E-book
6.83
drukowana A5
23.27
Utracone zapomnienie

Bezpłatny fragment - Utracone zapomnienie


Objętość:
103 str.
ISBN:
978-83-8126-391-7
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 23.27

Zamiast Wstępu

Utracone zapomnienie to opowiadanie, które w początkowej fazie miało być powieścią, lecz niespodziewanie, aczkolwiek świadomie stało się pierwszym z czterech opowiadań należących do zbioru pod tym samym tytułem.

Opowiadanie to przedstawia rzeczywisty świat, który równocześnie wciąga bohaterów niczym wir w pułapkę różnych czasów, które przenikają się, ale nie wykluczają wzajemnie. Prawo znanej ludziom logiki nie występuje, a wydarzenia przyjmowane są z większą lub mniejszą dozą zrozumienia.

Żeby zrozumieć rzeczywistość najpierw należy przypomnieć sobie fakt utraconej pamięci o tym, że się nie pamięta… jakkolwiek to brzmi…

Część I

Rozdział 1

Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna trzymał w dłoni aktówkę. Ubrany był w jasnoniebieskie dżinsy, białą koszulę i granatową marynarkę. Nie mógł się skupić na temacie, który będzie poruszony w gabinecie szefa. Coś wisiało w powietrzu, jakieś nieznane mu myśli atakowały go zewsząd. Nie mógł ich do niczego przyporządkować. Szalały, były szybkie i trudno było którąś zatrzymać i przyjrzeć się jej. Były nieme i zawierały rozmyte obrazy. Szare, jak za matowym szkłem.

— Roy, poznałeś już tę nową dziewczynę od systemu CATAX? — zapytała niska blondynka o zgrabnych nogach.

— Jeszcze nie — uśmiechnął się mężczyzna naciskając przycisk windy. — Od lat mam w głowie tylko tę jedną… Nie prowokuj mnie Iona…

Wezwany na chwilę do rzeczywistości pozostał w niej zaledwie krótki moment. Ponownie odpłynął. Tym razem atakujące go myśli wydawały się znane, lecz nadal nie mógł ich logicznie ułożyć. Do cholery! — zaklął całym swym wnętrzem. Zatrzymajcie się na chwilę, stłuczcie tę matową taflę, bym mógł być pewien, o co chodzi?

— Nie prowokuję — odpowiedziała ze śmiechem kobieta patrząc w jego niebieskie, nieprzytomne oczy. — Zastanawiam się tylko, kiedy jej to powiesz. Za chwilę będziesz miał czterdziestkę na karku, potem się zestarzejesz, pomarszczysz na twarzy i Emma nie będzie cię chciała. Znajdzie sobie kogoś innego i zostaniesz z pierścionkiem w kieszeni.

W pierwszym momencie Roy nie za bardzo zrozumiał, co powiedziała do niego Iona. Wstrzymał się z komentarzem, bo w gruncie rzeczy nie wiedział, co ma jej odpowiedzieć. Dopiero po kilku sekundach dotarła do niego treść, którą z mozołem odtworzył mu jego mózg. Zdołał na chwilę odrzucić dręczące go myśli, choć do końca nie był przekonany, że są one dręczące. Były dziwne, to pewne. Tajemnicze i intrygujące, ale z pewnością nie dręczące. Jeszcze nie. Zamknął je w wirtualnej, stalowej szufladzie, zakuł w kajdany i przekręcił w niej klucz. Teraz dochodził do niego jedynie stłumiony jazgot osadzonych więźniów. Czuł, że zapanował nad nimi i mógł bez przeszkód przeanalizować informację przekazaną przez Ionę.

Emma… Znał Emmę już pięć lat. Spotykali się jak dobrzy przyjaciele, nawet więcej niż przyjaciele. Byli parą, ale taką trochę dziwną. Lubił ją jednak do tego stopnia, że zbudował nawet nieduży, drewniany dom nad brzegiem rzeki Potomak, obok domku Emmy. Tereny te były praktycznie niedostępne, ale Emma znała właściwą osobę w Waszyngtonie i Roy dostał pozwolenie na kupienie małego skrawka ziemi. Oprócz ich domów znajdowała się tylko jedna farma. Ta poniekąd pustelnia, powodowała to, że uwielbiali tam spędzać czas. Tylko we dwoje. Nie włóczyli się w weekendy po restauracjach Waszyngtonu, tylko wsiadali w auto i udawali się w to odosobnione miejsce. Prawie wszystkie noce spędzali razem, z wyjątkiem tych, gdy Emma gościła swoją rodzinę lub znajomych. Wówczas to, jak zwykła mówić Royowi: Nie wypada ich zostawiać samych na noc. Roy rozumiał to. Wracał wówczas do siebie i obiecywał sobie, że w końcu poprosi Emmę o rękę. W takim postanowieniu trwał do rana. Potem znowu odsuwał ten moment w czasie. Jednak teraz przysiągł sobie, że oświadczy się Emmie przed swoją czterdziestką, a na to miał już tylko pięć dni.

Winda zatrzymała się. Gdy tylko otworzyły się drzwi Roy z Ioną weszli do środka.

Wcisnął piąte piętro. Wszystkie biura na tej kondygnacji zajmowali szefowie firmy. Piętra niższe zajmowali kolejno od pierwszego księgowi, handlowcy i inni niezbędni do funkcjonowania firmy pracownicy. Z kolei wyższe, aż do ostatniego, piętnastego, zajmowali prawnicy, programiści i wszelakiej maści informatycy. Ostatnie piętro opanowane było przez zwerbowanych hakerów, którzy dbali o bezpieczeństwo informatyczne firmy. On i Iona pracowali na trzynastym, byli prawnikami.

Drzwi zamknęły się i winda ruszyła.

— Masz rację — powiedział Roy. — Boję się, że Emma mnie zostawi, ale nie dam jej tej szansy. Jutro poproszę ją o rękę.

— Gratuluję Roy. W końcu… — pokiwała głową Iona.

Nagle winda szarpnęła i zatrzymała się. Zgasło światło. Przestały działać wentylatory. Momentalnie zrobiło się zupełnie cicho i słychać było tylko jakieś trzaski na zewnątrz windy.

Roy zamknął oczy i zwolnił blokadę uwięzionych myśli. Wyrwane z kajdan atakowały jego umysł. Nie wiedział, ile ma czasu, zanim winda ponownie ruszy i ujrzy przerażone oczy Iony. Ten czas determinował jego następną decyzję, czy dać tym niezliczonym myślom możliwość projekcji? Zobaczenia i analizy tego, co było za matową szybą. Co to może być, co tak nieustannie chce, żebym o tym pomyślał? — zadał sobie pytanie. Zdecydował, że podda się tym myślom, wyłączając na chwilę kontakt z rzeczywistością.

— Co jest do cholery! — usłyszał nagle przeraźliwy głos Iony.

Głos ten był na tyle rozdzierający, że w jednej chwili wszystkie myśli wróciły do niewoli przyjmując status ponownej gotowości do ataku, jeżeli tylko nadarzy się pierwsza okazja, a on otwierając oczy, nie mógł w ciemności zobaczyć niczego, co mogło odwrócić los jego i Iony. Gdzie światła awaryjne? Nie włączyły się!

Poczuł, że winda zaczyna powoli bezwładnie opadać, a on przez chwilę odniósł wrażenie jakby ktoś zamknął go w pomieszczeniu z próżnią, choć nadal doświadczał swoistego kontaktu z podłogą windy. Był pewien, że nie oświadczy się Emmie i nie zdąży poznać myśli, które tak go o to prosiły. Spadali, nie wiadomo czemu, ale spadali. Nie chciał krzyczeć, jak czyniła to Iona. Nic by to nie dało. Żaden bohater komiksów nie da rady już ich uratować.

— Zginiemy! Roy! Zginiemy! — gdzieś w oddali słyszał głos Iony.

Wydawało mu się, że winda opada już z pięćset lat, a piątego lipca każdego roku słyszał w głębi siebie, to samo słowo: Wojna! Była to jedyna myśl, która nie wróciła do niewolniczych kajdan. Postawiła się, okopała i powoli drążyła umysł Roya. Wojna! Panie Roy! Wojna!

— Zginiemy! — po raz ostatni usłyszał strzępy głosu Iony.

Rozdział 2

Elektroniczny budzik wydobył z siebie wysoko brzmiący dźwięk. Roy słysząc go przykrył poduszką głowę i chciał zagłuszyć ten ton. Miał nadzieję, że za chwilę oddali go od siebie i ponownie zaśnie. Mógł przecież pospać dłużej, bo Emma miała przyjechać dopiero po południu. Dlaczego go ustawił na tak wczesną godzinę? Przez niewielką szparę zerknął na zegar.

— Cholera — zaklął. — Piąta pięćdziesiąt pięć. Nie wierzę!

Odrzucił poduszkę na bok i spojrzał za okno. Dzień zapowiadał się bezchmurny. Pierwsze promienie słońca powoli zaczynały gościć w salonie. Słoneczne światło przeplatane cieniami żaluzji, padało na ścianę i meble dodając uroku temu miejscu. Roy lubił taką scenerię. Wydawało mu się wówczas, że wnętrze domu wygląda bardziej komfortowo.

Odchylił koc i popatrzył po sobie. Skarpety, dżinsy, pomięta koszula. Wiedząc, że Emma przyjedzie dopiero dziś położył się na kanapie, wypił dwie szklanki whisky i zasnął w ubraniu. No cóż — pomyślał. Zdarza się.

Zwlókł się z kanapy i poszedł do łazienki. Czyszcząc szczoteczką zęby, coś nagle zaczęło go irytować. Kopnął niedomknięte drzwi i energicznie ruszył w kierunku elektronicznego budzika. Całą dłonią wyłączył przeszywający uszy dźwięk. Gdy wyszczotkował zęby, wziął prysznic. Po skończonej kąpieli wciągnął dżinsy i przeszedł do komody, z której wyciągnął skarpety i bawełnianą koszulkę z krótkim rękawem. Potem przeszedł do aneksu kuchennego połączonego z salonem i włączył ekspres do kawy. Spojrzał na telewizor. Zrezygnował z jego włączenia, gdy nie mógł wzrokiem namierzyć pilota. W oczekiwaniu, aż ekspres zaparzy kawę zaczął układać sobie dzień. Wszedł na górę, gdzie tydzień temu w sypialni zostawił jeden z telefonów komórkowych. Nie musiał go szukać zbyt długo. Leżał na stoliku obok zasłanego łóżka. Było trochę duszno, więc uchylił okno. Zanim zszedł na dół postanowił zajrzeć jeszcze do drugiej sypialni. Wchodząc do niej poczuł niemiły zapach. Jeszcze nikt, nigdy w niej spał. Teraz nie była potrzebna, ale w przyszłości na pewno będzie przydatna. Wahał się przez chwilę, czy wpuścić do niej trochę świeżego powietrza, ale w końcu to zrobił.

Kawa była gotowa. Czarna, bez cukru i mleka. Napił się trochę i odstawił kubek na blat. Zajrzał do lodówki. Była pełna. Wczoraj uzupełnił zapasy i mógł spokojnie spędzić tu cały weekend, a nawet kilka dni więcej. Zamknął lodówkę i napił się ponownie kawy. Za bardzo nie wiedział, co ze sobą począć. Emma miała być później, więc może przejdzie się do Sama, farmera, który z pewnością już nie śpi. Pogada z nim trochę, wypije piwo i czas szybciej zleci do przyjazdu Emmy.

Rozległo się głośne pukanie do drzwi. Nie było to pukanie kostkami palców, ale walenie całymi pięściami. Nie zdążył zaprosić gościa do środka, gdy drzwi energicznie otworzyły się. Zapomniałem zamknąć — pomyślał, zanim zobaczył kobietę o pięknych, czarnych włosach do ramion, niebieskich oczach i cudownej, niepowtarzalnej, boskiej twarzy, na której teraz malowało się przerażenie.

— Emma?! — zdziwił się Roy. — Miałaś przyjechać po południu. Co się stało?!

— Roy! — krzyknęła i wpadła mu w ramiona. — Wybuchła wojna!

— Wojna?! Jaka wojna? Z kim?

— Nie wiem. Powiedzieli w telewizji, że wojsko jest na ulicach, a wróg wewnątrz kraju. Potem sygnał został zerwany. Nie działają telefony i radio. Nic nie działa!

Roy przytulił Emmę i próbował ponownie odnaleźć pilota do telewizora. Jego wzrok spenetrował stolik, poduszkę, koc, kanapę i dywan. Potem komody i kolejne szafki. Nic. Wrócił do kanapy. Tam musi być skurczybyk. Delikatnie wyplątał się z objęć Emmy i podszedł do kanapy. Schylił się i wyciągnął spod niej pilota. Skierował go w kierunku odbiornika. Włączył, zaczekał chwilę i nic. Zaczął zmieniać kanał za kanałem. Też nic.

— Mówiłam ci — powiedziała nieco spokojniejszym głosem Emma.

Tymczasem Roy wciągnął na stopy adidasy i założył sportową bluzę z kapturem.

— Kawę? — zaproponował zmieniając temat.

Widział, że Emma jest spanikowana, ale póki co, nie było czołgów przed jego domem, a samoloty nie bombardowały farmy Sama, która była pięć minut stąd. Może Emma coś pokręciła? Wojny na świecie toczą się przecież codziennie.

— Nie chcę kawy Roy! Co zrobimy?!

Kobieta nie wyglądała na obłąkaną, ale przerażoną i wiedzącą, co mówi.

Roy podszedł do blatu i wypił kawę do połowy kubka. Wyjął z kieszeni spodni telefon komórkowy. Nie było zasięgu. Wyjął drugi, który przyniósł z góry. Rozładowana bateria.

— Tylko bez paniki. Pójdziemy do Sama Kershawa — zaproponował. — Może on coś więcej wie. A jak wyjeżdżałaś z Waszyngtonu? Co się działo na ulicach?

— Nic — odpowiedziała. — Przyjechałam wczoraj.

— Wczoraj?! — zdziwił się Roy. — Nie mogłaś przyjść?

— Chciałam być sama.

— O której oglądałaś telewizję?

— Dziesięć minut temu.

— Idziemy do Sama — pociągnął ją za rękę.

Wyszli.

Do Roya nie docierało słowo „wojna”. Uważał informację przekazaną przez Emmę, za coś absurdalnego. Nie mogło być żadnej wojny, przecież znajdują się zaledwie kilkadziesiąt mil od stolicy Stanów Zjednoczonych. Jeżeli padła cała łączność, to zapewne Gwardia Narodowa dotarłaby i tu z taką informacją. Z ostrzeżeniem. Nie, to nie może być prawda — oddalił od siebie myśl o wojnie.

Za to skupił się na informacji „chciałam być sama”. Dlaczego chciała być sama? Przecież mogli spędzić tę noc razem. Może nastał ten moment, w którym ją tracił? Może gdyby nie wymyślona wojna, nie przyszłaby do niego? Dotąd, nigdy tak nie robiła. Delektowali się każdą chwilą, którą spędzali ze sobą. A teraz? A teraz oznajmiła mu, że chciała być sama.

Zeszli z wąskiej dróżki prowadzącej między drzewami i przeszli żwirową drogę, kierując się zieloną łąką wprost do domu farmera Sama. Gdy byli na wysokości murowanej niewielkiej hali, zatrzymali się. Zastanowiła ich cisza, której o tej porze nie powinno być. W budynku tym mieściła się mała hodowla kurczaków i zazwyczaj słychać było ich obecność poprzez uchylone pod stropem okna.

Weszli bocznymi drzwiami do środka. Przeszli przez wąski, oświetlony korytarz, a następnie przez kolejne, już o wiele większe i częściowo oszklone drzwi na halę. Zrobili kilka kroków i zatrzymali się. Po ich prawej i lewej stronie leżały martwe kurczaki. Miały wybałuszone oczy i zaciśnięte dzioby.

Emma szybko zasłoniła dłonią usta i nos.

— Może to jakiś wirus? — zapytała.

— Może — odpowiedział Roy. — Chodźmy stąd.

Zanim wyszli popatrzyli jeszcze przez chwilę jak w rozproszonym, ciepłym świetle lamp leżą bezładnie, bezbronne kurczęta. Roy szybko obliczył, że jest ich koło dwustu, zamkniętych w dziesięciu zagrodach. Gdyby nie ten widok nieżywych ptaków, jest tu zupełnie miło, ciepło i czysto — zauważył Roy, odsuwając te myśli jak najszybciej od siebie. W tej sytuacji jego myślenie odnośnie wojny, o której zakomunikowała mu Emma, nabierało pewnych podstaw. Może to wojna biologiczna? Może niedaleko stąd dokonano zrzutu jakiejś bomby zawierającej wirusy, która zaatakowała na razie zwierzęta? Zaraz jednak odrzucił taki scenariusz. Jaki agresor zaczyna od mordowania zwierząt? Niedorzeczne.

Po wyjściu z budynku ruszyli w kierunku domu farmera, do którego pozostało im nie więcej, niż sto metrów.

Im byli bliżej, tym większy niepokój ich ogarniał. Nie wiedzieli, czego mają się spodziewać w dużym, piętrowym, drewnianym domu pomalowanym ciemnobrązowym impregnatem do drewna. Wyglądał naprawdę imponująco. Farmer Sam nie miał żony i mimo pięćdziesięciu lat na karku nie spieszył się do żeniaczki. Kiedyś Roy zapytał go: A co, jak nie będziesz miał już sił do pracy? Odpowiedział mu: Wtedy sprzedam farmę i przeniosę się do miasta. Stać mnie będzie na niezły apartament i pewnie na jakąś panią Kershaw.

Zatrzymali się dziesięć metrów od wejścia. Po prawej stronie stał terenowy Ford, a dalej pod wiatą kilka rolniczych maszyn. Po lewej zaś rosło duże rozłożyste drzewo. Ani Roy, ani Emma nie wiedzieli, co to za drzewo i nigdy też o to nie zapytali Sama.

— Idziemy — zdecydował Roy.

Wziął Emmę za rękę. Weszli po kilku stopniowych schodach i zakołatali do drzwi. Odczekali chwilę nasłuchując głosu Sama.

— Otwarte! — wrzasnął mężczyzna.

Weszli do środka. Przeszli szerokim korytarzem i stanęli przy otwartych drzwiach do kuchni.

Przy stole siedział siwy, barczysty mężczyzna z wyraźnymi rysami twarzy i krzaczastymi brwiami. Naokoło niego panował ogromny bałagan, jakby ktoś dokonał włamania i szukał czegoś w najmniejszych nawet szczelinach.

Jednak najbardziej uwagę Roya i Emmy zwrócił przedmiot leżący na stole. Sam coś przy nim majstrował nie patrząc na nich. Wiedział, że to oni, bo któż inny, w sobotę, o tak wczesnej porze mógłby go odwiedzić? Albo ta sympatyczna para albo Śmierć.

— Dzień dobry Sam — przywitał się Roy.

Emma skinęła tylko głową.

— Jaki dobry — odpowiedział Sam nie podnosząc głowy. — Jeszcze się nie zaczął, a już dwie setki istnień zabrała ta wojna. Co one były winne? No powiedz Roy — spojrzał w końcu na mężczyznę.

— Jak to się stało? — zapytał Roy.

— Nie wiem. Wstałem o czwartej i jak zwykle do nich poszedłem. Leżały martwe. Nic nie słyszałem, nic nie widziałem. O pierwszej zmniejszyłem im temperaturę, bo była ciepła noc. Co się stało przez te trzy godziny? Bóg raczy wiedzieć.

— A tu? — rozejrzał się po kuchni Roy.

— Tu, to ja — odpowiedział z żalem w głosie farmer i spuścił głowę. — Jak zobaczyłem, że one wszystkie nie żyją wpadłem w szał, dobrze, że tylko na kuchni się skończyło. Chciałem spalić dom, ale w porę ochłonąłem.

Roy przyglądał się przedmiotowi leżącemu na stole. Nie musiał zgadywać, że była to broń szybkostrzelna, ale o niestandardowym kształcie i wyglądała, trochę jak zabawka. Miała lekko owalne kształty i była podświetlona diodami.

— To broń?! — bardziej stwierdził, niż zapytał Roy.

Farmer uniósł głowę i wbił swój wzrok w oczy Roya.

— Najnowocześniejsza. Laserowa — odpowiedział. — Uczę się jej używać. Dopiero co przyniosłem ją z piwnicy.

Roy uśmiechnął się. Skąd u farmera broń laserowa? Pewnie sobie z niego żartuje. Wściekł się widząc martwe kurczaki i teraz wariuje z zabawką, którą nabył za kilka dolarów.

— Na wojnę? — zapytał Roy z trudem powstrzymując sarkazm.

— Tak. Na wojnę — pokiwał głową Sam.

Był przy tym bardzo poważny i w przeciwieństwie do Roya nie musiał powstrzymywać emocji. Jego kurczaki naprawdę były martwe, a broń jak najbardziej prawdziwa. Za oknem toczyła się wojna, o której dowiedział się z radia.

— Co to za wojna? — dociekał Roy.

— Nie wiadomo. Radio już nie działa. Usłyszałem tylko, że jest wojna i kazali z piwnicy wyciągnąć broń. Nawet nie wiedziałem, że ją mam.

— Jak to kazali wyciągnąć z piwnicy broń? — zdziwił się Roy.

— Zwyczajnie. Powiedzieli, że każdy ma piwnicę, a w tej piwnicy jest broń i trzeba jej użyć wobec wroga. To tak zrobiłem.

Roy spojrzał na Emmę, a potem na Sama.

— W moim domu nie ma piwnicy, więc skąd mam ją wziąć? Emma też nie ma.

Farmer ostrożnie podniósł karabin. Dotknął nim twarzy i przymknął oczy.

— Zabiję ich wszystkich za moje kurczaki.

— Co jeszcze mówili w radio? — odezwała się Emma, widząc, że Sama dopada niekontrolowana chęć zemsty.

— Potem już nic. Sygnał się urwał.

Roy zaczął podejrzewać, że wstrząs, który przeżył farmer związany ze stratą dwustu kurczaków trochę zaćmił jego racjonalne myślenie. Niedorzeczne jest bowiem to, żeby w radio powiedzieli, że każdy ma piwnicę, a w tej piwnicy znajduje się broń i należy jej użyć w razie zagrożenia. Pomijając piwnice, to skąd ta broń miałby się tam znaleźć? Krasnoludki chyba jej w nocy nie rozniosły. Z drugiej jednak strony, skąd u Sama taka broń? Może to jednak zabawka, która wygląda jak prawdziwa laserówka. Gdyby Sam powiedział mu, że to dziecięcy gadżet uwierzyłby mu bez zadawania dodatkowych pytań

— Mogę zobaczyć? — zapytał Roy zbliżając się do stołu.

— Proszę — Sam podniósł się i podał mu karabin oznaczony symbolem EXTX.

Roy wziął go do ręki. Był lekki. Nie ważył nawet pół kilograma. Przypominał trochę staromodne UZI, ale był zaokrąglony i przede wszystkim był z jakiegoś lekkiego stopu podświetlonego diodami lub innym źródłem światła. Zamiast lufy miał pięciocentymetrowy stożek, z którego najprawdopodobniej wydobywała się wiązka laserowa, jeżeli tak jak mówił Sam, jest to broń laserowa. Zamiast mechanicznego spustu, miał niebieski przycisk do uwolnienia wiązki laserowej. Obok niego znajdował się drugi, czerwony, najprawdopodobniej blokujący cały karabin. Gdy już zaspokoił swoją ciekawość zwrócił ją Samowi.

— Zatem twierdzisz, że każdy taką ma w piwnicy?

— Tak powiedzieli w radio. Ja swoją znalazłem w niewielkiej aluminiowej skrzyni stojącej pod schodami. Przykryta była starymi szmatami. Może dlatego jej nigdy nie widziałem. Zresztą rzadko tam schodziłem.

— Powiadasz, że wszyscy?

— Tak. Wszyscy.

Roy wrócił do Emmy. Podrapał się po głowie i pomyślał, że Samowi odbiło. Kiedyś przeczytał artykuł o takich przypadkach, że doznanie silnego stresu może wywołać niecodzienne zachowania.

— I każdy ma piwnicę? — ponownie zadał to samo pytanie Roy, żeby przekonać się o szaleństwie Sama.

— Już ci mówiłem. Tak twierdzą i ja im wierzę — odpowiedział Sam.

— Dobra — zebrał się w sobie Roy. — W takim razie wracam do siebie i poszukam piwnicy, której nie planowałem, nie wybudowałem i której nie mam. Może znajdę. — Zakończył nieco ironizując.

— Powodzenia — uśmiechnął się Sam, wyłapując drwinę w słowach Roya.

Gdy wyszli z domu farmera zatrzymali się na ostatnim schodku nasłuchując jakichkolwiek dźwięków kojarzonych z wybuchami, strzelaniną lub innymi odgłosami wojny. Nic. Cisza. W takim razie nie trzeba było się spieszyć, żeby zejść do piwnicy, której się nie miało. Tak w ogóle, to wszystko to było jakieś dziwne.

Roy wyjął telefon komórkowy z kieszeni, ale nadal nie było zasięgu.

— Coś się wydarzyło Emma, ale nie wiemy na pewno, czy to wojna, czy może to coś innego. Co spowodowało, że Sam stracił wszystkie kurczaki? Może zwariował i sam je potruł? Tylko ta wojna… On o niej słyszał w radiu, a ty w telewizji. Coś się dzieje… Najlepiej będzie wrócić do miasta, bo tam jest więcej ludzi. Nie wiem, czy ten karabin, który posiada Sam w ogóle strzela? Może to zabawka, a historia z piwnicą i laserami została przez niego wymyślona? Czy ty też słyszałaś coś o piwnicach i laserach, gdy oglądałaś telewizję?

— Nie — odpowiedziała. — Nic nie mówili. Powiedzieli tylko, że wybuchła wojna i o tym, że wróg jest wśród nas. Nie sądzę jednak, żeby Sam zwariował. Zachowuje się dziwnie, ale dalej jest to ten sam Sam.

— Może chodziło o terrorystów? Może był jakiś nowy zamach jak na WTC? — zastanawiał się głośno Roy.

— Nie wiem.

— Nic nie pokazywali? Jakiejś eksplozji, trupów?

— Tylko czołgi na ulicach. Potem obraz i głos zniknęły.

Roy zastanowił się chwilę. Nic do siebie nie pasowało. Chociaż… Gdyby był atak terrorystyczny na Stany Zjednoczone, to możliwe jest, że terroryści zablokowali lub zniszczyli satelity i nadajniki radiowe. Może o to chodzi, a Sam… Sam zwariował tuląc do siebie plastikową zabawkę.

Minęli budynek z martwymi kurczakami. Nie patrzyli na niego. Zignorowali go, jakby go w ogóle nie istniał. W swym zamyśleniu dotarli mniej więcej do środka zielonej polany, którą farmer codziennie podlewał. O zieloną trawę dbały ukryte w trawie zraszacze, które włączały się dwa razy dziennie, rano i wieczorem.

— O której zaleje nas woda? — zapytała Emma przerywając ciszę.

Roy spojrzał na nią bez zrozumienia. Był myślami gdzie indziej.

— Tam są zraszacze — wskazała ręką.

— Aaa, zraszacze. O siódmej i o siódmej. Mamy jeszcze trochę czasu. Zdążymy.

Emma zerknęła na naręczny zegarek. Była szósta czterdzieści pięć. Jeżeli zraszacze ustawione są na siódmą, to spokojnie zdążą opuścić łąkę.

— Powiedz mi Roy…

— Za chwilę ci powiem — przerwał jej — ale najpierw ty mi powiedz, dlaczego do mnie nie przyszłaś?

— Dobrze, ale ty mi powiedz, czy masz piwnicę?

— Nie mam — odpowiedział i spojrzał na nią oczekując odpowiedź na jego pytanie.

Gdzieś umknęły w nim myśli o kurczakach, Samie, wojnie i karabinie. Potrzebował resetu tych wydarzeń, by móc do nich za chwilę powrócić ze świeżym spojrzeniem.

— Przyjechałam koło jedenastej. Świeciło się u ciebie, ale nie mogłam przyjść, bo postanowiłam upiec ci ciasto z malinami.

— Ty? Ciasto z malinami? Przecież…

— Nie umiem piec. To chciałeś powiedzieć?

— No… w zasadzie…

— Otóż oświadczam ci, że okazało się, że umiem. Pieczenie zajęło mi mniej czasu niż potem sprzątanie kuchni — lekko się uśmiechnęła, ale za chwilę pomyślała o piwnicy Roya.

— Kocham cię — przytulił ją do siebie.

Uspokoił się, że to nie koniec z Emmą, że nie chciała go zostawić planując najpierw długą i poważną rozmowę. Teraz mógł wybrać się na poszukiwania piwnicy.

Pocałowała go w usta. Uśmiechnęła się i poszli dalej.

— Myślisz, że mogą to być terroryści? — zapytała.

— Nic innego nie przychodzi mi do głowy. Nieprawdopodobnym wydaje się, żeby zaatakowały nas Rosja lub Chiny. Jednak nie daje mi spokoju ta piwnica. Myślę sobie, że zachowuję się niedorzecznie idąc teraz do domu sprawdzić, czy mam piwnicę, wiedząc, że jej nie mam. Czyż nie jest to absurdalne?

— Ja też jej nie mam, a Sam twierdził, że wszyscy mają. Teraz sama już nie wiem, czy ją mam czy nie.

— Nie wariuj! Wystarczy, że Sam zwariował. A ci, co mieszkają w kamienicach i apartamentowcach? Też je wszyscy mają? Nonsens.

Przeszli drogę i wkroczyli na wąską dróżkę. Do domu zostało kilkadziesiąt metrów. Z obydwu stron ścieżka porośnięta była gęstymi, przystrzyżonymi krzewami, żeby ich gałęzie nie przeszkadzały swobodnie przejść.

Gdy byli na skraju ścieżki, najpierw zobaczyli sportowy samochód Roya zaparkowany przed domkiem, a potem stanęli jak dwa słupy soli. To, co ukazało się ich oczom wydawało się nierealne.

Rozdział 3

Przed Royem i Emmą stał Jens, młodszy o pięć lat brat Roya. Ubrany i uzbrojony jak komandos, który za chwilę wyrusza na akcję. Był wysoki jak Roy, ale lepiej od niego zbudowany. Miał hiszpańską bródkę.

Cholera — pomyślał Roy. To niemożliwe. Jens jest kucharzem w Los Angeles. Jest ode mnie niższy o pięć centymetrów, szczuplejszy i nie ma zarostu. Rozmawiałem z nim wczoraj przez telefon koło dziewiątej. Miał nocną zmianę. Jasna cholera, ale mimo wszystko to jest Jens.

— Co tu robisz? — wykrztusił w końcu z siebie Roy. Podszedł do brata i przywitał się z nim serdecznie.

Poklepali się po plecach w milczeniu, a następnie stanęli naprzeciwko siebie w odległości dwóch metrów. Do Roya podeszła Emma. Chwyciła go za ramię i przywitała się z Jensem rzucając w jego stronę krótkie: cześć.

— Witaj — odpowiedział równie oszczędnie.

Roy nie mógł w to uwierzyć, że przed nim stoi Jens w mundurze amerykańskiej armii. Facet, który rozmawiał z ptakami i ratował z opresji żaby. To niemożliwe. Po prostu niemożliwe. Pewnie kupił sobie ten mundur i cały osprzęt, a teraz bawi się w bohatera. A może zwariował, tak jak Sam? Właśnie. Może wojna polega na tym, że terroryści rozpylili coś w powietrzu, a wdychanie tego czegoś powoduje, że człowiek wariuje. Może on, Roy Brokley też już zwariował, a wszystko to, co widzi i słyszy to obrazy chorego już człowieka? Może wszystko wokół niego, to jakaś szalona imaginacja?

— Co tu robisz? — zapytał ponownie Roy.

— Jest wojna! — odpowiedział szorstko Jens.

— Załóżmy, że jest, ale co ty tu robisz? Tak ubrany, taki wyrośnięty, uzbrojony? Wczoraj nic mi nie mówiłeś, że wybierasz się do mnie.

— Wczoraj byłem w Afganistanie, ale rzeczywiście nie miałem w planach bycie tutaj, dlatego nic nie mówiłem.

— W Afganistanie? Co ty bredzisz?! Byłeś w Los Angeles! Miałeś nocną zmianę w restauracji! Jens do cholery! Ty jesteś kucharzem!

— Niezależnie, co myślisz, myślisz poprawnie. Rzeczywiście byłem w Los Angeles — odpowiedział spokojnie Jens.

— To w końcu, gdzie byłeś? W Afganistanie czy w Los Angeles, bo przestaję już cokolwiek rozumieć — próbował uspokoić się Roy.

— Jedno nie wyklucza drugiego. Rozmawialiśmy ze sobą i to jest fakt. Jest wojna i to jest drugi fakt. Jestem tu, więc to jest trzeci fakt. Co chcesz jeszcze wiedzieć?

Roy uderzył się dłońmi w policzki. Był pewien, że albo on zwariował, albo zwariował Jens. A Emma? Spojrzał na nią. Patrzyła w stronę domu. Pewnie szukała piwnicy. Może też zwariowała, podobnie jak Sam? Może już wszyscy byli wariatami? Może terroryści dopięli swego?

— Co tu robisz?! Odpowiedz mi w końcu, Jens!

— Jest wojna — odparł niewzruszony Jens. — Niedaleko stąd mamy bazę. Wpadłem, żeby was ostrzec, żebyście nie wracali do miasta. Do żadnego miasta. Tu jesteście bezpieczni.

— Przepraszam Jens, ale czy ciebie popierdoliło? Co się dzieje?! Co to za wojna?!

— Nikt nie wie. Pewne jednak jest to, że to nie terroryści. Oni wszyscy zginęli wczoraj. W Syrii. Ponad dwieście tysięcy martwych ciał.

— Byłeś w Syrii?!

— Tak.

— Wczoraj?

— Wczoraj.

— Kurwa! Wczoraj byłeś w Los Angeles! Byłeś w Afganistanie! Byłeś w Syrii! W jakim pierdolonym miejscu na tym świecie byłeś jeszcze wczoraj?! No powiedz! Nie krępuj się!

— Nie denerwuj się Roy — Jens nie zmieniał przyjaznego, spokojnego tonu. — To wszystko da się logicznie wytłumaczyć.

— Logicznie wytłumaczyć?! Co ty pieprzysz! Nie można być w trzech miejscach jednocześnie?!

— Gdzie się podział optymizm mego brata? Kiedyś wszystko było dla ciebie możliwe.

— Co to więc za wojna? Kto na nas napadł? — Roy nieco odpuścił, widząc, że stał się zbyt agresywny i przestaje panować nad emocjami.

— Nie wiadomo. Jesteśmy jednak w stanie wojny.

— Z kim? Jens! Z kim do cholery jesteśmy w stanie wojny! — Emocje w Royu wybuchły ponownie.

— Nie wiadomo.

Roy przykucnął chowając twarz w dłoniach. Gdy zebrał myśli, wyprostował się i zadał najwolniej, jak tylko potrafił pytanie:

— A czy w ogóle wiadomo, że ktoś napadł na USA?

— Nie wiadomo.

— Kurwa Jens! Nic nie wiadomo! To jest ta wojna, czy nie?!

— Mówią, że jest, ale nie wiadomo.

Roy zrezygnował. Emma nie patrzyła się już na domek, lecz przysłuchiwała się rozmowie braci. Im dłużej ich słuchała, tym bardziej się uspokajała. W końcu uznała, że żadnej wojny nie ma, a to wszystko nie dzieje się naprawdę, że wszystko musi być snem. Takie rzeczy się po prostu nie zdarzają. Wykorzystując chwilę przerwy w rozmowie braci, zapytała Jensa:

— A wiadomo coś o piwnicach?

— To wiadomo na pewno. Każdy ma piwnicę w domu, a w piwnicy broń laserową, która ma go chronić — odpowiedział.

— Skąd to wiadomo? — Emma przytknęła palec do ust, widząc, że Roy chce się wtrącić do rozmowy.

— Nie wiem, ale tak jest. Ty Emmo, też masz swoją broń.

— Nie mam — uśmiechnęła się z politowaniem — bo nie mam piwnicy.

— Masz. Może nie wiesz, że masz, ale masz. Ty Roy, też ją masz.

— Niech ci będzie — zgodził się Roy. Mała przerwa w rozmowie z bratem, pozwoliła mu na chwilowe opanowanie emocji. — A gdzie stacjonuje, ta twoja jednostka?

— Niecałe półtorej mili stąd. Przy moście.

— Najbliższy most jest w Newburg — odpowiedział mu Roy. — Trzydzieści mil stąd. Nie ma bliżej innego mostu.

— Jest. Uwierz mi.

— Wiedziałbym coś o tym. Mostu nie buduje się w jedną noc.

— Muszę już lecieć Roy. W każdym razie nie ruszajcie się stąd. Tu będziecie bezpieczni.

— Zaczekaj Jens! Jeszcze nie skończyliśmy! Podsumujmy fakty! Z podkreśleniem, że to są fakty przedstawione przez ciebie! Jesteś komandosem. Wczoraj byłeś i w Los Angeles i w Afganistanie i w Syrii. Jest wojna, ale nie wiadomo, co to za wojna i czy w ogóle ktoś napadł na USA. Każdy w tym kraju ma piwnicę w domu lub mieszkaniu, a w tej piwnicy jest broń laserowa, która ma obronić przed wrogiem. Półtorej mili stąd na zachód jest most, którego jeszcze wczoraj nie było i twoja jednostka tam stacjonuje. Tak?

— Tak — odpowiedział Jens. — Wszystko się zgadza. — Stuknął obcasami, zrobił szybkie skinięcie głową, odwrócił się i zniknął pomiędzy krzakami.

Roy stał wpatrzony w zarośla. Wiedział, że nie ma szans zatrzymać Jensa. Czy w ogóle był on prawdziwy? Może to był doskonały klon? Może jakiś hologram Jensa? Co ja pieprzę — pomyślał, zacisnął pięści i wrzasnął:

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 23.27