E-book
63
drukowana A5
128.65
drukowana A5
Kolorowa
175.32
Viten Nowy Płomień

Bezpłatny fragment - Viten Nowy Płomień


Objętość:
608 str.
ISBN:
978-83-8467-047-7
E-book
za 63
drukowana A5
za 128.65
drukowana A5
Kolorowa
za 175.32

PROLOG

Noc nad Mean Inez była spokojna.

Zbyt spokojna.

Wiatr, który zwykle sunął między wieżami i niósł ze sobą szept Gór Cienia, ucichł. Ogień w pałacowych paleniskach płonął równo, bez drżenia. Nawet strażnicy mówili ciszej, jakby instynktownie czuli, że coś obserwuje królestwo zza granicy światła.


Król Arden nie spał.

Stał przy wysokim oknie, opierając dłoń o zimny kamień. Jego spojrzenie błądziło gdzieś dalej niż mury, dalej niż góry, dalej niż pamięć.

I wtedy to usłyszał.

Szelest.

Nie liści. Nie skrzydeł ptaków.

Coś cięższego. Głębszego. Starszego.

Raz.

Potem drugi.

A potem cisza, która nie była ciszą — tylko oczekiwaniem.

Serce króla zabiło mocniej.

— Niemożliwe… — wyszeptał.

A jednak ruszył.

Nie zawołał straży. Nie wziął miecza.


Wyszedł sam.

Królewski ogród jest miejscem, które pamięta czasy sprzed ludzi. Wyrzeźbiła go sama natura.

Kamienna ścieżka prowadziła od pałacu przez miękki cień drzew, których korony splatały się wysoko, tworząc sklepienie jak w świątyni. Pośrodku ogrodu leżało jezioro — spokojne, czarne, odbijające gwiazdy tak wyraźnie, jakby były bliżej niż niebo.

Arden zatrzymał się na jego brzegu.

I wtedy go zobaczył.

Na przeciwległym krańcu wody, między drzewami, coś poruszyło powietrze.

Cień… który nie był cieniem.

Rozłożył skrzydła.

Szerokie. Potężne. Pokryte piórami, które połyskiwały jak stare srebro.

Gryf.

Król nie drgnął.

Nie mógł.

Nie po tylu latach.

Nie po wszystkim.

Stworzenie podeszło bliżej, a każdy jego krok był cichy, jakby ziemia sama ustępowała mu drogi.

Zatrzymało się tuż przy brzegu.

Ich spojrzenia się spotkały.

— Ardenie — odezwał się gryf.

Jego głos nie był dźwiękiem. Był obecnością w umyśle, ciężką i spokojną jak kamień.

Król przełknął ślinę.

— Myślałem… że już nigdy was nie zobaczę.

— My też tak myśleliśmy.

Cisza między nimi była pełna rzeczy, których nie trzeba było wypowiadać.

Ale tej nocy przeszłość przyszła po swoje.

— Pamiętasz? — zapytał gryf.

Arden zamknął oczy.

I zobaczył to wszystko.

Smocze gniazda na skalnych półkach.

Jaja, które świeciły od środka, jakby w ich wnętrzu tliło się życie starsze niż świat.

I krew.

Zbyt dużo krwi.

— Mój brat… — powiedział cicho.

— Twój brat złamał wszystko, co było święte.

Król skinął głową.

— Mój ojciec miał go zabić.

— Powinien.

To słowo zawisło w powietrzu jak wyrok, który nigdy nie został wykonany.

— Nie potrafił — wyszeptał Arden. — To był jego syn.

— A to były nasze dzieci.

Woda jeziora zadrżała lekko.

Jakby pamiętała.

— Zesłał go do Czarnej Wieży — ciągnął król. — Na granicy. Pod strażą leśnych elfów. Z rodu mojej żony. Myślał, że to wystarczy.

— To nigdy nie wystarcza.

Gryf opuścił lekko głowę.

— Smoki zabrały swoje dary. My odwróciliśmy wzrok. Pakty zostały zerwane.

— A mój ojciec… umarł.

— Ze świadomością, że zawiódł.

Arden nie zaprzeczył.

Bo to była prawda.

Cisza znów zapadła.

Ale tym razem nie była ciężka.

Była… inna.

Gryf spojrzał na pałac.

— A teraz… jest ona.

Król odwrócił głowę w stronę wysokich wież.

W stronę miejsca, gdzie spała jego córka.

— Viten.

— Krew ognia — powiedział gryf. — Czujemy ją.

Arden zmarszczył brwi.

— Jest jeszcze dzieckiem.

— Już nie na długo.

Gryf zrobił krok w stronę wody.

— Stare historie dobiegają końca, Ardenie.

Król poczuł chłód.

— A nowe?

— Zawsze zaczynają się od bólu.

Powietrze zgęstniało.

Gdy gryf przemówił ponownie, jego głos był inny.

Głębszy.

Starszy.

Jakby mówił nie on — tylko coś przez niego.

— Twoja córka przejdzie przez Krainy Cienia.

Arden zesztywniał.

— Nie…

— Będzie krwawić.

— Nie.

— Będzie płakać.

— Dosyć!

— Zostanie zdradzona. Złamana. Odrzucona.

Król zacisnął pięści.

Ale nie mógł tego zatrzymać.

— Przejdzie przez piekło, którego nie rozumiesz.

Cisza.

Jedno uderzenie serca.

— Ale… — głos gryfa złagodniał — jeśli to przetrwa…

Świat jakby wstrzymał oddech.

— Będzie najpotężniejsza ze wszystkich.

Długo nikt się nie poruszył.

W końcu gryf westchnął cicho.

— Jestem już stary, królu.

Jego skrzydła opadły lekko.

— To mój czas.

Arden zrobił krok w jego stronę.

— Nie odchodź jeszcze.

— Muszę.

Gryf spojrzał na jezioro.

— Kraina Snów czeka.

I bez strachu wszedł do wody.

Najpierw łapy.

Potem ciało.

Na końcu skrzydła.

Woda rozświetliła się od środka.

A potem…

rozpadł się.

Na tysiące drobnych iskier.

Unosiły się w górę, powoli, jak oddech świata.

Aż zniknęły między gwiazdami.

Król stał długo.

Zbyt długo.

A potem odwrócił się i wrócił do pałacu.


Komnata była ciepła.

Cicha.

Królowa Vostra siedziała przy kołysce.

Nie spała.

Nigdy nie spała głęboko.

Spojrzała na niego, zanim zdążył coś powiedzieć.

— Co się stało?

Arden podszedł powoli.

Spojrzał na dziecko.

Mała Viten spała spokojnie, jej mała dłoń zaciśnięta była w pięść, jakby już coś trzymała.

Albo czegoś nie chciała puścić.

Król długo milczał.

A potem powiedział wszystko.

Każde słowo.

Każdą część przepowiedni.

Bez łagodzenia.

Bez kłamstwa.

Królowa słuchała.

Nie przerwała ani razu.

Gdy skończył, spojrzała na córkę.

A potem na niego.

— W takim razie — powiedziała cicho — nie wychowamy królowej.

Arden zmarszczył brwi.

— Więc kogo?

Jej spojrzenie było twarde.

Spokojne.

Nieugięte.

— Tę, która to przetrwa.

Kołyska zaskrzypiała lekko.

A gdzieś daleko, w Górach Cienia coś odpowiedziało.

Strażnik

Viten dorastała w królewskim zamku, otoczona miłością rodziców, choć każde z nich przygotowywało ją do przyszłości na swój sposób.


Ojciec, władca ośmiu królestw, uczył ją strategii, walki i dowodzenia. Wierzył, że przyszły władca musi rozumieć ciężar decyzji i cenę odpowiedzialności. Wychodził przed zamek bawiąc się z nią łukiem dla dzieci i drewnianym mieczem. Gdy Viten skończyła pięć lat w prezencie urodzinowym dał jej pierwszego, białego kuca. Siedząc na nim, przy boku ojca mogła poznawać lasy i góry otaczające stolicę Mean Inez.


Lecz to prezent na jej siódme urodziny był tym, który zmienił najwięcej. Świt siódmych urodzin był chłodny i cichy. Ojciec zabrał ją na pusty plac treningowy. Nie było tam ozdób ani świadków. Tylko oni i poranne światło. Wyjął niewielki miecz. Miecz. Prawdziwy, lekki miecz, wykonany z najlżejszej ze stali, którą jedynie Dzikie Elfy potrafiły obrabiać. Ostrze było proste, nieproporcjonalne do dziecięcych dłoni, ale nie zabawkowe. Przy jelcu, w ciemnym metalu, osadzony był mały kawałek bursztynu. Nie błyszczał nachalnie, raczej żarzył się ciepło, jak zatrzymane światło. Rękojeść owinięta była skórą, jeszcze sztywną, jakby czekała, aż dopasuje się do dłoni właścicielki. Król nie wygłaszał przemowy. Powiedział spokojnie,

— Ten miecz powstał dawno temu, gdy po raz pierwszy pomyślałem o tobie. W dniu gdy twoja matka powiedziała mi, że w nosi nasze dziecko. Powstał, nie po to, żebyś walczyła już teraz. Teraz jest jeszcze dla Ciebie zbyt duży, ale dorośniesz do niego. To nie broń na dziś. To przypomnienie. Masz czas. Dorośniesz i zaczniesz go używać, gdy będziesz gotowa. Jednak już od dziś zacznę cię do tego przygotowywać.


Viten nie zrozumiała wszystkiego, ale zapamiętała ciepło bursztynu i spokój w głosie ojca. Dzień później rozpoczęła pierwsze szkolenie pod jego okiem.


Matka patrzyła na przyszłość córki inaczej. Uczyła ją dworskiej etykiety, sztuki rozmowy, muzyki i tego wszystkiego, co pozwala godnie reprezentować swój lud. Na tym jednak nie kończyła się jej nauka. Viten poznawała historię swojego rodu, dawne prawa, zielarstwo, podstawy leczenia. Choć przykładała się do każdej z tych nauk, jej serce niezmiennie należało do świata poza murami. Tęskniła do przygód. Najbardziej kochała ruch, treningi, jazdę konną, lasy i wolność.

Był jednak moment każdego dnia, który kochała najbardziej. Wieczory. Kiedy kończyły się obowiązki, a korony odkładano na bok, rodzice stawali się po prostu rodzicami. Siadali przy jej łóżku i opowiadali historie przekazywane w rodzie. Smoki szybujące ponad górami, gryfy strzegące pradawnych tajemnic, magiczne istoty żyjące kiedyś obok ludzi. Viten słuchała tych opowieści z zapartym tchem.

Dla niej nie były to tylko baśnie, były obietnicą, że świat jest większy, dziwniejszy i piękniejszy niż mury zamku. Te wieczory stały się jej najpiękniejszym wspomnieniem z dzieciństwa.


Plac treningowy w Mean Inez był pod opieką Gwardii Królewskiej. Był to jeden z największych placów w całym królestwie. Dwadzieścia dwa pokolenia władców dbało o to, aby ich strażnicy byli odziani w najlepsze zbroje, oraz mieli najbardziej zaawansowany sprzęt ćwiczebny. Viten od rana trenowała na tym placu otoczona przez Czerwone Płaszcze. Przez ostatnie osie lat szkoliła się w walce wręcz, walce na miecze, czy strzelaniu z łuku. Na początku szkolił ją sam król, lecz ogrom obowiązków władcy wymusił na nim zatrudnianie coraz nowych mistrzów. Każdy z nich miał swoją wizję Viten i jej walki. Dziś księżniczka trenowała pod okiem Ralena. Wybrał dla niej drewniany miecz i maszynę do treningu siły uderzenia, a potem stanął z boku, obserwując jej trening.


Piasek przesuwał się pod stopami.

Drewno uderzało o drewno. Viten była w ruchu. Lekka. Szybka. Za lekka. Jej kroki były wysokie, miękkie — bardziej taniec niż walka.

Unik. Obrót. Zbyt szeroki ruch.

Strażnik stojący z boku skinął głową, jakby wszystko było w porządku.

— Wystarczy na dziś. Księżniczko, wykonaj ostatnie dziesięć powtórzeń i wracajmy do pałacu — powiedział. Nie podszedł. Nie poprawił jej. — Dobrze ci idzie.

To nie była prawda. Kilku młodych gwardzistów stało kawałek dalej.

— Za lekko — mruknął jeden.

— Bo nie możesz jej dotknąć — odpowiedział drugi — Zresztą jaki sens ma jej szkolenie? -Krótki śmiech — Niedługo i tak ktoś ją dostanie pod swoją straż.

— Kto? Spytał drugi — Wiem, że ja. Król chciał kogoś młodego, pełnego energii. Dowódca już ze mną rozmawiał — Spojrzał w stronę placu. Księżniczka to nie ktoś do walki. To laleczka. Jego kompan parsknął śmiechem.

— Jak dorośnie to ktoś będzie miał ładną laleczkę przy swoim boku, jako król — kontynuował strażnik — Jak ją ustawisz to tak będzie stała. Masz pilnować, aby się nie przewróciła pod ciężarem tych drogich ubrań i dobrze wyglądała. Śmiech był cichy. Ale wystarczający.

Młody mężczyzna w zieleni zatrzymał się. Nie był częścią tej sceny. Jeszcze.

Odwrócił głowę powoli. Podszedł.

— Jak masz na imię?

— Ralen.

Skinął głową. I uderzył go. Czysto. Bez emocji. Słychać było tylko pękającą kość i nagły upadek uzbrojonego strażnika. Ralen podniósł się i ruszył w jego stronę. Nie zdążył.

Za plecami Sethiusa pojawiły się sylwetki, których wcześniej nie zauważył. Zielone Płaszcze. Jeden ze starszych mężczyzn wyszedł pół kroku do przodu.

— Uważaj, młody. — Cisza.

— Z nami nawet twój dowódca nie chce wojny.

Ralen zatrzymał się. Słyszał o ludziach widmach z Kła. Cofnął się. Sethius już stracił zainteresowanie strażnikiem.

— Patrzysz — powiedział spokojnie — Ale nie widzisz. — Krótka pauza.

— I ty miałeś stać na straży, Księżniczki?

Odwrócił się.Stała kilka kroków dalej. Oddychała szybciej. Ale nie przerywała nauki. Podszedł. Blisko. Za blisko jak na dwór. Zatrzymał się tuż przed nią.

Viten uniosła głowę.

Był wyższy. Starszy. Nie dużo — ale wystarczająco, żeby to było czuć. Jego twarz była spokojna. Zbyt spokojna. Spojrzała w jego oczy. Chłodne. Uważne. Potem zobaczyła płaszcz. Zielony...Nie królewski. Nie dworski. Płaszcz ludzi z Kła.

Serce zabiło jej mocniej.To nie był strażnik. To był ktoś z pola. Z miejsca, gdzie naprawdę się walczy.

— Co tak skaczesz, dziewczyno?

Zamarła na moment.

— Ja nie skaczę — krótka pauza. — Ja trenuję.

Sethius przyjrzał jej się uważniej.

— Nie nauczysz się walczyć przy ludziach, którzy boją się skrzywdzić księżniczki.

— A ty się nie boisz? — zapytała ostro. Chwila ciszy i namysłu.

— Nie — Zrobił pół kroku bliżej — Boję się tylko jednego — Że zginiesz… — Spojrzał prosto w jej oczy — przez to, że nie potrafisz walczyć.

Powietrze zgęstniało. Viten nie odwróciła wzroku.

— To mnie naucz.

Sethius patrzył na nią jeszcze chwilę. Jakby coś sprawdzał. Potem odwrócił się lekko. Podniósł drewniany miecz leżący przy palisadzie. Rzucił drugi w jej stronę.

— Stań. — Złapała miecz odruchowo.

— Niżej — Podszedł i jednym ruchem poprawił jej postawę. Pewnie. Bez pytania. — Nie uciekaj.

Zrobił krok w tył. I zaatakował. Pierwsze uderzenie przyszło szybko. Zbyt szybko.

Viten próbowała uskoczyć.

— Nie — Jego głos zatrzymał ją w pół ruchu.

Uderzenie przyszło ponownie. Tym razem zeszła. Ledwo

— Jeszcze raz.

I tym razem nie było już treningu. Była walka.

A wysoko nad nimi, w cieniu kamiennego łuku, król stał przy oknie.

I widział wszystko.

Zielone Płaszcze

Wieczór nad Mean Inez nie gasł gwałtownie.

Rozlewał się po murach powoli, jak cień, który znał drogę.

Plac treningowy dawno opustoszał, ale król nadal stał przy oknie. Nie widział już ruchów. Widział ją. Viten.

Nie jako uczennicę. Nie jako przyszłą wojowniczkę. Jako córkę. Każdy jej krok znał zbyt dobrze — nie z treningu, lecz z lat, w których uczyła się chodzić, przewracała i wstawała z uporem, który zawsze go niepokoił bardziej niż uspokajał. Teraz też się uczyła, lecz nie tak, jak powinna.

Drzwi za jego plecami otworzyły się cicho. Dowódca Zielonych Płaszczy wszedł bez pośpiechu i zatrzymał się w półmroku komnaty. Nie odezwał się od razu. Jakby wiedział, że to nie będzie zwykła rozmowa.

— Widziałeś ją.

— Tak, mój królu.

Krótka cisza.

— Jak ją widzisz?

Dowódca zawahał się na ułamek chwili.

— Jak kogoś, kto jeszcze nie wie, że może zginąć.

Król przymknął oczy.

— Ja widzę, jak bardzo wszyscy starają się do tego nie dopuścić.

— A jego? — zapytał po chwili.

Dowódca nie odpowiedział od razu.

— Widziałem.

Król odwrócił się powoli od okna.

— Kim on jest?

— Sethius. Dziecko Zielonych Płaszczy.

— Syn Sornatha. — Król zatopił się we wspomnieniach. Sornath… był inny i niezwykły.

Wspomnienia wiązały to imię z ciężarem. Król podszedł kilka kroków w głąb komnaty.

— Pamiętam dobrze ojca Sethiusa. Raz rozbroił mnie w trzy ruchy, a ja byłem przekonany, że to ja go uczę. — we wspomnieniach Króla było uznanie. — Kiedyś zabrał mnie poza obóz. Prosił abym szedł pierwszy — krótka pauza — nie od razu rozumiałem czemu. Spojrzał na dowódcę — To była potrzeba ciszy. „Najpierw słuchasz świata. Dopiero potem siebie.” — Król odetchnął powoli. — Próbuję nauczyć tego ją. Ale nie da się być jednocześnie na tronie… i w błocie.

— Nie da się — odpowiedział dowódca.

Król spojrzał na niego uważniej.

— Moi ludzie uczą ją dobrze — Krótka pauza. — Za dobrze.

— Chronią ją — powiedział dowódca.

— Za bardzo — poprawił król spokojnie. — Widziałeś jej ruch.

— Widziałem.

— To nie jest walka.

— Jeszcze nie.

— To jest strach przed tym, żeby jej nie zranić… a strach przed zranieniem robi z człowieka cel.

Dłuższa pauza.

— Czego ode mnie oczekujesz? — zapytał w końcu dowódca.

Król nie odpowiedział od razu. Widac było, że toczy wewnętrzną walkę.

— Chcę, żeby Zielone Płaszcze zaczęły ją szkolić. — wyrzekł wreszcie.

Dowódca uniósł lekko głowę.

— Myślałem… — powiedział powoli — że wezwałeś mnie, żeby go ukarać.

Król spojrzał na niego uważnie.

— Byłeś na to gotowy.

— Tak — Krótka pauza — Bo go uderzył.

— Bo uderzył gwardzistę — doprecyzował król.

— Tak. — znów chwila ciszy.

— I byłeś gotów go oddać?

Dowódca zawahał się na moment.

— Byłem gotów stanąć za nim — Krótka pauza.

— Nawet jeśli oznaczałoby to sprzeciw wobec ciebie.

Cisza zgęstniała.

Król przyjął to bez gniewu.

— Dobrze.

To jedno słowo wystarczyło. I dopiero teraz rozmowa mogła iść dalej.

— Dwór nie jest dla was — powiedział król po chwili.

— Nie jest.

— I wy nie jesteście dla dworu.

— Nie jesteśmy.

— Dlatego nie chcę was zmieniać.

Król zrobił krok bliżej.

— Dam wam miejsce. Oddzielne skrzydło koszar. Wasze zasady. Bez ingerencji.

— A czego chcesz w zamian?

Król spojrzał na niego spokojnie.

— Sethiusa.

Cisza wróciła cięższa niż wcześniej.

Dowódca odetchnął wolniej.

— To jedyny, który założył zielony płaszcz przed szesnastym rokiem życia. W wieku siedmiu lat zaczął trening, którego większość dorosłych nie wytrzymuje. Nie dlatego, że chciał.- Krótka pauza. — Dlatego, że nie miał wyboru — Cisza. — Nauczył się odpowiadać za innych, zanim nauczył się być dzieckiem. Mean Inez odebrało mu ojca. — Krótka pauza.

— A teraz, Królu, chcesz go wezwać z powrotem.- Spojrzał z rozterką

— On zna etykietę. Ale nigdy nie spojrzy na nią jak na królową. Dla niego ona nie jest królową.

— Jest kimś, kogo można stracić.

Dłuższa pauza

— I dlatego nie chcę go oddać — wciąż próbował zmienić decyzję Króla — To dziecko lasu. Strażnik Drogi. On nalezy do Kła.

Spojrzał na króla. Zrozumiał, że dalsze zabiegi nie mają sensu. Król już postanowił. Westchnął z rezygnacją.

— Nie oddam żołnierza — Krótka cisza. — Oddam syna.

Cisza opadła ciężko. Król przyjął ją spokojnie.

— Znam to uczucie — krótka pauza — Dlatego go nie zabieram.

Dowódca spojrzał na niego uważnie — Ja proszę was o pomoc.

To zmieniło wszystko.

Dowódca skinął lekko głową.

— W takim razie… zapytajmy go.

Sethius wszedł bez pośpiechu. Zatrzymał się przy wejściu. Najpierw spojrzał na dowódcę.

Dopiero potem na króla. Skłonił głowę i przedstawił się.

— Sethius z Zielonych Płaszczy

— Syn Sornatha — dodał Król spokojnie

— Tak. — Król przyglądał mu się chwilę.

— Widziałem, co zrobiłeś. Chcę wiedzieć dlaczego?

Sethius przez moment milczał.

— Ralen — krótka cisza. — Tak miał na imię. Powiedział, że niedługo dostanie ją pod swoją straż — Sethius uniósł wzrok. — Że księżniczka to nie osoba do walki… tylko laleczka.

Cisza zgęstniała.

— Że wystarczy ją ustawić i pilnować, żeby się nie przewróciła — Krótka pauza. — Mówił o niej, nie jak o kimś a o czymś. I śmiał się.- Sethius nie podniósł głosu. — Wzgardził nią. I swoją służbą. — Spojrzał prosto na króla. — Nigdy nie powinien stać na żadnej straży.

Król nie odpowiedział od razu. Wezwał d o komnaty dowódcę Gwardii

— Jak długo służy? — zapytał.

— Trzeci rok — odpowiedział dowódca.

Król skinął głową.

— Wystarczająco długo, żeby rozumieć. Zdejmij go ze straży. — Dowódca uniósł lekko wzrok patrząc niepewnie na króla. — Wyślij go na mury. Tam nauczy się patrzeć dalej.

Dowódca skinął głową.

— Tak, mój królu.- powiedział. Skinął głową po czym opuścił komnatę.

Cisza opadła spokojniej.

Król spojrzał znów na Sethiusa.

— Chcę, żebyś ją uczył.

Tym razem cisza była dłuższa. Sethius nie odpowiedział od razu.

— Są inni — powiedział w końcu spokojnie. — Kaelen. Reth. Lepiej się do tego nadają.- Spojrzał na króla. — To nie muszę być ja. — Krótka pauza. — Nie należę do murów. Ślubowałem Zielonym Płaszczom. Nie tobie, Królu.

Cisza zgęstniała.

— Nikt nie każe ci zerwać ślubów. — powiedział spokojnie dowódca. — To zadanie. Na naszych zasadach.

Sethius odetchnął powoli.

— To niezwykłe… — Spojrzał bezpośrednio na Króla — być otoczonym przez gwardię, której nie można zaufać.

Cisza.

— Patrzą na nią jak na coś, co trzeba ochronić. Nie jak na kogoś, kto musi przetrwać.- odparł Król.

Krótka pauza.

— To jej zagraża.

Sethius spuścił na moment wzrok.

— Nie spodziewałem się, że spotkam tu kogoś takiego. — Podniósł go znów na Króla. — Ona nie pasuje do tych murów.- Zawahał się. — Nie umiem tego wytłumaczyć, Królu… ale widzę, że ona poniesie coś więcej niż tylko królestwo. Czuję to. Ale jeszcze tego nie rozumiem. Długa cisza.

— Jeśli mam ją uczyć… to nie tutaj. Odwagi nie uczy się w murach. Uczy się jej tam, gdzie można zginąć.To oznacza wyjścia poza mury.

Król skinął lekko głową. — Wiem — dodał głosem zdecydowanym jednak czuć w nim było rozterki ojcowkiego serca. Sethius zrobił krok bliżej.

— Jeśli mam ją uczyć… będę za nią odpowiadał. Sam. — Spojrzał na dowódcę — Nie oddam jej nikomu — przeniósł wzrok na króla. — Sam wybiorę ludzi. A jeśli nie znajdę nikogo, komu zaufam… będę jej strażą i nauczycielem jednocześnie.

Cisza.

— Nie założę czerwieni.

— Nie proszę o to — odpowiedział Król spokojnie.

— Jestem Zielonym Płaszczem.

— Wiem.

Długa chwila.

Sethius skinął lekko głową.

— W takim razie… nauczę ją. — Spojrzał na króla. — Nie dla ciebie, Królu. Dla niej.

Cisza zgęstniała.

Sethius odwrócił na moment wzrok.

Cisza.

To była decyzja.

— Bo jeśli tego nie zrobię… — spojrzał oddalonym spojrzeniem w stronę okna. — ktoś ją kiedyś zabije.

I tym razem nikt nie zaprzeczył.

Decyzja Viten

Komnata była jasna, ale chłodna.

Światło wpadało przez wysokie okna i rozlewało się po kamieniu, nie zatrzymując się nigdzie na dłużej.

Viten weszła bez pośpiechu. Zwykle Ojciec nie wzywał jej do swoich komnat w godzinach wieczornych. Zatrzymała się na ułamek sekundy przy progu. Nie był sam.

Zobaczyła ich od razu. Dwa Zielone Płaszcze. Nie stali w szeregu. Nie czekali na rozkaz. Byli. Jakby każdy z nich znał swoje miejsce, nawet jeśli nikt mu go nie wyznaczył.

Był też on.

Stał bliżej środka. Nie wysunięty. Ale to jego zobaczyła najpierw. Ten sam. Z placu. Jej ciało zapamiętało go szybciej niż myśl. Król stał przy oknie.

— Podejdź.

Ruszyła. Czuła ich spojrzenia. Nie ciężkie. Nie oceniające. Uważne.

Zatrzymała się kilka kroków przed ojcem.

— Byłaś dziś na placu.

— Tak.

— Widziałem — chwila ciszy. — I widziałem pierwszy prawdziwy trening.

To zdanie zostało z nią dłużej.

Król odwrócił się lekko w stronę Zielonych Płaszczy.

— Rozmawiałem z ich dowódcą. Ustalenia są proste.

Jego głos był spokojny. Nie podlegał dyskusji.

— Od dziś Zielone Płaszcze odpowiadają za twoje szkolenie — znów krótka pauza, potrzebna aby tak ważne słowa trafiły na swój grunt.

— Szkolona będziesz nie według zasad dworu. — Viten poczuła, jak coś w niej drgnęło. — Będziesz trenować tak, jak oni. Bez taryfy ulgowej. Wyjścia poza mury będą konieczne. Krótka pauza — Jeśli uznają to za potrzebne, pojedziesz.- To nie była propozycja. To była zgoda na ryzyko. Król spojrzał na nią uważnie — Nie będę tego zatrzymywał.

Cisza zgęstniała.

— A on? — zapytała. Nie odrywała wzroku od Sethiusa.

— On będzie za ciebie odpowiadał — To zdanie uderzyło mocniej niż wszystko wcześniej. — Będzie twoim nauczycielem. I twoją strażą. Sam wybierze ludzi, jeśli uzna, że są potrzebni. A jeśli nie, stanie za tobą sam.

Viten poczuła ciężar tych słów.

To nie była tylko opieka. To była odpowiedzialność i powierzenie jej życia komuś komu ufano. Król zrobił krótką pauzę.

— Strażnik księżniczki powinien mieć komnatę na tym samym piętrze. Blisko. W gotowości.

Viten zmarszczyła lekko brwi.To było znacznie więcej niż szkolenie.

— Zmienia kolor płaszcza?

Cisza.

Sethius odpowiedział od razu.

— Może dwór jest nauczony innych rozmów… — Krótka pauza. Zrobił krok bliżej. — …ale jeśli pytasz o mnie, mów do mnie bezpośrednio.- Cisza zgęstniała. Czuć było dumę dowódcy Zielonych Płaszczy i lekkie napięcie Króla. — Pytaj o co chcesz, dziewczyno.

Nie było w tym uprzejmości. Ale nie było też lekceważenia. Była prostota.

Viten uniosła lekko podbródek.

— Dobrze. Czy zmieniasz kolor płaszcza?

— Nie — Jedno słowo. Twarde. Sethius nie odsunął się ani o krok — I możesz zapomnieć, że będę biegał po twoje sukienki — Cisza przecięła komnatę. — Od tego masz dwórki. Jego spojrzenie nie drgnęło.

— Jeśli masz dostać to, co dostają Zielone Płaszcze… — krótka pauza. — przygotuj się na trudy.

Cisza opadła ciężko.

Viten czuła, jak coś w niej rośnie. Nie strach. Decyzja. Podniosła lekko głowę.

— Skoro tak ma być… to dla ciebie nie jestem Księżniczką. Jestem Viten. Po prostu Viten.

Cisza zgęstniała jeszcze bardziej. Sethius patrzył na nią przez chwilęDłużej niż powinien.

— Zobaczymy.

Jedno słowo. Bez emocji.

Król nie przerwał. Nie złagodził. Stał i patrzył. I widział, jak jego córka właśnie wychodzi z miejsca, które znał. I wchodzi w coś, czego nie mógł już kontrolować.

— Zaczynacie jutro.

Cisza przyjęła decyzję. Sethius skinął głową.

Ale Viten nie. Dla niej wszystko już się rozpoczęło.

Delegacja

Na początku Viten myślała, że to będzie po prostu kolejne szkolenie. Inne, bardziej intensywne, na innych zasadach, jednak szybko zrozumiała, czym naprawdę jest trening Zielonych Płaszczy. Nie było tu uprzejmych wymian ciosów ani dworskich ukłonów. Był ciąg upadków, siniaków i momentów, kiedy Viten nie wiedziała, czy ból jest jeszcze z wczoraj, czy może już z jutra. Każdego dnia uczyła się, że w walce nie ma miejsca na tytuły — była po prostu kimś, kto musi przetrwać i stać się silniejszy.

Wyjazdy z Zielonymi Płaszczami były koszmarem jej matki, ale koniecznością dla Viten. W terenie uczyła się stawiać kroki na ostrych skałach, znikać w cieniu lasu, rozumieć i czuć. Sethius nie widział w niej księżniczki — widział dziecko, które musiało dojrzeć do roli, jaką na nią czekała. I dzień po dniu, bez słów, pokazywał jej, że świat nie będzie jej oszczędzać. A ona zaczynała w to wierzyć.

Pamiętała dzień, w którym Sethius wszedł do jej komnaty z przygotowanym brązowo-zielonym strojem wędrowca, takim, jak Zielone Płaszcze nosiły na co dzień. Wręczył jej to jako prezent na kolejny etap wspólnej drogi treningowej. Viten zaśmiała się wtedy, przypominając mu obietnice, że nigdy nie przyniesie jej żadnej sukienki. Spojrzał na nią z rozbawieniem i udając dworską etykietę pochylił głowę.

— Viten, ten dar jest uznaniem twojej drogi. Jest dokładnie tym, czym nigdy nie będzie żadna twoja suknia. Od dziś jesteś jedną z Nas. Zielonym Płaszczem.- odparł z dumą, po czym dodał z tym swoim charakterystycznym błyskiem w oku — Ale uważaj. To oznacza tylko jeszcze więcej trudu i szkoleń.

Podróże po terenach Mean Inez i Kła, bo do Centralnego Królestwa również Zielone Płaszcze zabierały małą księżniczkę, były dla niej niezwykłym doświadczeniem. Widziała świat zupełnie inny niż w sali tronowej. Tu nie było proporców, tu były osoby, które spotykali na szlaku, różowe drzewa, które nie istniały w Stolicy, których nie dało się zobaczyć w królestwie. Były lasy, które nawet w dzień nie przepuszczały światła przez swoje korony. W każdym z tych miejsc ważna była historia, wyczucie terenu i poznanie natury taką, jaka jest, a nie taką, jaką człowiek chciałby aby była.

Dzień po dniu jej gotowość rozwijała się. Setius nie był jedynym rycerzem, z którym pracowała. Stawała się częscią Zielonych Płaszczy. Nauczyła się ich wyczuwać, nawet gdy byli ukryci. Pojawiali się na jej treningu. Czasem ćwiczyła z Realem, czasem z Boranem, a czasem z kimś, kogo potem nie widziała przez długie miesiące.

Zielone Płaszcze zaczęły być widoczne w Mean Inez. Była to bardzo duża zmiana dla samej stolicy, dla całego królestwa. Mit, który miał zostać mitem, którego doświadczali jedynie władcy, jeżdżący do Kła, nagle stał się rzeczywistością mieszkańców stolicy. Pojawiali się na rynku, pojawiali się z Księżniczką.

Sethius nie podzielił się opieką nad nią z nikim. Długo szukał kogoś, komu naprawdę mógłby zaufać, lecz nie znalazł nikogo godnego tej roli. Jedynie w chwilach, gdy musiał odpocząć, inny Zielony Płaszcz zastępował go przy jej drzwiach. Ostatecznie to on pozostał jej jedynym strażnikiem.

W końcu nadszedł dzień, gdy w sparingu powaliła Sethiusa. Moment, gdy trzymała miecz tuż przy jego gardle, uświadomił mu, że jego podopieczna dorosła i stała się silniejsza niż podejrzewał. Jego zaskoczenie, gdy leżał na ziemi, uświadomiło Viten, że nie jest już tylko księżniczką. Była kimś, kto potrafi walczyć o siebie.

Nie minęły jeszcze trzy lata.

Sethius łapał się czasem na tym, że wciąż tęsknił za szlakiem — za drogą, która nie miała końca, za ciszą, która nie była przerywana ludzkimi głosami.

A jednak… nie wyobrażał sobie już innego miejsca niż to.

Krok za krokiem. Za nią.

Byli wysoko, na granicy królestwa, gdzie góry zaczynały rozdzierać ziemię ostrymi graniami.

Las był tu gęstszy, cięższy. Pachniał wilgocią i życiem. Viten szła pierwsza. Nisko przy ziemi. Cicho. Już nie skakała.

Sethius zatrzymał się na moment i patrzył. Nie na wilczy ślad. Na nią. Nie była już dziewczyną z placu treningowego. Nie była też jeszcze tym, czym miała się stać. Ale była bliżej.

Zsunęła się za powalony pień i uniosła lekko głowę. Sethius znalazł się obok niej bez słowa.

I wtedy je zobaczyli. Wilczyca. Biało-szara, napięta, czujna. A przy niej cztery młode.

Małe, nieporadne, walczące ze sobą, podgryzające się jak dzieci.

Viten wstrzymała oddech.

To był najpiękniejszy widok, jaki widziała od dawna. Obserwowali w ciszy rozbrykane szczenięta przez kilka minut, po których Sethius delikatnie dotknął jej ramienia.

Krótki sygnał, czas wracać. Zeszli tak samo cicho, jak przyszli. Dopiero przy koniach Viten odetchnęła głębiej.

— Była piękna… — powiedziała cicho.

Sethius poprawił pas.

— To był dobry krok.

Spojrzała na niego.

— Zobacz, jak daleko zaszłaś — dodał po chwili. — Gdybyś poruszała się tak jak wtedy, kiedy się spotkaliśmy… nie zobaczyłabyś nic.

Krótka pauza.

— Spłoszyłabyś ją. Albo zmusiła do ataku.

Viten uśmiechnęła się lekko.

— A tak?

— A tak mogłaś zobaczyć coś, czego inni nie zobaczą nigdy. — Cisza.

— Wracamy, księżniczko. — Tym razem nie zaprzeczyła.

Gdy przekroczyli boczną bramę, zapach lasu wciąż był na niej.

Matka czekała w stajniach.

— Viten. Delegacja będzie za chwilę. A ty wciąż pachniesz koniem i lasem. — Królowa nie ukrywała swojego rozczarowania. — Czas najwyższy się przygotować.

Viten spojrzała na Sethiusa i uśmiechnęła się pod nosem.

— No i widzisz. Czas wrócić w jedwabie.

Królowa nie odwzajemniła uśmiechu. Spojrzała twardo na jasnowłosego rycerza.

— Jako jej strażnik powinieneś być obecny na spotkaniu — rzuciła chłodno do Sethiusa. — Mógłbyś choć raz przygotować się należycie.

— Tak jest, Królowo.

— Nie będziesz jej teraz potrzebował. Zabieram ją.

Sethius skinął głową i odszedł z końmi w kierunku ich boksów. Viten ruszyła za matką. Białe korytarze prowadziły w górę. Wyżej.Coraz dalej od ziemi. W komnatach czekały już służki. Misy z wodą. Ręczniki. Przygotowane dłonie. Viten skrzywiła się lekko.

— Znowu laleczka…

Nikt nie odpowiedział. Służki zaczęły pracę.

Rozplatały warkocze. Wyciągały liście z włosów. Zmywały las z jej skóry. Ubrały ją w strój, który przygotowała królowa i misternie wplotły ozdoby we włosy.

Gdy skończyły nie wyglądała jak wojownik. Wyglądała jak posąg.

Złota suknia spływała po niej ciężko, błyszcząc kryształami.

Na głowie miała diadem — wysoki, ostry, jakby już przygotowywał jej głowę pod ciężar korony. Obok niej stała królowa. Jeszcze jaśniejsza. Jeszcze bardziej niedostępna.

Viten spojrzała w lustro. Na placu była sobą.

Tutaj… Musiała grać.


Sala tronowa oddychała światłem. Kamienny tron wyrastał z ziemi jak drzewo. Pień był solidny, ciężki. Gałęzie sięgały aż pod sufit. Za nimi szkło. I światło.

Król już czekał.

Sethius pojawił się obok niej bezszelestnie. Spojrzała na niego. Strój dworski, ale nie do końca. Złote nici na krawędziach. Liście. Małe gryfy. Smoki. Ale miecz i zielony płaszcz wciąż były na miejscu.

— Jak wyglądam? — zapytała.

— Jesteś czysta.

Uśmiechnęła się lekko. To było najbardziej jego.


Wieść o przybyciu Czarnych Elfów dotarła do pałacu na długo przed nimi.

Od świtu służba przemierzała korytarze szybkim krokiem, zmieniano obrusy w wielkiej sali, polerowano srebra i zawieszano pod sklepieniem chorągwie Mean Inez.

Przy głównym wejściu ustawiono dwa szeregi Czerwonych Płaszczy, a przed tronem rozłożono długi, złoty kobierzec.

Viten widziała już wiele delegacji. Przybywali książęta, posłowie i dowódcy z ośmiu ziem podległych koronie. Żadna z dotychczasowych wizyt nie wywoływała jednak takiego poruszenia.

Czarne Elfy mieszkały daleko, poza górami i wielkimi borami, w królestwie, o którym Viten słyszała głównie z opowieści matki.

To stamtąd pochodziła królowa Vostra.

Viten spojrzała na nią, kiedy zajmowały miejsca przy tronie. Królowa wyglądała spokojnie, lecz jej dłonie, pozostawały napięte. Na tę okazję włożyła złotą suknie przeszywaną srebrną nicią. Nie przypominała w niej władczyni Mean Inez. Przez krótką chwilę Viten zobaczyła w niej córkę odległego kraju, która wiele lat wcześniej opuściła własny lud i nigdy już do niego nie powróciła.

Król Arden usiadł na tronie, po czym zwrócił się do Królowej.

— Dawno nie gościłaś swoich rodaków w tych murach.

— Zbyt dawno — odpowiedziała cicho Vostra.

— Cieszysz się?

Królowa uniosła na niego wzrok.

— Jeszcze nie wiem.

Arden nie zdążył odpowiedzieć. Strażnik przy drzwiach uderzył drzewcem włóczni o posadzkę.

— Delegacja Czarnych Elfów!

Wielkie drzwi otworzyły się bezszelestnie.

Do sali wkroczyło trzydziestu elfów i elfich kobiet. Szli parami, równym, spokojnym krokiem. Ich stroje były ciemne, lecz nie ponure — czernie przełamywało srebro, głęboka zieleń i połysk drobnych kamieni wszytych w kołnierze oraz rękawy. Nieśli długie płaszcze, których brzegi przesuwały się po kamiennej posadzce niczym cień.

Na przedzie szedł wysoki elf o siwych włosach, splecionych z tyłu w wąski warkocz. Obok niego kroczyła elfka w srebrnej koronie, lekkiej jak gałąź pokryta szronem. Kilka kroków za nimi znajdowali się młodsi członkowie delegacji.

Delegacja zatrzymała się przed tronami. Wszyscy jednocześnie skłonili głowy i oddali hołd należny Królewskiej parze.

Siwowłosy elf odezwał się pierwszy:

— Ardenie, królu Mean Inez, przyjmij pokłon od domu Czarnych Elfów i od ziem, które pamiętają jeszcze czasy sprzed podziału koron.

Król skinął głową.

— Przyjmuję was w pokoju i pod ochroną mojego domu.

Elfy uniosły głowy, a ich przewodnik zwrócił się teraz ku Vostrze.

Jego twarz zmieniła się. Oficjalna powaga ustąpiła czemuś łagodniejszemu.

— Vostro, córko Czarnego Lasu. Minęło wiele lat.

Królowa wyprostowała się.

— Więcej, niż chciałabym pamiętać.

— Twój lud cię nie zapomniał.

W sali zapadła cisza.

Vostra zeszła o jeden stopień niżej.

— A ja nie zapomniałam jego głosu — powiedziała. — Ani drzew, które nie tracą liści zimą. Ani rzeki płynącej pod korzeniami pałacu.

Przewodnik delegacji skłonił głowę.

— W takim razie wciąż jesteś jedną z nas.

Na twarzy Królowej pojawił się ledwie widoczny uśmiech.

— Jestem królową Mean Inez.

— Jedno nie wyklucza drugiego.

Arden obserwował ich przez chwilę, po czym wstał.

— Moja żona wiele razy opowiadała o waszym królestwie. Mean Inez ma wobec was dług wdzięczności. Oddaliście nam Królową, która przez lata strzegła pokoju między ośmioma ziemiami.

Elf spojrzał na niego uważnie.

— Nie oddaliśmy jej. Pozwoliliśmy jej wybrać.

Vostra zerknęła na męża, jakby czekała, jak przyjmie te słowa.

Arden uśmiechnął się lekko.

— W takim razie jestem wdzięczny za jej wybór.

Napięcie w sali osłabło.

Siwowłosy elf odwrócił się w stronę Viten.

— A to musi być córka Vosty.

Viten poczuła na sobie spojrzenia całej delegacji. Wstała i zeszła z podwyższenia. Wiedziała, że powinna zachować godność następczyni, choć ciekawość niemal nie pozwalała jej ustać spokojnie.

— Viten, córka Ardena i Vostry — przedstawił ją król. — Dziedziczka Mean Inez.

Przewodnik Czarnych Elfów przyglądał jej się długo.

— Masz oczy matki.

— Tak mówią — odpowiedziała Viten.

— Lecz stoisz jak człowiek.

Arden uniósł brew, ale Viten nie odwróciła wzroku.

— Urodziłam się wśród ludzi.

Elf uśmiechnął się.

— To nie była obelga, księżniczko.

— Wiem. To była próba.

Przez salę przebiegł cichy szmer. Vostra spojrzała na córkę z cieniem dumy.

— I jak wypadła? — zapytała królowa.

— Jeszcze nie wiem — odparł elf. — Ale odpowiedziała bez lęku.

Elfka stojąca obok niego wystąpiła o krok.

— Przywieźliśmy dary dla Króla, Królowej oraz przyszłej władczyni Mean Inez.

Na jej znak kilku członków delegacji podeszło bliżej. Jeden niósł szkatułę z czarnego drewna, drugi zwój związany srebrnym sznurem, trzeci zaś długie, wąskie zawiniątko okryte ciemną tkaniną.

— Dla króla Ardena: mapa dawnych przejść przez północne góry — oznajmiła elfka. — Dla królowej Vostry: nasiona białego drzewa z ogrodów jej matki. Dla księżniczki Viten: ostrze wykute z czarnej stali.

Na dźwięk ostatnich słów Viten spojrzała na Ojca.

— Ostrze? — powtórzył Arden.

— Niezdobione i niezaostrzone — wyjaśniła elfka. — Dar nie ma zachęcać do wojny. Ma przypominać, że dziedzic korony powinien być gotów jej bronić.

Viten podeszła i zdjęła tkaninę.

Krótki miecz był smukły, ciemny i niemal pozbawiony ozdób. Jedynie przy jelcu widniał srebrny znak przypominający splecione gałęzie.

— Jest lekki — powiedziała.

— Czarne ostrza nie walczą ciężarem — odezwał się po raz pierwszy jeden z młodszych elfów.

Viten podniosła wzrok.

Stał nieco za przewodnikiem delegacji. Miał ciemne włosy, spokojną twarz i spojrzenie człowieka, lub elfa, przyzwyczajonego do tego, że inni słuchają, kiedy mówi.

— A czym? — zapytała Viten.

— Precyzją.

— Każdy miecz walczy ręką, która go prowadzi.

Uśmiechnął się lekko.

— W takim razie dar trafił do odpowiedniej osoby.

Vostra rzuciła córce szybkie spojrzenie, lecz Viten nie odpowiedziała. Odłożyła ostrze na podtrzymujące je dłonie sługi i ponownie zwróciła się ku delegacji.

— Mean Inez przyjmuje wasze dary i waszą obecność — powiedziała Królowa, starając się nadać głosowi oficjalne brzmienie. — Mam nadzieję, że przez czas waszego pobytu poznacie nie tylko nasz dwór, lecz również nasze ziemie.

— Taki jest nasz zamiar — odpowiedział przewodnik.

Arden uniósł dłoń.

— Dziś odpoczniecie po podróży. Wieczorem wydamy ucztę na waszą cześć. Jutro zaś omówimy sprawy, które sprowadziły was do Mean Inez.

Elfowie skłonili głowy.

Vostra zeszła z podwyższenia i podeszła do przywódców delegacji już nie jak królowa witająca posłów, lecz jak ktoś, kto po latach usłyszał głos własnego domu.

Viten została obok ojca.

Mimo woli ponownie odszukała wzrokiem czarnowłosego elfa.

Tym razem patrzył prosto na nią.

Nie spuszczał z niej wzroku.

Pozostał przez chwilę nieruchomy. Dopiero, gdy słudzy zabrali ostatni z darów, wystąpił z szeregu. Nie zrobił tego gwałtownie. Przeciwnie. Każdy jego krok był spokojny i pewny.

Przywódca delegacji spojrzał na niego z wyraźnym zaskoczeniem.


— Theren…

Młody elf skłonił lekko głowę.

— Wybacz mi, mistrzu.


Starszy elf westchnął cicho.


— Nie możesz już milczeć…

— Nie.


Theren podszedł przed tron i uklęknął.


— Wasza Wysokość. Nazywam się Theren, syn Elariona z Domu Czarnego Dębu. Jestem strażnikiem Trzeciego Kręgu.

Arden skinął głową.


— Powstań.

Theren pozostał na kolanie.

— Wybaczcie… nie mogę.


Na sali zapadła cisza. Król zmarszczył brwi.

— Dlaczego?


Elf powoli uniósł wzrok. Spojrzał na Viten. Nie było w tym spojrzeniu zachłanności. Ani zachwytu. Był jedynie spokój.


— Ponieważ przed chwilą Prastara Nić wskazała mi księżniczkę Viten.

Kilku elfów opuściło głowy, jakby właśnie usłyszeli słowa modlitwy.

— Zgodnie z prawem mojego ludu mam obowiązek wypowiedzieć to natychmiast. Elf doświadcza tego tylko raz w życiu. Nie wolno mu ukrywać daru ani odkładać wyznania na później.


Odwrócił się całkowicie ku Viten.


— Księżniczko… od tej chwili wiem, że tylko ciebie moje serce będzie mogło kiedykolwiek wybrać.

Viten zamarła. Wszystkie spojrzenia spoczęły na niej. Czekała. Sama nie wiedziała na co. Na ciepło. Na głos. Na znak. Na cokolwiek.

Nie pojawiło się nic.

Poczuła jedynie dziwny ciężar w piersi. Niepewność i lęk.


Niemal odruchowo cofnęła się o krok. Potem jeszcze jeden. Nie zauważyła nawet, że stanęła tuż obok Sethiusa. Dopiero, gdy kątem oka dostrzegła znajomą sylwetkę swojego strażnika, napięcie odrobinę ustąpiło.

Sethius nie poruszył się. Stał wyprostowany, z dłońmi opartymi na rękojeści miecza. Jak zawsze. Ale sama jego obecność wystarczyła, by Viten odzyskała oddech.

Vostra powoli przeniosła wzrok z Therena na Viten. W jej oczach błysnęły łzy.

— Prastara Nić… -Uśmiechnęła się z niedowierzaniem. — Myślałam, że już nigdy nie będę świadkiem tego daru.- Spojrzała na córkę.– Viten…

Dziewczyna pokręciła głową.

— Mamo...Nic nie czuję.

Na twarzy królowej nie pojawił się zawód. Przeciwnie. Podeszła bliżej córki i delikatnie ujęła jej dłonie.

— To jeszcze nic nie znaczy.

Arden spojrzał pytająco na żonę.

— Vostro?

Królowa odwróciła się ku niemu.

— Nasza córka ma dopiero szesnaście lat. Jej Pieczęć wciąż pozostaje zamknięta.


— Chcesz powiedzieć… — zaczął twardo król


— Że dopóki nie przejdzie obrzędu zdjęcia Pieczęci w dniu osiemnastych urodzin, może nie być zdolna odczuć tego, co odczuwa elf.- dopowiedziała Królowa z uśmiechem.

Starszy przywódca delegacji skinął głową.

— Tak bywało już wcześniej. W Waszym przypadku, Królu, gdy spotkaliście się z Królową Vostrą byliście już oboje dorośli, dlatego mogliście poczuć to razem, w tej samej chwili.


Królowa odetchnęła z ulgą.

— Widzisz? — Spojrzała na córkę z ciepłym uśmiechem. — Nie musisz się bać. Bogowie pobłogosławili cię największym elfim darem. Tym samym, którym pobłogosławili mnie i twojego Ojca.

Viten jednak nie wyglądała na uspokojoną.

— A jeśli… -Zawahała się.– Jeśli po zdjęciu Pieczęci dalej nic nie poczuję?

Zapadła cisza.

Theren odpowiedział pierwszy.

Jego głos był spokojny.

— Wtedy przyjmę wolę Prastarej.

Arden przyglądał mu się długo.

— Mimo to będziesz czekał?

— Tak.

— Ile?

Elf spojrzał królowi prosto w oczy.

— Choćby całe życie.

Król milczał jeszcze chwilę.

— To bardzo szlachetne.

Po chwili dodał chłodniej:

— Ale pamiętaj, Therenie. Dla mnie jesteś dziś dorosłym elfem. Dla mnie ona nadal jest dzieckiem. Nie pozwolę, by ktokolwiek wywierał na nią presję.

Theren pochylił głowę.

— Nie taki jest mój zamiar.

— Mam nadzieję.


Arden spojrzał na córkę.

— Viten.

— Tak, ojcze?

— Nie jesteś nikomu nic winna. Ani dziś. Ani za dwa lata. Ani nigdy. — Viten skinęła głową — Jeśli potrzebujesz czasu, aby zastanowić się nad tym co w tej chwili wydarzyło się w tej sali, to zwalniam cię z obowiązków księżniczki. Niech Sethius zaprowadzi cię tam, gdzie będziesz w stanie poukładać swoje myśli. Masz tyle czasu, ile potrzebujesz.


Po raz pierwszy od początku rozmowy poczuła, że napięcie odrobinę opada.

Mimo to, wychodząc z sali, raz jeszcze odwróciła się w stronę Therena.

Elf wciąż patrzył tylko na nią. Nie z oczekiwaniem, nie z żądaniem. Z cierpliwością.

Jakby doskonale wiedział, że ich historia dopiero się rozpoczęła.

Dowódca

Sethius ruszył za księżniczką, zanim jeszcze ciężkie drzwi sali tronowej zdążyły oddzielić ją od delegacji elfów. Nie wołał jej. Już z daleka widział, że coś jest nie tak.

Viten szła szybkim krokiem przez kamienne korytarze pałacu. Mijała służbę i strażników, nie zwracając na nikogo uwagi. Jeszcze chwilę temu stała wyprostowana obok królewskiego tronu. Teraz wyglądała tak, jakby chciała znaleźć się jak najdalej od sali tronowej.

Sethius utrzymywał kilka kroków odstępu. Nie dlatego, że nie chciał podejść. Po prostu wiedział, że kiedy księżniczka potrzebowała chwili dla siebie, nie należało jej w tym przeszkadzać.

Dopiero gdy skręcili w ostatni korytarz prowadzący do jej komnat, zauważył, że oddycha coraz szybciej. Zatrzymała się dopiero przed drzwiami. Przez chwilę bezskutecznie próbowała otworzyć ciężkie drzwi. Dłonie lekko jej drżały. Sethius podszedł bliżej.

— Pozwól.

Szarpnął ciężką klamką, aż dziw do komnaty otworzyły się. Viten weszła do środka. Oparła dłonie o parapet otwartego okna i przez dłuższą chwilę milczała. Sethius zamknął za sobą drzwi.

— Księżniczko…

— Muszę wyjść — powiedziała to niemal szeptem. — Choć na chwilę. Jeśli zostanę tutaj… uduszę się.

Sethius spojrzał na nią uważnie. Nie pytał dlaczego. Nie pytał, co wydarzyło się w sali tronowej. Nie musiał. Widział wystarczająco wiele.

— Przebierz się.

Viten odwróciła się.

— Co?

— W sukni nie wyjedziesz z zamku.

Przez krótką chwilę patrzyła na niego, jakby dopiero teraz zrozumiała, że mówi poważnie.

— Dobrze…

Skinął głową.

— Będę czekał przed drzwiami.

Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi komnaty, rozejrzał się po korytarzu. Kilkanaście kroków dalej dostrzegł jednego z Zielonych Płaszczy.

— Maelor.

Strażnik natychmiast podszedł.

— Sethiusie.

— Gdzie jest dowódca?

— Vaelor? Powinien właśnie wychodzić z koszar.

Sethius spojrzał jeszcze raz na zamknięte drzwi komnaty księżniczki. Decyzję podjął natychmiast.

— Księżniczka będzie potrzebowała około godziny.

Maelor wyprostował się.

— Rozumiem.

— Do tego czasu nie wpuszczasz nikogo do jej komnat. Nikogo.

— Tak jest.

— Jeśli nie wrócę przed jej wyjściem, zaprowadzisz ją do koszar Zielonych Płaszczy.

Maelor zmarszczył brwi.

— Do koszar?

— Będzie mnie tam szukała.

Strażnik skinął głową.

— Rozumiem.

Sethius położył dłoń na jego ramieniu.

— Nie odstępuj jej ani na krok.

— Przysięgam.

Dopiero wtedy Sethius odwrócił się i ruszył szybkim krokiem przez pałacowe korytarze. Jeśli ktokolwiek potrafił wyjaśnić to, co wydarzyło się w sali tronowej, był nim Vaelor.


Drzwi do komnaty dowódcy otworzyły się z hukiem. Vaelor uniósł wzrok znad skórzanej torby, do której właśnie wkładał mapy.

— Sethius?

Młody Zielony Płaszcz zatrzymał się dopiero kilka kroków przed biurkiem. Oddychał szybciej niż zwykle.

— Wybacz, dowódco…

Vaelor zmrużył oczy.

— Co się stało?

Sethius przez chwilę milczał, próbując uporządkować wydarzenia ostatnich minut.

— W sali tronowej… podczas przyjęcia delegacji Czarnych Elfów…

Dowódca odłożył torbę.

— Mów.

— Jeden z elfów… Theren… wystąpił przed tron.

— Dalej.

— Powiedział, że… Prastara Nić wskazała mu księżniczkę Viten.

Vaelor zamarł. Nie odezwał się ani słowem.

— Powiedział, że zgodnie z prawem swojego ludu musi wyznać to natychmiast. Że zdarza się to tylko raz w życiu.

Dowódca bardzo powoli usiadł. Na jego twarzy nie pojawiło się niedowierzanie. Pojawiła się powaga.

— Co było potem?

— Księżniczka powiedziała, że nic nie czuje. Królowa uznała, że to przez Pieczęć. Król pozwolił jej odejść.

Vaelor skinął głową.

— A teraz?

— Zamknęła się w swoich komnatach. Powiedziała, że musi opuścić pałac.

Zapadła cisza. Sethius zrobił krok bliżej.

— Dowódco… — Vaelor spojrzał na niego. — Czym właściwie jest Prastara Nić?

Starszy Zielony Płaszcz przez dłuższą chwilę nie odpowiadał. W końcu westchnął.

— Nigdy jej nie widziałem.

Sethius zmarszczył brwi.

— Ale słyszałeś o niej.

— Tak — Vaelor podszedł do okna — Dawno temu, kiedy byłem młodszy od ciebie, służyłem podczas wizyty elfiego poselstwa. Jeden z rycerzy opowiadał mi o ich dawnych zwyczajach.- Odwrócił się. — Mówił, że Prastara Nić nie jest przysięgą. Nie jest zaręczynami. Nie jest nawet obietnicą.

— Więc czym?

— Rozpoznaniem.

Sethius milczał.

— Elf nie wybiera. Elf rozpoznaje.

— A jeśli druga osoba go nie pokocha?

— Wtedy nic się nie dzieje.

Sethius spojrzał na niego z niedowierzaniem.

— Nic?

— Nic — Vaelor mówił spokojnie. — Nie istnieje prawo, które zmuszałoby kogokolwiek do odwzajemnienia tego uczucia. Prastara Nić zobowiązuje wyłącznie elfa.

Sethius odetchnął nieco spokojniej.

— Czyli księżniczka… Nadal jest całkowicie wolna.

Zapadła chwila ciszy.

— Ale od tej chwili Theren poświęci jej całe swoje życie.

Sethius opuścił wzrok.

— To… nie wydaje się sprawiedliwe.

Na twarzy dowódcy pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech.

— Kto powiedział, że świat jest sprawiedliwy?

Przez chwilę obaj milczeli. W końcu Sethius zadał pytanie, które od początku nie dawało mu spokoju.

— Mam go pilnować?

Vaelor spojrzał na niego uważnie.

— Nie. Masz pilnować księżniczki.

— A jeśli będzie chciał się z nią zobaczyć?

— Wtedy zapyta ją o zgodę. A jeśli odmówi, odejdzie.

— Skąd ta pewność?

Vaelor odpowiedział bez chwili zawahania.

— Bo gdyby tego nie zrobił… nie byłby godzien Prastarej Nici — Vaelor długo milczał. Nie dlatego, że nie znał odpowiedzi. Ważył każde słowo.– Rozumiem już, dlaczego przyszedłeś.

Sethius wyprostował się.

— Nie wiem, co mam robić.

Dowódca podszedł do okna. Na dziedzińcu Zielone Płaszcze kończyły popołudniowy trening.

— I właśnie dlatego jesteś dobrym strażnikiem. Nie pytasz, co myśleć o Therenie. Pytasz, jak chronić księżniczkę.- Odwrócił się.– Posłuchaj mnie uważnie. To, co wydarzyło się dziś w sali tronowej, może zmienić znacznie więcej niż życie jednego elfa.

— Nie rozumiem.

— Królowa Vostra wychowała się wśród Czarnych Elfów. Jeżeli uzna, że Prastara Nić rzeczywiście się objawiła, będzie chciała dopełnić wszystkich dawnych zwyczajów.

— Jakich?

— Spotkań. Rozmów. Poznania się. W ich kulturze nie chodzi o to, by dwoje ludzi od razu zostało małżeństwem. Chodzi o to, by dać Prastarej Nici szansę.

Sethius zmarszczył brwi.

— Czyli księżniczka będzie musiała spędzać z nim czas?

— Prawdopodobnie.

Zapadła cisza.

— A trening?

Vaelor westchnął.

— Właśnie dlatego zaczynam się martwić. Król obiecał, że szkolenie będzie trwało, a Arden dotrzymuje słowa. Ale Vostra również dotrzymuje słowa. Jeśli uzna, że obowiązek wobec elfów jest równie ważny jak obowiązek wobec korony… zacznie szukać miejsca na jedno i drugie.

Sethius milczał.

— A czasu nie da się rozciągnąć.

Vaelor skinął głową.

— Właśnie.- Przez chwilę obaj patrzyli na ćwiczących żołnierzy.– Jest jeszcze polityka — odezwał się w końcu dowódca.

— Myślisz, że to ma znaczenie?

Vaelor spojrzał na niego z lekkim zaskoczeniem.

— Sethius… Theren nie jest przypadkowym elfem. Jest strażnikiem Trzeciego Kręgu. I synem Elariona z Domu Czarnego Dębu. Wiesz, co to oznacza?

— Nie.

— Że wychował się w jednym z najpotężniejszych rodów elfiego świata. Takie rody od pokoleń uczą swoje dzieci nie tylko walki. Uczą dyplomacji. Historii. Prawa. Strategii. Handlu. Negocjacji.- Vaelor zawiesił głos.- Gdy ktoś żyje dwieście lat, ma czas, by stać się mistrzem wielu rzeczy.

— Chcesz powiedzieć, że jest niebezpieczny?

— Chcę powiedzieć, że nigdy nie wolno go lekceważyć.

— Ale nie wyglądał…

— Właśnie dlatego — Vaelor przerwał mu spokojnie — Najgroźniejsi przeciwnicy bardzo rzadko podnoszą głos.

Sethius opuścił wzrok.

— Co mam robić?

Dowódca podszedł bliżej.

— Dokładnie to samo, co robiłeś do tej pory.

— Nic się nie zmienia?

— Zmienia się wszystko -Vaelor położył dłoń na jego ramieniu.– Ale nie dla ciebie.

— Nie rozumiem.

— Nadal będziesz szkolił księżniczkę. Nadal będziesz pilnował jej bezpieczeństwa. Nadal będziesz prowadził ją tam, gdzie każe Król — przez chwilę patrzył Sethiusowi prosto w oczy — Zmieni się tylko jedno.– Co?

— Od dziś będziesz musiał nauczyć się odróżniać zagrożenie od wpływu.

— Wpływu?

— Theren nie musi wyciągnąć miecza, żeby zmienić życie księżniczki. Wystarczy rozmowa. Jedno dobrze zadane pytanie. Jedna wspólna podróż. Jedna decyzja.

Sethius zmarszczył brwi.

— Mam mu nie ufać?

Vaelor pokręcił głową.

— Nie. Masz go obserwować.

— A jeśli naprawdę jest takim, za jakiego się podaje?

— Wtedy tym bardziej go obserwuj.

Sethius przez chwilę milczał.

— Bo nawet dobre osoby potrafią nieświadomie zmieniać świat wokół siebie?

Na twarzy Vaelora pojawił się cień uśmiechu.

— Właśnie zaczynasz myśleć jak dowódca.

Vaelor przez chwilę milczał.

— Sethius… pamiętasz dzień swojej przysięgi?

— Tak, dowódco.

— Powtórz mi jej ostatnie słowa.

Sethius odpowiedział bez chwili namysłu.

— „Oddaję życie Kłu, jego prawom i tym, którzy noszą Zielony Płaszcz.”

Vaelor skinął głową.

— Właśnie — zapadła cisza — Nie przysięgałeś Królowi. Nie przysięgałeś Królowej. Nawet nie Księżniczce.

Sethius zmarszczył brwi.

— Przysięgałem Kłu.

— A Kieł trwa dłużej niż panowanie jednego władcy — Vaelor podszedł do stojaka z płaszczem — Arden jest królem Mean Inez — po chwili dodał spokojniej:– Ale Viten jest już Zielonym Płaszczem. Sethius skinął głową. — A zgodnie z prawem Kła jest przyszłą Królową Kła.- Dowódca spojrzał na niego uważnie. — To nie jest tytuł nadawany przez koronę. Nie odbiera go Król. Nie nadaje go Królowa. Nadaje go przysięga. I tradycja. Vaelor narzucił płaszcz na ramiona.– Dlatego od dzisiejszego dnia masz dwa obowiązki, które mogą zacząć się ze sobą ścierać.

Sethius słuchał uważnie.

— Jako mieszkaniec Mean Inez wykonujesz rozkazy Króla.

— Tak jest.

— Ale jako Zielony Płaszcz chronisz przyszłą Królową Kła. I czasami… te dwie drogi nie prowadzą w tym samym kierunku.

Sethius poczuł ciężar tych słów.

— Myślisz, że taki dzień nadejdzie?

Vaelor nie odpowiedział od razu.

— Mam nadzieję, że nie, ale dowódca nie przygotowuje ludzi na dni spokojne. Przygotowuje ich na te najtrudniejsze.

Sethius opuścił wzrok.

— Jeżeli Król nakaże jedno…

— …a dobro Kła będzie wymagało czegoś innego…

Vaelor przerwał sam sobie.

— Wtedy odpowiedzialność spocznie na mnie.

Położył dłoń na ramieniu młodego strażnika.

— Nie wybiegaj jeszcze tak daleko. Dzisiaj masz tylko jedno zadanie.

— Jakie?

— Dopilnuj, żeby Księżniczka mogła spokojnie odetchnąć. Resztą zajmiemy się później.- Dowódca sięgnął po rękawice i przypiął do pasa miecz.– Chodź.

— Dokąd?

— Do stajni.

Sethius spojrzał na niego zaskoczony.

— Chcę przejść się z Tobą. Opowiesz mi po drodze wszystko jeszcze raz.

— Wszystko?

— Wszystko.

— Nawet to, jak patrzył na nią Theren?

Vaelor skinął głową.

— Zwłaszcza to.


Sethius jeszcze raz opowiedział dowódcy wszystko od początku. Nie pominął ani jednego szczegółu. Słów Therena. Reakcji Królowej. Milczenia Króla. Lęku Viten.

Vaelor słuchał w milczeniu. Nie przerwał ani razu. Kiedy Sethius skończył, dowódca pochylił się nad siodłem i z wprawą zaczął dopinać do niego podróżne sakwy.

Przez chwilę w stajni słychać było jedynie ciche parskanie koni i brzęk metalowych sprzączek. Dowódca powoli rozjaśniał myślenie o zmianach jakie zaszły.

— Problemem nie jest tylko Theren. Jego ród. Pozostałe rody. Dwór. Sąsiednie królestwa. Wieść o takim wydarzeniu rozchodzi się szybciej niż posłańcy — zapadła chwila ciszy — Elfy żyją setki lat. W tym czasie uczą się nie tylko walczyć. Uczą się prawa, dyplomacji, handlu i cierpliwości. Nie lekceważ żadnego z nich — Vaelor zapiął ostatnią sprzączkę i wyprostował się — Nie przygotowałem cię na to. Polityka jest gorsza niż wojna. Każdy kłamie.

Sethius spuścił wzrok.

— Nie tak wyobrażałem sobie swoją przyszłość. Wolałbym zostać w lesie, w strażnicach. Vaelor odwrócił się do niego.

— Pamiętaj o tym. Jeśli będziesz potrzebował czegokolwiek, Zielone Płaszcze czekają. Jesteśmy wszędzie.

Przez chwilę Sethius milczał.

— Nie pamiętam swojego ojca. Ty stałeś się moją rodziną. Dziękuję.

Vaelor patrzył na niego przez dłuższą chwilę. Potem tylko położył dłoń na jego ramieniu i ścisnął je mocno. Nie odpowiedział ani słowem. Nie musiał. Na dziedzińcu rozległ się dźwięk rogu.

Dowódca chwycił wodze swojego konia i wyprowadził go ze stajni. Sethius zatrzymał się w otwartych drzwiach. Patrzył, jak jeden po drugim Zielone Płaszcze dosiadają swoich wierzchowców. Czterdziestu z nich ustawiło się w równym szyku.

Vaelor ruszył pierwszy. Za nim, w idealnym porządku, podążyli pozostali. Sethius patrzył, jak opuszczają Mean Inez i znikają za miejską bramą, wyruszając na kolejny szlak. Dopiero gdy ostatni z zielonych płaszczy zniknął za zakrętem drogi, odwrócił się.

Księżniczka czekała.

Chwila wolności

— Przygotuj Konie. Mojego i konia Księżniczki — krzyknął do stajennego ruszając w stronę komnat Viten.

Zanim jednak ruszył do pałacu, skierował się do niewielkiej zbrojowni przylegającej do koszar.

Zdjął paradny pas, który nosił podczas uroczystości, i wsunął się w dobrze znaną skórzaną zbroję. Zapiął klamry, poprawił naramienniki i zawiesił przy pasie miecz. Do pochew wsunął dwa noże, sprawdził napięcie cięciwy łuku i uzupełnił kołczan.

Na końcu rozpuścił włosy opadające na ramiona i związał je skórzanym rzemieniem.

Był gotowy.

Ruszył do pałacu.

Przed komnatą Viten czuwał Maelor.

— Wszystko spokojnie? — zapytał Sethius.

— Tak. Nikt nie wchodził. Księżniczka również nie wychodziła.

— Dziękuję. Możesz wracać.

Maelor skinął głową i odszedł.

Sethius zapukał.

— Viten… to ja.

— Wejdź.

Otworzył drzwi. Komnata była cicha. Na łóżku leżała starannie złożona złota suknia.

Viten stała przy oknie.

Miała już na sobie ciemnozieloną tunikę, skórzaną zbroję i wysokie buty jeździeckie. Przy pasie wisiał miecz. Obok, na krześle, spoczywał Zielony Płaszcz.

Odwróciła się dopiero, gdy zamknął za sobą drzwi.

— Konie gotowe?

— Za chwilę będą czekały.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.

— Nie chcę tu być. — powiedziała cicho.

— Wiem.

— Nie chcę rozmawiać.

— Dobrze.

— Nie chcę, żebyś próbował mnie pocieszać.

Na twarzy Sethiusa pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech.

— Nigdy nie byłem w tym dobry.

Po raz pierwszy od wyjścia z sali tronowej w kąciku ust Viten pojawił się cień uśmiechu. Spojrzała na Zielony Płaszcz.

— Pomóż mi.

Sethius bez słowa podniósł płaszcz.

Rozłożył go ostrożnie i stanął za nią. Ona odgarnęła włosy. Narzucił płaszcz na jej ramiona i zapiął srebrną zapinkę pod szyją.

Przez chwilę żadne z nich się nie poruszyło.

— Dziękuję.

— Zawsze.

Viten odwróciła się.

— Jedźmy.

Wyszli z komnaty obok siebie.

Dopiero przy schodach Sethius odruchowo zwolnił krok, pozwalając jej iść pół kroku przed sobą.

Nie dlatego, że tego chciał.

Dlatego, że poza drzwiami komnaty znowu byli księżniczką i strażnikiem.

W stajni czekały już dwa osiodłane konie.

Gniady wałach Sethiusa spokojnie skubał siano. Jasna klacz Viten uniosła głowę, gdy tylko usłyszała jej kroki. Księżniczka podeszła do niej i objęła dłonią jej chrapy. Klacz cicho parsknęła. Viten oparła czoło o jej szyję i zamknęła oczy.

Sethius nie odezwał się ani słowem. Po prostu czekał. Po chwili Viten odsunęła się i pogłaskała klacz po szyi.

— Już lepiej.

— Wiem.

Spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem.

— Skąd?

— Zawsze najpierw rozmawiasz z końmi.

Przewróciła oczami.

— To zabrzmiało dziwnie.

— Ale prawdziwie.

Uśmiechnęła się już wyraźniej.

Jednym płynnym ruchem wskoczyła w siodło. Sethius dosiadł swojego konia. Strażnicy przy bramie skłonili głowy, gdy przejeżdżali obok. Ciężkie wrota Mean Inez powoli otworzyły się przed nimi.

Nie oglądając się za siebie, wyjechali z miasta.

Najpierw ruszyli stępem szeroką drogą prowadzącą przez królewskie pola. Dopiero gdy zniknęły ostatnie zabudowania miasta, lekko ścisnęła boki klaczy.

Koń ruszył kłusem.

Sethius bez słowa zrównał się z nią.

Jeszcze chwila.

Jeszcze kilkaset kroków.

Przed nimi otworzyła się zielona dolina.

Droga wiła się między pagórkami porośniętymi wysoką trawą. Po obu stronach rosły stare dęby, a pomiędzy nimi migotały czerwone maki i błękitne chabry.

Viten nabrała głęboko powietrza.

— Galop? — zapytała, nie odrywając wzroku od drogi.

Sethius tylko się uśmiechnął.

— Spróbuj mnie dogonić — rzuciła już w biegu i puściła wodze.

Klacz wystrzeliła do przodu. Kopyta uderzyły o ziemię z głuchym rytmem.

Wiatr natychmiast porwał jej włosy, tarmosił pojedyncze kosmyki spod skórzanego rzemyka i szarpał Zielonym Płaszczem.

Śmiała się.

Najpierw cicho. Potem coraz głośniej. Po raz pierwszy tego dnia.

Sethius patrzył tylko przez chwilę.

Potem również puścił wodze.

Jego koń ruszył w galop.

Pędzili przez zielone drogi Mean Inez.

Mijali złote łany zbóż falujące na wietrze.

Przeskakiwali płytkie strumienie.

Płoszyli stada kuropatw ukrywających się w wysokiej trawie.

Powietrze pachniało sosnowym lasem i rozgrzaną ziemią.

Viten odwróciła głowę.

Na jej twarzy nie było już śladu łez.

Był tylko wiatr.

I wolność.

Przez krótką chwilę nie była ani księżniczką…

...ani wybranką Prastarej Nici…

...ani przyszłą królową.

Była dziewczyną pędzącą na koniu przez własną ojczyznę.

I to wystarczało.


Słońce powoli chyliło się ku zachodowi.

Złote promienie przecinały korony starych dębów, malując drogę długimi pasami światła i cienia. Galop dawno zamienił się w spokojny kłus. Konie szły równym tempem, jakby same wiedziały, że nigdzie nie trzeba się już spieszyć. Przez długi czas żadne z nich się nie odezwało.

Milczenie nie było niezręczne.

Było potrzebne.

Sethius spojrzał na niebo.Do zmroku pozostawało niewiele ponad godzinę.

— Możemy wrócić do pałacu… — odezwał się spokojnie. — Albo zatrzymać się na noc w strażnicy.

Viten spojrzała na niego pytająco.

— Na granicy Wewnętrznego Kręgu Mean Inez. Nad Arlen. Tuż przy Ciemnym Lesie.

Na jej twarzy pojawiło się zainteresowanie.

— Byłaś tam tylko raz. Jeszcze jako dziecko.

Przez chwilę próbowała sobie przypomnieć.

— Ta strażnica z drewnianym pomostem nad rzeką?

Sethius skinął głową.

— Tam właśnie.

Uśmiechnął się lekko.

— Tam kończy się pałac.

— A zaczyna?

Spojrzał przed siebie.

— Serce Kła.

Viten odwróciła wzrok ku ciemniejącej linii lasu na horyzoncie.

— Jedźmy tam.

Ostatnie promienie słońca gasły, gdy między drzewami pojawiła się drewniana palisada.

Strażnica nie była duża. Kilka solidnych budynków otaczało wewnętrzny dziedziniec. Za nimi płynęła szeroka rzeka, a po drugiej stronie zaczynał się Ciemny Las. Nie było tu królewskich chorągwi. Nie było marmurów. Tylko drewno, kamień i zapach ogniska.

Dwóch Zielonych Płaszczy pełniących wartę natychmiast rozpoznało Sethiusa.

— Strażniku!

— Spocznij. — odpowiedział, zeskakując z konia.

Pomógł Viten zejść z siodła.

Jeden z wartowników podbiegł, by przejąć konie.

Sethius odwrócił się do młodego Zielonego Płaszcza.

— Osiodłaj świeżego konia.

— Tak jest.

— Pojedziesz do Mean Inez — żołnierz wyprostował się — Przekaż Królowi Ardenowi, że księżniczka Viten pozostaje tej nocy w strażnicy nad Arlen. Jest bezpieczna. Rano ruszymy w drogę powrotną.

— Tak jest!

— Zabezpieczyć konie. Rozsiodłać, napoić i nakarmić. O świcie mają być gotowe do drogi.

— Tak jest! — odpowiedział drugi ze strażników, odbierając wodze.

— Przygotujcie komnatę dla Księżniczki i ciepły posiłek. Nie trzeba niczego wyjątkowego.

— Oczywiście.

Sethius skinął głową.

Nie musiał wydawać więcej rozkazów. Strażnicy natychmiast rozeszli się do swoich obowiązków.

Viten pogładziła klacz po szyi.

— Dziękuję, dziewczyno.

Oddała wodze stajennemu.

Kilku Zielonych Płaszczy stojących przy ognisku wyprostowało się na jej widok.

— Dobrego wieczoru, Księżniczko.

Uśmiechnęła się.

— Dobrego wieczoru.

Nie było ukłonów. Nie było dworskiej etykiety. Byli tylko ludzie, z którymi trenowała od dziecka. Ruszyła w stronę rzeki. Strażnica powoli zostawała za jej plecami. Słyszała jeszcze ciche rozmowy strażników, stukot odkładanej broni i trzask drewna dorzucanego do ogniska. Potem wszystko zagłuszył szum wody.

Usiadła na trawie tuż przy brzegu.

Rzeka płynęła spokojnie.Nurt odbijał ostatnie złote promienie zachodzącego słońca. Po drugiej stronie rozciągał się Ciemny Las. Nie budził lęku. Był po prostu dziki. Prawdziwy. Wiatr poruszał koronami starych sosen. Z oddali dobiegał śpiew ostatnich dziennych ptaków, powoli ustępujący miejsca wieczornym odgłosom lasu.

Viten zamknęła oczy. Oddychała głęboko.

Po raz pierwszy od wielu godzin nie czuła na sobie niczyjego wzroku. Nie musiała odpowiadać na pytania. Nie musiała być księżniczką. Nie musiała niczego udowadniać. Po prostu była. Za plecami usłyszała cichy szelest trawy.

Nie odwróciła się. Po chwili obok niej usiadł Sethius. Przez dłuższą chwilę żadne z nich się nie odezwało. Patrzyli przed siebie.

Na rzekę. Na ciemniejący las. Na niebo, na którym pojawiały się pierwsze gwiazdy.

— Tęskniłem za tym miejscem — powiedział w końcu Sethius.

Viten uśmiechnęła się lekko.

— Ja chyba też.

Zdziwiła się, kiedy odkryła, że to prawda. Przecież ledwo pamiętała pobyt sprzed lat.

Przez chwilę oboje wsłuchiwali się w nurt rzeki, jakby woda zabierała ze sobą wszystko, czego żadne z nich nie potrafiło jeszcze ubrać w słowa. Szum wody mieszał się z cichym śpiewem ptaków wracających do gniazd. Gdzieś za ich plecami trzaskało drewno w strażniczym ognisku, a wiatr poruszał koronami starych sosen rosnących na skraju Ciemnego Lasu.

Viten zamknęła oczy.

— Tutaj jest inaczej.

Sethius skinął głową.

— Wiem.

— Cisza nigdy nie jest pusta.

Przez chwilę oboje wsłuchiwali się w odgłosy lasu.

— Pamiętasz lekcje historii? — zapytała nagle.

— Nie byłem ich najlepszym uczniem.

Uśmiechnęła się lekko.

— Ja musiałam być — westchnęła i niemal odruchowo wyrecytowała słowa, których uczono każde elfie dziecko królewskiego rodu.– „Prastara Nić została utkana u zarania dziejów przez tych, którzy strzegli równowagi świata. Nie łączy ciał ani umysłów. Splata dusze. Gdy nadejdzie właściwy czas, serca rozpoznają się bez słów, a przeznaczenie poprowadzi je wspólną drogą.” — zamilkła — potrafię to powtórzyć nawet obudzona w środku nocy.

Sethius spojrzał na nią

— I właśnie dlatego wiem, co stanie się teraz.

— Co?

— Wszyscy będą czekać — patrzyła w nurt rzeki — Matka. Starszyzna. Dwór. Theren. Będą czekać, aż pewnego dnia poczuję to, co według nich powinnam poczuć. Przesunęła dłonią po chłodnym kamieniu, przy którym siedziała — A ja… nie czuję nic — po raz pierwszy odwróciła wzrok od rzeki — i wiesz co jest najgorsze? — Sethius pokręcił głową — że chyba nie czuję się z tego powodu winna.

Zapadła cisza.

— Całe życie ktoś czegoś ode mnie chciał. — Mówiła spokojnie. Jakby nie rozmawiała z nim, lecz z własnymi myślami.– Dwór chciał idealnej księżniczki. Matka chce idealnej następczyni. Nauczyciele chcieli idealnej uczennicy. Dowódcy chcieli idealnego Zielonego Płaszcza — uśmiechnęła się smutno — t

eraz wszyscy będą chcieli, żebym była idealną wybranką Therena.

Spojrzała na Sethiusa.

— A ja nawet nie wiem… kim jestem.

Przez chwilę milczał.

— Wiesz, kim nie jesteś.

Zmarszczyła brwi.

— Kim?

— Nie jesteś tym, kim inni chcą cię uczynić.

Odwróciła wzrok.

— Chciałabym w to wierzyć — spojrzała na ciemny las — czasami mam wrażenie, że nie pasuję do Mean Inez. Nie do pałacu. Do całego Mean Inez.

Sethius słuchał uważnie.

— Kiedy jestem na dworze, czuję się… zamknięta. Każdy ruch jest oceniany. Każde słowo zapamiętywane. Każda decyzja komentowana. Tutaj… — rozejrzała się — tutaj pierwszy raz od wielu godzin mogę oddychać.

Wiatr poruszył jej Zielonym Płaszczem. — Czuję w sobie coś… Nie potrafię tego nazwać. To nie jest bunt. To nie jest złość. To… — Szukając odpowiedniego słowa, długo patrzyła na ciemniejącą ścianę lasu. — Dzikość.

Sethius uśmiechnął się niemal niezauważalnie.

— To dobre słowo.

— Właśnie. — Jej głos stał się cichszy — Kiedy jestem z Zielonymi Płaszczami, nikt nie widzi we mnie córki królowej. Widzą wojowniczkę. Towarzysza. Jedną z was — Spojrzała na niego — Wiesz, dlaczego tak bardzo kocham Kieł?

— Dlaczego?

— Bo tutaj nie muszę udawać. Nie muszę być doskonała. Mogę się przewrócić. Mogę przegrać. Mogę się pomylić. I nikt nie patrzy na mnie z rozczarowaniem.

Na twarzy Sethiusa pojawił się lekki uśmiech.

— Co najwyżej każą ci trenować jeszcze godzinę.

Zaśmiała się cicho.

Pierwszy raz szczerze tego dnia.

Po chwili znów spoważniała.

— Sethius…

— Tak?

Spojrzała na spokojny nurt rzeki.

— Boję się, że pewnego dnia będę musiała wybrać.

— Między czym?

Jej odpowiedź przyszła niemal szeptem.

— Między koroną… a własną duszą.

I właśnie dlatego, gdy siedzieli w milczeniu, szum rzeki wydawał się jej prawdziwszy niż wszystkie słowa, które usłyszała tego dnia w sali tronowej.

Sethius długo milczał.

Patrzył na spokojny nurt rzeki, ale nie widział wody. Słuchał jej. Każdego słowa. Każdego westchnienia.

— Wiesz… — odezwała się cicho. — Czasami zastanawiam się, czy w moim życiu cokolwiek było naprawdę moje.

Odwrócił głowę. Viten siedziała z podciągniętymi kolanami, obejmując je ramionami. Patrzyła przed siebie.

— Ty też.

Zmarszczył brwi.

— Ja?

Skinęła głową.

— Miałeś być moim nauczycielem.

Po chwili dodała:

— Potem strażnikiem.

Uśmiechnęła się smutno.

— A zostałeś moim jedynym przyjacielem.

Sethius nie odpowiedział.

Nigdy wcześniej nie myślał o tym w ten sposób.

Było to tak naturalne, że nie pamiętał chwili, w której przestał widzieć w niej tylko księżniczkę.

— To był nasz wybór? — zapytała.

Spojrzała na niego.

— Czy po prostu… tak się stało?

Nie potrafił odpowiedzieć. Przypomniał sobie dziewczynkę, która uparcie próbowała utrzymać drewniany miecz większy od siebie. Dziewczynkę, która złościła się po każdej porażce. Która po każdym upadku wstawała szybciej, niż zdążył jej pomóc. Potem nastolatkę, z którą spędził setki godzin na treningach. Niezliczone wyprawy. Rozmowy przy ogniskach. Milczenie podczas wart. Nie pamiętał chwili, w której stali się przyjaciółmi. Po prostu… byli.

— Nie wiem. — odpowiedział szczerze.

Znów spojrzała na rzekę.

— I właśnie dlatego się boję.

Jej głos zadrżał.

— Bo jeśli nawet przyjaźń mogła po prostu się wydarzyć...To co, jeśli oni mają rację?

Jeśli pewnego dnia naprawdę…

Urwała.

— Co jeśli któregoś dnia spojrzę na Therena i… — Nie dokończyła. Pokręciła głową. — Nie chcę, żeby ktoś decydował za moje serce.

Po policzku spłynęła pierwsza łza.

Sethius zamarł. Nigdy wcześniej nie widział jej płaczącej. Nie po przegranym treningu. Nie przy złamanej ręce. Nie po śmierci wojowników. Nigdy.

Druga łza spadła na jej dłoń. Potem następna.

— Ja nie chcę być czyimś przeznaczeniem… — wyszeptała — Chcę po prostu… — jej głos całkowicie się załamał. — …żyć po swojemu.

Sethius poczuł, że powinien coś zrobić. Powiedzieć, pocieszyć, ale wszystkie słowa wydawały się niewłaściwe.

Powoli, niemal niepewnie, uniósł rękę. Objął ją ramieniem. Tak ostrożnie, jakby bał się, że zrobi coś nie tak.

Viten nawet się nie zawahała. Odwróciła się. Schowała twarz w jego ramieniu.

I rozpłakała się. Naprawdę. Nie cicho. Nie godnie. Płakała tak, jak płaczą ludzie, którzy przez zbyt długi czas byli silni.

Sethius siedział nieruchomo. Nigdy nie czuł się tak bezradny. Nie wiedział, co powiedzieć. Więc nie powiedział nic. Po prostu był.

A kiedy jej łzy zaczęły powoli cichnąć, zrozumiał coś, czego przez lata służby nikt go nie nauczył. Nie każdą bitwę wygrywa się mieczem. Niektóre wystarczy przetrwać… razem.

Po długiej chwili jej płacz zaczął cichnąć. Nie odsunęła się. Siedziała wtulona w jego ramię, jakby bała się, że gdy tylko je opuści, cały ciężar dnia znów na nią spadnie.

Sethius nie poruszył się ani o cal. Nigdy wcześniej nie trzymał jej w ramionach. Nie wiedział, czy robi dobrze, ale wiedział jedno- gdyby teraz ją odsunął, złamałby coś znacznie cenniejszego niż zaufanie.

Nad rzeką zapadła cisza. Słychać było jedynie szum wody, trzask ogniska dochodzący ze strażnicy i cichy śpiew pierwszych nocnych ptaków.

— Wiesz… — odezwał się cicho. — Kiedy trafiłem do Zielonych Płaszczy, byłem wiele młodszy ciebie.

Viten nie odpowiedziała.

— Wszystkiego się bałem. Lasu. Nocy. Pierwszego patrolu. Tego, że zawiodę — lekko uśmiechnął się do własnych wspomnień — Wtedy stary strażnik, Vaelor, nasz dowódca, zabrał mnie nad rzekę bardzo podobną do tej. Powiedział, że każdy, kto zostaje Zielonym Płaszczem, prędzej czy później zadaje sobie jedno pytanie.

— Jakie?

— Czy jeszcze jestem sobą.

Viten uniosła lekko głowę. Sethius patrzył gdzieś daleko, jakby znowu widział tamten wieczór sprzed lat.

— Odpowiedział mi wtedy historią. Powiedział, że dawno temu pewien król schwytał wilka. Zamknął go w złotej klatce. Karmił najlepszym mięsem. Chronił przed zimą. Nie pozwalał, by spotkała go jakakolwiek krzywda. Codziennie powtarzał, że wilk powinien być wdzięczny.-Viten słuchała w milczeniu.– Minęły lata. Wilk się zestarzał. Nigdy więcej nie zobaczył lasu, ale każdego wieczoru siadał przy kratach i patrzył w stronę gór. Król zapytał kiedyś mędrca: „Dlaczego on wciąż tam patrzy? Przecież dałem mu wszystko.” Mędrzec odpowiedział… „Dałeś mu wszystko, oprócz tego, czego nie potrafisz mu dać.”

Viten zamknęła oczy.

— Lasu?

— Nie.

Sethius pokręcił głową.

— Nie dałeś mu być sobą. — Przez chwilę oboje słuchali szumu rzeki — Serce można zamknąć. Można zamknąć ciało. Można zamknąć obowiązkami. Można zamknąć koroną. Można nawet zamknąć przeznaczeniem. Ale duszy… — Spojrzał na Ciemny Las.– Duszy nie da się zamknąć. Ona zawsze pamięta, kim jest. I zawsze będzie szukała drogi do domu.

Viten długo milczała.

— Myślisz, że ja też ją znajdę?

Sethius uśmiechnął się ciepło.

— Nie.

Spojrzała na niego zaskoczona.

— Myślę, że już ją znalazłaś. — Rozejrzał się wokół.– Spójrz na siebie. Od kilku godzin próbujesz uciec od pałacu. Nie od odpowiedzialności. Nie od matki. Od miejsca, w którym nie mogłaś oddychać. A dokąd przyjechałaś?

Viten powoli rozejrzała się po strażnicy.

Po rzece. Po lesie. Po Zielonych Płaszczach siedzących przy ognisku.

Na jej twarzy pojawił się ledwie widoczny uśmiech.

— Do domu… — wyszeptała.

— Nie.- Sethius pokręcił głową. — Do siebie.

Po jej policzku spłynęła jeszcze jedna łza.

Tym razem nie była to łza rozpaczy. Wtuliła się mocniej w jego ramię. Już nic nie mówiła.

Oddech stawał się coraz spokojniejszy. Coraz głębszy.

Palce, które jeszcze przed chwilą kurczowo ściskały materiał jego tuniki, powoli się rozluźniły.

Sethius spojrzał w dół.

Viten spała.

Zmęczenie całego dnia okazało się silniejsze od wszystkich myśli.

Nie odważył się poruszyć.

Siedział nieruchomo, wsłuchując się w równy oddech dziewczyny i szum rzeki.

Nad Ciemnym Lasem wzeszedł księżyc, a Kieł, jak od setek lat, czuwał nad tymi, którzy nie potrafili jeszcze odnaleźć własnej drogi.

Sethius siedział jeszcze przez dłuższą chwilę, wsłuchując się w spokojny oddech Viten.

Nie poruszała się. Zmęczenie ostatecznie zwyciężyło.

Ostrożnie wsunął jedno ramię pod jej plecy, drugie pod kolana. Była zaskakująco lekka. Podniósł ją powoli, starając się nie wybudzić jej ze snu. Wtuliła twarz w jego ramię i westchnęła cicho.

Ruszył w stronę strażnicy. Kilku Zielonych Płaszczy spojrzało na niego znad ogniska. Nie odezwali się ani słowem. Każdy z nich rozumiał, że tej nocy Księżniczka potrzebowała przede wszystkim spokoju. Drzwi przygotowanej komnaty były już otwarte.

Na drewnianym łóżku leżał gruby siennik przykryty wełnianym kocem. W kominku cicho trzaskał ogień, ogrzewając niewielkie pomieszczenie.

Sethius ostrożnie położył Viten na posłaniu.

Przez chwilę spała niespokojnie. Zmarszczyła brwi, jakby nawet we śnie próbowała uciec od wydarzeń minionego dnia.

Westchnął cicho.

Najpierw odpiął zapinkę Zielonego Płaszcza.

Zsunął go delikatnie z jej ramion i starannie złożył na stojącym obok krześle. Potem rozpiął skórzany napierśnik. Nie budząc jej, ostrożnie zdjął zbroję i odłożył ją obok płaszcza. Na końcu rozsznurował wysokie buty jeździeckie. Dopiero wtedy przykrył ją grubym, wełnianym kocem.

Przez chwilę patrzył na jej twarz.

Spała spokojnie, lecz choć ślady łez zdążyły już wyschnąć, zmęczenie wciąż malowało się na jej młodym obliczu.

Miała zaledwie szesnaście lat, a dźwigała na barkach ciężar, który przytłoczyłby niejednego dorosłego. Córka królowej. Następczyni tronu. Zielony Płaszcz, a od dzisiejszego dnia… również wybranka Prastarej Nici.

Delikatnie odgarnął jasny kosmyk włosów, który opadł jej na policzek.

Na moment zatrzymał dłoń.

— Dobranoc, Viten… — wyszeptał tak cicho, że nawet sam ledwie usłyszał własne słowa.

Odwrócił się i zgasił lampę, pozostawiając jedynie blask dogasającego kominka.

Przed wyjściem jeszcze raz spojrzał na śpiącą dziewczynę.

Wyglądała spokojniej, jakby rzeka i Ciemny Las zabrały choć część ciężaru, który nosiła w sercu.

Cicho zamknął za sobą drzwi.

Na korytarzu czekali już dwaj Zieloni Płaszcze.

— Zmieniacie się co dwie godziny — powiedział spokojnie. — Nikogo nie wpuszczać bez mojego rozkazu.

— Tak jest.

— Jeśli księżniczka się obudzi, natychmiast mnie powiadomicie.

— Tak jest, strażniku.

Sethius skinął głową. Oparł się na chwilę o drewnianą ścianę strażnicy. Dopiero teraz poczuł, jak bardzo męczący był ten dzień.

Prastara Nić

Drzwi komnaty królewskiej zamknęły się cicho.

Na korytarzu pozostały straże i służba. W środku byli już tylko oni.

Arden odpiął ciężką, zdobioną pelerynę i bez słowa położył ją na oparciu wysokiego fotela. Przez chwilę stał nieruchomo przy oknie, spoglądając na pogrążone w mroku Mean Inez. Miasto powoli cichło po uroczystościach. Ostatnie światła migotały jeszcze na dziedzińcach, a z oddali dochodziły przytłumione głosy straży zmieniającej wartę.

Vostra podeszła do stołu i nalała do trzech kielichów czerwonego wina. Jeden postawiła przed królem, drugi przed Therenem, trzeci zatrzymała dla siebie.

Theren nie usiadł.

Stał kilka kroków od kominka, wyprostowany, z rękami splecionymi za plecami. Mimo spokojnej twarzy trudno było nie zauważyć napięcia malującego się w jego postawie.

Arden odwrócił się od okna i podszedł do stołu, lecz nie usiadł.

— Dziś wydarzyło się zbyt wiele, by odkładać tę rozmowę do rana.

Jego spojrzenie spoczęło najpierw na Vostrze, potem na Therenie.

— Nie chcę domysłów. Nie chcę półprawd ani elfickich przypowieści.

Na chwilę zamilkł.

— Chcę zrozumieć.

Vostra skinęła głową.

— I właśnie dlatego tu jesteśmy.

Zapadła cisza.

Arden sięgnął po kielich, lecz nawet się z niego nie napił.

— Przez dwadzieścia lat żyłem u boku elfki. Przez dwadzieścia lat słyszałem o Prastarej Nici — uśmiechnął się gorzko — a dziś zdałem sobie sprawę, że nie wiem o niej właściwie nic.- Spojrzał na żonę.– Wiem tylko jedno. Moja córka wyjechała stąd z oczami pełnymi strachu. To nie jest początek, którego życzyłem jej kiedykolwiek.

Vostra westchnęła cicho.

— Dla żadnej matki nie jest to łatwy dzień, ale dla każdej elfki jest dniem, którego się spodziewa.

Arden zmarszczył brwi.

— Więc powiedz mi… czego mam się spodziewać ja?

Zanim jednak Vostra zdążyła odpowiedzieć, rozległo się zdecydowane pukanie do drzwi.

Król odwrócił głowę.

— Wejść.

Do komnaty wszedł Zielony Płaszcz.

Skinął głową.

— Wasza Wysokość.

— Meldunek?

— Dowódca Sethius przesyła wiadomość.

Księżniczka Viten bezpiecznie dotarła do strażnicy nad Arlen. Zgodnie z decyzją dowódcy pozostaną tam do rana i powrócą do Mean Inez po śniadaniu.

Arden odetchnął niemal niezauważalnie.

— Czy księżniczka jest bezpieczna?

— Tak, Wasza Wysokość. Dowódca przekazał jedynie, że księżniczka była bardzo zmęczona wydarzeniami dzisiejszego dnia i już odpoczywa.

Król skinął głową.

— Dobrze.

Przekaż Sethiusowi, że przyjąłem jego meldunek. Niech wracają bez pośpiechu. Mają tyle czasu, ile Viten potrzebuje.

— Tak jest, Wasza Wysokość.

Strażnik skłonił głowę i opuścił komnatę.

Drzwi ponownie się zamknęły. Przez kilka długich chwil nikt się nie odezwał.

Arden odstawił kielich.

— Teraz możemy rozmawiać.

Spojrzał najpierw na Vostrę.

— Powiedz mi wszystko. Od tej chwili nie chcę już być tylko Królem Mean Inez. Chcę być ojcem, który rozumie, co właśnie zaczęło się w życiu jego córki.

Vostra przez chwilę milczała.

Patrzyła na płomienie tańczące w kominku, jakby szukała w nich właściwych słów.

— Ardenie… — odezwała się w końcu cicho. — To, co wydarzyło się dziś wieczorem, nie jest tylko wydarzeniem w naszej rodzinie.

Król zmarszczył brwi.

— Wiem. Wie o tym już zapewne połowa Mean Inez.

— Nie o to chodzi — spojrzała mu prosto w oczy — dla elfów rozpoznanie Prastarej Nici jest jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu.

Arden usiadł ciężko w fotelu.

— Od tej chwili Viten wkroczyła na drogę, którą przez tysiące lat przechodziły córki i synowie elfickich rodów.

— Nie rozumiem.

— Bo wychowałeś się w świecie ludzi.

Przez chwilę w komnacie panowała cisza.

— Dla ludzi miłość jest wyborem. Dla elfów… Prastara Nić jest darem, którego nie wolno lekceważyć. Nie dlatego, że ktoś tego zabrania. Dlatego, że pokolenia przed nami nauczyły się, iż prowadzi ona do życia w zgodzie z własnym sercem.

Arden powoli pokręcił głową.

— Nadal mówisz o wierze. Ja pytam o Viten. Co zmieni się dla niej jutro?

Vostra odsunęła kielich.

— Wszystko.

Król uniósł wzrok.

— Od jutra nie możemy udawać, że nic się nie wydarzyło. Viten powinna zacząć poznawać świat Czarnych Elfów. Ich historię. Ich język. Ich obyczaje. Ich prawa. Powinna spędzać czas z Therenem. Rozmawiać z nim, podróżować, poznać jego rodzinę, poznać jego lud. Nie dlatego, że ma go pokochać. Dlatego, że tylko poznając go naprawdę będzie mogła odpowiedzieć sobie na pytanie, czy Prastara Nić przemawia również do jej serca.

Arden przez chwilę nie odpowiadał.

W końcu odezwał się cicho:

— A jeśli nie będzie chciała?

Vostra zawahała się po raz pierwszy.

— Wtedy również będzie to jej decyzja. Ale nie wolno nam odebrać jej możliwości poznania drogi, którą wskazała Prastara Nić.

Król oparł łokcie na stole.

— Mówisz o możliwości, ale brzmi to jak obowiązek.

Vostra nie zaprzeczyła.

— Bo nim jest. Nie wobec mnie, nie wobec Therena. Wobec tradycji, która od tysięcy lat prowadzi nasz lud.

W komnacie znów zapadła cisza.

Arden spojrzał na Therena, który do tej pory nie wypowiedział ani jednego słowa.

— A ty Elfie? Czy naprawdę tego oczekujesz od mojej córki?

Theren nie od razu podniósł wzrok.

Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w płomienie kominka. W końcu odetchnął głęboko.

— Oczekuję… — zaczął powoli. — …że Viten będzie mogła sama podjąć decyzję.

Arden zmarszczył brwi.

— To nie odpowiedź na moje pytanie.

— Wiem. — Theren skinął głową — Pytasz mnie, czego pragnę jako elf — Spojrzał na Vostrę.

— I odpowiedź brzmi… tak. Chciałbym, aby spędzała ze mną jak najwięcej czasu, aby poznała mój świat, mój lud, moje zwyczaje.Chciałbym być przy niej, codziennie — na twarzy Vostry pojawił się ledwie dostrzegalny cień satysfakcji. Theren jednak mówił dalej. — Ale pytasz mnie również jako mężczyznę… — urwał, po chwili poprawił się z lekkim uśmiechem — …jako tego, kim stałem się, żyjąc tyle lat między ludźmi Mean Inez.- Spojrzał prosto na Ardena — Nie chcę, żeby Viten była przy mnie dlatego, że ktoś uznał to za właściwe. Chcę, żeby któregoś dnia sama usiadła obok mnie, bo będzie tego chciała.

W komnacie zapadła cisza.

Arden nie spuszczał z niego wzroku.

— A Sethius?

To pytanie padło nagle.

Theren zamarł.

Przez chwilę nie odpowiedział.

— Co z nim?

— Jest pierwszą osobą, której moja córka szuka, gdy wszystko wokół niej się rozpada. To on dziś z nią wyjechał. To przy nim czuje się bezpieczna. Powiedz mi szczerze, czy widzisz w nim zagrożenie?

Theren zamknął oczy. Nie uciekł od odpowiedzi.

— Tak.

Jedno słowo zawisło w powietrzu. Vostra odwróciła ku niemu głowę. Arden czekał.

— Widzę. Nie dlatego, że jest lepszy ode mnie. Nie dlatego, że mógłby odebrać mi twoją córkę i naszą wspólną przyszłość. Niepokoi mnie ich więź… — Theren opuścił wzrok — …i byłbym głupcem, gdybym powiedział, że to dla mnie nic nie znaczy.

Po raz pierwszy od początku rozmowy Arden dostrzegł nie dumnego przedstawiciela Czarnych Elfów. Przed nim stał młody mężczyzna, który bał się, że nie będzie potrafił znaleźć drogi do serca kobiety wskazanej mu przez Prastarą Nić.

Vostra przerwała ciszę.

— Właśnie dlatego tradycja nakazuje, aby od tej chwili to Theren stał się najbliższą osobą Viten — Jej głos znów był spokojny i stanowczy — nie dlatego, by odebrać jej przyjaciela, lecz dlatego, by dać Prastarej Nici szansę przemówić.

Arden odsunął się od stołu.

— A ja wciąż nie usłyszałem odpowiedzi na jedno pytanie.- Spojrzał najpierw na żonę, potem na Therena — Kto będzie decydował o życiu mojej córki? Wy? Czy ona sama?

Słowa Króla zawisły w powietrzu.

Płomienie kominka cicho trzaskały, rzucając długie cienie na kamienne ściany komnaty.

Vostra nie odwróciła wzroku.

— Ostateczna decyzja zawsze należy do Viten.

Arden zmrużył oczy.

— Ale…

— Tak. Jest ale… — Królowa odłożyła kielich.– Prastara Nić nie jest rozkazem. Nie jest prawem. Nie jest również wyrokiem. Jest drogą.

Arden oparł dłonie o stół.

— A jeśli wybierze inną?

— Wybierze tą. — Vostra wypowiedziała te słowa z całkowitym spokojem.– Każdego dnia będzie wybierała. Czy chce poznać Therena. Czy chce z nim rozmawiać. Czy chce słuchać opowieści o naszym ludzie. Czy chce zrozumieć, dlaczego właśnie jego wskazała Prastara Nić. — Na chwilę zamilkła. — Naszym obowiązkiem jest jedynie sprawić, aby miała taką możliwość.

Arden powoli pokręcił głową.

— Nie. To nie jest „jedynie”. To zmiana całego jej życia.

Vostra nie zaprzeczyła.

— Tak. Bo od dzisiejszego dnia całe jej życie się zmieniło. Nie tylko dlatego, że rozpoznano Prastarą Nić, dlatego, że jest ostatnią dziedziczką dwóch światów. Ludzkiego i elfickiego.- Zapadła cisza. — Viten nie może dorastać wyłącznie jako córka ludzi. Tak samo jak nie może dorastać wyłącznie jako córka elfów. Musi poznać oba światy.

Arden odsunął się od stołu.

— Zna świat elfów.

— Nie.- Vostra odpowiedziała natychmiast.– Zna świat pałacu. To nie jest to samo. Czarni Elfowie żyją inaczej. Myślą inaczej. Kochają inaczej. Tworzą rodziny inaczej. Nawet ciszę rozumiemy inaczej. Jeżeli kiedyś ma podjąć świadomą decyzję musi najpierw poznać świat, którego nigdy nie była częścią.

Król spojrzał na Therena.

— I dlatego ma spędzać z tobą więcej czasu?

Vostra odpowiedziała, zanim Theren zdążył otworzyć usta.

— Tak. Coraz więcej.Nie tylko podczas uroczystości, czy na dworze. Powinni wspólnie polować, podróżować, rozmawiać, poznawać się. Powinna zobaczyć, jakim naprawdę jest elfem, bo Prastara Nić nie prowadzi do nieznajomych. Prowadzi do tych, których trzeba najpierw poznać.

Arden wyprostował się.

Jego głos nagle stwardniał.

— Jest jeszcze jedna rzecz, o której, mam wrażenie, wszyscy zapominacie. — Spojrzał najpierw na Vostrę, potem na Therena — Mówicie o Prastarej Nici, o tradycji, o Czarnych Elfach, o przyszłej żonie, ale nikt od początku tej rozmowy nie wypowiedział najważniejszego.

Zapadła cisza.

— Viten jest następczynią tronu Mean Inez. Jedyną. Po mojej śmierci to ona założy Koronę Ognia, to ona będzie wydawała wyroki, to ona poprowadzi wojska, to ona będzie odpowiadała za Osiem Królestw. Nie Theren. Nie wy. Ona. — Król zrobił kilka powolnych kroków — Jest również Zielonym Płaszczem. Przeszła próbę. Złożyła przysięgę. Oddała Kłowi swoje życie — Spojrzał na Therena — I nic tego nie zmieni. Nawet jeśli pewnego dnia zdejmie pieczęć, nawet jeśli elficka krew całkowicie się w niej przebudzi, nawet jeśli stanie się bardziej elfką niż człowiekiem, pozostanie Zielonym Płaszczem, bo Zielonym Płaszczem nie zostaje się dzięki krwi, zostaje się dzięki wyborowi.

Głos Ardena był spokojny, ale stanowczy. — A Zielone Płaszcze nie należą do ludzi, nie należą do elfów, nie należą do żadnego rodu, należą wyłącznie do Kła. I właśnie dlatego moja córka jest przede wszystkim jego częścią. Najpierw Kieł. Potem Mean Inez. Dopiero na końcu wszystkie pozostałe obowiązki.

Vostra spojrzała na niego uważnie.

— Mówisz o przysiędze.

— Mówię o tym, na kogo ją wychowaliśmy. — po chwili dodał:

— Nie wychowałem przyszłej królowej, która będzie siedziała w komnatach Czarnych Elfów. Wychowałem dowódczynię. Wojowniczkę. Przyszłego Króla Kła i przyszłą królową Mean Inez. Jeżeli Prastara Nić ma znaleźć miejsce w jej życiu musi znaleźć miejsce obok tego, kim już jest. Nie zamiast tego.

Vostra nie odpowiedziała od razu.

Przez chwilę przyglądała się Królowi.

— Właśnie dlatego obawiam się tego, co może się wydarzyć.

Arden uniósł brew.

— Obawiasz się własnej córki?

— Nie. Obawiam się tego, że będzie próbowała udźwignąć wszystko jednocześnie. — Królowa powoli podeszła do okna.– Przez szesnaście lat uczyliśmy ją być wojowniczką, przyszłą królową, dowódczynią Zielonych Płaszczy, córką dwóch narodów. Teraz Prastara Nić dołożyła jej kolejny obowiązek.- Odwróciła się. — Nie możemy oczekiwać, że sama odnajdzie w tym równowagę.

Arden skrzyżował ręce.

— Więc chcesz zrobić to za nią?

— Nie. Chcę zrobić to, co od tysięcy lat robią elfowie. Poprowadzić ją. — Zapadła cisza.– A prowadzenie oznacza również stawianie granic.

Arden patrzył na nią uważnie.

— Jakich granic?

— Granic bliskości.

Te słowa zabrzmiały twardo.

— Od tej chwili Theren powinien stać się jej najbliższą osobą. Powinien poznawać ją. Powinna poznawać jego.- Arden już chciał odpowiedzieć, lecz Vostra uniosła dłoń. — Posłuchaj mnie do końca. Jeżeli każdego trudnego dnia będzie uciekała do Sethiusa… Jeżeli każdą wątpliwość będzie rozwiązywała z Sethiusem… Jeżeli każdy lęk będzie koiła w jego obecności… To jak jej serce ma nauczyć się rozpoznawać Therena?

W komnacie zapadła ciężka cisza.

Theren opuścił wzrok.

Nie odezwał się ani słowem.

Vostra mówiła dalej.

— Nie chcę odebrać jej przyjaciela, ale przyjaźń również musi znać swoje miejsce. Jeżeli Sethius naprawdę kocha Kieł...Jeżeli naprawdę jest wierny swojej przysiędze...to kiedy nadejdzie właściwy moment sam zrobi krok w tył.

Arden spojrzał na Therena.

— A ty? Czy właśnie tego oczekujesz od człowieka, który od dziecka chronił Viten?

Theren długo milczał. W końcu podniósł głowę.

— Nie.

Vostra odwróciła się do niego z wyraźnym zaskoczeniem. Theren mówił spokojnie.

— Oczekuję od niego czegoś znacznie trudniejszego.

Arden zmarszczył brwi.

— Czego?

— Żeby pozostał wierny Viten. Nie mnie. Nie Prastarej Nici. Viten.

Zapadła cisza.

— Jeśli któregoś dnia sama poprosi go, by odszedł… powinien odejść. Jeżeli poprosi go, aby został, powinien zostać. Przysięga Zielonych Płaszczy została złożona jej, nie mnie. Nie elfickiej tradycji.- Theren odetchnął powoli. — I właśnie dlatego najbardziej boję się nie Sethiusa… — spojrzał prosto na Ardena — …lecz chwili, w której Viten będzie musiała wybierać między obowiązkiem wobec Kła, obowiązkiem wobec Mean Inez… a własnym sercem.- Theren spokojnie wytrzymał spojrzenie Ardena. — Wasza Wysokość… nie boję się decyzji Viten.

Król uniósł brwi.

— Nie?

— Nie. — Theren mówił pewnym głosem.– Prastara Nić nigdy się nie pomyliła. Nie odkąd powstało Mean Inez. Nie odkąd istnieją Czarni Elfowie. — Zapadła cisza.– Jestem przekonany, że gdy pieczęć zostanie zdjęta… Viten sama odnajdzie drogę do mnie. Nie dlatego, że ktoś jej to nakaże. Nie dlatego, że będzie to jej obowiązek. Dlatego, że w końcu usłyszy własne serce.

Arden długo mu się przyglądał.

— Skoro jesteś tego tak pewien, to dlaczego tak bardzo zależy wam na tym, żeby już teraz była przy tobie?

Theren nie odpowiedział.

Odezwała się Vostra.

— Ponieważ zdjęcie pieczęci nie nastąpi jutro, ani za miesiąc. Dopiero za dwa pełne lata, podczas balu zdjęcia pieczęci. — Arden spojrzał na żonę. — To czas, w którym Viten będzie poznawała samą siebie. Jeżeli w tym czasie nie pozna również Therena to jak rozpozna głos własnego serca od głosu wyobrażeń?

Król milczał. Vostra zrobiła kilka kroków.

— Nie proszę cię o to, abyś oddał córkę Czarnym Elfom. Proszę jedynie, abyś pozwolił jej poznać świat, który od dziś również jest częścią jej życia.

Arden pokręcił głową.

— Świat Czarnych Elfów to nie jest świat Kła.

Vostra skinęła głową.

— Nie.

— Nie jest też światem ludzi.

— Nie.

— A jednak chcesz, aby spędzała tam więcej czasu niż z Zielonymi Płaszczami.

Na twarzy królowej po raz pierwszy pojawiło się zawahanie.

— Tak nakazuje tradycja.

Arden wyprostował się.

— A ja odpowiadam za Królestwo. Za Kieł. Za Zielone Płaszcze. Za Osiem Królestw i za moją córkę.- Spojrzał prosto na Vostrę. — Nie pozwolę, aby tradycja odebrała przyszłemu Królowi Kła jego miejsce. Nie po to przez tyle lat przechodziła szkolenie, składała przysięgę. Nie po to nauczyła się prowadzić ludzi i zdobywała ich zaufanie.

Nagle przyjrzał się uważnie żonie

— Chyba zaczynam rozumieć. Dla ciebie Sethius jest przeszkodą dla Prastarej Nici?

Królowa nie zaprzeczyła.

— Tak.

Król skinął głową.

— A dla mnie jest Zielonym Płaszczem.

Zapadła cisza.

— Wiesz, co wydarzyło się kilka lat temu, tu w tej komnacie, gdy wezwałem Zielone Płaszcze na dwór?

Vostra spojrzała na niego uważnie.

— Złożyłem przysięgę, nie jako ojciec, nie jako mąż. Jako Król.- Theren wyprostował się. Arden mówił dalej.– Obiecałem wszystkim Zielonym Płaszczom, że dopóki Viten będzie nosiła ich barwy nigdy nie pozwolę, aby ktokolwiek wykorzystywał ich służbę do celów innych niż dobro Kła i Królestwa. Nigdy nie stanę przeciw ich szkoleniu i zasadom.

Tu jego głos stwardniał.– Sethius nie został przydzielony do Viten dlatego, że jest moim poddanym. Nie dlatego, że jest jej przyjacielem, nie dlatego, że go lubię. Został wybrany, ponieważ uznano go za najlepszego strażnika dla przyszłego Króla Kła. — Spojrzał prosto na Vostrę.– Jeżeli dziś odwołam go tylko dlatego, że Prastara Nić wskazała Therena, zdradzę własną przysięgę.- W komnacie zapadła głęboka cisza.– A jeśli Król złamie przysięgę złożoną Zielonym Płaszczom, dlaczego oni mieliby dochować swoich?

Theren powoli opuścił wzrok.

Arden zrobił kilka kroków.

— Kieł istnieje dłużej niż moje panowanie. Dłużej niż panowanie mojego Ojca i będzie istniał długo po mojej śmierci. Nie wolno mi naruszyć zaufania ludzi, którzy oddają za Mean Inez własne życie — odwrócił się do Therena — powiedz mi szczerze. Gdybyś był na moim miejscu, czy rozkazałbyś Zielonemu Płaszczowi opuścić osobę, której przysiągł bronić nie dlatego, że zawiódł, lecz dlatego, że przeszkadza tradycji?

Theren długo nie odpowiadał.

W końcu spokojnie pokręcił głową.

— Nie.

Arden patrzył na niego jeszcze przez chwilę.

— W takim razie rozumiesz mój problem.


Vostra zrobiła powolny krok w stronę Ardena.

— Naprawdę tego nie pamiętasz?

Król zmarszczył brwi.

— Czego?

— Siebie.

Zapadła cisza.

— Gdy pierwszy raz cię zobaczyłam świat przestał istnieć.

Theren opuścił wzrok.

To nie była rozmowa dla niego.

To była rozmowa dwojga ludzi, którzy przeżyli coś, czego on dopiero doświadczał.

Vostra mówiła dalej.

— Pamiętam każdy szczegół tamtego dnia. Zapach deszczu. Twój głos. To, że nie mogłam przestać na ciebie patrzeć. Pamiętam, jak wróciłam do swojej komnaty i przez całą noc płakałam.- Arden milczał.– Wiedziałam, że jeśli pójdę za tobą porzucę własny lud, własną rodzinę, a jednak poszłam. Bo Prastara Nić była silniejsza ode mnie — Jej głos zadrżał po raz pierwszy. — Zostawiłam wszystko. Nie dlatego, że musiałam. Dlatego, że nie potrafiłam inaczej.

Arden powoli podszedł do niej.

— Wiem.

— Nie.-Vostra pokręciła głową. — Właśnie nie wiesz. Bo patrzysz dziś na Viten oczami ojca, ja patrzę na nią oczami elfki. I boję się, że odbierzesz jej szansę przeżycia tego, co było najpiękniejszym darem mojego życia.

Arden długo patrzył w jej oczy.

W końcu odpowiedział cicho.

— Jest jedna różnica. Zasadnicza. Ja od pierwszej chwili odwzajemniałem tę miłość.

Vostra zamilkła.

Przez dłuższą chwilę nikt się nie odezwał.

Theren zrobił spokojny krok do przodu.

— Wasza Wysokość…

Arden uniósł wzrok.

— Rozumiem obawy. I… zgadzam się z nimi.

Vostra spojrzała na niego z zaskoczeniem.

— Viten nie powinna opuszczać Mean Inez na długie miesiące. Nie teraz. Nie jako jedyna dziedziczka. Nie jako przyszły Król Kła. Nie jako przyszła Królowa.

Arden uważnie słuchał.

— Oczywiście chciałbym, aby pewnego dnia odwiedziła ziemię Czarnych Elfów. Poznała mój lud, mój dom, miejsca, z których pochodzę. Ale nie widzę powodu, aby odbyło się to bez Zielonych Płaszczy.

Jeżeli będą jej towarzyszyć będę spokojniejszy.

Arden skinął głową.

— To rozsądne.

Theren mówił dalej.

— Nie uważam również, aby nauka o naszym ludzie musiała odbywać się wyłącznie w naszych lasach.

Spojrzał na Vostrę.

— Możemy przywieźć ją tutaj. Nasze kroniki. Nasze pieśni. Naszych nauczycieli. Naszych rzemieślników. Niech Viten poznaje świat Czarnych Elfów we własnym domu.

Król po raz pierwszy od początku rozmowy usiadł spokojniej.

— To rozwiązanie jestem w stanie zaakceptować.

Theren skłonił lekko głowę.

— Jest jeszcze jedna prośba.

— Słucham.

— Chciałbym zaproponować jedną z elfek mojego dworu. Od dzieciństwa przygotowywana była do nauczania młodych członków naszego rodu. Zna historię. Tradycje. Język. Towarzyszyłaby księżniczce każdego dnia. Nie jako strażniczka. Nie jako służka. Jako nauczycielka i przewodniczka po świecie Czarnych Elfów.

Vostra zamyśliła się.

— O kim myślisz?

— o Ezrze. Jest cierpliwa. Rozważna. I posiada wiedzę, której Viten będzie potrzebowała.

Arden przez chwilę milczał.

— Jeśli Viten zaakceptuje jej obecność nie widzę przeszkód.

Theren skłonił głowę.

— Dziękuję, Wasza Wysokość.

Po chwili dodał spokojnie:

— Mam ponad dwieście lat. Dwa lata dzielące nas od Balu Zdjęcia Pieczęci są dla mnie jedynie chwilą. Nie zamierzam przyspieszać tego, co powinno dojrzewać własnym rytmem. Jeżeli Prastara Nić naprawdę wskazała właściwą drogę, dwa lata niczego nie zmienią.

W komnacie znów zapanowała cisza.

Vostra spojrzała na męża.

— W takim razie ustalone. Gdy tylko Viten wróci do pałacu rozpocznie poznawanie świata Czarnych Elfów. Powoli. Bez pośpiechu, ale zgodnie z naszą tradycją.

Arden skinął głową.

Nie wyglądał na przekonanego. Jedynie pogodził się z tym, że nie zatrzyma biegu wydarzeń.

— Niech tak będzie.

Płomienie w kominku cicho zatańczyły.

Za oknami Mean Inez zapadła głęboka noc

Boran

Pierwsze promienie słońca od dawna zaglądały już przez niewielkie okno strażnicy. Viten otworzyła oczy i przez chwilę wpatrywała się w drewniany strop nad sobą. Zmarszczyła brwi.

— Na bogów… — Usiadła gwałtownie. — Przespałam świt.

Szybko narzuciła na siebie Zielony Płaszcz i wyszła z pokoju.

Na dziedzińcu strażnicy panował już zwyczajny poranny gwar. Kilku strażników czyściło konie. Dwóch ostrzyło miecze. Z kuchni unosił się zapach świeżo pieczonego chleba i gorącej owsianki.

Przy studni stał Sethius, rozmawiając z Boranem. Na widok Viten obaj odwrócili głowy.

— O! — zawołał Boran z przesadnie uroczystym ukłonem. — Jej Królewska Wysokość raczyła zaszczycić nas swoją obecnością.

Viten przewróciła oczami.

— Nie zaczynaj.

— Wybaczcie, Wasza Wysokość. — Boran mówił dalej z całkowicie poważną miną. — Obawiam się jednak, że nasza skromna strażnica nie dysponuje królewską garderobą ani złotymi lustrami. — Zamyślił się teatralnie.– Ale… jeśli dobrze poszukamy...grzebień chyba gdzieś znajdziemy.

Przez krótką chwilę zapadła cisza, po czym jednocześnie Viten i Sethius wybuchnęli śmiechem.

— Wystarczy! — zaśmiała się Viten. — Jeszcze chwila, a każesz mi jeść ze złotego talerza.

— Niestety. — Boran westchnął ciężko. — Mamy tylko drewniane.

Sethius pokręcił głową z rozbawieniem.

— Nie zachęcaj go.- Podszedł do beczki z wodą, napełnił drewniany kubek i podał go Viten.– Najpierw napij się.

— Dziękuję.

Viten wypiła niemal całą zawartość jednym haustem. W tej samej chwili ciszę poranka przerwało donośne burczenie. Viten zastygła. Sethius spojrzał na nią. Potem na jej brzuch.

Boran parsknął śmiechem.

— Wygląda na to, Wasza Wysokość, że królewski smok domaga się śniadania.

Viten ukryła twarz w dłoniach.

— Udawajmy, że niczego nie słyszeliście.

— Za późno. — uśmiechnął się Sethius. — Cała strażnica już usłyszała.

— W takim razie… — Boran wskazał ręką otwarte drzwi kuchni. — Chodźmy ratować honor księżniczki. Burczenie brzucha mogę wziąc na siebie.

Viten tylko westchnęła.

— Zaczynam rozumieć, dlaczego Zielone Płaszcze tak chętnie zostają w strażnicach.

— Bo mamy najlepsze śniadania? — zapytał Boran.

— Nie. — Spojrzała kolejno na niego i na Sethiusa.– Bo tutaj wszyscy są tak samo niemożliwi.

Boran uśmiechnął się szeroko.

— Witaj w rodzinie, Viten.

Razem ruszyli w stronę długiego drewnianego stołu ustawionego przed kuchnią.

Siedziało już przy nim kilku Zielonych Płaszczy, kończących poranne śniadanie. Na widok Viten kilku z nich skinęło jej głową.

Boran nabrał powietrza i zawołał tak głośno, że usłyszała go chyba cała strażnica:

— Hej! Dawajcie szybko coś do jedzenia dla naszej księżniczki! — Kilku strażników spojrzało w ich stronę.– Jeszcze chwila, a zacznie koniom owies z worków podjadać!

Przez dziedziniec przetoczyła się fala śmiechu.

— Sethius! — odezwał się jeden ze strażników. — Ładny z ciebie strażnik! Doprowadziłeś następczynię tronu do takiego głodu?

Sethius uśmiechnął się, ale po chwili jego twarz spoważniała. W myślach szybko odtworzył poprzedni dzień. Śniadanie w pałacu...Bal… Rozpoznanie Prastarej Nici… Podróż… Wieczorna rozmowa nad rzeką… Zmarszczył brwi.

— Na bogów… — Viten spojrzała na niego pytająco.– Ostatni raz jadłaś wczoraj rano.

Dziewczyna zamarła.

— Rzeczywiście…

— To już nie moja wina. — Boran rozłożył ręce z teatralnym oburzeniem. — To zaniedbanie służb pałacowych

— A ja myślałem, że Zielone Płaszcze potrafią przetrwać trzy dni bez jedzenia. — rzucił ktoś z końca stołu.

— Potrafią. — odpowiedział Boran. — Ale najwyraźniej nie księżniczki.

Z kuchni wyszedł jeden ze strażników, niosąc glinianą miskę, z której unosił się aromat duszonego mięsa.

Postawił ją przed Viten razem z dużym kawałkiem świeżego chleba.

— Potrawka z zająca. Jeszcze gorąca.

Viten spojrzała na miskę, a zapach sprawił, że jej brzuch ponownie dał o sobie znać. Tym razem znacznie głośniej. Śmiech rozległ się ponownie.

— No dobrze. — westchnęła z udawaną rezygnacją. — Poddaję się.

Sięgnęła po kromkę chleba.

— A ja idę poszukać grzebienia! — oznajmił jeden ze strażników, wstając od stołu. — Jak królowa zobaczy księżniczkę w takim stanie, to już nigdy więcej nie wypuści jej z pałacu.

Viten odruchowo dotknęła włosów.

— Jest aż tak źle?

Sethius spojrzał na nią uważnie. Dwa rozplecione warkocze zamieniły się podczas snu w prawdziwą burzę rudych kosmyków. Nie wytrzymał. Roześmiał się.

— Powiedzmy, że wiatr chyba wygrał.

Viten spojrzała na niego z udawanym oburzeniem.

— Zdrajca.

— Strażnik. — poprawił ją z uśmiechem.

Przy stole znów wybuchł śmiech, a Viten po raz pierwszy od wielu dni poczuła, że nie siedzi wśród żołnierzy. Siedziała wśród ludzi, którzy po prostu cieszyli się jej obecnością.

Boran usiadł naprzeciwko Viten i odłamał kawałek chleba.

— Swoją drogą… słyszałem od strażnika, którego wczoraj wysłałeś do pałacu.

Sethius spojrzał na niego uważnie.

— No?

— Podobno nasza pani narobiła tam niezłego zamieszania.

Viten uniosła brwi.

— Ja?

— Podobno jakiś szpiczastouchy książę uparł się, że chce cię za żonę.

Przy stole zapadła cisza.

Po chwili Boran wzruszył ramionami.

— Chcesz o tym pogadać, czy od razu mamy spalić jego królestwo?

Przy stole wybuchł śmiech.

Viten omal nie zakrztusiła się kawałkiem chleba.

— Boran!

— No co? Pytam tylko.

— A może najpierw dowiemy się, gdzie mieszka? — dorzucił jeden ze strażników.

— Szczegóły — machnął ręką Boran. — Znajdziemy po dymie.

— Ciekawe… — odezwał się starszy Zielony Płaszcz, opierając łokcie o stół. — Czy ten elf w ogóle wie, z kim zadziera.

Kilku strażników spojrzało na niego z uśmiechem.

— Przecież zadrzeć z Viten to tak, jakby zadrzeć z całym Kłem.

— I to naraz — dokończył inny.

— Biedny szpiczastouchy — westchnął Boran z udawanym współczuciem. — Jeszcze nie wie, ilu będzie miał przeciwników.

Viten pokręciła głową, śmiejąc się pod nosem.

— Naprawdę nie zamierzacie nikogo palić.

— Dobrze. — odparł Boran z powagą. — To poczekamy, aż wydasz rozkaz. Zresztą… e tam! — machnął ręką — Po szkoleniu, które skończyła, to temu elfowi nic dobrego nie wróżę.

Przy stole znów rozległ się śmiech.

— W małżeńskich kłótniach będzie mógł co najwyżej robić za worek treningowy.

— Albo tarczę. — dorzucił ktoś z końca stołu.

— O ile zdąży ją podnieść. — zaśmiał się następny.

Boran pokiwał głową z udawaną powagą.

— Jest jedna zasada, której każdy Zielony Płaszcz uczy się bardzo szybko.- Spojrzał na Viten, a potem na pozostałych.– Nie wkurza się smoka.

Przy stole wybuchł gromki śmiech. Viten tylko schowała twarz w dłoniach.

— Przysięgam… jeszcze chwila i wracam do pałacu.

— Nie wrócisz. — odparł Boran z uśmiechem. — Tam każą ci siedzieć prosto, a u nas przynajmniej można się pośmiać. A nawet jak wrócisz do rodziców… — Boran wzruszył ramionami. — ...to i tak za chwilę znowu do nas uciekniesz.

Viten uniosła brew.

— Taka już z ciebie księżniczka. Maniery, zasady i falbanki najchętniej zostawiasz w szafie.

— To prawda. — mruknął ktoś z końca stołu. — Zbroja zdecydowanie bardziej do niej pasuje.

Przy stole rozległy się ciche śmiechy.

— A temu szpiczastouchemu… — odezwał się kolejny Zielony Płaszcz, odkładając drewnianą łyżkę. — …radziłbym jak najszybciej nauczyć się jednej rzeczy.

— Jakiej? — zapytała Viten z rozbawieniem.

Strażnik uśmiechnął się szeroko.

— Nie wkurzać smoka.

— A już szczególnie… — dodał Boran, wskazując miskę przed Viten. — …głodnego smoka.

Przy stole wybuchł taki śmiech, że nawet strażnicy pracujący przy stajni odwrócili głowy.

Viten pokręciła głową z bezradnym uśmiechem.

— Wiecie, że jesteście niemożliwi?

— Wiemy. — odpowiedzieli niemal chórem.

Daren spojrzał na Sethiusa z szerokim uśmiechem.

— A ty, Sethius?

Sethius uniósł brew.

— Co ja?

— Jak ty wytrzymasz, że jakiś elf zaczyna się kręcić koło naszej księżniczki?

Przy stole zapadła krótka cisza. Boran westchnął ciężko i odpowiedział, zanim Sethius zdążył otworzyć usta.


— Spokojnie. Sethius jest cierpliwy — Spojrzał na Viten.– Ale temu szpiczastouchemu współczuję.

— Dlaczego? — zapytała Viten.

— Bo Sethius będzie go ratował przed tobą.

Śmiech ponownie przetoczył się przez stół. W tej samej chwili od strony stajni dobiegł szybki tupot.

— Pani!

Kael wbiegł na dziedziniec, trzymając pod pachą zawiniątko.

Zatrzymał się przed Viten, próbując złapać oddech.

— Wyboru dużego nie ma… a ja się na tym za bardzo nie znam — podrapał się po zupełnie łysej głowie.– Jak widać… włosy są mi raczej obce.

Przy stole rozległ się śmiech. Kael uniósł zdobycz.

— Ale znalazłem cztery grzebienie… i dwa zgrzebła — spojrzał na drewniane szczotki z powagą — Końskie. Innych nie mamy. Nie wiem tylko co bardziej się nada.

Daren niemal zakrztusił się chlebem.

— No pewnie! Przecież mamy rudą klacz! Wystarczy pożyczyć jej grzebień!

Tym razem śmiała się już cała strażnica. Nawet Viten nie była w stanie opanować śmiechu. Ukryła twarz w dłoniach.

— Przysięgam… jesteście okropni.

— To był komplement. — odparł Daren z niewinną miną.

Sethius nie odezwał się ani słowem. Patrzył tylko na Viten. Jeszcze wczoraj widział w jej oczach strach, niepewność i łzy, teraz śmiała się tak szczerze, że na chwilę zapomniała o pałacu, Prastarej Nici, Therenie i wszystkim, co czekało ją po powrocie i właśnie ten śmiech był dla niego ważniejszy od wszystkich zwycięstw odniesionych na polu bitwy. Przez krótką chwilę pomyślał tylko jedno. Taką Viten chciał zapamiętać.


— Dobra… — odezwał się Daren, opierając łokcie o stół. — To poważne pytanie.

Viten spojrzała na niego podejrzliwie.

— To już się boję.

— Co zamierzasz zrobić z tym pięknisiem w czerni?

Przy stole zrobiło się cicho. Viten westchnęła.

— Nic.

— Nic?

— Nic.

Boran pokiwał głową.

— Biedny elf.

— Boran…

— No co? Już mi go trochę szkoda.

Viten uśmiechnęła się pod nosem.

— A wy?

Spojrzała po kolei na siedzących przy stole Zielonych Płaszczach.

— Skoro już rozmawiamy o takich sprawach… Gdzie są wasze drugie połówki?

Kilku strażników spojrzało po sobie.

Daren parsknął śmiechem.

— Uciekły.

— Jeszcze ich nie znalazłem. — wzruszył ramionami Kael.

— Moja twierdzi, że bardziej kocham Kieł niż własny dom. — mruknął starszy strażnik, wywołując salwę śmiechu.

— A kłamie? — zapytał Boran.

— Nie.

— No właśnie.

Kolejny z Zielonych Płaszczy odłożył kubek.

— Moją poznałem na jarmarku. Powiedziała, że wyglądam groźnie.

— I?

— Po ślubie stwierdziła, że tylko wyglądam.

Śmiech znów rozbrzmiał nad stołem.

Viten spojrzała na Sethiusa.

— A ty?

Przy stole natychmiast zrobiło się cicho.

Kael uśmiechnął się szeroko.

— No właśnie… Teraz wszyscy chcemy to usłyszeć.

Sethius przez chwilę obracał kubek w dłoniach. W końcu uśmiechnął się lekko.

— Wiem, jaką cenę potrafi mieć kochanie drugiej osoby.- Jego głos był spokojny. — I… jeszcze nie jestem gotowy, by ją ponownie zapłacić.

Na chwilę zapanowała cisza. Boran od razu zauważył zmianę w jego spojrzeniu.

— Dobra! — klasnął w dłonie. — Koniec smęcenia.- Spojrzał po pozostałych Zielonych Płaszczach.– Ktoś miał śpiewać!

Jeden z młodszych strażników natychmiast odchrząknął teatralnie i wstał od stołu.

— To stara pieśń o pewnym wojowniku… — spojrzał wymownie na Sethiusa.– …który zakochał się we własnym mieczu.

Kilku Zielonych Płaszczy natychmiast zaczęło wybijać rytm łyżkami o drewniany stół. Strażnik zaśpiewał z udawaną powagą:


Pewien wojak miecz swój chwalił,

Spał z nim, czyścił i naprawiał.

Mówił: „Pięknie błyszczy stal!”

Żona? „Jeszcze nie…” — i w dal.


Przy ostatnim wersie wskazał palcem na Sethiusa. Śmiech wybuchł natychmiast. Nawet Sethius pokręcił głową z rozbawieniem.

— Beznadziejna piosenka.

— Ale prawdziwa! — odkrzyknął ktoś z końca stołu.

Boran odłamał kawałek chleba.

— A skoro już o żonach… Ja swoją poznałem w Krainie Jeźdźców. Od pierwszego spojrzenia wiedziałem. To była ona.- Na chwilę jego twarz złagodniała.– Trochę czasu zajęło, zanim zgodziła się zamieszkać ze mną w Kle. Ale kiedy już przyjechała wiedziałem, że wróciłem do domu.- Uśmiechnął się do własnych wspomnień.– Wiecie, co najbardziej w niej kocham? — Nikt się nie odezwał.– Jej włosy. Kiedy jedzie konno i wiatr je rozwiewa… Mógłbym patrzeć na nie godzinami.

— Taa… — mruknął Daren. — Tak patrzył, że doczekał się dwóch córek.

Przy stole znów wybuchł śmiech.

— I bardzo dobrze. — odparł Boran z dumą. — A jak wrócę do domu to znowu będę ją kochał.

— Boran! — zaśmiał się Kael.

— No co? Jest moją żoną. Mam taki zamiar.

Viten roześmiała się tak mocno, że musiała odłożyć łyżkę.

Boran spojrzał na nią z uśmiechem.

— A temu twojemu elfowi… Naprawdę współczuję.

— Dlaczego? — zapytała.

— Bo moja żona bardzo mi ciebie przypomina.

Viten uniosła brwi.

— Naprawdę?

— Ten sam upór. Ta sama odwaga. I ten sam charakter. — Pochylił się lekko nad stołem.– Ze smokiem się nie dyskutuje.

Przy stole zapadła sekunda ciszy.

— Zwłaszcza z rudym! — dorzucił Daren.

Śmiech ponownie rozbrzmiał po całej strażnicy.

Viten otarła łzy ze śmiechu.

— Wiecie… w pałacu nikt nie odważyłby się tak do mnie odezwać.

— To ich problem. — wzruszył ramionami Boran.

— Dlaczego?

— Bo widzą koronę. My widzimy Viten.

Przy stole zrobiło się cicho.

Po chwili Daren odłożył kubek.

— Korona jest dla królestwa.

— A Viten jest dla Kła. — dokończył Kael.

Sethius nie odezwał się ani słowem.

Boran spojrzał na dziewczynę.

— Posłuchaj mnie, pani. Kiedy pierwszy raz przyjechałaś do Kła, byłaś tak mała, że miecz ciągnęłaś po ziemi.- Kilku strażników parsknęło śmiechem.– Potem uparłaś się, że będziesz ćwiczyć z nami. Pamiętasz?

— Pamiętam…

— Rozbijałaś sobie kolana. Płakałaś. Wstawałaś. I znowu się przewracałaś.

— Boran…

— Nie przerywaj. Dzisiaj jesteś jedną z nas. Nie dlatego, że jesteś córką króla. Dlatego, że zapracowałaś na to każdą kroplą potu.

Zapadła cisza.

Starszy Zielony Płaszcz skinął głową.

— Gdybyś jutro zrzekła się korony dalej miałabyś miejsce przy tym stole.

Viten nie potrafiła odpowiedzieć.

— I dlatego… — Boran uśmiechnął się szeroko. — ...jeżeli ten twój piękniś w czerni choć raz sprawi, że będziesz płakać… — Rozejrzał się po siedzących przy stole.– ...to będzie miał przeciwko sobie nie jednego strażnika.

— Tylko cały Kieł. — powiedział spokojnie Daren.

— A to już problem. — mruknął Kael.

— Ogromny. — potwierdził ktoś z końca stołu.

Boran westchnął teatralnie.

— Biedny elf.

— Jeszcze nawet nie wie, że próbował poderwać córkę całego garnizonu.

Tym razem śmiała się już nie tylko Viten. Śmiał się cały stół.

A Sethius…

Patrzył na nich wszystkich z cichym uśmiechem. Bo wiedział, że żadne z tych słów nie było przesadą.

Gdyby Viten kiedykolwiek naprawdę potrzebowała pomocy Kieł ruszyłby za nią bez chwili wahania.


Sethius spojrzał na słońce.

— Mamy jeszcze trochę czasu.

Odwrócił się do Viten.

— Idź się przygotuj. Nie uciekniemy bez ciebie.

Boran natychmiast pokiwał głową.

— Tak jest. I pamiętaj o najważniejszym.

Viten spojrzała na niego podejrzliwie.

— O czym?

Kael natychmiast wyciągnął przed siebie oba końskie grzebienie.

— Trzeba tylko zdecydować… — Uniósł jeden.– Ten dla kasztanki.- Potem drugi.– Czy ten dla siwej.

Przy stole znów rozległ się śmiech.

Viten pokręciła głową.

— Jesteście niemożliwi.

— Ale grzebień wybierz porządnie! — zawołał za nią Daren. — Jak królowa zobaczy, że wróciłaś uczesana końskim grzebieniem, to jeszcze nam go zabierze!

— A wtedy kto uczesze konie? — westchnął teatralnie Kael.

Viten tylko machnęła ręką i z uśmiechem wróciła do swojej izby.

Zamknęła za sobą drzwi. Po raz pierwszy od wielu dni została sama. Na niewielkim stole rzeczywiście leżały dwa drewniane grzebienie. Oba wyraźnie pamiętały już niejedną końską grzywę. Roześmiała się cicho.

— Zwariowani…

Przepłukała twarz zimną wodą z glinianej misy. Chłód natychmiast postawił ją na nogi. Spojrzała w niewielkie, lekko porysowane lusterko. Rude włosy po nocy wyglądały dokładnie tak, jak zapowiadały Zielone Płaszcze.

Westchnęła.

— Dobrze… wygrał wiatr.

Sięgnęła po grzebień. Przez kilka minut cierpliwie rozczesywała splątane kosmyki, po czym zaplotła włosy w dwa równe warkocze. Tak było najwygodniej w trasie. Potem narzuciła lnianą koszulę. Skórzany kaftan. Pas. Miecz. Naramienniki. Karwasze. Na końcu zapięła zielony płaszcz.

Spojrzała jeszcze raz w lustro.

Księżniczka zniknęła.

Patrzyła na nią młoda Wojowniczka. Uśmiechnęła się do własnego odbicia.

— Teraz możemy wracać.

Viten jeszcze raz poprawiła pas miecza i wyszła na dziedziniec.

Sethius czekał już przy koniach.

Oba były osiodłane i gotowe do drogi.

Boran prowadził klacz Viten za uzdę.

— O, jest i nasza księżniczka. — zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów. — No… teraz przynajmniej wyglądasz jak człowiek.

— Czyli jednak koński grzebień się sprawdził? — uśmiechnęła się Viten.

— Wiedziałem! — zawołał Kael. — Mówiłem, że ten od kasztanki będzie najlepszy!

— Nie od kasztanki… — poprawił go Daren. — Od rudej klaczy.

Strażnicy ponownie wybuchnęli śmiechem.

Viten tylko pokręciła głową.

— Jeszcze chwila i naprawdę uwierzę, że koń wygląda lepiej ode mnie.

— Nie przesadzaj. — Boran wzruszył ramionami. — Klacz przynajmniej nie próbuje walczyć z każdym, kto się z nią nie zgadza.

— Boran…

— Dobrze, dobrze. Prawie z każdym.

Viten zaśmiała się, po czym pogłaskała klacz po szyi.

Sethius sprawdził jeszcze popręg swojego konia.

— Ruszamy?

Viten skinęła głową. Przez chwilę nikt się nie odzywał. Boran zrobił krok bliżej.

— Uważaj na siebie.

Dziewczyna spojrzała mu w oczy.

— Zawsze.

— Nie.

Pokręcił głową z uśmiechem.

— Ty właśnie nigdy.

Zawsze znajdziesz coś, przez co człowiekowi włosy siwieją.

— Tobie już nie zaszkodzi.

Boran odruchowo dotknął swoich krótko przystrzyżonych włosów.

— To prawda…

...ale Sethiusowi jeszcze mogą.

Daren parsknął śmiechem.

— Jak będziesz miała dość pałacu to wiesz, gdzie nas szukać.

— Będę pamiętać.

— I oddaj grzebień! — krzyknął Kael.

— Jeszcze mi się przyda!

— Wiedziałem! Ukradła koński grzebień!

— Kael… — westchnął Boran. — Jak król zapyta, powiemy, że koń zgubił.

Kolejna fala śmiechu przetoczyła się przez dziedziniec. Viten lekko odbiła się od ziemi i płynnie wskoczyła w siodło.

Sethius zrobił to samo. Odwrócił konia w stronę bramy.

— Gotowa?

Spojrzała jeszcze raz na strażnicę.

Na kamienne mury. Na studnię. Na drewniany stół, przy którym jeszcze przed chwilą wszyscy razem jedli śniadanie. Na Zielone Płaszcze. Nie salutowali. Nie ustawili się w szeregu.

Po prostu stali i uśmiechali się do niej.

— Gotowa.

Ruszyli powoli przez otwartą bramę.

— Viten! — zawołał jeszcze Boran.

Odwróciła głowę.

— Nie daj się temu szpiczastouchemu!

— A jak będzie za bardzo marudził! — krzyknął Daren — To przyślij go do nas!

— Nauczymy go manier! — dorzucił Kael.

— Zielonopłaszczowych! — dokończył ktoś z tyłu.

Śmiech ponownie rozbrzmiał za ich plecami.

Viten uniosła dłoń w geście pożegnania.

Po chwili strażnica została za zakrętem.

Przez dłuższy czas jechali w milczeniu. Słychać było jedynie miarowy stukot kopyt i śpiew ptaków budzących się w lesie.

W końcu Viten odezwała się cicho.

— Sethius…

— Tak?

— Oni naprawdę są moją rodziną.

Sethius nie odpowiedział od razu.

Spojrzał przed siebie.

Na drogę prowadzącą do Mean Inez.

Po chwili uśmiechnął się ledwie zauważalnie.

— Wiem.

I jechali dalej. Przed nimi czekał pałac. Za nimi zostawał Kieł.

Nowe Zasady

Do Mean Inez wracali niemal przez całą drogę w milczeniu.

Nie było jednak w tej ciszy nic niezręcznego.

Sethius jechał kilka kroków przed Viten, pozwalając jej cieszyć się spokojem ostatnich chwil spędzonych poza murami pałacu.

Poranne słońce wspięło się już wysoko ponad korony drzew.

Jego promienie przebijały się przez gęste gałęzie, malując na leśnym trakcie złote plamy światła. Z pobliskich zarośli dobiegał śpiew ptaków, a ciepły wiatr poruszał liśćmi, niosąc zapach żywicy, mokrego mchu i kwitnących leśnych kwiatów.

Od czasu do czasu drogę przecinała wiewiórka. Gdzieś wysoko nad nimi przemknął myszołów. Na skraju polany pasło się stado jeleni, które uniosły głowy dopiero wtedy, gdy usłyszały stukot końskich kopyt.

Viten chłonęła ten widok.

Każdy oddech.

Każdy dźwięk.

Każdą chwilę.

Wiedziała, że kiedy przekroczy bramy Mean Inez, znów otoczą ją kamienne ściany, dworska etykieta i obowiązki następczyni tronu. Dlatego nie spieszyła się z powrotem. Sethius również. Nie potrzebowali rozmowy. Wystarczała im wspólna droga.

Do królewskich stajni dotarli dopiero w porze obiadu. Ledwie zsiedli z koni, podbiegła do nich młoda służka królowej. Dygnęła głęboko przed Viten.

— Wasza Wysokość. Królowa prosiła, aby po przebraniu się w suknie udała się pani do komnat Jego Królewskiej Mości. Król i królowa już oczekują.

Viten skinęła głową.

— Dziękuję.

Służąca skłoniła się raz jeszcze i szybko odeszła. Viten odprowadziła ją wzrokiem.

Po chwili spojrzała na Sethiusa.

— Pójdziesz ze mną?

Na twarzy strażnika pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech.

— Zawsze. — Zawiesił wzrok na jej zbroi. — Chociaż… w suknię raczej się nie przebiorę.

Viten roześmiała się.

— I bardzo dobrze. Nie pasowałaby ci.

— Mam dokładnie takie samo zdanie.

Oddali konie stajennym. Po chwili ruszyli obok siebie znajomym korytarzem prowadzącym do komnat Viten. Z każdym kolejnym krokiem śmiech Zielonych Płaszczy pozostawał coraz dalej za nimi. Przed nimi była rozmowa, która miała rozpocząć nowy rozdział w życiu młodej następczyni tronu. Po wejściu do pałacu ich drogi rozchodziły się. Komnaty Viten znajdowały się we wschodnim skrzydle, natomiast kwatery Zielonych Płaszczy mieściły się przy koszarach, tuż za wewnętrznym dziedzińcem.

Viten zatrzymała się przed drzwiami swoich komnat. Spojrzała na Sethiusa.

— Ty też idź się ogarnąć.

Uniósł brew.

— Ja?

— Tak.

Zmrużyła oczy.

— Nie myśl sobie, że tylko mnie wiatr potargał.

Sethius odruchowo poprawił włosy.

— Myślałem, że wyglądam całkiem dobrze.

— Wyglądasz, jakbyś od wczoraj spał w zbroi.

— Bo spałem.

Viten roześmiała się.

— No właśnie.

Przebrać się. Umyć. Odpocząć choć chwilę. Król przecież nie ucieknie.

— Mam się jeszcze uczesać końskim grzebieniem?

— Oczywiście. Najlepiej tym od kasztanki.

Sethius pokręcił głową z uśmiechem.

— Kael cię zepsuł.

— Nie. To wy mnie wszyscy zepsuliście.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.

— Spotkajmy się tutaj za kwadrans. — powiedziała Viten.

— Będę.

— I żadnej zbroi.

Sethius spojrzał na swój skórzany napierśnik.

— To już trochę za dużo.

— Mówiłam o tej brudnej.

— Aaa… To mogę obiecać.

Viten skinęła głową i weszła do swoich komnat. Ledwie zamknęła za sobą drzwi, z drugiej strony rozległ się cichy okrzyk.

— Wasza Wysokość wróciła!

Chwilę później do komnaty wbiegły dwie służące. Jedna zatrzymała się jak wryta. Druga otworzyła szeroko oczy.

— Na wszystkich bogów… Co się stało z pani włosami?!

Viten westchnęła ciężko.

— Nie zaczynajcie…

— Nie zaczynamy! Musimy szybko kończyć!

— Kąpiel?

— Nie ma czasu! Suknia jest gotowa! Król i królowa czekają!

— Ciepła woda!

— Grzebień!

— Nie koński! — wyrwało się Viten odruchowo.

Obie służące zamilkły.

Spojrzały po sobie zdezorientowane.

Viten zakryła twarz dłonią.

— Nieważne…

Po prostu… przygotujcie mnie do spotkania z rodzicami.

Komnata natychmiast wypełniła się dobrze znanym chaosem.

A gdzieś na korytarzu Sethius, uśmiechając się pod nosem na wspomnienie końskiego grzebienia, ruszył do swoich kwater, by po raz pierwszy od dwóch dni zamienić zakurzoną zbroję na czysty mundur Zielonych Płaszczy.

Kwadrans później drzwi komnat Viten ponownie się otworzyły.

— Wasza Wysokość… — odezwała się jedna ze służek. — Dowódca Sethius czeka.

Viten poprawiła ostatni kosmyk włosów.

— Możecie go wpuścić.

Drzwi uchyliły się cicho.

Sethius wszedł do środka. Nie miał już na sobie zakurzonej zbroi.

Ciemnozielona tunika Zielonych Płaszczy była świeża i starannie zapięta pod samą szyję. Skórzany pas z mieczem zastąpił lżejszy pas paradny, a włosy, choć wciąż uparcie wymykały się spod rzemyka, wyglądały zdecydowanie lepiej niż jeszcze godzinę wcześniej.

Viten przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu. Na jej twarzy pojawił się uśmiech.

— No…

Sethius uniósł brew.

— Co?

— Jednak potrafisz wyglądać jak człowiek.

— To ogromne poświęcenie.

— Widzę — Obeszła go powoli dookoła.– Nawet włosy uczesane… i to bez końskiego grzebienia.

Na chwilę zapadła cisza.

Sethius spojrzał na Viten.

Złota suknia zastąpiła zbroję. Rude włosy rozczesano, aby tworzyły naturalne fale opadające prawie do bioder. Przy pasie nie wisiała broń.

A jednak…

Uśmiechnął się.

— Dalej wyglądasz, jakbyś za chwilę miała komuś odebrać miecz.

Viten roześmiała się.

— Bo trochę mi go brakuje.

— Wiem.

Przez krótką chwilę patrzyli na siebie bez słów. To była ta sama cisza, która towarzyszyła im przez całą drogę ze strażnicy. Spokojna. Naturalna.

W końcu Sethius wyprostował się.

— Gotowa?

Viten westchnęła.

Spojrzała na drzwi prowadzące do królewskich komnat.

— Chyba tak.

— „Chyba”?

— Mam wrażenie, że od chwili, kiedy wyjechałam z pałacu wracam już do innego miejsca.

Sethius przez moment milczał.

— Pałac się nie zmienił.

— Wiem.

— To co się zmieniło?

Viten uśmiechnęła się smutno.

— Chyba ja.

Sethius skinął głową.

Nie próbował zaprzeczać.

— W takim razie chodźmy zobaczyć, co na ten temat powiedzą twoi rodzice.

Viten wypuściła powoli powietrze.

— Chodźmy.

Razem wyszli na korytarz.

Kamienne ściany pałacu były ciche. Za wysokimi oknami słońce oświetlało ogrody Mean Inez. Ich kroki odbijały się echem od marmurowej posadzki. Im bliżej byli królewskich komnat, tym wyraźniej Viten czuła, że kończy się jeden rozdział jej życia, a zaczyna następny.

Przed masywnymi dębowymi drzwiami prowadzącymi do królewskich komnat stało dwóch strażników.

Na widok Viten i Sethiusa jednocześnie uderzyli pięściami w napierśniki.

— Wasza Wysokość.

— Dowódco.

Sethius skinął im głową.

— Król oczekuje.

Jeden ze strażników otworzył ciężkie drzwi.

Do wnętrza wpadało ciepłe światło południowego słońca.

Komnata nie przypominała sali tronowej. Była znacznie mniejsza. Na ścianach wisiały mapy wszystkich Ośmiu Królestw, pomiędzy nimi znajdowały się regały pełne ksiąg i zwojów. W kominku spokojnie trzaskał ogień, choć letni dzień nie wymagał ogrzewania.

Król Arden stał przy jednym z okien. Królowa Vostra siedziała przy stole, przeglądając zapisane pergaminy. Oboje niemal jednocześnie podnieśli wzrok.

Na twarzy Vostry natychmiast pojawił się uśmiech.

— Wróciłaś.

Viten odwzajemniła uśmiech.

— Tak, mamo.

Królowa podeszła do córki i objęła ją mocno. Przez chwilę żadna z nich się nie odezwała. Arden obserwował je z lekkim uśmiechem.

— Widzę, że Zielone Płaszcze oddały nam córkę w jednym kawałku.

— Prawie. — odpowiedziała Viten.

— Prawie?

— Boran próbował zrobić ze mnie jedną z nich.

Arden spojrzał na Sethiusa.

— Udało mu się?

Sethius odpowiedział bez chwili zastanowienia.

— Nie, Wasza Wysokość. Ona już była jedną z nas.

W komnacie zapadła cisza. Arden powoli skinął głową. Na jego twarzy nie było ani zaskoczenia, ani niezadowolenia. Jedynie satysfakcja.

— Dobrze. Tak właśnie miało być.

Arden przez chwilę przyglądał się córce w milczeniu. Na jego twarzy pojawił się spokojny uśmiech.

— Warto było.

Viten spojrzała na niego zaskoczona.

— Co?

— Udać się do strażnicy.

Zapadła krótka cisza.

— Wróciłaś inna.

Viten lekko zmarszczyła brwi.

— Aż tak to widać?

— Ojciec zawsze zauważa takie rzeczy. — odparł cicho. — Jeszcze dwa dni temu nosiłaś na barkach ciężar całego świata — Arden zrobił kilka kroków w jej stronę.– Dzisiaj pierwszy raz od bardzo dawna widzę, że znowu się uśmiechasz.

Viten spuściła wzrok. Nie potrafiła temu zaprzeczyć.

Król spojrzał na Sethiusa.

— Dziękuję.

Sethius wyprostował się.

— Wasza Wysokość, to nie moja zasługa.

— Nie?

— Zielonych Płaszczy. Boran, Kaela, Darena… wszystkich. Po prostu przypomnieli księżniczce, że nie zawsze musi być następczynią tronu. Czasami wystarczy, że jest Viten.

W komnacie ponownie zapadła cisza.

Vostra uśmiechnęła się ciepło.

— I właśnie dlatego chciałam, żebyś tam pojechała.

Viten spojrzała na matkę.

— Wiedziałaś?

— Miałam nadzieję. Że znajdziesz miejsce, w którym nikt nie będzie patrzył na koronę. Tylko na ciebie.

Po policzku Viten przemknął delikatny uśmiech.

— Chyba znalazłam.

Arden skinął głową z wyraźną ulgą.

— To dobrze. Bo od jutra znów zaczną się obowiązki. A teraz… cieszę się po prostu, że odzyskałem córkę.

Król wymienił krótkie spojrzenie z Vostrą.

— Podczas twojej nieobecności ponownie rozmawialiśmy z Therenem.

Viten skinęła głową.

— Domyślałam się.

— Rozmowa była długa. — odezwała się Vostra. — I muszę przyznać, że w wielu kwestiach przekonał nas do swoich argumentów.

— Jakich?

Arden oparł dłonie na stole.

— Pierwotnie chcieliśmy, abyś na pewien czas wyjechała do Czarnego Lasu i tam poznawała kulturę Czarnych Elfów. — Królowa potwierdziła to skinieniem głowy i dodała:

— Theren uznał jednak, że nie jest to najlepszy pomysł.

Viten spojrzała pytająco.

— Dlaczego?

— Powiedział, że zanim poznasz jego lud, najpierw powinnaś czuć się bezpiecznie. A najbezpieczniej będziesz się czuła tutaj. W swoim domu.

Vostra uśmiechnęła się.

— Zaproponował inne rozwiązanie. — Vitena spojrzała z zaciekawieniem.

— W Mean Inez jest Ezra.

— Ezra?

— Jest jedną z najbardziej wykształconych przedstawicielek Czarnych Elfów. Przez najbliższe dwa lata będzie mieszkała w pałacu. Będzie uczyć cię historii swojego ludu, ich języka, zwyczajów i wszystkiego, co powinna wiedzieć przyszła królowa Mean Inez.

Viten przez chwilę milczała.

— Czyli… nie wyjadę?

— Nie. — odparł Arden. — Uznaliśmy, że nie ma takiej potrzeby. Nadal będziesz szkolić się z Zielonymi Płaszczami. Nadal będziesz uczestniczyć w zajęciach dworskich, a jednocześnie poznasz kulturę Czarnych Elfów tutaj, w Mean Inez.

Viten spojrzała na Sethiusa.

— Czyli nic się między nami nie zmienia?

— Nie. — odpowiedział Arden, zanim Sethius zdążył się odezwać. — Nadal pozostaje twoim strażnikiem.

Na twarzy Viten pojawiła się wyraźna ulga.Król zauważył ten uśmiech.

— Jest jeszcze jedna rzecz. Theren również pozostanie w Mean Inez.

— Na jakiś czas?

— Do Balu Zdjęcia Pieczęci.

W komnacie zapadła cisza.

— To blisko dwa lata. — powiedziała cicho Viten.

— Tak. — odparła Vostra. — Dzięki temu nie będziesz poznawała jedynie ksiąg i opowieści. Poznasz bliżej elfy, ich sposób myślenia i ich codzienne życie.

Arden uśmiechnął się lekko.

— A kiedy nadejdzie dzień Balu Zdjęcia Pieczęci, chcemy, abyś była gotowa nie tylko objąć władzę nad Mean Inez, ale również rozumiała tych, którzy pewnego dnia staną się naszymi najbliższymi sojusznikami.

Królowa spojrzała w stronę drzwi.

— Proszę poprosić Therena i Ezrę.

Strażnik stojący przy wejściu skłonił się i opuścił komnatę. Przez chwilę panowała cisza. Po kilku oddechach rozległo się ciche pukanie.

— Wejść.

Ciężkie drzwi otworzyły się powoli.

Jako pierwszy wszedł Theren. Miał na sobie długą, czarną szatę ozdobioną subtelnymi srebrnymi haftami. Jego długie, czarne włosy opadały swobodnie na plecy, kontrastując z jasną cerą. Gdy uniósł wzrok, jego oczy miały głęboki, granatowy odcień przypominający bezchmurne nocne niebo.

Tuż za nim weszła Ezra.

Była od niego nieco niższa. Jej długie, czarne włosy sięgały niemal pasa, a ciemnogranatowe oczy zdawały się odbijać światło płomieni kominka. Miała na sobie prostą, elegancką suknię w odcieniach czerni i ciemnej zieleni, pozbawioną zbędnych ozdób.

Oboje jednocześnie skłonili się przed królewską rodziną.

— Wasze Królewskie Mości.

Vostra uśmiechnęła się ciepło.

— Dziękuję, że przyszliście — Spojrzała na córkę — Viten, z Therenem miałaś już okazję się poznać.

Theren wykonał lekki ukłon.

— Miło mi ponownie cię widzieć, księżniczko.

— Mnie również. — odpowiedziała Viten, myśląc czy to prawda. Wciaż czuła zmieszanie w tej sytuacji.

Królowa zwróciła się ku elfce.

— To jest Ezra. Przez najbliższe dwa lata będzie ci towarzyszyć podczas nauki historii, języka i zwyczajów Czarnych Elfów.

Ezra zrobiła krok naprzód.

— To dla mnie zaszczyt, księżniczko. Mam nadzieję, że wiedza mojego ludu okaże się dla ciebie równie cenna, jak dla mnie będzie możliwość poznania Mean Inez.

Viten odwzajemniła uśmiech.

— W takim razie obie będziemy miały się czego uczyć.

Na twarzy Ezry pojawił się delikatny uśmiech.

Theren spojrzał na nie z wyraźną satysfakcją.

— Jestem przekonany, że szybko odnajdziecie wspólny język.

Arden skinął głową.

— Tego właśnie oczekujemy. Przez najbliższe dwa lata będziecie często pracować razem. Niech ten czas będzie początkiem współpracy, która przyniesie korzyść zarówno Mean Inez, jak i Czarnym Elfom.

— Dołożymy wszelkich starań, Wasza Królewska Mość. — odpowiedzieli niemal równocześnie Theren i Ezra.

Vostra spojrzała na córkę z ciepłym uśmiechem.

— Jest jeszcze jedna prośba, Viten.

— Słucham, mamo.

— Chciałabym, abyś spędzała z Therenem jak najwięcej czasu.

Viten spojrzała zaskoczona najpierw na matkę, a potem na elfa.

Królowa mówiła spokojnie.

— Do Balu Zdjęcia Pieczęci pozostały niespełna dwa lata. Chciałabym, abyście do tego czasu dobrze się poznali. Theren zna zwyczaje Czarnych Elfów lepiej niż ktokolwiek inny, kogo moglibyśmy dziś poprosić o pomoc. Jestem przekonana, że dzięki niemu łatwiej zrozumiesz lud, z którego sama się wywodzisz.

Viten powoli skinęła głową.

— Rozumiem.

— Nie chcę, abyś uczyła się jedynie z ksiąg. To będzie równie ważna nauka, jak trening z Zielonymi Płaszczami.

Theren skłonił lekko głowę.

— Postaram się nie zawieść zaufania Waszych Królewskich Mości.

— Nie wątpię w to. — odparła Vostra.

W komnacie zapadła krótka cisza.

Sethius stał nieruchomo tuż za krzesłem Viten. Na moment zacisnął dłoń na rękojeści miecza. Tak lekko, że niemal nie było tego widać. Po chwili rozluźnił palce.

Arden zauważył ten gest.

— Sethiusie.

Strażnik uniósł wzrok.

— Tak, Wasza Wysokość?

— Nic nie zmienia się w twoich obowiązkach. Nadal odpowiadasz za bezpieczeństwo Viten.

— Oczywiście.

— Jeśli Theren lub Ezra będą towarzyszyć księżniczce, ty również będziesz przy niej.

— Zawsze.

Odpowiedział bez chwili wahania.

Viten odwróciła lekko głowę. Ich spojrzenia spotkały się tylko na ułamek sekundy. Nie musiała nic mówić. Sethius również milczał. Oboje doskonale wiedzieli, że od czasu pobytu w strażnicy słowo „zawsze” znaczyło dla nich znacznie więcej niż zwykłą strażniczą przysięgę.

Vostra spojrzała na Viten, a potem na Therena.

— Myślę, że na dziś wystarczy rozmów przy stole — uśmiechnęła się ciepło — pogoda dopisuje. Może wybierzecie się na spacer po ogrodach?

Viten skinęła głową.

— Z przyjemnością.

Theren wykonał lekki ukłon.

— To będzie dla mnie zaszczyt.

Arden wrócił do pergaminów.

— Idźcie. My z waszą matką mamy jeszcze kilka spraw do omówienia.

Viten odsunęła krzesło i ruszyła w stronę drzwi.

Theren zrobił to samo.

Sethius odruchowo ruszył za nimi. Nikt nie zwrócił na to uwagi. Tak właśnie wyglądała jego służba.

Ogrody Mean Inez tonęły w letnim słońcu. Kamienne ścieżki prowadziły pomiędzy kwitnącymi różami, lawendą i wysokimi cisami przyciętymi w geometryczne kształty. W oddali szumiała niewielka fontanna, a nad taflą stawu leniwie przelatywały ważki.

Przez pierwszą chwilę szli w milczeniu.Kilka kroków za nimi podążał Sethius. Kiedy dotarli do szerokich schodów prowadzących w głąb ogrodów, zatrzymał się. Oparł dłoń na balustradzie. Z tego miejsca widział niemal całą główną aleję. Był wystarczająco daleko, by nie słyszeć każdego słowa i wystarczająco blisko, by zareagować, gdyby zaszła taka potrzeba.

Viten odwróciła się na moment. Sethius skinął jej głową. Odwzajemniła gest i ruszyła dalej.

Theren zauważył tę krótką wymianę spojrzeń.

— Bardzo mu ufasz.

Viten uśmiechnęła się.

— Powinnam.

— A on Tobie?

— Bezgranicznie.

Theren przez chwilę milczał.

— To rzadko spotykane.

— Dlaczego?

— Zaufanie buduje się latami.

— My zaczęliśmy od niego.

Odpowiedziała bez chwili zastanowienia.Theren uśmiechnął się z uznaniem.

— To piękne — Przez kilka kroków spacerowali wśród kwiatów. — Opowiedz mi o sobie. — odezwał się w końcu. — Nie o księżniczce Mean Inez. O Viten.

Dziewczyna spojrzała na niego z zaciekawieniem.

— Jest jakaś różnica?

— Ogromna. Ludzie bardzo często opowiadają o obowiązkach. Znacznie rzadziej o tym, kim naprawdę są.

Viten zastanowiła się.

— Lubię konie. Lubię las. Ogniska. Treningi z mieczem. Nie przepadam za dworskimi przyjęciami.

Theren zaśmiał się cicho.

— To już zdążyłem zauważyć.

— Naprawdę?

— Podczas pierwszego spotkania częściej patrzyłaś przez okno niż na gości.

Viten parsknęła śmiechem.

— Aż tak było widać?

— Bardzo — Przez chwilę szli dalej w milczeniu. Theren mówił spokojnym głosem.– A czego najbardziej pragniesz?

Viten nie odpowiedziała od razu. Spojrzała przed siebie.

— Chcę być królową, z której mój lud będzie dumny.

Theren skinął głową.

— To odpowiedź przyszłej królowej.- Spojrzał na nią z życzliwym uśmiechem. — A teraz odpowiedz mi jako Viten.

Dziewczyna zwolniła.

— Nie wiem…

— Naprawdę?

— Chyba chciałabym kiedyś mieć miejsce, w którym po prostu mogę być sobą.

Theren zatrzymał się przy kwitnących różach.

— Wiesz, czego nauczyły mnie elfy? — Viten pokręciła głową. — Że nawet najsilniejszy wojownik nie jest stworzony do samotności. Każdy potrzebuje kogoś, przy kim nie będzie musiał nosić swojej zbroi.

Viten zamyśliła się. Nie odpowiedziała.

Kilkadziesiąt kroków dalej Sethius stał nieruchomo na kamiennych schodach. Nie słyszał rozmowy. Widział jedynie, jak Viten i Theren powoli znikają między kwitnącymi alejami.

Theren zwolnił kroku.

— Wiesz… kiedy po raz pierwszy cię zobaczyłem, pomyślałem, że jesteś bardzo podobna do swojej matki.

Viten spojrzała na niego z zaciekawieniem.

— Wszyscy mówią, że jestem podobna do ojca.

— Z wyglądu.- Uśmiechnął się lekko. — Ja nie mówiłem o wyglądzie. — Przez chwilę szli wśród kwitnących róż.– Twoja matka również przez całe życie próbowała odnaleźć swoje miejsce pomiędzy dwoma światami.

— Opowiadała ci o tym?

— Nie. — Theren pokręcił głową.– Ale znam historię Czarnych Elfów. Znam również historię Vostry. — Spojrzał na Viten.– Czasami wystarczy znać drogę, którą ktoś przeszedł, aby zrozumieć, dlaczego stawia dziś właśnie takie kroki.

Viten zamyśliła się.

— Mama rzadko opowiada o swoim dzieciństwie.

— To naturalne. Niektóre wspomnienia nosi się w sercu. Nie na języku.

Minęli niewielki mostek przerzucony nad strumieniem.

Przez chwilę słuchali jedynie szumu wody.

— A ty Therenie? — zapytała Viten. — Skąd tyle wiesz o ludziach?

Theren uśmiechnął się.

— Bo żyję już bardzo długo.

— Ile masz lat?

— Wystarczająco, żeby przestać je liczyć.

Viten zaśmiała się.

— To nie jest odpowiedź.

— To jedyna, jakiej dziś udzielę — spojrzał przed siebie — w ciągu życia widziałem narodziny przyjaźni i upadki królestw. Ludzi gotowych oddać wszystko za władzę i takich, którzy oddawali władzę, żeby ocalić jedną osobę. Widziałem wojowników silniejszych od niedźwiedzi, którzy przegrywali z własną samotnością.

Viten słuchała uważnie.

Theren nie mówił jak nauczyciel.

Mówił jak ktoś, kto naprawdę tam był.

— Myślisz, że można przygotować się do bycia królową?

— Nie — odpowiedział bez wahania.– Można jedynie przygotować się do podejmowania coraz trudniejszych decyzji. Królowa rodzi się wtedy, kiedy po raz pierwszy musi wybrać między własnym szczęściem, a dobrem swojego ludu.

Viten spuściła wzrok.

— Brzmi okrutnie.

— Bo takie jest.

Przez chwilę milczeli.

Theren zerwał niewielki listek z gałązki rosnącego przy ścieżce krzewu.

Obrócił go między palcami.

— Powiedz mi… Co było najtrudniejsze podczas pobytu w strażnicy?

— Trening.

— Naprawdę?

Viten pokręciła głową.

— Nie. Najtrudniejsze było to, że po raz pierwszy od dawna poczułam się… wolna.

Theren nie okazał zaskoczenia. Jakby właśnie takiej odpowiedzi się spodziewał.

— A potem musiałaś wrócić.

— Tak.

— To boli bardziej niż sam wyjazd.

Viten spojrzała na niego uważnie.

— Skąd wiesz?

Theren uśmiechnął się niemal niewidocznie.

— Bo ja również kiedyś musiałem wrócić do miejsca, które nazywałem domem i odkryłem, że już nim nie było.

Przez dłuższą chwilę szli bez słowa.

W końcu Theren odezwał się ponownie.

— Wiesz, czego najbardziej zazdroszczę ludziom?

— Czego?

— Że mają odwagę kochać całym sercem. Elfy zanim komuś zaufają, potrafią czekać dziesiątki lat. Ludzie robią to od razu. Czasem głupio. Czasem zbyt szybko. Ale kiedy już pokochają potrafią zmienić świat. — Spojrzał na Viten z łagodnym uśmiechem. — Mam nadzieję, że przez te dwa lata uda nam się nie tylko poznać nasze kultury. Mam nadzieję, że zostaniemy przyjaciółmi.

Viten odwzajemniła uśmiech.

— Ja też.

Kilka kroków za nimi, na szczycie kamiennych schodów, Sethius nadal stał nieruchomo. Nie słyszał ich rozmowy. Widział jedynie, że księżniczka po raz pierwszy od dawna rozmawia z kimś z taką swobodą.

I choć nie potrafił powiedzieć dlaczego, coś w nim podpowiadało mu, by nie spuszczać z nich wzroku.

Theren zwolnił kroku, zatrzymując się przy kamiennym murku, z którego rozciągał się widok na królewskie stajnie.

Kilka koni spokojnie pasło się na odległej łące. Na jego twarzy pojawił się szczery uśmiech.

— Słyszałem, że od dziecka uwielbiasz konie.

Viten spojrzała w tamtym kierunku.

— To prawda.

— Ja również.

Odwróciła głowę z lekkim zaskoczeniem.

— Naprawdę?

— Oczywiście. Żaden pałac, żadna sala audiencyjna i żaden tron nie dają człowiekowi tyle wolności, co grzbiet dobrego konia. — Przez chwilę patrzyli na galopujące źrebię. — Kiedy jedziesz świat nagle staje się prostszy. Liczy się tylko droga. Wiatr i następny zakręt.

Viten uśmiechnęła się szerzej.

— Dokładnie. Właśnie dlatego tak to lubię.

Theren spojrzał na nią z satysfakcją.

— Cieszę się, że się zgadzamy.- Po krótkiej chwili dodał — Mam nadzieję, że pokażesz mi kiedyś swoje ulubione ścieżki wokół Mean Inez.

— Chętnie.

— A później jeśli pozwolisz ja pokażę ci swoje.

Viten uniosła brew.

— W Czarnym Lesie?

— Tak. Myślę, że jeszcze nigdy nie widziałaś lasu takim, jakim potrafią widzieć go Czarne Elfy. — Na moment zapadła cisza.Theren mówił dalej spokojnym głosem.– Jest jeszcze coś, czego nie mogę się doczekać.

— Czego?

— Chciałbym zobaczyć cię podczas treningu.

Viten roześmiała się.

— To akurat nie jest nic ciekawego.

— Nie zgodzę się.- Spojrzał na nią uważnie. — Od naszego pierwszego spotkania wszyscy mówią o twojej odwadze. Zielone Płaszcze mówią o wojowniczce. Rodzice mówią o przyszłej królowej. Ja chciałbym poznać obie.

Viten przez chwilę milczała.

— Nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób.

— A ja właśnie dlatego cieszę się, że będziemy mieli przed sobą dwa lata. Nie po to, żeby cię zmieniać. Po to, żeby cię lepiej poznać. Poznać świat, który ukształtował ciebie, twoje treningi, twoje lasy, twoje konie.- Na jego twarzy pojawił się ciepły uśmiech.– W zamian chciałbym pokazać ci swój świat. Nie ten z opowieści, prawdziwy, taki, jakim widzą go Czarne Elfy.

Viten spojrzała przed siebie.

— To brzmi jak piękna przygoda.

— Mam nadzieję, że właśnie taka będzie.

Ruszyli dalej powoli alejką.

Theren nie powiedział już ani słowa. Nie musiał. Zasiał pierwsze ziarno ciekawości.

Powoli wracali w stronę pałacu. Rozmowa sama płynęła od jednego tematu do drugiego. Viten sama nie zauważyła, kiedy minęła niemal godzina. Na szczycie kamiennych schodów wciąż stał Sethius. Nieruchomy. Czujny.

Gdy tylko ich dostrzegł, spokojnie ruszył w ich stronę.

Theren uśmiechnął się pod nosem.

— Powinienem był się tego spodziewać.

Viten spojrzała pytająco.

— Czego?

— Że ani na chwilę cię nie zostawi.

Odwróciła głowę w stronę Sethiusa.

— To jego obowiązek.

— Nie.

Theren pokręcił głową.

— Obowiązek kończy się tam, gdzie kończy się rozkaz. On został dlatego że sam tego chciał.

Viten przez chwilę patrzyła na zbliżającego się strażnika.

Nie odpowiedziała.

— Wasza Wysokość.

Theren skinął mu głową.

— Dziękuję, dowódco.

Sethius spojrzał na niego spokojnie.

— Za co?

— Za to, że pozwoliłeś nam porozmawiać.

— Moim zadaniem było dopilnować, aby księżniczka była bezpieczna.

— I była.

Przez krótką chwilę obaj patrzyli sobie w oczy. Nie było w tym wrogości. Ale też nie było swobody. Dwóch mężczyzn, którzy dopiero zaczynali się poznawać. Theren przeniósł wzrok na Viten.

— Dziękuję za spacer. Mam nadzieję, że to dopiero pierwszy z wielu.

— Ja również.

— W takim razie do zobaczenia jutro.

Viten skinęła głową.

— Do zobaczenia.

Theren wykonał elegancki ukłon i spokojnym krokiem odszedł w stronę zachodniego skrzydła pałacu.

Przez chwilę Viten odprowadzała go wzrokiem.

Sethius odezwał się dopiero wtedy, gdy elf zniknął za kolumnami.

— I jak?

Viten uśmiechnęła się lekko.

— Jest zupełnie inny, niż się spodziewałam.

— To dobrze?

— Chyba tak. — Po krótkiej chwili dodała: — Mam wrażenie, że wie o świecie więcej niż wszyscy nauczyciele, których do tej pory poznałam.

Sethius skinął głową.

— Ma za sobą ponad dwieście lat życia. Trudno byłoby, żeby było inaczej.

Ruszyli powoli w stronę pałacu. Viten jeszcze raz obejrzała się przez ramię. Therena już nie było.

Zmiana

Nazajutrz o świcie plac treningowy ponownie wypełnił się szczękiem stali.

Pierwsze promienie słońca dopiero przebijały się ponad mury Mean Inez, gdy Viten i Sethius stanęli naprzeciw siebie z drewnianymi mieczami treningowymi.

— Gotowa? — zapytał spokojnie Sethius.

Viten skinęła głową.

— Zawsze.

Ruszyła pierwsza. Krótki zamach. Blok. Natychmiastowa kontra. Drewniane ostrza z głuchym stukiem zderzyły się ze sobą.

— Za szeroko. — powiedział Sethius.

Viten poprawiła chwyt.

— Nie walcz siłą. Walcz głową.

Ponownie zaatakowała, tym razem szybciej. Sethius odbił dwa ciosy i wykorzystując jej rozpęd, lekko stuknął ją mieczem w ramię.

— Nie żyjesz.

— Jeszcze raz.

— Dobrze.

Spróbowali ponownie. Po kilku minutach wokół placu zaczęły gromadzić się Zieloni Płaszcze pełniący służbę w pałacu. Pierwszy przyszedł Radan. Siwiejący już wojownik o szerokich barkach i twarzy pooranej starymi bliznami. Stanął z założonymi rękami i bez słowa obserwował trening.

Obok niego pojawił się Lior. Wyższy od większości strażników, szczupły, z ciemnobrązowymi włosami związanymi w krótki kucyk. Na jego twarzy niemal zawsze gościł lekki uśmiech, jakby wszystko na świecie potrafiło go rozbawić.

Chwilę później przybiegł Rovan. Najmłodszy z całej trójki. Jasne włosy sterczały mu we wszystkie strony, a zielony płaszcz był zarzucony na ramiona bardziej z przyzwyczajenia niż dla porządku.

— Spóźniłem się? — zapytał cicho.

— Cicho. — mruknął Radan.

— Dopiero się rozkręcają.

Viten ponownie ruszyła na Sethiusa. Tym razem zmusiła go do cofnięcia się o krok.

Lior gwizdnął z uznaniem.

— Coraz lepiej.

Nagle na placu zrobiło się ciszej. Od strony pałacu nadchodził Theren. Nie miał na sobie eleganckiej szaty. Ubrany był w prostą, ciemną tunikę przewiązaną skórzanym pasem. Na plecach spoczywał długi, smukły łuk, a przy biodrze wisiał wąski elficki miecz. Szedł spokojnie. Pewnym krokiem. Jak ktoś, kto równie dobrze czuje się na dworze, jak i na placu treningowym. Radan zauważył go pierwszy. Potem Lior. Na końcu Rovan. Żaden z nich nic nie powiedział, po prostu ustawili się nieco bliżej placu.

Sethius również dostrzegł elfa. Uniósł dłoń.

— Wystarczy.

Viten opuściła miecz i odwróciła się.

— Theren?

Elf uśmiechnął się lekko.

— Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

— Wcale.

— Chciałem zobaczyć, jak wygląda trening Zielonych Płaszczy.

Jego spojrzenie spoczęło na Viten.

— Muszę przyznać, że rozumiem już, dlaczego wszyscy tak wysoko oceniają twoje umiejętności.

Viten roześmiała się.

— To chyba z grzeczności.

— Nie. To z obserwacji.

Spojrzał na drewniany miecz w jej dłoni.

— Elfy od pokoleń słyną z łucznictwa. Gdybyś kiedyś miała ochotę… z przyjemnością pokażę ci, jak walczymy na dystans.

Viten spojrzała na Sethiusa.

— Dzisiaj ćwiczymy miecze, ale po treningu bardzo chętnie zobaczę, co potrafi elf.

Na twarzy Therena pojawił się szczery uśmiech.

— Będzie mi bardzo miło.

Zapadła krótka cisza. Nagle odezwał się Rovan.

— Chwileczkę… — wszystkie głowy odwróciły się w jego stronę — czy nasza księżniczka właśnie wyzwała elfa na pojedynek?

Lior parsknął śmiechem.

— Nie wiem, kto tu kogo wyzwał, ale zapowiada się ciekawie.

Rovan klasnął w dłonie.

— To ja stawiam na Viten!

— A widziałeś kiedyś walczącego elfa? — zapytał z rozbawieniem Lior.

— Nie.

— To dlaczego stawiasz na nią?

Rovan wzruszył ramionami.

— Bo jest nasza.

Na placu rozległ się śmiech. Theren również się uśmiechnął.

— Widzę, że Zielone Płaszcze są wobec siebie wyjątkowo lojalni.

Radan odezwał się po raz pierwszy. Jego spokojny głos natychmiast uciszył pozostałych.

— Lojalności nie uczymy. Na nią się zasługuje.

Theren skinął głową z wyraźnym szacunkiem.

— W takim razie mam nadzieję, że z czasem również na nią zapracuję.

Sethius schował treningowy miecz.

— Viten.

Dziewczyna spojrzała na niego.

— Myślę, że warto zobaczyć, jak walczą Czarne Elfy.

Uśmiechnęła się i odwróciła do Therena.

— Pokażesz mi?

— Z przyjemnością.

W oczach elfa pojawił się błysk. Dokładnie na taki moment czekał.

Zdjął z ramienia długi, ciemny łuk. Drewno wyglądało niemal jak czarne szkło. Smukłe ramiona łuku zdobiły srebrne, elfickie runy.

Rovan zagwizdał cicho.

— Ładny…

— To drewno z Czarnych Lasów? — zapytał Lior.

Theren skinął głową.

— Ma ponad tysiąc lat. — Przesunął dłonią po cięciwie. — W mojej rodzinie przechodzi z pokolenia na pokolenie.

Sethius spojrzał na stojące kilkadziesiąt kroków dalej słomiane cele.

— Chcesz postrzelać?

— Jeśli pozwolicie.

Radan wskazał ręką wolny tor.

— Plac jest do dyspozycji.

Theren podszedł spokojnym krokiem. Wyjął jedną strzałę. Nie spieszył się. Ułożył ją na cięciwie.

Viten obserwowała każdy jego ruch. Nie było w nim ani odrobiny napięcia. Jakby łuk był przedłużeniem jego własnego ciała.

Elf uniósł broń. Nie celował długo. Cięciwa zaśpiewała. Świst. Głuche uderzenie.

Strzała wbiła się dokładnie w sam środek celu.

— Ładnie… — mruknął Lior.

Theren wyjął drugą strzałę. Nie spojrzał nawet na poprzednią. Kolejny świst. Druga strzała rozszczepiła pierwszą.

Na placu zapadła cisza. Rovan otworzył szeroko oczy.

— Na wszystkich bogów…

Viten patrzyła z niedowierzaniem.

— Da się tak?

Theren uśmiechnął się.

— Da. Ale wymaga wielu lat cierpliwości — odłożył łuk — nie siła jest największą zaletą łucznika. Tylko spokój. Jeżeli umysł drży, drży również strzała.

Viten zamyśliła się.

— Ojciec mówi podobnie o mieczu.

— Mądrze mówi — spojrzał na nią — chcesz spróbować?

Viten zawahała się.

— Nigdy wcześniej nie strzelałam z elfickiego łuku.

— Tym lepiej. Nie będziesz musiała zwalczać złych nawyków.

Rovan parsknął śmiechem.

— To zabrzmiało groźnie.

Theren zaśmiał się cicho.

— Obiecuję, że nikogo nie będę dziś męczył — wyciągnął łuk w stronę Viten — pierwsza lekcja jest prosta. Nie nauczę cię dziś trafiać. Nauczę cię jak słuchać ciszy.

Viten spojrzała na łuk, a potem na Sethiusa. Dowódca Zielonych Płaszczy tylko lekko skinął głową.

— Spróbuj.

Dziewczyna ostrożnie ujęła łuk. Był zaskakująco lekki.

Theren stanął obok niej. Nie dotknął jej ramion. Nie poprawił dłoni, zamiast tego powiedział spokojnie:

— Zamknij oczy.

— Z łukiem?

— Właśnie dlatego. Najpierw musisz usłyszeć świat. Dopiero później będziesz próbowała trafić.

Viten zamknęła oczy. Przez chwilę nie działo się nic. Słyszała jedynie cichy śpiew ptaków, szum liści i odległe uderzenia mieczy na drugim końcu placu.

— Co słyszysz? — zapytał cicho Theren.

— Ptaki.

— Dalej.

— Wiatr.

— Dalej.

Zmarszczyła brwi.

— Kogoś, kto ostrzy miecz.

Theren uśmiechnął się.

— Dobrze.

— I… konie.

— Ile?

Viten zawahała się.

— Trzy?

— Pięć. Dwa stoją za stajnią. Nie mogłaś ich zobaczyć, ale mogłaś je usłyszeć.

Dziewczyna otworzyła oczy.

— Naprawdę?

— Łucznik nie patrzy tylko oczami. Patrzy całym sobą.

Rovan pokręcił głową z niedowierzaniem.

— Ja słyszałem tylko konie.

Lior szturchnął go łokciem.

— Bo ty słyszysz głównie własny brzuch.

Na placu rozległ się śmiech. Nawet Radan uśmiechnął się pod nosem.

Theren podał Viten jedną ze strzał.

— Teraz spróbuj.

Dziewczyna założyła ją na cięciwę. Naciągnęła łuk. Był inny niż wszystkie, które dotąd trzymała. Lżejszy. Bardziej sprężysty.

— Nie walcz z nim. Pozwól mu pracować.

Viten odetchnęła głęboko.

Puściła.

Strzała poleciała wysoko i uderzyła w słomę kilka dłoni od środka.

— Nieźle. — powiedział Theren.

Viten spojrzała na niego zaskoczona.

— Przecież nie trafiłam.

— Trafiłaś. W cel.

— Nie w środek. To ogromna różnica.

Sethius podszedł bliżej. Spojrzał na tarczę.

— Jak na pierwszy raz bardzo dobrze.

Viten uśmiechnęła się szeroko.

— Serio?

— Serio.

Theren odwrócił się do Sethiusa.

— Widać, że dobrze ją prowadzisz.

Dowódca Zielonych Płaszczy skinął głową.

— Ma talent. Ale talent bez pracy jest nic niewarty.

— Zgadzam się.

Przez chwilę obaj patrzyli na siebie w milczeniu.

Nie było między nimi niechęci.

Było wzajemne badanie.

Dwóch nauczycieli.

Dwóch wojowników.

Dwóch mężczyzn, którzy chcieli dla Viten jak najlepiej… choć z zupełnie różnych powodów.

Theren ponownie spojrzał na dziewczynę.

— Czy mogę coś zaproponować?

— Oczywiście.

— Raz w tygodniu. Jedna godzina. Tylko łuk. Bez polityki. Bez dworu. Bez obowiązków. Po prostu nauka.

Viten odruchowo spojrzała na Sethiusa. Nie dlatego, że potrzebowała pozwolenia. Przywykła po prostu liczyć się z jego zdaniem. Sethius zastanowił się przez chwilę.

— Jeśli po zakończeniu codziennego treningu, to nie widzę przeszkód.

Na twarzy Viten pojawił się uśmiech.

— W takim razie umowa.

Theren wyciągnął do niej przedramię — w elfickim zwyczaju był to gest zawarcia obietnicy, a nie uścisk dłoni.

Viten spojrzała pytająco.

— Tak witamy ludzi, którym dajemy słowo — wyjaśnił spokojnie.

Bez wahania dotknęła jego przedramienia.

— To do zobaczenia na pierwszej lekcji.

— Do zobaczenia, księżniczko.

Theren odwrócił się i odszedł w stronę pałacu.

Dopiero gdy zniknął za kamiennym łukiem bramy, Lior odezwał się cicho:

— Muszę przyznać wyobrażałem go sobie zupełnie inaczej.

Radan skinął głową.

— Ja też.

Sethius patrzył jeszcze przez chwilę w miejsce, gdzie zniknął elf. Nie ufał mu, ale nie potrafił znaleźć ani jednego powodu, by mu tego zaufania odmówić. I właśnie to niepokoiło go najbardziej.

Zmęczona treningiem Viten weszła do swojej komnaty.

Odłożyła drewniany miecz przy drzwiach i z ulgą zdjęła skórzane ochraniacze z przedramion.

— Chyba Sethius chce mnie wykończyć… — mruknęła pod nosem.

— To chyba dobrze.

Viten gwałtownie odwróciła się.

Przy otwartym oknie siedziała młoda elfka.

Długie, czarne włosy opadały jej niemal do pasa, a ciemnoniebieskie oczy błyszczały z rozbawieniem. Miała na sobie prostą, granatową suknię przewiązaną srebrnym pasem.

— Ezra?

Elfka natychmiast wstała.

— Przepraszam! Nie chciałam cię przestraszyć Księżniczko, po prostu nie mogłam się doczekać, aż wrócisz.

Viten uniosła brew.

— Czekałaś na mnie?

Ezra skinęła głową z szerokim uśmiechem.

— Oczywiście. Przecież przez najbliższe dwa lata mamy spędzać ze sobą mnóstwo czasu. Pomyślałam, że wypadałoby zacząć od poznania się.

Viten odwzajemniła uśmiech.

— To chyba rozsądny plan.

— Księżniczko, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, bo ja bardzo chciałabym, żebyśmy zostały przyjaciółkami.

To zdanie padło tak naturalnie, że Viten aż się zaśmiała.

— Mówisz o tym tak, jakbyś już podjęła decyzję za nas obie.

Ezra wzruszyła ramionami.

— Trochę tak — po czym dodała z udawaną powagą — Theren twierdzi, że przyjaźni nie da się zaplanować. Ja uważam, że warto jej trochę pomóc.

Viten roześmiała się głośniej.

— Chyba zaczynam rozumieć, dlaczego to właśnie ciebie przysłano.

— Mam nadzieję, że to komplement.

— Zdecydowanie.

Ezra usiadła z powrotem na fotelu.

— Opowiesz mi o treningu?

— Było ciężko.

— Słyszałam.

Podobno Theren zrobił niemałe zamieszanie swoim łukiem.

— Ty już wszystko wiesz?

Ezra rozłożyła ręce.

— W pałacu? Tutaj plotki poruszają się szybciej niż królewscy posłańcy.

Obie wybuchnęły śmiechem.

Po chwili Ezra spoważniała.

— Wiesz… Dla mnie to też jest nowe. Opuściłam swój dom. Przyjaciół. Rodzinę. Na dwa lata.

Viten usiadła naprzeciw niej.

— Nie pomyślałam o tym.

— Większość ludzi nie myśli. Widzą we mnie tylko elfkę. A ja po prostu też trochę się denerwuję.

Zapadła krótka cisza.

Viten wyciągnęła rękę.

— W takim razie zacznijmy od początku. Mam na imię Viten.

Ezra spojrzała na nią z uśmiechem i uścisnęła jej dłoń.

— Ezra. Bardzo mi miło cię poznać.

Przez chwilę siedziały w ciszy, po czym Ezra uśmiechnęła się figlarnie.

— A teraz opowiadaj. Czy to prawda, że rozszczepiłaś dziś tarczę mieczem?

Viten parsknęła śmiechem.

— Kto ci takich głupot naopowiadał?

— Nie wiem, ale uznałam, że jeśli mam się z tobą zaprzyjaźnić, to muszę nauczyć się odróżniać pałacowe plotki od prawdy.

Viten pokręciła głową z rozbawieniem.

— To przygotuj się na długie rozmowy.

— Na to właśnie liczyłam.

Ezra wygodniej usiadła na fotelu i podciągnęła pod siebie nogi.

— Dobrze… skoro mamy być przyjaciółkami, muszę wiedzieć jedną rzecz.

Viten zmarszczyła brwi.

— Jaką?

— Czy naprawdę wstajesz codziennie o świcie?

— Prawie codziennie.

Elfka zrobiła przerażoną minę.

— To okropne.

Viten roześmiała się.

— A wy?

— My?

Ezra wzruszyła ramionami.

— W Czarnym Lesie nikt nie uważa, że słońce jest wystarczającym powodem, żeby wstawać.

— Czyli?

— Jeśli nie muszę… śpię.

— Do południa?

— Czasem.

Viten aż otworzyła szerzej oczy.

— Sethius dostałby zawału.

Obie wybuchnęły śmiechem.

— A Theren? — zapytała Viten.

— Theren?

Ezra przewróciła oczami.

— On jest dziwny.

— Dziwny?

— Potrafi wstać przed wszystkimi, zniknąć na pół dnia, wrócić z bukietem jakichś ziół i powiedzieć, że właśnie rozmawiał z jastrzębiem.

Viten spojrzała na nią z niedowierzaniem.

— Żartujesz.

— Ani trochę.

Raz przez godzinę tłumaczył mi, dlaczego stare drzewa są mądrzejsze od ludzi.

— I co?

— Na końcu sama zaczęłam się z nim zgadzać.

Znów wybuchnęły śmiechem.

Po chwili Ezra spojrzała na dłonie Viten.

— Mogę?

— Jasne.

Delikatnie ujęła jej prawą dłoń. Na skórze było widać świeże otarcia.

— To od miecza? Boli?

— Już nie.

Ezra pokiwała głową.

— Nigdy nie zazdrościłam ludziom szkolenia wojskowego.

— A ja nigdy nie zazdrościłam elfom łuków.

— To się zmieni.

— Myślisz?

— Jestem pewna.

Zapadła chwila ciszy.

Ezra nagle uśmiechnęła się szeroko.

— Dobrze. Teraz moja kolej.

— Na co?

— …aby zadawać niewygodne pytania.

Viten westchnęła teatralnie.

— Już się boję.

— Czy masz innego mężczyznę w swoim sercu?

— Kogo?

— No… Umiłowanego.

Viten omal nie zakrztusiła się własnym śmiechem.

— Nie!

— Naprawdę. Nikogo?

— Naprawdę.

Ezra zmrużyła oczy.

— To dziwne.

— Dlaczego?

— Bo zareagowałaś na Terenach, tak, jakby to miejsce w sercu było już zajęte.

Viten poczuła, że policzki lekko jej czerwienieją.

— Przestań.

— Co? Powiedziałam tylko prawdę.

— Po prostu nie planowałam kochać nikogo jeszcze przez wiele lat. Nie w ten sposób.

— Rozumiem.

— A ty? — zapytała po chwili Viten.– Ty masz kogoś?

Elfka pokręciła głową.

— Nie.

— Dlaczego?

— Bo większość elfów jest śmiertelnie nudna.

— Wszyscy?

— Prawie.

— A Theren?

Ezra wybuchnęła śmiechem.

— Na wszystkich bogów, nie! Theren jest dla mnie jak starszy brat. Od dziecka mówi mi, co robię źle.

— Naprawdę?

— Oczywiście.„Książkę odłóż na półkę. Nie wspinaj się na dach. Nie karm wilków. Nie zaczepiaj niedźwiedzi.”

Viten śmiała się już tak mocno, że musiała otrzeć łzy.

— Ty naprawdę próbowałaś nakarmić niedźwiedzia?

Ezra spuściła wzrok.

— Może…

— Ezra…

— Był taki słodki.

— Niedźwiedź?

— Mały!

— I co zrobił?

— Zjadł mi śniadanie.

Viten parsknęła śmiechem.

— A Theren?

— Powiedział tylko: „Mówiłem.”

Obie śmiały się tak głośno, że zza drzwi rozległo się ostrożne pukanie.

— Wasza Wysokość? — odezwała się służąca. — Wszystko w porządku?

Viten spojrzała na Ezrę.

Elfka zacisnęła usta, próbując powstrzymać kolejny wybuch śmiechu.

— Tak! — odpowiedziała Viten. — Wszystko w jak najlepszym porządku.

Kroki służącej oddaliły się korytarzem.

Jeszcze przez chwilę siedziały w ciszy, aż Ezra odezwała się cicho:

— Wiesz… cieszę się, że tu jestem.

Viten spojrzała na nią z ciepłym uśmiechem.

— Ja też.

I po raz pierwszy od wielu miesięcy miała wrażenie, że zyskała nie tylko nauczycielkę.

Zyskała przyjaciółkę.

Nowe Prawa

Od tego dnia świat Viten zaczął powoli się zmieniać.

Każdy poranek rozpoczynała od treningu z Zielonymi Płaszczami. Sethius nie odpuszczał ani jednego błędu, a kolejne tygodnie sprawiały, że miecz coraz pewniej leżał w jej dłoniach. Czasem wydawało jej się, że dowódca wymaga od niej więcej niż od wszystkich pozostałych wojowników. Nigdy jednak nie usłyszała z jego ust słowa pochwały, której wcześniej nie musiała sobie wywalczyć.

Popołudniami czekała na nią Ezra.

Elfka z niewyczerpaną cierpliwością opowiadała o Czarnym Lesie, jego zwyczajach i historii. Pokazywała jej lekkie, haftowane stroje noszone przez leśne elfy, uczyła znaczenia dawnych symboli i opowiadała o świętach obchodzonych głęboko pod koronami drzew.

Największy zachwyt wzbudzały jednak włosy Viten.

— Nadal nie mogę uwierzyć, że same tak się układają. — mówiła niemal każdego dnia, przeczesując palcami rude fale. — Wśród elfów wszystkie włosy są proste. Piękne… ale wszystkie takie same.

Viten tylko się śmiała.

Kilka razy Ezra próbowała zapleść je po elficku. Za każdym razem po kilku minutach z rezygnacją rozpuszczała warkocze.

— One mają własną wolę.

— Tak samo jak ich właścicielka. — odpowiadała Viten.

Śmiały się wtedy obie tak głośno, że służba nieraz zaglądała do komnaty, przekonana, że wydarzyło się coś niezwykłego.

Theren z kolei niemal codziennie znajdował nowy powód, by zabrać Viten poza mury pałacu. Raz jechali konno wzdłuż rzeki, innym razem odwiedzali targi rzemieślników. Spacerowali po starych uliczkach Mean Inez, zaglądali do kuźni, odwiedzali stajnie i rozmawiali z ludźmi, którzy od pokoleń mieszkali w stolicy. Najbardziej zaskakiwało ją jednak to, z jaką uwagą elf wszystkiemu się przyglądał. Pytał. Słuchał. Zapamiętywał. Wyglądało jakby zakochiwał się w świecie, który ją otaczał.

Czas płynął szybciej, niż się spodziewała. Liście na drzewach najpierw przybrały złote barwy, potem czerwienie.

W końcu opadły, odsłaniając nagie gałęzie czekające na zimę.

Dopiero pod koniec jesieni, podczas jednego ze spacerów, Theren po raz pierwszy wspomniał o miejscu, które do tej pory pojawiało się jedynie w opowieściach Ezry.

— Kiedyś chciałbym pokazać ci Czarny Las.- Powiedział to tak zwyczajnie, jakby proponował kolejny spacer po królewskich ogrodach.

Viten spojrzała na niego z zaciekawieniem.

— Myślę, że zrozumiałabyś wtedy wiele rzeczy, których nie da się opowiedzieć słowami.

Nie odpowiedziała od razu. Czarny Las wciąż pozostawał dla niej odległym, niemal baśniowym miejscem. Nie czuła jeszcze, by był częścią jej świata, ale coraz częściej łapała się na tym, że wyczekuje kolejnych spotkań z Therenem i Ezrą. Nie dlatego, że byli elfami, dlatego, że przy nich każdego dnia odkrywała coś nowego.

O świecie.

I o samej sobie.

Jedynie Sethius patrzył na mijające tygodnie inaczej.

Nie przeszkadzało mu, że Viten coraz więcej czasu spędzała z Therenem i Ezrą. Tak właśnie miało być. Poznawała świat swojej matki. Dojrzewała. Stawała się przyszłą królową. A jednak coś nie dawało mu spokoju.

Sam nie potrafił powiedzieć co.

Theren zawsze zachowywał się nienagannie. Nigdy nie próbował zostać z Viten sam na sam bez wiedzy straży. Nigdy nie sprzeciwiał się decyzjom Zielonych Płaszczy. Nigdy nie podważył jego rozkazów.

Wręcz przeciwnie. Zawsze okazywał mu szacunek.To właśnie było najdziwniejsze. Nie potrafił znaleźć ani jednego błędu, a mimo to coraz częściej obserwował elfa. Wieczorami widywał go na murach pałacu. Theren wyjmował spod płaszcza niewielkiego, czarnego ptaka, szeptał do niego kilka słów w elfickim języku, po czym wypuszczał go w stronę zachodniego nieba.

Ptak znikał gdzieś nad lasami. Następnego ranka zawsze wracał.

— Gołębie? — zapytał kiedyś jeden ze strażników.

— Nie.

— Kruki?

Sethius pokręcił głową.

— Nie wiem.

Nigdy wcześniej takich nie widział.

Nie powiedział o tym nikomu. Nie miał powodu. Przecież elfy od wieków porozumiewały się z ptakami. Mimo to zapamiętał każdy taki wieczór.

Było jeszcze coś. Była Ezra. Ezra, która wypełniała przestrzeń niegdyś niezagospodarowaną. Przestrzeń w której czuł się z Viten tak swobodnie. Kiedys miała dla niego czas. Śmiali się. Rozmawiali. Droczyli ze sobą jak rodzeństwo. Ale czasami, na ułamek sekundy wymieniali spojrzenia. Krótkie, niemal niezauważalne, jakby nie potrzebowali słów. Raz wydarzyło się to podczas kolacji, innym razem na królewskim dziedzińcu, jeszcze innym podczas wspólnej jazdy konnej. Nikt nie zwracał na to uwagi. Nawet Viten.

Sethius również nie rozumiał ich znaczenia. Wiedział tylko jedno. Za każdym razem następowały tuż przed tym, jak jedno z nich zmieniało temat rozmowy. Jakby wcześniej porozumieli się bez słów.

Może rzeczywiście tak było. Może właśnie tak rozmawiali między sobą wszyscy wychowani razem. Nie potrafił tego ocenić. Coraz częściej łapał się jednak na tym, że podczas wspólnych wyjazdów mniej obserwował drogę, a bardziej ich.

Nie dlatego, że im nie ufał. Dlatego, że był Zielonym Płaszczem, a Zielone Płaszcze zauważały rzeczy, które innym umykały.

Kilka dni później pierwszy śnieg pokrył dachy Mean Inez cienką warstwą bieli.

Viten stała przy oknie swojej komnaty, poprawiając haftowaną, granatową suknię przygotowaną na kolejne dworskie spotkanie. Do drzwi zapukał Sethius.

— Można?

— Zawsze.

Dowódca wszedł do środka i zatrzymał się kilka kroków od niej.

— Chciałem przypomnieć o czymś ważnym.

Viten odwróciła się.

— Co się stało?

— Zima.

Spojrzała na niego pytająco.

— Co z nią?

— Za kilka tygodni przełęcze będą nieprzejezdne.

Zapadła cisza.

— Powinniśmy ruszyć w objazd strażnic.

Słowa uderzyły w nią jak zimny podmuch wiatru. Objazd.

Dziewięć strażnic rozsianych wzdłuż granic Mean Inez.

Co roku. Od dzieciństwa.

Zawsze przed nadejściem prawdziwej zimy. Odwiedzali każdą z nich. Sprawdzali zapasy, ludzi i konie. Rozmawiali z dowódcami.

Była to tradycja starsza od samego królestwa.

Viten zamknęła oczy.

— Na bogów… — Sethius nic nie odpowiedział.– Zupełnie o tym zapomniałam.

— Wiem.

— Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło.

— Wiem.

Spojrzała na swoją dworską suknię. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej o tej porze miała już przygotowanego konia, zimowy płaszcz i trasę całej wyprawy. Teraz myślała o zupełnie innych rzeczach. Westchnęła ciężko.

— Spóźniliśmy się.

— Jeszcze nie. Ale jeśli nie wyjedziemy w ciągu kilku dni może być za późno.

Viten podeszła do komody i bez zastanowienia zdjęła z szyi ozdobny naszyjnik.

— W takim razie nie ma na co czekać. Przygotujemy ludzi.

Sethius skinął głową.

Już miał wyjść, kiedy Viten odezwała się ponownie.

— Zaczekaj.

Odwrócił się.

— Myślisz, że Theren i Ezra powinni pojechać z nami?

Dowódca przez chwilę milczał.

— Chcesz poznać moje zdanie, czy decyzję dowódcy Zielonych Płaszczy?

Viten uśmiechnęła się lekko.

— Najpierw zdanie Sethiusa.

Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.

— Wolałbym pojechać tak jak dawniej. Tylko z tobą i Zielonymi Płaszczami. — Przez chwilę patrzył przez okno na ośnieżony dziedziniec.– Minęło wiele miesięcy. Chłopcy dawno nie mieli okazji pobyć z tobą tak… po prostu. Bez dworskich obowiązków. Bez lekcji. Bez elfów.- Spojrzał jej w oczy.– My również za tym tęsknimy.

Viten spuściła wzrok. Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo oddaliła się od ludzi, z którymi dorastała. Sethius mówił dalej spokojnie.

— Ale… Jeżeli uznasz, że Theren i Ezra powinni poznać strażnice uszanuję twoją decyzję. W końcu to ty kiedyś będziesz królową, a oni są teraz częścią twojego życia.

Zapadła długa cisza. Viten podeszła do okna.

Na dziedzińcu zauważyła Ezrę, która rzucała śnieżkami w Therena. Elf z godnością próbował udawać, że go to nie bawi. Bezskutecznie. Po chwili sam ulepił śnieżkę i jednym celnym rzutem trafił Ezrę prosto w kaptur. Jej śmiech rozległ się po całym dziedzińcu. Viten uśmiechnęła się mimowolnie.

— Chciałabym, żeby zobaczyli Mean Inez takim, jakim ja je znam. Nie tylko pałac. Strażnice. Ludzi. Granice, których kiedyś będę musiała bronić. — Odwróciła się do Sethiusa.– Pojadą z nami.

Dowódca skinął głową.

— W takim razie przygotuję wyprawę.

Nie protestował. To była decyzja przyszłej królowej, choć gdzieś głęboko w sercu czuł, że ten objazd nie będzie już taki, jak wszystkie poprzednie. I chyba właśnie tego żałował najbardziej.

Wieść o planowanym objeździe strażnic szybko rozeszła się po pałacu. Jeszcze tego samego dnia Viten zaprosiła Therena i Ezrę do królewskiej biblioteki, gdzie na stole rozłożono mapę całego Mean Inez.

— Co roku objeżdżamy wszystkie dziewięć strażnic granicznych. Osiem strażnic i dziewiątą Kła — wyjaśniła, przesuwając palcem po wyznaczonej trasie. — To długa droga, ale dzięki temu dowódcy wiedzą, że korona o nich pamięta.

Ezra pochyliła się nad mapą.

— Tędy?

— Tak.

— Przez Przełęcz Wilków?

— Jeśli pogoda pozwoli.

Elfka przez chwilę milczała. W końcu uniosła wzrok.

— Bardzo chciałabym pojechać, ale nie mogę.

Viten spojrzała na nią zaskoczona.

— Dlaczego?

Ezra uśmiechnęła się przepraszająco.

— W Czarnym Lesie niemal wszystkie dalsze podróże odbywamy wozami. Nasze drogi są szerokie i utwardzone. Nigdy nie uczyłam się wielodniowej jazdy konnej po górach.-Spojrzała na mapę.– Na wielu odcinkach ten wóz zwyczajnie by nie przejechał.

— To prawda. — przyznał Sethius. — Są miejsca, gdzie konie ledwie znajdują oparcie.

Ezra westchnęła.

— Byłabym dla was tylko ciężarem.

Viten wyraźnie posmutniała.

— Szkoda.

— Ale kiedy wrócicie, opowiesz mi wszystko. Każdy szczegół.

— Obiecuję.

Theren przez chwilę milczał.

— Ja pojadę.-Wszyscy spojrzeli na niego.– Od miesięcy poznaję Mean Inez. Jeżeli mam kiedyś zrozumieć to królestwo muszę zobaczyć również jego granice.

Sethius skinął głową.

— To będzie trudna droga.

— Tym bardziej warto ją przebyć.

Dwa dni później dziedziniec pałacu tętnił życiem. Zielone Płaszcze dopinały ostatnie sakwy. Sprawdzali podkowy. Liczyli zapasy. Konie parskały niecierpliwie, wyczuwając zbliżającą się podróż.

Sethius jednym ruchem wskoczył na swojego karego ogiera. Potężny koń stał spokojnie, jakby sam doskonale znał trasę.

Obok czekała Viten. Trzymała za uzdę rudą klacz, prezent od ojca. Płomienne było nie tylko ubarwienie klaczy, cała była jak ogień… i nie potrafiła ustać w miejscu. Co chwilę przebierała nogami i potrząsała grzywą, wyraźnie nie mogąc doczekać się wyjazdu.

— Tęskni za drogą. — uśmiechnęła się Viten, gładząc jej szyję.

— Tak samo jak właścicielka. — odpowiedział Sethius.

Viten zaśmiała się cicho.

Na końcu dziedzińca pojawił się Theren. Prowadził białego ogiera. Koń był wyższy od wszystkich pozostałych, smukły i niezwykle dostojny. Jego śnieżnobiała sierść lśniła w zimowym słońcu, a długa grzywa opadała miękkimi falami na silną szyję.

— Piękny — powiedziała Viten z zachwytem.

Theren pogładził ogiera po chrapach.

— To koń z hodowli Czarnych Elfów. W naszym kraju tylko strażnicy i członkowie rodzin książęcych mogą dosiadać takich wierzchowców.

Viten ostrożnie wyciągnęła dłoń. Ogier bez najmniejszego lęku pochylił głowę.

— Jak ma na imię?

— Aster.

— Pasuje do niego.

Theren uśmiechnął się.

— On również cię polubił.

Sethius obserwował całą scenę z siodła. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej Viten pierwszą chwilę przed każdą wyprawą spędzała przy Zielonych Płaszczach. Dziś stała obok Therena. Nie było w tym nic złego, a jednak po raz kolejny poczuł, że świat zmienia się szybciej, niż był na to gotowy.

— Ruszamy! — zawołał.

Zielone Płaszcze dosiedli koni. Ciężka brama Mean Inez zaczęła powoli się otwierać. Przed nimi czekało dziewięć strażnic i droga, która miała odmienić znacznie więcej niż tylko ich podróż.

Brama Mean Inez zamknęła się za nimi z głuchym hukiem. Przed nimi rozciągała się szeroka droga prowadząca ku zachodnim lasom. Mróz szczypał w policzki, a spod końskich kopyt unosiły się obłoki zmarzniętej ziemi.

Viten odetchnęła głęboko.

— Brakowało mi tego.

Theren spojrzał na nią z uśmiechem.

— Drogi?

— Wolności! — Nie czekając na odpowiedź, lekko ścisnęła boki klaczy — No dalej!

Klacz ruszyła gwałtownym galopem. Theren zaśmiał się cicho.

— Chcesz się ścigać?

Viten odwróciła się przez ramię.

— …a nie boisz się przegrać?

Biały ogier odpowiedział pierwszy, zanim Theren zdążył cokolwiek powiedzieć, koń sam wyrwał do przodu. Po chwili oboje pędzili już w stronę lasu. Ruda grzywa mieszała się z bielą śniegu. Biały ogier płynął przez drogę niemal bezszelestnie. Ich śmiech jeszcze długo niósł się pomiędzy drzewami.

Kilkaset kroków za nimi spokojnym stępem jechali Zieloni Płaszcze. Sethius obserwował oddalające się sylwetki. Obok niego jechał Radan.

— Dawno nie widziałem jej takiej.

— Ja też. — odpowiedział Sethius.

Lior uśmiechnął się pod nosem.

— Jeszcze chwila i zapomni, że jest Księżniczką.

— Oby nigdy nie zapomniała, że jest również wojowniczką. — odparł spokojnie Radan.

Przez chwilę jechali w milczeniu. Rovan spojrzał w stronę lasu.

— Zmieniła się.

— Tak. — przyznał Sethius.

— Na lepsze?

Dowódca długo nie odpowiadał.

— Jest szczęśliwsza.

— To źle?

— Nie.

Lior poprawił zielony płaszcz na ramionach.

— To o co chodzi?

Sethius westchnął.

— Jeszcze rok temu pierwsze, o co pytała przed każdą wyprawą, to ilu ludzi jedzie i czy wszystkim niczego nie brakuje. Dzisiaj pierwsza pogalopowała przed siebie.

Nikt nie odpowiedział, bo każdy z nich pamiętał poprzednie objazdy. Pamiętali dziewczynę, która znała imiona wszystkich strażników, siadała z nimi przy ogniskach i wypytywała o rodziny.

— Dorasta. — odezwał się w końcu Radan.

— Wiem.

— Kiedyś musiało to nastąpić.

Sethius skinął głową. Po chwili dodał ciszej:

— Tylko nie zauważyłem, kiedy przestała być wyłącznie naszą Viten, a zaczęła stawać się przyszłą Królową.

Zapadła cisza. Daleko przed nimi ponownie rozległ się śmiech Viten. Rovan uśmiechnął się.

— Brakowało nam tego śmiechu.

Na twarzy Sethiusa również pojawił się cień uśmiechu.

Spojrzał jeszcze raz na białego ogiera pędzącego obok rudej klaczy. Nie czuł zazdrości. Czuł jedynie, że od tej chwili wszystko będzie wyglądało inaczej. I nie miał pewności, czy jest gotów na tę zmianę.

Sethius nie odrywał wzroku od dwóch galopujących sylwetek. Viten śmiała się głośno.

Tak samo jak wtedy, gdy miała czternaście lat i pierwszy raz wygrała wyścig z Boranem. Na wspomnienie tamtego dnia uśmiechnął się mimowolnie.

Przez chwilę jechali w ciszy.

— Myślicie… — zaczął cicho Sethius. — …że jestem jej jeszcze potrzebny?

Pozostali spojrzeli na niego zaskoczeni.

— Co ty opowiadasz? — prychnął Rovan.

Sethius wzruszył ramionami.

— Spójrzcie. Jeszcze rok temu większość dnia spędzała z nami. Treningi. Patrole. Objazdy. Wieczorne rozmowy przy ognisku. Dzisiaj ma Therena. Ma Ezrę. Za chwilę będzie miała dwór. Doradców. Ministrów. Królewskie obowiązki.- Spojrzał przed siebie. — A ja? Ja całe życie byłem tylko jej strażnikiem.

Radan milczał.

Lior również spoważniał.

— Coraz częściej zastanawiam się czy po Balu Zdjęcia Pieczęci nie złożyć rezygnacji.

Zapadła cisza. Koń Rovana niemal stanął w miejscu.

— Zwariowałeś?

— Nie. Po prostu może nadszedł czas, żeby ktoś młodszy przejął moje miejsce. Ktoś, kto będzie bardziej potrzebny przyszłej królowej.

Rovan pokręcił głową.

— Ty naprawdę nic nie widzisz.

Sethius spojrzał na niego.

— Czego?

— Widzisz Therena. Widzisz Ezrę. Widzisz dwór. A nie widzisz jej.

— O czym mówisz?

— Ona nadal, kiedy ma podjąć ważną decyzję, najpierw patrzy na ciebie.

Lior skinął głową.

— Zawsze.

Radan odezwał się spokojnie.

— Nie jesteś tylko jej strażnikiem. Jesteś częścią jej życia. Byłeś przy niej, zanim nauczyła się czytać elfie runy. Uczyłeś ją jeździć konno. Pierwszy raz trzymała miecz właśnie przy tobie. Pokazałeś jej granice królestwa. I myślisz, że to można zastąpić?

Sethius nie odpowiedział.

— Bracie. — powiedział cicho Radan.

— Żaden z nas nie jedzie dziś tą drogą dla korony. Jedziemy dla niej. Tak jak robiliśmy to od lat. A ona o tym nie zapomni.

Lior uśmiechnął się.

— Poza tym… wyobrażasz sobie, że jakiś nowy strażnik miałby mówić Viten, że źle trzyma miecz?

Rovan parsknął śmiechem.

— ...albo kazać jej pięćdziesiąty raz powtarzać tę samą sekwencję?

Na twarzy Sethiusa pojawił się pierwszy od dłuższego czasu prawdziwy uśmiech.

— Nie.

— No właśnie.

Radan spojrzał przed siebie.

— Nie odbieraj jej człowieka, którego uważa za dom tylko dlatego, że pojawili się nowi ludzie.

Sethius zamilkł.

Słowa starszego z braci zostały z nim na długo.

Może rzeczywiście patrzył na zmiany, a nie dostrzegał tego, co od lat pozostawało niezmienne.

Przez dłuższą chwilę jechali w milczeniu. Konie miarowo stukały kopytami o zamarzniętą drogę.

W końcu Sethius odezwał się cicho.

— Wiecie… Nie sądzę, żebym miał ją jeszcze długo czego uczyć.

Radan spojrzał na niego.

— Mówisz o walce?

— Tak. Jeszcze kilka lat temu poprawiałem każdy jej ruch. Każdy krok. Każde cięcie. Dzisiaj coraz częściej łapię się na tym, że jedynie obserwuję.

Lior uśmiechnął się.

— Sama cię zaskakuje.

— Bo przestała walczyć tak, jak ją uczyłem. Zaczęła walczyć po swojemu.

Spojrzał przed siebie, gdzie między drzewami mignęła ruda grzywa klaczy.

— Ma w sobie coś czego nie da się nauczyć.

Radan skinął głową.

— Dzikość.

— Właśnie. Naturalną. Nieprzewidywalną. Każdy jej pojedynek wygląda inaczej. Nie walczy według schematów. Walczy instynktem. I właśnie dlatego wkrótce stanie się mnie równa, a może nawet lepsza.

Zapadła cisza.

Po chwili Sethius odezwał się ponownie.

— Ostatnio czytałem też stare kroniki o Czarnym Lesie.

— O elfach? — zapytał Lior.

— O ich więzi.

Radan uniósł brew.

— I co tam wyczytałeś?

— Jeżeli dwoje elfów uzna więź i przygotowuje się do zawarcia małżeństwa obowiązek ochrony kobiety przechodzi na jej przyszłego męża.

— To ich zwyczaj? — zapytał Rovan.

— Tak zapisano w księgach. Mężczyzna odpowiada za bezpieczeństwo swojej wybranki. Nie tylko jako wojownik. To obowiązek zapisany w ich prawie i tradycji.

Lior zamyślił się.

— Czyli gdyby…

Sethius dokończył za niego:

— Gdyby kiedyś Viten uznała tę więź z Therenem, to właśnie on stałby się jej pierwszym strażnikiem — Słowa zawisły w zimnym powietrzu.– A ja przestałbym nim być.

Radan długo milczał.

— Myślisz, że dlatego tak o tym wszystkim rozmyślasz?

Sethius westchnął.

— Chyba tak. Całe moje życie miało jeden cel. Chronić Viten. Jeżeli nadejdzie dzień, w którym ten obowiązek przejmie ktoś inny to kim wtedy będę?

Żaden z Zielonych Płaszczy nie odpowiedział od razu.

Bo po raz pierwszy ich dowódca nie zadawał pytania o służbę.

Pytał o własne życie.

— Boran pewnie odpowiedziałby ci lepiej ode mnie… — odezwał się cicho starszy strażnik. — Ale ja jeszcze nie odwieszałbym miecza.

Sethius spojrzał na niego pytająco.

— Dlaczego?

— Bo znam elfy.

Zapadła krótka cisza.

— I coś mi się w tym czarnym, szpiczastouchym… nie podoba.

Kilku Zielonych Płaszczy uśmiechnęło się pod nosem na określenie Therena.

— Nie umiem powiedzieć co. Nie zrobił nic złego. Jest uprzejmy, cierpliwy, walczy honorowo, ale dorosłe elfy nie zachowują się w ten sposób.

— W jaki sposób? — zapytał Sethius.

— Zbyt szybko zdobywa zaufanie. Za bardzo dopasowuje się do ludzi. Jakby od pierwszego dnia wiedział, co każdy z nas chce usłyszeć.

Starszy strażnik pokręcił głową.

— A nasza Viten, ona aż tak się nie zmieniła. Po prostu pierwszy raz od wielu lat spotkała kogoś, kto naprawdę potrafi za nią nadążyć.

Sethius spojrzał przed siebie.

Daleko na drodze Viten i Theren znowu ścigali się między drzewami.

— Myślisz, że możesz się mylić? — zapytał cicho.

— Mam nadzieję. Bo jeśli się nie mylę to czekają nas ciężkie czasy.

Przez dłuższą chwilę jechali w milczeniu.

W końcu odezwał się Radan.

— Rozmawiałeś z Viten?

Sethius pokręcił głową.

— Nie.

— Powiedziałeś jej, o czym myślisz?

— Jeszcze nie.

Lior spojrzał na niego uważnie.

— A z królem?

— Też nie.

Zapadła cisza.

— Więc kto o tym wie? — zapytał Rovan.

— Na razie tylko wy.

Bracia wymienili krótkie spojrzenia.

— To dobrze. — odezwał się spokojnie Radan. — Takiej decyzji nie podejmuje się w pojedynkę.

Sethius skinął głową.

— Wiem.

— Co więc zamierzasz?

Dowódca spojrzał przed siebie, gdzie między drzewami co jakiś czas migała ruda klacz Viten i biały ogier Therena.

— Najpierw porozmawiam z dowódcą Zielonych Płaszczy.

Lior uśmiechnął się.

— Chyba właśnie z nim rozmawiamy.

Na twarzy Sethiusa po raz pierwszy od dłuższego czasu pojawił się szczery uśmiech.

— Nie. Z tym prawdziwym.

Bracia zrozumieli od razu.

Chodziło o starego dowódcę, człowieka, który przed laty wychowywał i szkolił Sethiusa i Dowodził wszystkimi Zielonymi Płaszczami i którego rady wciąż pozostawały dla niego ważne.

— A do tego czasu? — zapytał Radan.

Sethius odwrócił wzrok ku drodze.

— Będę obserwował.

— Therena?

— Wszystko. Viten. Therena. Ich więź. I siebie. — Westchnął cicho.– Zanim podejmę decyzję, muszę mieć pewność, że kieruje mną rozsądek, a nie strach przed zmianą.

Radan skinął głową z uznaniem.

— To brzmi jak odpowiedź dowódcy.

— Bo nią jest.

Na tym zakończyli rozmowę.


Słońce chowało się już za linią lasu, gdy na wzgórzu ukazała się pierwsza strażnica. Kamienna wieża górowała nad drewnianymi zabudowaniami, a z kominów unosił się dym. Na widok królewskiego proporca strażnicy wybiegli na dziedziniec.

— Królewna Viten! — rozległ się okrzyk.

Kilku mężczyzn niemal biegiem ruszyło ku bramie.

Boran wyszedł przed wszystkich. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

— No proszę! Myślałem, że tym razem o nas zapomniałaś!

Viten zeskoczyła z klaczy.

— Nigdy.

Nie zdążyła powiedzieć nic więcej.

Boran objął ją mocno jak własną córkę i uniósł kilka centymetrów nad ziemię.

— Wciąż za lekka! W strażnicy karmiliby cię lepiej niż na tym królewskim dworze!

Wokół wybuchł śmiech.

— A gdzie ten rudzielec, który zawsze przegrywał ze mną w zapasach? — odgryzła się Viten.

— Nadal czeka na rewanż!

Strażnicy śmiali się jeszcze głośniej. Theren obserwował scenę z boku. Jego twarz pozostała spokojna, jednak w jego oczach pojawiło się lekkie zdziwienie. Kiedy Boran po raz drugi klepnął Viten w ramię, elf zrobił krok naprzód.

— Dowódco — Boran odwrócił się. — Księżniczka odbywa oficjalny objazd królewskich strażnic. Myślę, że należałoby powitać ją zgodnie z należnym jej urzędem.

Na dziedzińcu zapadła cisza. Boran zmarszczył brwi.

— Oficjalny?

— Jest następczynią tronu — Theren mówił spokojnie. — W Czarnym Lesie podobna wizyta rozpoczyna się meldunkiem dowódcy i oddaniem honorów następcy władcy.

Kilku Zielonych Płaszczy spojrzało po sobie.

Boran spojrzał na Viten.

— Naprawdę tego chcesz?

Viten zawahała się. Spojrzała na Therena. Potem na strażników. Na ludzi, których znała od dzieciństwa.

— Nie… Dla mnie zawsze byliście rodziną.

Boran uśmiechnął się szeroko.

— No i to jest nasza Viten!

Znów rozległ się śmiech. Theren nie zaprotestował. Skinął jedynie głową.

— Rozumiem. To po prostu inny zwyczaj.

Sethius obserwował całą scenę w milczeniu.

Dostrzegł coś, czego pozostali chyba nie zauważyli. Theren ustąpił.

Ale zrobił to dopiero wtedy, gdy wszyscy na dziedzińcu usłyszeli, że to właśnie on przypomniał Viten, kim jest.

Wieczorem wielka izba strażnicy wypełniła się zapachem pieczonego mięsa i gorącej zupy. Przy długim stole siedzieli Zieloni Płaszcze, strażnicy graniczni i goście z pałacu. Jak co roku. Jak od zawsze.

Boran odstawił kufel na stół.

— No dobrze… Kto mi wreszcie odpowie na najważniejsze pytanie?

Viten spojrzała na niego z uśmiechem.

— Jakie?

— Przywiozłaś z powrotem grzebień rudej klaczy… czy znowu uznałaś, że „na wolności konie nie potrzebują grzebieni”?

Cała sala wybuchła śmiechem.

Viten parsknęła.

— To był jeden raz!

— Jeden? — odezwał się któryś ze strażników. — Boran przez tydzień wyciągał z jej grzywy gałęzie i liście!

— Bo była szczęśliwa! — broniła się Viten.

— Klacz czy ty?

— Obie.

Śmiech rozległ się ponownie.

Viten śmiała się razem z nimi, ale po chwili odruchowo spojrzała na Therena.

Elf nie siedział przy stole. Stał przy jednym z okien. Dłonią przesuwał po kamiennym murze, oglądał belki podtrzymujące strop, co jakiś czas spoglądał na blanki i wąskie strzelnice. Jakby bardziej interesowała go sama strażnica niż wieczerza. Uśmiech Viten powoli zgasł. Sethius również to zauważył.

Podszedł do Borana.

— Przygotuj komnatę dla księżniczki.

— Oczywiście.

— I drugą dla Therena.

— Zaraz się tym zajmę.

Boran skinął na jednego ze strażników, po czym spojrzał na Sethiusa.

— Chodź ze mną.

Wyszli na zewnątrz. Mróz natychmiast uderzył ich w twarze. Boran oparł się o drewnianą balustradę.

— Co się dzieje?

Sethius przez chwilę milczał.

— Sam nie wiem.

— Nie kłam. Znam cię od tylu lat.

Dowódca westchnął.

— Widzisz, jak zachowują się chłopcy.

— Widzę.

— I widzisz jego.

Boran spojrzał przez okno. Theren właśnie sprawdzał połączenie kamiennego muru z drewnianą wieżą.

— Widzisz? — zapytał Sethius.

— Widzę.

— Co o tym myślisz?

Boran przez chwilę nie odpowiadał.

— Myślę, że pierwszy raz od wielu lat ktoś próbuje zmienić zasady gry w miejscu, które od pokoleń działało po swojemu.

— Uważasz, że robi to celowo?

— Nie wiem. Może po prostu nie rozumie, czym dla Viten jest ta strażnica.

Spojrzał na śmiejącą się przez okno dziewczynę.

— Tutaj nie jest księżniczką. Tutaj jest dzieckiem, które dorastało razem z nami.

Sethius skinął głową.

— Właśnie tego najbardziej się boję.

— Czego?

— Że któregoś dnia sama przestanie o tym pamiętać.

Boran spojrzał na niego uważnie.

— Nie. Jeśli już to ktoś będzie próbował ją przekonać, że powinna.

— Chodź.

Sethius bez słowa ruszył za nim. Minęli stajnie, drewniane ogrodzenie i zeszli wąską ścieżką ku rzece. Woda płynęła spokojnie między skute lodem brzegi, a jedynym dźwiękiem był szum nurtu.

Dopiero wtedy Boran zatrzymał się.

— No.

Sethius spojrzał na niego pytająco.

— Teraz możesz przestać udawać.

Dowódca Zielonych Płaszczy westchnął.

— Aż tak to widać?

— Dla mnie? Od razu.

Przez chwilę obaj patrzyli na rzekę.

— Co się dzieje?

Sethius długo zbierał myśli.

— Sam już nie wiem, od czego zacząć.

— To zacznij od początku.

— Widziałeś ptaki?

— Jakie ptaki?

— Czarne. Każdego wieczoru Theren wypuszcza jednego na zachód. Mówi, że niosą wiadomości do Czarnego Lasu.

Boran zmarszczył brwi.

— I to cię niepokoi?

— Nie samo to.

Opowiedział mu o krótkich spojrzeniach Therena i Ezry. O tym, jak elf zdawał się zawsze wiedzieć, co powiedzieć i komu. O zmianach, jakie zachodziły w Viten od chwili ich przyjazdu. Na końcu westchnął.

— A ja.. kończę ją szkolić.

— Co masz na myśli?

— Nie mam już czego jej uczyć. Walczy niemal jak ja. Za rok… może dwa… będzie lepsza.

Boran uśmiechnął się z dumą.

— To chyba dobrze.

— Dla niej. Dla mnie oznacza koniec. — Spojrzał na płynącą wodę. — Stare księgi mówią o zwyczajach elfów. Jeżeli uznają swoją więź, to obowiązek ochrony kobiety przechodzi na jej przyszłego męża.

Zapadła cisza.

— A ja całe życie byłem jej strażnikiem.Jeżeli kiedyś do tego dojdzie, moja służba przy Viten po prostu się skończy.

Boran odwrócił się do niego.

— I dlatego myślisz o odejściu?

Sethius skinął głową.

— Ten elf przynosi ze sobą nowe prawa. Nowe zwyczaje. Nowe zasady. A Viten chyba zaczyna coś do niego czuć.

Boran przez chwilę nic nie mówił. W końcu parsknął cichym śmiechem.

— Nie.

Sethius spojrzał na niego zaskoczony.

— Nie?

— Widziałem dziś Viten. Cały dzień. Nie wygląda jak dziewczyna, która jest zakochana. Wygląda jak dziewczyna, która odkryła nowego człowieka. Kogoś innego niż wszyscy, których znała do tej pory. To nie to samo.

Boran usiadł na przewróconym pniu.

— Wiesz, moja najstarsza córka jest tylko trochę młodsza od Viten.

Sethius uśmiechnął się lekko.

— Pamiętam. Ostatnio próbowała uczyć mnie tańczyć.

— I całe szczęście, że nikt tego nie widział.

Obaj zaśmiali się cicho.

Po chwili Boran spoważniał.

— Kilka miesięcy temu pojechała z matką do miasta. Wróciła zachwycona.

— Kim?

— Synem kupca. Miły. Uprzejmy. Przystojny. Umiał słuchać. Przez tydzień opowiadała o nim przy każdym posiłku. Myślałem, że zaraz będzie chciała za niego wychodzić.

— I?

— Po dwóch tygodniach nawet nie pamiętała, jak miał na imię.

Sethius roześmiał się głośniej.

— Widzisz? To nie była miłość. To była fascynacja. Nowość. Podziw.

Boran spojrzał w stronę strażnicy.

— Viten przez całe życie obracała się między rycerzami, strażnikami i dworzanami. Nagle spotkała elfa. Starszego od niej. Mądrego. Opanowanego. Innego niż wszyscy. To naturalne, że chce go poznać i to jeszcze nie znaczy, że go kocha.

Sethius zamilkł.

— Daj jej czas.Nie walcz z czymś, co może okazać się zwykłą młodzieńczą fascynacją. A jeśli okaże się czymś więcej, wtedy będziesz się martwił. Nie dziś. Nie po kilku miesiącach znajomości.

Szum rzeki zagłuszył dalsze słowa. Sethius poczuł, że być może za bardzo wybiegł myślami w przyszłość.

Będziesz królową

Noc była cicha. Na dziedzińcu strażnicy dogasało ognisko.

Większość Zielonych Płaszczy dawno już spała. Viten siedziała na drewnianym pomoście wychodzącym nad rzekę, okryta grubym płaszczem. Po chwili usłyszała ciche kroki.

Theren usiadł obok niej. Przez dłuższą chwilę żadne z nich się nie odezwało.

Słychać było jedynie szum wody.

W końcu elf przerwał ciszę.

— Mogę cię o coś zapytać?

— Oczywiście.

— Dzisiaj… dlaczego pozwoliłaś im traktować się w taki sposób?

Viten spojrzała na niego zdziwiona.

— W jaki?

— Jak równą sobie. Objęli cię. Żartowali z ciebie. Przerywali ci. Nawet twój dowódca nie wymagał zachowania odpowiedniego ceremoniału. W Czarnym Lesie następca tronu nigdy nie pozwoliłby sobie na takie spoufalenie.

Viten uśmiechnęła się delikatnie.

— Właśnie dlatego nie jesteśmy w Czarnym Lesie. — Theren milczał.– Widziałeś dziś strażników, ale nie widziałeś ludzi, którzy uczyli mnie jeździć konno, którzy opatrywali moje kolana, kiedy spadałam z siodła, którzy pilnowali mnie przy pierwszych patrolach. — Spojrzała w stronę oświetlonych okien strażnicy. — Oni nie są tylko Zielonymi Płaszczami. Są moimi braćmi.

Theren odwrócił głowę.

— Braćmi?

— Nie z krwi. Z wyboru. To oni nauczyli mnie, czym jest rodzina.

Elf zamyślił się.

— U nas wygląda to inaczej.

— Opowiesz mi?

Przez chwilę patrzył na ciemną taflę rzeki.

— Wśród elfów rodzina jest… mniejsza. Bardziej zamknięta. Kiedy dwoje elfów odnajdzie więź, stają się swoim światem. Ich dom staje się najważniejszym miejscem. Ich obowiązki wobec siebie są ważniejsze niż wszystko inne.

Viten słuchała uważnie.

— To piękne.

Theren uśmiechnął się lekko.

— Jest — po chwili dodał ciszej– zawsze wyobrażałem sobie, że kiedyś stworzę właśnie taką rodzinę. Dom, do którego będzie chciało się wracać, w którym nikt nie będzie musiał udawać Spojrzał na Viten.

Viten przez chwilę nic nie mówiła.

— Myślisz, że to takie proste?

Theren pokręcił głową.

— Nie. Ale warto o to walczyć.

Zapadła cisza.

Viten uśmiechnęła się do własnych myśli.

— Wiesz.. Ja chyba już mam rodzinę.

Theren spojrzał w stronę strażnicy.

Za grubymi murami spały Zielone Płaszcze. Ludzie, którzy przez lata byli dla niej starszymi braćmi.

Skinął głową.

— Wiem. I właśnie dlatego tak bardzo ci ich zazdroszczę.


Poranek przywitał strażnicę ostrym mrozem. Na dziedzińcu panował ruch. Konie były osiodłane, sakwy dopięte, a strażnicy kończyli ostatnie przygotowania.

Viten zapięła zielony płaszcz i pogładziła rudą klacz po szyi. Usłyszała pytanie, którym zaczynał się kazdy dzień i każda przygoda.

— Gotowa?

— Zawsze.

Boran wyszedł przed bramę z kubkiem gorącego naparu.

— Tak szybko uciekacie?

— Przed nami jeszcze osiem strażnic. — uśmiechnęła się Viten.

— Wiem.

Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu.

Jakby czegoś szukał.

— Co? — zapytała z uśmiechem.

Boran westchnął.

— Tęsknię.

— Za czym?

Spojrzał jej prosto w oczy.

— Za rudym smokiem.

Viten roześmiała się.

— Jakim smokiem?

— Tym, którego nosisz w sobie. Kiedyś wystarczyło powiedzieć, że nie dasz rady, a już pięć minut później próbowałaś udowodnić wszystkim, że się mylą. — Sethius uśmiechnął się pod nosem — albo kiedy wspinałaś się na mury, mimo że trzy razy ci tego zabroniliśmy, albo gdy wykradłaś mojego konia tylko po to, żeby sprawdzić, czy naprawdę jest szybszy od twojej klaczy — dodał Boran.

— Oddałam go!

— Po dwóch dniach — Na dziedzińcu rozległ się śmiech. Boran jednak szybko spoważniał.– Nie pozwól, żeby ten smok zasnął.

Viten zmarszczyła brwi.

— Nie rozumiem.

— Jeszcze nie musisz — uśmiechnął się ciepło — po prostu pamiętaj, że najbardziej lubiliśmy cię właśnie za niego. Za to, że zawsze byłaś sobą. Nie przyszłą królową. Nie bohaterką. Po prostu… naszą Viten.

Dziewczyna przytuliła go mocno.

— Wrócimy za rok.

— Będę czekał.

Sethius dał znak do wymarszu.

Ciężka brama strażnicy otworzyła się powoli. Kolumna ruszyła przed siebie.

Za strażnicą droga szybko zwężała się i znikała między wysokimi sosnami.

Las był cichy. Śnieg tłumił odgłos kopyt. Promienie porannego słońca przebijały się przez gałęzie, malując na drodze długie pasy światła.

Theren zwolnił konia i zrównał się z Viten.

— Piękny las.

Viten uśmiechnęła się.

— To dopiero początek. Prawdziwe oblicze tych lasów zobaczysz dopiero między pierwszą a drugą strażnicą.

— Co tam jest?

Spojrzała przed siebie.

— Granica. Nie ta wyznaczona na mapach. Ta, której uczą się tylko Zielone Płaszcze.

Theren uniósł brew z zaciekawieniem.

— W takim razie nie mogę się doczekać.

Za ich plecami Boran patrzył jeszcze przez chwilę, jak kolumna znika między drzewami.

Dopiero gdy ostatni Zielony Płaszcz zniknął za zakrętem, powiedział cicho do siebie:

— Nie pozwól nikomu uśpić tego rudego smoka, bo kiedyś całe Mean Inez będzie go potrzebowało.


Do drugiej strażnicy dotarli tuż przed zmierzchem.

Po całym dniu jazdy przez ośnieżony las, zza drzew wyłoniły się wysokie palisady i kamienna wieża strażnicza. Strażnik na blankach dostrzegł królewski proporzec.

— Otwierać bramę!

Ciężkie wrota rozsunęły się powoli. Viten uśmiechnęła się odruchowo.

— Ciekawe, kto tym razem…

Urwała.

Na dziedzińcu panowała idealna cisza. Po obu stronach bramy stały dwa rzędy Zielonych Płaszczy. Nieruchomi. Wyprostowani. Z opuszczonymi włóczniami.

Na ich czele stał dowódca strażnicy. Kiedy Viten przekroczyła bramę, uderzył pięścią w pierś.

— Strażnica Drzewnej Przełęczy wita Jej Królewską Wysokość, następczynię tronu Mean Inez.

Pozostali strażnicy wykonali ten sam gest. Jednocześnie. Bez jednego zbędnego ruchu.

Viten zatrzymała klacz. Patrzyła na nich zaskoczona.

Dowódca odwrócił się ku Therenowi.

— Witamy również Jego Wysokość, księcia Czarnych Elfów.

Theren skłonił głowę z widocznym uznaniem.

— Dziękuję za tak godne przyjęcie.

Na jego twarzy po raz pierwszy od początku podróży pojawił się szczery uśmiech.

Viten rozglądała się po znajomych twarzach. Nikt się nie uśmiechał. Nikt nie podszedł. Nikt nie zapytał, jak minęła droga.

Nie było żartów. Nie było uścisków.

Dowódca rozpoczął meldunek.

Liczba ludzi. Stan zapasów. Liczba koni. Gotowość bojowa.

Viten słuchała, ale czuła narastający ciężar w piersi.

Kiedy meldunek dobiegł końca, dowódca wyprostował się.

— Czy Jej Królewska Wysokość życzy sobie obejrzeć strażnicę?

Viten przez chwilę nie odpowiedziała.

Spojrzała na twarz starego strażnika. Znała go od dziecka. Jeszcze rok temu na jej widok śmiał się tak głośno, że było go słychać na całym dziedzińcu.

Teraz patrzył przed siebie, jakby widział w niej wyłącznie przyszłą królową.

— Tak, poproszę — Jej głos zabrzmiał ciszej niż zwykle.

Theren z satysfakcją obserwował przebieg powitania.

Kiedy ruszyli przez dziedziniec, pochylił się lekko ku Viten.

— To bardzo piękny zwyczaj. Godny następczyni tronu.

Viten skinęła głową.

— Tak…

Odpowiedziała niemal odruchowo, ale jej wzrok wciąż wracał do twarzy strażników.

Każdy wykonywał swoje obowiązki bezbłędnie.

Nikt jednak nie spojrzał na nią tak, jak dzień wcześniej Boran.

Po raz pierwszy od wyjazdu ze stolicy zatęskniła za śmiechem pierwszej strażnicy. Za klepnięciem w ramię. Żartem o rudym koniu. Za tym, że była po prostu Viten.

Kolejne dwa dni upłynęły niemal identycznie.

Trzecia strażnica.

Ciężka brama otwierała się powoli.

Dwa szeregi Zielonych Płaszczy.

Dowódca wychodzący na środek dziedzińca.

— Strażnica Wysokiego Boru wita Jej Królewską Wysokość, następczynię tronu Mean Inez.

Pokłon. Meldunek. Obchód. Wieczerza pełna dworskiej uprzejmości. I cisza.

Następnego dnia...czwarta strażnica.

Te same słowa.

Te same ukłony.

Te same oficjalne twarze.

Żaden strażnik nie odważył się poklepać jej po ramieniu. Nikt nie zapytał, czy nadal gubi grzebienie swojej klaczy. Nie było śmiechu. Nie było wspomnień. Jakby wszyscy nagle zapomnieli, że jeszcze kilka miesięcy wcześniej była dla nich po prostu Viten.

Theren był wyraźnie zadowolony.

— Widzisz? — powiedział któregoś wieczoru. — Tak właśnie powinno wyglądać spotkanie przyszłych władców z ludźmi odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo granic.

Viten tylko skinęła głową.

Nie miała już ochoty się z nim spierać. Zmieniły się również podróże między strażnicami. Jeszcze pierwszego dnia ścigali się między drzewami. Śmiali. Zatrzymywali przy leśnych strumieniach. Theren opowiadał o Czarnym Lesie. Viten pokazywała mu stare trakty Zielonych Płaszczy.

Teraz...jechali spokojnie. Coraz częściej w milczeniu.

Gdy Theren proponował galop, Viten odpowiadała jedynie lekkim uśmiechem.

— Może później.

Ale „później” nigdy nie nadchodziło. Sama nie potrafiła powiedzieć dlaczego. Czuła tylko, że z każdą kolejną strażnicą zostawia za sobą coś, czego nie umiała nazwać. Najbardziej brakowało jej tego, że nikt już nie wołał:

— Viten!

Wszędzie słyszała tylko:

— Wasza Królewska Wysokość.

I za każdym razem te słowa sprawiały, że czuła się… coraz bardziej obca we własnym królestwie.

Piąta strażnica nie różniła się od poprzednich.

Brama. Pokłony. Meldunek. Ceremoniał.

„Jej Królewska Wysokość…”

„Jego Wysokość…”

Viten odpowiadała uprzejmie. Uśmiechała się. Dziękowała, ale z każdą chwilą coraz bardziej gasła.

Wieczorem odnalazła Sethiusa na murach strażnicy. Stał samotnie, obserwując ciemny las.

— Masz chwilę?

Odwrócił się.

— Dla ciebie zawsze, Księżniczko.

Podeszła bliżej. Przez chwilę milczała.

— Co się dzieje?

Sethius nie odpowiedział od razu.

— Dlaczego oni wszyscy nagle zaczęli mnie tak traktować?

Spojrzał jej w oczy.

— Naprawdę nie wiesz?

Pokręciła głową.

— Myślałam, że zrobiłam coś źle.

— Nie.

— Więc dlaczego?

Sethius oparł dłonie o kamienny mur.

— Pamiętasz pierwszą strażnicę?

— Oczywiście.

— Pamiętasz rozmowę Therena z Boranem?

Viten zamilkła.

— Powiedział, że następca tronu powinien być witany z należnymi honorami…

— Tak.

— I miał rację.

Zapadła cisza.

— Bracia długo o tym rozmawiali. Doszli do wniosku, że skoro taki jest zwyczaj u elfów to może właśnie tego oczekuje przyszła królowa Mean Inez. Viten aż cofnęła się o krok.

— Nie…

— Viten…

— Nie! Nigdy bym tego nie chciała!

W jej głosie zabrzmiał ból.

— Dlaczego nikt mnie nie zapytał?

Sethius uśmiechnął się smutno.

— Bo uznali, że skoro nic nie powiedziałaś po pierwszej strażnicy to ci to odpowiada.

Viten zamknęła oczy.

Przypomniała sobie słowa Therena.

„To bardzo piękny zwyczaj.”

Przypomniała sobie, że wtedy tylko skinęła głową.

— Myśleli że właśnie tego chcę?

— Tak.

Przez chwilę słychać było jedynie wiatr.

— Sethiusie…

— Tak?

— Ja za nimi tęsknię. Nie za strażnikami. Za moimi braćmi.


Dowódca spuścił wzrok.

— Wiem.

Viten oparła dłonie o zimny kamień.

— Czuję się jak gość. We własnym królestwie.

Sethius patrzył na nią przez dłuższą chwilę.

— Chcesz, żebym jutro z nimi porozmawiał?

Viten nie odpowiedziała od razu.

Daleko na dziedzińcu dostrzegła Therena, który rozmawiał z dowódcą strażnicy o stanie murów i zapasów.

Westchnęła cicho.

— Nie… Jeszcze nie. Najpierw muszę porozmawiać z nim.

Tego wieczoru Viten odnalazła Therena w stajniach.

Stał samotnie, opierając dłonie o kamienne poidło.

— Szukałam cię.

Odwrócił się.

— Wszystko w porządku?

Viten przez chwilę nie odpowiadała.

— Nie.

Elf zmarszczył brwi.

— Co się stało?

Podeszła bliżej.

— Dlaczego wszyscy zaczęli mnie tak traktować?

Theren spojrzał na nią spokojnie.

— Jak przyszłą królową?

— Tak.

— Ponieważ nią jesteś.

Viten pokręciła głową.

— Nie o to pytam — zapadła cisza. — W pierwszej strażnicy powiedziałeś Boranowi, że powinien mnie witać zgodnie z ceremoniałem.

— Tak.

— Od tamtej pory wszystko się zmieniło. Nikt już się nie śmieje. Nikt nie żartuje. Nikt nie mówi do mnie „Viten”. Czuję się jak obca.

Theren przez chwilę milczał.

— Czy naprawdę tego żałujesz?

Spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— Oni są moją rodziną.

— Są twoimi poddanymi.

— Nie.

— Viten, kiedy zostaniesz królową, to właśnie oni będą oddawać ci hołd. Nie będą twoimi braćmi. Będą ludźmi, za których odpowiadasz.

— A ja nie chcę wybierać między jednym a drugim.

Theren westchnął.

— Nie wybierasz. Po prostu dorastasz. Każdy władca przechodzi tę drogę.

— Nie chcę przestać być sobą.

— Nie przestaniesz.

— Już przestaję.- Jej głos zadrżał. — Boran mnie nie przytulił. Nawet Sethius patrzy na mnie inaczej. Myślisz, że to nic?

Theren długo patrzył na jej twarz.

— U nas następca tronu od dzieciństwa uczy się pewnego dystansu. Nie dlatego, że przestaje kochać swoich ludzi. Dlatego, że pewnego dnia będzie musiał podejmować decyzje, które mogą ich zranić. Im większa bliskość tym trudniej być sprawiedliwym.

Viten odwróciła wzrok.

— A jeśli ja nie chcę być takim władcą?

— Wtedy będą cię kochać, ale mogą przestać cię słuchać.

Zapadła długa cisza.

W końcu Viten odezwała się cicho.

— Wiesz, czego najbardziej mi dziś zabrakło?

Theren pokręcił głową.

— Żeby ktoś zawołał: „Viten! Chodź, zobacz, znowu koń ci uciekł!”- Na jej twarzy pojawił się smutny uśmiech. — Głupie, prawda?

Theren odpowiedział po chwili.

— Nie. To nie jest głupie. To jest ludzkie.- Spojrzał przed siebie.– Ale może właśnie dlatego ludzie tak często cierpią, gdy zostają królami.

Viten zmarszczyła brwi.

— A elfy?

Theren odpowiedział niemal szeptem.

— Elfy uczą się samotności dużo wcześniej. Dlatego łatwiej nam nosić koronę.

Viten długo patrzyła na ciemny las. Po raz pierwszy pomyślała, że być może, nie chciałaby być elfką, choć jeszcze kilka dni wcześniej wydawało jej się, że świat Therena jest niemal doskonały.


Minęły trzy dni od powrotu do Mean Inez.

Śnieg pokrył pałacowe dachy grubą warstwą bieli. Na dziedzińcu panował gwar. Wozy z workami zboża, beczkami soli i skrzyniami z suszonym mięsem czekały na rozładunek. Viten przechodziła obok magazynów, gdy usłyszała znajomy śmiech.

Odwróciła się.

— Boran!

Dowódca pierwszej strażnicy właśnie wydawał polecenia swoim ludziom. Na jej widok uderzył pięścią w pierś.

— Wasza Królewska Wysokość.

Viten zamarła.

— Nie…

Boran spojrzał na nią spokojnie.

— Chodź ze mną.

Zaprowadził ją za magazyny, gdzie nie było nikogo.

Przez chwilę żadne z nich się nie odezwało. W końcu Boran spojrzał na nią uważnie.

— No.

— Co „no”?

— Nie śmiejesz się już.

Viten spuściła wzrok.

— Nie wiedziałam, że można tak bardzo tęsknić za czymś, co jeszcze tydzień temu wydawało się oczywiste.- Boran nic nie powiedział.– Tęsknię za pierwszą strażnicą. Za tobą. Za strażnikami. Za tym, że byłam po prostu Viten.- W jej oczach pojawiły się łzy.– W każdej kolejnej strażnicy czułam się coraz bardziej obca.

Boran westchnął ciężko.

— Wiesz...My też tęskniliśmy.

Viten podniosła wzrok.

— Naprawdę?

— Każdego dnia.

Zapadła cisza.

— Dlaczego więc nikt nic nie zrobił?

Boran uśmiechnął się smutno.

— Bo byliśmy przekonani, że właśnie tego chcesz.

— Ja?

— Pierwszego dnia książę elfów przypomniał nam, jak powinno wyglądać powitanie przyszłej królowej. Ty nie zaprotestowałaś. Następnego dnia też nie. I kolejnego. Więc uznaliśmy, że nasza mała Viten dorosła, że nie chce już być traktowana jak nasza siostra.

Dziewczyna pokręciła głową.

— Nigdy… Nigdy bym tego nie chciała.

— Skąd mieliśmy to wiedzieć?

Boran mówił łagodnie.

— Widzieliśmy, jak coraz więcej czasu spędzasz z Therenem, jak słuchasz jego rad, jak uczysz się elfickich zwyczajów. Pomyśleliśmy, że nie wypada już klepać przyszłej królowej po plecach.

Viten otarła policzek.

— A ja każdego dnia czekałam, aż ktoś to zrobi.

Zapadła długa cisza.

Boran podszedł bliżej.

— Viten.

— Tak?

— To nie my przestaliśmy widzieć w tobie siostrę. To my uwierzyliśmy, że ty przestałaś chcieć nią być.

Łzy popłynęły po jej policzkach.

— Nigdy. Nigdy nie przestałam.

Boran patrzył na nią jeszcze przez chwilę.

Potem zrobił coś, czego żaden dworzanin nigdy by się nie odważył.

Wyciągnął rękę.

I lekko poczochrał jej rude włosy.

— No… To gdzie się podział ten rudy smok, za którym tak tęskniłem?

Viten roześmiała się przez łzy.

Po raz pierwszy od wielu dni.Boran również się uśmiechnął.

— O… Teraz cię poznaję. Nasza Viten wróciła.

Dziewczyna bez wahania przytuliła go mocno.

Boran odwzajemnił uścisk.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 63
drukowana A5
za 128.65
drukowana A5
Kolorowa
za 175.32