E-book
13.65
drukowana A5
46.08
Vastertilie. Upadek imperiów

Bezpłatny fragment - Vastertilie. Upadek imperiów


Objętość:
310 str.
ISBN:
978-83-8126-277-4
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 46.08

Prolog

Bieganina na dziedzińcu Pearle Kiry wyraźnie daje do zrozumienia, że dzieje się coś bardzo istotnego.

Soacrit czujnie obserwuje całą rozbieganą, rozkrzyczaną gromadkę z okien swojego gabinetu. Od tej pory nie może już pozwolić sobie na żadne, choćby najmniejsze potknięcie. I tak wielokrotnie jego plan stawał pod znakiem zapytania, jak wtedy, gdy Lumina nagle zaginęła, albo gdy ten przeklęty San’Youtan postanowił zwołać konferencję pokojową. Za drugim razem wydawało się już, że nic nie może mu pomóc, ale, o dziwo, nieoczekiwanie w jego ręce dostał się as, dzięki któremu z pewnością wygra całą partię.

Wszystko zdarzyło się tuż po tym, jak jego żona, Tamaris, popełniła samobójstwo. Ot co, po zaginięciu Luminy, która przecież była jej córką zaledwie w niewielkim stopniu, nagle poczuła niesamowitą miłość do młodej lumii. Odbiło jej totalnie, płakała całymi dniami, nie mogła sobie poradzić z poczuciem winy, aż w końcu, dwa tygodnie temu, tuż po przyjściu wiadomości od króla smoków, połknęła cyjanek. W liście wyznała wszystkie swoje wątpliwości oraz grzeszki z przeszłości. Wiele spośród nich nic nie znaczyło, lub też wiązało się z laboratoriami. Ale jeden… Jeden naprawdę zaciekawił władcę.

Otóż wspomniała o tym, że tuż przed tym, jak została jego żoną, była poślubiona innemu, tylko z jakichś powodów ślub okazał się nieważny. Facet pochodził ze Stertilie, odeszła od niego, gdy tamten pojechał odwiedzić mieszkających na tamtym świecie rodziców. Ale najważniejsze było to, że miała z nim córkę. Dziecko, które tamten zabrał ze sobą, i z którym już nie wrócił. Młodą lumię, wychowaną poza swoim naturalnym środowiskiem.

Nie był zaskoczony, kiedy po zbadaniu wszelkich źródeł i zgromadzeniu informacji dowiedział się, że tą dziewczyną jest Aira. Wszystkie przesłanki na to wskazywały. W końcu wychowała się bez matki, w Londynie… Zupełnie jak tamta zaginiona mała. W sumie jedyne, co go zdziwiło, to fakt, że Tamaris nigdy nie chciała ani się z nią spotkać, ani jej odzyskać, ale o fakcie, że ma inne podejście do uczuć niż inni, przekonał się już dawno.

Za to ta informacja przyniosła mu pewne zwycięstwo, które już wkrótce będzie mógł świętować. Już nie wspominając o tym, że dostanie również pretekst, by móc pozbyć się absolutnie wszystkich smoków… No, może poza sobą. Do tej postaci już się przywiązał, loty w świetle księżyca zaczęły sprawiać mu niemałą przyjemność, a władza nad ogniem — satysfakcję. Tak potężny żywioł słucha się jego, właśnie jego, Soacrita der Soltarie!

W każdym razie publicznie uznał Airę za swoją córkę oraz następczynię, poddanym i samej zainteresowanej tłumacząc to tym, że choć stracił ukochaną żonę, nagle otrzymał spadek po niej — jej córkę, i chce mieć ją blisko siebie. Nikt nie znalazł w tym absolutnie nic podejrzanego, co więcej, zupełnie jakby odrobinę uspokoił tym dość burzliwe i negatywne nastroje ogarniające całe państwo.

Oczywiście wcale nie zamierza dopuścić do tego, by dziewczyna faktycznie odziedziczyła po nim tron, przecież to właśnie on już wkrótce będzie rządzić całym światem… ale o tym wie tylko on i Rori. Dzielna dziewczyna, mimo tego, że zabił jej matkę, darzy ją naprawdę wielką sympatią. To właśnie taką córkę powinien mieć, kochałby ją, szanował, rozpieszczał… Pewną siebie, zdolną, mądrą, ogarniętą, gotową na poświęcenia, a nie taką jak Lu. Naprawdę nie ma pojęcia, co takiego lud w niej widzi, że gdyby tylko teraz się zjawiła, od razu by go obalili, a jej oddali koronę. Przecież najpewniej nawet nie była dobrą królową, na co ich złapała, na piękne oczy? Dobre sobie.

Ale tak czy owak księżniczka teraz nie żyje, więc przynajmniej zagrożenie z jej strony zostało wyeliminowane.

A właśnie, Rori… Kiedy tylko zauważa lumię, ćwiczącą szermierkę na dziedzińcu razem z najlepszym nauczycielem, uśmiecha się z dumą. Najlepsza wojowniczka, jaka kiedykolwiek kroczyła w tych murach. Wielokrotnie sam z nią ćwiczył, podczas gdy Lu uczęszczała na te bezsensowne lekcje dyplomacji u Estive’a. I czego w ogóle on ją nauczył? Niczego. Gdyby miała zmierzyć się ze swoją udawaną przyjaciółką, przegrałaby z kretesem.

To właśnie przywódczyni K’narah zawdzięcza fakt, że Reisa nie uciekła. Przyznaje, to była jego wina. Zaaferowany pogrzebem nie dopilnował jej, a ta w nocy zmieniła się w smoka i uciekła tarasem. Tyle dobrego, że bez światła dziennego jest słaba, więc lumie pod przywództwem Ro złapały ją w specjalne sieci. A potem Soacrit wpadł na genialny pomysł, w jaki sposób zagwarantować sobie jej stałą obecność. Otóż poślubił ją zaledwie tydzień po śmierci jego pierwszej żony.

Doskonale wiedział, co robi. Dla smoczycy oznaczało to wieczną hańbę, potwierdzenie piętna zdrajczyni, od tamtej pory może być pewna, że jeśli kiedykolwiek spotka jakiegokolwiek smoka, zginie. Dzień i noc płakała w komnacie, błagała go na kolanach, robiła wszystko, w pewnym momencie nawet powiedziała, że już i tak nie pomoże córce, więc niech on chociaż daruje jej… Ale król był nieugięty. Mimo tego, że mdlała podczas ceremonii, obrączki zostały wymienione. Gęsty welon, który miała na sobie, doskonale zasłaniał jej łzy, choć również ukrywał jej niesamowite podobieństwo do córki. Gdyby Lumina miała blond włosy, odrobinę cieplejszą karnację i złote oczy, byłyby identyczne, tym bardziej, że teraz zapewne są w tym samym wieku. Nigdy nie pojmie tego, jak te smoki się starzeją…

W pewnym momencie, trzymając się obrzeży dziedzińca, przemyka po nim jeszcze jedna postać, możliwie jak najbardziej unikając innych.

Mistral.

Czujny wzrok władcy jeszcze bardziej się wyostrza.

Bardzo dobrze pamięta to, co mówiła mu o niej Ro. Owszem, zabiła swoją smoczycę, wycięła jej serce, złożyła przy symbolicznej trumnie Luminy, ale od tamtej akcji w Rzymie, kiedy porwały tamtą nastoletnią gadzinę, bardzo się zmieniła. Nagle zaczęła cicho protestować w obronie tych potworów, nie zgadzała się z działaniami K’narah, ale nawet śmierć Leiry, która poparła działanie Iory (również zabitej), nijak na nią nie wpłynęła. Zupełnie, jakby nagle ktoś ją podmienił, i sprawił, że smoki stały się jej bliższe niż lumie, będące, jakby nie było, w pewnym stopniu jej rodziną. Już to daje podstawy, by również ją uznać za zdrajczynię i zlikwidować, ale tym razem Rori, zgodnie z radą Soacrita, postanowiła się wstrzymać. Zamiast tego zdecydowali zabrać ją ze sobą w orszaku na konferencję pokojową, by móc dokładniej obserwować w otoczeniu smoków. Poza tym wówczas przecież będą mieli ją na oku i będzie mogła znacznie mniej nabruździć, niż jakby została w kraju…

Rozmyślania króla przerywa niespodziewane pojawienie się małego, błękitnokremowego smoka, który zaraz po dotknięciu ziemi zmienia się w delikatną, jakby kruchą, smukłą kobiecą postać.

Przybył posłaniec.

Na twarzy Soacrita pojawia się drapieżny uśmiech.

Czas wprowadzić swój diabelski plan w życie. Czas podbić świat.

I tym razem już naprawdę nie pozwoli, żeby cokolwiek mu przeszkodziło!

Część I

Rozdział I

Bardziej instynktownie wyczuwam niż zauważam ruch mojego przeciwnika.

W ostatniej sekundzie się uchylam — sztylet przelatuje kilka centymetrów nad czubkiem mojej głowy.

Zaciskam zęby. Naprawdę ostro sobie pogrywa, ale wiem, że nie poddaje mnie żadnym próbom, którym nie byłabym w stanie sprostać. W ciągu ostatnich kilku tygodni już się przekonałam, że nie istnieją żadne fory. On doskonale wie, na co mnie stać i zrobi wszystko, żebym wycisnęła to z siebie do ostatniej kropli. Nie ma sentymentów.

W takim razie ja też nie będę zdobywać się na sentymenty względem niego.

Podrywam się, tworzę przed sobą tymczasową barierę z ognia, chwytam sztylet i odrzucam w jego kierunku.

Wbija się w ścianę zaledwie o centymetry od jego ramienia, gdyby się nie odsunął, zgodnie z moim planem zostałby przygwożdżony do ściany.

— Jak widzę, kociak wreszcie zaczyna pokazywać pazurki — dochodzi mnie jego kpiący głos.

Krew powoli zaczyna się we mnie gotować. Już dość długi czas znoszę takie docinki, a z każdym kolejnym mam wrażenie, że coraz bardziej wyprowadza mnie z równowagi.

Oczywiście doskonale wiem, że to wszystko jest prowokacją. Nie takie rzeczy będę znosić, jeżeli przyjdzie co do czego i będę musiała walczyć, a wbrew moim najszczerszym nadziejom mam wrażenie, że do czegoś takiego niestety dojdzie…

Przez chwilę oboje trwamy w bezruchu, przyglądając się sobie nawzajem. Każde czeka na pierwszy ruch drugiego, i choć taki stan może trwać wyjątkowo długo, coś czuję, że wkrótce zostanę zmuszona do dalszej obrony, lub też szybkiego ataku… Tak czy owak to ja najprawdopodobniej zacznę kolejne starcie.

„Zawsze czekaj, aż przeciwnik wykona pierwszy ruch, to pomoże ci przygotować skuteczną obronę” — dokładnie te same słowa słyszałam zarówno od Estive’a, jak i od Mirt’Oshima. I wiem, że oboje mieli rację. Ale jest jedna rzecz. Nie zawsze można czekać — czasami zwyczajnie nie ma na to czasu.

Dlatego właśnie w ułamek sekundy szacuję kilka najważniejszych czynników, które mogą pomóc mi w zwycięstwie — wiem, że smok nie ma przy sobie absolutnie żadnej broni. Ostatnim, czym dysponował, był ten właśnie sztylet. Jeżeli podejdę go od prawej, nie będzie miał możliwości po niego sięgnąć, więc będzie bezbronny. Jego ognia się nie boję. Oczywiście jest ode mnie silniejszy, ale jeżeli zareaguję szybko, jego siła może co najwyżej obrócić się przeciwko niemu. A jeśli zastosuję ten chwyt, którego uparcie próbował mnie nauczyć — niechybnie wyląduje na podłodze.

Błyskawicznie wystrzelam do przodu.

I dokładnie tak, jak się spodziewam — Mirt’Oshim nawet się nie zauważa, kiedy ląduje na podłodze. Szok w jego oczach potwierdza moje przypuszczenia.

— A jednak kociak potrafi się bronić — jego usta rozciągają się w delikatnym uśmiechu. — Nie spodziewałem się tego po tobie.

Pochylam się nad nim.

— Przestań się ze mną drażnić — syczę, przystawiając mu swój sztylet do gardła.

Zaraz potem czuję delikatne ukłucie pod żebrami.

— A ty zapamiętaj, że masz trzymać przeciwnika na dystans albo załatwić sprawę szybko — mówi ze stalą w oczach, równocześnie odsuwając od siebie moje ostrze i wstając. — Inaczej być może nie będziesz miała okazji, żeby tego pożałować, tak jak teraz. Nigdy nie daj się rozproszyć, rozumiesz, Lu?

— Rozumiem — mówię, przewracając oczami. — No to dalej, powiedz, że zaczynamy od początku, nie mogę się tego doczekać — prycham.

Przez moment mierzymy się wzrokiem — on, surowy nauczyciel i ja, wściekła, zmęczona lumia z położonymi po sobie uszami.

Po chwili jednak cała ta jego surowość znika i zjawia się ta druga osobowość — cudowny, kochający narzeczony, troszczący się o mnie na każdym kroku, dbający, żebym nie zrobiła sobie krzywdy i ciągle pokazujący, jak bardzo mnie kocha. Nie jestem w stanie pojąć, jakim cudem on tak potrafi. I chociaż przez początek tego treningu, zanim się przyzwyczaiłam, miałam wrażenie, że go znienawidzę, tak mnie potem ujmował tą czarującą stroną swojej osobowości, w której zakochałam się przed laty, i która nadal ma na mnie piorunujący wpływ, że zaledwie minutę, może dwie po końcu lekcji zastanawiałam się, jak w ogóle mogłam tak pomyśleć.

— Bardzo zmęczona? — patrzy na mnie z troską.

Wzruszam ramionami. W sumie nawet nie wiem. Bo cóż… Chyba przywykłam już do takiego wysiłku. Choć przyznam, tym razem naprawdę było ostro, połączył chyba wszystko, czego do tej pory powinnam się nauczyć.

Smok mocno mnie przytula, a ja czuję, jak naprawdę się odprężam. Nie wiem, jakim cudem, ale jego dotyk, ogólnie jego obecność sprawia, że czuję się znacznie bezpieczniejsza. I że od razu, momentalnie wyluzowuję, nikogo nie muszę udawać, tylko być naprawdę sobą…

— Jeżeli nie jesteś zmęczona, to mam dla ciebie propozycję — szepcze mi do ucha, wcześniej delikatnie odsuwając mi z niego włosy i głaszcząc mnie po karku.

— Mhm? — mruczę pytająco w odpowiedzi, próbując tak się w niego wtulić, żeby nie przeszkadzał mi przypięty do pasa floret.

Koniec końców jednak wzdycham i delikatnie wyswobadzam się z objęć swojego narzeczonego.

Odpinam broń i zaczynam iść w stronę znajdującego się przy przeciwległej ścianie, przeznaczonego na nią stojaka.

Przez moment stukot moich szpilek jest jedynym, co słychać w całej treningowej sali. Doskonale wiem, że książę uważnie śledzi każdy mój ruch, i uśmiecham się lekko. To cudowne uczucie mieć kogoś, kto aż tak bardzo poświęca mi uwagę, tak bardzo się ze mną liczy i uważa mnie za aż tak wyjątkową…

— Co powiesz na wypad na Stertilie?

Te słowa zatrzymują mnie w pół kroku, a mój uśmiech jeszcze bardziej się poszerza. Naprawdę? Skąd wiedział, że mam na to ochotę od dawna? Odwiedzenie tamtego świata to coś, na co mam jak największą ochotę!

Jednak opanowuję się i powstrzymuję od zawrócenia i rzucenia mu na szyję. Nie… chcę go jeszcze trochę potrzymać w niepewności.

Dlatego znowu ruszam przed siebie. Ta sala jest naprawdę wielka!

— Moglibyśmy przejść się gdzieś na zakupy, jeżeli będziesz chciała… Pójść gdzieś na kolację… Może na plażę, wiem, że lubisz surfować i chciałbym zobaczyć cię w akcji i sprawdzić, czy jeszcze cokolwiek pamiętam… — kusi dalej, bardzo możliwe, że nie zdając sobie sprawy z tego, że kupił mnie już na samym początku.

Ale po tej wzmiance odnośnie surfingu wiem, że już nie będę w stanie się opamiętać.

Floret wypada mi z ręki na podłogę, podczas gdy odwracam się na pięcie, gotowa wystartować i rzucić się Mirt’Oshimowi na szyję…

I dosłownie się z nim zderzam. Niepostrzeżenie podszedł do mnie od tyłu i teraz przygląda mi się, z rękami w kieszeniach i łobuzerskim uśmiechem na twarzy.

— Broń należy szanować — poucza mnie z wesołym chochlikiem w oczach.

— Dobrze, dobrze, niech ci będzie, panie szefie — wzdycham teatralnie, po czym podnoszę floret.

— A teraz odłóż — ciągnie dalej. — Tego chyba cię nigdy nie nauczę, co nie, Lu?

Tym razem teatralnemu westchnięciu towarzyszy równie teatralne opadnięcie ramion, ale i tym razem wykonuję jego polecenie. Równocześnie w głębi duszy cały czas mam ochotę skakać z radości, mimo tego, że powoli zaczynam odczuwać to zmęczenie.

— Więc w takim razie co powiesz o mojej propozycji? — opiera się o ścianę obok mnie, nawet nie zdążam odejść w jego kierunku. Naprawdę, zazdroszczę mu tego bezgłośnego poruszania się. Też chciałabym się tak nauczyć…

Zdążył mnie już wprawić w naprawdę świetny humor, więc mam zamiar się chociaż odrobinę z nim podroczyć.

— Cóż… — krzywię się lekko. — Nie jestem pewna. Weź pod uwagę, że na tamtym świecie jestem znaną pisarką, która zaginęła, a teraz pojawiłaby się ni z tego, ni z owego w towarzystwie jednej z postaci ze swojej książki, to raz — zaczynam wyliczać na palcach. — Po drugie, nie jestem do końca pewna, czy mogłabym pływać, bo przecież jeszcze nie skończył mi się okres i zapewne jutro też będę miała, czy kiedy będziesz chciał pojechać. Po trzecie, nie mam stroju kąpielowego ani swojej deski, więc z pływania też nici… Czyli raczej nie.

Podkreślając swoje słowa zaplatam jeszcze ramiona na piersi.

Niestety, wesołego błysku w oczach nie jestem w stanie ukryć.

— Cóż… miałem nadzieję, że wystarczy moja grzeczna propozycja i się zgodzisz, ale w takim razie nie ma już mowy o propozycjach — uśmiecha się kwaśno. — Idź się przebrać, weź jakąś lekką sukienkę, bo skoro masz jeszcze tą końcówkę okresu to ci daruję i nie będziemy pływać. Ja w międzyczasie trochę tu ogarnę, bo po dzisiejszym zrobiliśmy niezły bałagan. Będę za piętnaście minut i, kochanie, nie radzę się sprzeciwiać, bo inaczej złapię cię w pół i zaniosę przewieszoną przez ramię do furtki, rozumiemy się?

Odpowiadam mu całusem w policzek, który zdecydowanie ułagadza jego udawanie srogą minę.

Zaraz potem odwracam się na pięcie i spokojnie wychodzę z sali treningowej.

Tu już nie jestem w stanie powstrzymać radości. Jadę na Stertilie! Bo chociaż pochodzę stąd, kocham ten świat całym sercem i tu mogę być sobą taką, jaką naprawdę jestem, to mimo wszystko do tamtego również żywię pewien sentyment. I, jeśli się da, to chciałabym zobaczyć, co zostało z mojego domu… Może akurat coś ocalało?

Tak czy owak, całą drogę od sali treningowej do swojej komnaty przebywam w podskokach.

Jadę na Stertilie!

Rozdział II

Przez chwilę mam wrażenie, że Lu jednak mówiła serio i naprawdę nie przyjdzie i zaczynam się niepokoić. Może i straszyłem ją tym, że sam ją zaniosę na drugi świat… Ale nie jestem do końca pewien, czy mam dzisiaj ochotę na takie akcje. Wszystko się sprowadza do tego, że mamy naprawdę wyjątkowy dzień. Taki, który w życiu zdarza się tylko raz, jeżeli w ogóle. Nie każdy smok i nie każdy człowiek ma możliwość go przeżyć, a mój będzie wyjątkowy z jeszcze jednego powodu.

— Stwierdziłam, że skoro dzisiaj wyjątkowo dałam ci taki wycisk, to już nie będę kazała ci mnie nieść do furtki — z rozmyślań wyrywa mnie jej rozbawiony, jakby lekko figlarny głos.

Odwracam się w stronę, z której dochodzi i…

Zatyka mnie. Zawsze wygląda fantastycznie, ale tym razem przeszła samą siebie. Cóż… Może to dlatego, że chyba pierwszy raz ogólnie, a już na pewno odkąd się jej oświadczyłem, widzę ją w sukience…

Włożyła na siebie taką zwiewną, bladoniebieską, z rozkloszowanym dołem, kończącą się z dziesięć centymetrów nad kolanami. Górę ma obcisłą, na grubych ramiączkach, z dość głębokim dekoltem. Do tego lekko podpięła włosy i założyła coś w rodzaju błękitnej aksamitki ze złotym serduszkiem.

Nie mogę od niej oderwać wzroku i muszę naprawdę się skupić, żeby choć na chwilę przestać sobie wyobrażać, jak to by było ją z tego wszystkiego rozebrać i potem… Nie, dość. Naprawdę muszę się opamiętać…

— To miło, że jaśnie pani wyjątkowo postanowiła się nie wykłócać i ułatwić mi sprawę — również uderzam w żartobliwy ton. — I dla twojej wiadomości, to ja dałem ci wycisk na treningu. Jak zwykle z resztą.

Dziewczyna w odpowiedzi robi rozgniewaną minkę.

— Przecież dzisiaj naprawdę dobrze mi poszło — wyrzuca z siebie, krzyżując ramiona na piersi.

— Wiem, kochanie, wiem — obejmuję ją w talii i przyciągam do siebie, a potem całuję w kark. — A skoro tak świetnie sobie poradziłaś, chciałbym sprawić ci odrobinę przyjemności i wydaje mi się, że taki wyjazd będzie odpowiednią metodą.

— Będzie na pewno — przytula się do mnie. — Tylko się z tobą droczyłam, od dawna chciałam wybrać się na Stertilie. Mimo wszystko trochę za nim tęsknię.

— Więc chodźmy — odsuwam się od niej, łapię ją za rękę i pociągam za sobą, prosto w przejście wiodące do drugiego świata.

Rozdział III

Z żalem obserwuję mknących po ogromnych falach surferów. Plaża Bondi — marzenie wszystkich wielbicieli desek. I jak na złość jestem tutaj dzisiaj, akurat wtedy, kiedy nie mogę pozwolić sobie poszaleć w wodzie.

Wygładzam sobie sukienkę i przysiadam na piasku. Złote sandałki zdjęłam już dawno, teraz rzucam je obok siebie. W to samo miejsce kładę też torebkę — drobną, złotą kopertówkę, w którą schowałam kilka drobiazgów. W tym też tampony… Ale nie wpadłam na to, że znajdę się w takim miejscu i stroju kąpielowego niestety nie zabrałam… Mam tylko kilka, jak się okazało, kompletnie nieistotnych drobiazgów — chusteczki, kilka monet i banknotów, kosmetyki na wypadek, gdyby nagle zachciało mi się umalować… Do tej pory przydał mi się zaledwie krem do rąk. Nie byliśmy jeszcze w żadnym sklepie, poza jedną kawiarnią, i nawet wtedy Mirt’Oshim uparł się zapłacić. Tak samo jak i teraz, kiedy zaproponował zwyczajne posiedzenie na piasku i pogapienie się na fale, popijając jakieś dobre drinki… Owszem, naprawdę miło, romantycznie i ogólnie. Ale nie na to teraz mam ochotę i zaczynam się wściekać, że wtedy na sali treningowej zachowałam się w taki właśnie sposób i wykluczyłam sobie najlepszą rozrywkę…

Unoszę się lekko i rozglądam się. Gdzie on jest? To dość denerwujące, że tyle muszę na niego czekać…

Krzyk mewy znowu wyrywa mnie z rozmyślań i zwraca moją uwagę na ocean.

Nie no, ja już dłużej tak nie dam rady.

Wstaję gwałtownie, rozsypując piasek na wszystkie strony. Rozglądam się po raz kolejny — mojego narzeczonego nadal nie ma i nie widzę żadnych przesłanek, które wskazywałyby na jego nagłe pojawienie się. Cóż… Mam nadzieję, że nagle się nie zjawi i nie zacznie panikować, kiedy mnie nie znajdzie. Poza tym to i tak nie długo — założę się, że będę potrzebowała maksymalnie kwadransa.

Dlatego bez dłuższego namysłu ruszam w stronę straganów, na których sprzedają stroje kąpielowe. Wiem, że dzisiaj smok i tak nie pozwoli mi nic sobie kupić, bo znowu za wszystko uparcie będzie chciał płacić, to wydam je przynajmniej w taki sposób.

Swoją drogą, ciekawa jestem, jak to będzie, jak potem książę mnie zobaczy…

Zauważam, że ludzie bardzo uważnie się mi przyglądają — zupełnie, jakby mnie rozpoznali. Natychmiast więc poprawiam sobie włosy tak, żeby lepiej zasłaniały twarz. Czasem jednak bycie sławną autorką, która na dodatek jeszcze zniknęła jak kamfora kilka tygodni temu po serii wybuchów samochodów przed jednym z największych klubów w Long Beach, może być niewygodne dla owej autorki. Szczególnie, gdy potem całkowicie incognito pojawia się po niemalże drugiej stronie globu…

Trochę niekomfortowo czuję się z faktem, że jako człowiek mam znacznie ograniczone możliwości. Nie mówię oczywiście o władzy nad ogniem, bo tego i tak nie mogłabym użyć, ale mam na myśli bardziej wyczuwanie otoczenia, ludzi dookoła, ich emocji… Wszystko, co zyskałam od swojej pierwszej przemiany znika, gdy przyjmuję najbardziej ludzką postać. Wielokrotnie to sprawdzaliśmy i wyszło na to, że podczas gdy smok zachowuje swoje umiejętności we wszystkich postaciach, ja mam to tylko i wyłącznie w dwóch — smoczej i lumijnej. Choć w sumie… To jak najbardziej fair… Tylko ja po prostu nie jestem w stanie zawsze z tego korzystać.

Podchodzę do pierwszego z brzegu straganu i zaczynam przeglądać stroje.

— W czymś pomóc? — zza lady wyłania się sprzedawca, opalony do czerwoności, łysy facet po czterdziestce w kwiecistych szortach.

— Na razie dziękuję — odpowiadam, równocześnie przeglądając kostiumy kąpielowe.

Ostatecznie znajduję to, czego szukałam. Czarne, gładkie bikini, doskonale podkreślające moje kształty, ale równocześnie z na tyle bezpiecznymi zapięciami do stanika, które byłyby w stanie wytrzymać gwałtowne zderzenie z wodą, falą, czy czymkolwiek innym. Ot, takie spaczenie surferek… Na wszelki wypadek.

Biorę kostium i bez słowa kładę przed sprzedawcą.

— Dwadzieścia dolarów — rzuca, przyglądając mi się, podczas gdy bez słowa odliczam banknoty.

— Pani nie jest przypadkiem Luminą McKinley? — pyta, kiedy biorę kupiony właśnie strój.

Uśmiecham się do niego.

— Jestem — kiwam spokojnie głową. — Ale po wydarzeniach sprzed paru tygodni… Po tym, jak grupa moich psychofanów, przebranych za postacie z mojej książki napadła na mnie przed klubem, a potem zniszczyła mi dom, wolę się nie ujawniać — dodaję po chwili.

Posyłam mu dodatkowy uśmiech na pożegnanie i zaczynam iść w stronę przebieralni.

Mam nadzieję, że nie wygada tego wszystkim jak leci — nie mam teraz choćby najmniejszej ochoty na pojawienie się nachalnych paparazzi. Chcę odpocząć. Tylko tyle. Bez błysku fleszy, bez zaaferowanych ludzi… Bez niczego. Tylko i wyłącznie ja i mój narzeczony.

Choć mam szansę na to, że pewien drobiazg odwróci uwagę innych — otóż jednym z moich znaków rozpoznawczych był smok na ramieniu. Płonący Joker, który obecnie zajmuje to miejsce, może być pewną zmyłką.

Przed wejściem do przebieralni zatrzymuję się i jeszcze raz się rozglądam — nic, ciągle nie widać księcia smoków. Dlatego właśnie cofam się, już chcę się odwrócić…

I na kogoś wpadam.

Słyszę oburzony męski głos. W odpowiedzi mamroczę przeprosiny, okręcam się na pięcie i wchodzę do przebieralni.

Na progu jednak coś mnie zatrzymuje i każe odwrócić się, w poszukiwaniu gościa, którego potrąciłam.

Po chwili wypatrywania udaje mi się to — w tłumie znajduję oddalającą się ode mnie czuprynę we wszystkich kolorach ognia. Czuję, jak przechodzi mnie dreszcz. Czyżby to naprawdę był Bastian?

Zaraz potem jednak w tłumie wyłapuję kolejną taką fryzurę. I jeszcze kolejną. Po zaledwie kilkudziesięciu sekundach obserwacji zauważam kilkanaście podobnych.

Oddycham z ulgą. No tak, przecież. Zapomniałam, że od pewnego czasu panuje naprawdę ogromna moda na wszystko, co w jakikolwiek sposób wiąże się z moją książką. Cóż… Tak to jest z bestsellerami…

Zdecydowanie uspokojona wchodzę do przebieralni.

* * *

Dwie minuty później wychodzę ze środka, trzymając w dłoni sukienkę i bieliznę. Bogu dzięki za to, że wzięłam ze sobą tampony!

Rzucam szybkie spojrzenie na moje wcześniejsze miejsce — Mirt’Oshima nadal nie ma. Czyżbym miała zacząć się martwić?

Choć w sumie… nie, o niego raczej nie. Jest prawie że niezniszczalny i zbyt sprytny, żeby komukolwiek udało się go przechytrzyć. Więc pewnie powinnam się spodziewać, że wymyślił coś, czym chce mnie zaskoczyć, i czeka, żebym wróciła na miejsce… Możliwe nawet, że cały czas mnie obserwuje…

Dlatego właśnie przechodzę na moje wcześniejsze miejsce.

Kładę sukienkę na piasku, obok sandałków i torebki, i sama siadam obok nich.

Oczywiście od razu moją uwagę przykuwają surferzy. Ah… ile ja bym dała, żeby do nich dołączyć…

Zaraz potem rozprasza mnie ciche stuknięcie obok mnie, przypominające… wbicie deski w piasek!

Natychmiast odwracam się w kierunku, z którego dobiegł dźwięk.

— Stwierdziłem, że jak dam ci czas do namysłu, to w końcu się złamiesz i stwierdzisz, że surfowanie to naprawdę dobry pomysł, mimo okresu, bo zdążyłem się domyśleć, co schowałeś do torebki — mówi smok z lekkim uśmiechem na twarzy, opierając się o deskę.

Patrzę na niego zaskoczona, przez chwilę próbując przetrawić to, co mi powiedział.

— Ta jest twoja — wskazuje kolejną, stojącą obok. — Nie mogłem przepuścić okazji i widzę, że ty też stwierdziłaś, że nie możesz odpuścić… Nic dziwnego z resztą, urodzona surferko.

— Czemu tak mówisz? — wstaję i otrzepuję się z piasku.

— Jesteś taka sama, jak ja — wzrusza ramionami. — Uwielbiasz adrenalinę i wszystkie działania, które się z nią wiążą, dlatego tak łatwo się ich uczysz. Surfing, motory, szybkie samochody, szybkie konie… Masz to w genach.

— Powiadasz… — krzyżuję ramiona na piersi i patrzę na niego uważnie.

I nagle do głowy przychodzi mi pewien ciekawy pomysł.

— Kto ostatni w wodzie ten frajer — krzyczę i, łapiąc deskę, zaczynam biec w stronę oceanu.

Na miejscu jednak zatrzymuje mnie szarpnięcie za ramię.

— Nie tak szybko, kochanie — szepcze, przyciągając mnie do siebie. — Poczekaj chwilę. Weź ze sobą swoją deskę i swoje rzeczy i zabiorę cię w jedno fantastyczne miejsce, z dala od tych tłumów. Tam będziemy mogli naprawdę odpocząć i w spokoju posurfować. Gwarantuję świetne fale.

To już mnie zaciekawia. Dlatego właśnie robię dokładnie to, o czym mi powiedział.

— Daj mi to — mówi, wyciągając dłoń.

Bez dłuższego gadania podaję mu torebkę wraz z ciuchami. On zaś szybko wrzuca to do wodoodpornego plecaka, który skądś wytrzasnął, tak samo robi ze swoimi ciuchami (swoją drogą, dopiero teraz zauważam, że ma na sobie tylko szorty) i bierze swoją deskę.

— Co zamierzasz? — pytam zaintrygowana.

— Zobaczysz — odpowiada, nawet się nie odwracając, tylko idąc w kierunku plaży. — A teraz po prostu mi zaufaj i chodź ze mną.

Czy mam jakikolwiek inny wybór?

* * *

Nawet nie muszę się odwracać, żeby wiedzieć, że dziewczyna podąża za mną. Ufa mi bezgranicznie i wie, że nigdy nie zrobiłbym jej niczego złego. Ale poza tym jest też niesamowicie ciekawska i uwielbia niespodzianki. Nie przepuściłaby takiej okazji, kiedy ma spotkać ją coś nieoczekiwanego i definitywnie ciekawego. I oczywiście również niesamowicie przyjemnego, choć o tym jeszcze nie wie…

Jako pierwszy wchodzę do wody i kiedy sięga mi do kolan, kładę się na deskę. Zaraz potem zaczynam wiosłować. Tak się składa, że mamy dość spory kawałek do przepłynięcia, niestety. Mam tylko nadzieję, że Lu wytrzyma…

* * *

— Daleko jeszcze? — w głosie księżniczki słyszę zmęczenie, choć naprawdę ledwo wyczuwalne i założę się, że zrobi wszystko, żeby tylko to ukryć. W końcu ile razy próbowała udawać, że jest absolutnie niezniszczalna… Dobre sobie. Nigdy nie dałem się na to nabrać.

— Jeszcze tylko kawałek — rzucam, nawet się nie odwracając.

Ma prawo być zmęczona, bowiem zapuściliśmy się dosyć daleko. Na całe szczęście ocean jest dość spokojny, więc przepłynięcie tych czterech kilometrów w głąb niego poszło nam względnie bezproblemowo. Względnie, o zmęczeniu bowiem nie wspominam.

Teraz muszę się na maxa skupić, żeby wyczuć ten odpowiedni prąd, pojawiający się tutaj raz na jakiś czas… No właśnie — raz na jakiś czas… Mam tylko nadzieję, że dzisiaj też się pojawi, bo inaczej mój genialny plan spali na panewce…

Zauważam kątem oka, że Lumina, idąc za moim przykładem, siada na desce i lekko się przeciąga. Naprawdę jest zmęczona — mogłem pomyśleć, zanim tak ją wymęczyłem. Oby teraz zostało jej sił na surfowanie, kiedy już dopłyniemy…

I nagle ni z tego, ni z owego prostuje się, zupełnie jakby przeszedł ją prąd.

— Ta woda… Jest jakaś dziwna, jakby jej nie było — mówi zdziwiona, po czym patrzy na mnie, szukając wyjaśnień.

Uśmiecham się szeroko, kiedy sekundę potem ja również wpływam w ową dziwną strefę jakby… lewitacji. Znalazłem!

Ów prąd morski bowiem charakteryzuje się pewną ciekawostką — ma zmienną temperaturę, dostosowuje się do ciała obiektu, który się w nim znajduje, przy czym dla każdego ma inną. Dzięki temu ma się wrażenie, jakby wody nie było — jest absolutnie niewyczuwalna, jedyne, co przypomina o jej istnieniu, to gęstość. W sumie dzięki tej właściwości bardzo łatwo ją znaleźć, o ile się wie, gdzie się szuka, i jej nie zgubić.

— Nurkujemy, Lu — oznajmiam.

— Że co? Po co? — jest jeszcze bardziej zaskoczona niż wcześniej.

— Musimy dość spory kawałek przepłynąć pod wodą — wyjaśniam. — Weź ze sobą deskę. I nie dramatyzuj, wiem, że potrafisz oddychać pod powierzchnią — rzucam, po czym zsuwam się z deski, przekręcam ją na bok i zanurzam w ocean.

Dziewczyna idzie w moje ślady, choć wyczuwam bijące od niej ogromne zdziwienie. Tego się zapewne nie spodziewała. W sumie to nie spodziewała się nawet, że wejdzie do wody, i gdyby się nie zgodziła, musiałbym dość ostro zmodyfikować swój plan. Na całe szczęście mój instynkt i doskonała znajomość jej zachowań i tym razem mnie nie zawiodły.

„Pozwól nieść się prądowi” — odwracam głowę w jej stronę.

Zauważam przy okazji, że zmieniła postać na lumijną, w której czuje się wyraźnie pewniej. I dobrze, tu raczej nikt nas nie zauważy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 46.08