Rozdział 1 – W cieniu nałogu
Nie każdy ma łatwy start. Mój był dość typowy, jeśli mówimy o rodzinie, w której alkohol był codziennością. Wychowałem się w domu, gdzie butelka była na stole częściej
niż chleb. Rodzice — choć starali się jak mogli — sami nie potrafili wyjść z tego bagna. A ja?
Nie chciałem powtórzyć ich błędów, choć nie miałem pojęcia, jak wygląda życie inaczej.
Byłem chłopakiem twardym na zewnątrz, bo tak trzeba było. W domu nie mówiło się o uczuciach. A ja w środku byłem wrażliwy, wycofany, często sam ze sobą. Nie potrafiłem powiedzieć, co naprawdę czuję. To zamykało mnie w sobie jeszcze bardziej.
Pierwsze dorosłe kroki były całkiem normalne. Staż w Urzędzie Skarbowym, potem praca przy kosztorysach w dużej firmie budowlanej. Ale po cichu piłem z moimi kumplami, bratem, ludźmi, z którymi dorastałem na jednej ulicy. I po cichu alkohol zaczął mnie pożerać.
W końcu nie przedłużyli mi umowy. Nikt tego głośno nie powiedział, ale czułem to — Po weekendzie do pracy przychodziłem z lekkim kacem, i to wystarczyło, by stać się tym, którego się nie chce widzieć. Rozmowy za plecami, szepty, podejrzliwość — wszystko to uderzało mocniej niż niejeden cios.
Po stracie pracy zacząłem zajmować się fizyczną robotą. Robiłem to, by mieć wymówkę do picia. Czasem sięgałem po narkotyki — po dziewięciomiesięcznej zasadniczej służbie wojskowej, gdzie byłem nasłuchowcem alfabetu Morse’a, wylądowałem na wsi u Mariana. Pracowałem tam od marca do października, co roku robiąc sobie trzy sezony przerwy.
W 2010 roku urodziła się moja córka. Wtedy na chwilę chciałem coś zmienić, chciałem stworzyć rodzinę z Agnieszką, moją przyszłą żoną. Założyłem firmę, ale bankructwo wspólnika zniszczyło wszystko. Długi spłacam do dziś. Potem handlowałem warzywami i owocami, wróciłem na wieś, próbowałem pracy na zbrojeniach w 2016 roku, a w 2017 ostatni raz trafiłem do Mariana.
Alkohol był stałym towarzyszem. Zawsze miałem dostęp do gotówki, dlatego łatwo szło zapijać każdy dzień. Kombinowałem, żeby kupić mięso i chleb jak najtaniej, ale warzyw i owoców nie musiałem kupować, bo sam je uprawiałem. Wesoły, dusza towarzystwa, ale w środku — samotny.
Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że pod tą powierzchnią kryje się chłopak, który walczy z własnym życiem.
Rozdział 2 – Ostatni sezon, czyli w drodze na dno
Po kilku sezonach pracy u Mariana na wsi czułem się tam jak trybik w zepsutym zegarku. Praca była, pieniądze też, ale wszystko gdzieś przeciekało. Kombinowałem, jak kupić mięso i chleb jak najtaniej, bo warzywa i owoce miałem za darmo. I żeby zostało jak najwięcej na gorzałę i syf z browaru. Alkohol towarzyszył mi codziennie –był jak cień. A ja śmiałem się, opowiadałem dowcipy, grałem duszę towarzystwa. Tylko że w środku czułem się, jakbym żył za szybą. Samotny, niezrozumiany, już nie chłopak, ale jeszcze nie wrak.
W tym czasie miałem już córkę z Agnieszką – dziś moją żoną. Ale wtedy... bała się ze mną związać na stałe. I szczerze? Nie dziwię się. Mimo że byłem zabawny, kontaktowy, to byłem też zagubiony i pogubiony. Ona mieszkała 90 km dalej, widywała mnie sporadycznie. A ja coraz głębiej brnąłem w bagno.
W 2017 roku pokłóciłem się z Marianem (imię zmienione), gospodarzem, u którego przez lata pracowałem. To był impuls. Brat, który mieszkał w sąsiedniej wsi z partnerką, zaproponował, że mogę się do nich wprowadzić. Mniej opłat, więcej możliwości, sezonowa robota u okolicznych rolników – truskawki, maliny, wszystko to, co ziemia dawała i co człowiek potrafił przetworzyć na alkohol.
Zamieszkałem z bratem i jego dziewczyną w wynajmowanym domku. W dzień chodziłem od gospodarza do gospodarza, żeby zarobić parę złotych, a wieczorami klasyka: melanż. Pijąc tyle, żeby jeszcze nadawać się do roboty, a wieczorem szedł już gruby ogień. Wpadał też Skrzat – miejscowy koleżka, który przywoził amfetaminę albo kryształ. Wciągaliśmy, piliśmy, żyliśmy chwilą. Nie myśleliśmy o jutrze, bo i po co.
Na początku nawet mi się to podobało. Wolność bez zobowiązań. Ale potem zacząłem znowu czuć, że to nie dla mnie. Że znowu zbliżam się do ściany. Do dna. W dodatku zaczęły wracać ataki padaczki alkoholowej, które wcześniej już mnie łapały. W głowie narastało jedno zdanie: