E-book
6.83
drukowana A5
58.47
Upadek Kraju Mórz

Bezpłatny fragment - Upadek Kraju Mórz

Tom 1


Objętość:
459 str.
ISBN:
978-83-8104-408-0
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 58.47

Mojej ukochanej żonie

Marysi


w pół kroku zatrzymał go głos, którego najmniej spodziewałby się w tym miejscu, głos, który znał aż za dobrze, głos, który czasem prześladował go w sennych koszmarach, głos, którego nie dane mu było słyszeć od tak dawna…

Voulth

Voulth… najprawdziwsza dziura, najbardziej sparszywiałe miejsce na mapie Cesarstwa. Siedem milionów ludzi zamieszkiwało obszar zapadliska na terenie wielkich moczarów, gdzie spływająca wprost do Oceanu olbrzymia rzeka Pront tworzy swoją deltę, składającą się z miliona odnóg, mniejszych i większych.

W ciemnych i wąskich zaułkach Pięciomiasta kryła się zbieranina najgorszych mętów, wyrzutków społeczeństwa. W pubach gromadzili się poszukujący przydziału marynarze i żołnierze, a także ci, co po prostu zeszli na ląd w poszukiwaniu czegoś, co ich rozerwie po nużącym, długim rejsie. Wszyscy skorzy do wszczęcia bójki, jedynej masowej i dostępnej za darmo formy rozrywki w tym cuchnącym, rozkładającym się powoli mieście. Za resztę trzeba było płacić. Połamane kończyny, wybite zęby i wydłubane oczy były ponurą codziennością w nocnych barach dla twardych ludzi tego wyjątkowego miasta. Nie było to w żadnym razie wizytówką Voulth, ale przynajmniej trzymało z daleka patrole Shakatu. Póki Kapitanat Pięciomiasta regularnie płacił trybut, shakowi trzymali się od niego z daleka… Skoro śmierdziało niemiłosiernie już z odległości wielu mil…

Siedem milionów dusz ściśniętych było poza granice ludzkiej wytrzymałości na obszarze, gdzie miejsca wystarczyłoby ledwie dla paru setek tysięcy, ale cóż poradzić, skoro wszędzie dookoła zalegały bagna, wilgotne, niegościnne i przynoszące morowe powietrze. Budowano za to w górę, niektóre drewniane budynki z powodzeniem sięgały dziesięciu pięter, grożąc zawaleniem i wybiciem wszystkiego, co się w nich gnieździło. I co rusz się tak działo. Jedynie bliżej wybrzeża rozsiadły solidniejsze, murowane budynki, pozostałości po niegdysiejszej dzielnicy imperialnej z lepszych, odległych czasów.

Wojna Pięciuset Lat pozostawiła jednak miasto w postępującej ruinie, co napawało smutkiem każdego, komu w głowie jeszcze żyła chwalebna przeszłość tego wielkiego miasta…

Ghork musiał mieć pełną świadomość wszystkich tych niuansów, kiedy przemykał uliczkami Południowego Miasta, owinięty płaszczem aż po czubek swej przyprószonej siwizną pułkownikowej głowy; shakowy oficer w podbitym przez Shaka mieście. Przed wyjazdem wywiedział się więc wszystkiego na temat owych pięciu miast i ewentualnych bezpiecznych przystani, jakie mógł w nich znaleźć.

Nie ufał miejscowym karczmarzom, pomny głęboko skrywanej, ale nigdy nie gasnącej nienawiści, jaką żywili Voulthianie względem Tvalthian, zwłaszcza imperialnych oficerów. Wolałby zresztą w ogóle nie ruszać się ze swojej cieplutkiej, bezpiecznej kwatery wewnątrz murów Pierścieniowego Miasta, ale cóż, rozkazom władcy nie sposób było powiedzieć „nie”, zwłaszcza, gdy władcą był psychopata cierpiący na manię prześladowcą. Shakowi zaś wyraźnie zależało na tym, by wyruszył jak najszybciej.

Z konieczności więc rekonesans nie był tak dokładny, jak pułkownik mógłby sobie życzyć. Na szczęście wszystko wskazywało na to, że o nocleg martwić się nie było potrzeby; miał o to zadbać ów człowiek, do którego zmierzał.

Nie ufając nikomu, a zwłaszcza napotkanym przypadkiem przechodniom, ściskał w dłoni rękojeść swego drogiego, krystalowego miecza, którego nagie ostrze owinął płaszczem i przycisnął do swego boku. Nerwowość była jego znakiem rozpoznawczym, liczył jednak, że w środku nocy nie napotka nikogo, komu w głowie narodziłaby się ochota na czegoś więcej, niż tylko poduszka lub kępka siana, zależnie od tego, na co było kogo stać.

Swojego zdrożonego dziesięciodniową jazdą z Tvalth pełnokrwistego ogiera pozostawił na rogatkach miasta, w Strażnicy, zasilonej co prawda lojalnymi wobec Shaka, ale zawsze miejscowymi żołnierzami, a sam wszedł do Południowego Miasta na piechotę, aby tym mniej rzucać się w oczy.

Wkroczył przez zawsze otwartą, spiżową bramę od wschodu, którą niegdyś oddziały Tvalthu przez miesiące rozbijały taranem — teraz nikt nie chciał ryzykować już podobnego mozołu i bramę zablokowano w pozycji otwartej już na wieki. Na szczęście wiedział, gdzie się udać, więc nie tracił czasu na kluczenie po mieście, tylko od razu skierował się w stronę portu, ku dzielnicy z rzadka rozsianych, kamiennych willi, z powodzeniem mogących też robić za warownie.

Nasz oficer zwał się Isaidar Ghork, i był on dowódcą tvalthiańskiej Straży Brzegów. Pochodził z położonego daleko na północy miasta Dormoth, odległego tak bardzo, że teraz wydawało się być jedynie snem. Ghork nie czuł z nim już żadnych więzi, ale jego pochodzenie właśnie znajdowało się wśród przyczyn, które doprowadziły go teraz w to miejsce.

To właśnie Dormoth było punktem centralnym całej tej szarady, kluczowym jej aspektem.

Miasto to bowiem przed czterema laty wpadło w ręce Vaksosian, wojowniczego ludu, który pochodził z wyspy leżącej jeszcze bardziej na północy, ludu żądnego łupów i krwi, który wydał z siebie niezliczone zastępy piratów i marynarzy, zasiedlających morza i liczne wyspy Oceanu Zachodniego, od wielu setek lat nękającego wybrzeża Tvalthu. Shak w końcu postanowił rozprawić się z tym zagrożeniem raz na zawsze; i tutaj właśnie, na Południu, Ghork, jako cesarski emisariusz miał nadzieję znaleźć pomoc w tym zbożnym dziele. Taki był plan. Ghork nie wiedział, kim są tajemniczy sojusznicy — kontaktowali się z Shakiem poprzez zaufanych kurierów, a ręczyli za nich wysocy funkcjonariusze państwowi. Nie poprawiało to samopoczucia naszego bohatera w najmniejszym stopniu, ale cóż, zdecydowanie bardziej obawiał się gniewu Shaka z powodu sprzeniewierzenia się jego rozkazom, aniżeli szybkiej śmierci w którymś ciemnym zaułku Trzeciego Miasta, zwanego też Południowym.

Jego brak orientacji w tym, co się dzieje dowodził wszakże jednego; tego, że ważniejsi od niego podjęli już wszelkie decyzje, a on miał po prostu włożyć swoją maleńką cegiełkę w należne jej miejsce. Ważne, że coś zaczęło się dziać. Dlatego dał się ściągnąć tu, na to głębokie południe, gdzie setki moskitów przecinały nocne powietrze, a skwar nawet w środku nocy nieźle dawał się we znaki.

Pocieszał go tylko fakt, że Południowe Miasto uchodziło za najspokojniejsze pośród Pięciu; teraz, głęboką nocą, gotów był nawet w to uwierzyć, choćby nawet tylko dla spokoju ducha.

Szedł równo wybrukowaną uliczką, gdzieś w dali szumiało morze, a wokół pięły się brudne, podniszczone budynki, zasłaniające całe niebo. Uliczka była wąska na tyle, że bez trudu minęłyby się tutaj dwa konie z jeźdźcami na grzbiecie, jednak dwa wozy miałyby już ogromny problem. Od ścian budynków odpadały wielkie płaty tynku, dawno już nie naprawianego, a ustawicznie niszczonego przez wilgoć i sól morską, niektóre okiennice powypadały z zawiasów, inne były zabite na głucho. Jak każde miasto, kiedy odpływają z niego pieniądze, Voulth z wolna niszczało.

Pomimo późnej pory jednak udało mu się spotkać paru przechodniów, idąc tą szeroką miejską uliczką; co prawda miasto nie zasypiało nigdy, ale nocne marki raczej przebywały wewnątrz pubów, niż włóczyły się po ulicach. Jeśli ktoś musiał wyjść tą nocną porą, schodził z drogi tym, co szli w przeciwnym kierunku i spuszczał wzrok, by nie wywoływać awantury. Ghork szedł więc naprzód, nie niepokojony przez nikogo i w końcu dotarł do celu swej wędrówki.

Domek, ku któremu zmierzał, wyglądał jak karzełek wśród wielopiętrowych budynków, nie miał nawet piętra, przykrywał go płaski dach z kilku warstw słomy wiązanej czerwonym błotem. Ghork uważnie rozejrzał się dookoła, ale wszystko wskazywało na to, że trafił pod właściwy adres. Ci, którzy zamierzali współpracować z nim dla Shaka, musieli być bardzo niezwykłymi ludźmi, skoro za wszelką cenę starali się nie rzucać w oczy. Dopiero po chwili jego oko, dobrze obznajomione z techniką wojenną, ujrzało niewątpliwe walory obronne tej budowli. Dachem łatwo było umknąć niezauważonym, a murowany budynek z polnych kamieni dawał wystarczająco dużo czasu, by uczynić to niepostrzeżenie.

Ghork spojrzał w górę, prosząc o duchowe wsparcie swojego boga, chociaż w sumie to nie miał nawet pojęcia, czy w jakiegoś wierzy, a następnie zdecydowanie zapukał rękojeścią swojego miecza do ciężkich, kutych krystalą drzwi z jasnoczarnego drewna, które strzegły jedynego otworu w tej ścianie budynku.

Drzwi natychmiast uchyliły się lekko, jakby ktoś czekał za nimi na niespodziewanego przybysza. Zza nich najpierw wyjrzała niewielka świeca, wystawiona w tak przemyślny sposób, by oświetlić dokładnie twarz przybysza, a dzierżącego ją pozostawić w cieniu. Nawet jeśli pułkownik był zdumiony takim traktowaniem jego osoby, nie zdążyć okazać tego po sobie, bo już w następnym momencie tajemniczy gospodarz wpuścił go do środka, gdzie było już jasno jak w dzień.

Ghork zmrużył oczy, przyzwyczajając się do światła.

— Pułkownik Ghork — stwierdził mężczyzna, który otworzył mu drzwi. — Czekaliśmy na was, panie, jeno was brakowało.

Czekali na niego?

Ghork był mocno zdziwiony. Nie mogli wiedzieć, że już opuścił stolicę, a jego przyjazd powinien pozostawać w głębokiej tajemnicy. Istniała oczywiście możliwość, że Shak kontaktował się z sojusznikami jeszcze innym kanałem, ale podejrzewał, że po prostu ci, co przyjęli jego konia na przechowanie, byli w jakimś stopniu wtajemniczeni w sprawę i najzwyczajniej w świecie dali znać tu obecnym, że już przybył. Trzeba było przyjąć najprostsze rozwiązanie, a wszystkie części układanki same się ułożą.

Pułkownik ciekawie przyjrzał się swemu rozmówcy. Nie wyglądał on nadzwyczajnie — był niewysokim, siwowłosym mężczyzną o nie rzucającej się w oczy sylwetce, zapewne w średnim wieku, obdarzonym krótkim, z całą pewnością nie raz przetrąconym w jakiejś potyczce, barowej lub innej, nosem. Z jego wąskich, szarych oczu wyzierała szczerość i prostota, z całą pewnością to nie on pociągał tutaj za sznurki. Jego znoszone ubranie, składające się ze starego kaftana i wytartych spodni, wskazywało raczej na sługę jakiegoś rodzaju.

— Stolicę wiele dni drogi od Pięciomiasta dzieli. — zauważył chłodno. — Znacie mnie, ja was ciągle nie poznałem. Honor wymaga, byście się chociaż przedstawili. Chyba, że w tym pirackim mieście honor to tylko słowa. I zdrożon drogą jestem, dalibyście jakiej strawy i napitku mocniejszego, winem jakowym nie pogardzę, choć pewnie trudno tu o takie…

— Zwą mnie Hargor, panie… — powiedział starszy mężczyzna z wyraźnym ociąganiem, spoglądając jastrzębim wzrokiem na stojącego przed nim. — I tak, panie; mamy wino, nawet sporo…

Ghork w duchu zacierał ręce. Znany był nie tylko w Straży Brzegów z powodu swojego umiłowania do mocniejszych trunków… I czasem to przyzwyczajenie kosztowało go niemało, ale wciąż trwał na swoim stanowisku, miał bowiem kilka pożytecznych cech, pożytecznych dla Shaka naturalnie.

Poza tym, zawsze potrzebny był jakiś człowiek do pośredniczenia w różnych mniej lub bardziej śmierdzących interesach, które prowadzili wszyscy władcy, obdarzony na dodatek silną motywacją do zachowania dyskrecji.

— Przejdźcie do salonu, proszę. — Hargor wskazał na otwarte drzwi do pokoju, z którego sączyło się intensywne światło, zalewające sień.

Ghork postąpił parę kroków w stronę otwartych drzwi, lecz w pół kroku zatrzymał go głos, którego najmniej spodziewałby się w tym miejscu, głos, który znał aż za dobrze, głos, który czasem prześladował go w sennych koszmarach, głos, którego nie dane mu było słyszeć od tak dawna…

— Nie spieszcie się, Hargorze — rzekł ów głos z siłą huraganu — Nasz drogi gość, zanim wypije, nowinami się z nami podzielić musi. W końcu w tym celu do nas przybył. Czas, by poznał tych, z którymi złączył go los. Wina dostanie później.

Ghork nie potrzebował wiele czasu, by rozpoznać właściciela owego głosu. Słyszał go wielokrotnie przy wielu różnych okazjach, bardzo dawno temu, ale pomimo czasu, który minął, rozpoznałby go wszędzie. Wrył się mu głęboko w pamięć, wywołując wspomnienia gorsze niż spotkanie z samym Sedsyrem.

Zadziałał instynktownie, rzucając się na drzwi wejściowe, które na jego nieszczęście były już solidnie zaryglowane. Zderzywszy się z nimi, zrozumiał całą grozę swego położenia i odwrócił się w stronę nadchodzącego, wspierając się z całej siły plecami o nierówne deski drzwi. Niezdarnie próbował sięgnąć po miecz, ale rozpacz jego wzrosła jeszcze bardziej, gdy czarna krystal jego klingi błysnęła gdzieś w połowie drogi pomiędzy nim, a nadchodzącym nieszczęściem. Pułkownik za tchórza się nie uważał, ale teraz bał się, jak nigdy w życiu. I wiedział, że akurat tego strachu wstydzić się nie musiał.

Wąski korytarz stał się nagle ciasny i mroczny, kiedy wielka postać wypełniła przejście do komnaty od powały aż po próg. Tą postacią był general-admirał Rohkod, książę Rahimar Gudhrok, który stanął tuż przed Ghorkiem, wziąwszy się pod boki. Gudhrok liczył sobie zapewne ponad dwa metry dwadzieścia centymetrów wzrostu i ważył pewnie ze sto pięćdziesiąt kilogramów. Jego oczy gorzały niezwykłym, szaro-zielonym blaskiem, zaś twarz okalały bujne, czerwone loki, takiegoż koloru równo zaczesane wąsy i spleciona w wąskie warkocze broda. Nie wyglądał na człowieka, który często się uśmiecha, a twarz jego zdobiły znamiona licznych okrucieństw, których był świadkiem. Pochodzący z Vaksos książę, dziedzic tronu jednej z pomniejszych wysp leżących u wybrzeży tego państwa, wdał się swego czasu w poważny konflikt ze swoim suwerenem, księciem Giuadarem, który doprowadził do jego wygnania i zainstalowania się na Rohkod.

Żądza zemsty, którą emanował, czyniła go właściwą bronią dla Shaka w walce z Giuadarem i zapewne mąciła jego zdolność do trzeźwej oceny sytuacji — ale tym akurat sławny pirat, bo taką przede wszystkim sławą cieszył się czerwonoskóry olbrzym, raczej się nie przejmował.

Choć Ghork rozglądał się dookoła z pozorną determinacją, z jego szeroko rozwartych oczu biła już rezygnacja. Przed nim stał pirat, rozbójnik. A on nie tak dawno zniszczył jego armadę na Zatoce Beheliam, gdzie tysiące ludzi spoczęło na dnie oceanu. Zawsze sądził, że kiedyś przyjdzie mu odpowiedzieć za ten czyn — ale nie sądził, by stało się to tak szybko! Nagle poczuł wściekłość, wściekłość ukierunkowaną na niego samego — w końcu sam, z pełną naiwnością, wpakował się w te tarapaty.

— O tak, pułkowniku. — Rahimar zdawał się czytać w jego myślach. — Pałam żądzą zemsty. To pragnienie mnie pożera. Ale nie wy obawiać się tej żądzy musicie, jeno ci, co wyroki wydają. Zatoka Beheliam pozostanie w mej pamięci na zawsze i kiedyś winny odpowie za swe czyny. Gdy nadejdzie pora. Lecz teraz inne sprawy zdają się być bardziej naglące. — wyrzekłszy te słowa, general-admirał odwrócił się i wkroczył do izby, a za nim jak cień podążył Hargor.

— Książę, ja… — Ghork głośno przełykał ślinę.

Chciał coś powiedzieć, lecz zrezygnował.

Wziął się w garść i przekroczył prób izby.

Zastanawiał się, czy wieści, które niesie, będą miały dla Gudhroka jakieś znaczenie; zaczynało kiełkować w nim przekonanie, że nie są one dla barczystego pirata żadną nowością. Jedna tylko rzecz nie dawała mu spokoju: jaka jest jego rola w całej tej szaradzie? Może był ceną, jaką miał zapłacić Shak za skaptowanie Rahimara Gudhroka? W zapewnienie o bezpieczeństwie jakoś trudno było mu uwierzyć. Naprawdę miał nadzieję, że wszystko niedługo zacznie się rozjaśniać.

— Książę, zdaje się, że Ludy Pustyni wystąpiły do spółki z Giuadarem. — rzekł, wreszcie ściągając na siebie uwagę rosłego pirata. — Donoszą nam, iż atakują wioski u wrót Pustyń. Palą zagrody, biorą dobytek i ludzi, bądź rozszarpanych pozostawiają w zgliszczach.

Gudhrok rzeczywiście na moment przystanął. Rozumiał tok myślenia pułkownika. Zbieżność tych wystąpień z planami Giuadara była co najmniej zastanawiająca.

Ludy Pustyni, jak nazywano pół sępie, pół ludzkie hybrydy zamieszkujące bezwodne skraje kontynentu na południu i zachodzie, wywoływały zrozumiałą niechęć u przedstawicieli gatunku ludzkiego. Zdarzało się, oczywiście, że ktoś kiedyś widział Sępa, nawet czasem udało się któremuś śmiałkowi wejść na pustynię i wrócić, by o tym opowiedzieć; ale nie zdarzyło się dotąd nigdy w całej znanej historii Nionis, by Ludy Pustyni zwróciły się w tak otwarty sposób przeciw swoim, bądź co bądź, sąsiadom.

Topografia Nionis oczywiście nie była pochodzenia naturalnego. Dawno temu, zamierzchłej przeszłości liczonej w tysiącach lat, resztka ludów zniszczonych długoletnimi wojnami z nieludzkimi najeźdźcami, ruszyła na północny wschód, by umknąć prześladowcom; za nimi Magowie, zwani Czarmistrzami, wznieśli potężne magiczne zapory i poprzysięgli po wieczność bronić ludzi, którzy zawierzyli im swoje życie i zdrowie. Oprócz zapór wydarto więc z trzewi planety niewyobrażalnie wielkie góry, stojące na straży przejść na południe i zachód, a u ich podnóży rozpostarto gigantyczne, zdradliwe pustynie, które same w sobie mogły stanowić zaporę nie do przebycia. Ocean Zachodni zaś usiany został w południowej swojej części polami nieprzebytych raf, z którymi żaden okręt nigdy nie byłby w stanie sobie poradzić.

Oczywiście, tak potężne czary kosztowały. Ceną były setki istnień wśród samych Czarmistrzów oraz takie zubożenie magii, że narodziny kolejnego Maga graniczyły z cudem. Było już ich tak niewielu, że opowiadano o nich legendy, a większość ludzi przez całe swoje życie nie poznała żadnego.

Pozbawiona magii ludność funkcjonowała więc dalej, wolna od zagrożenia wewnętrznego. Szybko uformowały się cztery kraje, Voulth i Houpton na południu, Tvalth na północy i Vaksos, wielka wyspa na północnym zachodzie. Dwa lądowe państwa oddzielały nieprzebyte góry, które, jak szeptano, również nie były pochodzenia naturalnego. Zresztą, któż mógłby zaręczyć, że cokolwiek w Nionis nie było dziełem magii? Teraz jednak pozostało już jej bardzo niewiele w narodzie zamieszkującym te ziemie.

Trzeba było radzić sobie bez niej.

Z biegiem stuleci szło im zresztą coraz sprawniej. Budowa narodów postępowała coraz szybciej, w miarę jak upływał czas. Stawiano domy, potem całe miasta, w końcu powstały wielkie metropolie na południu i północy, Voulth i Tvalth, liczące miliony mieszkańców oraz liczne mniejsze osady, wsie i miasta, pokrywające w miarę regularną siatką całe Nionis.

Taki stan rzeczy trwał mniej więcej do początku piątego tysiąclecia od samego początku istnienia rachuby Nionis, czyli od założenia Domu Mędrców, pierwszej osady w nowym świecie. W roku 4117 nastąpiła fundamentalna zmiana; pierwszy krok na drodze do utworzenia uniwersalnego państwa w Nionis. Był to cel działania wielu Shaków przedtem i z cała pewnością będzie i później.

Przez Góry Tavald przetoczyła się wówczas milionowa armia Tvalthu; przetrwało podróż może trzy czwarte, ale i to wystarczyło. Pomimo genialnych akcji obronnych ówczesnego zarządcy miasta, general-admirała Francisa Arabona, wspaniała, świetnie prosperująca metropolia, organizujące i skupiające wielką część handlu morskiego emporium upadło, a po pięciuset latach było ledwie cieniem samego siebie z czasów największej świetności.

— Ludy Pustyni. — powoli, jakby z namaszczeniem powtórzył Rahimar. — Z jakiego źródła wiadomość ta pochodzi? Wszak Arianega nie jest z Shakiem w najlepszych stosunkach. Prawda li to, pułkowniku? Czy może dodatkowy impuls, by mnie do udziału w tej awanturze przekonać? — pirat chmurnie spojrzał na starego, rosłego gwardzistę w zielonym kaftanie.

— Prawda to, książę. — cicho odrzekł Ghork. — Aż tak wątpicie w moje słowa?

— Mam tutaj trzydzieści sześć tysięcy shakowych gwardzistów, pod moją komendą. — powiedział Gudhrok, ściszając głos, by dotarł on tylko do Ghorka. — Nie ma więc powodu, by wątpić w twoje słowa, jeno ja nie wiem, czy wierzyć mogę Gvavalathowi. — wyrzekł zupełnie szczerze. — Pójdźmy do stołu, a ty, Eanie — zwrócił się do Hargora. — Wina owego z piwnicy przynieś, co nasz gospodarz na specjalne trzyma okazje.

— Mam też ze trzy dziesiątki vargów z załogą, w porcie tutejszym stojących, pod banderą Tvalthu. Wszyscy oni w gotowości, by wyruszyć na pomoc Dormoth. Wierzcie mi, pułkowniku, nie kwestia wiary to, jeno drobna komplikacja w planach naszych; trzeba wszystkie te sprawy rozważyć i na obu frontach przeciwdziałać. By gwardzistów do Dormoth dostarczyć, ledwie dwunastu vargów trzeba; trzynastym mój flagowy będzie, Ptak Oceanu. Takiż plan opracowaliśmy do tej pory. Teraz trzeba będzie pomyśleć, jak go nieco zmodyfikować. Ot, wszystko. — surowe rysy Gudhroka niemal niedostrzegalnie ściągnęły się na myśl o vargach; wciąż palącym wspomnieniem był pogrom w Beheliam.

Ghork nie wyrzekł ani słowa, lecz jego myśli również błądziły wokół tamtego wydarzenia.

Chcieli, czy nie, na zawsze byli połączeni tą jedną bitwą, w której stali po przeciwnych stronach barykady. Ghork miał absolutną świadomość, że krew tych wszystkich, którzy wówczas polegli, na zawsze plamić będzie jego ręce; dla Rahimara oznaczało to kres wszelkich marzeń o niepodległym, wyspiarskim księstwie, które budował z ogromnym poświęceniem przez lat piętnaście.

Głos rozsądku mówił pułkownikowi, że przecież tylko wykonywał rozkazy Shaka, nadal jednak czuł się winny. Nawet świadomość, że Gudhrok nie wini jego, pogłębiała tylko ten stan, a właściwie nieco nawet poniżała; w końcu wyraźnie świadczyło to o umniejszaniu jego roli i pozycji.

— Eanie, wino. — delikatnie przypomniał Rahimar.

Hargor drgnął, jakby obudzony z głębokiego snu. Również i na jego duszy wydarzenia te odcisnęły się głęboką szramą. Wierny sługa Gudhroka bez najmniejszego sprzeciwu podążył z powrotem do sieni, skąd widać można było zejść do piwnicy. Mimo iż ton głosu był spokojny, Ghork natychmiast wyczuł w nim siłę i autorytet. Wielkiemu piratowi nie sprzeciwiał się nikt. Nikt, kto chciał ujść z życiem.

W izbicy stał stół, zbudowany z czarnego drewna, bodaj jedyny sprzęt w całym tym pomieszczeniu. Zgromadzeni przy nim ludzie różnili się na wszelkie możliwe sposoby. Strojem, rysami twarzy, płcią — słowem, zebrani tutaj byli tak różni, jak tylko mogło być to możliwe. Rahimar pochylił się nad blatem stołu, oparł na nim swoje ciężkie ramiona.

— Więc posłuchajmy, co ma nasz gość do powiedzenia. — zachęcił, spoglądając bokiem na pułkownika.

Usiadł, wciąż opierając ręce na blacie stołu.

— Jego wysokość poselstwo wysłał do Najwyższego Mędrca Arianegi. Zda się, iż dwa dni temu winno było dotrzeć do Domu Mędrców. Shak pewien był współpracy Mędrców, jemu się bowiem nie odmawia. — głos pułkownika znamionował absolutną pewność siebie; nie odmawia, bowiem Gvavalath znany był ze swego okrucieństwa. — Pomoc ich wszakże cenna jest niezwykle, bowiem Ludy Pustyni wyszły ze swych siedzib i wioski przy-pustynne atakować poczęły. Sądzę, że Arianega wraz z pozostałymi zagrożenie to usunąć mogą. — Ghork oblizał spierzchnięte wargi. Właśnie skończyły się jego pokłady śmiałości.

— Azaliż są w stanie to uczynić? — powątpiewał któryś z zebranych, starszy mężczyzna z czarną brodą, przetykaną pasmami siwizny.

— Miejmy nadzieję, panie. — Ghork skłonił głowę. — Odważni to ludzie. A bez nich żadnej obrony przeciw Sępom nie mamy.

— Tak, Arianega za odważnego i rozsądnego człowieka uchodzi. — zgodził się z nim siwobrody mężczyzna.

Ghork w końcu poznał, że mężczyzną tym był Thomar Denthor, Wysoki Hrabia Arstanu, jednej z północnych dzielnic Tvalthu, a do niedawna pełniący też obowiązki szeryfa Voulthu. Młody chłopak, siedzący po jego lewej stronie musiał być jego przybranym synem albo sługą. O ile Ghork się nie mylił, jedynym dzieckiem Lorda była córka, której imienia dotąd nie poznał.

Rozpoznał za to bez trudu innego młodego człowieka, siedzącego w pobliżu Rahimara. Był to wysoki, szczupły blondyn, odziany w marynarski strój z insygniami dowódcy vargu. Oczywiście musiał to być kapitan Ian Orsen, którego dawno temu Gudhrok wziął na wychowanie i uczynił swoim przybocznym.

Jego oczy zauważyły też kobietę, siedzącą na krześle ustawionym naprzeciwko niego. Była to Lailana, córka szeryfa Voulth, z którym Ghork dawno temu się przyjaźnił. Obok musiał siedzieć jej mąż, Hrabia Rastanu, mężczyzna rosły, o przenikliwym spojrzeniu i krótko przyciętej, jasnobrązowej bródce. Pułkownik najbaczniejszą uwagę zwracał jednak na Iana Orsena, którego ostre spojrzenie ciągle go prześladowało. Orsen był jednym z niewielu kapitanów, którzy uniknęli pogromu pod Beheliam.

Pozostałych pięciu mężczyzn, zasiadających przy stole, Ghork nie miał szczęścia poznać, ale rysy ich twarzy, lekko skośne oczy, blada cera i szeroko rozstawione kości policzkowe bezsprzecznie wskazywały na to, że pochodzą z dalekiej północy.

— To Ares, pierwszy Lord Dormoth, syn jego Irell oraz Lordowie Ingen, Olar oraz Antar. Ich wysokości przybyciem swym naszą naradę zaszczyciły. — Gudhrok bezbłędnie wychwycił zdziwione spojrzenie pułkownika. — Resztę, jak sądzę, znasz, panie. Pułkownik Ghork, ostatni z oczekiwanych gości. — dodał, zwracając się do pozostałych, a potem ponownie spojrzał na przybysza: — Czy Shak wolną dał nam rękę? –zapytał.

— Tak, jaśnie książę. To jest wiadomość najważniejsza. Shak inicjatywę oddał wam, a mnie nakazał wam wszędzie towarzyszyć. — rzekł żywo Ghork.

Rahimar powiódł wzrokiem po twarzach zebranych.

— Więc, panowie? Dormoth?

Ares skinął głową, splatając ręce na piersiach.

— Jeżeli odbić nasze miasto mamy, musicie wiedzieć, że zabezpieczenia nasze dosyć wyjątkowe są. — powiedział. — Niechętnie sekrety nasze innym powierzamy, ale zdaje się, wyjścia innego nam nie dano. Zwłaszcza, że Giuadar już je zająć zdołał. — spojrzał na pozostałych Lordów Dormoth. Każdy skinął głową. — Miasta strzeże mur podwójny, z cegieł ołowiem łączonych. Od strony morza podwodne zapory portu chronią, otwierane i zamykane wedle potrzeby. Garnizon osiem tysięcy ludzi stanowi, ale ile ich zostało, czy też Giuadar zwiększył, zmniejszył ich liczbę — nic nam nie wiadomo. Wewnętrzny port zaś trzy razy po dziesięć setek zbrojnych gwardzistów chroni, w zewnętrznym dwa razy tyle stacjonowało. — rzekł ze spuszczoną głową.

Ghork rozumiał jego dylemat — przez wieki Dormoth uchodziło za niezdobyte, a teraz Giuadar zajął je bez zauważalnego wysiłku. Mimo wszystkich tych zabezpieczeń. Musiało to oddziaływać na jego mieszkańców minorowo.

— Czyli nic, czego siła większa nie zmoże? — wtrącił Orsen.

— Zbyt to pochopne stwierdzenie, młodzieńcze. — okolone zmarszczkami oczy Aresa dosięgły młodego kapitana. — Okrętu nie znam, co zapory z krystali sforsuje, a murów również krystalą zbrojonych nijaki oręż nie zmoże. Niejedni próbowali, a odeszli bez łupów.

— Vaksosianie jakoś problemów nie napotkali. — zauważył Deilan, przybrany syn Denthora. Oczy Ghorka rozszerzyły się ze zdumienia. Ile lat ma ten młokos, a już się odzywa w takim towarzystwie? I co tu właściwie robi?

— Vaksosianie czarami się parają! — wybuchnął Ares. — Ludzi mych podstępem do otwarcia wrót przekonali. Nie wiele zdziałać podówczas mogli. Powiadają… — zniżył głos do szeptu. — Iż Lodowy Pan, Eylayen, sojusz jakowy z Giuadarem zawarł. Inaczej nijak by tego dokonać nie mogli. Ledwieśmy umknęli, kiedy wdarli się do miasta, a nijakiego sprzętu oblężniczego nie mieli, ani rannych, ani zabitych nie widzieliśmy. Cóż innego, jak magia, zdoła to wyjaśnić? — powiódł wzrokiem dookoła.

— To poważniejsza sprawa. — wyjąkał Ghork. — Jeżeli z Mistrzem Magii potykać się nam będzie… Któż ma moc, by stawić mu czoła?

Gudhrok pokiwał głową. Ta rewelacja podziałała na wszystkich jak terapia szokowa; ale nikt nie próbował nawet powątpiewać w słowa starego Lorda. Mistrzowie Magii dawno temu wycofali się z życia Nionis, strzegli tylko bezpieczeństwa krainy z oddali, nie ingerując w przebieg wypadków. Co mogłoby sprawić, żeby jeden z nich, potencjalnie największy ze znanych, włączył się nagle do wojny po którejś ze stron?

Odezwał się Olar.

— Stawki wzrosły, mości panowie i panie. — rzekł. — Cóż zatem zrobimy, zbrojni w tę wiedzę? Przecież po to się tu zebraliśmy. Mieliśmy radzić, jak wspólnych wrogów pokonać, czyż nie tak?

— Długo czekaliście z wyjawieniem tej informacji. — z ociąganiem powiedział Rahimar.

— Nam samym ciężko się do tego przyznać. — wyjaśnił Olar, patrząc na Aresa. — Lecz trzymanie tej wiedzy w sekrecie nijak sukcesu nie przybliży. — wzruszył ramionami. — Nawet jeśli nie uwierzycie, cóż, niewiele to i tak zmieni, prawda?

Trzeba było przyznać mu rację. Samo wspomnienie imienia Czarnoksiężnika budziło grozę; nie było chyba człowieka w Nionis, który by o nim nie słyszał. Matki straszyły nim niegrzeczne dzieci w kołyskach, stawiano go czasem za wzór samego Sedsyra, boga zła i oszustwa. Wierzono, ze ci nieliczni ludzie, zwani Czarmistrzami albo Magami, są w stanie samą myślą przenosić góry, zmieniać biegi rzek i wpływać na pogodę. Naginać prawa przyrody do własnych celów.

Nie spodziewali się, by któryś z nich miał wystąpić przeciw nim. Zdawało się, że z góry stawia to ich na przegranej pozycji, choć nikt nie chciał się do tego przyznać.

— Eylayen! — rzekł z odrazą w głosie Denthor, najbardziej doświadczony z całego zgromadzenia, jeden z nielicznych, którzy jakiś tam talent magiczny posiadali. — Ale jakiż interes mieć może we współpracy z Vaksos Lodowy Pan? Hmmm… — zamyślił się. — Bardzo to zmienia postać rzeczy. Zdaje się, ze wszystkie siły tego świata sprzysięgają się przeciw nam. Stawki wzrosły, istotnie, bracie Olar. Wysoko…

— To nie jest tak, żeśmy trzymali tę wiedzę w sekrecie, mości panowie. — wtrącił Irell, zabierając głos po raz pierwszy od pojawienia się Ghorka. — Lecz wieść nam samym zdawała się tak niedorzeczna, żeśmy woleli ją dla nas samych zatrzymać. W końcu Czarmistrzowie od setek wiosen nie mieszają się w sprawy ludzi…

— Nikt wam nie zadaje kłamu, młody Lordzie. — rozległ się głęboki głos Rahimara. — Lecz rozważyć musimy w tej chwili, jakie kroki uczynić teraz należy. Pani Wróżko. — zwrócił się do Lailany.

Ghork momentalnie zorientował się, że jeszcze ktoś, poza Denthorem, w tym gronie ma jakieś doświadczenia z magią.

Skinęła głową.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 58.47