E-book
13.65
drukowana A5
63.26
Vastertilie. Realny Świat Baśni

Bezpłatny fragment - Vastertilie. Realny Świat Baśni


Objętość:
521 str.
ISBN:
978-83-65236-46-3
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 63.26

I wanna sing

I wanna shout

I wanna scream till the words dry out

So put it in all of the papers

I’m not afraid

They can read all about it

Read all about it…

Emeli Sandé “Read all about it”

Rozdział I

— Lara, wejdziesz wreszcie do tej wody, czy nie? — z niecierpliwością patrzę na przyjaciółkę, ciągle nie mogącą się zdecydować. — Wcale nie jest tak zimno — dodaję, jak zwykle z resztą rozgryzając jej obawy.

— Dion, kochana ty moja, doskonale wiesz, że ja boję się surfować — odpowiada, błyskawicznie wynajdując kolejny argument przeciw, tym razem powołując się na swoją rzekomą fobię. Oczywiście pomińmy to, że wielokrotnie widziałam ją w wodzie… A fobia pojawia się sama z siebie, wtedy, kiedy jest to jej najwygodniejsze…

Nieznacznie przestępuje przy tym z nogi na nogę, po czym rozpoznaję, że powoli zaczyna poddawać się sile mojej perswazji.

— Ale przecież wcale nie musisz surfować — od razu mam przygotowaną odpowiedź. — Pomijając fakt, że kiedyś przydałoby się nauczyć, nie sądzisz? — „I to, że tak doskonale wychodzi ci udawanie”, dodaję w myślach.

— Kiedyś tak, ale niekoniecznie dzisiaj. Chociaż, może… — widząc moją minę, niepewność dziewczyny wzrasta z każdą chwilą. I już ma wejść do wody, gdy dość spora fala oblewa jej nogi aż do kolan, sprawiając, że gwałtownie odskakuje. –Nie, nie licz na to, że ja tam wejdę! Za zimna! A z resztą, mówiłam ci, że to naprawdę zły pomysł, przychodzić na plażę w maju…

— Tym bardziej, że masz jeszcze tyyle nauki, a egzaminy już za dwa tygodnie — ostentacyjnie wywracam oczyma.

— Śmiej się, śmiej! — Lara patrzy na mnie obrażonym wzrokiem. — Ty nie wiesz, co to znaczy zakuwanie po nocach, byle tylko zdać, ale zobaczysz, kiedyś się przekonasz!

— Jasne — uśmiecham się złośliwie. — Ja mam już naukę za sobą. Nie pamiętasz, że kiedyś mówiłam ci, że uczyłam się prywatnie? Szkołę skończyłam mniej więcej trzy lata temu, a i tak wiem więcej od ciebie!

— Wielkie mi co! Ja, jak miałam czternaście lat, wolałam się skupiać na innych rzeczach, niż na nauce.

— I widać ci zostało — prowokuję wściekłe spojrzenie przyjaciółki. — Co mam niby poradzić ci na to, że moi rodzice woleli, żebym uczyła się prywatnie i dzięki temu teraz nie muszę zakuwać po nocach, by zdać? Ale wiesz, jutro jest już sobota, to mogę ci pomóc. Lekcje też mogę za ciebie zrobić…

— Miło, że chcesz się tak dla mnie wysilić, ale jednak wolę popatrzeć z plaży. Poza tym, zaraz muszę się już zbierać, wiesz, mam korki z matmy… — tłumaczy się dziewczyna.

— A ile razy powtarzałam jej, że mogę pomóc, a ta nie… — mruczę pod nosem. — Rób, jak chcesz — dodaję głośniej i wzruszam ramionami. Potem zauważam nadchodzącą falę i, chcąc ją złapać, przekręcam się w jej stronę i staję na desce. To, co w tym momencie robi moja BFF, aktualnie nie bardzo mnie obchodzi.

Dosłownie żyję już rozpierającą mnie radością na samą myśl o tej odrobinie adrenaliny… i nagle czuję rozdzierający ból w prawej łydce. Zerkam kątem oka na długą bliznę, znajdującą się w tym miejscu. Skurcze i ona stanowią pamiątkę po wydarzeniach sprzed dwóch lat.

Przyklękam, chcąc odciążyć dokuczającą nogę, równocześnie zapominając o nadchodzącej fali. I to jest mój błąd — kilka sekund później dosłownie zostaję zmieciona przez pędzącą wodę.

Pod powierzchnią jest cicho i spokojnie — nie ma nic, po prostu pustka, pełna harmonia… i ciemność.

Właśnie, ciemność… Otwieram oczy, które zamknęłam, chcąc chronić przed gwałtownym uderzeniem, i zaczynam rozglądać się w poszukiwaniu deski.

Jakieś dwie sekundy później orientuję się, że odruchowo wstrzymuję oddech, więc, nie chcąc utrudniać sobie poszukiwań, biorę głęboki wdech przez nos.

Cóż… już nie raz i nie dwa moje ciało dowiodło, że całkowicie się odróżnia od ciała najnormalniejszej w świecie siedemnastolatki, i tak się dzieje i tym razem — zamiast, jak to powinno się zdarzyć wedle wszelkich praw fizyki i natury, zakrztusić się wodą, po prostu w jakiś dość dziwny sposób mój organizm odfiltrowuje z niej tlen, po czym wypuszcza pozostałości wraz z dwutlenkiem węgla ustami. „Kolejny profit wynikający z tego, że jestem, kim jestem, i pochodzę, skąd pochodzę”, uśmiecham się do siebie.

Ale dobra, dość tych zachwytów nad sobą. Teraz już na serio zaczynam się rozglądać za deską, w końcu nie chcę, żeby Lara niepotrzebnie się o mnie martwiła…

Zauważam ją tak około minuty później, zaklinowaną pomiędzy koralowcami.

Dwoma silnymi ruchami rąk podpływam do tamtego odcinka rafy. Znając przyjaciółkę, najpewniej już od dłuższego czasu odchodzi od zmysłów, gdzie też ja mogę się podziewać, więc, mając to na uwadze, staram się oswobodzić ten jakże drogi mi kawałek drewna możliwie jak najszybciej.

Na całe szczęście koniec końców mi się to udaje i wreszcie wypływam na powierzchnię (nie, żeby pod wodą było mi źle, ale nie mam najmniejszego zamiaru przyprawić moją towarzyszkę o zawał).

Kiedy już jestem częściowo wynurzona, siadam na desce, która pojawia się obok mnie, i z lekkim wahaniem zerkam na fale. Dzisiaj są takie ładne, a jutro ma się zmienić pogoda na o wiele bardziej bezwietrzną…

No ale dobra, nie będę taka… Wiem, że moja przyjaciółka może się teraz nieco niepokoić, a że straszna z niej panikara, może wkrótce postawić całą straż nadbrzeża na równe nogi. A tak się składa, że rozgłos to coś, czego ostatnimi czasy staram się możliwie unikać…

Gdy już wychodzę na ląd, zaczynam rozglądać się za Larą. Moment potem lokalizuję ją rozmawiającą z jakimś przystojniakiem w kąpielówkach — najpewniej ratownikiem.

— Flirciara — szepczę pod nosem, doskonale wiedząc, na co się zanosi. Cała Lara… Zawsze wykorzysta okazję, w której może się odrobinkę pobawić… No ale z drugiej strony, kto jej niby zabroni?

Zachodzę dwójkę od tyłu, nie chcąc przeszkadzać im w tej jakże uroczej pogawędce.

— Przecież mogło się jej coś stać — lamentuje dziewczyna. — Co prawda ona świetnie pływa, ale wiesz, nawet najlepszym mogą przytrafić się jakieś wpadki…

„Chyba, że ci najlepsi potrafią oddychać pod wodą…” — uśmiecham się do swoich myśli, po czym delikatnie wbijam deskę w piasek. Opieram się na niej, gotowa do dalszego podsłuchiwania — jakimś cudem jeszcze nie zauważyli mojej obecności, więc mam zamiar to wykorzystać. I przy okazji nieco się pośmiać z głupoty chłopaka, który nawet nie zauważy, jak ona owinie go sobie wokół palca…

— A jak twoja przyjaciółka wygląda? — pyta ratownik. — Jakieś znaki szczególne?

— Karnacja taka jak u albinosów, mlecznobiałe włosy, fioletowe bikini. Tak mniej więcej 173 cm wzrostu. A, i jeszcze różowe pasemka — błyskawicznie wymienia dziewczyna.

„A właśnie, że nie — uśmiecham się z rozbawieniem i zerkam na moje włosy — bo czarne!”. I tu właśnie widać kolejną moją osobliwość — moje pasemka zmieniają kolor pod wpływem różnych emocji. Standardowo mam czarne, albo białe (zależy od koloru włosów), pod wpływem wody robią się jaskraworóżowe…

— Tyle wystarczy — mówi chłopak. — Spokojnie, proszę się nie martwić, na pewno ją znajdziemy. Całą i zdrową — dodaje, widząc, że moja przyjaciółka znowu zamierza wpaść w histerię.

Przyznam szczerze, że w tej sytuacji dziwią mnie trzy rzeczy, nic więcej, i to wcale nawet niekoniecznie nie obecna reakcja nastolatki. Konkretnie, to po pierwsze, że jeszcze mnie nie zauważyli — jestem osobą dość rzucającą się w oczy. No ale jak widać, są w siebie aż tak zapatrzeni…

Na drugim miejscu jest to, że w sytuacjach kryzysowych Lara zawsze wszystko doskonale pamięta (bo na co dzień, to nie jest tak zawsze).

Po trzecie to że wszyscy faceci, z którymi za moją sprawą miała okazję flirtować, dawali się nabrać na te same, stare jak świat sztuczki…

I dopiero teraz (muszę przyznać, że tym razem trafiła jej się wyjątkowo oporna sztuka) ratownik decyduje się ją przytulić. Z pozoru ot tak, żeby ją po prostu pocieszyć, ale ja już doskonale wiem, jakie tak naprawdę są pozory. Bo czy kiedy facet przytula dziewczynę, chcąc ją na przykład uspokoić, ma zamknięte oczy i uśmiecha się z rozrzewnieniem?

Powoli, nieznacznie przesuwam się tak, by po otwarciu oczu mógł mnie zobaczyć i zareagować, bo w sumie mam już tego deczko dość…

Ale na szczęście się nie zawodzę — gościu w końcu musi odemknąć powieki, a potem cofa się z krzykiem na widok rozbawionego spojrzenia fiołkowych oczu, lustrujących całą tę scenę.

— Nie wiedziałam, że jestem taka straszna — stwierdzam rzeczowym tonem, jednocześnie próbując ukryć lekki uśmieszek, błąkający się po mojej twarzy, czym wywołuję dość spory rumieniec na policzkach chłopaka.

— Dion, ty żyjesz! — Lara wprost przesadnie rzuca się mi na szyję. Definitywnie po to, żeby pokazać, jak to wspaniałą i troskliwą jest przyjaciółką. — Nie zepsuj mi tego — mruczy mi do ucha ledwo słyszalnym tonem. — To taki sympatyczny chłopak…

Odsuwa się ode mnie, a po wyrazie twarzy ratownika odczytuję, że uważa, iż właśnie spełnił swój ratowniczy obowiązek.

— Skoro wszystko z tobą w porządku… — mówi, a ja uśmiecham się jeszcze szerzej. Z doświadczenia już wiem, na co się szykuje.

— Tak, wiem, wiem. Już spadam i nie mam najmniejszego zamiaru wam przeszkadzać — odwracam się, biorę deskę i zaczynam iść w kierunku koca.

Kiedy już mam torbę w ręku, rzucam jeszcze ostatnie spojrzenie dość zdziwionemu facetowi, stojącemu koło mojej przyjaciółki.

— Koleś, na co czekasz? Nie zaprosisz jej na drinka? — pytam znaczącym tonem, po czym, nie czekając na reakcję, zaczynam iść w kierunku domu.

Udaje mi się jeszcze usłyszeć, jak chłopak mruczy pod nosem coś w rodzaju „w sumie dobry pomysł”, po czym proponuje mojej współlokatorce wspólny wypad do jednego z pobliskich klubów. Na to mogę tylko uśmiechnąć się szelmowsko. Nie pamiętam, ile razy w ten sposób ułatwiałam przyjaciółce zdobycie kolejnej zabawki…

* * *

W połowie drogi do domu ból w nodze, który na moment odezwał się, gdy byłam w oceanie, powraca. Ale tym razem nie ustępuje, przez co jest nie do zniesienia… Mimo tego jakimś cudem udaje mi się dojść — na szczęście nie mam daleko, tylko cztery przecznice…

Przekręcam klucz w drzwiach i od razu po wejściu opieram deskę o ścianę przedpokoju. Tym razem zazwyczaj dziesięciominutowy, przyjemny spacerek okazał się męczarnią niemal nie do opisania, więc moim zdaniem odpoczynek zdecydowanie mi się należy.

Moment później, kiedy już odrobinę udaje mi się uspokoić rozkołatane przez wysiłek serce, odpycham się od ściany… i krzywię się z bólu. Ale mimo to nie rezygnuję, mam przecież świadomość, że za chwilkę będę mogła wreszcie odpocząć… Więc z tego powodu idę do kuchni, robię sobie moje ukochane latte machiato (nie ma to jak nagroda za zadany sobie trud), potem biorę torbę, rzuconą wcześniej w przedpokoju i, zaciskając zęby w bólu, rozpoczynam karkołomną wspinaczkę po schodach na górę. Jedyne, co pomaga mi dojść do pokoju, to świadomość, że jak już znajdę się w moim azylu, wyciągnę koc, włączę ulubioną muzykę, wezmę jakąś fajną książkę… i sięgnę po środki przeciwbólowe, które od pewnego czasu trzymam w stoliku nocnym. Wszystko przez to, że ostatnio niezwykle często nawiedzają mnie potworne bóle głowy… Ot co, migrena, może i przeciążenie… W końcu to, czym się zajmuję, wiąże się z wykorzystywaniem sił psychicznych — bycie freelancerem, opracowującym taktykę rynkową dla firm wszelkiego sortu wymaga prawdziwego zaangażowania.

Ale w końcu mi się udaje — zlana potem staję na puchatym, długowłosym dywanie (jakiś czas temu udało mi się zdobyć go w naprawdę okazyjnej cenie na aukcji), co jest wyraźnym znakiem, że wreszcie dotarłam do swojego miejsca na tym świecie.

Od razu rzucam torbę z rzeczami w kąt pomieszczenia. Kiedy wszystko mnie boli, nachodzi mnie jakaś taka bezduszność względem moich gratów i tak samo jest i tym razem — nie liczę się z tym, że przypadkiem mogłam coś zepsuć… Najważniejsze jest to, żeby jak najszybciej poznać się wszelkiego zbędnego balastu.

Potem biorę koc z pierwszej szuflady w komodzie po prawo od drzwi, sięgam po książkę i siadam na łóżku. Kawusię ustawiam na stoliku nocnym, nie zapominając oczywiście o popiciu nią odpowiedniej ilości środków przeciwbólowych — w końcu zależy mi na tym, żeby jak najszybciej przestało mnie męczyć… Następnie odpalam sobie ulubioną muzykę, obecnie soundtrack z Pacific Rim, opatulam się kocysiem, otwieram książkę na zaznaczonej stronie…

Czuję, jak po całym moim ciele rozpływa się takie milutkie ciepło. Na twarz wpływa mi zadowolony uśmiech — nic więcej aktualnie nie potrzebuję. Książka, muzyka, ciepełko (bo mimo tego, że mamy już maj, jakoś tak zrobiło mi się strasznie zimno) — pełnia szczęścia…

Ale, niestety, jakieś pięć minut później do rzeczywistości przywraca mnie dźwięk przypominający rzucanie małych kamyczków o szybę.

Spoko… Czyli pewnie Lara znowu zapomniała kluczy… Nie raz to się zdarza, a wtedy muszę oderwać się od swoich zajęć, zejść na dół i jej otworzyć… Ghhhhhrrrrr…

Podchodzę do okna, chcąc się upewnić, czy to na pewno ona (nie mam najmniejszego zamiaru niepotrzebnie się fatygować na dół), ale nie zauważam nic poza orłem, siedzącym na parapecie. Dziwne… Orzeł tu, w Long Beach, tak zaludnionym mieście?

Kręcę głową ze zdziwieniem i zaczynam wracać z powrotem do mojego legowiska.

Zatrzymuję się jednak w pół kroku, kiedy dociera do mnie pewna niezwykle istotna prawda. Może faktycznie orzeł w Long Beach jest nietypowym zjawiskiem, ale co w takim razie mam powiedzieć o zwierzęciu, które właśnie znajduje się za szybą mojego pokoju?

Odwracam się na pięcie i dopadam klamki okna, by czym prędzej wpuścić stworzenie do środka.

Wygląda na dość zadowolone, bo wpatruje się we mnie czarnymi oczami wielkości dość sporych guzików i lekko rozchyla dziób. Ale co, choroba jasna, w moim pokoju, na moim stoliku nocnym, robi gryf, twór definitywnie pochodzący z innego, MOJEGO świata, o którym chciałam całkowicie i bezpowrotnie zapomnieć?

Nagle łapie mnie potworna migrena, mimo tego, że przecież dopiero co połknęłam sporą dawkę tabletek. Jest wyjątkowo silna, zupełnie, jak te, które miewałam tuż po przybyciu tu, na ten świat, po poznaniu Lary i przyjeździe do USA. Wtedy nie raz budziłam się w nocy z bezgłośnym płaczem i strasznym bólem głowy, wywołanymi bolesnymi obrazami z przyszłości…

Teraz już wiem, że to mi wcale nie minie. Tak jak i wtedy, dwa lata temu, ten rozrywający mi czaszkę ból jest zwiastunem niepowstrzymanej, bezlitosnej fali wspomnień. I to o tyle bardziej niepowstrzymanej, że blokowanej z powodzeniem przez cały mój pobyt tutaj…

I znów mam wrażenie, że galopuję na Goldierze po równinach Xetes, ze śmiechem odwracając się do podążającego za mną chłopaka. Potem wspólne tańce, spacery w świetle księżyca i wiele chwil spędzonych na najrozmaitsze sposoby…

Aż w końcu…

Mam wrażenie, że zabliźniona rana, biegnąca przez całe moje serce, otwiera się na nowo. A ten psychiczny ból, który temu towarzyszy, jest tak silny, że po policzkach silnym strumieniem zaczynają płynąć mi łzy…

— Jeśli cię to pocieszy, to wiedz, że ja i wiele innych moich braci też uważamy, że Ertex to prawdziwy drań — rozmyślania przerywa mi chrapliwy głos, podobny nieco do krakania wrony. Jak widać czas sprawił, że zapomniałam, iż gryfy potrafią mówić. I że te wybierane na posłańców umieją czytać w myślach…

— Trochę pociesza, ale chyba nie przyleciałeś tu po to, żeby wypominać mi moją przeszłość? — odpowiadam, podchodząc do okna, co jest rozpaczliwą próbą ratowania się od tego, co zaraz może nastąpić. Na razie nie patrzę na lwiszysko (skrót powstały od połączenia ptaszyska i lwiska); muszę oswoić się z jego obecnością.

— Może czasem przydałoby się przypomnieć sobie o swoim przeznaczeniu… — zwierzę nie ustaje (zupełnie tak, jak przewidziałam) i przelatuje na parapet obok mnie. — Ale faktycznie, nie po to tu przybyłem. Jesteś potrzebna. Ertex planuje niemało namieszać… Ciągle ma chrapkę na to, co mógłby osiągnąć z twoją „niewielką” pomocą. Prawdę powiedziawszy, nie do końca wiadomo, jak chce to zrobić, ale przekabacił już ymuli, wiesz, ludzi cienia.

— Doskonale wiem, kim są ymule. Ale niby co w związku z tym? — nie mogę oprzeć się, by to powiedzieć. Widać jestem naprawdę wiarołomna, skoro aż tak usilnie próbuję uciec od swojego przeznaczenia, które chyba właśnie się o mnie upomniało…

— Jak to: co w związku z tym? — stworzenie najwyraźniej nie przypuszczało, że nie będę miała nawet najmniejszej ochoty na powrót do ojczyzny. — Nie rozumiesz, że musisz wrócić do Arlesiie i to wszystko powstrzymać?

— Słuchaj, ptaszku — odwracam się do gryfa, przybierając jedną z tych moich słynnych min, którymi swego czasu potrafiłam przekonać każdego do swoich racji — mnie to już nie interesuje. To już nie mój biznes i nie mam najmniejszego zamiaru się w to mieszać. Teraz Cinder zajmuje się całym tym bałaganem, więc to chyba jej problem, nie sądzisz? A tak w ogóle, to kto cię przysłał?

— Spokojnie, nie twoja kuzynka — skrzeczy lwiszysko — tylko Estive.

Aha, spoko… Dobra… Czyli moja linia obrony, którą pośpiesznie sobie przygotowałam, właśnie runęła. W takim razie teraz chyba na serio będę musiała się pofatygować do domu… Skoro Estive — mój nauczyciel i przy okazji chyba najpotężniejszy, najstarszy i najbardziej wpływowy z obywateli mojej ojczyzny (o czym mimo wszystko praktycznie nikt nie wie) — połasił się wysłać po mnie posłańca, to raczej wypadałoby wracać…

— I co, odjęło ci mowę? — stworzenie nie może powstrzymać się przed dogryzieniem mi. — Jak on cię wzywa, to nie masz wyboru, musisz wracać, Lumino. I doskonale o tym wiesz…

— Dion, z kim rozmawiasz? — nagle słyszę głos Lary, dobiegający z dołu. — I kto to jest Lumina?

Od razu orientuję się, że przyjaciółka usłyszała przynajmniej ostatnią kwestię gryfa, o ile nie więcej. Niedobrze… Czyli chyba jednak będę musiała powiedzieć jej coś o sobie, i tym razem nie nabierze się na jakieś bajeczki, które zmyślałam do tej pory, między innymi tą, dzięki której się poznałyśmy…

Posłaniec też najwyraźniej dochodzi do wniosku, że przydałoby się w jakikolwiek sposób zminimalizować ilość informacji, które już i tak będę musiała przekazać dziewczynie, bo natychmiast przeskakuje na stolik z lampką nocną i nieruchomieje, udając figurkę (i całkiem dobrze mu to wychodzi).

W samą porę, bo dosłownie ułamek sekundy później drzwi się otwierają i staje w nich moja współlokatorka.

— I co, jak było? — zadaję pierwsze pytanie, jakie tylko przychodzi mi na myśl, mając nadzieję, że zyskam przez to choć chwilę, żeby wymyślić jakąś w miarę wiarygodną historyjkę. Bo znając moją przyjaciółkę, to mi nie daruje. Może będzie nawet czekać, żeby uderzyć tym pytaniem w najmniej spodziewanym momencie, akurat, kiedy nie będę się niczego spodziewać i jeszcze przez przypadek wszystko jej wygadam…

— Dion, nawet nie wyobrażasz sobie, jak fantastycznie! — dziewczyna wprost ocieka entuzjazmem. Czyli pytanie było dobre, idealnie trafione… — Troy, bo tak ma na imię, jest wprost przesłodki. Dobrze, że powiedziałaś mu o zaproszeniu na drinka, bo sam by się nie odważył. To jego jedyna wada; jest trochę zbyt nieśmiały. Ale tak serio, to najurokliwszy chłopak, z jakiem kiedykolwiek kręciłam. I powiem ci szczerze, że strasznie mi się podoba. Może teraz nawet zaangażuję się bardziej…

— A jak tam korki? Nie musisz już iść? — próbuję wybadać, jak szybko uda mi się ją spławić i dokończyć rozmowę z gryfem. Choć i tak coś będę musiała powiedzieć Larze, jeśli chcę wrócić do Arlesiie bez wywoływania paniki tutaj…

— I tu mam dla ciebie niespodziankę: już kompletnie nigdzie nie wybywam. Ann coś wypadło i odwołała zajęcia. Zaraz zrobię sobie kawę, bo widzę, że ty masz — zerka na stolik nocny — i powiem ci więcej o Troyu. A ty przecież masz mi wyjaśnić, co to za tajemnicza osoba, z którą rozmawiałaś…

No i stało się. Teraz już będę musiała przedstawić jej gryfa. No, chyba, że uda mi się rozegrać to jakoś inaczej…

— Mogę się o ciebie oprzeć? — do rzeczywistości sprowadza mnie pytanie Lary.

— A po co? — jestem lekko zdziwiona.

— No przecież mówiłam przed sekundką, że muszę jeszcze ściągnąć buty…

— No wiesz co, z butami do mojego pokoju? — patrzę na nią z udawanym wyrzutem i usłużnie nadstawiam ramię.

I w momencie, kiedy dziewczyna opiera się o mnie, cały świat jakby eksploduje w bólu i czerni. Czuję tylko, jak osuwam się na dywan, a potem ogarnia mnie wielka, cicha ciemność…

Rozdział II

— Dion, jak się czujesz? — głos Lary wdziera się do ciemności panującej w mojej głowie. Powiem szczerze, że na początku za bardzo nie mogę się za bardzo skapnąć, o co w ogóle chodzi i z jakiej racji ktokolwiek przerywa mi odpoczynek… Nie, zdecydowanie nie jest to przyjemne…

— Czego? — mruczę, powoli rozchylając zaciśnięte szparki powiek. Jestem tak totalnie zmęczona, jakby była to bodajże czwarta, nieprzespana doba z rzędu…

Tylko gdzie ja w ogóle jestem? Pamiętam, że zemdlałam, czyli chyba na kanapie, ale tak dziwnie pachnie… Chlorem! Czyli chyba zabrali mnie do szpitala i pewnie dali jakieś przeciwbólowe…

A tak serio to ledwo udaje mi się cokolwiek poukładać w głowie, mam wrażenie, jakbym była na haju… Albo trochę za dużo im się wstrzyknęło, albo to morfina… Choć pewnie kiedyś się o tym przekonam. Teraz już na serio zaczyna mnie boleć głowa, i to od samego myślenia. Kiedyś nie powiedziałabym, że to możliwe, a jednak!

— Jak się czuje moja najlepsza przyjaciółka? — głos dziewczyny szumi mi w głowie.

— Sso jess? — podnoszę się z pozycji leżącej, co wymaga ode mnie naprawdę sporo wysiłku.

Świat wiruje przed moimi oczami, ale jakimś cudem udaje mi się skupić wzrok na twarzy dziewczyny, siedzącej przy moim łóżku.

— Zemdlałaś — tłumaczy mi Lara. — Zadzwoniłam po karetkę, bo tak w sumie to się totalnie wystraszyłam, a ty też najlepiej nie wyglądałaś… Wiesz, jak przyjechali, od razu dali ci zastrzyk z morfiną, mówili, że ponoć na zmniejszenie bólu, obniżenie tętna… A potem cię zabrali tutaj, nie wiem, z jakiego powodu, ale jakieś badania ci porobili i ogólnie, a koniec końców wylądowałaś tu, w tej sali…

— Aha… — ma mojej twarzy pojawia się niezwykle szeroki uśmiech, choć nie jestem całkowicie pewna, dlaczego. — Czyli już w porządku, tak? To ja spadam…

— O nie, moja droga, nigdzie nie idziesz — w głosie mojej przyjaciółki ni z tego, ni z owego pojawia się ogromna stanowczość, o jaką nigdy bym jej nie podejrzewała. — Masz jeszcze zostać, mówili, że chcą zrobić ci jeszcze kilka badań.

— Za nic w świecie! — odpowiedź może być tylko jedna. — Dlaczego to się tak kręci? — wyrywa mi się, gdy za wszystką cenę próbuję uspokoić wirujący świat, przykładając sobie palce do skroni.

Dziewczyna obok mnie kwituje to śmiechem.

— Kręci się, bo dostałaś wyjątkowo dużą dawkę — oznajmia. — Spałaś całą dobę, a coś mi się zdaje, że zostaniesz jeszcze co najmniej dwie…

— Że what? — na sekundę świat zyskuje niezwykłą ostrość, ale potem, niestety, znowu się rozmazuje. — Nie, ja przecież nie mam czasu, tak właściwie to już dawno powinnam być w drodze… Tylko niech Ziemia zacznie kręcić się nieco wolniej i… spadam stąd.

— Nawet nie próbuj! — ostrzeżenie, jakie widzę w oczach Lary, może (a właściwie to chyba nawet powinno) co prawda dać całkiem sporo do myślenia, ale skoro Estive po mnie posłał, to coś mi się zdaje, że nie mam wyboru, muszę jak najszybciej dostać się do Jordanii, do Petry…

Po chwili orientuję się, że ostatnie słowa wypowiedziałam na głos.

Mimo potwornego wirowania w głowie usilnie zaczynam próbować wymyślić coś, co choć trochę usprawiedliwiałoby choć część tego, co właśnie mi się wyrwało…

— Dion, o co chodzi? — ostrożny ton w głosie przyjaciółki wystarczająco mówi mi, że nie mam co liczyć, tym razem nie da mi się wywinąć. — Czy to ma związek z tą rozmową, o której miałaś mi powiedzieć? — oj… A już myślałam, że o tym zapomniała… Czyli teraz zapowiada się dwa razy więcej główkowania i dwa razy więcej informacji, które i tak bardzo niechętnie jej przekażę… — I co to w ogóle jest? Bo ładny, jak ci nie potrzebny, mogę sobie wziąć, jak ty nie chcesz — przy tych słowach wyciąga z kieszeni duży, pięknie oszlifowany kryształ, zawieszony na grubym rzemyku i kładzie go na moim łóżku.

Gdy tylko widzę wisior, serce zaczyna mi bić w niesamowicie przyspieszonym tempie, a oczy nie mogą się od niego oderwać, zupełnie, jakby jakoś mnie zahipnotyzował…

Bezwiednie wyciągam po niego rękę i wystarczy, że chwytam go w dłoń, by świat dookoła idealnie się wyostrzył. Potrafię zauważyć najmniejszy pyłek kurzu, słyszę nawet najcichszy dźwięk, wszystko jest perfekcyjnie wyraźne. I tak zostaje.

Czuję też, jak kryształ rozgrzewa się niemal do temperatury topnienia. Oczywiście, że to czuję — boli zupełnie tak, jakby moja skóra się rozpuszczała, łącząc z kryształem. Muszę zacisnąć zęby, żeby nie krzyczeć z bólu. Ale nie puszczam. Nie mogę. Bo kto wie, co tak naprawdę mogłoby się wydarzyć, bardzo możliwe, że mogłabym na serio stracić dłoń…

I nagle staje się chłodny jak lód, by potem na ułamek sekundy rozbłysnąć oślepiającym światłem.

— Dion, co się dzieje? — przyjaciółka wygląda na śmiertelnie przerażoną.

Ignoruję jej pytanie i podnoszę ozdobę na wysokość oczu. Teraz kryształ nie jest już taki, jak przedtem. Teraz widzę, że w sam środek wtopiono miniaturową białą różę, pokrytą kroplami krwi. Co prawda nie jest to ani prawdziwy kwiat, tylko idealna figurka. Biała róża z szkarłatnymi kroplami krwi na płatkach. Symbol mojej rodziny. Przypomnienie niesamowitej tragedii, która spotkała mój ród wieki temu…

— Skąd do masz? — pytam cichym głosem.

Dziewczyna wzdryga się na sam jego dźwięk. Widać poprzednie wydarzenia musiały nieźle nadszarpnąć jej nerwy…

— Leżało obok figurki gryfa na stoliku nocnym — Lara spieszy z wyjaśnieniami. Wniosek: to wszystko musiało naprawdę porządnie ją przerazić… — Zabrałam to ze sobą, bo myślałam, że coś niecoś mi wyjaśnisz…

— Jakiej fi… — gryzę się w język. Chyba niestety za późno przypominam sobie o strategii gryfa co do udawania posążka…

— Jak to jakiej? — zupełnie tak, jak przewidziałam, jest już za późno. Moja współlokatorka i tak załapuje, co chciałam powiedzieć. — Tej, którą właśnie mam w torebce… — oznajmia, sięgając do środka.

Sekundę później cofa dłoń, a na palcu wskazującym widnieje powiększająca się kropla krwi

Dziewczyna marszczy brwi i właśnie ma się odezwać najprawdopodobniej po to, by rzucić jakąś uwagę, co też znajduje się w damskich torebkach. Przeszkadza jej w tym ochrypły, kraczący głos, który ni z tego, ni z owego zaczyna dobiegać ze środka owej torebki:

— Nie, to już jest szczyt wszystkiego! Żeby tak traktować posłańca, to się nie godzi w żadnym pojęciu!

Moja przyjaciółka w pełnym osłupieniu przygląda się, jak z pomocą szponów odsuwa się suwak. Potem z powstałego otworu wysuwa się przednia część ciała orła, potem cała lwia reszta, w tym skrzydła (te też orła).

Wszystko to w połączeniu z głosem robi piorunujące wrażenie na nastolatce.

Jej mina wyraźnie mówi, że dziewczynie zanosi się na pisk, więc w ułamku sekundy zrywam się z łóżka (przy okazji w dość bolesny sposób pozbywając się kroplówki z morfiną. Zanotować — nigdy gwałtownie nie wyrywać jakichkolwiek podobnych igieł) i zasłaniam jej usta dosłownie w ostatnim momencie przed wydaniem przez nią jakiegokolwiek odgłosu.

— Lara, błagam cię, bądź cicho i posłuchaj — patrzę na nią, wzmacniając swoje słowa również niemą prośbą. — Przysięgam, że ci to wszystko wytłumaczę, co do joty, tylko muszę wyrwać się stąd tak szybko, jak to tylko możliwe.

Delikatnie zabieram dłoń z twarzy przyjaciółki, gotowa w każdym momencie przycisnąć ją z powrotem, na wypadek, gdyby mnie nie posłuchała.

Na moje szczęście jakoś udaje jej się zostawić swoje emocje w środku, ale za to patrzy na mnie z niemym wyrzutem. Oczywiście, że doskonale ją rozumiem, pewnie też tak bym się czuła, jakby okazało się, że moja najlepsza przyjaciółka i powierniczka ma dość podejrzane powiązania, takie wręcz nie z tego świata…

— To mówiłaś, że musisz się stąd zmyć w tempie ekspresowym, tak? — mimo urazy, którą najwyraźniej do mnie żywi, ciągle jest gotowa wyciągnąć pomocną dłoń. — Czego potrzebujesz?

— Jakbyś mogła skołować mi jakiś komplet ciuchów i okulary przeciwsłoneczne, to byś była kochana… Tylko wiesz, na wczoraj! — akcentuję. — Miśku, obiecuję, że jak tylko wrócimy do domu, opowiem ci o wszystkim, co tylko chciałabyś wiedzieć.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 63.26