E-book
6.95
drukowana A5
17.42
Utracony sens

Bezpłatny fragment - Utracony sens

Eseje o istocie XXI wieku.


Objętość:
50 str.
ISBN:
978-83-8104-682-4
E-book
za 6.95
drukowana A5
za 17.42

Świat rozszczepiony. Co w dziejach ludzkości „poszło nie tak”?

Początki dobra są trudne, a początkiem zła często niewinne, miłe kłamstewka, manipulacje, łapówki, drobne oszustwa, bo przecież „to normalne, wszyscy tak robią”. Znane niegdyś oczywiste prawdy stały się dziś „nudne” w coraz bardziej rozszczepionym, a zarazem dziwnie zglobalizowanym głównie przez wszystkie wynalezione w historii ludzkości środki komunikacji, od poczty gołębiowej i koła poczynając, po chmurę danych IT. Każde dobro rodzi się długo, w bólach, mozolnie, miesiącami i latami, a czasem stuleciami, dzięki czemu się utrwala i wzmacnia. Każde największe zło zaczyna się niewinnie, od najmniejszego „ziarenka” lodu w czyimś sercu, które wzrasta w człowieku złej woli, a gdy już się w nim nie mieści wybucha na zewnątrz, czyniąc spustoszenie i zatruwając atmosferę. Czasem największe nawet dobro niszczeje. Zawsze jednak można zerwać/uciąć raz na zawsze swoje wszystkie „zła”, od tego pierwszego „grzechu/winy pierworodnej” w naszym osobistym i społecznym bytowaniu począwszy, aż po to, czym żyjemy tu i teraz, co ciągnie się za nami jak logiczny łańcuch zdarzeń i sytuacji, które kiedyś, w jakimś tragicznym momencie musiały przecież zaistnieć, a wcześniej ich nie było.

Święta Urszula (Julia) Ledóchowska, rok 1886

Gdzie ludzkość popełniła miejmy nadzieję, że jednak wybaczalny błąd w swej drodze powrotnej do rajskich krain? Gdzie i kiedy, kto po raz pierwszy odważył się, dał przykład, że zło wcale nie ściąga piorunów, że morderca, zabiwszy ofiarę, nadal żyje i często nawet ma normalne, takie samo samopoczucie, jak przed zbrodnią? Kto wynalazł zło i jaki miał cel? I czy zło świata, nasze małe codzienne zła, aż po groźbę zagłady atomowej, daje się już albo jeszcze wyjaśnić naszym ograniczonym, skończonym, jak wszystko, co stworzone, rozumem? Żeby odrzucić z miejsca taką myśl, trzeba najpierw to sprawdzić. Spróbujmy tedy poddać „zło” analizie, takiej normalnej, jak każda inna analiza jakiegolwiek zjawiska ziemskiego.

Definicja zła zwykle ukazuje je jako „przeciwieństwo dobra”, względnie „brak dobra”, ewentualnie w sposób personifikowany jako „byty realne” — wampiry, demony, diabły, szatan, czy wszelkie „złe” postacie z dziecięcych bajek, macochy, czarownice, jędze, wróżki czy piękne, ale niebezpieczne i podstępne piękne królowe o lodowatym sercu. To pierwsze jest zrozumiałe — wybieram: pomagam żonie albo jej szkodzę. Drugie też: pomagam żonie albo nie pomagam, ogólnie lub w danej chwili, ale nie szkodzę, jestem „neutralny”, obserwuję, jestem „obok”, ale nie przeciw. I trzecie: na gruncie tylko wiary w „inny, duchowy, pozagrobowy czy jakkolwiek lokowany i przedstawiany/wyobrażany świat”, którego nie widać, słychać i czuć, przynajmniej na co dzień, ale który czasem się przejawia pośrednio lub nawet objawia w szczególnym czasie, miejscu i wybranym ludziom: świętym, albo przeciwnie — złym, ale „rokującym” nadzieję, jak w przypadku nowotestamentowej, wczesnochrześcijańskiej opowieści o całkowitej, nagłej, trwałej i natychmiastowej przemianie/metanoi/nawróceniu Szawła z Tarsu, późniejszego świętego Pawła, apostoła i męczennika za wiarę w Boga, który wcielił się w Człowieka.

Niestety, same pojęcia dobra i zła się zbliżyły, przemieszały, zlały w jakieś „zło konieczne”, „mniejsze zło” bądź „pozorne dobro”, czy też „niewinne zło”. Grzmić na kazaniach o tym wydaje się, nie ma już sensu. Nikt nie wie już, co to jest dobro (autentyczne, prawdziwe), a pojęcie dobra wyższego, czy tym bardziej najwyższego, najwyższej wartości są już poza zasięgiem wzroku ludzkości, rozłożonej horyzontalnie na łopatki i rozkładającej się jak trup, który „cuchnie już cztery dni”. Co więcej, nawet ludzie o ostrym umyśle, zaczynają gubić się i zatracać zdolność rozróżnienia, a jeszcze bardziej hierarchizacji wartości, dobra, prawdy czy piękna albo trzech cnót podstawowych/zasadniczych/kardynanych: miłości, nadziei i wiary. Jak gdyby wraz z dobrem wyparowało zło. Jakby ludzkość wpadła w próźnię bez dna, wciąż spada i spada, a z każdym dnem i nadzieją, że się wreszcie zatrzymamy, choćby najniżej, jak się da, a może i odbijemy w górę, otwiera się kolejne dno, właściwie w nieskończony regres ad infinitum, w grzechu, bagnie moralnym, zaprzaństwie, zdradzie i brudzie egoizmu, wygodnictwa, lenistwa i komfortu. Czy ktoś świadomie zaryzykuje oddać dziś życie dosłownie?

Człowiek w raju symbolicznie postawił się w miejscu Boga. Ponownie w okresie XVI w., kiedy nastapiła pierwsza fala sekularyzacji, za sprawą reformacji, której cel był może szczytny, ale spowodowała „schisis” chrześcijaństwa, rozbiła „koinos kosmos”, czyli wspólne, judeochrześcijańskie i grecko-rzymskie dziedzictwo stuleci, podzieliła Kościół i wyrzuciła razem z tym, co było istotnie naganne w średniowieczu, wszystko, co było w tradycji dobre. Kiedy „człowiek stał się miarą wszechrzeczy”, rozpoczął się okres nawrotu nie tylko „wartościowego pogaństwa” (np. w filozofii greckiej, sztuce, mitologii), ale też zwyczajne zdetronizowanie Boga w życiu społecznym. Ludzie sami odtąd dla siebie i siebie samych stali się panami, nie uznającymi niczego i nikogo „ponad” sobą. Zasada ta potem rozszerzyła się na stosunki w monarchiach — król, niegdyś prawie pomazaniec Boży, stracił zupełnie autorytet, tak jak dziś utracili go lekarze, księża, prawnicy, naukowcy, artyści. Tę zasadę, że człowiek jest panem, nieco pokrętnie wywiedzioną z wersetu Genesis, żeby „czynić ziemię sobie poddaną”, podjął jeden z zeszłowiecznych „mistrzów podejrzeń”, Nietzsche, którym nie wiadomo czemu nadal fascynują się dość fałszywi prorocy postmoderny. „Człowiek musi zostać nad-człowiekiem i stanąć ponad dobrem i złem”. Zresztą jedna z jego książek nosiła takichż właśnie tytuł: „Poza dobrem i złem”. Odtąd nie ma wartości — skoro „dobro” i „zło” są tylko pustymi nazwami, a nie bytami realnymi, to nie ma sensu ani dążyć do dobra, ani unikać czy walczyć ze złem. Skoro dobro nie istnieje, nie istnieje też zło, a to jest błędnie zinterpretowana nauka Świętego Tomasza, który uznał po analizie rozumowej, opartej o filozofię grecką, że „„zło jest brakiem dobra”, czyli „nienawiść jest brakiem miłości”. Oczywiście, że tak też jest. Oczywiście, że odczuwamy różne braki, ale drugą stroną medalu jest wniosek, że „dobro to brak zła”, czyli wystarczy unikać zła i nie czynić dobra, żeby być w porządku, wieść dobre życie. Tymczasem „choroba to nie tylko brak zdrowia”, a obecnie podkreśla się, że z kolei „zdrowie nie jest tylko brakiem objawów, brakiem choroby”, lecz czymś więcej, czymś namacalnym, dobrostanem, owym modnym dziś pojęciem „wellness”, czyli takiego zadowolenia z „dobrego samopoczucia”, dobrego nastroju, który znieczula nas na nieszczęścia świata, oddziela, umożliwia wytworzenie bariery ochronnej, swoistego muru granicznego, tak, żeby spokojnie mógł uprawiać swój własny ogródek życiowy, nie troszcząc sie zbytnio o cały ogród, całe gospodarstwo, całą winnicę. Takie myślenie minimalistyczne i wręcz redukcjonistyczne doprowadziło w XX wieku do postawy relatywnej: oto zasada nadrzędna — „wszystko jedno”.

Takie nastawienie, że „wszystko jedno, w co wierzymy”, wszystko jedno, co robimy, jakie mamy cele, że wszystkie drogi, religie, style życia, sposoby na nie, że wartości i idee są jednakowo ważne, sprawiło, że wszystko jednakowo stało się bez znaczenia, czyli utraciło sens. Owo największe zło — utrata sensu bycia, celu życia, którym niegdyś było życie wieczne, przynajmniej rozumiane symbolicznie (sława pośmiertna, dokonanie czegoś dobrego dla ludzkości), stało się osią dzisiejszej zbiorowej rozpaczy, prowadzącej do tragedii terroru, handlu ludźmi, uprzedmiotowienia ciała, ale także do swoistego zamazania różnic między światopoglądami. Może każdy mieć swoją religię, swoją prawdę, wybierać, jak na targu idee i wartości, układać sobie życie dowolnie. Bo przecież „wszystko jedno”, jak jest, byleby coś było i żeby to było miłe.

Ten indyferentyzm zaprzecza jednej z maksym Akwinaty (XIII w.), który radził ludziom, żeby „często rozróżniali”. Brak różnicy prowadzi do unifikacji wszystkiego, do czego dążą dziś niewłaściwie pojmowane projekty dialogu międzykulturowego, międzyreligijnego i ekumenicznego w łonie chrześcijaństwa. Ale skoro natura nie znosi pustki, a tak jest na pewno, to w momencie, gdy znika dobro, w jego miejsce musi i automatycznie niemal zjawia się zło. Jeśli człowiek współczesny żyje w braku nadziei, że może zostać doskonałym, a nawet świętym, to nie chcąc być w szarej masie przeciętności, próbuje w tragiczny sposób zapisać się w historii negatywnie. Tu chyba tkwi tajemnica zła: „skoro nie mogę/nie potrafię zostać świętym, to niech mnie zapamiętają jako zbrodniarza”, bylebym nie był przeciętny. Człowiek bowiem jako cząstka natury przeciętności nie toleruje — chce zostać znanym, uznanym, a skoro z różnych powodów, mniej lub bardziej zawinionych nie chce, czy nie ma sił, by zostać kimś wyjątkowo dobrym, skręca na bezdroża i manowce zła, żeby przynajmniej napisano o nim na głównej stronie gazety. Tymczasem przeciętność trzeba pokonywać w górę, nie w dół, a ponadto najwięksi ludzie różnych epok świadomie wybierali monotonną i „nudną” dla nas codzienną ciężką pracę, niezauważane przez nikogo „dobre uczynki”, modlili się w ukryciu, a nie na pokaz, walczyli nie z czyimiś błędami i wadami, ale najpierw ze swoimi własnymi. Ludzie dziś chcą „wszystko” albo „nic”, wierzą we wszystko, co ktoś napisze, powie, nagra, a inni nie wierzą już w nic poza spokojną posadką, dwójką ślicznych dzieci, a na koniec spokojną, złotą jesień życia.

Postawa wiary „we wszystko” jednak może na zasadzie rozróżniania doprowadzić do tego „czegoś”, w co człowiek wierzy, czym się kieruje całe życie, do leit-motiwu i nadrzędnej myśli życiowego azymutu. Kto bezkrytycznie wierzy wszystkim i we wszystko, ma zawsze szanę zastanowić się, co z tego „wszystkiego” jest naprawdę godne poświęcenia, godne choćby uwagi i wreszcie — co jest najważniejsze, tak w ogóle, jak i w danej chwili. Człowiek, który nie wierzy i nie ufa już nikomu i niczemu, nawet sobie samemu, jest w gorszej sytuacji — utraciwszy nadzieję, że życie nie kończy się śmiercią, która przynajmniej dla chrześcijan jest zawsze pozorna, jest przejściem, chwilowym odpoczynkiem, nie ma odpowiedniej busoli, która prowadziłaby do portu, bo tego portu zwyczajnie już nie ma. Pozostaje sama podróż, sama bezcelowa mobilność, kręcenie się razem ze światem w kółko, dość błędne koło nawracających porażek, rozpaczy, błędów, grzechów, i zaniedbań. Lepiej więc z dwojga złego uwierzyć we wszystko, jak pisał poeta Jan Twardowski, niż w nic. A najlepiej ułożyć sobie swoistą „drabinę aksjologiczną”, wznoszącą się w górę, na szczycie której znajduje się priorytet życiowy, to, co jest najważniejsze, co do czego wszyscy ludzie dobrej woli powinni umieć się zgodzić jednozgodnie.

To, co dzieje się dziś, oczywiście nie wynika z czegoś pradawnego, z prehistorii, jakichś baśniowych na poły pra-dziejów, ale jest tragiczną konsekwencją przede wszystkim do dziś nie rozliczonej II wojny światowej, a także — tu mam na myśli Polskę — ostatnich dekad przed rokiem 1989, składających się na kompletnie amoralny projekt „PRL”, kiedy jedynym słusznym światopoglądem był materializm dialektyczny i materialim historyczny. Wiemy, czym się skończył jeden biegun współczesnych, różnych „zeł”, wiemy za dobrze, jak się skończył drugi biegun zbiorowego obłędu, jakim był komunizm, socjalizm i inne wymyślone przez człowieka ideologie, pozbawione odniesienia do wartości transcendentnych oraz nawet do ludzkiej tylko tradycji czy historii.

Dzisiejsze zaćmienie dobra wynika jednak głównie z tego, co — znowu mam na myśli póki co tylko polskie dzieje — działo się i potem stało w III RP, która miała być nowym początkiem, przynieść wszystkim wolność i podnieść wszystkim, choć trochę, jakość życia tu i teraz. Lata 90. już toną w mroku, niewiele osób, poza profesjonalistami, potrafi wskazać, co się wtedy złego u nas stało, że dziś zbieramy tego kwaśne owoce. Gdzie świat popełnił błąd, trudno powiedzieć — nie ma przecież zbiorowego osądzania. Można natomiast na poziomie historii danego kraju, tu: Polski/III RP, wskazać konkretnie, co się złego działo i dokonało. Jeśli chodzi o sprawy ekonomiczne, to z grubsza wiemy — dziki kapitalizm, dziki barbarzyński niemal liberalizm, szalejąca szara strefa, układy mafijno-biznesowo-polityczne: to wszystko, co wymieniłem, znamy, przynajmniej w teorii. Trudniej natomiast wskazać konkretne przykłady: trzeba by zbadać przeszłość każdej z półtora miliona obecnie jeszcze działających firm, a wtedy było ich dwa razy tyle. Zostawmy jednak wątki gospodarcze, które były szczegółowo opisywane w prasie, choć starano się za wszelką cenę, żeby 40 lat PRL „zamieść pod dywan”.

Gorszą sprawą była sfera ideologiczna. Zaraz po ’89 i po „jesieni ludów” jakby na zasadzie wahadła wrócił apetyt na religię. Przeżywała ona swój renesans, ale paradoksalnie ludzi np. w kościołach zaczęło ubywać zgodnie z regułą, że „owoc dozwolony nie kusi”. Gdy Kościół był potrzebny, a ponadto umożliwiał niektórym „wyżycie się” w konspiracji i w strajkach, chodziły tłumy. Rok ’89 i następne lata poddały wiarę Polski próbie ognia — jedni odeszli, bo znikła motwacja, inni stracili wiarę, jeszcze inni przestali dostawać paczki z pomocą, a reszta zainteresowała się „nowinkami” — wszystkie wschodnie tradycje, weganizm, i mnóstwo powstających wtedy ruchów religijnych, a przeważnie groźnych sekt, które wypełnily pustkę po tym, jak runęły represje komunistów wobec ludzi wierzących i praktykujących odważnie i bez wstydu swoje przekonania i wyrażających publicznie uczucia religijno-patriotyczne.

Po roku ’89 wdarło się do Polski oprócz dobra, które przyszło, mnóstwo zła. Wypieramy zbiorowo ten czas, jakby zamiast tamtej chaotycznej dekady wiało mroźną pustką polarną. Dlaczego?

Bo właśnie lata 90. zapoczątkowały trwający po dziś dzień problem polski, który raz słabnie, raz się nasila, ale zasadniczo w sferze wartości, obyczajów, wyższych ideałów zjechało wszystko silnie w dół. Co by nie powiedzieć o komunizme, ale nie tolerowano wtedy wszechobecnej dziś w mediach i kioskach erotyki i pornografii, nie było tylu układów mafijno-biznesowych, a politycy byli „twardogłowi”, ale niektórzy szczerze uwierzyli w żądło marksistowsko-leninowskie i w dobrej wierze postępowali — w ramach tego kłamstwa, zdającego się im czymś dobrym — konsekwentnie. Co by nie powiedzieć, ale pewien rygor w szkole, jeszcze ten przedwojenny, kształtował charaktery i wolę, cokolwiek by potem jednostka z nimi uczyniła w dobrej bądź złej sprawie. Nie było takiego hejtu, poniżania godności, aborcji, eutanazji, zgorszenia rozlewającego się nawet wśród wierzącej większości rodaków, nie było takiej prywaty, rozbuchanego ego i internetowego narcyzmu, graniczącego z pychą i wulgarnym, celebryckim gwiazdorstwem, ocierającym się o okropnego typu ekshibicję. Nie było wtedy wartości katolickich, jak honor, męstwo, dar rozumu, odwaga, ale przynajmniej w coś wierzono, choć tym „czymś” była z gruntu fałszywa ideologia, łamiąca moralnie i duchowo, a niekiedy nawet psychicznie.

Lata 90. były czasem przejściowym, transformacją, która miała — w założeniu — podnieść poziom jakości życia rodaków, nie niszcząc przy tym dobrych tradycji. Tymczasem ani jedno ani drugie nie spełniło się — zamiast powszechnego dobrobytu, wzbogaciła się wąska elita, a większość żyje najwyżej około minimum socjalnego, a w najlepszym razie w granicach średniej krajowej, i tak notorycznie zawyżanej w propagandzie. Pół biedy, jeśli chodzi o prostą, polską biedę, naszą stałą towarzyszkę w dziejach tak bogatego duchem narodu. Gorzej, że biednieć zaczęliśmy również — co jest najgorsze — w wymiarze symbolicznym, kulturowym (runęło niegdyś masowe niemal w latach 70. czytelnictwo), obyczajowym (szczególnie sfera rozpasanego seksu, coraz częściej publicznie, nie tylko w mediach, ale w realu) oraz ostatecznie duchowym. Upadły wysokie wartości, kultura stała się zbyt powierzchowna, egalitarna w niedobrym sensie, a zarazem hermetyczna w miejsce zdrowego elitaryzmu międzywojnia czy wcześniejszych stuleci. Nastąpił kryzys fundamentu, na którym budowano powojenną rzeczywistość, którą opisał świetne Andrzejewski, a w miejsce usuniętej wiary w „lepsze, socjalistyczne jutro” najpierw powstała wyrwa, a następnie — zgodnie z prawami natury — została ona prowizorycznie zasypana niskimi wartościami, pozorną kulturą wysoką, a dziś już otwarcie, bezczelnie i publicznie głoszoną antykulturą, promującą antywartości, co w sumie składa się na przerażający proces, oby odwracalny z jednej strony dechrystianizacji spod znaku „róbta, co chceta”, a z drugiej spod znaku swastyki, skrajnego nacjonalizmu i ksenofobii.

Owe dwa przeciwległe bieguny, jak mroczne słońca w stanie zaćmienia, w sumie spotykają się razem w dążeniu do jedego celu — zniszczenia pewnych tradycji, zwłaszcza ewangelicznych, ale także dobrych, świeckich zwyczajów staropolskich, sarmackich, inteligenckich czy arystokratyczno-magnackich, z centralnym urzędem mecenatu sztuki, który został zniszczony przez rozwój masowego druku, a obecnie przez „prywatyzację sztuki”, w tym zwłaszcza literatury. Bo jeśli każdy dziś może pisać — bo oczywiście każdemu wolno — i w dodatku publikować, np. przez modny ostanio self-publishing, okropy bękart dawnej tradycji „wydawania własnym sumptem”, to nie każdy powinen pisać i nie każdy powinien tworzyć, jeśli tworzy źle, a szczególnie, jeśli mógłby tworzyć dobro, a świadomie — korzystając z talentu — wybiera antysztukę. Każdy natomiast może i powinien, a nawet ma pewien obowiązek, przeczytać przynajmniej klasyków polskich, z różnych dziedzin humanistyki. Pobożne życzenia, wiem. Ale kropla drąży skałę i może kiedyś udrożni nasze estetyczne kanały duchowe na naprawdę dobrą sztukę, kulturę i dobrą pobożność, zarówno ewangeliczną, jak i korzystającą z faktu, że przez tradycję „mówią wieki”, a Maria Janion dodałaby, że „mówią też zmarli”.

Podniesienie poziomu materialnego bytu Polski, choć trudne i wymagające czasu, jest jednak łatwiejsze niż praca u podstaw, jaka czeka animatorów kultury, tej wartościowej, w odbudowaniu sztuki polskiej, w tym sztuki literackiej, jaka czeka wszystkich, którym nie wystarcza etacik, a potem pilot i piwko, albo codzienne imprezowanie, a zarazem wszystkim, którym nie wystarcza „urzędowa”, niedzielna wiara, odbębnienia obowiązków duchowych, a trzeciej strony którzy nie chcą mieć nic wspólnego z fundamentalizmem. To prawda, że zachwiały się europejskie, wielotysiącletnie fundamenty, fundujące byt poszczególnych wspólnot etnicznych, że w miejsce ich powstała wyrwa. To prawda, że trzeba wszystko niemal zacząć od początku, ale nie na zasadzie ciagłego wymyślania „rzeczy nowych”, tylko przywrócenia tego, co zapoznane, a wartościowe. Jednak receptą na relatywizm i wynikający z niego konsumpcjonizm, hedonizm bądź na innym biegunie nihilizm, nie jest żaden fundamentalizm, choćby nawet chrześcijański. Nie jest prawdą, że lepszy narodowy, skrajny nacjonalizm niż nic. I nie jest prawdą, że liberalizm można pokonać skręcając maksymalnie w prawo, nawołując do walki i nawracania „ogniem i mieczem”, do podżegania ludzi na jakichś wyimaginowanych „wrogów”. Prawdą jest, że mamy kryzys u samych fundamentów, ale należy dokopać się do tych dobrych fundamentów, nie zaś robić to samo, co talibowie i dżihadziści tylko w przebraniu pseudo-katolickim. Nie możemy powielać metod terrorystów, sądząc, że „cel uświęca środki” i że istnieje coś takiego, jak „dobry fundamentalizm”, ponieważ czegoś takiego nie ma.

Odnowa duchowa, kulturowa i materialna Polski musi zacząć się od edukacji, tak świeckiej, jak i solidnej, mądrej propedeutyki katechetycznej, podniesienia poziomu kształcenia ogólnego i humanistycznego, podniesienia poziomu wiedzy i umiejętności w seminariach, od nadrobienia wszystkich zaległości, które narosły najpierw w wyniku niewoli rozbiorowej 1772—1918, a potem w czasie Polski „ludowej” (1949—1989), oraz — co najważniejsze — w ostatnim ćwierćwieczu.

Szczególnie omówione już pobieżnie lata 90.te są „białą plamą” na mapie kulturowej i moralnej Polski, ale nie można zapomnieć o ostatnich powiedzmy 15 latach, które zaczęły się od ataku na Amerykę, a w Polsce od umasowienia Internetu, wprowadzenia wszelkich technicznych gadżetów, smartfonów, itd., upadku modelu edukacji klasycznej, upadku muzyki, sztuk plastycznych w miejsce których pojawiły się utwory komputerowe, a nad wszystkim krążyło ponure widmo „bylejakości”, tandety i blichtru, co już przed wojną opisywał Schulz.


Kończąc, trzeba powiedzieć jedno: to, co się obecnie dzieje na świecie i u nas, nie jest już zrozumiałe/wytłumaczalne w kategoriach naturalnych. Pandemia zła, „galaktyka zła, która pożera świat” nie daje się wyjaśnić/zrozumieć przy pomocy racjonalnej argumentacji, wywodów i spekulacji logicznych i quasi-zdroworozsądkowych, nie jest możliwa do pojęcia w paradygmacie naukowych, ewolucyjnym, społeczno-ekonomicznym czy też nawet psychologicznym.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.95
drukowana A5
za 17.42