E-book
13.65
drukowana A5
78.59
Varius

Bezpłatny fragment - Varius


Objętość:
638 str.
ISBN:
978-83-8189-429-6
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 78.59

Szpital

Jaśniejszy na tle ścian otwór okna przecinały kraty. Nikłe, blade światło ledowej diody nad drzwiami pozwalało dostrzec zarysy sprzętów: łóżka na emaliowanych ramach, wciśnięta w kąt szafa, stół, parę krzeseł. Ze stojaka kroplówki zwisał zbiorniczek wypełniony płynem. Biegnąca od spodu plastikowa rurka docierała do wenflonu wpiętego w przegub dłoni.

Mięśnie Che spięły się w zalążku ruchu.


***


Pociągnięte od zewnątrz drzwi otwarły się z impetem. Snop światła przebił salę i utkwił niby oszczep w głowie Che. Kurz pochwycony przez promienie słońca rozbłysnął na podobieństwo iskierek. Lakierowane ramy łóżek zadrgały refleksami.

— Pobudka! — Tubalny głos zakonnicy-sanitariuszki przeszedł w śpiewną recytację jutrzni. — Cały dzień będziecie się tak wałkonić? Pfu, jaki zaduch! — Przekręciła klamkę w oknie i zrobiła uchył. Świeże powietrze poderwało z podłogi ławicę paprochów. — Wstawać, bo zgnijecie w tych barłogach. Noc jest od spania.

Spowita była obszernym jak namiot habitem. Wykrochmalony materiał chrzęścił przy każdym ruchu. Posturą przypominała gigantyczną gruszkę osadzoną na nogach. Szyja wylewała się na kołnierzyk. Dłonie z kciukami zatkniętymi za pasek robiły wrażenie niewinnych, choć potężne bicepsy budziły respekt.

Otarła nadgarstkiem drobny, zdawałoby się zagubiony na rozlanej twarzy nosek. Zatrzymała dobiegającą dna kroplówkę Che. Włożyła palce pod pasy zabezpieczające, rozpięła sprzączkę i poluzowała o jedną dziurkę. Sięgnęła po kubek, napełniła wodą z wyszczerbionego dzbanka i podała do picia.

Che pociągnął łapczywie łyk. Okaleczone wargi zapiekły przy zetknięciu z chłodnym szkłem. Woda przepłynęła przez przełyk i powoli rozchodziła się po ciele.

— Uszy do góry, będzie dobrze — powiedziała, odsłaniając w uśmiechu garnitur mocnych, krótkich zębów. Z nakrapianych ciepłem, zatopionych w fałdach tłuszczu oczek przebijała dobroduszność. Wyjęła spod łóżka kaczkę na mocz. — Siku?

Che pokręcił przecząco głową.

Raptowny zwrot skręcił spód habitu na kształt śruby. Wyrwała Stefanowi spod głowy poduszkę i na stulonych wargach wydała przeciągły gwizd, od którego zesztywniał cały. Twarz mięsista, zryta siatką zmarszczek, siwe wąsy opadały na brodę. Zamamrotał coś z przytkniętymi palcami do skroni, jakby składał meldunek.

Chwyciła ramę sąsiedniego łóżka i potrząsnęła gwałtownie.

Ludwik wypadł na podłogę niczym jabłko z koszyka. Wstał, otrzepał zdobioną haftem piżamę. Pogmerał palcem w kącikach oczu, starł grudki ropy. Wziął się pod biodra i zakręcił kuprem. Spod bluzy wystawał pępek przekłuty kolczykiem. Krokiem stylizowanym na kadryla przemierzył drogę do okna. Szarpnął zasłonę. Cienki materiał rozdarł się, strzęp zasłony zawisł na pasemku.

— Rano wszystko wygląda pierwotnie oraz jednokrotnie — mówił zapatrzony w osnuty mgiełką teren szpitalnego parku. Brzuchate chmury gnały nad pawilonami szpitala. Słońce podświetlało je i nasączało krawędzie różową barwą. Gołębie kołowały w świetlistych pręgach przenikających przez korony drzew. — Bo nic dwa razy się nie zdarza

Potężnie zbudowany, nagi osobnik wyskoczył z łóżka. Jego skóra pokryta była gęstym włosem, rodzajem sierści. Ciało nosiło liczne ślady bójek. Udo obwiązane bandażem, brzuch przecinały sine pręgi blizn, czaszka pełna była guzów i wklęśnięć. Podrapał się w pachwinę, poczochrał plecami o ścianę, by wygasić swędzenie między łopatkami. Przeciągnął się z rozmachem, aż zatrzeszczały stawy. Przystąpił do odprawiania na środku pokoju dzikiego tańca. Stopy wielkości śnieżnych rakiet klaskały o linoleum.


***


Sanitariusze odpięli pasy z milczącą obojętnością, jakby rozwiązywali worek kartofli.

Che roztarł opuchnięte przeguby. Usiadł tak prędko, że zakręciło mu się w głowie. Na dnie oczu zatańczyły płomienne arabeski.

Krępy osiłek pchnął go z powrotem na posłanie.

— Hola-hola, koleżko cacany, nie tak prędko. Najpierw przeprosiny. — Pokazał rozległy siniec na skroni. Wysunięta mocno do przodu, zaostrzona szczęka nadawała mu wygląd szczura. Wrażenie potęgowały oczy, błądzące po otoczeniu bez koordynacji, w różnych kierunkach.

— Ja cię uderzyłem? — wychrypiał Che głosem, w którym ledwo się rozpoznał. Zdrętwiałe struny głosowe nadawały słowom pijacki sznyt. Czuł suchość w ustach. Język z trudem przesuwał się po szorstkim podniebieniu. — Nie pamiętam.

— …nie pamiętam — przedrzeźniał go Szczur. Poruszył szczotkowym wąsem. — Limo samo nie wyrosło.

— Samo nie mogło — potwierdził jego towarzysz. Podtrzymywana przez kolumnę mięśni głowa osadzona była na szyi obrośniętej futrem gęstych włosów. Sylwetka twardego zabijaki, który nieco się roztył. Toporne, grubo ciosane rysy twarzy, płaski nos boksera. Łysinę okrywał słomkowy kapelusz przewiązany rzemykiem pod brodą. Z kozią bródką oraz długimi, odstającymi uszami przypominał stojącego na zadnich nogach capa. — Jebniemy gostka w kufę?

— W jakim celu?

— A musi być cel?

— Lepiej przekażmy mu wiadomości.

— Racja. — Cap strzyknął pod nogi pasmem śliny, roztarł plwocinę podeszwą. Usiłował podłubać w nosie, ale obłożony lateksową rękawiczką palec nie mieścił się w dziurce. — Jakie wiadomości?

— Dobrą i… nie nazbyt dobrą.

— Dobra jest taka, że dostanie łomot?

— To akurat ta zła.

— Spuścimy mu manto, dostanie wpierdol — zgadywał Cap.

— Nadal jesteś po złej stronie. Dobry przekaz brzmi: puścimy go na śniadanie, jeśli przeprosi.

— Wal się — burknął Che.

— Uuua! — Szczur skrzywił się z grymasem udawanego zgorszenia. — Konieczne jest pouczenie.

Cap zgniótł papierosa na ramie łóżka, nie dbając o to, że drobinki popiołu oprószyły czoło Che. Wyprostował się, demonstrując szerokie bary. Niezgrabna, klockowata figura zdawała się sklecona z kawałków kości i mięsa. Fartuch z odprutymi przy pachach rękawami podkreślał wytatuowane bicepsy.

— Dajesz, ziomal.

— Otóż między ludźmi panuje taki zwyczaj…

— Zwyczaj taki jest, kapujesz łosiu?

— …że gdy się kogoś uszkodzi, to się potem przeprasza.

— Damy przykład?

— Koniecznie. Bo zapomni.

Uderzenie między oczy wbiło głowę Che w po­duszkę. Cios był tak silny, że rozerwało poszewkę. Pierze buchnęło ze środka niczym kłąb pary.

— Prze-pra-sza-my — wyskandowali jednym głosem sanitariusze.


***


Che przemierzał korytarz prowadzony pod ramię przez Stefana. Jego piżama była podarta i splamiona, ale czuł, że w tym miejscu nie ma to znaczenia. Głowa chyliła się na boki. Krew łomotała w skroniach, dudniła, jakby ktoś walił młotem w ścianę. Kolorowe smugi przed oczami deformowały twarze mijanych po drodze osób. Jedni patrzyli na niego pusto, obojętnie, inni zrównywali się krokiem i wgapiali się natarczywie.

Młodzieniec o wypukłych, rybich oczach wepchnął mu do ręki kartkę. Oświadczył, że zawiera modlitwę będącą przepustką do żywota wiecznego.

— Człowieku, masz pojęcie, jak wielka to moc?! — zawołał z przejęciem. Zaśliniona, buldogowata twarz z lepkimi nitkami śluzu. Obmacał Che tył głowy. W tym samym momencie oberwał w ucho kapciem.

Sprawcą był pacjent odziany w przetarty płaszcz w staromodnym fasonie, narzucony na gołe ciało. Raz po raz brał krótki rozpęd, szurnięciem stopy katapultował kapeć w przestrzeń korytarza. Podążał następnie za nim, dźwigał z podłogi, zakładał na stopę i powtarzał sekwencję ruchów.

Przysadzista kobieta na krótkich nóżkach pędziła donikąd. Obijała się o ściany, wpadała do otwartych sal, wybiegała stamtąd i podążała dalej w nieznanym sobie celu.

Dziewczyna ze słuchawkami na uszach podarowała Che krzepiący uśmiech. Głucha na świat zewnętrzny, poruszała głową w rytm muzyki z miniaturowych muszelek. Zrobiła parę kroków, zatrzymała się na środku korytarza i zemdlała. Ciało bezszelestnie zaległo na podłodze. Osoby na korytarzu mijały ją obojętnie.

— Cześć, kolego, cześć! — przywitał się mężczyzna z krągłym brzuszkiem. Jowialna twarz, oczy spoglądały przyjaźnie. Garścią zebrał pot z nosa i podał ją Che.

Mizerny człeczyna z opaską na oku popisywał się sztuczką: dłonią okrytą rękawiczką bez palców wyjął monetę zza ucha i udał, że ją połknął. Spod długiej, sięgającej kolan kraciastej marynarki wystawały gołe nogi. Roztaczał wokół siebie bańkę smrodu, łączącego woń moczu, potu oraz zgniłej żywności przechowywanej w kieszeniach. Twarz okrywał menelski półcień. Otoczył Che ramieniem i próbował pociągnąć za sobą, ale Stefan na to nie pozwolił.

— Verpiss dich! — Machnięciem nogi zamarkował kopniaka.

Menel odskoczył, zaraz jednak powrócił. Wysiąkał nos w bluzę na zgięciu łokcia, pozostawiając w tym miejscu ślimaczy ślad. Zawile objaśniał Che posiadane przez siebie moce, chwalił się wstrzymaniem burzy, dzięki czemu szczęśliwie ominęła ona szpital, a ulewa zalała okoliczne miasta. Na koniec oświadczył z dumą, że odkrył dynamit. Potrząsnął kubkiem prosząc o datek dla wynalazcy.

Stefan zdzielił go hakiem w splot słoneczny z taką siłą, że menel padł na podłogę z podkurczonymi nogami.

Kobieta z nosem jakby wgniecionym do środka czaszki szturchnęła Che łokciem. Nie miała przednich zębów, przymilny uśmiech odsłaniał dziąsła.

— Dzień doberek, dzwońcu, co słychować? — zagadnęła na jowialną nutę. — Nie masz co zakurzyć? — Ostatnią zgłoskę wchłonął gruźliczy kaszel wyciskający drobinki śluzu z płuc.

W palarni za uchylonymi drzwiami trwała szamotanina. Pogrążeni w dymie pacjenci próbowali odciągnąć od wiadra-popielniczki karzełka o dyniowatej głowie. Jego usta wypełniał kłąb wygrzebanych z dna petów.

Zawiani po całonocnej pijatyce pracownicy kuchni wnieśli na oddział styropianowy pojemnik z jedzeniem.

— Obcięliście człowiekowi nogę — zakrzyczał do nich młodzieniec o rybich oczach. — Przy przyjęciu. Żywemu chłopu urżnęliście kopyto!

— Spulaj się, gościu — odpowiedzieli jednym głosem.

W pokoju socjalnym grupka pielęgniarek biesiadowała na skórzanych kanapach. Jedna demonstrowała koleżankom zdjęcia z wesela, pozostałe widelczykami nabierały z talerzyków kawałki tortu. Sanitariusz z kozią bródką wcinał solone śledzie. Palcami wyjmował po jednym ze słoika, potrząsał, by odciekły z oleju, po czym wsuwał do ust rozwartych niby pisklę w gnieździe.

Przy wejściu, od strony korytarza, ustawione było łóżko z pacjentem unieruchomionym pasami. Miotany trzęsiączką, pląsał nogami jakby biegł na leżąco. Rzucał głową na boki, mamrotał delirycznie. Strącona drgawkami kołdra leżała zrolowana na podłodze. Był nagi, tylko biodra opinał przesiąknięty moczem pampers. Przewiązane warstwą bandaży udo wydzielało trupi odór, który niemal fizycznie spychał przechodzące obok osoby.


***


Ściany stołówki powlekała lamperia. Z sufitu zwisały serpentyny złuszczonej farby, narożniki zachodziły grzybiczymi plamami. Spod odpadającego miejscami tynku wyzierały cegły.

Chmara zielonkawych much obijała się o szyby. Powietrze przesycała mieszanina woni stęchlizny, przypalonego mleka, niedomytych ciał, wyziewów jelitowych. Drzwi zgrzytały piskliwie przy każdym poruszeniu. Dudniąca z radia muzyka zlewała się ze skrobaniem łyżek o talerze.

Pacjenci na ogół jedli w milczeniu. Niektórzy gawędzili leniwie lub wypowiadali wyrwane z kontekstu frazy bądź pojedyncze słowa, przeznaczone dla nikogo i wszystkich zarazem.

W kącie przykucnęła półnaga kobieta-bez-nosa. Jej piersi układały się płasko na brzuchu, tworzyły obwisłe, pomarszczone trójkąty. Zaniosła się opętańczym śmiechem i równie nagle umilkła.

Bosy mężczyzna popychał przed sobą krzesło. Trzymając się oparcia, sunął między stolikami. Co pewien czas przystawał, puszczał się krzesła, zakrywał uszy i wydawał ostre, krótkie szczeknięcia.

Zakonnica karmiła Dziadka na wózku inwalidzkim. Cierpliwie przeczekiwała fazy starczego buntu, kiedy pluł jedzeniem. Zbierała grudki potrawy z serwety rozłożonej na kolanach, wkładała do miski, mieszała, nabierała łyżką i wsuwała znów między zaciśnięte w biernym sprzeciwie wargi.

Gruba, okryta splamionym fartuchem salowa chochlą nalewała herbatę z wiadra. Pacjenci podchodzili z kubkami. Jeden napluł do wiadra i próbował uciec, ale nie zdążył. Uderzenie chochlą w plecy powaliło go na kolana.

Po sali krążyła pielęgniarka z turkoczącym wózkiem. Brała kieliszki z plastikowej tacki i podawała kolejno pacjentom do ręki. Niektórym kazała potem wystawić język na wierzch. Skanowała podniebienie, gmerała szpatułką między dziąsłami. Wyglądało, jakby sprawdzała uzębienie, ale w rzeczywistości sprawdzała, czy nie ukryli tabletek. Starszym osobom wprowadzała rozpuszczone lekarstwa wprost do gardła (wcześniej zatykała nos dwoma palcami, by zmusić do otwarcia ust).

— Połkła? — krzyknęła do przygłuchej staruszki. Poczekała na twierdzący skrzek. Puściła nos i ruszyła dalej, obojętna na rzeżący kaszel za plecami.


***


Z braku noża Che rozsmarował margarynę na chlebie łyżką. Przygryzł kromkę. Świeże rany na wargach otwarły się, poczuł smak krwi. Chleb spęczniał mu w ustach i prawie się zadławił. Wypluł pulpę w garść, odstawił na ceratę — lepką, wystrzępioną przy brzegach. Od jedzenia uwagę odwróciła przemierzająca stołówkę młoda kobieta.

Mirjam stawiała kroki miękko, z lamparcią precyzją. Skóra na chochlikowatej buzi była idealnie gładka, pomijając niewielkie wgłębienie na środku podbródka. W ufnych, opalizujących oczach barwy miodu migotały iskierki, lekki zez nadawał im szelmowski wdzięk. Założone na nogach szarawary wywoływały lekki szelest.

Rozkołysane biodra przyciągały spojrzenia mężczyzn zastygłych w niemym podziwie. Pożerali wzrokiem mięsiste pośladki prześwitujące przez cienki materiał, spozierali łakomie na wypukłości biustu, opalone uda. Kiedy niechcący upuściła na podłogę grzebyk, trzech naraz poderwało się z krzeseł, następnie zaczęli się przepychać, który pierwszy podniesie i odda zgubę. Ignorowała zbierane po drodze zaczepki. Spasiony jak wieprz osobnik klasnął z rozmachem w tyłek. Zamiast się gniewać, Mirjam przyjaźnie wymierzyła mu kuksańca, po czym zaniosła się perlistym, przyjemnym dla uszu śmiechem.

— Kociak, co? — szepnął Stefan do Che. — Prima sort dziewucha. Od samego patrzenia człowiek syty się staje.

Mirjam dosiadła się do stolika. Wyjadła palcem resztę marmolady z miseczki. Rozciągnęła w uśmiechu wydatne, zmysłowe wargi, miękkie i wilgotne niczym obrane winogrona. Odrzuciła niesforny loczek przysłaniający oczy. Zastrzygła uszami. Krótki nosek wykonywał ruchy węszącego zwierzątka. Pociągnęła Che za płatek ucha, zmierzwiła mu włosy. Opuszkami palców badała czoło, policzki, wypukłość nosa. Oczy skrzyły się ciekawością poznania nieznajomego, który mógł stać się przyjacielem. Z szelmowską miną odciągnęła gumkę spodni i zajrzała pod spód.

Che chciał się roześmiać, ale wielka łapa Filipa zakleszczyła się na jego gardle. Krtań zapiekła, jakby nasypano tam rozżarzonych węgli. Niczym echo odbite od dna studni posłyszał krzyk interweniującej pielęgniarki, po którym ucisk zelżał.


***


Stefan obserwował Che przez brwi połączone nad nasadą nosa, rosnące nieprzerwanym gąszczem między skroniami.

— W wojsku służył? — spytał ni w pięć ni w dziewieć.

— Bo co?

— Tak pytam.

— Nie. Jestem pacyfistą.

Stefan odsunął się z odrazą.

— Pacyfista?! — Skamieniał w oczekiwaniu kichnięcia, z przymrużonymi oczami, półotwartymi ustami, drgają­cym no­sem. Ujął skrzydełka palcami i wysmarkał się, zaty­kając raz jedną, raz drugą dziurkę. Popatrzył na ociekającą z palców wydzielinę, strzepnął ją i wsunął dłoń pod pachę. Musiał to być jego stały zwyczaj, bo materiał w tej okolicy połyskiwał srebrzyście. — Wojna im śmierdzi, psia mać. Pokoju się zachciewa. Przez takich narody giną.

— Pokoju i wolności.

— Wolność-srolność. — Stefan zrobił minę, jakby skosztował octu. — Wymyślili takie durnoty na uniwersytetach. Najesz się tym, ubierzesz na ziąb? Żywe chce żyć i tyle.

— Żyć w dobrym stylu — dodała Józefina. Dystyngowanym ruchem poprawiła różowy toczek z woalką okrywającą kok z tyłu głowy. Starcza, pomarszczona twarz nosiła ślady arystokratycznych rysów. W staroświeckiej sukni z jedwabiu wydawała się przybyszem z innej epoki. Na dekolt spływał sznur korali. Przysypała kromkę chleba szczyptą pietruszki, z wyszukaną elegancją ujęła w dwa palce, wsunęła do ust, odgryzła kęs, po czym odłożyła na talerzyk. Popiła łykiem herbaty z porcelanowej filiżanki. Przytknęła serwetkę do warg i wróciła do przerwanej robótki: dzierganego na drutach szalika.

Ktoś w pobliżu zwymiotował i powietrze skosił kwaśny smród.

Przy kuchen­nym okienku powstał rumor. Zaczęło się od drobnej sprzeczki między kobietą-bez-nosa a menelem. Kłótnia nasilała się, zaostrzała, w końcu przero­dziła się w zażartą bójkę: ona drapała go po twa­rzy i bosą stopą kopała w krocze, on zaciskał palce na jej szyi i czekał cierpliwie aż się udusi.

Parę osób pobiegło, by obejrzeć zdarzenie z bliska. Wcześniej na miejsce dotarła zakonnica. Obfite biodra nie przeszkadzały zwinnie lawirować między stolikami. Wkroczyła między walczących, rozdzie­liła ich własnym ciałem. Pochyliła się, uderzając jednocześnie czołem menela i odrzucając tyłkiem kobietę-bez-nosa.

— Siu! — Zakręciła szmatą w powietrzu.

Gapie rozpierzchli się niczym wróble.

— Wolność jest piękna, zaiste. — powiedział Ludwik. Policzki miał upudrowane, gładkie niczym u alabastrowego Kupidyna. Z ich bielą kontrastowała czerń brwi. Również wargi tego dnia pomalowane miał czarną kredką. Z przypasanej rzemykiem sakiewki wyjął grzebyk i przeczesał włosy lśniące od perfumowanego olejku. — Lecz nie każdemu ona służy. Szczęśliwym być może. Dla biedaków jednak niesie oskarżenie. Bo gdzie nędzarz szukać ma przyczyny swych nieszczęść? W sobie jedynie. I tak do bezmiaru cierpień dodaje kolejne: odpowiedzialność za swój los.

— Co się tak gapisz?! — krzyknął na Che jednoręki brodacz z sąsiedniego stolika. Jego zarost tworzył z czupryną zwartą kępę. Kłęby włosów sterczały nawet z płatków uszu. — Pierona, wypolisz mi ślypiami dziura w gymbie.

— Daj spokój — wtrącił pojednawczo Stefan. — Po to są gały, żeby patrzały.

— Nie poradzi kaj indzij? — Jednoręki nie dawał za wygraną. Wydatny nos zaostrzał pieprzyk wielkości ziarnka fasoli. Luźno zwisający rękaw amputowanej kończyny łopotał przy energicznych poruszeniach tułowia. — Szteruje mie. Mosz przestać, diosecki giździe! — Schrupał kawałek cebuli, którą przygryzał z ręki jak jabłko. Splunął flegmą podobną do kurzego łajna. — O, ledwoch to pedzioł, zaś ślypiami blynduje. Blank choby szpijon.

Che poprawił się na krześle.

— Władza ograbiła nas z wolności. Ale możemy walczyć. Wyrwać z korzeniami to, co obce w nas samych. — Ręce wspomagały wywód energiczną gestykulacją. — A do tego potrzebna jest rewolucja! — Potoczył rozognionym wzrokiem wokół, jakby szukał przeciwnika do sporu, jednak najbliższe otoczenie zamarło na podobieństwo filmu zatrzymanego w kadrze.

Znudzony sennym rytmem przedpołudnia, Cap zabawiał się spluwaniem do odległych o parę metrów doniczek. Zwykle trafiał. Zaostrzony ton Che rozbudził jego czujność. Podciągnął nogawkę spodni. Wyjął zatknięty za cholewę gumowy kabel i rytmicznie uderzał w otwartą dłoń.

Che podrapał się w czoło.

— Tak właśnie myślę — dokończył już spokojnie.

Atmosfera wokół rozluźniła się.

Cap ziewnął szeroko, aż szczęka zatrzeszczała w zawiasach. Szerokie zęby ledwo się w niej mieściły. Podrzucił kabel pod sufit i złapał w locie. Zastawił drogę pacjentowi o wyglądzie podstarzałego hippisa (długie włosy ściągnięte opaską nad uszami, gitara przewieszona przez plecy, szyję otaczały drewniane koraliki, wzrok zmętniały od leków).

— Czego tu łazisz, kudłata cipo?! — warknął i z głupia frant pacnął hippisa w czoło. Zabrechtał na widok jego zbaraniałej miny. Wesołość popsuł protest pacjenta. — Masz jakiś problem, kurwa?! — Wymierzył w to samo miejsce, ale się majtnął i musiał poprawić.

Stefan położył ciężką łapę na barku Che i potrząsnął przyjaźnie.

— Był tu jeden taki, co chciał robić rewolucję.

— Głosił, że światem rządzą elektryczni. Stworki, które w prądzie żyją — wyjaśnił Tymoteusz. Spoglądał badawczo zza grubych szkieł okularów, które powiększały wodniste, bez­barwne oczy. Twarz zasuszona, o typie mola książkowego. Rysy wyrzeźbione przez dyscyplinę umysłu, ściągnięte w wyrazie koncentracji. Wstrząsnął ręką, czując, że ktoś próbuje mu ściągnąć zegarek z przegubu.

— Spoko-luz, gościu. Nie ukraść, kupić chciałem — wyjaśnił pacjent ubrany w przepalany papierosami dres. Kreszowy materiał szeleścił przy każdym poruszeniu ciała.

— Zegarek nie jest na sprzedaż — odparł Tymoteusz. Skłonił się sztywno, nie zginając karku, jakby opięty był kołnierzem ortopedycznym.

— Na co ci sikor? — dociekał Dresiarz. Obrzmiały język plątał się i potykał na słowach. Z ust buchał skisły odór wódki. Na głowie tkwił obsunięty na jedno ucho beret z antenką.

— Pokazuje mi czas.

— Innemu też może.

Dresiarz zaciągnął się papierosem skrywanym w koszyku splecionych dłoni. Rozpiął bluzę i wydmuchał dym pod pachę. Przedramię oplatało kilka zegarków, na nadgarstku świecił się drogi smartwatch.

— Zapłacę. Kasiora do ręki. — Wyjął z kieszeni banknot. Napiął w palcach. Rozłożył na dłoni i oklepał drugą, by się spłaszczył. — Dorzucę gratis panienkę na noc. Wczoraj przyjęta. Czysta. Pierwszorzędna laska, zarąbiście śliczna. Młoda lolitka, prawie dziewica.

— Wykluczone.

Z nozdrzy Dresiarza wypłynęły dwa spiralne obłoki.

— Kreska amfy, zioło, koks… nic? Frajer! — burknął i poszedł sobie. Poliestrowy, upstrzony dziurami materiał upuszczał siwe kłęby, jakby kopcił się od środka.


***


Filip wyrażał się głównie za pomocą pomruków o różnej tonacji, przeplatanych monosylabami pozbawionymi znaczenia, jak gdyby ćwiczył odmianę lapońskich czasowników. Usta zakreślały białe obwódki po tym, jak siorbał zupę prosto z talerza, ignorując leżącą obok łyżkę. Na brodzie dyndała nitka makaronu, zakończona kropelką mleka.

Pusty talerz roztrzaskał o kolano. Zakończonym ostro kawałkiem porcelany wyrył na ceracie linoryt przedstawiający wesołego penisa. Na czubku wyżłobił oczy oraz uśmiechniętą buźkę. Zastanowił się, co jeszcze można zrobić odłamkiem. Ujął go w garść jak szpadę. przyjął pozycję szermierza. Wykonał próbne cięcie na ukos, po czym głębokim sztychem dziabnął w zadek przechodzącą obok kobietę okutaną wiejską chustą z frędzelkami.

Wieśniaczka wędrowała między stolikami z koszulą podwiniętą na brzuchu w rodzaj worka. Zanurzała tam zgrabiałą od pracy dłoń, sypała okruszki na podłogę i jednostajnym „ciiip-cip-cip” zwoływała niewidzialne kurczęta. Twarz pokrywał bujny, prawdziwie męski zarost. Zaskoczona atakiem nie po­czuła bólu, a jedynie coś w rodzaju ukąszenia komara. Wychyliła się przez ramię, spojrzała na tkwiący w pośladku odprysk porcelany. Wargi zadrżały w gotowości do płaczu. Przezornie odbiegła kawałek i dopiero wtedy uderzyła w lament. Przeciągły skowyt w końcówce przeszedł w urywane łkanie.


***


Gwar na stołówce osłabł. Pacjenci słali ukradkowe spojrzenia w stronę wejścia i spuszczali głowy. Milkli jeden po drugim, aż nastała grobowa cisza, tak gęsta, że można ją było kroić nożem.

Postać oddziałowej wypełniła otwór drzwi. Brzydka, kwadratowa twarz okolona przetykanymi siwizną włosami. Przenikliwy, mrożący wzrok wodził po sali niby snop światła reflektora. Sylwetka ciężka, zwalista. Głowa wtopiona w tułów pozbawiony wcięcia w talii. Odgięte nienaturalnie plecy powodowały rozhuśtany chód, przy którym ręce pozostawały nieco z tyłu. W całej postawie było coś władczego, nawet stukot obcasów brzmiał rozkazująco.

Przystanęła nad Che. Choć dzieliło ich zaledwie pół metra, miał wrażenie, że spogląda na niego z ogromnej wysokości.

— Nazywasz się…? — Głos oddziałowej zdawał się dochodzić z różnych stron i bezwiednie obracał głowę, by uchwycić źródło.

— Che.

— Niech i tak będzie. Ty jesteś tym, kim się nazwałeś, a ja…?

— Zastępca kierownika oddziału do spraw pielęgniarstwa i jakości — odczytał z przypiętego do klapy identyfikatora.

— Czyli jesteśmy sobie przedstawieni. — Wygładziła fartuch na brzuchu. Przerośnięty biust napinał materiał i nieomal rozrywał nitki przy guzikach. — Powiem to raz i krótko: nie próbuj więcej testować naszej cierpliwości. Wyglądasz, jakbyś już dość oberwał.

— Napadli mnie zbóje. W medycznych uniformach.

— Będziesz z nimi zadzierał, to użyją twardszych argumentów.

— Groźba?

— Zwykłe pouczenie. Personel medyczny pacjentów nie straszy, lecz…? — Zawiesiła głos niczym belfer oczekujący, że uczniowie dopowiedzą resztę zdania.

— Pomaga, leczy, rehabilituje — do­biegły anonimowe odpowiedzi.

— Zaś jedną z form pomocy terapeutycznej jest…?

Pacjenci pokasływali z zakłopotaniem.

— Informacja o konsekwencjach — powiedziała oddziałowa do Che, jakby wyłącznie z nim prowadziła tę kon­wersację. — Wiem na co cię stać. Tyle łajdactw na jednego gogusia nieczęsto się trafia. Działalność w nielegalnych organizacjach, obraza moralności publicznej…

— To moja specjalność.

— …próba podpalenia muzeum…

— Po pijanemu.

— …bezczeszczenie pomników, obrzucenie miejsca kultu religijnego cuchnącą substancją…

— Psim gównem.

— …czynne uczestnictwo w ulicznych rozruchach, napaść na funkcjonariusza policji.

— Tylko go oplułem. Dla żartu.

— Sąd nie wykazał się jednak poczuciem humoru. Ile ci wymierzył?

— Rok w zawieszeniu.

— Wczorajsze jatki w katedrze mogły kosztować znacznie więcej. Bomba urwała pół dzwonnicy. Powinieneś siedzieć w ciupie. Ale tata, Ważny Prokurator, ma układy. Wspólnie z sędzią uznali, że w szpitalu psychiatrycznym też jesteś zabezpieczony. Na czas nieokreślony.

Z tkanki pamięci Che wyświetlały się krótkie sceny, przerywane rozbłyskami, niczym kadry starego filmu. Strzępy wspomnień kłębiły się pod czaszką, rwały, zbijały się w nieforemne kłęby.

Widział tłum gapiów ścieśnionych za taśmą rozpiętą na pniach drzew. Policjantka z kucykiem wystającym spod czapki pilnowała, by nikt nie przedostał się do strzeżonej strefy. Na tle przysadzistej budowli z ciemnopomarańczowej cegły dziennikarka relacjonowała do kamery umocowanej na statywie. Strażacy z zadartymi głowami wypatrywali czegoś na wieży. Przez syreny karetek pogotowia przebił się spiżowy odgłos dzwonu. Po trzecim uderzeniu zagłuszył go huk eksplozji. Osadzone w oknach witraże spękały, z rozprutej kopuły posypał się grad ceglanych odprysków.

Obrazy przetasowały się bez żadnego przejścia. Zobaczył salę sądową.

— …uznany za niepoczytalnego w chwili popełnienia czynu — odczytywała sędzia beznamiętnym, maszynowym głosem.

Coś w mózgu zaiskrzyło. Na moment wyświetliło się wnętrze szpitalnej izby przyjęć. Ręce i nogi skute miał kajdanami. Policjanci z konwoju przekazywali rejestratorce dokumenty.

— Jaki mamy teraz rok… jaki dzień… nie, wtorek był wczoraj… dlaczego chciałeś zniszczyć katedrę? — Pytania lekarza przyjmującego przedzierały się przez szum w głowie.

Napływające później wspomnienia zamieniły się w błotnistą papkę.

— Myślę, że…

— Gówno mnie obchodzi, co myślisz — oddziałowa przerwała mu szorstko. — Zasada numer jeden: ściśle stosować się do regulaminu. Zasada druga, trzecia oraz kolejne brzmią podobnie. Masz się ich trzymać jak kulawy laski. Zapamiętaj sobie, bo powtarzać nie lubię. Zwykle mówię mało, ale co powiem święte jest. Nie wymagamy nadmiernie, jednak w sprawach porządku jesteśmy konsekwentni do bólu. Bo czy my tu chcemy wichrzycieli? — zapytała głośniej, a zewsząd rozległy się gorliwe zaprzeczenia. — Nie jesteś pierwszym paranoikiem, który z łamania zasad czyni normę.

— Nie mam paranoi.

— A to ci zagwozdka. Jak z niej wybrnąć? Przecież nie prześwietlimy mózgu, żeby wytropić obłęd. W tych sprawach trzeba zawierzyć specjalistom. Co psychiatra uzna za paranoję, jest paranoją. Przebadamy cię zatem, opinia powędruje do sądu. Ten zgodnie z naszymi wnioskami wyda postanowienie i temat się zamknie. Na pół roku. Potem sprawa wróci do punktu wyjścia, czyli kolejna opinia i kolejne postanowienie. Możemy tak bez końca. Wszystko zgodnie z prawem. Potrzymamy cię, aż dojrzejesz do społecznych oczekiwań, nauczysz się szacunku dla norm, jakie między ludźmi obowiązują.

— Mogę się odwołać. Zażądać ponownego badania, zmiany biegłych.

Oddziałowa kiwnęła ospale głową. Ziewnięcie osypało puder maskujący cienie pod oczami.

— Próbuj. Sąd rzecz rozważy. Ze świadomością, że bezkrytycyzm wobec psychozy stanowi osiowy jej objaw. — W głosie po­brzmiewała wystudiowana ironia. — Prawie wszyscy tutaj uważają się za psychicznie zdrowych. I nie zmienią zdania, nawet gdyby ich kijami po grzebiecie lać. Posiadają pewne ułomności, słabostki, ale kto ich nie ma?

— Wszyscy mają — odpowiedziały aprobujące pomruki.

— Czasem nie radzą sobie z emocjami, mają niestabilną osobowość. Przejawiają daleko idącą oszczędność w posługiwaniu się zdrowym rozsądkiem. Zrobili sobie wolne od rzeczywistości. Nie chcą wykorzystywać mocy swych neuronów do tworzenia inteligentnych ciągów myślowych, bo i po co?

— No tak, nie warto — komentowały zgodnie głosy wokół.

— Mają indywidualny sposób porozumiewania się ze światem. Bywają przez to ekscentryczni, wrażliwi, życiowo popaprani. Czemu nie, wolno przecież. Nobody’s perfect. — Oddziałowa parsknęła krótkim, drewnianym śmiechem, w którym pomarszczona twarz ani drgnęła. — Trafiają się też solidniej porąbane indywidua, jednak reszta nie wychodzi poza drobne dysfunkcje. Umysł płata im figle. Gdzieś odkręciła się śrubka. Od nadmiaru stresu przegrzał się układ nerwowy, iskrzy tam i dochodzi do zwarć. Zdradzają szczególne upodobanie do fantazji. Słyszą prześladujące głosy, miewają sny na jawie, dopada ich chandra. Ale czy zdrowi się nie smucą?

— Smucą się, każdy się smuci.

— Taa… Zerwałeś się z kotwicy społecznych prawideł. Utraciłeś punkt zaczepienia. Pokłóciłeś się z rzeczywistością. Zboczyłeś ze ścieżki, którą podążają rzesze prawych obywateli. A my pomożemy ci odzyskać prawidłowy osąd. Bo co się popsuło, należy zreperować.

— Popsute się reperuje, koniecznie — pacjenci potakiwali jej i sobie wzajemnie.

Oddziałowa obrotowym gestem palca objęła salę.

— Większość tutaj nadaje się jedynie na przemiał. Ale ty masz szansę wrócić na łono społeczeństwa. Ono cię wychowało, wykształciło i teraz ma prawo oczekiwać odpłaty. Każdemu zdarza się pobłądzić. Ważne, by błądzącego złapać za rękę i wprowadzić na właściwą drogę. Takie jest nasze zadanie. Wypełnimy je należycie. Obojętnie, czy tego chcesz. — Naprężyła splecione palcami ręce. — Jesteś w naszych opiekuńczych rękach i naucz się żyć z tą świadomością.


***


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 78.59