleżka, który przywoził amfetaminę albo kryształ. Wciągaliśmy, piliśmy, żyliśmy chwilą. Nie myśleliśmy o jutrze, bo i po co.


Na początku nawet mi się to podobało. Wolność bez zobowiązań. Ale potem zacząłem znowu czuć, że to nie dla mnie. Że znowu zbliżam się do ściany. Do dna. W dodatku zaczęły wracać ataki padaczki alkoholowej, które wcześniej już mnie łapały. W głowie narastało jedno zdanie:

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 23.34
drukowana A5
Kolorowa
za 43.04