E-book
6.83
drukowana A5
28.56
drukowana A5
kolorowa
54.63
Von Richthofen 1918-2018

Bezpłatny fragment - Von Richthofen 1918-2018

Objętość:
151 str.
ISBN:
978-83-8155-509-8
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 28.56
drukowana A5
kolorowa
za 54.63

Autorzy tekstów: Joachim Castan, Jasper Freiherr von Richthofen, Albert Rokosz, Alicja Sułkowska


Koncept i redakcja: Alicja Sułkowska

I Korekta: Przystanek Dolny Śląsk

II Korekta: Albert Rokosz

Patronat medialny:

LOTNICTWO — profesjonalny magazyn poświęcony historii, współczesności i perspektywom lotnictwa wojskowego, cywilnego oraz kosmonautyce. Ukazuje się od 1998 roku. W czasopiśmie prezentowane są obszerne i bogato ilustrowane monografie samolotów wojskowych i cywilnych statków powietrznych, artykuły poświęcone węzłowym problemom lotnictwa i kosmonautyki, opisy sił powietrznych poszczególnych krajów, najciekawszych kampanii, operacji i bitew lotniczych, historie jednostek, sylwetki ludzi lotnictwa, sprawozdania z najważniejszych imprez lotniczych w kraju i na świecie oraz aktualności i ciekawostki lotnicze. Silną stroną czasopisma jest doborowy zespół autorów, który gwarantuje rzetelność oraz wysoki poziom merytoryczny prezentowanych treści.

Każdy numer liczy 100 stron.

Więcej na naszej stronie internetowej: www.magnum-x.pl


Zamiast wstępu

Gdy pod koniec kwietnia 1918 roku świat obiegła informacja o śmierci słynnego Czerwonego Barona, dziennikarze i politycy nie tylko w Europie, ale i w Stanach Zjednoczonych i Australii przewidywali, że choć Richthofen zginął, jego legenda trwać będzie jeszcze przez długie lata. I nie pomylili się.

Już bowiem w kilka lat po zakończeniu I wojny światowej postać Richthofena na powrót zagościła na pierwszych stronach gazet i, co najważniejsze, w mentalności samych Niemców. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że stworzony przez propagandę obraz Czerwonego Barona, odkąd po raz pierwszy spotkał się z entuzjastyczną reakcją czytelników, nigdy nie opuścił ich podświadomości. To zaś chętnie wykorzystywano, zarówno w polityce, jak i w marketingu, czyniąc z Richthofena znakomitą reklamę produktów wszelkiego rodzaju. Zjawisko to szczególnie przybrało na sile po roku 1933, gdy mit Manfreda von Richthofena stał się niewątpliwie centralnym aspektem historycznej propagandy narodowych socjalistów. Angażował bowiem zarówno młodzież, w której liczne publikacje na temat Wielkiej Wojny miały obudzić ducha walki, jak i wszystkich zainteresowanych lotnictwem czy służbą w Luftwaffe. Ten znaczny wzrost zainteresowania przyczynił się do tego, że po roku 1945 dyskurs richthofenowski, jako silnie związany z nazistowską ideologią, ucichł na kilka lat, tylko po to jednak, by wkrótce znów wrócić do łask, tym razem w kręgu anglojęzycznym.

Tą właśnie długowiecznością legendy i mitu Manfreda von Richthofena zajmują się zebrane w poniższej publikacji teksty. Spoglądając na postać słynnego pilota z różnych perspektyw, von Richthofen 1918—2018 ma za zadanie zwrócić uwagę Czytelnika na zróżnicowanie przekazów medialnych i kulturowych przez wszystkie lata oraz zainteresować Go nowymi i nierozwijanymi dotąd próbami sportretowania słynnego Czerwonego Barona.

Zebrane w książce artykuły badają i wyjaśniają zachodzące na przestrzeni stulecia procesy, dzięki którym mit Manfreda von Richthofena trwa i rozwija się nieustannie, choć ze zróżnicowaną dynamiką. Sam tytuł von Richthofen 1918—2018 sygnalizuje już pewną ciągłość, ze względu na którą kreowany i promowany współcześnie wizerunek Richthofena stanowi niejako fuzję wszystkich stosowanych dotychczas dyskursów i związanych z nimi reakcji odbiorców. Otwierający całość tekst autorstwa Jaspera von Richthofena przybliża Czytelnikowi, jak współcześnie wygląda życie członków rodziny, której nazwisko nierozerwalnie związane jest z postacią Czerwonego Barona. Biograf Manfreda von Richthofena, Joachim Castan, który jako pierwszy historyk miał okazję skorzystać z rodzinnych archiwów Richthofenów, w swoim artykule Manfred von Richthofen — legenda 1918—2018, opisuje i podsumowuje swoje dotychczasowe badania oraz to, w jaki sposób mit Czerwonego Barona ewoluował i był przedstawiany na przestrzeni minionego stulecia. W pierwszym z dwóch swoich tekstów Albert Rokosz przedstawia wnikliwie historię poszczególnych odznaczeń, jakie otrzymał Manfred von Richthofen, w kolejnym artykule zaś zajmuje się opisaniem legendy nie mniej ważnej niż sam pilot, pisze bowiem o tej związanej ze słynnym czerwonym trójpłatowcem. Porównując Fokkera Dr. I z innymi maszynami tego okresu, autor przytacza zarówno dane statystyczne, jak i opinie samych pilotów o poszczególnych samolotach. Z nieco innego punktu widzenia mit Manfreda von Richthofena badają dwa teksty mojego autorstwa. Pierwszy z nich, na przykładzie Czerwonego Barona, ale również Maksa Immelmanna, Oswalda Boelckego i Gottfrieda von Banfielda przygląda się roli, jaką w czasie Wielkiej Wojny i po jej zakończeniu odgrywali w propagandzie piloci myśliwscy. Kolejny artykuł koncertuje się na literaturze pięknej, analizując stworzone przez pisarzy (ale również reżyserów filmowych) wizerunki kobiet towarzyszących Manfredowi von Richthofenowi na kartach powieści biograficznych oraz kreśląc ich znaczenie we współczesnej kreacji mitu Czerwonego Barona i pilotów myśliwskich w ogóle. Całość publikacji pozwala Czytelnikowi na zarysowanie niejako spójnej osi czasu, ukazującej z różnych perspektyw legendę Manfreda von Richthofena, która być może jeszcze przez kolejne stulecie pozostanie tematem obecnym nie tylko wśród historyków wojskowości i lotnictwa, ale i w wyobrażeniach popkulturowych.

Jasper Freiherr von Richthofen: Rodzina von Richthofen między historią, pielęgnowaniem tradycji i teraźniejszością. Relacja z doświadczeń

Co w roku 2014 oznacza być potomkiem rodziny szlacheckiej ze Śląska? A zwłaszcza — co to oznacza w obliczu faktu, iż jej dobra już od niemal 70 lat nie znajdują się w jej posiadaniu, a dwory w najlepszym razie stanowią spuściznę kulturową wschodniego kraju sąsiedzkiego, Polski? Stąd też wśród „wschodniołabskich” rodzin szlacheckich, wypędzonych w 1945 roku, mówi się raczej lekceważąco o „szlachcie z jednego piętra”, która „mieszka w czynszówce” lub już posiada dom jednorodzinny. Ziemia, dwory i zamki w 1945 roku przepadły nieodwracalnie jako własność, lecz także uległy dewastacji. Z uwagi na to wykluczona jest tam już jakakolwiek odbudowa rodzinnej egzystencji, chociaż dzisiaj byłoby to prawnie możliwe. Wyposażenie, meble, biblioteki, obrazy i srebra po większej części również zaginęły lub zostały zniszczone. To i owo można dzisiaj — nierzadko niezidentyfikowane — odnaleźć w zbiorach polskich muzeów, to i owo, łatwo rozpoznawalne z racji herbów, pojawia się na czarnym rynku, w handlu sztuką lub na eBay-u. Cóż więc pozostało jeszcze ze świetności minionych czasów?

Jednak nie tylko blaski przeszłości, w naturalny sposób związane z historią niektórych rodowych nazwisk, rozświetlają teraźniejszość. W przekazach rodzinnej historii można też tu i ówdzie natknąć się na cienie. Chodzi przy tym najczęściej o ciemne miejsca, które w kontekście ucieczek i wypędzeń — zdarzeń tworzących aż do teraz przekazywaną potomkom rodzinną traumę i dominujący wątek kultury pamięci — niekiedy do dzisiaj są niewystarczająco naświetlone i mało obecne w świadomości. W tym kontekście na postawione na wstępie pytanie nie da się odpowiedzieć generalnie w stosunku do „szlachty ze Śląska”, lecz tylko w wymiarze indywidualnym. Dlatego też rozważania niniejsze mają być jedynie rodzajem eseistycznej, osobistej próby zrelacjonowania doświadczeń późnego potomka, który nie dysponuje żadnymi bezpośrednimi odniesieniami do niegdysiejszych „śląskich stron rodzinnych”. Jak to więc jest, kiedy w dzisiejszych czasach nosi się szlacheckie nazwisko, które na domiar — jak w moim przypadku — jest stosunkowo dobrze znane?

Po 1945 roku rodzina von Richthofen i większość jej członków odbudowywała swą egzystencję na najczęściej skromnej bazie materialnej w zachodniej części Niemiec, tworząc zarazem zręby nowej przyszłości. Doświadczenia ucieczek i wypędzeń i wiążąca się z tym utrata materialnych podstaw egzystencji sprawiły, że dotknięte nimi pokolenie kładzie duży nacisk na akademickie wykształcenie potomków. Również partnerzy później urodzonych dzieci ze szlacheckich rodzin nie pochodzą dzisiaj, inaczej niż w czasach przed 1945 rokiem, głównie z kręgów historycznej szlachty. Rodzina von Richthofen — w odróżnieniu od zrzeszeń szlachty i przypuszczalnie od innych rodów — zasadniczo akceptuje nową ustawę o nazwiskach, która między innymi umożliwia kobietom po zawarciu małżeństwa zachowanie nazwiska rodowego, przekazywanie go dzieciom, jak i przyjęcie go przez małżonka.

Krótko mówiąc, rodzina von Richthofen jest dzisiaj nowoczesną, wielką rodziną składającą się z wielu pomniejszych rodzin, która w szczególny sposób pielęgnuje rodzinne więzi. Krewni i kuzynostwo drugiego stopnia, a więc wnuki rodzeństwa dziadków, traktowani są jeszcze jako bliska rodzina. Wyrazem rodzinnych więzów jest również powołanie do życia związku rodziny von Richthofen w charakterze zarejestrowanego stowarzyszenia z demokratycznym statutem, skupiającego w tej chwili ponad 200 spokrewnionych członków. Z okazji tak zwanych zjazdów rodzinnych spotykają się oni co dwa lata w różnych miejscach. Między innymi w 2008 roku również w Görlitz. Być może czytelnika zainteresuje na początek fakt, że dawne tytuły szlacheckie, jak „książę”, „hrabia”, „baron” lub zwykłe „von”, w Niemczech od 1920 roku stanowią stałą część składową nazwiska, dlatego też — w odróżnieniu od Austrii — można je również napotkać w dowodzie osobistym obywatela Republiki Federalnej Niemiec. Do zmarłego tymczasem byłego posła europejskiego z Austrii Ottona von Habsburga zwracano się natomiast w sąsiednim kraju zgodnie z ustawą o nazwiskach „pan Habsburg –Lothringen”, nie zaś „Jego Cesarska i Królewska Wysokość” lub z dodatkiem dynastycznego nazwiska „von Österreich” czy choćby skromnego „von”. W Niemczech wygląda to inaczej, w naszym kraju być może należałoby prawidłowo nazywać go „Otto Prinz von Österreich-Ungarn”. Również sformułowanie „pan von Habsburg” nie byłoby zasadniczo błędne. Ponadto już choćby w obrębie niewielkiej rodziny z tytułem „Freiherr” (baron), jak moja, występują trzy różne formy nazwiska, związane z płcią członków rodziny: ojciec i syn nazywają się „Freiherr” (baron), małżonka „Freifrau” (baronowa), zaś córki „Freiin” (baronówna). Podczas kontroli paszportowej czy przy okazji bukowania międzynarodowych lotów zdarzają się więc niekiedy kuriozalne sytuacje, które mogą nawet opóźnić odprawę. Problemy z nazwiskami mają czasem również urzędy meldunkowe i stanu cywilnego. Kwestie związane z ustawą o nazwiskach wśród szlacheckich rodzin są w każdym razie skomplikowane, czasem nawet dla samych ich członków — ze śląskimi korzeniami lub bez. Często jednak osoby posługujące się takimi nazwiskami mimo to zakładają — co można by błędnie zinterpretować jako arogancję — iż zasady ich stosowania są znane. Przy różnych towarzyskich okazjach oczywiście przedstawiam się krótko „Richthofen”, tak też odbieram telefon. Wiąże się z tym milczące oczekiwanie, że nieznana mi osoba z drugiej strony linii lub ktoś, komu się właśnie przedstawiłem, zwróci się do mnie prawidłowo „pan von Richthofen”, nie zaś „pan Richthofen”, ale również nie „pan baron von Richthofen”. Przedstawianie się samym nazwiskiem wynika po prostu z faktu, że właściwe nazwisko rodowe brzmi rzeczywiście „Richthofen”, bez „von” czy „baron”. Również przy okazji wizyty u lekarza zdarzają się niekiedy zdumiewające sytuacje, kiedy mianowicie w kartotece szuka się teczki pacjenta, a ta zaś — zależnie od stosowanego systemu — może znajdować się pod literą „F” od „Freiherr” lub „R” od „Richthofen”. Niemiecki bibliotekarz natomiast, zgodnie z ustalonymi zasadami, zapisuje zawsze moje publikacje prawidłowo pod „Richthofen, Jasper von”, ewentualnie z dodatkiem „Freiherr”, co wszakże w kręgach akademickich nie jest stosowane. Kiedy wreszcie, po pomyślnym odszukaniu teczki pacjenta, zasiadam w poczekalni i w końcu jestem wywołany: „Pan doktor Jasper Freiherr von Richthofen, gabinet 2”, nierzadko uwaga innych czekających bezwiednie kieruje się na mnie! To aspekt anegdotyczny. Przynależy doń może jeszcze nieuchronne pytanie, zadawane przez młodszych i starszych, czy „właściwie” jestem „spokrewniony” — przy czym pytanie to niekiedy zdaje się nie wymagać żadnego dalszego sprecyzowania przez pytającego. Moja lapidarna odpowiedź brzmi zawsze: „Oczywiście! Wszyscy, którzy się tak nazywają, są ze sobą spokrewnieni — to wielki, straszny klan”. „Aha”!

Pytający miał naturalnie na myśli Czerwonego Barona, Manfreda von Richthofena (1892 — 1918), który po 80 zwycięskich pojedynkach powietrznych, kończących się niemal zawsze śmiertelnie, w 1918 roku w wieku 26 lat zestrzelony został jako pilot myśliwski nad Francją. Ów „bohater” — Manfred może spokojnie funkcjonować w sferze mitu jako wyidealizowana „świetlana postać”, synonim rycerskości, odwagi, honoru i zasad fair play w okresie nieludzkich stalowych nawałnic pierwszej wojny światowej, postać, która z upływem czasu słusznie postrzegana jest jako barwna, wymyślona figura wojennej propagandy cesarza, potem zaś narodowych socjalistów. Jako zadziwiający fenomen można potraktować co najwyżej fakt, że propaganda ta skuteczna była zarówno w szeregach „wrogów”, jak i „przyjaciół”, i być może również na skutek rozmaitych filmowych wersji historii jego życia obecna jest do dzisiaj w Niemczech i w krajach anglojęzycznych. Nawet w śląskiej Świdnicy pielęgnuje się jego pamięć jako wielkiego syna polskiego miasta.

Mało kto pyta natomiast o niewątpliwie ważniejszą osobę — geografa i badacza Chin Ferdinanda von Richthofena (1833 — 1905), który między innymi wprowadził termin „jedwabny szlak”, przewodniczącego berlińskiego Towarzystwa Wiedzy o Ziemi, który w latach 70. XIX wieku po raz pierwszy udokumentował ważne złoża węgla kamiennego w Chinach. Równie małe zainteresowanie budzi Else von Richthofen (1874 — 1973), która w 1900 roku jako jedna z pierwszych kobiet doktoryzowała się u socjologa i ekonomisty Maksa Webera. Nie wspomina się też sekretarza stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych cesarstwa Niemiec i de facto ministra spraw zagranicznych Oswalda von Richthofena (1847 — 1906). Ze szlacheckimi nazwiskami kojarzone są jednak nie tylko pozytywne cechy. W zależności od punktu widzenia, światopoglądu i pochodzenia obserwatora funkcjonują rozmaite uprzedzenia. Ktoś, kto nosi takie nazwisko, musi być z pewnością arogancki, pełen poczucia elitarności i pychy, z pewnością jeszcze nigdy nie pracował fizycznie, zresztą przypuszczalnie nie byłby w stanie, wyrastał na pewno we własnym, przestronnym pokoju dziecinnym, w poczuciu bezpieczeństwa i dobrobycie lub mieszkał w luksusowym internacie. Ponadto potomkowie szlacheckich rodzin noszą ponoć z reguły aż dziesięć imion, jedno bardziej staroświeckie od drugiego — czego jasnym dowodem był choćby niedawny minister obrony zu Guttenberg.

Wizerunki niektórych zawodów zdają się do dzisiaj nie pasować do szlacheckiego nazwiska — hrabia jako taksówkarz czy pielęgniarz, baron jako listonosz, mechanik samochodowy, czeladnik piekarski albo robotnik budowlany? Mniejsze zdziwienie wywołuje oficer Bundeswehry, adwokat, sędzia, makler nieruchomości, doradca ekonomiczny, minister, dyrektor muzeum, leśnik lub rolnik. Również szlachecki dandys — jeśli uznać to za określenie zawodu — z luksusowym penthausem w Monachium czy domem na Majorce i rzekomo zakupionym szlacheckim nazwiskiem, który z upodobaniem prezentuje się w plotkarskiej prasie, nie wywołuje zaskoczenia. Kogoś z „von und zu” w Niemczech sytuuje się ponadto z reguły przynajmniej jako sympatyka chrześcijańskich demokratów lub liberałów, w każdym razie raczej w obozie konserwatywnym niż w szeregach socjaldemokratów, Zielonych czy Lewicy, ale też w żadnym razie na radykalnej prawicy.

Rzecz jasna, w większości przypadków — a odnosi się to również do wschodniołabsko-śląskiej, często mniej zamożnej „szlachty z jednego piętra” — wolno przypuszczać, że członkowie tych rodzin potrafią „jeść nożem i widelcem”, podają paniom płaszcze i przepuszczają je przodem przy drzwiach. Normalnie niemal już niepraktykowane całowanie w rękę pozostaje w kręgach szlacheckich po części jeszcze w modzie. Często są oni, określając ogólnie, „dobrze wychowani”, wyrośli w mieszczańskich warunkach, ponadprzeciętnie często mają maturę lub dyplomy akademickie i odznaczają się pewną świadomością tradycji, co nierzadko idzie w parze z raczej konserwatywną hierarchią wartości i zapatrywaniami. Tego rodzaju umiejętności i cechy — czy też insynuowanie ich przez innych — okazują się w większości przypadków niewątpliwą zaletą przy wyborze wspomnianych dziedzin zawodowych, wspinaniu się po szczeblach kariery, rozmowach kwalifikacyjnych czy negocjacjach handlowych — są to więc raczej przydatne stereotypy.

Kiedy jeszcze istniało NRD, ja zaś jeździłem „tranzytem” z mego rodzinnego miasta Hamburga do Berlina lub ze szkolną wycieczką do Erfurtu, Lipska i Weimaru, zawsze miałem wrażenie, że enerdowscy pogranicznicy przy obligatoryjnym sprawdzaniu zdjęcia paszportowego spoglądali mi w twarz dłużej i niegrzeczniej niż innym. Zdawało mi się, że pojęcie „wróg klasowy” muszę mieć wypisane na czole. Z określonych, ideologicznie uzasadnionych powodów rodziny szlacheckie były w NRD zjawiskiem skrajnie rzadkim, tak więc dzisiaj z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że ktoś mający ponad 25 lat i noszący szlacheckie nazwisko pochodzi z zachodu Niemiec. Częstotliwość występowania tych nazwisk w zachodnich krajach związkowych jest wielokrotnie wyższa, podobnie zresztą jak w miejscowości leżącej w pasie dobrobytu wokół Hamburga, w której ja dorastałem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 28.56
drukowana A5
kolorowa
za 54.63