E-book
6.02
drukowana A5
28.67
Uczeń nekromanty: Opowiadania

Bezpłatny fragment - Uczeń nekromanty: Opowiadania


Objętość:
182 str.
ISBN:
978-83-8221-633-2
E-book
za 6.02
drukowana A5
za 28.67

Informacja dla czytelników

Opowiadania przeznaczone są WYŁĄCZNIE dla osób, które przeczytały już tom pierwszy „Ucznia nekromanty” — „Plaga”. Dla pozostałych osób będą całkowicie niezrozumiałe. Zawierają informacje zdradzające ważne szczegóły fabuły, stopniowo ujawniane i rozwijane w tomie pierwszym!

Kolejność czytania:

1) Uczeń nekromanty, tom pierwszy: „Plaga”,

2) „Potwór”,

3) „Król”,

4) „Mavec”,

5) „Dług”(18+),

6) Uczeń nekromanty, tom drugi: „Fascynacja”.

Potwór

„I na północy przebudzi się biała gwiazda, która wypali bożym ogniem nieczyste dusze upadłych”

Święta Księga Światłości, werset 734

38 lat przed Rewolucją Światłości

Vanisse nudziła się tego dnia bardziej niż zwykle. Opierając głowę o szybę, po której ściekały pojedyncze krople deszczu, wyglądała na poszarzały park, otaczajacy ich posiadłość.

Za jej plecami rozbrzmiewały pokrzykiwania i płacz dzieci, ale kompletnie je ignorowała. Jak zawsze. Ustrojoną w liczne, drogocenne pierścienie dłonią podparła podbródek i zapatrzyła się na majaczące ponad horyzontem szczyty górskie, leżące przy granicy z Hezrynem.

Nienawidziła swojego życia.

Tak, zdecydowanie.

Nienawidziła go tak szczerze i dogłębnie, że czasem trudno jej było każdego poranka podnosić się z łóżka. Zresztą zwykle nawet tego nie robiła. Wiele dni, szczególnie wtedy, gdy mąż był nieobecny — spędzała, leżąc w rozkopanych poduszkach, gapiąc się w sufit, nudząc niewiarygodnie — tak nieznośnie, że ciało bolało ją od nadmiaru frustracji.

Rozczarowanie i gniew na to, jak ułożyła swoje życie, przenikało całe jej jestestwo, zatruwając próżną duszę.

Marzyła wtedy.

Tonęła we wspomnieniach. Odtwarzała w nieskończoność wydarzenia, które miały miejsce przed jej zamążpójściem. Przeklinała swoją ustępliwość oraz słabość charakteru, które sprawiły, że finalnie poddała się naciskom ojca i wyszła za prowincjonalnego barona, opuszczając ukochaną stolicę.

Jej zaniepokojeni rodzice, widząc nieodpowiedzialne zachowanie nastoletniej córki — romansowanie i flirtowanie z młodymi arystokratami, którzy pojawiali się na balach i bankietach organizowanych w ich kręgu towarzyskim — podjęli decyzję o wyborze dla niej kandydata, który odciągnąłby ją od zepsutego środowiska Syllonu.

No i wybrali.

Barona Vutton.

Owszem, była to stara, szanowana rodzina, która w skali królestwa odznaczyła się tym, że objęła swoim patronatem największą świątynię Pana Światłości w północnej części Syllonu. Ale jej wybranek nie przypominał postaci z dziewczęcych snów, nie był księciem z bajki. Starszy od niej o dwadzieścia lat, miał już trzydzieści siedem, gdy stanęli na ślubnym kobiercu. Ona, siedemnastolatka, z głową wciąż jeszcze szumiącą od emocji ostatniego romansu z kapitanem królewskiej gwardii, nawykła do bezustannej atencji wielu przystojnych, młodych adoratorów, została wrzucona w nurt życia prowincjonalnej szlachcianki. Od tego dnia jej jedyną atrakcją były wiejskie festyny i dożynkowe bale, na których pojawiały się ciągle te same osoby — okoliczne ziemiaństwo, lokalni włodarze i władze miejskie z Vutton.

Vanisse do nich nie pasowała.

Raziły ją ich ogorzałe twarze, pękate, piwne brzuchy, prostackie żarty i trwające bez ustanku wzajemne swatanie — jednych z drugimi, drugich z trzecimi, trzecich z czwartymi. I tak bez końca.

Sensacją dnia dla ziemian z kręgu Vutton był taniec córki pewnego szlachcica z ubogim porucznikiem z garnizonu stacjonującego w twierdzy Hildern, albo ślub syna burmistrza z nieślubną córką pewnego baroneta.

Wiejskie plotki i atrakcje nudziły arystokratkę tak bardzo, że czasem wolała całkowicie unikać spotkań z tym towarzystwem, niż narażać się potem na całodniowy ból głowy.

W ciągu sześciu lat małżeństwa urodziła mężowi czwórkę dzieci, ale macierzyństwo nie okazało się dla niej w żaden sposób satysfakcjonujące. Dzieci męczyły ją i nudziły nie mniej niż wiejskie bankiety. Zadowolona była z tego, że opiekę nad nimi sprawowały zatrudnione przez barona nianie — z ulgą przyjmowała to faktyczne zwolnienie z obowiązków matki.

Z upływem czasu jej depresja i rozgoryczenie wiejskim stylem życia przybierały jednak coraz bardziej niepokojące formy. Tygodniami leżała w łóżku, płacząc w poduszkę, a nawet odmawiała jedzenia.

Jej mąż był człowiekiem wiecznie zajętym opieką nad ich rozległym latyfundium, całymi dniami przebywał w rozjazdach, załatwiając liczne sprawy, doglądając zbioru plonów, wizytując wielkie stajnie i ogromne obory dla trzody chlewnej, które znajdowały się w ich posiadaniu. Nawiązywał nowe układy handlowe, pilnując, aby dostawy dla garnizonu stacjonującego w znajdującej się niedaleko twierdzy Hildern, docierały na czas.

Ich relacja była dość prosta: nie rozmawiali ze sobą na żadne tematy oprócz bieżących, domowych problemów, związanych z dziećmi czy służbą. On nie rozumiał jej dylematów, nie dostrzegał jej depresji, a polegiwanie w łóżku zwalał na karb zwykłego lenistwa rozpuszczonej panny z wyższych sfer. Nie było między nimi miłości, szacunku czy nawet zwykłej przyjaźni.

Istniało jednak miejsce, w jakim się dogadywali, a była to sypialnia. Z tej przyczyny Vanisse zachodziła w ciążę raz za razem, a igraszki w łóżku były jedyną rozrywką, która mogła oderwać ją od szarości życia, zaspokajając ognisty temperament młodej kobiety. Gdy mąż wracał do domu, pierwsze co robił, to szedł do jej komnaty. Nie wychodził stamtąd godzinami, zanim oboje nie usnęli ze zmęczenia. Niestety częste wyjazdy męża, który prowadził rozliczne interesy z okolicznymi ziemianami i kupcami, ograniczały także ten obszar jej życia. W takim miejscu jak Vutton — na kochanka nie mogła sobie pozwolić. Tutaj każdy każdego znał i wszystkie sekrety, nieważne jak pieczołowicie skrywane, prędzej czy później wychodził na jaw.

Bywały więc takie dni, że nawet nie opuszczała swojego pokoju, odmawiała kontaktu z dziećmi, nie podnosiła się z łóżka, pochlipując tylko w pościeli, zastanawiając się, jak najbardziej bezboleśnie i elegancko popełnić… samobójstwo. Perspektywa spędzenia reszty życia w tej zapyziałej dziurze, jaką było Vutton, jawiła jej się jako prawdziwie piekielna kara.

Tego dnia życie Vanisse miało się jednak zasadniczo odmienić. W deszczowy, ponury poranek, kiedy kolejny raz rozważała dostępne sobie metody pozbawienia się życia, godne oczywiście osoby jej krwi i urodzenia, zobaczyła podjeżdżającego pod główne wejście zarządcę ich dworu, który szybkim krokiem wszedł do środka i zażądał widzenia z panią na włościach.

Gdy wprowadzono go do salonu, zobaczyła, jak bardzo jest poruszony i przerażony.

— Demir, co się stało? — zapytała w zdumieniu.

Ten zwykle flegmatyczny mężczyzna, ściskał teraz czapkę w drżących dłoniach.

— Miał miejsce wypadek w zachodniej stajni. Robotnicy odnawiający uszkodzoną ścianę o mały włos, a wpadliby pod ziemię. Podłoga się zawaliła. Pod spodem znajduje się ogromna jaskinia krasowa, a w niej… — Chrząknął. — W niej… — Zamilkł niespodziewanie a jego blada, poważna twarz, wyciągnęła się i sfałdowała ze stresu.

— Co się w niej znajduje? — zapytała z naciskiem, mężczyzna jednak uporczywie milczał. — Zabierz mnie tam! — zakomenderowała, podejmując niespodziewaną decyzję i gwałtownie się zrywając. Coś wisiało w powietrzu. Nawet na poziomie ciała czuła jakieś napięcie, miała wrażenie, że życie na powrót wlewa się w jej żyły.

— Nie wiem, czy to bezpieczne… — wyjąkał mężczyzna, zaciskając palce na trzymanej w dłoniach czapce z taką mocą, że zbielały mu knykcie.

— Ja o tym zdecyduję, Demirze — powiedziała wyniośle. Kazała służącej przygotować swój płaszcz przeciwdeszczowy i wyszła razem z zarządcą do dwukołówki, którą tu wcześniej podjechał. Mężczyzna nie miał odwagi zaprotestować.

Na miejscu znaleźli się w parę minut, bo stajnie dworskie były położone zaraz za granicą ogrodów i można tam było równie łatwo dotrzeć piechotą, ale perspektywa spaceru w ulewnym deszczu nie wydawała się jej szczególnie zachęcająca.

Przed stajnią zebrała się mała grupka podwładnych barona, którzy szeptali coś między sobą stłumionym głosami i wydawali się bardzo poruszeni. Gdy jednak zobaczyli Vanisse, zapadła grobowa cisza.

Pracownicy ich majątku nie znali jej dobrze, bo swój czas spędzała głównie w budynku dworskim, unikając spoufalania się z plebejuszami. Jednak z szacunku przed nią rozstąpili się, uznając fakt, że w czasie nieobecności barona Vutton, to ona miała decydujący głos, gdy istniała sytuacja kryzysowa.

Weszli do stajni. Zawalony róg budynku znajdował się w jego północnej części. Tymczasowo zabezpieczono go linami, ale otwór był na tyle duży, że z łatwością można było zajrzeć do środka.

Ku jej zdumieniu, we wnętrzu jaskini krasowej nie było ciemno! W ściany tajemniczej groty wmurowano magiczne, wieczne lampy.

Ktokolwiek wydrążył tę jaskinię, musiał zainwestować w nią bajońskie sumy. Tego typu magiczne artefakty nawet dla najbogatszych arystokratów uznawane były za luksus.

Z miejsca, w którym stała, nieopodal stropu jaskini, widać było ogromne pomieszczenie, w centrum którego znajdowało się coś na kształt sarkofagu lub może szklanej trumny. Z tej odległości nie dało się rozpoznać, co znajdowało się w środku, bo każdy kto chciałby zobaczyć szczegóły, musiałby spuścić się na dno jaskini. Odległość do podłogi wynosiła jednak dobre dwadzieścia metrów.

Na dole, zaraz pod otworem, leżały tylko gruzy, które spadły tam w momencie, gdy robotnicy zaczęli kuć podłogę.

— Zorganizujcie drabinkę linową — zarządziła Vanisse. — Zejdę na dół. Proszę także zamknąć tę część stajni, by nie mogli tu wchodzić gapie. I postawić wartownika! To może być cenne archeologiczne odkrycie i musimy zabezpieczyć teren — Jej ton nie znosił sprzeciwu.

— Tak, jaśnie pani. — Demir skinął głową, zadowolony, że ktoś przejął kierownictwo nad kłopotliwą sytuacją. Szybko zniknął za drzwiami, wyprowadzając z pomieszczenia zmieszanych robotników.

Po upływie kilkunastu minut pojawił się ponownie z dwiema drabinkami linowymi, jakich używano w pobliskim kamieniołomie należącym do baronii. Związał je i przymocował do haków, które były wbite w ścianę stajni.

— Schodzenie taką niestabilną drabinką nie jest bezpieczne. Końcówka nie jest przymocowana, będzie się bujać.

— Wiem. Ale zamierzam to zrobić, pomimo tego! — oświadczyła hardo.

Demir przyglądał się jej ze zdumieniem. Nie znał jej prawie wcale, właściwie tylko z widzenia.

Owszem, była niezwykle piękna — to jedno musiał przyznać — takim typem urody, jakiego nie spotykało się często na prowincji, z olśniewającym złotem włosów, turkusem oczu i słodkimi rysami, wolnymi od jakiejkolwiek skazy, ale była przy tym wyniosła, wycofana, wiecznie nieobecna, separująca się od życia otaczających ją ludzi. Nie przypuszczał, że ma w sobie na tyle odwagi i samozaparcia, by dać sobie radę z fizycznym i emocjonalnym wyzwaniem, jakim była eksploracja niebezpiecznych jaskiń. Sądził, że jak każda typowa, rozpieszczona arystokratka z Syllonu nie będzie do tego zdolna. Nie znał jednak siły frustracji i rozmiarów desperacji goszczących w duszy znudzonej baronowej.

— Oczywiście — Skinął głową, uznając, że dwudziestotrzyletnia kobieta, matka czwórki dzieci, jest w stanie zupełnie świadomie podejmować tak ryzykowne decyzje.

Gdy drabinka została spuszczona, Vanisse zdjęła swój płaszcz i przewiesiła się dość lekkomyślnie przez skraj otworu, szukając stopami chybotliwych stopni.

— Życz mi powodzenia — mruknęła i z determinacją malującą się na swej pięknej twarzy, rozpoczęła ostrożne schodzenie.

Trwało to krócej, niż się obawiała, a strachu nie czuła prawie wcale. Wypełniała ją ekscytacja i ogromne podniecenie. Miała wrażenie, że po raz pierwszy od dnia swojego ślubu w ogóle wzięła oddech. Końcówka drabinki faktycznie bujała się mocno, ale było już na tyle nisko, że baronowa nie odczuwała większych obaw.

Zeskoczyła obok sterty gruzu i rozejrzała się z ciekawością. Jaskinia zdawała się nie mieć żadnego wyjścia. Stanowiła po prostu okrągły, duży otwór wyżłobiony w litej skale. Ściany nie były zdobione, lecz gładkie jak polerowany marmur, wolne od jakichkolwiek zacieków czy uszkodzeń.

A na środku…

Przełknęła ślinę.

To właśnie interesowało ją najbardziej.

Powoli i ostrożnie zbliżyła się do dziwnego obiektu, który z każdym krokiem ujawniał swoją niepokojącą naturę.

Kiedy wreszcie stanęła tuż obok, serce waliło jej w piersi, a ciało tak silnie drżało, jakby stała teraz naga na lodowatym wietrze. To, co ujrzała w trumnie, było absolutnie najbardziej przerażającą istotą, jaką mogła sobie wyobrazić.

Olbrzymi stwór przypominał kształtem paveya, ale głowę miał bardziej ludzką, choć wciąż niepokojącą i potworną. Paveyowie byli podziemną rasą humanoidalnych stworzeń, którzy unikali kontaktów z ludźmi. Ich przedstawiciele byli właściwie łysi, ale on miał włosy, a raczej coś, co je przypominało. Wyglądały jak przejrzyste, jedwabiste nici. Były ich miliony — cienkich jak ludzki włos, całkowicie przezroczystych, szklistych, sypkich. Jego skóra także była nietypowa, bo albinotycznie biała. W strukturze zdawała się jednak podobna do skóry paveyów, z identycznymi karbowaniami. Śliska i elastyczna. Jego kończyny też były skonstruowane jak u paveyów, z odwróconymi, zwinnymi stawami, z przyssawkami na końcach. Posiadał potężną muskulaturę.

Jedno wszakże zdecydowanie odróżniało go od członków tej podziemnej rasy. Był mianowicie… ogromny!

Patrząc na jego sylwetkę, oceniła ją na jakieś dwa metry i pięćdziesiąt centymetrów, co, zważywszy na fakt, że paveyowie byli średnio tego samego wzrostu co ludzie, czyniło go niemal gigantem.

Stała, patrząc z zapartym tchem na to dziwne monstrum, i bezskutecznie próbowała zrozumieć, czym jest i jak tu się znalazło.

Na postumencie, na którym ustawiono szklaną trumnę, wyryto inskrypcję w języku paveyów, ale oczywiście ona nie posługiwała się tym językiem. Jedynie pewien element pomiędzy hieroglifami przypominał inny, powszechnie znany — słoneczny symbol Pana Światłości. Znaki tego typu były niejednokrotnie umieszczane na sarkofagach, w ramach polecenia zmarłego opiece boga, ale jego rozmiar i kilkukrotne powtórzenie w ciągu hieroglifów zwróciły jej uwagę.

Zauważyła ciekawą odmianę w kształcie znaku. Nie tylko kolory kręgów były zamienione, ale i położenie promieni wewnętrznego kręgu. W klasycznym symbolu kolor złoty — reprezentujący większe z dwóch słońc Joliny — stanowił zewnętrzny okrąg, drugi, mniejszy, jak mniejsze, pomarańczowoczerwone słońce, był umieszczony w środku, a jego promienie skierowane był na zewnątrz.

Jednak ten symbol był jakby awersem oryginału. Duże słońce było teraz rdzawoczerwone, a to wewnętrzne, małe — złote. Na dodatek jego promienie skierowane były do środka! Interesujące… Podeszła do kupy gruzu i zadarła głowę do góry.

— Przynieś mi kartkę i ołówek! — krzyknęła do Demira. Mężczyzna nawet nie spróbował tego komentować, tylko w ciszy wykonał polecenie.

Gdy potrzebne przedmioty poleciały na jej głowę, pozbierała je i zaniosła wszystko na stopnie pod sarkofagiem, gdzie pracowicie odwzorowała wszystkie dziwne inskrypcje.

Miała już pomysł, kto mógłby jej pomóc w odszyfrowaniu ich znaczenia. Dlatego bez zwlekania, z zaciętą miną, rozpoczęła powrotną wspinaczkę po drabince. Gdy dotarła do góry, była potężnie zmęczona, ale nie dała tego po sobie poznać, udając przed Demirem, że czuje się znakomicie.

— Przygotuj powóz! Jedziemy do świątyni, do Vaclavy!

*

Świątynia Pana Światłości w Vutton była największą świątynią w północnej części królestwa Syllonu. Kiedyś, zanim Syllon, Hezryn i Valenzję podzielił konflikt graniczny, masa wiernych przybywała tu z pielgrzymkami, także z Hezu i południowych miast Valenzji. Od czasu ochłodzenia relacji, liczba pielgrzymów zmalała i świątynia popadła w kłopoty finansowe. Gdyby nie hojność rodu baronów Vutton, musiałaby prawdopodobnie zamknąć swoje podwoje lub drastycznie zmniejszyć liczbę rezydujących kapłanek. W związku z tym, niemal oczywistą koleją rzeczy było, że ciotka jej męża, która urodziła się bez jednej stopy, została wysłana, by posługiwać w świątyni. Jej rodzice nie wierzyli, że jako kaleka kiedykolwiek znajdzie sobie męża, poparli zatem jej decyzję o wstąpieniu w szeregi kapłanek.

Niestety na terenie Syllonu nie było magów specjalizujących się w magicznej kreacji i transformacji z odpowiednio wysokim poziomem umiejętności, którzy mogliby jej pomóc, dorabiając nową stopę. Według informacji, jakie udało im się zdobyć, w żadnym z innych państw na Jolinie taki mag nie urodził się od setek lat. Ci, którzy mieli odrobinę talentu, rzadko wykraczali poza jego trzeci, niewystarczający poziom.

Tysiące lat wcześniej, po wielkiej rebelii, Planetarna Rada Magicznego Nadzoru usunęła z populacji Joliny magów z tym niezwykłym talentem, skazując ich na banicję w nieznane sfery rzeczywistości. Od tamtego czasu rodziło się ich niezwykle mało. Wobec tego, rodzicom Vaclavy pozostało tylko zaakceptować niepełnosprawność córki i wspierać ją w wyborze duchowej ścieżki. Po blisko trzydziestu latach posługi, pnąc się po szczeblach hierarchii zakonnej, dotarła ona do zaszczytnego miana arcykapłanki i sprawowała w świątyni niemal nieograniczoną władzę.

Vaclava nie odcięła się oczywiście od swojej rodziny i bywała częstym gościem na dworze należącym obecnie do jej bratanka, który został następnym baronem Vutton. Tam też poznała ją Vanisse.

Mając świadomość, że ciotka jej męża jest osobą wykształconą, obytą w uczonych kręgach i dysponującą możliwością zasięgnięcia informacji w stolicy Syllonu, młoda baronowa uznała, że to właśnie u Vaclavy ma największą szansę odnalezienia odpowiedzi na swoje pytania.

Świątynia posiadała własny, magiczny portal komunikacyjny, z którego arcykapłanka często korzystała.

Przez całą drogę Vanisse wpatrywała się hipnotycznie w znaki odwzorowane na kartce, jakby wiozła ze sobą bezcenny skarb, przepustkę do lepszego, ciekawszego życia. Miała przeczucie, że znalezisko miało dużą rangę, szczególnie ze względu na bliskość świątyni. Słyszała kiedyś legendę, że tysiące lat temu w miejscu, gdzie obecnie leżało Vutton, miała miejsce wielka bitwa z paveyami, a samo miasto zbudowano nad ich podziemną, zasypaną ziemią sadybą. Czy obecność dziwnego monstrum wpisywała się jakoś w tamte wydarzenia? I jak to się stało, że ciało wolne było od jakichkolwiek oznak rozkładu? Czy pogłoski krążące wśród kapłanek, które pełniły kiedyś służbę w stolicy Syllonu, jakoby można było taką metodą przechowywać także osoby żywe — były prawdą? A jeśli tak, to być może jaskinia nie była wcale grobowcem?

Ta możliwość wywołała u niej ogromną ekscytację.

Po około czterdziestu minutach jazdy dotarli na miejsce. Budynek świątyni, imponujący i lśniąco biały, widoczny był doskonale nawet z dużej odległości. Wielkością swoją ustępował jedynie głównej świątyni na Wyspie Światłości, w stolicy ich królestwa, ale mógł się z nim równać pięknem zdobień, jak i rozmachem, z jakim zaprojektowano otaczające go ogrody. Jedynym, w czym jej teraz ustępował, były znaczenie i ranga. Fakt ten był solą w oku dla ambitnych kapłanek, których ośrodek był kiedyś znaczącym miejscem kultu w tej części kontynentu, śmiało konkurującym o pierwszą pozycję z wyspową świątynią w stolicy Syllonu.

Brama była obsadzona wartownikami, którzy znali barona Vutton. Vanisse była tak podekscytowana, że gdy tylko przepuszczono ich przez wierzeje prowadzące do kompleksu świątynnego, wyskoczyła z powozu. Zatrzymali się pod częścią mieszkalną budynku należącego do starszych kapłanek. Szybko, jak kula wystrzelona z dobrze wyważonej procy, popędziła do środka, skacząc po dwa stopnie po stromych schodach wiodących do celi arcykapłanki Vaclavy. Wpadła do środka bez pukania.

Na widok młodej arystokratki starsza kobieta, która właśnie wertowała jakieś papiery związane z administracyjnymi sprawami świątyni, zaskoczona wstała, ale zaprosiła ją zaraz do zajęcia miejsca na małej sofce dla gości.

Arcykapłanka była wysoka i mimo wieku, wciąż trzymała się prosto. Miała sztuczną stopę, lecz z biegiem lat nauczyła się na niej chodzić, niemal jakby proteza była częścią jej ciała. Niewiele osób orientowało się, że urodziła się jako kaleka, której nikt nie wróżył świetlanej przyszłości.

— Co się stało, moje dziecko, skąd takie wzburzenie? — zapytała głosem, w którym pobrzmiewała subtelna, ale jednak wyczuwalna nutka pobłażania. Z czym to mogła przybyć do niej rozpieszczona żona jej bratanka? Vaclava zdawała sobie sprawę z tego, że życie na wsi nie było pasmem ekscytujących przygód, szczególnie dla panny z wielkiego miasta, dlatego cząstką siebie współczuła kobiecie prowincjonalngo życia, ale z drugiej strony… kiedy sama była młodą dziewczyną, wiele by oddała za takie „nudne” życie u boku jakiegoś statecznego ziemianina. Spoglądała zatem na jej depresyjne epizody jak na humory rozpuszczonej ślicznotki, nie uznając ich za nic godnego uwagi.

— Wydarzyło się coś niezwykłego, o czym wkrótce ci opowiem! — odpowiedziała jej zdyszana powinowata. Nabrała powietrza w płuca i zawahała się. Czy opowiadać kapłance o wszystkim, czy przejść od razu do sedna?

Jeden rzut oka na pomarszczone i wyniosłe oblicze staruszki powiedział jej jednak, że zwierzanie się ze swoich przemyśleń może nie być rozsądne, szczególnie na tym etapie.

— Ale zanim o tym opowiem… Najpierw chcę cię prosić o pomoc w przetłumaczeniu pewnego fragmentu tekstu, który zdobyłam z narażeniem zdrowia i życia — dodała, chcąc podkreślić ogromną wagę swoich słów i unaocznić zasadność prośby.

Podała zdumionej kapłance kartkę z inskrypcją i wstrzymała oddech, gdy kobieta z uwagą ją studiowała. Zdecydowała, że lepiej będzie najpierw załatwić kwestie tłumaczenia, a informacja o olbrzymim pseudopaveyu będzie musiała odrobinę poczekać. Stanowił zbyt wielką sensację. Wolała nie rozgłaszać wieści o jego odnalezieniu, bez dogłębnego zbadania tematu.

Po upływie około minuty Vaclava uniosła głowę i przyjrzała się badawczo pięknej twarzyczce żony swego bratanka. Jej woskowe oblicze nie wyrażało teraz żadnych emocji. Widać było tylko, że pod tą nieruchomą maską kobieta intensywnie myśli.

— Skąd to masz? To język paveyow… — powiedziała, bardzo powoli dobierając słowa i bezwiednie przesuwając kościstym palcem po powierzchni kartki. Z pewnością dziwne symbole Światłości nie umknęły jej uwadze.

Vanisse zamknęła powieki i po chwili je otworzyła.

— Obiecuję, że wszystko ci w swoim czasie wyjaśnię, ale najpierw muszę mieć to tłumaczenie. To ekstremalnie ważne. Czy jesteś w stanie je zorganizować?

— Tak — odpowiedziała krótko arcykapłanka. Szóstym zmysłem czuła, że prośbie, z jaką przybyła do niej Vanisse, nie powinna odmówić. Jakieś dziwne przeczucie przesunęło się niczym zimny dreszcz wzdłuż jej kręgosłupa. Zacisnęła dłonie na kartce, a potem zwinęła ją w mały rulonik.

Ich świątynia miała na swoim wyposażeniu prywatny portal komunikacyjny. Stara kapłanka często z niego korzystała, aby odwiedzić między innymi znanego jej, gnomiego profesora, specjalistę od historii Syllonu. To jego osoba pojawiła się teraz w jej myślach.

— Dziękuję. To bardzo pilne i bardzo ważne — podkreśliła Vanisse, wypuszczając powietrze z płuc i odczuwając przy tym niezmierną ulgę. Miała niemal wrażenie, że jakiś ciężki kamień spadł jej z serca. Z niezrozumiałych dla siebie przyczyn niezwykle mocno zależało jej na rozwiązaniu zagadki dziwnego monstrum i bardzo liczyła na dyskrecję Vaclavy.

— Za mniej więcej dwa dni wyślę ci umyślnego z tłumaczeniem. Ale obiecaj mi, że opowiesz mi, po co i w jakim celu je potrzebowałaś. Obiecujesz?

— Tak! — Niemal wykrzyknęła Vanisse i ucałowała kościstą dłoń kapłanki, z egzaltacją malującą się na jej pięknym obliczu.

Staruszka nawet nie zdążyła otworzyć ust, a baronowej już nie było w jej celi.

Młoda kobieta rzadko kiedy doświadczała uczucia takiej silnej ekscytacji i radości, dlatego nie zamierzała dać go sobie teraz odebrać. Gdyby opowiedziała Vaclavie o całym wydarzeniu, z pewnością skończyłoby się na ostrzeżeniach, przestrogach i połajankach. A na to szkoda jej było życia.

*

Dwa dni później młoda baronowa otrzymała wreszcie upragnioną przesyłkę. Czas oczekiwania spędziła przyklejona do okna, hipnotycznie wpatrując się w światło drogi prowadzącej do ich podjazdu. Każda godzina dłużyła jej się boleśnie, a głowę wypełniały niezliczone scenariusze tego, co mogło się wydarzyć.

Baron miał sporą biblioteczkę i w jednej z historycznych książek, natrafiła na wzmiankę o szklanych trumnach. Znalazła tam potwierdzenie pogłoski, że nie zawsze wkładano do nich zmarłych. Autor podawał, że czasami w takich właśnie kapsułach, zwanych także kapsułami czasu, zamykane były przez kapłanów osoby chore, które musiały czekać na lekarzy lub magów uzdrowicieli. Sztuka tworzenia kapsuł znana była tylko kapłanom bóstw oraz nekromantom, co czyniło sprawę podwójnie interesującą.

Gdy posłaniec wszedł do salonu, niemal wyrwała mu list z dłoni. Trzęsącymi rękami rozerwała kopertę i jej głodne oczy wbiły się w równe linijki tekstu.

List był odpowiedzią gnomiego profesora na wcześniejszy list Vaclavy. Brzmiał następująco:

Droga Vaclavo!

Miło mi, że zleciłaś mojej skromnej osobie to niezwykłe zadanie. Bardzo mnie zaskoczyła przesłana inskrypcja.

Napisana jest w starożytnym dialekcie paveyów, aktualnie nie będącym już nigdzie w użyciu. Szczęśliwie posiadamy kilka słowników i z ich pomocą udało mi się przygotować przybliżone tłumaczenie. Z góry przepraszam za jego łamany język, ale to najlepsze, co mogę ci zaoferować. W nawiasach wstawiłem moje przemyślenia.

Oto tłumaczenie:

„Tu śpi [nieczytelne] oblicze Pana Światłości. Awatar. Karząca Ręka Prawa i Porządku. Młot na bezbożnych [tu w znaczeniu: żyjących bez konkretnego boga, nie chodzi o ateistów]. Grom na zuchwałych, który poraża [oślepia, zwęgla?] i popieli do cna niewiernych. [Popieli — to mój domysł wynikający z kontekstu, ale znalazłem też tłumaczenie: odsysa. Tylko jakoś mi tu nie pasuje.].

To tyle. Mam nadzieję, że moje tłumaczenie okaże się dla ciebie użyteczne. Pozdrawiam i oczekuję na twoją, od dawna już zapowiadaną wizytę….

List był podpisany w zamaszysty sposób:

Gravindurf.

— To może być zatem tylko jedno… — wyszeptała zarumieniona z emocji Vanisse. Jej początkowe wątpliwości, związane z wyglądem dziwnego potwora, całkowicie rozwiało otrzymane tłumaczenie. Choć jego postać, zbliżona do postaci paveya, niepokoiła a nawet zdumiewała, uznała swą podejrzliwość za nieuzasadnioną paranoję.

Mimo że zmierzchało, wstała, poszła do garderoby i nie czekając już na służącą, samodzielnie ubrała płaszcz, a potem szybkim krokiem udała się do stajni.

Służba śledziła jej poczynania rozszerzonymi ze zdumienia oczami, gdyż ich pani nie zwykła przecież wychodzić z domu, a nawet ze swojego pokoju. Tak niezwykła odmiana zachowania baronowej była dla nich trudna do pojęcia.

Plotka o tajemniczym znalezisku żyła oczywiście na dworze baronów Vutton swoim życiem i każdy już zdawał sobie sprawę, że odkryta została dziwna „jaskinia pijaw” z sarkofagiem w środku — prości ludzie w taki sposób zwykli określać paveyów. Nikt jednak nie wiedział, kto dokładnie się w niej znajdował, na ten temat krążyły tylko pogłoski. Służbę interesowało raczej to, czy sarkofag zawiera cenne artefakty magiczne lub złotą biżuterię, z którą być może pochowano zmarłego. To, kim był za życia, pozostawało dla nich bez większego znaczenia, zwłaszcza, że wiedza o różnorodnym zastosowaniu szklanych trumien nie była powszechna.

Vanisse zastała w stajni tylko drzemiącego wartownika, który został wyznaczony do pilnowania tego miejsca przez Demira. Spiorunowała go wzrokiem, gdy na odgłos jej kroków przebudził się, nieprzytomnym spojrzeniem przypatrując nadchodzącej pani dworu. Nie skomentowała jednak w żaden sposób jego zachowania, gdyż wolała, aby dyscyplinowanie służby pozostawało w gestii zarządcy. Zachowując ostrożność, zeszła kolejny raz do jaskini dziwnego paveya.

Ręce miała drżące, otarte od lin, a zęby zacisnęły się w niemal permanentnym szczękościsku. Była skrajnie zdeterminowana.

Podjęła decyzję. Podniosła z ziemi metalowy fragment zbrojenia, które spadło razem z gruzem na dno jaskini i zbliżyła się do sarkofagu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.02
drukowana A5
za 28.67