Rozdział 1: Tym razem inaczej
To jakieś poważne nieporozumienie.
Czy zauważył ktoś, że co bestseller, to powieść o skrzywdzonych kobietach? Polska Bridget Jones, Judyta… A my? Gdzie w tym wszystkim są mężczyźni; tacy słabi, pokrzywdzeni? Nie każdy z nas jest przecież nieczułym, twardym facetem. Nie każdy ma ochotę na to, by być postrzegany jako macho — krzywdziciel.
No tak, najłatwiej stwierdzić, że to my jesteśmy wszystkiemu winni. Tak… Jesteśmy karykaturami, podłymi trutniami pozbawionymi uczuć. Nawet w oczach Kościoła to my mamy grzechy, a one — jedynie niewinne ofiary…
…Tym razem będzie inaczej…
Wspomniałem o religii, bo Kościół mówi, aby nie pożądać żony bliźniego swego — nie męża, a to samo w sobie już jest zakłamane, zgrzyta mi od samego początku; co to znaczy — nie pożądać?… Ciekawe. Zawsze myślałem, że każda kobieta, bez względu na stan wszelki, chce być pożądana. Ba, robi wszystko, aby być przedmiotem pragnień. To się dzieje trochę samo. I gdzie tu logika? Spróbujcie powiedzieć do swojej albo czyjejkolwiek żony, że nie budzi w was pożądania, a nie daruje wam do końca życia. Zemści się, a zemsta, jak wiadomo, jest rozkoszą bogów. Przecież one, przewrotne istoty, robią wszystko, aby się podobać i budzić pragnienia — nasze słabości odkrywać.
I jak my, silna podobno płeć, mamy się bronić? Nie pożądasz — źle, pożądasz — od razu skazany jesteś na ogień piekielny.
Rzecz będzie między innymi o kobietach.
Tego dnia wróciłem z pracy wcześniej. Od rana prześladowała mnie myśl, żeby zapakować wszystko i uciec gdzieś… Nie, nie uciec przed rodziną. To by było zbyt prozaiczne. Uciec z miasta. Uciec przed pośpiechem, w jakim przyszło żyć. Podstawową myślą, która mi stale towarzyszy, jest — zdążyć. Biegiem do pracy, biegiem do domu. Szybkie zakupy, szybkie niby-rozmowy, szybki seks… A mnie się marzy powoli… Nie żeby powoli ten seks, chociaż i to mogłoby być przyjemne, ale powoli w ogóle… życie. Pragnę takiego ogólnego spowolnienia. Raz jeden nigdzie się nie spieszyć… Jesteśmy przecież tylko gośćmi na tej wspaniałej planecie, a ja chciałbym zdążyć jak najwięcej zobaczyć i przeżyć, nim zgaśnie moja świeczka…
Czy możecie sobie wyobrazić dni, w które człowiek wstaje rano i bez pośpiechu macha rękoma i nogami (jak utopia, to koniecznie z gimnastyką w tle, bo to przecież zdrowe). Potem spokojne śniadanko. Dzieci, w zależności od potrzeb, do porozstawiania po kątach: przedszkole, szkoła, wcześniej — niańka. Spokojne pożegnanie z żoną (może nawet jeszcze coś szybciutkiego, ale bez poganiania). Potem praca. Wszystko załatwiane bez opóźnienia, bez przekładania. Jakiś obiad. Spokojny powrót do domu… A po drodze: witryny sklepowe, kwitnące magnolie na skwerach… Zakupy — tak, jeśli trzeba, ale nie ma mowy o kolejkach, korkach. Taki spokój absolutny… Marzenia, marzenia, marzenia…
Wszedłem cicho. Wiedziałem, że moja żona lubi się na chwilę zdrzemnąć. Cały dzień z dwójką małych chłopców wyczerpuje, więc gdy tylko przydarza się okazja, kiedy ich położy, sama kładzie się i na chwilę zasypia.
Właściwie przewidywałem, że wyjdę z pracy wcześniej, ale nie dzwoniłem do domu. Myślałem, że najpierw zrobię zakupy. Nie chciałem, aby z wózkiem chodziła po sklepach. Młodszy syn miał dopiero dwa lata, starszy trzy. Wyobrażałem sobie, jak trudno odkleić od siebie marudzącego malca, wołającego:
— Jestem głodny na lizaka, batonika, gumę…
I jak trudno spojrzeć w oczy tym wszystkim starszym paniom, które z politowaniem przyglądają się scence. Kiedyś nawet byłem świadkiem, jak jedna taka powiedziała, że kiedy dziecko głodne, to trzeba mu kupić i co to za matka, i… natychmiast dała mu batona. Już wziąłem głębszy oddech i otworzyłem usta, aby poinformować paniusię, gdzie jest jej miejsce, ale żona chwyciła mnie za łokieć i oczami błagała, abym nic nie mówił. Widziałem, że poczuła się bezsilna. Sama też nic nie powiedziała. Miała rację. Po co? I tak nic by nie osiągnęła.
Bliźni pouczają nas, pomagają nam wychowywać dzieci, czy tego chcemy, czy nie. Zła matka nie kupiła tego, na co dziecko głodne. A swoją drogą ciekawe, co taka paniusia powie za dwadzieścia lat, kiedy się dowie, że jej własny wnuk zażądał od rodziców na przykład kasy na wyjazd, bo musi odpocząć w jakimś znanym kurorcie. Przecież studiuje i jest przemęczony, a obowiązkiem rodziców jest zapewnienie dzieciom godziwego odpoczynku. A może ta sama babcia będzie musiała dzielić się z wnukiem emeryturą, bo jemu nie w głowie będzie praca za tysiąc złotych, kiedy źródło dochodu ma pod ręką. Na piwo starczy. A jak staruszka nie da po dobroci… O ludzka wyobraźnio!
Ludzie jednak nie mają wyobraźni. Oczywiście generalizuję, nie wszyscy. Znam wiele rodzin, w których każdy wie, na co może sobie pozwolić. Od początku określone są dla wszystkich pewne granice. A dziecko to taki mały człowiek; próbuje, co może osiągnąć. Czasami wystarczy raz jeden ustąpić i koniec. Przepadłeś. Doskonale pasuje tu powiedzenie — daj mu palec, całą rękę chwyci. A przecież my dorośli lubimy wiedzieć, na co możemy sobie pozwolić.
Pamiętam scenkę z czasów, kiedy jeszcze sam chodziłem do szkoły. Któregoś dnia wychowawczyni straciła panowanie. Wrzeszczała do mnie:
— To skandal! Czy nikt Cię nie uczył kultury? Jak można tak się zachowywać? Daj dzienniczek!
W dzienniczku zaś napisała coś takiego:
„Szanowni Państwo, Wasz syn zachował się skandalicznie wobec nauczycielki. Proszę zgłosić się do dyrektora w czwartek o godzinie 10.00 na rozmowę”.
Dramat. Bałem się wrócić do domu, bo nie wiedziałem, co będzie. Nigdy jeszcze nie znalazłem się w podobnej sytuacji. Rodzicom opowiedziałem, co się wydarzyło. Wiedziałem, że nie warto niczego pomijać. A poza tym wcale nie czułem skruchy. Naprawdę nie miałem pojęcia, o co jej chodziło, co się właściwie wydarzyło.
Zdawało mi się do tej pory, że pani mnie lubi. Często żartowaliśmy sobie. Nawet żartobliwie przezywała mnie „student”. Trochę mnie to drażniło, bo wydawało mi się, że klasa źle to przyjmuje. „Student” wzięło się stąd, że bardzo dużo czytałem i często wiedziałem więcej niż inni. Nie zawsze umiałem to ukryć i wyrywałem się, to prawda. Ale zawsze wydawało mi się, że pani się to podoba. Chwaliła mnie i sama zachęcała do takiego postępowania. Czasami szedłem korytarzem zamyślony, nie widziałem nikogo i niczego, a pani mijając mnie, żartowała na ten temat. Mówiła wtedy z uśmiechem:
— Znowu bujasz w obłokach. Ciekawe, co wymyślisz; może jakiś wiersz…
Lubiliśmy się.
Tego dnia byłem wściekły. Jeden z kolegów, uczący się wcale nie gorzej ode mnie, zaczął dokuczać mi już od samego rana. Zaczęło się od tego, że od paru dni spisywał ode mnie wszystkie prace domowe. Tego pechowego dnia odważyłem się mu odmówić. Był wściekły, a ja nie miałem ochoty dłużej za niego pracować — raz, dwa, ale nie codziennie. Jak już powiedziałem, byłem wściekły. Na korytarzu mijałem naszą panią. Powiedziałem „dzień dobry” — może rzeczywiście cicho i niezbyt wyraźnie, ale powiedziałem. Zatrzymała mnie. Kazała się ukłonić.
— Przecież powiedziałem już „dzień dobry” — odburknąłem.
— Widocznie tak, że nie słyszałam. Jak chcesz mieć dobrą ocenę z zachowania na koniec semestru, nie zapominaj o kulturze.
— Sam nie wiem, czy chcę — odpowiedziałem.
Chyba oczekiwałem wsparcia. Chciałem, aby spytała, co się stało, pocieszyła, zaradziła. Sam nie umiałem donosić na kolegów. Stało się jednak inaczej. Pani, tonem pełnym ironii, powiedziała:
— Taki jesteś wściekły, jakbyś chciał mnie zabić.
— Bo w tej chwili chcę — wyrzuciłem z siebie.
— Co Ty sobie wyobrażasz? Jak się odzywasz do mnie? Rodziców wezwę. Nie ujdzie ci to płazem itd. itd.
Wrzeszczała, a ja udawałem, że nie słyszę, aby już nic nieodpowiedniego nie powiedzieć i nie pogorszyć sytuacji. I tak nie bardzo rozumiałem, o co jej chodzi. Pewnie poprzedniego dnia na taką samą odpowiedź zareagowałaby normalnie. Przecież byliśmy partnerami; wiele razy to podkreślała. Może zainteresowałaby się, dlaczego tak powiedziałem. Tego dnia uznała to za obraźliwe.
Dopiero z perspektywy czasu wiem, że dała mi powód, abym tak odpowiedział, niwelując wcześniej granice, jakie powinny być między mną-uczniem a nią-nauczycielką. Ja, dziecko, nie wiedziałem, gdzie one są, bo były niejasne; raz traktowała mnie jak kumpla, z którym żartowała, innym razem, jak w tym przypadku, jak kogoś gorszego, mało ważnego. Ona straciła panowanie, bo przyszło jej do głowy, że te granice przekroczyłem. Nie pamiętam już dokładnie, jak tamta sprawa się zakończyła, ale teraz, mając własne dzieci, uważam, że najważniejsze jest właśnie określanie granic. Rodzic kumpel to nie to samo co rodzic partner. W tym partnerstwie musi być miejsce na szacunek, na autorytet… Dopiero wtedy można mówić o wychowaniu. A w przypadku kumplowania się nie ma mowy o szacunku.
Moglibyśmy zainscenizować taką scenkę: dziecko stoi, a rodzic schodzi do jego poziomu, bo chce być kumplem, i kuca. Rozmawiają i bawią się na jednej płaszczyźnie. Wszystko jest sielankowe, ale w pewnej chwili rodzic stawia jakieś żądanie, ustala zakaz lub nakaz. Dziecko nie zgadza się z tym. Jest zdecydowane bronić swojego zdania, wynikającego z mniejszej ilości wiedzy i doświadczenia. Rodzic wie, że nie będzie to dla dziecka dobre. Podnosi się z poprzedniej pozycji i już z pozycji dorosłego — rodzica, a nie rodzica kumpla — nakazuje jakieś działanie. Dziecko czuje się zawiedzione. Przecież to jego kumpel. Jak on tak może? Miało być po partnersku… W ten sposób najwyraźniej zobaczymy, jak my, dorośli, odbieramy dzieciom to, co dla nich najważniejsze — poczucie bezpieczeństwa.
Takich sytuacji jest w życiu wiele. Najprostsza, najczęściej obserwowana w relacjach dzieci i dorosłych, ale też przełożonych i podwładnych, to sytuacja, gdy dopuszczamy do zbytniego spoufalenia się. Zauważcie, że wtedy, gdy nie potrafimy się już z tego wycofać jako silniejsi — umykamy, obrażamy się, wymigujemy od towarzystwa… To właśnie ten brak granic. Granice… Granice… I nigdy nie wiadomo, gdzie jest to najwłaściwsze miejsce, aby je postawić.
Tak więc tego dnia wróciłem wcześniej. Zobaczyłem ją. Siedziała przy stole zamyślona. Podniosła na mnie zdziwione oczy, jakby chciała zapytać, co się stało, że już jestem. Cmoknąłem ją w policzek, a ona, jakby nigdy nic, powiedziała cicho:
— Jestem w ciąży.
Zachwiałem się. Gdyby w tym momencie piorun uderzył w kuchenny stół, mniej bym się zdziwił. Nie umiałem wykrztusić słowa. Już widzę miny wszystkich czytających kobiet. Widzę na ich twarzach wymalowane rozgoryczenie, święte oburzenie: „Jak to? Łajdak, zamiast się ucieszyć… Oni tak zawsze… Najpierw robią, potem winę zrzucają na kobietę… Powinien przytulić i wesprzeć, bo jej na pewno ciężko nosić trzecie dziecko, w dodatku przy dwójce malutkich. Typowy facet…”.
Ano, może typowy. Problem w tym, że od co najmniej roku moja żona spała samotnie w kuchni, tłumacząc, że to na pewno szok poporodowy po drugim dziecku, a ja sypiałem z chłopcami w pokoju. Często się budzili; a to pić im się chciało, innym razem coś strasznego się przyśniło starszemu. Jednym słowem dobrze było trochę czuwać, aby w razie czego pomóc. Chciałem, aby ich matka miała spokojne noce. Wiedziałem, że jest do dyspozycji dwóch brzdąców przez cały dzień.
— Możesz to wytłumaczyć? — zapytałem niepewnie.
Nic nie odpowiedziała.
Nie wiedziałem, co zrobić, jak się zachować. Nagle runął mój cały budowany dotąd świat. Nigdy nie wyobrażałem sobie podobnej sytuacji, ale chyba niezdolny byłbym coś podobnego wymyślić. Była w ciąży… Moja żona… Bez mojego udziału…
Nie wiedziałem, jak powinienem zareagować. Potrzebowałem pomocy, rady… Potrzebowałem kogoś, kto mnie przygarnie, wysłucha… Miałem ochotę zabić ją, a równocześnie czułem się bezsilny i bezbronny jak małe dziecko. W głębi chciałem, aby okazało się, że to tylko sen i za chwilę się obudzę.
Wyszedłem z domu. Nogi same poniosły mnie do budki telefonicznej. Wykręciłem dobrze znany, choć od przeszło czterech lat nieużywany numer.
— Słucham — zabrzmiało w słuchawce.
Przestraszyłem się. Chwilę trzymałem telefon przy uchu, nasłuchując śpiewnego: „Halo! Słucham”. Potem tylko szepnąłem:
— Przepraszam. Pomyłka — i odwiesiłem słuchawkę.
Nie mogłem tego zrobić.
Żałosna szarość puka do drzwi,
wciska się szparami…
Dobrze jej tu ze mną.
Czas płynie i przypomina rwącą rzekę
— jej bystra, szara woda uderza w kamienie,
rozrzuca je
monotonnie,
szaro.
Wciska się wszystkimi szparami we mnie.
Poszedłem przed siebie. Nie wiem, gdzie było to „przed siebie”. Nogi same szły. W pewnej chwili poczułem, że pada deszcz. Drobne kropelki chłodziły moją twarz. Chciało mi się płakać. Byłem wściekły. Czułem z każdej strony wciskającą się we mnie bezradność.
Moje myśli zaczęły oddalać się od teraźniejszości. Przed oczami zaczęły pojawiać się dawno minione chwile. Te chwile, które chciałem ukryć gdzieś na dnie. Te, o których dotychczas próbowałem nie myśleć, nie pamiętać. Te, do których tylko czasami, bez udziału świadomości, wracałem w snach… Chwile, których mi brakowało… Chwile, za którymi tęskniłem najbardziej na świecie…
To było pracowite popołudnie, podobne do innych. Siedziałem w akademiku przy oknie, tyłem do drzwi, i na parapecie pisałem referat. Stół w pokoju był, ale tak mi było wygodniej. Lubiłem to miejsce. Mogłem raz na jakiś czas oderwać się od liczb i spojrzeć za okno. Widziałem spacerujące pary. Widziałem dziewczyny idące do akademika albo wychodzące z niego. Czasami wyobrażałem sobie, że któraś z nich idzie do mnie… A one były takie piękne; bez względu na porę roku zawsze wiosenne. Zaraźliwa była ich wesołość, radość w każdym ruchu, nieład najbardziej nawet uporządkowanych włosów i wiosenna soczystość warg… Mimo odległości widziałem to wszystko bardzo wyraźnie. Lubiłem patrzeć, jak się swobodnie poruszają… Zawsze drażnił mnie widok sztywnych modelek, stawiających noga przed nogą bardzo wyuczenie i nienaturalnie. Zwróciłem nawet kiedyś uwagę, że większość modelek ma krzywe nogi; tak, nie niezgrabne, a wręcz krzywe, więc jak tak idą po wybiegu, wyglądają co najmniej żałośnie.
Ale o gustach się nie dyskutuje, więc mogę za modelkami się nie oglądać, tylko podziwiać moje zaokienne, wiosenne dziewczyny. I mogę wypatrywać tej jedynej, która zaraz wejdzie… Za chwilę okaże się, że to na nią czekałem… Nie, to wcale nie znaczy, że nie mogłem znaleźć dziewczyny (jeszcze tego by brakowało). Miałem niejedną. Niestety na krótko.
Z zazdrością słuchałem opowieści kumpla, który z niezmiennym zachwytem mówił o swojej już od trzech lat. W porządku, można się zakochać. Nawet śmiertelnie i na wieki. Rozumiem. Ale jednego nie pojmowałem. Oni spotykali się już trzy lata i on na żadną inną nie spoglądał, bo nie chciał. A jak o tej swojej opowiadał, to jakby czytał jakąś powieść dla panienek albo poezję miłosną. Jeśli wierzyć jego przekazowi, była nieziemska. Piękna, zgrabna, mądra. W dodatku utalentowana pasjonatka; trochę malowała, uwielbiała śpiewać. Bajeczna dziewczyna. Gdy prosiłem, aby pokazał jej zdjęcie albo porównał do jakiejś aktorki czy modelki, mówił lekceważąco:
— Chłopie, Ty w ogóle nie wiesz, co mówisz — modelka, aktorka… Nawet nie wyobrażasz sobie, ile im brakuje… I ile jeszcze musiałyby się uczyć, aby być trochę bliżej mojej dziewczyny…
— Poczekamy, zobaczymy, jaki to cud — przekomarzałem się z nim.
Złościło mnie to jego gadanie, ale równocześnie coraz bardziej pragnąłem ją zobaczyć, poznać ten cud natury. Jego opowiadania sprawiły, że tęskniłem za tym ideałem. Może dlatego, że sam miałem pecha. Z nawiązywaniem znajomości nie miałem żadnych problemów. Podobno byłem przystojny (ciekawe, czy jestem dalej?). Za głupiego też mnie nie uważano. Ale co jakąś poznałem, to albo już marzyła o ślubie i dzidziusiu: „źlobimy siobie dzidziusia — mówiła po dziecinnemu — Babusia nam pomozie wychować. Dziadziunio da pieniąźki na mieśkanko…”. Albo była na całkowitym luzie — na takim luzie, że w głowie miała tylko dyskoteki, kasę i rozrywki. Lubiła balować i używać życia. Marycha jej, co prawda, nie smakowała, ale jako nowoczesna dziewczyna musiała ją palić… To nie dla mnie.
Czasami żartowałem, że powinienem szukać po domach podczas wyborów Miss Polski, bo wtedy te najwartościowsze dziewczyny, piękne i mądre, a pełne kompleksów, siedzą i zazdroszczą (zapewniam, że nie ma czego) tym na wybiegu. Rozglądałem się, ale tak naprawdę plany miałem jasno określone. Chciałem najpierw skończyć studia, znaleźć pracę, a dopiero potem myśleć o rodzinie.
Gdy tak siedziałem nad cyferkami, bujając co jakiś czas w obłokach marzeń i rozmyślań, usłyszałem pukanie. Zanim zdążyłem odpowiedzieć, drzwi otworzyły się i usłyszałem:
— Cześć — głębokie i aksamitne, takie zwyczajne-niezwyczajne.
Czułem, jakby ktoś mnie zaczarował. Byłem na siebie zły. Wreszcie, po najdłuższych sekundach świata, wykrztusiłem:
— Cześć — czułem, jak zaschło mi z wysiłku w gardle.
Nie odwróciłem się, udając, że muszę dokończyć obliczenia. Spełniły się moje marzenia?… Przed oczami, w ułamku sekundy, przelatywały mi wszystkie wymyślone kiedykolwiek i przez kogokolwiek księżniczki… Przyszła wreszcie i do mnie ta wymarzona i wyoglądana przez okno dziewczyna?…
Głos kumpla przywołał mnie do rzeczywistości:
— Chciałeś poznać Gosię, oto i ona.
To do niej należał ten głos. To jej „cześć” tak na mnie podziałało. Przez głowę przebiegła mi myśl: „uważaj chłopie, bo jeśli zwykłe »cześć« tak działa…”.
Najtrudniej wykryć, skąd się wzięło,
gdy bardzo chce się znać przyczynę.
Kiedy właściwie się zaczęło?
Na kogo można zrzucić winę.
Komu zarzucać, że złamane
zostały prawdy i morale.
Kto się pogrążył od początku?
Kto może dalej chodzić w chwale?
I komu wolno, choć czasami,
przejść za barierę snu słodkiego?
Kto odgrodzony jest murami
i mu nie wolno nawet tego?
W kim siły, by do walki stanąć,
było i zawsze będzie dosyć?
Kto nie potrafi żyć, by nie brnąć
i nie wyzywać ciągle losu?…
Można by szukać wciąż przyczyny,
znaleźć, skąd jest pokusy siła
(albo też mieć poczucie winy,
że się zaczęła czy — skończyła?).
Można, lecz może lepiej nie znać,
nie szukać prawdy i winnego,
wierzyć w ukryte losu plany
i nie poprawiać wcale tego…
Odwróciłem się i zobaczyłem oczy. Tak. Nie zobaczyłem jej, tylko jej oczy — duże, nieokreślone, może czarne. Nie wiem. Coś było w nich takiego, że zrobiło mi się głupio, że tak stoję i milczę. Próbowałem pokryć zmieszanie. Podszedłem do nich.
— Wejdźcie dalej. Miło mi Cię wreszcie poznać. Max mówił o Tobie… I miał rację… — dodałem jakby niepewnie.
— A dobrze czy źle mówił? — zażartowała.
— Dziewczyno, nic nie mów — pomyślałem w duchu, a głośnio dodałem:
— Dużo mówił i ja mu się nie dziwię…
— Lubisz mówić zagadkami? — zapytała.
— Czasami… Zrobić wam coś do picia? Siadajcie, gdzie kto może. — Nerwowo zacząłem zbierać porozrzucane na łóżku rzeczy.
— Nie, dziękujemy. Przyszliśmy tylko powiedzieć Ci dzień dobry. Dużo Gosi o Tobie opowiadałem, więc uznałem, że mogę Cię także pokazać — odrzekł Max.
— Dzięki… Serdeczne dzięki za dobre słowo… I jak wypadł ogląd? — zaśmiałem się trochę niepewnie.
— W porządku — powiedziała zdawkowo tym swoim głębokim głosem.
— Może jednak rozgościcie się? Zaraz zabawię się w gospodarza — zachęcałem ich do pozostania.
— Gosia chciała jeszcze iść na spacer. Mówiłem Ci, że to jedna z jej słabości. Mamy chęć sprawdzić, czy nikt nie zmienił miejsca położenia Łazienek Królewskich, bo szkoda by było… A może wybrałbyś się z nami? — przerwał moje zaproszenie Max.
— Nie, nie bardzo mogę… Właśnie siedziałem nad referatem, a muszę go szybko skończyć… Wpadnijcie przy okazji… Miło było Cię poznać.
Uścisnąłem podaną dłoń i… w duchu przekornie dziękowałem bogom, że już wychodzą. Czułem do siebie obrzydzenie. Dotknięcie jej ręki, głos, oczy — i to wystarcza, aby zrobić kumplowi świństwo? Dobrze, że już wyszli.
Niepokój mnie dręczy, od wewnątrz rozpiera,
czy to, co najgorsze, wydarzy się teraz?
Czy dzisiaj się stanie, czy jeszcze ominie?
A może nim dojdzie do mnie, całkiem zginie?…
I myśli wciąż krążą i mamią swą siłą,
a może najgorsze już się wydarzyło,
a teraz to lepsze tylko ku mnie kroczy.
I mimo że czuję zło i widzą oczy,
to żadna mnie klęska dosięgnąć nie może,
bo wierzę, że zawsze mogłoby być gorzej…
A swoją drogą, już mu się nie dziwię. Skąd on wytrzasnął taką dziewczynę? Określenie „laska” byłoby dla niej zbyt prostackie. Nie pasowałoby do niej. O takiej dziewczynie mówi się z szacunkiem i elegancko. To jedna z tych, które całuje się w rękę, podaje płaszcz, gdy wychodzą, otwiera drzwi przed nimi, odsuwa krzesło, aby wygodnie było im usiąść czy też podnieść się od stołu. Jedna z tych, dla których jedyny właściwy kwiat, to ten najpiękniejszy, jedyne miejsce — to najlepsze, i jedyny facet — książę z bajki. Ale ani ja nie byłem księciem, ani Max.
Zamyśliłem się. Z oddali, zza okna, słyszałem muzykę. Łatwo rozpoznałem ten utwór, bo było to najkrótsze, ale zarazem najsmutniejsze Preludium F. Chopina. Dźwięki potęgowały mój nastrój. Zdawało mi się, jakby to nie poszczególne dźwięki, a łzy płynęły… Rozmarzyłem się na smutno, tkliwie… prawie ckliwie… Pewnie sam kompozytor nie przypuszczał, że u progu XXI wieku jego muzyka będzie tak bliska temu, co czuje dwudziestoparoletni mężczyzna…
I na tle tej urzekającej muzyki myślałem o nowo poznanej dziewczynie mojego kumpla. Była bardzo zgrabna i ładna — jedna z tych, co to na szczęście nie mają czasu na udział w konkursach, bo jak nic miałaby tytuł najpiękniejszej. Figura modelki. Wymiary — niech się schowają anorektyczne dziewczyny biegające po wybiegach. Długie, związane w koński ogon włosy okalały głowę kasztanowym połyskiem. A oczy… już wiem, nie były czarne. Kiedy spoglądała w dal, źrenice, bo to one powodowały czerń, malały i wyłaniały się jakby zza nich błękitne, a może turkusowe tęczówki. Błękitu nabierały białka. Co za zjawisko! Pierwszy raz coś takiego widziałem.
Usiadłem z powrotem do referatu, ale nie mogłem przestać o niej myśleć. Znaleźć taką dziewczynę… Też bym jej nie opuścił i ciągle o niej opowiadał. Nie dziwiłem się już Maxowi. I ten głos. Mój Boże, co za barwa! Spokojny, usypiający wręcz, ale nie nudny. Głęboki — jakby ktoś Cię muskał aksamitem, koniecznie w kolorze nocy… Co za bzdury tłuką mi się po głowie? Ale naprawdę, coś niebywałego… Max ma szczęście… Ciekawe, skąd ją wytrzasnął? Mówił kiedyś, ale nie zwróciłem uwagi… Podobno jestem przystojniejszy od niego, podobam się dziewczynom. Nieraz bywało, że miałem wrażenie, iż niedoszłe teściowe też o mnie zabiegają. Nawet zdarzyło mi się, że jeden z przyszłych teściów miał mi za złe zwykłe szarmanckie gesty w stosunku do swojej żony… To czemu, u diabła, jemu się udało, a mnie nie?
Siedziałem tak, patrząc za okno i niczego nie widząc. Naglę zauważyłem, że zrobiło się ciemno i włączyły się latarnie. Cienie układały się w obrazy.
Upiorne cienie wychylają z mroku
swoje sylwetki, przerażając wszystkich.
I patrzę z przodu, i spoglądam z boku,
czy nie rozpoznam w nich osób mi bliskich.
Głosy szelestem szemrzą z każdej strony;
to nawołują, to znów odpychają.
Nikt nie zna na nie skutecznej obrony,
bo siłę wielką strasznej czerni mają.
Tak samo w życiu, kiedy strach ogarnia
i nierealność wyłania się z mroku,
chcemy, by chociaż niewielka latarnia
dała nam światło, dotrzymała kroku;
bo tylko kiedy blask mroki ogarnie,
wszystkie nocne upiory przestają być czarne…
Pierwszy raz zwróciłem na to uwagę. Nigdy nie wróżyłem z fusów ani woskowych odlewów. Ale te cienie przypominały mi to wszystko, co wiem o takich wróżbach. Raz układały się w kształt serca, za moment przekształcały w klucz czy samotny okręt. Im dłużej im się przyglądałem, tym więcej scen przesuwało się przed moimi oczami. Maleńki podmuch wiatru wystarczał, aby wszystko groźnie zafalowało i przegoniło poprzednie mary. Jak w dziecięcym kalejdoskopie. Pozornie zwyczajna rura zawierająca trochę szkiełek, a gdy w nią patrzysz, nagle dostrzegasz najpiękniejsze witraże świata. Ich kruchość jest tak niebywała, że wystarczy delikatny ruch, aby je stracić bezpowrotnie. To tak jak z płatkami śniegu — udało się komuś złapać dwa takie same? Natura ma bujną wyobraźnię. O wiele bogatszą od naszej. Nie potrafilibyśmy narysować tak wielu różniących się od siebie płatków, choćbyśmy mieli na to całe życie.
Cienie, witraże w kalejdoskopie, płatki śniegu… A ludzie? Czyż nie jesteśmy jak te płatki — każdy inny, niepowtarzalny, pozornie tylko podobny do poprzedniego?… Nie nastraja mnie to pozytywnie. To by znaczyło, że skoro Gosia jest Maxa, to nie mogę mieć drugiej takiej samej dziewczyny… Nagle absurdalnie zapragnąłem, aby było możliwe sklonowanie jej dla mnie… Co za bzdura? Który facet zgodziłby się, aby ktoś miał dokładnie taką samą kobietę?… Jego musi być ta właściwa, najlepsza, idealna… I dlatego nawet klonowanie nie rozwiązałoby mojego problemu.
— Trzeba się ruszyć i coś zjeść — pomyślałem. — Na dziś dość udawania, że piszę…
Zamknąłem oczy. Z oddali płynęła muzyka. Tym razem jakiś Nokturn, też Chopina. Miałem wrażenie, że ktoś wie o moim nastroju i specjalnie włącza to, co lubię: powolne, dostojne, refleksyjne… Z przyjemnością wsłuchiwałem się w akordy. Muzyka typowa dla tego jednego kompozytora docierała do mnie jak zza mgły… Stłumione dźwięki pozwalały na wtłoczenie w wyobraźnię obrazów odległych od sal koncertowych… Pajęczyna obwieszona kropelkami rosy, słońce prześwitujące między konarami drzew, delikatny deszczyk spadający na włosy… Jej bursztynowo-kasztanowe włosy…
Deszcz spadał kropelkami na moją twarz. A ja szedłem przed siebie. Nie myślałem o czasie, o tym, dokąd idę… Szedłem… Moje myśli nieustannie błądziły w czasie dawno minionym…
Wzdłuż alei jak wojsko stoją smukłe drzewa,
wiatr nimi lekko rusza, cicho liśćmi grają.
Gdzieniegdzie ptak jakiś zagubiony śpiewa,
a w korony drzew gwiazdy promienie wkładają.
Z dala jakiś znajomy zapach tu dociera,
delikatny, lecz silny, Ciebie przypomina
i resztki niepamięci ze sobą zabiera,
i czuję, że zaczynam drżeć jak wątła trzcina.
Jakbyś tu nagle przyszła, przede mną stanęła…
Lecz wiem dobrze, że tylko złudzenie
Znowu mnie ogarnęło
I przeszłości cienie.
Okazało się, że najbliższego sylwestra muszę spędzić w akademiku. W domu panowała grypa i rodzice nie chcieli, abym przyjeżdżał. Mieli dość kłopotów beze mnie. Prosiłem, bardzo chciałem im pomóc, opiekować się nimi, ale uznali, że gorzej będzie, jeśli i ja się rozchoruję. Stwierdzili, że sami sobie poradzą, tym bardziej że miał przyjechać mój młodszy brat z żoną i to oni mogli tym razem zaopiekować się rodzicami. Przywykłem, że troska o „starszych” spoczywa na moich barkach i wewnętrznie wcale nie czułem się zwolniony. Było mi z tym ciężko, ale argumenty, że ostatni rok studiów i ostatnie egzaminy są ważniejsze od sylwestra w domu i ewentualności złapania grypy — przekonały mnie. Zresztą byłem u nich w święta. To były cudowne święta; pogoda dopisała, więc były spacery, kuligi, lepienie bałwanów, śnieżki…
Wiem, że dziwnie to brzmi, ale moi rodzice bardzo lubili beztroskie zimowe zabawy. Pamiętam, że kiedy byłem małym chłopcem, dużo czasu spędzaliśmy, rzeźbiąc czarodziejskie krainy w śniegu, rozgrywając śnieżkowe igrzyska. I tacy są do dzisiaj. Kiedy tylko spędzamy razem święta i sylwestra, jest wesoło i mogę znowu poczuć się jak mały chłopiec. Z utęsknieniem czekałem na ten świąteczny czas. Nie wyobrażałem sobie, abym kiedykolwiek mógł spędzać święta bądź sylwestra bez nich. Bardzo ich kochałem. Tym bardziej byłem zawiedziony, że tym razem nie powitam z nimi Nowego Roku.
Zazdrościłem Maxowi ich planów. Mieli wyjechać na sylwestra do znajomych w góry. W planach był bal, ognisko, kulig, fajerwerki… Jeśli nie mogłem być w rodzinnym domu, to bardzo chciałem być tam z nimi… Ale tak naprawdę nie zazdrościłem im gór, zabawy, zimowych atrakcji… Chciałem patrzeć na jej szczęśliwą twarz. Spoglądać w oczy, w których odbijają się iskierki ognia — bo jaki to kulig bez pochodni?…
Znowu szybowałem gdzieś w obłokach. W moich marzeniach, w blasku iskierek tak pięknie wyglądała… I ten śnieg skrzący na jej włosach… Do tego… rozchylone usta…
Spadła kropla szampana niebieskiego na ziemię,
rój błękitnych śnieżynek porwał myśli splątane.
A za oknem, na drodze, pełno dziwnych zagłębień;
spróbuj zgadnąć od czego,
przecież dobrze Ci znane…
Spadła kropla szampana, za nią druga, kolejne…
Od błękitu śnieżynek świat posmutniał i zamilkł.
Koleiny na drodze zasypane już pewnie,
nie zobaczysz, choć szukasz
mknących po śniegu sań…
Już i ślady szampana zagubiły błękity.
Suknia szumi inaczej niż na balu Kopciuszka.
Choć był Książę,
gdzieś teraz przez ciemności ukryty…
Nie pomogą bogowie, ni zaklęcia, ni różdżka…
Zniknął szampan, śnieżynki, nawet suknie i bale.
Nie ma Księcia i nie ma romantycznych już sań.
Nie pomogły zaklęcia ani prośby, ni żale…
…Tylko gdzieś przemykają cienie cienie panów i pań…
Od tamtej pory, kiedy Max przedstawił mi Gosię, spotkaliśmy się kilka razy. Byliśmy nawet we trójkę w kinie. Gosia chyba mnie polubiła.
Ktoś kiedyś powiedział, że fakty należy interpretować po swojemu — tak, jak nam jest wygodnie. Bo to przecież nasze życie. Jeśli się mylimy, to i tak zdążymy, chociaż wewnętrznie, przeżyć to, co chcieliśmy. To niewątpliwie bardzo wygodne stwierdzenie. Chciałbym móc wierzyć w te moje nadinterpretacje jej zachowań. Jednak aż strach pomyśleć, do czego one by doprowadziły. Dajmy na to, rzeczywiście uwierzyłbym, że mnie lubi, szuka mojego towarzystwa, a może nawet coś więcej — że nie jestem jej obojętny… Jakie miałoby być moje dalsze posunięcie? Strach pomyśleć… Chyba, mimo że to wygodne, oprę się na szukaniu realiów, bez nadinterpretacji… Choć co prawda, czasami naprawdę wydawało mi się, że szuka mojego towarzystwa. Nie dopuszczałem jednak do siebie myśli, że między nimi mogłoby się popsuć, i to przeze mnie. Zresztą nie miałem szans. Max pilnował jej na każdym kroku. Był ciągle w stadium zaślepienia. Jak dawniej; z tą różnicą, że tym razem wierzyłem, że to możliwe.
Tymczasem, kiedy byłem sam, mimo wszystko łapałem się na tym, że myślami wracam do spotkań z Gosią. Śniło mi się kiedyś, że szliśmy za rękę — było to w jakimś parku. W pewnej chwili pocałowała mnie. Obudziłem się. Pragnąłem jej. Po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, a właściwie przyznałem się przed samym sobą, że jej pożądam. Równocześnie pojawiły się wyrzuty sumienia: „Max, kumplu, to tylko sen…”. Czyżby?…
Tak bym chciał poznać Ciebie jedną chwilę wcześniej,
wołać Cię po imieniu na jawie i we śnie.
Nigdy Ci nie pozwolić odejść do innego.
— Czemuśmy się nie znali od zawsze, dlaczego?
Tak bym chciał być tym pierwszym, tym dłużej kochanym,
tym, dla którego świat cały milknie zapomniany.
Tak bym chciał słuchać w ciszy Twego serca bicia
i nie przerywać nigdy aż do końca życia…
Tak chciałbym bez lęku porwać Cię w ramiona.
Odmieniać w ciszy słowa — Ty, my, wymarzona…
Tak bym pragnął na Ciebie patrzeć z całkiem bliska
bez poczucia winy, że płonie w nas iskra.
Przed nami droga trudna do naszych słabości.
Jakże czasami wiele jest we mnie zazdrości,
że nie mogłem Cię poznać jedną chwilę wcześniej
i żyć z Tobą na jawie tak, jak teraz we śnie…
I pragnąć, by tylko dla nas kręciła się ziemia,
(Bo tak dużo jest we mnie dla Ciebie lubienia).
No, ale wróćmy do sylwestra.
W akademiku nie ma problemu samotności. Wszyscy bawią się ze wszystkimi. Kto mieszkał w takiej rodzinie, wie, że trzeba tylko przynieść ze sobą coś procentowego i już jest się zaproszonym, mile widzianym gościem. Imprez zapowiadało się wiele, tylko wybierać. Na nic nie miałem ochoty. W końcu powiedziałem wszystkim, że jadę do domu. Takie małe kłamstewko, aby się odczepili. Tylko Gosia i Max znali moją sytuację i wiedzieli, że będę w akademiku. Ale ich się nie spodziewałem, bo przecież wybierali się do znajomych w góry.
W całym akademiku trwały przygotowania. Słychać było bieganie po korytarzu, trzaskanie drzwiami. Co jakiś czas rozbrzmiewały krzyki, śmiechy. Zza drzwi dochodziły rozgorączkowane głosy. Ktoś przesłuchiwał taneczne płyty, zapewne przygotowywał je przed przyjściem towarzystwa.
Nie tęskniłem za imprezą, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że było mi dobrze. Czułem się osamotniony. Zrobiłem sobie kolację; już kilka dni wcześniej kupiłem wino musujące i jakieś długoterminowe ciasto. Jak szaleć, to szaleć. Dochodziła 22.00. Usiadłem przed telewizorem. Zacząłem przełączać kanały. Nie było nic, co mogłoby mnie zainteresować. Pomyślałem sobie, że przyjdzie mi nudzić się cały wieczór. Ba, nawet całą noc. Filozofując, mógłbym powiedzieć: rok cały, a nawet i Nowy Rok… Włączyłem jakiś western. Miałem wrażenie, że już go parę razy oglądałem, ale chciałem, aby coś brzęczało. Udawałem sam przed sobą, że nie ma ciszy, nie ma samotności i nie jest mi przykro z powodu takiego sylwestra. Było to trudne. Tym bardziej że jeszcze do północy było trochę czasu, a już nieposłuszne myśli zaczęły błąkać się w nieporządnym towarzystwie… Gosia…
I właśnie wtedy usłyszałem pukanie. Byłem pewien, że ktoś szuka chętnych do zabawy. Nie byłem chętny. „Odczepcie się wszyscy ode mnie” — pomyślałem wściekły. Nie ruszyłem się z miejsca. Nie chciałem, aby ktoś, kto się dobijał, usłyszał, że jestem. Nie takie miałem plany. Nie potrzebowałem nikogo. Tylko ja, kieliszek i marzenia… Nie, nie planowałem tych marzeń, ale, do diabła, wiedziałem, że są nieuniknione. Od początku miałem przeczucie, że potrzebuję spokoju właśnie dlatego, aby nikt nie zakłócał mi snów o niej. Od początku próbowałem sobie wmówić, że to nieprawda, ale nie miało to sensu…
Po chwili pukanie powtórzyło się i usłyszałem głos:
— Otwórz, to my! Przyszliśmy, abyś Nowy Rok witał z nami, a nie sam.
Zamarłem. Poczułem, jak zalewa mnie fala radości; błogiej radości, jak określiłby to jakiś romansopisarz. To był głos Gosi. Ale po co przyszli? Przecież powinni być w górach, a ja miałem pić i z zazdrością myśleć, że doskonale się bawią. Wiele razy przecież wyobrażałem sobie, jak ten ich sylwester będzie wyglądał… Co się stało?…
— Już otwieram — z ociąganiem podszedłem do drzwi. Z podobnym ociąganiem przekręciłem klucz w zamku.
Byłem szczęśliwy, że przyszła, ale równocześnie wściekły, że jest z nim. Po co mi to? Wiedziałem, gdzie jest moje miejsce. Jego było przy Gosi. Moje — na bocznicy. Ja mogłem pozwolić sobie tylko na ukryte marzenia, na sny, pragnienia, których nikt się nawet nie domyśli. Byłem pewien, że gdyby domyślała się, co czuję, nigdy więcej nie ujrzałbym jej. Może straciłbym przy okazji kumpla. Musiałem być ostrożny; każde słowo, spojrzenie, gest, odkrywając uczucia, mogły wywołać aferę i plotki, a tego ze względu na nią i, co tu ukrywać, na siebie, nie chciałem. Nie mogłem sobie pozwolić na głupie intrygi. W akademiku szybko rozchodzą się takie wieści; byłbym napiętnowany jako ten, który próbuje odbijać przyjacielowi dziewczynę. (Max nie był co prawda moim przyjacielem; studiowaliśmy razem, był sympatyczny, lubiłem go, ale to wszystko). Nic jednak nie usprawiedliwiłoby mojego zachowania w stosunku do niego. Gosia była jego dziewczyną, a to prawie tak, jakbyśmy powiedzieli — jego własnością. Bałem się tej ich wizyty.
„Max — wołałem w duchu — idźcie, póki nie jest za późno. Zabieraj ją jak najdalej ode mnie”. Równocześnie byłem szczęśliwy, że ją widzę. Przepełniały mnie sprzeczności… Nie wiedziałem, co powinienem zrobić, jak zareagować… Może powinienem pozbyć się ich. Przecież mogę być z kimś umówiony, dajmy na to, z jakąś dziewczyną i oczekiwać jej… A może przesadzam? A może wmawiam sobie to wszystko? Niech się dzieje, co chce. Przesadzam, jak zwykle. „To na pewno tylko chwilowe zauroczenie” — tłumaczyłem sobie w duchu, wpuszczając ich do środka.
Wyglądała jak zjawisko. Czerń króciutkiej sukienki podkreślała jej urodę. Mała czarna, figlarnie zmarszczona u dołu, odsłaniała jej — najczęściej zakrywane długimi spódnicami — nogi. A było co oglądać! Nieraz już zwracałem na nieuwagę, jak wychylały się z rozcięcia spódnicy czy sukienki. Potrafiłem je sobie wyobrazić w całej okazałości, ale to, co widziałem teraz, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Artysta, który je rzeźbił, bardzo się napracował i efekt był oszałamiający.
Włosy spięła w luźny kok. Gdzieniegdzie umykały pojedyncze, skręcone, niesforne kosmyki. Lubiłem patrzeć, jak próbowała odgarnąć je z twarzy; tak śmiesznie marszczyła wtedy nos. Miało to pewnie pokazać, że jest zła i powinny wiedzieć, gdzie jest ich miejsce. Ciekawe, czy jak jest zła na swojego chłopaka, też tak marszczy nos?
Nie wiem, czy była umalowana. Chyba nie. A jeśli nawet, to bardzo dyskretnie. Oczy miała, jak zwykle, pełne blasku. Nie mogłem się od nich oderwać. Była właścicielką najdłuższych rzęs, jakie kiedykolwiek widziałem… No dobrze, może kiedyś nie przyglądałem się kobietom z taką uwagą… Ale i tak uważam, że były przepiękne…
Z trudem pełniłem rolę gospodarza. Usiedliśmy przy stoliku. Rozmowa nie kleiła się. Unikałem patrzenia w jej kierunku. Zauważyłem, że ona też czuje się jakby nienajlepiej. Próbowałem poruszać różne tematy. Max też nie był dobrym partnerem do rozmowy. Widocznie zmęczony, siedział jakby z przymusu. Gosia zaczęła mówić o filmach. Właśnie była pod wrażeniem jakiegoś psychologicznego dzieła, poruszającego problem autyzmu. Dowiedziałem się, że kończy psychologię i pisze pracę o dzieciach oraz ich dysfunkcjach.
— Najbardziej fascynuje mnie, że ludzie z autyzmem żyją w swoim, często bardzo skomplikowanym świecie. Niektórzy przecież świetnie liczą, inni malują, grają na instrumentach…
— A czy to prawda, że mogą mieć doskonałą pamięć muzyczną? Wystarczy, że usłyszą jakąś melodię, i są w stanie bezbłędnie ją odtworzyć?
— Trochę to upraszczasz. Są i tacy z wybitną pamięcią muzyczną, ale to wcale nie oznacza, że gdy tylko coś usłyszą, siadają do instrumentu i prawidłowo to odtwarzają… A warsztat? Nawet jeśli dokładnie znasz jakąś melodię, spróbuj usiąść i zagrać ją.
— To niemożliwe — wtrąciłem.
— No właśnie. Niemożliwe, bo musiałbyś umieć grać, mieć jakąś technikę. To nie robi się samo. Dziecko, można to tak nazwać, obcuje z instrumentem i to działa trochę jak muzykoterapia. Pamięć — tak, ale prawidłowe odtwarzanie to coś o wiele bardziej skomplikowanego.
Temat sam się rozwijał. Wszystko, o czym mówiła i chciała do mnie mówić, było dla mnie najciekawsze na świecie. Trudno, aby było inaczej; pragnąłem słuchać jej wypowiedzi, nawet gdyby mówiła po fińsku czy mongolsku (nie żeby znajomy był mi któryś z tych niesamowitych języków). Autyzm interesował mnie trochę, ale skoro już rozmawialiśmy na tak poważne tematy, to tak naprawdę byłem pod wrażeniem artykułu, który ostatnio przeczytałem o szerzącym się chuligaństwie i wandalizmie. Chciałem wiedzieć, co Gosia sądzi na ten temat. Zalewała nas zewsząd fala przemocy i agresji. Fala zła. I nie wiadomo skąd napływała, co było powodem takich negatywnych zmian. Zewsząd — to mogło znaczyć wszystko. To jedno ze słów kluczy, tak jak: wszystko, nic, zawsze, nigdy… I właściwie, słysząc je, w dalszym ciągu nie masz odpowiedzi na zadane pytanie. Interesował mnie ten temat. Sam się nad tym kiedyś już zastanawiałem. Chciałem porozmawiać z nią o tym. Byłem ciekaw jej zdania. W ogóle, nagle, doszedłem do wniosku, że muszę dowiedzieć się o niej jak najwięcej. Poznać ją lepiej. Słuchać jej i zadawać mnóstwo pytań, na przykład co sądzi o… wszystkim, co nas otacza.
Muszę przyznać, że zdarzyło mi się po raz pierwszy, będąc w towarzystwie kobiety, mówić tak poważnie, Słuchać tak uważnie i w ogóle… Dziwnie tak… Bez dowcipów, żartów… Gdyby ktoś mi wcześniej opowiedział, że tak można — nie uwierzyłbym. Bo jakże tak — być z dziewczyną i zamiast dowcipów, nie zawsze świadczących o dobrym smaku, rozmawiamy o autyzmie, a ja chcę jeszcze o wychowaniu. Zmienia się człowiek czy starzeje?… A może na tym polega dojrzewanie? Boże, mieć dwadzieścia parę lat i dopiero dojrzewać… Chociaż sam kiedyś uznałem kogoś za niedojrzałego, mimo że miał więcej lat ode mnie. Ciekawe, co jeszcze zmieni się we mnie pod wpływem tej dziewczyny? A potem… jak się zmienię, kiedy poznam wreszcie tę dla mnie przeznaczoną?… Gosię…
W tej chwili byłem pewien, że mógłbym Słuchać jej do końca świata i nigdy nie znudziłoby mnie to, co ma do powiedzenia.
— Dzisiejsze dzieci są jakieś inne od nas. My, jak byliśmy mali, sprawialiśmy o wiele mniej problemów starszym — powiedziałem bardzo poważnie, w duchu zastanawiając się, co u diabła mi takiego zrobiła, że czułbym się głupio, opowiadając jej jeden z aktualnych dowcipów, choćby politycznych. Zwykle byłem duszą towarzystwa, a przy niej zastanawiam się, czy wypada mówić na błahe tematy. Koniec świata!
— Masz rację, tak to wyglądało.
— No, ale na przykład ja nigdy nie brałem korepetycji, a teraz sam z tego żyję, że ich udzielam. Przyznasz, że jest bardzo duże zapotrzebowanie na taką działalność.
— Znowu uproszczenie. Ludzie tak bardzo lubią wszystko uogólniać i upraszczać.
— Jak to?
— Rodzice mają mniej czasu. Żyją w ciągłym pędzie i niepewności, to i dla dzieci go nie mają. A dzieci swoje problemy rozwiązują samodzielnie między sobą. Jeśli mają kłopoty w szkole — rodzice załatwiają korepetycje. Zauważ, że kiedyś, jak czegoś nie rozumiałeś, siadał z Tobą ktoś z rodziny i tłumaczył. Jednorazowa pomoc, trochę zadań, wkuwania i wychodziłeś na prostą. Teraz jest inaczej. Płaci się obcemu, aby zagłuszyć sumienie. A obcy… cóż, bierze pieniądze i dobrze jeszcze, jeśli potrafi czegoś nauczyć.
Rozmowa zaczęła się rozwijać w tym kierunku.
— A oczekiwania są różne. Rzeczywiście pamiętam taki dom, gdzie mi płacono i chyba oczekiwano, że ja w jakiś magiczny sposób przeleję z siebie wiedzę na młodego. Smarkacz nie uczył się w ogóle, a starzy mieli do mnie pretensje, że ma w dalszym ciągu złe oceny. Paranoja…
— Sam więc widzisz, że to nie jest takie proste. Owszem, wiemy już, że są pewne dysfunkcje utrudniające dzieciakom naukę, ale z tym też można dyskutować. Kiedyś rodzina tuszowała kalectwo. Wszelkiego rodzaju ułomności były czymś wstydliwym.
— A dzisiaj załatwia się lewe zaświadczenia.
— Właśnie do tego zmierzam. Namnożyło się wielu dysgrafików, a tak naprawdę dzieciom brakuje ćwiczeń manualnych. Pamiętasz swoje młode lata?
— I te szlaczki kolorowe, te wydzieranki, plastelinowe ludziki…
— No właśnie. A dzisiaj — wypełnianie gotowców. Wydzieranki? Papier perforowany, przygotowany do delikatnego wprost wyjęcia potrzebnego elementu. A pamiętasz, jak na technice przyszywaliśmy guziki i obieraliśmy ziemniaki?
— Właśnie.
— Podobnie jest na przykład z dysortografikami. Stwierdzenie dysortografii musi być poparte wiedzą ucznia — uczeń zna regułki, ale nie potrafi ich stosować?
— No jak to? Zna i nie potrafi?
— Właśnie tak. Trudność dzieciaka polega na tym, że w jednej linijce wyraz napisze przez „h”, a w innej przez „ch”. To bardzo skomplikowane. Prawdziwy dysortografik może przez całe życie pisać swoje nazwisko z błędem… Ale szkoła często jeszcze pogłębia tę dysfunkcję.
— Niemożliwe. W jaki sposób?
— Zauważ, że w nowych programach, aby dzieci się nie przemęczały, są specjalne zeszyty do wypełniania. Dziecko zamiast pisać wyraz „góra” i kodować w pamięci pisownię, ma wstawić w okienko „ó”. To wszystko. Zapamięta literkę, ale nie będzie pamiętało w sposób ruchowy obrazu całego wyrazu. A to ten etap, kiedy to jest bardzo ważne.
— A ta… no, ta matematyczna ułomność?
— Ładnie to nazwałeś: dyskalkulia. O wiele rzadziej spotykana i najrzadziej chyba przez rodziców wykorzystywana, bo po pierwsze ma nazwę, którą trudniej zapamiętać, a po drugie wiedza o niej nie jest tak bardzo rozpowszechniona…
— Jak na przykład o dysleksji? — wtrąciłem.
— To chciałam powiedzieć. Jak na przykład o dysleksji. À propos dysleksji, wiesz, co to jest?
— Tak naprawdę to nigdy się tym nie interesowałem; dzieci jeszcze nie mam, mnie się nie przyda… Ale chyba kłopoty z czytaniem.
— Tak. Dziecko ma problemy z czytaniem.
— A może po prostu nie ćwiczy w domu?
— Bardzo często jest tak, że mówi się, iż dziecko jest dyslektykiem, a naprawdę wynika to z tego, że nic nie robi. Ale są dzieci, które rzeczywiście nie rozumieją tego, co czytają. Pisząc, odwracają obraz liter, gubią litery, całe sylaby…
— Właśnie, zjadają sylaby podczas czytania?
— Bardzo dobre określenie, ale nie tylko sylaby — zdarza się, że całe wyrazy gubią albo zmieniają. To właśnie wynika z braku zrozumienia…
— Czy jeśli ktoś dorosły nie może zrozumieć tekstu, to też jest dyslektykiem? — zaśmiałem się.
— Czasami tak, czasami nie.
— Od czego to zależy?
— Od tego, czy pytasz poważnie, czy się wygłupiasz.
— Ja na przykład mam duże trudności z niektórymi ustawami.
— Jeśli tylko tyle, to zdecydowanie jest z Tobą wszystko w porządku.
— To może dyslektycy je stworzyli, te ustawy?
— A może nie czytasz ich uważnie? — powiedziała ze śmiechem.
— Może? A jest na to jakieś lekarstwo? Na przykład przed sesją zawsze mam wrażenie, jakbym był zbiorem wad i dysfunkcji. Robię się mrukliwy, nerwowy, nic nie wchodzi mi do głowy, a jak już wchodzi, to potem okazuje się, że nie to, co powinno, albo w złej kolejności, albo tej definicji, której się nauczyłem, w tej książce w ogóle nie było…
— Każdy tak ma, ale to chyba nie największy powód do zmartwienia… A swoją drogą, mówiliśmy, że rodzice nie mają dla dzieci czasu. Zobacz, jakie to paradoksalne; pracują coraz więcej, aby żyć na coraz lepszym poziomie, ale luksus trzeba utrzymać, więc jeszcze więcej czasu poświęcają pracy. I nawet nie mają czasu zapytać dziecka, co jadło w szkole na obiad. À propos, znasz ten dowcip o Jasiu? Wraca Jaś z przedszkola i mówi do mamy: „Zgadnij, jaka dzisiaj była zupka?”. Mama prosi o podpowiedź, chociaż o pierwszą literę. Jasio namyśla się i mówi: „No dobrze, podpowiem ci, ale tylko jedną literkę, uważaj — klu…”. „To proste — mówi mama. — Jadłeś kluski”. „A nie zgadłaś! — odpowiada Jasio. — Klupnik”.
Parsknęliśmy śmiechem. Nie słyszałem przedtem tego żartu. Śmieliśmy się przez kilka minut, wyobrażając sobie Jasia i jego niewinne „klupnik”.
— Ale są i prawdziwi pasjonaci pracy, co robią to nie dla pieniędzy… — wróciłem po chwili do przerwanego tematu.
— Zastanawiam się tylko, czy tacy powinni mieć rodzinę?
— Masz rację, też czasem myślałem o tym, czy może wydajnie, prawdziwie wydajnie i z prawdziwym poświęceniem pracować ktoś, kto ma rodzinę. Przecież takiego nigdy nie ma w domu. Co z tego, że nawet dużo zarabia?
— Zauważyłeś, że się zapętliło. Dużo zarabia, ale nie ma czasu dla domu. A z dziećmi niańka, opiekunka, komputer…
— Właściwie nie wystarczy powiedzieć komputer — gry, internet, znajomi z czatu…
— I potem afery, tragedie… Kiedyś myślałam o tym, że nie chciałabym pracować w firmie, która nie pozwoliłaby mi zajmować się domem i dziećmi.
Rozmowa wciągnęła mnie do tego stopnia, że nie czułem upływającego czasu. Nie zauważyliśmy także, kiedy Max zasnął, oglądając TV i nudząc się naszą pogawędką.
— A mężem? — wyrwało mi się.
— Jejku, mężem też, tak jakbym chciała. W ogóle odstrasza mnie perspektywa wyjazdów, oddzielnych świąt, weekendów…
— A wyobrażasz sobie sylwestra bez najbliższych? — zapytałem cicho.
W odpowiedzi pokręciła głową.
— Dlatego tu jestem — wyszeptała.
Nie wiedziałem, czy myśli o Maxie, czy… Przez głowę z prędkością błyskawicy przemknęła mi myśl, czy właściwie interpretuję jej wypowiedź… Ale właściwie co mnie to w tej chwili obchodzi? Interpretuję tak, aby było mi dobrze… „O mnie?” — dokończyłem przerwaną myśl.
Byliśmy sami — pozornie, bo Max pochrapywał obok, ale mogliśmy wreszcie na siebie spojrzeć. I spojrzeliśmy. W dłoni trzymała filiżankę. Drugą dłonią, bezwiednie kolistymi ruchami, pocierała jej brzeg. Po chwili milczenia przytknęła jej brzeg do ust, ale głowę bym dał, że nie upiła ani kropli. Podniosła na mnie wzrok. Powoli, jak na zwolnionym filmie, odstawiła filiżankę na stolik. W jej oczach wyczytałem lęk i żal. Pomyślałem, że moje muszą wyglądać podobnie.
Wpatrywaliśmy się tak w siebie przez chwilę i nagle ona podniosła dłoń i nie spuszczając wzroku, dotknęła palcem moich ust. Obrysowała je tak, jak przed chwilą robiła z filiżanką. Wszystko przed moimi oczami zawirowało. Nie wiedziałem, o czym mówiłem. Zapomniałem o Maxie. Zapomniałem o wszystkim. Ogień, który spłynął z jej palców na moje usta, ogarnął mnie całego. Miałem ochotę porwać ją w ramiona i nigdy nie puścić. Już wiedziałem, że zawsze chciałem takiej dziewczyny. To na nią czekałem. Zapragnąłem, aby teraz napiła się z moich ust…
— Gosiu, mam nadzieję, że wiesz, co robisz? — z trudem wyszeptałem, jakby bojąc się ją spłoszyć.
Z ogromnym wysiłkiem powstrzymywałem się, aby jej nie przygarnąć i — skrajnie — aby nie zawołać do Maxa, żeby sobie poszli. Zauważyłem, że drgnęła. Opuściła wzrok, zabrała rękę. Obudziliśmy Maxa. Zbliżała się północ. Banalne picie szampana… Potem zwyczajne, ale nierealne życzenia — spełnienia marzeń… A jak ktoś nie wie, czego chce? Albo na przykład tak jak ja, wymyślił sobie, że chciałby mieć Gosię, to co wtedy? To takie marzenie też ma szansę się spełnić?…
I wtedy ona — nie mam pojęcia, skąd przyszedł jej do głowy tak okrutny pomysł — zaproponowała, abyśmy potańczyli. Jak tu tańczyć, kiedy jest dwóch facetów po alkoholu i jedna kobieta? W dodatku taka kobieta. Wymyśliła białe tango. Właściwie w telewizji puścili jakąś zabawę dla dinozaurów. Gosia pierwszy taniec zatańczyła z Maxem. Widać było, że obydwoje są sztywni i myślami są daleko od parkietu. Obserwowałem ich, sącząc wino i zastanawiając się, dokąd ta droga prowadzi.
Następny taniec był mój. Przytuliła się do mnie. To był jakiś walc albo coś do przytulania; nie znam się na tym. Zresztą równocześnie miałem i nie miałem ochoty na żadną bliskość. Czułem, jak duszę się w mojej skórze. Mięśnie miałem napięte do bólu. Ale mimo to było mi cudownie. Czułem jej zapach, oddech. Czułem jej gorąco płynące spod materiału. Czułem w końcu jej długie, piękne nogi, które co jakiś czas dotykając mnie, powodowały, że całkiem gubiłem rytm i coraz bardziej chciałem, aby poszli do stu diabłów.
Nie pamiętam, ile razy tańczyliśmy i jak długo to wszystko trwało. Wreszcie sobie poszli.
Długo stałem przy drzwiach z zamkniętymi oczami i wdychałem to, co pozostawiła po sobie: zapach, dotyk, ciepło głosu, spojrzenie. A gdy w końcu się położyłem, w dalszym ciągu nie mogłem przestać o niej myśleć.
Nic, że przebrzmiały ostatnie dźwięki,
my wciąż tańczymy w siebie wtuleni.
Nie ośmieliłem się zabrać ręki,
co błądzi w mroku i szuka cieni;
jakby uczyła się tej gładkości,
która dla oczu ukryta była,
jakby ta bliskość z końca muzyki
wcale nie taniec dla niej znaczyła…
Nic, że przebrzmiało, my wciąż tak blisko,
że czasem ciałem wstrząsają dreszcze…
Chłonę Twój zapach i bicie serca,
w uszach muzyka pobrzmiewa jeszcze…
I chcę, by trwało, by tak jak w bajkach
dobry ktoś dla nas wymyślił finał,
więc nie przerywaj, przytul mnie mocniej…
…Jeśli nie, — chociaż dolej mi wina…
Zorientowałem się, że jestem daleko od domu. Byłem przemoknięty i miałem ochotę gdzieś się ogrzać. Przypomniałem sobie maleńką kawiarnię. Była niedaleko stąd. Już kiedyś tam byłem. Nogi same mnie prowadziły, a myśli niezmiennie powróciły do Gosi…
Od tego sylwestra unikałem spotkań z nimi. Spotkań z Gosią. Myślami często błądziłem wokół tego, co było i tego, co nigdy się nie wydarzy. Czasami bywałem tam, gdzie mogłem ją zobaczyć, ale starałem się stać na uboczu. Zdarzało się, że sądziłem, iż będzie na jakimś koncercie, wernisażu… Jechałem tam tylko po to, by czekać. Wpatrywałem się w ludzi. Patrzyłem tak intensywnie, że chwilami czułem fizyczny ból od wysiłku patrzenia. Robiłem wszystko, aby jej nie przegapić. W głowie układałem sobie treść rozmowy, którą przeprowadzę z nią, gdy się przypadkiem spotkamy. Wychodziłem potem oszołomiony z teatru, galerii… I nie miałem pojęcia, co oglądałem, czego słuchałem, kogo spotkałem… Tak naprawdę gdyby nie bilet, nie miałbym pewności, czy tam dotarłem. Potrafiłem usiąść z oczami wlepionymi w drzwi i przesiedzieć tak cały seans, bo może wejdzie spóźniona… Starałem się, jeśli była taka możliwość, aby obok mnie było wolne miejsce, po to, bym mógł jej zaproponować swoje towarzystwo, kiedy wejdzie… Nigdy jednak nie weszła…
Układałem nasze wspólne życie tak, jak podpowiadała mi moja szalona wyobraźnia. Była idealna, więc życie z nią musiało być idealne. Powiedzieć, że mnie zauroczyła, to zdecydowanie za mało. Uwielbiałem ją. Nie miałem siły z nią walczyć.
— Jak Cię nie kochać,
kiedy nawet kwiaty schylają głowę,
gdy obok przechodzisz?
Jak nie podziwiać?
Kiedy swym spojrzeniem
największy nawet płomień umiesz schłodzić.
Jak nie uwielbiać?
Jeśli każdy atom
i każda cząstka świata Ci oddana?
I jak nie pragnąć, kiedy nawet czułość,
myśl i tęsknota pragnie być Ci znana.
— Więc nie oczekuj, że pójdę swą drogą,
że Cię uwolnię, ominę marzenia,
że przyznam rację dotąd ważnym bogom,
że Cię opuszczę, pójdę, gdzie Cię nie ma.
I nie oczekuj, że zabiorę bagaż,
którego unieść samotnie nie zdołam.
— Nieś troskę ze mną aż do końca świata
i słysz, jak nawet wiatrem Twoje imię wołam.
Nie domyślała się nawet, ile razy prosiłem wszystkich bogów o pomoc. Ile godzin przesiedziałem w oczekiwaniu na cud. Ile rozmów przeprowadziłem z nią… I ile listów napisałem do niej — żadnego nie wysyłając… Bałem się je wysłać. Wiedziałem, że to nie w porządku w stosunku do Maxa, w stosunku do niej samej. Ale nie umiałem inaczej. Wiedziałem, że to nie fair, a równocześnie dzieliłem się z nią każdą radością i smutkiem, każdą obserwacją i przemyśleniem, każdą tęsknotą i uczuciem. Wyobraźnia płatała mi figle; w najmniej oczekiwanych momentach czułem dotyk jej palców na ustach, zapach jej włosów, widziałem blask oczu. Słyszałem jej głos. Nie mogłem, a może nie chciałem się od tego wszystkiego uwolnić…
Czy ta dziewczyna tylko się wyśniła,
czy była w moim domu jakby z tego wiersza?
Czy długo wybierana, przez przypadek była,
czy tak po prostu sama przyszła
— Pierwsza Lepsza…?
…Można by rozciągać długość tego wiersza,
doszukiwać się puenty, uzupełniać wersy…
Lecz czy to takie ważne?
Ważne, że Pierwsza Lepsza
i ważne, jeśli ja dla niej — także — Pierwszy Lepszy.
Któregoś popołudnia, kiedy za oknem wiał wiatr i siąpił zimny, nieprzyjemny deszcz, a temperatura powietrza tylko udawała, że przekracza zero stopni, Gosia przyszła sama do mojego pokoju. Poczułem się niezręcznie. Właśnie myślałem o tym, że może należałoby wziąć się w garść i przestać o niej myśleć. Byłoby to trudne, ale przywykłem już do jej nieobecności. To jej pojawienie się było mi bardzo nie na rękę. Znowu zaczynać od nowa… Nie zachęcałem jej, by weszła dalej. Dziwiło mnie jej przybycie bez Maxa. Stała w drzwiach. Była blada. Pomyślałem, że może ostatnio chorowała.
Jej, ciągle piękne oczy, wydawały się szukać pomocy. Prawie szeptem powiedziała:
— Pobieramy się za dwa tygodnie. Przyjdziesz na ślub? — tylko tyle.
Wyciągnęła rękę z zaproszeniem.
Dlaczego taka smutna?… Czemu przyszła sama?… Czy chciałaby, abym przyszedł?… Milion pytań cisnęło mi się do głowy. Chciałem chwycić ją, przytulić, nie puścić. Jaki ślub? Po co? Dlaczego?
Chciałem krzyczeć, że to nie powinno się tak skończyć, że się nie zgadzam. Chciałem, ale nie mogłem.
Czułem, że jeśli jeszcze przez chwilę tu zostanie, rozpłaczę się przy niej. Jak dziecko. Jak bardzo małe dziecko. I gdzie moja bezinteresowna znajomość z Maxem? „Powinienem się cieszyć z jego szczęścia” — pomyślałem żałośnie. Był przecież taki zakochany. Ona też… Czy rzeczywiście ona też? Dlaczego jest taka smutna? Co się stało?
Kiwnąłem głową, że przyjdę. Wyciągnęła do mnie rękę. Wziąłem jej dłoń w swoje, a ona, jakby nagle obudzona, powiedziała:
— Jakie masz cudownie chłodne ręce.
Zgłupiałem na moment.
— Nikt mi tego dotychczas nie powiedział. Myślałem, że to źle, że są zimne… Nikt dotychczas nie powiedział mi, że są cudownie zimne… Nie przeszkadza Ci to? — właściwie nie wiem, po co chciałem to wiedzieć.
— Są cudowne — szepnęła.
Odwróciła się i odeszła. A ja, zamiast wybiec za nią, zawołać, by wróciła — stałem jak posąg. I wtedy poczułem, że płaczę. Tak, z oczu płynęły mi łzy. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek wcześniej płakał. Zrobiło mi się głupio. Szybko dopiłem herbatę. Przemyłem twarz chłodną wodą. Czułem, że muszę wyjść, pobiegać, zrobić zakupy… I żadnych ludzi… Żadnych ludzi… Iść, iść przed siebie…
Tak przeminęło jak sen, gdy nocy koniec,
jak kwiat zbyt mocno pochwycony w dłonie,
jak podmuch wiatru gdzieś w zamknięciu,
jak tajemnica przy poczęciu…
Format tego świata został przekreślony,
zamknięty w ramy, mocno utajony…
Tak przeszło i ze sobą wzięło to,
co się nawet nie zaczęło
i wszystko inne nieprzeżyte…
W kościele wyglądała bajkowo — jak królewna. Jak królewna z rosyjskich filmów. Cała w bieli, na głowie miała diadem z króciutkim welonem. Wszystko lśniło i błyszczało. Wydawało się, że ma na sobie miliony kropelek rosy, w których odbijało się słońce, tworząc kolorowe refleksy. Cudowne. I tylko te oczy — mimo że stale piękne, pełne były smutku… A może tylko ja tak to widziałem? Może to nieprawda z tym smutkiem? Może tylko mnie się tak wydawało, bo to ja czułem się tak, jakbym coś ważnego tracił bezpowrotnie…
Życzyłem im szczęścia.
Wtedy, po tym ślubie, po raz pierwszy w życiu upiłem się. Sam w pokoju. Płakałem i piłem. Piłem i płakałem. Wiedziałem, że muszę się otrząsnąć, że to głupota. Wiedziałem, że miłość występuje tylko w bajkach, a tym bardziej miłość z happy endem.
— Chłopie — mówiłem do siebie — zaczarowała cię, ale nie będzie ta, będzie inna. Po co ci czyjaś, będziesz miał własną?
Mimo to wracałem myślami do jej wizyty. Prześladował mnie jej głos, dotyk… Ktoś głośno słuchał Aznavoura. Jeszcze tego mi brakowało. Roztkliwiłem się nad sobą i swoim losem do reszty. Pod zamkniętymi powiekami widziałem jej uśmiechniętą twarz, nabrzmiałe usta, przymknięte oczy… Czułem wręcz namacalnie jej oddech i ciepło bijące od jej ciała. Jawa zaczęła mieszać mi się z marzeniami. Nie wiem, kiedy zasnąłem.
Obudził mnie potężny kac. Nie tylko fizyczny. Czułem obrzydzenie, patrząc w lustro — zazdrościłem kumplowi. Od tej chwili postanowiłem unikać spotkań z nimi. Powinienem dużo się uczyć, bo egzaminy niedługo. Wielkimi krokami zbliżała się kolejna, ostatnia już, daj Boże, sesja.
I właśnie wtedy, w jakiś, mimo że wiosenny, ale deszczowy, chłodny dzień, wpadliśmy na siebie na ulicy. Dosłownie wpadliśmy na siebie. (Zauważyłem, że najczęściej jest deszczowa pogoda, kiedy coś ważnego wokół mnie się dzieje. Może to jakiś znak, że moje życie skazane jest na chmury i tylko odrobinę słońca?).
Była zziębnięta. Ja marzyłem o tym, aby gdzieś wejść i się rozgrzać.
— Może zjemy jakiś obiad? Założę się, że nie miałaś od rana czasu na jedzenie. Tu obok jest całkiem miło — zaproponowałem.
Nie odmówiła.
Czas płynął nam szybciej, niż chcieliśmy. Mówiliśmy o wszystkim tak, jakby każde słowo musiało zostać wypowiedziane właśnie przy tym obiedzie. O wszystkim, tylko nie o jej małżeństwie. Trzymałem ją za ręce. Tym razem ona miała lodowate, a moje były ciepłe.
— O, tym razem to ja mam ciepłe dłonie — zauważyłem.
— Moje są rzeczywiście zimne, bo jest zimno.
— Bo nikt ich jeszcze nie ogrzał — poprawiłem.
— Pozwól — powiedziałem i zacząłem delikatnie w nie dmuchać.
Czułem, jak zadrżała. Dłonie się nie nagrzewały, ale krew na pewno krążyła inaczej, bo nagle na jej twarzy pojawił się rumieniec. Jak jej było z tym ładnie! Przestałem rozgrzewać dłonie, ale ich nie wypuściłem. Po chwili dopiero uwolniłem jedną, a drugą wziąłem w jasyr. Czułem, że sprawia jej to przyjemność. Najpierw nieśmiało, potem coraz odważniej muskała moją rękę swoimi długimi palcami. Boże, jakie ona ma delikatne dłonie, jakie przyjemne w dotyku, jakie gładkie! A paznokcie — tak bardzo zadbane i bezbronne. Tak, to nie pomyłka, wydały mi się bezbronne; łagodnie zaokrąglone, niezbyt długie, jakby tylko lekko muśnięte lakierem w kolorze wrzosu. Bardzo pasowały do niej i do pasteli, w które była ubrana. A gust to ona miała! Mogłaby być dyktatorem mody i byłaby to moda piękna, artystyczna, pełna smaku i poezji.
Rozmowa, jak zwykle, była dla nas na tyle interesująca, że nie zauważyliśmy uciekającego czasu. Właściwie przestał dla nas na chwilę istnieć. W jej towarzystwie czułem się tak dobrze, że nie chciałem, abyśmy kiedykolwiek musieli się rozstawać. Życie jednak jest nieubłagane i nadszedł właśnie ten moment. Z ociąganiem wstawaliśmy od stolika. Jakby coś nas trzymało. Jakby chciało, abyśmy jeszcze pozostali, choć na moment, choć na jakieś ważne słowo…
Gdy wreszcie wyszliśmy, zobaczyliśmy, że jest już szaro, a deszcz nie przestał padać. Właściwie nie tyle padać, co siąpić. Było chłodno, wiał przejmujący wiatr. Gosia cmoknęła mnie w policzek.
— Dziękuję — szepnęła.
— Nigdy nie widziałem, aby jakakolwiek dziewczyna, a zwłaszcza zmoknięta, wyglądała tak cudownie jak Ty. Dasz się jeszcze kiedyś zaprosić na kawę? — zapytałem, licząc się z odmową.
— Chciałabym — odrzekła i tak jak stała, weszła do podjeżdżającego autobusu. Pozostałem sam na przystanku.
Musiałem głupio wyglądać, bo zupełnie mnie zaskoczyła. Nie spodziewałem się, że tak zrobi. Chciałem ją odprowadzić. W myślach układałem sobie, co jeszcze jej powiem, o co zapytam i domyślałem się, jaką da odpowiedź. Niemal widziałem w wyobraźni te figlarne iskierki wyglądające z czerni jej oczu. Nie przypuszczałem, że nagle zniknie. Tak po prostu. Nie myślałem, że odjedzie właśnie tym autobusem z tego przystanku.
Wiem już, jak musiał się czuć książę, kiedy Kopciuszek uciekał z balu. Jemu jednak został pantofelek i nadzieja. A co dla mnie? Było mi źle, ale nie umiałem się na nią złościć. Byłem opuszczony. Znowu czułem, jak wiele straciłem, tracąc ją… Ale przecież ja jej nigdy nie miałem…
Nie wiem, jak dowlokłem się do akademika. Mimo wczesnej pory nie byłem w stanie wziąć się za naukę. Położyłem się i zacząłem marzyć, rozdrapując ranę coraz głębiej. Zacząłem myśleć, co by było, gdyby…
Rozdział 2: Preludium Deszczowe
Czemu mnie Pani wciąż prześladuje?
Gdy się obejrzę czasem znienacka,
To szept Twój albo Twój oddech czuję;
Jeszcze Cię widzę, jeszcze tu wracasz?…
Dlaczego nawet gdy zamknę oczy,
Obraz Twój widzę pod powiekami?
(Choć je zamykam, to nie ma nocy,
Byśmy nie byli tu razem, sami…)
Czemu nie mogę odgonić myśli,
Szeptów, obrazów i postanowień?
Dlaczego chronię, co mi się przyśni?
(Choć wiem, że tego też Ci nie powiem).
Czemu, dlaczego, po co, czy wiecznie? —
Po głowie snują się wciąż pytania.
Czy kochać Panią było bezpiecznie?
Czy kodeks jakiś tego zabrania?…
Po kilku dniach załatwiłem trzy bilety na koncert. Wiedziałem, że Gosia na pewno chciałaby posłuchać tej muzyki. Zapragnąłem, aby Max nie mógł iść i wysłał ją samą ze mną. A wtedy… Co wtedy? Przecież to jego żona!…
Tysiące pomysłów przemknęło mi przez głowę… Wiedziałem, że to nie w porządku, ale postanowiłem zaryzykować. W duchu modliłem się, by Max nie miał czasu. Drżącymi palcami wystukałem numer telefonu. Max podniósł słuchawkę.
— Cześć — powiedziałem niepewnie.
— Witaj! Tak długo się nie odzywałeś, że myślałem, że o nas zapomniałeś — zażartował.
Z tonu wywnioskowałem, że nic nie wie o moim spotkaniu z jego żoną. Poczułem się dziwnie, żeby nie powiedzieć — głupio. Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się ukrywać tajemnice żony przed mężem. Wiem, że brzmi to dziwnie, ale wtedy właśnie tak pomyślałem.
— Nie zapomniałem, jak słyszysz. A na dowód tego chcę was zaprosić na koncert do Filharmonii w najbliższą sobotę. Mam trzy bilety. — Jako uzupełnienie odpowiedzi wybąkałem jeszcze coś o sesji i braku czasu…
— W tę sobotę nie możemy, bo idziemy do mojej siostry na imieniny. Przykro mi — powiedział Max.
Spodziewałem się tego, a mimo to czułem się zawiedziony. Już chciałem powiedzieć, że bardzo żałuję, i się rozłączyć, ale nie zdążyłem, bo usłyszałem ściszony, jakby z oddalenia, głos Gosi:
— A musimy? Ja nie chcę.
Max błyskawicznie podjął decyzję:
— Poczekaj, Gosia nie chce iść na te imieniny. Ja muszę, chociaż, szczerze mówiąc, też nie bardzo mam ochotę. Może zabrałbyś Gosię i jakąś panienkę dla siebie? Chcesz, Gosiu?
— Pod warunkiem, że będzie się mną opiekował, a nie jakąś panienkę — odpowiedziała Gosia tak głośno, abym mógł to usłyszeć.