E-book
34.13
drukowana A5
63.62
Vanilla scent

Bezpłatny fragment - Vanilla scent


5
Objętość:
512 str.
ISBN:
978-83-8189-031-1
E-book
za 34.13
drukowana A5
za 63.62

Część pierwsza — Przeczucie

Prolog

Kwiecień 2011


Naomi:


— Olivier, to się nie może więcej powtórzyć. — oznajmiłam, opierając się o szafki.

Spojrzał na mnie.

— Dlaczego? — zapytał — Myślałem, że…

Wywróciłam oczami.

— To więcej nie myśl, bo ci to nie wychodzi. — warknęłam cicho i odeszłam.

Czy ja zawsze muszę coś odwalić? Moje życie to był jakiś niezaprzeczalny żart. Bez kitu.


— Stradlin, jak zawsze niezaliczone. — nauczycielka podała mi mój test z westchnięciem.

To westchnięcie mówiło więcej niż tysiąc słów. Niech się wali, stara jędza. Na nieszczęście była to opiekunka mojej klasy i wiedziałam, że na pewno da znać moim rodzicom, że jak zawsze się nie uczę, tylko udaję.

Do cholery, jestem piekielnie inteligentna, ale jeśli chodzi o matmę i chemię to leżę, a właśnie z tych przedmiotów miałam zaawansowany program nauczania.

— Nienawidzę swojego życia. — mruknęłam zrezygnowana.

Miałam ochotę zwinąć ten test w kulkę i go wyrzucić, ale położyłam go tylko na brzegu ławki. Standardowo moja ulubiona nauczycielka będzie omawiała zadania, a ja będę mogła podrzemać albo rysować nowe algorytmy do mojego arcy dobrego programu łamiącego szyfry. Tak, szyfry, bo hasła umiałam złamać w ułamku sekund i byłam pewna, że jak skończę te skurwiałą szkołę, włamię się na email tej starej pindy i wyślę z jej konta każdemu nauczycielowi coś obrzydliwego.

— Przepraszam za spóźnienie. — oznajmił chłopak, wchodząc do klasy.

— Kevin, lekcja zaczęła się dwadzieścia minut temu.

— Wiem, ale… Ale musiałem wrócić do domu… Po coś… — mruknął zakłopotany.

Westchnęłam pod nosem.

Kevin chodził ze mną na matmę i biologię. Był lekko wycofany, ale wydawało mi się, że coś ukrywa, a nigdy nie miałam okazji z nim rozmawiać.

Los chyba domyślił się, że jestem absurdalnie ciekawska i zrządził, by usiadł obok mnie w ławce. Klasa od matmy była jedną z dwóch w której ławki nie były pojedyncze. Drugą taką salą była ta od angielskiego.

— Cześć — zaczął chłopak — Kurczę, to już trzecia klasa, a ja nigdy z tobą nie rozmawiałem. Jestem Kevin.

— Naomi. — oznajmiłam.

— Cholera, znowu dostałem tróję. — westchnął, patrząc na swój test.

Bez kitu.

— Też bym chciała dostać trzy.

Uśmiechnął się.

— Stradlin, nie prowokuj mnie dzisiaj. — stara jędza spojrzała na mnie z uniesionym palcem wskazującym.

Też bym jej pokazała palec, ale ten środkowy.

— Oceny to jedyny sposób, by zdobyć stypendium dyrektorskie, a mając stypendium, mógłbym wyrwać się do lepszego świata. — mruknął Kevin cichutko.

— Co masz na myśli?

Wzruszył ramionami.

Powinnam go bardziej zapamiętać, ale oczywiście tego nie zrobiłam.


Ben:


Przeciągnąłem się. Bolał mnie kark, ale pracy mieliśmy sporo. Nie chciałem narażać się na złowrogie spojrzenia Petera.

Wiedziałem, że za kilka godzin będzie chciał mieć ten raport u siebie.

Szybko uwinąłem się z researchem. Laska była czysta jak łza.

Naomi Stradlin, 17 lat, od dziecka zamieszkała w Nowym Jorku. Ojciec — David Stradlin, z zawodu architekt. Matka — Mariett Stradlin — ekonomistka, kontroler finansów. W małżeństwie od dziewiętnastu lat.

Spojrzałem na kalendarz. Szesnasty marca dwa tysiące jedenastego. Siedzieliśmy w tym syfie tyle lat, obawiałem się, że przez łapczywość Petera w końcu zgnijemy w pudle. Spojrzałem na zegarek. Prawie ósma wieczorem. Miałem dwie godziny, by to skończyć.

Pociągnąłem łyka kawy i zabrałem się za resztę roboty.


Sierpień 2011


Naomi:


— Przynajmniej w kwestii zawodowej jesteś uporządkowana — mruknęła moja mama — Mogłabyś od czasu do czasu tutaj posprzątać.

— Mamo, problem w tym, że ja niewiele mam tego czasu. — skwitowałam.

Westchnęła. Wiedziałam, co ma na myśli. Jestem przecież taka młoda, a już chcę się wyprowadzić.

— Dziękuję za te dżemy — zmieniłam temat — Nie wiem skąd masz tyle siły w ciąży, mamo.

Uśmiechnęła się i złapała za swój rosnący brzuch.

— To dopiero szósty miesiąc. — powiedziała.

— Cieszę się, że będę miała braciszka. — uśmiechnęłam się.

Ucałowałam ją w policzek i wyszłam. Czułam jak odprowadza mnie wzrokiem. Nie musiałam się odwracać, by wiedzieć, że tak po prostu jest.

Po drodze minęłam mały kiosk.

Moją uwagę przykuł nagłówek New York Times’a.


Rusza proces oskarżonych w sprawie Gangu Vandera.


Uśmiechnęłam się blado i ruszyłam dalej. To co najgorsze, już za nami.

Rozdział 1

18 marca 2011


Naomi:


Wyszłam ze szkoły. Był piątek. Zaczęła się przerwa wiosenna. Ostatnia szansa, by złapać oddech przed kolejnymi szkolnymi miesiącami.

Nie mniej jednak zapowiadał się nudny weekend. Chciałam nadrobić czytanie książki, bo w ostatnich tygodniach nie miałam na to czasu. Co prawda, dopiero co były święta, ale ja już zdążyłam się zmęczyć.

Poszłam do domu najszybciej jak się dało. Była za piętnaście trzecia.

Rodzice nadal byli w pracy. Wiedziałam, że tata wróci z delegacji, ale to dopiero wieczorem.

Rzuciłam torbę w kąt i sięgnęłam po swojego MacBooka — prezent od taty na gwiazdkę. Nawet nie wiedział jak bardzo byłam mu za to wdzięczna. Miał dużo lepszy procesor, lepiej się na nim pracowało i nie musiałam non stop trzymać go pod napięciem. Mucha nie siada.

Po kilku minutach byłam już w dark necie i zalogowałam się na portalu Viper.com.

Prowadziłam kilka akcji hakerskich. Z kont milionerów ściągałam kilka centów dziennie. Oczywiście te kwoty były podpięte pod podatek. Było to sprytnie zakamuflowane — oficjalnie był to podatek, a nieoficjalnie wszystko lądowało na moim koncie bankowym, założonym w maltańskim banku, który sam w sobie ciężko było namierzyć, oczywiście na fałszywe nazwisko. Tutaj — na portalu — wszyscy to robili. Wzbogacali się, okradając obrzydliwie bogatych ludzi. Przecież im to różnicy nie robiło, mało kiedy byli zainteresowani podatkami, mieli od tego swoje banki, tacy wygodniccy. Moi rodzice też do nich należą, ale zabezpieczyłam ich na tyle, by nikt ich nie okradał i nie tuszował ich podatków, by się nie wydało. Nawet o tym nie wiedzieli.

Odeszłam na chwilę od laptopa, bo usłyszałam, że kawa w ekspresie jest gotowa. Czekało mnie pracowite popołudnie, namierzyłam sobie cholernie bogatego biznesmena z Czech i nie miałam zamiaru odpuścić, a to co zamierzałam zrobić było czasochłonne. Przecież te wszystkie procesy trochę trwają.

Portal powstał cztery lata temu. Początkowo miał pomagać w przesyłaniu informacji. Potem zachłanni hakerzy wykorzystali swoje umiejętności do okradania ludzi. Portalu nie dało się znaleźć przez żadną, typową wyszukiwarkę, a taką która została napisana i skonstruowana specjalnie na potrzeby strony. Nie, nie znajdziesz jej w Google, choćbyś się trudził. Wkręciłam się trochę przez przypadek, ale to dość długa historia.

Wlewając kawę do kubka, usłyszałam dźwięk wiadomości.

— Co u licha? — warknęłam.

Zerknęłam na ekran. Ktoś odważył się do mnie napisać na portalu?


Od Matrix: Łapy precz, maleńka.

Do Martix: Co?

Od Matrix: Od tego pepićka, to moja działka.


Zaśmiałam się. Weszłam na profil tego kolesia. Co to za pseudonim?


Do Matrix: Laski nie lecą na miłośników starych filmów. Kpisz sobie. Byłam pierwsza.

Co za tupet.

Od Matrix: Nigdy wcześniej cię tutaj nie widziałem.

Do Matrix: Straszne.

Od Martix: Co tutaj robisz? Skąd jesteś?

Do Matrix: Seattle.

Od Matrix: No way, nie możesz mówić prawdy.

Do Matrix: Whatever.

Od Matrix: Sprawdzę sobie.

Do Matrix: Powodzenia.


Weszłam na jego profil. Siedem gwiazdek. Tyle samo co ja. Każdy z użytkowników zbierał gwiazdki. Im miało się ich więcej, tym większe miało się uznanie.


Od Matrix: Nie wyglądasz na amatorkę.

Do Matrix: Może dlatego, że nią nie jestem.

Od Matrix: Mur beton, że nie masz na imię Susanna. Nie możesz być tak głupia. Nie mogłaś podać tutaj swoich danych.

Do Matrix: Czytać nie umiesz? Bo wydaje mi się, że ludzie z niepełnosprawnością umysłową nie znają liter. Nie obrażając, oczywiście takich ludzi.

Od Matrix: Jesteś okropna.

Do Matrix: Jestem okropna i muszę spadać.

Od Matrix: Co tym razem? Obiad czy kupka dziecka?

Do Matrix: Bliźniacza kupka, mój mąż się postarał. Nara.


Nie odpisał.

Uśmiechnęłam się. Nikt nigdy nie był w stosunku do mnie taki miły. Mimo tych docinek.

Poczekałam, aż podpinanie się pod konto Czecha się skończy. Było już po piątej i wiedziałam, że moja mama zaraz się tutaj zjawi. Wyłączyłam laptopa i zabrałam go do siebie. Nie chciałam się narażać na narzekanie mamy. Wiedziałam, że jej naganianie mnie do nauki jest słuszne, ale ja miałam zamiar ustawić się w inny sposób. Może i codziennie z kont tych bogaczy spływały do mnie centy, ale w skali roku, gdzie obrabiałam około dwudziestu czterech takich wielorybów, robiła się z tego niezła sumka. No i była w trakcie pisania własnego programu do łamania szyfrów. Ten do haseł sprzedał się jak ciepłe bułeczki, wciąż dostawałam za niego pieniądze. Ale ten drugi… Wiedziałam, że spokojnie będę mogła zażyczyć sobie za niego około tysiąca dolarów od sztuki.

Postanowiłam sobie szybko odgrzać obiad z zeszłego dnia. Zjadłam. Kiedy kończyłam, do domu weszli rodzice. Przywitałam się z nimi.

— Jak w szkole? Semestr zaliczony? — zapytała mama — Dziwnym trafem listy zawsze gdzieś znikają. — spojrzała na mnie znacząco.

— Zaliczony. — mruknęłam.

Nieważne jak, ważne, że w ogóle.

— Muszę trochę popracować.

— Zamęczysz się, miałaś nie pracować w domu. — jęknęłam.

— Poucz się — zignorowała moje słowa — To ostatnia klasa.

— Jest piątek. — uśmiechnęłam się i poszłam na górę.

Do dwudziestej czytałam książkę. Potem upewniłam się, że mama leży na kanapie, wyszłam na balkon i zapaliłam fajkę. Jak moja mama tego nienawidziła. Nie to, żebym paliła dużo. Jednego albo dwa dziennie, bo lubiłam.

Po wszystkim wzięłam owocową gumę do żucia. Włączyłam MacBooka. Musiałam sprawdzić czy z Czechem wszystko okay. Było okay. Zanim zdążyłam się wylogować z portalu, zobaczyłam, że mam nową wiadomość. Od tego kolesia.


Do Matrix: Czego ty właściwie ode mnie chcesz?

Od Matrix: Zwracam uwagę na niebanalnych ludzi stąd. Chodzi o dobre towarzystwo.

Do Matrix: Ściągnij sobie parę trojanów, skoro ci tak nudno. ; -)

Od Matrix: Czy ironia to twoje drugie imię? XDD

Do Matrix: Polecam się na przyszłość.


I zniknął, tak szybko jak się pojawił.

Wylogowałam się. Wysłałam smsa do mojej jedynej przyjaciółki Angie. Miałyśmy następnego dnia iść do Glamu — klubu w jakim zawsze przesiadywałyśmy, grając w bilard, wieczorami.

Wzięłam szybki prysznic. Byłam wykończona. Położyłam się do łóżka tuż przed północą. Nie mogłam zasnąć, dopiero po drugiej moje oczy się zamknęły.


Rano obudził mnie zapach smażonej jajecznicy. Rodzice wstali do pracy, była za dziesięć szósta. Bolała mnie głowa i miałam spuchnięte oczy. Czy oni muszą każdego ranka tak hałasować? Wzięłam telefon do ręki. Zero wiadomości, zero połączeń. Przewróciłam się na drugi bok i ponownie zasnęłam. Na dobre obudziłam się cztery godziny później. Zrobiłam sobie kawy, posprzątałam, odrobiłam lekcje, zanim się obejrzałam była pierwsza. Czytałam książkę i dopiero po powrocie rodziców, zeszłam na dół.

— To jakaś kpina. — warknęła moja matka.

— Co się stało? — zapytałam.

— Zgadnij kto nas odwiedzi w czwartek. — uśmiechnęła się.

Serce zabiło mi mocniej.

Nie.

Niemożliwe.

— Wujek Teofil… — szepnęłam słabo.

Miałam ochotę zwymiotować, ale przemilczałam to.

— Z Peterem. — dodała szybko moja matka.

Wzięłam głęboki oddech. Nienawidziłam ich. Nie wiedziałam, którego bardziej, ale oboje byli siebie warci.

Wiedziałam, że to będą cztery dni męczarni. Niech to szlag. Kurwa.


Peter był ode mnie starszy o jakieś osiem lat. Każdy normalny facet w jego wieku powinien mieć już żonę i dzieci w planach, ale on wcale nie miał zamiaru się za to zabrać. Ale za mnie zabierał się z chęcią.

Wiem, to obrzydliwe. Byliśmy kuzynostwem. A ten kretyn za każdym razem kładł na mnie swoje łapy. Moja matka udawała, że nic nie widzi. Nie wiedziałam czy nie chciała robić dramy w rodzinie czy nie chciała tego widzieć.

Jednak tym razem byłam zbyt bojowo nastawiona i wiedziałam, że jeśli tylko ten pajac mnie dotknie to go zniszczę.


Nadszedł wieczór. Zanim dałam się porwać Angie, zalogowałam się na portalu. Nic się tam nie działo. Pustka. Szkoda, bo liczyłam na jakąś wiadomość od…

— Puknij się w łeb — mruknęłam pod nosem — To nie portal randkowy kretynko.

Wylogowałam się, niezbyt pewna, czy nadal chcę iść z Angelą gdziekolwiek.


Poszłam.


Nie szalałyśmy zbytnio, ale jednak wypiłam trochę wódki, którą nam przyniosła. Wróciłam do domu o północy i od razu położyłam się do łóżka. Nie mogłam zasnąć. Myślałam o szkole, portalu, o Peterze, który był tu potrzebny jak dziura w moście i o Matrix’ie. Nie wiedziałam jak wygląda i kim jest, ale po chwili ciężkiego namysłu doszłam do wniosku, że przecież mogę znaleźć coś o nim na portalu. Sięgnęłam po swojego MacBooka. Zalogowałam się i dotarłam na jego profil. Ręce mi drżały. Pierwszy raz miałam wrażenie, że jeśli włamię się do jego komputera to zrobię mu krzywdę, a nie chciałam swoją robotą krzywdzić ludzi. Ciekawość była jednak silniejsza.

Cóż z tego, że jego komputer był doskonale zabezpieczony przed atakami. Musiałam trochę pogrzebać przy kodach, by w końcu mi się udało. Serce zabiło mi mocniej. Ujrzałam jego pulpit. Nie wiedziałam od czego zacząć, tyle tego tam było. Jednak moją uwagę przykuł pewien ohasłowany folder — miał banalne zabezpieczenie, założone tylko dla niepoznaki.


Złamałam je w kilka sekund.


To co odkryłam trochę mnie zszokowało. Znalazłam w nim plany, informacje, materiały, mnóstwo dokumentów na temat Banku Centralnego stanu Nowy Jork. Wyglądało to tak, jakby planował napad. I to byłaby spektakularna akcja, musiał wiedzieć wszystko o ich trybie pracy. Ściągnęłam folder na swój dysk. W innym folderze znalazłam skan jego prawa jazdy.

Christopher, mieszkał w Vancouver. Drugi koniec kontynentu. Dwadzieścia siedem lat. Brunet o czekoladowych oczach. Był nieziemsko przystojny. Miałam jego dane. Wiedziałam kim jest. Miałam nad nim przewagę. Zgrałam wszystko na pendrive, a potem wyłączyłam komputer. Trzecia czterdzieści cztery.

Czy ja przestanę w końcu chodzić spać nad ranem?


Obudziłam się po dwunastej.

— Kurwa. — mruknęłam.

Od razu wstałam z łóżka i skierowałam się na dół, żeby zrobić sobie kawy. Przeciągnęłam się po drodze i zawinęłam paczkę papierosów. Szybko jednak schowałam ją za gumkę majtek, bo zorientowałam się, że jest niedziela i rodzice są w domu. Musiałam zdecydowanie skończyć z nocnym trybem życia.


Mama gotowała już obiad, a tata siedział nad papierami.

— Dzień dobry. — odezwałam się pierwsza.

Wyjęłam z lodówki pierwszy lepszy jogurt i dosypałam płatków owsianych.

— Cześć córciu. Późno wróciłaś? Nie słyszałam, żeby ktoś odblokowywał alarm. Siedziałam nad dokumentami do późna.

— Po północy. Byłam z Angie w Glamie. — ziewnęłam.

Moja kawa była już gotowa. Ekspres to błogosławieństwo.

— Za dużo tego pijesz. — wskazała na mój kubek.

Wzruszyłam ramionami.

— A ty za dużo pracujesz — mruknęłam — Macie jakieś plany na dziś?

Liczyłam na to, że wyjdą z domu chociaż na kilka godzin i będę mogła w spokoju posiedzieć przed komputerem.

— Nie wiem, zobaczymy potem. — oznajmiła.

Westchnęłam zawiedziona. Wypiłam, zjadłam, a potem wzięłam długą kąpiel w wannie. Napisałam do Simon.


Do S.: Peter będzie w NYC.

Od S.: Kiedy?

Do S.: W czwartek. Wymyśl coś, żebym się stąd wyrwała. :(

Od S.: Głowa do góry, kotku. W piątek mogę cię gdzieś porwać, jeśli chcesz. Och, wait… Nie mogę, przecież jadę w Alpy.

Do S.: Poradzę sobie.


Odłożyłam telefon.

Całe życie pod górkę.


Po obiedzie zalogowałam się na portalu. Chciałam trochę powęszyć. Tym razem chodziło mi o Petera. Mimo, że to mój kuzyn, w ogóle mu nie ufałam. Za pomocą Vipera włamałam się na jego Facebooka. Poza tabunem wymienianych buziaczków z jakimiś dziwkarskimi laskami, moją uwagę przykuły wiadomości z jakimś Brianem.

Ogólny sens ich korespondencji był tak, że mój ukochany kuzyn miał zamiar ruchać.

I miał taką jedną na oku.

Co za zjebany oblech. Usłyszałam jakiś ruch w korytarzu, odruchowo zatrzasnęłam laptopa i wzięłam do ręki pierwszą lepszą książkę. Od matmy. Zaśmiałam się krótko. Nie było mi i matmie po drodze.

Do pokoju weszła mama.

— Wychodzę z tatą na miasto. Zamknij u nas okno za pół godziny i wyjmij naczynia ze zmywarki. — powiedziała.

Pokiwałam głową w odpowiedzi.

— Uczysz się? — zapytała — Coś nowego.

Wyszła.

— Niedoczekanie twoje. — warknęłam.

Wróciłam do portalu.

Mój telefon się zatrząsł.


Od Oli: Wychodzisz na shota?;*


Westchnęłam, nie odpuszczą mi.


Do Oli: Nie mam czasu.

Od Oli: Czekam z Angie. Co ty możesz robić w niedzielę?

Do Oli: Okay, ale ty stawiasz.


Powinnam przestać się z nim przyjaźnić. Zwłaszcza po tym jak zaczęłam z nim sypiać. Był świetnym chłopakiem, ale nie dla mnie. Jak skończę szkołę, urwę z nim kontakt. Zostały trzy miesiące, więc powinnam mieć wyjebane.

Dopiero jak odłożyłam telefon, zobaczyłam, że mam trzy nowe wiadomości od Chrisa.


Od Matrix: Żyjesz?

Do Matrix: Jest trochę roboty przy bliźniakach.


Poczułam dziwne ukłucie w brzuchu. Boże, powinnam się ogarnąć.


Od Matrix: Jestem ciekawy jak wyglądasz.


— O nie nie nie, żadnych zdjęć. — powiedziałam sama do siebie.


Do Matrix: A co, nie masz nowości do fap folderu?

Od Matrix: Uwierzysz albo nie, ale moje życie seksualne ma się dobrze i nie muszę nawiązywać współpracy ze swoją ręką.

Do Matrix: Super. Więc wracaj do swojej kobiety, a ja wrócę do pieluch. Buźka pa.


Zatrzasnęłam komputer.

Szkoda, że nie zorientowałam się jak bardzo ma spierdolone poczucie humoru.

Idiotka.


Zanim zdążyłam się obejrzeć — był czwartek. Obudził mnie głośno dzwoniący budzik. Wyśmienicie. Było wpół do dziesiątej. Wstałam wcześniej, by naszykować obiad i ogarnąć dom. Będąc jeszcze w łóżku, zalogowałam się na Viper i na Skype. Musiałam jak zwykle załatwić kilka spraw. Chris nie odezwał się do mnie od niedzieli. Dziwnie się z tym czułam, sama nie wiem dlaczego.

Kliknęłam okienko rozmowy video z Gillbertem. Odebrał prawie od razu.

— Siemasz Stradlin. — przywitał się.

— Cześć, mam sprawę. Nie będę owijała w bawełnę. — powiedziałam.

Gillberta poznałam na Viper.com. Jest starszy o jakieś dwanaście lat, ale zawsze mogę na niego liczyć.

— Co tym razem, kolejny lewe prawo jazdy? — zaśmiał się.

— Nie — głęboko odetchnęłam — Tym razem, mój drogi, będę potrzebowała czegoś innego. Załatw mi jakiegoś dobrego, nie rzucającego się w oczy, małego gnata.

Zrobił wielkie oczy.

— Na co ci to? W coś ty się wpakowała?

— Wyjaśnię ci później, po prostu tego potrzebuję.

— Ale to może być niebezpieczne.

— Gill, błagam cię. Chodziłam z ojcem na strzelnicę. Umiem się tym posługiwać.

— Na kiedy?

— Jak najszybciej.

— Poczekaj chwilę… — zaczął stukać w klawiaturę — No cóż, najtańszy i jeden z lepszych kosztuje osiemset osiemdziesiąt dziewięć dolców. Załatwię ci bez przesyłki.

Chciałam czuć się bezpieczniej. We własnym domu. Postać Petera zajeżdżała mi jakimiś lewymi interesami. Nie chciałam wymyślać czarnych scenariuszy, ale wolałam nie ryzykować.

— Mówisz tak, jakby to była twoja codzienność.

— Taka moja praca, mała.

Gillbert był jednym z tych wielkich ludzi nowojorskiej mafii. Załatwiał im wszystko, czego potrzebowali.

— Okay, przyniosę ci równy tysiąc, reszta za fatygę. Kiedy mam się spodziewać paczki?

— Odbierzesz ją u mnie osobiście, okay?

— Jasne, szefie. — uśmiechnęłam się.

— Wpadnij jutro rano. Będę dzwonił jak coś.

Pomachałam mu i się rozłączyłam.


Zanim się obejrzałam, w drzwiach pojawili się moi rodzice wraz z Peterem. Wystarczyła sekunda, a już miałam ochotę zwymiotować mu na koszulę. Jak zawsze na twarzy miał wymalowany ten swój cwaniacki uśmieszek, a we mnie krew aż się zagotowała. Nie dałam po sobie tego poznać. Mój kuzyn wraz z wujkiem Teofilem zasiedli przy stole.

— Naomi, doskonale wiem, że ich nie lubisz — zaczęła mama, gdy byłyśmy w kuchni — Ale nie musisz być taka chłodna.

Chłodna? Nie sądziłam, że mam niechęć do nich wypisaną tak na twarzy. Ale to wciąż było mało, chciałam, by zniknęli. Raz na zawsze.

Mama poszła zanieść wszystko do salonu, a jej miejsce zajął Peter.

— Lubię takie niedostępne. — zaczął te swoje gadki na podryw.

Spojrzałam na niego spod byka.

— No co ty, Naomi. Mamy wspólny weekend do spędzenia. Myślałem, że zechcesz trochę się zabawić. — uśmiechnął się.

Przysunął się bliżej.

— Odejdź — syknęłam — Nie waż się do mnie zbliżać. Nie waż się mnie dotykać.

Zaśmiał się.

— Jeszcze będziesz chciała, żebym sprawił ci trochę przyjemności. — szepnął i wyszedł.

Jednak miałam rację, nie będzie łatwo.


Było już po jedenastej, gdy znalazłam chwilę, by zalogować się na portalu. Z miejsca napisałam do Chrisa, kierując się bardziej uczuciami niż czymkolwiek innym.


Do Matrix: Przepraszam, że nie odzywałam się tyle czasu. Mam teraz trochę problemów na głowie. Możliwe, że nie będzie mnie tutaj przez najbliższy czas. Szczerze mówiąc to sama nie wiem. Trzymaj się, Matrix.


W ostatniej chwili powstrzymałam się, żeby nie nazwać go po imieniu. Nie chciałam, żeby wiedział, że ja wiem. Nie musiałam długo czekać na odpowiedź.


Od Matrix: Co się dzieje? Coś nie tak w twoim małżeństwie? Coś z dziećmi?


Westchnęłam.


Do Matrix: Nie mam męża i żadnych dzieci. To problem zupełnie innej natury.

Od Matrix: Ale dałem się podejść. Może jakoś będę mógł pomóc?

Do Matrix: Mógłbyś, gdybyś był obok. A tak nawet nie wiem gdzie mieszkasz, poradzę sobie sama.

Od Matrix: Powiedz gdzie mam się zjawić, a przyjadę.


Otworzyłam szerzej oczy. Czy on naprawdę chce to zrobić?


Do Matrix: Wątpię, żeby chciało ci się przyjeżdżać do Nowego Jorku.

Od Matrix: Już myślałem, że będę musiał bawić się w łamanie twoich zabezpieczeń.


I to było tyle. Nic więcej nie napisał przez pół godziny. Westchnęłam zrezygnowana. Nikt dla mnie nie będzie fatygował się do Nowego Jorku z drugiego końca kontynentu.


Od Matrix: Kawał drogi z Vancouver. Ale to żaden problem. Będę w poniedziałek najwcześniej, czy do tego czasu będziesz bezpieczna?


Serce zabiło mi mocniej. Dobry Boże, właśnie umówiłam się z kolesiem z hakerskiego portalu, którego nigdy nie widziałam na oczy.


Do Matrix: Dlaczego chcesz to zrobić?

Od Matrix: Przyjaciołom się pomaga. :)


Rozmawialiśmy przez chwilę. Obiecałam mu, że odbiorę go z lotniska, bo JFK jest dla niego zbyt skomplikowane. Problem tylko jeden. On nadal nie wiedział, że wcale nie mam dwudziestu czterech lat i że moje prawdziwe dane są inne. Dowie się później. Nie chciałam, żeby się na mnie zdenerwował i zrezygnował z mojego planu.

Tylko cóż to był za plan, skoro w poniedziałek wujek miał wyjechać, a ja do tego czasu zupełnie nie wiedziałam jak zapełnić sobie czas?

Zanim wstałam od biurka musiałam chwilę się otrząsnąć.

Angie do mnie napisała na Facebooku. Proponowała kawę. Napisałam jej, żeby wpadła do mnie rano z czymś ze Starbucksa. O trzeciej miała wyjechać na resztę ferii.

O siedemnastej byłam umówiona z Simon. Cudownie, cały dzień zapełniony.

Wyszłam na balkon zapalić. Wzięłam szybki prysznic i gdy kładłam się do łóżka, było przed drugą.

A miałam skończyć z późnym chodzeniem spać.

Rozdział 2

Naomi:


Obudziłam się wcześnie, sama z siebie. Sama byłam w szoku, zegarek pokazywał ósmą trzydzieści siedem. Rodzice byli w pracy, a ja musiałam użerać się z tymi dwoma imbecylami. Zeszłam na dół, wcześniej się ubierając, bo nie chciałam, żeby ten goguś widział mnie w samej piżamie. Sypianie w za dużej, męskiej koszulce czasami nie jest najlepszym rozwiązaniem.

Dobrze zrobiłam, bo oboje siedzieli w kuchni i…

— Kurwa mać! — zaklęłam głośno.

Za dziesięć minut powinnam być w mieszkaniu Gillberta.

— Co to za słowa? — zapytał wujek, szczerząc się do mnie.

Och, spierdalaj.

— Mam coś ważnego do załatwienia i jestem spóźniona — wybrałam numer Gillberta — Cześć.

— Siemasz Stradlin, rozumiem, że jesteś już w drodze. — powiedział.

— Prawie, wezmę taksówkę. Możesz już wstawiać wodę na herbatę.

— A może jednak kawa? — zaśmiał się.

Peter przyglądał mi się badawczo — nie wiem czy chodziło o mój strój, czyli koszulę i dżinsy — czy może o to z kim rozmawiam.

— Kawę to ja wypiję w locie, buźka pa. — rozłączyłam się.

Piętnaście minut później wyszłam z domu i skierowałam się w stronę głównej ulicy, żeby złapać ten charakterystyczny, nowojorski, żółty pojazd. Wsiadłam i podałam kierowcy adres.

— Czy panienka zdaje sobie sprawę z tego, gdzie to jest?

— Nie pierwszy raz tam będę. — wzruszyłam ramionami.

Nie rozumiałam dlaczego każdy bał się słyszeć o Bronksie. Zresztą, nie do końca był to Bronks, ale sąsiedztwo mówi samo za siebie.


W szybkim tempie weszłam do mieszkania Gillberta.

— Nie mam czasu na kawę i herbatę. — oznajmiłam.

— Wystygła. — powiedziała Emily, dziewczyna mojego małego wspólnika.

— Okay, więc możesz mi ją przynieść. — szepnęłam.

Usiadłam na krześle w swój charakterystyczny sposób. Twarzą do oparcia.

— Zacznę od oficjalnego pierdolenia — mruknął Gill — Wiesz dobrze, że jak ktokolwiek cię z tym złapie to będziemy becalować oboje, więc naprawdę uważaj na to co robisz.

Dopiero wtedy oderwałam od niego wzrok.

Przy stole siedział jakiś inny koleś. Nieziemsko przystojny. Przyglądał mi się, paląc fajkę. Sama odpaliłam swoją.

— Spoko, nie mam zamiaru wychodzić z tym z domu. — mruknęłam słabo.

Skrzywił się.

— Myślałem, że…

— Miałam o tym nikomu nie mówić, ale dobra — machnęłam ręką — Przyjechał do mnie mój wujek, Teofil wraz z moim kuzynem Peterem. Ja wiem, że to może być mylne wrażenie, ale ten typ zwyczajnie mi śmierdzi. Jakby coś ukrywał.

— Próbowałaś czegoś poszukać? — zapytał.

Prychnęłam.

— Nie mam zamiaru opowiadać o swoich machlojkach przy obcych kolesiach o których nic nie wiem. — wskazałam na tego przy stole.

Gillbert zmarszczył czoło.

— To jeden z moich klientów — zaczął — Siedzi w większym gównie niż ty, więc raczej nie będzie zaprzyjaźniony z policją.

Widziałam jak się spina.

— Okay — szepnęłam — Włamałam się na konto na Facebooku tego gnoja. Nie znalazłam tam nic interesującego. Na portalu nie szukałam, chyba się boję. Nie wiem z kim mam do czynienia.

— Nie możesz bać się takich rzeczy. Po to mamy ten portal, żeby z niego korzystać. Być może coś znajdziesz i zagadka się rozwiąże.

— Nie chciałam nigdy tego wykorzystywać przeciwko drugiemu człowiekowi — wyjaśniłam — No dobra, poza tymi podatkowymi fałszerstwami.

Zaśmiał się.

— Poszukaj, może wyjdzie ci na dobre. Może nie znajdziesz nic podejrzanego i nie będziesz musiała się stresować.

Wyjęłam ze swojego plecaka kopertę.

— Równy tysiąc, jeśli chcesz to przelicz — powiedziałam — Wielkie dzięki.

— Nie ma za co, wiesz, że uwielbiam robić z tobą interesy. — mrugnął do mnie.

— Wpadnij do nas na kolację w niedzielę. — poprosiła Emily.

— Jasne, będę dzwoniła. — pożegnałam się z nimi i wyszłam.


Po jakimś czasie byłam już w domu. W sam raz, bo akurat Angie do mnie przyszła.

— Mam dla nas pyszną, karmelową… — weszła do salonu i spojrzała na Petera — kawę.

— Chodź do kuchni. — sprowadziłam ją na ziemię.

— Co to za jeden? — zapytała cicho, siadając przy wyspie.

— Peter. — szepnęłam.

— Boże, jaki oblech, jakie on ma spojrzenie, fuj. Współczuję, że musisz się z nim użerać — postawiła mój kubek na blacie — W ogóle jak zmarzłam, zima powinna być nielegalna.

Faktycznie, był mróz i na ulicy nadal leżał śnieg. Nigdy nie mieliśmy tak paskudnego początku ferii wiosennych.

— Czemu jesteś taka milcząca?

— Gdybyś musiała z nimi tutaj siedzieć, też byś taka była. — zbyłam ją.

Angie nie wiedziała o tym, co robię po godzinach. Nikt nie wiedział. Może to i dobrze, bo nie chciałam jej narażać na niebezpieczeństwo. A zły humor mogłam zwalić na niemile widzianych gości.


Gdy Angie poszła, było już po pierwszej. Musiałam wziąć się za obiad. Najchętniej dosypałabym temu durniowi arszeniku do talerza. Ale na razie trzymał się z daleka, nie podrywał Angie, więc dostał małego plusa. Zalogowałam się na portalu. Dwie nowe wiadomości.


Od Matrix: Żyjesz?

Od Nicco: Cześć.


To jakieś fatum? Teraz każdy będzie robił za alvaro i będzie do mnie pisał? Weszłam na jego profil. Dwie gwiazdki. Jezu Chryste, co to za nowicjusz?

Zrobiłam screena jego nazwiska i adresu. Na pewno były prawdziwe, bo miał skąpe doświadczenia. Spryciula.


Do Nicco: Skasuj swoje dane z profilu zanim ktoś cię znajdzie i przyłoży ci lufę do skroni. I rozbuduj sobie procesor, jeśli chcesz cokolwiek tutaj zdziałać.

Od Nicco: Wow, znasz się na tym.


Och, wykurwiaj. Zamknęłam okienko czatu z nim.

Peter pojawił się w kuchni. Wstałam, żeby zamieszać sos.

— Chciałbym, żebyś dla mnie tak gotowała. — szybko zminimalizowałam Safari.

— Niedoczekanie twoje. — mruknęłam.

Nagle znalazł się tuż za mną, czułam jego oddech na karku. Zdrętwiałam.

— Nie musisz się opierać, wiem, że na mnie lecisz.

Zaśmiałam się. A potem z całej siły wbiłam mu łokieć pod żebra. Nie spodziewał się tego, odsunął się, trzymając swój prawy bok.

Złapałam go za kark i syknęłam:

— Ostrzeżenie numer dwa. Jeszcze jeden taki numer, a wpakuję ci kulkę między oczy.

— Do trzech razy sztuka. — odgryzł się i wyszedł.

Czy wujek nic nie widział? Czy nie chciał widzieć? Wściekła wróciłam do obiadu, zapominając o tym, że Chris do mnie napisał i że pewnie się martwił.


Mama wyjątkowo przyszła wcześniej niż tata. Rozmawiałam z Chrisem od kilku godzin, zupełnie tak, jakbyśmy znali się od kilku lat. Jednak, gdy moja rodzicielka pojawiła się w kuchni, zamknęłam laptopa.

Zasiedliśmy do obiadu.

— Naomi była dzisiaj bardzo niemiła w stosunku do Petera. — wypalił wujek.

Spojrzałam na niego zszokowana.

— Co zrobiła? — mama spiorunowała mnie wzrokiem.

— Była bardzo niegrzeczna.

To chyba jakieś żarty.

— Naomi, ile razy ci mówiłam, żebyś zachowywała się jak człowiek? — zapytała ostro.

Tego było już za wiele.

— Owszem, zachowywałabym się, gdyby ten pacan się do mnie nie przystawiał! — warknęłam.

— Masz bujną wyobraźnię, to twój kuzyn!

Odsunęłam talerz.

— Już skończyłam. — powiedziałam, chociaż moja porcja była prawie nietknięta.

Zabrałam swojego MacBooka z kuchni i poszłam na górę, mimo że moja matka kazała mi wracać.

Ogarnęłam się w kilka minut i mogłam wyjść do Simon.

— A ty dokąd?

— Idę do Simon, nie czekaj z kolacją, nie wiem kiedy wrócę. — burknęłam.

Jeszcze tego brakowało, żeby urobili mi matkę. Gnoje.


Dzwoniłam do drzwi Simon od kilku minut. Mieszkała spory kawałek ode mnie, ale wolałam się przejść, bo byłam bliska wybuchu.

— Jesteś, nareszcie — ciocia mi otworzyła — Wybacz, że spotykamy się w pośpiechu, ale za godzinę musimy wyruszyć w drogę.

— Spoko, ja tylko na chwilę. — mruknęłam.

— Ten stary alfons jest już w mieście? — zapytała.

— Ta… — jęknęłam.

— My z dziewczynami nigdy go nie lubiłyśmy. — przyznała.

Oprócz jej, mojej matki i Teofila były jeszcze dwie siostry. Wujek był ich przybranym bratem.

— Jak leci? — zapytała Simon.

— Mogę tutaj zapalić?

— Udaję, że nic nie widzę. — ciocia do mnie mrugnęła.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 34.13
drukowana A5
za 63.62