PROLOG
Cisza po burzy
Dwa tygodnie.
Tyle minęło od burzy, która zmieniła wszystko. Dwa tygodnie, odkąd Tymon i Teoś znaleźli na strychu tajemnicze urządzenie. Dwa tygodnie, odkąd przez kilka oszałamiających minut przestali istnieć w swoim czasie — i pojawili się gdzieś indziej. Kiedyś indziej.
Nikt o tym nie wiedział. Rodzice niczego nie zauważyli. Dla nich minęło może kilka sekund. Dla chłopców — to była wieczność.
Od tamtej chwili Tymon nie mógł spać spokojnie.
1. Sny Tymona
Budzik na szafce nocnej świecił bladozielonymi cyframi: 3:47.
Tymon przewrócił się na drugi bok, zaplątując się w kołdrę. Pokój tonął w ciemności, przerywanej jedynie nikłym blaskiem latarni ulicznej sączącym się przez szparę w zasłonach. Za oknem panowała kompletna cisza — ten rodzaj ciszy, w której słychać własny oddech, bicie serca i szum krwi w uszach. Brwinów spał. Nawet pociągi przestały już jeździć o tej porze, a ostatni samochód przemknął ulicą dobrą godzinę temu.
Chłopiec zamknął oczy, próbując znowu zasnąć, ale sen nie chciał wrócić. Za to powróciły obrazy.
Betonowe podwórko. Trzepaki w kształcie cyfry osiem, jednocześnie znajome i obce. Szare bloki mieszkalne, ale pomalowane na inne kolory — bardziej stonowane, przygaszone. Samochody o dziwnych, kanciastych kształtach, jakby wyjęte z filmów, które tata czasem oglądał, mówiąc: „To z moich czasów”. I dzieci — wołające do siebie, śmiejące się, biegnące między kałużami — mówiące po polsku, ale jakoś inaczej. Używały słów, których Tymon nie znał. Brzmienie zdań też było inne. Jakby zmienił się nie tylko język.
A może tylko czas?
Tymon westchnął ciężko i usiadł na łóżku, pocierając twarz obiema dłońmi. To był już czwarty dzień z rzędu, kiedy budził się w środku nocy z tym samym, urwanym snem. A właściwie — czy to był sen? Wspomnienie? A może coś pomiędzy?
Tamtego burzliwego popołudnia, dwa tygodnie temu, wydarzyło się coś, czego nie potrafił do końca zrozumieć ani nazwać. On i Teoś znaleźli na strychu dziwne pudełko — urządzenie z pokrętłami, cyframi i symbolami, które wyglądało jak coś wyrwane z fantastycznego filmu science-fiction. Gdy burza szalała na zewnątrz, gdy pioruny rozdzierały niebo, a dom drżał od grzmotów, przypadkowo je uruchomili.
I wtedy… coś się stało.
Światło. Zawroty głowy. Uczucie, jakby podłoga usunęła się spod nóg. A potem — byli gdzie indziej. Albo kiedy indziej. Widzieli tamto podwórko, tamte dzieci, tamte samochody. Słyszeli muzykę dobiegającą z otwartych okien — nieznane melodie grane z kaset magnetofonowych, trzeszczące i lekko zniekształcone. Czuli zapach — coś pomiędzy spalinami a świeżo skoszoną trawą, tylko intensywniejszy, jakby bardziej prawdziwy niż zazwyczaj.
A potem wszystko rozmyło się jak akwarela zalana wodą. I znów byli na strychu, otoczeni kurzem, starymi pudłami i zapachem przeszłości.
Rodzice nic nie zauważyli. Gdy zeszli ze strychu, mama szykowała kolację, a tata siedział w swoim biurze, zajęty grą. Nikt nie zapytał, gdzie byli, co robili. Dla nich chłopcy byli cały czas w domu. Czas jakby się… zatrzymał. Albo rozdzielił. Tymon nie potrafił tego nazwać.
Wiedział tylko jedno: to wydarzyło się naprawdę.
W korytarzu coś mruknęło. Lucky, wierny przyjaciel chłopców, który zawsze był blisko, pilnował domu, rozłożony na łapkach w swoim koszyczku przy drzwiach do łazienki. Czasami podczas snu pogwizdywał i drgały mu łapy — pewnie śnił o gonitwach za wiewiórkami w ogrodzie, które regularnie odwiedzały stary orzech przy bramie.
Tymon spojrzał przez okno. Brwinów spoczywał w pomarańczowym świetle latarni ulicznych. Ich dom stał przy spokojnej uliczce, niedaleko szkoły i sadu dziadków. Wszystko wyglądało tak samo jak zawsze — cicha, spokojna noc w małym miasteczku pod Warszawą.
Ale od tamtego dnia nic już nie było takie samo.
Co to było? — myślał Tymon po raz setny. — I dlaczego nie mogę przestać o tym myśleć?
Nie miał odpowiedzi. Miał tylko te powracające obrazy, uczucie, że dotknął czegoś niesamowitego i niebezpiecznego jednocześnie. I nieodparte wrażenie, że to dopiero początek.
Przewrócił się na drugi bok, próbując jeszcze raz zasnąć. Ale sen nie przychodził. Zamiast niego — tylko cisza, ciemność i pytania bez odpowiedzi.
2. Szkic Teosia
Ranek przyszedł zbyt szybko. Tymon zszedł na dół, ziewając szeroko i przecierając zaczerwienione od niedospania oczy. Każdy schodek skrzypiał znajomo pod jego stopami — stare dębowe drewno, które rodzice sprowadzili specjalnie z Norwegii podczas budowy domu.
Na ścianach korytarza wisiały rodzinne fotografie — wakacje w Grecji, Tunezji, na Maderze, pierwsze dni w szkole i przedszkolu. Uśmiechnięte twarze z przeszłości, zatrzymane w kadrach.
W kuchni unosił się przyjemny zapach świeżo zaparzonej kawy. Mama stała przy blacie, nalewając sobie kubek z ekspresu, jednocześnie przeglądając coś na tablecie. Miała na sobie luźną, domową bluzę i włosy spięte w niechlujny kok — pewny znak spokojnego, weekendowego poranka.
— Dzień dobry, skarbie — uśmiechnęła się, nie odrywając wzroku od ekranu. — Dobrze spałeś?
Tymon zawahał się przez ułamek sekundy.
— Yyyhhy… tak — skłamał, siadając przy stole.
Mama zerknęła na niego kątem oka, jakby wyczuła niepewność w jego głosie, ale nic nie powiedziała. Wróciła do czytania — pewnie czegoś związanego z pracą. Ostatnio często jeździła do Warszawy, do biura, i przywoziła ze sobą stosy dokumentów i prezentacji.
Przy stole, po drugiej stronie, siedział Teoś. Przed sobą miał rozłożone kolorowe kartki papieru, puszki z kredkami i flamastrami oraz kilka ołówków. Jego jasne, blond włosy opadały na czoło, a niebieskie oczy były głęboko skupione na tym, co rysował. Język lekko wystawał mu z kącika ust — nieodłączny znak, że młodszy brat jest w pełni skoncentrowany na zadaniu.
Tymon sięgnął po szklankę i nalał sobie soku pomarańczowego z dzbanka stojącego na stole. Pił małymi łykami, obserwując Teosia kątem oka. Coś w sposobie, w jaki młodszy brat kreślił linie na papierze — tak metodycznie, tak precyzyjnie — wzbudziło jego ciekawość.
Odstawił szklankę i wstał, podchodząc bliżej.
I zamarł.
Na kartce, narysowane dziecięcą, ale zaskakująco dokładną ręką, było urządzenie. To samo, które znaleźli na strychu. Teoś odwzorował je niemal idealnie — okrągłe pokrętła z wygrawerowanymi cyframi, pionowe paski z symbolami przypominającymi starożytne znaki, trzy przyciski na dole, metalowa obudowa z rysami i śladami zużycia. Nawet proporcje się zgadzały.
— Teoś… — zaczął Tymon cicho, czując, jak serce zaczyna bić szybciej. — Co ty robisz?
Młodszy brat podniósł na niego jasne, błękitne oczy. Uśmiechnął się niewinnie, jakby to było najbardziej oczywiste zajęcie na świecie.
— Rysuję to pudełko ze strychu — powiedział po prostu, wskazując na kartkę. — Żebyśmy nie zapomnieli.
Tymon rozejrzał się nerwowo. Mama wciąż była zajęta tabletem, popijając kawę i przewijając treści na ekranie. Nie zwracała na nich uwagi.
— Ale… — szepnął Tymon, siadając obok brata i pochylając się bliżej. — Nie powinniśmy…
— Wiem — przerwał mu Teoś, również ściszając głos. — Ale musimy zapamiętać. Bo… myślę, że to nie był sen, Tymon.
Te słowa zawisły w powietrzu niemal namacalnie.
— To się naprawdę stało — dodał z całą dziecięcą pewnością, której trudno było zaprzeczyć.
Tymon przełknął ślinę. Spojrzał ponownie na rysunek. Teoś właśnie dorysowywał małe strzałki przy pokrętłach, wskazujące kierunek, w którym należy je obracać. Obok cyferek dopisał: „ROK?”, „MIEJSCE?”, „???”.
— Skąd tak dobrze to pamiętasz? — zapytał zdumiony Tymon. — To było dwa tygodnie temu. W ciemności. Przez kilka minut.
Teoś wzruszył ramionami.
— Nie wiem. Po prostu… widzę to, kiedy zamknę oczy. Jakby to urządzenie zostawiło ślad w mojej głowie. Ty też tak masz?
Tymon kiwnął głową powoli.
— Też widzę… rzeczy. Obrazy. Tamto podwórko. Te dzieci. — Zawahał się. — I… słyszę dźwięki. Muzykę z tamtego miejsca.
— To nie było „miejsce” — poprawił go Teoś, odkładając kredkę i patrząc bratu prosto w oczy. — To był czas. Prawda?
Zapadła cisza.
Tymon nie wiedział, co odpowiedzieć. Bo w głębi serca wiedział, że Teoś ma rację. To nie było zwykłe przeniesienie w przestrzeni. To było coś więcej. Coś dziwniejszego.
— Myślisz, że moglibyśmy tam wrócić? — wyszeptał Teoś, znowu pochylając się nad rysunkiem. — Na strych. I… znowu to uruchomić?
Tymon poczuł dreszcz przebiegający mu po plecach. Fascynacja walczyła w nim ze strachem — tą samą bitwą, którą toczył w sobie przez ostatnie dwa tygodnie każdej nocy, leżąc w łóżku i wpatrując się w ciemność.
— Nie wiem — odpowiedział szczerze. — Ale… też o tym myślę. Cały czas.
— To może spróbujmy? — zasugerował Teoś z prostym, dziecięcym entuzjazmem, który potrafił rozbroić każdy argument.
Zanim Tymon zdążył odpowiedzieć, mama podniosła głowę znad tabletu i spojrzała na nich.
— Chłopcy, wszystko w porządku? — zapytała lekko zmrużonymi oczami, jakby coś w ich zachowaniu wzbudziło jej czujność.
— Tak, mamo! — odpowiedzieli jednocześnie, o wiele za szybko i za głośno.
Przez chwilę przyglądała im się w milczeniu. Potem uśmiechnęła się pobłażliwie.
— No dobrze. Tylko się nie pobijcie przed śniadaniem. Za chwilę robię naleśniki. Tymon, jakie chcesz — z dżemem czy z serem?
— Z dżemem — odpowiedział automatycznie, starając się brzmieć normalnie.
Mama kiwnęła głową i ruszyła w stronę lodówki.
Teoś szybko, jednym sprawnym ruchem, złożył rysunek na pół, a potem jeszcze raz i schował go do kieszeni swoich dresowych spodni. Spojrzał na Tymona i szepnął ledwo słyszalnie:
— Musimy pogadać z tatą. On na pewno wie, co to było.
Tymon pokręcił głową.
— A jeśli nie wie? Jeśli to był… tylko przypadek?
— To tym bardziej musimy mu powiedzieć — odpowiedział Teoś z niewzruszoną, dziecięcą logiką. — Bo jeśli to był przypadek, to może się powtórzyć. A wtedy powinien wiedzieć, żeby nas ochronić.
Tymon zastanowił się przez chwilę. Z jednej strony — strach przed reakcją rodziców, przed nieznanym, przed tym, co mogłoby się stać. Z drugiej — świadomość, że młodszy brat ma rację. Jeśli coś się wydarzyło, jeśli to nie był sen, to rodzice powinni wiedzieć.
I jeszcze coś — coś trudnego do przyznania nawet przed samym sobą.
Ciekawość.
Nieodparty, palący pociąg do tajemnicy. Pragnienie, żeby wrócić tam, zobaczyć więcej, zrozumieć, co się stało.
— Dobrze — szepnął w końcu Tymon. — Ale nie dziś. Poczekajmy na odpowiedni moment.
Teoś kiwnął głową, zadowolony.
— Umowa stoi.
Mama wróciła do blatu z jajkami i mąką, zaczynając przygotowywać ciasto na naleśniki. Kuchnia wypełniła się domowymi dźwiękami — brzękiem naczyń, szumem miksera, ciepłym głosem mamy, która pod nosem nuciła jakąś starą piosenkę.
Wszystko wyglądało normalnie.
Ale w kieszeni Teosia, złożony na czworo, leżał rysunek, który mógł wszystko zmienić.
3. Strych powrót
Po południe nadeszło powoli, leniwie, jak to bywa w spokojne weekendowe dni. Słońce wędrowało po niebie, rzucając smugi światła przez okna domu.
Mama zajęła się ogródkiem — klęczała na macie, w szerokim słomkowym kapeluszu, pielęgnując swoje ukochane pomidory, papryki i zioła. Przez otwarte okno słychać było jej cichy śpiew i brzęk narzędzi ogrodniczych.
Tata zamknął się w swoim biurze — „Jaskini Gamera” — i najpewniej pracował, choć chłopcy dobrze wiedzieli, że równie dobrze mógł grać w Diablo IV albo przeglądać kolekcję starych komiksów.
Tymon i Teoś zostali sami.
Bez słowa, jakby w milczącym porozumieniu, znaleźli się u stóp schodów prowadzących na strych.
Nie planowali tam iść. Nie rozmawiali o tym. Po prostu… ich nogi poniosły ich w tamtą stronę. Jakby dom sam ich tam prowadził. Albo jakby coś na strychu wołało.
Stali teraz w korytarzu, patrząc w górę na kręte, dębowe schody oświetlone jedynie bladym światłem sączącym się z okna na półpiętrze. Stopnie ginęły w półmroku, prowadząc do zamkniętych drzwi na samej górze.
Te same schody, po których wspinali się dwa tygodnie temu, pełni ekscytacji i dziecięcej ciekawości. Teraz wydawały się inne. Dłuższe. Ciemniejsze. Jakby prowadziły nie tylko na strych, ale do czegoś więcej.
Tymon przełknął ślinę. Serce biło mu szybciej.
— Słyszysz? — wyszeptał Teoś, nie odrywając wzroku od schodów.
Tymon wytężył słuch. Cisza. Domowa, zwyczajna cisza. Gdzieś daleko szczekał pies — pewnie u sąsiadów. Za oknem śpiewał ptak. Z kuchni dobiegało ciche buczenie lodówki.
A jednak…
Nie, to nie była zwykła cisza.
To była cisza gęsta. Jakby powietrze na górze było cięższe, nasycone czymś niewypowiedzianym. Jakby za drzwiami na strychu czas płynął inaczej. Wolniej. Albo wcale.
— Czujesz to? — zapytał Teoś, nadal szeptem.
Tymon kiwnął głową. Czuł. Coś w powietrzu. Wibrację, napięcie, obecność — trudno było to nazwać, ale było.
— To tylko strych — powiedział w końcu, próbując brzmieć pewnie. — Stare pudła. Meble dziadków. Nic więcej.
Jego głos zabrzmiał jednak fałszywie nawet dla niego samego.
— Więc czemu się boisz? — zapytał Teoś, odwracając głowę i patrząc na brata.
W jego jasnych, błękitnych oczach nie było oskarżenia. Tylko szczera, dziecięca ciekawość. I coś jeszcze — zaufanie. Wiara, że starszy brat ma odpowiedzi.
Tymon westchnął.
— Bo poprzednim razem… mieliśmy szczęście — przyznał w końcu. — Wróciliśmy. Ale co by było, gdybyśmy nie wrócili?
Teoś zamyślił się, marszcząc nos — gest, który zawsze robił, gdy intensywnie o czymś myślał.
— Myślisz, że to niebezpieczne?
— Nie wiem — odpowiedział szczerze Tymon. — I właściwie to jest najgorsze. Nie wiedzieć.
Stali tak jeszcze przez długą chwilę, patrząc w górę, w stronę zamkniętych drzwi. Czasami dom wydawał z siebie ciche dźwięki — skrzypienie drewna, westchnienie starych desek, szelest wiatru w kominku. Normalne odgłosy starego domu. A jednak teraz brzmiały inaczej. Bardziej… znacząco.
Z „Jaskini Gamera” dobiegały stłumione dźwięki. Klikanie myszki. Muzyka — ciężkie, epickie melodie z gry. Odgłosy walki, eksplozje, głos taty mówiącego coś pod nosem:
— No dalej, dalej… Aha! Mam cię!
Walczył z demonami. Albo pracował — trudno było powiedzieć — ale to oznacza że na pewno przez jakaś chwilę będzie u siebie.
— Tymek — odezwał się nagle Teoś, ciągnąc brata za rękaw bluzy. — Pamiętasz, co tata zawsze mówi o przygodach?
Tymon westchnął.
— Że trzeba mieć odwagę, aby je przeżyć. I rozsądek by nie wpaść w tarapaty.
— Właśnie — uśmiechnął się Teoś. — Ale też mówił, że odwaga to nie brak strachu. To robienie czegoś, mimo że się boisz z zabezpieczeniem się tak by względnie stało się jak najmniej niespodziewanych rzeczy.
Czasami młodszy brat potrafił być zaskakująco mądry. Tymon spojrzał na niego z nowym szacunkiem. Normalnie mały geniusz, uśmiechnął się do siebie Tymon.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Że nie możemy tam iść sami — powiedział stanowczo Teoś, wskazując głową w stronę schodów. — Ale możemy pójść razem. Z Tatą. Wtedy będzie bezpieczniej.
Tymon zamyślił się. To brzmiało rozsądnie. Tata był dorosły. Potrafił naprawiać komputery, rozwikłać skomplikowane problemy, budować i organizować. Jeśli ktoś mógł zrozumieć, co się stało na strychu, to właśnie on.
A poza tym… jeśli urządzenie było naprawdę niebezpieczne, rodzice musieli się o nim dowiedzieć.
— Czyli… powiesz tacie? — zapytał Tymon.
— Powiemy tacie — poprawił go Teoś, zaciskając dłoń na ręce brata. — Razem. Tak jak zawsze.
Tymon spojrzał na młodszego brata i poczuł ciepło w sercu. Mimo różnicy wieku, mimo tego, że Teoś był jeszcze małym dzieckiem, czasami zachowywał się jak najbardziej dorosły z nich obu.
— Dobrze — zgodził się w końcu. — Razem.
Stali jeszcze chwilę w ciszy, patrząc na schody.
A potem odwrócili się i ruszyli z powrotem do swoich pokoi. Nie dziś. Ale wkrótce.
Bo strych czekał.
I cokolwiek było tam na górze — nie zamierzało odpuścić.
4. Decyzja — rozmowa z Tatą
Sobotni poranek był słoneczny, jasny i pełen obietnic. Niebo rozciągało się nad Brwinowem jak bezgraniczne błękitne płótno, a lekki wiatr szumiał w koronach drzew. Przez otwarte okna wpadało do domu ciepłe powietrze pachnące trawą, kwiatami i beztroskim lenistwem weekendu.
Mama wyszła na zakupy. Wspomniała coś o promocji w Galerii Brwinów — nowe nasiona, doniczki, może jakieś rośliny balkonowe. Zostawiła na stole listę rzeczy do zrobienia dla taty i ruszyła swoim małym czerwonym autem w stronę centrum. Pewnie wróci za godzinę, może dłużej — jeśli wpadnie jeszcze do kwiaciarni, można było spodziewać się, że straci poczucie czasu.
To była ich szansa.
Tymon i Teoś siedzieli w pokoju Tymona, mając na łóżku rozłożony rysunek urządzenia. Patrzyli na niego w milczeniu, jakby próbowali odcyfrować jego tajemnicę samym spojrzeniem.
— Gotowy? — zapytał w końcu Tymon, zwijając kartkę i wsuwając ją do kieszeni.
Teoś kiwnął głową. W jego oczach błyszczała mieszanka ekscytacji i niepewności.
— Myślisz, że się zdenerwuje?
— Nie wiem — odpowiedział szczerze Tymon. — Ale nawet jeśli, i tak musimy mu powiedzieć. To ważne.
Zeszli na dół. „Jaskinia Gamera” znajdowała się na parterze, tuż obok schodów prowadzących na strych. Drzwi były lekko uchylone, a przez szparę dochodziło równe, miarowe stukanie klawiatury — jak tykanie zegara.
Tata pracował.
Chłopcy stanęli przed drzwiami, wymieniając ostatnie spojrzenia. To był moment, po którym już nie będzie odwrotu. Kiedy powiedzą tacie, wszystko się zmieni.
Tymon wziął głęboki oddech.
I zapukał.
— No co tam wejdźcie — dobiegł głos taty, lekko rozkojarzony, jakby jedną częścią umysłu był jeszcze tam, na ekranie komputera.
Pchnęli drzwi i weszli do środka.
„Jaskinia Gamera” powitała ich znajomym widokiem, który zawsze przywoływał dziwne uczucie — mieszankę nostalgii, ciekawości i podziwu. To był pokój, który opowiadał historie. Setki, może tysiące historii.
Na ścianach wisiały plakaty — Diablo z ognistym demonem wyłaniającym się z płomieni, StarCraft z kosmicznymi marszami Terrańczyków, Cyberpunk 2077 z neonową panoramą Night City. Półki uginały się pod ciężarem komiksów: Głównie Marvel i DC ale były tez starsze komiksy jak Tytus Romek i Atomek, Kapitan ZBik i Hans Kloss czy historyczne tm-semic. Dokładnie visa vie w porządku numerycznym rzędy „Secret Service” i „Top Secret”, zbiory „Grahamma Mastertona”, Briana Lumleya czy cykl Dragon Lance, kilka starszych serii powieści. Jedna cała półka była poświęcona podręcznikom do gier RPG — Warhammer Fantasy Roleplay, Dungeons & Dragons, Aphalon: Świat Księżycowego Ostrza, Wampir: Masqarde, Innomina Magnae Vertitas, Śródziemie. Kolorowe okładki przyciągały wzrok jak magiczne portale do innych światów.
W rogu stała szklana gablota z figurkami — postaci z gier, filmów i książek, starannie ułożone i podpisane. Na regale dumnie prezentowała się Amiga 1200 — legendarna maszyna z młodości taty, wciąż działająca, podłączona do starego monitora. Obok leżały pudełka z dyskietkami: „Prehistoryk”, „Sensible World of Soccer”, „Cannon Fodder”, „Nort & South”, Final Fight, mocno powycierane The Piraters od Microproose. Nazwy, które dla chłopców brzmiały jak zaklęcia z innej epoki.
Na biurku — laptop, dwa monitory, mechaniczna klawiatura z kolorowym podświetleniem, myszka gamingowa i plątanina kabli. Punkt, w którym przeszłość spotykała się z teraźniejszością.
Tata siedział przy biurku w słuchawkach, stukając w klawiaturę. Na jednym z ekranów widać było arkusze kalkulacyjne, wykresy, jakieś diagramy — praca. Na drugim — przeglądarkę z otwartymi zakładkami o grach i technologii.
Usłyszał ich wejście i obrócił się na obrotowym krześle. Zdjął słuchawki, odkładając je na biurko, i uśmiechnął się.
— Hej, chłopaki — przywitał się ciepło. — Co tam robaczki? Pomoc w czymś?
Po chwili jego uśmiech przygasł. Coś w ich twarzach — w sposobie, w jaki stali sztywno, w napięciu. Tymek z miną która mówiła nabroiłem ale….posłuchaj. W uścisku, z jakim Teoś trzymał własne dłonie — powiedziało mu, że to nie jest zwykła wizyta.
— Wszystko dobrze? Wyglądacie jakbyście przecieli kataną basen — zapytał już poważniejszym tonem, marszcząc brwi. — Wyglądacie, nie za wesoło. Który z was moje chrabąszcze coś na wywijał.
Cisza.
Tymon poczuł, jak serce wali mu w piersi jak młot. Teraz albo nigdy. Zawsze najtrudniej jest spuścić parę potem już idzie.
— Tato — zaczął, a jego głos lekko zadrżał. — Musimy o coś zapytać. O strych.
Tata uniósł brew, zaskoczony.
— O strych? Co z nim? Coś z oknem dachowym?
— O… skrzynie a właściwie o pudełko w niej — wtrącił Teoś, robiąc krok do przodu. — Metalowe pudełko. Z tarczami, cyframi i… przyciskiem. Obok woreczków z kostkami.
Przez twarz taty przemknęło coś trudnego do odczytania. Zdziwienie? Niepewność? Może cień niepokoju?
— Pudełko z czym? — powtórzył powoli, odkładając okulary do komputera na biurko i pochylając się do przodu.
Teoś sięgnął do kieszeni, wyjął złożony rysunek i rozłożył go na biurku przed tatą.
— Z tym.- Na kartce było dość dokładnie wyrysowane pudełko albo urządzenie.
Mężczyzna wziął kartkę do ręki. Długo, bardzo długo wpatrywał się w dziecięcy, ale niezwykle precyzyjny rysunek. Jego oczy przesuwały się po liniach, po pokrętłach, po dopiskach. Palce lekko zacisnęły się na papierze.
Coś w jego twarzy się zmieniło. Zdziwienie przerodziło się w zamyślenie, a potem w coś głębszego — może niepokój, może… rozpoznanie?
— Skąd… — zaczął, po czym przerwał. Podniósł wzrok na chłopców. — Widzieliście to na strychu?
— Tak — przyznał Tymon, starając się utrzymać spokojny ton. — Dwa tygodnie temu. Podczas burzy.
Tata przełknął ślinę. Odłożył rysunek na biurko i oparł się wygodniej w krześle, ale napięcie w jego ramionach mówiło wszystko.
— I… bo to raczej nie koniec historii — zawahał się — …co z tym zrobiliście?
Cisza wypełniła pokój jak niewidzialny gość.
Tymon czuł, jak dłonie zaczynają mu się pocić. Teoś przysunął się bliżej, szukając wsparcia.
— My… — zaczął Tymon, a jego głos był ledwie słyszalny. — My przypadkowo to uruchomiliśmy.
Twarz taty spoważniała natychmiast. Oczy się rozszerzyły. Przez ułamek sekundy wyglądał, jakby dostał niewielki wstrząs elektryczny.
— Uruchomiliście — powtórzył wolno, jakby sprawdzał, czy dobrze usłyszał. — To urządzenie.
— Tak — szepnął Teoś.
— I co się stało?
Chłopcy spojrzeli na siebie. Jak to wytłumaczyć? Jak opisać coś, czego sami do końca nie rozumieli?
— Coś… dziwnego — powiedział w końcu Tymon. — Było światło. I… byliśmy gdzie indziej. Na chwilę. Widzieliśmy inne miejsce. Albo… inny czas.
Tata zamknął oczy i westchnął głęboko. Przez chwilę wyglądał, jakby próbował przetworzyć te słowa, połączyć je w coś sensownego. Czyżby chłopcy wymyślili jakiś dziwny kawał a może coś się stało tam na górze. Rzadko się tam wchodzi bo to taka graciarnia na przyda się albo na później.
Gdy otworzył oczy, w jego spojrzeniu pojawiło się coś nowego. Determinacja.
— Pokażcie mi — powiedział cicho, ale stanowczo, zamykając laptop. — Natychmiast. Koniecznie muszę zobaczyć co was tak poruszyło
Wstał z krzesła.
— Idziemy na strych. Trzeba wziąć z sobą ekwipunek czy nic na nas tam nie spadnie. Pamiętam ze wspominaliście jakiś czas temu przy kolacji ze bawiliście się tam starymi komputerami.
ROZDZIAŁ 1
Schody na strych — wędrówka ku odpowiedziom.
Laptop usnął w chwili gdy kamera przestała widzieć właściciela dane same się zapisały. A przynajmniej taką miał nadzieję. Pomyślał wychodząc z chłopcami na korytarz.
Schody na strych skrzypiały pod ich stopami inaczej niż zwykle. Może dlatego, że po raz pierwszy wspinali się po nich razem — wszyscy trzej. Tata szedł przodem, chłopcy tuż za nim. Nikt się nie odzywał. Cisza była gęsta, pełna niewypowiedzianych pytań.
Tymon wpatrywał się w plecy taty. Mężczyzna stawiał kroki pewnie, ale coś w jego ruchach zdradzało napięcie. Sposób, w jaki zacisnął dłoń na poręczy. To, jak na moment zatrzymał się przy zdjęciu z Tatr — tym, na którym Teoś siedział mu na ramionach — jakby szukał w przeszłości odwagi na to, co czeka na górze.
Lucky podniósł łeb z posłania przy drzwiach łazienki i spojrzał w ich stronę. Przez chwilę wyglądało, jakby chciał pójść za nimi, ale w końcu tylko ziewnął szeroko i znów ułożył pysk na łapach. Psy czują rzeczy, których ludzie nie widzą — tak przynajmniej mawiała mama. Może Lucky wyczuł, że lepiej zostać na dole.
Dotarli do drzwi strychu. Tata położył dłoń na starej, mosiężnej klamce — zimnej w dotyku, pokrytej patyną. Przez chwilę stał nieruchomo, jakby zbierał się w sobie.
— To tylko strych — powiedział w końcu, ale trudno było stwierdzić, czy mówi do siebie, czy do chłopców. — Stare pudła. Meble. Nic nadzwyczajnego.
Pociągnął za klamkę. Drzwi otworzyły się z przeciągłym, wysokim skrzypieniem — dźwiękiem, który zdawał się odbijać echem w całym domu.
Ciepłe, nieco duszne powietrze buchnęło im w twarze. Pachniało kurzem, starym drewnem i czymś jeszcze — może naftaliną, a może po prostu upływem czasu. Letnie słońce nagrzewało dachówki, przez co strych był zawsze o kilka stopni cieplejszy niż reszta domu.
Tata wszedł pierwszy. Chłopcy ruszyli za nim.
Wnętrze strychu wyglądało dokładnie tak, jak je zapamiętali. Duże, rozłożyste pomieszczenie, którego jeden koniec ginął w półmroku. Światło wpadało przez małe okno w dachu, rozcinając ciemność ukośnymi smugami. W promieniach tańczyły drobinki kurzu, jak mikroskopijne gwiazdy zawieszone w powietrzu.
Po prawej stronie stały regały zastawione książkami, czasopismami, kasetami VHS i płytami CD. Po lewej — stare meble przykryte prześcieradłami: fotel bujany, komoda, lampa stojąca z kloszem w kształcie kwiatu. W rogu leżały zwinięte dywany, a obok nich kartony opisane markerem: „Kuchnia 2013”, „Biuro — stare”, „Różne — tata”.
Tata rozglądał się powoli, jakby widział to wszystko po raz pierwszy.
— Boże… — szepnął. — Ile tu się nagromadziło jednocześnie qrcze straszny tu nieład.
Zatrzymał się przy jednym z regałów i przesunął palcem po grzbietach starych czasopism. „Gry Komputerowe” z lat dziewięćdziesiątych, „Tajemnice Atari”, „Bajtek”. Na jednej z okładek wojownik z mieczem, na innej pikselowa grafika z gry.
— Pamiętam te numery — mruknął bardziej do siebie niż do synów. — Przepisywałem z nich kody do gier na Atari. Godzinami siedziałem i wklepywałem linijkę po linijce… Pamiętam jakby to było serio niedawno. Kiedyś przepisałem cały program nazywał się Biorytm. To nawet zabawne wtedy wierzyłem że, komputer podaje dane które faktycznie obrazują moje samopoczucie.
Urwał, jakby nagle przypomniał sobie, po co tu przyszedł. Odwrócił się do chłopców.
— Gdzie dokładnie było to urządzenie? — w którym pudle?
Tymon wskazał w głąb strychu, tam, gdzie kartony tworzyły coś w rodzaju małego labiryntu. I gdzie upchnęli skrzynie rzeźbioną w smocze łby i lance.
— Tam. W drewnianej skrzyni z okuciami. Stała za tamtymi pudłami. Troszkę ją przesunęliśmy jak do niej zajrzeliśmy.
Ruszyli w tamtym kierunku. Tata odsuwał kolejne kartony, zerkając do środka. W jednym leżały plątaniny starych kabli — zasilacze, przedłużacze, złącza SCART, kable koncentryczne. W kolejnym — pudełka z płytami CD-ROM: gry, programy, systemy operacyjne z lat dziewięćdziesiątych. Wszystko starannie opisane, ale pokryte grubą warstwą kurzu świadczącą, że nikt tu od dawna nie zaglądał.
— Przeprowadzka 2013 — mamrotał tata pod nosem. — Dziadkowie wtedy przy okazji mojej przeprowadzki przekazali mi sporo rzeczy, cześć jeszcze z Warszawy z mokotowa. Kazali brać, co chcę, resztę wywieźli do swojego magazynu. Myślałem, że wziąłem tylko swoje stare graty — gry, komiksy, elektronikę…
Dotarli do skrzyni. Stała dokładnie tam, gdzie chłopcy ją pamiętali — duża, drewniana, zdobiona misternymi rzeźbieniami przedstawiającymi dziwne symbole. Wyglądała jak rekwizyt wyciągnięty prosto z sesji fantasy RPG — może dlatego Tata ją kupił. Bo pasowała pod sesje i była niezłym punktem orientacyjnym gdzie szukać materiałów do gier fabularnych
Tata przyklęknął obok. Położył dłoń na wieku.
— Ta skrzynia naprawdę jest moja — powiedział. — Kupiłem ją lata temu na bazarze staroci. Chciałem w niej trzymać podręczniki do RPG-ów. Ale… w sumie woreczek kostek i kilka kart pewnie nadal się nie je znajduje
Otworzył wieko. W środku, ułożone starannie między starymi podręcznikami i pudełkami z kostkami do gier, tkwiły kartony. Jeden z nich, oznaczony wyblakłym napisem „Różne — elektronika”, był lekko uchylony.
Tata wyjął go ostrożnie i zajrzał do środka.
Zamarł. Nie potrafił zrozumieć czemu przebiegł mu zimny dreszcz
W kartonie, owinięte w starą tkaninę, leżało urządzenie. Dokładnie takie jak na obrazku pokazywanym przez chłopców.
Metalowe pudełko wielkości średniej skrzynki na narzędzia. Obite srebrzystym, lekko porysowanym aluminium. Na przednim panelu — trzy okrągłe pokrętła, każde z wygrawerowanymi cyframi wokół krawędzi. Poniżej — pionowe paski z symbolami, które nie przypominały żadnego znanego alfabetu. Na dole — trzy przyciski: zielony, czerwony i czarny.
Coś co przypominało datownik obsługiwany takimi małymi pokrętłami. Data dwa tygodnie wstecz.
Z tyłu urządzenia widoczne były trzy niewielkie wgłębienia — gniazda, idealnie wyprofilowane, jakby czekały na coś, co pasuje do nich co do milimetra.
— wyjmowaliście coś z tego urządzenia? — zapytał patrząc na wnęki w ściance urządzenia.
Tymon spojrzał na plecy urządzenia.
— No nie nic nie wyciągaliśmy w sumie jak wróciliśmy to owinęliśmy je i tak jak wyjęliśmy je z skrzynki. Tak potem schowaliśmy tą metalową skrzynkę do środka.
Tata wpatrywał się w urządzenie w milczeniu.
— Skąd to się tu wzięło? — wyszeptał w końcu, dotykając delikatnie obudowy. Metal był chłodny pod palcami. — Nigdy… nigdy tego nie widziałem. U waszych dziadków w domu też tego nie kojarzę.
Tymon i Teoś spojrzeli na siebie. To było ważne. Tata naprawdę nie wiedział.
— Myśleliśmy, że to twoje — odezwał się niepewnie Tymon. — Z przeprowadzki. Że to jakiś stary sprzęt elektroniczny…
Tata pokręcił głową.
— Jeśli to było w moich pudłach… — urwał na moment — …to znaczy, że musiało trafić tu przez pomyłkę. Albo ktoś celowo je tam włożył.
Ostrożnie wyciągnął urządzenie z kartonu i położył na drewnianej podłodze między sobą a chłopcami.
W świetle wpadającym przez okno w dachu urządzenie wyglądało jednocześnie staro i nowocześnie. Metalowe wykończenie nosiło ślady zużycia — rysy, odbarwienia, miejsca, gdzie farba się złuszczyła. Ale sama konstrukcja była precyzyjna, niemal perfekcyjna. Ktoś włożył w to dużo pracy, wiedzy i czasu.
— To nie wygląda na zwykły sprzęt — powiedział w końcu tata, pochylając się bliżej. — Nie ma żadnych oznaczeń producenta. Żadnych naklejek, numerów seryjnych. To… wygląda na coś zbudowanego ręcznie.
Przesunął palcem po pokrętłach. Każde było inne — jedno większe, drugie z drobniejszymi podziałkami, trzecie z symbolami zamiast cyfr.
— Założę się, że każde steruje czymś innym — mruknął bardziej do siebie. — Ale czym?
2. „Czym jest i co robi?”
Teoś, który do tej pory milczał, wreszcie się odezwał.
— Tato… my to uruchomiliśmy. Podczas burzy. Dwa tygodnie temu.
Mężczyzna podniósł głowę i spojrzał na młodszego syna.
— Uruchomiliście — powtórzył powoli. — Jak?
Tymon przełknął ślinę.
— Było ciemno. Burza. Pioruny. Teoś dotknął jednego z pokręteł. Ja… nacisnąłem przycisk. I wtedy…
Urwał, bo nie wiedział, jak to opisać.
— I wtedy co? — dopytywał tata. W jego głosie nie było gniewu, tylko intensywna ciekawość i rosnący niepokój.
— Było światło — powiedział Teoś. — Jasne, białe. Wszystko zaczęło wirować. A potem… byliśmy gdzie indziej.
— Gdzie indziej — powtórzył Tata, jakby ważył każde słowo.
— Widzieliśmy podwórko — dodał Tymon. — Ale inne niż nasze. Domy na naszej ulicy inne świeżo wybudowane, ogród dziadków jeszcze bez krzaczków, stare samochody, dzieci mówiące po polsku, tylko… inaczej. Jakby to były lata dziewięćdziesiąte. Albo osiemdziesiąte. Nie jesteśmy pewni.
Zapadła absolutna cisza. Nawet kurz zdawał się zawisnąć w powietrzu, nieruchomy.
Tata patrzył na nich długo, bardzo długo. W jego oczach widać było walkę — rozum ścierał się z tym, co właśnie usłyszał. To nie miało prawa się wydarzyć. Nie pasowało do żadnej znanej mu logiki.
A jednak…
— To niemożliwe — powiedział w końcu, ale jego głos zabrzmiał niepewnie.
— Ale to się stało — odpowiedział stanowczo Teoś. — Naprawdę.
Tata spojrzał ponownie na urządzenie. Dotknął pokręteł, potem przycisków. Nic się nie wydarzyło. Metalowa skrzynka leżała bezwładnie, zwyczajna i martwa.
— Jeśli to prawda — zaczął powoli — musicie mi powiedzieć wszystko. Od początku. Bez pomijania szczegółów.
I chłopcy opowiedzieli.
O burzy. O tym, jak weszli na strych, żeby jakoś zabić nudę. Teoś chciał kino burzowe. O znalezieniu skrzyni. O przypadkowym uruchomieniu urządzenia — błyskawicy, która uderzyła gdzieś blisko, wyładowaniu elektrycznym, które przeskoczyło przez instalację.
O świetle, zawrotach głowy, uczuciu upadania. Zmianie otoczenia i miejsca względem tego gdzie byli chwile wcześniej.
O podwórku, na którym się znaleźli. O trawie bardziej zielonej niż zwykle. O samochodach — małych fiatach, polonezach, syrenkach — innych niż te, które widywali na ulicach. O blokach mieszkalnych wyglądających świeżej, jakby dopiero co pomalowanych. O dzieciach bawiących się na huśtawkach i zjeżdżalniach o tym że było lato Lipiec i było ciepło i sucho. Że nie było Galeria tylko łąki i pola. O muzyce lecącej z otwartych okien — starych polskich piosenkach, które czasem słyszeli w radiu, gdy mama włączała kanał z muzyką retro. O ludziach, których widzieli tylko na zdjęciach. A tam byli chodzili. O stolarni o dziadkach i małej mamie.
I o tym, że wszyscy mówili po polsku. Tylko inaczej. Używali słów, których chłopcy nie znali: „wycieczkowicz” zamiast „autokar”, „keks” zamiast „ciastko”, „Magnetowid” zamiast… Netflix Igra zamiast gra. I w sumie było tego dużo różnych rzeczy o zegarku z kalkulatorem czy boisku na naturalnej trawie a nie jak dziś.
A potem wszystko się rozmyło. I znowu byli na strychu — wśród kurzu, pudeł i zapachu starych rzeczy. –Tymon pomyślał patrząc porozumiewawczo na Teosia że, może lepiej nie opowiadać zbyt szczegółowo. A wy z mamą niczego nie zauważyliście, bo minęło kilka chwil a dla nas cały dzień.
— Jak długo tam byliście cały dzień?? — zapytał w końcu tata.
Tymon zamyślił się.
— Wydawało się, że minął cały dzień, ale jednocześnie czas tam płynął jakoś inaczej. Czas płynął dziwnie, momentami wszystko jakoś tak przeskakiwało.
— A tutaj? Ile czasu minęło dla nas? — mówiłeś godzina może trzydzieści minut. To niesamowite jak to możliwe.
— Mama powiedziała, że od chwili, gdy weszliśmy na strych do zejścia, minęła tylko chwila ale jednak my w tej chwili pograliśmy chwile, pooglądaliśmy książki posłuchaliśmy waszej muzyki a dopiero później znaleźliśmy skrzynie — odpowiedział Teoś. — Nie zauważyła nic dziwnego. Bo wygląda na to że czas tam jakoś zaczął inaczej płynąć może spowolnił.
Tata zamknął oczy i wziął głęboki oddech.
— To brzmi… — zaczął, po czym urwał. — Nie wiem, jak to brzmi. Jak science-fiction. Jak szaleństwo.
Otworzył oczy i spojrzał na chłopców.
— Ale wierzę wam — powiedział w końcu. — Nie wymyślilibyście czegoś takiego. Jesteście przerażeni i zafascynowani. Widzę to.
Tymon poczuł tak wielką ulgę, że aż za szczypało go w oczach.
— Więc… co teraz? — zapytał cicho.
Tata spojrzał na urządzenie.
— Teraz — powiedział powoli — musimy to zrozumieć. Jeśli naprawdę robi to, co mówicie… jeśli naprawdę działa… musimy dowiedzieć się, kto to zbudował. I dlaczego.
Wstał i znów sięgnął do skrzyni. Wyjmował po kolei pudełka z kostkami do gier, stare podręczniki RPG, zeszyty z notatkami. W końcu, na samym dnie, natrafił na coś innego.
Teczkę.
Starą, tekturową teczkę przewiązaną sznurkiem. Na okładce, wyblakłym atramentem, widniały inicjały: L.S.
— Leszek S. — wyszeptał tata, rozpoznając charakter pisma. — To pismo dziadka Leszka.
3. Poszukajmy odpowiedzi
Tata usiadł na podłodze strychu, krzyżując nogi jak dziecko. Teczka trzasnęła cicho, gdy rozwiązywał sznurek — ostrożnie, jakby bał się, że zbyt gwałtowny ruch rozsypie coś więcej niż tylko papier.
W środku leżały luźne kartki: notatki, wycinki z gazet, zdjęcia, schematy narysowane ręcznie na papierze milimetrowym. Wszystko pachniało kurzem, starym atramentem i czymś jeszcze, co Tymon w myślach nazwał po prostu zapachem przeszłości.
Pierwsza kartka była datowana: 15 października 1993.
Tata przez moment tylko trzymał ją w dłoniach. Przejechał kciukiem po dacie, jakby sprawdzał, czy naprawdę tam jest. Dopiero potem zaczął czytać na głos — wolno, uważnie, jakby każde słowo ważyło za dużo.
— „15 października 1993.
Dziadek Stefan ‘Pałka’ odszedł dzisiaj rano zasnął i odszedł na wieczną wartę. A jeszcze dzień temu byliśmy na ogródkach działkowych planowaliśmy przebudowę altanki.
Wspominał że niby widział już dość wie że, jego czas się zbliża. Ale gdzieś tam w głowie jakby coś planował.”
Głos taty zadrżał przy słowie „planował”. Przełknął ślinę, poprawił się i czytał dalej:
— „Podczas porządkowania jego rzeczy znalazłem dziennik. Pisał go podczas wojny — Powstanie Warszawskie, 1944, zdobywanie Wałcza. żołnierskie życie w obronie ojczyzny.
Większość stron zniszczyły wilgoć i czas. Ale kilka fragmentów przetrwało.”
— Podpis: KubajMiś (L.S.), listopad 1993
Tata urwał. Opuścił kartkę i spuścił głowę. –KubajMiś to ksywka waszego dziadka z pracy na stadionie przy handlu.
Na strychu panowała gęsta cisza. Słychać było tylko odległe buczenie lodówki gdzieś na dole i własny oddech.
— Nie mówił o tym… nigdy — mruknął cicho, bardziej do siebie niż do chłopców. — bardzo zastanawiające — Ale tłumaczy książki o trójkącie Bermudzkim, O Górze Untersberg w Austrii, którą przy przeprowadzce znalazłem w książkach rodziców.
Tymon i Teoś siedzieli nieruchomo, jakby bali się, że najmniejszy ruch przerwie coś ważnego.
Tata znów podniósł kartkę bliżej twarzy i czytał dalej:
— „Tata [ Stefan „Pałka” Pisał o piwnicy, w której się ukrywał wraz grupą powstańców. O zegarku PATEK z grawerunkiem: ‘Bóg Honor Ojczyzna. Rodzina.’
Dostał go od swojego ojca przed wojną. Nosił go przez całe powstanie.”
Na twarzy taty pojawił się cień uśmiechu — smutny, ale ciepły.
— Prababcia wspominała ten zegarek jak relikwię i symbol czasów w sensie wasza prababcia Basia — powiedział. — Myślałem, że trochę koloryzuje. Ale najwyraźniej coś było w tej legendzie.
Sięgnął po następną kartkę.
— „Ale były tam też inne notatki. Dziwne.
O ‘mostach między chwilami’.
O tym, że czas nie jest linią, tylko siecią.
Że niektóre miejsca, niektóre momenty, są połączone.
Że można przejść między nimi, jeśli wie się jak.
Większość zapisków jest nieczytelna. Portale albo zakrzywienia czasu.
Ale coś mnie ciągnie, żeby to zbadać. Jakby dziadek zostawił mi zagadkę do rozwiązania.
— KubajMiś, 1994”
Tata odłożył kartkę na stos, ale nie odezwał się od razu. Przez chwilę po prostu patrzył na miejsce, gdzie leżało urządzenie.
— Stefan „Pałka” to wasz pradziadek — powiedział w końcu cicho, ale pewnie. — Mój dziadek. Walczył w powstaniu warszawskim. Wcześniej wraz z naszą armią odpierał wraz z III brygadą zmechanizowaną Niemiecką nawałę. Był wielki jak szafa, miał ręce jak łopaty. I uśmiech który topił skały. Był bardzo ciepłym i rodzinnym facetem zawsze wiedział co powiedzieć tak by poprawić samopoczucie albo przywołać do porządku.
Uśmiechnął się blado.
— Pseudonim „Pałka”, bo potrafił gołymi rękami wyważyć drzwi. I lubił… pałki bardziej niż karabiny. O czym nie jeden szkop się boleśnie przekonał. Ale to na inne czasy historia.
W oczach taty zabłysły łzy, ale wciąż się uśmiechał.
— Zawsze myślałem o nim jak o legendzie, dawnych czasów. O kimś kto miał dużo czasu na spacery po łazienkach zabawę w Indian i białolicych. Pierwszy łuk dziadek Stefan zrobił mi z leszczyny która rosła dziko na ogródkach. Jakoś nie brałem pod uwagę ile przeżył w czasie wojny. To poznałem jak przeczytałem częściowo po przeczytaniu książki którą wydał w klubie kombatanta. W sumie kilka lat wcześniej. Uwierzycie napisał książkę na maszynie do pisania. Takie stukającej i dzwoniącej na końcu linii. A w tym wszystkim wychodzi na to że, pradziadek wasz interesował się czymś o czym nie maiłem pojęcia. Nie linearności czasu pętle i węzły, reinkarnacja. Intrygujące co się jeszcze dowiemy. Dodał Tata patrząc na chłopców.
— I on… wiedział o podróżach w czasie? — zapytał ostrożnie Tymon, zerkając na urządzenie.
Tata pokręcił głową.
— Może wiedział, może tylko coś przeczuwał. Na pewno bazując na notatach w pamietaniku oraz tym co później z tego co widzę dopisał wasz dziadek Leszek. Intrygowało to pradziadka. A może miało miejsce zdarzenie które w mrocznych czasach wojny było tak nie realne że wpłynęło na niego i jego zainteresowania w późniejszych czasach. Mój tata a wasz dziadek bardzo lubił tą swoją ksywkęc KubajMiś podobno wzięła się od tego że lubił opowiadać i nosił brodę taką ala niedzwiedź.
Sięgnął po kolejną kartkę, tym razem z datą z 1994 roku.
— A tutaj widać, jak dziadek Leszek przenosi tę obsesję w zupełnie inny świat — mruknął tata. — Świat biznesowych wycieczek i tanich garniturów pytanie czego szukał albo co znalazł..
Zaczął czytać:
— „Wróciłem z Chin.
Grupowa wycieczka dla przedsiębiorców — Lidzia nie mogła jechać, firma wymagała uwagi.
Byłem tam sam, ale nie zmarnowałem czasu.
W świątyni niedaleko Pekinu spotkałem starego mnicha.
Sprzedawał stare manuskrypty — większość to turystyczne ściemy.
Ale jeden… był inny.
Pożółkłe kartki, symbole starsze niż dynastia Tang.
Mnich twierdził, że to fragmenty wiedzy o ‘wędrówkach przez czas’.
Zapłaciłem mu więcej, niż powinienem. Lidzia by się wściekła.
Ale czuję, że to jest to. Coś, co łączy się z notatkami dziadka Stefana.
— KubajMiś, 1994”
Tata uśmiechnął się pod nosem.
— Brzmi jak początek kiepskiej reklamy — mruknął. — „Większość to ściema, ale jeden z manuskryptów był inny”. Brakuje tylko wzmianki że jarzył się niebieskim światłem — żażartował Tata.
Chłopcy parsknęli, napięcie na moment opadło.
Tata odłożył tę kartkę, sięgnął po następną.
— „1994, lato. Egipt.
Spotkanie z dostawcą biżuterii w Kairze. Kontrakt podpisany, Lidzia zachwycona.
Ale prawdziwy skarb znajduje się w małym muzeum koptyjskim.
‘Zegar kapłana’ — brązowy mechanizm, pokryty patyną.
Na obudowie — te same symbole, co na chińskim zwoju.
Fotografuję, rysuję, zapisuję.
— L.S., 1994”
Kolejna kartka:
— „1995, jesień. Turcja. Stambuł.
Biznes idzie świetnie, Mehmet zadowolony, Lidzia też.
W muzeum bizantyjskim, w kącie sali, widzę kolejny mechanizm.
Większy, bardziej skomplikowany.
Kustosz mówi: ‘kalendarz astronomiczny’.
Ja wiem, że to kolejny fragment tej samej układanki.
— kubajmiś, 1995”
I następna:
— „1997, wiosna. Kreta.
Ostatnia wielka podróż służbowa z Lidią.
W starym klasztorze, w zakurzonej bibliotece, znajduję manuskrypt opisujący ‘wehikuł czasu’ budowany dla cesarza Justyniana.
Projekt nigdy nie został ukończony, ale schematy są.
Chiny. Egipt. Turcja. Grecja.
Różne miejsca, różne języki. Ta sama wiedza.
Wiem już, co muszę zrobić.
— KubajMiś (L.S.), 1997”
Tata odłożył kartkę i przez chwilę patrzył w pustkę.
— Dziadek Leszek — spokojny ogrodnik z Gołkowa, ochroniarz, facet od hurtowni z ciuchami — tak naprawdę był… poszukiwaczem dziur w czasie — powiedział cicho. — I nikt z nas tego przez lata nie widział.
— Brzmi jak Indiana Jones, tylko na serio — mruknął Teoś.
Tata uśmiechnął się krótko, ale w oczach miał już inny rodzaj napięcia. Wziął do ręki ostatnią kartkę z teczki — tę, którą od początku bał się przeczytać.
— A tu jest moment, w którym to wszystko przestaje być tylko przygodą — powiedział i zaczął czytać:
— „Czerwiec 1999. Pierwsza próba.
Urządzenie działa. Nie mogę w to uwierzyć, ale działa.
Skoczyłem. Kilka razy. Próbowałem różne ustawienia.
Widziałem przyszłość — daleko, w 2077.
Miasto inne. Opuszczone. Jakby coś się stało.
Ale ludzie tam byli. Żyli.
Widziałem też przeszłość. 1944. Powstanie.
Piwnica, o której pisał dziadek Stefan.
Młody mężczyzna z zegarkiem na ręce — musiał to być on.
Wyglądał dokładnie jak na starych zdjęciach.
Próbowałem wrócić. Udało się. Jestem z powrotem w 1999.
Ale… coś się dzieje.
Czuję, jakby część wspomnień… znikała.
Lidzia też zachowuje się dziwnie. Milcząca. Jakby zapomniała, że gdzieś byłem.
Chowam urządzenie. Na wszelki wypadek.
Jeśli coś pójdzie nie tak z moją pamięcią… jeśli zapomnę…
przynajmniej urządzenie będzie bezpieczne.
Jeśli kiedykolwiek to czytasz — znaczy, że coś poszło nie tak.
Ale urządzenie działa. Wierz mi. Działa.
— KubajMiś, czerwiec 1999”
Ręka taty lekko drżała, gdy odkładał ostatnią kartkę na resztę. Oparł łokcie na kolanach i schował twarz w dłoniach. Przez chwilę wydawało się, że strych naprawdę stał się lżejszy o te kilka gramów papieru, a jednocześnie cięższy o cały ich sens.
— Boże… — wyszeptał. — On to naprawdę zbudował. Skoczył. I zapłacił za to własną pamięcią.
Tymon poczuł lodowaty dreszcz wzdłuż kręgosłupa.
— I użył go przed wszystkimi — powiedział cicho. — Sam. Bez nikogo, kto by go asekurował i wspierał.
Teoś przyciągnął kolana do piersi i objął je ramionami.
— Dziadek Leszek… teraz… zapomina różne rzeczy, prawda? — zapytał ostrożnie. — Mama mówiła, że bywa „rozkojarzony”.
Tata podniósł głowę.
— Ma sześćdziesiąt dziewięć lat. Fizycznie jest w świetnej formie. Ogród, praca, spacery z Czarterem. Pamietacie tego czarnego podpalanego owczarka u dziadków. Ale czasem… — zawahał się — …jakby w jego pamięci były dziury. Miejsca, których nie potrafi wypełnić. Albo nie chce trudno jednoznacznie to teraz to określić.
— Myślisz, że to przez to? — spytał Tymon, wskazując na urządzenie.
Tata westchnął. Ciężko mu było się wypowiedzieć bo nie bardzo potrafił sobie wyobrazić że jego Tata stworzył skrzynkę do podróży w czasie i o niej zapomniał.
— Nie wiem — przyznał szczerze. — Ale po tym, co właśnie przeczytaliśmy, trudno zrzucić to tylko na „wiek”.
Przez chwilę nikt się nie odzywał.
W końcu tata zdecydowanym ruchem zamknął teczkę KubajMisia.
— Jedno wiem na pewno — powiedział, patrząc chłopcom prosto w oczy. — To, co tu znaleźliśmy, nie jest zabawką. Nie dotykamy urządzenia. Nie włączamy go. Dopóki nie zrozumiemy, z czym mamy do czynienia. Jasne?
Tymon i Teoś kiwnęli głowami jednocześnie.
— Jasne — odpowiedzieli.
Tata z niemal nabożną ostrożnością włożył urządzenie z powrotem do kartonu, owinął starą tkaniną i przykrył innymi rzeczami.
— Zamykamy skrzynię — powiedział. — I schodzimy na dół. Mama niedługo wróci. Nie chcę, żeby widziała nas w takim stanie.
Wieko skrzyni opadło z głuchym stuknięciem. Stare zawiasy jęknęły cicho.
Schodząc po schodach, wszyscy troje milczeli. Tym razem wydawały się krótsze — albo ich myśli były tak ciężkie, że nie zauważyli drogi.
W korytarzu Lucky podniósł łeb, zamachał ogonem i ziewnął szeroko, jakby nic na świecie się nie stało.
Tata zatrzymał się jeszcze na chwilę i odwrócił do synów.
— To, co przeczytaliśmy dzisiaj — powiedział poważnie — zostaje między nami. Nie mówimy mamie. Nie mówimy dziadkom. Nikomu. Dopóki nie będziemy wiedzieli, co z tym zrobić. Rozumiemy się?
— Rozumiemy — odpowiedzieli równocześnie.
— Dobrze. — Skinął głową. — Idźcie do swoich pokoi. Ja… muszę to sobie poukładać. A potem przeczytam resztę, na spokojnie.