Syberia
Była w naszym domu od zawsze. Na początku tylko jako słowo. Będąc dzieckiem, czasami je słyszałem, ale nie wiedziałem, co oznacza. Całe lata zajęło mi rozwiązanie zagadki z nim związanej. I dopiero teraz, po sześćdziesięciu latach, historia się dopełni.
Syberia, syberyjski, na Syberii. Mama nieraz wracała do niej myślami i o niej mówiła. To oczywiste, że była dla niej ważna. W jakiś sposób łączyły się z nią nasze wakacyjne wyjazdy. Dla mnie, małego chłopca, było to wielkie przeżycie. Jazda pociągiem z Wrocławia do Białegostoku trwała bardzo długo i wiązały się z nią zawsze wielkie emocje. Wagony, perony, lokomotywy, prędkość, wyglądanie przez okno. Potem już nie było tak ciekawie, bo dalsza jazda autobusem do Sztabina należała do wyjątkowo uciążliwych, już nie można było wstawać z miejsca i spacerować. Ale oto przychodziło coś jeszcze gorszego, bo ze Sztabina do wsi Janówek szło się zwykle pieszo. Autobusy kursowały rzadko i nie można było na nie liczyć. Szło się poboczem drogi wybrukowanej kocimi łbami. No i jeszcze trzeba było targać ciężkie bagaże. Ja, chociaż zwykle nic nie niosłem, to wciąż narzekałem, jak mnie strasznie bolą nogi.
I wreszcie docieraliśmy do zabudowań gospodarstwa w Janówku. To tam urodziła się moja mama i tam jeszcze niedawno żyła jej matka, a moja babcia Gabryela. Nie pamiętałem jej jednak, bo zmarła, gdy miałem dwa lata. Teraz mieszkał tam brat mamy Jan z żoną Marysią i ich trzech synów: Heniek, Staszek i Bogdan. Były jeszcze dwie córki: Wanda i Jadwiga, ale one wyprowadziły się i studiowały w miastach. Bardzo mi się podobało to wiejskie życie. Wiele się działo, było dużo gwaru i nigdy się nie nudziłem. Były tam psy, konie, krowy… Za sprawą jednak tych ostatnich spotkała mnie niemiła przygoda. Drogę od strony pola zamykano drutem kolczastym, aby krowy nie mogły opuścić podwórza. I pewnego razu, gdy już zmierzchało, biegnąc co sił w nogach, nadziałem się na ten drut. Rozciął mi czoło i buchnęła krew. Moja histeria i widok krwi spowodowały nie lada zamieszanie. Zostałem bohaterem dnia. O dziwo obyło się bez szpitala i szycia, ale na całe życie pozostała mi kilkucentymetrowa pionowa blizna na czole.
Janówek był związany z Syberią, ale były też z nią związane odległe o kilkadziesiąt kilometrów Kuczki. To kolejny cel naszych podróży. Mieszkał tam ojciec mamy, a mój dziadek Feliks. Nie zdawałem sobie sprawy, dlaczego tak jest, że ma inną rodziną: żonę Janinę i sześcioro dzieci. Nie zajmowało to wtedy w ogóle mojej dziecięcej głowy. Widziałem za to ogromne pozytywne emocje mamy. Czułem się tam znakomicie, bo tereny były tu jeszcze ciekawsze, ale przede wszystkim było więcej dzieci w moim wieku. Wszystko żyło, pulsowało, a dzień zawsze wydawał się zdecydowanie za krótki.
Moją edukację rozpocząłem na Pilczycach (SP 19), a ukończyłem w nowej szkole na Popowicach (SP 5). W klasie piątej szkoły podstawowej pojawiły się trzy nowe przedmioty. Pierwszym była geografia. Bardzo ją lubiłem, bo rozpalała moją wyobraźnię. Mama twierdziła później, że moje zainteresowanie to jej zasługa, ale niezupełnie tak było. Czytałem wtedy na potęgę książki Maya, Londona, czy Curwooda, czytałem o bezkresach dzikiego zachodu czy przepastnej Kanady. I chciałem nie tylko chłonąć lektury, ale też móc znaleźć miejsca, w których to wszystko się działo. Kiedyś, wracając z biblioteki w Rynku, wstąpiłem do księgarni obok, a tam znalazłem cały dział z mapami. Kupowałem je sukcesywnie i przyczepiałem pinezkami do listewek. Potem pozostawał już tylko trud wbicia gwoździa w ceglane ściany naszych dwóch pokojów i wieszania tam kolejnych map. Były dla mnie tym, czym później plakaty zespołów rockowych. Na największej ścianie dużego pokoju zawisła największa z tych map, przedstawiająca Azję. Północną jej część zajmował Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. To był moment szczególny, bo mama zainteresowała się mapą. Wpatrywała się wnikliwie, a potem pokazała palcem: „To jest Syberia”. Następnie pokazała na mapie inny punkt i powiedziała: „A tu ja byłam”. Drugim przedmiotem był język rosyjski. Prawdziwa udręka, bo trzeba było poznać inny alfabet. Tutaj związek z Syberią wydawał się oczywisty. Trzeci przedmiot to historia. Lubiłem ją jeszcze bardziej niż geografię. Duża w tym zasługa naszej nauczycielki, Pani Sznajdrowicz. Jej lekcje były szczególne. Potrafiła nie tylko fascynująco opowiadać o zamierzchłych czasach, ale przede wszystkich starała się nas uczniów wciągnąć w te rozważania, tak że robił się z tego cały spektakl. Naprowadzała na pewne tropy i zadawała pytania: „A jak myślicie, co taki król mógł w takiej sytuacji zrobić? Dlaczego dokonano takiego a nie innego wyboru? Dlaczego wybuchła wojna?” itd. Za każde wzięcie udziału w dyskusji dostawało się plusa (za trzy plusy otrzymywało się wtedy najwyższą ocenę — piątkę). Ja należałem w klasie do tych, którzy mieli tych plusów najwięcej. Dzięki temu nigdy nie byłem odpytywany.
Tamte szkolne czasy i Pani Sznajdrowicz nie przeszły bez echa. Kiedy wiele lat później pisałem książkę o Wołyniu czy też biografię Rasputina, starałem się, aby swoim stylem przypominały tamte lekcje historii. Owszem, miały nieść wiedzę, ale miały być przede wszystkim ciekawe i trzymać czytelnika w napięciu. Nie chciałem przeładować ich faktami czy zwyczajnie przynudzać. Gdybym miał stworzyć coś takiego, w ogóle nie zaprzątałbym sobie głowy pisaniem.
Wracając do lekcji historii, Syberii i do mojej mamy, to nie były czasy, w których można się było czegokolwiek prawdziwego w tej materii dowiedzieć, podążając nurtem oficjalnym. Informacji o tym, dlaczego ludzie tacy jak moja mama tam się znaleźli, co do tego doprowadziło i kto był temu winien, nie można było w zatwierdzonym programie nauczania znaleźć. Tę opowieść mama snuła sama, tak zresztą jak tysiące ludzi wspominających czasy Syberii czy Wołynia.
Nie każdy interesuje się historią. Nie każdy musi się nią interesować. Ale bywa też tak, że zainteresowanie to może ujawnić się na pewnym etapie życia i wtedy zaprzątnie głowę bez reszty. O jednym z takich zdarzeń mama opowiadała nieraz. I miała do siebie duży żal, że jej przebudzenie przyszło tak późno, za późno.
W 1974 roku do Janówka i później do Kuczek mama pojechała sama. Ostatniego dnia pobytu na stację, z której odchodził pociąg do Ełku, zawiózł ją furmanką dziadek Feliks. W czasie oczekiwania na pociąg pojawił się w rozmowie wątek pierwszej wojny światowej i późniejszej, z bolszewikami, w 1920 roku. Mama znała oba tematy dość pobieżnie, ale że nie specjalnie ją interesowały, to zwykle ich nie podejmowała. Z innymi członkami rodziny było raczej podobnie. Teraz jednak, nie wiadomo dlaczego, może przez większą świadomość historyczną etosu marszałka Piłsudskiego, stało się inaczej. O tym, że los zetknął jej ojca z marszałkiem, wiedziała. Ale nic poza tym, żadnych szczegółów.
— A z tym Piłsudskim to jak było? Rzeczywiście go znałeś, tak jak zna się człowieka, z którym się rozmawia, czy też podaje rękę na przywitanie? — zapytała.
— Przecież, że tak. Jak tygodniami siedzi się o głodzie i chłodzie w tych samych okopach, jak gryzą cię te same wszy, to wszyscy się znają.
— Ale przecież to był dowódca, musiał mieć w miarę wygodną ziemiankę?
— Ale ileż można siedzieć bezczynnie na kilku metrach?
— To znaczy, że Marszałek odwiedzał w okopach was, zwykłych żołnierzy?
— Tak. Dbał o swoich podkomendnych i wiedział, co jest im potrzebne. Raz na przykład mnie zluzował.
— Co? Jak?
— Przechodził obok mnie, przystanął i widząc, że padam z nóg, rzucił: „Ty Zagórski idź się prześpij …. A ja sobie postrzelam!”.
Rozmowa nagle została przerwana przez ryk parowozu. Zajechał pociąg i po chwili postoju miał ruszać. Mama poczuła smutek, bo to zanurzenie w odległe wydarzenia pochłonęło ją bez reszty. A tu nagle trzeba było wszystko zostawić. Ucałowała ojca i długo mu machała z okna na pożegnanie. Obiecała sobie samej, że jak przyjedzie następnym razem, to dokończą tę rozmowę i odbędą jeszcze niejedną.
Tak się jednak nie stało. Rok później, w 1975 roku, dziadek Feliks Zagórski zmarł. I wiele tajemnic zabrał ze sobą do grobu. Bo historia, o której się nie mówi, nie istnieje.
Przemieszczenia ludności
Syberia była i jest krainą geograficzną, ale Syberia w naszych rozważaniach i, przede wszystkim, w świadomości tych wszystkich ludzi, którzy doświadczyli tej niechcianej odysei, to coś znacznie większego. Próbę odpowiedzi na pytanie o Syberię podjął w przejmującym wierszu: Co to jest Syberia? Marian Jonkajtys. Ukazuje on przepastność tego słowa, daleko wykraczającego poza li tylko nazwę geograficzną.
Co to jest Syberia?
Proszą nas — nie tylko młodzi
ludzie — by im wytłumaczyć,
co słowo Sybir, Sybirak
naprawdę dziś w Polsce znaczy.
Ich niewiedza — to rezultat
historią manipulacji
w podręcznikach PRL-u,
kremlowskiej indoktrynacji.
Pierwszy przykład: o Kołymie
z podręczników się dowiecie,
że to rzeka… A to łagry zagłady.
Największe w świecie!
Drugi fakt: polski Sybirak.
To nie Irkucka mieszkaniec.
Lecz za to tylko, że Polak,
w lody Sybiru — zesłaniec!
Bo dla Polski słowo Sybir,
z perspektywy historycznej,
to pojęcie znacznie szersze
od nazwy geograficznej.
To nie tylko obszar stepów,
tundry, tajgi, wiecznych lodów;
od Uralu — na Zachodzie,
po Kamczatkę — rubież Wschodu…
Nie tylko dziesięć milionów
kilometrów kwadratowych
ziemi, w głębi swej kryjącej
zasób bogactw wyjątkowych:
Złoto, srebro i diamenty,
nieprzebrane złoża gazu,
węgiel, ropę, siarkę, uran,
Miedź, boksyty i żelazo!
Dla Polaków — nazwa Sybir
niesie inne też znaczenia…
To symbol zesłań, katorgi,
śmierci za Polskę, cierpienia!
W Świętej Rusi, naśladując
niewoli tatarskiej czasy,
Carowie podbite ludy —
na Syberię gnali w jasyr!
Tam, Sybiru skarby, z ziemi
dla Katarzyny-carycy,
wydzierali kilofami
pierwsi polscy buntownicy!
Potem przez lat prawie dwieście
za każde Polskie Powstanie,
czy tylko zryw ku Wolności:
kibitka — Sybir — Zesłanie!
A po siedemnastym września,
po czwartym Polski rozbiorze,
nie kibitki — a bydlęce
wagony, na szerszym torze.
I wywlokły na Syberię,
Jak bydło — te wnyki-wagony,
mężczyzn, kobiet, starców, dzieci
z Kresów — prawie dwa miliony!
Tam im — w łagrach i więzieniach,
w tajdze, w stepach kołchozowych —
pracą, chłodem, wszami, głodem
Polskę wybijano z głowy!
Sybir… To historia polskich
doznań martyrologicznych…
a nie zwykłe określenie
terenów geograficznych…
To setki tysięcy mogił
naszych ojców — Sybiraków…
Tych, co padli za Ojczyznę!
Na dwuwiecznym zesłań szlaku!!!
Przytoczony wiersz Mariana Jonkajtysa znacznie rozszerza geograficzne ramy pojęcia Sybir, Syberia. Jest ono nieco zbliżone do pojęcia „Archipelag Gułag”, jakim posługiwał się Aleksander Sołżenicyn. U niego była to sieć gułagów w całej Rosji, natomiast w naszym ujęciu to te wszystkie miejsca, w które zesłani zostali Polacy w latach 1940—1941. Była to więc nie tylko Syberia, ale okolice Uralu, Kazachstan, czy też Uzbekistan. Tak więc, konkludując, Sybir to nie Syberia. Nie był to wcale wynalazek czerwonej dyktatury powstałej w 1917 roku. Wywózki w syberyjską tundrę i tajgę wymyślono w carskiej Rosji. Wtedy jednak dotyczyły jedynie politycznych wygnańców, których w ten sposób starano się izolować i pozbawiać ich negatywnego wpływu na masy. Rosja sowiecka, mimo że odżegnywała się od Caratu, to spuściznę po nim nie tylko przejęła, ale też znacznie rozbudowała.
O różnicach pomiędzy katorgą i zesłaniami nowego sowieckiego typu pisał w nieco humorystycznym tonie Julius Margolis, autor książki Podróż do krainy zeków. „Każdy, kto przeszedł szkołę utraty indywidualności w obozie radzieckim, potwierdzi, że brak szacunku dla człowieka dalece przewyższa tam wszystko, co istniało na katordze. Ten brak szacunku dla człowieka wyraża się już w samej liczbie więźniów. Miejsce tysięcy z czasów Dostojewskiego zajęły miliony. W czwartym roku pobytu w obozie zdobyłem jego Wspomnienia z Domu Umarłych i przeczytałem je, porównując łagry z katorgą z czasów Mikołaja I. Porównanie nie wypada na korzyść władzy radzieckiej. Czytałem fragmenty z tej książki swoim sąsiadom zekom — śmiali się i… zazdrościli. Przeczytałem opis święta ze Wspomnień… (myśmy świąt nie mieli). Kiedy doszedłem do słów: Nad wieczorem inwalidzi, którzy chodzili na targ za sprawunkami dla więźniów, przydźwigali mnóstwo przeróżnych wiktuałów: wołowiny, prosiąt, ba, gęsi…, rozległ się rechot zeków: — To ci katorga! Na targ chodzili! Zdumiewające, na jakie drobiazgi zwracali uwagę nasi przy lekturze. Opis szpitala: Chory więzień zazwyczaj brał ze sobą, ile tylko mógł, pieniędzy, chleba, bo wiedział, że tego dnia nie dostanie w szpitalu porcji, ponadto zaś małą fajeczkę oraz kapciuch z tytoniem, krzemieniem i krzesiwem, które starannie chowało się za cholewą. Słuchacze przerwali mi: Tytoń był! — powiedział jeden z zazdrością. — I do butów chowali… Po czym wszyscy zaczęli się śmiać, ponieważ buty w łagrze radzieckim mają nieliczni”.
Książka Margolisa wpisuje się w nurt literatury gułagowej i zdecydowanie się na tym tle wyróżnia. Poraża celnością sądów, dotyka każdego najciemniejszego zakamarka „imperium zła”. To określenie, używane między innymi przez prezydenta Ronalda Reagana, definiuje czym była sowiecka Rosja.
W zamyśle miała to być nowa jakość, ale w praktyce twór powołany do życia przez Lenina tylko na początku zdawał się budować nowy, lepszy świat. Państwo zbudowane zostało przez robotników i chłopów. Bez ich zaangażowania po stronie Bolszewików Czerwonych Kraj Rad by nie powstał. Tak jednak, jak szybko robotnicy i chłopi wynieśli do władzy Lenina i jego świtę, tak szybko przestali się liczyć i zostali skutecznie od władzy odsunięci. Powstał aparat terroru, który zawiadywać zaczął w bezwzględny sposób całością. Pozostało już wtedy tylko wspomnienie tego, co odeszło. Słyszeli o tym niektórzy zesłani do Rosji Polacy, którym w skrytości, w zaufaniu mówili starsi mieszkańcy: „Za cara to było dobrze”. Ale to się skończyło i nie wróciło. Nikt w państwie tym nie mógł być niczego pewien, nawet „czerwona szlachta”. Gdy nowym „carem” został Stalin, przyszłość Rosji się dopełniła. Chociaż w tym kraju zaprzepaszczono wszystko, co można było zaprzepaścić, i zniszczono wszystko, co można było zniszczyć, to jednak było coś, co funkcjonowało nad wyraz sprawnie. Był to aparat terroru, którego polityka masowych wysiedleń była częścią. Doświadczyć miała tego boleśnie polska ludność po 17 września 1939 roku.
W przypadku analizy systemów totalitarnych mówi się często o banalności zła. W Rosji Sowieckiej było to jeszcze bardziej widoczne niż w hitlerowskich Niemczech. Podczas procesu norymberskiego oskarżeni zwykle bronili się tak samo: „Wykonywałem tylko rozkazy”. Od konsekwencji owego wykonywania rozkazów nie mogli jednak uciec. Zamordowano miliony ludzi. A jeśli była zbrodnia, musieli być winni jej popełnienia.
Sowiecka machina przemocy była inna. Tu masowe zbrodnie (jak ta w Katyniu) były wyjątkami. Tu sprawy miały swój określony bieg. Wszystko odbywało się krok po kroku i na żadnym etapie nie było winnych. Na początku była ogólna dyrektywa zgodna z interesem sowieckiego imperium, tak jak pojmowali go jego włodarze ze Stalinem na czele. Tak więc jeśli chodzi o przesiedlenia Polaków, były one koniecznością, bo miały zapewnić wprowadzenie nowego „sowieckiego miru”, bez zbędnego oporu i ostracyzmu. Usunięcie wrogiego elementu temu właśnie służyło. Aby sprawnie przeprowadzać akcję przesiedleń, przygotowano specjalną instrukcję. Jej twórcami byli szef NKWD Ławrientij Beria i jego zastępca generał Iwan Sierow. Według różnych danych liczba przesiedlonych w latach 1940—1941 Polaków mogła osiągnąć grubo ponad milion. Ilu z nich dokonało tam żywota? Dziesiątki, czy bardziej prawdopodobne, setki tysięcy? Ilu straciło tam zdrowie fizyczne? O urazach psychicznych można by już mówić inaczej, bo przeżyte traumy dotykały wszystkich. Czy ktoś poniósł tego konsekwencje? Beria, co prawda, po śmierci Stalina został szybko zgładzony, ale był to raczej element walki o władzę niż chęć ukarania winnych popełnionych zbrodni. Jeśli chodzi natomiast o Sierowa, to warto przypomnieć, że stał on za uwięzieniem szesnastu przywódców Polskiego Państwa Podziemnego. To on ręczył słowem honoru za bezpieczeństwo polskiej delegacji w czasie rozmów na temat przyszłości Polski. Pomimo nieufności wobec Sowietów i ogromnego ryzyka osobistego Polacy postanowili przybyć na spotkanie w Pruszkowie. Nie wiedzieli, że uczestniczą w specjalnej operacji NKWD, kierowanej właśnie przez generała Iwana Sierowa. Członkowie delegacji zostali aresztowani i błyskawicznie wysłani do Moskwy. Najważniejszy z jej członków, ostatni dowódca AK, komendant Sił Zbrojnych w Kraju, generał Leopold Okulicki został w sfingowanym procesie skazany na 10 lat. Rok później już nie żył, oficjalnie zmarł na atak serca, najprawdopodobniej został skrytobójczo zamordowany.
Wracając do Sierowa, zapewne nie miał on zupełnie pojęcia o tym, co znaczy honor oficera, bo pojęcie to odeszło wraz z rokiem 1917. W czasach carskich nie mogłoby to się stać. Honor to był honor i tak samo rozumiał to generał Okulicki. Niestety to pojęcie było obce sowieckiej władzy. I tak zostało, bo XXI wiek i wojna w Ukrainie jasno wskazuje na to, co bezpowrotnie odeszło i już nigdy nie wróci.
A co stało się z Sierowem? Nic złego go nie spotkało. Doczekał emerytury jako wysoki funkcjonariusz KGB. Czy mógł mieć jakiekolwiek wyrzuty sumienia związane ze zdarzeniami z początku lat czterdziestych i późniejszymi? Trudno mieć tu jakiekolwiek złudzenia. Sierow zmarł w 1990 roku i szkoda tylko, że nie dane mu było oglądać upadku jego Związku Radzieckiego, co formalnie nastąpiło rok później.
W realizację masowych przesiedleń zaangażowany był aparat NKWD. Jego nafaszerowani propagandą komunistyczną funkcjonariusze nie robili nic złego. Wypełniali tylko powierzone zadania. Mieli zadbać o to, aby dostarczyć „wrogi element” (w większości byli głęboko o tym przekonani) do miejsca przeznaczenia. Podróż koleją, wagonami towarowymi, trwała z reguły od dwóch tygodni do miesiąca. A to, że w tym czasie z braku dostępu do lekarza umierali w wagonach ludzie chorzy, starzy, czy też niemowlęta, bo matki straciły pokarm, to przecież nie była ich wina. W trakcie deportacji zimowych nie dbano o właściwe ogrzanie wagonów. Były wprawdzie piecyki, ale przy niewielkiej ilości dostarczonego opału nie mogły one zaradzić przeraźliwemu chłodowi wdzierającemu się przez nieszczelne ściany wagonów. Nie dziwiły więc przypadki zamarznięcia. Wtedy też nie było winnych (bo czyż to była wina załogi NKWD eskortującej pociąg?). Mówili: Co poradzić, że u nas takie zimy? Latem nie było lepiej. Limity wody były przyczyną dodatkowego upodlenia, wzrostu chorób i niepotrzebnych zgonów. Rosyjscy żołnierze wykazywali poirytowanie ciągłymi prośbami i płaczem Polaków, którzy domagali się więcej wody. A przecież instrukcja wyraźnie mówiła: dziennie dwa wiadra na jeden wagon, nieważne, czy było lato, czy zima. I oni w tym punkcie, jak i w pozostałych, ją wypełniali. Tej wody nie starczało nawet do picia, o nawet najprymitywniejszej higienie można było tylko pomarzyć. Choroby zakaźnie zbierały wielkie żniwo. Nie inaczej było w tych wszystkich miejscach, do których przesiedleni Polacy trafiali. Nieprzygotowani na mrozy, na pracę ponad miarę, na głodowe racje żywieniowe, umierali. I znowu nie było winnych. Przecież nie wyrobili ustalonych odgórnie norm (niemożliwych zresztą do spełnienia przez ludzi nieprzygotowanych), nie mogli więc dostać jedzenia, które gwarantowałoby przeżycie. Wszystkim rządziły instrukcje i normy, żaden sowiecki przedstawiciel władzy nic złego nie zrobił. Nikt tych ludzi nie mordował. Sami umierali.
Masowe deportacje ludności polskiej dokonane zostały w czterech turach, pierwsza miała miejsce w lutym 1940 roku, ostatnia w czerwcu 1941. Tak więc, jak widać, do pierwszej deportacji aparat NKWD przygotowywał się pół roku. Przede wszystkim ustalono, kogo miała ona objąć. Sowieckiego okupanta wsparła nie tylko ludność żydowska, ale i często niestety Polacy. Rosjanie nie mieli żadnego rozeznania, ale znaleźli się tacy, co im „pomagali”. I listy, krok po kroku, zapełniały się nazwiskami. Jeśliby sprawę nieco uprościć, można zaryzykować stwierdzenie, że wywózką objęci zostali tacy sami ludzie, jakich odsunięto lub unicestwiono po 1917 roku w sowieckiej Rosji. Ci wszyscy, którzy mieli realny wpływ na istnienie i funkcjonowanie państwa, polityczne i gospodarcze. Ci, którzy odporni byliby na prymitywną propagandę nowej władzy i której nie daliby nigdy swojego „błogosławieństwa”.
Grupy Polaków objęte wywózką były bardzo liczne. Należeli do niej między innymi: urzędnicy aparatu państwowego, oficerowie i podoficerowie Wojska Polskiego, „Legioniści”, członkowie POW, policjanci, sędziowie i prokuratorzy, aktyw młodzieżowych organizacji, a nawet członkowie stowarzyszeń religijnych i wyznaniowych. Nie mogło oczywiście zabraknąć tradycyjnych „wrogów ludu”, czyli szlachty, ziemiaństwa, kupców, bankierów, przemysłowców, czy też bogatych chłopów. Co było wyjątkową perfidią, to fakt zaliczenia rodzin wszystkich wyżej wymienionych do grupy „społecznie niepewnych”, co oznaczało, że spotka ich ten sam los. Czy były to dzieci w kołysce, kobiety w ciąży, czy też starcy, nie miało znaczenia. Nowe sowieckie władze nie przejmowały się losami jednostek. Wszystkim kierowała wyuczona nienawiść do wrogiego, bezosobowego elementu.
Niektórzy z badaczy historii wskazują na dodatkowe elementy, które dostrzec można w polityce przesiedleń Polaków i wyjątkowo okrutnym traktowaniu naszej nacji. Przykładem jest Katyń, mord w historii zupełnie niespotykany. Bo przecież unicestwiono elity innego państwa, z którym nie było się w stanie wojny. Przyczyny wyjątkowej niechęci Stalina do Polski i Polaków należy szukać w wojnie 1920 roku. Młode państwo sowieckie poniosło w niej bardzo bolesną porażkę, czego nigdy Polakom nie wybaczyło. Stalin miał jeszcze dodatkowo osobiste powody do tej nienawiści. Za sprawą popełnionych błędów był jednym z odpowiedzialnych za klęskę. Być może nie byłoby „cudu nad Wisłą”, gdyby nie jego własne winy. Pisał o tym w biografii Stalina Edward Radziński. „Koba (pseudonim Stalina z dzieciństwa) walczył z Polakami na południu. Był komisarzem, stał na czele zgrupowania wojsk wraz z dowódcą armii, Jegorowem. Ich główną siłą była Pierwsza Konna Armia Budionnego. Trocki, chcąc wzmocnić natarcie Tuchaczewskiego, rozkazał przerzucić do niego konnicę Budionnego. Koba odmówił. Już dawno przestało go bawić wygrzebywanie kasztanów z ognia dla innych. Miał własne plany. Gdy Tuchaczewski usiłował zdobyć Warszawę, Koba postanowił zagarnąć Lwów, stamtąd uderzyć na stolicę Polski, a później przez Austrię wedrzeć się do Niemiec i wesprzeć rewolucję. W efekcie armie Tuchaczewskiego oraz Koby i Jegorowa miały zostać zepchnięte do Rosji. Lenin wybaczył Kobie”. Można by powiedzieć „niestety”, bo ta słabość twórcy rewolucji później wiele wszystkich kosztowała.
Przeznaczonych na wywiezienie Polaków podzielono na trzy specjalne kategorie, od których zależały dalsze losy i szansa przetrwania. Kategoria pierwsza obejmowała wszystkich aresztowanych bądź dołączonych w trakcie wywózki mężczyzn, których to skierowano do obozów pracy przymusowej. Tu odczytywano im wyroki opiewające najczęściej na od 3 do 15 lat łagru, bez prawa powrotu do kraju. Kategorię drugą stanowili tzw. specprzesiedleńcy, których umieszczano w specjalnych koloniach karnych, zwanych też specposiołkami. Położone one były często głęboko w tajdze, z dala od ludzkich osad. Prymitywna infrastruktura i panujące warunki praktycznie zrównywały położenie przesiedleńców z więźniami gułagów. Kierowano tu tych wszystkich, którzy nie otrzymali formalnych wyroków, lecz powinni przebywać pod stałą kontrolą i nadzorem. W obozach tych istniał formalny przymus pracy. Wyżywienie oraz normy były zbliżone do obowiązujących w systemie łagrowym. Podobnie było ze wszelkimi wykroczeniami. Nadzór nad wszystkim sprawował wojskowy komendant, najczęściej funkcjonariusz NKWD. Obowiązywał absolutny zakaz opuszczania miejsca pobytu, tj. obozu. Kategorię trzecią stanowili tzw. wolni zesłańcy. Ludność tę umieszczono w kołchozach, sowchozach, posiołkach, w tajdze i małych miejscowościach. Do tej ostatniej grupy należała rodzina mojej mamy.
Po roku 1945, aż do przełomu w roku 1989, temat masowych wysiedleń był nieobecny. Rządy komunistyczne nie dopuszczały niczego, co „odwieczną przyjaźń ze Związkiem Radzieckim” stawiałoby pod znakiem zapytania. Tematyka ta była skazana na zapomnienie. Nie było książek zajmujących się tematyką przesiedleń i nie publikowano wspomnień ludzi, którzy syberyjski szlak przemierzyli. To jednak nie było tak, że w ogóle ten temat się nie pojawiał.
Miałem sposobność zapoznania się z jednym z takich opracowań i muszę przyznać, że była to lektura zdumiewająca. Książce nadano tytuł: „Deportacje i przemieszczenia ludności polskiej w głąb ZSRR 1939–1945. Przegląd piśmiennictwa” pod redakcją Tadeusza Walichnowskiego. Po tym wiernym apologecie przyjaźni Polsko-Radzieckiej (nagrodzonym zresztą za to medalem „Zasłużony Działacz Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej”) nie można było spodziewać niczego wartościowego. I to właśnie takie było. Był to wybór bardzo wielu różnych tekstów i opracowań, które dotykały pośrednio lub bezpośrednio tematyki przesiedleń na tle ważnych w tamtym czasie zdarzeń. I tak na przykład przytoczono fragmenty noty Mołotowa po odkryciu grobów katyńskich i zerwaniu stosunków dyplomatycznych z ZSRR: „Oszczercza kampania, wroga w stosunku do Związku Sowieckiego, rozwinięta przez niemieckich faszystów w związku z morderstwem polskich oficerów, które to morderstwo popełnili oni sami w okolicy Smoleńska na obszarze zajętym przez niemieckie wojska, została natychmiast podjęta przez Rząd Polski oraz prowadzona wszelkimi sposobami przez polską prasę oficjalną. Fakt, że wroga Związkowi Sowieckiemu kampania rozpoczęła się równocześnie w niemieckiej i polskiej prasie, nie pozostawia wątpliwości co do istnienia kontaktu oraz porozumienia w prowadzeniu tej wrogiej kampanii pomiędzy Hitlerem oraz Rządem Polskim”. Przykład zastosowanej konstrukcji logicznej był porażający. Mówić o „kontakcie i porozumieniu” można by w kontekście analizy paktu Ribetrop-Mołotow. Zarówno Mołotow, jak i cała Rosja, nie chcieli o tym pamiętać, co zresztą trwa po dziś dzień. W jednym z fragmentów książki do wątku katyńskiego niechlubnie nawiązywała także Wanda Wasilewska. W przemówieniu radiowym do Polaków w Związku Radzieckim z 28 kwietnia 1943 roku stwierdzała: „Emigracyjny rząd generała Sikorskiego skompromitował się ostatecznie, biorąc udział w zorganizowanej przez hitlerowców antyradzieckiej propagandowej hecy w sprawie lasu katyńskiego, rzekomego rozstrzelania przez organy radzieckie polskich oficerów, w rzeczywistości wymordowanych przez samych Niemców”.
Jeszcze ciekawiej robi się, gdy poruszane tematy dotykają interesującej nas tematyki wywózek. Głos zabrał między innymi profesor historii Jarema Maciszewski. Był on przewodniczącym polskiego zespołu Wspólnej Komisji Uczonych PZPR i KPZR do Spraw Historii Stosunków między PRL a ZSRR. Komisja ta w założeniu służyć miała likwidacji białych plam we wzajemnej historii obu państw. Profesor Maciszewski dosyć osobliwie pojmował „likwidację białych plam”. I tak przypomniał, że: „Wielu wywiezionych wróciło do kraju z bronią w ręku, jako żołnierze odrodzonego Wojska Polskiego”. Aha czyli mielibyśmy być wdzięczni, bo ci wywiezieni później nas wyzwalali. Czy to było wyzwolenie? Chyba raczej kolejne zniewolenie. O tym pan profesor już nie pisał. Idźmy dalej: „Jest faktem, że miało w tamtych latach miejsce naruszenie prawa, że dramatyczne były losy wielu tysięcy naszych rodaków, ale wszystkich przemieszczeń nie można wrzucić do jednego worka. Różne były powody i formy przemieszczeń”. Wnioskować z tego możemy zatem, że były „powody”, które uzasadniały wywózki. Nad takimi uzasadnionymi przypadkami Maciszewski więcej się nie rozwodził. Interesującym byłoby dowiedzieć się, jakich grup dotyczyło to uzasadnione przesiedlenie. Samo już określenie: „przemieszczenia ludności” może budzić sprzeciw. Beznamiętne, zimne, jakby dotyczyło przedmiotów. Największe zdumienie czekało jednak na końcu: „Według badań ankietowych wśród osób wywiezionych, mieszkających obecnie w Polsce i na emigracji, 98% spośród nich odpowiadało, że spotkały się z bardzo dobrym stosunkiem do nich ludzi radzieckich w zauralskiej części ZSRR i w republikach środkowoazjatyckich”. Jeśli chodzi o podane procenty, to były one tak samo wiarygodne jak podawane wyniki procentowe wszelkich wyników wyborów w czasach komunistycznych. Osobnym tematem było wymyślenie takiego pytania. Może należałoby raczej zapytać: Jaki procent ankietowanych osób było zadowolonych z wywózki?
Gdyby książka „Deportacje i przemieszczenia ludności polskiej w głąb ZSRR 1939—1945” ukazała się w latach 50. XXw. nikogo by pewnie nie zdziwiła, bo taka była wtedy polityczna narracja. Ale ona — uwaga! — została wydrukowana w maju 1989 roku. A przypomnijmy, że już w następnym miesiącu padły z ust Joanny Szczepkowskiej w dzienniku telewizyjnym słowa, które przeszły do historii: „Chciałabym podać jedną wspaniałą wiadomość (…). Proszę państwa, 4 czerwca 1989 skończył się w Polsce komunizm”.
Kończąc dywagacje na temat omawianej książki, należy dodać, że została wydana przez Państwowe Wydawnictwo Naukowe w nakładzie 180 000 egzemplarzy. W dzisiejszych czasach takie nakłady są rzadkością i dotyczą jedynie bestsellerów. W tym wypadku nie ma mowy o bestsellerze, bo była to pozycja po prostu słaba, nierzetelna i nudna, napisana nie wiadomo właściwie dla kogo. Dodatkowo ukazała się w czasach, w których upadła cenzura i w szybkim czasie rynek zalały skrywane dotąd wspomnienia Sybiraków. Nie traktowały one już o „przemieszczeniach ludności”, ale o wyrwaniu z korzeniami, poniewierce i morzu wylanych na bezkresach Rosji łez.
Usłyszeć Głos Człowieka
To, że napiszę tę książkę, stało się dla mnie pewnikiem stosunkowo niedawno. Przez lata gdzieś tam w mojej świadomości tlił się zalążek tego pomysłu. Odsuwałem go od siebie, bo zawsze uważałem, że mam na to czas. Zawsze były inne tematy na książki i one angażowały mnie bardziej. Poza tym nie spieszyło mi się, bo zawsze była obok moja mama, która należała do osób niezwykle żywotnych, i wydawało mi się, że to się nie zmieni. O jej wywózce na Syberię trochę wiedziałem, ale teoretycznie wciąż mogłem poznać wiele innych szczegółów. Ale nadszedł dzień zmiany, mama wycofała się z życia i fizycznie, i mentalnie. Żyła, ale kontakt z nią był nikły. Wtedy już wiedziałem, że niczego nowego od niej nie usłyszę. To zawieszenie trwało ponad trzy lata. Mama zmarła 12 września 2023 roku śmiercią najpiękniejszą z możliwych. Po śniadaniu ucięła sobie drzemkę i w jej trakcie odeszła. Miała dziewięćdziesiąt trzy lata, do kolejnych urodzin zabrakło jej trzy miesiące. I tak jak ona niegdyś, miałem do siebie żal, że mogłem przecież więcej zrobić dla poznania jej historii.
Kiedy napisałem „Na Wołyniu skończył się świat”, miałem kilkanaście spotkań autorskich, na których promowałem swoją książkę. Ten jakże bolesny w polskiej historii temat budził za każdym razem wielkie emocje. W części końcowej spotkania były zawsze pytania. I kilka razy pytano mnie o to, czy mam wołyńskie korzenie, czy „chwyciłem za pióro”, bo zmusiła mnie do tego powinność. I wtedy od razu widziałem tę Syberię w mojej głowie i czułem tę powinność. To nie jest tak, że o Syberii mają prawo pisać jedynie Sybiracy i ich potomkowie, ale ten element jednak jest istotny, bo pojawiają się dodatkowe emocje. To większe zaangażowanie w temat może przynieść nową jakość i mam nadzieję, że będzie tak w tym wypadku.
Moja mama należała do Wrocławskiego Oddziału Związku Sybiraków. Ponad dwadzieścia lat była jego aktywnym członkiem. Brała udział w spotkaniach, uroczystościach, pielgrzymkach. Była między innymi w Watykanie, gdzie spotkała się z Janem Pawłem II. To była ważna część jej życia i dopóki pozwalało jej zdrowie, utrzymywała kontakty z innymi Sybirakami. Przez całą swoją emeryturę zbierała książki i biuletyny dotykające tematyki przymusowych wysiedleń. I tak powoli, krok po kroku, w jej domu zapełniały się półki regału na książki. Niezmiennie zachęcała mnie do czytania sybirackich wspomnień. A ja tak samo niezmiennie odpowiadałem: „Mamo, na pewno kiedyś to wszystko przeczytam”. No i teraz nadszedł ten czas. Mam komfort pracy, jakiego nigdy wcześniej nie miałem. Pisząc książkę o Wołyniu i biografię Rasputina, mozolnie penetrowałem rynek w poszukiwaniu ciekawych pozycji. Tu natomiast wszystko dostałem i dlatego postanowiłem pracować, bazując właściwie wyłącznie na tym, co pozostawiła mi mama. Będzie to swoisty hołd dla niej, po części jej dzieło. Wiem, że byłaby dumna z tego, iż dotknąłem wreszcie tematu tak dla niej ważnego.
Pisząc o źródłach, chciałbym na wstępie skreślić kilka słów o osobie bardzo ważnej dla wrocławskiego Związku Sybiraków. Mowa o historyku i etnologu Profesorze Uniwersytetu Wrocławskiego Antonim Kuczyńskim. Głównym tematem badawczym Antoniego Kuczyńskiego była historia Syberii, historia Polaków na Syberii i zesłania w ten rejon. W 1991 powołał do życia Oficynę Wydawniczą Biblioteki Zesłańca. To dzięki jego osobistemu zaangażowaniu wydano na przestrzeni wielu lat dużo wartościowych książek, wspominających lata 1941—1946. Niektóre z nich chciałbym polecić szczególnie, były dla mnie dokumentami, z których obficie czerpałem. Należały do nich miedzy innymi: Dosyć nam Sybiru, dosyć Kazachstanu Wandy Niezgody-Górskiej, Do Anglii przez Syberię Zdzisławy Kaweckiej, czy Skazani na zagładę Jana Proroka.
To także dzięki Antoniemu Kuczyńskiemu już w 1990 roku w białostockim piśmie „Sybirak” ukazała się wspominana wcześniej „Instrukcja o deportacji”. Dotarł on do niej po apelu Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego i dwumiesięcznika literacko-naukowego „Literatura Ludowa”, ogłoszonego w prasie krajowej i polonijnej w 1988 roku w sprawie nadsyłania materiałów na konkurs poświęcony pobytowi Polaków na Syberii, Dalekim Wschodzie, w Kazachstanie i na innych terenach Związku Radzieckiego w latach 1939—1956. Napłynęło wtedy ponad trzysta tekstów wspomnieniowych, wiele różnych listów z zesłania, zdjęć, dokumentów obrazujących los łagierników. W grupie tych dokumentów znalazła się także przysłana przez pana Ignacego Icchaka Kotlarskiego ze Stanów Zjednoczonych,,Instrukcja o trybie przeprowadzania operacji wysiedlania antysowieckich elementów z Litwy, Łotwy i Estonii”, z 1940 roku, podpisana przez Iwana Sierowa. Jak widać instrukcja dotyczyła krajów bałtyckich, ale zapewne niewiele różniła się od tej przygotowanej dla terenów byłej Polski. Znaleziona została w roku 1941 w kowieńskim gmachu NKWD, gdy w pośpiechu został on opuszczony po wybuchu wojny niemiecko-rosyjskiej. Obecnie oryginalny egzemplarz instrukcji znajduje się w zbiorach biblioteki uniwersyteckiej w Stillwater (Stany Zjednoczone). Jak wyglądała praktyka w stosowaniu zaleceń Sierowa, zobaczymy w rozdziale „Świt”.
Wracając do źródeł, to z książek innych wydawców, które uważam za wyjątkowe w zbiorach mamy, wymieniłbym w szczególności: Białe noce i czarne dnie Romualda Wernika, Najdłuższą Drogę Wiktora Kozłowskiego i Kiedy Bóg odwrócił wzrok Wiesława Adamczyka. Ta ostatnia pozycja była wydana nie bez przyczyny przez jedno z bardziej znanych wydawnictw, a przedmowę do niej napisał Norman Davies. Wszystkie książki o Sybirze pełne są bólu i cierpienia. Tutaj także nie mogło go zabraknąć. Ale było tu znacznie więcej, niż tylko opis przebytej po bezkresach Kazachstanu drogi. Adamczyk okazał się być wyjątkowym obserwatorem obnażającym bezlitośnie, czasem z humorem, wszystko to, z czym spotkał się w sowieckiej Rosji.
Książek wspomnieniowych, dotykających sowieckich represji, ukazało się bardzo wiele. Dla swoich celów dokonałem ich podziału na pisane przez osoby aresztowane i skazane wyrokiem sądu. Nie miało tu znaczenia, czy rzeczywiście dopuściły się jakiegokolwiek przestępstwa wobec sowieckiego państwa, czy też nie zrobiły zupełnie nic. Ważne było, że zostały skazane. Skazańcy trafiali później do więzień i gułagów. Stosowany wobec nich aparat przemocy był prawnie uzasadniony. Druga grupa książek, i te mnie interesowały, pisana była przez ludzi objętych polityką przesiedleń, którzy nie byli o nic oskarżeni i na żadnym etapie nie mieli do czynienia z wymiarem sprawiedliwości. To ważne rozróżnienie, bo zdarzało się, że nawet dla Rosjan ten rodzaj represji okazał się niezrozumiały. Dla stalinowskich władz było to jednak nader istotne. „Wysiedlanie antysowieckich elementów jest zadaniem o wielkim znaczeniu politycznym” — czytamy w pierwszym zdaniu „Instrukcji o deportacji”. Bez nich wprowadzenie sowieckiego porządku miało być łatwiejsze. O tym, jak chybiony był to jednak pomysł, czytamy u Margolina. Jego udzielona pośrednio riposta była błyskotliwa. Pisząc o Białorusinach, którzy znaleźli się tak jak Polacy w nowej sytuacji, przedstawiał też ich stosunku do zmian, które zaszły. Jeden z nich podsumował sytuację: „Przez dwadzieścia lat bezskutecznie próbowano zrobić z nas Polaków. Sowietom udało się to w trzy miesiące”. Wszyscy widzieli, z czym mają do czynienia. I poza sługusami nowej władzy, ślepymi zdeklarowanymi komunistami i ludźmi, którzy nigdy niczego nie mieli (i nie mogli nic stracić), wszyscy należeli do „antysowieckiego elementu”.
Jedna z pozycji w bibliotece mamy ma szczególną wartość. Jest to rodzinny dokument ze strony mojego ojca napisany przez siostrę jego matki Franciszkę Dobrowlańską. To licząca 119 stron kserokopia rękopisu. Rękopis ów trafił w nasze ręce za sprawą jej córki Mirosławy (Miry) Dobrowlańskiej. Franciszka urodziła się w 1906 roku na terenie Rosji, a zmarła w 1991 roku w Kanadzie, dokąd wyemigrowała po wojnie. Za sprawą tych wspomnień uświadomiłem sobie, że w historii rodziny ojca kryje się nierozwiązana zagadka. Niestety, o czym później, sprawa nigdy nie zostanie rozwiązana. Zagadka pozostanie zagadką.
Rozważając bieg zdarzeń, które miały znaczenie dla powstania książki, najważniejszym wydaje się być rok 2003. Zdarzenia te opisała Pani Helena Kozłowska, Redaktor Naczelna lokalnej gazetki „Nasz Sztabiński Dom”: „Pani Rachela Pietrzyk (z domu Zagórska) w czasie wakacji zwiedziła wraz ze swoim synem (mój starszy brat Marek) Izbę Regionalną Ziemi Sztabińskiej. Oglądając stare sprzęty, przedmioty, rozbudziła w sobie serdeczną nutę wspomnień, którą zgodziła się podzielić z czytelnikami Naszego Sztabińskiego Domu. Jej wspomnienia drukować będziemy w odcinkach”. I tak napisany przez moją mamę tekst ukazywał się w kolejnych czterech numerach gazetki. Pani Helena nadała całości tytuł: „Usłyszeć Głos Człowieka”. To wyróżnione zdanie ze wspomnień mamy teraz, po latach, wydało mi się naturalnym pomysłem na tytuł całej książki. Pozostała jeszcze tylko sprawa podtytułu, który precyzowałby, czego pozycja ta dotyczy. Stąd też właśnie „Niechciane syberyjskie odyseje Polaków”. Wyrazić mi należy wielki żal, że Pani Helena nie doczekała premiery mojej książki. Zginęła tragicznie w 2019 roku, pozostawiając w smutku lokalną społeczność sztabińską.
Mama miała dwoje rodzeństwa: starszą o trzy lata siostrę Reginę i starszego o rok brata Janka. Bardzo się ucieszyłem, kiedy w trakcie zbierania materiałów i rozmów z członkami naszej rodziny, dowiedziałem się od syna Reginy — Karola — o spisanych wspomnieniach jego mamy. Stało się to za sprawą jej córki Krystyny. Regina: „W 1995 roku zmarł mój mąż Stefan i od tego czasu mieszkam z córką Krystyną i jej rodziną. Jestem osobą bardzo schorowaną i wymagam stałej opieki innych osób. Te wspomnienia powstały na prośbę mojej córki, która chciała, by stały się one formą terapii i pozwoliły mi zająć myśli czymś innym niż roztkliwianiem się nad stanem swojego zdrowia. Pisanie to na pewno pomogło mi chociaż przez jakiś czas zapomnieć o moich dolegliwościach i wrócić myślami do tych osób i wydarzeń, które minęły i pozostały tylko w mojej pamięci”. W tych wspomnieniach cioci znalazłem wiele ciekawych dla mnie fragmentów. Tak więc nie pozostaną one głęboko w zamkniętej szufladzie, warto je przywołać. A jedna z opowiedzianych przez nią historii wręcz zdumiewa. Czegoś takiego, co stało się w czasie jednej z najcięższych syberyjskich zim, nikt nigdy by nie wymyślił.
Trzecim z rodzeństwa był Janek. Różnił się od swoich sióstr, był wycofany i nieskory do wywnętrzania. Odszedł tragicznie, przedwcześnie. W jego wypadku najtrudniej było wyciągnąć cokolwiek z odległych syberyjskich wspomnień, ale była jeszcze jego żona Maria, która mogła zapamiętać coś ze skrawków ujawnianych przez niego za życia. I przede wszystkim była ich najstarsza córka Wanda, która przekazała mi to wszystko, co utrwaliło się w jej pamięci. Jej również zawdzięczam dotarcie do ciekawych wspomnień Stanisława Pasynkiewicza. To profesor pracujący na uczelni, na której robiła ona karierę naukową, także Sybirak. Wracając do Wandy, to można bez przesady stwierdzić, że jej ambicja i predyspozycje zaprowadziły ją ze wszystkich Zagórskich najdalej. Uzyskała na wydziale chemii tytuł profesora doktora habilitowanego. Jej sukcesy dotarły daleko poza nasz kraj. Moja mama była dumna z tego rodzinnego sukcesu.
Chciałbym wspomnieć jeszcze o dwóch szczególnych momentach zaistniałych w fazie zbierania przeze mnie materiałów do książki. Pierwszym było natknięcie się w jednym z numerów „Sybiraka” (wrzesień 2005) na relację z obrony pracy magisterskiej pani Ewy Horby „Przeżycie wywózki na Sybir w czasie II wojny światowej. Doświadczenia tych, którzy przeżyli, bądź nie, pobyt w krainie, gdzie nie było nadziei”. Podobnie jak było u mnie, przodkowie pani Ewy byli Sybirakami, stąd narodziła się powinność upamiętnienia tamtego czasu i tamtych niezawinionych cierpień. „Od najmłodszych lat — pisała — opowieści dziadka, który wrócił z wieloletniej tułaczki, wypełniały moją wyobraźnię. Jako dziecko byłam zaznajomiona z historią przeżyć swej rodziny skazanej na tak okrutny los”.
Po dwudziestu prawie latach udało mi się nawiązać kontakt z panią Ewą. Dzięki niej zyskałem dostęp do kilku interesujących informacji, które w książce wykorzystałem. Przede wszystkim jednak skierowała moją uwagę na szczególny dokument, dziennik pisany był przez szesnastoletnią Annę Niwińską. Pamiętnik jest niezwykły, pokazuje jej dziecięcą wrażliwość, ale też umiejętność trzeźwej oceny i refleksji. I na długo pozostaje w pamięci.
Przyznam, że drugi ze wspomnianych momentów był dla mnie kompletnym zaskoczeniem. W czasie pobytu na Syberii mama, jako najmłodsza z rodzeństwa, dostała możliwość przeniesienia się do polskiej ochronki (mama używała takiej nazwy) w miejscowości Bolszaja Jerba. Po śmieci mamy wydawało mi się, że ta nazwa zostanie już tylko w pamięci niewielu takich jak ja potomków Polaków, którzy tam trafili. Tymczasem już w końcowej fazie zbierania materiałów do książki, bez przekonania, postanowiłem wpisać nazwę: Bolszaja Jerba w internetową wyszukiwarkę. Ze zdumieniem trafiłem na kilka artykułów o Polskim Domu Dziecka w Bolszoj Jerbie. Na początku nie byłem pewien, czy to aby na pewno chodzi o tę „moją” Bolszoją Jerbę. Kiedy jednak ujrzałem jedno ze zdjęć (miała je też mama), już nie miałem wątpliwości. Okazało się, że teksty i zamieszczone w sieci ilustracje pochodziły z książki pod tytułem: „Polski Dom Dziecka w Bolszoj Jerbie”. Siłą rzeczy tę pozycję od razu włączyłem do bibliografii. Książka została wydana przez Muzeum Sybiru w Białymstoku w roku 2020, a autorką była pani Katarzyna Śliwowska. Celem popularyzacji książka była dwujęzyczna, pisana równolegle po polsku i angielsku. Wydano ją bardzo starannie i wielka szkoda, że nie mogła już jej zobaczyć mama, która widniała tam na trzech ilustracjach (jednej z nich nie znałem). Pojawienie się tej pozycji i moje do niej dotarcie było ukoronowaniem pierwszej fazy pracy nad książką.
Kiedy już postanowiłem, że powstanie książka, wiedziałem, że będzie to przede wszystkim książka o ludziach, o ich zagmatwanych losach. Oczywiście nie byłoby jej, gdyby nie historia mojej mamy i jej rodziny zesłanej na Syberię. Ale to był zaledwie punkt wyjścia. Poznałem cała masę opowieści rodaków o pobycie na nieludzkiej ziemi, bo tak często była ona nazywana. Są one z pozoru do siebie podobne, ale też każda jest inna, filtrowana przez indywidualną wrażliwość, umiejętność obserwacji i zdolność puentowania. Najciekawsze bowiem były opisy tych osób, które dodatkowo próbowały dokonać szerszej oceny sowieckiej rzeczywistości. Zawsze powtarzam, że czarno-białe są tylko stare filmy. Rzeczywistość natomiast nigdy nie jest zerojedynkowa. Wśród ludzi sowieckich byli oczywiście zdeklarowani aparatczycy, zainfekowani tamtejszą propagandą, niezdolni do refleksji i empatii. Wśród służb NKWD czy kołchozowych władz rzadko można było spotkać choćby cień współczucia i życzliwości wobec tysięcy przesiedlanych. Inaczej było ze zwykłymi ludźmi, którzy po bliższym poznaniu przybyszy z Zachodu zmieniali swoje pierwotne wrogie nastawienie. Mam zawsze mówiła „ludzie tam byli dobrzy” i o tym w trakcie lektury książki niejednokrotnie będziemy się mogli przekonać.
Opisywana przez zesłańców rzeczywistość w skrajnych przypadkach nie była odległa od tego, czego doświadczyli ludzie w obozach koncentracyjnych, czy też w oblężonym Leningradzie. Chodzi o powszechny głód na granicy fizycznej możliwości przetrwania i skrajne wycieńczenie organizmu prowadzące w efekcie do śmierci nie tylko z powodu głodu, ale i chorób, które normalnie nie byłyby dla organizmu ludzkiego groźne. Dziesiątki tysięcy ludzi nie wróciło z piekielnego zesłania i tu znowu nie było winnych. Przecież „kto nie pracuje, ten nie je” — brzmiało bezduszne, wciąż powtarzane niczym mantra hasło, nie uwzględniające starych, chorych i dzieci. Dla takich bezbronnych przewidziane normy żywieniowe były zbyt małe. Opieka zdrowotna znajdowała się w stanie opłakanym, nawet jeśli udało się chorym dotrzeć do lekarza, to niejednokrotnie okazywało się, że na diagnozie się kończyło, bo nie było lekarstw, nie tylko tych potrzebnych, ale w ogóle żadnych.
Przy całym dramatyzmie życia Polaków na Syberii, nie tylko biernie „płynęli” oni przez sowiecką rzeczywistość. Byli bacznymi obserwatorami i notowali w pamięci obrazy, które później, przeniesione na papier, ukazywały Sowiecką Rosję w pełni barw. Był to obraz ponury, zdumiewający, pełen absurdów. I mimo że było strasznie, to bywało też śmiesznie. Będziemy się o tym mogli przekonać wielokrotnie. Poczucie humoru, które mimo przeciwności dopisywało zesłańcom, było błogosławieństwem, dawało siłę i pozwalało złapać chwile oddechu. Oznaczało, że wciąż jest się gotowym do walki o jutro. W poddaniu, w beznadziei i smutku trudno wykrzesać siły. Wszystko może być już wtedy stracone.
Moją podróż w przeszłość rozpocznę od okresu międzywojennego, z mocno wyeksponowanym wątkiem rodzinnym. W kolejnych rozdziałach skupię się na właściwej opowieści. Prowadzić będę czytelnika tak, by poznał wszelkie aspekty życia na tej niechcianej poniewierce. Postaram się jednak nie ingerować zbytnio w przytaczane opowieści, jak najwięcej będę cytował. Przemówią świadkowie, zobaczymy ich emocje, ból, smutek i rzadkie chwile radości. Zbierając materiały do książki, liczyłem na to, że dotrę do informacji, które poszerzą stereotypowy obraz zesłań. Miałem też nadzieję na odkrycie niezwykłych historii, wszak „życie pisze najlepsze scenariusze”. Nie zawiodłem się i mam nadzieję, że z czytelnikami będzie podobnie.
Dziecięce wspomnienia
Wszystkie opowieści rozpoczynają się od tego samego. Opisują przedwojenne życie widziane najczęściej oczami dzieci. Świat opisywany jest przyjazny, malowany ciepłymi wspomnieniami, tym bardziej że autorzy powracają do niego po doświadczeniach przywiezionych z Syberii. Stąd często taki właśnie sielankowy obraz przeszłości, mimo że życie wcale nie było wtedy łatwe. Wówczas brakowało jednak punktów odniesienia, by można było porównać do warunków, w jakich się żyło. Ta bolesna lekcja pokazująca, co się straciło, nadeszła od strony ponurych sołdatów w zniszczonych szynelach. Wtedy już widać było różnice. Tym bardziej więc utracony świat wydawał się piękniejszy.
Aurelia Raszkiewicz tak ciepło opisała swoje rodzinne miasto. „Pińsk to najpiękniejsze miasto mojego krótkiego dzieciństwa. Miasto, w którym się urodziłam, położone w krainie łąk, lasów i wód toni, nad rzeką Piną. Codziennie tą rzeką płynęły łodzie, kutry i czółna rybackie. W rzece było pełno różnych ryb, które kupowało się prosto z łodzi. Lasy były pełne zwierzyny, jagód i grzybów. W wąską ścieżkę lub polanę wpełzała zimna mgła, otulała drzewa, krzaki, słała się wodniście po trawie, zasłaniała pobliski las i kopy siana. Łąki rano i wieczorem pokrywała rosa z opadającej mgły. Pachniało świeżo skoszoną koniczyną, trawą i sianem. Dookoła w bagnach słychać było kumkanie i rechotanie żab. Wśród bagnistych łąk i wysokich, zielonych, soczystych traw stały stare poleskie wiatraki podobne do dużych motyli. Stały i czekały na wiatr, który poruszy ich sterane pracą skrzydła. Te wiatraki to poleskie młyny, które mełły ziarno na mąkę i kaszę. Pasieki leśne i przydomowe w sadach i w ogrodach pełne były pachnącego miodu i wosku na świece. O każdej porze roku było tam pięknie. I klimat inny. Jak zima to mroźna i śnieżna, jak lato to ciepłe i słoneczne. Na targu można było kupić wszystko, czego dusza tylko zapragnęła, całe bogactwo Polesia. Przed wojną przyjeżdżał tu na targi poleskie sam Prezydent Mościcki. Ubierał się wtedy jak miejscowi. Wkładał spodnie z szarego lnu i koszulę podwiązaną krajką, na nogach miał łapcie z łyka, a na głowie duży słomkowy kapelusz. Miałam wtedy 9 lat, gdy wręczałam Prezydentowi Mościckiemu osobiście, w poleskim stroju, wiązankę poleskich kwiatów. On, zdjąwszy słomkowy kapelusz, dziękował, pochylając się nisko i głaszcząc mnie po głowie”.
Zdzisława Kawecka opisywała z kolei swoje miasteczko Szarkowszczyzna. Tu też trafiliśmy na uroczystość i wizytę najwyższych władz. Przy okazji poznaliśmy bliżej tę młodziutką dziewczynkę, rezolutną i błyskotliwą obserwatorkę.
„Moje rodzinne miasteczko leżało na północno-wschodnich rubieżach Polski, wśród lasów i pól, okrążone rzeką Dzisną. Cieszyło się nowo wybudowaną w początkach lat trzydziestych linią kolejową, łączącą miasto Druja na północnej granicy polsko-łotewsko-rosyjskiej z Wilnem, naszym miastem wojewódzkim odległym o 200 kilometrów. Dla uczczenia tak ważnego osiągnięcia przyjechał z Warszawy minister, witany entuzjastycznie przez ludność miasteczka i okolicy. W przemówieniu podkreślił, jakie znaczenie ma linia kolejowa dla całego rejonu, który dotychczas nie miał żadnego innego transportu, oprócz konnego. Aby upamiętnić ten dzień, przekazał władzom gminnym pieniądze na zakup uczniom (nie mającym obuwia) bucików, aby mogły regularnie uczęszczać do szkoły. Kierownik szkoły chwycił mnie za rękę i kazał w imieniu dzieci podziękować za ten dar: Wiesz, co powiedzieć — rzekł groźnie w ucho! Pamiętam, że byłam zaskoczona i pomyślałam: Dlaczego ja mam dziękować, skoro mnie się buciki nie należały?, ale popchnięta przez ojca zrobiłam to”.
Dzięki młodziutkiej Zdzisławie Kaweckiej mogliśmy wejrzeć w różnorodność kulturową i religijną Szarkowszczyzny. Opisała też osobliwe zdarzenie związane ze śmiercią przyjaciółki z klasy. „W tym spokojnym miasteczku, którego mieszkańcy należeli do kilku grup narodowościowych, żyjących ze sobą w harmonii i sąsiedzkiej zgodzie, spędziłam szesnaście lat mego życia, całe moje dzieciństwo i pierwsze lata młodości. Polacy (przeważnie katolicka inteligencja) zajmowali czołowe stanowiska w miasteczku, pracowali w szkolnictwie, państwowych biurach, policji, gminie. Prawosławni Białorusini mieszkali głównie na wsiach. Bogaci Żydzi mieszkali w dużych domach w centrum miasteczka. Wśród nich byli również adwokaci i lekarze. Biedni Żydzi mieszkali w małych domkach nad rzeką, w jednej izbie, razem z całym swoim dobytkiem, czyli kozami, gęśmi i kurami. Życie w miasteczku płynęło spokojnie bez żadnych większych wydarzeń. Przez lata społeczeństwo żyło w zgodzie i harmonii, szanując religijne poglądy swoich sąsiadów. Synagoga była tuż nad rzeką, gdzie częstokroć odprawiano religijne obrządki. Nigdy nie zapomnę przygarbionej, szlachetnej postaci pana Samuela. Latem siedział na stołku przy sklepie swego wnuka i obserwował wszystko, co działo się każdego dnia na rynku. Kto przejeżdżał i odjeżdżał, dla każdego miał dobre słowo, powitanie i pożegnanie. Dla mnie miał szczególną sympatię i według niego byłam sierotą, bo straciłam matkę. Każdego ranka witał mnie idącą do szkoły, dawał zawiniętego w papierek cukierka i mówił: Ucz się dobrze i ucz się wszystkiego, i bądź zawsze uśmiechnięta. Gdy wracałam ze szkoły, wypytywał czego się uczyłam i czy miałam przyjemny dzień, szczypiąc mój policzek. Dzień bez widoku pana Samuela nie byłby dniem zwykłym. Deszcz czy słońce, zawsze był, a zimą siedział w pokoju przy oknie i przekazywał mi te same rady przez szybę, rzucając cukierek przez lufcik. Była też duża grupa starowierców Moskali. Żyli oni swoim zupełnie odosobnionym życiem, według własnej tradycji i religii. Rzadko bywali w miasteczku i mało kto ich kiedy widział. Gdy pewnego popołudnia zjawili się na rynku, dzieci z piskiem uciekały do domów, a ich wygląd przestraszył nawet dorosłych. Mieli długie, pokołtunione włosy i takież brody; ubrani w długie, wełniane szarawary i bluzy do kolan; szerokie skórzane pasy, z nożami w pochwach i w cholewach butów. Widząc raz jednego z nich na rynku, byłam pewna, że są to zbóje z wiersza Powrót Taty Mickiewicza („Tato nie wraca; ranki i wieczory. We łzach go czekam i trwodze. Rozlały rzeki, pełne zwierza bory. I pełno zbójców na drodze”), bo tak właśnie wyobrażałam ich sobie. Jakież było moje zdziwienie, gdy parę lat później, pewnego ranka zajechała przed dom furmanka i jeden starowierca wszedł do kuchni, żądając widzenia się z ojcem. Przez wpół otwarte drzwi słuchałam rozmowy, która toczyła się po rosyjsku, nie rozumiejąc, o co chodzi. Brodaty mężczyzna prosił ojca, aby pozwolił mi pojechać z nim do ich wioski, w której oprócz policji nikt nigdy jeszcze nie był, gdyż jego córka Mania przed śmiercią chciała się ze mną zobaczyć. Z Manią wiązała mnie szkolna przyjaźń. Myśląc, że ojciec nie zgodzi się na taką prośbę, byłam zaskoczona, gdy powiedział, że mam pojechać z tym brodatym człowiekiem do ich wioski. Pobiegłam pożegnać się z babunią, wierząc, że żywa już nie wrócę. Babunia zapewniała mnie, że nic złego mi się nie stanie. Jechaliśmy godzinę przez wertepy, laski i pola. Dojeżdżając do wioski, okolonej starymi drzewami, usłyszałam smutne śpiewy i lamenty. Pogrzebów się nie bałam, były one naturalnym zjawiskiem. Chodziłam z koleżankami na chrzciny, śluby i pogrzeby, kładąc uzbierane polne bukieciki kwiatów u stóp zmarłych, ułożonych na domowych katafalkach, otoczonych rodziną, krewnymi i sąsiadami. Teraz, jadąc do obcej wioski, bałam się, nie wiedząc, co tam może mnie spotkać. Przecież jestem córką byłego komendanta policji, którego żaden starowierca nie lubił. Gdy koń zatrzymał się, podeszła do mnie matka Mani. Biorąc mnie za rękę, pocałowała w głowę, poprowadziła do sadu. Tam pod drzewem jabłoni, obsypanym biało-różowym kwieciem, jak pod baldachimem na łóżku przykrytym białym kocem leżała Mania. Już nie żyła. Miała na sobie białą sukienkę, na głowie biały welon, a w ręku biały kwiat. Wokół stały wiadra i flakony pełne białych kwiatów. Wyglądała jak śpiąca królewna, ta z dziecinnych bajek. Podeszłam do niej i zdawało mi się, że się zaraz obudzi, aby przywitać się ze mną. Łzy płynęły po mojej twarzy i spadały na jej złożone na piersiach ręce. Biedna Mania — myślałam, była jedną z najbardziej utalentowanych uczennic w naszej klasie. Zawsze pełna życia, taka ładniutka i młoda, zmarła na zapalenie mózgu. Manię kochałam jak siostrę. Rytuał pogrzebowy był długi i męczący, a w maleńkiej cerkwi było gorąco i kobiety mdlały. Zanim pochowano Manię na cmentarzu przy cerkwi, zaczynało się ściemniać i dopiero wtedy zaczęła się stypa. Wkrótce zauważyłam, że już prawie wszyscy byli pijani, a samogonki było pełno. Zaczęła mnie ogarniać panika, jak się dostanę do domu? Nawet nie mogę iść piechotą, bo nie znam drogi! Późno wieczorem przywiózł mnie do domu młody Moskal, jedyny który nie pił, gdyż jego obowiązkiem było odwiezienie mnie. I dopiero w ramionach babuni poczułam się znowu bezpiecznie”.
Moja mama i jej siostra Regina podobnie zachowały żywe wspomnienia z dzieciństwa. Natomiast jeśli chodzi o genealogię rodziny, to najwięcej wniosła kuzynka Wanda. To dzięki jej wysiłkom możemy cofać się aż do połowy XIX wieku. Wanda: „Naszą wędrówkę rozpoczniemy od rodziców Feliksa Zagórskiego. Karol Zagórski urodził się w roku 1856, a jego rodzicami byli Ludwik Zagórski i Marianna z domu Usnarska. Urodził się i mieszkał w Janówku. Rodzina miała tam kawałek ziemi, zresztą niewielki. Żoną Karola została Michalina z domu Karp, urodzona w 1852 roku. Pochodziła z którejś wsi leżącej na łąkach w dolinie Biebrzy, mogło to być Jagłowo lub Jaziewo. Jej rodzicami byli Piotr i Franciszka Karp. Nie ma daty ślubu, ale prawdopodobnie było to przed 1890 rokiem, ponieważ w 1891 roku urodziło się ich najstarsze dziecko Józefa. Józefa miała mało sprawną lewą rękę, być może w dzieciństwie zachorowała na polio. Mówiono, że urodziła się całkiem zdrowa i dopiero kiedy miała kilka lat, coś stało się z ręką. Rodzice Feliksa najprawdopodobniej mieszkali w domu, w którym potem mieszkała Józefa (zwana przez nas ciotką Józefką). Po pierwsze była zawsze sama i nie dałaby rady wybudować domu, a także całkiem sporej stodoły, która zresztą w latach sześćdziesiątych zaczęła powoli popadać w ruinę. Dom był typową chatą dziewiętnastowieczną (potem ludzie już tak nie budowali) i składał się z dwóch pomieszczeń: izby z kominem i płytą kuchenną do gotowania opalaną drewnem oraz chlewa. Pamiętam, że do lat sześćdziesiątych ciotka hodowała jeszcze jedną lub dwie świnki. Być może były drzwi łączące bezpośrednio izbę mieszkalną z chlewem, ale na pewno były drzwi do chlewa z zewnątrz. W 1893 roku urodziła się Aleksandra zwana Oleśką. Oleśka wyszła za mąż za Pawła Augustynowicza i w 1912 roku urodziła syna Józefa, a w 1914 roku Edwarda. Oleśka zmarła przy porodzie trzeciego lub czwartego dziecka, chyba w 1920 roku (z opowieści wiem, że czwartego, ale tego trzeciego nie ma zapisanego w księgach parafialnych). Ród Augustynowiczów przetrwał do dziś. Niedawno w domu mojego brata Heńka w Janówku pojawił się prawnuk Pawła, mężczyzna koło 40 lat. Jest nauczycielem. Pogrzebał w internecie i tak dotarł do Zagórskich. Oficjalna data urodzin Feliksa to 1900 rok, ale wydaje mi się, że musiało to być jakieś dwa lata wcześniej. W księgach parafialnych nic nie ma o jego narodzinach i chrzcie, ale trzeba wziąć pod uwagę, że powstawała wtedy nowa parafia w Sztabinie, być może zrobił się zamęt i część zapisów zaginęła. Musiało to nastąpić wcześniej, ponieważ jego matka w 1900 roku miała już 48 lat, a w tym wieku zajście w ciążę jest niezwykle rzadkie. Tak czy inaczej Feliks był późnym dzieckiem Michaliny. Ojciec Karol zmarł w 1910 roku, a więc Feliks jako jedyny mężczyzna musiał zająć się gospodarstwem i bardzo wcześnie musiał dorosnąć”.
Regina: „Gdy ojciec miał 14 lat, zaczęła się wojna z Niemcami. On i cała rodzina załadowali wóz uciekali, bo każdy ich się bał”. Rachela: „Jechali trzy i pół miesiąca, zajechali pod Moskwę, potem zawrócili spod Moskwy i pojechali za Kijów, do dość dużego miasta — Biała Cerkiew. Tam przeżyli rewolucję. Żeby było się z czegoś utrzymać, ojciec (jeszcze prawie dziecko) woził końmi na wozie towary z Kijowa do Odessy (około 300 km). Jeździły tak całe tabory furmanek, taki był wtedy transport”.
Wanda: „Kiedy wybuchła I wojna światowa, ludzie w panice uciekali. Feliks zapakował wóz, wziął matkę i chyba babcię (pamiętam opowieści, że była tam babcia, ale może to była tylko matka) i przez Ukrainę dojechał aż do Krymu. Jakoś sobie radził, bo miał konia i wóz i trudnił się przewozem towarów. Podobno w miarę upływu czasu miał tych wozów i koni więcej”. Rachela: „Z Odessy dotarł aż do Moskwy. Przeżył tam wybuch rewolucji. W rewolucję sowieci wszystko carskie niszczyli, cukier zlewali wodą i po tym chodzili, palili zboże ze spichlerzami i narobili takiej biedy, że czym prędzej w 1918 roku trzeba było wrócić w swoje strony. Po drodze zmarła matka ojca, musieli ją pochować po drodze, gdzieś w stepie”.
Po powrocie do domu Feliksa czekała niemiła niespodzianka ze strony Józefy, która nie uciekła z nimi i została na gospodarstwie. Wanda: „Po powrocie brata nie chciała mu oddać ziemi. Na rozprawie sądowej gospodarstwo zostało podzielone na dwie części i Józefa dostała połowę. To spowodowało, że gospodarstwo, i tak małe na początku, stało się jeszcze mniejsze. Pamiętam, że po II wojnie światowej mój ojciec Jan narzekał, że jakby miał więcej ziemi, żyłoby się nam lepiej. Natomiast Józefa miała taki plan, że posiadając gospodarstwo, ma szanse wyjść za mąż i mieć swoją rodzinę. Tak nie stało się, ponieważ mężczyźni bali się charakteru Józefy i żaden nie zdecydował się jej poślubić”.
Feliksowi nie dane było cieszyć się za długo pokojem. Uciekł od bolszewików, ale oni teraz mieli zamiar do nas przyjść. Regina: „Ojciec miał w ten czas 18 lat. Przyszedł rok 1920. Młode państwo było w trudnej sytuacji. Miało zaledwie dwa lata, a tu Bolszewikom zachciało się zagarnąć z powrotem Polskę. Ruszyli na Warszawę. Marszałkiem Polski był w tym czasie Józef Piłsudski. Zorganizował on szybko obronę. Ojciec miał w tedy 20 lat i ochotniczo poszedł na tę wojnę. Zaszedł z frontem aż na Ukrainę. Odegnali Bolszewików i ojciec wrócił do domu”.
Wanda: „W 1923 roku ożenił się z Gabryelą, z domu Dąbrowską. Gabryela mieszkała w Fiedorowiźnie (to ta sama wieś, z której pochodzi żona Heńka — Krystyna). Urodziła się w 1894 roku, była więc starsza, ale Feliks tak naprawdę był biedny i nie mógł liczyć, że dostanie za żonę posażną pannę. Babcia Gabryela posagu nie miała i zresztą wiele razy wspominała, że wyszła za mąż dlatego, że Feliks wziął ją bez posagu. Rodzicami Gabryeli byli Piotr i Marianna, z domu Sawicka. Miała pięć sióstr. Dopiero na samym końcu urodził się chłopak (chyba Henryk). Ojciec był tak szczęśliwy, że dziewczynki musiały traktować brata jak książątko. Rodzina była biedna, dlatego na początku XX wieku ojciec Piotr wyjechał do Ameryki, żeby trochę zarobić. Znalazł pracę w kopalni, ale niestety bardzo szybko zginął”.
Wanda: „Po ślubie Feliks i Gabryela nie mieli własnego domu i wynajmowali mały pokoik. Później Feliks zaczął budować budynki gospodarskie i dom z drewnianych bali. To nie było dobre miejsce, bo jest podmokłe. W kuchni w podłodze była klapa, którą można było otworzyć i wejść do małej piwniczki. Pamiętam, że wiosną, kiedy było dużo wody z topniejącego śniegu, to w tej piwniczce było pełno wody. To miejsce, gdzie mieszkała Józefa, było dużo lepsze, bo było na górce. Ale Feliks dużego wyboru nie miał. Prawie wszystkie pola były narażone na zalewanie wodą w czasie wiosennych roztopów lub większych opadów deszczu, co powodowało niskie plony. Zresztą ziemia tam jest marna, same piaski. Babcia Gabryela jednak bardzo dobrze wspominała ten okres swojego życia. Dziadek był człowiekiem pracowitym i zaradnym. Stronił od alkoholu. Powodziło im się coraz lepiej. Do 1930 roku mieli już dom, dwa budynki gospodarcze, czyli oborę dla krów i pomieszczenie dla koni, a także chlew dla świń. Mieli też stodołę, która niestety spłonęła od pioruna i trzeba było wybudować nową. Budynki te stały aż do lat osiemdziesiątych”.
Moja mama przyszła na świat 18 grudnia 1929 roku, jako trzecie dziecko. Regina miała trzy lata (ur.1926) a Janek rok (ur.1928). Nie wiedzieć czemu nadano jej żydowskie imię Rachela. Panowała wtedy, przynajmniej w tym rejonie, swoista moda na to imię, bo oprócz mojej mamy ochrzczono jeszcze tym imieniem dwie dziewczynki ze wsi. Regina: „Jeśli chodzi o Żydów, to mieszkali oni w Sztabinie, były tam cztery rodziny. Dwóch kowali, jeden rolnik i jeden właściciel sklepu żydowskiego. Na ogół Polacy nie lubili Żydów. Byli wśród nich i dobrzy ludzie. Ojciec nasz przyjaźnił się z jednym z nich. Był on kowalem i wykonywał ojcu wszystkie prace kowalskie. Ojciec kupił od niego cztery hektary lasu, który mieścił się niedaleko naszego domu. Żyd ten miał piękną żonę, blondynkę, przystojnego syna i ładną córkę Sarę. Sara chodziła razem z nami do tej samej szkoły. Nazywali się po polsku Stażyńscy”.
Mama zaczęła coś niecoś pamiętać, jak miałam szósty rok. Był to ważny rok. Rachela: „Pamiętam, jak mój ojciec Feliks Zagórski pojechał do Krakowa w maju 1935 roku na pogrzeb Józefa Piłsudskiego, opowiadał o uroczystym pogrzebie i że pod Krakowem o mało co nie zderzyły się dwa pociągi”.
Wiele szczegółów zachowała w pamięci Regina. „Wieś nasza położona jest w lasach. Do Augustowa mieliśmy około 24 kilometry. Mieszkaliśmy niedaleko Sztabina. Mieściła się tam nasza gmina, kościół i szkoła. Od naszej wsi do szkoły było około 3,5 kilometra. W zimie, gdy spadło dużo śniegu, droga była szczególnie uciążliwa. Mieliśmy wspaniałych nauczycieli. Były to stare panny pochodzące z Warszawy. Przychodziły nieraz do naszego domu na zaproszenie ojca. Nasz dom to była taka prawdziwa wiejska chatka, parterowa ze strychem i słomianym dachem. Najpierw wchodziło się do sieni po drewnianych schodkach. W środku były drzwi do dużej izby, z wielkim piecem chlebowym. Stał tam stół i ławy, pod ścianą łóżko i w tej izbie koncentrowało się życie rodzinne i towarzyskie. W podłodze była otwierana klapa, a pod nią piwniczka, gdzie mama przechowywała mięso i przetwory z mleka. Z boku były drewniane schodki prowadzące na strych. W domku były jeszcze dwa pokoje, jeden sypialny, tak zwany alkierzyk, i drugi gościnny. W domu było dużo kwiatków. Stały w drewnianych donicach, na podłodze i w różnych pojemnikach na parapetach okiennych. Również ogródek pełen był kolorowych kwiatów kwitnących przez całe lato. Na drewnianych sztachetkach płotu suszyły się gliniane dzbanki i blaszane konwie na mleko. Podwórko było duże, okolone drewnianymi budynkami gospodarskimi. Na środku była studnia z ogromnym żurawiem i korytami do pojenia bydła. Wkoło domu rozciągały się łąki i tak zwany smużek, gdzie w lecie stała woda i taplały się tam kaczki i gęsi. Za domem rozciągały się pola, a wkoło tego wszystkiego lasy. Matka moja była prostą kobietą, zajmowała się domem i gospodarstwem, lubiła czytać, ale nie miała na to czasu, jedynie w zimowe wieczory przy lampie naftowej czytano u nas książki na głos. Mój ojciec był to człowiek bardzo oczytany i potrafił wszystko zrobić. Mówił i pisał biegle po rosyjsku i ukraińsku. Od młodych lat musiał prowadzić gospodarstwo, bo jego ojciec Karol już nie żył. Uczył się w szkole w Sztabinie. Było to jeszcze za cara i uczono po rosyjsku. Sam z natury był pełen humoru, miał duży temperament i lubił żartować, szczególnie z młodymi kobietami”.
Wiele wspomnień z życia codziennego zachowała mama. Rachela: „Najgorszym udręczeniem było pasienie krów. Ojciec budził któreś z nas przed wschodem słońca, a okropnie chciało się spać. Przy okazji zbierało się grzyby, których było mnóstwo. Borowików było tyle, że ledwie można było udźwignąć. Piękne okazy. Było też dużo rydzów. Mama smażyła je w śmietanie, a my dzieci piekliśmy na blacie w kuchni po posypaniu solą. W tych czasach obowiązki były podzielone. Kobiety miały swoje zajęcia, a mężczyźni swoje. Wszystko robiło się ręcznie: koszenie kosą trawy na łąkach na siano, grabienie, zwożenie, kopanie kartofli motyczką, koszenie kosą zboża. Była to bardzo ciężka praca, trzeba było za kosą podbierać, wiązać, stawiać w dziesiątki, a w zimie cepem młócić i wiać szufelką. Polegało to na tym, że szufelką się rzucało zboże jak najdalej, ziarno spadało bliżej, a plewy leciały dalej. Następnie zboże trzeba było na przetaku przesiewać i oddzielać od plew. Z czasem mieliśmy wialnię — arfę. Te wszystkie prace ojciec wykonywał w stodole przy latarce naftowej, bo w dzień miał inne prace. W zimie tata najmował jakiegoś pomocnika i wywoził drzewo z lasu do tartaku w Augustowie. To była bardzo ciężka i niebezpieczna praca. Z Janówka jechali do Balinki, a stamtąd wieźli to drewno do tartaku w Augustowie. Wyjeżdżali bardzo wcześnie, a wracali późno — zmęczeni, konie też strasznie zmordowane. Kobiety miały dużo pracy z uprawą lnu. Najlepiej wyczesany len przędło się, a z przędzy tkało się płótno na koszule. Tkało się też ręczniki i obrusy. Kobiety cały karnawał przędły, a w poście tkały na krosnach. Każda dziewczyna, jak wychodziła za mąż, musiała umieć te wszystkie prace. Były to ciężkie czasy. Na targ do Augustowa jechało się furmanką — szosą po kocich łbach. Wozy miały żelazne obręcze na drewnianych kolach, to dopiero była jazda. Do kościoła szło się boso, dopiero na końcu ubierało się jakieś sandałki. Do szkoły w lecie też chodziło się boso, albo w obijakach. Ludzie żyli bardzo biednie, chodziło się w jednych łachmankach do zdarcia, a młodsze rodzeństwo musiało donaszać ubranka ze starszych. W lecie trzeba było zbierać kłosy na rżysku po zbiorach zboża. Ojciec nas za to nagradzał, dając 5—10 groszy. W ten sposób chciał w nas wyrobić cechy oszczędności i nauczyć, żeby Boży dar się nie zmarnował. I tak szacunek dla żywności został mi do dzisiaj”.
Chociaż, jak wspominała mama, życie nie było łatwe, to wszystko biegło w utrwalonym porządku. Niestety wkrótce wszystko miało się zmienić. Regina: „Przed samą wojną, pamiętam, że było to 6 sierpnia 1939 roku, byłyśmy z mamą na wycieczce w Krakowie. Był to zjazd rodzin legionistów. Jechaliśmy specjalnym pociągiem przez Grodno i Góry Świętokrzyskie. Byliśmy w Krakowie kilka dni. Z naszej szkoły byli też nauczyciele. Mam jeszcze stamtąd zdjęcie. Zwiedzaliśmy Kraków, byłam na Wawelu i przy grobie marszałka Józefa Piłsudskiego. Jednak głównym celem naszej wycieczki było oglądanie defilady. Widziałam trybunę, a na niej naszego ówczesnego marszałka Rydza-Śmigłego. Odbierał defiladę, a na dole ulicą maszerowało bardzo dużo wojska. Szli równiutko, piękni, wspaniali żołnierze. Już wówczas mówiło się dużo o wojnie, o tym, że Hitler nie odważy się napaść, że będzie się bał. Mamy przecież tyle wspaniałego wojska, które obroni kraj przed hitlerowcami”.
Stało się inaczej. Polska nie mogła się obronić. Przewaga Niemców w uzbrojeniu była zbyt wielka. W połowie września sytuacja stała się już bardzo zła. I wtedy ze wschodu nastąpił kolejny cios. Realizując pakt Ribbentrop- Mołotow, o świcie 17 września jednostki Armii Czerwonej przekroczyły granicę. Dowódcą jednej ze strażnic Korpusu Ochrony Pogranicza „Kopciowo” był sierż. Marek Pietrzyk. Widząc bezsensowność nierównej walki, wydał swoim dziesięciu żołnierzom rozkaz wycofania się. Zginął od sowieckich bagnetów, osłaniając do wyczerpania amunicji ich odwrót. Szczegóły tamtych wydarzeń owiane były tajemnicą. Za sprawą jednak Henryka Sobolewskiego i jego książki „Z ziemi wileńskiej przez świat gułagu” pojawiły się informacje wręcz sensacyjne. Według Sobolewskiego sierż. Marek Pietrzyk bronił budynku strażnicy ogniem rkm. Miał zabić… 26 żołnierzy wroga (sic). Po wyczerpaniu amunicji rzucił się z szablą na Sowietów i zginął zakuty bagnetami. Informacja ta pojawiła się również w książce Kresy we krwi Wiktora Krzysztofa Cygana. Była ona jednak przez niego kwestionowana jako mało wiarygodna. Jeśli sierż. Pietrzyk został sam, to nie było polskich świadków, ale przecież wieści się roznoszą i jacyś Polacy z okolicy musieliby z czasem poznać prawdę. Jeśli chodzi o Rosjan, to byliby oni najmniej zainteresowani podaniem informacji o znacznej liczbie ofiar i to poległych z ręki jednego polskiego żołnierza. Jeśliby jednak to wszystko było prawdą i dotyczyło na przykład amerykańskiego żołnierza, to byłby okrzyknięty narodowym bohaterem. Pozostałby na zawsze w pamięci i z pewnością wzbudził zainteresowanie Hollywood.
Ponad dziesięć lat po tych zdarzeniach Rachela po zdaniu matury i ukończeniu liceum gastronomicznego rozpoczęła pracę w jednym z barów w Białymstoku. Wdowa po Marku Pietrzyku, Helena, była tam kelnerką. Pewnego razu odwiedził ją syn Alfred. Pobrali się, a w 1958 roku urodził im się syn, który dostał imię po dziadku od strony ojca: Marek. Po przeprowadzce do Wrocławia w 1964 roku przyszedłem na świat ja.
„Swoboda i szczęśliwe życie”
17 września o godzinie trzeciej w nocy Wacław Grzybowski, polski ambasador w ZSRR, został wezwany do Ludowego Komisariatu Spraw Zagranicznych. Tam odczytano mu notę dyplomatyczną stwierdzającą rozpad państwa polskiego i zapowiadającą wkroczenie na jej wschodnie tereny Armii Czerwonej celem zapewnienia ochrony „pobratymczej ludności ukraińskiej i białoruskiej”. Polski ambasador zaprotestował wobec treści noty i odmówił jej przyjęcia.
O czwartej nad ranem pierwsze oddziały sowieckie przekroczyły polską granicę. Z powietrza wspomagane były przez samoloty, z których zrzucano propagandowe ulotki. Zapoznajmy się z fragmentem tej zajmującej lektury (pisownia oryginalna):
Rzołnierze Armii Polskiej!
Pańsko-burżuazjny Rząd Polski, wciągnowszy Was w awanturystyczną wojnę, pozornie przewaliło się. Ono okazało się bezsilnym rządzić krajem i zorganizować obronu (…) Armia Polska pocierpieła surową porażkę, od którego ona nie oprawić wstanie się. Wam, waszym żonom, dzieciam, braciam i siostram ugraża głodna śmierć i zniszczenie. W te ciężkie dni dla Was potężny Związek Radziecki wyciąga Wam ręce braterskiej pomocy. Nie przeciwcie się Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej (…) Wasze przeciewenie bez kożyści i przerzeczono na całą zgubę. My idziemy do Was nie jako zdobywcy, a jako wasi braci po klasu, jako wasi wyzwoleńcy od ucisku obszarników i kapitalistów. (…) Rzołnierze Armii Polskiej! Nie proliwacie doremnie krwi za cudze Wam interesy obszarników i kapitalistów. Was przymuszają uciskać białorusinów, ukraińców. Rządzące kołe Polskie sieją narodową rużność między polakami, białorusinami i ukraińcami. Pamiętajcie! Nie może być swobodny naród, uciskające drugie narody. Pracujące białorusini i ukraińcy — Wasi procujące, a nie wrogi. Razem z nimi budujcie szczęśliwe dorobkowe życie. Rzucajcie broń! Przechodźcie na stronę Armii Czerwonej. Wam zabezpieczona swoboda i szczęśliwe życie.
Naczelny Dowódca Białoruskiego frontu
Komandarm Drugiej Rangi Michał Kowalow
Można by się zastanawiać, kto był autorem tłumaczenia i z czego wynikało to językowe niechlujstwo? Może z tego, że Sowieci mieli za nic i Polaków, i ich język, i nie zamierzali zajmować się czymś tak nieistotnym jak gramatyka języka polskiego. Może też było tak, że poprosili o pomoc w przygotowaniu jakiegoś Polaka, czy Polaków, którzy zaoferowali bolszewikom swoje usługi dla wprowadzenia komunistycznego porządku. A to, że ulotka wyglądała jak wyglądała, nie było dziwne, bo jej twórcy należeli zapewne do tej samej grupy, którą opisała Zdzisława Kawecka.
„Na rynku zaczęli się gromadzić ci, którzy musieli opuścić miasteczko przed nadejściem bolszewików, a więc policja, administracja gminna, oficerowie w stanie spoczynku, działacze różnych organizacji i ci wszyscy, którzy wiedzieli, co ich czeka. Z małymi pakunkami, z tym, co mogli zabrać ze sobą, ze łzami w oczach, żegnając dzieci, żony, rodziny, przygotowywali się do odjazdu furmankami. Zanim jednak opuścili miasteczko, wszystkie sklepy z wódką zostały opróżnione, a butelki z alkoholem zniszczone. W rynsztokach miasteczka płynęła wódka, której nikt nie żałował. Przed nadejściem nocy musieli wyruszać. Ostatnie uściski, ucałowania, ostatnie przyciśnięcie do ojcowskich serc synów i córek, gorące, piekące łzy w oczach i w krtani, słowa pociechy, miłości, szloch, płacz dzieci, ostatnie spojrzenie chcące zapamiętać tych najdroższych i wreszcie konie ruszyły powoli w stronę mostu, w dalekie nieznane. Tej nocy także zaczęli się gromadzić na rynku lokalni komuniści, więźniowie, bandyci i złodzieje. Rozpalili duże ogniska, wykorzystując drzewo z płotów. Znalazły się butelki samogonki, zaczęli pić, potem śpiewać, ryczeć jak dzikie zwierzęta. Byli w tej chwili w królestwie bez króla i szybko zorientowali się, że nikt ich od niczego nie powstrzyma. Mieli przecież różne zatargi z sąsiadami, dawne urazy, spory i porachunki. Chcieli spalić całe miasteczko. Włamywali się do sklepów lub domów. Jedli, pili i znów wracali pod nasz znany im dom i ryczeli”.
Wanda Niezgoda-Górska opisała, z jakim zdumieniem wysłuchała przez radio przemówienia komisarza spraw zagranicznych Wiaczesława Mołotowa. „Głosem trochę zachrypniętym przemawiał: Czerwona Armia weszła na te obszary przy całkowitym poparciu ludności ukraińskiej i białoruskiej, witającej nasze wojska jako swych oswobodzicieli od pańskiego ucisku, od ucisku polskich obszarników i kapitalistów. Po tym oficjalnym komunikacie spoglądaliśmy na siebie jak oniemiali. Ani słowa o Polakach. Polacy już na tych ziemiach nie istnieli”.
Teraz już tylko godziny dzieliły do nadejścia „wyzwoleńczej armii”. Zdzisława Kawecka: „Przez okno, w świetle reflektorów ujrzeliśmy Czerwoną Armię w pełnym bojowym rynsztunku, z czapkami. Żołnierze na czołgach, ciężarówkach, na koniach i pieszo jak długi wąż, kolumna za kolumną, posuwali się, patrząc na wszystko podejrzliwie, trzymając karabiny gotowe do strzału. Zajęli główną ulicę i rynek. Kolumna się zatrzymała. Po głośnym zgrzycie i huku motorów nastąpiła śmiertelna cisza. Usłyszałam zgrzyt bramki i stukanie do drzwi, do wszystkich okien, a cały dom trząsł się w posadach. Zostałam przez kogoś popchnięta do kuchni. Po dokonanej rewizji jeden z żołnierzy powiedział po rosyjsku do babuni, że rekwirują na dzisiejszą noc cały dom, a my możemy spać w jednym pokoju. Około 25 żołnierzy weszło, rozłożyli się na podłogach we wszystkich pokojach. Położyli się rzędem, w płaszczach, czapkach na głowie, z karabinem w rękach. Pięciu oficerów, którzy doszli później, spało, siedząc na kanapie. Paru z nich siedziało na krzesłach, bacznie wszystko obserwując. Powtarzało się to noc w noc przez trzy tygodnie. Każdego ranka otwieraliśmy drzwi i okna, żeby przewietrzyć dom ze smrodu dziegciu, którym były pokryte ich buty, potu, błota. Obserwując te obce, brudne twarze ludzi rozmaitych narodowości ze skośnymi oczami, czarnymi włosami rozpłaszczonymi nosami, myślałam, że kiedyś czytałam o takich rasach i ludziach, ale tylko w książkach. Skąd i dlaczego nagle zjawili się oni w moim kraju?”.
To wbrew pozorom wcale nie było naiwne pytanie. Postawione zostało przez obywatela państwa żyjącego w swoim kraju, niepodległym kraju. I nagle przychodzi coś, co zabiera i niszczy wszystko wokół. Pozbawiając państwo niepodległości, burzy też świat pojedynczego człowieka. Zatem pytanie to okazuje się fundamentalne: Dlaczego nagle zjawili się w moim kraju? Odpowiedzi autorka doczekała się przy okazji spotkania z oficerem NKWD. Będąc w jej domu, zapytał, czy mamy jakieś pigułki na przeziębienie. „Mówił po białorusku, więc mogłam go zrozumieć. Poszłam do babuni po aspirynę. Gdy przyniosłam kazał mi przyjąć jedną, mówiąc przedtem:
— Wam, Polakom, nie można wierzyć. Wy byście zatruli nas wszystkich.
— Nie powinniście byli atakować nas w plecy — cicho odpowiedziałam. Na co on rzekł:
— Przyszliśmy was ratować przed bestialstwem Germańców, uwolnić od pańszczyzny. Patrzyłam na niego długo z niedowierzaniem”.
Przypomnijmy: w wyniku tego „ratowania” przed Germaństwem Sowieci we wrześniu zabili nawet do 7 000 polskich żołnierzy. To bardzo duża liczba, zważywszy na to, że wydane po sowieckiej inwazji rozkazy nakazywały za wszelką cenę walki unikać. Jeśli natomiast chodzi o „uwolnienie od pańszczyzny”, to chyba w agitacyjnym ferworze pomylono epoki. Jak zresztą wszystko.
Nie zawsze oficerowie rosyjscy byli tak pewni siebie. Posłuchajmy dalej opowieści Kaweckiej. „Lokalni komuniści szybko zorganizowali Miejski Zarząd pod czujnym okiem politruków, komisarzy paradujących w czarnych, skórzanych płaszczach. Pierwszego dnia miejscowa i okoliczna ludność dostała pozwolenie na grabienie. Całe hordy pijanych kobiet i mężczyzn grabiły majątki i bogate domy, czego nie mogli wziąć, niszczyli. Drogi były zasypane piękną porcelaną, rozrzuconymi wartościowymi obrazami i rzeczami, które nie miały żadnej wartości dla rozjuszonych band grabieżców. W tym czasie w domu, w moim pokoiku, z którego musiałam się wynieść, mieszkało dwóch sowieckich oficerów. Pewnego dnia do naszego domu wpadło paru złodziejaszków. Babunia wzięła szczotkę, w obecności oficerów wyrzuciła ich z domu i zwracając się do patrzących na tę scenę, rzekła:
— Takiej cywilizacji i kultury w Rosji nie było za cara, a czy wam, panowie oficerowie, nie wstyd patrzeć na to wszystko?
Nic na to nie odpowiedzieli”.
Ciekawego z kolei opisu nie tylko oficerów, ale i szeregowych żołnierzy sowieckich dostarczyła Anna Sobota. „Trzeciego dnia od wejścia na teren Polski wojsk sowieckich słychać było dniem i nocą ciągnące gościńcem (szosą) ich czołgi i samochody ciężarowe załadowane żołnierzami. Całe powietrze przesiąknięte było wonią juchtu z tysięcy żołnierskich butów. Czułyśmy to nawet na piętrze w sypialni. Do nas zaczęli wpadać żołnierze lub oficerowie i, jak się potem okazało, ci ostatni na zwiady, co można by w tym domu znaleźć interesującego. Następnego dnia zajeżdżali bryczką i brali za porządkiem kilimy, pościel, poduszki, kołdry, koce i rzeczy osobiste. Nawet nie było się komu poskarżyć. Widziałyśmy to z Janką z okna kuchni i pierwszy raz myślałam o ludziach z nienawiścią. Nie było też dnia, żeby nie przeprowadzali rewizji, przede wszystkim w gabinecie Ojca. Serce nam się któregoś dnia ścisnęło, gdy zobaczyłyśmy, jak na podwórzu jeden z żołnierzy bawi się szablą Ojca, którą kazał sobie przynieść. Szabla ta wisiała w jednym z pokojów i mimo że byłyśmy dziewczynkami, bardzo lubiłyśmy ją oglądać. Żołnierze grasowali bezkarnie po całym domu. Kiedyś jeden z nich w salonie bawił się, potrącając bagnetem długie szklane wisiorki, które w trzech kondygnacjach tworzyły rodzaj klosza przy żyrandolu. W ogóle dziwili się wielu oglądanym przedmiotom. Zaglądali też do kuchni i dużej widnej izby, gdzie spała kucharka i dwie dziewczyny i nie chcieli wierzyć, że tu mieszka służba, jak opowiadała nam to potem jedna z dziewcząt. Nagle usłyszałyśmy skrzypienie schodów prowadzących na piętro do naszego pokoju. Janka zdążyła wskoczyć do łóżka, a mnie sołdat zastał na środku pokoju. Za nim szedł Ojciec. Żołnierz trzymał w ręku karabin z długim szpikulcowatym bagnetem i podchodził do mnie. Spojrzałam najpierw na bagnet o pół metra ode mnie, potem na sołdata, ale jakoś dziwnie nie czułam żadnego lęku. W tym momencie bagnet z brzękiem upadł na podłogę. Żołnierz szybko go podniósł, rozejrzał się po pokoju i wyszedł, a mnie prawie chciało się śmiać z tej groźnej broni”.
Trudno nie rozpatrywać przy takim opisie jakości rosyjskiego żołnierza historii alternatywnej: Co by było gdyby? Jak na przykład wyglądałoby starcie z sowietami, gdyby nie było frontu zachodniego, gdyby jedynym wrogiem byli żołnierze z czerwonym gwiazdami na czapkach? Czy możliwy byłby kolejny „Cud nad Wisłą”? Patrząc na to, jak wyglądał odwrót sowieckiej armii po wkroczeniu Niemców w 1941 roku, nie wydawało się to wcale takie nierealne.
Wanda Niezgoda-Górska pisała, że w ślad za swoimi mężami pojawiły się w Przemyślu żony sowieckich oficerów. „Onieśmielone zaglądały do sklepów rzeźniczych, nie mogąc uwierzyć, że bez kartek i kolejki mogą kupić tyle mięsa, ile tylko zechcą. Ubierały się niekiedy dość dziwacznie. Widywałam jedną z nich ubraną w futrzaną kurtkę i walonki do kolan, po których plątał się brzeg jedwabnej nocnej koszuli. Głowy owijały ciepłymi, wełnianymi szalami. Prości żołnierze w rozmowach z Polakami przekonywali ich, że w przeciwieństwie do uciśnionych krajów kapitalistycznych u nich jest wszystko. Zapewnienia te kontrastowały z postrzępionymi płaszczami, w które byli ubrani, i z karabinami na sznurkach. Ludzie z nich pokpiwali, zadając obnażające fałsz pytania. Powstawało tysiące anegdot na temat przedstawicieli niezwyciężonej Czerwonej Armii”. Jedną z nich opowiedział Margolin. „Dopiero z czasem zrozumiałem, jaką komedię odgrywali ci weseli krasnoarmiejcy, z jakim natchnieniem łgali nam w żywe oczy. Muszę powiedzieć, że Żydzi od razu nabrali pewnych podejrzeń, kiedy usłyszeli, że wsio u nas jest, zaczęli zadawać podchwytliwe pytania: A macie tam Kopenhagę? No pewnie — odpowiadali — Kopenhagi mamy, ile kto chce”.
Aby uświadomić sobie, jaki dobrobyt panował w sowieckiej Rosji, wystarczyła obserwacja zachowania okupacyjnego wojska. Mimo czterokrotnej różnicy w sile nabywczej rubla w stosunku do złotego polskiego obie waluty zostały we wrześniu 1939 roku zrównane przez władze sowieckie w kursie wymiany. Spowodowało to całkowite załamanie rynku i natychmiastowe zniknięcie wszystkich towarów. Zdarzało się tak, że Rosjanie wchodzili do sklepu, często nie wiedząc, z czym on jest, i kupowali wszystko jak leci. W efekcie sprzedawcy zostawali z bezwartościową walutą. Nie można było już za nią nic kupić, bo sowiecki porządek sukcesywnie rozprawił się z handlowcami i ich sieciami zaopatrzenia.
To nie było wszystko, na co stać było nowych „panów”. Ich zachowanie zdawało się nie mieć granic i co raz budziło nieukrywane zdumienie. Maria Byrska, z domu Wilczewska:
„Już po aresztowaniu męża (zginął w Kozielsku) w październiku 1939 roku otrzymałam urzędowe pismo w języku rosyjskim, nakazujące natychmiastowe opuszczenie naszego domu, bowiem zamieszkają w nim persony wyznaczone przez sowieckie władze. Mogę zabrać tyle rzeczy, ile zmieści się na dwóch konnych furmankach. Jak można na dwóch furmankach zmieścić wszystko, co znajdowało się w dużym, zagospodarowanym domu? Nie miałam nawet czasu zastanowić się, co brać, a co zostawić. Wszystko, co w pośpiechu spakowałam, załadowałam na fury. W ten oto prosty sposób urzędnicy sowieccy dochodzili do zasobnych, zagospodarowanych mieszkań. A ja tymczasem mieszkałam w miasteczku. Nie miałam z czego żyć, więc po kolei sprzedawałam zabrane z domu rzeczy. W zamian otrzymywałam mąkę, kaszę, tłuszcz i wędliny. W Polsce kwitł wówczas handel wymienny. Ludzie dzielili się na tych, którzy mieli pieniądze i żywność, więc kupowali meble, dywany itp., oraz tych, którzy aby przeżyć, wyzbywali się domowych luksusów. W tamtym czasie jedynym moim obowiązkiem i rozrywką był Jerzyk. Na początku, przez krótki okres czasu, także pies. Przyszedł jednak dzień, w którym do naszych drzwi zapukał milicjant. Zasalutował, był uprzejmy. Wasz pies, grażdanko, został zarekwirowany — powiedział gładko. Oburzyłam się i zaczęłam protestować. Milicjant zapomniał o uprzejmości i przeszedł do pogróżek. Pies nasz, zwany Pertembek, miał olbrzymie łapy i wielki łeb. Przypominał łudząco bernardyna, chociaż tak naprawdę był zwykłym kundlem. Milicjant przyniósł ze sobą gruby łańcuch. Pertembek wsadził łeb w obrożę i niechętnie, oglądając się, powlókł się za nim. Któregoś dnia w końcu zimy spadł deszcz i zmył z chodników resztki śniegu. Można było pojechać z dzieckiem na spacer. Wyciągnęłam z kąta wózek, wyścieliłam poduszką i posadziłam w nim Jerzyka. Ładnie wyglądał mój malec w koronkach i pod różowym kocykiem. Pokrzykiwał wesoło, gdy jechaliśmy do domu rodziców. Na zakręcie przyhamowałam trochę i przeczekałam. Koło mnie przeszła młoda Rosjanka z niemowlęciem na ręku. W drugiej ręce dźwigała koszyk. Minąwszy mnie, stanęła i długo spoglądała w moim kierunku. Co znowu to babsko widzi w nas ciekawego? Wiedziałam, że nie jest stąd. Pewnie żona jednego z tych, którzy zasiedlili nasz kraj w charakterze władzy. Następnego dnia wiedziałam już, że mam oddać wózek Jerzyka. Został zarekwirowany z jakichś ważnych państwowych powodów. Znowu w moim mieszkaniu ujrzałam sowieckiego milicjanta. Przyszedł dziś inny. Był bardzo urzędowy. Pokazał mi pisemny nakaz rekwizycji wózka, opatrzony datą, pieczęcią i czyimś podpisem. Wkrótce ulicą maszerował milicjant, popychając przed sobą dziecinny wózek. Wewnątrz kocyk, poduszka, wszystko jak należy. Nie skończyło się. Wiosną przypomnieli sobie, że jeździłam konno. Któregoś dnia wybrali się do mnie z rewizją. Siodła nie znaleźli. Siodło to nie szpilka. Gdyby tu było, znaleźlibyśmy je. — powiedział jeden z milicjantów i poszli. Tymczasem siodło było w moim pokoju. Stała na nim skrzynka, na skrzynce leżał dywanik, a na dywaniku siedział Jerzyk”.
Wraz z nową władzą zmienił się system szkolnictwa. O tym, jak wygląda ona w Rosji Radzieckiej, usłyszał Wiktor Kozłowski. Opowieścią uraczył go jeden ze znanych mu radzieckich oficerów. „Major opowiadał cuda o pięknych szkołach radzieckich zbudowanych ze szkła, betonu i stali. Dziesięciolatki są u nich nie tylko w miastach, ale i we wszystkich kołchozach. W Związku Radzieckim obywatele mają średnie wykształcenie, a przeważająca większość to ludzie z wyższym, i to technicznym. U nas bolszaja tiechnika — powiedział — dlatego potrzebujemy mnogo inżynierów, bo nasz kraj bogaty i potężny, ciągle go rozbudowujemy — mówił z dumą. Zapewniał nas, że teraz w całej zachodniej Białorusi ludzie będą szczęśliwi jak w wielkim Kraju Rad”.
O tym, jak wygląda kadra nauczycielska w Rosji, Kozłowski miał się wkrótce przekonać. „Przyjechał nowy dyrektor. Był to młody człowiek spod Smoleńska, miał ukończoną dziesięciolatkę i miesięczny kurs przygotowawczy na dyrektora szkoły średniej na zachodniej Białorusi. Miejscowi nauczyciele przyjęli go z mieszanymi uczuciami. Dziwne wydawało się wszystkim, że nowy dyrektor nie miał ze sobą nawet walizki, a rzeczy jego mieściły się w małym woreczku przewiązanym sznurkiem. Nie miał też płaszcza, czapki lub kapelusza. Rękawy marynarki były tak długie, że wystawały z nich tylko końce palców. Zwrócił się od razu do mnie, abym mu dopomógł rozeznać się w sytuacji. Powołał się przy tym na naczelnika NKWD — który polecił, abyśmy obaj zajęli się organizacją szkoły. Zająłem się dyrektorem i po koleżeńsku poradziłem mu, aby swój wygląd doprowadził do takiego stanu, jak inni ludzie w naszych stronach. U krawca zostały skrócone rękawy marynarki i odprasowano. spodnie do kantu. Pomogłem mu kupić materiał na porządne ubranie, odstąpiłem mu jeden ze swoich kapeluszy, dzięki czemu wygląd dyrektora zmienił się nie do poznania. Z dumą spacerował teraz po miasteczku”.
Niestety wkrótce Wiktor Kozłowski znalazł się w poważnych kłopotach. „Pewnego dnia po południu zwołano wszystkich mieszkańców okręgu wyborczego do największej sali szkolnej celem wybrania kandydatów na walne zgromadzenie delegatów zachodniej Białorusi. Na zebranie przybyli urzędnicy sielsowietu z przewodniczącym Janem Gudzińskim. Pojawił się Gienadij Zenczenko w szarym szynelu, jako pełnomocnik rejonu, odpowiedzialny za prawidłowe urzędowanie w sielsowiecie. Referat wygłosił towarzysz Zenczenko po białorusku. Wychwalał dobrodziejstwa władzy radzieckiej i mówił o korzyściach, jakie uzyskała ludność zachodniej Białorusi wyzwolonej z ucisku kapitalistów i obszarników.
— Teraz możecie oddychać swobodnie, wolną piersią, władza radziecka opiekuje się wami troskliwie i możecie żyć szczęśliwie. Dziękujcie za to naszemu wielkiemu Stalinowi — zakończył.
Jan Gudziński, były legionista i weteran wojny polsko-bolszewickiej, również wychwalał Związek Radziecki (byli też i tacy), który przyszedł nam z pomocą i przepędził raz na zawsze podłych wyzyskiwaczy. Wzywał do jednogłośnego zatwierdzenia kandydatów, którzy formalnie przyłączą nasze ziemie do Białorusi. Po jego przemówieniu nikt nie chciał zabrać głosu, chociaż do tego usilnie zachęcano. W wielkiej sali nabitej po brzegi panowała cisza. Zabrał glos przewodniczący sielsowietu:
— Wobec tego, że wszystko jest jasne, odczytam teraz listę kandydatów, których zatwierdzicie przez podniesienie rąk. Proszę, wszyscy podnoście ręce, że jednogłośnie się zgadzacie! — wołał.
Nikt jednak ręki nie podniósł. Członkowie prezydium zaczęli nerwowo kręcić się i spoglądać po sobie, a na sali powstało podniecenie. Podniósł się towarzysz Zenczenko i zapytał:
— Co to ma znaczyć? Radzę wam przegłosować podanych przez towarzysza Gudzińskiego kandydatów!
Znowu dłuższy czas była cisza, a po chwili z końca sali zabrała głos Ewa Brodaczowa, znana w całej okolicy z ciętego języka. Podniesionym głosem zaczęła wołać:
— Chcecie wiedzieć, czemu nie głosujemy? Przecież to nie nasi kandydaci, myśmy ich nie wystawiali i na nich sami głosujcie z towarzyszem Gudzińskim na czele — i dodała — ci wasi kandydaci to sama hołota, a my chcemy porządnych ludzi.
Na sali powstało zamieszanie i odezwały się głosy:
— Tak, tak, Ewka ma rację, chcemy wystawić swoich kandydatów.
Członkowie sielsowietu, a szczególnie Gudziński, byli wystraszeni Zabrał głos znowu Żenczenko i łamanym językiem zaczął straszyć ludzi, że występują przeciw władzy radzieckiej, że jest tu dużo buntowników.
— Przestrzegam was po raz ostatni, tego nie będziemy tolerować! — krzyczał ze złością, ale i zebrani nie uspokoili się i dalej krzyczeli. Kiedy gwizdy i niezadowolenie wzmagało się, ja również zostałem wytrącony z równowagi. Nie mogłem patrzeć, jak przedstawiciele władzy kpią w żywe oczy z ludzi spędzonych do tej sali. Dałem się ponieść ogólnemu podnieceniu i nierozważnie zabrałem głos.
— Postępowanie towarzyszy Zenczenki i Gudzińskiego jest sprzeczne z konstytucją radziecką. W konstytucji wyraźnie jest napisane, że lud sprawuje władzę. Kandydaci na różne stanowiska są wystawiani przez robotników i chłopów i na nich głosują. Dlatego ludzie tutaj zebrani mają rację, oni nie występują przeciw władzy radzieckiej, a upominają się tylko o swoje prawa, zaś towarzysze Zenczenko i Gudziński postępują samowolnie i za to na pewno będą ukarani przez władze rejonowe w Brańsku.
Otrzymałem oklaski i zdecydowane poparcie. Zażądano wpisać na listę kandydatów tych, których teraz wysunie zebranie. Wobec groźnej postawy ludzi Żenczenko wyraził zgodę. Wysunięto pięciu kandydatów, których następnie jednogłośnie zatwierdzono. W poczuciu dokonanej sprawiedliwości i zwycięstwa ludzie rozeszli się do domów”.
Gdy po powrocie do domu Wiktor opowiedział o wszystkim żonie Stachnie, ta wystraszona stwierdziła, że większego głupstwa nie mógł uczynić. Oczywiście miała rację, o czym mieli się wkrótce przekonać. Wiele się jeszcze musiał nauczyć o najlepszej na świecie radzieckiej „demokracji”. Tisze jediesz, dalsze budiesz (Ciszej jedziesz, to dalej będziesz ) mówiło stare rosyjskie przysłowie, stale jednak aktualne. Gdyby siedział cicho, może miałby cień szansy, teraz jednak jego los był przesądzony. Nie dla takich jak on była „swoboda i szczęśliwe życie”.
Podsumowaniem tego, co się stało, było zdarzenie opisane przez Zdzisławę Kawecką. „Kiedyś, idąc przez rynek, zauważyłam pana Samuela (tego, od którego dostawała cukierki). Szedł zgarbiony do synagogi, mrucząc coś do siebie. Podbiegłam do niego, biorąc go pod rękę. Podniósł zmęczone oczy i spojrzał na mnie mówiąc: Aj, waj, aj waj, drogie dziecko, co się dzieje na tym świecie? Co się stało z twoim światem i moim? Ja stary prędko odejdę, ale ty dopiero zaczęłaś swoje życie i już jesteś w piekle. Mruczał coś jeszcze, czego nie mogłam dosłyszeć, więc pożegnałam go i poszłam w swoją stronę”.
Wkrótce okazało się jednak, że piekło dziewczynki to był zaledwie jego przedsionek. Stary Samuel natomiast jak wieszczył, prędko odszedł. 22 czerwca 1941 roku, w dniu wejścia hitlerowców.
Czuj! Stary pies szczeka
Mimo że sowiecka okupacja trwała jedynie 21 miesięcy (do 22 czerwca 1941 roku), zapisała się wyjątkowo ponuro w kartach historii narodu polskiego. Masowo dokonywano grabieży majątku narodowego i dóbr prywatnych. W głąb Rosji wywożono sprzęt produkcyjny i dokumentację z zakładów przemysłowych. Dotyczyło to także sprzętu rolniczego, środków komunikacji kolejowej, samochodów ciężarowych i prywatnych. Obrabowano polskie muzea, biblioteki oraz archiwa i prywatne zbiory dzieł sztuki. Przestały istnieć instytucje dobroczynne, kulturalne i naukowe. Zablokowanie wszystkich kont bankowych i kas oszczędnościowych spowodowało gwałtowny spadek stopy życiowej. Z dnia na dzień załamały się produkcja i handel. Brakowało podstawowych artykułów żywnościowych. Pojawiły się ogromne kłopoty ze zdobyciem opału na zimę. Ogromne kolejki stały się powszechnym elementem socjalistycznej rzeczywistości. Liczne aresztowania mężczyzn, często jedynych żywicieli rodzin, stawiał je w tragicznej sytuacji materialnej. Wiele osób traciło pracę, ponieważ na ich miejsce przybywała ludność napływowa z głębi Związku Radzieckiego. Była ona dużo pewniejsza zarówno ideologicznie, jak i politycznie, natomiast miejscowe grupy inteligenckie stanowiły dla nowej władzy mniej lub bardziej realne zagrożenie, czego skutkiem było ograniczanie możliwości podejmowania przez nie pracy.
W styczniu 1940 roku ceny na produkty, które można było dostać tylko na czarnym rynku, osiągnęły kolosalny pułap. Przy przeciętnych zarobkach 150—200 rubli, kilogram masła dochodził do 50 rubli, mięsa do 100 rubli. Wszystko było nieosiągalne. Ceny zmuszały wiele rodzin do wyprzedawania całego zgromadzonego przez lata majątku. Gospodarstwa rolników indywidualnych obłożone były ogromnymi podatkami, które odbierały prawie cały wypracowany dochód.
Na terenie Zachodniej Białorusi (tak nazywano byłe tereny Polski) powołano tymczasowe zarządy. ZSRR starał się sprawiać wrażenie legalności i demokracji. 22 października rozpoczęły się wybory do Zgromadzenia Ludowego Zachodniej Białorusi. Jak pisano, wszyscy głosujący byli pełni entuzjazmu. W wyborach wzięło udział 96,7% (sic!) uprawnionych do głosowania. Wybrano 927 delegatów, którzy dnia 30 października przyjęli deklarację o włączeniu Zachodniej Białorusi do ZSRR. 2 listopada Rada Najwyższa ZSRR prośbę tę przyjęła. Po formalnym włączeniu zajętych ziem do ZSRR, władze sowieckie przystąpiły do wprowadzania nowego podziału administracyjnego. Burzono pomniki i zmieniano nazwy ulic. Przestawiono na radziecki system szkolnictwa. Nauczaniem mieli się zajmować sprowadzani z głębi kraju nauczyciele. Wprowadzono język rosyjski i białoruski (polski zachowano), usunięto natomiast historię Polski. Regina: „No i zaczęła się nasza edukacja w bolszewickiej szkole. Szybko przekształcili i zaczęli wprowadzać swoje porządki. Do szkoły przyjechały dwie rosyjskie nauczycielki. Zaczęliśmy rozmawiać wyłącznie po rosyjsku. Nauczycielki były młode, po skończonej dziesięciolatce, która równała się naszej maturze. Pamiętam je dobrze. Były dosyć ładne, ale źle ubrane. Miały mało rzeczy do noszenia jak na młode kobiety. Dopiero w Polsce zaczęły się lepiej ubierać, kupując różne fatałaszki w sklepikach żydowskich, które zaczęły znów odżywać”.
Z nastaniem nowej władzy obchodzić zaczęto nowe święta. Zenon Puchalski: „Ściągnięto przymusowo miejscowych rolników, ludzi, aby uczestniczyli w obchodach Rewolucji Październikowej. Na trybunie zajęli miejsca Rosjanie i niektórzy mieszkańcy okolicznych wsi. Głównym organizatorem w naszym regionie był predsiedatiel — mieszkaniec wsi Kamionka — Wiktor Kurylowic. Ów pan, w trakcie przemówienia z trybuny, wyjął z kieszeni przygotowaną wcześniej bułeczkę, wzniósł ją do góry, dziękując gorliwie władzy rosyjskiej za wyzwolenie od ucisku i głodu i za to, że przyniosła sprawiedliwość, wolność i dobrobyt, podkreślając jednocześnie, że takiej bułeczki nie mógł zjeść przez 20 lat, a teraz, dzięki Armii Radzieckiej. może to zrobić. Rządy tego pana skończyły się z chwilą ucieczki Armii Czerwonej. Opuścił on Polskę razem z nią i uciekł do ZSRR. Tam, zaraz po przybyciu, otrzymał zapłatę w postaci 10 lat więzienia (łagrów). Jego siostrę i braci prawdopodobnie rozstrzelali Niemcy”.
Regina: „Przyszedł dzień 7 listopada. Było to dla nas wielkie i bolesne przeżycie. Jest to rocznica Wielkiej Rewolucji Październikowej. Wszyscy w tym dniu musieli być w szkole. Bolszewicy urządzili pochód, w którym wzięła udział nasza szkoła, oraz wszyscy urzędnicy z gminy i Żydzi. Pochód wyruszył z placyku w kierunku naszej szkoły. Jako pierwsi szli uczniowie, za nimi nauczycielki. Jedna z uczennic, Żydówka Sara, drzewce sztandaru oparła na ramieniu, a czerwień płótna falowała na wietrze aż do ziemi. Szła dostojnie, z godnością prezentując władzę sowiecką. Dwie rosyjskie nauczycielki szły po bokach sztandaru. Włożyły na nogi czarne lakierki na bardzo wysokich obcasach. Włożyły je pierwszy raz w życiu, więc wykręcały sobie kostki, potykając się na kocich łbach. Każdy z nas szlochał i rękoma ocierał łzy. Nasze polskie nauczycielki szły obok nas, niosąc skamieniałe z bólu twarze. Rosyjskie nauczycielki zgorszone naszym zachowaniem patrzyły na nas z boku i pytały, dlaczego tak się zachowujemy. A my pamiętaliśmy nasze święto 11 listopada, które obchodziła Polska z okazji odzyskania niepodległości. Wreszcie płaczący pochód zakończył się w szkole. Były tam przemówienia i uroczyste odśpiewanie hymnu Kraju Rad”.
Jedną z najważniejszych instytucji nowego systemu była powiatowa organizacja NKWD i wyodrębniona jako oddzielny resort służba bezpieczeństwa — NKGB (Ludowy Komisariat Bezpieczeństwa Państwowego). Nowe służby ostro zabrały się do pracy. Strach przed narastającym terrorem był powszechny. Na porządku dziennym były aresztowania. Nie miały one żadnych podstaw, żadnego uzasadnienia. Wystarczyło bycie szanowanym, zasłużonym obywatelem, wyższym urzędnikiem, oficerem, czy też weteranem wojny 1920 roku. Była to sytuacja zupełnie bez precedensu, bo nawet faszystowskie Niemcy się tak daleko nie posuwały. Wprowadzenie podobnych praktyk w podbitych państwach byłoby nie do pomyślenia. Jeśli kogoś aresztowano, to za czyny, których dokonał, a nie za potencjalny opór czy krytyczne nastawienie.
W nowych warunkach aparat przemocy nie mógłby funkcjonować bez pomocy z wewnątrz. Bez niej aparat NKWD nie byłby w stanie szybko rozeznać sytuacji i wytypować ludzi do aresztowania oraz późniejszych wywózek. Przypisywaniem etykietek „wrogów ludu” zajmowały się często osoby wyłącznie z pobudek osobistych. „Doradcami” były tu: niechęć, zawiść, wyrównanie rachunków czy też chęć wzbogacenia się. Mama całe życie opowiadała o Żydówce ze Sztabina, która w zamian za nieumieszczenie na liście domagała się dla siebie profitów. Z początku została przez Zagórskich zignorowana, a później i tak byłoby już po czasie.
Maria Niwińska: „Ludność polska w większości przyjęła wkroczenie wojsk ZSRR, mimo perfidnych, oszukańczych deklaracji, jako akt agresji i zdrady. Byli jednak tacy, którzy cieszyli się z tego faktu i żywili nadzieję na polepszenie swej sytuacji. Skrajni socjaliści, komuniści, a także znaczna część ludności żydowskiej triumfowała, a swą radość manifestowała poprzez wywieszanie czerwonych flag”. Zdzisława Kawecka. „Stałam w ogródku frontowym, patrzyłam na puste klomby, na których jeszcze tak niedawno rosły kwiaty, śliczne astry i gladiole. Zostały one wyrwane z korzeniami przez ludzi, którzy wdarli się do naszego ogródka, a potem rzucali je na sowieckie czołgi i ciężarówki! Nie wierzyłam własnym oczom, co się stało z ludźmi. A potem widziałam innych, którzy z czerwonymi opaskami na rękawach uzurpowali sobie władzę w miasteczku, przynosząc codziennie nowe rozkazy Sowietu, który ulokował się na posterunku”. Sytuacja przypominała rewolucję październikową. Po zlikwidowaniu władzy jej miejsce zajęły persony, które kiedyś nie mogły być na posterunku, albo co najwyżej jako osadzone. Wanda: „Potem nastała okupacja. Przejęto dokumenty w gminach i bardzo szybko ustanowiono nowe władze, do których wzięto też Polaków. Byli to alkoholicy, ludzie nie dbający o gospodarstwo i dlatego biedni. Przykro to wspominać, ale takim człowiekiem był najbliższy sąsiad Anton S. W tej rodzinie od początku jej istnienia po dzień dzisiejszy jest przemoc i alkohol. Zresztą z tych „dobrych” wzorców korzystała potem komunistyczna powojenna władza, dając stanowiska degeneratom (przykład: sekretarzem partii został dalszy sąsiad Dobrowolski, który zapił się w końcu na śmierć). Sowieci szybko zaczęli wyłapywać inteligencję, nauczycieli i innych wykształconych ludzi. Usuwali ich poprzez rozstrzelanie, zwłaszcza młodszych mężczyzn, a potem zaczęli wywozić całe rodziny za Ural. W Augustowie utworzono jakiś fikcyjny sąd, którego zadaniem było wydawanie wyroków śmierci. Kiedy w czerwcu 1941 roku wybuchła wojna niemiecko-sowiecka, w więzieniu w Augustowie byli ludzie czekający na wyrok. Był tam też młody człowiek, który ocalał, bo sowieci nie zdążyli go rozstrzelać. Chłopak, zanim uciekł, zabrał z biurka dokumenty i były to wyroki śmierci podpisane między innymi przez naszego sąsiada Antoniego S. Ludzie dowiedzieli się o tym i chcieli go zlinczować. Uratował go dziadek Feliks. (O tym, jak doszło do tego, że nie wywieziono go wraz z rodziną, wrócimy w następnym rozdziale). Przemówił ludziom do rozsądku. Jako argumentu użył, że Antonii S. ma gromadę małych dzieci i nie będzie komu ich wychować”.
Od samego początku prowadzenia akcji aresztowań Feliks Zagórski wiedział, że będzie na celowniku. Był piłsudczykiem, który kiedyś pogonił czerwonych. Rachela: „Otrzymał za to kawałek ziemi, piękny kolorowy dyplom podpisany przez Marszałka i został odznaczony Medalem Niepodległości. Tych pamiątek ciężko zapracowanych ojciec bardzo strzegł. Dyplom schował w litrową butelkę i zakopał w ziemi w 1939 roku”. Był w gminie radnym i posiadał pozwolenie na broń. Był prawdziwym polskim patriotą. Wanda: „W domu Zagórskich był zwyczaj czytania książek na głos, tak aby reszta domowników mogła z tego korzystać. Potem kontynuował to Jan i dzięki temu bardzo wcześnie poznałam wszystkie klasyczne powieści Sienkiewicza, Kraszewskiego itd. Gabryela skończyła zaledwie dwie klasy szkoły podstawowej, a właściwie dwie zimy chodziła do szkoły, bo jak robiło się cieplej, musiała pracować w polu. Umiała czytać i kiedy już wróciła z Syberii, codziennie czytała wszystko, co wpadło jej w ręce, a najchętniej powieści. Ulubioną jej książką był gruby przedwojenny podręcznik historii Polski, wydrukowany na kredowym papierze, z pięknymi zdjęciami sarkofagów królewskich na Wawelu. Był tam poczet królów polskich namalowany przez Matejkę. Wszystko, co przeczytała, opowiadała nam, dzieciom. Te opowieści o królach, o dawnej potędze Polski były fascynujące, niechcący zapadały w pamięć. Dla Gabryeli były odskocznią od ciężkiego życia, a dla nas nauką historii. To dzięki opowieściom Babci potrafię wymienić wszystkich polskich królów. W tym miejscu chciałabym podkreślić ogromny patriotyzm żyjących wtedy ludzi. Dla nich było ważne, że mieli swoje polskie symbole, godło i flagę, swój rząd i państwo”.
Tak więc jedynym sposobem Feliksa na ocalenie życia było ukrywanie się. Przez zieloną granicę uciekł do Prus. Tam schronił się u swojej dalszej rodziny. Kilka razy pod osłoną nocy odwiedzał Janówek, ale musiał wtedy bardzo uważać. To był dla Gabryeli bardzo trudny okres, z małymi dziećmi została na gospodarce sama.
Ci wszyscy, którzy kultywowali polskość i żyli otoczeni jej symbolami, byli dla sowietów największym zagrożeniem. Oni nigdy nie pogodziliby się z nową sytuacją. I dlatego musieli fizycznie zniknąć, tak jak stało się to z Janem Adamczykiem (zamordowany w ramach zbrodni katyńskiej). Jego syn Wiesław na zawsze zapamiętał lekcje patriotyzmu. „Najciekawszym pokojem był w domu gabinet ojca. Jego ściany pokryte od podłogi do sufitu dębową boazerią stwarzały mroczną i tajemniczą atmosferę. W powietrzu unosił się zapach cygar. Stary parkiet i dywanik były wyraźnie przetarte pod wielkim dębowym biurkiem o blacie wyłożonym zieloną skórą, ozdobioną wytłoczonym złotym szlaczkiem. Z jednej strony biurka piętrzyła się sterta map i wykresów, a z drugiej — stosy papierów, które zdawały się nigdy nie maleć. Brązowa podkładka o skórzanych rogach, poplamiona atramentem, zakrywała tę część blatu, przy której ojciec pracował. Nad biurkiem znajdował się duży portret pierwszego marszałka Polski, Józefa Piłsudskiego, pod którego dowództwem ojciec służył podczas obrony Polski w wojnie 1920 roku. Z obu jego stron wisiały portrety dwóch słynnych polskich generałów, którzy wsławili się w walce o niepodległość Ameryki, Kazimierza Pułaskiego i Tadeusza Kościuszki, a obok obrazy przedstawiające ich bitwy oraz — nieco dalej — portrety największych polskich królów. Naprzeciw biurka znajdował się okazały kamienny kominek ze stosami drewna ułożonego po obu stronach. Nad nim dumnie prezentowały się ojca strzelby, pistolety oraz lśniąca oficerska szabla, a jeszcze wyżej, w szklanej gablotce, jego czapka, dystynkcje i odznaczenia. Pozostałe wolne miejsca wypełniały barwne przedstawienia historycznych bitew. Ojciec opowiadał mi niekiedy o dzikich hordach Mongołów, które dawno temu nieustraszenie prowadzone przez Dżyngis-chana sunęły od wschodu i podbijając rozległe terytoria, tworzyły imperium większe niż imperia Rzymian, Greków czy nawet Persów. Słuchałem też o tym, jak wiele lat później wywodzący się od Mongołów Tatarzy atakowali Europę od wschodu, zapuszczając się tak daleko na zachód, że kiedyś nawet dotarli do Krakowa. Napadali na wsie, w których mężczyzn mordowali bezlitośnie, a kobiety i dzieci brali w jasyr i ze zrabowanym łupem powracali do Azji. Słuchając tych opowieści, nie mogłem opędzić się od myśli, czy najeźdźcy ze wschodu aby znowu na nas nie najadą. Ale ojciec zawsze zapewniał mnie, że nie ma się czego bać”. Jednak się mylił, co do tych najeźdźców ze wschodu.
Wielu od razu wiedziało, z czym mamy do czynienia. Byli jednak też tacy, którzy mieli nadzieję, że zmiany będą pozytywne. Taką historię opowiedziała Aurelia Raszkiewicz. „1 września rozpoczęła się wojna: naloty, uczucie zagrożenia, strach. Tatuś i dziadek bardzo to przeżywali. Pamiętam ich burzliwe dyskusje. Dziadek był robotnikiem, więc inne miał poglądy niż tatuś, który był urzędnikiem, z zawodu inżynierem. Dziadek wiele już zdążył przeżyć. Brał udział w wojnie japońskiej, służył w carskim wojsku. Był w Ameryce, szukał tam pracy i chleba, znał biedę i nędzę, bo był sierotą od dziecka. Tęsknił za Polską i wrócił do ojczyzny kilka lat przed wojną. Był człowiekiem bardzo spokojnym, pracowitym, ale biednym. Kochał rodzinę, dzieci i przyrodę. Nie należał do żadnych organizacji. Marzył o sprawiedliwości społecznej, o dobrej pracy i o prawdziwej demokracji, która by zapewniła wszystkim ludziom pracę, chleb i spokój na całym świecie. Myślał więc, że przyjaciele ze Wschodu, o których tyle w świecie słyszał, zmienią i uszczęśliwią swoim ustrojem wszystkie biedne narody świata, także Polskę. Tatuś był innego zdania i przekonywał dziadka, że się myli, że różnie to jeszcze może być. Najbliższy czas miał pokazać właściwe oblicze Sowietów. Tatuś miał rację. Stało się to najgorsze. 17 września 1939 roku przyszli przyjaciele ze Wschodu i zajęli nasze miasto. Piękny sen mojego dziadka o prawdziwej demokracji zamienił się w piekło. Tego nikt nie przewidział: ani tatuś, ani dziadek. Kościoły i cerkwie zamieniono w spichrze i zaczęły się dziać rzeczy jeszcze okropniejsze. Wymierzanie kar dla wszystkich: bogaczy ziemskich, sołtysów, gajowych, leśniczych i tych wszystkich, do kogo ktoś czuł jakiś żal lub nienawiść. Czy to miał być już koniec świata? Chłopi rozprawiali się sami z wieloma Polakami, nie było sądu, ludzie ginęli w bestialski sposób. Był to okres bezprawia, nikt za to nie był karany. Zaniepokojeni ludzie uciekali przez zieloną granicę do innych państw. Pamiętam, jak przychodzili do nas się żegnać i namawiali tatusia do ucieczki. Mój tatuś nie bał się nikogo, mówił, że nic złego nikomu nie zrobił. Nie uciekł, pracował, dbał o dom i rodzinę. Niedługo jednak cieszył się wolnością. Nie pamiętam, jaki to był dzień, pamiętam tylko, że wrócił z pracy do domu i usiadł do obiadu. Dom nasz miał dwa wejścia: od kuchni i od werandy. Byłam na dworze, kiedy zajechał czarny samochód i do domu weszło kilku enkawudzistów w cywilu. Podstępnie, tylnym wejściem, uprowadzili tatusia, prosząc mamę o przyniesienie im wody do picia. Kiedy mama przyniosła wodę, tatusia przy stole już nie było. Stałam z mamą przed naszym domem, widziałam w samochodzie tatusia, jak patrzył w naszym kierunku i nie zapomnę tego nigdy. Już nigdy więcej nie zobaczyłam swojego ojca. Ślad po nim zaginął, żadnego listu ani wiadomości nikt nam nie przekazał. Bardzo kochałam oboje rodziców, ale ojca więcej, nie wiem dlaczego. Pamiętam go dobrze. Był wysokim, przystojnym brunetem, szczupłej budowy. Miał wysokie czoło, czarne, łagodne oczy w ciemnej oprawie i ciemne włosy, zawsze ładnie uczesane. Zawsze przy goleniu śpiewał, miał piękny głos — tenor. Śpiewali razem z mamą (bo mama miała piękny sopran) w chórze kościelnym, a kiedy były uroczystości rodzinne, a w święta przychodzili goście, dom nasz rozbrzmiewał śpiewem solowym i chóralnym. Od dziecka lubiłam śpiewanie i śpiewających. Siadałam w kąciku na swoim dziecinnym krzesełku i słuchałam z zachwytem ich śpiewu. A jakie ciekawe bajki opowiadał nam ojciec. Ojciec ubierał się zawsze bardzo dokładnie i akuratnie. Często wyjeżdżał, wtedy czekałam z niecierpliwością na jego powrót. A kiedy wracał późnym wieczorem, pukał bardzo delikatnie do okna, żeby nie obudzić dzieci. Nie spałam, znałam jego delikatne stukanie i wtedy biegłam go przywitać. Co on złego im zrobił i jego żona — mówił do mnie dziadek. — Jacy to przyjaciele, którzy co innego mówią, a co innego robią. Dziadkowi nie mieścił się w głowie fakt, że człowiek niewinny może być pozbawiony wolności. Ktoś usłużny doniósł do NKWD o narzekaniach dziadka. Pewnego dnia przyjechali do nas, do baraku, enkawudziści, zrobili rewizję, niby szukali broni, a przy okazji zabrali biżuterię. Były to nasze dwa złote medaliki, dwa krzyżyki z łańcuszkami, od chrztu świętego, darowane przez rodziców chrzestnych oraz dwie obrączki rodziców, dwie dziadków i kilka pierścionków. Zabrali go: Dawaj, paszli i pchnąwszy go do drzwi, wyszli za nim. Babcia zemdlała, oblewałam bladą i zimną jej twarz wodą, a kiedy odzyskała przytomność, dziadka już nie było. Długo opłakiwaliśmy dziadka, ale wszelki ślad po nim zaginął”. Tak skończył się jego sen o „przyjaciołach ze Wschodu”.
Wiele o „przyjaciołach ze Wschodu” mówiła również historia Przemysława Bystrzyckiego. Jego ojciec Tadeusz był właścicielem znanej w Przemyślu księgarni. Po zajęciu miasta przez Niemców czasami odwiedzali ją oficerowie Wehrmachtu. Interesowały ich zwłaszcza sztabowe mapy, ale oglądali też na przykład podręczniki szkolne. Chwalili robotę edytorską, podziwiali jakość papieru i ilustracje. Podczas jednej z takich wizyt zakomunikowali, że wojska rosyjskie dojdą do Sanu, a wtedy zachodnia część miasta miała im przypaść. Przemysław Bystrzycki: „Nie pamiętam już dziś, jakimi drogami jakiś major czy pułkownik, Austriak, dowiedział się, że moja matka jest z domu Stankiewiczówna, herbu Trzy Mogiły. Drobna to szlachta ci Stankiewicze, polskie osadnictwo na Litwie z XIV—XV wieku, z okresowym gniazdem Pikwiliszki na Żmudzi; drobna, ale rycerska, o czym mówią labry nad tarczą herbową; jednego są pochodzenia, używając języka herbarzy, m.in. z Billewiczami. Po roku 1864 wielu Stankiewiczów, zagrożonych wskutek udziału w powstaniu styczniowym, wyjechało z rosyjskiego zaboru do Austrii. Niektórzy ulegli zaustriaczeniu. I taki austriacki Stankewitz pojawił się w książnicy, przedstawił mojej matce, wywiódł swój rodowód, porozmawiali. Zapowiedział ponowną wizytę. Za drugim razem wystąpił z propozycją przewiezienia całej naszej rodziny z domowymi przyległościami na drugą stronę Sanu. Do Niemców. Obiecał wojskowy samochód, żołnierzy do pomocy. Matka posłała po ojca.
— Jesteśmy Europejczykami — przekonywał być może wojskowy. — Wierzymy w jednego Boga, Nikt nie wie, co przyniesie ze sobą Azja. Czerwoni będą tu za kilka dni. Pojutrze zajmą Lwów.
Ojciec, być może, odparł, że służył w austriackim wojsku, był oficerem; studiował w Wiedniu; może też dodał, że propozycję rozmówcy wypływającą z dobrych intencji w pełni docenia i za nią dziękuje; związki rodowe to rzecz warta pielęgnacji. Tak mógł mówić, nie musiał. Za to na pewno powiedział:
— Jako Polak wolę już zostać ze Słowianami”.
Tadeusz Bystrzycki przypuszczał, że na podjęciu decyzji pozostania zaważyć mogły dwie kwestie. Pierwszą była masowa zbrodnia na Żydach, która od razu położyła się cieniem na Niemcach. Drugą był fakt jego pracy w zarządzie miasta. Poczucie obowiązku nie pozwalało mu na podjęcie decyzji o ucieczce. Jak pokazać miała przyszłość, wybór Słowian ze wschodu nie był jednak dobrym pomysłem.
Wśród wywiezionych na Syberię byli tacy, którzy od początku zdawali sobie sprawę, że może spotkać ich ten los. Dla wielu jednak było to zaskoczenie wynikające z prostego logicznego rozumowania: po co Rosjanie mieliby to robić? Nie było według nich dla takiego działania żadnego uzasadnienia. Anna Niwińska była jedną z nich. W swoim dzienniku pod datą 12 kwietnia 1940 roku pisała: „Słotny i pochmurny dzień wiosenny. Ospale i monotonnie zaczyna budzić się do życia. Nie przyniosła ta wiosna 1940 roku dawnej radości. Ulice miasta opustoszały. Wszystko mówi, że dawne szczęście prysło jak bańka mydlana i czy wrócą te chwile dawnego szczęścia? To pytanie męczące wszystkich prawdziwych Polaków. Wieczorem w towarzystwie Irki Romanowicz poszłam do gimnazjum, gdzie uczy wujenka. Tam dowiedziałam się, że w nocy będą wywozić Polaków. Wiadomość ta dziwnie mnie uderzyła. Przeszła mnie myśl, że może w liczbie tych nieszczęśników jestem i ja z rodziną. Zwierzyłam się ze swych obaw Irce. Ta jednak uspokoiła mnie, pocieszając, że los tak srogi mnie nie spotka. Bo i faktycznie, za co mają nas wywozić. Rojąc plany na jutro, położyłam się spać”.
Zdzisławie Kaweckiej nie dane było spokojne spędzenie nocy. Zdarzyły się wtedy rzeczy dziwne, niezrozumiałe. Po aresztowaniu ojca przeniosła się do rodziny swojej macochy w Bohach. „Pewnego popołudnia przybiegł duży pies, nikt nie wiedział, skąd się wziął i do kogo należał. Nikt się tym nie martwił, było dużo innych, poważniejszych problemów. Pies poczuł do mnie sympatię, więc pozwolono mi go zatrzymać. Pamiętam powieści Jacka Londona o Szarej Wilczycy, dałam mu na imię Kazan. Odziedziczył budę po starym psie, wieczorami był na łańcuchu, a dniami chodził ze mną na spacery”. Wspólnie spędzonych kilka miesięcy było dla obojga wyjątkowe. Czas wspólnych zabaw nad rzeką nagle się jednak skończył.
„Przed nocą postanowiłam jeszcze zobaczyć Kazana. Był dziwnie podekscytowany, szarpał się, chciał urwać się z łańcucha, skakał na mnie, kładąc swoje ogromne łapy na ramionach, lizał mnie po twarzy — a kiedy chciałam odejść, stawał przede mną, nie pozwalając mi iść i cały czas skowyczał. Obejmowałam jego głowę, mówiłam, że jutro, jutro znowu pójdziemy na dłuższą wycieczkę, że coraz częściej będziemy razem maszerować po drogach i łąkach, przecież zbliżała się wiosna. Nic nie pomogło. Lizał mnie coraz bardziej po twarzy, po rękach i trzymał mocno łapami za ramiona. Gdy wreszcie wyrwałam się z jego uścisków, zaczął szczekać i wyć jak nigdy przedtem. Rozgniewana macocha kazała mi psa uspokoić, bo to twoja wina, boś chciała go zatrzymać — krzyczała (nie byłam specjalnie przez nią lubiana). Kilka razy wychodziłam do Kazana, nawet znalazłam mu dużą kość, której nie powąchał, i nadal skowyczał. Po powrocie do pokoju macocha powiedział mi, że jutro psa wyrzuci. Poszłam do salonu z ciężkim sercem. Kiedy nastała noc, wszyscy spali, za wyjątkiem Kazana i mnie. Żal mi było psa, nie mogłam zrozumieć jego zachowania, gdyż nigdy przedtem tego nie robił”. Kiedy następnego dnia nastał świt, wszystko stało się jasne.
W XVII wieku Wacław Potocki w wierszu „Czuj! Stary pies szczeka” podmiotem lirycznym uczynił psa, który próbował swoim szczekaniem ostrzec gospodarza przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Gospodarz jednak zlekceważył szczekanie psa, a tym samym naraził się na niebezpieczeństwo. Dziewczynka od razu powiązała nici. Po latach dowiedziała się, że „Kazan zerwał się z łańcucha tego dnia i nikt go już nie widział”.
Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś, gdzieś, ich drogi się znów przecięły…
Wrogowie ludu
Życie w Janówku toczyło się swoim, wyznaczonym porami roku, rytmem. Było bardzo ciężko, brak dziadka mocno dawał się we znaki. Dzieci nie poszły do szkoły, bo musiały pomagać w gospodarstwie. To jednak był dopiero początek problemów. Regina: „Minęła jesień i nadeszła zima 1940 roku. Pewnego razu przyszła do nas sąsiadka i powiedziała, że dziś w nocy Rosjanie wywieźli dużo rodzin w niewiadomym kierunku. Przeraziliśmy się wszyscy wiedząc, że i nas to czeka. Były niespotykanie duże mrozy i losy naszych rodaków były straszne. Wieźli ich w towarowych wagonach. Nikt nie wiedział dokąd, aż nie przyszły pierwsze listy. Polaków wywożono za Ural. Musieli ciężko pracować przy wyrębie lasu, mieszkając w dziurawych barakach”. Rachela: „Baliśmy się, że nas zabiorą. W końcu to się stało, 20 czerwca 1941 roku. Wcześnie rano enkawudziści mocno walili do drzwi, krzyczeli, żeby otworzyć i szybko się zbierać. Wystraszyliśmy się bardzo. Mama nie mogła się pozbierać, strasznie płakała. Najprzytomniejsza wtedy była piętnastoletnia siostra Regina i to, co ona wzięła, to mieliśmy ze sobą”. Regina: „Ja spałam w dużym pokoju. Było jeszcze szaro, dzień wstawał pogodny. Nad lasem wytoczyło się słoneczko. Nagle czuję że ktoś mnie szarpie. Otworzyłam oczy i zobaczyłam sołdata ruskiego z karabinem i bagnetem, a za mim przerażoną ze strachu mamę. Po jej twarzy płynęły łzy.
— Wstawaj, córko przyszli nas wywozić — powiedziała.
Zerwałam się na równe nogi. Byłam najbardziej przytomna z całej rodziny. Przykazali, żeby szybko się pakować. Było ich czterech żołnierzy i cywil, który był najgorszy. Sporządził protokół, że wyjeżdżamy na własne żądanie. Trzeba było podpisać. Podał to mamie i powiedział, czytając, o co chodzi. Mama uparła się, że nie umie pisać. Przyczepił się wtedy do mnie. Ja również powiedziałam, że nie umiem pisać. On jednak nie uwierzył i stanowczo, władczym tonem rozkazał, żeby podpisać. Wtedy mama mówi do mnie:
— Córko, to i tak nie pomoże, weź i podpisz.
Ja na złość kanalii wzięłam pióro i wyraźnie kaligraficznie napisałam po rosyjsku swoje nazwisko. Wtedy on się wściekł i rzucił stekiem przekleństw. Od tej chwili miał mnie na oku. Ponieważ nie było naszych koni w domu, kazał mnie iść do sąsiada, żeby nas zawiózł na stację. Ja oczywiście poszłam, ale za mną poszedł żołnierz z karabinem. Sąsiad przyjechał długim wozem i parą koni. Załadowaliśmy wszystko na wóz. Cywil rozkazał wsiadać wszystkim, oprócz mnie. Ja miałam biec za wozem za karę. Tak też i było. Biegłam może z pół kilometra. W końcu znudziło mu się i rozkazał mi siadać”. Tamtego ranka nie było w domu Janka, wyjechał przed przyjazdem enkawudzistów. Mama: „Brat Janek pojechał wtedy naszą furmanką do Suchowoli, żeby sprzedać drzewa i mieć parę rubli na wydatki. Sąsiad, który nas wiózł swoją furmanką do Jastrzębnej na stację kolejową, musiał się podpisać enkawudzistom, że jego przywiezie na stację i dołączy do nas, jak wróci z Suchowoli”. Takie przypadki zmuszania sąsiadów do pomocy w akcji wywózek nie były odosobnione. Było to działanie absolutnie bez precedensu, oto bowiem struktury siłowe w swoich akcjach niejako posiłkowały się osobami postronnymi. W tym wypadku był to sąsiad, który musiał podpisać zobowiązanie. Co by się stało, gdyby go nie wypełnił? Pewnie wylądowałby w tym samym transporcie. W tym jednak wypadku wzięło górę wzajemne poszanowanie i poczucie obowiązku. Janek miał 14 lat mógłby się nie zgodzić, stać go było na opór i ucieczkę. Ale wtedy Bogu ducha winien sąsiad mógłby mieć poważny problem. Musieli to obaj rozumieć.
Akcje przesiedleń prowadzono w oparciu o,,Instrukcję Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych ZSRR o porządku przesiedlania polskich osadników z zachodnich obwodów USSR i BSSR”. Uchwalona została 29 grudnia 1939 roku przez Radę Komisarzy Ludowych ZSRR. Instrukcję tę podpisał Ludowy Komisarz Spraw Wewnętrznych Ławrientij Beria. Zawierała ona wszystkie wytyczne niezbędne do podjęcia zorganizowanej, masowej akcji wysiedleńczej. Regulowała bardzo dokładnie wszystkie problemy związane z wysiedlaniem ludności. Dyrektywy NKWD ustalały niejednokrotnie bardzo szczegółowo sposób przygotowania oraz tryb przeprowadzenia operacji wysiedleńczych. Określane były siły i środki NKWD (w tym odpowiednie kontyngenty kadrowych funkcjonariuszy, milicjantów i żołnierzy) przeznaczone do jej wykonania, zasady przygotowania do niej lokalnych władz politycznych i administracyjnych oraz rozpoznania poszczególnych środowisk ludności przeznaczonej do wysiedlenia. Planowano prowadzenie specjalnych szkoleń i przygotowanie niezbędnej logistyki związanej z transportem przesiedlanych ludzi do przygotowanych pociągów i dalej nimi w ustalone miejsce przeznaczenia. Przy wysiedlaniu osadników cały majątek nieruchomy, sprzęt rolniczy oraz żywy inwentarz miały pozostać na miejscu. Zajmowały się nimi specjalnie powołane przez miejscowe władze zespoły. Znając jakość tych władz, nie można było mieć złudzeń, że będzie tu bliżej do grabieży i szabru niż zabezpieczenia. Osobom przesiedlanym można było zabrać ze sobą: odzież, bieliznę, obuwie, pościel, naczynia stołowe, żywność w ilości zapasu miesięcznego dla rodziny, drobne narzędzia domowe i gospodarcze, pieniądze, drobne kosztowności, kufer lub skrzynię do pakowania rzeczy. Łączna waga wymienionych rzeczy nie mogła przekraczać 500 kg na rodzinę. Jeśli chodzi o przestrzeganie tych warunków, z tym bywało różnie. Przy przeprowadzaniu rewizji i pakowaniu członkom grup operacyjnych zabroniono zabierania jakichkolwiek rzecz zostawionych przez przesiedlonych. Grupy operacyjne, wkraczając do mieszkań wysiedlanej rodziny, miały wszystkich zgromadzić w jednej izbie, sprawdzić obecność, a następnie zażądać wydania broni i przeprowadzić rewizję w jej poszukiwaniu. Deportowanych należało zawiadomić o decyzji przesiedlenia ich do innych rejonów ZSRR na zawsze. Wszystkie osoby obecne w domu w chwili rozpoczęcia operacji powinny zostać zatrzymane do zakończenia operacji, a następnie po sprawdzeniu dokumentów zwolnione, o ile nie były poszukiwane. Domowe sprzęty i przedmioty, których wyjeżdżający nie zabierali, miały być spisane. Wiesław Adamczyk opisał, jak jego matka przy tej okazji wyprowadziła radzieckiego oficera z równowagi. „Kiedy się pakowaliśmy, żołnierze robili spis naszych mebli, narzędzi i wszelkich domowych sprzętów i przedmiotów, których nie zabieraliśmy ze sobą. Tuż przed tym, jak mieliśmy opuścić dom, kapitan NKWD podsunął go mamie i zażądał, żeby podpisała. Mama zapytała w jakim celu, a on odpowiedział, że to konieczne jako poświadczenie, iż ani on, ani jego żołnierze niczego tutaj nie ukradli. Mama się zmieszała.
— Nie rozumiem — powiedziała. — Zabraliście nam pieniądze, które mieliśmy w banku. Teraz zabieracie nasz dom i nasze meble i chcecie, żebym podpisała papiery, że nic nie zostało ukradzione? Nie rozumiem, o co chodzi. To wy powinniście podpisać dla mnie spis inwentarza.
Po prostu nie umiała już dłużej powstrzymać oburzenia. Twarz kapitana nabiegła krwią, wydawało się, że oczy wyskoczą mu z orbit, a piana wystąpi na usta. Wyglądał jak szaleniec, który właśnie uciekł z zakładu dla obłąkanych.
— Obywatelka Adamczykowa! — darł się. — Ja mógłby posłać na ciężkie roboty na Syberiu za nieposłuszeństwo dla przedstawiciela ludu Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich!
Mama pobladła i zaczęła szlochać. Dwaj sowieccy żołnierze uzbrojeni w karabiny, którzy stali obok niej, tkwili na miejscach nieporuszeni, obojętni, o twarzach bez wyrazu”.
Opisu technicznej strony przeprowadzenia operacji wywózek dostarczył Wincenty Kwapiszewski. „W prywatnym gabinecie ojca, za jego biurkiem, siedziało w fotelach, a właściwie rozparło się kilka osób, głównie mundurowych. Do gabinetu kolejno wchodzili parami bojec i wozak. Szef operacji odczytywał z listy nazwisko kolejnej ofiary, którymi byli leśniczowie, gajowi i strażnicy leśni zatrudnieni w nadleśnictwie ojca. Następnie ustalano miejsce zamieszkania delikwenta. Były to czasem dość odlegle leśniczówki i gajówki. Po tych ustaleniach bojec i wozak odjeżdżali z rozkazem możliwie szybkiego przywiezienia ofiar do nadleśnictwa. Wśród cywilów siedzących przy biurku był jeden, którego znaliśmy, ze wsi Świnoryje, Białorusin Radziwoniuk. To głównie on udzielał informacji o najkrótszej drodze dojazdu do miejsca zamieszkania deportowanych. Traktował nas za góry, widać było, że ta sytuacja nie jest dla niego przykra. Wręcz przeciwnie, na twarzy malował się uśmiech sadyzmu wobec nas i uniżonej służalczości wobec enkawudzistów. Akurat przechodziłem przez gabinet, gdy dowódca akcji odczytał z listy nazwisko Radziwoniuk. Zatrzymałem się w tym momencie, czekając co będzie dalej. Radziwoniuk zapytał o imię delikwenta, mówiąc, że we wsi Świnoryje i w okolicy jest sporo ludzi o tym nazwisku. Dowódca podał imię, imię ojca oraz imię i nazwisko matki. Było oczywiste, że chodzi o tego właśnie Radziwoniuka, który był obecny. Delikwent stracił uśmiech i już z przymilnym wyrazem twarzy, ale jeszcze dość butnym głosem powiedział, że to on. Dodał, że to musi być jakaś pomyłka i nieporozumienie, bo przecież on jest starym i wypróbowanym przyjacielem sowietów, aktualnie przewodniczącym wiejskiej Rady Narodowej w Świnoryjach. Chciał mówić coś jeszcze, ale dowódca przerwał mu brutalnie zapytaniem: A ty gajowym był? Odpowiedzią pozytywną było kiwnięcie głową i chrypiący nieartykułowany dźwięk. Wtedy dowódca wrzasnął: Gawno ty nie predsiedatiel! Sobirajs! Radziwoniuk wstał. Był to mężczyzna słusznego wzrostu, a teraz w mgnieniu oka zapadł się w siebie, zwisły mu ramiona i opadła do przodu głowa, błędnym, na wpół przytomnym wzrokiem wodził po twarzach siedzących przy biurku funkcjonariuszy, jakby w oczekiwaniu na zaprzeczenie, na zadośćuczynienie za wierność nowej władzy i jednocześnie w poszukiwaniu litości. Obecni enkawudziści przez cały ten krótki moment nie wykazali żadnego zaskoczenia, zdziwienia, a tym bardziej współczucia. A jeżeli, to może tylko młody bojec, który wyprowadził Radziwoniuka”.
Cechą wspólną prowadzonych akcji przesiedleń był czas ich rozpoczęcia. Zaczynały się zawsze nocą lub o świcie. Wzrastała wtedy pewność, że zastanie się na miejscu wszystkich domowników. Nie było niechcianych świadków i przede wszystkim oporu. Człowiek wytrącony ze snu nie jest zdolny do niczego, nie jest w stanie zebrać myśli. Staje się łatwą ofiarą. Tak też działo się teraz, tym bardziej że większość zatrzymanych stanowiły kobiety i dzieci. Wobec uzbrojonych żołnierzy żadne przeciwstawianie się nie miało sensu. Mimo że do biernego oporu czasami dochodziło, to na nic się on nie mógł zdać. Ryszard Gaik: „Babcia wpadła w złość, dostała jakiegoś szalu, chwyciła coś do ręki i rzuciła się na żołnierzy. Doskoczył do niej Edziu i powstrzymał. Trochę ochłonęła, usiadła bez siły na krzesło, opuściwszy ręce, jakby dostała porażenia. Chciała bronić swoich najbliższych przed bezprawną przemocą, ale było to ponad jej siły”.
Aby uniknąć podobnych sytuacji, prowadzący akcję czasami dopuszczali się kłamstw. Niektórzy w nie wierzyli, bo chcieli wierzyć. Ryszard Gaik wspominał, jak oficer zwrócił się do jego zrozpaczonej matki:
— Ujeżajem w Sowietskij Sojuz.
Słowa te zelektryzowały nas wszystkich. Jak to?
— Nu da, bieriom was k mužu.
Do męża? Stanęliśmy jak wryci.
— Dzieci, jedziemy do tatusia! — Skoczyła do nas mama.
Uwierzyła im. Zobaczyłem błysk w jej oczach i uśmiech, którego na jej twarzy nie widziałem od wielu miesięcy. Złapaliśmy mamę za kolana, radowaliśmy się, że niedługo zobaczymy ojca”. Inni od razu odkrywali fałsz. Anna Niwińska: „Żołnierze popędzają, śmiejąc się i drwiąc z naszych łez. Dowódca żołnierzy każe nam się szybciej ubierać i zabierać niektóre najpotrzebniejsze rzeczy. Mówi, że jedziemy do Baranowicz do tatusia. Nie wierzę mu jednak zupełnie. Wiem, że to jest tak dobrze znane jedno z kłamstw, którymi posługują się nasi wrogowie”.
Jeśli ktoś był na listach do wywózki, to nie miał żadnych szans na uniknięcie przeznaczenia. Sytuacja przybierała jednak czasami nieoczkowany obrót. W obliczu nieszczęścia członkowie rodziny nieobjęci nakazem niekiedy pragnęli dołączyć do wywożonych. Być może był to tylko chwilowy emocjonalny zryw spowodowany silnymi rodzinnymi więzami, ale i tak nie miał szans na spełnienie, ponieważ prowadzący akcje mieli wyraźne rozkazy. Mili brać tylko tych z listy, bez żadnych odstępstw. Sytuacja taka została opisana przez Franciszkę Dobrowlańską, siostrę mojej babci Heleny Pietrzyk. „Wcześnie rano 13 kwietnia 1940 roku gospodarz wpadł do nas na poddasze i powiedział, że siostrę naszą Malę już zabierają. Nie upłynęło pół godziny, kiedy usłyszeliśmy kroki na schodach i pukanie do drzwi. Kiedy otworzyłam, oficer NKWD zapytał, czy jest tu Franciszka Dobrowlańska. Odpowiedziałam mu, że to ja. Później zapytał, czy są tu moje dzieci: Siłek i Mira. Stałam jak posąg, nie mogąc wymówić słowa. Siostra Helena zapytała, czy ona też jest na liście. Oficer przejrzał listę i powiedział, że jej nie ma. Ona płakała i mówiła, że chce też razem jechać, na co on się nie zgodził. Ja stałam dalej, nie ruszając się, za chwilę podszedł do mnie, mówiąc, że mam się zbierać”.
To jest właśnie ta zagadka, o której pisałem wcześniej. Jak mogło dojść do tego, że Helena Pietrzyk, wdowa po komendancie strażnicy w Kopciowie, została pominięta w czasie ustalania list do wywózki? Była to sytuacja co najmniej dziwna. Sowieci mieli dużo czasu i byli skrupulatni, a tu takie przeoczenie? Wywózką obejmowano ludzi z bardzo błahych powodów. Tu tymczasem sowieci mieli do czynienia z wdową po wojskowym, którego zabili. Helena została z dziećmi: Alkiem, Leonem i Danusią. Jeśli o kimś można było powiedzieć, że jest elementem antysowieckim, to właśnie o niej. „Ci przeklęci Sowieci” nic innego na temat Rosjan nie można było od niej usłyszeć. Pamiętam też jej emocje, nienawiść i zaciśnięte dłonie, gdy o nich opowiadała.
Podobną historię odmowy zabrania osoby spoza listy opisała Zdzisława Kawecka, przy okazji obnażając rolę lokalnych komunistów. „Moja babunia podeszła do oficera i mówiła, że ona też pojedzie z nami, na co oficer odrzekł:
— Wy, staruszko, nie jesteście na liście, bo lokalni komuniści nie podali twego nazwiska, bo byliście dla wszystkich dobrą babunią.
Na nic zdały się jej prośby”.
Na ludzkie odruchy trudno było liczyć. Anna Niwińska: „O godzinie 2.00 w nocy sześciu uzbrojonych żołnierzy weszło do naszego mieszkania. Przestraszona mamusia zemdlała. Ja zaś zerwałam się, nie wiedząc, gdzie się znajduję. Wystarczyło jednak rzucić jedno spojrzenie na mieszkanie, by wszystko zrozumieć. Zdrętwiałam, serce me przeszył dziwny ból. W oczach zakręciły się łzy. Żołnierze popędzali nas, śmiejąc się i drwiąc z naszych łez”. Krystyna Zdzisława Kawecka: „Prosiliśmy oficera o pozwolenie pożegnania się z rodziną w drugiej części domu. Pozwolił pod warunkiem, że nie będzie żadnych scen, gdyż nie lubi płaczących ludzi”. Aurelia Raszkiewicz pisała, że sowieccy żołnierze mieli jej płaczącej babci tylko jedno do powiedzenia: Babuszka, nie płaczcie, Moskwa i tak slezam nie wierit. Sobierajteś skorej, pojediem. Słowa, że Moskwa łzom nie wierzy, powtarzano ciągle, przez sześć lat”.
Starałem się dotrzeć do tego, skąd wzięło się to powiedzenie. Poszukując w Internecie, natknąłem się na radziecki film o tym tytule — kinowy przebój w Związku Radzieckim w latach siedemdziesiątych. To nie był dobry trop. Z pomocą przyszła mi Svietlana z Charkowa. W 2022 schroniła się wraz z rodziną we Wrocławiu, w mieszkaniu… mojej mamy. „Krótko mówiąc, powiedzenie Moskwa nie wierzy łzom pojawiło się w okresie jarzma mongolsko-tatarskiego. Ci, którzy nie mogli zapłacić wygórowanej daniny, tłumnie przybyli do Moskwy ze łzami w oczach i prośbą o jej obniżenie. Zamiast tego spotkały ich okrutne kary. Działo się to około XIII wieku, za panowania moskiewskiego księcia Iwana Kality”. Trudno przypuszczać, że owi sowieccy sołdaci znali historię swojego kraju, tym bardziej z zapomnianych, carskich czasów. Pewnie tylko powtarzali zasłyszane powiedzenie, bez specjalnego zastanowienia, czy tu, w nieistniejącej już Polsce, z inną historią, ma ono jakikolwiek sens.
Jako swego rodzaju riposta niech posłuży dalszy ciąg historii opowiedzianej przez Wiesława Adamczyka. Jego opis tamtego poranka dostarczył cennego materiału. „Żołnierze wpadli do środka z karabinami i bagnetami wymierzonymi w naszą stronę. Następnie pamiętam Jurka z zakrwawioną twarzą leżącego na podłodze i pochyloną nad nim mamę. Żołnierz, który wszedł do środka pierwszy, pchnął ją kolbą pod ścianę, wrzeszcząc, żeby go nie dotykała. Zosia płakała. Ja struchlałem z przerażenia i myślałem, że zaraz nas pozabijają. Nikt jeszcze nigdy nie potraktował mamy i brata tak brutalnie. Kiedy przychodzili do nas w gości mężczyźni, zawsze całowali ją w rękę i okazywali szacunek. A teraz ten brutal pchnął ją karabinem na ścianę. Żołnierze zaatakowali nasz dom, zachowując się jak dzikie świnie, które ojciec zwykł załatwiać w lesie jednym strzałem. Pomyślałem, że gdyby Jurek nie zakopał w sadzie broni, to mógłbym powystrzelać ich wszystkich w taki sam sposób. Pół tuzina żołnierzy biegało po pokojach, przewracając lampy, kryształowe wazony i karafki, zrzucając obrazy i demolując meble, dwóch zaś stało obok, pilnując nas z bagnetami w pogotowiu. Wszyscy wyglądali tak samo — niscy i krępi, o szerokich twarzach, ubrani w burozielone mundury i czapki ozdobione czerwoną gwiazdą. Przyglądałem się ich pustym oczom i twarzom pozbawionym wyrazu. Nigdy przedtem nie widziałem takich ludzi. Przetrząśnięcie naszego domu zajęło im piętnaście minut. Wyszli frontowymi drzwiami, zostawiając nas ciasno przytulonych do siebie pośrodku pokoju. Po minucie dwóch wróciło z oficerem, kapitanem sowieckiej tajnej policji, który miał na sobie niebieskoszary mundur z czerwonymi lampasami i okrągłą czapkę. Na jej niebieskim otoku widniała pośrodku czerwona gwiazda. Popatrzył prosto na mamę i powiedział coś po rosyjsku, a gdy mama odpowiedziała, że nie rozumie, przeszedł na łamaną polszczyznę.
— Wasze nazwisko Anna Adamczykowa? — zapytał.
— Tak — odpowiedziała.
— Wasz mąż Jan Adamczyk, kapitan Wojska Polskiego?
— Tak.
— U was troje dzieci: Jerzy, lat siedemnaście, Zofia, lat trzynaście, Wiesław, lat siedem?
— Tak.
— Wy wszyscy aresztowani.
— To musi być jakaś pomyłka — zaprotestowała mama. — Nic nie zrobiliśmy
— Wy polska elita — rzucił z pogardą. — Polskie burżuje i pany, wrogi ludu.
— Ale my nie mamy wrogów — odpowiedziała mama.
Przecież miała rację. Czemu mielibyśmy być — ona, brat, siostra i ja — wrogami ludu? Chwytała mnie złość. Chciałem powiedzieć temu człowiekowi, że wszyscy dookoła dobrze wiedzą, że mamy samych przyjaciół, ale przypomniałem sobie, jak mama mówiła, żeby się nie odzywać”.
Tu mała dygresja. Termin „wrogowie ludu” miał jakikolwiek sens w okresie rewolucyjnych początków sowieckiego państwa. Wtedy powszechnie operowanym tym określeniem. To właśnie owi „wrogowie ludu” byli przyczyną nędzy robotników i chłopów, i należało ich usunąć, aby wszystkim uciemiężonym żyło się lepiej. Ale teraz, po dwudziestu latach, gołym okiem było widać, że to nie działa. Wcale nie było lepiej, tylko gorzej. Wtargnięcie do Polski tylko to potwierdziło. Tu byli panowie i tu wszystkim żyło się dostatniej. Nie było powszechnego strachu, sklepy były pełne, a na dworcach nie widziało się obszarpanych bezdomnych żebrzących za kromką chleba. Jeśli więc tacy, jak mały Wiesiu i jego rodzina, nie byli wrogami ludu, to kto nimi był? Kto był największym wrogiem ludu? W kolejnych latach wśród Polaków na Syberii krążył kawał i ów oficer od „wrogów ludu” powinien go usłyszeć. Co prawda bez znajomości polskiej literatury miałby z tym problem, ale przecież Polacy słyszący o Moskwie i łzach też nie znali kontekstu. „Na placu Mariackim miano zdjąć posąg Mickiewicza i postawić tam posąg Stalina z dedykacją: Twórcy prawdziwych dziadów. To był największy wróg ludu, ojciec nędzy i strachu”.
„My nie mamy wrogów”. Słowa mamy Wiesia zawierały bardzo prostą prawdę, były jednak niezrozumiałe dla tych, których stać było jedynie na powtarzanie wyuczonych formułek.
Wiesław Adamczyk kontynuował swoją opowieść. „Mieliśmy zaledwie godzinę na to, żeby się spakować, czyli wybrać to, co uważamy za najcenniejsze i najbardziej potrzebne, a całą resztę bezpowrotnie zostawić. Nie marnując czasu, mama kazała nam zebrać szybko każde swoje rzeczy. Rozbiegliśmy się do pokoi i zaczęliśmy znosić bieliznę, letnie i zimowe ubrania, lekkie i zimowe buty, grube szaliki, czapki, rękawiczki, a mama pakowała to wszystko do walizek oraz w prześcieradła, które wiązała w tobołki. Za trzecią czy czwartą wyprawą do swojego pokoju wziąłem zabawki i ulubione książki z bajkami. Zanim doniosłem je do mamy, inny enkawudzista zastąpił mi drogę i warknął:
— A ty gdzie się z tym wybierasz, polski paniczyk?
— To moje zabawki i książki — odpowiedziałem. — Biorę je ze sobą.
— Nie! — Odwrócił się i rozkazał mamie, żeby nie pakowała takich rzeczy, bo tam, gdzie jedziemy, nie będą potrzebne. — Rosja wielki kraj — dorzucił. — W Rosji wszystko jest. Może czytać ruskie książki!
Przerwał na chwilę, w jego oczach błysnęła złość. Wrzasnął:
— Wszystko! Wszystko! Nawet zapałki u nas w naszym wielkim kraju są!
Odpowiedziałem, że zapałki mnie nie interesują, ale chcę moje zabawki i książki.
— Nie! — krzyknął ostro”.
W opisanej sytuacji mowa o tym wszystkim, co było najważniejsze dla małego chłopca. Każde dziecko ma ukochane zabawki, które chciałoby wziąć ze sobą w drogę. Tu jednak sprawy miały się o wiele bardziej dramatycznie. Zabawki służą rozrywce, można bez nich przeżyć. W tamtych chwilach najważniejsze było wszystko, co udało im się zabrać ze sobą i co mogło się przydać. Nie tylko to, co potrzebne było do codziennego życia, jak garnki, pościel czy ubrania. Każdy, nawet najmniejszy drobiazg, był bezcenny, bo w tym kraju, w którym według zapewnień sowietów miało być wszystko, nie było niczego. Wszystko, dosłownie wszystko, można było sprzedać czy też zamienić na żywność. O tym pisali wszyscy wywiezieni, im zabrali więcej rzeczy, tym mieli większe szanse na przeżycie.
Instrukcja przesiedleń przewidywała zabranie do 100 kilogramów bagażu na domownika. Był też na to czas, bo zwykle akcja wysiedlania trwała do dwóch godzin. W praktyce różnie to wyglądało i co do czasu (niekiedy ludzie mieli tylko 15 minut), i co do ilości bagażu. Wincenty Kwapiszewski: „Potem wyjaśniło się, jak wiele zależało od bojca, który wykonywał rozkaz, a właściwie od jego dobrej lub złej woli. Od tego, ile czasu dał ludziom na spakowanie swoich rzeczy i co pozwolił im zabrać. Byli tacy, którzy przywieźli swoje ofiary z małą walizką z rzeczami osobistymi, w piżamach, w jednych butach lub pantoflach, bez pościeli. Już w tym momencie zapadały straszliwe wyroki, z wyrokami głodowej śmierci włącznie”. Wacław Żołnierczyk: „10 lutego w 1940 roku w nocy do domu naszego wtargnęli radzieccy żołnierze i kazali zabierać się na nowe osiedlenie. Na liście byli: ojciec, sześćdziesięcioletni Adam Żołnierczyk, który już 10 lat nie pełnił służby gajowego, i jego sześciu synów — Antoni, Stanisław, Ignacy, Wacław, Franciszek i Józef. Nie pozwolili nam nic zabrać, tylko robocze ubranie i naczynia kuchenne, ponieważ mamy w lesie pracować, tak nam oświadczono”. Dopuszczano się też kłamstw, co zwłaszcza w zimie było wyjątkową perfidią. Genowefa Opiela Wajda: „W nocy z 9 na 10 lutego 1940 roku zjawiło się u nas w domu trzech panów, jeden Rosjanin w mundurze i dwóch Ukraińców w cywilu, z wiadomością, że zostajemy przesiedleni w miejsce urodzenia rodziców i nie należy brać niczego z dobytku, gdyż wszystko będzie zabrane i powiezione za nami. Wzięliśmy więc trochę do jedzenia i ubrania”.
Po przewiezieniu do podstawionych wagonów okazywało się, ile komu pozwolono wziąć bagażu. Ryszard Gaik opisywał, jak znaleźli się w wagonie: „Mama rozłożyła na pryczy pierzynę i kołdrę. Powłaziliśmy pod nie wszyscy, w ubraniach, ale i tak telepało nami dość znacznie. Był to koniec zimy 1940 roku, a dokładnie 13 kwietnia. Jak się później przekonaliśmy, nie wszyscy ludzie mogli zabrać ze sobą tyle rzeczy, co my. Niektórym nie pozwolono w ogóle się spakować, przywieźli ich do wagonów niemal tak jak stali. To już kompletne barbarzyństwo! Jak można, wiedząc, że wywozi się ludzi w tak straszne strony, nie pozwolić im wziąć ze sobą przynajmniej ciepłego odzienia. Dzięki Bogu trafiliśmy na dobrą eskortę”.
„Trafiliśmy na dobrą eskortę”. Pamiętajmy, czarno-białe są tylko filmy. Nawet w tamtych strasznych chwilach obcy ludzie potrafili, wypełniając zadania, które im powierzono, pozostać ludźmi, ujrzeć niedolę innych, niczemu niewinnych i ich ciężki przyszły los. Waleria Osmak: „Lejtienant, który przyszedł po nas, otworzył szafę i wyjmował nam z tej szafy rzeczy. Mówił, że to się przyda, że to należy brać. Mama patrzyła na niego jak na idiotę, ale on tylko mówił: Bieri! Nie było do czego pakować tych wszystkich wyjętych rzeczy, to on znalazł wór i sam nam to upychał do niego. Nie wiedziałyśmy do końca, co tak naprawdę ze sobą bierzemy. Pamiętam tylko, że kazał brać ze sobą możliwie jak najwięcej ciepłych ubrań”. Regina: „Mama chciała zostawić wartościowsze rzeczy, ale jeden z żołdaków poradził jej, żeby zabierała jak najwięcej. — Będziesz sprzedawała, żeby przeżyć. Miał rację, bo te rzeczy uratowały nas od głodu”. Janina Homan: „Kierownik ekipy, cywil, był człowiekiem bezwzględnym, bez serca. Pokrzykiwał na nas, wydzierał wprost z rąk to wszystko, co uznał za niepotrzebne nam w tym szczęśliwym kraju. Tam otrzymamy wszystko. Natomiast prości żołnierze byli życzliwie usposobieni i chcieli nam jakoś pomóc. Wsio, wsio bieritie. Tak, oni wiedzieli… znali swój kraj. Przynosili nam do ciężarówki jakieś palta, znalezione na wieszaku za szafą, garnki i miski. Wsio wam prigaditsia (wszystko wam się przyda)”. Wincenty Kwapiszewski: „Bojec, który nas pilnował i był odpowiedzialny na nasz transport, okazał się człowiekiem bardzo życzliwym. Zawdzięczamy mu bardzo wiele. Powiedział mamie, że tam, dokąd zostaniemy zawiezieni, wszystko będzie potrzebne. Nie ograniczył się przy tym do pouczenia, ale pilnując nas, systematycznie przechodził z jednego do drugiego pokoju i, pytając co jest w poszczególnych pakach, skrzyniach i walizach, wołał wozaków, którzy wynosili wskazane rzeczy na podwórze i ładowali na sanie”. Katarzyna Gruber: „Pamiętam ciekawy mały incydent: z szafki wyciągnęłam tzw. ryzę papieru, dosyć grubą, i odłożyłam ją na bok, jako rzecz zbędną. Na to żołnierz: Bierz, bierz ten papier, tam, dokąd was powiozą, papieru nie ma. I faktycznie papieru tam nie było!”. Kazimierz Odyniec: „Pakowanie szło bardzo nieudolnie. Zaskoczona matka i najbliższa rodzina płakali. Matka chciała wziąć przede wszystkim maszynę do szycia, mając doświadczenie z lat 1914—1921, kiedy była w Rosji. Tajniak nie wyrażał zgody na zabranie maszyny, tłumacząc się odpowiednimi przepisami. Mundurowy enkawudzista kazał mu pójść na posterunek milicji i zadzwonić do Łomży z zapytaniem, czy można wziąć maszynę do szycia. Sam zaś, nie czekając na wynik telefonu, owinął maszynę w chodnik i kazał położyć na furmankę. Do kosza na bieliznę zaczął ładować z bieliźniarki bieliznę pościelową. Jak się później w Kazachstanie okazało, to maszyna i bielizna pościelowa ocaliły nam życie”.
Jak widać z opisów, po drugiej stronie też zdarzała się życzliwość. Wanda Niezgoda Górska opisuje jednak zdarzenie daleko poza życzliwość wykraczające. W wyniku wojennej zawieruchy trafiła z mężem Stanisławem i córeczką Danusią, teściami i ich chorym synem Marianem do Przemyśla. Nie mogąc przedostać się na lewy brzeg Sanu, musieli pozostać po sowieckiej stronie. Tam dwaj bracia o nazwisku Krawczyńscy udostępnili im jeden ze swoich domów, sami zamieszkali w drugim. Kiedy aresztowano Stanisława Górskiego (zginął w Katyniu), Wanda wiedziała, że ich aresztowanie to tylko kwestia czasu. 13 marca 1940 roku o 2.00 w nocy w ich domu pojawiło się dwóch oficerów NKWD. Po gruntownym przetrząśnięciu zajmowanych przez nich pomieszczeń, kazali im się zbierać do drogi. Stanisława: „Już ubrana, trzymając w jednej ręce pościel i neseser w drugiej — to było wszystko, co posiadałam. Powiedziałam do jednego z oficerów, że nie pożegnałam się z gospodarzami. I od dziwo wypuścił mnie z Danusią. W progu sąsiedniego domu stał przerażony jeden z Krawczyńskich. Szeptem zaczął mnie namawiać, żebym natychmiast uciekała ogrodami. Przed oczami stanęli mi teściowie z chorym synem i sumienie nie pozwalało mi uciekać. Byłam młoda, sprawna i myślałam, że gdziekolwiek nas zawiozą, pracą swoją pomogę rodzinie. Po powrocie zobaczyłam w oczach oficera wyraz szczerego zdumienia. Wtedy zrozumiałam, że dawał mi szansę, ale nie skorzystałam z niej. Po prostu nie mogłam skorzystać”.
Kiedy wszystko było gotowe do odjazdu, przychodził trudny moment pożegnania. Zdzisława Kawecka: „Wszyscy wyszli na podwórko, gdzie na saniach piętrzyły się wrzucone worki. Kazan szarpał łańcuchem, chcąc się od niego uwolnić, szczekał, wył, rzucał się w moim kierunku”. O przeżywaniu przez psy cierpienia ich panów wspominało wielu. Irena Biber Krasa pisała o rozpaczy w zamkniętym już wagonie. „Do naszego rozpaczliwego płaczu dołączyło wycie psów, które przybiegły nas pożegnać”.
Pozostawianie gospodarstw było dodatkowym bólem, z których musieli zmierzyć się deportowani. Jeśli do wywózki przeznaczeni zostali wszyscy domownicy, to sytuacja stawała się krytyczna. Nie dość że musieli zostawić swoją ojcowiznę, to jeszcze pozostawiali sierotami cały inwentarz. Rachela: „Wszyscy żeśmy okropnie płakali. W chlewie zostały krowy, świnie, kury, piesek — nasz ukochany As, który daleko biegł za naszym wozem, jeszcze nas żegnając, tak że enkawudzista chciał go nawet zastrzelić. Zostało pole obsiane i cały inwentarz i domostwo, a nawet chleb rozczyniony w dzieży”.
W wypadku naszej rodziny Zagórskich mieliśmy szczęście w nieszczęściu. 20 czerwca 1941 roku nastąpiła wywózka, a już 22 czerwca wybuchła wojna, Niemcy wkroczyli do Rosji. Jeszcze tego samego dnia dziadek Feliks dotarł do Janówka, do opuszczonego gospodarstwa. Powitały go zdezorientowane zwierzęta z Asem na czele.
Wieści o wywózkach sąsiadów roznosiły się szybko. Józef Horba: „Gdy nas wyprowadzali z domu, to ludzie zlecieli się jak na dziwowisko, zaczęli szydzić, śmiać się, że: wam tam jest miejsce”. Trudno się temu zresztą dziwić, ludzie są różni, mali i podli też. Tych wzruszonych, współczujących było jednak więcej. Regina: „Ludzie nam współczuli. Natomiast w Sztabinie Żydzi obserwowali obojętnie naszą tragedię. Tylko kowal pozdrowił z daleka i widać było, że był wzruszony. Byliśmy skazani na zagładę, tymczasem oni sami nie przypuszczali, że czeka ich straszny los. Za kilka dni przyszli Niemcy, wszystkich Żydów załadowano na ciężarówki i zawieziono do pobliskiego lasu. Tam rozstrzelali ich wszystkich i pogrzebali”.
Kiedy samochody, furmanki czy sanie docierały na stacje kolejowe, tam czekały podstawione pociągi. Regina: „Tymczasem my dojechaliśmy do stacji kolejowej. Zaczęli nas ładować do wagonów. Były to wagony towarowe, posiadające po cztery otwory okienne, ze sztabą żelazną pośrodku, żeby nie można było uciec. Były cztery prycze, górne służyły do siedzenia, a dolne do bagażu”. Kilka godzin później do rodziny dołączył brat. Rachela: „Po południu przywiózł Janka Adolf Kiero, ten sąsiad, który zobowiązał się go dostarczyć do Jastrzębnej na stację. Zobaczyliśmy tam straszną scenę — Janek płakał, żegnał się z naszą klaczą, którą sąsiad go przywiózł. Była to bardzo poczciwa kobyłka. Długo to nie trwało, bo enkawudziści oderwali wprost Janka od naszej ukochanej kobyłki i odnaleźli nasz wagon”.
Skompletowanie całego składu, dostarczenie wszystkich ludzi do wysyłki trwało niekiedy bardzo długo, gromadząc wielu ludzi wokół. Danuta Perkowska: „Przed wagonami, oprócz wielu pilnujących z NKWD, było też sporo gapiów. Płakali, pocieszali, żegnali albo po prostu stali w miejscu osłupiali. Zajęliśmy miejsca na podwyższeniu w wagonie, koło małego, zakratowanego okienka, skąd wyglądaliśmy znajomych. Z rodziny nie mieliśmy tu nikogo, ale przyjaciół wielu. Przynosili nam jedzenie, picie, papierosy, co kto mógł. Przyszła nawet nasza gosposia ze wsi, która od dłuższego czasu dostarczała nam nabiał, czasem drób. Teraz przyniosła nam dwa bochenki chleba, kawałek słoniny i może kilogram surowej cielęciny. Niosła to, przepychając się przez tłum, i płakała”. Regina: „Cały dzień ładowano ludzi. Ważne były zapasy żywności. Chleb każdy piekł sam, więc u niektórych było go bardzo mało. Do każdego ktoś przyjechał i przywiózł, ile mógł. Do nas też przyjechała ciocia i przywiozła chleba i wędlinę. Z domu mama też trochę zabrała zapasów. Przez cały dzień ładowano ludzi, przyszedł wieczór i pociąg gotowy był do odjazdu”.
Ostatnie chwile przed odjazdem opisał Jan Prorok. Jego wspomnienia poruszają do głębi. I tu znowu, jak wtedy z Kazanem, chodzi o relacje z naszymi braćmi mniejszymi.
„Franek Szwiec, ojciec czworga nieletnich dzieci, w czasie wyjazdu z podwórka posłużył się, podobnie jak ja, własnym koniem i saniami. Miał wtedy śliczną, młodą klacz o imieniu Sowa, wykarmioną i wypieszczoną od źrebaka. Nic więc dziwnego, że trudno mu było rozstać się z Sówką na stacji w Kochawinie. Długo przy niej stał, rozmawiał i głaskał po głowie, zanim został wepchnięty do wagonu. Stąd przez szpary w drzwiach i żaluzjach okiennych obserwował konia przez całą noc, chcąc zobaczyć, kto przygarnie Sówkę, kto będzie jej nowym właścicielem, człowiek dobry czy zły? A może przygarnie ją ktoś ze znajomych Ukraińców? Tego się jednak nie doczekał, bo do chwili odjazdu pociągu nikt się Sówką nie interesował. A wierne konisko wciąż stało na śniegu, zaprzężone do sań i czekało na swego dobrego pana, strzygąc uszami i nasłuchując, z której strony nadejdzie. Gdy rozległ się gwizd parowozu i nasz eszelon ruszył z miejsca, Franek Szwiec nie wytrzymał. Szlochając prawie, krzyknął z całych sił zdławionym przez ból głosem: Sowa!!!. A cała jego rodzina w tym czasie zanosiła się od płaczu. Koń usłyszał głos swego pana i zorientował się w lot, skąd pochodzi. Uniósł głowę, nastawił uszy i instynktownie, jak najwierniejszy pies, pognał wraz z sańmi, przez zaśnieżone pole wzdłuż torów, za odjeżdżającym pociągiem. Płakaliśmy wszyscy, wtórując rodzinie Szwieców i podziwiając niezwykłe przywiązanie konia do swego żywiciela. Zaś Franciszek Szwiec w ciągu swego długiego życia (zmarł w 1976 roku) po wielokroć wspominał z rozrzewnieniem ten osobliwy epizod. A swoim koniom, których na przestrzeni lat 1946—1975 miał w swym gospodarstwie rolnym w Nowym Tomyślu kilka, niezmiennie nadawał to samo imię: Sowa”.
Czekając na Boga z nieba