Wstęp autora
Drogi Czytelniku,
Ta historia zaczęła się od jednego obrazu — człowieka biegnącego przez dżunglę, gdy niebo gaśnie, a krew ścieka po liściach. Ale rozrosła się w coś znacznie większego: w opowieść o przetrwaniu, miłości, stracie i cieniach, które nie znikają nawet po świcie.
Wplecione w tekst przysłowia i modlitwy dżungli to głosy ludzi, którzy żyli w tym świecie. One pomagały im przetrwać, gdy wszystko wokół krzyczało „poddaj się”.
Jeśli kiedykolwiek czułeś, że Twój własny świat ciemnieje — ta książka jest dla Ciebie.
Miłej lektury.
Rozdział 1: Cienie dzieciństwa
Dżungla zawsze była domem Veyra, ale nawet w dzieciństwie wiedział, że dom może gryźć. Miał sześć lat, gdy ojciec zabrał go na pierwsze polowanie — nie na tapira czy małpę, ale na lekcję cierpliwości.
Powietrze było gęste od wilgoci, liście kleiły się do skóry, ziemia pod stopami miękka, pełna korzeni jak pułapek.
Elder Thorne szedł przodem, kroki bezgłośne, włócznia oparta o ramię. „Słuchaj dżungli” — szeptał. — „Ona mówi, kto żyje, a kto umiera.”
Veyr pamiętał ten dzień. Usłyszeli szelest — mały wąż, niegroźny, ale szybki. Ojciec pozwolił mu rzucić. Rzut był kiepski, grot minął cel o włos. Wąż uciekł, a Veyr poczuł pieczenie wstydu. „Następnym razem” — powiedział Elder Thorne, kładąc dłoń na ramieniu syna. — „Dżungla nie lubi pośpiechu. Uczy cierpliwości, bo bez niej zginiesz.”
To była pierwsza lekcja. Potem przyszły inne — rozpoznawanie odcisków w błocie, unikanie bagien, które wciągały jak żywa paszcza. Ale najbardziej zapamiętał opowieści przy ognisku. Ojciec mówił o Shadowspire — mieście piramid, gdzie kapłani karmili bogów cieniem ludzi. „Trzymaj się z dala. Tam kończy się dżungla, a zaczyna szaleństwo.”
Veyr nie rozumiał wtedy cienia w oczach ojca. Dopiero później dowiedział się, że Elder Thorne uciekł z miasta jako chłopak — po tym, jak cień pochłonął jego brata na ołtarzu. „Bogowie są głodni” — szeptał ojciec. — „Ale głodniejsi są ci, którzy nimi rządzą.”
Wtedy Veyr poznał Lirę — dziewczynkę z sąsiedniej wioski, włosy czarne jak noc, oczy lśniące jak gwiazdy w kałuży. Spotykali się nad rzeką. Zbierali owoce, śmiali się z ryb skaczących po powierzchni. „Będziemy razem polować” — mówiła Lira. — „Na największe bestie.”
Veyr nie wiedział wtedy, że największe bestie mają ludzkie twarze.
Lata mijały. Veyr wyrósł na mężczyznę — silnego, z bliznami od polowań, sercem pełnym marzeń. Ożenił się z Lirą, urodził się Taren. Życie w wiosce było proste: polowania, pieśni, noce przy ogniu. Ale cień Shadowspire zawsze czaił się na horyzoncie — w plotkach kupców, szeptach wiatru.
Veyr nie wiedział, że cień wkrótce nadejdzie.
Rozdział 2: Szepczące ostrzeżenia
Dzień przed atakiem dżungla była niespokojna. Ptaki milkły wcześniej niż zwykle, wiatr niósł zapach dymu z daleka, powietrze cięższe, jakby niosło tajemnice.
Veyr siedział z Lirą przy ognisku. Taren bawił się patykiem w błocie, rysując kształty zwierząt. Lira położyła dłoń na brzuchu — dziecko kopnęło.
„Coś się zmienia” — powiedziała cicho. — „Stara Mira mówiła, że z Shadowspire idą wojownicy. Szukają ofiar dla ołtarzy. Mówią, że bogowie są głodni bardziej niż kiedykolwiek.”
Veyr zmarszczył brwi. Plotki o mieście zawsze krążyły, ale tym razem brzmiały inaczej — ostrzej, bliżej. „To tylko szepty” — odparł, choć w środku czuł ukłucie niepokoju. — „Jesteśmy daleko. Dżungla nas chroni.”
Ale Lira potrząsnęła głową. „Najlepsza włócznia to ta, której nie trzeba rzucać. Czasem lepiej uciekać niż walczyć.”
Tej nocy rozmawiali długo. Lira opowiadała o swoich lękach — o dziecku, które miało się urodzić, o tym, czy wioska jest bezpieczna. Veyr trzymał ją w ramionach, czując ciepło jej ciała, zapach włosów — mieszankę kwiatów i ziemi.
„Obiecuję, że was ochronię” — szepnął. — „Nawet jeśli dżungla zawiedzie, ja nie zawiodę.”
Taren spał obok, pierś unosiła się równo. Veyr patrzył na syna i myślał o własnym ojcu — o lekcjach, które teraz przekazywał dalej. „Słuchaj dżungli” — powtarzał Tarenowi.
Ale tej nocy dżungla milczała.
Lira szepnęła wtedy modlitwę matki:
„Cienie, nie dotykajcie moich dzieci.
Niech ich oddech będzie cichszy niż wasz szept. Niech ich sen będzie głębszy niż wasza ciemność. A jeśli musicie zabrać kogoś — weźcie mnie. Niech one zobaczą świt.”
Veyr objął ją mocniej. Wiedział, że obietnice są kruche — ale w tej chwili były wszystkim, co miał.
Rozdział 3: Noc płomieni
Krzyk rozdarł świt jak ostrze. Veyr wyskoczył z szałasu, chwytając włócznię. Wioska już płonęła — dachy z liści stanęły w ogniu, dym gryzł w oczy, powietrze wypełniło się wrzaskami i zapachem palonej trawy.
Wojownicy Vrotha runęli między chaty jak fala śmierci. Czarno-szkarłatne barwy, pióra kruka falujące w biegu, ostrza z czarnego kamienia lśniące w pierwszych promieniach. Na czele Vroth — gigant z bliznami jak mapa bitew, oczy płonące furią. Obok Shad — kat o uśmiechu, który mroził krew. Shad obcinał palce żywym i patrzył, jak krew kapie — powoli, kropla po kropli.
Elder Thorne wyszedł naprzeciw. „Odejdźcie!” — ryknął. Ale Shad był szybszy. Poderżnął gardło ojcu Veyra jednym płynnym ruchem — delektując się każdym centymetrem cięcia. Krew trysnęła, ciepła i lepka, plamiąc ubitą ziemię.