Prolog
W małym miasteczku Brwinów, tuż pod Warszawą, życie płynie spokojnym, niemal sennym rytmem, przetykanym szumem liści i odgłosami natury. Przez miasto przebiega niewielka stacja kolejowa, z której codziennie odjeżdżają pociągi do stołecznej metropolii oraz urokliwych Skierniewic i dalej do Żyrardowa. Stanowiąc swoisty pomost między miejskim zgiełkiem a prowincjonalnym urokiem. W tej scenerii dorastają dwaj bracia: dziesięcioletni Tymon, niepoprawny marzyciel obdarzony niespożytą wyobraźnią, oraz pięcioletni Teoś, żywiołowy i ciekawy świata maluch właśnie odważnie wkraczający do zerówki.
Ich ojciec, zwany Tatą, wywodzi się ze stolicy, w której się wychowywał i studiował. Mimo że jego życiowa ścieżka zawiodła go w okolice Brwinowa, wspomnienia wielkomiejskich lat wciąż pozostają żywe. W opowieściach przytacza barwne historie z mokotowskich podwórek, czy nie co późniejszych lat studenckich gdzie bywał zarówno na SGGW jak i Klubie Park przy Polach Mokotowskich aż po pierwsza pracę w Klubie Stodoła. Czy początki odtwórstwa historycznego a także pierwsze samodzielne kroki w świecie nauki, biznesu i przyjaźni.
Choć całkowitej opowieści o jego życiu przygodach i dziwnych zbiegach okoliczności raczej nie zmieśćmy w tym prologu. Wróćmy do sielskiego i spokojnego Brwinowa a tę opowieść pozostawimy na inną okazję, wspomnienia te rzucają szczególne światło na sposób, w jaki Tata postrzega otaczający ich świat i jak stara się przekazać doświadczenie i umiejętność rozumienia tego. By zachęcić do przygody i otwartości na nowe wyzwania.
Dom Tymka i Teosia stoi niemal na skrzyżowaniu szkoły oraz przydomowych ogrodów i sadu dziadków. Właśnie tam chłopcy codziennie wyruszają na poszukiwanie najrozmaitszych przygód: od tropienia ruchów dzikich zwierząt ukrytych w gęstwinach nawłoci i traw, po odkrywanie tajemniczych ścieżek między zasłoniętymi żywopłotami niektórych budynków sąsiedzkich nie co opuszczonych przez co intrygujących i wręcz zapraszających do eksploracji.. Nieopodal otwarte boiska i plac zabaw stanowią centrum dziecięcej aktywności — to właśnie tam, w otoczeniu huśtawek i zjeżdżalni, rodzą się najżywsze emocje i najgłośniejsze śmiechy. O ile plac zabaw dostępny jest po zakończeniu dnia szkoły o tyle inne atrakcje których jak na tak nie duże miasteczko jest całkiem sporo są dostępne właściwie przez cały dzień. W bezpośredniej bliskości rozciąga się Las Młochowski i urokliwie starodrzewie Podkowy leśnej. Rozległy las poprzecinany ścieżkami i uliczkami stanowi zielone serce okolicy. Las jest pomnikiem i stróżem tajemnic jeszcze z czasów II wojny, Jego gęste knieje i miękkie ściółki zapraszają do długich wędrówek, a wieczorami słychać w nich koncerty ptaków i ujadające psy czujące sarny i buchtujące dziki.
Szum wiatru poruszającego koronami drzew miesza się z odgłosami miejskiej zabudowy, przemykającej kolei i co jakiś czas trąbiącej WKD tworząc niepowtarzalną symfonię brzmień, która koi nerwy i budzi wyobraźnię a czasami budzi w środku nocy. Pomimo sielankowego charakteru, w życiu chłopców zdarzył się moment, który na zawsze zapisał się w ich pamięci. Pewnego burzliwego dnia, kiedy chmury zbierały się nad głowami zwiastując gwałtowną nawałnicę, Tymon i Teoś znaleźli się w samym środku niezwykłego zdarzenia, które połączyło w sobie siłę natury, braterską odwagę i ojcowskie nauki.
Ta historia, choć miejscami pełna grozy, stała się prawdziwą lekcją o tym, jak ważne jest wsparcie i wyobraźnia, gdy okolicę rozświetlają pioruny a po niebie i okolicy niesie się grom niczym zmęczony krasnolud w górskich jaskiniach gdy upuści młot na stopę. Czasami jedna decyzja może przynieść wiele intrygujących i ciekawych a jednocześnie niesamowitych zbiegów okoliczności które pamiętamy do dziś.
rozdział 1: Deszczowy Dzień
Szare chmury zawisły nisko nad miasteczkiem, tworząc ponurą zasłonę, która tłumiła światło słoneczne. Deszcz, który padał nieprzerwanie od rana, zamienił się teraz w prawdziwą ścianę wody, przez którą właściwie nic nie było widać. Ciężkie krople uderzały o szyby z takim impetem, że wydawało się, jakby dom otoczony był nieprzeniknioną wodną kurtyną. Wiatr przybierał na sile, szarpiąc gałęziami drzew w ogrodzie, które uginały się pod jego naporem. Liście szeptały swoje tajemnice, unosząc się i opadając w rytm natury. Zamiast grzmotów w oddali dało się słyszeć tajemnicze pomruki i grzmoty, jakby coś się przewracało lub skrzypiało pod wpływem wiatru. Powietrze było chłodne i przesycone zapachem mokrej ziemi oraz elektryzującej świeżości, którą niesie ze sobą nadchodząca burza. Im bliżej była burza tym wiatr łagodniał jednocześnie deszcz zachowywał się jakby chciał zmyć cokolwiek pojawiło się na jego drodze.
Kałuże na ulicach zlały się w jedno, tworząc niewielkie strumyki płynące wzdłuż krawężników. Światła przejeżdżających samochodów rozmywały się w deszczowej mgle, a ich refleksy tańczyły na mokrej nawierzchni niczym duchy. Mimo niepogody za oknem można było dostrzec zarysy postaci — może to dzieci biegające przez kałuże, choć teraz ich sylwetki były zaledwie cieniami w gęstym deszczu. Dodatkowo zrobiło się ciemno a błyskawice nadawały krajobrazowi efekt stroboskopu albo nie było widać albo zatrzymane w rozbłysku obrazki. Szum deszczu mieszał się z tajemniczymi dźwiękami, tworząc melancholijną melodię pochmurnego i już burzowego dnia.
Tymon siedział na schodach prowadzących na strych, żonglując piłką nożną. Jego niebieskie oczy spoglądały tęsknie przez otwarte drzwi do łazienki na okno a zanim boisko, które teraz tonęło w deszczu. Miał pan z Igorem, Szymkiem i Oskarem że pobiegają gdzieś i na zmianę poćwiczą karne. Niestety plan wziął w łeb gdyż pogada tego czerwcowego dnia miała zdecydowanie inną marszrutę. Marzył o tym, by pobiegać za piłką, strzelić kilka goli i poczuć wiatr we włosach, zamiast siedzieć w domu. Piłka była dla niego ucieczką od nudy i sposobem na wyrażenie siebie. Oczywiście mógłby też pogadać z Tatą jak ten już wróci z Teosiem z Angielskiego czy mógłby zagrać sobie w Fortnite — nawet już miał zrobione lekcje na poczet gry w karne na boisku a Tu…. Akurat pogoda domowa a do tego dziś serwery są offline bo ekipa robi jakiś duży update przed evenetem. Pogoda pokazuje że plany to nie jest coś co warto robić z dużym wyprzedzeniem. Uwielbiał sport i aktywność, a siedzenie w domu było dla niego nieco nużące, zwłaszcza że jego telefon się rozładował i nie mógł na nim pograć. Czas zaczynał mu się mocno dłużyć. Komputer też przez aktualizacje ulubionej gry niestety można wyłączyć.
Obok niego przysiadł Teoś, trzymając w rękach książkę od angielskiego. Właśnie wrócił z Tatą z lekcji w lokalnej szkole językowej. Tata był mocno przemoczony, więc poszedł się przebrać, a potem najpewniej do swojego biura na piętrze, bo pracuje zdalnie. Mama miała wrócić jakoś niedługo i pewnie będzie robiła obiad, więc chłopcy mieli chwilę dla siebie.
W przeciwieństwie do Tymona, Teoś lubił naukę i nie traktował jej jako smutnego i nudnego obowiązku. Tymon uwielbiał grać w piłkę i spędzać godziny na potyczkach w Fortnite. Choć niejednokrotnie potrafił też zaskoczyć podczas różnych aktywności naukowych. Odkrywanie nowych rzeczy sprawiało Teosiowi wielką radość, a lekcje były dla niego przygodą. Uwielbiał również tworzyć różne rzeczy, np. rysunki czy kolorowe pudełka. Jednak po zajęciach miał ochotę na relaks i odprężenie, a co może być fajniejszego niż przygoda ze starszym bratem? Jego jasne, blond włosy opadały na czoło, a niebieskie oczy błyszczały z podekscytowania.
— Tymon, mam pomysł — zaczął nieśmiało, próbując zwrócić na siebie uwagę brata. Wiedział, że Tymon nie zawsze chętnie słucha jego propozycji, ale dziś czuł, że może go zainteresować. — Jaki znowu? — Tymon spojrzał na niego, próbując ukryć zniecierpliwienie. Wolałby teraz być na boisku niż siedzieć w domu i słuchać kolejnych pomysłów Teosia. Tym bardziej że Tata jest niestety zajęty, a mogliby coś wspólnie porobić, coś epickiego.
Wiatr za oknem zawył głośniej, a deszcz uderzał w szyby z jeszcze większą siłą. Wydawało się, że dom jest odcięty od świata przez nieustający szum wody. Nagle gdzieś w oddali rozległ się dziwny dźwięk, jakby coś ciężkiego przewróciło się na podwórku.
— Mam nadzieję, że nie będzie gradobicia — mruknął Tymon, obserwując coraz ciemniejsze chmury. — Szkoda roślin, a i samochód może nieco oberwać.
— Schowałeś rower, Teoś?
— Tak, w komórce. Ale wiesz co może zajrzymy na strych, byłeś tam kiedyś? A potem przed kolacja pooglądamy kino burzowe! — zagaił z entuzjazmem Teoś, nawiązując do fascynującego widowiska, jakie tworzy burza za oknem.
— - na Strych powiadasz, hmm wiesz że rodzice mówią żeby tam nie chodzić że to w sumie graciarnia — stwierdził Tymon. Chociaż jednocześnie ważył pomysł brata w sumie nie koniecznie mieli cokolwiek innego do roboty.
— This storm is crazy, right? — wyrwało się nagle Teosiowi, który z dumą przełamywał barierę językową. — But… look at me, I can speak English now: „The weather is wild today!" — dodał, błyskając uśmiechem.
Tymon uniósł brew, zaskoczony, ale i lekko rozbawiony. — No proszę, mały poliglota. Tylko pamiętaj, żeby rodzicom się nie chwalić — odparł, uderzając piłką o stopień schodów. — Jak się dowiedzą, że tak ogarniasz angielski, od razu zapiszą cię na dodatkowe zajęcia. A wtedy pożegnaj się z czasem na zabawę.
Teoś zmarszczył nosek. — But they’d be happy! — zaprotestował, choć jego angielski akcent zdradzał wprawę godną małego lingwisty.
— Pewnie, że by się ucieszyli — przyznał Tymon, przewracając oczami. — Ale w efekcie dołożyliby ci jakieś „rozwijające” zajęcia, a ty byś miał zero czasu na piłkę czy komputer. Wiesz, jak to jest. Lepiej nie kusić losu.
— Okay, i’wll keep it in secret then — szepnął Teoś, przykładając palec do ust z przesadną powagą. Tymon pokiwał głową, a w jego głosie zabrzmiała nuta starszeńskiego doświadczenia. — No właśnie. Czasem lepiej nie afiszować się ze wszystkimi umiejętnościami. Zaufaj mi. Grunt o ogarniać temat w szkole i na zajęciach żeby oceny był właściwie.
Wiatr za oknem zawył ponownie, a deszcz zacinał z taką siłą, że szyby zadrżały. Teoś przysunął się bliżej brata, choć wciąż próbował zachować pozory niezrażonego odkrywcy.
— No chodź, będzie fajnie! — zachęcał, wskazując głową w kierunku strychu. — Przecież nie mamy nic lepszego do roboty.
Tymon przewrócił oczami, ale kąciki jego ust uniosły się lekko. — Kino burzowe? Ja tam wolę kino domowe niż burzowe. W końcu pioruny to nie zabawa, bywają niebezpieczne — odpowiedział z lekko moralizatorskim tonem. Ale już wiedział że to popołudnie może nie być jednak stracone.
Obaj wymienili się uśmiechniętymi spojrzeniami. Mimo różnic potrafili znaleźć wspólny język i cieszyć się swoim towarzystwem. — Więc co Ty na to, żeby pójść na strych? — zapytał Teoś ponownie. Tymon uniósł brwi, zastanawiając się nad propozycją.
— No dobrze — powiedział w końcu, wstając ze schodów i odkładając piłkę na bok. — Ale wiesz, jak będzie silna burza z deszczem, to będziemy musieli się ze strychu szybko wynieść, bo rodzice mogą nas szukać. No i panele są na dachu, a burza i panele to może być różnie.
— Przecież strych jest pod dachem — zauważył Teoś z uśmiechem.
Tymon pokręcił głową, ale uśmiechnął się. — No niby tak, ale lepiej być ostrożnym. Tym bardziej że rodzice mówią, żebyśmy sami tam nie wchodzili.
W tym momencie z góry dobiegł głos taty: — Chłopcy, co robicie? Mam nadzieję, że nie szykujecie się do wyjścia na ogród, bo burza raczej w najbliższym czasie nie zamierza odpuścić. Chłopcy odpowiedzieli zgodnie: — Nie, nie, bawimy się!
Wiatr za oknem zaczął wyć jeszcze głośniej, a deszcz uderzał o szyby z taką siłą, że wydawało się, jakby ściany domu drżały. Tajemnicze odgłosy przewracających się przedmiotów dochodziły z różnych stron, potęgując wrażenie niepokoju. Nagle niebo przecięła oślepiająca błyskawica, a potężny huk grzmotu wstrząsnął powietrzem. Drzewa w ogrodzie kołysały się gwałtownie, a liście szeleściły, jakby szeptały ciche zaproszenie do przygody.
Chłopcy spojrzeli na siebie porozumiewawczo i ruszyli w kierunku drzwi prowadzących na strych, nie wiedząc jeszcze, jakie niespodzianki na nich czekają. Jednakże nim wejdą na strych muszą ogarnąć nie co pokoje żeby w razie „W” mieć możliwość szybko zejść i zająć się czymś w pokojach.
Rozdział 2: Schody niczym górski szlak wspomnień…
Schody na strych znajdowały się niedaleko biura Taty, więc chłopcy musieli zachowywać się cicho, by ich eksploracja się powiodła. Nie były to jednak zwykłe schody składane pod dachem, lecz stare, wiktoriańskie schody, które rodzice sprowadzili specjalnie podczas budowy domu.
— -Wiesz Teoś te schody przyjechał podobno aż z Norwegii. — -W sensie miały kółka i jechały po ulicy do nas do domu?
— - Teoś serio nie przyjechały ciężarówką. Ale tak się mówi jak coś jest sprowadzane z dość daleka.
A schody były masywne, dębowe i misternie zdobione, idealnie komponowały się z bielą ścian oraz rodzinnymi zdjęciami. Słyszeli, że tata rozmawia — - może miał ważne spotkanie albo prowadził transmisję. Ostrożnie zajrzeli przez lekko uchylone drzwi i zobaczyli go w słuchawkach, skupionego na ekranie komputera Jednocześnie szybko klikając myszką rozbłyski kolorów i przytłumione dziwki upewni chłopców że to nie spotkanie a kolejna krucjata może tym razem przeciwko Bhalowi.
— - Gra w swoją ulubioną grę — - szepnął Teoś, zauważając znajomy interfejs „Diablo IV” na monitorze. Drzwi do „Jaskini Gamera” — jak potocznie nazywali biuro taty — były teraz uchylone. Pomieszczenie to, ulokowane na drugim końcu korytarza (bo schody celowo umieszczono lekko z boku, by nie zabierać przestrzeni), było dla chłopców prawdziwą kapsułą czasu. Uwielbiali tam przebywać, szczególnie gdy po odrobionych lekcjach tata zapraszał ich do wspólnego odkrywania niesamowitych światów swojej młodzieńczej pasji. Wypełniała je potężna kolekcja komiksów, figurek z ulubionych filmów i książek, a także podręczników do gier RPG. Stały tam stosy różnych czasopism i książek komputerowych, a ostatnio pojawiły się nawet egzemplarze z lat, gdy tata był nastolatkiem, z opisami gier sprzed ery internetu. Bracia bardzo lubili te chwile, gdy mogli z tatą przejrzeć te „Top Secret” czy „Secret Service”, by poczuć, czym był świat rozwiązywania zagadek w grach lat 80—90, oparty tylko na drukowanych poradnikach i własnej pomysłowości. Choć tata często mawiał, że doba jest za krótka, by ogarnąć to wszystko, „Jaskinia” tętniła historią. Tata zdecydowanie lubił tam się zatopić w grze albo w książce czy komiksie na swoim fotelu. Teoś jak Tymon był na zajęciach często siadał z tatą.
— - W takim razie jest mała szansa, że nas usłyszy — - uśmiechnął się Tymon. — - Jak tata gra, to najczęściej w słuchawkach z noise cancellingiem. Ale lepiej być cicho, bo Lucky nas usłyszy i zacznie węszyć. A on najczęściej siedzi u taty pod nogami.
— - Marsz rację Tymek chyba właśnie podniósł łepek. — Chłopcy po cichu się wycofali i deliktanie domknęli drzwi. Zaczęli ostrożnie wspinać się po krętych, dębowych stopniach, delikatnie mruczących pod ich ciężarem. Drewniane stopnie skrzypiały pod ich stopami, a każdy krok zdawał się być echem w ciszy domu. Stopnie były nierówne i miejscami wyślizgane od lat użytkowania, co zmuszało ich do ostrożnego stawiania stóp. Mama na dole zaczęła powoli szykować obiado-kolacje, dało się wyczuć pieczone mięso i sos pomidorowy z bazylią.
Za oknem deszcz przybierał na sile, uderzając o dach jak tysiące małych pałeczek w napięte płótno bębenków i tworząc melancholijną melodię, która towarzyszyła im w wędrówce. Gdzieś w oddali słychać było głuche pomruki, a wiatr szarpał gałęziami drzew, sprawiając, że ich cienie tańczyły na ścianach niczym duchy. Wesoło przeskakujące między obrazkami i fotografiami na których mimowolnie zatrzymywali wzrok.
— - Trochę tu ciemno — - zauważył Teoś, ściskając mocniej książkę do angielskiego, którą zabrał ze sobą jak talizman. Jego serce biło szybciej, a oczy próbowały przyzwyczaić się do półmroku panującego na klatce schodowej. Nie zapalali światła na schodach w końcu mieli latarki a światło z schodów na pewno zainteresowało by mamę. Tak kroczek po kroczku zmierzali ku górze. W oddali majaczyły w błyska piorunów drzwi na strych.
— - Nie bój się — - odpowiedział Tymon, choć sam czuł lekki niepokój. Starał się brzmieć pewnie, nie chcąc pokazać młodszemu bratu, że też jest trochę zdenerwowany. Pojedyncze błyskawice chwilowo rozświetlały ściany i stopnie podczas wspinaczki. Na ścianach zauważyli obrazy górskich krajobrazów, misternie wykonane z piasku kwarcowego. Sceny przedstawiały majestatyczne szczyty, rwące potoki i zielone doliny, a delikatne odcienie piasku tworzyły niezwykłe efekty świetlne.
Obok wisiały zdjęcia z ich wakacyjnych wypraw na przestrzeni ostatnich lat. Ściana była całkiem spora i miała wiele miejsca, więc zdjęcia dokumentowały życie chłopców od niemalże noworodków, przez kolejne lata i pierwsze wakacje nad ciepłymi morzami. Słoneczna grecja wietrzna Madeira czy upalna Tunezja, piękna piaszczysta plaża na Bałtykiem gdzie powstały twierdze i zamki z przekopami, aż po pierwszy dzień w szkole i przedszkolu. Czy kolejne miały być już z liceum i studiów? Czas pokaże. Widać było na nich rosnących chłopców, a zmiany wieku były wyraźnie widoczne na kolejnych fotografiach. Na jednym zdjęciu Teoś, jeszcze jako trzylatek, siedział na ramionach taty podczas spaceru po Tatrach. Na innym obaj bracia wspólnie budowali zamek z piasku nad Bałtykiem.
— - Spójrz, to my na Kasprowym Wierchu! — - szepnął Teoś, wskazując na fotografię, na której obaj uśmiechali się szeroko, ubrani w kolorowe kurtki przeciwdeszczowe.
— - A tu jesteśmy nad Morskim Okiem — - dodał Tymon. — - Pamiętasz, jak wtedy zaczęło nagle padać?
— - Tak, a mama zrobiła nam gorącą czekoladę w schronisku — - uśmiechnął się Teoś.
— - Chciałbym znów pojechać w góry — - westchnął Tymon — ale tym razem ponownie na Maderę wiesz jakie tam są niesamowite widoki. Z górskiego klifu szczytu patrzysz w otchłań oceanu. Coś niesamowitego.
— - Może w te wakacje — - pocieszył go Teoś. — - Ale teraz chodźmy dalej, zanim tata skończy grać. Z tego co pamiętam mama też bardzo by chciała jakoś na wiosnę pojechać na Maderę mówi że tedy ta wyspa oddycha kwiatami i wiosną.
— Wiesz zobaczmy było nie było teraz mamy początek lata, co będzie w przyszłym roku może Turcja może Madera a może kolonie letnie w Jastarni. Swoją drogą mama i wiosna, dla niej nie koniecznie radosna. Pamiętaj o pyłkach i innych przeszkadzajkach. Czas pokaże a teraz cicho!
Wreszcie dotarli do drzwi prowadzących na strych. Były wykonane z ciemnego drewna, a farba miejscami się łuszczyła, odsłaniając surowe deski pod spodem. Stara, mosiężna klamka była zimna w dotyku i pokryta patyną.
Tymon pociągnął za klamkę, a drzwi otworzyły się z przeciągłym skrzypieniem, które przypominało jęknięcie starego drzewa na wietrze. Pierwsze co poczuli na sobie to lekko ciepły żeby nie powiedzieć gorący podmuch tak jakby westchnienie strychu, było ciepłe lekko wilgotne ale to chyba głownie przez ogólną atmosferę bo na strychu było sucho jak na pustyni.
— - Wow… Jakbyśmy wchodzili do starego zamku — - wyszeptał Teoś, robiąc krok do przodu.
— - Wiesz, może znajdziemy tam jakieś stare taty zbroje i miecze. Miał tego całkiem sporo i nie sądzę, aby wszystko wywiózł do dziadków — - powiedział Tymon, krocząc w głąb ciemnego strychu, który im dalej wchodzili, tym stawał się ciemniejszy.
— -Tymek a masz jakąś latarkę albo swój telefon. — — Ciiiiii zaraz przymkniemy drzwi i postaram się znaleźć światło. Tata mówił kiedyś że zakładali podczas budowy oświetlenie żeby nie chodzić po strychu po omacku.
— -ej mamy latarki a to psikus rozładowane — - cała nadzieja w tym że znajdziesz kontakt. — powiedział Teoś po czym chwycił Tymona za dłoń i szli powoli a Tymon badał ścianę.
— Aha dobrze — szepnął Tymek nadal szukając włącznika. Wzrok powoli przyzwyczajał się do mroku strychu świetliste rozbłyski okna nie pomagały i co chwile obrywał jakiś karton albo bark przesuwający się po nie widzialnym meblu.
Po może chwili może kilku minutach trudno było to konkretnie ustalić doszli w końcu do słupa podtrzymującego dach a tam znalazł się kontakt. Po wciśnięciu po krótkiej chwili zabłysły światła led niczym promienie słońca w ten burzowy dzień ogarnęli wzrokiem pomieszczenie strychu. Ku swojemu sporemu zaskoczeniu nie mogli zlokalizować drzwi wejściowych jakby znikły w mroku za nimi.
Rozdział 3: Skarby Przeszłości przykryte czasem
Czas zdawał się tu całkowicie zatrzymać. Jedynym dźwiękiem, który przerywał absolutną ciszę strychu, było miarowe tik-tik-tik kropli deszczu uderzających o blaszany dach chodź już nie tak intensywnie jak jeszcze wydawało się chwile temu. W tle nieco cichsze puk-puk o niewielkie okno dachowe, którego szyby pokrywała warstwa kurzu i pajęczyn. Każda nowa błyskawica, rozdzierając ciemność na ułamek sekundy, zamieniała strych w teatr świateł i cieni. Jej jaskrawe, białe światło wdzierało się przez okienko, oświetlając dalekie, niedostępne na co dzień zakątki poddasza. W tych krótkich, oślepiających błyskach ukazywały się sterty kolorowych i szarych kartonów. Niektóre, ozdobione napisami „WARSZAWA” lub „RODZICE DOM”, zdradzały pochodzenie zapakowanych w nie przed laty przedmiotów. Inne, z prostymi opisami jak „KSIĄŻKI” czy „ZIMOWE”, kryły swe tajemnice. W powietrzu, gęstym od czasu, unosiły się niezliczone drobinki kurzu. Światło na strychu nie sięgało wszystkich zakamarków a oczywiście tam chłopcy podejrzewali największe skarby i ciekawostki.
Przebijające się przez okno światło błyskawic, a czasem słaby, deszczowy blask dnia, tworzyło z nich lekko połyskliwe, eteryczne kurtyny, które zdawały się płynąć i wirować wokół chłopców, dodając przestrzeni magicznej, onirycznej aury.
Przesuwając się ostrożnie między starymi meblami i pudłami, chłopcy odkrywali zapomniane przedmioty. Strych był prawdziwym archiwum minionych epok. Wśród stert kartonów stały solidne meble, świadkowie dawnych lat. Był tu potężny kredens z ciemnego drewna, z masywnymi, mosiężnymi uchwytami i charakterystycznymi dla czasów PRL szklanymi witrynkami, w których kiedyś pewnie stały kryształowe kieliszki. Obok niego przytulał się do belki mniejszy, okrągły stolik na cienkich, metalowych nóżkach, pokryty wytartą ceratą w kwiaty — niegdyś zapewne dumę jakiegoś pikniku lub ogródka grillowego. W głębi, częściowo przykryta plandeką, stała kanapa tapicerowana w zielony, wytarty aksamit, z drewnianymi podłokietnikami. Jej sprężyny jęczały cicho, gdy Tymon przypadkiem na niej zasiadł nie chcąc kopnąć kartony z opisem szkło. Były też starsze skarby: wysoka, dębowa szafa z rzeźbionymi frontami. Były tam niedźwiedzie tygrysy pamiętająca może jeszcze czasy przedwojenne, oraz skrzynia kufrowa obita blachą, z widocznymi śladami podróży i czasu. Wszystko to pokrywał gruby, mięciutki całun kurzu, który podnosił się w powietrze przy każdym ich ruchu, wirując w smugach światła. Promienie słońca, próbujące przedrzeć się przez zakurzone okno, oświetlały wirujące w powietrzu drobinki kurzu i nadając strychowi magiczny klimat.
Na jednym z regałów leżał zakurzony globus, który Teoś zaczął obracać z fascynacją. Były na nim pozaznaczane małymi chorągiewkami różne miejsca z podpisem Carvi a inne niebieskie Megak. Regał ten, prosty, metalowy, typowy dla wyposażenia szkół lub urzędów w latach 70., skrzypiał pod jego dotykiem. — Spójrz, tutaj jest Polska, ale wygląda inaczej niż na mojej mapie — zauważył, wskazując na duży obszar oznaczony jako Związek Radziecki. — Może to stary globus sprzed lat — zasugerował Tymon, zbliżając się. — Zobacz, Niemcy są podzielone na dwa kraje. — Rzeczywiście! — Teoś otworzył szeroko oczy. — To musi być naprawdę stary globus. Nagle Tymon dostrzegł coś błyszczącego pod stertą starych gazet, leżących na blacie niskiej, kwadratowej szafki nocnej z szufladą, wykonanej z jasnego forniru. Ostrożnie odsunął pożółkłe strony, na których widniały tytuły sprzed dekad. — Patrz na to! — zawołał, wyciągając spod gazet prostokątne urządzenie z charakterystycznym logo. — To Atari 800XL! — wykrzyknął Teoś z entuzjazmem. — Tata opowiadał mi o nim. Mówił, że grał na nim w różne gry przygodowe. Atari 800XL było komputerem domowym z lat 80., o kremowej obudowie i brązowej klawiaturze. Miało porty na kartridże z przodu oraz gniazda na joysticki. Obok leżały dwa joysticki z czerwonymi przyciskami, które wydawały się czekać na nowe przygody. — Wygląda zupełnie inaczej niż nasze konsole — zauważył Tymon, przyglądając się urządzeniu, zdejmując z niego pajęczynę. Obok konsoli znajdowało się pudełko pełne kartridży. Każdy z nich był zapakowany w kolorowe opakowanie z ilustracjami przedstawiającymi fascynujące przygody. Były tam gry takie jak „River Raid”, „Pitfall!”, a nawet „Pack-Man”, „Just” czy „Pengo”. Okładki przedstawiały odważnych bohaterów eksplorujących dżungle, starożytne świątynie czy przestrzeń kosmiczną. — Spójrz na te obrazki! — zachwycił się Teoś. — Wyglądają niesamowicie. — Ciekawe, czy uda nam się to uruchomić — zastanowił się Tymon.