E-book
13.65
W cieniu Białej Gwiazdy

Bezpłatny fragment - W cieniu Białej Gwiazdy


Objętość:
500 str.
ISBN:
978-83-65543-25-7


Dla Pauliny, Aleksandry i Joanny,

bez których stałabym w miejscu.

Ku pamięci Harodla G. Lowe’a,

jedynego, który wrócił w morze ciał.

W hołdzie pamięci ofiar tragicznej nocy

15 kwietnia 1912 roku.

Z miłości do parowców epoki edwardiańskiej.

CZĘŚĆ I

Rozdział I

Przemijał kolejny dzień wypełniony pracą nad projektem wnętrz domku myśliwskiego. Powstawał on dość szybko, od tego zależał dalszy rozwój jej kariery. Annette Blackwood bała się głosów mówiących, iż motorem napędowym jej progresu był nepotyzm, nie chciała słuchać zarzutów, że swoje życie oparła o protekcję. Za drzwiami obok odbywało się poobiednie spotkanie jednego z bardziej denerwujących ludzi, jakich w życiu poznała, Josepha Bruce’a Ismay’a, oraz lorda Pirrie i jej przyszywanego wuja, Alexandra Carlisle’a. Annette w myślach modliła się, by nie musiała spędzić kolejnego wieczoru na słuchaniu rozmów o morzu i statkach. A ostatnio coraz częściej to grono rozmawiało o odpowiedzi na cunardowskie giganty. Jakby było im mało tego, iż dosłownie przed chwilą wypuścili Adriatica, ostatniego z Czterech Wspaniałych… Miał basen, łaźnię turecką, a że nie miał czterech kominów? Jakaż to była różnica? Gdyby nie to, że Cunard Line wspierany był przez brytyjski rząd i należące o nich jednostki powstawały na tym samym gruncie, na którym działało White Star Line, prawdopodobnie nie byłoby nieformalnego wyścigu wielkości. Pierwsze czterokominowe parowce powstały w niemieckich stoczniach dziesięć lat wcześniej, nawet zdobywały Błękitną Wstęgę Atlantyku, odznaczenie związane z pobiciem rekordu prędkości na trasie transatlantyckiej, a jednak nikt z zarządu WSL nie podejmował nawet prób rozmów na ten temat. Dopiero kiedy w morze wyszły Mauretania i Lusitania w głowach zarządu Białej Gwiazdy rozpoczęła się gonitwa myśli. Annette zastanawiała się, czy to tylko przypadek, czy Ismay celowo czekał na ruch przeciwników, aby znaleźć się w momencie, gdy będzie wiedział, jaki kierunek obrali i by mógł wejść na scenę ze swoimi pomysłami.


Pannę Blackwood statki nudziły, od lat zawsze ten sam temat. Ojciec, jako udziałowiec International Navigation Co., a potem International Mercantile Marine, każdego dnia przyjmował wielu panów, z którymi toczył dyskusje głównie o pływających jednostkach i interesach, które się o nie opierały. Ogarniało ją znużenie, podobne do tego, jakie było udziałem matki. Dziś nie dziwiła się już, że spędzała ona większą część roku w Ameryce, gdzie bawiła się w towarzystwie równie znudzonych pań, starając się nadać sens swojej egzystencji poprzez uczestnictwo w balach charytatywnych, spacerach, pokazach mody i flirtach. Ostatnia wizyta w Nowym Jorku utwierdziła ją w przekonaniu, iż matka wiodła tam zupełnie nowe życie. Annette śmieszyło jej nagłe umiłowanie do dobroczynności. Georgina Blackwood, kobieta, która odsuwała się od żebraków na ulicy, brylowała i mocno działała na rzecz tych wykluczonych. Działalność jednak sprowadzała się do sal pełnych kotylionów, kryształowych kieliszków wypełnionych szampanem i strojów, które projektowała dla niej Lady Lucile.

Młoda dziewczyna bała się utknąć w miejscu, nie chciała mieć świadomości dni przeciekających jej przez palce bez nadania im jakiegokolwiek sensu. Wyjazd matki i częste nieobecności ojca sprawiły, że oddano ją pod opiekę wuja i jego rodziny. Właściwie nie było między nimi więzów krwi, znała go jednak od swych młodych lat, więc naturalnym było, iż traktowała jak członka rodziny i nazywała wujem. Alexander Carlisle był, między innymi, projektantem wnętrz. Asystowała mu, uczył ją nowych rzeczy. Podobało się jej to. Nie było to tak nudne jak życie na pensji. Dzięki pracy pod jego okiem rozwijała skrzydła, spełniała się, nie chciała być pasożytem jak wiele kobiet, które z racji swoich majątków, pozycji i tytułów brzydziły się czymkolwiek, co wiązało się z obowiązkami. Annette czuła się lepsza. Nie raz miała zblazowaną minę, patrząc na panie, których największym zmartwieniem był tylko dobór kapelusza do sukni. Była jednak młodą kobietą i temat mody, jak i lekkiej próżności, nie był jej obcy. Uwielbiała pewien kontrast, jaki w sobie wyhodowała. Piękne stroje, czasem przyjęcia, na których mogła błyszczeć, ale obok tego ambicja, która sprawiała, iż codziennie podwijała rękawy, gotowa do pracy, którą chciała się zajmować, choć nie musiała. Mierziło ją zdanie tych, którzy z niej kpili i w tym, co robiła widzieli jedynie sposób na zabicie nudy i przełamanie rutyny. Panna Blackwood wierzyła, że to wszystko, czemu się oddawała, miało większy sens.


Pukanie do drzwi wyrwało ją z zadumy nad rodzajami tkanin, jakich powinna była użyć, by jej projekt powalił na kolana wszystkich, którym przyjdzie podziwiać skończone dzieło. Chciała również pokazać wujowi Alexandrowi, że potrafi, chce i traktuje wszystko, co robi bardzo poważnie. Wuj tymczasem poprosił ją do panów. Pozwalał jej pracować u siebie, uczył, pomagał, a więc nie mogła odwrócić się na pięcie. Przywdziała jeden ze swoich brzydkich, sztucznych, wypracowanych uśmiechów i weszła do pokoju, gdzie przy stole zastawionym szklaneczkami whisky i z cygarami w dłoniach siedzieli dwaj mężczyźni. Czterdziestopięcioletni Joseph Bruce Ismay, przedstawiający się zawsze drugim imieniem, ciemnowłosy, szczupły, z imponującym wąsem, oraz około sześćdziesięcioletni lord Pirrie, który gładził się po siwej brodzie, jakby w zadumie.

— Zechce pani wyrazić swoją opinię? — zapytał, lekko rozśmieszony, Ismay. — Czy świat jest gotowy przyjąć trójcę rodzeństwa, która przełamie znane schematy, będzie olśniewała luksusem i zapierała dech w piersiach i zapisze się złotymi zgłoskami na kartach historii tak, iż nawet za sto lat ludzie o nich nie zapomną?

— Świat jest zawsze głodny nowości, panie Ismay — odparła, uśmiechając się pod nosem. Wiedziała, że jej opinia, w gruncie rzeczy, ich nie interesuje, traktują ją bardziej jako przerywnik w swoich dywagacjach, bardziej dla rozrywki niż z potrzeby poznania jej zdania. — A wprowadzenie na panteon trzech cudów techniki, o jakich pan mówi, pozwoli światu zakochać się w White Star Line na nowo.

Lord Pirrie uśmiechnął się dziękując za taką opinię. Annette miała nadzieję, że nikt nie wyczuł kpiny w jej głosie, bo to oznaczałoby długą pogadankę z wujem, a na to nie miała ochoty. Mimo dwudziestu trzech lat na karku czasem traktowano ją jak dziesięcioletnie dziecko. Gdyby nie była kobietą prawdopodobnie by się liczono z opinią, którą wygłosiła. Ten świat należał do mężczyzn, chociaż coraz głośniej niektóre kręgi walczyły o to, by kobiety stanęły na równi z nimi. Sama Annette patrzyła na postępującą emancypację z zadowoleniem, ale i zadumą. Uważała, że czas, w którym kobiety otrzymają prawa wyborcze i zaczną być dużo bardziej niezależne w końcu przyjdzie, nie umiała jednak określić, jak wiele wody w rzekach będzie musiało upłynąć. Nie wiedziała też, czy aby na pewno kobiety nie podetną gałęzi, na której siedzą, tracąc swoją delikatność, wrażliwość i pozycję adorowanej niewiasty. Z ulgą zamknęła się na powrót w pokoju, który był jej pracownią. Kochała ten dom, w którym spędziła za młodu wiele dni. Nie wyszła za mąż, mimo tego, że swój debiut miała jakiś czas temu. Ojciec spędzał większość czasu pomiędzy Anglią, Irlandią, Ameryką i Francją, tam go gnały interesy, matka z kolei twierdziła, że morskie podróże męczyły, a klimat angielski był duszny i sprzyjał chorobom. Annette została więc sama w Anglii.


Głęboko odetchnęła przerzucając kartki albumu prezentującego architekturę epoki wiktoriańskiej. Myśli popłynęły w inną stronę, niżby chciała. Pod powiekami pojawił się on. Przypadkowa znajomość z Parku Regenta. Władczym głosem poprosiła o pomoc przy opuszczeniu powozu. Podszedł, podał rękę… i oczarował swoim spojrzeniem. Było chmurne, a jednocześnie pełne iskier. Annette pierwszy raz poczuła to, co dziewczęta na pensji nazywały motylami w brzuchu. Nigdy nie miała takich przeżyć, skupiona na nauce, wtedy jeszcze pod czujnym okiem obojga rodziców i brata. Poza tym dziewczęta na pensji odnosiły się do niej z ogromną rezerwą, która mogła wynikać z jej wycofania. Nie miała o czym z nimi rozmawiać. Młodość spędziła pomiędzy guwernantką, wyprawami wraz z matką do Ameryki, nauką jazdy konnej, etykiety i książkami. W skrytości ducha marzyła o hodowli koni, o pięknych rumakach pełnej krwi, których przydomkiem byłoby jej nazwisko. W myślach widziała, jak zwyciężają na najbardziej prestiżowych zawodach kawaleryjskich czy nawet rozgrywanych od niedawna Igrzyskach Olimpijskich, jak król opasa ich szyje wstęgami. Niestety, na marzeniach się kończyło. Choćby bardzo chciała, nie miała jak wcielić swoich pragnień w życie.


Spotkanie dobiegło końca, słyszała głosy wychodzących. Siłą woli skupiła się na pracy. Kątem oka zobaczyła uchylające się drzwi i wchodzącego wuja. Podszedł, nachylił brodatą twarz nad jej projektem. Nic nie mówiąc chwycił ołówek i szybkim ruchem mocnych rąk przesunął dwie linie, tworząc zupełnie nowe wnętrze.

— Chyba tak będzie lepiej — szepnął, kładąc jej rękę na ramieniu. Annette spojrzała z wdzięcznością na wuja. Wyglądał na zmęczonego. Zasępił się patrząc w przestrzeń.

— Będą statki? — spytała, żeby przełamać milczenie. Złapała wzrok Alexandra Carlisle’ a, pełen krzepiącego ciepła.

— Będą, od dwóch tygodni Bruce i William nie mówią o niczym innym… Tytani i Giganci na Olimpie… — Dziewczyna uniosła wysoko brwi, pewna, że wuj z niej kpił. — Nie patrz tak. Olympic, Titanic i Gigantic już zostały powołane do życia i ochrzczone, choć na razie istnieją tylko w umysłach… ale to myśl kreuje świat — zakończył starszy człowiek, wychodząc. Nie wydawał się nazbyt uszczęśliwiony rysującą się perspektywą. Annette wiedziała, co teraz będzie. Plany, niekończące się dyskusje, nerwy. Martwiła się o wuja, który ostatnio trochę niedomagał. Może jednak to ożywienie będzie dla niego zbawienne? Rozbierając się myślała o Paulu i jego stalowych oczach, tak bardzo fascynujących i niepokojących, wpatrzonych w nią intensywnie, aż do bólu. Wierzyła, że jeszcze kiedyś się w nich odbije...

Rozdział II

Szła szybko, nie zważając na oburzenie ludzi, których potrącała. Matka przesłała depeszę, w której sucho poinformowała o planach przybycia do Anglii za dwa miesiące. Ojciec zamknął się w sobie. Swój dwumiesięczny pobyt okroił do niespełna dwóch tygodni. Wyjechał do Paryża, wymawiając się obowiązkami. Annette nie wierzyła w to, była prawie pewna, że obowiązkiem ojca jest jakaś młoda dama. Dziwnym trafem jego wyjazdy zbiegały się w czasie z pogorszeniem stosunków z matką. Mieli spędzić czas razem, ale ona po raz kolejny nagle zmieniła plany. Annette chciała nawet do niej jechać, ale obowiązki zmusiły ją do pozostania na wyspie. Wuj okazał jej ogromne zaufanie i w niej widział swoją asystentkę przy pracach nad dwoma z trzech planowanych kolosów. Samodzielnie nie dostałaby żadnego poważnego zlecenia, o pracy przy statkach nie wspominając. Domek myśliwski przy ogromnej pływającej jednostce był tylko zabawą. Mimo swojej niechęci do pływających ton żelastwa Annette wiedziała, że może się czegoś nauczyć. Wraz z Alexandrem Carlisle’m spędzała czas nad próbami ubrania w projekt wyobrażeń J. Bruce’a Ismay’a, który żądał luksusu, jakiego na ruchomym obiekcie świat jeszcze nie widział. Trzy statki miały pobić Adriatica, Cesarza Wilhelma Wielkiego, Mauretanię oraz Lusitanię*. Od początku wiedziano, że prędkość nie była domeną White Star Line. To, co było siłą armatora, to luksus. Niedostatki koni mechanicznych należało nadrobić pięknym wystrojem wnętrz, bogatą ofertą oraz bezpieczeństwem. Pan Carlisle zatem dzielił swój czas na przygotowanie planów pomieszczeń, wewnętrznych urządzeń statku oraz systemów ratunkowych, jakie miały się znaleźć na pokładzie projektowanych jednostek. Każdy kolejny miał być większy od poprzednika. Pierwszy, Olympic, byłby forpocztą całego przedsięwzięcia. Jego zadaniem było przetarcie szlaku, sprawdzenie, czy odpowiadał potrzebom i oczekiwaniom najbardziej wymagających ludzi. To, co w nim nie sprawdziłoby się, winno zostać poprawione na kolejnym, Titanicu. Zwieńczeniem dzieła stałby się Gigantic. Największy, zaspokajający wszelkie kaprysy, zadziwiający tak, iż podróż nim jawiłaby się niczym sen. Jak zawsze nie tylko piękno wewnętrzne, także stabilność i bezpieczeństwo, grzeczność załogi, od stewarda po kapitana, cechowałyby nowe twory ludzkich rąk. Znaki rozpoznawcze linii White Star w najlepszym wydaniu.

Okazało się, że ci, co źle wróżyli Białej Gwieździe, kiedy weszła w skład International Navigation Co., przekształconej następnie w International Mercantile Marine, mylili się. Przewodniczącym amerykańskiego konsorcjum został nie kto inny jak J. Bruce Ismay, choć władzę faktyczną trzymał John P. Morgan. Wielu przeżyło szok. Choć Ismay był człowiekiem apodyktycznym i nie lubił, gdy ktoś miał zdanie odmienne od jego opinii, był niezwykle skuteczny. Okazało się, że w wyścigu, który trwał od lat, Biała Gwiazda zaczynała wysuwać się na prowadzenie. Linia Cunarda popierana przez rząd brytyjski musiała przyznać, że konkurencja, mająca amerykańskie wsparcie, poczynała sobie coraz lepiej.


Annette spieszyła się do krawca. Asystowała nie tylko przy pracach dekoratorskich, które w tym momencie opierały się na wstępnym przygotowaniu pomieszczeń trzeciej klasy, ale też przy załatwianiu wielu małych, nieraz bardzo przyziemnych spraw, które na jej barki przerzucił wuj. Tym razem chodziło o jej suknię. Rozpoczął się rok tysiąc dziewięćset ósmy, śnieg zmienił w błoto, zima była dość ciepła. Brnęła przez breję, jak ją w myślach nazywała, używając języka godnego chłopca na posyłki, pogrążona w chaosie swoich myśli.

— Dokąd się pani tak spieszy, że nie zwraca uwagi na współobywateli? — męski głos wyrwał ją z zadumy. Już szykowała się do ostrej odpowiedzi, kiedy znalazła w brzmieniu owego coś znajomego. Podniosła oczy i spojrzała prosto w twarz Paula. Widzieli się tylko raz, a ona poznałaby go wszędzie. On także wydawał się ucieszony ze spotkania i wydawało się, iż pamięta ją dobrze. Z wrażenia dziewczynie zakręciło się w głowie. Paul podtrzymał ją za łokieć.

— Spieszę się na spotkanie. Ktoś na mnie czeka — odparła, starając się, żeby jej głos brzmiał lekko. Wyprostowała się, przybierając wyniosłą pozę. Mina Paula sugerowała, że odniosła mały sukces. Wyglądał na lekko zawiedzionego. — Ale przyda mi się towarzystwo.

Z chęcią podał jej ramię. Szli milcząc. Nie wiedziała, o czym powinna była mówić, nie znała go, ani on jej. A jednak towarzystwo mężczyzny było miłe, kąciki ust Annette drgały w nieznacznym uśmiechu. Był bardzo wytrwały, kiedy kręciła nosem nad suknią. Ilość koronek była przerażająca. Tworzyły przepych, którego panna Blackwood nie lubiła, zwłaszcza, kiedy miała w nim spędzić cały wieczór. Halka okręcała się dookoła nóg. Nie wyglądała źle, ale o swobodzie ruchów mogła zapomnieć. Dzisiejszy wieczór miał być sztywny w każdym znaczeniu tego słowa. Sztywne maniery, sztywne konwersacje, sztywne ukłony. I sztywny gorset, który pod suknię musiała włożyć. Pech chciał, że Lady Lucile przebywała po drugiej stronie Atlantyku. Z krawcową, która zarządzała pod jej nieobecność pracownią przemówiła się ponad miesiąc temu i do powrotu pani Duff — Gordon nie miała ochoty tam wchodzić. Zmarszczyła czoło patrząc w lustro, a milczący do tej chwili Paul prychnął powstrzymywanym śmiechem. Przedstawiła go jako kuzyna. Jeszcze skandalu jej brakowało. Krawcowa była kobietą bardzo gadatliwą, w ciągu poprzednich kilku wizyt Annette dowiedziała się więcej niżby chciała na temat ludzi z towarzystwa oraz życiorysu szwaczki. Szkoda, że nie było w tych plotkach nic ciekawego, dotyczącego jej ojca lub matki. Tego posłuchałaby chętnie.


Wyszli ramię w ramię. Paul, niczym tragarz, niósł dzieło krawcowej, a Annette dzielnie truchtała obok małymi kroczkami, starając się nie przewrócić na śliskim trotuarze.

— Pięknie wyglądałaś, choć widziałem w twoich oczach niechęć do tej konkretnej sukni… — odezwał się. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. To, co przychodziło jej do głowy nie nadawało się do wypowiedzenia na głos.

— Nie jest to najlepsza część garderoby w mojej kolekcji — odparła, rumieniąc się jak pensjonarka. Z jednej strony była pewna siebie, ale z drugiej czuła się zawstydzona. Pomijając pracę, gdzie grono mężczyzn było jedynym, w jakim przebywała, ponadto pod kuratelą swojego wuja, nigdy nie spędziła tyle czasu sam na sam z mężczyzną, który działał na jej zmysły. Serce biło szybko, żołądek spinał się w przyjemnych skurczach, na rękach pojawiły się krople potu. Była zaskoczona swoją reakcją. Spacer dobrze jej robił. Ochładzał szaloną głowę na tyle skutecznie, że spod kapelusza nie płynęły krople potu. Nie wiedziała jak, nie wiedziała kiedy, a znaleźli się pod kamienicą wuja Carlisle’a. Odebrała suknię z rąk mężczyzny.

— Dalej pójdę sama — wyszeptała. Nie puścił sukni.

— Nie dam ci teraz tak sobie pójść. Nie, jeśli nie wymogę na tobie obietnicy kolejnego spotkania.

Odwróciła się, by odejść, ale po chwili zatrzymała się, patrząc na Paula z uśmiechem.

— Jutro w południe zamierzam się przejść po Hyde Parku.

— Będę tam i ja — puścił niechętnie pakunek, machając jej na pożegnanie.

Rozdział III

Annette patrzyła, jak Paul przechadzał się spokojnie i starał wypatrzeć jej postać. Nie mogła i nie chciała dalej się chować. Wyprostowana, skryta pod parasolką, ruszyła szybkim krokiem. Zdawała sobie sprawę, że nie powinna była przychodzić tu sama, odkładać pracy na potem, ale nie umiała się powstrzymać. Stanęła przed nim. Był wyższy o ponad głowę. Oboje nie bardzo wiedzieli, jak zacząć.

— Jestem — powiedziała dość łamiącym się głosem. I nagle lawina ruszyła.

Rozmawiali o wszystkim. Paul był urzędnikiem bankowym, dorastał w Irlandii, a do Londynu przybył wraz ze swoją matką, która po śmierci ojca pracowała jako kucharka w jednym z tutejszych domów. W Irlandii niektórzy wciąż jeszcze nie zapomnieli o ogromnym głodzie, zarazie kartoflanej i o walkach na tle religijnych, które co jakiś czas wybuchały na nowo. Mężczyzna marzył o podróżach, o których mógłby pisać. Miał siostrę, która od dwóch lat mieszkała w Ameryce. W niedostępnej Ameryce, która jemu jawiła się niczym mityczny pegaz. Wiedział, że jest, ale nie poznał tego kraju i nie wierzył w ogrom możliwości, o jakim pisała jego, trochę roztrzepana, siostra. Annette serce podskoczyło, kiedy powiedział, że każdego dnia poszukiwał jej wzrokiem. Przeszukiwał tłum mając nadzieję, że spotka ją na swojej drodze. Nie miał żadnego punktu zaczepienia, żeby odnaleźć dziewczynę. Urzekła go swoim głosem, który był niezwykle melodyjny. Uśmiechnęła się w duchu, ponieważ dla wielu jej głos był pretensjonalny i kpiący. Paul stwierdził, że w końcu fortuna okazała się być dla niego łaskawa. Opowiadał o pięknie zielonych wzgórz dookoła domu, w którym się wychował. O stadach kuców i owiec, które widywał każdego ranka. Annette wsłuchana w jego głos pragnęła tylko znaleźć się z nim tam, daleko, odetchnąć krystalicznym powietrzem, poczuć pod stopami miękką trawę mokrą od rosy o poranku, kiedy ustępowała mgła. Nie chciała rozmawiać o pracy. Na to był jeszcze czas. Nie teraz, nie w czasie, kiedy wyrwała się z kieratu i mogła na chwilę zapomnieć o pokładach, pierwszych, drugich i trzecich klasach, szerokości przejść między stołami, obiciach krzeseł, draperiach… Nie mówiła mu, kim jest. Nie chciała rozmawiać o różnicach klasowych, mezaliansach i pieniądzach. Poczuła się zwyczajnie, pierwszy raz od dawna. A jednak myślała nad tym, jak zareagowałby świat na niego. Jej świat. Ludzi, którzy nie liczyli pieniędzy, tak jak on. Z przykrością myślała o niesprawiedliwości losu.


Z żalem opuszczała Paula. Tym razem na dłużej. Czekała ją wyprawa do Belfastu. Wspomniała o tym. W jego oczach zobaczyła tęsknotę za Irlandią. Najchętniej zabrałaby go ze sobą w tę podróż, ale to nie było możliwe. Nie teraz. Spędziła kilka wspaniałych godzin. Nie czuła chłodu, wilgoci, spijała z jego ust każde słowo. Chłonęła go, jego siłę, energię. Patrzyła na jego dłonie, duże, mocne i silne, o krótkich, kwadratowych paznokciach. Na włosy, bardzo niesforne, bez pomad i wazelin, lekko pofalowane, jasne, zawadiacko opadające na oczy przy każdym podmuchu wiatru. Nie chciała mówić, chciała słuchać. Zdziwiła się, bowiem świat przestał istnieć. Nie istniało nic poza tym, że byli razem. Widziała niestosowność swojego zachowania, nie powinna była wybuchać śmiechem, chodzić po błotnistym bruku mocząc trzewiki i suknię, sama, z obcym mężczyzną. Nie myślała, co będzie, jeśli się zaziębi. Do dziś nie pojmowała sensu wytartego frazesu mówiącego o byciu tu i teraz.

Rozdział IV

Przez okna pod łukowatym sklepieniem wpadało oślepiające światło. Annette zmrużyła oczy, niespodziewane przejście z cienia w jasność zabolało. Po chwili dopiero dojrzała długie stoły, zasłane papierem, nad którymi pochylali się mężczyźni w różnym wieku, zajęci pracą. Po lewej stronie widniała ogromna plansza przedstawiająca czterokominowiec. Nawet, jako projekt był imponujący, musiała to przyznać, mimo awersji do pływających jednostek samych w sobie. Znała wymiary statków, które miały powstać, były oszałamiające. Adriatic, chluba Białej Gwiazdy, najmłodszy statek z Wielkiej Czwórki, miał dwieście szesnaście metrów, konkurencyjne Mauretania i Lusitania dwieście czterdzieści. Dwa pierwsze, tworzone aktualnie na zlecenie Białej Gwiazdy, były dłuższe, miały dwieście sześćdziesiąt dziewięć metrów.


Nad jednym ze stołów pochylał głowę Thomas Andrews. Siostrzeniec lorda Pirrie, młody człowiek, którego sumienność i talent zdobyły już uznanie w owym specyficznym świecie. Mimo, iż był naczelnym dyrektorem stoczni i szefem biura konstrukcyjnego nie zachowywał się jak król siedzący na tronie i biła od niego życzliwość. Annette poznała go dawno temu podczas jednego z przyjęć, jakie wydał, jeszcze wtedy nie baron, Pirrie. Towarzyszyła wtedy ojcu, młodziutki podlotek zachwycony zaszczytem, jaki Andrew Blackwood jej uczynił. Thomas zrobił na niej bardzo dobre wrażenie. Przystojny, ciemnowłosy, z sympatią podchodzący do świata, a jednocześnie bardzo utalentowany i pracowity. Teraz podniósł głowę, a ujrzawszy ją, zagubioną, pomachał ręką w geście zaproszenia. Ruszyła z uśmiechem przed siebie. Nikt nie zwracał na nią uwagi, co bardzo jej pasowało.

— Witam, panno Blackwood. Mam nadzieję, że podróż przebiegała bez zarzutu? — uśmiechnął się ciepło, dodając otuchy dziewczynie. Ze względu na problemy w podróży dotarła dzień później niż wuj. Była zmęczona i głodna, czuła się brudna, wymięta i zmarznięta. W hotelu czekała na nią kąpiel, o której marzyła od kilku godzin.

— Dziękuję panu. Właściwie bez zarzutu — odparła, próbując wyrzucić z myśli męczącą drogę związaną z awarią lokomotywy. Jej teczka pełna była planów wyposażenia wnętrz trzeciej klasy. Jej pierwsze, własne od początku do końca, pomysły. Pierwsza samodzielna praca przy dwóch molochach, jak je czasem w myślach nazywała. Trzeci statek miał powstać później, ale jego plany także już były tworzone.


Wuj przemawiał, a słuchało go trzech kreślarzy, dość młodych chłopaków. Mówił spokojnym głosem, ale ona znała ten ton, był zdecydowanie upominający. Gdzieś zrobili błąd, który powinni szybko naprawić. Zdziwiła się, ale odkryła, iż była ciekawa, jak się projektuje taki statek. Wnętrza to jedno, ale budowa, układanie ton stali, wkomponowanie kotłów, maszyn, nitowanie, setki mil kabli, rur, instalacje grzewcze, elektryczne, hydrauliczne… Zanim zaczną w stoczni w Belfaście, ktoś musi przelać na papier wszystkie techniczne sprawy. Nie same kształty, ale wymiary, wszelkie obliczenia matematyczne, elementy, których są setki, a których nie można było pominąć. To było tak samo fascynujące, jak przerażające, o niczym nie można było zapomnieć, wszystko było ze sobą połączone, niemal na zasadzie domina.

Spojrzała w papiery rozłożone na wielkim, dębowym stole. Widniały na nich dziwne urządzenia wygięte jak szyja łabędzia. Skojarzenie z ptakiem było dość trafne, owe rysunki to było nic innego jak żurawiki od łodzi ratunkowych. Na tych kartach powstawała historia, w to nie wątpiła. Przekroje podłużne, poprzeczne, rzuty na wszelkie możliwe sposoby… Wyliczenia, napawające lękiem i dumą liczby, innowacyjne pomysły. Podzielony na szesnaście wodoszczelnych przedziałów oddzielonych od siebie grodziami zamykanymi automatycznie. Restauracje, kawiarnie, fryzjer, basen, boisko do squasha, łaźnia turecka, pokój do ćwiczeń, palarnie, salony, jadalnie, kuchnie, wszystko, co tylko można sobie wymarzyć zamknięte na ograniczonej burtami przestrzeni. Wspaniałe apartamenty, które miały być niebotycznie drogie i kabiny trzeciej klasy, gdzie mieli podróżować ci, którzy mieli w życiu mniej szczęścia, ale liczyli na odmianę losu za oceanem. Annette patrzyła na to wszystko z mieszanymi uczuciami. Te stalowe kolosy miały powstawać dość szybko. Ile ofiar miała pochłonąć budowa rodzeństwa? Pogrążona w myślach nie usłyszała wołania wuja. Dopiero za drugim razem wróciła do siebie i mogła skupić się na pracy oraz pokazaniu swoich projektów. Pan Carlisle pochwalił jej zaangażowanie, choć, jak zaznaczył, był to wstępny projekt, bo wszystko jeszcze mogło się zmienić. Uważnie oglądał to, co stworzyła. Miała przygotować plan wspólnego pokoju dla klasy trzeciej. W założeniu miał się mieścić na pokładzie C, w tylnej części rufy. Nie chciała, żeby było ono ciemne. Ci biedacy i tak zostali zepchnięci pod pokład, więc ich wspólne pomieszczenie widziała w jasnych barwach. Sosnowa boazeria w białym kolorze, stoliki, krzesła, dwustronne ławki z profilowanymi oparciami i poręczami, ustawione w szeregu na środku sali i przy ścianach. Meble drewniane, proste, ale solidne i trwałe. Przeniesione przez nią na papier sugestie wuja.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.