E-book
15.75
drukowana A5
54.74
UWIEDZIONA MROKIEM

Bezpłatny fragment - UWIEDZIONA MROKIEM


Objętość:
224 str.
ISBN:
978-83-8467-515-1
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 54.74

Akt I

Fascynacja

Rozdział 1

Rozmowa kwalifikacyjna

Ósma odmowa przychodzi w środę o dziewiątej czterdzieści, w mailu tak uprzejmym, że przez chwilę czytam go jak zaproszenie. Z przykrością informujemy. Cenimy pani doświadczenie. Życzymy powodzenia w dalszych poszukiwaniach. Zamykam laptopa, zanim skończę ostatnie zdanie. Nie potrzebuję dokończenia. Znam je na pamięć.


Mam dwadzieścia cztery lata, dyplom z historii sztuki i wiedzę o tym, czym różni się tempera od oleju. Mam też lodówkę, w której stoi słoik ogórków i pół cytryny. Rachunek za mieszkanie leży na parapecie, przyciśnięty kubkiem, żebym go nie widziała, kiedy patrzę w okno.


Dziewiąte ogłoszenie znajduję wieczorem, prawie z przekory. Galeria szuka asystentki. Bez wymagań, bez widełek, bez słowa o „dynamicznym zespole”. Trzy zdania i adres. Wysyłam CV o pierwszej w nocy i zapominam o sprawie.


Odpowiedź przychodzi po dwudziestu minutach. Dwie linijki, bez powitania: Zapraszam jutro o 11. W.


Galeria mieści się w starej kamienicy z szarego kamienia, w miejscu, które łatwo minąć. Żadnego szyldu, tylko mała mosiężna tabliczka przy drzwiach: Galeria Kern. Okna są zasłonięte ciemnym szkłem, w którym widzę własne odbicie: dziewczyna w jedynej porządnej marynarce, z włosami związanymi zbyt ciasno.


Drzwi otwierają się, zanim zdążę zadzwonić.


— Pani Iga — mówi kobieta. To nie jest pytanie.


Ma może pięćdziesiąt lat, może mniej. Trudno to ocenić, bo wszystko w niej jest na swoim miejscu: siwe pasma w ciemnych włosach ułożone tak, jakby ktoś je tam zaplanował, granatowa sukienka, która nie ma ani jednej zmarszczki, dłonie bez pierścionków. Poza jednym. Na prawej ręce nosi cienką złotą obrączkę z ciemnym, prawie czarnym kamieniem. Kiedy zamyka za mną drzwi, obraca go kciukiem, jakby sprawdzała, czy wciąż tam jest.


— Wiktoria Kern — mówi. — Proszę za mną.


W środku jest chłodno i cicho. Powietrze pachnie woskiem, kurzem i czymś ostrzejszym, czego nie potrafię nazwać. Ściany są białe, ale światło jest ustawione tak, że nie widać, skąd pada. Obrazy wiszą daleko od siebie, każdy w osobnej strefie ciszy. Na razie nie patrzę na nie zbyt uważnie. Mam wrażenie, że to byłoby nietaktem, jak zaglądanie komuś przez ramię do telefonu.


Gabinet Wiktorii jest maleńki. Biurko, dwa fotele, lampa z zielonym kloszem. Żadnych dyplomów, żadnych zdjęć. Siadam tam, gdzie wskazuje, i kładę na kolanach teczkę z CV, po którą Wiktoria nawet nie sięga.


— Nie będę pytała, gdzie pani studiowała — mówi. — Widziałam. Nie będę pytała o praktyki, bo z pani życiorysu wynika, że były krótkie i nudne.


— To… dość trafne.


— Zwykle jestem trafna. — Uśmiecha się, ale tylko ustami. — Chcę zapytać o coś innego. Co pani lubi oglądać?


Czekam na dalszą część pytania. Nie przychodzi.


— W sensie… jakie malarstwo?


— W sensie: co pani lubi oglądać. Nie co pani powinna. Nie co pani dobrze omawia na seminarium. Co pani ogląda, kiedy nikt nie patrzy?


Mam ochotę powiedzieć jakąś bezpieczną rzecz. Wermeera, na przykład. Wermeer jest zawsze bezpieczny. Ale coś w sposobie, w jaki ona milczy, sprawia, że nie potrafię skłamać.


— Fuseliego — mówię. — Koszmar.


Wiktoria nie porusza się. Tylko jej kciuk na chwilę zatrzymuje się na kamieniu.


— Malarstwo z 1781 roku — mówi. — Kobieta na łóżku, zmora na jej piersi, koń w zasłonie. Dlaczego akurat ten obraz?


— Bo nigdy nie wiem, czy ona się boi.


Słowa wychodzą ze mnie szybciej, niż zdążę je zważyć.


— Wszyscy mówią, że to obraz o strachu, ale ona nie wygląda na przerażoną. Ma odchyloną głowę, rozluźnione ręce, jest w nim coś… — Szukam słowa i wiem, że nie powinnam go znajdować, nie tutaj, nie na rozmowie o pracę. — Wygląda na przyłapaną. Jakby ktoś zobaczył coś, czego nie powinien.


Cisza trwa o sekundę za długo.


— Napisała pani o tym — mówi Wiktoria. — Kobieta, która patrzy, jak ją oglądają. Około miesiąca temu.


Zimno zaczyna się w moich palcach i idzie w górę ręki.


Napisałam ten tekst. Nikt go nie zamawiał, nikt go nie czytał. Trzy strony na blogu, który założyłam w liceum i który ma czterdziestu obserwujących, w większości botów. Nie podpisałam go nazwiskiem. Nie podpisałam go niczym.


— Skąd pani wie, że to ja?


Wiktoria odchyla się w fotelu.


— Ma pani charakterystyczny sposób stawiania przecinków.


Powinnam się roześmiać. To dobry żart, taki, po którym rozmowa kwalifikacyjna robi się luźniejsza. Ale ona nie żartuje i oboje o tym wiemy.


— Czytam wszystko, co dotyczy spojrzenia — dodaje po chwili, łagodniej. — To moje zboczenie zawodowe. Prowadzę galerię jednego artysty. Wystawiamy go od jedenastu lat. Kiedy ludzie patrzą na jego obrazy, zawsze dzieje się to samo: najpierw się odwracają, a potem wracają. Niektórzy trzy razy w ciągu jednej wizyty.


— Nokturn — mówię.


Nie muszę pytać. Jego prace zna każdy, kto skończył historię sztuki w ostatnich latach. Człowiek bez twarzy, bez wywiadów, bez zdjęcia, z podpisem, który jest pseudonimem, i cenami, które rosną szybciej niż plotki o nim. Miałam wydrukowany artykuł o jego cyklu w teczce z tekstami do nauki. Ten obraz z kobietą przy oknie wisiał przypięty nad moim biurkiem przez pół roku.


— Nokturn — potwierdza Wiktoria. — Szukam kogoś, kto potrafi patrzeć. Reszty można nauczyć.


— Ale ja nie mam doświadczenia w prowadzeniu galerii…


— Nie o to pytałam. — Wiktoria pochyla się lekko, a ja czuję zapach jej perfum: coś suchego, drzewnego, z nutą goryczy. — Czy potrafi pani patrzeć długo? Dłużej, niż wypada?


Otwieram usta. Nie wiem, co powiedzieć. Odpowiedź, którą mam w głowie, jest niepoprawna, więc mówię ją w końcu cicho:


— Tak.


Wiktoria wygląda na zadowoloną. Nie triumfuje, nie uśmiecha się szerzej. Po prostu odsuwa się z powrotem w fotel, jakby ktoś postawił ostatnią kropkę.


— Zaczyna pani w poniedziałek — mówi. — Dziewiąta rano. Umowa będzie gotowa do podpisu przy wejściu.


— Nie zapytała pani o wynagrodzenie.


— Ani pani. — Znów ten uśmiech, tylko ustami. — To dobrze o pani świadczy.


Kiedy wychodzę, mijam korytarz, którym mnie tu wprowadziła, ale teraz idę sama i wolniej. Ściany są białe, obrazy daleko od siebie. Nie zatrzymuję się przy żadnym. Nie ośmielam się. Ale w połowie drogi, zanim dojdę do drzwi, czuję ten ostrzejszy zapach jeszcze mocniej: terpentynę, olej lniany, coś metalicznego pod spodem. Dochodzi zza zamkniętych drzwi w głębi. Nie sposób powiedzieć, ile ich jest, bo są tak samo białe jak ściany. Tylko jedne są uchylone na szerokość dłoni.


Nie zaglądam.


Na schodach zatrzymuję się i opieram o balustradę. Ręce mi się trzęsą, więc chowam je w kieszenie marynarki. Powtarzam sobie, że to szczęście, że w końcu ktoś mnie zauważył, że powinnam się cieszyć.


Dopiero na chodniku, w miejscu, gdzie wciąż widzę swoje odbicie w ciemnym szkle galerii, przypominam sobie jedną rzecz.


Tamten tekst o Fuselim opublikowałam pięć tygodni temu. Nie udostępniałam go nigdzie. Nie wpisałam żadnych tagów.


Wiktoria nie mogła go znaleźć przypadkiem.


Odwracam się, żeby spojrzeć na okna, ale są zbyt ciemne. Widzę w nich tylko dziewczynę o jasnych włosach związanych zbyt ciasno, z rękami w kieszeniach.


Uśmiecha się. Nie pamiętam, żebym się uśmiechała.

Rozdział 2

Kobiety na płótnach

W poniedziałek umowa czeka na małym stoliku przy wejściu, przyciśnięta mosiężnym przyciskiem do papieru. Czytam ją dwa razy, stojąc w płaszczu, z torbą wciąż przewieszoną przez ramię. Wynagrodzenie jest prawie dwa razy wyższe, niż odważyłabym się zażądać. Standardowe zapisy, żadnych pułapek, żadnych klauzul napisanych drobnym drukiem. Poza jednym punktem, który zajmuje całe dwie linijki i którego nie da się przeoczyć:


Asystentka zobowiązuje się nie wchodzić do pracowni artysty bez wyraźnego zaproszenia.


— Formalność — mówi Wiktoria, pojawiając się bezszelestnie za moim ramieniem. — Artysta pracuje w skupieniu. Nie lubi niespodzianek.


Podpisuję. Nie zastanawiam się nad tym dłużej, niż wypada.


— Pierwszy dzień ma jedno zadanie — oznajmia Wiktoria, prowadząc mnie przez główną salę. — Patrzeć.


— Tylko patrzeć?


— Proszę traktować to jak praktykę. Będę w gabinecie. Wrócę koło wpół do pierwszej.


Zostaje po niej zapach suchych perfum i cicho zamykające się drzwi. Zostaję sama z dziesięcioma obrazami.


Cykl nazywa się Progi. Wiem o nim tyle, ile każdy, kto czytał recenzje: dziesięć płócien, dziesięć kobiet, żadnego imienia, żadnej opowieści, a jedenasty obraz wciąż w drodze. Wiem, że krytycy używają słów takich jak rozpad, przekroczenie, punkt zwrotny. Wiem, że kolekcjonerzy płacą za nie sumy wyglądające jak numery telefonów.


Nie wiedziałam tylko, że te płótna są tak ogromne.


Ten, który wisiał nad moim biurkiem przez pół roku, w wydrukowanej reprodukcji zajmował dwanaście centymetrów. Tutaj ma prawie dwa metry wysokości. Kobieta przy oknie stoi w naturalnej wielkości, z dłonią opartą o parapet, a jej nadgarstki są bielsze, niż pamiętam. Nigdy nie dostrzegłam tego na wydruku: farba na szyi jest cienka, prawie przezroczysta, z zimnym niebieskim cieniem pod uchem, jakby ktoś położył tam palec.


Podchodzę bliżej. Na podłodze biegnie linia z taśmy, dyskretna, szara. Zatrzymuję się dokładnie przed nią.


Patrzę na jej twarz.


To nie jest strach. Wiem, jak wygląda strach w malarstwie: widziałam go setki razy, u Muncha, u Goi, u Fuseliego. Rozszerzone źrenice, otwarte usta, ręce podniesione do obrony. Ta kobieta nie ma żadnego z tych znaków. Jej usta są lekko rozchylone, ale nie do krzyku — raczej tak, jakby zaczynała o coś prosić i wstrzymała oddech w połowie zdania. Spojrzenie nie jest skierowane na widza. Patrzy w bok, nieco poza mnie, na kogoś, kto stoi po lewej.


Robię krok w prawo, żeby sprawdzić, czy wzrok się przesunie. To stary trik malarski, każdy wykładowca opowiadał o nim na pierwszym roku. Wiem, że to tylko złudzenie.


A jednak spojrzenie podąża za mną.


Ciepło zaczyna się na karku. Powoli, jakby ktoś położył tam dłoń i nie zabrał jej od razu. Schodzi wzdłuż kręgosłupa, zatrzymuje się na wysokości łopatek. Poprawiam marynarkę, żeby się go pozbyć. Nie pomaga.


Syndrom Stendhala — myślę. Zawroty głowy, przyspieszone tętno, poczucie zbyt dużego natężenia sztuki. Opisany, udokumentowany, niegroźny. Człowiek staje przed obrazem i ciało reaguje szybciej niż rozum. Uczyłam się o tym na trzecim roku. Pamiętam nawet nazwisko włoskiej lekarki, która go opisała.


Ta wiedza jest bardzo wygodna. Trzymam się jej jak poręczy.


Przechodzę do następnego płótna.


Kobieta stoi przy ścianie, tyłem do widza. Czoło opiera o tynk, dłonie kładzie płasko na wysokości głowy, jakby chciała wtopić się w mur. Twarz ma odwróconą tylko na tyle, żeby widać było jedno oko i kąt ust. Światło pada od tyłu, ciepłe, złote, i rysuje na jej łopatkach dwa cienkie, jasne łuki.


Nie ma w tym nic wulgarnego. Jest ubrana, sukienka opada z jednego ramienia, ale nie odsłania niczego, czego nie widać na plaży. A jednak coś we mnie odwraca wzrok — jak przed cudzym listem, którego nie powinno się czytać.


Jej oko. Jedno oko, wpółprzymknięte, a w nim coś, czego nie potrafię nazwać. Nie prośba o pomoc. Raczej coś przeciwnego: zgoda na to, że pomocy nie będzie.


Trzeci obraz: kobieta na krześle, dłonie złożone na kolanach, twarz uniesiona. Wygląda jak ktoś, kto siedział godzinami w bezruchu i właśnie przestał się opierać. Nie płacze. Nie drży. Ale w jej rysach obecny jest ten sam moment, który powtarza się na wszystkich płótnach, jak podpis nieumieszczony w rogu: sekunda tuż po tym, jak coś w niej pękło.


Czwarty. Piąty. Szósty.


W którymś momencie przestaję notować w głowie techniki i kompozycje. Przestaję myśleć o kolorze, pociągnięciach pędzla, cytatach z barokowych mistrzów. Stoję po prostu przed nimi jak przed żywymi ludźmi i czuję rzeczy, których nie chcę nazywać: ciepło w policzkach, ucisk gdzieś nisko w brzuchu, dziwne, słodkie drżenie w kolanach.


Wstyd przychodzi zaraz potem, szybki i gorący. Bo to nie jest zwyczajne wzruszenie. Znam wzruszenie — to coś zupełnie innego. Coś, co nie powinno mnie tu spotkać, w pustej galerii, w poniedziałkowy poranek, w jedynej porządnej marynarce.


To tylko reakcja estetyczna, powtarzam sobie w myślach po raz drugi. Za drugim razem to zdanie brzmi już mniej pewnie.


Orientuję się, że stoję zbyt blisko, dopiero wtedy, gdy dostrzegam własne buty. Taśma na podłodze została pod nimi. Przekroczyłam ją nieświadomie przy siódmym obrazie — tym z kobietą w ciemnej sukni, której twarz wygląda tak, jakby właśnie ktoś wypowiedział jej imię.


Cofam się gwałtownie. Serce bije mi mocniej, niż powinno.


Rozglądam się. Nikogo. Cisza taka, że słyszę własny oddech.


I wtedy to zauważam: w rogu sufitu, pod samą listwą, mieści się maleńka czarna kamera z czerwoną kropką. Wcześniej jej nie dostrzegłam. Nie była ukryta — po prostu niepozorna, jak coś, co ma zostać zauważone dopiero wtedy, gdy przestaje się to liczyć.


Kto ogląda nagrania?


Pytanie jest głupie. To galeria, wartościowe obrazy, oczywiście, że zainstalowano monitoring. Nie ma w tym nic niezwykłego. A jednak przez chwilę stoję nieruchomo, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, jak ktoś przyłapany na gorącym uczynku, i myślę o tym, jak wyglądałam przed chwilą z twarzą zwróconą w stronę płótna.


Ciekawe, myślę. Ciekawe, co widać z zewnątrz, kiedy człowiek nie wie, że ktoś na niego patrzy.


Wiktoria wraca o wpół do pierwszej, co do minuty.


— I co? — pyta, stojąc w drzwiach ze splecionymi z przodu dłońmi i obracając kciukiem kamień na palcu.


— To… bardzo mocna praca — mówię.


— To zdanie z ulotki.


Uśmiecham się nerwowo.


— Wolałabym powiedzieć coś mądrzejszego.


— Proszę powiedzieć cokolwiek prawdziwego.


Zerkam na obraz z kobietą przy oknie. Stoi tam, gdzie stała, w świetle, którego źródła wciąż nie dostrzegam.


— Która zatrzymała panią najdłużej? — pyta Wiktoria.


— Ta.


— Dlaczego?


Otwieram usta, żeby powiedzieć coś o kompozycji, o gamie chłodnych błękitów, o tym, jak malarz prowadzi wzrok po przekątnej. Mam to wszystko przygotowane jak ściągę.


— Ona nie wygląda na ofiarę — mówię zamiast tego.


Wiktoria nie porusza się.


— Nikt na tych obrazach tak nie wygląda — dodaję szybciej. — Wszyscy mówią, że to cykl o cierpieniu. Ale to nie cierpienie. To jest…


— Tak?


— Moment, w którym coś się zmienia. Jakby nagle dowiedziała się o sobie czegoś, o czym wcześniej nie miała pojęcia.


Cisza trwa krótko, ale wystarczająco długo, żebym zdążyła pożałować każdego słowa.


— Większość ludzi mówi, że wyglądają na przerażone — odzywa się w końcu Wiktoria. — Krytycy piszą o traumie. Publiczność powtarza: „biedne kobiety”. Przez jedenaście lat słyszę to samo.


— A ja…


— Pani jest pierwszą osobą od bardzo dawna, która tego nie powiedziała.


Nie wiem, czy to komplement. Wiem tylko, że wolałabym, aby ktoś w tej chwili otworzył okno.


Wiktoria odwraca się i przechodzi przez salę, zatrzymując się przy pustym miejscu na ścianie, tuż za dziesiątym płótnem. Wisi tam tylko sam hak i jasny prostokąt na tynku — ślad po czymś, co zdjęto albo czego nie zdążono jeszcze powiesić.


— Tu zawiśnie ostatni obraz z cyklu — mówi. — Otwarcie wystawy za trzy tygodnie. Płótno nie jest jeszcze skończone.


— A gdzie się znajduje?


— W pracowni.


Kiwam głową, jakby to była najzwyklejsza odpowiedź pod słońcem.


— Jutro pozna pani Kasjana — dodaje Wiktoria. — Opiekuje się pracownią i wszystkim, co się w niej dzieje. Do pracowni wchodzi się tylko z nim. Zawsze.


To słowo, zawsze, wypowiada lekko, prawie od niechcenia. Ale jej kciuk znowu zatrzymuje się na ciemnym kamieniu.


Wracam tramwajem. Jest wpół do czwartej, wagon prawie pusty, za oknem szare miasto, które o niczym nie wie. Trzymam torbę na kolanach i patrzę na własne dłonie.


Trzęsą się. Nie mocno — tylko na tyle, by to zauważyć.


Powtarzam sobie, że to przecież intuicja zawodowa. Że dobrze trafiłam, że taka praca zdarza się raz w życiu, że każdy na moim miejscu czułby to samo. Ciekawość nazywam intuicją — to moja stara sztuczka, jeszcze z czasów, kiedy czytałam cudze pamiętniki w szkole i tłumaczyłam sobie, że po prostu interesują mnie ludzie.


Ale w głowie mam jedno zdanie i nie umiem się go pozbyć.


Ona nie wygląda na przerażoną.


Ona wygląda jak ktoś, kogo wreszcie ktoś zobaczył.


I najgorsze, najbardziej niewygodne, ledwo słyszalne w moich myślach jest to, że w tym zdaniu nie chodzi już o kobietę z obrazu.

Rozdział 3

Człowiek od wszystkiego

Spodziewam się kogoś starszego. Nie wiem dlaczego. Może przez słowo asystent, które kojarzy mi się z zaciśniętymi ustami, siwiejącymi skroniami i pękiem kluczy przy pasku. Kiedy Wiktoria otwiera drzwi na końcu korytarza i mówi: „Kasjan, to jest Iga”, zatrzymuję się w progu i przez sekundę nie wiem, gdzie patrzeć.


Ma może dwadzieścia osiem lat. Ciemne włosy z jaśniejszymi, prawie popielatymi pasmami z przodu, o pół centymetra za długie, żeby wyglądały na zadbane, i o pół centymetra za krótkie, by sprawiać wrażenie zaniedbanych. Na szczęce kilkudniowy zarost, ciemniejszy niż włosy. Prosta czarna koszula z podwiniętymi rękawami. Wysoki, ale nie tak, żeby to było pierwsze, co rzuca się w oczy. Pierwsze, co zauważam, to jego ręce: długie palce, delikatna blizna na nadgarstku, farba pod paznokciami. Ciemna, prawie fioletowa, wsiąknięta w skórę, jakby nie chciała się zmyć albo nikt jej o to nie prosił.


Drugie, co zwraca moją uwagę, to oczy. Są jasne, niebieskoszare, o wiele bardziej przenikliwe, niż powinny być u kogoś, kto właśnie poznał nową osobę, a pod nimi malują się cienie kogoś, kto dawno się porządnie nie wyspał. Patrzy na mnie krótko, uprzejmie, i odwraca wzrok, zanim zdążę odpowiedzieć tym samym.


— Miło mi — mówi.


Głos ma cichy, niski, z rodzaju tych, które nie muszą przebijać się przez hałas, bo ludzie sami milkną, żeby ich słuchać.


— Kasjan zajmuje się wszystkim, co nie jest sprzedażą — wyjaśnia Wiktoria. — Pracownia, transport, pigmenty, ramy, ekspozycja. Człowiek od wszystkiego.


— Brzmi jak człowiek do zwolnienia, gdy coś pójdzie nie tak — odparowuje Kasjan, a kącik jego ust unosi się o milimetr.


Wiktoria nie odpowiada na żart. Patrzy na niego chwilę dłużej, niż wymaga sytuacja, i dopiero potem przenosi wzrok na mnie.


— Zostawiam was. Godzina, dwie. Potem chcę wiedzieć, czy pani zostaje.


Drzwi zamykają się za nią cicho. Zostajemy sami.


— Chce pani herbaty? — pyta Kasjan. — Mam tylko czarną, ale jest dobra.


— Poproszę.


Odwraca się do niewielkiego blatu pod oknem, a ja korzystam z tej chwili, żeby rozejrzeć się po pracowni.


Jest duża. Większa, niż wyobrażałam sobie z zewnątrz: długie, wysokie pomieszczenie z oknem na całej północnej ścianie, przez które wpada zimne, równe światło — takie, jakiego malarze szukają latami. Podłogę pokrywają plamy, warstwy barw, starsze pod nowszymi, jak skamieniałe pokłady geologiczne. Pod ścianą stoją słoiki z pigmentami, setki, ułożone według kolorów w systemie, który staje się widoczny dopiero po dłuższej chwili. Pędzle w stojakach, szpachle, ostrza, mufki szmat. Zapach, który poznałam wczoraj na korytarzu, jest tu silniejszy: terpentyna, olej lniany, żywica, a pod spodem coś ciepłego, prawie słodkiego, jak zapach drewna po deszczu.


Płótna stoją wszędzie. Oparte o ściany, ustawione rzędami, po kilkanaście. Wszystkie obrócone twarzą do muru. Widzę tylko ich surowe grzbiety, blejtramy, zszywki, pieczątki producentów.


— Wszystkie tak stoją? — pytam.


— Tak. — Kasjan stawia przede mną kubek. Para unosi się wąską smugą. — Prace skończone i nieskończone. Kurz, światło, ciekawość. Najlepiej niczego nie widzieć, dopóki nie trzeba.


— Ciekawość?


— Moja. — Znowu ten milimetr w kąciku ust. — Kiedy patrzę na coś za często, przestaję to widzieć.


Odpowiedź jest sensowna, nawet mądra. Ale zauważam, że nie mówi „artysta” ani „on”, tylko „moja”. Tak mówi ktoś, kto o obrazach nie wypowiada się jak o cudzych. Odnotowuję to i odkładam głębiej, między rzeczy do przemyślenia na później.


Pokazuje mi, jak to wszystko działa. Robi to tak, jak robią ludzie, którzy nie lubią mówić o sobie, ale lubią mówić o rzeczach: konkretnie, spokojnie, bez zbędnych ozdobników. Klimatyzacja w salach ekspozycyjnych, wilgotność, temperatura, godziny, w których nie wolno otwierać drzwi wejściowych. System zawieszania, ramy, haki, pokrętła. Jak pakować obraz do transportu, żeby lakier nie pękł od zmiany ciśnienia. Jak rozpoznać, że farba jeszcze oddycha.


Chłonę to wszystko chętnie, może nawet zbyt chętnie. Kiedy w którymś momencie odwraca się po rolkę papieru, łapię się na tym, że patrzę na jego plecy i kark, na cienką linię, gdzie włosy spotykają się z kołnierzem. Odwracam wzrok, zanim zdąży się odwrócić.


— Wiktoria mówiła, że stała pani wczoraj przy oknie dwadzieścia minut — rzuca po chwili, nie podnosząc wzroku znad papieru.


Kubek w mojej dłoni robi się nagle bardzo gorący.


— Przy oknie?


— Przy pierwszym obrazie. Wpół do drugiej. Tak się nazywa. — Podnosi w końcu głowę. — Jest w nim ktoś, kogo ludzie oglądają krótko. Pani nie oglądała krótko.


Nie ma w tym zarzutu. Nie ma żadnego oceniania. Ale coś w sposobie, w jaki to mówi, przypomina mi kamerę w rogu sufitu i myśl, że ktoś wczoraj przez dwadzieścia minut patrzył, jak ja patrzę.


— To piękny obraz — mówię.


— To prawda.


— Ta zieleń w cieniu pod szyją… — zaczynam, bo muszę powiedzieć cokolwiek, a to coś, co zauważyłam.


— To nie zieleń — sprostowuje Kasjan spokojnie. — To ugier z odrobiną błękitu pruskiego. Zieleń robi się na oku dopiero przy sztucznym świetle. W dzień jest szara.


Patrzę na niego.


— Skąd pan wie?


Zatrzymuje się. Bardzo krótko, na ułamek sekundy, ale zauważam to, bo rejestruję wszystko, co dotyczy tego człowieka od pierwszej minuty, choć nie wiem jeszcze dlaczego.


— Miesza się pigmenty — odpowiada. — To się po prostu wie.


To dobra odpowiedź. Rozsądna, skromna. Ale jest w niej coś, co nie pasuje do człowieka, który tylko miesza pigmenty: precyzja, z jaką wie, co dzieje się z barwą przy sztucznym świetle, i to, jak dobrze zna ten konkretny cień pod szyją.


Asystent, myślę. Wypowiadam w duchu to słowo, jakbym sprawdzała, czy jeszcze pasuje.


Prowadzi mnie przez całą pracownię. Przy dużym oknie zatrzymuje się na chwilę i pokazuje, gdzie stoją sztalugi do prac wielkoformatowych, drabina, ruchome lampy.


Na środku pomieszczenia, w najlepszym świetle, stoi największa sztaluga. Na niej płótno — wysokie, prawie dwumetrowe, przykryte szarą, ciężką tkaniną. Materiał opada prosto, bez fałd, jakby ktoś zawiesił go z ogromną starannością.


Idę w tamtą stronę, zanim zdążę pomyśleć.


— A to?


Kasjan robi krok. To nie jest ruch nagły, nie zagradza mi drogi. Po prostu staje w miejscu, które w jakiś sposób znajduje się dokładnie między mną a płótnem. Tak, że muszę zatrzymywać się o metr wcześniej, niż planowałam.


— To ostatni z cyklu — mówi. — Jeszcze nie do oglądania.


— Wiktoria wspominała.


— Wiktoria zawsze wspomina. — W jego głosie nie słychać niechęci, jest raczej rozbawienie — zmęczone, ciepłe. — Proszę mi wierzyć, że nie ma tu nic ciekawego. Nieskończone rzeczy zawsze wyglądają gorzej, niż człowiek zakłada.


— Zdejmuje pan kiedykolwiek osłonę?


— Kiedy pracuję. — Patrzy na mnie. Tym razem nie odwraca wzroku od razu. Trwa to tylko sekundę dłużej, niż wypada, i ta sekunda jest tak dokładna, że mogłabym ją zmierzyć. — I kiedy jest gotowy.


Nie wiem, dlaczego moje serce bije szybciej. To nie jest strach, przynajmniej tak sobie tłumaczą. Kasjan jest uprzejmy, zmęczony, trochę nieśmiały — taki, jaki bywa człowiek, który dużo pracuje sam i rzadko rozmawia. Nie ma w nim nic niebezpiecznego.


A jednak czuję ciepło na karku. To samo, które czułam wczoraj przed obrazem. W tym samym miejscu.


Mimowolnie unoszę dłoń, żeby potrzeć skórę.


— Zimno tu? — pyta Kasjan.


— Nie. Dlaczego?


— Trzyma się pani za kark.


Opuszczam rękę. Uśmiecham się, trochę za szybko.


— Nawyk.


— Aha — mówi tylko.


Ale zanim odwróci się do stołu, zauważam w jego oczach coś, co znika, gdy tylko próbuję to nazwać. Coś jak uwaga — tak skupiona, że przypomina zaspokojenie.


O piętnastej Wiktoria wraca po odpowiedź. Mówię, że zostaję. Nie pytam, czy mogłabym się zastanowić, i sama nie wiem dlaczego.


— Doskonale — odpowiada. — Kasjan pokaże pani jutro archiwum.


Kasjan stoi przy oknie z rękami w kieszeniach. Nie patrzy na nas, tylko na ulicę, na której nie dzieje się nic ciekawego. Mam wrażenie, że słucha wszystkiego, co mówimy, ale nie chce, żebyśmy o tym wiedziały.


Zbieram płaszcz i torbę. Wychodzę przez pustą główną salę, obok dziesięciu obrazów, których dziś nie ośmielam się oglądać dłużej niż przez sekundę każdy. W drzwiach oglądam się jeszcze raz.


Kasjan stoi w korytarzu, tuż przy wejściu do pracowni. Nie idzie za mną, nie macha ręką. Stoi po prostu, oparty o framugę, z rękami w kieszeniach.


Nie patrzy na mnie.


Dopiero na chodniku, przed ciemnym szkłem okien, zauważam, o co chodzi. Widzę w nim siebie i cały korytarz za swoimi plecami. I jego, wciąż w tej samej pozie, wciąż nieruchomego.


Patrzy nie na mnie, tylko na moje odbicie.


Wyprostowuję się, poprawiam torbę na ramieniu i idę w stronę przystanku. Nie przyspieszam kroku. Powtarzam sobie, że nie ma powodu.


Dopiero w tramwaju uświadamiam sobie, że przez cały dzień nie zapytałam go o nazwisko.

Rozdział 4

Pracownia po zmroku

Archiwum mieści się w piwnicy i pachnie kurzem, papierem i chłodem, który ma w sobie coś z kościoła. Kasjan schodzi przede mną po wąskich schodach, włącza światło, które zapala się po kolei — jedna żarówka za drugą, jakby budziły się z ociąganiem.


— Katalogi, korespondencja, dokumentacja techniczna, faktury — wylicza, wskazując kolejne regały. — Wszystko ułożone według cykli i lat. Pani zadaniem będzie to zdigitalizować.


— Wszystko?


— Przez jedenaście lat.


Uśmiecham się, bo to brzmi jak żart, ale on się nie uśmiecha. Zaczynamy.


Pracujemy obok siebie prawie do południa. On wyjmuje teczki i podaje mi je bez słowa, ja skanuję, opisuję i odkładam. Cisza między nami nie jest niewygodna. To dziwne, ale mam wrażenie, że nie musimy jej niczym wypełniać. Raz tylko, gdy sięgam po wyższą półkę, jego dłoń pojawia się nad moją i podtrzymuje pudło, zanim zdążę je przechylić. Nie dotyka mnie. Odsuwa się od razu, ale jego zapach zostaje jeszcze przez chwilę: terpentyna, mydło, coś suchego i ciepłego, jak nagrzane drewno.


— Dziękuję — mówię.


— Nie ma za co.


Robi się cicho jak przedtem, tylko że teraz słyszę własne serce.


Teczki cyklu Progi stoją na osobnej półce, ułożone według numerów. Jedenaście grubych segregatorów, od I do XI. Kasjan ściąga pierwszy z góry i kładzie go przede mną. W środku są zdjęcia płótna, kwity transportowe, wyceny, listy od kolekcjonerów, wycinki z prasy. Każdy obraz ma swoją kartę, na której ktoś zapisał tytuł, wymiary, rok i technikę. W rubryce model wszędzie powtarza się jedno słowo: anonimowa.


Sięgam po teczkę numer XI.


Jest cienka, o wiele cieńsza od pozostałych. Otwieram ją i widzę tylko jedną kartę z wpisaną w kolumnie stan adnotacją: w toku. W rubryce obok widnieje data, zapisana drobnym, pochyłym pismem.


Kasjan zabiera mi teczkę z rąk, zanim zdążę ją przeczytać.


— Ta jeszcze nie jest kompletna — mówi łagodnie. — Zajmiemy się nią, gdy zostanie skończona.


Odkłada ją na półkę. Robi to bez pośpiechu, tak spokojnie, że przez chwilę wydaje mi się, że przesadzam. Nie zapamiętuję daty. Tylko sam fakt, że tam była, i to, że nie pozwolono mi jej dokończyć.


O siódmej wieczorem Wiktoria wychodzi. Całuje powietrze obok mojego policzka i mówi, że zostawia klucz do drzwi wejściowych, ale żebym nie siedziała zbyt długo. Jestem sama w głównej sali z laptopem, kartonem etykiet na wystawę i dziesięcioma obrazami, które przestały mnie krępować, odkąd nauczyłam się na nie nie patrzeć.


O wpół do ósmej Kasjan zagląda do sali.


— Ja jeszcze popracuję — mówi. — Niech pani nie czeka na mnie z zamykaniem. Wiktoria zostawiła zapasowy klucz.


— Dobrze.


— Dobranoc, Iga.


Mówi to zwyczajnie. Ale jego głos wypowiada moje imię tak, jakby było dla niego czymś, co już ma i czym dopiero teraz po raz pierwszy się posługuje.


Zostaję.


Piszę etykiety, sprawdzam wymiary, przestawiam ramy, aż liczby zaczynają mi się mylić. O dziewiątej stwierdzam, że zrobiłam wszystko, co można było zrobić bez pytania Wiktorii. Zamykam laptopa, zbieram płaszcz. Powinnam wyjść.


Zamiast tego idę korytarzem w stronę pracowni.


Mówię sobie, że chcę tylko powiedzieć dobranoc. Że tak wypada. Że przez cały dzień był dla mnie uprzejmy. Zatrzymuję się przed białymi drzwiami — tymi samymi, które wczoraj były uchylone na szerokość dłoni.


Dzisiaj są uchylone trochę bardziej.


W szparze widać światło. Nie jasne, tylko ciepłe, punktowe, jak z jednej lampy. Nie słychać nic: ani kroków, ani szurania, ani muzyki.


— Kasjan? — mówię cicho.


Cisza.


W umowie napisano: bez wyraźnego zaproszenia. Wiem to. Pamiętam każde słowo, jakbym miała je wypisane na wewnętrznej stronie powiek. Zaproszenia nie było. Jest tylko szpara na szerokość mojej dłoni, a potem na szerokość ramienia.


Popycham drzwi jednym palcem i wchodzę.


Pracownia nocą jest inna. Zimne, równe światło z północnego okna zniknęło, zostało tylko jedno ciepłe kółko lampy przy stole i ciemność, która wypełnia resztę przestrzeni jak woda. Widzę zarysy słoików, ram, sztalug. Widzę też duże, przykryte szarą tkaniną płótno w samym środku — niewzruszone. Trzymam się od niego z daleka.


Kasjana nie ma. Stół jest pusty, na blacie leży odłożony pędzel, jeszcze mokry.


Powinnam wyjść.


Ale moje oczy padają na płótna oparte o ścianę — te odwrócone twarzą do muru — i coś we mnie robi krok do przodu, zanim rozum zdąży zaprotestować.


Jeden, mówię sobie. Tylko jeden.


Wybieram ten, który stoi najbliżej, nieco oddzielony od reszty. Kładę dłonie na jego krawędzi i przechylam go ku sobie. Jest cięższy, niż wygląda. Drewno blejtramu skrzypi cicho. Odwracam go.


I przestaję oddychać.


To kobieta. Młoda, może dwudziestoletnia. Stoi w drzwiach z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, w szarej sukience. Jej twarz jest wąska, blada, oczy szeroko otwarte, i w tych oczach nie ma tego, co widziałam w Progach. Nie ma zgody, nie ma tego drżenia na granicy czegoś, co jeszcze nie ma nazwy.


Jest strach. Prawdziwy, zwyczajny, bez żadnej poezji. Taki, który wpycha człowieka w kąt i sprawia, że jego ciało przestaje być jego własne.


Farba jest inna niż na obrazach w galerii. Ciężka, agresywna, kładziona szybko, szerokimi pociągnięciami, jakby malarz nie miał cierpliwości, jakby był zły albo zawiedziony. A przez całą twarz, od czoła do brody, biegnie gruby, czarny ślad węgla.


Ktoś ją przekreślił.


Stoję przed nią i wiem, że powinnam odstawić płótno na miejsce. Wiem, że to nie jest nic, co mnie dotyczy. Wiem też, że to pierwszy obraz w tym miejscu, który wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać obraz kobiety, której coś zrobiono.


I że nie należy do cyklu.


— Ten jest odrzucony.


Kasjan mówi to spokojnie, z odległości kilku metrów. Nie słyszałam, jak wszedł.


Nie krzyczę, choć chcę. Nie upuszczam płótna, choć ręce mi drżą. Odwracam się powoli, z obrazem wciąż dociskanym do ściany.


Stoi w drzwiach do bocznego pomieszczenia z ręcznikiem w dłoni. Ma wilgotne włosy, jakby przed chwilą umył twarz. Rękawy podwinięte, koszula rozpięta pod szyją o jeden guzik więcej niż rano. Nie wygląda na wściekłego. Nie wygląda na zaskoczonego.


Wygląda na kogoś, kto czekał.


— Szukałam pana — mówię. Głos mam cienki, jakbym mówiła przez chusteczkę. — Drzwi były otwarte. Chciałam tylko powiedzieć dobranoc.


— Znalazła mnie pani.


Nie ma w tym ironii. To zwykła, cicha konstatacja. Kasjan odkłada ręcznik na oparcie krzesła i idzie w moją stronę, bez pośpiechu, tak samo jak przy pudełku w archiwum. Zatrzymuje się metr przede mną, potem pół metra. Sięga ręką ponad moim ramieniem i chwyta ramę obrazu.


Nie dotyka mnie. Ale jest tak blisko, że czuję zapach terpentyny i mydła, ciepło jego ciała przez cienką koszulę, jego oddech na mojej skroni. Gdybym się odwróciła, moje ramię dotknęłoby jego piersi. Stoję więc bez ruchu, jak ktoś, kto przeczytał w książce, że przy spotkaniu z dzikim zwierzęciem nie wolno uciekać.


Odstawia płótno na miejsce, twarzą do ściany, jednym płynnym ruchem.


— Ten jest odrzucony — powtarza. — Nie wszystkie obrazy wychodzą tak, jak się je zaczyna.


— Kto to jest?


— Nikt, kogo musiałaby pani znać.


Nie mówi tego ostro. Mówi to tak, jak mówi się dziecku, że coś jest za gorące. Ale nie cofa się. Wciąż stoi tak blisko, że wystarczyłoby jedno moje głębsze nabranie powietrza, żeby przekroczyć tę półmetrową odległość.


— Umowa — mówię, żeby powiedzieć cokolwiek. — Wiem. Zakaz wchodzenia. Przepraszam.


— Nie zwolnię pani.


— Nie…


— Nie o to pani chodziło. — Kasjan patrzy na mnie i tym razem nie odwraca wzroku po sekundzie. Trwa to długo. Tak długo, że słyszę własną krew w uszach. — Dlaczego akurat ten?


— Bo był najbliżej.


— Nie.


Jedno słowo, ciche, bez nacisku.


— Wybrała go pani, bo był jedyny, który wyglądał inaczej niż reszta — mówi. — Bo szuka pani czegoś, czego brakuje w innych. Tego, co wygląda jak ostrzeżenie.


Otwieram usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk.


Bo on ma rację, a ja nie powiedziała tego nikomu. Nawet sobie. Wchodząc tu, nie pomyślałam: chcę znaleźć obraz, który mnie przestraszy. A jednak tak było. Szukałam tej jednej rzeczy, która pozwoliłaby mi powiedzieć: widzisz, jednak się boję, więc to wszystko jest normalne.


— Nie wiem, o czym pan mówi — wypowiadam w końcu.


— Wiem, że pani nie wie — odpowiada Kasjan łagodnie.


Cofa się wreszcie o krok. Powietrze wraca między nas, chłodne, prawie bolesne. Odczuwam ulgę i żal jednocześnie, co jest tak niewłaściwe, że zaczynam się wstydzić.


— Następnym razem — mówi — proszę poczekać, aż zaproszę.


— Zaprosi mnie pan?


To wymyka się ze mnie, zanim zdążę je zatrzymać. Słyszę te słowa dopiero w powietrzu. Nie chciałam tego powiedzieć. Nie wiem, skąd się wzięły.


Kasjan patrzy na mnie długo. Nie uśmiecha się. Ale coś w jego twarzy się porusza, jak woda pod cienką warstwą lodu.


— Może — mówi.


Odprowadza mnie do drzwi. Nie dotyka mojego ramienia ani pleców, chociaż w ciasnym korytarzu byłoby to naturalne. Idzie pół kroku za mną, tak blisko, że czuję jego obecność na karku — w tym samym miejscu co zawsze.


Na progu galerii wręcza mi klucz.


— Zamknie pani z zewnątrz. Wiktoria zostawia go w skrzynce.


— Dobrze.


— Dobranoc, Iga.


Tym razem jego głos brzmi inaczej, jakby moje imię było czymś, co pozwolił sobie wypowiedzieć dopiero teraz. Odwracam się, żeby coś dodać, ale drzwi zamykają się przede mną z cichym kliknięciem.


Stoję na chodniku. Jest zimno, ale tego nie czuję. Na zegarku wyświetla się 22:14. Weszłam do pracowni o wpół do dziesiątej, a wydaje mi się, że minęło pięć minut.


W drodze do domu próbuję zebrać myśli. Przypominam sobie przekreśloną twarz, ten dziki, brzydki czarny ślad. Kobietę w szarej sukience. Powinno mnie to przerażać — i przeraża mnie, oczywiście, że tak.


Ale gdy w mieszkaniu zdejmuję płaszcz i siadam na brzegu łóżka, nie myślę o obrazie. Myślę o pół metrze powietrza między nami i o tym, jak bardzo chciałam, żeby zniknęło.


Nie pamiętam, żebym się bała.


Pamiętam tylko, że nie chciałam wychodzić.

Rozdział 5

Natrętna myśl

Następnego dnia Kasjan zachowuje się tak, jakby nic się nie stało.


Wita mnie o dziewiątej uprzejmym skinieniem głowy, pyta, czy chcę herbaty, wyjaśnia, jak skalibrować skaner do negatywów. Przez cały dzień nie patrzy na mnie dłużej, niż wypada. Ani razu nie staje zbyt blisko. Kiedy przechodzimy obok siebie w korytarzu, zostawia dokładnie tyle miejsca, ile potrzeba, żeby dwoje ludzi mogło się minąć bez dotyku.


Jest miły, spokojny, trochę nieobecny. Dokładnie taki sam jak we wtorek.


Powinnam się cieszyć. Wczoraj przekroczyłam granicę, której nie powinnam była przekraczać, a on nie zrobił z tego problemu. Nikt nie wspomniał o umowie ani o zwolnieniu. Wszystko wróciło na swoje miejsce.


Ale to właśnie ta łatwość, z jaką wszystko wróciło, boli mnie bardziej, niż powinna. Cały dzień łapię się na tym, że oczekuję czegoś: spojrzenia, zdania rzuconego w przelocie, jakiegoś znaku, że tamto wydarzyło się naprawdę. Zamiast tego dostaję „dziękuję” i „proszę”.


Nie wiem, co jest gorsze: że to zauważam, czy że tak bardzo mi to przeszkadza.


Telefon wibruje na blacie kuchennym, kiedy podgrzewam wodę na makaron.


Dominika: No i jak tam ta galeria? Jakiś przystojny artysta w pakiecie?


Patrzę na ekran dłużej, niż powinnam. Dominika to moja najstarsza przyjaciółka, znamy się od pierwszego roku studiów. Wie o mnie wszystko: że nie lubię, gdy ktoś stoi za moimi plecami, kiedy czytam; że w liceum wypisywałam cytaty z pamiętników innych dziewczyn; że gdy jestem zdenerwowana, zaczynam mówić o pogodzie.


Piszę: Nikt ciekawy. Sama praca z papierami.


Wysyłam, zanim zdążę pomyśleć. Odpowiedź przychodzi po sekundzie: Nudy!! Ale super że masz. Trzymam kciuki.


Patrzę na to nikt ciekawy i uświadamiam sobie, że po raz pierwszy od lat skłamałam jej w rzeczy, w której wcale nie musiałam kłamać.


Po kolacji siadam z herbatą przy oknie. W mieszkaniu jest ciemno, tylko latarnia z ulicy rzuca na parapet pomarańczowy prostokąt światła. Dom naprzeciwko ma kilka zapalonych okien. Ktoś ogląda telewizję, ktoś inny zmywa naczynia.


Zdejmuję gumkę z włosów. Sama nie wiem dlaczego.


Odstawiam kubek na parapet, staję bokiem do okna i opieram dłoń o framugę. Tak jak ona. Kobieta z obrazu Wpół do drugiej. Odchylam lekko głowę — wolno, jakby ktoś stał po lewej stronie i patrzył. Wstrzymuję oddech. Czuję, jak ciężkie robi się powietrze między mną a szybą, jak twarz zaczyna mnie palić.


W ciszy słyszę własny puls. Pod skórą na szyi, w skroniach, w dłoni, którą wciąż mocno przyciskam do drewna. Wyobrażam sobie, że ktoś naprawdę tam jest — w ciemnym pokoju za moimi plecami. Że patrzy dłużej, niż wypada. Że nie mówi nic, tylko patrzy. I ta wizja nie jest ani trochę romantyczna czy miła. Jest natrętna, cielesna i — choć nie chcę się do tego przyznać przed samą sobą — cholernie mnie podnieca.


Na karku pojawia się to ciepłe, znane mi uczucie i doskonale wiem, co za chwilę się stanie. Udając, że nic się nie dzieje, czuję, jak ciepło schodzi z karku w dół i centymetr po centymetrze podąża ku mojemu ciału.


Ciepło dociera do brzucha… i niżej. Czuję wilgoć i pulsujące napięcie.


Ktoś za mną stoi — wmawiam to sobie tak mocno, że zaczynam naprawdę czuć na sobie czyjś wzrok. Chcę tego. Niech patrzy. Podciągam bluzkę do góry, żeby było wyraźnie widać, że nie mam na sobie bielizny. Czuję, jak soki delikatnie spływają mi po wewnętrznej stronie uda. Wolnym, ale pewnym ruchem przesuwam dłoń w stronę łechtaczki i powoli zaczynam ją masować. Po chwili pocieram już całe ciało, wsuwam palce głęboko, wysuwam i wsuwam ponownie. Niech patrzy. Moje ruchy stają się coraz bardziej energiczne, bezczelne, bezceremonialne — stoję wprost przy oknie i zatracam się w tym rytmie.


Nagle to do mnie dociera: stoję w oknie i się masturbuję.


Przenoszę wzrok na okna przeciwnego budynku i zamieram. W jednym z nich stoi młody chłopak i wpatruje się prosto we mnie. Boże. Wzrok, który czułam na sobie, był prawdziwy. To był jego wzrok.


W tym samym momencie dociera do mnie, że moja dłoń wciąż pracuje na łechtaczce — a on to widzi. I nagle w mojej głowie rozbrzmiewa własny, obcy głos: Niech patrzy.


Zalewa mnie kolejna fala gorąca. Nie mam pewności, czy on zorientował się, że go zauważyłam. Nie odchodzę od okna.


— Podoba ci się? — pytam na głos, nie wiedząc do końca, czy mówię do niego, czy do siebie. — Oczywiście, że ci się podoba — odpowiadam sama sobie i przyspieszam ruchy dłoni, cały czas patrząc prosto na niego.


— Och… patrz się… o tak… — mój głos wypełnia całe ciemne mieszkanie. Kolana się pod mną uginają, a orgazm uderza we mnie z siłą pociągu. W głowie kręci mi się jak na karuzeli. Z rozkoszy i bezwładu tracę nad sobą kontrolę, czując, jak po nogach i na podłogę spływa ciepły płyn, wprost na jego oczach.


Przez chwilę nie mogę się poruszyć. Stoję jak zamurowana w tym oknie, pełna dziwnej satysfakcji i paraliżującego zażenowania.


W końcu odsuwam się od szyby tak gwałtownie, że haczę o kubek, który spada i toczy się po podłodze.


Zapalam wszystkie światła. Ręce mi się trzęsą. Stoję na środku pokoju z zaczerwienionymi policzkami i czuję wstyd tak dojmujący, że aż śmieszny.


— To zawodowa ciekawość — mówię na głos. Mój głos brzmi obco w pustym mieszkaniu. — Historyk sztuki musi wczuć się w obraz. To normalne. Uczyli nas tego na warsztatach.


Nie uczyli nas tego na żadnych warsztatach.


Otwieram laptopa, żeby zająć czymś głowę.


Wpisuję w wyszukiwarkę jedno słowo: Nokturn.


Wyników jest mnóstwo. Recenzje, felietony, kilka rozmów z kolekcjonerami. Czytam je szybko, na oślep, jak ktoś, kto szuka lekarstwa, choć jeszcze nie wie, na jaką chorobę.


Nokturn pojawił się jedenaście lat temu na pierwszej wystawie w Galerii Kern. Nikt go wtedy nie znał. Nie było zdjęcia, biografii ani wernisażu. Był tylko podpis w rogu obrazów — mały księżycowy sierp z literą — i list, który Wiktoria Kern przeczytała gościom zamiast przemówienia. Od tamtej pory nie pojawił się publicznie ani razu. Nie udziela wywiadów. Nie ma profilu w mediach. Z dziennikarzami komunikuje się wyłącznie przez pośredników albo listownie.


Znajduję skan jednego z takich listów, zamieszczony w kwartalniku poświęconym sztuce. Pismo jest drobne, wyraźnie pochylone w prawo, niezwykle staranne, jakby każda litera została dokładnie odmierzona. Pod spodem redaktor dopisał: Zapytany o źródło inspiracji, artysta odpowiedział jedynie: „Patrzę, aż ktoś przestaje udawać”.


Czytam to zdanie trzy razy.


W komentarzach pod artykułem toczy się zwykła sieciowa dyskusja. Ktoś twierdzi, że Nokturn to kolektyw. Ktoś inny, że to pseudonim znanego malarza, który boi się o reputację. Ktoś jeszcze pisze, że to kobieta. Jakiś użytkownik dodaje, że kupił jeden z obrazów i od tamtej pory nie może w nocy spać. Ten ostatni wpis ma czterdzieści polubień.


A potem, na samym dole, dostrzegam jeden komentarz bez żadnych polubień, napisany przez anonimowego użytkownika trzy lata temu:


Trzy z jego modelek podobno nie chcą już o tym mówić. Kiedyś była o tym notka na jednym blogu, ale usunięto ją po tygodniu. Nikt nie wie dlaczego.


Przewijam dalej. Kolejne komentarze nie mają z tym nic wspólnego. Wracam do tego jednego i czytam go jeszcze raz. Potem otwieram nową kartę i wpisuję: modelki Nokturna.


Wyskakują wyniki, ale nie ma w nich nic konkretnego. Ani nazwisk, ani wywiadów, ani wspomnień. Dziesięć obrazów w cyklu Progi i cała reszta — łącznie z przekreśloną twarzą z pracowni — po prostu nie istnieje w żadnym cyfrowym archiwum.


Anonimowa. Tak napisano na każdej karcie w piwnicy.


Zastanawiam się, kim mogły być te kobiety. Czy siedziały w tej samej pracowni, w tym samym rstage’owym świetle? Czy miały ochotę, czy zmuszono je, czy same nie wiedziały, w co wchodzą? Czy wychodziły stamtąd inne, niż przyszły?


Czy ktoś w ogóle je pytał?


Czytam jeszcze jeden tekst — długi esej z wydawnictwa naukowego o tym, dlaczego prace Nokturna wywołują u widzów tak silne reakcje. Autorka, psycholożka sztuki, opisuje badanie przeprowadzone na grupie sześćdziesięciu osób oglądających Progi. Większość zgłaszała trzy etapy: najpierw zakłopotanie, potem chęć odwrócenia wzroku, a na końcu — i to jest cytat, który przepisuję do notatnika — silną, trudną do wytłumaczenia potrzebę powrotu.


Kilka osób przyznało w ankietach, że odwiedziło wystawę więcej niż raz. Jedna kobieta pojawiała się trzynaście razy. Autorka pisze, że badani rzadko potrafili nazwać, czego właściwie szukają.


Zamykam laptopa. Odkładam go na stolik ostrożnie, jakby mógł się rozsypać.


W pokoju zapada cisza. Latarnia za oknem nadal rzuca pomarańczowy prostokąt na parapet. Kubek leży na podłodze tam, gdzie upadł, otoczony małą, już zimną plamą herbaty. Nie sprzątam go.


Kładę się na łóżku w ubraniu, z rękami na brzuchu, i patrzę w sufit.


Muszę przestać, myślę. Jutro to wszystko wyda mi się śmieszne. Zwyczajny nadmiar wyobraźni. Ktoś, kto lubi zagadki, po prostu znalazł zagadkę. Nic więcej.


Ale kiedy zamykam oczy, nie widzę tajemniczego artysty ani przekreślonej twarzy, ani nawet obrazu z kobietą przy oknie.


Widzę siebie. Stoję w ciemnym pokoju, z odchyloną głową, z dłonią na framudze. Czuję na sobie czyjś wzrok. I nie uciekam z tego kadru, nie chcę, żeby ktoś zapalił światło.


Chcę tylko wiedzieć, kto na mnie patrzy.


Odwracam się na bok. Sięgam po telefon, ustawiam budzik na siódmą. Potem jeszcze raz wyjmuję z kieszeni notatnik i czytam to, co przed chwilą zapisałam:


Silna, trudna do wytłumaczenia potrzeba powrotu.


Podkreślam to zdanie dwa razy. A potem, zanim zdążę się powstrzymać, dopisuję pod spodem drobnym, niepewnym pismem:


Trzynaście razy.

Rozdział 6

Twarz, której nie powinno tu być

Dwa tygodnie mijają szybciej, niż się spodziewałam.


Uczę się rytmu galerii: rano cisza i kawa, którą Kasjan zaczyna zostawiać na moim biurku bez pytania, południe pełne telefonów od kolekcjonerów, popołudnia w archiwum, gdzie skanuję stare faktury i listy. Wiktoria pojawia się i znika, zawsze bezszelestnie, zawsze z pytaniem, które brzmi jak uprzejmość, a jest raportem: Jak się pani pracuje? Jak Kasjan? Czy nie przeszkadza pani samotność w archiwum? Odpowiadam krótko, uśmiecham się, a ona kiwa głową i obraca kciukiem ciemny kamień na palcu.


Kasjan nie zaprasza mnie do pracowni.


Nie mówię tego głośno, ale liczę dni. Mijam białe drzwi na końcu korytarza kilka razy dziennie, zawsze zamknięte, zawsze z wąskim paskiem światła pod spodem. Czasem zatrzymuję się o sekundę dłużej, niż potrzeba. Czasem słyszę za nimi cichy, rytmiczny dźwięk, którego nie umiem nazwać — szuranie, jakby ktoś rozcierał farbę na szkle.


Raz, tylko raz, w środę po południu, wychodzi z pracowni z lnianą ścierką w dłoniach i mówi:

— Ma pani chwilę? Pokażę pani coś.


Idę za nim do małego pomieszczenia przy pracowni, gdzie na blacie leży szklana płytka i kilka słoików z pigmentem. Kasjan bierze odrobinę ciemnej, drobnej jak pył substancji, dodaje kroplę oleju i zaczyna ją rozcierać szpachlą. Robi to powoli, jednostajnie, w tym samym rytmie, który słyszałam zza drzwi.


— To ugier — mówi. — Bardzo zwyczajny kolor. Ziemia.


Patrzę, jak pigment z szorstkiego, suchego proszku zamienia się w gładką, ciemną masę.


— A teraz proszę popatrzeć.


Dodaje maleńką kroplę czegoś niebieskiego. Kolor nie zmienia się od razu. Najpierw wygląda na brudny, potem na szary, aż w końcu, w świetle lampy, przechodzi w odcień, który znam. Zielonkawy cień pod szyją kobiety z Wpół do drugiej.


— Kolor zależy od tego, kto patrzy — mówi Kasjan cicho. — Od światła, od kąta, od tego, co człowiek już w sobie ma.


Nie patrzy na mnie, kiedy to mówi. Patrzy na farbę. Ale stoimy tak blisko, że czuję ciepło jego ramienia, a jego oddech porusza mi włosy na skroni. Nie dotykamy się. Przez całe trzy minuty żadne z nas się nie rusza.


Potem odkłada szpachlę, wyciera ręce i mówi:

— Dziękuję. To tyle.


I znów zamyka za sobą drzwi.


Wystawa ma się otworzyć w sobotę. Jest czwartek.


Galeria od rana wygląda jak plac budowy, tyle że cichy, elegancki, pełen ludzi mówiących szeptem. Firma cateringowa wnosi skrzynki z kieliszkami. Elektrycy ustawiają ostatnie punktowe światła. Wiktoria chodzi po sali z tabletem, sprawdza, gdzie pada cień, przesuwa taśmę na podłodze o dwa centymetry.


Puste miejsce na ścianie, tuż za dziesiątym płótnem, wciąż świeci jasnym prostokątem.


O wpół do szóstej dwóch mężczyzn w szarych kombinezonach wjeżdża do głównej sali z platformą na kółkach. Na niej stoi płótno owinięte grubą warstwą pianki i przykryte szarą, ciężką tkaniną — tą samą, którą pamiętam z pracowni.


Kasjan idzie obok z jedną dłonią opartą na ramie. Wiktoria wychodzi im naprzeciw.


— Tutaj — mówi. — Oprzeć o ścianę. Zawiesimy jutro, gdy światło będzie gotowe.


Mężczyźni ustawiają obraz w rogu sali, twarzą do muru, tyłem do mnie. Widzę tylko odwrócony blejtram i szare fałdy tkaniny. Wiktoria wydaje jeszcze kilka poleceń, a potem odwraca się w moją stronę:


— Iga, proszę tego dopilnować. Nikt nie może dotknąć ani odsłonić obrazu, dopóki nie skończymy z oświetleniem.


— Oczywiście.


— Kasjan, na słówko.


Idą razem do gabinetu. Drzwi zamykają się za nimi cicho. Transportowcy wycofują się z platformą, a po chwili słyszę już tylko stukot kółek na korytarzu i trzask drzwi wejściowych.


Zostaję sama.


Nie planuję niczego. Później, tysiąc razy, będę to sobie powtarzać. Nie planowałam, nie chciałam — po prostu miałam dopilnować obrazu.


Siadam przy biurku ustawionym tuż przy wejściu do sali i próbuję pracować. Wpisuję etykiety do komputera. Sprawdzam pocztę. Ale mój wzrok wciąż wraca w kąt — do szarej tkaniny, do odwróconego płótna, które stoi tam bez ruchu jak ktoś, kto czeka.


Dziesięć obrazów na ścianach i jeden pod szarą tkaniną. Wiktoria mówiła: ostatni z cyklu. Ten, który został skończony dopiero teraz, w pracowni, za zamkniętymi drzwiami. Ten, którego nie wolno mi było oglądać.


O szóstej włączają się światła punktowe i sala nagle staje się zbyt jasna. Podnoszę się, żeby je przyciemnić. Przechodzę koło rogu — tylko koło rogu, nie zatrzymuję się.


Materiał zsunął się.


Niewiele, zaledwie kilka centymetrów przy krawędzi, tam, gdzie mężczyźni przytrzymali go zbyt mocno. Tkanina odchyliła się jak zawinięta klapa koperty i pod nią widać kawałek płótna.


Widzę skórę.


Bladą, jasną, malowaną cienką warstwą, w świetle punktowych lamp prawie przezroczystą. Kilkanaście centymetrów obojczyka. Cienką linię szyi. I mały, brunatny pieprzyk na samym środku kości.


Zamieram.


Mam taki pieprzyk. Od urodzenia, w tym samym miejscu, w tym samym kształcie. Prawie nikt go nie widzi, bo zazwyczaj zakrywa go kołnierz albo szalik. Dominika nazywa go moim znakiem szczególnym. Dziwny, wąski, z jednej strony trochę wydłużony, jakby ktoś kiedyś przycisnął go palcem.


To przypadek, myślę. Wiele kobiet ma pieprzyk na obojczyku.


Wiem, że to nieprawda. Nie wiem, skąd wiem — wiem to tak, jak wiadomo, że ktoś stoi za plecami, zanim się go usłyszy.


Podchodzę bliżej. Palce mam zimne i sztywne. Chwytam krawędź tkaniny i nie ściągam jej, tylko unoszę o kolejne kilka centymetrów.


Szyja. Linia żuchwy. Kącik ust.


Nie potrzebuję więcej. Jedną ręką odrzucam materiał, a tkanina opada na podłogę ze szmerem, który w pustej sali brzmi jak westchnienie.


To ja.


Nie ma żadnych wątpliwości, żadnego może, żadnego podobna. Moje jasne, blond włosy, rozpuszczone, opadające na ramiona tak, jak nigdy nie noszę ich w pracy. Moja twarz, wąska, z lekko za mocno zarysowanym podbródkiem i brwiami, które od zawsze były zbyt proste. Moje oczy.


Ale wyraz jest nie mój.


Nigdy tak nie patrzyłam. Wiem, jak wyglądam, kiedy się śmieję, kiedy jestem zmęczona, kiedy boję się egzaminu. Widzę siebie w lustrze codziennie. To jest ktoś inny w mojej twarzy.


Oczy są szeroko otwarte, ale nie ze strachu — a przynajmniej nie tylko. W źrenicach jest coś, co przypomina rozpoznanie: jak u kogoś, kto właśnie zobaczył prawdę, której się bał, i okazało się, że jest jeszcze gorsza, i jeszcze lepsza. Usta ma lekko rozchylone, jakby w połowie oddechu, jakby przed chwilą powiedziała tak i jeszcze nie wiedziała, na co. Szyja jest napięta. Ramiona opadają, poddane. Całe jej ciało wygląda tak, jakby stało dokładnie w tym punkcie, w którym człowiek przestaje się bronić.


Sekunda tuż po tym, jak coś w niej pękło.


Znam to. Widziałam to na dziesięciu płótnach. Nie wiedziałam tylko, że z tej perspektywy będzie wyglądać jak coś, co dotyczy mnie.


Wiem, że powinnam krzyczeć. Powinnam pobiec do gabinetu, otworzyć drzwi, zażądać wyjaśnień. Powinnam zadzwonić na policję. Przecież nigdy nie pozowałam, nigdy nie widziałam tego malarza, nigdy w życiu nie stałam w żadnej pracowni. A jednak ktoś zna mój pieprzyk. Ktoś zna ułożenie moich rozpuszczonych włosów. Ktoś namalował twarz, której sama nigdy nie widziałam.


Serce bije mi tak mocno, że słyszę je w uszach. Chłód rozlewa się w piersi, w rękach, w kolanach.


A pod chłodem, powoli, uparcie, przychodzi coś jeszcze.


Ciepło.


Zaczyna się w karku, w tym samym miejscu co zawsze. Schodzi wzdłuż kręgosłupa, wolno, jak dłoń. Osiada nisko w brzuchu i rozchodzi się w kolanach, w palcach, w ustach, które nagle stają się zbyt suche. Mam ochotę zamknąć oczy i mam ochotę patrzeć dalej — oba pragnienia są tak silne, że stoję w miejscu, sparaliżowana, między nimi.


To nie jest strach, myślę z przerażającą jasnością. To nie jest tylko strach.


Kobieta na obrazie patrzy w bok, nieco poza mnie, w miejsce po lewej. Robię krok w prawo, a jej spojrzenie przesuwa się razem ze mną.


Nie wiem, ile stoję tak w pustej sali, w zbyt jasnym świetle, z szarą tkaniną u stóp.


Słyszę go dopiero, gdy jest już blisko: cichy krok, szmer materiału, oddech.


Nie odwracam się.


Kasjan zatrzymuje się za mną. Nie tuż-tuż — o metr, może mniej. Czuję go w sposób, w jaki czuje się wiatr, zanim ruszy się liść. Czuję terpentynę, mydło, nagrzane drewno.


Przez długą chwilę żadne z nas się nie odzywa.


Kątem oka widzę jego cień na podłodze: wydłużony, wąski. Ręce ma wzdłuż ciała. Nie ruszają się.


— Iga — mówi.


Jego głos jest bardzo cichy, pozbawiony wszelkiej emocji. Nie ma w nim ani zdziwienia, ani złości, ani wyrzutu. To nie jest głos człowieka, który przyłapał kogoś na czymś zakazanym. To głos kogoś, kto patrzy na coś, co dawno przewidział.


Nie odpowiadam.


Nie odwracam się, choć wiem, że powinnam. Wiem, że w jego twarzy jest odpowiedź na wszystkie moje pytania — albo przynajmniej ich początek. Ale boję się, że jeśli odwrócę wzrok od płótna, przestanę patrzeć na tę kobietę z moją twarzą, moim pieprzykiem i tym spojrzeniem, którego nigdy nie miałam.


A nie jestem pewna, czy tego chcę.

Akt II

Zbliżenie

Rozdział 7

Częściowa prawda

Odwracam się dopiero wtedy, gdy przestaję czuć własne ręce.


Kasjan stoi półtora metra ode mnie. Nie patrzy na mnie, lecz na płótno. Jego twarz jest spokojna, ale to spokój ludzi, którzy zbyt długo ćwiczyli, by go zachować. Ręce trzyma wzdłuż ciała, palce ma lekko zgięte, jakby chciał coś schwycić, lecz nie miał czego.


Kiedy w końcu przenosi wzrok na mnie, wygląda, jakby w ciągu jednej sekundy postarzał się o kilka lat.


— Nie chciałem, żeby zobaczyła to pani w ten sposób — mówi.


— W jaki?


— Sama. W pustej sali. Bez ostrzeżenia.


Zbieram się do odpowiedzi kilka razy, zanim wydobędę z siebie głos. Brzmi obco, zbyt wysoko, cienko jak nitka.


— Więc pan wiedział.


— Wiedziałem, że ten obraz istnieje.


— Kto go namalował?


— Nokturn.


— Kim on jest?


Kasjan milknie. Widzę, jak pod skórą na jego szczęce napina się mięsień.


— Tego nie wiem — mówi w końcu. — I proszę mi wierzyć, że to nie jest wymówka.


Siadamy. Nie wiem, które z nas to proponuje. Po prostu w którymś momencie okazuje się, że siedzę na niskim stołku przy biurku w rogu sali, a Kasjan na skrzynce transportowej, z łokciami na kolanach i splecionymi dłońmi. Obraz stoi trzy metry od nas — odsłonięty, w ostrym świetle punktowych lamp. Nie patrzę na niego. Czuję jego obecność jak narastający upał.


— Ja tylko dbam o pracownię — mówi Kasjan. — Pigmenty, ramy, transport, porządek. Nokturn przychodzi wtedy, kiedy nikogo nie ma. Nie wiem kiedy, nie wiem jak. Zostawia po sobie prace i listy. Wiktoria wie o nim więcej niż ja.


— Ale pan jest w tej pracowni codziennie.


— Tak.


— I nigdy go pan nie widział?


— Raz. — Kasjan patrzy na swoje dłonie. — Tyłem. Przez drzwi. Miał ciemny płaszcz, nie odwrócił się. Nie miałem odwagi zawołać.


To brzmi wiarygodnie. Za bardzo wiarygodnie, myślę, choć sama nie wiem, skąd ta myśl. Może stąd, że jego historia układa się w zgrabną, ciasną całość, w której żaden szczegół nie wystaje.


— Kiedy ten obraz się pojawił?


— Cztery tygodnie temu. — Odpowiada bez wahania. — Stał na sztaludze, kiedy przyszedłem rano. Nie wiedziałem, kim pani jest. Zrozumiałem dopiero wtedy, gdy weszła pani do galerii.


Cztery tygodnie. Moja rozmowa kwalifikacyjna odbyła się trzy i pół tygodnia temu.


— Skąd on zna mój pieprzyk?


Kasjan nie odpowiada od razu. Przez chwilę widzę, jak przełyka ślinę.


— Nie wiem — mówi cicho.


— Nikt go nie widzi. Nawet Dominika, moja przyjaciółka, zna go z opowieści, a nie z…


Urywam. Nie wiem, po co to mówię. Powietrze w sali robi się gęste i trudne do przełknięcia.


— Ma pani prawo się bać — mówi Kasjan.


— Nie boję się.


To kłamstwo jest tak oczywiste, że oboje na chwilę milkniemy.


— Muszę pani coś powiedzieć — odzywa się po dłuższej ciszy. — I proszę, żeby pani mnie wysłuchała do końca, zanim zdecyduje, co z tym zrobić.


Kiwam głową.


— Kobiety z tych obrazów… — mówi wolno. — Nie znam ich nazwisk. Nie wiem, kim były ani gdzie są teraz. Ale wiem jedno: żadna z nich nie wróciła do galerii. Ani na wernisaże, ani na rozmowy, ani po odbiór prac. Pojawiają się na płótnie i znikają.


— Znikają?


— Nie w sensie… — Kasjan urywa i potrząsa głową. — Nie wiem, jak to nazwać. Nie zostały porwane, nie ma żadnej sprawy w gazetach. Po prostu przestają się pojawiać. Wiktoria mówi, że to ich własny wybór.


— A pan?


— Ja nie wiem, co myśleć.


Patrzy na mnie i po raz pierwszy od momentu, w którym wszedł do sali, jego oczy nie uciekają na boki.


— Nokturn nie maluje przypadkowych ludzi. Jeśli wybrał panią, to znaczy, że się panią zainteresował. Nie wiem, co to oznacza, ale wiem, że nie chcę, żeby skończyła pani tak jak one.


— Boi się pan o mnie?


Słowa wychodzą z moich ust cicho, prawie z niedowierzaniem.


— Tak — odpowiada Kasjan po prostu.


Nie ma w tym gestu, który miałby cokolwiek podkreślić. Żadnego dramatycznego zawahania, żadnego łamiącego się głosu. Jest tylko krótkie tak, wypowiedziane tonem człowieka przyznającego się do czegoś niezwykle niewygodnego, oraz jego dłonie, które zaciskają się mocniej, aż krew nie ma jak przez nie przepływać.


Coś w mojej piersi staje się nagle ciepłe i ciężkie. Nie wiem, czy to ulga, czy wzruszenie, czy uczucie, którego w ogóle nie powinnam dopuścić do głosu.


Ktoś się o mnie boi, myślę. I to jedno zdanie okazuje się bardziej niebezpieczne niż cała reszta.


— Ten obraz nie może wisieć — mówię stanowczo.


Wstaję. Nogi mam miękkie, ale stoję stabilnie. Patrzę na płótno po raz pierwszy od kilkunastu minut i wzdrygam się — kobieta na portrecie wciąż patrzy w tym samym kierunku. Nieco w lewo. Poza mnie.


— Jutro ma zawisnąć na ścianie, w sobotę przyjdą setki ludzi. Nie zgadzam się. Nie pozwolę, żeby… — Głos mi się łamie. — Żeby wszyscy mnie oglądali.


To ostatnie słowo brzmi w moich ustach obco. Oglądali. Jakbym mówiła nie o wstydzie, lecz o czymś znacznie głębszym.


— Porozmawiam z Wiktorią — mówi Kasjan. — Powiem, że lakier jeszcze nie wysechł i nie można go zawiesić przed sobotą. Zyskam kilka dni.


— Może pan to zrobić?


— Mogę spróbować. Wiktoria będzie niezadowolona, bo to miał być punkt kulminacyjny wystawy. Ale to ja odpowiadam za stan techniczny prac.


— Dlaczego pan to dla mnie robi?


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 54.74