E-book
15.75
drukowana A5
48.27
UWIEDZIONA MROKIEM extremis

Bezpłatny fragment - UWIEDZIONA MROKIEM extremis


Objętość:
177 str.
ISBN:
978-83-8467-710-0
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 48.27

Akt I

Rozmowa kwalifikacyjna

Ósma odmowa przychodzi w środę o dziewiątej czterdzieści, w mailu tak uprzejmym, że przez chwilę czytam go jak zaproszenie.

Z przykrością informujemy. Cenimy pani doświadczenie. Życzymy powodzenia w dalszych poszukiwaniach. Zamykam laptopa, zanim skończę ostatnie zdanie. Nie potrzebuję dokończenia. Znam je na pamięć.


Mam dwadzieścia cztery lata, dyplom z historii sztuki i wiedzę o tym, czym różni się tempera od oleju. Mam też lodówkę, w której stoi słoik ogórków i pół cytryny. Rachunek za mieszkanie leży na parapecie, przyciśnięty kubkiem, żebym go nie widziała, kiedy patrzę w okno.


Dziewiąte ogłoszenie znajduję wieczorem, prawie z przekory. Galeria szuka asystentki. Bez wymagań, bez widełek, bez słowa o „dynamicznym zespole”. Trzy zdania i adres. Wysyłam CV o pierwszej w nocy i zapominam o sprawie.

Odpowiedź przychodzi po dwudziestu minutach. Dwie linijki, bez powitania: Zapraszam jutro o 11. W.


Galeria mieści się w starej kamienicy z szarego kamienia, w miejscu, które łatwo minąć. Żadnego szyldu, tylko mała mosiężna tabliczka przy drzwiach: Galeria Kern. Okna są zasłonięte ciemnym szkłem, w którym widzę własne odbicie: dziewczyna w jedynej porządnej marynarce, z włosami związanymi zbyt ciasno.


Drzwi otwierają się, zanim zdążę zadzwonić.


— Pani Iga — mówi kobieta. To nie jest pytanie.


Ma może pięćdziesiąt lat, może mniej. Trudno to ocenić, bo wszystko w niej jest na swoim miejscu: siwe pasma w ciemnych włosach ułożone tak, jakby ktoś je tam zaplanował, granatowa sukienka, która nie ma ani jednej zmarszczki, dłonie bez pierścionków. Poza jednym. Na prawej ręce nosi cienką złotą obrączkę z ciemnym, prawie czarnym kamieniem. Kiedy zamyka za mną drzwi, obraca go kciukiem, jakby sprawdzała, czy wciąż tam jest.


— Wiktoria Kern — mówi. — Proszę za mną.


W środku jest chłodno i cicho. Powietrze pachnie woskiem, kurzem i czymś ostrzejszym, czego nie potrafię nazwać. Ściany są białe, ale światło jest ustawione tak, że nie widać, skąd pada. Obrazy wiszą daleko od siebie, każdy w osobnej strefie ciszy. Na razie nie patrzę na nie zbyt uważnie. Mam wrażenie, że to byłoby nietaktem, jak zaglądanie komuś przez ramię do telefonu.


Gabinet Wiktorii jest maleńki. Biurko, dwa fotele, lampa z zielonym kloszem. Żadnych dyplomów, żadnych zdjęć. Siadam tam, gdzie wskazuje, i kładę na kolanach teczkę z CV, po którą Wiktoria nawet nie sięga.


— Nie będę pytała, gdzie pani studiowała — mówi. — Widziałam. Nie będę pytała o praktyki, bo z pani życiorysu wynika, że były krótkie i nudne.

— To… dość trafne.

— Zwykle jestem trafna. — Uśmiecha się, ale tylko ustami. — Chcę zapytać o coś innego. Co pani lubi oglądać?


Czekam na dalszą część pytania. Nie przychodzi.


— W sensie… jakie malarstwo?

— W sensie: co pani lubi oglądać. Nie co pani powinna. Nie co pani dobrze omawia na seminarium. Co pani ogląda, kiedy nikt nie patrzy?


Mam ochotę powiedzieć jakąś bezpieczną rzecz. Wermeera, na przykład. Wermeer jest zawsze bezpieczny. Ale coś w sposobie, w jaki ona milczy, sprawia, że nie potrafię skłamać.


— Fuseliego — mówię. — Koszmar.


Wiktoria nie porusza się. Tylko jej kciuk na chwilę zatrzymuje się na kamieniu.


— Malarstwo z 1781 roku — mówi. — Kobieta na łóżku, zmora na jej piersi, koń w zasłonie. Dlaczego akurat ten obraz?

— Bo nigdy nie wiem, czy ona się boi.


Cisza trwa o sekundę za długo.


— A pani? — pyta nagle. — Boi się pani, kiedy ktoś patrzy za długo?


Pytanie trafia we mnie nieoczekiwanie. Czuję, jak coś cieplejszego pojawia się nisko w brzuchu — lekkie, prawie niezauważalne, a jednak wyraźne.


— Zależy, kto patrzy — odpowiadam ciszej, niż zamierzałam.


Wiktoria odchyla się w fotelu.


— Ma pani charakterystyczny sposób stawiania przecinków.


Powinnam się roześmiać. To dobry żart, taki, po którym rozmowa kwalifikacyjna robi się luźniejsza. Ale ona nie żartuje i oboje o tym wiemy.


— Czytam wszystko, co dotyczy spojrzenia — dodaje po chwili, łagodniej. — To moje zboczenie zawodowe. Prowadzę galerię jednego artysty. Wystawiamy go od jedenastu lat. Kiedy ludzie patrzą na jego obrazy, zawsze dzieje się to samo: najpierw się odwracają, a potem wracają. Niektórzy trzy razy w ciągu jednej wizyty.

— Nokturn — mówię.


Nie muszę pytać. Jego prace zna każdy, kto skończył historię sztuki w ostatnich latach. Człowiek bez twarzy, bez wywiadów, bez zdjęcia, z podpisem, który jest pseudonimem, i cenami, które rosną szybciej niż plotki o nim. Miałam wydrukowany artykuł o jego cyklu w teczce z tekstami do nauki. Ten obraz z kobietą przy oknie wisiał przypięty nad moim biurkiem przez pół roku.


— Nokturn — potwierdza Wiktoria. — Szukam kogoś, kto potrafi patrzeć. Reszty można nauczyć.

— Ale ja nie mam doświadczenia w prowadzeniu galerii…

— Nie o to pytałam. — Wiktoria pochyla się lekko, a ja czuję zapach jej perfum: coś suchego, drzewnego, z nutą goryczy. — Czy potrafi pani patrzeć długo? Dłużej, niż wypada?


Otwieram usta. Nie wiem, co powiedzieć. Odpowiedź, którą mam w głowie, jest niepoprawna, więc mówię ją w końcu cicho:


— Tak.


I w tej jednej sekundzie czuję, jak ciepło z brzucha unosi się wyżej — do piersi, do gardła. Jakby ktoś właśnie zdjął ze mnie warstwę, o której istnieniu nie wiedziałam.

Wiktoria wygląda na zadowoloną. Nie triumfuje, nie uśmiecha się szerzej. Po prostu odsuwa się z powrotem w fotel, jakby ktoś postawił ostatnią kropkę.

— Zaczyna pani w poniedziałek — mówi. — Dziewiąta rano. Umowa będzie gotowa do podpisu przy wejściu.

— Nie zapytała pani o wynagrodzenie.

— Ani pani. — Znów ten uśmiech, tylko ustami. — To dobrze o pani świadczy.


Kiedy wychodzę, mijam korytarz, którym mnie tu wprowadziła, ale teraz idę sama i wolniej. Ściany są białe, obrazy daleko od siebie. Nie zatrzymuję się przy żadnym. Nie ośmielam się. Ale w połowie drogi, zanim dojdę do drzwi, czuję ten ostrzejszy zapach jeszcze mocniej: terpentynę, olej lniany, coś metalicznego pod spodem. Dochodzi zza zamkniętych drzwi w głębi. Nie sposób powiedzieć, ile ich jest, bo są tak samo białe jak ściany. Tylko jedne są uchylone na szerokość dłoni.


Nie zaglądam.

Na schodach zatrzymuję się i opieram o balustradę. Ręce mi się trzęsą, więc chowam je w kieszenie marynarki. Powtarzam sobie, że to szczęście, że w końcu ktoś mnie zauważył, że powinnam się cieszyć.


Dopiero na chodniku, w miejscu, gdzie wciąż widzę swoje odbicie w ciemnym szkle galerii, przypominam sobie jedną rzecz.

Tamten tekst o Fuselim wrzuciłam pięć tygodni temu na stary profil, ten sam, na którym kiedyś lądowały zdjęcia z wakacji. Nie udostępniłam go nikomu. Nie wpisałam żadnych tagów. Myślałam, że skoro nikt go nie polubił, to nikt go nie czytał.


Wiktoria nie mogła go znaleźć przypadkiem.


Odwracam się, żeby spojrzeć na okna, ale są zbyt ciemne. Widzę w nich tylko dziewczynę o jasnych włosach związanych zbyt ciasno, z rękami w kieszeniach.


Uśmiecha się.


Tym razem wiem, że to ja.


I że po raz pierwszy od bardzo dawna ktoś naprawdę na mnie spojrzał.

Kobiety na płótnach

W poniedziałek umowa czeka na małym stoliku przy wejściu, przyciśnięta mosiężnym przyciskiem do papieru. Czytam ją dwa razy, stojąc w płaszczu, z torbą wciąż przewieszoną przez ramię. Wynagrodzenie jest prawie dwa razy wyższe, niż odważyłabym się zażądać. Standardowe zapisy, żadnych pułapek, żadnych klauzul napisanych drobnym drukiem. Poza jednym punktem, który zajmuje całe dwie linijki i którego nie da się przeoczyć:


Asystentka zobowiązuje się nie wchodzić do pracowni artysty bez wyraźnego zaproszenia.


— Formalność — mówi Wiktoria, pojawiając się bezszelestnie za moim ramieniem. — Artysta pracuje w skupieniu. Nie lubi niespodzianek.


Podpisuję. Nie zastanawiam się nad tym dłużej, niż wypada. Ale kiedy odkładam długopis, czuję na karku ciężar tego zdania, jakby ktoś właśnie zamknął przede mną drzwi, których jeszcze nie widziałam.


— Pierwszy dzień ma jedno zadanie — oznajmia Wiktoria, prowadząc mnie przez główną salę. — Patrzeć.

— Tylko patrzeć?

— Proszę traktować to jak praktykę. Będę w gabinecie. Wrócę koło wpół do pierwszej.


Zostaje po niej zapach suchych perfum i cicho zamykające się drzwi. Zostaję sama z dziesięcioma obrazami.


Cykl nazywa się Progi. Wiem o nim tyle, ile każdy, kto czytał recenzje: dziesięć płócien, dziesięć kobiet, żadnego imienia, żadnej opowieści, a jedenasty obraz wciąż w drodze. Wiem, że krytycy używają słów takich jak rozpad, przekroczenie, punkt zwrotny. Wiem, że kolekcjonerzy płacą za nie sumy wyglądające jak numery telefonów.


Nie wiedziałam tylko, że te płótna są tak ogromne.


Ten, który wisiał nad moim biurkiem przez pół roku, w wydrukowanej reprodukcji zajmował dwanaście centymetrów. Tutaj ma prawie dwa metry wysokości. Kobieta przy oknie stoi w naturalnej wielkości, z dłonią opartą o parapet, a jej nadgarstki są bielsze, niż pamiętam. Nigdy nie dostrzegłam tego na wydruku: farba na szyi jest cienka, prawie przezroczysta, z zimnym niebieskim cieniem pod uchem, jakby ktoś położył tam palec.


Podchodzę bliżej. Na podłodze biegnie linia z taśmy, dyskretna, szara. Zatrzymuję się dokładnie przed nią.


Patrzę na jej twarz.


To nie jest strach. Wiem, jak wygląda strach w malarstwie: widziałam go setki razy, u Muncha, u Goi, u Fuseliego. Rozszerzone źrenice, otwarte usta, ręce podniesione do obrony. Ta kobieta nie ma żadnego z tych znaków. Jej usta są lekko rozchylone, ale nie do krzyku — raczej tak, jakby zaczynała o coś prosić i wstrzymała oddech w połowie zdania. Spojrzenie nie jest skierowane na widza. Patrzy w bok, nieco poza mnie, na kogoś, kto stoi po lewej.


Robię krok w prawo, żeby sprawdzić, czy wzrok się przesunie. To stary trik malarski, każdy wykładowca opowiadał o nim na pierwszym roku. Wiem, że to tylko złudzenie.


A jednak spojrzenie podąża za mną.


Ciepło zaczyna się na karku. Powoli, jakby ktoś położył tam dłoń i nie zabrał jej od razu. Schodzi wzdłuż kręgosłupa, niżej… i niżej. Przenosi się na brzuch. Zatrzymuje na chwilę tuż nad linią majtek, jakby czekało, aż sama zdecyduję.


Nie decyduję. A ono i tak schodzi.


Czuję, jak przenika pod czarnymi koronkowymi stringami i zuchwale wdziera się między uda, żeby tam już zostać i zamienić się w to cholernie przyjemne mrowienie. Łechtaczka pulsuje raz, mocno, tak wyraźnie, że aż wstrzymuję oddech. Majtki robią się wilgotne w jednym, szybkim uderzeniu.


Poprawiam marynarkę. Nie pomaga.


Syndrom Stendhala — myślę. Zawroty głowy, przyspieszone tętno, poczucie zbyt dużego natężenia sztuki. Opisany, udokumentowany, niegroźny. Człowiek staje przed obrazem i ciało reaguje szybciej niż rozum. Uczyłam się o tym na trzecim roku.


Ta wiedza jest bardzo wygodna. Trzymam się jej jak poręczy. I wiem, że kłamię.


Bo to nie jest reakcja na farbę. To jest reakcja na czyjeś spojrzenie, które ktoś namalował tak dokładnie, że ciało bierze je za prawdziwe.


Przechodzę do następnego płótna.


Kobieta stoi przy ścianie, tyłem do widza. Czoło opiera o tynk, dłonie kładzie płasko na wysokości głowy, jakby chciała wtopić się w mur. Twarz ma odwróconą tylko na tyle, żeby widać było jedno oko i kąt ust. Światło pada od tyłu, ciepłe, złote, i rysuje na jej łopatkach dwa cienkie, jasne łuki.


Nie ma w tym nic wulgarnego. Jest ubrana, sukienka opada z jednego ramienia, ale nie odsłania niczego, czego nie widać na plaży. A jednak coś we mnie odwraca wzrok — jak przed cudzym listem, którego nie powinno się czytać.


Jej oko. Jedno oko, wpółprzymknięte, a w nim coś, czego nie potrafię nazwać. Nie prośba o pomoc. Raczej coś przeciwnego: zgoda na to, że pomocy nie będzie.


Między nogami robi mi się cieplej. Przekładam nogę przez drugą i stoję tak, ze skrzyżowanymi udami, przyciskając je do siebie najmocniej, jak się da. Materiał stringów wciska się między wargi. To powinno uspokoić. Nie uspokaja. Każdy oddech przesuwa tkaninę po łechtaczce i muszę zacisnąć zęby, żeby nie wydać dźwięku w pustej sali.


Trzeci obraz: kobieta na krześle, dłonie złożone na kolanach, twarz uniesiona. Wygląda jak ktoś, kto siedział godzinami w bezruchu i właśnie przestał się opierać. Nie płacze. Nie drży. Ale w jej rysach obecny jest ten sam moment, który powtarza się na wszystkich płótnach, jak podpis nieumieszczony w rogu: sekunda tuż po tym, jak coś w niej pękło.


Czwarty. Piąty. Szósty.


W którymś momencie przestaję notować w głowie techniki i kompozycje. Przestaję myśleć o kolorze, pociągnięciach pędzla, cytatach z barokowych mistrzów. Stoję po prostu przed nimi jak przed żywymi ludźmi i czuję rzeczy, których nie chcę nazywać.


Łechtaczka domaga się uwagi coraz mocniej. Majtki są już wyraźnie mokre. Kolana drżą. Odruchowo przyciskam uda jeszcze ciaśniej i wyobrażam sobie — na pół świadomie, na pół wbrew sobie — czyjąś dłoń na moim karku. Nie Wiktorii. Męską. Ciężką. Taką, która nie pyta, czy może zostać.


Wstyd przychodzi zaraz potem, szybki i gorący. Bo to nie jest zwyczajne wzruszenie. Znam wzruszenie — to coś zupełnie innego. Coś, co nie powinno mnie tu spotkać, w pustej galerii, w poniedziałkowy poranek, w jedynej porządnej marynarce.


To tylko reakcja estetyczna, powtarzam sobie w myślach po raz drugi. Za drugim razem to zdanie brzmi już mniej pewnie.


Orientuję się, że stoję zbyt blisko, dopiero wtedy, gdy dostrzegam własne buty. Taśma na podłodze została pod nimi. Przekroczyłam ją nieświadomie przy siódmym obrazie — tym z kobietą w ciemnej sukni, której twarz wygląda tak, jakby właśnie ktoś wypowiedział jej imię.


Cofam się gwałtownie. Serce bije mi mocniej, niż powinno. Między nogami pulsuje tak wyraźnie, że przez chwilę boję się iść.


Rozglądam się. Nikogo. Cisza taka, że słyszę własny oddech.


I wtedy to zauważam: w rogu sufitu, pod samą listwą, mieści się maleńka czarna kamera z czerwoną kropką. Wcześniej jej nie dostrzegłam. Nie była ukryta — po prostu niepozorna, jak coś, co ma zostać zauważone dopiero wtedy, gdy przestaje się to liczyć.


Kto ogląda nagrania?


Pytanie jest głupie. To galeria, wartościowe obrazy, oczywiście, że zainstalowano monitoring. Nie ma w tym nic niezwykłego. A jednak przez chwilę stoję nieruchomo, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, jak ktoś przyłapany na gorącym uczynku, i myślę o tym, jak wyglądałam przed chwilą: z twarzą zwróconą w stronę płótna, ze skrzyżowanymi udami, z oddechem, którego nie umiałam wyrównać.


Ciekawe, myślę. Ciekawe, co widać z zewnątrz, kiedy człowiek nie wie, że ktoś na niego patrzy.

I jeszcze jedna myśl, głupsza, której nie powinnam dopuszczać: czy ten ktoś za kamerą widział, że przyciskałam uda. Czy widział, że mi się to podobało.


Wiktoria wraca o wpół do pierwszej, co do minuty.


— I co? — pyta, stojąc w drzwiach ze splecionymi z przodu dłońmi i obracając kciukiem kamień na palcu.

— To… bardzo mocna praca — mówię.

— To zdanie z ulotki.


Uśmiecham się nerwowo. Czuję, że majtki wciąż są wilgotne. Stoję tak, żeby tego nie było widać.


— Wolałabym powiedzieć coś mądrzejszego.

— Proszę powiedzieć cokolwiek prawdziwego.


Zerkam na obraz z kobietą przy oknie. Stoi tam, gdzie stała, w świetle, którego źródła wciąż nie dostrzegam.


— Która zatrzymała panią najdłużej? — pyta Wiktoria.

— Ta.

— Dlaczego?


Otwieram usta, żeby powiedzieć coś o kompozycji, o gamie chłodnych błękitów, o tym, jak malarz prowadzi wzrok po przekątnej. Mam to wszystko przygotowane jak ściągę.


— Ona nie wygląda na ofiarę — mówię zamiast tego.

Wiktoria nie porusza się.

— Nikt na tych obrazach tak nie wygląda — dodaję szybciej. — Wszyscy mówią, że to cykl o cierpieniu. Ale to nie cierpienie. To jest…

— Tak?

— Moment, w którym coś się zmienia. Jakby nagle dowiedziała się o sobie czegoś, o czym wcześniej nie miała pojęcia.


Cisza trwa krótko, ale wystarczająco długo, żebym zdążyła pożałować każdego słowa. I żebym poczuła, że między nogami znowu robi się ciepło, jakby ktoś nagrodził mnie za to zdanie.


— Większość ludzi mówi, że wyglądają na przerażone — odzywa się w końcu Wiktoria. — Krytycy piszą o traumie. Publiczność powtarza: „biedne kobiety”. Przez jedenaście lat słyszę to samo.

— A ja…

— Pani jest pierwszą osobą od bardzo dawna, która tego nie powiedziała.


Nie wiem, czy to komplement. Wiem tylko, że wolałabym, aby ktoś w tej chwili otworzył okno.


Wiktoria odwraca się i przechodzi przez salę, zatrzymując się przy pustym miejscu na ścianie, tuż za dziesiątym płótnem. Wisi tam tylko sam hak i jasny prostokąt na tynku — ślad po czymś, co zdjęto albo czego nie zdążono jeszcze powiesić.


— Tu zawiśnie ostatni obraz z cyklu — mówi. — Otwarcie wystawy za trzy tygodnie. Płótno nie jest jeszcze skończone.

— A gdzie się znajduje?

— W pracowni.


Kiwam głową, jakby to była najzwyklejsza odpowiedź pod słońcem.


— Jutro pozna pani Kasjana — dodaje Wiktoria. — Opiekuje się pracownią i wszystkim, co się w niej dzieje. Do pracowni wchodzi się tylko z nim. Zawsze.


To słowo, zawsze, wypowiada lekko, prawie od niechcenia. Ale jej kciuk znowu zatrzymuje się na ciemnym kamieniu.


Wracam tramwajem. Jest wpół do czwartej, wagon prawie pusty, za oknem szare miasto, które o niczym nie wie. Trzymam torbę na kolanach i patrzę na własne dłonie.


Trzęsą się. Nie mocno — tylko na tyle, by to zauważyć.


Powtarzam sobie, że to przecież intuicja zawodowa. Że dobrze trafiłam, że taka praca zdarza się raz w życiu, że każdy na moim miejscu czułby to samo. Ciekawość nazywam intuicją — to moja stara sztuczka, jeszcze z czasów, kiedy czytałam cudze pamiętniki w szkole i tłumaczyłam sobie, że po prostu interesują mnie ludzie.


Ale w głowie mam jedno zdanie i nie umiem się go pozbyć.


Ona nie wygląda na przerażoną.


Ona wygląda jak ktoś, kogo wreszcie ktoś zobaczył.


I najgorsze, najbardziej niewygodne, ledwo słyszalne w moich myślach jest to, że w tym zdaniu nie chodzi już o kobietę z obrazu.


Chodzi o mnie.


I o to, że kiedy ciepło zeszło mi między uda, nie chciałam, żeby ktoś je zatrzymał. Chciałam tylko, żeby nikt nie zobaczył, jak bardzo mi się to podoba.

Człowiek od wszystkiego

Spodziewam się kogoś starszego. Nie wiem dlaczego. Może przez słowo asystent, które kojarzy mi się z zaciśniętymi ustami, siwiejącymi skroniami i pękiem kluczy przy pasku. Kiedy Wiktoria otwiera drzwi na końcu korytarza i mówi: „Kasjan, to jest Iga”, zatrzymuję się w progu i przez sekundę nie wiem, gdzie patrzeć.


Ma może trzydzieści osiem lat. Ciemne włosy z jaśniejszymi, prawie popielatymi pasmami z przodu, o pół centymetra za długie, żeby wyglądały na zadbane, i o pół centymetra za krótkie, by sprawiać wrażenie zaniedbanych. Na szczęce kilkudniowy zarost, ciemniejszy niż włosy. Prosta czarna koszula z podwiniętymi rękawami. Wysoki, ale nie tak, żeby to było pierwsze, co rzuca się w oczy. Pierwsze, co zauważam, to jego ręce: długie palce, delikatna blizna na nadgarstku, farba pod paznokciami. Ciemna, prawie fioletowa, wsiąknięta w skórę, jakby nie chciała się zmyć albo nikt jej o to nie prosił.


Drugie, co zwraca moją uwagę, to oczy. Są jasne, niebieskoszare, o wiele bardziej przenikliwe, niż powinny być u kogoś, kto właśnie poznał nową osobę, a pod nimi malują się cienie kogoś, kto dawno się porządnie nie wyspał. Patrzy na mnie krótko. Nie uprzejmie — dokładnie. Od czubka głowy do butów i z powrotem, tak szybko, że mogłabym uznać to za zwykłe przywitanie, gdyby nie to, że ciepło na karku budzi się w tej samej sekundzie.


— Miło mi — mówi.


Głos ma cichy, niski, z rodzaju tych, które nie muszą przebijać się przez hałas, bo ludzie sami milkną, żeby ich słuchać.


— Kasjan zajmuje się wszystkim, co nie jest sprzedażą — wyjaśnia Wiktoria. — Pracownia, transport, pigmenty, ramy, ekspozycja. Człowiek od wszystkiego.

— Brzmi jak człowiek do zwolnienia, gdy coś pójdzie nie tak — odparowuje Kasjan, a kącik jego ust unosi się o milimetr.


Wiktoria nie odpowiada na żart. Patrzy na niego chwilę dłużej, niż wymaga sytuacja, i dopiero potem przenosi wzrok na mnie.


— Zostawiam was. Godzina, dwie. Potem chcę wiedzieć, czy pani zostaje.


Drzwi zamykają się za nią cicho. Zostajemy sami.


— Chce pani herbaty? — pyta Kasjan. — Mam tylko czarną, ale jest dobra.

— Poproszę.


Odwraca się do niewielkiego blatu pod oknem, a ja korzystam z tej chwili, żeby rozejrzeć się po pracowni.

Jest duża. Większa, niż wyobrażałam sobie z zewnątrz: długie, wysokie pomieszczenie z oknem na całej północnej ścianie, przez które wpada zimne, równe światło — takie, jakiego malarze szukają latami. Podłogę pokrywają plamy, warstwy barw, starsze pod nowszymi, jak skamieniałe pokłady geologiczne. Pod ścianą stoją słoiki z pigmentami, setki, ułożone według kolorów. Pod drugą ścianą płótna, ustawione rzędami, po kilkanaście. Wszystkie obrócone twarzą do muru. Widzę tylko ich surowe grzbiety, blejtramy, zszywki, pieczątki producentów.


— Wszystkie tak stoją? — pytam.

— Tak. — Kasjan stawia przede mną kubek. Para unosi się wąską smugą. — Prace skończone i nieskończone. Kurz, światło, ciekawość. Najlepiej niczego nie widzieć, dopóki nie trzeba.

— Ciekawość?

— Moja. — Znowu ten milimetr w kąciku ust. — Kiedy patrzę na coś za często, przestaję to widzieć.


Odpowiedź jest sensowna, nawet mądra. Ale zauważam, że nie mówi „artysta” ani „on”, tylko „moja”. Tak mówi ktoś, kto o obrazach nie wypowiada się jak o cudzych. Odnotowuję to i odkładam głębiej, między rzeczy do przemyślenia na później.


Pokazuje mi, jak to wszystko działa. Robi to tak, jak robią ludzie, którzy nie lubią mówić o sobie, ale lubią mówić o rzeczach: konkretnie, spokojnie, bez zbędnych ozdobników. Klimatyzacja w salach ekspozycyjnych, wilgotność, temperatura, godziny, w których nie wolno otwierać drzwi wejściowych. System zawieszania, ramy, haki, pokrętła. Jak pakować obraz do transportu, żeby lakier nie pękł od zmiany ciśnienia. Jak rozpoznać, że farba jeszcze oddycha.


Chłonę to wszystko chętnie, może nawet zbyt chętnie. Kiedy w którymś momencie odwraca się po rolkę papieru, łapię się na tym, że patrzę na jego plecy i kark, na cienką linię, gdzie włosy spotykają się z kołnierzem. Na ręce. Na te same palce, które wczoraj — w mojej głowie, w pustej galerii — położyły mi się na karku.


Odwracam wzrok, zanim zdąży się odwrócić. Między nogami robi się cieplej. Przeklinam w duchu wczorajszy poranek.


— Wiktoria mówiła, że stała pani wczoraj przy oknie dwadzieścia minut — rzuca po chwili, nie podnosząc wzroku znad papieru.

Kubek w mojej dłoni robi się nagle bardzo gorący.

— Przy oknie?

— Przy pierwszym obrazie. Wpół do drugiej. Tak się nazywa. — Podnosi w końcu głowę. — Jest w nim ktoś, kogo ludzie oglądają krótko. Pani nie oglądała krótko.


Nie ma w tym zarzutu. Nie ma żadnego oceniania. Ale coś w sposobie, w jaki to mówi, przypomina mi kamerę w rogu sufitu i myśl, że ktoś wczoraj przez dwadzieścia minut patrzył, jak ja patrzę. Jak stoję ze skrzyżowanymi udami. Jak próbuję nie dać po sobie poznać, co dzieje się pod marynarką.


— To piękny obraz — mówię.

— To prawda.

— Ta zieleń w cieniu pod szyją… — zaczynam, bo muszę powiedzieć cokolwiek, a to coś, co zauważyłam.

— To nie zieleń — sprostowuje Kasjan spokojnie. — To ugier z odrobiną błękitu pruskiego. Zieleń robi się na oku dopiero przy sztucznym świetle. W dzień jest szara.


Patrzę na niego.

— Skąd pan wie?


Zatrzymuje się. Bardzo krótko, na ułamek sekundy, ale zauważam to, bo rejestruję wszystko, co dotyczy tego człowieka od pierwszej minuty, choć nie wiem jeszcze dlaczego.


— Miesza się pigmenty — odpowiada. — To się po prostu wie.


To dobra odpowiedź. Rozsądna, skromna. Ale jest w niej coś, co nie pasuje do człowieka, który tylko miesza pigmenty: precyzja, z jaką wie, co dzieje się z barwą przy sztucznym świetle, i to, jak dobrze zna ten konkretny cień pod szyją. Jakby sam go tam położył. Jakby sam położył palec.


Asystent, myślę. Wypowiadam w duchu to słowo, jakbym sprawdzała, czy jeszcze pasuje. Nie pasuje.

Prowadzi mnie przez całą pracownię. Przy dużym oknie zatrzymuje się na chwilę i pokazuje, gdzie stoją sztalugi do prac wielkoformatowych, drabina, ruchome lampy.

Na środku pomieszczenia, w najlepszym świetle, stoi największa sztaluga. Na niej płótno — wysokie, prawie dwumetrowe, przykryte szarą, ciężką tkaniną. Materiał opada prosto, bez fałd, jakby ktoś zawiesił go z ogromną starannością.


Idę w tamtą stronę, zanim zdążę pomyśleć.


— A to?


Kasjan robi krok. To nie jest ruch nagły, nie zagradza mi drogi. Po prostu staje pół metra przede mną, tak blisko, że czuję zapach terpentyny i mydła, i ciepło jego ciała przez cienką koszulę. Gdybym zrobiła jeszcze jeden krok, moje ramię dotknęłoby jego piersi.

Zatrzymuję się o metr wcześniej, niż planowałam. Ciepło na karku wraca natychmiast. To samo, które czułam wczoraj przed obrazem. W tym samym miejscu. Schodzi o centymetr niżej i zatrzymuje się, jakby czekało na pozwolenie.


— To ostatni z cyklu — mówi. — Jeszcze nie do oglądania.

— Wiktoria wspominała.

— Wiktoria zawsze wspomina. — W jego głosie nie słychać niechęci, jest raczej rozbawienie — zmęczone, ciepłe. — Proszę mi wierzyć, że nie ma tu nic ciekawego. Nieskończone rzeczy zawsze wyglądają gorzej, niż człowiek zakłada.

— Zdejmuje pan kiedykolwiek osłonę?

— Kiedy pracuję. — Patrzy na mnie. Tym razem nie odwraca wzroku od razu. Trwa to tylko sekundę dłużej, niż wypada, i ta sekunda jest tak dokładna, że mogłabym ją zmierzyć. — I kiedy jest gotowy.


Nie wiem, dlaczego moje serce bije szybciej. To nie jest strach. Kasjan jest spokojny, zmęczony, oszczędny w gestach. Nieśmiałość, którą próbuję mu przypisać, nie pasuje. Nieśmiali ludzie nie patrzą w ten sposób. Nieśmiali ludzie nie wiedzą, jak długo stałam przed obrazem.


Mimowolnie unoszę dłoń, żeby potrzeć skórę na karku.


— Zimno tu? — pyta Kasjan.

— Nie. Dlaczego?

— Trzyma się pani za kark.


Opuszczam rękę. Uśmiecham się, trochę za szybko.


— Nawyk.

— Aha — mówi tylko.


Ale zanim odwróci się do stołu, zauważam w jego oczach coś, co znika, gdy tylko próbuję to nazwać. Coś jak uwaga — tak skupiona, że przypomina zaspokojenie. Jakby właśnie dostał odpowiedź, o którą nie musiał pytać.


O piętnastej Wiktoria wraca po odpowiedź. Mówię, że zostaję. Nie pytam, czy mogłabym się zastanowić, i sama nie wiem dlaczego.


— Doskonale — odpowiada. — Kasjan pokaże pani jutro archiwum.


Kasjan stoi przy oknie z rękami w kieszeniach. Nie patrzy na nas, tylko na ulicę, na której nie dzieje się nic ciekawego. Mam wrażenie, że słucha wszystkiego, co mówimy, ale nie chce, żebyśmy o tym wiedziały.


Zbieram płaszcz i torbę. Wychodzę przez pustą główną salę, obok dziesięciu obrazów, których dziś nie ośmielam się oglądać dłużej niż przez sekundę każdy. Wystarczy sekunda, żeby ciepło znowu spróbowało zejść niżej. Nie pozwalam mu. Jeszcze nie.


W drzwiach oglądam się jeszcze raz.

Kasjan stoi w korytarzu, tuż przy wejściu do pracowni. Nie idzie za mną, nie macha ręką. Stoi po prostu, oparty o framugę, z rękami w kieszeniach.

Nie patrzy na mnie.

Dopiero na chodniku, przed ciemnym szkłem okien, zauważam, o co chodzi. Widzę w nim siebie i cały korytarz za swoimi plecami. I jego, wciąż w tej samej pozie, wciąż nieruchomego.

Patrzy nie na mnie, tylko na moje odbicie.


Wyprostowuję się, poprawiam torbę na ramieniu i idę w stronę przystanku. Nie przyspieszam kroku. Powtarzam sobie, że nie ma powodu.


Między nogami wciąż jest ciepło. Ciche, uparte, takie samo jak wczoraj przed obrazem. Tylko że tym razem wiem, czyje spojrzenie je obudziło.


Dopiero w tramwaju uświadamiam sobie, że przez cały dzień nie zapytałam go o nazwisko.

Pracownia po zmroku

Archiwum mieści się w piwnicy i pachnie kurzem, papierem i chłodem, który ma w sobie coś z kościoła. Kasjan schodzi przede mną po wąskich schodach, włącza światło, które zapala się po kolei


— jedna żarówka za drugą, jakby budziły się z ociąganiem.

— Katalogi, korespondencja, dokumentacja techniczna, faktury — wylicza, wskazując kolejne regały. — Wszystko ułożone według cykli i lat. Pani zadaniem będzie to zdigitalizować.

— Wszystko?

— Przez jedenaście lat.


Uśmiecham się, bo to brzmi jak żart, ale on się nie uśmiecha. Zaczynamy.

Pracujemy obok siebie prawie do południa. On wyjmuje teczki i podaje mi je bez słowa, ja skanuję, opisuję i odkładam. Cisza między nami nie jest niewygodna. To dziwne, ale mam wrażenie, że nie musimy jej niczym wypełniać. Raz tylko, gdy sięgam po wyższą półkę, jego dłoń pojawia się nad moją i podtrzymuje pudło, zanim zdążę je przechylić. Nie dotyka mnie. Odsuwa się od razu, ale jego zapach zostaje jeszcze przez chwilę: terpentyna, mydło, coś suchego i ciepłego, jak nagrzane drewno.


— Dziękuję — mówię.

— Nie ma za co.


Robi się cicho jak przedtem, tylko że teraz słyszę własne serce. I ciepło na karku, które od wczoraj budzi się przy nim bez pytania.

Teczki cyklu Progi stoją na osobnej półce, ułożone według numerów. Jedenaście grubych segregatorów, od I do XI. Kasjan ściąga pierwszy z góry i kładzie go przede mną. W środku są zdjęcia płótna, kwity transportowe, wyceny, listy od kolekcjonerów, wycinki z prasy. Każdy obraz ma swoją kartę, na której ktoś zapisał tytuł, wymiary, rok i technikę. W rubryce model wszędzie powtarza się jedno słowo: anonimowa.


Sięgam po teczkę numer XI.

Jest cienka, o wiele cieńsza od pozostałych. Otwieram ją i widzę tylko jedną kartę. W kolumnie stan ktoś coś wpisał, drobnym, pochyłym pismem, tak samo jak datę obok. Nie zdążam odczytać ani jednego, ani drugiego.

Kasjan zabiera mi teczkę z rąk, zanim litery ułożą się w słowo. Nie wyrywa. Zamyka palce na moim nadgarstku, odsuwa dłoń od kartonu i dopiero wtedy bierze teczkę. Dotyk trwa sekundę. Gorący, pewny, bez przeprosin.


— Ta jeszcze nie jest kompletna — mówi łagodnie. — Zajmiemy się nią, gdy zostanie skończona.


Odkłada ją na półkę. Robi to bez pośpiechu, tak spokojnie, że przez chwilę wydaje mi się, że przesadzam. Nie zapamiętuję daty. Nie zapamiętuję stanu. Zapamiętuję tylko nacisk jego palców na nadgarstku i to, że nie cofnęłam ręki.


O siódmej wieczorem Wiktoria wychodzi. Całuje powietrze obok mojego policzka i mówi, że zostawia klucz do drzwi wejściowych, ale żebym nie siedziała zbyt długo. Jestem sama w głównej sali z laptopem, kartonem etykiet na wystawę i dziesięcioma obrazami, które przestały mnie krępować, odkąd nauczyłam się na nie nie patrzeć.


O wpół do dziesiątej światło w pracowni wciąż się pali. Wiem, że nie powinnam. Umowa jest jasna. A jednak idę korytarzem, bo drzwi są uchylone na szerokość dłoni i zza nich dochodzi zapach terpentyny.

Płótna oparte o ścianę stoją twarzą do muru. Wszystkie, oprócz jednego. To jedno jest odwrócone. Kobieta w szarej sukience, twarz przekreślona grubym, czarnym śladem, jakby ktoś zmienił zdanie w połowie zdania i nie chciał, żeby ktokolwiek dokończył je za niego.

Podchodzę. Nie powinnam.


— Nie ten — mówi Kasjan za moimi plecami.


Nie słyszałam, jak wszedł. Albo był tu cały czas.

Odwracam się. Stoi w progu, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała. Nie wygląda na zaskoczonego. Wygląda na kogoś, kto czekał, aż to zrobię.


— Przepraszam. Drzwi były…

— Uchylone. Wiem.


Podchodzi. Nie spieszy się. Zatrzymuje się pół metra ode mnie, tak blisko, że czuję zapach terpentyny i mydła, ciepło jego ciała przez cienką koszulę, jego oddech na mojej skroni. Gdybym się odwróciła, moje ramię dotknęłoby jego piersi. Stoję więc bez ruchu.

Odstawia płótno na miejsce, twarzą do ściany, jednym płynnym ruchem. Przy tym jego pierś muska moje ramię. Nie przeprasza.


— Ten jest odrzucony — powtarza. — Nie wszystkie obrazy wychodzą tak, jak się je zaczyna.

— Kto to jest?

— Nikt, kogo musiałaby pani znać.


Nie mówi tego ostro. Mówi to tak, jak mówi się komuś, że coś jest za gorące. Ale nie cofa się. Wciąż stoi tak blisko, że wystarczyłoby jedno moje głębsze nabranie powietrza, żeby przekroczyć tę półmetrową odległość. Ciepło na karku schodzi niżej. Zatrzymuję je siłą. Tu nie mogę mu pozwolić.


— Umowa — mówię, żeby powiedzieć cokolwiek. — Wiem. Zakaz wchodzenia. Przepraszam.

— Nie zwolnię pani.

— Nie…

— Nie o to pani chodziło. — Kasjan patrzy na mnie i tym razem nie odwraca wzroku po sekundzie. Trwa to długo. Tak długo, że słyszę własną krew w uszach. — Dlaczego akurat ten?

— Bo był najbliżej.

— Nie.


Jedno słowo, ciche, bez nacisku. Jak rozkaz, który nie musi być głośny.


— Wybrała go pani, bo był jedyny, który wyglądał inaczej niż reszta

— mówi. — Bo szuka pani czegoś, czego brakuje w innych. Tego, co wygląda jak ostrzeżenie.


Otwieram usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk.

Bo on ma rację, a ja nie powiedziałam tego nikomu. Nawet sobie.


— Nie wiem, o czym pan mówi — wypowiadam w końcu.

— Wiem, że pani nie wie — odpowiada Kasjan łagodnie.


Cofa się wreszcie o krok. Powietrze wraca między nas, chłodne, prawie bolesne. Odczuwam ulgę i żal jednocześnie, co jest tak niewłaściwe, że zaczynam się wstydzić.


— Następnym razem — mówi — proszę poczekać, aż zaproszę.

— Zaprosi mnie pan?


To wymyka się ze mnie, zanim zdążę je zatrzymać. Słyszę te słowa dopiero w powietrzu. Nie chciałam tego powiedzieć. Nie wiem, skąd się wzięły.

Kasjan patrzy na mnie długo. Nie uśmiecha się. Ale coś w jego twarzy się porusza, jak woda pod cienką warstwą lodu.


— Może — mówi.


Odprowadza mnie do drzwi. Nie dotyka mojego ramienia ani pleców, chociaż w ciasnym korytarzu byłoby to naturalne. Idzie pół kroku za mną, tak blisko, że czuję jego obecność na karku — w tym samym miejscu co zawsze. Tym razem nie próbuję tego zetrzeć dłonią.

Na progu galerii wręcza mi klucz.


— Zamknie pani z zewnątrz. Wiktoria zostawia go w skrzynce.

— Dobrze.

— Dobranoc, Iga.


Tym razem jego głos brzmi inaczej, jakby moje imię było czymś, co pozwolił sobie wypowiedzieć dopiero teraz. Odwracam się, żeby coś dodać, ale drzwi zamykają się przede mną z cichym kliknięciem.

Stoję na chodniku. Jest zimno, ale tego nie czuję. Na zegarku wyświetla się 22:14. Weszłam do pracowni o wpół do dziesiątej, a wydaje mi się, że minęło pięć minut.


W drodze do domu próbuję zebrać myśli. Przypominam sobie przekreśloną twarz, ten dziki, brzydki czarny ślad. Kobietę w szarej sukience. Powinno mnie to przerażać — i przeraża mnie, oczywiście, że tak.

Ale gdy w mieszkaniu zdejmuję płaszcz i siadam na brzegu łóżka, nie myślę o obrazie. Myślę o pół metrze powietrza między nami i o tym, jak bardzo chciałam, żeby zniknęło. O jego palcach na moim nadgarstku. O imieniu, które powiedział tak, jakby już do niego należało.


Nie pamiętam, żebym się bała.

Pamiętam tylko, że nie chciałam wychodzić.

I wtedy pojawia się to samo ciepło.

Dokładnie to samo, które poczułam w galerii, stojąc przed obrazami, i które dziś wróciło, kiedy stanął za mną. Zaczyna się na karku — powoli, jakby ktoś położył tam dłoń i nie zabrał jej od razu. Schodzi wzdłuż kręgosłupa, niżej, jeszcze niżej. W galerii starałam się je zatrzymać. Skrzyżowałam nogi, przycisnęłam uda do siebie najmocniej, jak potrafiłam, żeby nie pozwolić mu zejść między nie.


Byłam w miejscu publicznym.


Teraz nie ma wstydów.


Siedzę sama na brzegu łóżka i doskonale wiem, dokąd to ciepło chce dotrzeć. I tym razem nie tylko mu na to pozwalam. Chcę tego. Czekam. Oddycham płytko i obserwuję, jak powoli, zuchwale, nieubłaganie schodzi niżej. Przez dolną część pleców. Przez kość ogonową. Między pośladki. Wsuwa się między uda.

I wreszcie — tam.

Na łechtaczce.

Jedno, precyzyjne, pulsujące uderzenie ciepła dokładnie w to miejsce, które od dwóch dni pamięta jego spojrzenie.

Jęczę cicho. Nogi rozchylają mi się same.

Wsuwam ręce między uda. Palce trafiają na wilgotny materiał majtek. Odsuwam je na bok jednym ruchem. Jestem już cała mokra. Ślisko. Gorąco. Palec środkowy trafia prosto na łechtaczkę i zaczynam powoli, mocno, dokładnie tak, jak wyobrażam sobie, że zrobiłby on — bez pośpiechu, z pełną kontrolą.

Zamykam oczy.

Widzę go. Kasjana stojącego nade mną w pracowni. Tego samego spojrzenia, którym mierzył mnie przy odrzuconym obrazie. Tej samej dłoni, która zamknęła się na moim nadgarstku i nie przeprosiła. Wyobrażam sobie, że to nie moje palce, tylko jego. Że każe mi patrzeć na niego, kiedy to robię. Że mówi niskim, spokojnym głosem:


— Szerzej. Pokaż mi.


Rozchylam uda jeszcze bardziej. Wsuwam dwa palce głęboko. Mokry dźwięk wypełnia ciszę pokoju. Kciuk zostaje na łechtaczce, pociera twardo, rytmicznie. Biodra same unoszą się naprzeciw ruchom ręki.


— Głośniej — słyszę jego głos w głowie. — Chcę słyszeć, jak jesteś mokra dla mnie.


Jęczę głośniej. Nie kontroluję już oddechu. Palce pracują szybciej, głębiej, bez żadnej litości. Wyobrażam sobie, że trzyma mnie za włosy, że każe mi dojść właśnie tak — z rozchylonymi nogami, z majtkami odsuniętymi na bok, z jego imieniem na ustach.


— Kasjan…


Orgazm nadchodzi gwałtownie. Ciało napina się w łuk, uda drżą, ciepły płyn spływa po palcach na pościel. Krzyczę w poduszkę, którą w ostatniej chwili przyciskam do twarzy. Fala przechodzi przez mnie raz, drugi, trzeci — aż w końcu opadam na łóżko, drżąc, z ręką wciąż między nogami, z majtkami zupełnie zmoczonymi.


Leżę tak długo.


Serce wali mi w uszach. Powietrze w pokoju pachnie seksem i mną.

Powoli wyjmuję palce. Błyszczą w ciemności. Nie czuję wstydu.

Czuję tylko to samo ciepło, które wciąż tli się nisko w brzuchu, jakby mówiło: to dopiero początek.


I wiem, że jutro, kiedy zobaczę go znowu, będzie jeszcze gorzej.


Albo lepiej.

Natrętna myśl

Następnego dnia Kasjan zachowuje się tak, jakby nic się nie stało.

Wita mnie o dziewiątej uprzejmym skinieniem głowy, pyta, czy chcę herbaty, wyjaśnia, jak skalibrować skaner do negatywów. Przez cały dzień nie patrzy na mnie dłużej, niż wypada. Ani razu nie staje zbyt blisko. Kiedy przechodzimy obok siebie w korytarzu, zostawia dokładnie tyle miejsca, ile potrzeba, żeby dwoje ludzi mogło się minąć bez dotyku.

Jest miły, spokojny, trochę nieobecny. Dokładnie taki sam jak we wtorek.

Powinnam się cieszyć. Wczoraj weszłam do pracowni bez zaproszenia, a on nie zrobił z tego problemu. Nikt nie wspomniał o umowie ani o zwolnieniu. Wszystko wróciło na swoje miejsce.

Ale to właśnie ta łatwość boli mnie bardziej, niż powinna. Całą noc miałam jego palce na nadgarstku i jego głos w głowie, kiedy dochodziłam na własnej ręce. Rano budzę się z wilgotnymi majtkami i ze wstydem, który nie jest wstydem. A on podaje mi herbatę, jakby pół metra powietrza między nami nigdy nie istniało.


Cały dzień łapię się na tym, że oczekuję czegoś: spojrzenia, zdania rzuconego w przelocie, jakiegoś znaku, że tamto wydarzyło się naprawdę. Zamiast tego dostaję „dziękuję” i „proszę”.

Raz tylko, kiedy sięgam po teczkę, jego dłoń zatrzymuje się nad moją o sekundę za długo. Nie dotyka. Ale kiedy podnoszę wzrok, on już patrzy na moją szyję, dokładnie w miejsce, gdzie wczoraj kładło się ciepło.


— Dobrze pani spała? — pyta.

— Tak.


Kłamię. Kącik jego ust unosi się o milimetr, jakby to słyszał.

Nie wiem, co jest gorsze: że to zauważam, czy że tak bardzo mi to przeszkadza.

Telefon wibruje na blacie kuchennym, kiedy podgrzewam wodę na makaron.


Dominika: No i jak tam ta galeria? Jakiś przystojny artysta w pakiecie?


Patrzę na ekran dłużej, niż powinnam. Dominika to moja najstarsza przyjaciółka, znamy się od pierwszego roku studiów. Wie o mnie wszystko: że nie lubię, gdy ktoś stoi za moimi plecami, kiedy czytam; że w liceum wypisywałam cytaty z pamiętników innych dziewczyn; że gdy jestem zdenerwowana, zaczynam mówić o pogodzie.


Piszę: Nikt ciekawy. Sama praca z papierami.


Wysyłam, zanim zdążę pomyśleć. Odpowiedź przychodzi po sekundzie: Nudy!! Ale super że masz. Trzymam kciuki.


Patrzę na to „nikt ciekawy” i uświadamiam sobie, że po raz pierwszy od lat skłamałam jej w rzeczy, w której wcale nie musiałam kłamać. I że pod spódnicą wciąż jestem wilgotna od samego wspomnienia jego głosu.


Po kolacji siadam z herbatą przy oknie. W mieszkaniu jest ciemno, tylko latarnia z ulicy rzuca na parapet pomarańczowy prostokąt światła. Dom naprzeciwko ma kilka zapalonych okien. Ktoś ogląda telewizję, ktoś inny zmywa naczynia.


Zdejmuję gumkę z włosów. Sama nie wiem dlaczego.

Odstawiam kubek na parapet, staję bokiem do okna i opieram dłoń o framugę. Tak jak ona. Kobieta z obrazu Wpół do drugiej. Odchylam lekko głowę — wolno, jakby ktoś stał po lewej stronie i patrzył. Wstrzymuję oddech. Czuję, jak ciężkie robi się powietrze między mną a szybą, jak twarz zaczyna mnie palić.

W ciszy słyszę własny puls. Pod skórą na szyi, w skroniach, w dłoni, którą wciąż mocno przyciskam do drewna. Wyobrażam sobie, że ktoś naprawdę tam jest — w ciemnym pokoju za moimi plecami. Nie jakiś ktoś. On. Kasjan. Że patrzy dłużej, niż wypada. Że nie mówi nic, tylko patrzy. I ta wizja nie jest ani trochę romantyczna. Jest natrętna, cielesna i cholernie mnie podnieca.

Na karku pojawia się to ciepłe, znane uczucie. Wczoraj w łóżku pozwoliłam mu dojść do celu. Dziś wiem, co za chwilę się stanie, i nie chcę tego zatrzymywać.

Ciepło schodzi z karku w dół i centymetr po centymetrze podąża ku mojemu ciału. Do brzucha. Niżej. Czuję wilgoć i pulsujące napięcie, mocniejsze niż wczoraj, bo tym razem nie jestem sama ze wspomnieniem. Stoję w oknie.


Ktoś za mną stoi — wmawiam to sobie tak mocno, że zaczynam naprawdę czuć na sobie czyjś wzrok. Chcę tego. Niech patrzy. Podciągam bluzkę do góry, żeby było wyraźnie widać, że nie mam na sobie bielizny. Czuję, jak soki spływają mi po wewnętrznej stronie uda. Wolnym, ale pewnym ruchem przesuwam dłoń w stronę łechtaczki i powoli zaczynam ją masować.


— Nie odwracaj się — słyszę w głowie jego głos. — Pokaż mi.


Po chwili pocieram już całe ciało, wsuwam palce głęboko, wysuwam i wsuwam ponownie. Niech patrzy. Moje ruchy stają się coraz bardziej energiczne, bezczelne, bezceremonialne — stoję wprost przy oknie i zatracam się w tym rytmie. Wczoraj robiłam to w ciemności, z twarzą w poduszce. Dziś chcę, żeby ktoś widział.

Nagle to do mnie dociera: stoję w oknie i się masturbuję.

Przenoszę wzrok na okna przeciwnego budynku i zamieram. W jednym z nich stoi młody chłopak i wpatruje się prosto we mnie. Wzrok, który czułam na sobie, był prawdziwy. To był jego wzrok.

W tym samym momencie dociera do mnie, że moja dłoń wciąż pracuje na łechtaczce — a on to widzi. I nagle w mojej głowie rozbrzmiewa własny, obcy głos, który brzmi jak Kasjan: Niech patrzy.

Zalewa mnie kolejna fala gorąca. Nie mam pewności, czy on zorientował się, że go zauważyłam. Nie odchodzę od okna.


— Podoba ci się? — pytam na głos, nie wiedząc do końca, czy mówię do chłopaka, czy do niego. — Oczywiście, że ci się podoba.


Przyspieszam ruchy dłoni, cały czas patrząc prosto na niego. Wyobrażam sobie, że to Kasjan stoi po tamtej stronie szyby. Że każe mi nie przerywać. Że liczy, jak blisko jestem.


— Och… patrz się… o tak…


Mój głos wypełnia całe ciemne mieszkanie. Kolana się pod mną uginają, a orgazm uderza we mnie z siłą pociągu. Z rozkoszy i bezwładu tracę nad sobą kontrolę, czując, jak po nogach i na podłogę spływa ciepły płyn, wprost na jego oczach.

Przez chwilę nie mogę się poruszyć. Stoję jak zamurowana w tym oknie, pełna dziwnej satysfakcji i paraliżującego zażenowania.


W końcu odsuwam się od szyby tak gwałtownie, że haczę o kubek, który spada i toczy się po podłodze.

Zapalam wszystkie światła. Ręce mi się trzęsą. Stoję na środku pokoju z zaczerwienionymi policzkami i czuję wstyd tak dojmujący, że aż śmieszny. Nie za to, że doszłam. Za to, że chciałam, żeby patrzył. I że kiedy patrzył obcy chłopak, w głowie i tak miałam Kasjana.


— To zawodowa ciekawość — mówię na głos. Mój głos brzmi obco w pustym mieszkaniu. — Historyk sztuki musi wczuć się w obraz. To normalne.


Nie uczyli nas tego na żadnych warsztatach.

Otwieram laptopa, żeby zająć czymś głowę.

Wpisuję w wyszukiwarkę jedno słowo: Nokturn.

Wyników jest mnóstwo. Recenzje, felietony, kilka rozmów z kolekcjonerami. Czytam je szybko, na oślep, jak ktoś, kto szuka lekarstwa, choć jeszcze nie wie, na jaką chorobę.


Nokturn pojawił się jedenaście lat temu na pierwszej wystawie w Galerii Kern. Nikt go wtedy nie znał. Nie było zdjęcia, biografii ani wernisażu. Był tylko podpis w rogu obrazów — mały księżycowy sierp z literą — i list, który Wiktoria Kern przeczytała gościom zamiast przemówienia. Od tamtej pory nie pojawił się publicznie ani razu. Nie udziela wywiadów. Nie ma profilu w mediach. Z dziennikarzami komunikuje się wyłącznie przez pośredników albo listownie.


Znajduję skan jednego z takich listów, zamieszczony w kwartalniku poświęconym sztuce. Pismo jest drobne, wyraźnie pochylone w prawo, niezwykle staranne, jakby każda litera została dokładnie odmierzona. Pod spodem redaktor dopisał: Zapytany o źródło inspiracji, artysta odpowiedział jedynie: „Patrzę, aż ktoś przestaje udawać”.


Czytam to zdanie trzy razy.

Patrzę, aż ktoś przestaje udawać.

Dokładnie to zrobiłam przed chwilą. Przestałam udawać, że ciepło na karku jest syndromem Stendhala. Przestałam udawać, że chcę, żeby nikt nie widział.


W komentarzach pod artykułem toczy się zwykła sieciowa dyskusja. Ktoś twierdzi, że Nokturn to kolektyw. Ktoś inny, że to pseudonim znanego malarza, który boi się o reputację. Ktoś jeszcze pisze, że to kobieta. Jakiś użytkownik dodaje, że kupił jeden z obrazów i od tamtej pory nie może w nocy spać. Ten ostatni wpis ma czterdzieści polubień.


A potem, na samym dole, dostrzegam jeden komentarz bez żadnych polubień, napisany przez anonimowego użytkownika dwa lata temu:

Trzy z jego modelek podobno nie chcą już o tym mówić. Kiedyś była o tym notka na jednym blogu, ale usunięto ją po tygodniu. Nikt nie wie dlaczego.


Przewijam dalej. Kolejne komentarze nie mają z tym nic wspólnego. Wracam do tego jednego i czytam go jeszcze raz. Potem otwieram nową kartę i wpisuję: modelki Nokturna.


Wyskakują wyniki, ale nie ma w nich nic konkretnego. Ani nazwisk, ani wywiadów, ani wspomnień. Dziesięć obrazów w cyklu Progi i cała reszta — łącznie z przekreśloną twarzą z pracowni — po prostu nie istnieje w żadnym cyfrowym archiwum.


Anonimowa. Tak napisano na każdej karcie w piwnicy.


Zastanawiam się, kim mogły być te kobiety.

Czy siedziały w tej samej pracowni, w tym samym północnym świetle?

Czy miały ochotę, czy same nie wiedziały, w co wchodzą?

Czy wychodziły stamtąd inne, niż przyszły?

Czy ktoś w ogóle je pytał?


Zamykam laptopa. Między nogami wciąż jest wilgoć, lepka na udach. Na podłodze przy oknie ciemnieje plama, której nie mam ochoty wycierać.


Jutro zobaczę go znowu. I będę udawać, tak jak on udaje, że nic się nie stało.


Tylko że ja już wiem, jak brzmię, kiedy przestaję udawać.

Twarz, której nie powinno tu być

Dwa tygodnie mijają szybciej, niż się spodziewałam.


Uczę się rytmu galerii: rano cisza i kawa, którą Kasjan zaczyna zostawiać na moim biurku bez pytania, południe pełne telefonów od kolekcjonerów, popołudnia w archiwum, gdzie skanuję stare faktury i listy. Wiktoria pojawia się i znika, zawsze bezszelestnie, zawsze z pytaniem, które brzmi jak uprzejmość, a jest raportem: Jak się pani pracuje? Jak Kasjan? Czy nie przeszkadza pani samotność w archiwum? Odpowiadam krótko, uśmiecham się, a ona kiwa głową i obraca kciukiem ciemny kamień na palcu.


Kasjan nie zaprasza mnie do pracowni.


Nie mówię tego głośno, ale liczę dni. Mijam białe drzwi na końcu korytarza kilka razy dziennie, zawsze zamknięte, zawsze z wąskim paskiem światła pod spodem. Czasem zatrzymuję się o sekundę dłużej, niż potrzeba. Czasem słyszę za nimi cichy, rytmiczny dźwięk, którego nie umiem nazwać — szuranie, jakby ktoś rozcierał farbę na szkle.


W nocy, w domu, to szuranie wraca. Kładę się i ciepło na karku znajduje mnie samo. Nie zawsze mu pozwalam. Czasem tak. Dwa razy dochodzę z jego imieniem w zębach i rano udaję, że kawa na biurku nic nie znaczy.


Raz, tylko raz, w środę po południu, wychodzi z pracowni z lnianą ścierką w dłoniach i mówi:


— Ma pani chwilę? Pokażę pani coś.


Idę za nim do małego pomieszczenia przy pracowni, gdzie na blacie leży szklana płytka i kilka słoików z pigmentem. Kasjan bierze odrobinę ciemnej, drobnej jak pył substancji, dodaje kroplę oleju i zaczyna ją rozcierać szpachlą. Robi to powoli, jednostajnie, w tym samym rytmie, który słyszałam zza drzwi.


— To ugier — mówi. — Bardzo zwyczajny kolor. Ziemia.


Patrzę, jak pigment z szorstkiego, suchego proszku zamienia się w gładką, ciemną masę.


— A teraz proszę popatrzeć.


Dodaje maleńką kroplę czegoś niebieskiego. Kolor nie zmienia się od razu. Najpierw wygląda na brudny, potem na szary, aż w końcu, w świetle lampy, przechodzi w odcień, który znam. Zielonkawy cień pod szyją kobiety z Wpół do drugiej.


— Kolor zależy od tego, kto patrzy — mówi Kasjan cicho. — Od światła, od kąta, od tego, co człowiek już w sobie ma.


Nie patrzy na mnie, kiedy to mówi. Patrzy na farbę. Ale stoimy tak blisko, że czuję ciepło jego ramienia, a jego oddech porusza mi włosy na skroni. Nie dotykamy się. Przez całe trzy minuty żadne z nas się nie rusza.


Między nogami robi mi się mokro tak szybko, że muszę oprzeć dłoń o blat, żeby nie przesunąć bioder. On to widzi. Nie w twarzy — w tym, jak wolniej oddycha.


Potem odkłada szpachlę, wyciera ręce i mówi:


— Dziękuję. To tyle.


I znów zamyka za sobą drzwi.


Wystawa ma się otworzyć w sobotę. Jest czwartek.


Galeria od rana wygląda jak plac budowy, tyle że cichy, elegancki, pełen ludzi mówiących szeptem. Firma cateringowa wnosi skrzynki z kieliszkami. Elektrycy ustawiają ostatnie punktowe światła. Wiktoria sprawdza etykiety, poprawia jedną ramę o milimetr i znika w gabinecie.


O siódmej wszyscy wychodzą. Zostaję, bo mam dokończyć opisy. Kasjan też zostaje. Słyszę go w pracowni, a potem ciszę.

Idę do głównej sali tylko po laptop. I wtedy widzę, że na ścianie, tuż za dziesiątym płótnem, wisi coś, czego rano nie było. Duże. Przykryte szarą tkaniną.


Nie powinnam. Wiem, że nie powinnam.


Ściągam tkaninę.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 48.27