E-book
13.65
drukowana A5
56.54
Uwięziona

Bezpłatny fragment - Uwięziona


Objętość:
400 str.
ISBN:
978-83-8245-328-7
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 56.54

Jeśli ktoś kocha nas aż tak bardzo,

to nawet jak odejdzie na zawsze,

jego miłość będzie nas zawsze chronić.

~ J.K.Rowling Harry Potter i Kamień Filozoficzny

Część pierwsza
Rok wcześniej

Maj tego roku okazał się wyjątkowo letnim miesiącem. Ludzie na ulicach wyglądali bardziej jak plażowicze niż mieszkańcy wielkiego miasta.

Jak w każdą drugą sobotę miesiąca Lena wraz z Dawidem byli w drodze do jego ojca na rodzinne spotkanie. Obiad dżentelmenów i ich przyzwoitek. Większość zgromadzonych tam dziewczyn liczyło, że w ten sposób ich życie zamieni się w bajkę. Z perspektywy Leny, jej bajka, była raczej koszmarem osłodzonym od czasu do czasu komediowo-romantycznym sznytem.

Lena i Dawid poznali się na studiach. Wypatrzył ją w bibliotece jak z uporem maniaka próbowała przygotować pracę grupową z miesięcznym wyprzedzeniem. Zbyła go od razu. Dalekim łukiem omijała facetów, którzy mieli włosy lepiej ułożone niż ona sama. Lena jeszcze tego samego roku rozpoczęła drugi kierunek studiów, a weekendami dorywczo pracowała w kawiarni. Miejsca do którego bardzo często — podobno przypadkowo, wprost z siłowni — wpadał Dawid. Po zorientowaniu się z jakiej rodziny pochodzi, wiedziała, że w słowniku Bosackich nie istnieje słowo „przypadkowo”. Potrafili w kilka chwili dowiedzieć się wszystkiego, o wszystkich. Przerażało ją to. Jednak już po miesiącu była pewna, że Dawid nie jest taki jak oni. Wiedziała, że szuka wyjścia z tej beznadziejnej sytuacji.

Gdyby życie było takie jak gra komputerowa, wszystko byłoby łatwiejsze. Wylogowujesz się z rodziny i zaczynasz wszystko od nowa.

— E, Helenita — położył dłoń na jej udzie — w radiu twoja piosenka, a ty jeszcze nie pogłośniłaś? Co jest?

Lena spojrzała się na niego zdziwiona. No, tak. Z radia wydobywały się znane jej słowa. Nawet nie zorientowała się, że stoją w kilometrowym korku. Że tuż za nimi, w samochodzie siedzi dwóch normalnych chłopaków w dresach. Dla normalnego Kowalskiego, nie zbudzali podejrzeń. A przecież normalni nie byli. Szczegółowo wyselekcjonował i przydzielił ich sam Andrzej Bosacki.

Ochroniarze.

Bartek i Mikołaj.

W ostatnim czasie coraz częściej stawali się widoczni. Zupełnie tak jakby przypominali o tym, że są. Nawet, gdy ich nie widać trzymają rękę na pulsie i o wszystkim informują Andrzeja. Lenę momentalnie oblał zimny pot. A co jeśli oni wiedzą, o co poprosiła Dawida? A co jeśli dzisiejsza rozmowa nie pójdzie po ich myśli?

— Helenita… — westchnął ciężko Dawid, tak jakby przeczuwał co dzieje się w głowie Leny.

— Nie mów tak do mnie… — z całego serca nienawidziła swojej podstawowej wersji imienia. — Lena — mruknęła, patrząc w jego stronę. — Jestem Lena — pogłośniła radio, gdzieś w głębi serca chcąc zagłuszyć zaprzątające jej głowę myśli. Oparła głowę o zimną szybę, kątem oka obserwując mężczyzn w znajdującym się za nimi samochodzie.

Wyraźnie ich coś rozbawiło.

— Niedługo będzie normalnie — mruknął Dawid. Jednak w jego głosie można było wyczuć, że chyba sam w to nie wierzy.

Lena przymknęła oczy, kiedy zmienił stację. Doskonale wiedziała, że nienawidził piosenki z ich pierwszego tańca. A ona była z niej dumna. W końcu wywalczyła ją z organizatorką ślubów i po raz pierwszy postawiła się Bosackim, którzy nawet tak ważny dzień chcieli mieć pod swoją kontrolą. Łzy mimowolnie zaczęły napływać jej pod powieki. Ogarniał ją niewytłumaczalny strach przed reakcją teścia na to, że chcą się całkowicie odizolować od rodziny.

Jej obecność go najmniej obchodziła. Jednak Dawid — jego duma i pierworodny. Ich wspólne interesy. To było ponad wszystkim. A już na pewno ponad ich małżeństwo.

Nim dojechali do miejsca docelowego, nie zamienili ze sobą ani słowa. Cisza była wymowna. Tak jak obecność dwójki ochroniarzy za ich plecami. Gdy zajechali pod ogromną bramę oddzielającą dom rodzinny młodego Bosackiego od reszty cywilizacji — gdyby ta była co najmniej jakąś zarazą — Lenę przeszedł zimny dreszcz. Nienawidziła tego miejsca i atmosfery, niczym z „Ojca chrzestnego”.

Mitomańskiego nadęcia. Zarozumialstwa. Lekceważenia. Nieskromności.

Dom przeznaczony co najmniej dla tuzina osób, zamieszkiwała tylko jedna osoba. Andrzej Bosacki. I matka Dawida — niejaka Judyta. Jednak pomimo pięcioletniego związku nigdy nie poznała teściowej. Podobno zajmowała się swoimi interesami w Londynie. Będąc tak zajętą bizneswoman, nawet nie znalazła chwili na przybycie na ślub swojego syna. Przynajmniej tak brzmiała oficjalna wersja najstarszego z rodu Bosackich. Zdaniem Leny — gdy wyczuła moment, spieprzyła z tego cyrku.

Dom otoczony był ogromnym ogrodem. Zaopatrzonym w rośliny sprowadzane z odległych zakątków świata. Andrzej oczywiście nie zajmował się nimi osobiście. Miał od tego ludzi, jednak wydając polecenia dotyczące pielęgnacji — czuł się najmądrzejszym na świecie. Ogrodnicy z aptekarską skrupulatnością spełniali absurdalne zachcianki jegomościa.

Inaczej przepadali bez echa.

Albo nagle dostawali zawału.

Bądź popełniali samobójstwo, wieszając się w piwnicy.

Dawid kiedyś, po pijaku, wygadał się jej, że jeden z pracowników, za nieposłuszeństwo, dostał kulką w głowę. Lena nigdy tego nie widziała. I nie dążyła do tego, aby oglądać takie widoki. Miała świadomość, że w jej domu znajduje się broń. Była przyzwyczajona do tego widoku w gabinecie Dawida, jednak miała ogromną nadzieję, że mężczyzna którego poślubiła nie okłamywał jej w tej kwestii i rzeczywiście nie strzelał do nikogo. A przynajmniej nie robił tego tak, aby pozbawić kogoś życia. Wystarczająco mocno przeżywała to, w jaki sposób jej teść traktuje swoich pracowników. Ludzi, którzy w jego mniemaniu byli tylko jego sługusami pracującymi ze strachu, za darmo. Za kromkę chleba.

Aż nieprawdopodobnie brzmi to, że mieszkali w demokratycznym, cywilizowanym państwie w środkowej Europie.

Zdążyła opuścić samochód nim jakiś pokutujący swoje winy, otworzył jej drzwi. Rzuciła w kierunku mężczyzny wymuszony uśmiech. Chwyciła zbyt długi dół sukienki w dłonie, udają się w kierunku efektownego wejścia do domu. Niczym w amerykańskich filmach, weszła na ogromny hol przez który rozciągały się od środka szerokie marmurowe schody. Na górze, tuż na ich rozwidleniu, prowadzącym do sypialni po prawej stronie oraz pokoi rozrywkowo-zabawowcyh po stronie lewej stał nie kto inny jak Andrzej. W dolnej części domu znajdowała się kuchnia i spiżarnia, do których nikt oprócz pracowników nie miał dostępu. Jadalnie były dwie. Jedna letnia na tarasie, druga zimowa tuż przy kuchni. Na dole znajdował się również gabinet Andrzeja. Jedyna miejsce w całym domu, którego Lena nie zobaczyła. Miała wrażenie, że oprócz niego nikt tam nie wchodzi. Wszystkie interesy, jakich była świadkiem, załatwiali w małym salonie na górze. Tak, salony też były dwa. Mały — służący tylko interesom oraz duży — przeznaczony dla rodziny, na rodzinne obiadki.

Lena westchnęła ciężko, gdy dołączył do niej Dawid. Wydawało jej się, że jej ciche westchnienie odbiło się od pustych, marmurowych i zimnych ścian tego domu. Dostojność tego miejsca przerażała ją, doprowadzając do obłędu.

— Dawid, poproszę żebyś podszedł do salonu. Lenka, a ciebie zaproszę wraz z innymi kobietami tej rodziny do mojego gabinetu — Lena podejrzliwie spojrzała się na teścia oraz na towarzyszącego mu ochroniarza. Odruchowo chwyciła męża za rękę, czekając na jakąś jego interwencję. Jedyne na co miała ochotę to rozłąka.

I znowu ten przeraźliwy strach. Serce biło jej niemiłosiernie, chcąc niemal wyskoczyć z piersi. Ku jej zdziwieniu Dawid nie powiedział nic. Wzrokiem pełnym wściekłości spojrzała się na niego, wypuszczając z uścisku jego dłoń. Gotowało się w niej, ale wiedziała, że nie może nic powiedzieć. W obecności teścia jej słowa nie miały jakiegokolwiek znaczenia. Wzrokiem odprowadziła Dawida, który bez jakichkolwiek uczuć szedł po schodach w stronę ojca. Nienawidziła go, gdy próbował się mu podlizać. Dzisiaj, po powrocie nie zrobi mu o to awantury. Przecież ich plan — genialny plan — właśnie wszedł w życie.

— Lenka, idź z Tomaszem. Czuj się jak u siebie w domu — uśmiechnął się do niej, a Dawida objął ramieniem. Przewróciła oczami. Na szczęście nikt tego nie zauważył, więc nie musiała wysłuchiwać kolejnego kazania, dotyczącego tego, że w tym domu się tak nie robi. Się rozmawia jak coś nie gra. W przypadku kobiet wysłuchuje się zdania narzuconego z góry. I zgadza się z nim. Jakiekolwiek formy sprzeciwu nie są mile widziane.

Cholera! Jakie to wszystko pogmatwane. Za dnia udają idealnych biznesmenów. Kulturalnych, obytych ze światem. Z ich ust nie pada żadne przekleństwo. A gdy tylko zapada noc zamieniają się w ludzi bez serca.

Tomasz otworzył jej drzwi do wielkiego gabinetu. Pokoje w tym domu spokojnie mógłby być wynajmowane jako pojedyncze kawalerki dla studentów. Być może powinna podsunąć taki pomysł teściowi. Może zapulsowałaby u niego i poprawiła jakoś nie mały budżet rodzinny.

Wśród kobiet, które znajdowały się w gabinecie znała tylko Kaję — partnerkę brata Dawida. Nie utrzymywała z nią jakiś wielkich relacji, bo nie odczuwała takiej potrzeby. Nawet nie wiedziała czym się zajmuje. Podobno miała dostać od Szymona udziały w jakiejś firmie modowej. Pozostałych nie znała, chociaż były to żony najbliższych kuzynów Bosackich.

Gdy tylko weszła do gabinetu, zapanowała cisza. Lena popatrzyła po ich twarzach i była niemalże pewna, że one wiedzą. Tylko skąd? A może to już jej paranoja. Wszędzie węszyła spisek. Nawet wtedy, gdy Dawid planował zaręczyny wypłakiwała się matce w rękaw, że on ją zostawi.

Była intruzem w ich towarzystwie. Nie wyglądała niewiele gorzej od nich. Jednak jako jedyna z nich miała tytuł magistra z dwóch dziedzin. Co rusz wyjeżdżała na różne kursy w Polsce i zagranicą. Szykowała się do otworzenia własnej sieci salonów kosmetycznych. Stawała się niezależna. Chociaż Dawid nigdy jej nie ograniczał. Wspierał ją oraz motywował do dalszego rozwoju.

— Dzień dobry — odezwała się pierwsza, przełamując niezręczna ciszę. Kobiety nawet nie spojrzały na nią, tylko powróciły do swoich zażartych rozmów. Obniżony ton, mógł świadczyć, że głównym tematem ich konwersacji była tylko Helena.

Lena przechadzała się po gabinecie, starając się nie zwracać uwagi na wypowiadane szeptem jej imię. Zatrzymała się przed komodą na której stały poustawiane zdjęcia wszystkich członków rodziny, z różnych imprez okolicznościowych. Nie podejrzewała teścia o to, że jest aż tak związany z rodziną aby trzymać ich fotografie tak blisko siebie.

— Weszła i dzień dobry powiedziała. Jakbyśmy jakieś obce dla niej były — komentowała jedna z blondynek otoczona kręgiem kobiet o takim samym kolorze włosów. Ciekawe czy była promocja na ten odcień? A może fryzjer dał im zniżkę 5 w cenie 1? — Wielka dama…

Lena sięgnęła po szampana, którego roznosił jeden z kelnerów. Nie spuszczając wzroku z blondynki opróżniła kieliszek do dna. Odstawiła z powrotem na tacę i udała się w kierunku drzwi. Skoro jest tak wielką damą, nie musi robić wszystkiego co one.

— Nie może Pani tam iść — Tomasz zastąpił jej drzwi.

— Owszem, mogę. I pójdę. Przepuść mnie — próbowała go odepchnąć.

— Powiedziałem coś — chwycił ją za nadgarstek.

— Ja też coś powiedziałam — patrzyła mu w oczy. Z pewnością gdyby jej wzrok mógł zabijać, wszyscy w gabinecie już by nie żyli.

— Chyba nie chcesz żebym zaczął być niemiły — przycisnął ją do drzwi, nie puszczając nadgarstka. Kobiety zamarły, bo nie przyszłoby im do głowy aby wejść w jakąkolwiek dyskusje z kimś ubranym w czarny garnitur. Lena zaśmiała się szyderczo.

— To chyba ty nie chcesz mieć rozmowy z Dawidem — mruknęła, próbując wyrwać coraz bardziej bolący ją nadgarstek. Syknęła z bólu, gdy chwycił jeszcze mocniej.

— Dawidem to ty mnie nie strasz, złotko — puścił ją i przekręcił klucz w drzwiach. Usiadła opierając się plecami o drzwi. Ze stóp zdjęła niewygodne buty. Kiedy Tomasz stwierdził, że zagrożenie ze strony zbuntowanej żony nie nadejdzie, zaczął na nowo je ignorować. Lena z kolei pocierała bolący nadgarstek. Skóra była zaczerwieniona i delikatnie otarta.

— Nic ci nie jest? — blondynka usiadła obok niej.

— Myślę, że nie powinno cię to interesować. Kim ty w ogóle jesteś? — Lena podniosła głos. Irytowała ją ta cała sytuacja. Zamknęli je jak jakieś porwane. I najwyraźniej tylko jedną Bosacką to zaniepokoiło. Tomasz chrząknął głośno. Oczywiście, była za głośno. Jednak nie zamierzała za to przepraszać.

— Julia — wyciągnęła rękę.

— Lena — mruknęła, nie odwzajemniając gestu. Próbowała skupić się na zrozumieniu słów, które wydobywały się poza gabinetem. Na górze trwała ostra wymiana zdań. To było pewne. I niepokojące, bo uczestniczył w niej Dawid.

— Wiem kim jesteś. Obserwuję cię na Instagramie, uwielbiam relacje z tych twoich wszystkich podróży — ekscytowała się dziewczyna.

— Super, naprawdę wiesz. Ale nie jestem teraz w nastroju do poznawania swoich obserwatorów. Kiedy w końcu mnie stąd wypuścisz? — zwróciła się do Tomasza. — Chciałabym iść na górę. A najchętniej chciałabym wrócić do domu. Jestem już zmęczona — gdzieś w oddali rozległ się strzał.

Za chwilę drugi i trzeci. Drzwi od zewnętrznej strony otworzyły się, a za nimi stanęli Bartek z Mikołajem. Lena zdążyła chwycić szpilki do ręki i poszła za nimi.

— Co się stało? — próbowała dorównać im korku. Jednak w długiej, obcisłej sukience nie szło jej to tak jakby oczekiwała. — Bartek! — krzyknęła. Nie odpowiedział jej tylko wprowadził do małego salonu.

W saloniku nie było nikogo obcego. Sami gospodarze, o ile obecność Szymona można tak traktować.

I zakrwawionego Dawida na środku pokoju.

Lena niewiele myśląc rzuciła buty i podbiegła do niego, upadając tuż przed nim

— Dawid — podniosła jego głowę. Położyła ją sobie na kolanach. — Już dobrze. Zaraz wszystko będzie normalnie. Cii… — głaskała go po włosach, starając się być silną Plama krwi wylewająca się z klatki piersiowej męża nie wróżyła niczego dobrego.

— Co wy mu zrobiliście?! — krzyknęła do Szymona i Andrzeja. Nerwowo chodzili od okna do drzwi, nawet nie próbując wyjaśnić sytuacji, która miała miejsce. — No co?!

— To nie my… — odezwał się Andrzej. — Gdzie ten lekarz?! Dzwoniłeś po niego?! — spojrzał się na Tomasza. A ten tylko przytaknął mu głową.

— Lekarza?! Lekarza?! Jemu potrzebna jest karetka! — Lena wpadła w szał. Jednak nie odstępowała Dawida na krok. Ten resztkami sił chwycił ją za dłoń i mocno uścisnął.

— Helenita...wszystko będzie normalnie — szeptał przyciskając jej dłonie do klatki piersiowej. Szymon w tym czasie próbował jakoś zatamować krwawienie. Szło mu to dość sprawnie, ale tym co miał pod ręką, niewiele mógł zrobić.

— Cii, już dobrze — pocałowała go we włosy. — To gdzie ten wasz lekarz cudotwórca? — ukradkiem patrzyła na Dawida, który robił się coraz bardziej nieobecny. — Nie zamykaj oczu! Mówię do ciebie! Dawid…

— Zabierzcie ją stąd! — krzyknął Andrzej, kiedy do saloniku wbiegł lekarz. Tomasz jednym ruchem podniósł Lenę z podłogi i krępując jej ruchy wyniósł ją z saloniki.

— Dawid! — krzyknęła zapierając się w futrynie — puszczaj mnie! — Tomasz zamknął jej drzwi przed nosem, a sam zniknął w środku.

— Otwórzcie te drzwi! — waliła pięściami, nie opanowując już strumienia łez, który spływał jej po policzkach. — Wpuście mnie! — jej wrzask rozpaczy przedzierał się przez każdy kąt domu.

Osunęła się po drzwiach. Czołem przylgnęła do nich. Nie potrafiła już hamować łez przełamywanych od czasu do czasu krzykiem bezsilności. Zaciągała się płaczem, co jakiś czas uderzając pięścią w drzwi.

Ogarnął ją dziwny spokój wewnątrz.

Nie miała już siły krzyczeć.

Nie miała już siły wykonać żadnego ruchu.

Resztkami sił podniosła się z podłogi. Z trudem odnalazła jakiegoś kelnera i poprosiła o butelkę szampana. Trzymając w jednej dłoni butelkę alkoholu a w drugiej sukienkę wróciła do gabinetu Andrzeja. Tak jak się spodziewała, nie było tam już nikogo. Gdy przyjedzie policja, lepiej dla wszystkich będzie jak w domu będzie jak najmniej osób. To przecież logiczne i taktyczne. Tak bardzo w ich stylu.

Usiadła przy biurku, zadzierając nogi na blat. Wzięła zbyt duży łyk szampana. Chroniąc się przed zakrztuszeniem wypluła wszystko przed siebie. Śmiała się do rozpusty. W końcu czego ona się spodziewała po tej rodzinie? Że będą go ratować?

Napiła się znowu. Tym razem ostrożniej. Dopiero teraz zauważyła, że dłonie ma ubrudzone krwią Dawida.

Próbowała wstać, jednak zbyt duża ilość procentów wypita w krótkim czasie sprawiła, że nie do końca była do tego zdolna.

— Pomogę… — poczuła jak ktoś chwyta ją pod ramię i pomaga wyjść z gabinetu. Nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Procenty szumiały w głowie. A oczy robiły się coraz cięższe. Szli do tylnego wyjścia z budynku. Wsiadając do samochodu, ostatni raz spojrzała w najbardziej rozświetlony punkt domu — okna w saloniku. Przy jednym z nich stał mężczyzna w czarnym garniturze, z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Była tak odurzona, że nie była w stanie ocenić czy to Andrzej czy Szymon…

Jednak jakie to miało teraz znaczenie? Jej mąż nie żyje.

Już nic nie będzie normalnie.

Nienawidziła tego miejsca.

****

Ostatnie dni były dla niej jednym wielkim koszmarem. Niemal nie opuszczała sypialni w ich domu. Jadła, spała, płakała. Oglądała albumy ze zdjęciami. Faszerowano ją lekami uspokajającymi i nasennymi. Jednak nastał w końcu ten dzień, kiedy musiała opuścić swoją bezpieczną przystań.

— Przygotowałam pani sukienkę — zaczęła od razu gosposia, na widok Leny wchodzącej do jadalni. — Czarną, od Chanel. Nie wiem czy życzy sobie pani kapelusz czy woalkę…

— Życzę sobie święty spokój — mruknęła, nalewając sobie wody z dzbanka. — Nie będę jadła. Nie jestem głodna — wróciła z powrotem na górę. A co jeśli nie pojawiłaby się na pogrzebie? Andrzejek wymyśliłby jakąś śpiewkę, że jej stan zdrowia nie pozwolił na uczestniczeniu w uroczystościach.

Nie, nie mogła tego zrobić. Musiała tam iść. Dla siebie samej. Aby ostatni raz zobaczyć się z Dawidem.

Zdecydowanie jej garderoba nie wyglądała jak typowa szafa dwudziestoośmioletniej kobiety. Był to mały butik, w większości z ubraniami luksusowych marek. Usiadła po turecku na wielkiej pufie znajdującej się w centralnym punkcie pomieszczenia. Wzrokiem próbowała objąć wszystkie swoje ubrania. Zdecydowanie najwięcej było tych w kolorze czerni, szarości i bieli. Jednak dzisiaj nie miała ochoty na żaden z nich.

Łamiąc wszystkie konwenanse na pogrzebie pojawiła się w długiej sukience w kolorze butelkowej zieleni. Wysiadając z samochodu, założyła na nos okulary przeciwsłoneczne, aby zamaskować brak makijażu. Usta miała tylko przeciągnięte swoją ulubioną szminką w odcieniu nude. Przechodząc przez główną nawę kościoła, ponownie wywołała dyskusje dotyczącą jej osoby. Usiadła w pierwszej ławce tuż obok teścia. Po chwili dołączył do niej Szymon z Kają.

— Co ty masz na sobie? — mruknął, głową wskazując na jej sukienkę.

— Nie widzisz? Sukienkę… — odpowiedziała oschle, wpatrując się w niewielką urnę. Tylko tyle zostało po jej mężu. — Co prawda stara kolekcja Sugarfree, ale Dawid ją lubił…

— A ty przyszłaś na wesele czy na pogrzeb? Te tabletki namieszały ci w głowie już do końca — Lena obdarzyła go tylko wymuszonym uśmiechem. Z chęcią podskubywałaby dalej, jednak kapłan rozpoczął nabożeństwo. Od samego początku nie była skupiona na słowach księdza. Może lepiej byłoby jak zostałaby w domu. Nie musiałaby znosić tego całego nadęcia. I otaczających ją zewsząd kłamstw.

— Zgromadziliśmy się tutaj, aby pożegnać naszego brata Dawida, który zginął tragicznie w wypadku samochodowym… — Lena ze zdziwieniem spojrzała na teścia. Kipiała ze złości. Nawet ze śmierci swojego syna musiał zrobić przedstawienie.

****

Nie potrafiła zrozumieć dlaczego nadal ktoś za nią decydował. Wyraźnie mówiła, że nie chce posiadówy po pogrzebie. To nie, Andrzej wie lepiej. Przecież najlepiej zrobić stypę, bez zgody, w domu należącym już tylko do Leny.

Zniesmaczona siedziała na kanapie, popijając wino. Z pewnością pomieszanie alkoholu i tabletek wyciszająych nie było mądrym posunięciem. Nie płakała, bo już nie miała na to siły. Przyglądała się twarzom osób zgromadzonych w salonie. Raczej nie wyglądali na zrozpaczonych utratą kogoś bliskiego. Ba, z przerażeniem stwierdzała, że oprócz teścia i szwagra, nie zna nikogo.

— Zatańczmy — Szymon wyjął kieliszek z jej dłoni, ostawiając go na stoliku kawowym.

— Ale to jest stypa...stypa mojego męża — spojrzała na niego zdziwiona. I bez ochoty do tańczenia. Może i ubrała się jak na wesele, ale bawić to jej się nie chciało.

Świat wirował jej dookoła. Twarze ludzi dookoła robiły się coraz bardziej niewyraźnie. Nogi, miękkie jak wata cukrowa, odmawiały posłuszeństwa. Całym ciężarem ciała oparła się o Szymona. Miała wrażenie, że ściany niebezpiecznie się do niej zbliżają, powodując przy tym niewyobrażalne kołatanie serca. Fotografia Dawida ustawiona w centralnym punkcie salonu robiła się coraz bardziej rozmyta. Obrączka na palcu niemiłosiernie ją uwierała. A słowa szwagra dudniły jej w głowie jak bęben.

Nikt nie zawracał uwagi na ich poruszające się w rytm muzyki sylwetki. Lena mogła tylko się domyślać, że przybycie wszystkich gości nie było spowodowane śmiercią jej męża. Przyjechali załatwiać interesy. Dogadywać swoje wszystkie czarne sprawki.

— Słabo mi… — uniosła wzrok na przewyższającego ją o głowę Szymona. — Usiądę na chwilę — dłonią chwyciła oparcia kanapy i asekurując się go próbowała usiąść na kanapie.

— To nie jest dobry pomysł. Chodź, położysz się na górze — wziął ją na ręce, niezauważalnie wynosząc ją z zatłoczonego salonu. Naprawdę była tak anonimowa, że wszystkie osobistości ze świata czarnego biznesu nie zwrócili uwagi na jej zniknięcie?

Była przecież żoną Dawida Bosackiego.

Tego Dawida Bosackiego.

Syna tego Bosackiego.

Na dźwięk tego nazwiska drżało pół miasta. A ją po prostu wynieśli z salonu.

Drewno skrzypiało pod stopami Szymona. Podczas budowy domu tak bardzo upierała się aby schody były wykonane z drewna w kolorze orzecha. Miała dość zimnego, przeszywającego do szpiku kości marmuru. Symbolu elegancji i luksusu. Jej marzenia o małym domku urządzonym w stylu skandynawskim były niczym w porównaniu do rezydencji jaką w przerażająco krótkim czasie stworzył Dawid.

Oaza, która miała chronić ich przed całym światem. Zabezpieczenie dla nich i dla dzieci. Wszystko po to żeby za jakiś czas odciąć się do apodyktycznego ojca i móc funkcjonować normalnie. O ile można mówić o normalności, gdy nosi się takie nazwisko.

Jednak obiecał jej to w dniu ślubu. A Lena nie omieszkała przypominać mu o niej za każdym razem kiedy wymykał się w nocy na „tajne spotkania”. Za każdym razem, gdy wracał do domu spóźniony chociaż o pięć minut. Za każdym razem kiedy nie odbierał telefonu. Za każdym z tych razów wyobrażała go sobie w więziennej celi z tymi wszystkimi zwyrodnialcami, skazywanymi za najgorsze z przestępstw.

A przecież on taki nie był.

Wszyscy tylko nie on.

— Połóż się. Odpocznij — położył ją na łóżku w sypialni. W ostaniach dniach ten pokój był dla niej największym ukojeniem. Chociaż nigdy nic nie wypełni jej pustki w sercu, którą do tej pory zajmowała miłość do Dawida. — Jak się obudzisz, wszystko będzie inaczej. Zobaczysz. Tylko mi zaufaj — głos Szymona działał na nią kojąco. Powieki robiły się coraz bardziej ciężkie. Serce waliło jej jak dzwon i coraz trudniej było chwycić jej oddech. Odruchowo położyła dłoń na klatce piersiowej, po raz ostatni patrząc się na twarz Szymona.

Twarz, która coraz bardziej przypominała jej Dawida. Te same, ostre rysy twarzy. Blond włosy ułożone jak zawsze w nieładzie. I te niebiesko-zielone oczy wpatrujące się w nią z cierpliwością. Umarła? A on czekał już na nią?

— Lena! — Szymon potrząsnął nią z całych sił. Wzięła głęboki haust powietrza i z oczami jak pięć złotych spojrzała się na niego. Łzy napłynęły jej pod powieki, uświadamiając sobie, że nadal to Szymon. Całkowite przeciwieństwo Dawida. Sługus swojego ojca, mieszkającego gdzieś na hiszpańskich wyspach.

— Mówię do ciebie. Ty mi więcej takich numerów nie wycinaj — jego kojący głos, zmienił się w agresywny ton. W półmroku skóra Szymona wydawała się jeszcze bardziej opalona. W niemal czarnych oczach malowała się wściekłość. Lena bez problemu mogła dostrzec pulsującą żyłę na jego skroni. Jej ignorancja doprowadziła go to takiego stanu. A może to wszędobylska obecność Dawida? W końcu w całym domu, było wszystko tak jak on to zostawił. Pomimo tego, że pani Krysia — ich gosposia — próbowała już nieraz sprzątnąć niechlujnie rzucone na fotel w sypialni koszule.

— Przepraszam — wyszeptała — jestem po prostu zmęczona — zamknęła oczy, powstrzymując spływające po jej policzkach łzy.

— Obiecuje, że od jutra wszystko będzie łatwiejsze — pocałował ją we włosy.

Świat zaczął znowu wirować. Zimny pot oblał jej ciało. Robiła się coraz bardziej spokojna. Z pewnością tabletki uspokajające, które przyjmowała w ostatnim czasie jak drażetki zaczynały działać.

— Pójdę spać — naciągnęła na siebie koc. Szerze liczyła, że w śnie ponownie spotka się z Dawidem.

— On nie da ci umrzeć tak szybko — Szymon zrzucił z fotela koszule Dawida i sam zajął w nim miejsce. Lena leżała plecami do niego, więc nie mógł zobaczyć jak z trudem oraz ze zdziwieniem otwiera oczy. Dlaczego zawsze wyprzedzał jej myśli? Nigdy nie potrafiła tego zrozumieć.

Być może mafiozi tak mają.

****

Obudziła się wyspana jak nigdy. Promienie wiosennego słońca wdzierały się do sypialni, przez niezasłonięte rolety. Położyła sobie poduszkę na głowę, dłonią próbując odnaleźć osobę obok. Jednak nie było nikogo. Miejsce po lewej stronie łóżka było idealnie pościelone. Została przecież sama. W wielkim domu. Z trzema firmami na głowie.

Z jeszcze większym majątkiem.

Usiadła na łóżku po turecku, aby zorientować się, że...nie jest w swoim domu. Sypialnia była urządzona w stylu skandynawskim. Ściana za łóżkiem pomalowana była na ciemny odcień szarości. Pozostałe ściany były śnieżnobiałe. Na ścianie naprzeciwko łóżka znajdowały się najważniejsze dla niej zdjęcia. Idealnie wyselekcjonowane, tak jakby to ona dobierała je do ramek. Do sypialni przynależała — równie minimalistyczna łazienka i- jakby nie mogło być inaczej — garderoba. Wypełniona była jej wszystkimi rzeczami. A była jakieś piętnaście razy mniejsza od tej w domu. Jednak miała rację — to nie ona miała problem z ilością ubrać, tylko Dawid. Na samo wspomnienie, o ich przepychankach, uśmiechnęła się pod nosem.

Z sypialni wychodziło się na ogromny taras, gdzie utworzony był mini-ogród. Po widoku z tarasu nie mogła określić, gdzie się znajduje. Z pewnością był to duże miasto, a sam blok znajdował się na jego obrzeżach.

Wychodząc na niewielki korytarz, Lena szybko zorientowała się, że znajduje się w mieszkaniu dwupoziomowym. Na dole znajdował się salon z otwartą kuchnią oraz dwa pokoje gościnne. Szare ściany, przełamane białą cegiełką na ścianie telewizyjnej, idealnie komponowały się z drewnianymi dodatkami i białymi meblami. Wnętrze było przygotowane idealnie pod nią.

Tylko… jak?

Tuż przy kanapie narożnej stała walizka. Jej walizka. Charakterystyczna, bo oklejona niemal w całości naklejkami z różnych podróży.

W jej wnętrzu znajdowały się wyselekcjonowane rzeczy. Nie były to przypadkowo wpakowane ubrania, które nie zmieściły się do innych toreb i walizek. Usiadła przy otwartej walizce i delikatnie przejechała dłonią po równo poukładanych rzeczach.

Jej ukochane jeansy z Zary. Ze względów zawodowych, nie nosiła ich już wieki. Jej formalny strój, codziennie zabijał ją od środka. Nie czuła się sobą. Spódniczki, sukienki, garsonki — po co to komu?

Najukochańsze białe sneakersy Fila.

Letnia sukienka w kolorze limonki.

Ulubiona książka, którą czytała niemal ze sto razy.

Kluczyki do samochodu.

Pudełeczko Tiffany&co z pierścionkiem zaręczynowym.

Teczka ze wszystkimi najpotrzebniejszymi dokumentami.

I liścik.


„Nazywasz się Helena Bosacka. Urodziłaś się w Warszawie. Dwa tygodnie temu przeprowadziłaś się do Sopotu, aby zacząć nowe życie po śmierci ukochanego męża. Wszystko czego potrzebujesz, znajduje się w walizce. Gdy ktoś będzie pytał Cię o twoje dawne życie — odpowiadaj zgodnie z prawdą. Nic nie pamiętasz. Nikogo nie znasz. Jesteś tylko młodą, biedną wdową, która straciła męża w tragicznym wypadku.”

Lena

Rok później

Obudził ją zimny powiew wiatru. Nie wpadła na to, że fala upałów, która zalewała kraj od początku maja może się kiedyś skończyć i spowodować tak gwałtowne ochłodzenie. Chociaż temperatura na zewnątrz nie przekraczała dwudziestu kresek — na plusie — miała wrażenie, że znajduje się, gdzieś na Syberii, a nie w centralnym punkcie Europy.

Życie potrafiło być piękne. Chociaż pierwsze miesiące dało jej mocno w kość. Rzeczywistość bez Dawida okazała się o wiele trudniejsza niż zakładała. Powrót do normalnego funkcjonowania, a szczególnie do wykonywania obowiązków domowych przychodził jej najtrudniej. Na lodówce wisiały ulotki do wszystkich restauracji w okolicy. W domu nie było już osób, które podałby jej jedzenie pod nos. Nie było osób, które sprzątały, robiły zakupy. A jej częste późne powroty do mieszkania nie ułatwiały organizacji.

Chociaż mając osiem milionów złotych na koncie mogłaby zainwestować w osobę do pomocy w prowadzeniu domu.

Ale nie chciała.

Całkowicie odcięła się od pięcioletniego życia w złotej klatce. Z rodziną Bosackich nie miała kontaktu od pogrzebu. Sprawy związane z zarządzeniem firmami Dawida, spoczęły na Szymonie. Nadal nie wiedziała czyją sprawką było kupienie jej mieszkania z całym wyposażeniem w Sopocie. Nie wiedziała w jaki sposób przejechała pół Polski. Nie potrafiła przypomnieć sobie ani jednego dnia od momentu pogrzebu męża. Chciałaby zadać im wiele pytań, ale nie była do końca pewna czy chce poznać na nie odpowiedź.

W końcu było tak jak chciała od początku. Normalnie. Nikt jej nie śledził. Nie kontrolował. Mogła wyjechać, gdzie tylko chciała. Mogła iść do sklepu bez sztabu ochroniarzy. Miała pieniądze i rozwijającą się firmę.

Żyła swobodą, która dodawała jej wiatru w żagle.

Zbiegła po schodach, o mało co nie potykając się o ostatni stopień. Włączyła ekspres i popędziła do łazienki, aby wziąć szybki prysznic. Zdecydowanie uwielbiała swoje życie w pędzie. Nie czuła się dobrze, wiedząc, że czas przelatuje jej między palcami. W ciągu tego roku — oprócz tego, że zrobiła się ponowie samodzielna — powoli stawała się dziewczyną, którą marzyła żeby się stać.

Wychodząc spod prysznica owinęła się dużym kąpielowym ręcznikiem i od razu zabrała się za rozczesywanie długich włosów w kolorze zgaszonego, chłodnego blondu. Zdecydowanie był to dobry pomysł, że powróciła do takiej długości włosów. A blond dodawał jej tylko pazura. Zrezygnowała również z aplikacji sztucznych rzęs. I mocnego, niemal wieczorowego, makijażu. Patrząc na siebie w lustrze, widziała zadbaną, młodą kobietę. Kobietę, która zamiast tracić czas na upiększanie siebie poprzez tonę kosmetyków kolorowych, wolała upiększać inne kobiety poprzez pokazywanie im drogi do naturalności.

Od prawie siedmiu miesięcy była właścicielką trzech salonów piękności. Bazowała w przewadze na kosmetykach ekologicznych przywożonych z najróżniejszych krańców świata. Jednak nie mogła całkowicie zrezygnować z wykonywania zabiegów medycyny estetycznej. Dzięki nim się utrzymywała. Współczesność nie szukała naturalności. Szukała sztucznego piękna, osiągalnego niemal za wszelką cenę.

Jej łazienka była miniaturką salonów, którymi zarządzała. Każdy produkt najpierw testowała na sobie, aby następnie wprowadzać go do stałej oferty. Zatem w łazience nie raz pachniało kremami z lawy Etny, olejkiem z Maroka czy wodą różaną z Bułgarii. Wszystko osobiście przez nią sprawdzone. W końcówki włosów wtarła kilka kropel olejku rycynowego, a na twarz nałożyła żel aloesowy.

Niemalże tanecznym krokiem weszła do kuchni. Wzięła filiżankę z kawą i podeszła do okna. Zdecydowanie widok z salonu był dużo lepszy niż ten z tarasu. Sceneria spokojnego morza wprowadzała ją w błogi nastrój. Nawet w taki dzień jak ten, kiedy szaruga przejmowała kontrolę nad słońcem.

Z sypialni dobiegł dźwięk przychodzącego SMS-a.

„Będę u ciebie o 20. Mam nadzieję, że moja super bogata przyjaciółka nie ma w planach na wieczór jakiś nudnych interesów.”

Zaśmiała się pod nosem. Z Jagną znały się od przedszkola. Razem mieszkały i studiowały. Jednak małżeństwo z Dawidem sprawiło, że ich kontakty się urwały.

„Masz szczęście, że twoja przyjaciółka ma ludzi od tego, żeby pracowali w piątek wieczorem”

„Imprezka?”

„Yep, będę o 20.”

„Tylko punktualnie”

Prychnęła pod nosem, rzucając telefon na łóżko. Jakby nigdy nie była punktualna. W interesach punktualność należała niejako do kręgosłupa moralnego.

Przebrała się w dres i przy dźwiękach playlisty zaczęła ogarniać mieszkanie. Wiedząc, że Jagna to typ perfekcyjnej pani domu starała się zetrzeć kurz, ze wszystkich miejsc, które przyszły jej do głowy.

Podniosła lampkę na stoliku nocnym, przypadkowo trącając ramkę ze zdjęciem. Niefortunnie upadała na podłogę nieosłoniętą miękkim dywanem. Szkło w ramce pękło w taki sposób, że tworzyło rozdzielającą linię między nią a Dawidem. Przetarła szybkę ścierką i odstawiła je na miejsce.

Pokochała samotność. Chociaż wcześniej nie wyobrażała sobie samotnego życia. Ba, wręcz się go bała. Pierwsze dni w Sopocie były dla niej katorgą. Była uzależniona od Dawida. Jego obecność była dla niej wszystkim. Całym światem. Jego brak spowodował, że nagle nie miała nic. Przerażające jest to, jak bardzo można swoje szczęście podporządkować obecności osoby.

Paskudna jest pustka, która pozostaje po jego odejściu.

Usiadła na podłodze, opierając się plecami o łóżko. W dłoniach cały czas trzymała ramkę ze zdjęciem. Palcem dotknęła pęknięcie na szkle. Była niczym rysa na jej sercu. Połowa została na zmieni, a połowa rozpłynęła się gdzieś w eterze.

Telefon poinformował ją o kolejnej wiadomości. Z pewnością Jagna doszła do wniosku, że nie spakuje się w jedną walizkę i ciuchy na imprezę pożyczy z garderoby Leny.

Jak zawsze.

„Sytuacja kryzysowa. Mamy dosłownie godziny na wybranie modelki na plakaty.”

Menadżerka salonów kosmetycznych, doskonale wyczuwała, kiedy Lena brała się za obowiązki domowe. Niestety i tym razem Jagna będzie musiała przetrwać te kilka dni w nieperfekcyjnie wysprzątanym mieszkaniu oraz odżywiać się jedzeniem z trójmiejskich restauracji.

„Przygotuj wszystko. Będę za godzinę.”

Odłożyła ścierkę na komodę. Cząstka jej podpowiadała jej, że to koniecznie musi zatrudnić kogoś, kto będzie pomagał jej w mieszkaniu. Szczególnie, że kolejne miesiące szykowały się miały być jeszcze bardziej pracowite niż poprzedni rok.

Każdy kolejny sukces oraz wzrastająca liczba klientek napędzały ją do dalszej pracy. Chociaż Jagna uważała, że powinny wyjechać na jakieś ekstra dwutygodniowe wakacje. W końcu było je na to stać. Lena dzięki spadkowi po mężu, a Jagna dzięki pracy w redakcji mogły sobie na to pozwolić. Jednak pracoholizm nie pozwalał im na chociażby chwilę wytchnienia.

Nie do końca suche włosy związała w koka na czubku głowy. Zmieniła tylko spodnie dresowe na jeansy. Na nogi założyła ukochane białe sneakersy i wyszła z domu. Nie wyglądając jak właścicielka biznesu, wsiadała w białego Fiata 500, ruszając w stronę Gdańska.

Nie wyobrażała sobie drogi bez muzyki. Dlatego na siedzeniu pasażera znajdowały się zawsze porozrzucane płyty CD.

Na szczęście ominęła wszystkie korki, zjawiając się na miejscu na czas. Przed wejściem do salonu przeciągnęła usta szminką w odcieniu nude. Nie rozstawała się z nią od liceum. W środku panował harmider. Ale ona to lubiła. Lubiła jak się działo. Nawet nie marzyła o tym, że po roku będzie miała 3 salonu, które będą cieszyły się aż taka popularnością. Koncept, który zaproponowała, przyjął się. I to było najważniejsze.

— Zrezygnowała, bo zaszła w ciąże

— Ciąża raczej nie jest przeciwwskazaniem do bycia twarzą salonu kosmetycznego takiego jak nasz- Kamila tylko wzruszyła ramionami. Już po ostatnich poszukiwaniach Lena zdawała sobie sprawę, że modelki są trudne w kontaktach. A przynajmniej ona nie potrafiła rozmawiać z nimi na tych samych falach.

— To ile mamy kandydatek? — usiadła za biurkiem, otwierając laptopa.

— Aż jedna… Już jest w drodze do salonu.

— Żartujesz? Naprawdę jedna? —

— Wiesz… Gdybyś proponowała darmowy botoks przez cały rok, plus wszystkie inne naciągania to może zgłosiło by się więcej osób. A tak? Masz babo placek. Ekologiczna pielęgnacja skóry? Kto będzie chciał słuchać o tym na instagramie? — usiadła naprzeciwko niej, kładąc przed nią CV jedynej kandydatki.

— Gdybym zaproponowała darmowy botoks to nawet Jagna chciałaby wisieć na plakatach. Naprawdę miałam nadzieję że era napompowanych modelek już mija — usiadła za biurkiem, otwierając teczkę z napisem Bogna Grabowska

— Będzie za 10 minut. I ogarnij się — bezpośredniość Kamili codziennie ją zaskakiwała — w tej bluzie i jeansach raczej nie wyglądasz jak milionerka, czy chociaż właścicielka tego całego bajzdu — zaśmiała się.

Lena spojrzała się na nią złowieszczym wzrokiem. Jej czasy chodzenia w garsonce już dawno się skończyły. Poza tym skąd ona wiedziała o jej majątku? Nikomu się o tym nie chwaliła. Oprócz Jagny. Ale nie były z Kamila w tak dobrych relacjach żeby ta mogła się przed nią wyglądać. Co to, to nie. Jagna nawet gdyby obdzierali ja ze skóry, nie zdradziłaby tajemnicy złożonej Lenie. Nie ten typ człowieka.

— Lena… po co nam ta modelka? Mamy ulotki. Mamy plakaty na mieście… Ogłoszenia w internecie, w lokalnej prasie

— Żeby zaistnieć ludzie muszą o tobie gadać. A jeśli usługę zareklamuje modelka, ludzie zaczną gadać. Zaraz pojawia się różne influencerki. I to pójdzie.

— Lena… Ale to już idzie...masz 3 salony. Jeszcze ci mało? Zaraz zabraknie ci doby, żeby to wszystko ogarnąć.

— Dziękuję za troskę. Ale dam radę. Jak zawsze z resztą.

Udała się do swojego gabinetu, gdzie kończyła odpowiadać na maile związane z zamówieniami produktów. Wrzuciła do sieci ogłoszenie o pracę. W związku z coraz większym zainteresowaniem, musiała zatrudnić nową recepcjonistkę w salonie w Gdyni.

— Lena, musimy już wychodzić — Kamila zajrzała do gabinetu.

— Już idę — wstała od biurka. Przejrzała się w lusterku wiszącym po jej prawej stronie. Raczej nie wyglądała jak właścicielka. Ewentualnie jak jakaś pomoc recepcjonistki. Jeansy, luźno przewiązana koszula w pasie, adidasy — gdyby Dawid to widział. I jeszcze włosy ułożone w całkowitym nieładzie.

— Idę! — krzyknęła, gdy Kamila po raz kolejny zapukała do drzwi.

Adam

Obudził go dźwięk komórki Bogny. Nie otwierając oczu, przysłuchiwał się rozmowie brunetki. Nie potrafił przywyknąć do tego, że praca modelki może być tak niezaplanowana. Jeden telefon — niemalże w środku nocy — ściągał ją do studia na kolejną sesję.

— Która godzina? — zapytał, leżąc na boku. Domyślał się, że dziewczyna zaczyna szykować się do wyjścia.

— Po dwunastej — odparła wyciągając z szafy małą walizkę.

— Miałaś mieć ten weekend wolny — odwrócił się do niej, patrząc jak wkłada sukienki do walizki. — Pierwszy wolny weekend od miesięcy.

— Oj, to sytuacja kryzysowa. Kamila dzwoniła, że jakaś dziewczyna ich wystawiła. Mają już zarezerwowaną sesję. Głupio będzie jak to wszystko będą musieli odwoływać. Poza tym nieźle płacą. No i zapewniają darmowe zabiegi przez cały rok — zakładała dres.

— Darmowy botoks przez cały rok? Brzmi fascynująco — mruknął, przeciągając się. — To skoro jedziesz na sesję, ja pojadę do biura nadrobić trochę pracę.

— Kamila mówiła, że możesz jechać ze mną. Nie potrawa to długo. Dosłownie kilka zdjęć — czesała włosy. — No chyba, że nie chcesz to nie będę cię zmuszać.

— Ooo, chyba pierwszy raz zapraszasz mnie na sesję. Z chęcią pojadę popatrzeć jak walczysz o darmowy botoks.

— Adaś...to salon z kosmetykami naturalnymi. To mam reklamować, chociaż w wersji premium mają jakieś naciągania — zaśmiała się. — Zero botoksu. Tylko jakieś oleje, minerały i Bóg wie co — machnęła ręką.

— To zbieraj się. Nie mamy czasu. Mamy być na trzynastą.

— Nie zdążę się wykąpać…

Bogna przerwała mu.

— To się nie wykąpiesz. Wieczorem się kąpałeś. Nie mogłeś ubrudzić się przez noc. Oj, no choodź — pociągnęła go za rękę. — Pójdziemy później na jakieś sushi.

Całą drogę do studia nie zamienili ze sobą słowa. Bogna była zajęta scrollowaniem Instagrama oraz Facebooka, a Adam nie miał ochoty na pogaduszki. Coraz częściej zastanawiał się dlaczego zdecydował się na takie życie.

A wszystko przez to, że ich relacja nie należała do najbardziej prostolinijnych. Poznali się przypadkowo na jakiejś imprezie firmowej. Bogna jeszcze wtedy próbowała swoich sił w korporacji. A Adam dopiero co przeprowadził się z Berlina. W Polsce miał zostać tylko na pół roku, aby rozwinąć filę korporacji. Bogna po imprezie złożyła wypowiedzenie przez co Adam miał otwartą drogę do jej poderwania. Wyznawał zasadę niespotykania się ze swoimi pracownicami. I do tej pory, nigdy nie musiał jej złamać.

Jednak coraz częściej łapał się na tym, że już dawno przestało łączyć ich jakiekolwiek uczucie. Bogna niemal cały czas realizowała jakieś ważne sesje zdjęciowe. Wyjeżdżała do Tajlandii, do Stanów Zjednoczonych, do Włoch… Już nie pamięta kiedy wrócił do domu, a ona była.

Ten weekend miał być pierwszym, gdzie oboje nie mieli zajęć. Jednak wizja dostania czegoś za darmo wprowadzała Bognę w błogi stan. Mógł się założyć, że telefon od Kamili był dla modelki czymś w rodzaju wybawienia.

— Nie będę czekać aż zaparkujesz, tylko pójdę już do środka. Dojdziesz? — zapytała, niemal wysiadając z samochodu.

Nie miał wyboru.

Studio zdjęciowe było ogromne. Nie spodziewał się, ze są to aż takie przestrzenie. Wśród ludzi tworzących scenografię do sesji rozpoznał Kamilę. Kamila była kuzynką Bogny i w kryzysowych sytuacjach prosiła modelkę o wsparcie. Nie tylko jeśli chodziło o zostanie twarzą sieci salonów kosmetycznych, ale także zaopiekowanie się dzieckiem czy zrobienie zakupów. Irytowało go to, bo w jego idealnym niemieckim świecie nie było miejsca na spontaniczność. Bogna niestety nie potrafiła tego zrozumieć.

Tuż obok Kamili krzątała się nie za wysoka blondynka, z włosami spiętymi w kok niczym ananas. Z całą pewnością była to jakaś asystenta ka produkcji bądź nawet samej Kamili. Kobiety dużo że sobą rozmawiały, zapewne ustalając przebieg sesji. Luźno przewiązana koszula w talii tylko podkreślała to jaką szczupła jest kobieta. Prawie niewidoczny makijaż dodawał jej tylko dziewczęcego uroku.

Zorientował się, że zdecydowanie za długo się jej przyglądał gdy wzrok dziewczyny spoczął na jego twarzy. Wyglądała niewinnie trzymając w rękach notes, a w drugiej ugryziona do połowy Kinder czekoladkę. Miała taki poważny wyraz twarzy, gdy wpatrywała się w niego. Odruchowo wytarł usta obawiając się że jest od czegoś brudny.

Nie był, bo przecież nawet nie zjadł śniadania.

Nie zorientował się kiedy podeszła do niego Kamila. Nigdy nie powiedziałby, że ma dwadzieścia pięć lat. Krótko ścięte włosy tylko dodawały jej lat. Since pod oczami informowały o kolejnej nieprzespanej nocy. Tak właśnie żyła.

— Nic nie mów. Nie mam czasu wysłuchiwać twoich kazań — machnęła ręka. — Dziękuję, że zgodziliście się przyjechać. Nie wiem co to by było gdyby nie wy. Chyba sama musiałabym zapozować.

— Jasne. A ty nie możesz odpocząć? Jest sobota. Który weekend jesteś w pracy? Pojechałabyś spędzić trochę czasu z synem. Z tego co widzę masz asystentkę. Niech się wykaże — pokazał głową, na stojąca w kącie Lenę. Przeglądała akurat Instagram.

— Asystentkę? — spojrzała się na niego zdziwiona. — Jeszcze nie dorobiłam się takiej. Ale dziękuję, ze się martwisz. Nie potrzebnie.

— To kim jest ta dziewczyna z telefonem? — zignorował dalsza część jej wypowiedzi, doskonale zdając sobie sprawę, że w kwestii jej pracoholizmu już nic nie ugra.

— Tam? To Lena. Moja szefowa. Spoko babka. Nie jest taka sztywna jak wy w tych korporacjach — po koleżeńsku uderzyła go w ramię.

— Nie wygląda na kogoś z kim można by rozmawiać o biznesie — odchrząknął. -Teraz rozumiem dlaczego ty musisz tyle pracować…

— Byś się zdziwił. Skończyła studia. Kursy. I myślę, że z pewnością znalazłbyś z nią wspólny język. Orientuje się w tych twoich cyferkach. A i by się z twoimi rodzicami dogadała. Świetnie mówi po niemiecku, po włosku i po hiszpańsku.

— A ty nie powinnaś pracować w reklamie?

— Nie sądzę. Po prostu opisuje ci jaka jest Lena. Tak w ogóle to sama jest.

— Na całe szczęście ja mam Bognę — podrapał się po głowie.

— Ale może masz fajnych kolegów, którzy szukają kogoś. Komu nie zależy na kasie i sławie, bo ma już wszystko? — mruknęła, krzyżując dłonie na piersiach.

— Nie mam — mruknął, wyciągając telefon z kieszeni.

Cyrk miał się dopiero zacząć.

Jagna

Niechętnie opuściła nogi z łóżka. Stopami dotknęła miękkiego dywanika, który wcześniej służył jako podstawka pod bardzo brzydki, podobno modny, industrialny stolik kawowy…

Stolik, który częściej służył jej jako miejsce do wyciągnięcia nóg. Bo każdorazowe próby jedzenia przy nim kończyły się sprzątaniem podłogi.

Do okna nie miała daleko. Od niemal roku całe jej życie zamknięte było w osiemnastu metrach kwadratowych. Szafa na całą ścianę oraz kilka kartonów ustawionych przy łóżku (w których kompletnie nie pamiętała co się znajduje — no bo po co?) stanowiło cały jej dobytek.

Przez pokój przeszedł przeszywający do szpiku kości zgrzyt. Tak, to było okno. Zamknięcie go nie stanowiło problemu. Wywoływało tylko nieprzyjemne doznanie dla ucha. Jednak żeby je otworzyć, potrzeba było siłacza.

A co mogła zrobić biedna i zagubiona kobieta?

Zaprzeć się nogami o kaloryfer i modlić się w duchu, że gdy będzie upadać nie uderzy potylicą w krawędź łóżka. Przecież nie trafi na Doktora House na izbie przyjęć. A nikomu innemu nie powierzy swojego zdrowia.

A kto wie, może nawet życia.

Za oknem już świtało. Promienie słońca, już nie tak wyraźne i ostre jak kilka tygodni temu, przedzierały się zamglone niebo. Powietrze pachniało wilgocią, a na trawie powoli osiadała rosa.

Ciszę przerywał przejeżdżający co jakiś czas tramwaj.

Musiało być chwilę przed piątą rano, bo właśnie wtedy z przystanku nieopodal kamienicy rozpoczynał kurs tramwaj numer pięć. Na przystanku stały trzy osoby. Codziennie były to te same twarze. Zmęczona życiem trzydziestolatka, mężczyzna z papierosem w dłoniach oraz starsza kobieta mieszkająca w kamienicy naprzeciwko. Nie miała pojęcia dokąd jadą te osoby. Podejrzewała, że do pracy. Tylko dokąd? Trasa tramwaju wiodła niemalże przez całe miasto.

Tramwaj podjechał na przystanek punktualnie o 5:02. Ludzie wsiedli i zajęli swoje stałe miejsca. O ile można powiedzieć, że miejsca w transporcie publicznym mogą należeć do kogoś.

Przyzwyczajenie — czy nie za często pojawia się ono w naszym życiu? Przyzwyczajamy się do miejsc — które nie są nasze, do rzeczy — których później trudno pozbyć się z domu, do ludzi — niekiedy tak mocno, że trudno przypomnieć sobie po co nam oni. Jednak Jagna nigdy nie potrafiła zrozumieć w jaki sposób można przyzwyczaić się do miłości. Może dlatego, że tak naprawdę nigdy nikogo nie obdarzyła tym uczuciem.

O 5:05 z przystanku odjeżdżał kolejny tramwaj. Jednak tym razem nikt do niego nie wsiadał. Jagna nieporadnym ruchem poprawiła ciężkie zasłony w kolorze butelkowej zieleni. Nienawidziła ich, ale przyzwyczajenie nie pozwoliło ich zmienić. Zaciągnęła je mocniej, tak aby unoszące się na horyzoncie słońce pozwoliło jej pospać jeszcze dłużej.

W końcu nie miała zobowiązań. Dzięki swojej pracy, mogła nawet nie wychodzić spod kłody. Mieszkanie w kamienicy, niemalże w centrum dużego miasta, nie było najtańsze. Jednak cały czas żyła nadzieją, że ktoś w końcu zauważy ją na rynku pracy i pozwoli nie wyprowadzać się z tego pokoju. Niewielkiego. Nudnego. Bez stylu. Ładu… i składu.

Oprócz dwudziestoośmioletniej Jagny, mieszkanie zamieszkiwane było przez parę: Maję i Bartka, którzy pojawiali się w domu okazjonalnie. Większość swojego życia spędzali na podróżach, a następnie na opowieściach o nich w Internecie.

Jagna — gdzieś w głębi duszy — marzyła o takim życiu. Wolnym, bez zobowiązań, na największych plażach świata. Jednak czy przebywanie sam w pojedynkę dałoby jej tę samą radość? W samotności na plaży Galapagos umierałaby ze strachu przed wielkimi żółwiami, które z pokornych i miłych zwierzątek może nagle — na jej widok — stałyby się krwiożercami uwielbiającymi smak ludzkiego mięsa. A co gdyby miło wyglądające lemury z Madagaskaru zechciałyby ją zamordować kiścią bananów? Kto by ją obronił?

Chociaż z drugiej strony na płycie nagrobnej widniałby niebanalny opis jej śmierci.

Zginęła śmiercią tragiczną…

Od uderzenia bananami.

Przez takie życie swoich współlokatorów przez większą część roku Jagna mieszkała sama. Odpowiadało jej to. Nikt nie mówił co ma robić, nikt nie dopytywał dlaczego nie wychodzi na imprezy i nie przyprowadza chłopaków na noc.

Te kilka metrów od okna do łóżka nigdy jej się tak nie dłużyły. Posadzka była zimna, a ona akurat tej nocy nie założyła skarpetek na stopy.

Tak.

Spała w skarpetkach, nawet gdy na zewnątrz panowały tropikalne upały. Nie tylko miały ją ocieplać — służyły, za kapcie, za ochronę przed brudną podłogą, a czasami za przyrząd do froterowania podłogi. Ale to bardzo rzadko, bo chęci do sprzątania nachodziły ją tylko przed świętami…

Albo gdy nie mogła znaleźć kluczy…

Albo gumki do włosów…

Albo innej, potrzebnej akurat w tym momencie rzeczy.

Chociaż w oczach swoich znajomych uchodziła za perfekcjonistkę, jej ściśle strzeżonym sekretem był fakt, że nią nie była. Grała przed nimi kolejną swoją życiową rolę.

Na ścianie po lewej stronie, tuż nad łóżkiem, wisiała tablica korkowa. Opleciona lampkami choinkowymi, które miały wprowadzać ciepły klimat w pokoju. Szkoda tylko, że w poradniku, na który natrafiła w Internecie nie zaznaczono na samym początku, że mają być to lampki o przezroczystej obudowie. Niestety Jagna udekorowała tablicę tymi migającym na wszystkie kolory tęczy. W maju– jak i w każdym innym miesiącu, który nie był grudniem — wyglądało to trochę kiczowato. Samo posiadanie takiej tablicy przez dwudziestoośmiolatkę powinno wzbudzić zastanowienie. Na różnych kolorowych karteczkach (tak, 28..) wisiały jej życiowe plany. Miały ją inspirować do działania, przypominać o celach do których chce dążyć — zgodnie z duchem wszechobecnych motywacyjnych książek. Niestety tablica obecnie była słupem reklamowym, na której pośród spalonych na panewce marzeń wisiały kody zniżkowe oraz numery telefonów do pizzerii.

Marzeń się podobno głośno nie wypowiada — bo się nie spełniają. Zaczyna je wtedy spełniać ktoś inny, za nas. A one same stają się naszymi kaprysami, po osiągnięciu, których pozostaje w nas taka sama pustka, jak wtedy kiedy były tylko w sferze planów.

Dlatego marzenia Jagny zapisane na tablicy były bezpieczne. Oprócz niej nie mógł nikt ich przeczytać. Poza tym dziesięć tabliczek czekolady dla tych, co przedrą się przez reklamy.

Nadal było jej zimno, chociaż okno było zamknięte od dobrych dziesięciu minut. Wzrokiem próbowała nie obejmować porozrzucanych rzeczy po podłodze. Zanosiło się na to, że sprzątanie pokoju zbliża się szybciej niż to planowała.

Było pewne, że tego ranka już więcej nie zaśnie…

Jedynym ratunkiem, na tę niepogodę, jest odwiedzenie Leny w Sopocie. Domyślała się, że najbliższy weekend będzie najcięższym w mijającym roku. W niedzielę minie dokładnie rok od śmierci Dawida. Osobiście nie przepadała za nim. Zadufany w sobie egoista. Wyciął Lenę z jej życia, jak jakąś marionetkę. Przyjaciół zastąpił jej dalekimi podróżami. Jednak wiedziała, że ją kocha. Nigdy by jej nie skrzywdził. Nikt wcześniej nie patrzył na Lenę w taki sposób jak jej mąż. Przychylał jej nieba. I odszedł w momencie, gdy mieli zacząć żyć normalnie. Żyć tylko ze sobą.

Może nawet Dawid okazałby się normalny?

Poza tym wolała przekazać swoją, najcięższą w życiu, decyzję osobiście.

***

Do Sopotu dotarła pociągiem. W drodze mogła jeszcze na spokojnie podpowiadać na maile. Lubiła swoją pracę, a przed wyjazdem chciała dopiąć wszystko na ostatni guzik. W pracy była perfekcjonistką — już nie tą udawaną, tylko prawdziwą. Więc gdy zabierała się za coś robiła to na dwieście procent, albo wcale — nie dotyczyło to sprzątania. To mogła robić tylko w minimalnym zasięgu.

— Lena! Jak dobrze cię widzieć! Boże jak ty cudnie wyglądasz! Koniecznie musisz zaprowadzić mnie do tego sklepu, gdzie kupiłaś te spodnie! — rzuciła się jej na szyję i objęła serdecznie — tyle czasu się nie widziałyśmy! — zdecydowanie to co nie zmieniło się w Jagnie to słowotok. Po okrąglutkiej dziewczynie z nadwagą pozostało tylko wspomnienie. Gdyby stanęła obok fit trenerki ciężko byłoby odróżnić, która z nich jest trenerką, a która dziewczyną po metamorfozie. Włosy — kiedyś w odcieniach wściekłego różu — teraz w idealnie stonowanym brązie, pasującym do jej szarych oczu.

I ta ogromna walizka…

Oznaczać to mogło tylko jedno — nie zamierza wracać ostatnim kursem do domu.

— Akurat spodnie to lumpeks, więc sorry, ale nie zaprowadzę cię tam. Tajnych miejsc się nie zdradza — zaśmiała się, próbując chociaż trochę odwzajemnić jej serdeczność.

— Super, naprawdę! — jej podekscytowanie było tak duże, jakby dopiero co zeszła z Mount Everestu. A ona tylko przyjechała do miejscowości nadmorskiej. — Mamy tyle do obgadania! — wysunęła rączkę ze swojej walizki, sugerując tym samym, że jest gotowa do dalszego podboju miasta.

— Chodźmy, nie ma na co czekać. Na szczęście zaparkowałam niedaleko, więc przejdziemy się ten kawałek — szpilki wzięła w dłonie. — No co?

— Wiesz, że u nas potraktowaliby cię jak wariatkę? — zaśmiała się Jagna, palcem wskazując na buty w rękach Leny.

— Tutaj też — zaśmiała się — myślę, że warciaci niezależnie od miejsca są postrzegani w ten sam sposób. W prawo — swoje kroki skierowała w lewą stronę — w sensie w to drugie prawo — nigdy nie była mistrzem orientacji w terenie, a co dopiero w nawigowaniu komuś drogi.

— Ty się nigdy nie nauczysz.

— To nie jest śmieszne — oburzyła się, mijając grupę turystów z ogromnymi walizkami — czekając na ciebie, wytłumaczyłam jednemu mężczyźnie jak ma dojść na peron…

— …który pewnie znajdował się po drugiej stronie — zaczęła się śmiać — gdybyś miała wytłumaczyć mu jak ma przejść, gdzieś podziemiami to udałabyś obcokrajowca!

Zdecydowanie coś w tym było. Swoim nieperfekcyjnym angielskim pewnie wydukałaby, że nie rozumie i odeszła jak najdalej. Ale bez przesady! Aż tak beznadziejna w kierunkach nie była.

No dobra, gdyby ktoś obrócił ją w lesie dwa razy i kazałby iść w drogę powrotną nie wiedziałaby gdzie jest. I nie pomógłby mech na drzewie.

— Idziemy! — zaśmiała się, wyprzedzając Jagnę. Ręką, w której trzymała szpilki, wymachiwała jak dziecko zabawką. Bo poczuła się jak dziecko, które idzie bawić się w piaskownicy ze swoimi najlepszymi znajomymi.

Lena

Jagna gościła u Leny już nie pierwszy raz. Zawsze wybierała pokój gościnny na dole. Tłumacząc to tym, że bliżej jej w nocy do kuchni. Jednak blondynka wiedziała, że jej przyjaciółka pracuje do późnych godzin nocnych. I żeby nie robiła jej z tego powodu wyrzutów, wolała spać na dole. Z dala od karcącego wzroku Leny.

Wysiadły z taksówki przed klubem. Lena niczym skromna i zagubiona studentka, a Jagna — niczym królowa imprezy.

— Serio, mogłaś chociaż jakąś sukienkę założyć. A nie wszędzie chodzisz w tych spodnich — poprawiała fryzurę, gdy czekały w kolejce do wejścia.

— Na szczęście ty założyłaś taką, że jest za nas dwie — rozejrzała się po twarzach ludzi czekających razem z nimi.

— Na szczęście masz zajebiste buty. To jakoś ratuje twój wieśniacki ubiór.

— No patrz, jaka znawczyni mody się znalazła. Prosto ze stolicy — przekręciła oczami.

— A tobie się język wyostrzył.

Na nadgarstki założono im bransoletki z nazwą klubu i wpuszczono je do środka. Jagna niemal od razu zniknęła gdzieś na parkiecie. Lena stała za to zorientowana tuż przy szatni, wzrokiem próbując zlokalizować swoją przyjaciółkę. Muzyka dudniła jej w głowie. Oduczyła się korzystania z tego typu rozrywek. Z resztą nigdy za nimi nie przepadała.

— W czymś pomóc? — ochroniarz podszedł do niej. Musiała wyglądać idiotycznie, skoro zwrócił na nią uwagę. Ogarnęło ją przerażenie. Serce biło jak szalone. Kompletnie nie potrafiła pojąć swojej obsesji mężczyzn w czarnym garniturze.

— Rezerwacja na nazwisko Bosacka — wydusiła z siebie, przełykając głośno ślinę. Chociaż i tak w tym hałasie, nie było to słyszalne.

— Loża na pierwszym piętrze — sprawdził coś w notesie. — Odprowadzić?

— Nie, dziękuję. Trafię sama — poszła schodami na górę. Czuła na swoich plecach wzrok ochroniarza. Znowu ogarnęło ją to dziwne uczucie śledzenia i kontrolowania każdego ruchu. Zatrzymała się w połowie drogi. Wzrokiem omiotła parkiet. Większość osób próbujących swoich możliwości tanecznych była już bardzo mocno wstawiona.

No i musiała przyznać Jagnie rację. Wyglądała jak słoń w składzie porcelany. Dziewczyny, w krótkich sukienkach. Krótkich spódniczkach. Krótkich spodenkach. Z makijażami, jakby dopiero co wyszły od makijażystki. Z fryzurami prosto z salonu. I ona — w jeansach, najzwyklejszym T-shircie i drogich butach.

— Rezerwacja na nazwisko Bosacka — powtórzyła ochroniarzowi stojącemu u szczytu schodów.

— Bosacka? — zdziwił się, rozglądając po wolnych lożach.

— Tak. Helena Bosacka — mężczyzna wyraźnie się zdziwił, ale nie skomentował tego. Zaprowadził ją do loży w strefie VIP, gdzie za chwilę pojawiła się kelnerka z szampanem. Lena westchnęła ciężko, bo to Jagnie zleciła rezerwację miejsca w klubie. Jak widać bardzo sprawnie szło jej wydawanie pieniędzy przyjaciółki.

— Jest zajebiście! — Jagna po półgodzinie wpadła do loży. — Już dawno nie byłam na takiej imprezie. Super miejsce zarezerwowałam, co nie?

— Yhy, oprócz tego, że dwóch ochroniarzy niemal nie dostało zawału słysząc na jakie nazwisko zarezerwowana jest loża to zajebiście — Lena opróżniała kolejny kieliszek szampana.

— Przesadzasz. Myślisz, że aż taka sławna jesteś? Twój mózg przestaje logicznie myśleć kiedy widzisz ochroniarzy w garniturach — może rzeczywiście coś w tym było.

— Jeszcze jedno — zwróciła się do kelnerki, odstawiając na stoliku pusty kieliszek.

— Nie idziesz na parkiet?

— Nie mój klimat.

— Staaaaraa, bawmy się. Młodsze już nie będziemy. A zaraz załatwi się twój klimat — kelnerka przyniosła im szampana. Niechętnie poszła za brunetką na parkiet. Jako, że nie rzuca ona słów na wiatr, gdy tylko pojawiły się na parkiecie z głośników zaczęła rozbrzmiewać znana jej melodia.

— A nie mówiłam? Chodź! — Jagna pociągnęła ją na podest — pokaż, że nawet w tych wieśniackich ciuchach możesz być królową tej imprezy! — krzyczała do niej. Lena zaczęła się śmiać. Alkohol coraz mocniej uderzał jej do głowy, więc wykonanie głupiego planu Jagny było dla niej radosnym wyzwaniem.

Tańczyły obok siebie poruszając się w rytm piosenki Camili Cabello Senorita. Wykrzykując do siebie tekst piosenki, co chwilę wybuchały śmiechem. Zdecydowanie w duszy i ciałach grała im latynoska nuta. Nie bez powodu pierwszym tańcem Dawida i Leny była salsa.

Taniec na podeście nie cieszył tylko je. Zdecydowanie większa część męskiej publiczności otoczyła je aby dopingować ich wyczyny.

— I widzisz jak jest fajnie! — Jagna przytuliła Lenę, gdy piosenka się skończyła. Stały w uścisku przez kilka chwil. Blondynka śmiała się, jednak z dobrego nastroju wyrwał ją przeszywający lęk.

Wzrok skierowała ku góry, na balkon z lożami. Od balustrady odchodzili ochroniarze, którzy obserwowali ją od momentu przekroczenia przez nią progu klubu.

— Jagna… — chciała podzielić się z przyjaciółką swoimi spostrzeżeniami, jednak stwierdziła, że to nie ma sensu. Ta jak zwykle stwierdzi, że Lena jest przewrażliwiona na punkcie swojej byłej rodziny. Nie mieliby celu, aby po roku interesować się jej osobą.

— Pijemy! — wcisnęła jej w rękę kieliszek z drinkiem. — Twój ulubiony. Pij! — przechyliła kieliszek i wypiła zawartość naraz. Lena wypiła zawartość swojego kieliszka, ponownie patrząc się w górę.

Tym razem nikogo już nie było.

Rzeczywiście ochroniarze, w garniturach źle wpływają na jej psychikę.

***

Do domu wróciły kompletnie pijane. Gdy ich wzrok spotykał się, wybuchały niepohamowanym śmiechem. Lena od razu skierowała się do łazienki. Zmyła resztki podkładu z twarzy i tuszu z rzęs. Wzięła szybki prysznic. Wychodząc odświeżona, miała nadzieję, że Jagna już śpi. Dziękowała Bogu, że ani razu nie wspomniała o rocznicy śmierci Dawida.

— Śpij ze mną — Jagna wyszła z pokoju gościnnego z kołdrą na głowie. Zdecydowanie za dużo wypiły. Nie spotykały się często. Jagna w weekendy nadrabiała zaległości, aby w poniedziałki wylegiwać się w łóżku. Lena z kolei nie lubiła wracać do Warszawy. Po przeprowadzce do Spotu była tam tylko raz.

— Nie? Bo jesteś pijana — Lena czesała włosy, siedząc na kanapie w salonie. Przeglądała maile służbowe, które po zakończonej sesji wysłała do niej Kamila. Dziewczyna świetnie sprawdzała się w tej roli, ale nie potrafiła odciąć się od pracy. Był to jej życiowy priorytet. A Lenie było głupio, że zarywa noce aby dopracować jej projekt. Z pewnością będzie musiała wypłacić jej ekstra pensje.

— Noo i? Ty też. Noo weeź — położyła się na kanapie i patrzyła na Lenę jak pięciolatka na swoją mamę, czekając aż ta okryje ja i pocałuje w czoło na dobranoc

— Ale tu nie ma miejsca na dwie osoby.

— Weź jest dużo miejsca. Nauczyłaś te swoją królewska dupę spać na łóżku wielkości lotniska to już nic nie rozróżniasz — Lena spojrzała się na nią spode łba.

— Raczej chodziło mi o to że przytyłaś i ze nie zamieszczę się razem z tobą — wybuchnęła śmiechem, uciekając przed brunetka — ganiały się po mieszkaniu jak dzieci w przedszkolu. Jagna zaliczyła kilka upadków, które jeszcze bardziej rozśmieszały blondynkę.

— Sama masz gruba dupę! I małe cycki! Nie to co ja, a to trochę waży.

— Yhy, yhyy na pewno — podeszła do rogówki i rozłożył ja — taadaam, może jakoś się tu zmieścimy.

— I obejrzymy Bridget Jones? I zjemy lody? I będziemy użalać się nad sobą jak przystało na baby przed 30?

— Jest 2 w nocy. Jesteś pijana. I nie sądzę aby lody o tej godzinie były dobrym pomysłem.

— Boże jaka ty jesteś sztywna! Jakby Ci ktoś kij w dupę wsadził… — Lena patrzyła się na brunetkę układając się do spania. Może coś w tym było. Może była sztywna. Ale pięć lat życia w ciągle kręcącym się biznesie wymusił nad niej jakiś schemat, który z pewnością różnił się od jej zachowania na pierwszych semestrach studiów.

— Pójdę już po te lody…

Poszła do kuchni aby przynieść swojej przyjaciółce lody. Doskonale wiedziała, że skończy się to, źle. Przynajmniej nie będzie kontynuowała rozmowy o Dawidzie. Podała jej pudełko z lodami oraz łyżkę. Usiadła na skraju łóżka, obserwując Jagnę. Jej makijaż nie był już perfekcyjny. Włosy ułożone w nieładzie. Kołdrę miała zarzuconą na ramiona.

— Ty naprawdę chcesz oglądać ten film teraz?

— No? — oblizała łyżkę. — A co? Włączaj, nie marudź.

Oparła się plecami o ścianę i wyprostowała nogi. Jagna położyła poduszkę na nogach Leny i ułożyła się na nim wygodnie. Zajadając się lodami, czekała aż na ekranie telewizora pojawi się film.

— Lenka — odwróciła się twarzą do niej — nie chcesz jechać jutro do Warszawy?

— Jutro? Nie? — włączyła film, wiedząc do czego zmierza brunetka. Bała się jutrzejszego poranka. Pewnie, gdyby nie obecność Jagny, wieczorem zamknęłaby się w sypialni i wyszła w poniedziałek rano.

— Jako żona powinnaś jechać… — przerwała jej ruchem ręki.

— Wyrzucili mnie z rodziny. Upili i wywieźli do Sopotu. Myślisz, że te pieniądze to majątek Dawida? Proszę cię — prychnęła — kupili sobie milczenie. I tyle.

— Nie jedziesz tam dla nich. Tylko dla siebie. Kochałaś go… — wpatrywała się w Lenę. — Nadal go kochasz. Dlatego jesteś sama.

— Jestem w żałobie po zmarłym mężu — Lena była już zirytowana jej namowami.

— Ta, pokazałaś to dzisiaj na imprezie. Poza tym — westchnęła — nie możesz żyć cały czas w przekonaniu, że on wróci. Nawet gdyby żył i zostawiłby cię dla innej — głaskała ją po włosach — nie masz prawa żyć w oczekiwaniu na jego powrót. Musisz wyjść z tego przeklętego koła. Poczuć w końcu, że jesteś wolna! — zerwała się z łóżka, unosząc dłonie ku górze. Jak jakiś motywacyjny coach.- Nigdy nie byłaś jego własnością, dlatego nie możesz karać siebie za jego śmierć. To był wypadek…

— Oglądasz to czy nie?

— Jedziesz czy nie? — mruknęła, zirytowana zachowaniem przyjaciółki.

— Oglądam..

— I właśnie taka jest z tobą rozmowa! — podniosła się, wymachując łyżką.

— Miskę masz przy łóżku. Bo pewnie będziesz rzygać po tych lodach — zrzuciła jej głowę z kolan. Okrywając się kocem, położyła się plecami do niej dając wyraźny znak, że nie będzie z nią rozmawiała.

Nie pogodziła się z jego śmiercią. Wolała wierzyć w to, że wyjechał. Ze pewnego dnia wróci i powie, że zaczynają nowe życie. Dlatego nie przeżyła żałoby tak jak trzeba. Nie była przygotowana na jego śmierć. Planując normalne życie, raczej w swoich wyobrażeniach planowali dzieci i spokojna starość. Ale ktoś zdecydował inaczej. Dlaczego zawsze tak się dzieje, że gdy zaczyna się układać coś się pierdoli? Czy naprawdę osobę, która steruję tym całym światem, bawią takie sytuacje?

Jednak Dawida już nie ma. Najpierw zostawili ja rodzice ginąc w wypadku samochodowym. Później on. Do oczu napłynęły jej łzy. Jednak nie chcąc niepokoić Jagny, przyłożyła twarz do poduszki, jak najbardziej się dało.

— Tylko nie płacz za długo. Zamierzam się wyspać przed podróżą — brunetka przytuliła się do niej. — Pamiętasz? Od początku utrudniali wam wszystko. Nie możesz pozwolić, żeby zabrali ci wspomnienia — Głaskała ja po włosach. — Dawid był twoim mężem. Nie zapomnisz o nim nigdy… Przecież wiesz.

— Lena spojrzała się na nią czerwonymi od łez oczami. To wszystko było takie proste. Żyć dalej. Nie tak jak dawniej. Nie tak jak dotychczas. Nie wegetować. Żyć dalej.

— Naprawdę wierzysz w to, że ktoś z nich pójdzie jutro na grób? — Pokiwała przecząco głową, zaciągając się płaczem. Z pewnością będą zajmować się swoimi interesami.

— Dlatego my pojedziemy. Wystroimy cię jak na młoda wdowę przystało. — W tym rozmazanym makijażu, dziwna forma na głowie jej poważna mina wyglądała dość zabawnie. Lena wytarła łzy i zaczęła się nie po hamowanie śmiać.

— Ty jesteś niezrównoważoną psychicznie. Ja tu ci swoje serce, o, jak na dłoni podaje. A ty się z tego śmiejesz. A idź w cholerę… — Kojące głaskanie po włosach wprowadzało ja w stan błogiego spokoju. Zasypiała, będąc gotowa na stawienie czoła porankowi. Chociaż umysł podpowiadał jej, że lepiej spędzić ten dzień w łóżku. Serce bardzo chciało jechać.

Obudził ją zimnu powiew majowego wiatru. Otworzyła oczy i spostrzegła, że okno tarasowe otwarte jest na oścież

— Ja pierdole, Kalinowska. Ty powinnaś się leczyć — wyskoczyła z łóżka jak oparzona

— Ciiicho, śpię — przekręciła się na brzuch

— Jeszcze szerzej mogłaś otworzyć ten balkon — wstała i zamknęła okno balkonowe.

— Normalna jesteś? Jak ja na krok nie wstawałam.

— Ty jak jesteś pijana to nie oganiasz co robisz.

— Wymieniłabyś sobie te okna. A nie jakieś felerne masz, że ci się same otwierają i na mnie zwalasz.

— Weź...Idę się kąpać. Skoro mamy jechać do tej Warszawy

— To jednak jedziemy? — zerwała się z łóżka.

— Na cmentarz tylko. I wracamy.

— Będę jechać pół dnia pociągiem, żeby pobyć w Warszawie godzinę i znowu pół nocy jechać? Nie dziękuję, ja się na takie coś nie piszę. Jedziemy przynajmniej na jeden dzień. — Lena trzasnęła drzwiami i zamknęła się w łazience.

— Pojebuska! — rzuciła szpilką Leny w drzwi.

I kto tu był nienormalny…

Jagna

Ledwo co zdążyły na pociąg.

Przemiła pani w kasie z przykrością informowała je o braku wolnych miejsc siedzących. Miały jednak nadzieję, że chociaż przez chwilę będą miały możliwość rozprostowania gdzieś nóg. Stojąc na korytarzu, tuż przy łazience, wiedziały, że niestety tak nie będzie.

Jagna wyczuwała na sobie wściekły wzrok Leny. Blondynka całkowicie odzwyczaiła się od takiej formy podróżowania. Samochody dostępne na wyciągnięcie ręki, międzymiastowe loty…

Zdecydowanie pociąg nie był spełnieniem jej wysokich wymagań.

— Naprawdę? — usłyszała zdenerwowany głos Leny. — Będę 4 godziny stać przy kiblu? I to wszystko za — spojrzała na bilet — 150 zł. Najlepiej wydane pieniądze w życiu.

— Będziemy jechały trzy godziny piętnaście minut — mruknęła Jagna, obserwując ludzi na peronie.

— Wysiadam na następnej stacji. Od początku wiedziałam, że to głupkowaty pomysł. Wymyślony w dodatku po pijaku — tryb marudzenie w przypadku Leny został całkowicie uruchomiony. Jagna doskonale zdawała sobie sprawę, że blondynka jest w stanie wysiąść na następnej stacji i nawet na pieszo wrócić do mieszkania.

— Jeśli chcesz to możemy wysiąść nawet teraz. Ale muszę coś ci powiedzieć — stała odwrócona do niej plecami. — Zwolniłam się z pracy — kątem oka spojrzała się na Lenę. Stała zdziwiona. — Ale się nie drzyj — odwróciła się do niej, krzyżując ręce na piersiach. Oczy Leny zrobiły się jeszcze większe. Mogła sobie tylko wyobrażać co dzieje się w jej głowie. Druga wojna światowa przy tym, to jakiś pikuś. — Wyprowadzam się do Berlina. Dostałam świetną propozycję pracy w niemieckiej telewizji… — zawiesiła głos — to szansa..

— No najlepiej, zostawcie mnie wszyscy. Ale pewnie, jedź. Szczęśliwego nowego życia — wysiadła z pociągu.


Po chwili machina ruszyła. Lena stała dalej na peronie wpatrując się odjeżdżającą przyjaciółkę. Brunetka wyciągnęła telefon i szybko wystukała na klawiaturze telefonu kilka słów.

„Przepraszam, wyjeżdżam w poniedziałek.”

Adam

Tuż przed śniadaniem odwiózł Bognę na dworzec. Wyjeżdżała do Warszawy. A następnie do Tajlandii, na sesje zdjęciową do jednej z marek produkujących stroje kąpielowe. Przynajmniej przez kolejne cztery tygodnie mógł pracować, ile mu się podobało.

Pomógł wnieść jej walizkę do środka. Pocałował ją w czoło. Tylko na tyle było go stać. Już dawno zrezygnował z rzewnych pożegnań z kwiatami w dłoniach.

— Zadzwoń jak dojedziesz — odwrócił się i wysiadł. Pewnie nie będzie miał czasu, żeby odebrać telefon, bo będzie na kolejnym sprawozdaniu. Chciał zachować pozory. Że chociaż jeszcze trochę mu zależy. Pomachał na pożegnanie, ale ona już była zajęta sprawdzaniem Instagrama.

Ta dzisiejsza miłość.

Zauważył, że z ostatniego wagonu wychodzi znajoma mu postać. Ubrana cała na czarno, niczym nadchodząca śmierć. Blond włosy układały się na jej ramionach, przełamując tę jednobarwną, jakże seksowną, stylizację. Musiał przyznać, że w tej skórzanej kurtce stylizowanej na motocyklową wyglądała naprawdę pociągająco.

Nawet z nienawiścią wymalowaną na twarzy.

Zatrzymała się przy jednym z okien pociągu. Osobie siedzącej wewnątrz bez zastanowienia pokazała środkowy palec. Poziom jej irytacji zdecydowanie musiał przekraczać jego skalę niechęci do Bogny.

— Niemiły początek dnia? — zapytał, zatrzymując się obok niej.

— Nieoczekiwany. Niespodziewany. Wybuchowy, powiedziałabym — mruknęła, przeczesując dłonią włosy. — Narzeczony Bogny — wskazała na niego palcem — prawda? — zapytała, jakby szukając potwierdzenia.

— Dokładnie tak — wyciągnął dłoń w jej kierunku, nie będąc pewnym czy odwzajemni uścisk — Adam Krause.

— Helena Bosacka — chwyciła jego dłoń. Uścisk miała dość konkretny, jak na tak drobną kobietę. — Nie było okazji poznać się na sesji.

— To może kawa? — aż sam zadrżał na ton swojego głosu. Już dawno nie wypowiedział niczego tak niepewnie.

— W zasadzie — spojrzała na zegar wiszący na peronie — moje plany i tak uległy zmianie — westchnęła, orientując się że pociąg pognał już w kierunku Warszawy.

— W takim razie zapraszam. Znam bardzo fajną kawiarnie. Serwują rewelacyjną kawę, nawet o 7:30 — zaśmiał się wskazując ręką, drogę w kierunku wyjścia.

— Tak? To ja chyba jeszcze jej nie poznałam — zaśmiała się, zapinając kurtkę. Pomimo, że był maj poranki były jeszcze dość chłodne.

— Będziesz zachwycona — zaśmiał się, kierując się w stronę samochodu. — Interesy się nie udały? — zapytał, otwierając drzwi samochodu.

— Nie. Przyjaciółka wyprowadza się do Berlina. Jutro — wsiadła do środka. Jej Nissan, był niczym w porównaniu z białym Opelem Crossland X. W jej oczach malowało się zaciekawienie. Albo może jakąś skłonność do luksusu?

— To nie koniec świata. Pochodzę z Berlina — wsiadł do samochodu i opalił go — co taka zdziwiona?

— Jesteś Niemcem? Serio? Świetnie mówisz po polsku — usiadła bokiem do niego.

— Suprise — zaśmiał się.

W niedzielę o tej godzinie na szczęście niewielu śmiałków decydowało się na wojaże po sopockich drogach.

— A przed nami najlepsza kawiarnia w tym mieście — dłonią wskazał na rozpościerający się przed nimi znak znanej sieci fast foodowej.

— Naprawdę? — zaczęła się śmiać — zapraszasz mnie na kawę do McDonald’s?

— A wiedziałaś w tym mieście coś innego otwartego od tej godziny? — popatrzył na nią, tak jakby od niechcenia podnosząc prawą brew do góry.

— Re-we-la-cja — śmiała się cały czas.

— Widzisz, przynajmniej poprawił Ci się humor — podjechał na McDrive. — Dwie czarne kawy poproszę.

Kątem oka zauważył jaka blondynka opiera się głową o szybę. Uśmiech nie schodził jej z twarzy.

— Już mogłeś chociaż latte zamówić — przekręciła oczami.

— Latte jest dla słabych — poruszył brwiami, powodując kolejną falę śmiechu.

Nie do końca potrafił ją rozszyfrować. Starała się trzymać dystans, aby za chwilę go skrócić. Wydawało mu się, że jej silna postawa to tylko mur zbudowany przed światem.

Jednak z pewnością lubiła dobrą kawę, z dużą ilością spienionego mleka.

Nie potrafił przywołać z pamięci sceny z sesji, gdzie ona — jako osoba wywołująca całe to zamieszenie — wtrącałaby się w twórczą pracę fotografa i swojej menadżerki. Stała z boku, potakując tylko głową. Zdziwiła go taka nieśmiałość w niej. Skoro miała odwagę zarządzać firmą w jeansach i w dziwnym upięciu na włosach, powinna mieć odwagę aby wchodzić w konwersację z osobami decydującymi o przyszłości jej biznesu.

W swoim zachowaniu przypomniała trochę sterowaną marionetkę. Spotkanie jej na dworcu — w sytuacji sprzeciwu — było dla niego czymś zaskakującym.

Nie mógł jednak zaprzeczyć, że czuł się źle w jej towarzystwie. W ciągu tych kilkunastu minut, zatarły się w nim te dziwne spostrzeżenia z ich pierwszego. Była całkowicie normalna. Otwarta. Gotowa na szaleństwa. Jednak gdzieś w głębi serca, skrywała tajemnicę, która nie pozwoliła mu na dokładne zrozumienie jej zachowań.

Jej włosy delikatnie połyskiwały wśród promieni porannego słońca. Zapowiadał się naprawdę piękny dzień. A on nie zamierzał chyba spełnić go inaczej, niż z nią.

— Powiedz mi, co lubisz najbardziej? — zapytał, gdy dojechali do skrzyżowania.

— W sensie? Że co? — zaśmiała się, biorąc łyk kawy. Skrzywiła się trochę, bo napój był naprawdę gorący.

— Po prostu...co lubisz? — wpatrywał się w nią dość nachalnie, ale jej chyba to nie przeszkadzało, bo nawet na niego nie spojrzała. Wpatrywała się w pojawiające na horyzoncie morze.

— Lubię — przełknęła głośno ślinę — lubię wschody i zachody słońca. Lubię jak słońce otula moją twarz. Wtedy czuję się tak, jakby nie istniały żadne problemy — zerknęła na niego kątem oka. — Lubię leżeć pod kocem i nic nie robić. Lubię oglądać komedie romantyczne. Lubię zastanawiać się, co by było gdyby… — zawiesiła głos. Nie dokończyła zdania.

Delikatnie przymknęła powieki, mocniej zaciskając dłonie na kubku z ciepłym napojem.

Była taka krucha.

I jeszcze bardziej samotna.

Lena

— No chyba żartujesz! — zaśmiała się, kiedy dojechali do wejścia na plażę. — Kawa z McDonald’s i plaża. W każdej innej sytuacji pomyślałabym, że to randka.

— A może to randka? — objął ją w pasie.

— Masz narzeczoną. Ona jest modelką. A ja — pokazała na siebie — raczej nie mam z nią szans — zaśmiała się, wyślizgując się z jego uścisku.

Przyspieszyła nieco krok. Adam zdecydowanie zbyt mocno sobie pogrywał. Znali się dopiero kilka chwil, a jego odważne ruchy tylko zniechęcały Lenę. Musiała jednak przyznać, że pomysł wywiezienia jej na plaże i uzupełnienia jej organizmu w kawę był w stu procentach trafiony.

Zdjęła buty i stanęła nad brzegiem morza. Było piekielnie zimne. Stała niewzruszona, wpatrując się w spokojną taflę wody. Rok temu o tej porze zapewne jeszcze spała w objęciach Dawida. Nie było go już trzysta sześćdziesiąt pięć dni. A ona sobie radziła. Chociaż myślała, że jej życie skończyło się w momencie zobaczenia urny z prochami. Ona dalej żyła. I się realizowała.

Z jednej strony cieszyła się, że Bosaccy odcięli się od niej kompletnie. Spotkania z nimi jeszcze bardziej wprowadzałby w niej poczucie zagubienia. Brak ich obecności sprawił, że szybciej zapomniała o bólu jaki jej zadali zabierając ukochanego męża.

— Kawa ci stygnie — nie spostrzegła, kiedy pojawił się obok niej Adam. — I jak tak będziesz stać to nabawisz się zapalenia płuc i…

— umrę? — spojrzała na niego, biorąc łyk kawy. Zmieszał się, bo nie spodziewał się takiej odpowiedzi z ust dwudziestoośmioletniej kobiety.

— I Kamila znowu podrzuci nam dziecko, bo będzie musiała zająć się twoimi sprawami — odpowiedział z nutą bezczelności w głosie. Wpatrywał się w spokojne morze.

— Kamila ma dziecko? — zdziwiła się Lena, gdyż nigdy nie zapytała o to swojej menadżerki. Z góry założyła, że dziewczyna jest singielką. Ba, podejrzewała ją o to, że jest zagorzałą feministką. Ogarnęły ją wyrzuty sumienia. Zdecydowanie za dużą ilością spraw obarczyła dziewczynę.

— Nie powiedziała ci? Tak. Uprzedzając twoje pytania. Jest samotną matką. Na dziecko zdecydowała się z własnej nieprzymuszonej woli. Ojca nie zna, bo materiał do zapłodnienia otrzymała z takiego specjalnego banku. A teraz wyjdź. Bo naprawdę się rozchorujesz — złapał ją za rękę, wyprowadzając z wody.

— Myślałam, że jest samotna. W sensie, że wiesz… żyje sama. Bez zobowiązań — próbowała złożyć jakieś składne zdanie. Ale nie wychodziło jej tak, jakby oczekiwała.

— To może pora zacząć rozmawiać ze swoimi pracownikami? Nie wiem, gdzie uczyłaś się biznesu, ale rozmowy są teraz w cenie — puścił jej oczko.

— To, że jestem blondynką nie oznacza, że nie znam się na niczym — mruknęła oburzona, zakładając na mokre stopy adidasy. Usiadła na piasku. Kubek z letnią już kawą postawiła obok siebie. A dłonie skrzyżowała na piersiach.

— Ale najwyraźniej cię to irytuje — stał przed nią, zgniatając w dłoniach pusty kubek.

— A ciebie to bawi. Może porozmawiamy o tym jak ty traktujesz swoich pracowników, co? — założyła włosy za ucho. — Z pewnością jesteś zimnym i zarozumiałym panem na kontrakcie, który tylko czeka aż minie pół roku żeby wrócić na swoją ciepłą posadkę w Berlinie — zauważyła jak na jego twarzy maluje się niepewność. Zmarszczył czoło, czekając na kolejne słowa monologu blondynki. — Trafiłam? — zaśmiała się, przygryzając dolną wargę. — Trafiłam — pokiwała twierdząco głową. — A teraz przesuń się. Zasłaniasz mi widok.

— Łatwo przychodzi ci ocenianie innych — usiadł obok niej, zarzucając jej na ramiona swoją kurtkę.

— Można powiedzieć, że mam w tym doświadczenie. To kiedy wracasz do Berlina? — napiła się resztki kawy.

— Teoretycznie za trzy miesiące. Chyba, że coś mnie tu zatrzyma…

— Bogna jeszcze tego nie zrobiła? — wstała, wolnym krokiem ruszając przed siebie. Stopy niepewnie stawiała w piasku.

— Jak słusznie zauważyłaś Bogna jest modelką. Dla niej nie ma znaczenia, gdzie mieszkamy — ruszył za nią, asekurując ją gdyby upadła.

— Czyli wiążesz z nią jakąś przyszłość? — odwróciła się do niego, kontynuując swój spacer.

Nie rozumiała dlaczego tak łatwo weszła z nim w tę grę słowną. Domyślała się, do czego zmierza. I co próbuje przez to jej powiedzieć. Nie musiała zaprzeczać, że Adam należy do osób brzydkich. Powiedziałaby, że nawet wpisuje się w jej kanon idealnego faceta. Wysoki, na około metr osiemdziesiąt osiem, ciemne, grube włosy. Z delikatnie dłuższą grzywką zaczesaną na prawo. Idealnie zbudowana sylwetka.

— Biegasz? — zapytała przerywając ciszę, którą wypełniał tylko szum morza.

— Czasami. Jak się zdenerwuję — poprawił włosy, napinając przy tym swój biceps.

— Jaaasne — przekręciła oczami. Wiedziała, że swoją obojętnością prowokuje go do dalszego zachwycania się sobą.

— A ty? Ćwiczysz coś? — chwycił ją w pasie i przyciągnął do siebie. Oblał ją zimny pot. Zdecydowanie nie powinna godzić się na takie traktowanie. Ale nie potrafiła mu odmówić. Miał coś takiego hipnotyzującego w tych swoich niebieskich, niemalże turkusowych, oczach.

— Jeśli jest ci zimno, to po prostu weź swoją kurtkę — ściągnęła ją z ramion — a nie co chwile próbujesz ogrzać się o mnie.

— Nie pozwolę ci marznąć. Wieje zimny wiatr od morza. A ty byłaś na tyle nieodpowiedzialna, że chciałaś zaliczyć pierwszą kąpiel w morzu, w tym roku — pocałował ją we włosy.

Stanęła jak wryta. Tego to już w ogóle się nie spodziewała. Wymierzyła w niego palcem.

— Nie pozwalaj sobie. Znamy się ledwo godzinę… — przerwał jej w bezczelny sposób, nie pozwalając dokończyć jej zdania.

— Tak? A ja mam wrażenie, że znamy się całe życie — chwycił ją za rękę. — Zapraszam cię na śniadanie. Tym razem na pewno tego nie pożałujesz.

— O nie, ja już nigdzie z tobą nie jadę — podniosła obie ręce do góry. — Znowu wywieziesz mnie na jakiegoś fast fooda. W domu mam śniadanie — wziął ją na ręce i niósł wszerz plaży. Machała nogami, próbując jakoś wyrwać się z jego uścisku. Niestety trzymał ją na tyle silnie, że nawet wybuch bomby atomowej nie był w stanie jej wyswobodzić z jego objęć.

— Za trzy minuty będziemy w moim mieszkaniu. Zaserwuję ci naprawdę dobre śniadanie. A później będziesz mogła robić co tylko zechciesz.

— Wiesz, że to kwalifikuje się pod porwanie?

— Tak? — udał zdziwionego. — Widzę, że jesteś dobra w te policyjno-mafijne definicje — zaśmiał się. Jej jednak nie było do śmiechu. Nie mogła przecież mieć na czole napisane do jakiej rodziny należała. I co nieco orientuje się w pojęciach. W końcu nie raz czytała w internecie kodeks karny.

— Zrobiłaś taką minę jakbyś była głową jakiegoś gangu — zaśmiał się, szukając w kieszeni kluczy do drzwi. Nawet nie zorientowała się, że znajdują się już pod klatką.

— Może jestem? — zrobiła duże oczy. — Możesz nie macać mnie po tyłku?

— A w jaki inny sposób mam wyciągnąć klucze? — zrobił jeszcze głupszą minę niż ona.

— Nie wiem, może zamontować sobie domofon na kod? Cztery cyferki i po sprawie — weszli do środka. A raczej on wszedł, niosąc ją na rękach. — No nie — jęknęła — windy też nie masz.

— Niestety. Jestem zmuszony wnieść Cię na trzecie piętro — chwyciła go mocniej za szyję, obawiając się, że podczas tych wojaży upuści ją wprost na schody.

— Współczuję twojemu kręgosłupowi. Naprawdę — zaśmiała się. — Nie boisz się, że wpadniesz na jakąś wścibską sąsiadkę, która doniesie Bognie, że sprowadzasz do mieszkania obce baby? — poprawiła mu opadający na czoło kosmyk włosa. — Sorry, bardzo mnie irytował.

— Bogna, jest jakieś pierdyliard kilometrów stąd. Do mojego mieszkania mogę sprowadzać sobie kogo tylko chcę — postawił ją pod drzwiami, na których widniała cyferka 12. Zabawne, bo mieszkali pod tym samym numerem.

— To jednak nadal twoja narzeczona — oparła się o ścianę, czekając aż otworzy drzwi.

— Zawsze zamykasz drzwi na dwa zamki? — zmarszczyła czoło, obserwując jak męczy się z otworzeniem górnego zamka. Zaśmiała się pod nosem, widząc jego niezadowolenie na twarzy.

— Zawsze wtedy kiedy zapraszam na śniadanie nieznajome kobiety — gestem dłoni zaprosił ją do środka.

Telefon Leny powiadomił ją o przychodzącej wiadomości. Nie skupiając się na tym co poczyna Niemiec, zerknęła na ekran smartfona. Kolejna wiadomość do Jagny z informacją, że dojechała na miejsce.

„Ok”, odpisała krótko. Włożyła telefon z powrotem do torebki. Rozejrzała się do mieszkania, które nie wyróżniało się niczym szczególnym na tle innych mieszkań rodem z PRL-u. Widać było, że nie przykładał uwagi do tego jak mieszkał. Z resztą, za chwilę i tak go tutaj nie będzie. To po co miał tworzyć przestrzeń, która miała stać się jego domem.

— Dużo pracujesz? — weszła do kuchni i usiadła na blacie.

— Tyle co każdy — odparł wyciągając z lodówki jajka. — Jajecznica? Masz ochotę?

— Może być — wzruszyła ramionami, zakładając nogę na nogę. Na drzwiach lodówki oprócz kilku magnesów, wisiało ich kilka wspólnych zdjęć.

— Bogna, przez swój wiek, to pewnie niedługo będzie kończyć swoją karierę modelki? — spojrzała się na niego, gdy szukał w szafce jakiejś miski. Zdecydowanie nie gotował często w domu.

— Masz na myśli to, że jest stara? — zerknął na nią ukradkiem.

— Jak na modelkę, to nie należy do najmłodszych — przekręciła oczami.

— Ale ją zatrudniłaś — z podziwem patrzyła jak prowadzi z nią rozmowę i jednocześnie gotuje. Zdecydowanie musi podszkolić swoje umiejętności gotowania. Musiała przyznać, że jego uwagi były coraz bardziej trafne.

— Do tej pory inaczej wyobrażałam sobie finansistów, wiesz? — zaśmiała się. — Myślałam, że potraficie rozplanować sobie cały dzień. I na liście odhaczacie co już zrobiliście, a co jeszcze nie. No i, że każda minuta to jakieś pieniądze. Co oznaczałoby, że poprzez kawę i śniadanie ze mną straciłeś już ładną sumkę — zaśmiała się. Znowu nerwowo zmarszczył czoło. Najwidoczniej słowa Leny trafiły w czuły punkt.

— Jeszcze dodaj, że moja organizacja powinna wynikać z tego, że jestem Niemcem — wzruszyła ramionami i zaczęła się śmiać.

— To już ty powiedziałeś — zeskoczyła z blatu. — Gdzie jest łazienka? Chciałabym skorzystać.

— Drzwi przy wejściu — odparł, nie spuszczając wzroku ze ścinających się jajek.

Weszła do niewielkiej łazienki i pierwsze co rzuciło jej się w oczy to wielkie sińce pod oczami. Zdecydowanie nie powinna słuchać Jagny i chociaż nałożyć cienką warstwę podkładu w podróż. Wyglądała jakby ktoś zdjął z krzyża. Zdecydowanie nie miała już organizmu dwudziestolatki, który regenerował się po takiej dawce alkoholu w trymiga.

Przeczesała dłonią, włosy aby chociaż trochę zamaskować to, że powinna wybrać się do fryzjera na zlikwidowanie odrostu. Niewielkiego, ale zawsze widocznego.

Nie potrafiła zrozumieć swojego zachowania względem Adama. Znała go zaledwie chwilę, a swojego irracjonalnego zachowania nie potrafiła wytłumaczyć w żaden logiczny sposób. Powinna jechać z Jagną do Warszawy. A nie jeść śniadanie z zaręczonym mężczyzną.

Adam

Nie rozumiał co ta dziewczyna z nim robiła. Już dawno nie czuł się w obowiązku bycia tak spontanicznym. A w dodatku ona czytała go jak otwartą księgę. Powoli zaczynał rozumieć jej inność — ona po prostu taka była. Naturalna, czasami bezpośrednia. Gdyby pojawiła się w jego firmie w stylowej garsonce, w rozmowie używając fachowego żargonu potraktowałby ją jak każdą inną petentkę.

Wróciła z łazienki, uśmiechając się radośnie. On w tym czasie zdążył już nakryć do stołu. Bogna już ze sto razy skrytykowałaby go o jego brak artystycznej wizji. Kompletnie nie rozumiał, po co doszukiwać się w dekorowaniu stołu bądź każdego innego mebla w domu jakąś wizją. W dodatku artystyczną. On był ścisłowcem. Dla niego takie rzeczy były albo białe, albo czarne.

Bez artyzmu.

— Przygotowałem jajecznicę — odsunął krzesło od stołu, zapraszając ją do zajęcia miejsca.

— Wiem? Bo jakieś dziesięć minut temu pytałeś mi się czy lubię? — zaśmiała się, zajmując miejsce. No tak, rzeczywiście zadał jej takie pytanie. Jednak z całego przejęcia goszczenia jej w swoim domu, po prostu o tym zapomniał.

— Kawy? — zignorował jej odpowiedź, wracając do kuchni po talerze z parującą jajecznicą.

— Jak już to herbaty. Ale ja mogę ją zrobić — wstała od stołu i poszła za nim do kuchni.

— Ostygnie ci…

— Oj nic się nie stanie. Gdzie masz herbatę? — nalewała wodę do czajnika, rozglądając się po niewielkiej kuchni.

— Tutaj — wyciągnął kubki i włożył do nich torebki z herbatą. Bogna, pomimo tego, że była kilka lat starsza od Leny, chyba nigdy w życiu nie przyrządziła sobie sama herbaty. Było to tragiczne, bo jej konsumpcjonizm doprowadzał do tego, że czymś niedopuszczalnym było zaprezentowanie się z kubkiem herbaty w salonie. A jeśli tak już miało być to herbata musiała pochodzić z jednej z bardziej renomowanych kawiarni w Trójmieście. Denerwowało go to. Ale nie wpieprzał się w jej wydatki. Bardziej stanowczo zachowywałby się, gdyby te wszystkie „modne” rzeczy robiła za jego pieniądze.

— No, i już mamy herbatę — postawiła dwa kubki na stole. — To smacznego — uśmiechnęła się, poprawiając co chwilę opadający jej na twarz kosmyk włosów.

Wziął pierwszy kęs jajecznicy. Z przerażeniem spojrzał się na blondynkę, która jeszcze mieszkała ją sobie na talerzu. Wystrzelony jak z procy, wstał od stołu i zabrał jej talerz sprzed twarzy. Zdezorientowana patrzyła się na niego, pewnie w myślach traktując go jak skończonego idiotę. Całą zawartość wyrzucił wprost do kosza na śmierci. Nie dało się tego jeść. Z tego wszystkiego osolił ją dwu, jak i nie trzykrotnie.

— Dlaczego zabrałeś mi jedzenie? — zapytała się powstrzymując falę śmiechu. Widział to po jej oczach, w których radośnie tańczyły dwie iskierki.

— Trochę przesoliłem — nalał sobie do czystej szklanki wodę i wypił ją naraz.

— Trochę? — śmiała się. — Jakby to było trochę, to nie piłbyś tyle wody — chwyciła w dłonie kubek. Siedząc na krześle po turecku wyglądała trochę jak pięciolatek, czekający na posiłek.

— A ty gotujesz? — oparł się o szafki kuchenne, krzyżując dłonie na piersiach. Raczej nie wyglądała na taką, która spędzała w kuchni długie godziny.

— Ja? Gotuję — odłożyła kubek i zaczęła szukać czegoś w telefonie. — Zaraz poznasz moją kuchnie. Gdybyś nie miał Bogny, gwarantuję Ci, że byś się zakochał — śmiała się, cały czas klikając coś w telefonie. — O, jak to mówią. Przez żołądek do serca — odłożyła telefon. — Nasze śniadanie będzie tutaj za… jakieś dwadzieścia minut.

Patrzył się na nią, nie mogąc nadziwić się dlaczego taka dziewczyna nie ma nikogo. Kamila wstępnie mówiła mu o mężu, który zginął w jakimś wypadku. Jednak ile — u tak młodej dziewczyny — może trwać żałoba po zmarłym mężu? Chyba zdecydowanie u niej trwa to już za długo.

— Kto to? — nawet nie zauważył, kiedy przemknęła do salonu i stanęła przed ścianą, na której w ramkach powieszone były zdjęcia jego rodziny i przyjaciół.

— To? Moja mama — zaśmiał się, widząc kobietę w średnim wieku przebraną za superwomen.

— Żartujesz? — zaczęła się śmiać. Jak to robiła, tak zabawnie marszczyła nos i czoło. Zdecydowanie była to jedna z uroczych zachowań w blondynce.

— Nie, nie żartuję. To moja mama — stanął blisko niej. Chyba trochę za blisko, jak na tak krótką znajomość. Ukradkiem zerknął jak odwiesza na miejsce zdjęcie. Uśmiech nie schodził jej z twarzy, a i jego bliska obecność chyba jej nie przeszkadza.

— Wiesz… — powiedzieli równocześnie, odwracając się do siebie z takim impetem, że zderzyli się ciałami. Lena na nowo zaczęła się śmiać. Czy ta dziewczyna kiedykolwiek jest poważna?

— Moja mama nie była taka szalona — wytarła łzy, które pojawiły się na skutek jej śmiechu.

— Moja jest. Czasami zachowuje się jak dziecko. Na przykład ten strój… — westchnął. — W moim życiu są same szalone kobiety.

— Bogna wygląda raczej jak ktoś z planem na życie — usiadła na kanapie, podciągając kolana pod brodę. — Z resztą, chyba tobie to odpowiada.

— Bogna ma swój plan na życie, w którym uwzględnia tylko siebie — stał patrząc się na zdjęcia rodziny. Właśnie sobie uświadomił, że dawno do nich nie dzwonił. A jego matka nie należy do osób, które wydzwaniają codziennie z kontrolą. Jego cała rodzina raczej wychodzi z przekonania, że brak informacji jest czymś pozytywnym.

— Planujesz z nią dalsze życie, więc chyba ty też powinieneś mieć ją uwzględnioną w swoich planach — była taka spokojna, gdy mówiła o przyszłości. Dążyła do tego, żeby uzyskać jasną odpowiedź. Ale on chyba sam był do końca zbyt bardzo zagubiony, by powiedzieć to na głos.

— Wiesz… -wypuścił głośno powietrze z płuc. Nie wiedział co jej odpowiedzieć, bo sam nie znał na to pytanie odpowiedzi. A nie miał odwagi, aby okłamać Lenę. Nie potrafiłby tego zrobić patrząc w jej szaro-brązowe oczy.

— Nie wiem? — odparła, wyrywając go z zamyślenia.

— To skomplikowane — widział jak unosi czoło do góry. To chyba najbardziej opisywało stan, w jakim się znajdował. Sam wczoraj jeszcze dałby się pokroić za to, że po skończonym kontrakcie weźmie ślub z Bogną.

— Twoi rodzice już ją poznali?

— Jeszcze nie. W zasadzie myślą, że jestem sam — podszedł do okna. Nie potrafił zrozumieć po co, aż tak bardzo drąży temat.

— Uhuhu — zawyła — to jak dostaną zaproszenie na ślub to się zdziwią. Nasze jedzenie — zerwała się z kanapy, aby otworzyć drzwi dostawcy.

— A ty? Dlaczego jesteś sama? — zapytał, gdy Lena zajęła się rozpakowywaniem ich pierwszego, wspólnego śniadania. Spojrzała na niego niepewnie, odstawiając wszystko na bok.

— Mój mąż zginął rok temu w wypadku samochodowym. Nie byłam gotowa na jego śmierć. Mieszkaliśmy w Warszawie, mieliśmy w miarę normalne życie. Jednak coś zdecydowało, że nas rozdzieli… — mruknęła. — Dlatego jestem sama.

— Ale to było rok temu? — zdziwił się.

— Dopiero rok. Ciężko jest się pogodzić z taką stratą. Poza tym — machnęła ręką — prawie jednocześnie otworzyłam trzy salony kosmetyczne. Rozkręcenie tego biznesu też nie zajmuje pięciu minut. Poświęciłam na to dużo czasu — ułożyła na talerzach naleśniki.

— Trelemorele — pomagał jej podając sztućce i kolejne talerze. — Nie chcesz się zakochać? Nie chcesz czuć motyli w brzuchu? To podobno fajne — zaśmiał się.

— Podobno? — zdziwiła się. — Nigdy nie byłeś zakochany?

— Kiedyś byłem… — zawahał się. — Dawno temu. Już nie pamiętam jak to jest.

— No tak, ty już tylko zaspokajasz swoje potrzeby seksualne. Może gdybyś pokazał Bognie, że ci zależy — uderzyła go w ramię — to byłoby między wami inaczej?

— To mnie tego naucz — zaśmiał się, rozmasowując miejsce, w które go uderzyła.

— Czego? Romantyzmu? — zdziwiła się, siadając do stołu.

— Masz cztery tygodnie do powrotu Bogny. Oddaję ci się w całości — podniósł ręce do góry.

— Masz narzeczoną, ja tak nie mogę… — zamknął jej usta pocałunkiem. Nawet zbytnio nie protestowała.

— Nie można ot tak nauczyć się romantyzmu. Poza tym, żeby się czegoś nauczyć trzeba najpierw znać podstawy. Trzeba sprawdzić, czy ktoś to ma czy też nie. Musisz mi pokazać, co umiesz… — nie spodziewał się, że tak szybko podejmie jego grę.

— Tylko… — przyłożyła palec do jego ust.

— Przecież wiem. Gdy Bogna wróci, nie znamy się. Głupia nie jestem.

— Od czego mam zacząć? — stał przed nią nieco zdezorientowany.

— Nie wiem? — spojrzała na niego. — Od czego chcesz. To twoja gra — wzruszyła ramionami. — Ale ja, zacznę od śniadania…

Jagna

Zegarek pokazał godzinę zero. Wstała od biurka, po raz ostatni podchodząc do okien zajmujących całą powierzchnię ściany. Będzie tęskniła za widokiem miasta widzianego z dziesiątego piętra. Westchnęła ciężko, odwracając się w stronę drzwi. Po drodze zabrała z biurka karton z rzeczami. Pamiątkami przypominającymi jej to chwilach, które doprowadziły do jej usamodzielnienia finansowego. Jednak nie tylko pieniądze się dla niej liczyły. Pragnęła szacunku, a na każdym kroku była krytykowana przez wszystkich. Zaczynając od dyrektora kończąc na anonimowych użytkownikach internetu. No i Lenie, która wyraźnie nie popierała jej szalonego pomysłu wyjazdu i przeprowadzki do Berlina.

Odgłos jej szpilek rozchodził się po całym korytarzu. Pomimo zakończenia czasu pracy, nikt nie odszedł od swojego biurka. Jagna obdarzyła każdego sarkastycznym uśmiechem. Plotki o niej krążyły po redakcji już od miesiąca, a dokładniej od dnia kiedy położyła wypowiedzenie na biurku dyrektorskim.

Według niektórych była nienormalna. W końcu chwyciła Pana Boga za nogi. Dziewczyna z wielodzietnej robotniczej rodziny, którą było stać na samodzielne utrzymanie się w stolicy. Podróże. Drogie zakupy. Niektórzy z kolei twierdzili, że dyrektor nie uległ jej zalotom. Jakby w ogóle kiedykolwiek pomyślała o tym, żeby szukać miłości wraz z niemalże siedemdziesięcioletnim dziadkiem. Inni odetchnęli z ulgą. Traktowali Jagnę jak konkurencję i z całego serca życzyli jej niepowodzenia. Podejrzewała nawet, że tworzyli oni sektę, która zrzucała się na pensję dla anonimowego hejtera.

Zamaszystym ruchem otworzyła drzwi prowadzące ją do wolności. Słońce oślepiło ją na chwilę, jednak na szczęście nikt nie przecinał jej drogi do samochodu. Z impetem wyrzuciła karton do stojącego, obok samochodu, śmietnika. Na szczęście nie był to ogromny pakunek, wiec bez problemu zmieścił się w koszu. Nie była sentymentalnie związana z tym miejscem, więc te kilka figurek i długopisów nic dla niej nie znaczyło.

Z czeluści torebki wygrzebała kluczyki do samochodu, do których przywieszony był breloczek z pawim oczkiem i kilkoma rzemykami. Jej uroczy Fiat 500 w kolorze miętowym rzucał się w oczy. Był też źródłem kpin i plotek. Wśród osób używających sobie na jej wizerunku często pojawiały się porównania do dziecka.

Rozwrzeszczanego bachora.

Rozpieszczonego najmłodszego dziecka.

Damy, której słoma z butów wystaje.

Pierwszy raz, kiedy dotarły do niej te sformułowania poczuła ukłucie w sercu. Starała się być miła dla ludzi. Jednak nauczona doświadczeniem, przez to dobro, nieraz dostała po tyłku. Każda kolejna plotka tworzyła na jej sercu twardy pancerz. Jagna coraz ostrożniej obdarzała ludzi zaufaniem.

Już nie tylko dupę miała twardą.

Serce również.

W zaskakująco szybkim czasie dojechała do mieszkania Poli. Nadal nie mogła przyzwyczaić się do nowego adresu najstarszej siostry. Po hucznym i bardzo drogim weselu zostało już tylko wspomnienie. Dla gości z pewnością pozytywne, jednak sama Pola olałaby o tym wydarzeniu zapomnieć.

Szybki ślub — szybki rozwód.

I kredyt, który ciąży tylko na ramionach młodej rozwódki.

Pomimo, że Jagna była już na miejscu, nie wychodziła z samochodu, ponieważ w radiu puszczali jedną z ulubionych piosenek. Ironia świata — najlepsze utwory puszczane są zawsze, kiedy dojeżdża się do celu swojej podróży. Gdy w radiu rozbrzmiał dźwięk wiadomości, otworzyła drzwi, a z tylnego siedzenia próbowała sięgnąć awaryjne trampki. Wolała uniknąć kolejnego powodu do kłótni z Polą. Z pewnością jej elegancka sukienka w kolorze wściekłej fuksji i białe trampki nie wyglądały perfekcyjnie. Jej poczynania stały się obiektem zainteresowania przechodniów. Naprawdę? Tyle zaciekawienia może budzić kobieta zmieniająca obuwie?

Ale żeby obrzucać ją od razu złowrogim spojrzeniem?

Naprawdę?

Trzasnęła drzwiami i pobiegła wgłąb kamienicy. Wbiegła co drugi stopień na czwarte piętro. W międzyczasie zdążyła związać włosy w swojego ukochanego koka. Zapukała do drzwi w trybie dwa puknięcia, przerwa, cztery puknięcia, przerwa, dwa puknięcia. Zupełnie jakby nadawała jakiś tajny kod.

— A ty już? Co tak wcześnie? — Pola otworzyła jej drzwi, trzymając na rękach Imbira. Specjalnie na ten dzień rudowłosa wzięła sobie wolne, aby wybić z głowy Jagny ten irracjonalny pomysł.

— Wyszłam punktualnie z pracy? Właściwie to byłej pracy? — pogłaskała po głowie kota. Kolejne miesiące miał spędzić z rozwódką idealnie wpisując się w klimat stereotypu. — Poza tym, długa droga przede mną… A chcę dojechać tam w miarę szybko.

— Jesteś nienormalna. Zostań tutaj. Znajdziesz inną pracę. Masz mnie. Imbira. Agatę… — no tak, kompletnie zapomniała poinformować ją o swoich zamiarach.

— Agata mieszka w Stanach. Ma dzieci i męża i przyjedzie za pół roku. Tak samo jak ja. — Wzruszyła ramionami kompletnie nie rozumiejąc dlaczego nikt nie popiera jej decyzji.

— To jest nieodpowiedzialne! Nie znasz tam nikogo. Nie masz gdzie mieszkać. Nie masz pracy. Za te twoje marne oszczędności nawet miesiąca tam nie dasz rady się utrzymać. Nie znasz języka… — wymieniała, gestykulując przy tym żywo.

— Pracę można znaleźć wszędzie. Ja chyba jestem tego przykładem? Oszczędności mam dużo więcej niż ci się wydaje. Wynajmę pokój w hostelu, tak na początek. Patrzyłam w internecie, nie kosztuje to dużo. A języka się nauczę. Nie jestem jakaś ułomna. — Mruknęła chcąc jak najszybciej wsiąść do samochodu i jechać przed siebie.

— Jagna! — potrząsnęła ją za ramiona — będziesz tam kompletnie sama. Nikt ci nie pomoże, a drugi Polak jeszcze wepchnie ci nóż w plecy. Myślę, że ten chłopak nie jest tego wart…

— Nie wiem dlaczego od razu zakładasz, że będę celem terrorystów. — Poszła do pokoju skąd wzięła średniej wielkości walizkę w kolorze neonowego różu. — Przebiorę się w jakiś dres, bo wyglądam idiotycznie. A Erik jest naprawdę w porządku… — Zaczęła przeszukiwać walizkę. — Znamy się już prawie rok. Pola, ja naprawdę myślę, że to bardzo dobra decyzja — dopiero teraz dotarło do niej dlaczego mieszkanie Poli jest niemalże całe w lustrach. Nie ma opcji, żeby przekonać siebie do tego, że wygląda się w czymś dobrze czy chudo. Wyciągnęła spodnie dresowe i zwykły t-shirt.

— Nie terrorystów tylko gwałcicieli, zboczeńców i naciągaczy! Będziesz tam sama! Nikt cię nie obroni. Nikt ci nie pomoże. Co o nim wiesz? Nic.– Jagna miała wrażenie, że Pola z każdym słowem nakręcała się jeszcze bardziej.

— W Polsce też mogę wyjść z domu i dostać w łeb. Pola...proszę cię. Jeśli pozwolisz skorzystam z twojej łazienki. — Ulotniła się czym prędzej do toalety. Przynajmniej tam nikt nie będzie męczył jej swoimi filozoficznymi wywodami na temat gwałtów i napadów.

Namęczyła się trochę przy zdjęciu sukienki. W domu jakoś łatwiej jej to wychodziło. W myślach kilkanaście razy przeklęła soczyście, jednak osiągnęła cel. Zdjęła sukienkę i pozbawiona trudów dnia codziennego usiadła na sedesie. Przez tę ekscytację od samego rana nie skorzystała z toalety.

Trzeba było przyznać, że jej pęcherz wykonany był z jakiejś elastycznej gumy.

— Nie rozumiem twojego postępowania. — Pola weszła do środka, jakby wchodziła do sklepu za rogiem. Jagna siedziała w staniku i w majtkach opuszczonych do połowy kolan.

— Ja twojego też nie. Sikam? — z szafki z umywalką próbowała sięgnąć t-shirt. Naprawdę nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś wchodzi jej do łazienki. Następnym razem będzie musiała pamiętać o tym, żeby w mieszkaniu Poli przekręcać drzwi.

— Oj daj spokój, odwrócę się. — Odwróciła się do niej plecami. Jagna w tym czasie założyła koszulkę i spodnie. — My się po prostu o ciebie martwimy. Nawet Filip uważa, że to zły pomysł, który należy wybić ci z głowy! — zaraz, zaraz czy Pola użyła w swoim monologu imienia Filip? Tego samego mężczyzny, który zostawił ją na tydzień przed ślubem?

— Skąd on wie o moich planach? Nie mów, że mu coś powiedziałaś? W ogóle skąd? Jak? Dlaczego do niego dzwoniłaś? Ktoś cię prosił? — zdecydowanie był ostatnią osobą, która miała prawo wypowiadać się na temat jej decyzji. Była wściekła, ale nie chciała kłócić się przed wyjazdem. Nerwowo myła ręce, chlapiąc przy tym wiszące naprzeciw lustro. Skoro ma tyle w całym mieszkaniu, umycie tego jednego nie będzie dla niej większym problemem.

— Spotkałam go ostatnio w mieście. Był z tą swoją dziewczyną… Jakoś tak w rozmowie wyszło, że chcesz wyjechać. Jagna on naprawdę się przejął. Poza tym ten plastik… — przekręciła oczami. — Nie rozumiem jak to się stało, że nie jesteście już razem. — Znakomicie. Chyba jednak wolała aby rozmawiały o nienormalnym pomyśle wyjazdu Jagny.

— Srali muchy będzie wiosna. — Mruknęła, mijając Polę. Sukienkę schowała do walizki. Naprawdę nie potrafiła zrozumieć tego jej gadulstwa. Już nie raz powtarzała jej, że kiedyś nie wyniknie z tego nic dobrego.

I miała rację.

W końcu ten dzień nadszedł.

Szkoda, że dotyczył jej i jej byłego faceta.

Na szczęście za 573 kilometry jej życie będzie tylko jej życiem. Nie żadnej Poli, nie żadnego Filipa, nie żadnego innego redaktorka. Jej i tylko jej. Trochę osamotnione, w obniżonym standardzie, ale przynajmniej będzie miała święty spokój. No i będzie mogła spotykać się z Erikiem kiedy tylko będzie chciała.

Amen.

— To jadę. Nie będę dzwonić jak dojadę, bo to już noc będzie. — Nigdy nie była świetną mówczynią w kwestii pożegnań. Chciała mieć to już za sobą. — Dbaj o Imbira. Bo jak wrócę, a jemu coś będzie to jesteś skończona. Oj, chodź tu. — Przytuliła ją. — Nic mi nie będzie. — Poczuła na ramieniu wilgoć pochodzącą od łez Poli. No tak. Można było się tego spodziewać.

— Zadzwoń, bo i tak nie będę pół nocy spała i zastanawiała się czy tam dojechałaś czy nie. I napisz czy znajdziesz jakiś pokój. Tylko nie śpij w samochodzie! I popraw się, bo wyglądasz jak żul spod sklepu. — Poprawiła jej koszulkę oraz wygładziła dresy. — A Jezu, czekaj! — pobiegła do kuchni po kubek termiczny z kawą. — Rozpuszczalna. Bez cukru. Jedź ostrożnie.

— O, dzięki. Nie wiem kiedy oddam. — Pokazała na kubek. W drugiej ręce trzymała walizkę wraz z kluczykami do samochodu. Jej szaleńcza decyzja była coraz bardziej realna. I to było piękne. — Trzymaj się!

Schodząc po schodach Pola nadal w nich stała. Nie odzywała się, jednak jej pociąganie nosem zdradzało wszystko. Zdecydowanie ta dziewczyna w ostatnim czasie bierze za dużo do siebie. O rozwód obwinia siebie, pomimo tego, że to on poszedł w tango z inną dziewczyną. O kredyt wzięty na organizację wesela obwinia siebie, bo to ona chciała postawić się przed rodziną. O wyjazd Jagny obwinia siebie, bo przecież wszyscy ją opuszczają.

Włożyła walizkę do bagażnika i obeszła samochód dookoła żeby sprawdzić czy na pewno wszystko z nim w porządku. W stolicy nigdy nie wiadomo, co stanie się z samochodem kiedy pozostawi się go na publicznym parkingu. Na tylnym siedzeniu, w pokrowcu, leżała jej suknia ślubna. Kto wie, może jeszcze kiedyś się przyda. Dobytek swojego życia zmieściła w jednej walizce i w Fiacie 500.

Lena

Nie do końca rozumiała swoje zachowanie. Z łatwością zgodziła się na układ zaproponowany przez nieznajomego. Nauka romantyzmu, za cztery tygodnie wspólnego życia. Przecież to tak bardzo nie miało sensu. Szczególnie kiedy zaproponował jej wspólne mieszkanie w tym czasie. Na to się zgodzić nie mogła. Wtedy już całkowicie weszłaby w buty Bogny, całkowicie zastępując ją przy jego boku.

Wystarczyło, że wyręczała modelkę w innych czynnościach.

Z drugiej strony tak bardzo potrzebowała obecności drugiej osoby w swoim życiu. Szczególnie teraz kiedy Jagna postanowiła wyjechać do Berlina, do chłopaka poznanego jakieś kilka miesięcy temu przez Tindera. Naprawdę wierzyła, że to tylko nic nie znacząca, platoniczna miłość.

Do swojego mieszkania wróciła stosunkowo późno. Biorąc pod uwagę, że wyszła z niego po szóstej, z zupełnie innym planem. Jednak mimo tak później godziny nie zrezygnowała z wypicia kawy. Gdy ekspres pokazał gotowość do pracy, wyciągnęła z szafki swoją ulubioną filiżankę z ręcznie malowanymi rzęsami. Dokładnie taki sam wzór zamówiła do swoich salonów.

W myślach cały czas powracała do scen sprzed kilu godzin. Ciężko było określić, czego tak naprawdę oczekiwała od tego układu. Zakochać się nie mogła, bo przecież on i tak nie zrobi nic w kierunku zostawienia modelki. Zbyt duży prestiż. W końcu jej zdjęcia można oglądać niemalże w każdej galerii handlowej. No i była twarzą jej salonów kosmetycznych…

Co bardzo komplikowało sprawę.

Nawet bardzo mocno.

Wzięła filiżankę z kawą i udała się na taras. Pomimo, że był późny wieczór, na zewnątrz temperatura pozwalała na odpoczynek wśród szumu drzew i morza. Przyjemny wiatr otulił jej ramiona.

Pozwoliła na zbyt dużo. Pod wpływem rozżalenia i tęsknoty za dawnymi czasami, podsycanymi pewnego rodzaju grą, pozwoliła na pocałunki, które przerodziły się w chwilowy wybuch namiętności.

Myśli rozdzierały ją od środka. Nie mogła stwierdzić, że żałowała tego co się stało. Bo gdyby tak powiedziała, byłaby po prostu głupia. Jednak dręczyło ją to, że wchodzi z butami w związek dwojga ludzi. Ludzi, którzy jeszcze jakiś czas temu wyglądali na cholernie zakochanych.

Nie potrafiła wyobrazić sobie tego, jak będzie wyglądało jej życie za cztery tygodnie, gdy wróci Bogna. Bo co jeśli do tego czasu się zakocha? Teraz liczy się dla niej tylko pozorna gra i seks.

I niestety nigdy nic więcej.

Miała wrażenie, że pomimo zapewnień o ślubie Adam nie jest typem mężczyzny, który lubi zobowiązania. Być może jest to jego sposób na siebie. Przez większość swojego zawodowego życia, udaje sztywniaka ubranego w pewne ramy. W związku jednak szuka czegoś innego. Bardziej szalonego i mniej zobowiązującego.

Z rozmyślań, wyrwał ją dźwięk smsa. Z cwaniackim uśmiechem na twarzy sięgnęła po telefon, oczekując, że autorem wiadomości jest Adam. Jakie było jej zdziwienie, gdy na wyświetlaczu pojawiło się imię jej przyjaciółki.

„Możesz mi wytłumaczyć, gdzie ty się podziewasz cały dzień? Piszę do ciebie i dzwonię, a ty nawet nie odbierasz. Masz prawo być zła, ale Lena ja cię proszę. Odpisz.”

Westchnęła ciężko, wpatrując się w słowa przyjaciółki. Panikowała jak zawsze. Panikowała jak jej siostry, ale gdyby powiedziała jej to w twarz, brunetka wyprałaby się tego. Wszystkie trzy były takie same. Niestety.

„Wszystko w porządku. Chyba. Zaplątałam się w mały...romans?”

Nie do końca wiedziała jak wytłumaczyć Jagnie tę relację. Bo jak bezsensownie to brzmi? Wybacz, poznałam kogoś na cztery tygodnie. Po tym czasie nasze drogi się rozejdą. Ja wrócę do swojego pracoholiczego trybu życia, a on do swoich cyferek. To było tak idiotyczne, że aż nierealne.

Czyż nie?

Adam

Nim się nie obejrzeli minęły już dwa tygodnie ich układu. Dzielili czas między pracę, a swoje wieczorne schadzki, które zawsze miały taki sam finał. Rano rozstawali się niczym nieznajomi ludzie, a nocą stawali namiętnymi kochankami.

Weekend, zaczynający ich trzeci tydzień, miał być wyjątkowy. Lena już nieraz wspominała o tym, że boi się pojechać do stolicy aby odwiedzić grób męża. Nie rozumiał jej decyzji. Dlatego zorganizował im weekend w Warszawie. Z dala od wścibskich spojrzeń sąsiadek, które chyba zdążyły zorientować się, że pewna blondynka odwiedza go zdecydowanie za często.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 56.54