E-book
15.75
drukowana A5
32.94
Umarły Poeta

Bezpłatny fragment - Umarły Poeta

Poezja nie umiera

Objętość:
84 str.
ISBN:
978-83-8440-940-4
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 32.94

Przecież kiedyś umrę

Przecież kiedyś umrę, ta myśl budzi mnie nocą.

Z nerwu też moje dłonie przecież się pocą.

Zamieram w bezruchu gdy nagle to czuję.

I tak jak każdy sam siebie czasem oszukuje.

Nie wiem kiedy, nie wiem jak, nie wiem gdzie.

Ale i tak dorwie mnie przecież śmierć.

Wiem tylko, że kiedyś mnie nie będzie.

Życie jest jedno, mam to na względzie.

Gdy patrzę na zdjęcia, szukam swojego życia widzów.

Już  siwe włosy na skroniach naszych rodziców.

Gdy słyszę o kimś, kto odszedł zbyt wcześnie.

I bliscy spotykają już ich tylko we śnie.

Dopada mnie wtedy parę słów rozkminy.

Co my ludzie na tym świecie robimy.

I co mam zrobić z tą wiedzą, czasem lecą łzy.

Jak ją unieść wiadomość, jak z nią dalej żyć.

Czy uciekać przed nią w codzienność, nie mam tyle mocy.

Ona parzy co dzień prosto w moje oczy.

Przecież kiedyś umrę, życia nie cofnę w wstecz.

Śmierć to jedyna pewna na świecie rzecz.

Ale dziś, dziś jeszcze oddycham, mogę marzyć.

Dziś jeszcze czuję słońce, i mam uśmiech na twarzy.

Przecież kiedyś umrę, nie naprawię błędów od razu.

Nie wiem kim chcę być do tego czasu.

Jaką historię chcę napisać, chcę się jeszcze bawić.

Poezję jako ślady po sobię zostawić.

Przecież kiedyś umrę, ten fakt zmienia wszystko.

Nadaje wagę każdej chwili, każdej decyzji, nie jestem egoistą.

Często marnuję czas na to, co nieistotne.

Nawet jak jest ciężko, to się nie potnę.

Czy kocham życie wystarczająco mocno.

Czy powiedziałem wszystko, co chciałem powiedzieć, to jak kosmos.

Czy zrobiłem to, co naprawdę jest ważne.

Czasem byłem zwykłym błaznem.

Lecz na szyji nie zaciśnięty pasek.

Czas przecieka przez palce jak piasek.

I nie da się go zatrzymać żadną siłą.

Dziś będę żył chyba chwilą.

Bo może śmierć nie jest wrogiem, ona jest celem.

Nie jest końcem, może jest nauczycielem.

Który mówi, nie odkładaj marzeń na później.

To, co możesz zrobić dzisiaj, bo bywa różnie.

Może jest zwierciadłem, odbiciem co nie jest straszne.

Które pokazuje, co naprawdę jest w życiu ważne.

Co zostanie, gdy wszystko inne odejdzie.

Kto będzie płakał, kto będzie pamiętał, ile przed nami jeszcze.

Nie chcę żyć w lęku przed końcem, życie mi zostało dane.

Jestem wdzięczny za każdy poranek.

Może sens życia nie leży w unikaniu śmierci.

Trzeba brać życie całe, a nie tylko w ćwierci.

I naprawdę żyć, póki możemy.

Nie wiemy kiedy umrzemy.

Chcę  zostawić świat choć trochę lepszym.

Pisać dla was codziennie te wersy.

Przecież i tak umrę, więc muszę żyć na stoprocent.

A ty zobacz co masz i też to w końcu doceń.

Umarły poeta

Puste biurko, zgaszona lampa nocna.

Barwa księżyca jest dziś nadzwyczaj mocna.

Atrament już wysechł, pióro na boku odłożone.

Ostatnia strofa przerwana w pół słowa, wszystko skończone.

Ostatni oddech, cisza nastała.

Jakaś refleksja nadeszła tu mała.

Wszystkie ballady, sonety, wiersze.

Te ostatnie i te pierwsze.

Złożone w księgach, na półkach zakurzone.

Sercem poety wszystko wypełnione.

Dłoń, która pisała, teraz nieruchoma.

Choć umarły poeta, to poezja nie kona.

Głos wciąż brzmi między wersami.

Poeta żyje między wierszami.

Umarły poeta, on nie umarł naprawdę.

To może wydawać się trochę zabawne.

Bo jego dusza żyje w każdej zapisanej linijce.

Czasami życie jest napisane w muzyce.

W słowach, które szepczą do ludzi przez stulecia.

poeta choć umarły to nigdzie nie odleciał.

Umarły poeta przemawia przez czas.

Jego słowa są jak ogień, który nigdy nie gaśnie w nas.

Świat się zmienia, ludzie odchodzą.

Słońce i księżyc wschodzą i zachodzą.

Umarły poeta swoimi wierszami zachwyca.

Gdy czytamy jego strofy przy świetle księżyca.

Gdy płaczemy nad losem jego bohaterów.

Kiedy ludzie dochodzą do upragnionych celów.

Data urodzin, data odejścia, nazwisko.

Ale jego prawdziwy grób jest inny, on będzie blisko.

To biblioteki, półki z książkami.

Umarły Poeta wciąż będzie z wami.

Czy można umrzeć, jak czytać chcecie.

Jego nazwisko wciąż wędrują po świecie.

Czy można zniknąć, kiedy przez poezję robi się jaśniej.

Wersy wciąż rozpalają wyobraźnię.

Czy to jest śmierć, czy może inny stan świadomości.

Najdoskonalsza forma nieśmiertelności.

Bo poeta umiera dopiero wtedy, kiedy przetną wstążkę.

Gdy ostatnia osoba zamknie jego książkę.

Gdy ostatni czytelnik zapomni jego imię.

Gdy ostatnie słowo zniknie w mroku, pustych linijek.

Umarły poeta nie umarł, nie mówił do widzenia.

Tylko przeszedł w inny wymiar istnienia.

Poezja nie umiera

W epoce szumu, w czasie ciągłej prędkości.

Kiedy pociąg do kasy staje się zgubą ludzkości.

Gdy świat się kurczy do ekranu telefonu.

Kiedy razem a jednak osobno, mieszkają w jednym domu.

W natłoku danych, w morzu informacji.

Słuchanie kto ile miał racji.

Przychodzi cisza, gdy czytamy wiersz.

Bo słowa mają moc ale o tym to już wiesz.

Chcemy dotknąć prawdy ukrytej w tych słowach.

Aby trochę cieplej zrobiło się w naszych głowach.

By złapać uczucie zamknięte w metaforze.

Bez poezji było by tu znacznie gorzej.

Mówili, że poezja już nie ma znaczenia.

A jednak pomaga spełniać marzenia.

Że nie przetrwa w świecie cyfr i algorytmów.

Że pogubi kroki do dzisiejszych rytmów.

Że młodzi nie czytają, starzy zapominają.

Ale tych bohaterów z książek jednak wspominają.

Ale poezja nie umiera, kolejny wers tutaj wleciał.

Słowa płyną jak rzeka przez stulecia.

Zmieniają się koryta, zmieniają się brzegi.

Jest na poprawę humoru, jak najlepsze leki.

Poezja nie umiera, choć bywa czasem wredna.

Jest jak powietrze, niewidzialna i niezbędna.

W każdej epoce, w każdym języku.

Najlepsza książka, najlepszy tytuł.

W szepcie kochanków i w krzyku buntu.

Daje moc kiedy pod stopami nie ma już gruntu.

Poeci choć odchodzą, zostawiając strofy.

Są one wieczne jak w urnie prochy.

Wydrukowane, zapisane, zapamiętane.

Życie na zawsze nie jest nam dane.

A nowi poeci przychodzą z nowymi słowami.

Z nowo otwartymi swoimi głowami.

Z nowym spojrzeniem na odwieczne sprawy.

Rymy zmieniają się w uśmiechy i zabawy.

Pragnienie, by wyrazić siebie, trafić do waszych głów.

Czasem ukryta w piosence, dla kogoś ma znaczenie.

Czasem wykrzyczana od serca na scenie.

Czasem szeptana w samotności, gdy brak wiary i dumy.

Czasem recytowana przez liczne tłumy.

W mrocznych czasach jest światłem, innym wątkiem.

W czasach chaosu jest nowym porządkiem.

W czasach kłamstwa jest prawdą i miłością.

W czasach samotności jest bliskością.

Poezja to echo ludzkiej duszy, choć czasem się mylimy.

Dopóki czujemy, dopóki myślimy.

Dopóki kochamy i nienawidzimy

Dopóki czytamy ona nie umrze, będzie na wieki.

Nawet jak poeta zamknięte będzie mieć powieki.

Anioł stróż

Nie widzę twoich skrzydeł, choć jesteś u mego boku.

Nie słyszę nigdy twoich kroków.

Lecz czuję, że przy mnie jesteś, dziękuję za niego Boże.

Jest w każdej chwili, i o każdej porze.

Gdy zbaczam z drogi prostej, mam wątpliwości.

Gdy gubię się w tej całej ciemności.

Ty cichym szeptem mnie prowadzisz, mnie od zła bronisz.

Niewidzialną ręką mnie codziennie chronisz.

Przez życia wzburzone morze, kiedy dopada zwątpienie.

Przez radość i przez cierpienie.

Aniele, mój stróżu wierny, dzięki tobie łapie spokój.

Ty zawsze trwasz przy mnie, przy moim boku.

Aniele mój, cień twój odbija się w słońcu.

Każdy dzień wiem przybliża mnie ku końcu.

Aniele mój, łzy me osuszasz ukradkiem.

Często wybory są czystym przypadkiem.

Bez słów, bez dotyku, a jednak tak blisko.

Tak realnie, choć niewidzialny, możesz wszystko.

Aniele mój stróżu, nie opuszczaj mnie.

Chroń nocą, chroń i w dnie.

Pamiętam tamtą chwilę, do dziś na sercu rana.

Gdy los mnie rzucił na kolana.

Wszyscy odeszli, zostałem sam.

W najczarniejszej godzinie, ty byłeś ze mną tam.

Bo czułem ciepło twojej obecności

Siłę, którą mi dałeś w darze, pełno miłości.

Czasem się zastanawiam, czy ciężko ze mną masz.

Czy masz imię, czy masz twarz.

Czy moje błędy bolą ciebie tak samo.

Czy uśmiechasz się, codziennie rano.

Czy martwisz się, gdy płaczę, albo moim zdrowiem.

Czy znasz moje myśli, zanim je wypowiem.

I czy będziesz ze mną aż do końca drogi.

Czy poprowadzisz mnie do światła, przez rwące potoki.

Dziękuję ci za twoją cichą obecność, że mogę być sobą.

Za każdą chwilę, gdy byłeś tuż obok.

Aleja niewygodnych prawd

Idziemy wszyscy tą samą drogą w sumie.

Wąską aleją pośród wysokich marzeń trumien.

Każdy próbuje patrzeć prosto przed siebie.

Wzrok częściej jest obecny w oddali na niebie.

Omijamy wzrokiem to, co nieprzyjemne.

Jakieś demony jeszcze są tu we mnie.

Na ścianach wiszą lustra prawdy.

Odbijające to, czego nie chcemy zobaczyć, ludzkiej pogardy.

Nasze kłamstwa, lęki, słabości po dupie nas kopią.

I te prawdy, które ukrywamy przed samym sobą.

Ale nie da się przejść aleją niewygodnych prawd.

Z zamkniętymi oczami, ile zysków mamy a ile strat.

Nie da się udawać, że nie widzimy.

Tego, co wyraźnie stoi przed nami, gdy z tego szydzimy.

Aleja niewygodnych prawd, zgubą dla wielu.

Oświetla wszystko, co ukryte w serca cieniu.

Aleja niewygodnych prawd, jest obok niezmiennie.

Zrywa maski, które nosimy codziennie.

Możesz odwracać wzrok, możesz biec.

Możesz krzyczeć, że to nieprawda, lecz.

Ale aleja niewygodnych prawd, sprowadzi do parteru kolego.

Zawsze doprowadzi cię do siebie samego.

Pierwszy zakręt, to prawda o miłości.

Nie za uczuciem, a za kasą jest pościg.

Że czasem kochamy nie tych, co trzeba.

A tak nie wiele trzeba, aby dotknąć nieba.

Drugi zakręt, to prawda o przyjaźni.

Że niektórzy zostaną tylko na chwilę, rozdwojenie jaźni

Trzeci zakręt, to prawda o sukcesie.

Jak coś nam wychodzi, to zawistni zostawiają nas samych w lesie.

A szczęścia nie kupisz za żadne pieniądze.

I tak samo jak ty, też czasem błądzę.

Czwarty zakręt, to prawda o czasie.

On nie uznaje słowa, że nie da się.

Nie zatrzymasz go, choćbyś bardzo chciał.

A na końcu alei będziesz stał nagi i sam.

Twarzą w twarz z najcięższą prawdą ze wszystkich.

Bycie sobą przynosi największe zyski.

Czy mamy odwagę spojrzeć, na to co już za nami dawno.

Czy mamy siłę, by stanąć nago przed prawdą.

Bez wymówek, bez wytłumaczeń, bez narzekania.

Bez usprawiedliwień, z pokorą, bez udawania.

Czy mamy odwagę przyznać się do błędów.

Do pomylenia tych paru zakrętów.

Że wszyscy popełniamy błędy, o tym mówię znów.

Że wszyscy nosimy ciężar niewypowiedzianych słów.

Może właśnie dlatego, usta nasze się nie śmieją.

Bo boimy się jednak przejść tą prawd aleją.

Może na końcu czeka nas wybaczenie.

Którego sami sobie odmawiamy, jest tam wybawienie.

Z początku prawda może boleć jak otwarta rana.

Może palić jak ogień, może ciążyć jak kamień, potem otworzymy szampana.

Ale tylko ona może nas uwolnić, jest jak niebo nocą pełne gwiazd.

I co odważysz się przejść tą aleją niewygodnych prawd.

Spowiedź przed Bogiem

Klęczę w pustym kościele, gdy świt budzi mnie.

Sam na sam z ciszą i ciężarem swoich grzechów, modlitwę śle.

Nie widzę Twojej twarzy, nie słyszę Twego głosu.

Ale wiem, że słuchasz każdego szeptu mojej duszy, masz na mnie sposób.

Przychodzę do Ciebie nie jak doskonały.

Lecz jak złamany, popękany, zagubiony, ten człowiek mały.

Z prawdą, której nie mówię nawet sobie sam

Z ciemnością, którą ukrywam przed światłem dnia.

Bo co mogę przed Tobą ukryć, jak ty widzisz wszystko tam.

I znasz mnie lepiej niż ja siebie sam.

Co mogę przed Tobą zataić, widzisz mnie co dzień.

Widzisz każdą moją myśl i każdy cień.

Oto moja spowiedź przed Bogiem, lepiej późno niż wcale.

Nie słowami, lecz sercem wyznaję.

Wszystkie upadki, wszystkie słabości

Wszystkie momenty, gdy odwróciłem się od świata podłości.

Oto moja spowiedź przed Bogiem, Artur moje imię.

Bez masek, bez kłamstw, bez usprawiedliwień.

Wyznaję Ci, że kochałem za mało i zbyt mało.

Że przechodziłem obojętnie obok cudzego cierpienia, tak nieśmiało.

Że często wybierałem łatwiejszą drogę zamiast trudnej.

Że pozwalałem, by moja duma była większa niż moje serce, byłem durniem.

Wyznaję Ci wszystkie niewypowiedziane krzywdy, szukałem twojej miłości.

Wszystkie myśli pełne jadu i pełne zazdrości.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 32.94