E-book
20.48
drukowana A5
36.6
Uciekinierzy

Bezpłatny fragment - Uciekinierzy

Objętość:
88 str.
ISBN:
978-83-8221-253-2
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 36.6

Rozdział 1

Moje życie przed szpitalem

Wstawanie o równej 7 każdego dnia, pójście do toalety, skorzystanie z ubikacji, umycie rąk, pod kranem z mydłem z kozim mlekiem, porządne wyszorowanie zębów pastą z aktywnym węglem, której zwolenniczką była moja mama i koniecznie chciała, żebym używała jej było moją codzienną rutyną. Dalej umycie twarzy specjalnym żelem kupionym w drogerii (jak zawsze wybierałam inny żel, rzadko zdarzało się, żebym kupowała jeden i ten sam parę razy z rzędu). Tym razem kosmetyk ten zawierał kwas hialuronowy i wyciąg z migdałowca. W każdym razie atrakcyjne opakowanie zachęcało do skorzystania i przede wszystkim kupienia. Poczesanie długich włosów, które sięgały do połowy moich rąk i były zawsze bardzo gęste, tak, że fryzjerka, która miała z nimi do czynienia miała trochę roboty. Do tego była gęsta grzywka zawsze ścinana na prosto a to wszystko w kolorze ciemnego brązu, prawie czerni. Chodziłam do fryzjera, by podciąć końcówki i przede wszystkim grzywkę. Nie miałam nigdy bardzo krótkich włosów. Lubiłam takie jakie były, czyli bardzo długie. Mogłam zapleść z nich dwa warkocze albo jeden, upiąć w kok, albo zawiązać zwykłą gumką w jeden kucyk. Zawsze po porannym myciu kiedy nie spieszyłam się do szkoły suszyłam je godzinami biedną suszarką, która na szczęście od lat mi służyła i nigdy jak dotąd się nie zepsuła. W każdym razie moje długie włosy umyłam wczoraj wieczorem. Inaczej nie zdążyłabym na lekcje. Wmasowałam w nie odżywkę do włosów, która przeznaczona była do stosowania na suche kosmyki. Wtarłam na twarz krem na dzień o ślicznym zapachu, na którym pisało, że jest z dodatkiem olejku arganowego. Wklepałam go na moją suchą cerę, która czasami, kiedy nie stosowałam kremów bardzo mnie piekła szczególnie latem. Bez porządnego nawilżacza nie mogłam się więc obyć. Wychodząc z łazienki, zdjęłam biały milutki i mięciutki szlafrok z kapturem z uszami króliczka i w samej różowej piżamie zeszłam schodami na dół, żeby coś przekąsić. Lubiłam jeść śniadania. Poza tym, zawsze kiedy budziłam się burczało mi w brzuchu. Nigdy się jakoś specjalnie nie odchudzałam ani nie uważałam na to, co jem. Oczywiście nie przesadzałam z chipsami albo ciastkami. Uwielbiałam je jeść czasami jak każdy. Ale to nie był mój główny posiłek. Rankiem uwielbiałam tosty z dżemem malinowym a do tego szklankę zagotowanego mleka z niską zawartością tłuszczu. Dzisiaj postanowiłam, że zjem muesli, mimo mojego zwyczaju jedzenia gorących kromek przyrządzonych w tosterze. Na opakowaniu płatków śniadaniowych pisało, że zawiera cenne witaminy i dodatki, na przykład gorzką czekoladę, suszone owoce, rodzynki i kawałki laskowych orzechów. Nasypałam trzy garści płatków i zalałam je gorącym mlekiem. Moi rodzice jeszcze o tej porze spali. W końcu wracali bardzo późno w nocy z pracy, by trochę się wyspać i zacząć kolejny dzień pracy od godziny 10 nad ranem. Wstawali między 8 a 9 — kiedy ja wyruszałam autobusem do szkoły — liceum. Chodziłam do ostatniej klasy — miałam skończone 18 lat. Czekała przede mną matura i wymarzone studia. Nie wiedziałam jeszcze gdzie iść, na jaki kierunek. Ale miałam jeszcze na to sporo czasu, żeby zdecydować się na któryś z kierunków. Po zjedzeniu śniadania, wchodziłam z powrotem na górę do swojego pokoju urządzonego w bardzo przytulny sposób. Na ścianach wisiały modne motywacyjne napisy ładnie oprawione w ramki. Na środku stało duże łóżko z materacem i drewnianym stelażem przykryte purpurowym pledem. Z jednego boku stała duża szafa z lusterkiem. Na drugiej ścianie — mała zgrabna toaletka, na której siedząc uwielbiałam się malować do szkoły. Na środku leżał także biały puchowy dywan. Ściany pomalowane były na różowo. Nie miałam rodzeństwa. Byłam jedynaczką. Oprócz milutkiego pokoju, obok znajdowała się na piętrze moja różowa łazienka, w której był jedynie prysznic, umywalka z dużym lustrem, toaleta i mała pralka, ale też półeczki i wiklinowe kosze na brudną bieliznę. Kiedy weszłam na piętro, najedzona prawie do pełna, zdjęłam piżamkę i założyłam na siebie biały zwykły T-shirt, do tego obcisłe jegginsy, czyli dżinsy ale bardziej mięciutkie i wygodniejsze, plecak na ramię, oversizowy sweterek w kolor khaki i czerwone trampki. Założyłam na głowę czarną czapkę z daszkiem i byłam prawie gotowa żeby wyjść z domu. Będąc już na zewnątrz domu, zapomniałam wziąć ze sobą podręcznika do matematyki, z którego uczyłam się do późna i nad którym to zasnęłam. Wróciłam więc biegiem, bo za dokładnie 5 minut odjeżdżał mój autobus. Spakowałam do czarnego plecaka książkę i wzięłam z kuchni małe jabłko na drugie śniadanie. Wręcz wybiegłam z domu, szybkim krokiem znalazłam się na przystanku, parę sekund przed przyjazdem pojazdu. Odbiłam bilet miesięczny i zajęłam miejsce zaraz z przodu, tuż przy kierowcy. Wszystkie inne były już zajęte. Miałam szczęście, że to jedne było wolne. Jechałam 15 minut. Po drodze autobus zatrzymywał się jeszcze zabierając młodzież. W autobusie zrobił się niezły tłok. Wszyscy się przeciskali. Wysiadłam na przedostatnim przystanku w mieście na ulicy stokrotki dokładnie 13 b tuż obok mojej szkoły — mojego liceum. Weszłam po długich schodach do budynku. W szkole przywitałam się ze swoją przyjaciółką — Oliwią. Nikt nie wiedział w szkole, że leczę się na depresję. Czasami po prostu nie chciało mi się wstawać do szkoły, a moja mama chodziła do mojego psychiatry i prosiła o zwolnienia z lekcji z powodu złego samopoczucia swojej córki. Czasem chodziłam ja do lekarza. Ale często było tak, że przyjmował on w godzinach, w których miałam zaplanowane pisać sprawdzian albo kartkówkę. Nie dało się tego i tego razem ze sobą pogodzić. Moja najlepsza przyjaciółka wiedziała tylko o mojej chorobie. Starałyśmy się to ukrywać i zbytnio nie chwalić się tym, że biorę prochy. Z resztą nie było się czym chwalić. Cierpiałam na depresję. Często było tak, że widziałam świat tylko w tych ciemnych kolorach i nic mnie nie cieszyło. Lekarz psychiatra co jakiś czas ustawiał mi inne leki. Miały łagodzić przykre objawy choroby, ale szczerze czułam się coraz gorzej. Nie wiem czy była to wina źle dobranych lekarstw czy tego, że moja choroba postępowała. Coraz więcej opuszczałam zajęć. W końcu o mojej chorobie dowiedziało się więcej osób. Starali się mi jakoś pomóc, ale myślałam wtedy, że doskonalę poradzę sobie sama i nikt mnie z tego nie wyleczy. Ufałam jedynie prochom. I tak byłam jedną z tych osób, które zgodziły się na leczenie. Wiele pacjentów, czytałam na pewnym forum w Internecie, że decyduje się na lekoterapię o wiele za późno. Czasem ciężko jest uratować osobę, która przez rok cierpiała na to samo co ja, a nie leczyła się niczym. Ja wierzyłam, że leki mi pomogą. I to mnie trochę ratowało przez katastrofą, jaką był szpital psychiatryczny. Chciałam przede wszystkim skończyć szkołę, marzyłam o studiach i o tym, by poznać sobie kogoś we właściwym dla siebie czasie. Ciągle żyłam w jednej wielkiej rutynie. Wstawałam o tej samej porze, wykonywałam te same rzeczy po sobie, jeździłam o tej samej porze do szkoły. Po prostu nic nie działo się spontanicznie. Nie traktowałam życia jak przygody tylko jak cholerną walkę by dożyć kolejny dzień i kolejny, i następny. Mama po pewnym czasie zapisała mnie także do psychologa. W sumie chodzę do niego już od ponad roku. Skorzystanie z takiej pomocy okazało się krokiem milowym. Mogłam skorygować swoje zachowanie i zobaczyć, które z moich myśli są odrealnione a które są te właściwe. Oprócz tego, że uczyłam się właściwie myśleć, to i wizyty u specjalisty dodawały mi energii ale też sensu życia. Nie mogłam doczekać się kolejnej i kolejnej wizyty. Kiedy nie widziałam już światełka w tunelu, psycholog pomógł mi wyjść z tego. Potrafił tak ze mną porozmawiać, że potrafiłam ucieszyć się z wspólnego wyjścia na lody z koleżanką, czy przyjaciółką, albo ze wspólnego spaceru po parku z kolegą, który mi się podobał. Cieszyłam się z galaretek, które mogłam przygotować razem z mamą w upalne dni z owocami i z bitą śmietaną i z wypadu na rowery z młodszą ode mnie sąsiadką, kiedy na dworze po zimie robiło się trochę cieplej na wiosnę. Cieszyłam się z piątki ze sprawdzianu albo z odwołanych lekcji. Prochy i psycholog pomału ustawiały mnie na nogi, jednak nie mogłam powiedzieć, że wszystko grało i nie było dni, w których nie załamywałam się i miałam na wszystko ochotę. Zostawałam wtedy w domu i leżałam godzinami w łóżku. Mama planowała na wakacjach zorganizować wyjazd nad morze. Bardzo się z tego cieszyłam i nie mogłam doczekać tej podróży. Zaczynała się po zimie wiosna. Dokładnie była połowa marca. Nie chciałam iść na studniówkę. Był to jeden z moich kaprysów. Po pierwsze nie miałam z kim po drugie nie miałam nastroju na zabawę. Miesiąc wcześniej umarła moja babcia, którą bardzo lubiłam i którą często odwiedzałam. Nie byłam w nastroju na taką zabawę, mimo, że mama bardzo namawiała mnie, bym uczestniczyła w tym balu, założyła piękną sukienkę i po prostu wybawiła się za wszystkie czasy. Mówiła też, że będę potem tego bardzo żałować, że nie zdecydowałam się pójść tam na tą zabawę. Miała rację, ale choroba robiła swoje. Nic więc na siłę. Chorowałam na depresję już drugi rok i pomału czułam, że z niej wychodzę, ale były to bardzo małe kroczki na milowej drodze do wyzdrowienia. Chciałam za wszelką cenę być taką jak moje rówieśniczki. One często imprezowały i kupowały ubrania w drogich sieciówkach, na co zwyczajnie nie było stać i mnie i moich rodziców. Ja kupowałam ubrania na targach albo w second handach. Poza tym zazdrościłam im tego, że są zdrowe. Psycholog wiele razy powtarzał mi, żebym nie porównywała się z innymi dziewczynami. Że powinnam dostrzec w sobie wartość, polubić siebie a nawet pokochać. Że każdy jest na swój sposób wartościowy, nawet ja.

Kupiłam przed szkołą, przed lekcjami colę. Byłam bardzo spragniona, i miałam ochotę akurat na ten napój. Wyciągając ją z lodówki, zaczepił mnie Krzysiek, chłopak, w którym się skrycie podkochiwałam. Dotknął mojego ramienia i wykrzyczał — Karola! Obracając się o 180 stopni poznałam po głosie, że to on.

— przestraszyłeś mnie — cześć! — krzyknęłam na cały sklep, tak, że ekspedientka kasując towary jakiejś staruszce odwróciła się i spojrzała na mnie badawczo

— pijesz colę? — zaczął oglądając, co trzymam w ręku i dodał — jest niezdrowa

— akurat chce mi się jej pić — odgryzłam za zaczepkę

— wybierz sok, albo ice tea — nie mają tyle cukru

— twierdzisz, że nie powinnam tego pić bo jestem gruba? — zaśmiałam się

— nie, ale cola to sama chemia plus cukier, mówię poważnie

— nie jestem uzależniona od coli, a od czasu do czasu mogę sobie na nią pozwolić i się jej napić

— no dobrze księżniczko, ja też kupię colę. Oboje będziemy ją pili

— jak chcesz — wzruszyłam ramionami

— kupujesz coś jeszcze? czy idziemy do kasy? — zadał pytanie Krzyś

— mam ochotę na drożdżówkę

— jasne, poczekam na ciebie przed sklepem

— super — dodałam — to czekaj — porozumieliśmy się jeśli można powiedzieć, że wzrokowo. Zaglądnęłam dalej na stoisko z pieczywem. Wybrałam pączka i ruszyłam w kierunku kasy, gdzie stała już pani ekspedientka i czekała na nowych klientów, aby móc skasować jedzenie. zapłaciłam dokładnie 6 zł. Trochę drogo, ale nie miałam innego wyjścia. Byłam głodna. Z domu wzięłam tylko jabłko. Zapomniałam zrobić sobie kanapki, ze resztą jak zawsze. Bardzo często wychodziłam z domu bez drugiego śniadania. Tak naprawdę przepadałam za słodkimi drożdżówkami albo pączkami i często nie mogłam się bez nich obejść.

— no jestem — zawołałam radośnie, kiedy Krzyś popijał małymi łykami colę — dobra ta cola? Z lodówki? Trochę jest zimno — dodałam po chwili jego milczenia

— da się wypić

— poza tym wcale nie zachęcałam cię do tego napoju

— ale ja chciałem wypić go razem z tobą

— jak tam angielski? Umiesz na dzisiejszą kartkówkę? — skręciłam

— są ważniejsze rzeczy niż kartkówka

— na przykład? — zadałam pytanie zainteresowana

— na przykład rozmowa z tobą — nagle się zarumieniłam

— nie żartuj sobie — dodałam bez chwili namysłu

— ja jestem poważny — wypił kolejny łyk coli

— a ja też — zawołałam uśmiechnięta — kiedy chłopak zaczął iść w kierunku szkoły nieco szybszym krokiem, a ja szłam zaraz za nim, z trudem próbując dotrzymać mu tempa

— a więc lubisz colę

— od czasu do czasu lubię się jej napić, a ty?

— powiedzmy, że ja też

W szkole jak zwykle siedziałam w jednej ławce z moją najlepszą przyjaciółką od serca (poznałyśmy się w liceum i od razu polubiłyśmy się). Oliwia wyjęła z torebki lusterko i poprawiła włosy, zawiązując długie kosmyki w jeden kok, kiedy nauczycielki nie było jeszcze w klasie. Była biologia. Na szczęście byłam przygotowana w razie gdyby pani Wioletta Kuchnia, bo tak nazywała się wybrała mnie do odpowiedzi. Poza tym lubiłam ten przedmiot. Pani nauczycielka tak prowadziła lekcje, że nie można było się nudzić. Oprócz biologii lubiłam też polski i wychowanie fizyczne. Pani Sołtys od polskiego była także i naszą wychowawczynią. W ogóle to nasza klasa była o profilu humanistyczno-dziennikarskim. W niedługiej przyszłości planowałam wybrać się na studia dziennikarskie, jeśli oczywiście pozwoli na to moja choroba — depresja i jeśli będę czuła się na siłach. Patrzyłam na lekcjach i na przerwach badawczo na Krzyśka, w którym się podkochiwałam. Siedział zwykle z tyłu ze swoim kolegą Patrykiem. Oglądałam się co jakiś czas ukradkiem, tak, by nikt się nie domyślił, że patrzę się właśnie na niego. Kiedy nasze spojrzenia się spotykały, on uśmiechał się do mnie. Na godzinie wychowawczej, która była nieco luźniejsza od pozostałych lekcji, i na której można było sobie pozwolić na ciche rozmowy, pisaliśmy do siebie liściki. Na tej godzinie siedział zaraz za mną. Nikt więc nie mógł ich przeczytać, gdyż podawaliśmy je sobie z ręki do ręki. Pisał, jak podoba mi się dzisiejszy strój pani Arletty Sołtys. Oboje mieliśmy z tego wszystkiego niezły ubaw. Bowiem pani Arletta była już nieco wiekowa i nosiła ubrania jakby można było powiedzieć — nieco starodawne i lekko obciachowe. Z Krzyśkiem wspaniale nam się pisało. Zarówno za pomocą liścików na kartce urwanej z zeszytu jak i smsów. Byłam przekonana, że i on odzwierciedla uczucia do mnie, i podobnie podkochuje się we mnie, tylko na razie nie chce tego powiedzieć na głos i że wszystko zmierza do tego, by powiedzieć sobie prawdę. By powiedzieć sobie w cztery oczy, że nawzajem czujemy coś do siebie. Zbliżała się szkolna dyskoteka. Planowałam, że na niej trochę się do niego zbliżę, że przetańczymy razem cały wieczór. Krzyśka nie było na imprezie podobnie jak mojej przyjaciółki Oliwii. Było to dla mnie trochę podejrzane, ale w głębi duszy myślałam sobie, że i moja przyjaciółka i chłopak, w którym jestem na zabój zakochana na pewno nie przyszli, bo coś ważnego, może nawet ważniejszego ich zatrzymało. Towarzystwa dotrzymał mi Patryk. I on nie wiedział, gdzie jest Krzysiek. Mówił mu, że na pewno będzie obecny na tej imprezie, podobnie jak Oliwia, która obiecywała mi, że tym razem mnie nie zawiedzie i razem wytańczymy się za wszystkie. Pisałam do niej wielokrotnie. Nie odpisywała, podobnie jak Krzysiek. Miałam złe przeczucia. Czy oni nie spiskują czegoś za moimi plecami? Czy nie spotkali się mówiąc wszystkim dookoła, szczególnie swoim rodzicom że wybierają się na dyskotekę? To zły znak, że akurat ich dwójki nie było na imprezie. Starałam myśleć pozytywnie. Może po prostu im cos wypadło i był to zbieg wydarzeń, że akurat ich oboje nie było na ważnej dla mnie dyskotece, na której miałam nieco zbliżyć się do Krzysia, wyznać mu miłość i oczekiwać, od drugiej strony tego, że i on powie mi szczerze co do mnie czuje? Wszystko z resztą wskazywało na to, że bardzo mnie lubi. Rozmawialiśmy często na przerwach, pisaliśmy do siebie i puszczaliśmy do siebie liściki i wymienialiśmy się spojrzeniami na lekcjach. Czy nie była to miłość? Do końca dyskoteki liczyłam na to, że Krzysiek i Oliwia wpadną. Niestety przeliczyłam się, mimo wysłanych do nich tony smsów. Nie pojawili się. Do oczu zaczęły napływać mi łzy, kiedy zostało 15 minut do końca potańcówki. Co oni sobie wyobrażają? — myślałam sobie. Czy wydarzyło się coś, ważniejszego od dzisiejszej imprezy? Jutro na pewno dowiem się dlaczego, mimo, że mówili, że będą — zwyczajnie nie przyszli. Wróciłam do domu na 21, wybawiona po wszystkie czasy z bólem wszystkich mięśni. Uwielbiałam tańczyć i nie zeszłam z parkietu aż naprawdę poczułam się bardzo zmęczona i potrzebowałam chwili, by odsapnąć. Postanowiłam się dobrze bawić nawet bez nich. W domu zafundowałam sobie gorącą kąpiel z olejkami eterycznymi i płynem do kąpieli, który w praktyce, w użyciu, strasznie się pienił i miał prześliczny zapach migdałów. Kupiony był na jednej z promocji. Zawinęłam się w biały puchowy szlafrok z uszami przyszytymi do kaptura a’la króliczek. Zasnęłam punkt 22:30, wcześniej susząc sobie włosy w łazience. Nie znosiłam zasypiać z mokrą czupryną. Zjadłam tabletki nie dojadając kolacji. Nie chciało mi się jeść. Szczególnie dlatego, że oboje mogę śmiało powiedzieć, że z przyjaciół bardzo mnie zranili. W nocy mimo zgaszonej lampki i całkowitej ciemności nie mogłam zasnąć. Miałam dziwne złe przeczucia. I to do Oliwii i Krzyśka. Co oni do jasnej cholery kombinują? Te i inne pytania zajmowały moją głowę. Aż zasnęłam. Obudziłam się następnego ranka, punkt 6:00. Miałam lekcje na 8:00. Autobus odjeżdżał punkt 7 z mojego przystanka. Miałam więc godzinę na to, by się wyzbierać, umyć twarz czy uczesać. Założyłam dzisiaj sukienkę, ciemne rajstopy i skórzaną kurtkę ramoneskę czarnego koloru a do tego baleriny. Miałam dzisiaj wyjątkowo dobry humor. Kiedy tylko zauważyłam Oliwię na korytarzu, stojącą pod naszą klasą, gdzie mieliśmy mieć pierwsze lekcje, zawołałam do niej radośnie. Odmachała mi. Od razu zauważyłam, że nie była kompletnie w nastroju. Pierwsze co, to zapytałam się jej, czy coś się stało i dlaczego nie zjawiła się na wczorajszej potańcówce. Oliwia tylko pokiwała głową i dodała, że wszystkiego dowie się w swoim czasie. Krzyś dzisiaj nie przyszedł do szkoły. Podejrzewałam, że mogli się wczoraj na czas dyskoteki gdzieś spotkać i powiedzieć swoim rodzicom, że byli w tym czasie pod opieką nauczycieli na dyskotece. Ale co chcieli ukryć? Czy ja czegoś nie wiem? O co w tym wszystkim chodzi? Przecież, gdyby nie daj Boże coś czuli do siebie od razu bym to zauważyła. To we mnie Krzysiek się kochał. To ze mną pisał smsy. To mi puszczał karteczki na lekcjach, kiedy oboje zasypialiśmy z nudy. Razem piliśmy colę przed szkołą. I wiem, a przy najmniej wydaję mi się, że Krzysiek nie ma nikogo innego na oku jak mnie. Nawet nie wiem jak bardzo się wtedy myliłam. Byłam głupia i naiwna. I wiem dzisiaj, by nie ufać do końca chłopakom. Ale wszystko w swoim czasie.

Rozdział 2

Miłe spotkania

Moja mama wstała wcześnie rano. Krzątała się po kuchni jak nigdy. Z tego co usłyszałam robiła to bardzo nerwowo. Donośny huk dobiegał do mojego pokoju na piętrze. Przebudziłam się. Spojrzałam na telefon. Dobijała się do mnie moja przyjaciółka Oliwia oraz Krzysiek. 4 nieodebrane powiadomienia do tego razem trzy smsy. Przetarłam oczy ze zdumienia oglądając jeszcze raz ekran telefonu. Tak — nie myliłam się. Jednak czego oni chcieli o 22 w nocy, kiedy ja grzałam już łóżko i śniłam o tym, by Krzysiek ze mną chodził. Zdążyłam tylko napisać do Oliwii, czy coś się stało, kiedy zachciało mi się do toalety. Na szczęście miałam ją zaraz obok wejścia do mojego pokoju. Po drodze przemyłam twarz nowym żelem z odrobiną węgla w składzie, wyszczotkowałam zęby i zwróciłam się w kierunku telefonu. Gdzie ja go położyłam? Ach, tak. Na śmierć zapomniałam. Kiedy leżałam i odpisywałam Oliwii na pewno zakopał się gdzieś pod poduszki albo kołdrę. No i jest. Oliwia nie odpisywała, nic dziwnego — była dopiero 6 w dodatku sobota. Można było sobie trochę pofolgować i spać do południa. W końcu chociaż w te dwa dni mamy wolne od szkoły i nie trzeba budzić się rano i zbierać. Dzisiejszego ranka obudziła mnie mama, ale byłam jej za to tylko wdzięczna. Planowałam spotkać się z moją przyjaciółką na siłowni na zajęciach z zumby o 10. Autobus miałam o 9 rano do miasta. Po drodze po treningu, miałyśmy nieco odsapnąć w ogrodach jurajskich i zjeść największy zestaw lodów w Malinowej Chmurce, jeśli pogoda oczywiście dopisze — a miało być dzisiaj 17 stopni i to do tego bez deszczu. W domu zjadłam obfite śniadanie — jajecznicę, którą przyrządziła moja mama i która zawsze wszystkim smakowała z cebulką i kiełbasą. Do tego chrupiące, gorące tosty i ketchup. Może mało osób dodaje ketchup do jajecznicy, ale według mnie to ketchup właśnie dodaje odpowiedniej pikanterii rozbełtanym i usmażonym na patelni jajkom. Miałam jeszcze godzinę na zebranie się i stawienie się punkt 9 na przystanku. Postanowiłam, że wezmę przed treningiem prysznic i na spokojnie się spakuje do średniej wielkości torby, wkładając do niej specjalny strój na siłownię (ze śliskiego i bardzo elastycznego materiału), wygodne buty do ćwiczeń, mały ręcznik do wytarcia się, nie zapominając o portfelu i komórce. Wodę miałam kupić sobie na miejscu. Poranek zapowiadał się wspaniale. Wschodziło słońce i zapowiadał się upalny dzień. Dopijałam właśnie orzechowe cappuccino, kiedy Oliwia odpisała na moją zwrotną wiadomość. Uff.. odetchnęłam z ulgą. Ma dla mnie czas. Planowane zajęcia zaczynały się dokładnie za 2 godziny. Oliwia mówiła, że pani od angielskiego przełożyła korki akurat na sobotę, czyli na dzisiaj, ale o 15. Spokojnie więc miałyśmy czas dla siebie. Jeśli chodzi o Krzyśka, napisał mi, że chce się ze mną spotkać, żeby pogadać. Zaproponowałam mu spotkanie dzisiaj o 16 w parku, obok mojej podstawówki, gdzie był kosz do grania w piłkę i duży asfaltowy plac. Kosz do koszykówki stał po jednej stronie i po drugiej dużego placu. Krzysiek miał zabrać z domu piłkę do kosza i razem umówiliśmy się na wspólne granie. Czy nie może być nic wspanialszego od grania w piłkę w chłopakiem, który zabójczo ci się podoba? Choćby padało albo pogoda nie dopisywała ja i tak nie odwołałabym spotkania. Tak bardzo zależało mi na tym, by chwilę z nim pobyć, możliwe, że zbliżyć się do niego, pogawędzić, popatrzeć w jego brązowe oczy i zwyczajnie z nim chwile pobyć. 16 to była idealna pora, by się spotkać. Wezmę po ćwiczeniach na siłowni w domu prysznic, a park, w którym mamy się spotkać znajduje się w połowie mojej drogi, którą przymierzam do miasta autobusem. Krzysiek mieszka na przedmieściach, a ja na całkowitej wsi. Mamy do siebie 7 minut drogi samochodem. Gdybyśmy byli parą odwiedzalibyśmy się tak często jak to możliwe. W końcu mieszkamy prawie obok siebie. Na siłowni było wspaniale. Oliwia mówi, że przychodzi na zumbę tak często, jak tylko może, ale najczęściej właśnie w weekendy, albo rzadziej w tygodniu po lekcjach. Jak mówi, daje jej to dużo szczęścia i radości. W końcu to ona namówiła mnie, żebym przyszła po wielokrotnym proszeniu. Wykręcałam się tym, że nie mam do tego sportowych ubrań. Kiedy w końcu na wspólnych zakupach kupiłam spodnie, bluzkę i buty sportowe — nie mogłam jej w końcu odmówić. Wypadło na sobotę — czyli dzień, w którym mamy wolne. Na tygodniu zajęcia z zumby zaczynały się o 19, wtedy, kiedy jechał mój ostatni autobus do naszej wsi. Wiem, że jeśli wywodzisz się z małej miejscowości, masz mniejsze szanse, żeby się rozwinąć. Ale jestem też tego zdania, że jeśli ma się do czegoś prawdziwy talent — można wszystko. Na przykład dojeżdżać, ucząc się w drodze do domu autobusem, albo zamieszkać w wielkim mieście, podjąć pracę i zarabiać na swoje utrzymanie dodatkowo rozwijając w sobie jakieś ukryte dawno pasje. Wracając do siłowni pani instruktorka była bardzo wymagająca. Na parkiecie polały się i łzy z wysiłku. Trenerka Patrycja cisnęła wszystkich tak mocno, że z każdej z nas lał się pot hektolitrami. Wymach, podskok, ręce w bok z teraz do góry — wysportowana Patrycja dawała nam niezły wycisk. Sama momentami dostawała zadyszki, ale była tak wyćwiczona i miała tak wyrzeźbione ciało, że takie zajęcia prowadziła niemalże bez większego wysiłku. Zazdrościłam jej tego. Po zumbie do latynoskich melodii postanowiłam wykupić cały miesięczny karnet. Tak mi się spodobało, że chciałam jeszcze kiedyś wrócić i ćwiczyć. Mimo łez, zmęczenia i potu. Było wspaniale. Mój organizm w tej chwili wydzielał porządna dawkę endorfin i dopaminy. Uśmiech zadowolenia ale też i grymas zmęczenia nie znikał z mojej twarzy. Spojrzałam w szatni na Oliwię, która dopijała właśnie izotonik.

— no i jak było? podobało ci się? — wycedziła mimo tego, że wszystkie przebierające się dziewczyny odwróciły się w jej stronę. W szatni panowała kompletna cisza. Gdzieś z oddali słychać było jedynie szybki rytm muzyki.

— cudownie. Nigdy się tak nie spociłam jak dzisiaj. To był niezły wycisk

— haha, jak będziesz przychodzić częściej, z czasem przyzwyczaisz się do takiego tempa

— no dzięki — ubierałam spodnie i sznurowałam białe adidasy

— to co, namówiłam cię? Będziesz przychodzić co sobotę? — uśmiechała się Oliwia

— tak, jeśli oczywiście dam radę

— jakie masz plany na dzisiaj?

— spotykam się z Krzyśkiem, będziemy grali w kosza

— ahh tak, w kosza?

— co w tym złego

— nie nic

— to czemu zrobiłaś taką minę?

— ale o co chodzi?

— zapomniałam zapytać. Czemu nie przyszłaś na dyskotekę? Krzysiek..

— wiem

— spotkałaś się z nim?

— nie, co ty

— ok. nie wiedziałam co się stało, wysłałam do was tonę smsów

— wiem, przepraszam. Ale zrekompensowałam to dzisiejsza zumbą, zgodzisz się ze mną?

— powiedzmy, że tak. Chciałam tylko wiedzieć

— nie mam przed tobą nic do ukrycia

— na pewno?

— tak

— no dobra. Po prostu żałuj, że nie byłaś na tej potańcówce. Wybawiłam się za wszystkie czasy

— w takim razie już żałują. Przecież wiesz, jak lubię tańczyć

— to co cię zatrzymało?

— nie mogę ci powiedzieć, przepraszam

— ok. nic nie szkodzi. Poza tym jestem twoją przyjaciółką i mam prawo się o ciebie martwić

— rozumiem

— chodź, zapraszam cię do baru. Ja stawiam

— nie mam ochoty na alkohol

— a kto tu mówił, że będziemy się upijać? Zamówimy sobie lody w Malinowej Chmurce tak jak planowałyśmy

— to naprawdę wspaniały pomysł

— no, pogoda dopisuje, świeci słońce

Skręciłyśmy z jednej ulicy do drugiej, przeszłyśmy przez most i trafiłyśmy do naszej ulubionej lodziarni, gdzie serowano najpyszniejsze lody w mieście. Dalej usadowiłyśmy się na placu w ogrodach jurajskich. Między tujami, krzewami, drewnianymi ławeczkami i kwiatami znajdowała się duża fontanna, która robiła oszałamiające wrażenie. Zasiadłyśmy na ławce i bliżej bramki wejściowej, w cieniu. Słońce grzało i raziło nas w oczy, gdybyśmy nie usadowiły się pod drzewkiem. Ja wybrałam lód z polewą ze słonego karmelu, zaś Oliwia o śmietankowo-truskawkowym smaku, który uwielbiała. Moja przyjaciółka kochała jeść wszystko co było truskawkowe. Przede wszystkim uwielbiała rzuć gumy truskawkowe czy jeść jogurty jogobella o takim smaku. Ja lubiłam bakalie, ale też karmel i czekoladę. Zawsze, kiedy stałam przed przeźroczystą ladą z lodami na gałkę miałam dylemat, jaki smak wybrać. Stawiałam wtedy na trzy samki naraz czyli trzy gałki. Wracając ze spotkania stałam na przystanku i czekałam aż przyjedzie mój autobus. O 16 miałam zaplanowane jeszcze jedno spotkanie. Tym razem randka z Krzyśkiem, w którym się podkochuje. Nie mogłam się do prawda doczekać, mimo, że czułam lekkie podenerwowanie i przeogromny stres. W co ubrać się na to ważne dla mnie spotkanie? Wziąć spodenki, a może dżinsy? Czy w takim ubraniu nie będzie mi za gorąco ani za zimno? Przyszłam do domu bardzo zmęczona. Jak się położyłam na swoim łóżku w pokoju tak nie mogłam z niego wstać. Minął kwadrans, zanim postanowiłam, ze wezmę prysznic i umyję włosy, a później je wysuszę, nanosząc wcześniej odżywkę bez spłukiwania i wsmarowując ją szczególnie w końcówki. Po tym zabiegu, postanowiłam, że zrobię sobie lekki makijaż. Usiadłam przed toaletką. Użyłam jedynie lekkiego korektora do swojej bladej cery, tuszu do rzęs i czerwonej szminki. Na co dzień właśnie się tak malowałam. Nie używałam ciężkiego podkładu, ani pudru transparentnego. Czasem zamiast szminki używałam rożu do policzków — od tyle. Lubiłam za to mieć pomalowane paznokcie na najmodniejsze kolory tego sezonu. Zaplatałam najczęściej włosy w dwa warkocze i zmykałam na przystanek do szkoły. Tym razem była to nie szkoła, ale randka. Przy najmniej z mojego punktu widzenia tak to wyglądało i tak się miały sprawy. Spotkaliśmy się punkt 16. Ubrałam się w ładny dżinsowy kombinezon z krótkimi rękawkami i długimi nogawkami. Pomyślałam, że będzie to ładny zestaw na to spotkanie. Do tego założyłam białe trampki i czarną czapkę z daszkiem z jakimś kolorowym, neonowym napisem z przodu. Karol był już na boisku i odbijał nerwowo piłkę, kiedy zauważył mnie, krzyknął z daleka w moim kierunku

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 36.6