E-book
9.62
drukowana A5
27.6
W anatomii próz minorowych

Bezpłatny fragment - W anatomii próz minorowych


Objętość:
120 str.
ISBN:
978-83-8455-916-1
E-book
za 9.62
drukowana A5
za 27.6

Od autora

Historie, które za chwilę poznacie, są w całości fikcją literacką. Bohaterowie, ich zmagania oraz myśli zrodziły się wyłącznie w mojej wyobraźni. Nie ukrywam jednak, że literatura zawsze karmi się rzeczywistością — dlatego gdzieś między wierszami, w emocjach i lękach tych postaci, przemyciłem ułamek własnej wrażliwości.

Chciałbym Was jednak prosić, byście nie utożsamiali mnie w pełni z bohaterami tych opowiadań. Oddaję w Wasze ręce ich głosy i ich życiowe wybory, wierząc, że odnajdziecie w nich uniwersalną prawdę o człowieku, a nie mój dosłowny portret.

GŁOS

Rozdział I

Jestem silny. Jestem silny — rozpłynęło się w jego zmęczonej od nieprzespanej nocy głowie. Wpatrywał się wtedy w lustro. Słowa, które chciały z niego wypłynąć, były głęboko skryte za kurtyną nieumiejętności. Afazja Broca (motoryczna) była przyczyną, przez którą nie umiał z siebie wydusić jakiegokolwiek zrozumiałego słowa. Lękał się swojego bełkotu. Z bólem słuchał tego, jak nieskutecznie próbował przemówić do samego siebie.

A lat miał siedemdziesiąt pięć. Mieszkał w wielkim domu położonym obok malowniczego stawu. Korony uśmiechających się drzew budziły go każdego poranka. Z ciekawością zaglądały mu przez okno i wpatrywały się w jego smutną twarz — twarz zbudowaną na fundamencie bólu.

Czemu tak trudno było mu się uśmiechnąć? Czemu każdy poranek był taki ciężki? Czemu nawet towarzystwo kojącej wody i liściastych przyjaciół nie umiało wyrwać go z sideł ciemności, która stopniowo pochłaniała jego zmarszczone od doświadczeń ciało.

Nogi również mu doskwierały. Średnio każdego dnia stawiał kilkadziesiąt kroków. Nie umiał się przemóc. Nie miał siły, aby walczyć ze swoją niedołężnością. Czuł, jak świat mu ucieka. Czuł, jak mógłby zrobić jeszcze tyle rzeczy, a ledwo go było stać na jednorazowe wyjście do sklepu w ciągu całego tygodnia, który poświęcał nieustającej kontemplacji i bólowi.

Aniela krzyczała:

— Byś się w końcu ruszył! Wyszedł na dwór, a i to by ci dużo pomogło.

On tylko wzdychał. Nie chciał jej odpowiadać bełkotem. Zazwyczaj wolał milczenie, które wyrażało znacznie więcej słów aniżeli niezrozumiały krzyk.

Kiedyś umiał jej odkrzyknąć. Stała z wytrzeszczonymi oczami i słuchała jego nonsensu. Rozumiała go — znała go zbyt dobrze. Wiedziała, jak ją przeklina — jak zrzuca na nią tysiące klątw i płacze w środku w tęsknocie za normalnością i niezależnością. Jednak nie umiała odejść. Obiecała przy nim pozostać, choć wielokrotnie proponował jej większe pieniądze za rezygnację.

Dokąd dążyłeś w tym wszystkim Grzegorzu? — Niejednokrotnie zadawano to pytanie, gdy wspominała go daleka rodzina kilkadziesiąt lat później. On sam nie miał żony ani dzieci. Był kawalerem, któremu przyszło żyć z ostrą gosposią i obezwładniającą depresją. Często jednak pisywał listy do swoich starych znajomych i kuzynostwa. Byli to jedyni ludzie, którzy nie patrzyli na niego przez pryzmat jego choroby.

Za młodu spotykał się z nimi w barach, siadał twarzą w twarz i słuchał, jak opowiadali różne historie. Uwielbiał słuchać. Było to znacznie ciekawsze niż trwanie w ciszy.

Pisanie listów pomagało mu wydobywać słowa, których nie umiał wyrazić ustami. Wydobywał je za pomocą długopisu, którego czarny atrament przekształcał chaotyczne myśli w przemyślanie budowane zdania. Słowo wraz ze słowem i te słowa z kolejnymi słowami stawały się pięknymi strukturami, które przybliżały go do poczucia, że jest kimś, a nie nikim.

Jednak na list zwrotny trzeba było czekać. Aniela nie raz zwlekała z zaniesieniem korespondencji na pocztę. Niekiedy cały proces wymiany dwóch wiadomości trwał prawie dwa tygodnie. Nie było to jednak aż tak problematyczne dla Grzegorza.

Prócz listów próbował też uczyć się języka migowego i za jego pomogą porozumiewać się z innymi. Było to jednak nieskuteczne, ponieważ mało kto w niewielkim miasteczku umiał biegle operować gestami, które kryły za sobą szereg konkretnych informacji. Proponował naukę Anieli, by móc łatwiej się z nią komunikować. Pisał jej na kartce, podarował kurs wideo, a ta jedynie przytakiwała głową i wracała do swoich obowiązków jako gosposi.

Czemu Aniela była tak trudno dostępna? Czyżby to był skutek trudnego dzieciństwa? A może praca sama w sobie nie dawała jej tej samej satysfakcji, co wcześniej? Grzegorz niewiele wiedział o sześćdziesięcioletniej kobiecie, z którą przebywał większość dni. Gdybym umiał tylko mówić — powtarzał sobie w myślach. I to był główny powód, dla którego do końca życia nie udało mu się rozszyfrować Anieli. Była dla niego zagadką.

Wracając do poranka: był on ciężki dla mężczyzny, ponieważ poprzedziła go znacznie cięższa noc. Od kilku tygodni Grzegorz męczył się z koszmarami różnego typu — i tymi zahaczającymi o najwrażliwsze linki jego pamięci, i tymi o charakterze zupełnie abstrakcyjnym. Każda noc to były spocone koszule, łzy w oczach i porozrzucane po różnych częściach łóżka poduszki.

Z początku próbował się usprawiedliwić, że ma po prostu gorszy okres i to minie, jednakże straszne sny nie mijały. Były jak uderzenie błyskawicy w drewniany dom. Chata zaczyna płonąć — ogień jest bezlitosny. Z każdą kolejną sekundą przejmuje coraz większą powierzchnię. A drewnianej chacie pozostaje tylko pogodzić się ze swoim losem. Odmawia ostatnią modlitwę i jako nieruchomość ulega transformacji w popiół, po którym będą później deptały niczego nieświadome nogi. Okoliczna młodzież będzie się tam spotykała, aby pić za lepszy czas. Dzieci bez wiedzy rodziców będą uciekały do tego miejsca, aby się skryć i poczuć się wolnymi.

Grzegorz właśnie tak interpretował swoją sytuację. Za fundament własnego rozpadu uważał działalność nieubłaganych koszmarów, które każdej nocy (jak wspomniany ogień) rozprzestrzeniały się po kolejnych szufladach jego wspomnień i zanieczyszczały mu optymizm/radość z życia.

Tego dnia jednak coś w nim pękło. Spojrzał w lustro i ze łzami w oczach próbował sobie powiedzieć, że jest silny — że siła to ostatnie, co mu zostało i nie może tego stracić, bo wtedy będzie zupełny koniec. Brakowało mu w tym momencie rodziców: ojca Filipa, który jako prawnik zapewnił swojej rodzinie dobrobyt i przepisał Grzegorzowi wielką posiadłość, którą zamieszkiwał, ale także matki Anny, która jako dyrektorka biura turystycznego zawsze, po powrocie z pracy, opowiadała swojemu synowi i mężowi ciekawe historie związane z pracownikami i dzieliła się nowymi ofertami wyjazdów, z których niejednokrotnie rodzina korzystała. Wtedy jednak życie miało inne barwy, aniżeli w momencie, gdy mężczyzna analizował ruch swoich oczu w wypolerowanym przez Anielę lustrze.

Postanowił wybrać się na cmentarz, który znajdował się kilka ulic dalej. Jako że jego rodzice byli wierzący, zostali pochowani zgodnie z obrządkiem katolickim nieopodal Kościoła pod wezwaniem św. Franciszka z Asyżu. Śmierć obu rodziców (zmarli w dość krótkim odstępstwie czasu — jakby potrzebowali być obok siebie po drugiej stronie nieba) była bolesna, ale nie na tyle druzgocąca dla Grzegorza, co brak możliwości swobodnego mówienia. Wielokrotnie starał się tłumić nawet ten ból, bo czuł, że nie uzbierał go jeszcze na tyle, by w końcu wybuchnąć i się oczyścić. Była to ciekawa strategia, ale nie na tyle skuteczna, by pozwolić mu wygrać z tęsknotą. Sny o rodzicach płynęły między jego snami o nieopisywalnych krainach. Wszystko się mieszało — tworzyło burzę, w czasie której mężczyzna nie wiedział, czy powinien się śmiać, czy płakać.

Zakrywanie bólu nie pozwoli Tobie wygrać z tym bólem. To też uświadomił sobie Grzegorz pewnego czerwcowego wieczoru, gdy miał sześćdziesiąt pięć lat i słuchał audycji radiowej poświęconej obchodom Dnia Matki. Z głośnika radia wydobywały się dziecięce krzyki i śmiech dorosłych. Co chwilę dziennikarz zaczepiał nieznajomych i dopytywał się o nic nieznaczące szczegóły. W końcu natrafił na młodego mężczyznę, którego zagadnął:

— Jak pan zamierza obchodzić dzień matki? Kupił pan coś specjalnego?

— Nie — odpowiedział krótko.

— A zamierza pan coś kupić?

— Nie — ponownie odpowiedział.

— No ale chyba zabierze pan swoją mamę na nasz dzisiejszy festyn?

— Nie zabiorę.

— Och, a czemu? — zapytał, lekko się podśmiewując, dziennikarz.

— Bo mojej mamy już nie ma.

I cisza. Cisza, która najlepiej podsumowała los tych, którzy nie mogli obchodzić takie Dnia Matki, Ojca, Babci czy Dziadka.

Jeszcze przez kilka kolejnych lat Grzegorz zastanawiał się, dlaczego ten człowiek pojawił się na przygotowaniach do festynu. Dlaczego zamiast odejść, postanowił wydusić z siebie coś, co dla wielu byłoby nie do przełknięcia? Czyżby cukierkowy świat był pretekstem do konfrontacji z bólem, który (zapewne) trzymał w sercu przez kilka dobrych lat? Wszystkie te pytania pozostawił bez jednoznacznej odpowiedzi, co tym bardziej odbijało się na jego niestabilnej już wtedy psychice.

Mamo… tęsknię. Tato… gdzie jesteś? — słowa, z którymi budził się każdego dnia przez kilka miesięcy po śmierci ostatniego z rodziców (taty). Zanim jednak odszedł, starał się spędzić jak najwięcej czasu ze swoim niemówiącym synem. Opowiadał mu różne historie, tańczył z nim do piosenek w pokoju dziennym i jadł gotowane przez kamerdynera obiady.

Ból jest wymiarem. Tęsknota to ból. Ból jest zawsze.

Grzegorz potrzebował wyjść. Przewietrzyć się. Nie chciał znowu siedzieć w domu i słuchać narzekań Anieli. Potrzebował świata zewnętrznego. Jego świat wewnętrzny był rdzawy — prędzej czy później stałby się kupą złomu.

Około godziny jedenastej wyjął z szafy szary włoski płaszcz. Na głowę założył ciemny kapelusz pozostawiony po ojcu. Wyperfumował się (jakby co najmniej szykował się na jakieś wesele), a dopiero na końcu założył lekko zniszczone mokasyny.

Przechodząc przez kuchnię, spotkał się ze wzrokiem zaciekawionej Anieli. Gosposia zapytała:

— A gdzie się wybieramy?

Grzegorz jedynie przełknął ślinę. Po chwili spróbował coś wybełkotać, jednakże było to dla niego tak ciężkie, że zaniechał dalszych prób. Począł więc głęboko wpatrywać się w oczy kobiety.

— Dobrze rozumiem? Na groby?

Kiwnął twierdząco głową. Kilkanaście lat znajomości pozwoliło Anieli lepiej zrozumieć niezrozumiały język mężczyzny. Często podejmowała się prób rozszyfrowania poszczególnych sylab w całokształcie jego glosolalii. Oczywiście mogła go poprosić o napisanie albo o pokazanie przy pomocy gestów, co ma na myśli, jednakże czuła, że nie ma na to czasu i wolała się po prostu domyślać.

Grzegorz zostawił za sobą kuchnię i wyszedł na zewnątrz. Pod jego ciężarem cicho chrzęściły kamyki wyścielające dróżkę do furtki. Gdy ją minął, stanął na opustoszałej szosie, która niczym szara wstęga przecinała okolicę usianą niewielkimi domkami.

Krocząc w zupełnej ciszy, obserwował miasteczko, które zdawało się żyć własnym życiem, zupełnie obok niego. Choć mgła nie była gęsta, skutecznie utrudniała orientację w terenie. Podczas całej drogi mężczyzna polegał wyłącznie na pamięci, która tym razem go nie zawiodła. Skręcił w lewo, potem w prawo, a później znów w lewo, aż wreszcie jego oczom ukazał się niewielki znak wskazujący drogę na pobliski cmentarz.

Kiedy Grzegorz w końcu dotarł na miejsce, ogarnął go niepokój — zupełnie tak, jakby naprawdę miał stanąć twarzą w twarz z rodzicami. Chcąc zrzucić z siebie napięcie, wziął głęboki wdech i wypuścił powietrze z głośnym westchnieniem, nie zważając na ludzi, którzy, wyrwani z zadumy, posłali mu zdziwione spojrzenia.

Spacerując cmentarnymi alejkami, z mimowolnym ukłuciem żalu przyglądał się obcym grobom, znacznie bardziej zadbanym niż mogiła jego bliskich. Krwistoczerwone tulipany, strojne wiązanki z elementami złota i setki płonących zniczy sprawiały, że czuł się raczej jak na luksusowej wystawie, niż w miejscu, gdzie w zimnej ziemi spoczywały tysiące ludzkich szkieletów — zarówno tych wciąż pamiętanych, jak i tych dawno zapomnianych.

W końcu znalazł się przy grobie, na którym widniało tak dobrze znane mu nazwisko. Pochylił się ku wyrzeźbionemu kamieniowi, a następnie powoli się przeżegnał. W jego umyśle ożyły wspomnienia, których głównymi bohaterami byli rodzice: ojciec w eleganckim garniturze i mama w pięknej sukni, trzymający się za ręce. Odwracali się i uśmiechali do małego Grzegorza, który starał się dotrzymać im kroku. W oczach mężczyzny wezbrały łzy. Mamo… tato… tęsknię — pomyślał. Z trudnością spojrzał w niebo, przykryte szarzyzną ołowianych chmur. Gdybyście tylko tu byli. Gdybym mógł się do was przytulić. To by mi wystarczyło. Nie potrzebuję niczego więcej, byle tylko zobaczyć was na minutę — krzyczał w duchu, chwytając się za łomoczące serce.

Cisza była wymowna. Czuł się tak, jakby na świecie nie pozostał nikt poza nim. I w gruncie rzeczy — był sam. Świat zazwyczaj wydawał się taki mały, lecz w tamtej chwili przytłaczał swoim bezmiarem — był wielki i pusty. Pusty i płaski. Świat staje się niczym, gdy nie można go z nikim dzielić.

Gdzie podziali się rodzice Grzegorza? Fizycznie: spoczywali w ziemi, lecz metafizycznie? To zawsze zależy od człowieka — od jego wierzeń i wiedzy. Spojrzał w niebo… Czy to w nim kryły się ich dusze? Ale za błękitem czaił się kosmos, a za kosmosem? Pustka. Pustka równie dojmująca jak ta, która wypełniała jego codzienność. Czy to oznaczało, że został na świecie zupełnie sam? I tak, i nie. Z punktu widzenia religii miał przecież towarzystwo. Opierając się na twardych faktach, również nie był samotny — w domu czekała na niego oddana Aniela. Jednak w głębi własnych myśli czuł całkowitą izolację, wynikającą z jego własnych przekonań. Nie wierzył w Boga, który miałby czuwać nad jego wyniszczonym ciałem i zdartym głosem. Nie kłaniał się Buddzie, nie składał ofiar. Wyznawał nicość, a będąc w pełni świadomym tej pustki, nie potrafił poddać się żadnej wierze.

Stał nad grobem kilkanaście minut. W bezruchu obserwował nieruchomy grób i wyobrażał sobie, jak stoją przy nim jego rodzice.

Potem pozostało mu tylko udać się do domu. Nie miał innego celu na ten dzień. Chłodny wiatr zaczął być dla niego dotkliwy. Przez nieszczelne mokasyny odczuwał zimno, które rozchodziło się po całym jego ciele. Ponownie założył kapelusz na głowę i wolnym krokiem udał się w kierunku wyjścia.

Niejednokrotnie przechodząc obok kogoś, miał ochotę zatrzymać się i powiedzieć dzień dobry. Tylko to i nic więcej. Dać komuś do zrozumienia, że życzy mu lub jej wszystkiego dobrego. Jednak wszystko to było wyłącznie niemożliwym do spełnienia marzeniem. Przeraźliwy nonsens z pewnością bardziej by odstraszył niż zaciekawił. Zaraz potem po miasteczku rozniosłaby się plotka o mężczyźnie, który ma wadę aparatu mowy i straszy ludzi: rodzice pilnowaliby swoich dzieci, by te go nie spotkały i mogły spać spokojnie; dorośli mijając go, udawaliby, że coś innego zwróciło ich uwagę, by skutecznie uniknąć kontaktu wzrokowego. Wszystko byle tylko nie wejść z nim w interakcję.

Dlatego Grzegorz musiał się pilnować. Choć w głębi czuł potrzebę wyplucia z siebie czegokolwiek do kogokolwiek, to wiedział, że może to być dla niego problematyczne w skutkach. W sklepach tylko kiwał głową. Nie chodził do szkoły (edukację domową zaoferowali mu rodzice). Studiował również indywidualnie (posiadając wystarczającą kartotekę medyczną, by uzyskać zgodę na taki tryb studiów). Wszędzie, jednak, czuł, że nie jest to dla niego dobre — że prędzej czy później odbije się to na jego zdrowiu psychicznym, na którym w końcu podupadnie.

Po powrocie zastał Anielę siedzącą na krześle przy stole w jadalni. Słuchała muzyki klasycznej i dopalała papierosa. Jej falowane złote włosy nieznacznie zakrywały część twarzy. Słysząc kroki mężczyzny, lekko się wzdrygnęła. Wymieniła z nim krótkie spojrzenie i bez komentarza ponownie utonęła w dźwiękach nieznanej kompozycji.

Grzegorz zaś zdjął płaszcz, zdjął kapelusz, zdjął mokasyny. Wszedł do swojego pokoju i z impetem (dość niespotykanym wśród starszych ludzi) rzucił się na łóżko, jakby co najmniej przebiegł kilkudziesięciokilometrowy bieg. Usnął. Usnął jak dziecko. Zaczął lekko pochrapywać. Znowu mierzył się z koszmarami, ale tym razem nie przebudzał się tak, jak to miał miejsce ubiegłej nocy. Chociaż połowicznie udało mu się odespać nieprzespane.

Gdy wstał, w drzwiach ukazała się gosposia, która najwyraźniej od dłuższego czasu czekała, aż będzie mogła z nim porozmawiać. W lewej dłoni trzymała niewielką kartkę, na której coś było zapisane. Wyjątkowo poprosiła Grzegorza, by ten wyjął notes i długopis. Ten, bez żadnego wyrazu sprzeciwu, dostosował się do jej oczekiwań i zaraz potem usiedli obok siebie na łóżku.

— Potrzebujesz pomocy… — zaczęła, a mężczyźnie zaszkliły się oczy.

Rozdział II

Jestem silna… jestem silna… — powtarzała sobie Aniela przed lustrem, wkraczając właśnie w swoją dwudziestą drugą wiosnę. Głęboko w to wierzyła.

Wywodziła się z biednego domu, a wychowywała ją głównie babcia. Utrzymywał je ojciec, pracujący ciężko na budowie, by związać koniec z końcem. Mała Anielka była dla niego kimś znacznie więcej niż tylko kłopotem finansowym — była jedyną osobą, która akceptowała go w pełni takim, jakim był.

Ojciec Anieli nie grzeszył urodą, co córka po nim odziedziczyła. Niejednokrotnie jednak powtarzał jej, że to nie twarz jest wyznacznikiem piękna, lecz charakter — to, co kryje się w środku. Aniela w to uwierzyła i kurczowo się tej myśli trzymała. Jako mała dziewczynka, widząc smutek na twarzy ojca, często podchodziła do niego i pytała:

— Czemu jesteś smutny? Masz taki piękny uśmiech, tatusiu.

Do jego oczu napływały wtedy łzy, ale z wymuszonym opanowaniem odpowiadał:

— To po prostu gorszy dzień w pracy.

Niestety, ojciec Anieli nie dożył jej dorosłości. Zmarł stosunkowo młodo i niespodziewanie. Nastolatka całkowicie powierzyła swój los babci, która ze stoickim spokojem wychowywała stonowaną wnuczkę. Nie tylko nauczyła ją szyć, ale też przekazała jej wiele życiowych prawd o mężczyznach, przestrzegając przed zachowaniami, które powinna traktować jako sygnał alarmowy. Aniela słuchała z uwagą, kiwała głową i starała się wcielać te rady w życie.

Ta wzajemna troska stała się dla dziewczyny na tyle naturalna, że postanowiła poświęcić się jej także w dorosłym życiu. Po ukończeniu szkoły średniej rozpoczęła naukę na kierunku związanym z opieką nad osobami starszymi.

Spędzała ze swoimi podopiecznymi mnóstwo czasu. Zaczęła pracę w domu seniora, gdzie pomagała w codziennych czynnościach: sprzątała, asystowała przy myciu, poprawiała pościel, ale też oglądała z nimi seriale i żywo dyskutowała. Wielu staruszków nazywało ją aniołkiem, co tylko dodawało jej skrzydeł i utwierdzało ją w przekonaniu, że nie chce rozstawać się ze swoim zawodem.

W czasie, gdy pracowała w ośrodku, wydarzyło się najgorsze — babcia odeszła na zawsze. Aniela nie płakała z powodu utraty kogoś, kto nauczył ją życia. Płakała, bo dotarło do niej, że została zupełnie sama. Wracając do starej kamienicy nieopodal rynku, czuła, jak jej mieszkanie, niegdyś wypełnione dźwiękiem grającego telewizora, popada w agonię. Widziała pajęczyny, które z każdym dniem stawały się coraz większe. Widziała kurz osadzający się coraz grubszą warstwą na niemytych powierzchniach. Niemal widziała też tę ciszę, teraz o wiele bardziej namacalną i przerażającą.

Z czasem wracała do mieszkania wyłącznie po to, by się przespać. Większość swojego wczesnego dorosłego życia spędzała w domu seniora, zagłuszając tęsknotę w najprostszy możliwy sposób — zakładając maskę zatroskanej opiekunki. Nie miała ochoty rozmawiać o swoim prywatnym życiu. Gdy któraś z pań prosiła o opowieść z weekendu, Aniela często snuła całkowicie fikcyjne historie. Miała wyrzuty sumienia, że kłamie, ale ulga płynąca ze świętego spokoju i uniknięcia konieczności otwierania się przed innymi była znacznie silniejsza.

W wieku dwudziestu dziewięciu lat zrezygnowała z pracy w domu seniora. Postanowiła skupić się na opiece indywidualnej. Tak natrafiła na ogłoszenie dotyczące opieki nad siedemdziesięcioletnią kobietą — panią Marią. Ostatecznie sprzedała odziedziczone mieszkanie i na stałe wprowadziła się do staruszki.

Pani Maria była współczesną wersją Ojca Goriot (a przynajmniej w pewnym stopniu). Została opuszczona przez dwóch synów, którzy wyjechali za granicę, odcinając się od dotychczasowego życia, by rozpocząć nowe. Bogaci i piękni, mieli wszystko, czego pragnęli, a przy tym całkowicie zaniedbali samotną matkę. Przesyłali jej trochę pieniędzy, ale bez słowa komentarza — jakby była tylko kolejną pozycją na liście, którą trzeba odhaczyć i o niej zapomnieć.

Pewnego dnia pani Maria spisała ogłoszenie na lekko pogniecionej kartce A4. Z powodu pogarszającego się zdrowia prosiła o opiekę, oferując wysoką stawkę i zakwaterowanie w jednym z pokojów synów. Tak trafiła na nie Aniela, która bez dłuższego namysłu zadzwoniła do staruszki, by umówić się na rozmowę kwalifikacyjną. Znalazła to ogłoszenie w jednym z miejskich parków — przybite do pnia starej brzozy. Jasna kora drzewa wręcz lśniła w blasku złotych promieni słońca, które z trudem przebijały się przez liczne prześwity między liśćmi okolicznych drzew, rzucając na alejkę ciepłe światło.

Już podczas pierwszej, wstępnej rozmowy telefonicznej pani Maria i Aniela błyskawicznie znalazły wspólny język. To, co miało być zaledwie krótką wymianą podstawowych informacji, niepostrzeżenie przerodziło się w długą, kilkudziesięciominutową konwersację. Rozmowa obfitowała w zaskakująco szczere wyznania; z obu stron wyraźnie dało się wyczuć głęboką, skrywaną dotąd chęć odnalezienia ludzkiej bliskości. Zaledwie dzień później Aniela po raz pierwszy przekroczyła próg mieszkania staruszki. Niedługo potem wprowadziła się tam na stałe, z pełnym oddaniem poświęcając swój czas opiece nad zagubioną w samotności kobietą.

Praca u pani Marii okazała się dla Anieli znacznie głębszym i ciekawszym doświadczeniem niż rutyna w domu seniora. Nie polegała już na ciągłym lawirowaniu między podopiecznymi, nieustannym dostosowywaniu się do wciąż nowych charakterów i — co tu kryć — nie wiązała się ze sztywnymi ramami narzuconej odgórnie umowy, która tak bardzo ją ograniczała. Przebywając ze staruszką sam na sam, czuła się o wiele bardziej wolna. Złapała się nawet na tym, że stała się bardziej skora do opowiadania o sobie, czego przecież tak starannie unikała przez ostatnie kilka lat.

Co więcej, okazało się, że pani Maria kojarzyła z widzenia babcię Anieli. Ten drobny fakt niesamowicie je do siebie zbliżył. Godzinami mogły wracać do przeszłości, snując długie, przeplatane nostalgią historie. Młoda opiekunka wreszcie odnalazła to, czego brakowało jej od tak dawna — poczuła prawdziwą, nieudawaną bliskość. Staruszka z kolei zaczęła patrzeć na nią jak na córkę, której nigdy nie było jej dane mieć. Niekiedy w rysach dziewczyny próbowała doszukiwać się twarzy swoich synów, plącząc w głowie ich obrazy i zniekształcając wspomnienia. Mimo tych momentów zagubienia czuła się przy niej nieporównywalnie lepiej niż w trakcie tych krótkich, lodowatych wizyt, gdy jej rodzeni synowie wpadali na kilka minut, siedzieli w milczeniu i zaraz odjeżdżali.

Mijały tygodnie. Potem miesiące, a w końcu lata. Aniela przywiązała się do pani Marii do tego stopnia, że naturalnie zaczęła mówić do niej „ciociu”. W tym cieple i zażyłości całkowicie zapomniała o zawodowym dystansie i etyce pracy, która raczej odradza tak bliskie relacje z podopiecznymi. To zatarcie granic powoli zaczęło stawać się źródłem coraz głębszych zmartwień, zwłaszcza w obliczu pogarszającego się zdrowia staruszki. Pani Maria wkraczała w sędziwy wiek; wkrótce miała świętować swoje osiemdziesiąte piąte urodziny. Stawała się z dnia na dzień coraz bardziej osłabiona, a jej pamięć coraz częściej szwankowała. Paradoksalnie, o samej Anieli oraz o swoich synach pamiętała doskonale. Każdego wieczoru obie kobiety siadały przy stole w jadalni, oddając się długim dyskusjom o wydarzeniach ze świata. Dzieliły się uwagami o polityce, słuchały radia i żywo komentowały wieczorne audycje. Wszystko to było jednak tylko smutnym pozorem normalności. Od pewnego czasu pani Maria, podobnie jak w mrocznych dniach przed poznaniem Anieli, nieustannie ubolewała nad obojętnością swoich dzieci. Zaczęła popadać w coraz większą paranoję — godzinami potrafiła wyobrażać sobie scenę, w której jeden z synów nagle zjawia się w drzwiach i błaga ją o wybaczenie za wszystkie dawne grzechy i zaniedbania. Z kolei Aniela czuła rosnące, powolne wypalenie. Niespodziewanie zaczęło jej brakować tej samej różnorodności i dynamiki domu seniora, na którą przecież tak bardzo kiedyś narzekała. Brakowało jej również ojca, którego obraz — dotąd skrzętnie chowany — dopiero w otoczeniu wspomnień snutych u boku pani Marii odnalazł drogę powrotną i wygodnie usadowił się w jej zmęczonej gonitwą myśli głowie.

Pewnego rześkiego, kwietniowego poranka Aniela wybrała się na swoje cotygodniowe zakupy do pobliskiego supermarketu. Chwytając wielką, materiałową torbę i portfel, pożegnała się w drzwiach z zamyśloną staruszką, która tego dnia od samego rana nie była zbytnio skora do rozmowy.

Pokonując drogę miarowo stukoczącym tramwajem, kobieta zawiesiła wzrok na pewnej parze nastolatków. Młodzi bez grama skrupułów czy zawstydzenia wyznawali sobie miłość poprzez te najprostsze, najbardziej naturalne gesty. Aniela zwróciła szczególną uwagę na ich lekko blade dłonie — dłonie zaskakująco podobnej wielkości — które splotły się ze sobą w uścisku, którego wcale nie zamierzali rozluźniać. W ich wpatrzonych w siebie oczach dostrzegła iskrę czystego romantyzmu, zarezerwowaną wyłącznie dla ludzi głęboko i beztrosko zakochanych.

Ten niepozorny, piękny obrazek skłonił ją do gorzkich refleksji nad sensem własnego życia. Obserwując tych rozpromienionych młodych ludzi, uderzyło ją z nagłą mocą, że przez wszystkie swoje lata ani razu nie doświadczyła czegoś podobnego — czegoś, co teraz rozgrywało się tuż przed nią, w samym środku szarego, zwykłego dnia. Te proste, młodzieńcze gesty wydały jej się nagle tak wyjątkowe i pełne magii, że w głębi duszy sama zapragnęła się w kimś szaleńczo zakochać. Jednocześnie jednak przytłaczało ją dojmujące poczucie, że na takie zrywy serca jest już po prostu za późno. Zadawała sobie w duchu pytanie: dlaczego tak bez reszty oddała się opiece nad obcymi, starszymi ludźmi? Czy to właśnie był jej własny, nieco zniekształcony sposób na wyrażanie miłości? I czy w ogóle dało się porównać takie chłodne oddanie do żywego uczucia między kobietą a mężczyzną — do tej pierwotnej miłości napędzanej pożądaniem i fascynacją? Wszystkie te dylematy przemykały przez jej głowę niczym samochody w godzinach szczytu, pędzące jedną z najbardziej zakorkowanych ulic miasta. Za wszelką cenę próbowała samej sobie wytłumaczyć, w którym właściwie momencie tak bardzo zboczyła z własnej drogi i dlaczego tak naprawdę nigdy nie zainteresowała się na poważnie ani żadnym mężczyzną, ani nawet kobietą.

Gdy w końcu młoda para wysiadła na jednym z przystanków, Aniela oderwała myśli i spróbowała przenieść uwagę na cokolwiek innego. Zaczęła bezwiednie obserwować auta jadące tuż za oknem sunącego tramwaju. Spoglądała na ukryte za szybami twarze zdeterminowanych ludzi, którzy wyraźnie zmierzali do jakiegoś z góry określonego celu. „Gdybym miała własny samochód, pewnie wyglądałabym dokładnie tak jak oni” — przeszło jej przez myśl. Prawie od razu uśmiechnęła się do siebie z rozbawieniem, bo wizja ta wydała jej się w tym momencie całkowicie absurdalna i abstrakcyjna. Nigdy nie należała do fanek motoryzacji, podobnie zresztą jak nie przepadała za ciągłym tłuczeniem się po mieście zatłoczoną komunikacją miejską. Na co dzień najchętniej wybierała spokojne, długie spacery lub jazdę na rowerze. Kiedy jednak nadchodził czas na zrobienie cięższych, cotygodniowych zapasów, rozsądek brał górę — wiedziała, że dźwiganie toreb byłoby wyczerpujące, że wolała oszczędzić sobie tego niepotrzebnego i ponadprogramowego wysiłku.

Gdy w końcu dotarła do supermarketu, od razu zabrała się za kompletowanie potrzebnych produktów. Przemierzając kolejne sklepowe alejki, obserwowała w skupieniu innych ludzi, którzy — podobnie jak ona — poszukiwali odpowiednich towarów. Jej wzrok przyciągali zwłaszcza ci starsi, wyglądający na mocno zagubionych, zupełnie jakby przerosło ich tak proste z pozoru zadanie, jak odczytanie własnej listy zakupów. Aniela powstrzymała się jednak przed zaoferowaniem im pomocy. Tłumaczyła sobie, że musi się spieszyć, że ma na głowie inne obowiązki, a angażując się w problemy obcych, w pewien sposób zdradziłaby własną podopieczną.

Po zakupach wsiadła w pierwszy lepszy tramwaj i wróciła nim do domu pani Marii. Obładowana zakupami usiadła na jednym z wolnych miejsc i udała się w krainę obfitych myśli. Wyobrażała sobie różne scenariusze, planowała kolejne dni, kolejne rozmowy ze staruszką. Czuła się, jakby zaplanowała już sobie cały następny tydzień. Jednak powrót do mieszkania gruntownie zmienił jej plany.

Kiedy wchodziła po schodach starej kamienicy, jej jedyną towarzyszką była głucha cisza. Odprowadziła ją aż pod same drzwi. Kobieta wyjęła klucz, przekręciła go w zamku i zdecydowanym ruchem nacisnęła klamkę. Z lekkim uśmiechem na twarzy weszła do przedpokoju i zawołała: „Już jestem!”. Odpowiedziała jej jednak tylko ta sama, nieprzenikniona cisza. Wzruszyła ramionami i przeszła do kuchni, by odłożyć torbę z zakupami. Następnie skierowała kroki do salonu, ale i tam zastała wyłącznie pustkę. „Gdzie podziała się pani Maria? Czyżby postanowiła gdzieś wyjść? Przecież to niemożliwe, zabrałam ze sobą klucze…” — mruczała do siebie z narastającą konsternacją.

Zaniepokojona, zaczęła przeszukiwać całe mieszkanie. Zajrzała do łazienki, w której panował mrok i równie niepokojący spokój. Po staruszce nie było tam najmniejszego śladu. Wreszcie, z sercem podchodzącym do gardła, zbliżyła się do sypialni pani Marii. Początkowo niepewnie nacisnęła klamkę, a gdy powoli uchyliła drzwi, jej oczom ukazał się makabryczny obraz — widok, który miał wypalić się w jej pamięci już do końca życia. Pani Maria leżała bezwładnie na podłodze. Obok jej lewej dłoni, na której ciężko opierała się głowa staruszki, walało się puste opakowanie po silnych lekach nasennych. Aniela zamarła z przerażenia. W pierwszej chwili nie potrafiła zrobić absolutnie nic — nie mogła wykonać najmniejszego kroku, a zszokowany umysł nie pozwalał na wykrzesanie z siebie jakichkolwiek emocji. Dopiero po bolesnej chwili wahania wybuchła głośnym, histerycznym płaczem. Był on tak potężny i wymowny, że wstrząsnął całym jej ciałem, wywołując gwałtowny dreszcz.

Siedziała zapłakana obok nieruchomego ciała staruszki i łkała: Czemu ona!? Czemu!? — nie umiała sobie wytłumaczyć, dlaczego zdecydowała się to zrobić akurat tego dnia i bez jakiegokolwiek pożegnania. Zostawiła ją całkiem samą. Aniela znowu została zupełnie sama.

Dopiero po kilku długich godzinach odzyskała świadomość i siły na tyle, by wezwać pogotowie ratunkowe. Łamiącym się, drżącym głosem podała dyspozytorowi adres i swoje dane, a następnie w grobowej ciszy wyczekiwała przyjazdu karetki. W międzyczasie bezmyślnie, niemal mechanicznie gładziła lodowatą dłoń swojej jedynej przyjaciółki. Robiła to z taką delikatnością, jakby wciąż podświadomie liczyła na to, że staruszka dzięki temu nagle się wybudzi i znów zaczną ze sobą rozmawiać o tym, co tylko ślina przyniesie na język.

Później nadszedł czas na chłodne formalności. Był to chyba najgorszy z etapów, ponieważ w starciu z bezduszną papierologią Aniela całkowicie traciła kontakt z rzeczywistością. Zamieniła się w pozbawionego uczuć robota, który mechanicznie składał podpisy na kolejnych dokumentach i bez emocji wyjaśniał ratownikom, co zastał po powrocie z zakupów.

Pierwsze noce po tragedii okazały się prawdziwym koszmarem. Dręcząca, nieprzerwana bezsenność uniemożliwiała jej zregenerowanie sił, a przecież wiedziała, że nie może w nieskończoność tkwić w tym mrocznym zawieszeniu. Za każdym razem, gdy tylko zamykała wycieńczone oczy, pod powiekami natychmiast materializował się obraz martwej pani Marii. Za wszelką cenę próbowała racjonalnie wytłumaczyć sobie, co właściwie popchnęło staruszkę do tego kroku. Wracając pamięcią do ich dawnych rozmów, starała się wyczytać cokolwiek między wierszami. Aniela nie była jednak wszechwiedzącym narratorem w powieści — nie potrafiła dostrzec tych dyskretnych sygnałów, które zazwyczaj podaje się czytelnikowi na tacy na długo przed ostatecznym punktem kulminacyjnym.

Kiedy w końcu, przynajmniej częściowo, doszła do siebie, zauważalnie ochłonęła. Zaczęła stawać się coraz bardziej obojętna i zdystansowana. Nie pałała już do swojej pracy tą samą iskrą i miłością, co dawniej. Na jej twarzy coraz częściej malował się ponury grymas, który dodatkowo uwydatniał głębokie zmarszczki, postarzając ją w oczach świata.

Przez kilka lat błąkała się po różnych domach, ale nie odczuwała już wcześniejszej satysfakcji. Mimo wszystko stała się czujniejsza. Analizowała każdy krok osoby, którą się opiekowała. Starała się działać, gdy tylko zauważała niepokojące sygnały. Potrzebowała odpokutować za to, co zrobiła, a przynajmniej za to, co uważała za swoją winę.

Zwracała uwagę na odchylenia. Badała nietypowe zachowania. Obserwowała kroki. Próbowała czytać między wierszami. Wszystko robiła, aby w odpowiedniej chwili zareagować i uratować kogoś, zanim będzie za późno. Zresztą, sama też starała się sobie pomóc. Po śmierci pani Marii udała się do psychologa, gdzie próbowała walczyć ze swoim wnętrzem i wyrzutami sumienia. Niejednokrotnie tam wylewała łzy — łzy, które dotąd umiała wylać w domowym zaciszu, gdy była w stu procentach pewna tego, że była sama. Sesje przyniosły oczekiwane efekty, ale i tak nie przywróciły dawnej Anieli. Już nigdy nie zbliżyła się do nikogo tak bardzo, jak do pani Marii. Już nigdy nie czerpała z pracy takiej satysfakcji.

W wieku pięćdziesięciu lat Anieli przyszło zmierzyć się z kolejnym wyzwaniem, które niepostrzeżenie miało przerodzić się w pracę na pełen etat. Przebywając w zupełnie innym mieście i pracując w tamtejszym domu seniora, usłyszała od jednego z podopiecznych, że jego młodszy kuzyn niedawno stracił ojca i pilnie potrzebuje pomocy w codziennych obowiązkach. Zaintrygowana kobieta postanowiła delikatnie podpytać pana Gracjana — bo tak właśnie miał na imię ów staruszek — czy ta oferta wciąż pozostaje aktualna. Sama nie wiedziała, dlaczego, ale dziwnym trafem poczuła przemożną, wewnętrzną potrzebę, by ponownie zaopiekować się kimś tak, jak opiekowała się panią Marią. Choć przez lata zdążyła już nauczyć się żyć z ciężarem jej braku, wciąż głęboko za nią tęskniła. Tym razem chciała udowodnić samej sobie, że podoła zadaniu i za wszelką cenę nie dopuści do powtórzenia tego samego, tragicznego w skutkach błędu, do którego doszło tamtego pamiętnego dnia.

Pan Gracjan, nie zadając żadnych zbędnych pytań, wręczył Anieli numer telefonu, by mogła bezpośrednio skontaktować się z jego kuzynem, panem Grzegorzem.

— Zanim jednak zadzwonisz, muszę cię o czymś uprzedzić — zreflektował się nagle pan Gracjan, jakby w tej samej sekundzie doznał jakiegoś olśnienia.

— Tak? O co chodzi?

— Jest pewien problem. Właściwie powinienem był zacząć od tego na samym początku. Ten mój kuzyn ma bardzo duże trudności z mówieniem.

— Jak duże?

— Do tego stopnia, że w zasadzie bełkocze. Coś tam wprawdzie da się wyłapać, ale najczęściej trzeba się po prostu domyślać reszty.

— Dobrze, że w ogóle mi o Pan o tym wspomina. Gdybym zadzwoniła bez tej wiedzy, pewnie uznałabym to za pomyłkę i od razu bym się rozłączyła.

Słysząc to, pan Gracjan wyraźnie się zawstydził.

— No, w porządku — dodała pośpiesznie Aniela, by przerwać niezręczną pauzę. — Postaram się jakoś z nim porozumieć. Może akurat dam radę. A w razie czego… mogłabym prosić o jego adres? Wie pan, tak na wszelki wypadek, gdybym przez telefon kompletnie niczego nie zrozumiała?

W tym momencie wyraźnie uradowany mężczyzna czym prędzej podreptał po skrawek papieru. Starannymi, drukowanymi literami zapisał na nim adres domu, który, jak się wkrótce okazało, znajdował się na spokojnych przedmieściach.

Rozmowa telefoniczna z panem Grzegorzem była niezwykle wyczerpująca, ale ostatecznie przyniosła pożądany efekt. W gąszczu plączących się sylab i niezrozumiałych dźwięków Anieli udało się wyłowić najistotniejsze kwestie. Niemal od razu zadeklarowała swój rychły przyjazd, by móc odbyć tę rozmowę twarzą w twarz. Słysząc w słuchawce, z jak ogromnym wysiłkiem nieznajomy mężczyzna starał się formułować najprostsze słowa, poczuła nagłe ukłucie w sercu — emocję, której nie doświadczyła już od bardzo dawna. Postanowiła, że pomoże mu bez względu na wszystko. Zdawała sobie sprawę, że czeka ją wyjątkowo trudne zadanie, ale głęboko wierzyła, że jej stała obecność uchroni tego człowieka przed ostatecznym upadkiem. Tym samym upadkiem, który stał się udziałem spoczywającej już na cmentarzu pani Marii.

Niepewnie podeszła do masywnych, podwójnych drzwi i nacisnęła dzwonek. W głębi domu rozległa się przyjemna, wpadająca w ucho melodia. Chwilę później skrzydło uchyliło się, a w progu stanął około sześćdziesięcioletni mężczyzna. Jego lekko przyprószone siwizną włosy wyraźnie zdradzały, że powoli wkraczał już w smugę cienia. Ubrany był w elegancką, bordową koszulę, a w dłoni swobodnie trzymał pustą szklankę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.62
drukowana A5
za 27.6