E-book
23.63
drukowana A5
125.03
Umbra Europae

Bezpłatny fragment - Umbra Europae


Objętość:
908 str.
ISBN:
978-83-8455-528-6
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 125.03

ROZDZIAŁ 127

Noc zapadła powoli.


Czeladź ucichła znacznie szybciej niż Kraków.


Tutaj po zmroku nie było już niemal nic — pojedyncze światła w oknach, odległe szczekanie psa, czasem stukot czyichś kroków na bruku. Reszta miasta pogrążała się w ciszy i chłodzie.


Powóz stał ukryty między zabudowaniami niedaleko jednej z bocznych ulic.


Kowal spał już owinięty grubym kocem, chrapiąc cicho gdzieś z przodu wozu.


Majewski również próbował odpocząć, choć co jakiś czas budził się odruchowo i sprawdzał okolicę.


Tylko Alojzy nadal nie spał.


Siedział z boku powozu, przy niewielkiej lampie naftowej, pochylony nad notatkami tak długo, że litery zaczynały mu się rozmywać przed oczami.


Kartki były już pełne dopisków.


Strzałek. Podkreśleń. Marginalnych uwag.


Symbole mieszały się z nazwami miejsc, łaciną i starymi polskimi określeniami.


Claire obserwowała go spod koca przez dłuższą chwilę.


W końcu westchnęła ciężko i zeszła z wozu.


Podeszła bliżej.


Alojzy nawet tego nie zauważył.


Dopiero kiedy usiadła obok niego na skrzyni, podniósł wzrok.


— Powinieneś odpocząć.


Alojzy od razu pokręcił głową.


— Nie mogę.


Claire spojrzała na notatki.


— Siedzisz nad tym od godzin.


— Wiem.


— I nic z tego nie rozumiesz.


To zabolało bardziej, niż powinno.


Bo była to prawda.


Alojzy przetarł oczy zmęczonym ruchem.


— Musi tu coś być.


Claire przyjrzała mu się uważnie.


— A jeśli nie?


Alojzy spojrzał na nią niemal oburzony.


— Codex zawsze prowadzi dalej.


— A jeśli pierwszy raz nie prowadzi?


Zapadła cisza.


Lampka naftowa trzaskała cicho.


Alojzy wrócił wzrokiem do notatek.


Nie chciał odpuścić.


Nie potrafił.


Claire po chwili oparła głowę o bok powozu i po prostu siedziała obok niego w milczeniu.


Alojzy przewracał kolejne strony.


Święty Stanisław. Czeladź. Służba. Symbole z Wieliczki.


Czytał wszystko jeszcze raz.


I jeszcze raz.


W końcu zaczął mamrotać pod nosem pojedyncze słowa.


— Dwór… służba… granica… ogień…


Claire spojrzała na niego spod półprzymkniętych powiek.


— Alojzy…


Nie odpowiedział.


Coś zaczynało mu przeszkadzać.


Jakiś szczegół.


Mały. Niemal niewidoczny.


Wrócił do jednego z symboli przepisanych pod kościołem.


Potem do wcześniejszych notatek.


I nagle zamarł.


Claire od razu to zauważyła.


— Co?


Alojzy nie odpowiedział od razu.


Przesunął palcem po jednym z zapisów.


Potem po kolejnym.


Serce zaczęło bić mu szybciej.


— Nie…


Claire wyprostowała się natychmiast.


— Co się stało?


Alojzy spojrzał na nią powoli.


I pierwszy raz od wielu godzin w jego oczach pojawiło się coś więcej niż zmęczenie.

Zrozumienie.


— To nie jest Czeladź.


Claire zmarszczyła brwi.


— Co?


Alojzy przewrócił notes w jej stronę.


— Popełniliśmy błąd.


Palcem wskazał jeden z symboli.


— To nie oznaczało miejsca docelowego.


Claire nadal nie rozumiała.


— To co oznaczało?


Alojzy wstał gwałtownie.


Tak gwałtownie, że aż lampka zadrżała.


— Kierunek.


Spojrzał gdzieś w noc.


Jakby nagle zobaczył całą układankę z góry.


— Czeladź miała nas tylko naprowadzić.


Claire powoli podniosła się również.


— To dokąd naprawdę prowadzi trop?


Alojzy spojrzał na nią.


I wypowiedział jedno słowo:


— Będzin.

ROZDZIAŁ 128

Po słowie „Będzin” długo jeszcze nikt się nie odezwał.


Noc wydawała się nagle cięższa niż wcześniej, a cisza wokół powozu zaczęła przypominać bardziej oczekiwanie niż spokój.


Claire siedziała naprzeciwko Alojzego na skrzyni przykrytej kocem i wpatrywała się w jego notatki, próbując samodzielnie dostrzec to, co on zobaczył przed chwilą.


— Jesteś pewien? — spytała w końcu cicho.


Alojzy skinął głową.


— Tak.


Potarł zmęczone oczy.


— Czeladź była tylko częścią wskazówki. Punktem pośrednim.


Wskazał kilka symboli.


— Te ciągi nie opisują miejsca. Opisują drogę.


Claire przyglądała mu się uważnie.


— I naprawdę dopiero teraz to zauważyłeś?


Alojzy uśmiechnął się blado.


— Mój ojciec zawsze mówił, że największy problem z księgami polega na tym, że człowiek widzi w nich to, czego oczekuje.


Claire oparła łokcie o kolana.


— Twój ojciec mówił wiele dziwnych rzeczy.


Alojzy parsknął cicho śmiechem.


— To akurat prawda.


Przez chwilę siedzieli w milczeniu.


Księżyc wisiał wysoko nad miastem, a chłodne światło odbijało się od mokrych dachów Czeladzi.


Claire odezwała się znowu:


— Naprawdę ciągle się przemieszczaliście?


Alojzy skinął powoli głową.


— Bardzo często.


Spojrzał gdzieś przed siebie.


Daleko.


Jakby próbował zobaczyć dawne obrazy.


— Ojciec nigdy nie potrafił usiedzieć długo w jednym miejscu. Najpierw mówił, że szuka pracy. Potem ksiąg. Potem śladów.


Uśmiechnął się gorzko.


— W końcu już sam nie wiedziałem, czego właściwie szuka.


Claire słuchała uważnie.


— Gdzie mieszkaliście najdłużej?


Alojzy zastanowił się chwilę.


— Chyba właśnie w Holandii.


Claire spojrzała na niego zaciekawiona.


— Czyli naprawdę ją lubiłeś?


— Tak.


Odpowiedział to bez zawahania.


— Była spokojna. Miałem tam pierwszy raz wrażenie, że życie może wyglądać normalnie.


Przesunął dłonią po notesie.


— Ojciec nadal zajmował się swoimi obsesjami, ale… tam przynajmniej nie musieliśmy ciągle uciekać.


Claire uśmiechnęła się lekko.


— Czyli trochę byłeś Holendrem.


Alojzy wzruszył ramionami.


— Chyba bardziej niż kimkolwiek innym.


Zapadła cisza.


Claire spojrzała na niego uważniej.


— A mimo wszystko wróciłeś tutaj.


Alojzy chciał odpowiedzieć.


Ale wtedy usłyszeli kroki.


Wszyscy momentalnie się napięli.


Majewski poderwał się natychmiast z koca. Kowal również usiadł gwałtownie, chwytając za pistolet.


Sylwetka wyłoniła się z ciemności powoli.


Długi płaszcz. Siwa broda. Okulary.


Ojciec Alojzego.


— Oho — mruknął Kowal. — Duchy jednak istnieją.


Starszy mężczyzna podszedł bliżej szybkim, nerwowym krokiem.


Tym razem jednak nie wyglądał na rozmodlonego szaleńca.


Wyglądał na przestraszonego.


— Oni tu są — powiedział od razu.


Alojzy momentalnie wstał.


— Kto?


Ojciec spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami.


— Niemcy. Dużo Niemców.


Majewski spoważniał natychmiast.


— Gdzie?


— Wjeżdżają do miasta. Od strony głównej drogi.


Oddychał ciężko.


— Blokują ulice. Rozstawiają ludzi.


Kowal zaklął pod nosem.


Claire ścisnęła mocniej płaszcz.


Ojciec Alojzego wskazał gdzieś w ciemność.


— Oni nie pozwolą wam wyjechać z Czeladzi.


Zapadła ciężka cisza.


Alojzy poczuł lodowaty ucisk w żołądku.


Nie musiał nawet zgadywać.


Wiedział.


Spojrzał na Majewskiego.


— To Adler.


Jan skinął powoli głową.


Tak.


Oddziały Adlera właśnie zamykały im drogę ucieczki.


Ojciec Alojzego nie usiadł.


Krążył wokół powozu nerwowo, poprawiając okulary i rozglądając się co kilka sekund w stronę ulic prowadzących do centrum miasta, jakby spodziewał się, że Niemcy wyłonią się z ciemności w każdej chwili.


Majewski podszedł bliżej.


— Ilu ich było?


Starszy mężczyzna uniósł wzrok.


— Za dużo.


Odpowiedział to bez teatralności. Bez swojej zwyczajowej maniery.


I właśnie dlatego zabrzmiało to tak niepokojąco.


— Samochody — mówił dalej. — Ciężarówki. Motocykle. Żandarmi.


Potarł dłonią brodę.


— I oficerowie. Nie zwykli chłopcy z patrolu.


Alojzy poczuł, jak napięcie wraca całym ciężarem.


Ojciec mówił szybko, ale tym razem bardzo składnie.


Zbyt składnie.


— Rozstawiali ludzi przy głównych drogach. Widziałem mapy. Latarki. Listy nazwisk.


Spojrzał na syna.


— Oni są przygotowani.


Kowal przestał żartować całkowicie.


Majewski zmarszczył brwi.


— Szukają konkretnie was?


Ojciec skinął głową gwałtownie.


— Tak. Nie całego miasta. Was.


Claire przełknęła ślinę.


— Skąd mogą wiedzieć, że jesteśmy właśnie tutaj?


Alojzy odpowiedział pierwszy.


Cicho.


— Bo Adler zna sposób mojego myślenia.


Spojrzał na notatki leżące obok lampy.


— I pewnie sam rozpracował część symboli.


Ojciec Alojzego nagle podszedł bliżej.


— Jeden z nich miał twoje zdjęcie.


Zapadła cisza.


— Na pewno? — spytał Majewski.


— Widziałem.


Starszy mężczyzna wskazał na Alojzego.


— Pokazywali ludziom właśnie jego.


Kowal zaklął pod nosem.


Alojzy odwrócił wzrok.


Czyli to już nie było zwykłe poszukiwanie.


Adler zawężał krąg.


Ojciec mówił dalej:


— Oni nie wyglądali jak zwykły patrol. To nie było przypadkowe.


Spojrzał gdzieś w noc.


— Wyglądali… jakby wiedzieli, że coś tutaj znajdziecie.


Te słowa zawisły w powietrzu ciężko.


Bo dokładnie to było najbardziej przerażające.


Adler nie gonił już tylko ludzi.


Gonił odpowiedzi.


Majewski przeszedł kilka kroków obok powozu.


Myślał intensywnie.


— Jeśli obstawiają główne drogi… to rano możemy mieć problem z wyjazdem.


— Rano? — prychnął Kowal. — Ja już mam problem teraz.


Claire spojrzała na Alojzego.


— Co robimy?


Alojzy przez chwilę milczał.


Potem spojrzał gdzieś przed siebie i westchnął ciężko.


— Adler chyba naprawdę się wkurzył.


Kowal parsknął krótko.


— No wiesz. Wysadziliśmy mu sterowiec. Uciekliśmy z Krakowa. I ukradliśmy pół niemieckiej godności po drodze.


Claire uniosła lekko rękę.


— Technicznie sterowiec wysadziłam ja.


— Jeszcze gorzej — mruknął Majewski.


Ojciec Alojzego patrzył jednak zupełnie gdzie indziej.


Na ciemne ulice Czeladzi.


I odezwał się znacznie ciszej:


— On nie przyjechał tutaj tylko po was.


Alojzy spojrzał na niego uważnie.


— Co masz na myśli?


Starszy mężczyzna poprawił okulary drżącą dłonią.


— Ten człowiek… on czegoś się boi.


Po raz pierwszy od bardzo dawna Alojzy poczuł coś dziwnego.


Bo jeśli nawet Adler zaczynał się bać…


to znaczyło, że zbliżali się do czegoś znacznie większego, niż przypuszczali.

ROZDZIAŁ 129

Rozmowa urwała się gwałtownie, gdy gdzieś niedaleko rozległy się głosy.


Niemieckie.


Wszyscy zamarli niemal jednocześnie.


Kroki. Coraz bliżej.


Majewski zgasił lampę jednym szybkim ruchem, a cała okolica momentalnie pogrążyła się w półmroku rozświetlanym jedynie słabym światłem księżyca.


— Pod wóz — syknął.


Claire nie czekała ani sekundy.


Wślizgnęła się pod siano na tyle powozu razem z Alojzym, podczas gdy Kowal i Majewski rozeszli się w przeciwne strony uliczki, chowając się w cieniu między zabudowaniami.


Ojciec Alojzego… po prostu został.


Stał obok powozu jak człowiek kompletnie pozbawiony instynktu samozachowawczego.


Alojzy chciał go wciągnąć pod siano, ale było już za późno.


Trzech Niemców skręciło w ulicę.


Żandarm i dwóch żołnierzy Wehrmachtu.


Szli wolno. Uważnie. Z karabinami przewieszonymi przez ramiona.


Ich sylwetki przesuwały się między ciemnymi ścianami kamienic niczym cień samej wojny.


Claire leżała obok Alojzego tak blisko, że słyszał jej oddech.


Cichy. Napięty.


Siano pachniało kurzem i wilgocią.


Alojzy próbował oddychać jak najciszej.


Niemcy zatrzymali się niedaleko powozu.


— Mówię ci, oni nadal są gdzieś tutaj — mruknął jeden z nich po niemiecku.


Drugi splunął na bruk.


— Miasto jest za małe. Nie mogli zniknąć.


Żandarm spojrzał na mapę.


— Rozkazy są jasne. Blokujemy wyjazdy i przeczesujemy okolice kościoła.


Alojzy poczuł, jak serce bije mu mocniej.


Kościół.


A więc Adler rzeczywiście już tam dotarł.


Ojciec Alojzego stał nieruchomo kilka metrów dalej.


Jeden z żołnierzy spojrzał na niego podejrzliwie.


— Ty. Co tu robisz?


Starzec poprawił okulary.


— Czekam na głosy.


Zapadła chwila ciszy.


Claire zacisnęła dłonie na płaszczu, żeby nie wydać z siebie żadnego dźwięku.


Żołnierz westchnął zirytowany.


— Znowu jakiś wariat.


Ojciec skinął poważnie głową.


— Tak mówił też Poncjusz Piłat.


Drugi Wehrmachtowiec parsknął śmiechem.


— Dobra, zostaw go. Szkoda czasu.


Rozmawiali jeszcze chwilę o poszukiwaniach.


O zdjęciach. O blokadach. O tym, że rano mają wejść do kolejnych budynków.


Każde kolejne zdanie tylko potwierdzało jedno:


zagrożenie robiło się naprawdę poważne.


W końcu patrol ruszył dalej ulicą.


Kroki oddalały się powoli.


Dopiero kiedy całkowicie zniknęli za zakrętem, Claire wypuściła powietrze.


Alojzy wysunął się spod siana pierwszy.


Majewski i Kowal wrócili z ukrycia chwilę później.


Nikt przez moment się nie odzywał.


Alojzy spojrzał w stronę ciemnych ulic Czeladzi.


— I jak my się teraz mamy dostać do Będzina…?


Claire otrzepała płaszcz z siana i spojrzała na niego z niedowierzaniem.


— Najpierw zastanówmy się, jak wydostać się z tej ulicy.


Kowal prychnął cicho.


— Dziewczyna ma rację.


Majewski patrzył gdzieś przed siebie zamyślony.


I wtedy odezwał się ojciec Alojzego.


Cicho.


Nietypowo spokojnie.


— Jest pewna droga.


Wszyscy spojrzeli na niego jednocześnie.


Starzec poprawił okulary.


— Ale musicie znowu dostać się do kościoła.


Zapadła ciężka cisza.


Claire zmarszczyła brwi.


— Po tym wszystkim?


Ojciec skinął głową powoli.


— Pod kościołem są przejścia.


Alojzy poczuł, jak napięcie wraca natychmiast.


— Dokąd prowadzą?


Ojciec spojrzał na niego dziwnie.


Tak, jakby sam nie był pewien odpowiedzi.


— Dalej niż myślisz.


Majewski odwrócił się gwałtownie ku ulicy prowadzącej do centrum.


— Problem w tym, że teraz Niemcy na pewno obstawili już kościół.


I wszyscy wiedzieli, że miał rację.

ROZDZIAŁ 130

Nie ruszyli od razu.


Najpierw Majewski ostrożnie sprawdził ulicę, potem kolejną przecznicę, a dopiero gdy upewnił się, że najbliższy patrol oddalił się wystarczająco daleko, skinął ręką na resztę.


— Idziemy.


Powóz został.


Konie również.


Kowal poklepał jednego z nich po szyi.


— Mam nadzieję, że jeszcze wrócimy.


Claire poprawiła płaszcz i ruszyła za Alojzym.


Ojciec Mlenta prowadził ich pierwszy raz od początku tej podróży z absolutną pewnością siebie. Nie mamrotał już bez sensu pod nosem, nie wykrzykiwał łacińskich sentencji.


Szedł szybko.


Jak człowiek, który zna drogę.


Ulice Czeladzi wydawały się teraz zupełnie inne niż za dnia.


Znacznie ciaśniejsze. Groźniejsze.


Każdy cień wyglądał podejrzanie. Każdy odgłos sprawiał, że wszyscy momentalnie zamierali.


Alojzy szedł tuż obok ojca.


— Powiedz mi w końcu, o jakich tunelach mówisz.


Starszy mężczyzna poprawił okulary.


— Pod świątynią są przejścia.


— To już wiemy.


Ojciec spojrzał na niego.


— Ale wy nie rozumiecie jak stare są te tunele.


Minęli boczną uliczkę, chowając się za murem, gdy gdzieś niedaleko przejechał niemiecki motocykl.


Dopiero gdy dźwięk silnika ucichł, ojciec mówił dalej:


— Te przejścia istniały jeszcze zanim powstała większość miasta. Część prowadziła do magazynów. Część do dawnych schronień. A część…


Zawahał się.


— Do zamku.


Claire spojrzała na niego z niedowierzaniem.


— Zamku w Będzinie?


Starzec skinął głową.


— Tunele są stare. Podniszczone. Niektóre zawalone.


Spojrzał gdzieś w ciemność.


— Ale część nadal istnieje.


Alojzy poczuł dziwny chłód.


— Skąd ty to wszystko wiesz?


Ojciec uśmiechnął się lekko.


Niezdrowo lekko.


— Bo przez lata ich szukałem.


Majewski odwrócił się przez ramię.


— Niemcy wiedzą o tych tunelach?


Ojciec pokręcił głową.


— Nie.


I tym razem w jego głosie zabrzmiała absolutna pewność.


— Niemcy nie mają pojęcia.


Przemieszczali się dalej bocznymi ulicami.


Czasem niemal przyklejeni do ścian budynków.


Czasem przebiegając przez otwarte fragmenty drogi.


Wojna nauczyła ich poruszać się inaczej. Ciszej. Szybciej.


W pewnym momencie Majewski gwałtownie uniósł rękę.


Wszyscy natychmiast przykucnęli za drewnianym płotem.


Głosy.


Niemieckie.


Tuż za rogiem.


Claire przycisnęła się mocniej do ściany.


Patrol stał zaledwie kilka metrów dalej.


— Adler chce zamknąć całe centrum — powiedział jeden z żołnierzy. — Do rana mają sprawdzić każdy większy budynek.


Drugi prychnął.


— Wszystko przez jednego bibliotekarza i dziewczynę.


— Nie tylko. Podobno chodzi o jakieś dokumenty.


Alojzy spojrzał na Claire.


Czyli Adler rzeczywiście mówił swoim ludziom o notatkach.


Żołnierz splunął na bruk.


— Oficerowie zachowują się, jakby ci ludzie mogli wygrać wojnę.


Zapadła chwila ciszy.


A potem odezwał się trzeci głos.


Znacznie chłodniejszy.


— Nie wiesz wszystkiego.


Wszyscy za płotem napięli się momentalnie.


Ten głos nie należał do zwykłego żołnierza.


— Adler uważa, że oni prowadzą go do czegoś ważnego. Bardzo ważnego.


Claire spojrzała na Alojzego szeroko otwartymi oczami.


Ojciec Mlenta natomiast zamknął oczy.


Jakby dokładnie tego się spodziewał.


Patrol ruszył dalej po chwili.


Dopiero wtedy Majewski dał znak do ruchu.


Ruszyli znowu.


Alojzy coraz mocniej czuł jedno:


oni już nie uciekali przed Adlerem.


Obie strony ścigały dokładnie to samo.


Rynek pojawił się przed nimi nagle, gdy wyszli zza ostatniego ciągu kamienic.


I wszyscy momentalnie zrozumieli, że mają problem.


Plac, który jeszcze poprzedniego ranka wydawał się spokojnym centrum niewielkiego miasta, teraz przypominał punkt wojskowej kontroli.


Patrole.


Wszędzie.


Niemieccy żołnierze stali przy studni, przy wejściach do uliczek, pod arkadami kamienic i w pobliżu samego kościoła. Co jakiś czas przez rynek przechodziły kolejne grupy Wehrmachtu albo żandarmerii, a światła latarek przecinały mrok niczym reflektory.


Kościół był już praktycznie obstawiony.


Claire przeklęła pod nosem.


— No to pięknie.


Majewski zmarszczył brwi.


— Nie przejdziemy tam niezauważeni.


Kowal wychylił się ostrożnie zza rogu.


— Nawet nie ma jak przebiec. Za dużo otwartej przestrzeni.


Alojzy patrzył na kościół w milczeniu.


Był tak blisko.


Kilkaset metrów.


A jednocześnie wydawał się teraz dalej niż kiedykolwiek.


I wtedy odezwał się ojciec.


— Przejdziecie.


Wszyscy spojrzeli na niego.


Starszy mężczyzna poprawił okulary i uśmiechnął się dziwnie.


Bardzo dziwnie.


— Tylko nie wszyscy naraz.


Claire zmarszczyła brwi.


— Co pan chce zrobić?


Ojciec Alojzego nie odpowiedział od razu.


Spojrzał na rynek.


Na Niemców.


Na kościół.


I nagle ruszył.


Po prostu.


Wyszedł zza budynku prosto na otwartą przestrzeń rynku.


— Tato! — syknął Alojzy odruchowo.


Za późno.


Starzec szedł już przez środek placu.


Wyprostowany. Spokojny.


Jak człowiek, który kompletnie nie rozumie czym jest strach.


Pierwszy patrol zauważył go niemal od razu.


— Hej! Ty!


Ojciec Alojzego zatrzymał się powoli.


Spojrzał na Niemców.


A potem… rozłożył ręce szeroko.


I wydarł się na cały rynek:


— VOX MORTUORUM NON TACET!


Echo odbiło się od kamienic.


Kilku żołnierzy aż drgnęło.


Claire patrzyła z absolutnym niedowierzaniem.


— O mój Boże…


Ojciec tymczasem ruszył dalej.


Prosto ku środkowi rynku.


I zaczął przemawiać.


Po łacinie. Po polsku. Momentami po niemiecku.


Chaotycznie. Głośno. Przeraźliwie.


— Oni są pod ziemią! Słyszę ich! Wszyscy ich słyszycie!


Żandarmi ruszyli ku niemu natychmiast.


— Zabierzcie tego wariata stąd!


Ale ojciec Alojzego był szybszy.


Wskoczył na krawędź studni i zaczął wykrzykiwać kolejne zdania, wymachując rękami tak teatralnie, że niemal cały rynek zaczął zwracać na niego uwagę.


Ludzie wyglądali przez okna. Kilku żołnierzy zbiegło się bliżej.


I właśnie o to chodziło.


Majewski spojrzał na resztę.


— Teraz.


Ruszyli.


Szybko. Nisko przy ścianach.


Korzystając z chaosu.


Claire przebiegła pierwsza. Za nią Kowal. Potem Alojzy i Majewski.


Wszyscy Niemcy patrzyli teraz na starca wrzeszczącego po łacinie ze środka rynku.


Jeden z żandarmów próbował ściągnąć go ze studni, ale ojciec Alojzego niemal się przed nim wywinął i zaczął recytować coś jeszcze głośniej.


— Sub terra! Sub terra!


— Zamknąć go!


Alojzy zatrzymał się na sekundę przy wejściu do bocznej uliczki prowadzącej ku kościołowi.


Spojrzał na ojca.


Na starego, obłąkanego człowieka stojącego pośrodku rynku i odwracającego uwagę całego niemieckiego patrolu.


I pierwszy raz od dawna pomyślał, że może…


może jego ojciec nie był aż tak szalony, jak wszyscy sądzili.


Boczna uliczka prowadząca do kościoła była ciemna i niemal całkowicie pusta.


Wszystkie patrole przesunęły się bliżej rynku, gdzie ojciec Alojzego nadal urządzał swój groteskowy spektakl pośród wrzasków, łaciny i prób uspokojenia go przez coraz bardziej zirytowanych Niemców.


Dzięki temu udało im się dotrzeć niemal pod sam mur świątyni.


Dopiero tutaj zatrzymali się na chwilę.


Wszyscy oddychali ciężko.


Claire oparła dłonie o kolana.


— On naprawdę właśnie odwrócił uwagę całego rynku.


Kowal pokręcił głową z niedowierzaniem.


— Ja już nawet nie wiem, czy on jest geniuszem czy wariatem.


Majewski wychylił się ostrożnie zza narożnika.


— Jedno drugiego nie wyklucza.


Alojzy patrzył jednak w stronę rynku.


Widział fragment sylwetki ojca między żołnierzami.


Niemcy próbowali sprowadzić go ze studni, ale starzec nadal wykrzykiwał coś o głosach spod ziemi i „śpiących pod kamieniem”.


I co najgorsze…


robił to przekonująco.


Claire spojrzała na Alojzego.


— Martwisz się o niego.


Alojzy długo nie odpowiadał.


W końcu westchnął.


— Całe życie próbowałem przekonać siebie, że on po prostu oszalał.


Spojrzał na kościół.


— A teraz zaczynam się zastanawiać, ile z tego wszystkiego było prawdą.


Majewski podszedł do bocznych drzwi świątyni.


Zamknięte.


Oczywiście.


Kowal zaklął pod nosem.


— No pięknie. Czyli po tym całym teatrze nadal stoimy pod zamkniętym kościołem.


Claire spojrzała na Alojzego.


— Da się to otworzyć?


Alojzy uklęknął przy zamku.


Stary mechanizm wyglądał dokładnie tak, jak wcześniej.


Solidny. Ciężki. Irytująco trudny.


Ale tym razem coś było inaczej.


Spojrzał niżej.


Na drewno przy framudze.


Drobne zarysowania.


Świeże.


Jakby ktoś otwierał te drzwi wielokrotnie w pośpiechu.


— Ktoś tędy chodzi — mruknął.


Majewski momentalnie spoważniał.


— Niemcy?


Alojzy pokręcił głową.


— Nie. To za stare ślady. I za ostrożne.


Claire spojrzała na niego uważnie.


— Zakonnica?


Alojzy nie zdążył odpowiedzieć.


Bo nagle usłyszeli gwizdek.


Krótki. Ostry.


Potem drugi.


Majewski momentalnie wyjrzał zza rogu.


I zaklął cicho.


— Rynek się ruszył.


Claire zbladła lekko.


— Co?


— Niemcy zaczynają przeczesywać boczne ulice.


Alojzy poczuł zimny ucisk w żołądku.


Ojciec kupił im trochę czasu.


Ale tylko trochę.


Kowal spojrzał nerwowo na uliczkę.


— Zaraz tu będą.


Alojzy ponownie spojrzał na zamek.


Na ślady.


Na stare drewno.


I wtedy coś zauważył.


Niewielkie wgłębienie obok framugi.


Prawie niewidoczne.


Jak miejsce na cienki metalowy element.


Claire nachyliła się bliżej.


— Co to?


Alojzy zmarszczył brwi.


Potem powoli wsunął palce do kieszeni płaszcza.


I wyciągnął coś, czego od dawna przy sobie nie używał.


Mały metalowy symbol.


Fragment starego znaku przerysowanego jeszcze w katakumbach pod Paryżem.


Ten sam, który wcześniej wydawał się kompletnie bezużyteczny.


Kowal spojrzał na niego z niedowierzaniem.


— Ty to nosisz przy sobie cały czas?!


Alojzy nie odpowiedział.


Bo właśnie wsunął symbol w szczelinę.


I usłyszeli kliknięcie.

ROZDZIAŁ 131

Kliknięcie było ciche.


Prawie niezauważalne.


A jednak wszyscy usłyszeli je wyraźnie.


Zapadła krótka cisza.


Kowal zamrugał.


— Nie ma mowy…


Claire patrzyła na framugę z szeroko otwartymi oczami.


Alojzy bardzo powoli nacisnął drzwi.


Stare drewno ustąpiło z ciężkim skrzypnięciem.


Nieznacznie. Ale wystarczająco.


Z wnętrza kościoła uderzył ich chłód.


I ciemność.


Majewski momentalnie odwrócił się w stronę ulicy.


Głosy były coraz bliżej.


Niemcy rzeczywiście zaczynali przeszukiwać boczne przejścia prowadzące od rynku.


Nie mieli czasu.


— Do środka. Już.


Weszli jeden po drugim.


Najpierw Claire. Potem Kowal. Majewski.


Alojzy wszedł ostatni i ostrożnie domknął drzwi.


Kościół był niemal całkowicie ciemny.


Jedynie pojedyncze świece przy ołtarzu nadal się paliły, rzucając długie, niestabilne cienie na ściany i ławki.


Przez chwilę wszyscy tylko stali nieruchomo i nasłuchiwali.


Z zewnątrz dobiegały odległe głosy Niemców.


Ale tutaj…


panowała cisza.


Claire odezwała się pierwsza.


Szeptem.


— Jak ty to zrobiłeś?


Alojzy spojrzał na metalowy symbol w dłoni.


Sam nadal nie był pewien.


— Chyba… to nigdy nie był tylko symbol.


Majewski podszedł bliżej.


— Czyli ktoś stworzył z tego klucz.


Kowal pokręcił głową.


— Coraz bardziej mi się to wszystko nie podoba.


Alojzy schował znak do kieszeni.


Potem spojrzał w stronę zejścia prowadzącego pod świątynię.


Mrok wydawał się tam jeszcze gęstszy.


Jakby podziemia same czekały, aż znowu do nich wrócą.


Claire zauważyła jego spojrzenie.


— Nadal myślisz, że tunele istnieją?


— Muszą istnieć.


Majewski poprawił pistolet za paskiem.


— Oby twój ojciec wiedział, co mówi.


I wtedy…


rozległo się uderzenie w drzwi kościoła.


Wszyscy momentalnie zamarli.


Drugie.


Głośniejsze.


— Öffnen!


Niemcy.


Kowal zaklął pod nosem.


Claire odruchowo cofnęła się o krok.


Alojzy spojrzał na zejście.


— Nie zdążymy się schować tutaj na górze.


Majewski skinął głową.


— W dół.


Trzecie uderzenie zatrzęsło drzwiami.


— Öffnen sofort!


Alojzy ruszył pierwszy ku przejściu za ołtarzem.


Schody prowadzące pod ziemię wydawały się jeszcze ciaśniejsze niż wcześniej.


Claire szła tuż za nim.


Za nimi Kowal i Majewski.


Na górze rozległ się trzask.


Niemcy zaczynali wyważać wejście.


Alojzy zbiegł niżej.


Szybko. Prawie po omacku.


Podziemia przywitały ich chłodem i wilgocią.


Świece nadal się tam paliły.


Jakby ktoś był tutaj niedawno.


Jakby ktoś cały czas pilnował tego miejsca.


Majewski odwrócił się ku schodom.


— Zamknąć to jakoś?


Ale Alojzy już patrzył dalej.


Bo w głębi komnaty…


za półkami i kamienną ścianą…


widział wąskie przejście, którego wcześniej tam nie było.


Albo którego wcześniej po prostu nie zauważył.


A nad nim wyryty symbol.


Ten sam.


Klucz.


Alojzy podszedł bliżej powoli, niemal odruchowo unosząc lampę, którą zabrali z jednej z wnęk przy schodach.


Płomień drżał lekko.


Tak samo jak jego dłonie.


Przejście rzeczywiście tam było.


Wąskie. Niskie. Częściowo ukryte za kamienną półką pełną starych ksiąg i zakurzonych świeczników.


Jakby ktoś celowo próbował sprawić, by wyglądało na fragment ściany.


Claire stanęła obok niego.


— Wcześniej tego tu nie było?


Alojzy pokręcił głową.


— Albo nie zwróciliśmy uwagi.


Majewski spojrzał za siebie, ku schodom.


Na górze nadal słychać było Niemców.


Krzyki. Przesuwane ławki. Ciężkie kroki.


Byli już w kościele.


I to oznaczało jedno:


mieli bardzo mało czasu.


Kowal przesunął dłonią po kamieniu przy wejściu.


— To przejście wygląda jak grobowiec.


Ojciec Alojzego podszedł bliżej.


I uśmiechnął się.


Niepokojąco.


— Bo nim jest.


Wszyscy spojrzeli na niego.


Starzec dotknął wyrytego symbolu niemal czule.


— Dawniej chowano tutaj ludzi, którzy wiedzieli za dużo.


Claire przełknęła ślinę.


— To wcale nie brzmiało dobrze.


Alojzy świecił lampą coraz dalej wgłąb tunelu.


Korytarz ciągnął się w dół pod lekkim kątem.


Ciemny. Wilgotny.


I wyraźnie bardzo stary.


Na ścianach widniały kolejne symbole.


Niektóre niemal identyczne z tymi, które przepisywał wcześniej.


Inne zupełnie nowe.


Majewski syknął nagle:


— Cicho.


Wszyscy zamarli.


Na górze rozległ się głos Niemca.


Bliżej niż wcześniej.


— Hier unten!


Claire pobladła.


— Oni znaleźli zejście.


Kowal odbezpieczył pistolet.


Majewski zrobił to samo.


Alojzy spojrzał na nich natychmiast.


— Żadnych strzałów. Nie tutaj.


— A co proponujesz? — syknął Kowal. — Rozmowę o filozofii?


Ojciec Alojzego odezwał się nagle:


— Oni nie pójdą za nami daleko.


W jego głosie zabrzmiała dziwna pewność.


Alojzy spojrzał na niego uważnie.


— Skąd wiesz?


Starzec spojrzał w ciemność tunelu.


— Bo pod ziemią wszyscy zaczynają słyszeć rzeczy.


Zapadła krótka cisza.


Claire mruknęła pod nosem:


— Coraz bardziej zaczynam nienawidzić podziemi.


Na górze rozległ się trzask przewracanych półek.


Potem światło.


Niemcy byli już bardzo blisko wejścia do komnaty.


Majewski spojrzał na Alojzego.


— Decyzja. Teraz.


Alojzy ścisnął lampę mocniej.


Potem spojrzał w tunel.


Na ciemność prowadzącą ku Będzinowi.


Ku kolejnemu fragmentowi Codexu.


I skinął głową.


— Idziemy.


Ruszyli.


Szybko.


Ojciec pierwszy. Za nim Claire. Potem Alojzy.


Majewski i Kowal cofali się jeszcze chwilę tyłem, obserwując wejście do komnaty.


I właśnie wtedy na schodach pojawili się pierwsi Niemcy.


Światła latarek przecięły mrok podziemi.


— Da sind sie!


Kowal przewrócił ciężki świecznik na ziemię.


Metal huknął o kamień, blokując część przejścia.


Nie zatrzyma ich na długo.


Ale wystarczyło.


Wszyscy rzucili się wgłąb tunelu.


Za ich plecami rozległy się wrzaski Niemców.


A potem…


dziwny dźwięk.


Nie kroków.


Nie głosów.


Coś głębszego.


Jakby przeciąg przepływający przez bardzo stare korytarze.


Albo…


szept.

ROZDZIAŁ 132

Tunel zdawał się nie mieć końca.


Biegli przez wilgotny, ciasny korytarz, potykając się o kamienie i resztki starego drewna zalegającego pod nogami. Światło lampy rzucało drżące cienie na ściany pokryte symbolami, a echo kroków odbijało się wielokrotnie, mieszając z odległymi krzykami Niemców.


Claire oddychała ciężko.


Kowal co chwilę oglądał się za siebie.


Majewski biegł z pistoletem w dłoni, gotowy w każdej chwili zawrócić i osłaniać resztę.


Tylko ojciec Alojzego wydawał się poruszać dziwnie spokojnie.


Jakby znał ten tunel od zawsze.


I właśnie wtedy Alojzy usłyszał szept.


Nie dźwięk.


Nie głos.


Coś znacznie gorszego.


Myśl.


Obcą. Ale jednocześnie brzmiącą tak, jakby od dawna była ukryta gdzieś z tyłu jego własnego umysłu.


Zatrzymał się gwałtownie.


Tak nagle, że Claire niemal na niego wpadła.


— Alojzy?!


Nie odpowiedział.


Stał nieruchomo pośrodku tunelu, patrząc przed siebie szeroko otwartymi oczami.


Szept powrócił.


Krótki.


Ledwie wyczuwalny.


Ale wyraźny.


Alojzy powoli odwrócił głowę ku ojcu.


I nagle coś zrozumiał.


Serce ścisnęło mu się lodowato.


— Nie…


Ojciec spojrzał na niego.


— Co?


Alojzy oddychał ciężko.


— Nie było cię z nami w kościele.


Zapadła cisza.


Claire zmarszczyła brwi.


— O czym ty mówisz?


Alojzy patrzył wyłącznie na ojca.


— Weszliśmy bez ciebie.


Ojciec zamrugał kilka razy.


— To nieprawda.


— Byłeś na rynku.


Alojzy zrobił krok w tył.


— Odwracałeś uwagę Niemców. Widziałem cię.


Ojciec milczał przez chwilę.


Za ich plecami nadal słychać było Niemców próbujących przedostać się przez zawalone przejście.


Ale dla Alojzego wszystko nagle stało się odległe.


Nierealne.


Bo im bardziej próbował sobie przypomnieć moment wejścia do kościoła…


tym mniej był pewien, kiedy właściwie ojciec znalazł się z nimi.


Starszy mężczyzna poprawił okulary powolnym ruchem.


I odezwał się ciszej niż wcześniej:


— Codex rządzi się swoimi prawami.


Claire spojrzała najpierw na ojca, potem na Alojzego.


— Dobra. Nie podoba mi się to zdanie.


Alojzy patrzył jednak dalej.


I nagle…


ojciec zaczął wyglądać inaczej.


Nie całkiem.


Tylko przez sekundę.


Jakby światło lampy przestało go dosięgać.


Jakby stał nie człowiek…


a cień człowieka.


Alojzy przetarł oczy gwałtownie.


Oddech ugrzązł mu w gardle.


Mrugnął.


I wtedy zobaczył, że ojca nie ma obok niego.


Tunel był pusty.


Claire i reszta byli kilka metrów dalej.


A zza niego…


rozległy się kroki.


Prawdziwe.


Ojciec Alojzego dopiero biegł ku niemu.


Zmęczony. Zdyszany. Całkowicie materialny.


Dobiegł w końcu i złapał go za ramię.


— Biegnij! Zaraz nas dopadną!


Klepnął go mocno po ramieniu.


Alojzy zamrugał oszołomiony.


Spojrzał jeszcze raz przed siebie.


Tunel był normalny.


Ojciec stał obok.


Claire patrzyła na niego z niepokojem.


— Alojzy?


On jednak nie odpowiedział.


Bo pierwszy raz od początku tej drogi naprawdę nie wiedział…


czy Codex prowadzi ich przez historię.


Czy przez szaleństwo.

ROZDZIAŁ 133

Biegli dalej.


Coraz szybciej.


Tunel stawał się coraz węższy, bardziej niestabilny, a miejscami trzeba było niemal przeciskać się bokiem między popękanymi ścianami i drewnianymi belkami podpierającymi sufit.


Za nimi rozlegały się krzyki Niemców.


Coraz bliżej.


— Schneller!


Potem pierwszy strzał.


Huk odbił się echem przez cały tunel.


Claire odruchowo schyliła głowę.


Kolejna kula uderzyła w kamień kilka metrów od Alojzego, rozbijając fragment ściany i zasypując ich pyłem.


— Oni naprawdę chcą nas stąd wyciągnąć! — krzyknął Kowal.


— To nie jest najlepszy moment na odkrycia! — odkrzyknęła Claire.


Ojciec Alojzego biegł zaskakująco szybko jak na swój wiek.


I nadal się uśmiechał.


To było chyba najbardziej niepokojące.


Majewski spojrzał za siebie.


Światła niemieckich latarek pojawiały się już między zakrętami tunelu.


— Za blisko!


Kolejne strzały.


Tunel zatrząsł się lekko.


Stare drewno zaskrzypiało złowrogo.


Alojzy świecił lampą coraz dalej.


I nagle zobaczył schody.


Kamienne. Prowadzące w górę.


— Tam!


Ruszyli ostatkiem sił.


Schody były śliskie od wilgoci, a część stopni dawno popękała, ale mimo to wspinali się coraz wyżej.


Powietrze zaczynało się zmieniać.


Mniej duszne. Chłodniejsze.


I wtedy Alojzy dostrzegł światło.


Prawdziwe.


Nie lampę. Nie świecę.


Świt.


Wypadli z tunelu niemal jednocześnie.


Na zimne powietrze. Na kamienną salę.


Przez chwilę wszyscy tylko oddychali ciężko.


Alojzy uniósł wzrok.


I zrozumiał.


Zamek.


Byli w zamku w Będzinie.


Stare kamienne ściany, wysokie sklepienia i chłodne światło wpadające przez wąskie okna nie pozostawiały żadnych wątpliwości.


Dotarli.


Claire oparła dłonie o kolana, próbując złapać oddech.


— Ja… naprawdę zaczynam nienawidzić podziemi…


Ale Niemcy nadal byli za nimi.


Krzyki dochodziły już ze schodów tunelu.


Majewski odwrócił się gwałtownie.


— Musimy to zawalić!


Kowal zauważył drewnianą konstrukcję podtrzymującą część sklepienia przy wyjściu.


Starą. Spróchniałą.


Ale nadal trzymającą ciężar.


— To!


Nie potrzebowali więcej słów.


Wszyscy rzucili się ku belkom.


Kowal i Majewski zaczęli je rozbijać kolbami pistoletów i kamieniami, Claire pomagała odciągać luźne elementy, a Alojzy chwycił leżący przy ścianie żelazny pręt.


Krzyki Niemców były już bardzo blisko.


Pierwszy żołnierz pojawił się na schodach.


Padł strzał.


Kula przeleciała obok Claire.


Alojzy z całych sił uderzył w ostatnią belkę.


Drewno pękło z hukiem.


I wtedy wszystko zaczęło się walić.


Kamienie runęły z góry.


Tunel zatrząsł się potężnie.


Rozległy się wrzaski Niemców.


Pył eksplodował w powietrzu.


Wszyscy rzucili się do tyłu, gdy całe wejście zawaliło się pod tonami kamienia i ziemi.


Zapadła cisza.


Ciężka. Głucha.


Tunel przestał istnieć.


Pod gruzem pogrzebanych zostało kilku Niemców.


Majewski oddychał ciężko.


Kowal usiadł na podłodze i spojrzał na zawalone wejście.


— No… to raczej za nami nie pójdą.


Alojzy zauważył przy gruzach karabin jednego z Niemców wyrzucony siłą zawalenia.


Podszedł i podniósł broń.


Pierwszy raz od początku tej drogi naprawdę uzbroił się na poważnie.


Claire spojrzała na niego uważnie.


On jednak milczał.


Wtedy rozległ się śpiew.


Ojciec Alojzego stał kilka metrów dalej pośród zamkowej sali i śpiewał po łacinie, rozkładając ręce niczym człowiek odprawiający dziwną ceremonię.


Echo niosło jego głos po kamiennych ścianach.


Alojzy pokręcił głową powoli.


Zmęczony. Zdezorientowany.


I w końcu spytał:


— Kiedy właściwie do nas dołączyłeś?


Ojciec spojrzał na niego.


Uśmiechnął się lekko.


A potem odpowiedział po łacinie:


— Cum tempus id permisit.


Claire zmarszczyła brwi.


— Co on powiedział?


Alojzy patrzył na ojca nieruchomo.


— „Wtedy, gdy było to odpowiednie.”

ROZDZIAŁ 134

Przemieszczali się przez zamek ostrożnie.


Stare korytarze były chłodne i wilgotne, a część ścian nosiła ślady czasu, wojny i wcześniejszych walk. Kamienne schody skrzypiały pod ciężarem kroków, gdzieniegdzie leżały fragmenty gruzu, a przez wąskie okna wpadało blade światło poranka.


Mimo wszystko…


byli bezpieczni.


Przynajmniej na chwilę.


To uczucie wydawało się niemal obce po ostatnich dniach.


Claire szła obok Alojzego, nadal zmęczona ucieczką przez tunele, ale coraz bardziej zaciekawiona samym zamkiem.


— Nie wiedziałam, że jest aż taki duży.


Kowal prychnął lekko.


— Bo zamek z daleka zawsze wygląda mniejszy niż wtedy, gdy trzeba po nim łazić.


Majewski szedł kilka kroków przed nimi z pistoletem schowanym pod płaszczem, sprawdzając kolejne przejścia.


Ojciec Alojzego natomiast znowu mamrotał coś po łacinie pod nosem, dotykając ścian i kamieni tak, jakby próbował „słuchać” samego zamku.


W końcu wyszli na wewnętrzny plac.


Poranne światło rozlało się po kamieniach, a chłodny wiatr uderzył ich w twarze po dusznych tunelach.


Nad nimi górowała główna wieża.


Podniszczona. Nadgryziona czasem.


Ale nadal majestatyczna.


Kowal spojrzał ku górze.


— Chodźmy tam. Będzie widać całe miasto.


Wspinaczka była długa i męcząca.


Kamienne schody były nierówne, miejscami popękane, ale po czasie dotarli na samą górę.


I wtedy zobaczyli Będzin.


Miasto rozciągało się pod nimi w chłodnym świetle poranka.


Kamienice. Fabryki. Dymiące kominy. Wąskie uliczki.


I ludzie.


Dużo ludzi.


Alojzy oparł dłonie o kamienny mur wieży i patrzył długo w dół.


Kowal odezwał się pierwszy:


— Dziwne miejsce.


Claire spojrzała na niego.


— Dlaczego?


Kowal wskazał miasto.


— Bo wszystko tutaj jest wymieszane. Polacy. Żydzi. Niemcy.


Alojzy skinął powoli głową.


— To mocno żydowskie miasto.


Spojrzał gdzieś dalej.


Na dzielnice po drugiej stronie.


— Jest tu bardzo dużo Żydów.


Zapadła chwila ciszy.


Claire zauważyła ogrodzone fragmenty miasta.


Druty. Patrole. Bramy.


— Getto?


Alojzy skinął głową.


— Tak.


Kowal westchnął ciężko.


— A gdzie są Żydzi… tam Niemcy zawsze będą siedzieć gęsto.


I rzeczywiście.


Patroli było mnóstwo.


Na ulicach przejeżdżały ciężarówki Wehrmachtu. Żandarmi kontrolowali przechodniów. W oddali widać było nawet niemiecką flagę wiszącą nad jednym z budynków administracyjnych.


Majewski obserwował wszystko uważnie.


— Na razie nie widzę ludzi Adlera.


Alojzy spojrzał w stronę dróg prowadzących ku Czeladzi.


— Ostatni pościg był za nami w tunelu.


Majewski skinął głową.


— Adler nie założył, że uda nam się wydostać z miasta pod ziemią.


Claire oparła się o mur.


— Czyli mamy przewagę?


Kowal parsknął.


— Nie przesadzałbym.


Wskazał na miasto poniżej.


— Będzin aż roi się od Niemców.


I miał rację.


Tutaj wystarczył jeden błąd.


Jedno rozpoznanie twarzy.


Jedna kontrola.


Alojzy spojrzał na notes.


Na symbole. Na kolejne ciągi znaków.


Potem na zamek.


I nagle znowu poczuł ten ciężar.


Bo choć uciekli…


choć dotarli tutaj…


najważniejsze pytanie nadal pozostawało bez odpowiedzi.


Gdzie jest kolejny manuskrypt?


Wiatr zawiał mocniej na szczycie wieży.


Ojciec Alojzego spojrzał gdzieś daleko ponad dachami miasta.


I mruknął cicho:


— On jest bliżej, niż myślicie.

ROZDZIAŁ 135

Na szczycie wieży panował dziwny spokój.


Tak wysoki, stary zamek wydawał się niemal odcięty od wojny, mimo że wystarczyło spojrzeć w dół, by zobaczyć niemieckie patrole przemierzające ulice Będzina.


Wiatr huczał lekko między kamieniami.


Claire siedziała oparta o mur i obserwowała miasto. Kowal krążył powoli po platformie wieży, wyglądając co chwilę przez strzelnice.


Majewski natomiast usiadł przy samym brzegu kamiennego parapetu.


I odpalił papierosa.


Przez chwilę po prostu patrzył na żarzący się koniec.


Potem wypuścił dym powoli i pokręcił głową z niedowierzaniem.


— Nie mogę uwierzyć, jakie to wszystko jest absurdalne.


Claire spojrzała na niego.


— Co dokładnie?


Majewski parsknął cicho.


— Że siedzę sobie spokojnie na średniowiecznej wieży, palę papierosa i patrzę na Niemców z góry, jakby to oni byli zamknięci tam na dole.


Kowal uśmiechnął się lekko.


— Technicznie rzecz biorąc… trochę są.


Majewski wskazał papierosem miasto.


— A jeszcze tydzień temu siedziałem w piwnicy w Krakowie i planowałem kraść mundury.


Claire prychnęła śmiechem.


— A teraz?


— Teraz uczestniczę w jakiejś przeklętej wyprawie po tajemnicze księgi z bibliotekarzem, francuzką i prorokiem.


Spojrzał na ojca Alojzego.


Starzec siedział kilka metrów dalej z zamkniętymi oczami i wyglądał, jakby słuchał wiatru.


— Nadal podtrzymuję wersję, że on nie jest prawdziwy — mruknął Kowal.


Alojzy prawie ich nie słuchał.


Przykucnął przy murze wieży z notatnikiem rozłożonym na kolanach i znowu analizował symbole.


Coraz bardziej obsesyjnie.


Litery. Linie. Układy.


Nie szukał już pojedynczych słów.


Szukał czegoś innego.


Rytmu.


Struktury.


Claire zauważyła to pierwsza.


— Znowu odpłynąłeś.


Alojzy nie podniósł wzroku.


— Nie chodzi już o miejsca.


Przesunął palcem po jednej z notatek.


— Te zdania mają kształt.


Kowal spojrzał na Majewskiego.


— Powiedz mi szczerze. On brzmi jeszcze normalnie?


Majewski wzruszył ramionami.


— Już dawno przestałem oceniać.


Alojzy nadal mówił bardziej do siebie niż do reszty:


— To nie jest zwykły tekst. To zapis kierunku. Ruchu. Układu przestrzeni.


Claire podeszła bliżej.


— I co widzisz?


Alojzy w końcu podniósł wzrok.


Powoli.


I spojrzał poza zamek.


Nie na miasto.


Dalej.


Na tereny za parkiem rozciągającym się poniżej wzgórza zamkowego.


Na pagórkowaty teren porośnięty drzewami i krzakami.


Zmarszczył brwi.


— To absurd.


Majewski zgasił papierosa o kamień.


— Co?


Alojzy zawahał się chwilę.


— Wszystko wskazuje… na wzgórza za parkiem.


Zapadła cisza.


Kowal spojrzał tam, gdzie wskazywał.


— Tam nic nie ma.


— Właśnie dlatego to absurdalne — odpowiedział Alojzy.


Przewrócił kilka stron notatek jeszcze raz.


Szukał błędu.


Pomyłki.


Ale nie znajdował niczego innego.


Claire spojrzała na wzgórza.


Potem na niego.


— A jeśli właśnie dlatego coś tam jest?


Alojzy westchnął ciężko.


Bo dokładnie to samo zaczynał podejrzewać.


Majewski wstał powoli.


— Czyli co? Znowu idziemy w ciemno?


Kowal poprawił płaszcz.


— W sumie ostatnio działało.


Ojciec Alojzego otworzył nagle oczy.


I odezwał się spokojnie:


— Ziemia pamięta rzeczy, które ludzie próbują ukryć.


Wszyscy spojrzeli na niego.


Starzec wskazał wzgórza za parkiem.


— Tam kiedyś coś było.


Alojzy zamknął notes.


I choć nadal uważał cały trop za absurdalny…


nie mieli niczego lepszego.


— Sprawdzimy teren za zamkiem — powiedział w końcu.


A potem spojrzał jeszcze raz na wzgórza.


I znowu poczuł to dziwne wrażenie, że Codex nie prowadzi ich już przez historię…


tylko przez coś znacznie starszego.

ROZDZIAŁ 136

Zeszli z zamku jeszcze przed południem.


Będzin powoli budził się do pełnego życia, a wraz z nim rosło ryzyko. Niemieckie ciężarówki coraz częściej pojawiały się na ulicach, patrole krążyły między kamienicami, a od strony getta dochodziły odległe krzyki i komendy wydawane po niemiecku.


Dlatego poruszali się ostrożnie.


Bocznymi ścieżkami. Między murami. Przez zarośla za parkiem.


Wzgórza za zamkiem okazały się znacznie bardziej dzikie, niż wyglądały z wieży. Drzewa rosły gęsto, ziemia była nierówna, a gdzieniegdzie spod trawy wystawały stare kamienie i resztki zapomnianych murów.


Claire szła blisko Alojzego.


— Nadal nie rozumiem, czego właściwie tu szukamy.


— Ja też nie do końca — przyznał szczerze.


Kowal rozsunął gałęzie przed sobą.


— Świetnie. To zawsze budzi zaufanie.


Szli jeszcze kawałek w milczeniu.


I wtedy teren zaczął się zmieniać.


Najpierw pojawiły się pojedyncze kamienne płyty.


Potem kolejne.


Aż w końcu wszyscy zrozumieli.


Cmentarz.


Stary żydowski cmentarz ukryty za wzgórzami Będzina.


Miejsce wyglądało niemal nierealnie pośród wojny i chaosu miasta. Nagrobki pochylały się pod ciężarem czasu, część była popękana, część niemal całkowicie pochłonięta przez mech i roślinność.


Panowała tu dziwna cisza.


Ciężka. Stara.


Claire zdjęła odruchowo czapkę.


Kowal również spoważniał.


Alojzy przesuwał wzrokiem po kolejnych macewach, próbując dostrzec coś znajomego.


Symbole. Znaki. Łacinę.


I wtedy zatrzymał się gwałtownie.


Na jednym z grobów wyryty był napis.


Nie po hebrajsku.


Po łacinie.


Niepełny.


Częściowo zatarty przez czas.


Alojzy przykucnął przy kamieniu.


Claire stanęła obok niego.


— Rozumiesz coś?


Alojzy przesunął dłonią po literach.


— Fragmenty.


Ojciec Alojzego podszedł bliżej.


Spojrzał na napis.


I po chwili odezwał się cicho:


— „Ad extremum terrae…”


Majewski zmarszczył brwi.


— Co to znaczy?


Starzec spojrzał gdzieś ponad cmentarzem.


— Skraj krainy.


Zapadła cisza.


Claire spojrzała na grób uważniej.


Nagrobek był bardzo stary. Nazwisko brzmiało wyraźnie ukraińsko.


Ale imię…


żydowskie.


Alojzy zmarszczył lekko brwi.


— To nie pasuje.


Ojciec uśmiechnął się dziwnie.


— W tych stronach wiele rzeczy się mieszało.


Claire spojrzała na napis raz jeszcze.


— Skraj krainy…


Alojzy powoli podniósł wzrok.


I nagle poczuł, że rozumie.


Nie chodziło o Będzin.


Nie chodziło nawet o Polskę.


To był kierunek.


Kolejny.


Jeszcze dalej na wschód.


Wiatr zaszumiał między drzewami cmentarza.


Kowal rozejrzał się niespokojnie.


— Powiedzcie mi proszę, że nie próbujecie właśnie powiedzieć „Ukraina”.


Nikt mu nie odpowiedział.


I właśnie to było najgorsze.

ROZDZIAŁ 137

Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał.


Wiatr przesuwał się między starymi drzewami cmentarza, poruszając gałęziami nad pochylonymi macewami, a cisza tego miejsca wydawała się dziwnie ciężka, niemal nienaturalna.


Alojzy nadal klęczał przy grobie.


Przyglądał się napisowi raz jeszcze. Potem kamieniowi. Potem jego krawędziom.


Nie widział nic oczywistego.


Żadnego kolejnego symbolu. Żadnej mapy. Żadnego ukrytego mechanizmu.


A jednak coś go niepokoiło.


Przesunął dłonią po obrysie nagrobka.


Kamień był nierówny, miejscami popękany, ale jedna rzecz przyciągała uwagę bardziej niż reszta.


Forma.


Nagrobek nie był prosty.


Jego krawędzie rozchodziły się szeroko i nieregularnie wokół centralnej części, tworząc dziwny, niemal organiczny kształt.


Alojzy zmrużył oczy.


I nagle pomyślał o grzywie.


Lwiej grzywie.


Serce zabiło mu szybciej.


— Nie…


Claire spojrzała na niego.


— Co?


Alojzy powoli wstał.


Patrzył na nagrobek jak zahipnotyzowany.


— To wygląda jak lew.


Kowal spojrzał sceptycznie.


— Mi wygląda jak stary kamień.


Ale Alojzy już niemal go nie słuchał.


Ukraina.


Skraj krainy.


Lew.


Lwia grzywa.


Lwów.


Kolejny trop zaczynał układać się w głowie.


I właśnie wtedy spojrzał na ojca.


Starszy mężczyzna stał kilka metrów dalej między drzewami i obserwował go spokojnie.


Zbyt spokojnie.


Alojzy podszedł bliżej.


Powoli.


Niepewnie.


— Powiedz mi w końcu… jak znalazłeś się w tym kościele?


Ojciec poprawił okulary.


Przez chwilę wyglądał niemal normalnie.


Zmęczony starszy człowiek. Nic więcej.


— Już ci mówiłem.


— Nie. Ty powiedziałeś tylko coś o czasie.


Głos Alojzego lekko drżał.


— Byłeś na rynku. Potem nagle byłeś z nami pod kościołem.


Ojciec długo patrzył mu w oczy.


A potem westchnął.


— Codex nie zawsze działa w sposób w pełni zrozumiały.


Claire zamknęła oczy na sekundę.


— Znowu to zdanie…


Alojzy poczuł, jak zaczyna boleć go głowa.


— Ale co to właściwie znaczy?!


Ojciec uśmiechnął się lekko.


Smutno.


— Że nie wszystko musi być logiczne, żeby było prawdziwe.


Alojzy pokręcił głową.


— Już nic nie rozumiem.


I tym razem naprawdę to czuł.


Bo cała ta podróż coraz bardziej wymykała się racjonalnemu światu.


Katakumby. Symbole. Tunele. Głosy. Ojciec pojawiający się tam, gdzie nie powinien się znaleźć.


A jednak…


kierunek znał już wyraźnie.


Ukraina.


I prawdopodobnie Lwów.


Spojrzał na ojca raz jeszcze.


— Może… może jednak nie jesteś takim szaleńcem, za jakiego cię uważałem.


Starszy mężczyzna zaśmiał się cicho.


Nie triumfalnie.


Bardziej… ze zmęczeniem.


— O nie. Szaleńcem jestem na pewno.


Claire uśmiechnęła się delikatnie pod nosem.


Ojciec spojrzał jednak gdzieś dalej. Poza cmentarz. Poza Będzin.


— Problem polega tylko na tym… że Codex lubi ludzi takich jak ja.


Po tych słowach odwrócił się.


I zaczął odchodzić między nagrobkami.


Alojzy zmarszczył brwi.


— Dokąd idziesz?


Ojciec nie zatrzymał się.


— Tam, gdzie jeszcze mnie słyszą.


Claire spojrzała niepewnie na Alojzego.


Starzec odchodził coraz dalej między drzewami i starymi kamieniami, aż w końcu niemal zlał się z cieniem cmentarza.


I zniknął.


Po prostu.


Alojzy stał nieruchomo jeszcze przez chwilę.


Skonsternowany. Zmęczony.


Claire podeszła bliżej.


Delikatnie dotknęła jego ramienia.


— Hej.


Alojzy nie odpowiedział od razu.


W końcu westchnął ciężko.


— Mam wrażenie, że im dalej idziemy… tym mniej rozumiem własne życie.


Claire spojrzała na niego spokojnie.


— To znaczy tylko tyle, że nadal idziesz dalej.


Alojzy uśmiechnął się blado.


I spojrzał na wschód.

ROZDZIAŁ 138

Poranek był chłodny i wilgotny.


Ukryli się w parku niedaleko zamku, między drzewami i zaroślami, gdzie z ulic praktycznie nie było ich widać. Kowal spał jeszcze przykryty kocem, Majewski siedział oparty o pień drzewa i czyścił broń, a Claire drzemała zwinięta przy plecaku.


Tylko Alojzy nie potrafił zasnąć.


Ojciec siedział kilka metrów dalej na starej ławce.


Patrzył przed siebie.


Cicho.


Pierwszy raz od dawna nie mamrotał nic po łacinie.


Alojzy podszedł powoli.


Usiadł obok niego.


Przez chwilę milczeli.


Długo.


Jak dwóch ludzi, którzy przez lata nie wiedzieli już, jak ze sobą rozmawiać.


W końcu Alojzy odezwał się pierwszy:


— Dlaczego nigdy mi nie powiedziałeś, nad czym naprawdę pracowałeś?


Ojciec nie spojrzał na niego od razu.


— Bo chciałem, żebyś miał normalne życie.


Alojzy parsknął cicho.


— Wychowując mnie w bibliotekach, archiwach i ruinach?


Starszy mężczyzna uśmiechnął się lekko.


Smutno.


— Starałem się najlepiej jak potrafiłem.


Zapadła cisza.


Alojzy spuścił wzrok.


— To nie zaczęło się od Codexu, prawda?


Ojciec pokręcił głową.


— Nie.


Spojrzał gdzieś między drzewa.


— Codex trafił do mnie dopiero podczas wojny. Kiedy Niemcy zaczęli nad nim pracować.


Alojzy zmarszczył brwi.


— Więc wcześniej badałeś…


— Księgi.


Odpowiedział natychmiast.


— Stare manuskrypty. Języki. Zapisy.


Przetarł twarz dłonią.


— Rzeczy, które ludzie od wieków uznawali za legendy albo herezję.


Alojzy milczał.


Ojciec mówił dalej spokojnym, zmęczonym głosem:


— Twoja matka nienawidziła tego wszystkiego.


Na wspomnienie matki Alojzy zesztywniał lekko.


— Nigdy o niej nie mówiłeś.


— Bo bolało.


Proste.


Surowe.


Prawdziwe.


Ojciec zamknął oczy na chwilę.


— Chciała normalnego domu. Spokoju. Rodziny.


Zaśmiał się cicho.


— A dostała człowieka, który ścigał księgi po całej Europie.


Alojzy poczuł dziwny ucisk w gardle.


Po raz pierwszy od bardzo dawna ojciec brzmiał naprawdę przytomnie.


Naprawdę ludzko.


— I kiedy zmarła… wszystko już całkiem mi się rozsypało.


Zapadła długa cisza.


Wiatr poruszał gałęziami nad nimi.


W końcu ojciec spojrzał na syna bardzo poważnie.


— Dla mnie jest już za późno.


Alojzy zmarszczył brwi.


— Co masz na myśli?


— To ty musisz odkryć prawdę przed Niemcami.


Te słowa zabrzmiały ciężko.


Znacznie ciężej niż wszystko wcześniejsze.


Ojciec pochylił się lekko ku niemu.


— I pamiętaj jedno.


Alojzy patrzył na niego nieruchomo.


— Manuskrypty to nie tylko słowa.


Po tych słowach znowu pojawił się ten dziwny błysk w oczach starca.


Ten sam, który zawsze sprawiał, że Alojzy nie wiedział już, czy rozmawia z geniuszem…


czy z człowiekiem kompletnie pochłoniętym przez obsesję.


Ojciec wstał powoli.


— Dla waszego bezpieczeństwa muszę odejść.


— Nie.


Alojzy poderwał się natychmiast.


— Nie znikaj znowu.


Ojciec uśmiechnął się lekko.


— Synu… ja zawsze byłem w drodze.


Potem odwrócił się i odszedł kilka kroków dalej między drzewa.


Alojzy chciał jeszcze coś powiedzieć.


Ale zmęczenie w końcu wygrało.


Wszyscy zasnęli.


I kiedy się obudzili…


ojca już nie było.


Alojzy szukał go przez dłuższą chwilę między drzewami i alejkami parku.


Bez skutku.


Claire znalazła go w końcu stojącego samotnie przy murze zamku.


— Odszedł?


Alojzy skinął głową powoli.


— I jestem pewien, że nie ma go już ani w Będzinie… ani w Czeladzi… ani nigdzie w okolicy.


Claire podeszła bliżej.


Alojzy patrzył gdzieś daleko.


— Jak zwykle. Pojawił się. Wykonał swoją powinność. I ruszył dalej.


Westchnął ciężko.


— Ale teraz chyba bardziej go rozumiem.


Spojrzał na własne dłonie.


— I rozumiem, dlaczego ciągle się przemieszczał.


Claire dotknęła delikatnie jego ramienia.


— Hej.


Spojrzał na nią.


— Nie jesteś nim.


Te słowa zatrzymały go na chwilę.


Claire uśmiechnęła się lekko.


— I nie będziesz sam włóczył się po Europie jak szalony prorok.


Alojzy parsknął cicho śmiechem.


Claire poprawiła płaszcz.


— Razem pojedziemy do Lwowa.


Majewski podszedł do nich chwilę później.


— Skoro już mowa o Lwowie…


Spojrzał na mapę.


— Mogę zawieźć was najdalej do Stalowej Woli. Mieszka tam mój kuzyn.


Kowal skinął głową.


— Dalej będziecie musieli radzić sobie sami.


Alojzy spojrzał na mapę.


Daleko na wschód.


Lwów.


Miasto, które dopiero niedawno znalazło się pod kontrolą III Rzeszy, w granicach Generalnego Gubernatorstwa po rozpoczęciu Operacji Barbarossa.


Front był niedaleko.


Wszędzie miało roić się od żołnierzy.


Transportów. Magazynów. Wojskowych punktów przeładunkowych.


Ale jednocześnie…


to nadal była Rzesza.


System. Biurokracja. Dokumenty.


A to oznaczało, że może da się tam jeszcze poruszać.


Jeśli będą wystarczająco ostrożni.

ROZDZIAŁ 139

Przygotowania do wyprawy na wschód okazały się znacznie trudniejsze, niż wszystkim początkowo się wydawało.


Samo słowo „Lwów” brzmiało niemal nierealnie.


Daleko. Obco. Niebezpiecznie.


Jeszcze kilka tygodni temu Alojzy siedział w archiwum w Holandii, próbując zrozumieć pojedyncze symbole w starych księgach. Teraz znajdował się w okupowanym Będzinie, ścigany przez niemieckiego oficera, planując podróż przez pół Generalnego Gubernatorstwa ku frontowi wojny.


I coraz częściej miał wrażenie, że jego życie rozpadło się na dwie części.


Przed Codexem. I po nim.


Siedział na murze zamkowym z notesem opartym o kolana, ale od dłuższego czasu nawet nie czytał zapisów.


Myślał o ojcu.


O tym, jak po prostu odszedł.


Znowu.


Claire zauważyła jego stan już dawno temu.


Usiadła obok niego bez słowa.


Przez chwilę po prostu patrzyli na miasto.


— Żałujesz? — spytała w końcu.


Alojzy zmarszczył lekko brwi.


— Czego?


— Że go odnalazłeś.


Długo nie odpowiadał.


Potem westchnął ciężko.


— Nie wiem.


Spojrzał gdzieś przed siebie.


— Chyba bardziej żałuję, że dopiero teraz zacząłem go rozumieć.


Claire oparła głowę o mur.


— Mój ojciec był pijakiem.


Alojzy spojrzał na nią zaskoczony.


Claire wzruszyła ramionami.


— Ludzie są bardziej skomplikowani, niż chcielibyśmy wierzyć.


Po chwili uśmiechnęła się lekko.


— Ale twój ojciec i tak wygrywa konkurs na najbardziej szalonego człowieka Europy.


Alojzy parsknął krótkim śmiechem.


I właśnie tego potrzebował.


Choć trochę normalności.


Majewski podszedł do nich chwilę później.


— Musimy ruszać.


Kowal niósł już część rzeczy.


Plan był prosty tylko w teorii.


Musieli wydostać się z Będzina, wrócić do Czeladzi i odzyskać powóz.


Dopiero wtedy mogli myśleć o drodze na wschód.


Alojzy początkowo uważał to za szaleństwo.


— Niemcy nadal nas tam szukają.


Majewski skinął głową.


— Tak.


— Więc wracanie tam jest samobójstwem.


Kowal uśmiechnął się lekko.


— Właśnie dlatego to zadziała.


Claire spojrzała na niego.


— Co?


Kowal poprawił płaszcz.


— Niemcy myślą liniowo. Szukają was tutaj. Szukają was przy drogach wyjazdowych. Szukają was w stronę Krakowa albo Katowic.


Majewski dokończył:


— Ale nie zakładają, że wrócicie do Czeladzi.


I rzeczywiście.


Gdy zeszli ze wzgórz za zamkiem i zaczęli przemieszczać się bocznymi ścieżkami oraz polami między Będzinem a Czeladzią, szybko okazało się, że okolice są niemal puste.


Patrole pilnowały głównych dróg.


Mostów. Miast. Stacji kolejowych.


Ale nie pól.


Nie otwartych przestrzeni.


Szli więc przez wysoką trawę, mokrą jeszcze od porannej rosy, mijając pojedyncze gospodarstwa i stare ścieżki prowadzące między wzniesieniami.


Po raz pierwszy od dawna mogli poruszać się względnie spokojnie.


Claire szła obok Alojzego.


Wiatr poruszał jej włosami, a ona co jakiś czas spoglądała na niego kątem oka.


— Lepiej?


Alojzy skinął lekko głową.


— Trochę.


Claire uśmiechnęła się delikatnie.


— To dobrze. Bo do Lwowa jest naprawdę daleko.


Alojzy spojrzał na horyzont.


Na wschód.


I choć droga wydawała się niemal niemożliwa…


pierwszy raz od dawna miał wrażenie, że naprawdę wiedzą, dokąd zmierzają.

ROZDZIAŁ 140

Do Czeladzi dotarli późnym popołudniem.


Miasto wydawało się spokojniejsze niż poprzedniej nocy, ale tylko pozornie. Niemieckie ciężarówki nadal przejeżdżały głównymi ulicami, gdzieniegdzie widać było patrole, a ludzie rozmawiali ciszej niż zwykle, jakby samo powietrze przypominało im, że wojna słucha.


Czwórka poruszała się ostrożnie.


Bocznymi ulicami. Przez podwórza. Między zabudowaniami.


Alojzy przez większość drogi milczał.


Nie potrafił jeszcze wyrzucić z głowy rozmowy z ojcem.


Claire natomiast co jakiś czas szturchała go lekko ramieniem albo rzucała krótkim komentarzem tylko po to, żeby nie odpływał myślami za daleko.


W końcu dotarli w okolice miejsca, gdzie zostawili powóz.


I wtedy Kowal zatrzymał się gwałtownie.


— O nie.


Majewski wychylił się zza muru.


— Co?


Kowal wskazał ręką przed siebie.


— Mamy problem.


Powóz nadal tam był.


Konie również.


Ale wokół wszystkiego kręciła się grupka miejscowych chłopaków, może trzynasto-, czternastoletnich, którzy najwyraźniej uznali, że znaleźli sobie nową zabawkę.


Jeden siedział już na miejscu woźnicy i udawał, że prowadzi. Dwóch innych grzebało przy skrzyniach. Kolejny próbował nawet wejść na konie.


Claire westchnęła ciężko.


— Genialnie.


Majewski zmrużył oczy.


— Jak długo oni tu siedzą?


— Wystarczająco długo, żeby uznać to za swoje — mruknął Kowal.


Alojzy rozejrzał się nerwowo po okolicy.


— Musimy ich stamtąd zabrać cicho. Bez hałasu.


Majewski skinął głową.


I ruszył pierwszy.


Wyszli zza budynku spokojnie, jak zwykli przechodnie.


Chłopaki zauważyły ich niemal od razu.


— Patrzcie! Właściciele się znaleźli! — zaśmiał się jeden.


Kowal próbował najpierw po dobroci.


— Młodzi. To nasz wóz.


— A teraz nasz — odpowiedział drugi bezczelnie.


Claire uniosła brwi.


— Odważni.


Alojzy westchnął ciężko.


— Słuchajcie… po prostu odejdźcie.


Ale dzieciaki tylko się śmiały.


Jeden z chłopaków nawet cmoknął na konie i próbował ruszyć powozem.


I wtedy Majewski odsunął płaszcz.


Tylko lekko.


Wystarczyło.


Pistolet przy pasie błysnął w popołudniowym świetle.


Śmiechy urwały się natychmiast.


Zapadła cisza.


Kowal spojrzał na chłopaków chłodno.


— Teraz chyba zaczynamy się rozumieć.


Jeden z młodych przełknął ślinę.


— My… my tylko…


— Znikajcie — powiedział spokojnie Majewski.


Tym razem posłuchali.


Rozbiegli się niemal natychmiast między uliczkami.


Claire patrzyła za nimi chwilę.


— Szybka lekcja dorastania.


Ale prawdziwy problem dopiero się zaczynał.


Wyjechać z Czeladzi.


Niezauważenie.


Majewski spojrzał na Kowala.


— Zamieniamy się.


Kilka minut później Kowal miał już na sobie płaszcz i czapkę Majewskiego, wyglądając z daleka bardziej dojrzale i poważnie.


Plan był prosty.


I bardzo ryzykowny.


Alojzy, Claire i Majewski schowali się pod sianem z tyłu powozu.


Duszne powietrze pachniało kurzem i końmi.


Claire leżała tuż obok Alojzego.


— Jeśli to się uda… to zaczynam wierzyć, że jesteśmy nieśmiertelni.


— Nie mów tego — mruknął Majewski.


Na górze rozległ się dźwięk zajmowanego miejsca woźnicy.


Kowal cmoknął na konie.


Powóz drgnął.


I ruszył.


Powoli.


Bardzo powoli.


Koła skrzypiały na bruku.


Alojzy leżąc pod sianem słyszał wszystko wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej:


głosy ludzi. Szczekanie psa. Odległy silnik niemieckiego motocykla.


I własne serce.


Powóz oddalał się centymetr po centymetrze.


Przez chwilę wydawało się, że naprawdę mogą wyjechać z miasta niezauważeni.

ROZDZIAŁ 141

Powóz toczył się powoli przez ostatnie ulice Czeladzi.


Każdy stukot kół o bruk wydawał się nienaturalnie głośny, a dla Alojzego ukrytego pod sianem nawet najzwyklejszy odgłos miasta brzmiał jak zapowiedź katastrofy.


Claire leżała obok niego nieruchomo.


Majewski trzymał dłoń na pistolecie.


Nikt się nie odzywał.


Na górze Kowal grał swoją rolę zaskakująco dobrze. Co jakiś czas spluwał na bok, poprawiał czapkę i wyglądał bardziej jak zmęczony woźnica niż członek podziemia.


I działało.


Minęli pierwszą ulicę. Potem drugą.


Niemiecki patrol przeszedł obok bez większego zainteresowania.


Alojzy zaczął wierzyć, że naprawdę się uda.


W końcu bruk zaczął przechodzić w bardziej nierówną drogę.


Wyjeżdżali z miasta.


Claire delikatnie wypuściła powietrze.


— Chyba…


I wtedy usłyszeli silnik.


Motocykl.


Coraz bliżej.


Majewski zaklął pod nosem.


Dźwięk zatrzymał się obok powozu.


— Dokumente!


Kowal odpowiedział coś spokojnym tonem.


Alojzy nie widział sytuacji dokładnie spod siana, ale słyszał wszystko wyraźnie.


Dwóch Niemców.


Jeden siedział za kierownicą motocykla z doczepką. Drugi wysiadł i podszedł bliżej.


— Dokąd jedziesz?


— Gospodarstwo za miastem — odpowiedział Kowal spokojnie.


Chwila ciszy.


Potem odgłos papierów.


Alojzy czuł, jak napięcie ściska mu żołądek.


Jeszcze chwila.


Jeszcze trochę.


Niemiec oddał dokumenty.


— Dobra. Jedź.


Powóz ruszył.


Powoli.


Bardzo powoli.


I wtedy stało się najgorsze.


Żołnierz siedzący w doczepce zmarszczył nagle brwi.


Spojrzał pod siano.


Alojzy poczuł lodowaty chłód.


Bo fragment jego buta wystawał spod słomy.


Niemiec momentalnie krzyknął:


— Halt!


Kowal nie zawahał się ani sekundy.


Szarpnął lejce.


— Wio!


Konie ruszyły gwałtownie.


Powóz skoczył do przodu tak mocno, że Claire niemal uderzyła głową o deskę.


Za nimi rozległy się wrzaski.


Silnik motocykla zawył.


— Cholera! — krzyknął Kowal.


Powóz pędził teraz przez polną drogę, podskakując na nierównościach.


Konie były przerażone. Ale szybkie.


Bardzo szybkie.


Alojzy i Claire wysunęli się spod siana.


Motocykl był już za nimi.


Coraz bliżej.


Niemcy krzyczeli coś po niemiecku.


Padł pierwszy strzał.


Kula przeleciała obok koła powozu.


Claire odruchowo schyliła głowę.


Majewski wyciągnął pistolet.


— Trzymaj się!


Kowal prowadził jak szalony.


Powóz podskakiwał tak mocno, że ledwo dało się utrzymać.


Motocykl zbliżał się.


Jeszcze chwila i mogliby zrównać się z nimi.


Majewski wychylił się.


Wycelował.


Strzał.


Pierwszy chybił.


Drugi trafił.


Nie żołnierza.


Oponę.


Rozległ się huk.


Motocykl szarpnęło gwałtownie.


Doczepka podbiła w bok.


Cała maszyna przewróciła się na drogę, sunąc po ziemi w chmurze kurzu.


Kowal nawet się nie obejrzał.


— Mamy ich?!


Majewski spojrzał za siebie.


— Na razie tak!


Powóz pędził jeszcze przez kilka minut.


Dopiero gdy zniknęli między polami i zaroślami, Kowal skierował konie w gęste krzewy i wysoką trawę niedaleko niewielkiego zagajnika.


Ukryli powóz możliwie najgłębiej.


Konie oddychały ciężko.


Wszyscy również.


Claire osunęła się na siano.


— Nienawidzę motorów.


Kowal parsknął nerwowym śmiechem.


Majewski obserwował drogę jeszcze przez chwilę.


Potem schował broń.


— Będą nas szukać.


Alojzy skinął powoli głową.


Słońce zaczynało zachodzić.


— Dlatego ruszymy dopiero po zmroku.


I po raz kolejny wojna zamieniała ich podróż w ucieczkę przez ciemność.

ROZDZIAŁ 142

Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał.


Wysoka trawa i krzewy skutecznie ukrywały powóz, a jedynymi dźwiękami były ciężkie oddechy koni i odległy szum wiatru przesuwającego się przez pola.


Dopiero teraz zaczęło do nich docierać, jak niewiele brakowało.


Claire siedziała na sianie z kolanami podciągniętymi pod brodę.


— Widział ten but dosłownie przez sekundę.


Majewski pokręcił głową.


— Sekunda wystarczy.


Kowal przetarł twarz dłonią.


— Jeszcze chwila i siedzielibyśmy teraz związani na pace ciężarówki.


Alojzy milczał.


Patrzył gdzieś w ciemność między drzewami.


Na drogę, którą przyjechali.


Wojna coraz bardziej przypominała polowanie.


I coraz częściej miał wrażenie, że Adler zaciska wokół nich krąg.


Claire zauważyła jego wzrok.


— Hej.


Spojrzał na nią.


— Udało się.


Powiedziała to spokojnie.


Prosto.


I chyba właśnie dlatego podziałało.


Alojzy skinął lekko głową.


Tak.


Udało się.


Ale było naprawdę blisko.


Majewski wyjął papierosa, potem spojrzał na niego i schował go z powrotem.


— Nie możemy ryzykować światła.


Kowal usiadł obok woźnicy.


— Jak długo czekamy?


Majewski spojrzał na niebo.


Słońce niemal całkowicie już zaszło.


— Jeszcze trochę. Potem noc będzie naszą osłoną.


Te słowa zabrzmiały dziwnie.


Bo dokładnie tym się stali.


Ludźmi należącymi do nocy.


Przemieszczającymi się tylko wtedy, gdy światło przestawało ich zdradzać.


Claire położyła się na sianie i spojrzała w niebo.


— Gdy wojna się skończy… chyba już nigdy nie będę chciała podróżować.


Kowal prychnął.


— Ja przeciwnie. Pojadę gdzieś, gdzie nie ma ani jednego Niemca.


— Czyli na księżyc? — mruknęła Claire.


Majewski uśmiechnął się lekko pierwszy raz od kilku godzin.


Alojzy nadal siedział cicho.


W końcu spojrzał na mapę rozłożoną na skrzyni.


— Do rana chcielibyśmy dotrzeć do Stalowej Woli.


Majewski skinął powoli.


— To trudne.


— Wiem.


Droga była długa.


Zwłaszcza powozem.


Zwłaszcza nocą.


Zwłaszcza przez tereny pełne patroli i wojskowych transportów związanych z wojną na wschodzie.


Ale nie mieli wyboru.


Im dalej na wschód się przemieszczali, tym bliżej byli Lwowa.


I tym bliżej był Codex.


W końcu zapadła pełna noc.


Czarna. Gęsta.


Idealna do znikania.


Majewski wstał pierwszy.


— Ruszamy.


Kowal zajął miejsce woźnicy.


Konie prychnęły cicho.


Powóz ruszył powoli spomiędzy krzewów.


Tym razem jechali jeszcze ostrożniej niż wcześniej.


Unikali głównych dróg. Omijali wsie. Przemieszczali się skrajem pól i lasów.


Czasem całkowicie gasili lampę i jechali niemal po omacku, kierując się tylko bladym światłem księżyca.


Noc rzeczywiście ich chroniła.


Ale jednocześnie wszystko wydawało się w niej bardziej niebezpieczne.


Każde światło na horyzoncie mogło oznaczać patrol. Każdy odgłos silnika — niemiecką ciężarówkę.


Claire siedziała blisko Alojzego pod sianem.


— Myślisz, że twój ojciec naprawdę wiedział więcej o Codexie?


Alojzy długo milczał.


Potem odpowiedział cicho:


— Myślę, że wiedział aż za dużo.


Powóz toczył się dalej przez noc.


Na wschód.

ROZDZIAŁ 143

Do Stalowej Woli dotarli o świcie.


Wszyscy byli wykończeni.


Konie szły już znacznie wolniej niż wcześniej, zmęczone nocnym marszem przez pola i leśne drogi, a sam powóz skrzypiał przy każdym większym wyboju, jakby również miał już dosyć tej podróży.


Miasto budziło się powoli.


Fabryczne kominy odcinały się na bladym niebie, gdzieniegdzie zaczynali pojawiać się robotnicy, a chłodne poranne powietrze pachniało wilgocią i dymem.


Majewski siedział z przodu powozu i marszczył brwi coraz mocniej.


— To chyba tutaj…


Kowal spojrzał na niego sceptycznie.


— „Chyba”?


— Dawno tu nie byłem.


Claire westchnęła ciężko.


— Fantastycznie. Uwielbiam podróże z ludźmi, którzy „chyba” pamiętają drogę.


Majewski zignorował komentarz.


Rozglądał się po ulicach uważnie.


— Kamienica była stara. Ale bardzo ładna.


— To zawęża poszukiwania do… jednej trzeciej miasta — mruknął Kowal.


Przemieszczali się jeszcze przez jakiś czas, aż w końcu Majewski nagle wyprostował się na miejscu.


— O.


Wskazał budynek po drugiej stronie ulicy.


Kamienica rzeczywiście wyróżniała się spośród innych.


Stara. Elegancka. Z wysokimi oknami i ozdobnymi balkonami.


Mimo wojny nadal wyglądała dostojnie.


Majewski uśmiechnął się pierwszy raz od dawna.


— To tutaj.


Zostawili powóz na tyłach budynku i weszli do środka.


Schody były szerokie i drewniane, choć skrzypiały przy każdym kroku. Wysokie sufity sprawiały, że nawet klatka schodowa wydawała się ogromna.


Claire rozejrzała się z podziwem.


— Ludzie naprawdę mieszkają w takich miejscach?


— Bogatsi tak — odpowiedział Kowal.


Majewski zapukał do drzwi na drugim piętrze.


Przez chwilę nic się nie działo.


Potem usłyszeli kroki.


Drzwi otworzyły się powoli.


Mężczyzna około trzydziestki spojrzał na nich uważnie.


Krótka cisza.


I nagle jego twarz rozjaśniła się lekko.


— Jan?


Majewski uśmiechnął się zmęczony.


— Witaj, Stefan.


Kuzyn wpuścił ich szybko do środka.


Mieszkanie było przestronne i równie wysokie jak cała kamienica. Duże okna wpuszczały poranne światło, na ścianach wisiały stare obrazy, a w powietrzu unosił się zapach kawy i tytoniu.


Majewski niemal od razu wyciągnął papierosa.


Stefan spojrzał na niego.


— Wyglądasz, jakbyś nie spał od tygodnia.


— Bo prawie nie spałem.


Zapalił papierosa i pierwszy głęboki wdech niemal całkowicie rozluźnił jego twarz.


— O Boże… jak dobrze.


Claire usiadła ciężko przy stole.


Alojzy nadal stał przy oknie, obserwując ulicę.


Stefan podszedł po kolei do każdego i podał rękę.


— Stefan Majewski.


Spojrzał na Claire.


— Miło mi.


Potem na Alojzego.


I zatrzymał wzrok odrobinę dłużej.


Jakby wyczuwał, że to właśnie wokół niego kręci się cała historia.


W końcu westchnął ciężko.


— Posłuchajcie… w takiej okolicy nie mogę was trzymać długo.


Majewski skinął głową.


— Wiemy.


Stalowa Wola była pełna robotników, wojskowych transportów i ludzi współpracujących z okupantem. Zbyt wielu obcych szybko rzucałoby się tutaj w oczy.


Stefan spojrzał na Alojzego i Claire.


— Jan wspomniał mi tylko tyle, że musicie dostać się do Lwowa.


Alojzy skinął głową.


— Tak.


Stefan podrapał się po brodzie.


— Najlepiej będzie jechać częściowo transportami robotniczymi. Albo podczepić się pod wojskowe przewozy zaopatrzenia.


Claire spojrzała na niego z niedowierzaniem.


— To brzmi jak fatalny plan.


— Bo każdy plan prowadzący do Lwowa teraz jest fatalny.


Odpowiedział to spokojnie.


— Ale macie jeden plus.


Spojrzał na Alojzego.


— Lwów dopiero niedawno trafił pod pełną kontrolę Niemców po Barbarossie. Tam wszystko dopiero się organizuje.


Podszedł do mapy wiszącej na ścianie.


— Jest pełno żołnierzy. Pełno transportów. Pełno chaosu.


Przesunął palcem po trasie na wschód.


— Ale jednocześnie to nadal Generalne Gubernatorstwo. Papierologia. Przepustki. Kontrole.


Spojrzał na nich poważnie.


— A chaos czasem pomaga bardziej niż porządek.

ROZDZIAŁ 144

Nie mogli zostać długo.


Wszyscy o tym wiedzieli.


Choć mieszkanie Stefana było pierwszym naprawdę spokojnym miejscem od bardzo dawna — ciepłym, wysokim, pachnącym kawą i papierosowym dymem zamiast wilgocią tuneli czy smarem kryjówek AK — wojna nadal znajdowała się tuż za oknami.


I z każdą godziną mogła zapukać do drzwi.


Dlatego jeszcze przed południem zaczęli się zbierać.


Kowal pomagał znosić część rzeczy na dół, Majewski kończył ostatniego papierosa przy otwartym oknie, a Claire poprawiała płaszcz i próbowała doprowadzić włosy do porządku po nocnej podróży.


Alojzy stał przez chwilę przy oknie.


Patrzył na ulicę.


Na ludzi spieszących do pracy. Na ciężarówki wojskowe przejeżdżające od czasu do czasu w oddali.


Na wschód.


Coraz bliżej wojny.


Stefan podszedł do niego spokojnie.


— Lwów was zmieni.


Alojzy spojrzał na niego kątem oka.


— Bardziej niż wszystko do tej pory?


Stefan uśmiechnął się blado.


— Jeśli naprawdę jedziecie tam po coś, czego szukają Niemcy… to tak.


Zapadła chwila ciszy.


Potem Stefan podał mu niewielką kartkę.


Adres. Nazwisko. Kilka słów.


— Jeśli będzie naprawdę źle… spróbujcie tam.


Alojzy schował kartkę ostrożnie.


— Dziękuję.


W końcu przyszła pora pożegnania.


Majewski uścisnął kuzyna mocno.


Kowal również.


Claire podziękowała Stefanowi z wyraźną szczerością, a on tylko machnął ręką.


— Po prostu wróćcie kiedyś żywi.


Alojzy zatrzymał się przy drzwiach ostatni.


Spojrzał jeszcze raz na mieszkanie.


Na normalność, której od dawna już nie znał.


Potem skinął głową Stefanowi.


I wyszli.


Powóz został.


Dalsza podróż nim była zbyt ryzykowna.


Za wolna.


Od teraz musieli stać się częścią wojennego chaosu.


Wtopić się w niego.


Ulice Stalowej Woli były coraz bardziej zatłoczone. Robotnicy szli do fabryk, niemieckie ciężarówki kursowały między magazynami, a na bocznicach kolejowych w oddali widać było długie składy wagonów.


Claire szła blisko Alojzego.


— I co teraz?


Alojzy spojrzał na transporty.


Na ludzi. Na żołnierzy. Na wagony jadące na wschód.


— Szukamy pierwszej okazji.


Kowal poprawił czapkę.


— Czyli?


— Czyli transportu.


Majewski westchnął ciężko.


— Im bliżej frontu, tym więcej będzie przewozów. Robotników. Zaopatrzenia. Wojska.


Spojrzał na Alojzego i Claire.


— Ale od tego momentu wszystko zależy już od was.


Te słowa zabrzmiały inaczej niż wcześniejsze pożegnania.


Bo tym razem naprawdę się rozdzielali.


Droga na wschód należała już tylko do Alojzego i Claire.


Przez chwilę stali jeszcze razem przy ulicy.


Potem Majewski wyciągnął rękę do Alojzego.


— Nie daj się zabić przez książkę.


Alojzy uśmiechnął się blado.


— Postaram się.


Kowal uścisnął mu ramię.


— A jak już uratujesz świat… to pamiętaj, że ja pierwszy mówiłem, że to wszystko brzmi jak szaleństwo.


Claire zaśmiała się lekko.


Potem obie strony ruszyły w przeciwnych kierunkach.


Majewski i Kowal zniknęli między ulicami Stalowej Woli.


Alojzy i Claire zostali sami.


Naprawdę sami.


Claire spojrzała na niego.


— Gotowy na Lwów?


Alojzy popatrzył na tory kolejowe ciągnące się daleko na wschód.


I odpowiedział cicho:


— Chyba już nie ma odwrotu.

ROZDZIAŁ 145

Dworzec w Stalowej Woli wyglądał bardziej jak prowizoryczny przystanek niż prawdziwa stacja kolejowa.


Kilka drewnianych budynków. Niewielka kasa. Krótki peron.


Wszystko wydawało się nowe, jakby miasto dopiero uczyło się istnieć. Wojna tylko przyspieszyła ten chaos — obok robotników kręcili się żołnierze, między wagonami ciągnięto skrzynie z zaopatrzeniem, a w powietrzu unosił się zapach węgla i mokrego drewna.


Claire rozejrzała się ostrożnie.


— To miejsce wygląda, jakby ktoś zbudował je tydzień temu.


Alojzy poprawił kołnierz płaszcza.


— Właściwie niewiele wcześniej.


Było jednak jedno pocieszenie.


Tutaj nikt ich nie znał.


Nie było Adlera. Nie było patroli przeczesujących miasto pod ich kątem.


Byli jedynie kolejnymi zmęczonymi ludźmi próbującymi dostać się na wschód.


I właśnie na takich mieli wyglądać.


Stanęli przy kasie.


Kobieta siedząca za okienkiem wyglądała na zmęczoną życiem bardziej niż wojną. Nawet nie podniosła wzroku od papierów.


— Dokąd?


Alojzy zawahał się minimalnie.


— Jak najdalej na wschód.


Kobieta spojrzała na niego chłodno.


— Konkretnie?


— W stronę Lwowa.


Claire westchnęła teatralnie.


— Zgubiliśmy część rzeczy podczas podróży.


Kobieta uniosła brwi.


— Wszyscy coś zgubili podczas wojny.


Claire pochyliła się lekko ku okienku.


— Nie dałoby się… przejechać za darmo?


Kobieta spojrzała na nią tak, jakby słyszała to pytanie pięćdziesiąty raz tego dnia.


— Nie.


— Ale—


— Nie.


Alojzy westchnął ciężko.


Wyciągnął resztę pieniędzy.


Nie było ich wiele.


Kobieta spojrzała na monety.


Potem na nich.


I chyba pierwszy raz zrobiło jej się ich trochę żal.


— Mogę wam sprzedać dwa bilety za połowę ceny.


Claire od razu się rozpromieniła.


— Naprawdę?


— Zanim zmienię zdanie.


Kilka minut później siedzieli już w wagonie.


Drewniane ławki skrzypiały przy każdym ruchu, ludzie rozmawiali półgłosem, a za oknami powoli przesuwały się przemysłowe obrzeża miasta.


Pociąg ruszył.


Claire oparła głowę o szybę.


— To nie może być takie proste.


Alojzy spojrzał na nią.


— Daj mi chociaż dziesięć minut spokoju.


Claire uśmiechnęła się lekko.


Ale miała rację.


Oczywiście, że miała rację.


Bo już na kolejnej stacji wszystko się zmieniło.


Rozwadów.


Pociąg zatrzymał się gwałtownie.


Na peronie od razu pojawili się Niemcy.


Dużo Niemców.


Żołnierze Wehrmachtu zaczęli przemieszczać się między wagonami, a po chwili jeden z oficerów wszedł do środka.


— Aufmerksamkeit!


Rozmowy momentalnie ucichły.


Oficer rozwinął dokument.


— Ze względu na zwiększone zapotrzebowanie frontowe, skład zostaje przejęty na potrzeby militarne i transport zaopatrzenia dla operacji na wschodzie.


Westchnienia i przekleństwa rozeszły się po wagonie.


Oficer kontynuował:


— Wszyscy pasażerowie mają natychmiast opuścić pojazd.


— A pieniądze?! — krzyknął ktoś z końca wagonu.


— Nie przysługuje zwrot.


Natychmiast wybuchły protesty.


Ludzie zaczęli narzekać, przeklinać pod nosem i zbierać rzeczy.


Claire spojrzała na Alojzego.


— Mówiłam.


Alojzy obserwował Niemców.


I nagle coś zrozumiał.


Ten pociąg nadal jedzie na wschód.


Tylko już jako transport wojskowy.


Spojrzał na Claire.


Ona zrozumiała od razu.


— O nie.


Kilka minut później wszyscy pasażerowie opuszczali wagony, kłócąc się z obsługą i Niemcami.


Alojzy i Claire…


zniknęli.


W chwili największego zamieszania przemknęli między wagonami i dostali się do części technicznej składu.


Kotłownia była gorąca, duszna i pachniała węglem oraz smarem.


Ukryli się między metalowymi elementami i skrzyniami z opałem.


Na zewnątrz słychać było kroki Niemców.


Claire oddychała szybko.


— To najgorszy pomysł jaki mieliśmy od czasu sterowca.


Alojzy nasłuchiwał.


Pociąg szarpnął lekko.


Po chwili rozległ się przeciągły gwizd lokomotywy.


I skład ruszył ponownie.


Tym razem…


prosto ku wojnie.

ROZDZIAŁ 146

Kotłownia okazała się znacznie gorsza, niż sobie wyobrażali.


Już po kilku minutach Alojzy zrozumiał, dlaczego nikt normalny nie chciałby spędzić tutaj nawet godziny.


Powietrze było ciężkie od pyłu i gorąca, metalowe ściany nagrzewały się od pieca, a każdy oddech smakował sadzą i węglem.


Ukryli się za ogromnym paleniskiem, wciskając się w ciasną przestrzeń między ścianą a stosem worków.


Nie widzieli wiele.


Jedynie pomarańczowe światło ognia odbijające się od metalu i sylwetki Niemców pojawiające się co jakiś czas przy piecu.


Claire siedziała skulona obok Alojzego z rękawem przy ustach.


— Nigdy… więcej… pociągów…


Alojzy próbował się uśmiechnąć, ale gorąco skutecznie odbierało energię nawet na to.


Za ścianą słychać było rozmowy Niemców.


Ktoś śmiał się głośno. Ktoś narzekał na front. Ktoś rzucał łopatą węgiel do pieca.


Pociąg pędził dalej na wschód.


I wtedy zaczęły się problemy.


— Verdammt… skończył się węgiel.


Alojzy zesztywniał momentalnie.


Claire również.


Usłyszeli kroki.


Niemcy zaczęli przeszukiwać pomieszczenie.


Coraz bliżej.


Jeden z żołnierzy przesuwał worki nogą.


Drugi otwierał metalowe skrzynie.


Claire próbowała cofnąć nogi bardziej pod siebie.


I właśnie wtedy…


dotknęła butem jednego z worków.


Wór przesunął się.


A potem przewrócił.


Węgiel rozsypał się z hukiem po podłodze.


Zapadła sekunda ciszy.


Alojzy był pewien, że to koniec.


Ale zamiast alarmu rozległ się głos Niemca:


— Ach, tutaj jest.


Kilku żołnierzy od razu zaczęło zgarniać rozsypany węgiel i wrzucać go do pieca.


A to oznaczało tylko jedno.


Jeszcze więcej ognia.


Jeszcze więcej gorąca.


Po kilku minutach temperatura zrobiła się niemal nie do wytrzymania.


Claire oddychała płytko.


Pot spływał jej po twarzy. Sadza przykleiła się do skóry.


Alojzy również ledwo wytrzymywał.


Każdy oddech palił płuca.


Ale nie mogli się ruszyć.


Nie mogli wydać żadnego dźwięku.


Musieli wytrzymać.


I wytrzymali.


Minuty ciągnęły się nieskończenie długo.


Pociąg zatrzymał się dopiero na kolejnej stacji.


Rozległy się gwizdki. Krzyki. Odgłosy przesuwanych skrzyń.


— Raus! Pomóc przy załadunku!


Niemcy opuścili kotłownię jeden po drugim.


Dopiero gdy ostatni zniknął za drzwiami, Claire niemal wypadła zza pieca.


Wzięła głęboki oddech.


Pierwszy prawdziwy od bardzo dawna.


— O Boże…


Oparła dłonie o kolana i próbowała złapać powietrze.


Potem przetarła twarz.


Dłoń natychmiast zrobiła się czarna od sadzy.


Alojzy wychylił się chwilę później.


Cała jego twarz była osmolona.


I kiedy się uśmiechnął…


między czarną sadzą błysnęły absurdalnie białe zęby.


Claire spojrzała na niego.


I parsknęła śmiechem.


Nie mogła przestać.


Alojzy zmarszczył brwi.


— Co?


Claire śmiała się coraz bardziej.


— Wyglądasz… jak komin…


Alojzy spojrzał na własne ręce.


Potem również się zaśmiał.


Pierwszy raz od bardzo dawna naprawdę szczerze.


— Już niedaleko — stwierdził zadowolony.


Claire nadal próbowała przestać się śmiać.


W końcu oparła się o metalową ścianę wagonu i rozejrzała po kotłowni.


Na zewnątrz słychać było dalszy załadunek wojskowych skrzyń.


Jeszcze trochę.


Jeszcze trochę…


a znajdą się bliżej Lwowa niż kiedykolwiek wcześniej.

ROZDZIAŁ 147

Podróż trwała znacznie dłużej, niż początkowo zakładali.


Godziny zlały się w jedno.


Hałas kół. Metaliczne drgania wagonów. Krzyki żołnierzy. Gorąco kotłowni.


Momentami Alojzy nawet nie był pewien, ile czasu już jadą.


Ale w końcu…


pociąg zaczął zwalniać.


Coraz bardziej.


A potem zatrzymał się całkowicie.


Tym razem na długo.


Claire spojrzała na Alojzego uważnie.


— To tutaj?


Alojzy nasłuchiwał.


Na zewnątrz panował ruch.


Duży ruch.


Krzyki wydawane po niemiecku. Odgłosy przesuwanych skrzyń. Silniki ciężarówek.


I coś jeszcze.


Marsz.


Równy rytm wojskowych butów.


— Chyba tak — odpowiedział cicho.


Ale nie wyszli od razu.


To byłoby samobójstwo.


Ukryli się głębiej za piecem i czekali cierpliwie, podczas gdy na zewnątrz żołnierze rozładowywali sprzęt ze składu.


Pociąg był już wygaszony.


Kotłownia powoli stawała się chłodniejsza, choć nadal pachniała sadzą i spalonym węglem.


Minuty ciągnęły się nieskończenie długo.


Claire zaczynała przysypiać oparta o metalową ścianę, gdy w końcu hałas na zewnątrz zaczął cichnąć.


Coraz bardziej.


Aż w końcu zapadła nocna cisza przerywana jedynie odległymi komendami.


Alojzy wychylił się pierwszy.


Peron wyglądał niemal na pusty.


Kilku żołnierzy kręciło się jeszcze przy magazynach, ale większa część transportu najwyraźniej została już rozładowana.


Spojrzał na Claire.


— Teraz.


Wysiedli ostrożnie.


Pierwszy krok na lwowskiej ziemi wydawał się dziwnie ciężki.


A potem od razu poczuli różnicę.


Lwów nie wyglądał jak miasta, które widzieli wcześniej.


Nie przypominał uporządkowanej okupacji.


Nie przypominał nawet Krakowa.


Tutaj wszystko wyglądało…


tymczasowo.


Chaotycznie.


Jakby wojna dopiero próbowała zapuścić korzenie.


Na stacji panował półmrok rozświetlany reflektorami i lampami wojskowymi. Niemieckie ciężarówki stały obok wagonów pełnych zaopatrzenia, żołnierze biegali z dokumentami, a wszędzie czuć było napięcie związane z frontem.


Bo front był już niedaleko.


Bardzo niedaleko.


Claire rozejrzała się ostrożnie.


— To miasto wygląda… jakby ktoś dopiero zaczynał je okupować.


Alojzy skinął głową.


I rzeczywiście.


Niemcy byli wszędzie, ale nie sprawiali jeszcze wrażenia pełnej kontroli.


Bardziej…


organizacji chaosu.


Przez ulicę obok stacji przemaszerował cały pluton Wehrmachtu. Dalej przejechała ciężarówka z amunicją. W oddali słychać było pracujące silniki i kolejne wojskowe transporty kierowane na wschód.


Lwów stał się zapleczem frontowym Operacji Barbarossa.


Miastem przejściowym między Rzeszą a wojną.


Claire poprawiła płaszcz.


— Nie podoba mi się tutaj.


Alojzy patrzył na miasto uważnie.


Na stare kamienice. Na żołnierzy. Na światła.


I gdzieś pod tym wszystkim…


czuł obecność Codexu.


— Mnie też nie — odpowiedział cicho.


A potem ruszyli w nocny Lwów.

ROZDZIAŁ 148

Poranek we Lwowie był chłodny i szary.


Miasto budziło się powoli, ale nawet o tej godzinie ulice nie były spokojne. Co chwilę przechodziły wojskowe oddziały, ciężarówki pełne zaopatrzenia jechały w stronę wschodnich dróg, a gdzieś w oddali rozlegały się metaliczne odgłosy pracujących warsztatów i składów.


Lwów żył wojną.


Ale jeszcze się do niej nie przyzwyczaił.


Alojzy siedział z Claire na starej ławce niedaleko jednej z bocznych ulic i wyglądał na człowieka kompletnie wyczerpanego.


Drapał się po głowie, wpatrując w notes.


Po raz pierwszy od dawna naprawdę utknął.


Claire obserwowała go przez chwilę.


— Nadal nic?


Alojzy westchnął ciężko.


— Mam symbole. Układy. Strukturę.


Przewrócił kilka stron.


— Ale nadal nie wiem, czego właściwie szukamy.


Spojrzał gdzieś przed siebie.


— Na pewno jest tutaj. W mieście. Blisko.


Claire poprawiła płaszcz.


— To bardzo pomocne informacje.


Alojzy uśmiechnął się blado.


I ruszyli dalej.


Pierwszym naturalnym kierunkiem była świątynia.


Znowu.


Claire zaczynała mieć wrażenie, że całe ich życie od miesięcy polegało na chodzeniu po kościołach, kryptach i starych budynkach.


Lwowska świątynia była jednak inna niż wcześniejsze.


Większa. Bogatsza. I pełna napięcia.


Duchowny, z którym rozmawiali, wyglądał na człowieka zmęczonego wojną bardziej niż codzienną pracą.


Słuchał ich uprzejmie, ale z wyraźnym niezrozumieniem.


— Codex? Manuskrypty?


Pokręcił głową.


— Nie wiem nic o takich rzeczach.


Alojzy próbował jeszcze pytać o symbole.


O stare księgi.


O ukryte archiwa.


Bez skutku.


Wyszli.


I zaczęli szukać dalej.


Spacerowali ulicami Lwowa przez długie godziny.


Oglądali mury. Kamienice. Stare budynki.


Szukali symboli wyrytych w kamieniu albo ukrytych w architekturze miasta.


Ale nie trafiali na nic.


Lwów był ogromny.


Znacznie większy i bardziej skomplikowany niż wcześniejsze miejsca.


Claire coraz częściej wyglądała na zmęczoną.


Alojzy również zaczynał tracić cierpliwość.


I właśnie wtedy zaczepił ich chłopak.


Młody Niemiec.


Może dziewiętnastoletni.


Miał pod pachą plik ulotek i bilety.


— Oper! Oper heute Abend!


Alojzy odruchowo chciał go minąć.


— Nie jesteśmy zainteresowani.


Ale chłopak nie odpuszczał.


— Niemiecka grupa artystyczna! Występ specjalny!


Claire machnęła ręką.


— Nie mamy pieniędzy.


I wtedy wydarzyło się coś dziwnego.


Chłopak po prostu uśmiechnął się szeroko.


Potem wsunął Claire dwa bilety do kieszeni płaszcza.


— Zaczerpnijcie trochę dobrej sztuki za darmo.


Spojrzał na nich z zaskakującą szczerością.


— To będzie dobry wieczór. Uwierzcie mi.


I odbiegł dalej między ludzi.


Claire wyciągnęła bilety z kieszeni.


Spojrzała na nie sceptycznie.


— No świetnie. Jeszcze opera nam była potrzebna.


Alojzy wzruszył ramionami.


Na początku oboje kompletnie zignorowali temat.


Szukali dalej.


Bez skutku.


Godziny mijały.


Miasto stawało się coraz bardziej męczące, coraz bardziej przytłaczające swoją wielkością i wojennym chaosem.


W końcu, późnym popołudniem, Claire usiadła ciężko na murku.


— Mam dość symboli na dziś.


Alojzy również wyglądał na wykończonego.


Spojrzał na bilety.


Potem na operę widoczną w oddali ponad ulicami miasta.


Monumentalny budynek wydawał się niemal absurdalny pośród wojny.


— Wiesz… — odezwał się powoli.


Claire spojrzała na niego podejrzliwie.


— Nie.


— To może nie być najgorszy pomysł.


Claire zamrugała.


— Ty naprawdę chcesz iść do opery?


Alojzy spojrzał na bilety.


— Zobaczymy przynajmniej, co okupant wymyślił.


Wstał powoli.


— Jak Niemcy próbują budować Rzeszę na nie swoich fundamentach.


Spojrzał w stronę monumentalnego gmachu.


— Występ niemieckiej grupy artystycznej we lwowskiej operze… może być całkiem ciekawy.

ROZDZIAŁ 149

Wieczorem ruszyli w stronę opery.


Lwów po zmroku wyglądał jeszcze dziwniej niż za dnia. Wojskowe ciężarówki przejeżdżały przez główne ulice niemal bez przerwy, niemieckie patrole spacerowały grupami, a światła reflektorów przecinały ciemność nad miastem niczym ogromne ostrza.


I pośród tego wszystkiego…


opera.


Monumentalna. Piękna. I brutalnie przywłaszczona.


Gdy wyszli na główną ulicę prowadzącą do budynku, Claire zwolniła kroku.


— O…


Na fasadzie opery wisiały ogromne swastyki.


Czerwone płachty opadały z kolumn niemal aż do ziemi, a reflektory ustawione wokół budynku sprawiały, że całość wyglądała bardziej jak monumentalny pomnik Rzeszy niż miejsce sztuki.


Przed wejściem zbierały się tłumy ludzi.


Niemieccy oficerowie. Mieszkańcy miasta. Elegancko ubrani urzędnicy. Kobiety w wieczorowych sukniach. Żołnierze.


Wojna i kultura mieszały się tutaj w sposób niemal groteskowy.


Claire spojrzała niepewnie na Alojzego.


— Czy to na pewno dobry pomysł?


Przyciszyła głos.


— Trochę rzucamy się w oczy.


Alojzy spojrzał na bilety.


Potem na tłum.


I machnął ręką.


— Mamy bilety. To już więcej niż większość ludzi tutaj.


Claire westchnęła.


— Coraz bardziej zaczynam wierzyć, że masz śmiertelne życzenie.


Ale poszli dalej.


Przy wejściu stało kilku niemieckich żołnierzy kontrolujących ludzi wchodzących do środka.


Alojzy czuł napięcie rosnące z każdym krokiem.


Jednak kiedy pokazali bilety…


nikt nawet nie spojrzał na nich drugi raz.


Weszli do środka.


I natychmiast uderzyło ich piękno miejsca.


Ogromne schody. Złocenia. Kryształowe żyrandole.


Opera nadal była operą.


Nawet pod niemieckimi flagami.


Claire rozglądała się z wyraźnym zaskoczeniem.


— Nigdy wcześniej nie byłam w takim miejscu.


Alojzy również chłonął wszystko wzrokiem.


Choć jednocześnie czuł dziwny gniew.


Bo Niemcy robili tutaj dokładnie to samo, co wszędzie.


Brali coś pięknego…


i oznaczali swoim symbolem.


Usiedli w sali.


Kurtyna była już podniesiona.


Chwilę później rozpoczął się występ.


I mimo wszystkiego…


Alojzy był zachwycony.


Śpiew niósł się po sali w sposób niemal nierealny, orkiestra brzmiała potężnie, a głosy artystów odbijały się od ścian opery jak echo dawnego świata sprzed wojny.


Claire zauważyła jego wyraz twarzy.


Uśmiechnęła się lekko.


— Podoba ci się.


Alojzy skinął powoli głową.


— Bardzo.


Spojrzał jednak na wiszące flagi ze swastykami.


— Tym bardziej nienawidzę tego, że oni robią to tutaj.


W pewnym momencie, wsłuchując się w śpiew, odchylił głowę do tyłu.


I spojrzał na sklepienie.


Bogate ornamenty. Złote zdobienia. Symbole wpisane w architekturę.


A potem…


zesztywniał.


Między dekoracyjnymi liniami dostrzegł znajomy układ.


Symbol.


Dokładnie ten sam.


Ten, którego szukali od tak dawna.


Zmrużył oczy.


Wpatrywał się w niego intensywnie, próbując zapamiętać każdy detal.


Nie chciał wyciągać notatek podczas przedstawienia.


To byłoby zbyt ryzykowne.


Ale już wiedział.


To nie był przypadek.


I wtedy zaczęło do niego docierać coś jeszcze.


Powoli.


Niepokojąco.


Codex właściwie cały czas sam go prowadził.


Sekta we Francji. Ojciec w Czeladzi. Opera we Lwowie.


Jakby kolejne tropy nie były odkrywane…


tylko odsłaniane przed nim dokładnie wtedy, kiedy powinny.


A skoro tak…


to jedna myśl stała się nagle przerażająco logiczna.


Codex nie prowadzi wyłącznie jego.


Alojzy poczuł chłód przebiegający po plecach.


I wtedy spojrzał wyżej.


Na balkony dla najważniejszych gości.


Dawniej dla arystokracji. Teraz dla niemieckich elit.


I zobaczył go.


Karl-Heinz Adler.


Siedział spokojnie w półmroku loży.


Elegancki. Nieruchomy.


Wsłuchiwał się w śpiew tak, jakby naprawdę przyjechał tutaj wyłącznie dla sztuki.


Ale Alojzy wiedział.


Adler już o nich wiedział.


Od początku.


Ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę.


I Adler…


lekko się uśmiechnął.


Nie zrobił nic więcej.


Nie wezwał żołnierzy. Nie przerwał przedstawienia.


Bo nie miał takiego zamiaru.


Jeszcze nie.


On już ich miał.


Alojzy powoli spojrzał na Claire.


Dziewczyna nadal była skupiona na operze, kompletnie nieświadoma tego, co właśnie zobaczył.


Alojzy nic nie powiedział.


Bo zrozumiał jeszcze jedno.


Adler nie chce ich złapać tutaj.


On chce ich dopaść…


przy wyjściu.

ROZDZIAŁ 150

Ostatnie dźwięki opery jeszcze przez chwilę unosiły się pod sklepieniem sali.


Potem wszystko ucichło.


I nagle cała widownia wybuchła oklaskami.


Ludzie wstawali z miejsc, ktoś krzyknął „brawo”, orkiestra ukłoniła się publiczności, a śpiewacy raz jeszcze pojawili się na scenie w blasku świateł.


Claire wyglądała na autentycznie zachwyconą.


— To było niesamowite.


Alojzy również klaskał.


Powoli. Z zamyśleniem.


— Było.


Spojrzał jeszcze raz na scenę.


— Niezależnie od tego, kto występował.


Claire uśmiechnęła się lekko.


— Widzisz? Da się czasem nie myśleć o wojnie.


Alojzy chciał odpowiedzieć.


Ale kątem oka zobaczył ruch na balkonach.


Adler wstał spokojnie ze swojego miejsca.


Jak każdy inny widz.


Poprawił płaszcz. Założył rękawiczki.


Za nim ruszyło dwóch żołnierzy i jeszcze jeden oficer.


Łysy. Bez zarostu. Około czterdziestki.


Rozmawiali spokojnie między sobą, schodząc powoli w stronę wyjścia.


Jak ludzie opuszczający zwykły wieczorny spektakl.


I właśnie to było najbardziej niepokojące.


Claire podniosła się z miejsca.


— Naprawdę nie spodziewałam się czegoś takiego.


Alojzy również wstał.


— Niemcy potrafią robić wielkie rzeczy.


Spojrzał na wiszące nad salą flagi.


— Problem w tym, że zawsze próbują je sobie przywłaszczyć.


Powoli zaczęli kierować się ku wyjściu wraz z tłumem.


Ludzie rozmawiali o przedstawieniu, poprawiali eleganckie ubrania, śmiali się półgłosem.


Przez chwilę można było niemal uwierzyć, że wojny nie ma.


— Czyż nie było to piękne? — spytała Claire.


Alojzy skinął głową.


I rzeczywiście zaczął mówić o samej operze.


O śpiewie. O orkiestrze. O tym, jak muzyka potrafiła wypełnić całe wnętrze budynku.


Mówił spokojnie.


Naturalnie.


Jednocześnie obserwując wszystko wokół.


I wtedy Claire zauważyła żołnierzy.


Dużo żołnierzy.


Przy bocznych wyjściach. Przy korytarzach. Przy schodach.


Każde wyjście było obstawione.


A przy głównych drzwiach Niemcy sprawdzali ludzi opuszczających operę.


Claire natychmiast zesztywniała.


— Co jest?


Alojzy nie spojrzał na nią.


— Zachowuj się naturalnie.


— Alojzy—


— Naturalnie.


Ton jego głosu sprawił, że od razu zrozumiała, iż sytuacja jest znacznie poważniejsza, niż myślała.


Powoli zbliżali się do wyjścia.


Claire ściszyła głos.


— O co chodzi?


Alojzy przez chwilę milczał.


— Cokolwiek się stanie… nie pokazuj wrogości.


Claire spojrzała na niego kompletnie zdezorientowana.


— Wobec kogo?


Ale Alojzy już nie odpowiedział.


Bo sam próbował jeszcze znaleźć rozwiązanie.


Może boczne wyjście. Może tłum. Może zamieszanie.


Ale gdy tylko spojrzał przez wysokie okna opery na zewnątrz…


zrozumiał, że tym razem Adler przygotował się perfekcyjnie.


Wokół budynku stały niemieckie ciężarówki.


Patrole krążyły po ulicach.


Przy schodach opery stało tylu żołnierzy, że człowiek mimowolnie zaczynał się kurczyć.


Nie było ucieczki.


Nie tutaj.


Kolejka przesuwała się coraz dalej.


Jeszcze kilka osób.


Jeszcze dwie.


W końcu podeszli do drzwi.


Żołnierz spojrzał na nich rutynowo.


A potem…


zatrzymał wzrok na Alojzym.


Moment ciszy.


Krótki.


Ale wystarczający.


Niemiec wyprostował się od razu.


— Herr Mlent.


Claire poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła.


Żołnierz jednak nie wyciągnął broni.


Nie krzyczał.


Po prostu skinął głową.


— Tędy proszę.


Odprowadzili ich zaledwie kilka kroków na bok.


Pod jedną z ogromnych kolumn opery.


Tam czekał Adler.


Obok niego stał łysy oficer.


Obaj wyglądali spokojnie.


Wręcz elegancko.


Adler poprawił rękawiczkę i spojrzał na Alojzego z lekkim uśmiechem.


— Piękny występ, prawda?

ROZDZIAŁ 151

Przez chwilę nikt się nie ruszał.


Tłum opuszczający operę przepływał obok nich spokojnie, ludzie schodzili po schodach, rozmawiali o przedstawieniu, śmiali się półgłosem, a gdzieś w oddali orkiestra kończyła jeszcze ostatnie dźwięki za kurtyną.


I tylko wokół jednej kolumny panował zupełnie inny świat.


Świat, w którym każdy ruch był kontrolowany.


Adler patrzył na Alojzego z niemal uprzejmym spokojem.


— Piękny występ, prawda?


Alojzy odpowiedział po chwili:


— Był imponujący.


Adler uśmiechnął się lekko.


— Wiedziałem, że pan doceni. W końcu człowiek od ksiąg i symboli zazwyczaj rozumie również sztukę.


Claire stała nieruchomo obok Mlenta.


Nie spuszczała wzroku z Niemców.


Łysy oficer przy Adlerze obserwował ją z wyraźnym zainteresowaniem.


Adler zauważył to.


— Ach. Wybaczy pan.


Odwrócił się lekko.


— Oberstleutnant Friedrich Vogt.


Łysy oficer skinął głową sztywno.


— Miło poznać.


Claire nie odpowiedziała.


Adler uśmiechnął się pod nosem.


— Nadal bardzo ostrożna.


Alojzy zmarszczył brwi.


— Czego właściwie chcesz?


Adler westchnął teatralnie.


— Od razu do rzeczy. Jak zawsze.


Spojrzał w stronę ulicy.


Na żołnierzy. Na operę. Na nocny Lwów.


— Wie pan, co jest najciekawsze, Herr Mlent?


Nie czekając na odpowiedź, mówił dalej:


— Obserwowałem was praktycznie od Krakowa.


Claire zesztywniała.


Alojzy również poczuł lodowaty chłód.


Adler mówił spokojnie. Niemal rozbawiony.


— Wieliczka. Czeladź. Będzin.


Lekki uśmiech pojawił się na jego twarzy.


— Pańska ucieczka przez tunele była naprawdę imponująca.


Spojrzał na Claire.


— A pani pomysł ze sterowcem… cóż.


Parsknął cicho.


— Nadal nie mogę uwierzyć, że ktoś naprawdę rzucił granat na pokładzie sterowca.


Claire uniosła podbródek.


— Zadziałało.


Adler zaśmiał się krótko.


— Owszem. Przez chwilę nawet byłem pod wrażeniem.


Potem spojrzał znowu na Alojzego.


— Ale prawda jest taka, Herr Mlent… że złapanie was było właściwie bułką z masłem.


Te słowa zabrzmiały niemal obraźliwie.


Alojzy poczuł gniew.


— Więc dlaczego nie zrobiłeś tego wcześniej?


Adler spojrzał na niego z dziwnym błyskiem w oczach.


— Bo człowiek czasem dowiaduje się więcej, obserwując, dokąd ktoś biegnie.


Zapadła cisza.


Claire spojrzała na Alojzego niepewnie.


Adler jednak nadal nie mówił, czego właściwie chce.


I właśnie to było najgorsze.


Nie groził im. Nie krzyczał. Nie wyciągał broni.


Jakby cała sytuacja była tylko kolejnym etapem rozmowy.


W końcu jeden z żołnierzy otworzył drzwi stojącego obok samochodu.


Piękny czarny Mercedes błyszczał w świetle reflektorów opery.


Elegancki. Niemal absurdalnie luksusowy pośród wojny.


Adler wykonał spokojny gest dłonią.


— Proszę.


Claire spojrzała na Alojzego.


Ten przez chwilę rozważał wszystko.


Ucieczkę. Walkę. Cokolwiek.


Ale wokół opery nadal było pełno żołnierzy.


Nie mieli żadnych szans.


Adler wiedział o tym równie dobrze jak oni.


Alojzy wszedł pierwszy.


Claire zaraz za nim.


W środku pachniało skórą i drogim tytoniem.


Vogt usiadł z przodu obok kierowcy.


Adler zajął miejsce naprzeciwko nich.


Drzwi zamknęły się ciężko.


Na zewnątrz opera nadal żyła swoim wieczorem.


A potem Mercedes ruszył powoli spod budynku.


I odjechali w nocny Lwów.

ROZDZIAŁ 152

Mercedes sunął przez nocny Lwów niemal bezgłośnie.


Za oknami przesuwały się mokre od światła ulice, niemieckie ciężarówki, patrole i stare kamienice miasta, które dopiero uczyło się żyć pod okupacją.


W środku panowała cisza.


Ciężka. Kontrolowana.


Claire siedziała obok Alojzego sztywno, obserwując Adlera i Vogta z wyraźną nieufnością.


Adler natomiast wyglądał niemal zbyt swobodnie.


Zdjął rękawiczki. Oparł się wygodnie.


Jak człowiek wracający z eleganckiego przyjęcia, a nie uczestnik pościgu przez pół Europy.


W końcu spojrzał na Alojzego.


— Notes.


Claire od razu odwróciła głowę.


— Nie.


Alojzy jednak nawet się nie zawahał.


Wyciągnął notes z płaszcza.


I podał go Adlerowi.


Claire spojrzała na niego z niedowierzaniem.


— Alojzy…


Ale on wiedział.


Bez symbolu z opery te notatki były niepełne.


Nieczytelne.


To właśnie sklepienie opery było brakującym fragmentem całej układanki.


I tylko on miał go teraz w pamięci.


Adler przyjął notes spokojnie.


Przez chwilę przeglądał strony.


Symbole. Łacińskie zdania. Szkice.


Potem podał notes Vogtowi.


— Friedrich zna się trochę na łacinie i archeologii.


Vogt poprawił okulary i zaczął przeglądać zapiski znacznie dokładniej.


Jego twarz momentami wyrażała autentyczne zainteresowanie.


Claire nadal nie mogła uwierzyć, że Alojzy oddał notes praktycznie bez walki.


Adler zauważył jej wzrok.


— Spokojnie. Nie zamierzam palić książek.


Claire odpowiedziała chłodno:


— Jeszcze.


Adler uśmiechnął się lekko.


— Panna Claire zaczyna mnie coraz bardziej fascynować.


Alojzy zmarszczył brwi.


— Zostaw ją poza tym.


— Och, ale przecież ona już dawno jest „w tym”.


Zapadła chwila ciszy.


Mercedes skręcił w szerszą ulicę.


Adler spojrzał przez okno.


— Lwów nocą ma w sobie coś pięknego. Nie uważa pan?


Alojzy milczał.


Adler westchnął.


— Naprawdę powinien pan częściej pozwalać sobie na zwykłe rozmowy.


Spojrzał na niego uważniej.


— Jak podobała się opera?


To pytanie zabrzmiało tak absurdalnie w całej sytuacji, że Claire aż spojrzała na niego z niedowierzaniem.


Alojzy odpowiedział jednak spokojnie:


— Była świetna.


Adler skinął głową z wyraźnym zadowoleniem.


— Wiedziałem.


Przez chwilę wyglądał bardziej jak profesor sztuki niż oficer SS.


— Muzyka jest jedną z niewielu rzeczy, których wojna jeszcze całkowicie nie zniszczyła.


Vogt przewracał kolejne strony notesu.


Coraz wolniej.


Coraz bardziej skupiony.


Adler tymczasem mówił dalej:


— A samopoczucie? Po tylu podróżach? Sterowcach? Tunelach? Pościgach?


Claire prychnęła cicho.


— Świetnie. Polecamy wszystkim.


Adler zaśmiał się krótko.


— Nadal ten sam humor nawet pod presją. Imponujące.


Alojzy obserwował go uważnie.


I właśnie to było najbardziej niepokojące.


Adler nie zachowywał się jak człowiek, który właśnie złapał wrogów.


Bardziej jak ktoś…


kto właśnie odzyskał ważnych współpracowników.


W końcu Alojzy odezwał się cicho:


— Dokąd jedziemy?


Adler spojrzał na niego.


Uśmiechnął się bardzo lekko.


Ale tym razem w tym uśmiechu było coś znacznie chłodniejszego.


— Tam, gdzie wszyscy od początku zmierzaliśmy, Herr Mlent.

ROZDZIAŁ 153

Mercedes opuścił centrum Lwowa i coraz bardziej oddalał się od miasta.


Kamienice ustępowały miejsca ciemniejszym ulicom, potem magazynom, wojskowym składom i pustszym drogom prowadzącym ku obrzeżom. Reflektory samochodu przecinały noc, a za oknami coraz częściej widać było transporty wojskowe zmierzające na wschód.


Front żył.


Nawet tutaj.


Vogt siedział przez dłuższą chwilę pochylony nad notesem Alojzego.


Przewracał strony powoli. Dokładnie.


Co jakiś czas zatrzymywał wzrok na konkretnych symbolach, porównywał je ze sobą, a jego twarz robiła się coraz bardziej skupiona.


W końcu zamknął notes.


Spojrzał na Adlera.


I skinął głową.


Potem pochylił się lekko ku niemu i powiedział coś cicho po niemiecku.


Claire próbowała wychwycić słowa.


Bez skutku.


Ale reakcja Adlera była natychmiastowa.


Oficer aż potarł dłonie z wyraźnym podekscytowaniem.


— Achhh…


Spojrzał na Alojzego niemal z dziecięcą fascynacją.


— Herr Mlent… lubi pan przygody?


Alojzy zmarszczył brwi.


— Słucham?


Adler uśmiechnął się szeroko.


— Bo wygląda na to, że wraz z Herr Vogtem uda się pan do Związku Radzieckiego.


Zapadła cisza.


Claire spojrzała gwałtownie na Alojzego.


Alojzy natomiast poczuł, jak wszystko w środku momentalnie mu się zaciska.


— Co?


Vogt poprawił okulary spokojnym ruchem.


— Nie Lwów.


Spojrzał na notes.


— Leningrad.


Te słowo zabrzmiało jak wyrok.


Alojzy patrzył na nich nieruchomo.


Przerażony bardziej niż podczas sterowca. Bardziej niż podczas pościgów.


Bo nagle zrozumiał skalę.


To już nie była podróż przez okupowaną Europę.


To było wejście w sam środek wojny.


W samo serce frontu.


— To niemożliwe — powiedział cicho.


Vogt pokręcił głową.


— Wręcz przeciwnie. To bardzo logiczne.


Przesunął dłonią po notesie.


— Pańskie zapiski skupiały się głównie na symbolach. Na strukturze. Ale nie na geografii języka.


Alojzy milczał.


I nagle zaczynał rozumieć.


Vogt wskazał jeden z fragmentów.


— To nie jest zapis lokalizacji. To zapis przesunięcia kulturowego po dawnych szlakach.


Claire kompletnie przestała nadążać za rozmową.


— Możecie mówić jak ludzie?


Adler zaśmiał się krótko.


— Herr Vogt właśnie odkrył coś, czego nawet pański genialny bibliotekarz nie zauważył.


Spojrzał na Alojzego.


— Kolejny manuskrypt znajduje się w Leningradzie.


Mercedes jechał dalej przez noc.


Alojzy czuł narastający chłód.


Leningrad.


Miasto pod oblężeniem. Miasto wojny. Miasto głodu i śmierci.


— To szaleństwo — mruknął.


Adler jednak wyglądał na zachwyconego.


— Być może. Ale proszę spojrzeć praktycznie.


Pochylił się lekko ku niemu.


— Bez mojej pomocy prawdopodobnie nigdy nie przekroczyłby pan tej granicy żywy.


I niestety…


Alojzy wiedział, że to prawda.


Granica ze Związkiem Radzieckim była teraz praktycznie granicą piekła.


Sam nie miałby żadnych szans.


Adler mówił dalej spokojnie:


— Herr Vogt pojedzie z panem. Pod ścisłą kontrolą.


Claire zesztywniała.


— Nie ma mowy.


Adler nawet na nią nie spojrzał.


— Zdobędziecie kolejny manuskrypt.


— A jeśli odmówię? — spytał Alojzy.


Adler uśmiechnął się lekko.


— Nie odmówi pan.


Potem spojrzał w końcu na Claire.


I dopiero wtedy jego ton zrobił się naprawdę chłodny.


— Ale panna Claire…


Krótka pauza.


— Zostanie ze mną.


Claire natychmiast spojrzała na niego z wrogością.


Adler jednak zaśmiał się spokojnie.


— Pod zastaw.

ROZDZIAŁ 154

W samochodzie zapadła cisza.


Ciężka. Dusząca.


Claire patrzyła na Adlera z niedowierzaniem, jakby próbowała upewnić się, że naprawdę usłyszała to, co przed chwilą powiedział.


Alojzy poczuł, jak coś zaciska mu się w żołądku.


— Nie.


Powiedział to odruchowo.


Natychmiast.


Adler spojrzał na niego spokojnie.


— Nie?


— Nie zostanie z tobą.


Claire odwróciła głowę w stronę Mlenta.


Na sekundę przemknęło jej przez twarz coś dziwnego.


Wdzięczność.


Może nawet ulga.


Ale zniknęło równie szybko.


Adler westchnął lekko, jak nauczyciel zmęczony tłumaczeniem oczywistości.


— Herr Mlent… naprawdę nadal uważa pan, że to negocjacja?


Mercedes mknął dalej przez noc.


Vogt siedział spokojnie, trzymając notes na kolanach, jakby cała sytuacja w ogóle go nie interesowała.


Adler natomiast mówił dalej łagodnym tonem:


— Proszę spojrzeć na sytuację racjonalnie. Ja potrzebuję pańskiej wiedzy. Pan potrzebuje mojego dostępu.


Spojrzał przez okno.


— Wojna otworzyła wiele drzwi, ale granica ze Związkiem Radzieckim nadal nie jest miejscem, które można po prostu przekroczyć spacerem.


Alojzy milczał.


Bo wiedział, że Adler mówi prawdę.


Bez niemieckich dokumentów. Bez transportu. Bez ochrony.


Nie dotarliby nawet w pobliże Leningradu.


Claire odezwała się chłodno:


— A jeśli po prostu uciekniemy?


Adler zaśmiał się cicho.


Nie szyderczo.


Prawie życzliwie.


— Panno Claire… gdybym chciał państwa zatrzymać siłą, już siedzielibyście związani w ciężarówce wojskowej.


Te słowa zabrzmiały niepokojąco szczerze.


Adler poprawił mankiet płaszcza.


— Proponuję współpracę.


— To nie jest współpraca — syknęła Claire. — To szantaż.


— Technicznie? Tak.


Adler nawet nie próbował zaprzeczać.


Alojzy siedział nieruchomo.


Myślał gorączkowo.


Leningrad.


Granica.


Codex.


Claire.


Wszystko zaczynało wymykać się spod kontroli bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.


W końcu spojrzał na Adlera.


— Co z nią zrobisz?


Adler uniósł lekko brwi.


— Nic.


Claire prychnęła.


— Jasne.


— Naprawdę.


Adler mówił teraz niemal spokojnie.


— Panna Claire będzie moim… gwarantem.


Vogt odezwał się pierwszy raz od dłuższego czasu:


— Jeśli pan Mlent spróbuje uciec, sabotować misję albo zniknąć… konsekwencje poniesie ona.


Claire odwróciła głowę gwałtownie.


— Czy wy słyszycie sami siebie?


Adler spojrzał na nią z dziwnym spokojem.


— Oczywiście. Ale wojna nie jest moralnym miejscem, panno Claire.


Zapadła cisza.


Mercedes zwolnił lekko.


Gdzieś w oddali pojawiły się światła wojskowego punktu kontrolnego.


Adler wyjął papierosa.


Zapalił go spokojnie.


— Proszę mi wierzyć, Herr Mlent. Naprawdę wolę mieć pana po swojej stronie.


Alojzy spojrzał na Claire.


Dziewczyna siedziała nieruchomo, ale widział w jej oczach strach.


Prawdziwy.


Pierwszy raz od bardzo dawna.


I właśnie wtedy zrozumiał najgorszą rzecz.


Adler wygrał tę partię.


Przynajmniej na razie.


Bo jeśli chciał dotrzeć do kolejnego manuskryptu…


musiał wejść głębiej w grę Adlera niż kiedykolwiek wcześniej.

ROZDZIAŁ 155

Mercedes zjechał z głównej drogi daleko poza Lwowem.


Miasto zostało już za nimi.


Teraz wokół rozciągały się jedynie ciemne pola i pojedyncze drzewa poruszane nocnym wiatrem. W oddali czasem było widać światła wojskowych transportów albo odległe reflektory ciężarówek jadących ku frontowi.


Samochód zatrzymał się na uboczu.


Silnik ucichł.


Przez chwilę nikt się nie ruszał.


Potem Adler spokojnie otworzył drzwi.


— Chwila świeżego powietrza dobrze nam zrobi.


Vogt wysiadł pierwszy.


Claire spojrzała na Alojzego niepewnie.


Ale nie mieli wyboru.


Wyszli.


Noc była chłodna.


Po dusznym wnętrzu samochodu powietrze wydawało się niemal lodowate.


Adler stanął obok maski Mercedesa i wyjął papierośnicę.


Elegancką. Srebrną.


Otworzył ją spokojnym ruchem.


— Papierosa?


Wyciągnął ją najpierw w stronę Alojzego.


Potem Claire.


Claire patrzyła na niego z czystą nieufnością.


— Ty naprawdę próbujesz zachowywać się jak nasz przyjaciel?


Adler uśmiechnął się lekko.


— To zawsze przyjemniejsze niż zachowywanie się jak wróg.


Alojzy przyjął papierosa bardziej odruchowo niż świadomie.


Claire po chwili również.


Adler zapalił wszystkim spokojnie.


Jakby byli grupą znajomych stojących po spektaklu pod restauracją, a nie ludźmi uwikłanymi w pościg przez Europę.


Dym uniósł się w nocne powietrze.


Adler oparł się lekko o samochód.


— Z moimi możliwościami dostaniecie radzieckie mundury. Dokumenty. Transport.


Mówił spokojnie.


Prawie uprzejmie.


— Przekroczenie granicy nie będzie problemem.


Vogt stał kilka kroków dalej z notesem pod pachą.


Adler kontynuował:


— Dostaniecie się dalej. Znacznie dalej niż sami byście kiedykolwiek mogli.


Brzmiało to niemal jak oferta.


Ale tylko niemal.


Bo wszyscy wiedzieli, że nie było tu miejsca na odmowę.


Alojzy patrzył na niego nieruchomo.


Adler zrobił kilka kroków bliżej.


— Herr Mlent… proszę spojrzeć na to racjonalnie.


Wskazał na wschód.


— Wojna zmienia świat. Granice. Imperium.


Uśmiechnął się lekko.


— A pan ma okazję znaleźć się w samym środku największego odkrycia naszych czasów.


Claire zacisnęła dłonie.


— Nie jesteśmy częścią waszego „odkrycia”.


Adler spojrzał na nią spokojnie.


I wtedy…


wyciągnął pistolet.


Płynnie. Bez pośpiechu.


Przystawił lufę do głowy Claire.


Nadal się uśmiechał.


To było chyba najgorsze.


Że robił to z absolutnym spokojem.


Claire zamarła.


Alojzy momentalnie ruszył krok do przodu.


Vogt od razu sięgnął do kabury.


— Proszę. Bez gwałtownych ruchów.


Adler nawet nie odwrócił wzroku od Mlenta.


— Widzisz? I właśnie dlatego wolę jasne zasady.


Lufa nadal spoczywała przy skroni Claire.


Adler mówił dalej niemal przyjacielskim tonem:


— Czy zgadza się pan na postawione warunki, Herr Mlent?


Zapadła cisza.


Wiatr przeszedł przez pola.


Claire oddychała płytko.


Alojzy patrzył tylko na pistolet.


I po raz pierwszy od bardzo dawna naprawdę poczuł się całkowicie bezsilny.

ROZDZIAŁ 156

Przez kilka sekund słychać było tylko wiatr.


Nic więcej.


Claire stała nieruchomo z lufą przy skroni, choć Alojzy widział, jak drży jej oddech. Vogt obserwował sytuację chłodno, z ręką opartą na kaburze, a Adler nadal wyglądał niemal absurdalnie spokojnie.


Jak człowiek prowadzący zwykłą rozmowę biznesową.


Nie negocjacje o życie.


Alojzy poczuł narastający gniew.


Taki, którego nie czuł nawet podczas pościgów czy przesłuchań.


Bo Adler nie tylko ich ścigał.


On zaczął ustawiać ich życie jak figury na planszy.


Claire spojrzała na Mlenta kątem oka.


Bardzo delikatnie pokręciła głową.


Jakby chciała powiedzieć: nie zgadzaj się.


Ale Alojzy wiedział.


Nie miał wyboru.


Spojrzał Adlerowi prosto w oczy.


— Jeśli się zgodzę… ona pozostaje nietknięta.


Adler uniósł lekko brwi.


— „Nietknięta” brzmi bardzo dramatycznie.


— Odpowiedz.


Przez chwilę Adler milczał.


Potem skinął spokojnie głową.


— Tak.


Lufa nadal spoczywała przy głowie Claire.


— Dopóki współpracujesz.


Te dwa słowa zabrzmiały zimniej niż cały wcześniejszy dialog.


Alojzy zacisnął szczękę.


I w końcu powiedział:


— Zgadzam się.


Claire zamknęła oczy.


Adler natomiast uśmiechnął się szerzej.


Powoli opuścił broń.


— Wiedziałem, że jest pan rozsądnym człowiekiem, Herr Mlent.


Claire odsunęła się natychmiast kilka kroków, oddychając ciężko.


Alojzy podszedł do niej odruchowo.


Adler schował pistolet równie spokojnie, jakby nic się nie wydarzyło.


— Doskonale. To znacznie upraszcza sytuację.


Vogt poprawił notes pod pachą.


— Musimy ruszać szybko. Leningrad nie będzie czekał.


Claire spojrzała na niego z niedowierzaniem.


— Wy naprawdę traktujecie to jak ekspedycję naukową.


Vogt odpowiedział całkowicie poważnie:


— W pewnym sensie nią jest.


Adler zaciągnął się papierosem.


— Herr Vogt ma rację. Historia jest pisana właśnie teraz.


Spojrzał na Alojzego.


— A pan znajduje się bardzo blisko jej centrum.


Alojzy nie odpowiedział.


Bo zaczynał rozumieć coś przerażającego.


Adler naprawdę wierzył w to, co robił.


To nie była wyłącznie obsesja władzy czy wojny.


On autentycznie uważał Codex za coś wielkiego. Coś, co może zmienić świat.


Claire podeszła bliżej Mlenta.


Mówiła cicho, tylko dla niego:


— Nie ufaj mu ani przez sekundę.


Alojzy spojrzał na nią.


I po raz pierwszy od dawna zobaczył w jej oczach coś więcej niż strach.

Stratę.


Bo oboje zrozumieli już, co właśnie się wydarzyło.


Zostaną rozdzieleni.


Adler odrzucił niedopałek w ciemność.


— O świcie zaczynamy przygotowania.


Potem spojrzał na Claire.


— A panna… pojedzie ze mną.


Te słowa zawisły w nocnym powietrzu jak wyrok.

ROZDZIAŁ 157

Mercedes zawrócił.


Silnik zamruczał cicho, reflektory przecięły nocne pola i po chwili samochód znów ruszył w stronę Lwowa.


Nikt już prawie się nie odzywał.


Claire siedziała nieruchomo przy oknie. Alojzy obok niej.


Adler wyglądał na zadowolonego.


Vogt natomiast przez większość drogi ponownie analizował notes, od czasu do czasu zapisując coś na luźnych kartkach.


Miasto przyjęło ich chłodnym światłem reflektorów i wojskowych patroli.


Lwów nocą wyglądał teraz jeszcze bardziej wojennie niż wcześniej.


Ciężarówki. Żołnierze. Punkty kontrolne.


Mercedes przejechał przez centrum i zatrzymał się przed ogromnym budynkiem administracyjnym.


Przed wojną musiał być piękny.


Klasycystyczna architektura. Wysokie okna. Kolumny.


Teraz jednak nad wejściem wisiały niemieckie flagi, a wokół kręcili się uzbrojeni wartownicy.


Rzesza urządziła tu swój urząd.


Adler wysiadł pierwszy.


— Zapraszam.


Brzmiało to niemal uprzejmie.


Wprowadzono ich do środka.


Wnętrze pachniało drewnem, papierami i tytoniem. Po marmurowych korytarzach chodzili niemieccy urzędnicy, oficerowie i żołnierze. Gdzieś daleko stukały maszyny do pisania.


Claire rozglądała się uważnie.


— Czuję się, jakbyśmy weszli prosto do paszczy lwa.


— To bardzo trafne określenie — mruknął Adler.


Zaprowadzono ich do jednego z pokoi na piętrze.


Ku zaskoczeniu Alojzego pomieszczenie wyglądało bardziej jak elegancki gabinet hotelowy niż cela.


Miękkie fotele. Stół. Lampy. Nawet jedzenie i herbata.


Ale przy drzwiach stali uzbrojeni żołnierze.


Goście.


Więźniowie.


Jednocześnie.


Claire usiadła ciężko na fotelu.


— Coraz bardziej nie lubię tego człowieka.


Adler uśmiechnął się pod nosem.


— A jednak nadal rozmawiamy.


Po czasie do pokoju weszło dwóch żołnierzy.


— Panna Claire.


Dziewczyna spojrzała natychmiast na Alojzego.


Adler odezwał się spokojnie:


— Proszę się nie martwić. Przygotowaliśmy dla pani osobny pokój.


Claire prychnęła.


— Jak hojnie.


Jeden z żołnierzy wykonał gest dłonią.


Nie mieli zamiaru dyskutować.


Claire podniosła się powoli.


Spojrzała jeszcze raz na Alojzego.


Krótko. Znacząco.


A potem wyszła z żołnierzami.


Drzwi zamknęły się ciężko.


I dopiero wtedy atmosfera naprawdę się zmieniła.


Adler usiadł naprzeciwko Mlenta.


Vogt stanął przy oknie.


Przez chwilę panowała cisza.


Potem Adler westchnął lekko.


— No dobrze. Skończmy już z uprzejmościami.


Alojzy spojrzał na niego chłodno.


— Wreszcie.


Adler oparł dłonie o stół.


— Musi pan zrozumieć jedną rzecz, Herr Mlent. To już dawno przestało być zwykłym poszukiwaniem ksiąg.


— A czym?


Adler spojrzał mu prosto w oczy.


— Wyścigiem.


Vogt odezwał się spokojnym tonem:


— Nie jesteśmy jedynymi ludźmi szukającymi Codexu.


Alojzy zmarszczył brwi.


— Co?


Adler uśmiechnął się bardzo lekko.


— Naprawdę myślał pan, że tylko III Rzesza interesuje się czymś takim?


Te słowa sprawiły, że po plecach Mlenta przeszedł chłód.


Vogt podszedł bliżej stołu.


— Sowieci również prowadzą własne badania. Znacznie brutalniejsze niż nasze.


Alojzy prychnął gorzko.


— „Nasze”. Piękne określenie.


Adler jednak zignorował uwagę.


— Leningrad nie jest przypadkiem. Tam również ktoś czegoś szuka.


Zapadła cisza.


Alojzy zaczął rozumieć.


To nie była już podróż.


To była wojna o Codex.


I właśnie znalazł się dokładnie pośrodku niej.

ROZDZIAŁ 158

Alojzy siedział nieruchomo.


Coraz bardziej czuł, że grunt usuwa mu się spod nóg.


Jeszcze niedawno cała ta droga przypominała chaotyczną ucieczkę przez Europę — improwizację, przypadek, desperację. Teraz jednak po raz pierwszy zobaczył coś znacznie większego.

Strukturę.


Adler obserwował go uważnie.


Jak człowiek, który dokładnie czekał na ten moment.


— Widzę, że zaczyna pan rozumieć.


Alojzy spojrzał na niego chłodno.


— Zacznij mówić konkretnie.


Adler skinął głową z zadowoleniem.


— Oczywiście.


Vogt rozłożył na stole mapę.


Dużą. Szczegółową.


Od Lwowa aż po północny wschód.


Linie frontu były zaznaczone czerwonym atramentem.


Leningrad znajdował się daleko.


Bardzo daleko.


Vogt wskazał kolejne punkty.


— Pociągi odpadają. Drogi również.


Spojrzał na Alojzego.


— Front jest zbyt niestabilny.


Adler podjął dalej:


— Dlatego polecicie.


Alojzy zmarszczył brwi.


— Co?


— Samolotem.

Te słowo zabrzmiało niemal absurdalnie po całej ich podróży powozami, sterowcami i pociągami.


Adler mówił dalej spokojnie:


— Wraz z Herr Vogtem dostanie się pan do Leningradu drogą wojskową.


Vogt wskazał kolejny punkt na mapie.


— Otrzymacie radzieckie mundury i dokumenty.


Claire nie było już w pokoju, ale Alojzy niemal słyszałby jej komentarz o kolejnym „genialnym planie”.


— Radzieckie? — spytał cicho.


Adler skinął głową.


— Tak. To jedna z niewielu zalet wojny. Mundur można zmienić szybciej niż granicę.


Vogt podszedł do biurka i wyjął teczkę.


W środku znajdowały się fotografie, dokumenty, pieczęcie.


Perfekcyjne fałszerstwa.


Alojzy patrzył na nie z rosnącym niepokojem.


Adler mówił dalej:


— Samolot wojskowy przetransportuje was znacznie bliżej północnego odcinka frontu. Dalej będziecie poruszać się już jako radzieccy pracownicy techniczni.


— „Techniczni”? — spytał Alojzy.


Vogt odpowiedział spokojnie:


— Archeolodzy. Badacze infrastruktury. Ludzie od zabezpieczania historycznych obiektów.


Alojzy spojrzał na niego z niedowierzaniem.


— Naprawdę macie przygotowane całe fikcyjne życie?


Adler uśmiechnął się lekko.


— Herr Mlent… Rzesza przygotowuje się do takich rzeczy od lat.


Zapadła cisza.


Vogt przesunął palcem po mapie aż do samego Leningradu.


— Według naszych informacji kolejny manuskrypt znajduje się gdzieś tutaj.


Alojzy patrzył na ogromne miasto zaznaczone na mapie.


Miasto wojny. Miasto oblężenia.


Miasto umierające z głodu.


Adler zauważył jego reakcję.


— Tak. To będzie trudne.


Potem pochylił się lekko nad stołem.


— Ale właśnie dlatego potrzebuję pana.


— A jeśli nie znajdziemy manuskryptu?


Adler spojrzał mu prosto w oczy.


— Znajdziecie.


To nie zabrzmiało jak wiara.


To zabrzmiało jak rozkaz.


Vogt zamknął teczkę.


— Wylot jutro rano.


Alojzy podniósł wzrok gwałtownie.


— Tak szybko?


Adler uśmiechnął się lekko.


— Wojna nie lubi czekać.


Potem podszedł do okna.


Spojrzał na nocny Lwów.


— A poza tym… im dłużej siedzimy w jednym miejscu, tym większa szansa, że ktoś inny również zacznie rozumieć, gdzie prowadzi Codex.


Alojzy siedział nieruchomo jeszcze przez chwilę.


A potem spytał cicho:


— Kim właściwie są ci „inni”?


Adler milczał przez moment.


I pierwszy raz od bardzo dawna jego twarz spoważniała całkowicie.


— Ludźmi, których nawet III Rzesza wolałaby nie spotkać pierwsza.

ROZDZIAŁ 159

Kilka minut później Vogt zamknął teczkę i skinął głową w stronę Alojzego.


— Chodźmy.


Mlent podniósł się powoli od stołu.


Jeszcze raz spojrzał w stronę drzwi, którymi wyprowadzono Claire.


Potem ruszył za Vogtem przez długi korytarz urzędu.


W budynku panowała dziwna cisza. Gdzieś daleko stukały maszyny do pisania, czasem słychać było kroki żołnierzy albo niemieckie komendy, ale większość piętra wydawała się niemal wymarła.


Vogt otworzył jedno z bocznych pomieszczeń.


Było mniejsze niż gabinet Adlera, bardziej techniczne. Na stole leżały dokumenty, kilka wojskowych map i dwa mundury.


Radzieckie.


Alojzy zatrzymał się na chwilę.


Patrzył na nie w milczeniu.


Jeszcze niedawno nosił mundur Gestapo. Potem niemiecki mundur zdobyty przez AK. Teraz miał przebrać się za żołnierza Związku Radzieckiego.


Wojna coraz bardziej zamieniała ludzi w aktorów.


Vogt zauważył jego spojrzenie.


— Dziwne uczucie?


Alojzy parsknął cicho.


— Powoli przestaję wiedzieć, kim właściwie jestem.


Vogt wskazał mundur.


— Proszę przymierzyć.


Alojzy zdjął płaszcz i zaczął przebierać się powoli.


Materiał był cięższy i mniej elegancki niż niemieckie uniformy. Surowy. Praktyczny. Pachniał magazynem i kurzem.


Vogt obserwował go spokojnie.


Nie wyglądał na typowego oficera.


Bardziej na profesora zamkniętego przypadkiem w wojnie.


— Adler pana fascynuje czy przeraża? — spytał nagle Alojzy.


Vogt poprawił okulary.


— Jedno nie wyklucza drugiego.


Alojzy spojrzał na niego kątem oka.


— Wierzy pan w Codex?


Vogt odpowiedział dopiero po chwili:


— Wierzę w wiedzę. A Codex… jest prawdopodobnie największym skupiskiem wiedzy, jakie kiedykolwiek odnaleziono.


— Nawet jeśli ta wiedza niszczy ludzi?


Vogt spojrzał na niego spokojnie.


— Wiedza sama w sobie nikogo nie niszczy. Ludzie niszczą siebie nawzajem, próbując ją posiadać.


Alojzy poprawiał właśnie kołnierz munduru.


Vogt podszedł bliżej.


— Wie pan… Adler naprawdę pana szanuje.


Alojzy spojrzał na niego z niedowierzaniem.


— To ma być żart?


— Nie.


Vogt mówił całkowicie poważnie.


— Gdyby było inaczej, już dawno by pana zlikwidował.


Te słowa zabrzmiały chłodno.


Zbyt chłodno.


Alojzy poczuł nieprzyjemny ciężar w żołądku.


— Więc powinienem być wdzięczny?


Vogt westchnął lekko.


— Powinien pan zrozumieć, że Adler nie działa jak większość ludzi w Rzeszy.


Alojzy zapiął ostatni guzik munduru.


— To akurat już zauważyłem.


Tymczasem kilka pomieszczeń dalej…


Claire siedziała przy stole z założonymi rękami.


Adler nalał sobie alkoholu do kieliszka.


Drugiego nawet nie proponował.


— Nadal mnie pani nienawidzi?


Claire spojrzała na niego chłodno.


— To pytanie czy obserwacja?


Adler uśmiechnął się lekko.


— Lubię ludzi, którzy potrafią odpowiadać pytaniem na pytanie.


Claire nie odwzajemniła uśmiechu.


— Czego ode mnie chcesz?


Adler upił spokojnie łyk alkoholu.


— Właściwie? Nic szczególnego.


— Więc po co to wszystko?


Adler spojrzał na nią uważniej.


— Bo Herr Mlent jest znacznie bardziej przewidywalny, gdy chodzi o kogoś więcej niż on sam.


Claire zmarszczyła brwi.


— Myślisz, że jestem jego słabym punktem?


Adler odpowiedział niemal natychmiast:


— Już nim jesteś.


Zapadła cisza.


Claire odwróciła wzrok.


Adler obserwował ją przez chwilę.


— Wie pani, co jest najciekawsze?


Nie odpowiedziała.


— On naprawdę próbuje pozostać dobrym człowiekiem.


Claire spojrzała na niego ostro.


— A ty nie?


Adler uśmiechnął się bardzo lekko.


Ale tym razem nie było w tym uśmiechu nic ciepłego.


— Ja już dawno zaakceptowałem, że świat nie działa w ten sposób.

ROZDZIAŁ 160

Vogt jeszcze przez chwilę poprawiał szczegóły munduru Alojzego.


Kołnierz. Naszywki. Pas.


Wszystko musiało wyglądać idealnie.


— Proszę się przyzwyczaić — powiedział spokojnie. — Od jutra ten człowiek…


wskazał na dokumenty leżące na stole,


— będzie panem.


Alojzy spojrzał na papiery.


Nowe nazwisko. Nowe miejsce pochodzenia. Nowa historia.


Radziecki pracownik techniczny delegowany do działań związanych z zabezpieczaniem infrastruktury.


Perfekcyjnie przygotowane.


Pieczęcie wyglądały autentycznie. Podpisy również.


Alojzy przewrócił jedną stronę.


— To absurdalne.


Vogt poprawił okulary.


— Wojna opiera się na absurdach. Dokumenty tylko pomagają je uporządkować.


Alojzy spojrzał na swoje nowe nazwisko.


Przez chwilę próbował poczuć, że rzeczywiście jest tym człowiekiem.


Nie potrafił.


— A jeśli ktoś zacznie zadawać pytania?


— Wtedy odpowie pan spokojnie.


Vogt zamknął teczkę.


— Większość ludzi wierzy w mundur szybciej niż w człowieka.


To zdanie zostało z Alojzym na długo.


Bo wiedział, że jest prawdziwe.


Vogt spojrzał na zegarek.


— Jutro rano ma pan być gotowy. Samolot nie będzie czekał.


Alojzy skinął głową.


Potem Vogt wyprowadził go z pomieszczenia i poprowadził kolejnymi korytarzami urzędu.


Im dalej szli, tym bardziej miejsce przypominało luksusowy hotel przejęty przez wojsko niż administracyjny budynek okupanta.


Miękkie dywany. Lampy. Drewniane drzwi.


W końcu Vogt zatrzymał się przed jednym z pokoi.


Otworzył drzwi.


Alojzy spodziewał się celi.


Dostał apartament.


Niewielki, ale elegancki pokój z wysokim sufitem i dużym łóżkiem. Na stoliku stała lampka, obok znajdowała się szklanka i karafka z wodą. Nawet popielniczka była przygotowana idealnie pośrodku stołu.


Za oknem rozciągał się nocny Lwów.


Alojzy wszedł powoli do środka.


— Adler naprawdę lubi swoje przedstawienia.


Vogt stanął w drzwiach.


— Adler uważa, że człowiek współpracuje skuteczniej, kiedy nie czuje się jak zwierzę w klatce.


Alojzy spojrzał na żołnierza stojącego na końcu korytarza.


— Ale nadal jest w klatce.


Vogt nie zaprzeczył.


— Dobranoc, Herr Mlent.


Drzwi zamknęły się cicho.


Alojzy został sam.


Usiadł powoli na łóżku.


Miękkim. Czystym.


Po miesiącach ucieczki i podróży to miejsce wydawało się niemal nierealne.


A jednak nigdy wcześniej nie czuł się mniej wolny.


Tymczasem kilka pokoi dalej Adler nadal siedział z Claire.


Zmienił już płaszcz. Poluzował kołnierz munduru.


Próbował stworzyć atmosferę niemal zwyczajnej rozmowy.


Na stole pojawiła się herbata. Jedzenie. Nawet muzyka grająca cicho z radia stojącego przy ścianie.


Claire jednak siedziała nieruchomo.


Czujna.


Adler zauważył to od razu.


— Naprawdę nie musi pani siedzieć jak przed przesłuchaniem.


Claire spojrzała na niego chłodno.


— Bo to nie jest przesłuchanie?


Adler westchnął lekko.


— Panno Claire… gdybym chciał panią przesłuchiwać, wyglądałoby to zupełnie inaczej.


Te słowa wcale jej nie uspokoiły.


Wręcz przeciwnie.


Adler nalał sobie kolejny kieliszek alkoholu.


— Chcę tylko, żeby czuła się pani komfortowo.


Claire rozejrzała się po eleganckim pokoju.


Na zasłony. Na lampy. Na niemieckiego oficera siedzącego naprzeciwko.


Potem odpowiedziała spokojnie:


— Dobrze wiem, gdzie jestem.


Adler spojrzał na nią chwilę w milczeniu.


I tym razem nawet się nie uśmiechnął.

ROZDZIAŁ 161

Poranek był zimny i mglisty.


Wojskowe lotnisko na obrzeżach Lwowa budziło się do życia jeszcze przed świtem. Mechanicy krążyli między maszynami, żołnierze przenosili skrzynie z zaopatrzeniem, a gdzieś w oddali pracujące silniki samolotów rozrywały ciszę ciężkim, metalicznym rykiem.


Alojzy szedł powoli przez płytę lotniska.


W radzieckim mundurze.


Z walizką w dłoni.


Fałszywe dokumenty spoczywały w kieszeni płaszcza niczym obcy fragment życia, którego nigdy nie powinien posiadać.


Vogt szedł obok spokojnym krokiem.


Również ubrany inaczej niż wcześniej.


Bez niemieckiego munduru wyglądał bardziej jak zmęczony urzędnik albo naukowiec niż człowiek współpracujący z SS.


Alojzy nadal nie potrafił przywyknąć do tego widoku.


Mijali kolejnych żołnierzy.


Niemcy prawie nie zwracali na nich uwagi.


Dokumenty działały. Mundur działał.


To było najbardziej przerażające.


Vogt spojrzał na niego kątem oka.


— Zdenerwowany?


Alojzy prychnął cicho.


— Lecę do Związku Radzieckiego pod fałszywą tożsamością w środku wojny. Jak myślisz?


Vogt skinął lekko głową.


— Rozsądna reakcja.


Przed nimi stał samolot.


Duży wojskowy transportowiec z ciemnym kadłubem i śmigłami obracającymi się już powoli na porannym wietrze.


Alojzy zatrzymał się na chwilę.


Spojrzał za siebie.


Lwów tonął jeszcze we mgle.


Gdzieś tam została Claire.


Ta myśl uderzyła go mocniej, niż się spodziewał.


Jeszcze kilka tygodni temu była dla niego tylko przypadkową dziewczyną wplątaną w chaos.


Teraz…


została u Adlera.


Przez niego.


Vogt zauważył jego zawahanie.


— Jeśli wykona pan zadanie, wróci pan po nią.


Alojzy spojrzał na niego chłodno.


— Mówisz to tak, jakbyśmy planowali zwykłą podróż.


Vogt nie odpowiedział.


Bo obaj wiedzieli, że nie planowali.


To była wyprawa w miejsce, z którego równie dobrze mogli nigdy nie wrócić.


Weszli na pokład.


Wnętrze samolotu było surowe i zimne. Metalowe ściany drżały od pracy silników, skrzynie z zaopatrzeniem przypięto pasami do podłogi, a kilku żołnierzy siedziało już pod ścianami, zajętych własnymi sprawami.


Alojzy usiadł ciężko przy niewielkim oknie.


Vogt naprzeciwko.


Silniki zawyły głośniej.


Samolot zaczął powoli kołować po pasie.


Alojzy patrzył przez szybę na oddalające się lotnisko.


Na granicę świata, który znał.


Bo właśnie opuszczał III Rzeszę.


Nawet jeśli okupowaną. Nawet jeśli brutalną.


Za nią znajdowało się coś jeszcze bardziej nieprzewidywalnego.


Związek Radziecki.


Kraj tajemnic. Strachu. Wojny totalnej.


Kraj, o którym słyszał dziesiątki opowieści — o znikających ludziach, głodzie, brutalności NKWD i miastach pożeranych przez front.


A teraz miał tam lecieć.


Dla Codexu.


Samolot przyspieszył.


Metal zatrząsł się gwałtownie.


Po chwili koła oderwały się od ziemi.


Lwów zaczął zostawać pod nimi.


Alojzy poczuł dziwny ucisk w klatce piersiowej.


Myślał o ojcu. O tunelach. O operze.


I o Claire.


O tym, że została tam sama z Adlerem.


Silniki ryczały coraz głośniej.


A samolot kierował się na północny wschód.


Ku wojnie.

ROZDZIAŁ 162

Lot trwał już od dłuższego czasu.


Silniki jednostajnie dudniły, metalowy kadłub drżał przy każdym podmuchu wiatru, a za niewielkim oknem rozciągał się szary świat chmur i odległej ziemi, której momentami prawie nie było widać.


Alojzy siedział nieruchomo z papierosem w dłoni.


Nie zapalił go.


Po prostu obracał go między palcami.


Vogt zauważył to.


— Nie pali pan?


— Palę. Po prostu próbuję nie myśleć, że lecimy prosto nad wojną.


Vogt spojrzał przez okno.


— To rozsądna strategia.


Zapadła chwila ciszy.


W końcu Alojzy odezwał się spokojniej:


— Skąd właściwie znasz Adlera?


Vogt poprawił okulary.


Nie wyglądał na człowieka, który lubi mówić o sobie.


Ale tym razem odpowiedział.


— Uniwersytet.


Alojzy spojrzał na niego uważniej.


— Adler studiował?


— Oczywiście. Historia. Języki. Archeologia.


Vogt lekko się uśmiechnął.


— Był irytująco dobry praktycznie we wszystkim.


Alojzy zmarszczył brwi.


To kompletnie nie pasowało mu do obrazu oficera SS, którego znał.


Vogt mówił dalej:


— Ojciec Adlera był Niemcem. Matka Austriaczką.


Przez chwilę patrzył gdzieś przed siebie.


— Dorastał między dwoma światami. To chyba go ukształtowało.


Alojzy słuchał uważnie.


— Hitlerjugend?


Vogt skinął lekko głową.


— Przez chwilę. Krótko.


Potem westchnął.


— Adler bardzo szybko zaciągnął się do wojska. Znacznie bardziej interesowała go prawdziwa struktura państwa niż młodzieżowe marsze z flagami.


Alojzy oparł głowę o metalową ścianę samolotu.


To było dziwne uczucie.


Słuchać o Adlerze jak o człowieku.


Nie tylko przeciwniku.


Vogt zauważył jego wyraz twarzy.


— Rozczarowany?


— Nie.


Alojzy pokręcił głową.


— Po prostu próbuję zrozumieć, jak ktoś taki kończy w SS.


Vogt odpowiedział spokojnie:


— Wojna przyciąga ludzi wierzących, że mogą zmienić świat.


Alojzy spojrzał na niego chłodno.


— A wy wierzycie?


Vogt nie odpowiedział od razu.


Zamiast tego wyjął papierosa i zapalił go spokojnie.


Dym powoli rozszedł się po wnętrzu samolotu.


— Wierzyliśmy w Niemcy. To nie zawsze jest dokładnie to samo.


Zapadła kolejna chwila ciszy.


Samolot lekko zatrząsł się na turbulencjach.


Alojzy spojrzał przez okno.


Daleko pod nimi ciągnęły się ogromne połacie ziemi, przecięte rzekami i liniami kolejowymi.


Gdzieś tam był już Związek Radziecki.


— Byłeś tam wcześniej? — spytał.


Vogt od razu spoważniał.


— W ZSRR?

Skinął głową.


— Tak.


Alojzy zauważył zmianę tonu.

— I?

Vogt wypuścił powoli dym.


— To kraj zbudowany na strachu.


Te słowa zabrzmiały wyjątkowo szczerze.


— Stalin stworzył państwo, które pożera własnych ludzi szybciej niż wojna.


Alojzy słuchał uważnie.


— A Rzesza?


Vogt spojrzał na niego spokojnie.


— Nie myśl sobie, Herr Mlent, że jestem ślepy. Po prostu komunizm… to coś znacznie bardziej chaotycznego.


Przez chwilę mówił niemal jak wykładowca.


— W Niemczech przynajmniej istnieje struktura. System. Porządek.


Alojzy prychnął cicho.


— Bardzo śmiercionośny porządek.


Vogt nie zaprzeczył.


I właśnie to było najdziwniejsze.


Rozmawiali.


Naprawdę rozmawiali.


O wojnie. O państwach. O Adlerze.


Alojzy momentami niemal zapominał, że siedzi naprzeciwko człowieka współpracującego z SS.


Ale potem spoglądał na mundur. Na dokumenty. Na kierunek lotu.


I przypominał sobie natychmiast.


To nadal był wróg.


Tylko wyjątkowo inteligentny.

ROZDZIAŁ 163

Silniki monotonnie dudniły nad chmurami.


Lot trwał dalej, a rozmowa — ku zaskoczeniu Alojzego — również.


Może dlatego, że w powietrzu człowiek czuł się dziwnie odcięty od świata. Jakby wojna została gdzieś na dole, ukryta pod warstwą szarych obłoków.


Choć oczywiście obaj wiedzieli, że to iluzja.


Vogt siedział spokojnie z papierosem między palcami.


Alojzy obserwował go przez chwilę.


— Nigdy nie myślałeś, żeby odejść?


Vogt uniósł lekko brwi.


— Od czego?


— Od tego wszystkiego.


Wskazał lekko na mundury. Na samolot. Na wojnę.


Vogt uśmiechnął się blado.


— Herr Mlent… wojna nie działa w taki sposób.


Przez chwilę patrzył przez okno.


— Kiedy już znajdziesz się w środku… bardzo trudno z niej wyjść.


Alojzy oparł głowę o ścianę.


To zdanie zabrzmiało dziwnie prawdziwie.


Bo przecież sam również od miesięcy był wciągany coraz głębiej.


Najpierw archiwa. Potem symbole. Potem ucieczki. Sterowiec. Tunele. Lwów.


A teraz…


samolot do Związku Radzieckiego.


W końcu spytał cicho:


— Dlaczego Adler naprawdę chce Codexu?


Vogt długo nie odpowiadał.


Alojzy już myślał, że zignoruje pytanie.


Ale w końcu Niemiec odezwał się spokojnie:


— Bo uważa, że świat jest zbudowany na narracjach.


Alojzy spojrzał na niego uważniej.


Vogt mówił dalej:


— Państwa. Religie. Ideologie. Wojny.


Powoli obracał papierosa w dłoni.


— Adler uważa, że ludzie nie podążają za prawdą. Podążają za historiami, w które uwierzyli.


Alojzy poczuł chłód.


Bo dokładnie wokół tego od początku kręcił się Codex.


Nie magia.


Nie mistycyzm.


Wpływ.


Język. Struktura. Narracja.


Vogt spojrzał na niego spokojnie.


— A jeśli ktoś naprawdę odkrył sposób wpływania na sposób myślenia całych społeczeństw… to każdy rząd na świecie będzie chciał to posiadać.


Zapadła cisza.


Samolot lekko zatrząsł się ponownie.


Jeden z żołnierzy śpiących pod ścianą mruknął coś przez sen.


Alojzy spojrzał na Vogta.


— A ty? Też w to wierzysz?


Vogt odpowiedział dopiero po chwili:


— Wierzę, że słowa potrafią budować imperia.


Spojrzał na niego poważnie.


— I potrafią je niszczyć.


Alojzy pomyślał o Hitlerze. O Stalinie. O tłumach ludzi maszerujących za ideami.


Potem o własnym ojcu.


I nagle zrozumiał coś jeszcze bardziej niepokojącego.


Być może jego ojciec nigdy nie oszalał całkowicie.


Może po prostu zobaczył zbyt dużo.


— Myślisz, że Codex naprawdę działa? — spytał cicho.


Vogt uśmiechnął się lekko.


— Herr Mlent… spójrz na nas.


Wskazał na samolot.


— Dwóch ludzi lecących przez pół Europy podczas największej wojny świata, ponieważ grupa starych manuskryptów doprowadziła ich aż tutaj.


Zapadła chwila ciszy.


— Jeśli to nie jest działanie Codexu… to nie wiem, co nim jest.


Alojzy spojrzał przez okno.


Chmury zaczynały się przerzedzać.


Daleko na horyzoncie ziemia wyglądała już inaczej.


Surowiej. Zimniej.


Vogt zauważył jego spojrzenie.


I powiedział cicho:


— Witamy na wschodzie, Herr Mlent.

ROZDZIAŁ 164

Lądowanie było brutalne.


Samolot zatrząsł się gwałtownie przy kontakcie z pasem, metalowy kadłub zaskrzypiał, a kilku żołnierzy odruchowo złapało się pasów i skrzyń.


Potem maszyna zaczęła zwalniać.


Za oknami rozciągał się Leningrad.


A właściwie jego wojenne obrzeża.


Szare niebo. Błoto. Wojskowe ciężarówki. Żołnierze.


Lotnisko wyglądało bardziej jak ogromna baza wojskowa niż normalny port lotniczy. Wszędzie kręcili się czerwonoarmiści, technicy, mechanicy i ludzie noszący skrzynie z zaopatrzeniem.


Alojzy poczuł ciężar w żołądku.


To już naprawdę był Związek Radziecki.


Nie mapa. Nie opowieści.


Prawdziwy.


Vogt zapiął płaszcz i spojrzał na niego spokojnie.


— Od teraz proszę mówić jak najmniej.


Alojzy skinął głową.


— To akurat nie będzie trudne.


Wysiedli.


Zimne powietrze uderzyło ich natychmiast.


Znacznie chłodniejsze niż we Lwowie.


Alojzy poprawił radziecki mundur odruchowo, czując się w nim coraz bardziej obco.


Weszli do wojskowego budynku kontrolnego.


W środku panował chaos.


Ludzie krzyczeli po rosyjsku, urzędnicy przeglądali dokumenty, gdzieś w tle rozbrzmiewało radio nadające wojenne komunikaty.


Alojzy rozumiał pojedyncze słowa.


Znacznie więcej niż był w stanie powiedzieć.


Kiedyś uczył się trochę rosyjskiego — bardziej z fascynacji językami niż z praktycznej potrzeby. Bycie Polakiem pomagało mu wychwytywać znaczenia, rozumieć rytm zdań i podobieństwa słów.


Ale mówił nadal bardzo niepewnie.


Vogt natomiast…


brzmiał niemal naturalnie.


Płynnie przeszedł na rosyjski, podchodząc do jednego z oficerów kontrolnych.


Podał dokumenty.


Oficer spojrzał na niego i momentalnie zmienił ton.


— Towarzysz Aleksiejew.


Alojzy spojrzał kątem oka na Vogta.


Nowe nazwisko. Nowy człowiek.


Vogt rozmawiał spokojnie, pewnie, bez najmniejszego zawahania. Wyjaśniał coś o dokumentacji infrastruktury, badaniach historycznych i zadaniach związanych z zabezpieczaniem ważnych obiektów.


Oficer słuchał go z wyraźnym zaufaniem.


To było niepokojące.


Vogt naprawdę był tutaj już znany.


W końcu wskazał na Alojzego.


— To mój współpracownik.


Padło fałszywe nazwisko Mlenta.


Alojzy odruchowo skinął głową.


Oficer spojrzał na niego podejrzliwiej.


Zadał pytanie po rosyjsku.


Alojzy odpowiedział ostrożnie:


— Немного… trochę.


Akcent miał wyraźnie obcy.


Oficer zmrużył oczy.


Vogt zareagował natychmiast:


— Przyjaciel Związku Radzieckiego z Polski. Mówi głównie po niemiecku. Pomaga mi przy zadaniu.


To normalnie nie powinno przejść.


Alojzy widział to po spojrzeniach ludzi w pomieszczeniu.


Ale Vogt…


miał tutaj pozycję.


Oficer spojrzał jeszcze raz na dokumenty.


Potem skinął głową.


— Dobrze.


Oddał papiery.


— Witamy w Leningradzie.


Alojzy poczuł ulgę dopiero wtedy, gdy odeszli od kontroli.


Na zewnątrz czekało już wojskowe auto.


Śnieg zalegał przy krawężnikach ulic, a nad miastem wisiała ciężka, zimna mgła.


Vogt otworzył drzwi samochodu.


— I proszę.


Spojrzał na Alojzego spokojnie.


— Właśnie przekroczył pan kolejną granicę, Herr Mlent.

ROZDZIAŁ 165

Alojzy usiadł w samochodzie powoli.


Drzwi zamknęły się ciężko, odcinając ich od lodowatego powietrza lotniska.


Silnik zawarczał.


Ruszyli.


Przez chwilę nikt się nie odzywał.


Alojzy patrzył przez okno na Leningrad i próbował poukładać sobie w głowie fakt, że naprawdę tutaj dotarł.


Miasto wyglądało inaczej niż wszystko, co widział wcześniej.


Surowiej.


Ciężej.


Wojna nie była tutaj czymś wiszącym w tle.


Ona była wszędzie.


Na ulicach przesuwali się żołnierze w grubych płaszczach, ciężarówki ciągnęły zaopatrzenie, ludzie szli szybko z opuszczonymi głowami, a większość budynków wyglądała na zmęczoną samym istnieniem.


Nad miastem wisiała zimna mgła.


I coś jeszcze.


Napięcie.


Jakby wszyscy tutaj wiedzieli, że śmierć znajduje się bardzo blisko.


Vogt zauważył jego spojrzenie.


— Inne niż Europa Zachodnia, prawda?


Alojzy skinął lekko głową.


— Tutaj wojna wygląda… bardziej prawdziwie.


Vogt przez chwilę milczał.


— Bo tutaj nikt już nie udaje, że to tylko konflikt państw.


Samochód przejechał obok długiej kolejki ludzi stojących przed budynkiem przypominającym magazyn żywności.


Niektórzy trzymali metalowe naczynia. Inni worki.


Wszyscy wyglądali na wyczerpanych.


Alojzy zmarszczył brwi.


— Głód?


Vogt skinął głową.


— Coraz większy.


To uderzyło Mlenta mocniej, niż się spodziewał.


W III Rzeszy widział propagandę. Kontrolę. Strach.


Tutaj widział przetrwanie.


Samochód wjechał głębiej w miasto.


Minęli pomnik Lenina. Kilka ogromnych budynków administracyjnych. Zakłady przemysłowe.


Wszędzie wisiały radzieckie hasła i czerwone flagi.


Alojzy próbował czytać napisy.


Część rozumiał.


Części tylko się domyślał.


Vogt spojrzał na niego z lekkim zainteresowaniem.


— Nadal próbuje pan tłumaczyć wszystko w głowie?


Alojzy westchnął.


— To odruch.


— Języki są niebezpieczną obsesją.


Alojzy spojrzał na niego kątem oka.


— Mówi to człowiek, który udaje Rosjanina lepiej niż niektórzy Rosjanie.


Vogt uśmiechnął się lekko.


— Dlatego właśnie to mówię.


Przez chwilę jechali dalej w ciszy.


Alojzy obserwował ludzi.


Ich twarze. Sposób chodzenia. Spojrzenia.


I nagle dotarło do niego coś dziwnego.


Ci ludzie nie wyglądali na zwycięzców ani fanatyków.


Wyglądali na zmęczonych.


Po prostu.


W końcu spytał cicho:


— Ilu ludzi tutaj naprawdę wierzy Stalinowi?


Vogt spojrzał przez okno.


— Wystarczająco wielu. I wystarczająco niewielu jednocześnie.


To była bardzo vogtowska odpowiedź.


Niejasna. Ale prawdziwa.


Samochód zatrzymał się przy jednym z dużych budynków niedaleko kanału.


Szary. Monumentalny. Surowy.


Dwóch żołnierzy pilnowało wejścia.


Vogt wysiadł pierwszy.


— To będzie nasza baza na jakiś czas.


Alojzy wysiadł chwilę później.


Zimno uderzyło go ponownie.


Spojrzał na ogromne miasto rozciągające się wokół.


Leningrad.


Miasto głodu. Miasto wojny. Miasto, w którym miał znajdować się kolejny fragment Codexu.


I po raz pierwszy od początku całej podróży Alojzy poczuł coś bardzo wyraźnie.


Że są już naprawdę daleko od domu.

ROZDZIAŁ 166

Pokój, który przydzielono im w budynku, był znacznie skromniejszy niż lwowski „apartament” Adlera.


Surowe ściany. Metalowe łóżka. Biurko. Jedna lampa.


Radziecka funkcjonalność.


Alojzy stał przy oknie i obserwował zasypane śniegiem ulice Leningradu. Miasto wydawało się ogromne i przytłaczające, a jednocześnie dziwnie ciche pod ciężarem zimna.


Vogt zdejmował właśnie rękawiczki i porządkował dokumenty.


Alojzy odwrócił się w jego stronę.


— Ty w ogóle wiesz, dokąd zmierzamy?


Vogt spojrzał na niego niemal rozbawiony.


— Ależ oczywiście.


To zabrzmiało zbyt pewnie.


Alojzy zmarszczył brwi.


— Od początku mam wrażenie, że wiesz więcej niż pokazujesz.


Vogt spokojnie zdjął okulary i przetarł szkła.


— Herr Mlent… naprawdę sądził pan, że Adler wysłałby tutaj kogokolwiek przypadkowego?


Alojzy milczał.


Vogt mówił dalej:


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 125.03