PROLOG
Noc nad Brzegowcem była cicha.
Zbyt cicha.
Jezioro wyglądało, jakby spało. Gładkie, ciemne, nieruchome — jak lustro, w którym nikt nie chciał się przejrzeć.
Tylko że to była cisza, która nie uspokajała.
Tylko taka, która zapowiadała, że coś zaraz się wydarzy.
Silnik łodzi pracował nisko, prawie bezgłośnie. Światła były zgaszone. Tylko cienka linia księżyca odbijała się na wodzie, prowadząc ich jak ścieżka, której lepiej byłoby nie widzieć.
— Zwolnij — padło cicho.
Głos był spokojny.
Zbyt spokojny jak na sytuację, w której się znajdowali.
Mężczyzna przy sterze nie odpowiedział od razu. Zmniejszył prędkość, ale nie zatrzymał się całkiem. Spojrzał przed siebie, jakby próbował dostrzec coś więcej niż tylko ciemność.
— Jesteśmy na miejscu.
To nie było pytanie.
Z tyłu łodzi ktoś się poruszył. Cień oddzielił się od reszty, prostując powoli. W ręku trzymał coś, co w świetle księżyca błysnęło krótko.
Metal.
— Spóźnili się — powiedział.
— Albo już tu są — odpowiedział drugi.
Cisza wróciła. Gęstsza niż wcześniej.
Brzeg był blisko. Zarys pomostu majaczył w ciemności, nieruchomy, pusty.
Jakby czekał.
Jakby wiedział.
Łódź uderzyła lekko o drewno. Bez hałasu i pośpiechu.
Wyszli pierwsi.
Buty stuknęły głucho o deski. Echo poniosło się po wodzie i zgasło, zanim zdążyło wrócić.
— Nie podoba mi się to — mruknął ktoś z tyłu.
— Nie musi — padła odpowiedź.
Ciche kroki zburzyły ciszę jeziora.
I wtedy — z ciemności padł pierwszy strzał.
Krótki. Ostry. Nie pozostawiający miejsca na pomyłkę.
Jezioro drgnęło.
Ptaki poderwały się gdzieś daleko, a echo rozlało się po wodzie jak pęknięcie, którego nie dało się cofnąć.
Ktoś zaklął. Ktoś upadł.
A potem wszystko potoczyło się za szybko.
Światło.
Krzyk.
Kolejne strzały.
I cisza, która wróciła chwilę później — cięższa niż wcześniej.
Głucha i bezkompromisowa.
Na pomoście zostało coś, czego nie dało się już ukryć.
Coś, co prędzej czy później miało wypłynąć.
Bo Brzegowiec potrafił milczeć.
Ale nie zapominał.
A to, co wydarzyło się tej nocy — miało wrócić.
I zabrać ze sobą wszystko, co jeszcze wydawało się bezpieczne.
Bo gdzieś w tym samym czasie, nieświadome jeszcze niczego,
cztery osoby żyły swoim życiem, wierząc, że to tylko kolejny zwyczajny dzień.
Jeszcze nie wiedzieli, że ta noc już ich wybrała, a ich drogi skrzyżują się szybciej, niż powinni.
Od tego momentu — nic nie będzie już przypadkowe.
ROZDZIAŁ 1
Brzegowiec o siódmej rano pachniał kawą, wilgotnym drewnem i jeziorem. Miasteczko sprawiało wrażenie, jakby było odcięte od reszty świata. Otoczone górami i położone nad rozległym jeziorem wyglądało tak, jakby czas się tu zatrzymał.
Mgła jeszcze nie do końca zeszła z wody. Unosiła się cienką warstwą nad taflą jeziora jak mleczna zasłona, przez którą powoli przebijało się słońce. Z oddali było słychać pojedyncze uderzenia masztów o burty łodzi w marinie oraz skrzek mew, które jak co dzień urządzały sobie poranną awanturę o resztki ryb.
Wzdłuż głównej uliczki przechadzały się pierwsze osoby zmierzające na targ. Z pobliskiej piekarni unosił się zapach świeżego chleba, a ciche dźwięki młynka do kawy mieszały się z krzykiem mew nad jeziorem. Poranny ruch w miasteczku był leniwy i powolny, ale w tym spokoju kryła się cała codzienna energia Brzegowca — jeszcze niewidoczna, ale już słyszalna.
Na końcu niewielkiej uliczki prowadzącej w stronę jeziora stał drewniany dom.
Duży, dwupiętrowy, z szerokimi balkonami i rzeźbionymi balustradami. Ciemne drewno kontrastowało z białymi oknami, a nad wejściem wisiał szyld:
“Leśna Przystań”
Pod spodem, drobnymi literami dopisano:
“Kawiarnia & Pensjonat”
Taras wychodził prosto na jezioro. Kilka stolików, donice z lawendą i skrzynki z pelargoniami sprawiały, że miejsce wyglądało bardziej jak kadr z wakacyjnej pocztówki niż zwykły lokal. Na tarasie kawiarni skrzypiały krzesła, a taca z kubkami czekała, gotowa rozpocząć dzień pełen aromatów i drobnych katastrof.
Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem.
Kornelia Leśniewska wyszła na taras z tacą kubków.
— Jeśli jeszcze raz ktoś zostawi filiżanki na barierce, to przysięgam, że zamontuję kamery i będę śledzić winnego aż do końca świata — mruknęła pod nosem.
Postawiła tacę na stoliku i przeciągnęła się lekko.
Dom odziedziczyła po rodzicach dwa lata temu. Ich śmierć spadła na nią nagle i brutalnie. Zginęli w wypadku samochodowym w drodze do miasta. Jednego dnia planowali remont tarasu, a następnego Kornelia została sama z całym domem, kawiarnią i pensjonatem.
Wielu znajomych twierdziło wtedy, że sprzeda wszystko i wróci do miasta.
Nie sprzedała.
Została.
I ku zdziwieniu wielu ludzi zaczęła prowadzić Leśną Przystań całkiem dobrze.
— Kawa dla zakochanych turystów… kawa dla emerytów… kawa dla ludzi, którzy mówią, że piją tylko herbatę, ale i tak zamawiają cappuccino — mruknęła, licząc kubki.
Podniosła jeden z nich.
— I kawa dla mnie, bo inaczej nie przeżyję dnia.
— A dla mnie? — odezwał się głos za jej plecami.
Kornelia nawet się nie odwróciła.
— Dla ciebie nie ma, Marto.
Marta Zawadzka pojawiła się w drzwiach z miną skrzywdzonego szczeniaka. Była przyjaciółką Kornelii od przedszkola; choć na studiach ich drogi się rozeszły, nadal pozostały sobie bliskie jak siostry.
— Jak to nie ma? — oburzyła się Marta. Krzyżując teatralnie ręce na piersi.
— Wczoraj wypiłaś cztery.
— To były małe.
— Miały pół litra.
— Ale emocjonalnie były małe.
Kornelia westchnęła i przewróciła oczami.
— Emocjonalnie możesz dostać herbatę.
Marta oparła się o framugę i spojrzała na jezioro.
— Powiem ci coś.
— Jeszcze nie wiem co, a już się boję.
— Dzisiaj będzie dziwny dzień.
Kornelia uniosła brew.
— Dlaczego?
— Bo śniło mi się, że wpadamy w jakieś kłopoty.
— Tobie zawsze śnią się kłopoty. Poza tym ciągle się w nie pakujesz, więc zdziwiłabym się, gdyby śniło ci się coś innego — zaśmiała się Kornelia.
— Ale tym razem były z przystojnym mężczyzną.
— Marta…
— Mówię poważnie. Wysoki. Ciemne włosy. Wyglądał jak ktoś, kto ma pieniądze, problemy i adwokata na szybkim wybieraniu.
— Brzmi jak połowa turystów w sezonie.
— Ale ten był… niebezpieczny. -Marta przewróciła oczami.
— Ty tak mówisz o każdym mężczyźnie powyżej metra osiemdziesięciu.
— Bo statystycznie są bardziej niebezpieczni.
Kornelia parsknęła śmiechem.
— Przy naszym wzroście sto sześćdziesiąt centymetrów każdy facet powyżej stu siedemdziesięciu pięciu jest statystycznie niebezpieczny.
Obie wybuchły śmiechem.
— Dobra — powiedziała Marta, ocierając łzę śmiechu. — Idę robić stoliki.
— Wreszcie jakaś rozsądna decyzja.
— Nie przyzwyczajaj się. — Marta z udawanym oburzeniem wystawiła język w stronę przyjaciółki.
Kornelia wróciła do środka, zrobiła sobie kawę i wyszła z kubkiem przed budynek.
I wtedy zobaczyła samochód.
Czarny. Duży. Zaparkowany dokładnie na miejscu przeznaczonym dla gości kawiarni.
Kornelia zmrużyła oczy.
— O nie… nie, nie, nie.
Z kubkiem w ręku ruszyła w stronę auta. Drzwi kierowcy właśnie się otworzyły. Najpierw pojawiła się noga w ciemnych spodniach. Potem wysiadł właściciel.
Wysoki. Szerokie ramiona. Ciemne włosy lekko opadające na czoło. I spojrzenie — spokojne, prowokujące i pełne pewności siebie. Zdecydowanie zbyt pewne siebie.
Kornelia zatrzymała się przed nim.
— To miejsce jest prywatne.
Mężczyzna zamknął drzwi samochodu, lekko się uśmiechnął i mrugnął do niej jednym okiem.
— Dzień dobry.
— Nie dla pana.
Uniósł lekko brew i skłonił głowę.
— Interesujące powitanie.
— Jeszcze bardziej interesujące jest to, że zaparkował pan na miejscu dla gości kawiarni.
— Widziałem.
— I?
— I uznałem, że kawa jest ważniejsza niż znak.
Kornelia skrzyżowała ręce, wciąż trzymając kubek.
— Proszę przestawić samochód… chyba że chce pan wybrać alternatywne miejsce parkingowe z widokiem na jezioro.
Siergiej spojrzał na szyld kawiarni, potem na nią i uśmiechnął się przewrotnie.
— To dobra kawiarnia?
— Najlepsza w mieście.
— W takim razie chyba dobrze zaparkowałem.
Kornelia odetchnęła cicho.
Czy on naprawdę myśli, że ma tu jakąkolwiek władzę? To moja kawiarnia i ja tu rządzę.
— Niekoniecznie, bo kawiarnia jest czynna od dziewiątej, a to znaczy, że otwieramy dopiero za ponad godzinę.
Zrobił krok bliżej.
— Lubię zdecydowane kobiety.
— A ja lubię wolne miejsca parkingowe.
— Rozumiem, że to pani miejsce?
— Rozumiem, że ma pan problem ze zrozumieniem prostych informacji.
— Jak się pani nazywa?
— To nie ma znaczenia.
— Ma. Lubię wiedzieć, kto grozi mi wrzątkiem przed ósmą rano.
— To była tylko sugestia.
— Bardzo obrazowa.
— Proszę przestawić samochód.
— Najpierw kawa.
Kornelia przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu. Westchnęła z irytacją, bo odniosła wrażenie, że rozmawia z idiotą.
— A jeśli bardzo poproszę?
— Nadal nie.
— A jeśli powiem „proszę” po rosyjsku?
Kornelia zmrużyła oczy.
— Nawet gdyby prosił pan po chińsku, odpowiedź nadal brzmi: nie.
Mężczyzna wyciągnął rękę.
— Siergiej.
Spojrzała na jego dłoń, ale jej nie uścisnęła.
— Świetnie. Siergieju, proszę przestawić samochód.
— Najpierw kawa.
Kornelia przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu.
Co za uparty dupek — pomyślała.
Bez namysłu uniosła kubek i jednym szybkim ruchem wylała jego zawartość prosto na koszulę mężczyzny.
Cisza zapadła natychmiast.
Marta, stojąca w drzwiach kawiarni, zakrztusiła się śmiechem.
Kornelia spojrzała na Siergieja chłodno. Patrzyła, jak kawa spływa po jego koszuli. Oczekiwała wybuchu, przekleństw albo chociaż gniewnego spojrzenia.
A on tylko się uśmiechnął.
Spokojny jak skała. I tak irytująco przystojny.
Nie wiedziała, że ktoś może być tak pewny siebie… i jednocześnie tak niefrasobliwy wobec wrzącej kawy. Dziwny dreszczyk przeszedł jej po plecach — zupełnie niepasujący do jej stanowczości.
— Oto pana kawa.
Siergiej spojrzał w dół na mokrą koszulę. Potem znów na nią.
— Interesujące — powiedział spokojnie.
Kornelia uniosła podbródek.
— Następnym razem będzie wrzątek.
Siergiej powoli wytarł krople kawy z nadgarstka.
— W takim razie zdecydowanie tu wrócę.
Po chwili odwrócił się, jakby cała sytuacja była dla niego jedynie drobną poranną ciekawostką. Wsiadł do samochodu, uruchomił silnik i odjechał w stronę centrum miasteczka.
Kornelia patrzyła za nim jeszcze przez moment, po czym odetchnęła z satysfakcją i odwróciła się na pięcie.
— I bardzo dobrze — mruknęła pod nosem. — Niech wie, kto tu rządzi.
Z wyraźnie lepszym humorem weszła z powrotem na taras.
Marta wciąż stała w progu, z rękami skrzyżowanymi na piersi i miną osoby, która właśnie obejrzała najlepszy poranny spektakl w mieście.
Pokręciła głową.
— Kornelia… ty kiedyś naprawdę oblejesz niewłaściwego człowieka.
Kornelia wzruszyła ramionami.
— W takim razie mam nadzieję, że następnym razem przynajmniej zapłaci za kawę.
Marta parsknęła śmiechem.
— Mam dziwne przeczucie, że on jeszcze wróci.
Kornelia sięgnęła po czajnik i postawiła go na ekspresie.
— Oby nie przed dziewiątą.
ROZDZIAŁ 2
Godzinę później kawiarnia była już otwarta.
Na tarasie pojawili się pierwsi goście — starsze małżeństwo z Krakowa, dwie rowerzystki w kolorowych kaskach i turysta, który od pięciu minut fotografował swoją szarlotkę z pięciu różnych kątów, jakby przygotowywał ją do sesji w magazynie kulinarnym.
Kornelia stała za barem i spieniała mleko do kawy. Para z ekspresu unosiła się nad ladą, a w powietrzu mieszał się zapach świeżo mielonych ziaren, cynamonu i domowych ciast.
— Powinnaś wprowadzić nową pozycję w menu — powiedziała Marta, opierając się o ladę.
— Jaką?
— „Kawowy prysznic”.
Kornelia uniosła jedną brew.
— Bardzo śmieszne.
— Serio — Marta wzruszyła ramionami. — Najpierw polewasz klienta kawą, potem podajesz rachunek.
— On nie był klientem.
— Jeszcze.
Kornelia prychnęła cicho.
— Jeśli wróci, to tylko po kolejną kąpiel.
Marta uśmiechnęła się w sposób, który zwykle oznaczał kłopoty.
— Mam dziwne przeczucie, że wróci szybciej, niż myślisz.
W tym momencie nad drzwiami kawiarni zadzwonił dzwonek.
Kornelia odruchowo podniosła wzrok.
I zamarła.
Drzwi się otworzyły.
Do środka wszedł Siergiej Radecki.
Tym razem miał na sobie inną koszulę. Świeżą, nienagannie wyprasowaną. Jakby poranne zdarzenie w ogóle się nie wydarzyło.
Zatrzymał się przy wejściu, rozejrzał po kawiarni i dopiero wtedy spojrzał prosto na Kornelię.
Na jego ustach pojawił się lekki, niemal prowokujący uśmiech.
— Dzień dobry — powiedział spokojnie. — Tym razem chciałbym spróbować kawy… w bardziej tradycyjny sposób.
Marta parsknęła śmiechem.
Kornelia nawet nie drgnęła.
— Czy dobry, to się dopiero okaże — dodała chłodno.
Siergiej spojrzał na nią pytająco.
— To zależy od tego, gdzie pan zaparkował — dodała, widząc jego minę.
— Dzisiaj zaparkowałem bardzo daleko — odpowiedział spokojnie. — Z czystego instynktu samozachowawczego.
Marta oparła się o ladę i z zainteresowaniem obserwowała rozwój sytuacji, jakby właśnie zaczynał się bardzo dobry spektakl.
— Co panu podać? — zapytała uprzejmie, zanim Kornelia zdążyła się odezwać.
Siergiej spojrzał na tablicę z menu.
— Mała czarna. Z kardamonem.
Kornelia już sięgała po filiżankę.
— U nas kawa jest gorąca — powiedziała chłodno.
— Zauważyłem.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.
Kornelia wsypała kawę do portafiltra z taką precyzją, jakby wykonywała bardzo skomplikowaną operację.
Siergiej podszedł bliżej baru.
Trochę za blisko. Przez zapach świeżo mielonej kawy przebiła się intensywna nuta jego pieprzowych perfum, która niemal natychmiast wywołała u Kornelii ciarki na karku.
— Zawsze tak witasz nowych gości? — zapytał spokojnie.
— Tylko tych, którzy parkują jak idioci.
Marta zakryła usta dłonią, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
Kornelia postawiła filiżankę na ladzie.
— Mała czarna z kardamonem.
Siergiej spojrzał na nią uważnie.
— Dziękuję.
Nie odszedł.
Stał przy barze i przez chwilę przyglądał się filiżance, zanim spróbował kawy.
— Pysznie pachnie — powiedział po chwili.
Kornelia skrzyżowała ręce.
— Jesteśmy w kawiarni, gdzie podaje się kawę i ciasto, więc to raczej normalne, że pysznie pachnie. Jeśli to próba flirtu, to bardzo słaba.
W jej głosie było tyle uszczypliwości, że Marta prawie spadła z krzesła.
Siergiej uśmiechnął się lekko.
— A jeśli to tylko stwierdzenie faktu?
— Wtedy też jest słabe.
Przez chwilę w kawiarni było słychać tylko szum ekspresu i cichy brzęk łyżeczki o porcelanę.
Siergiej w końcu spróbował kawy.
Kiwnął głową z uznaniem.
— Dobra.
— Co dobra?
— Kawa.
— Tylko tyle?
— Jak na pierwszy raz… wystarczy.
Marta przechyliła głowę.
— Pierwszy raz?
— Mam nadzieję, że ostatni — mruknęła pod nosem Kornelia, jednak nie tak cicho, jak się jej wydawało.
Na twarzy Siergieja pojawił się zadziorny uśmiech.
— Na pewno nie ostatni.
— Planuje pan do nas wracać? — zapytała zaciekawiona Marta.
— To zależy.
— Od czego? — dopytała.
Siergiej spojrzał najpierw na nią, potem na Kornelię.
— Od tego, czy następnym razem dostanę kawę… czy prysznic.
Marta wybuchnęła śmiechem.
Kornelia tylko przewróciła oczami.
— To zależy od parkowania.
— W takim razie będę bardzo uważał.
Właśnie wtedy drzwi kawiarni otworzyły się ponownie.
Do środka wszedł szpakowaty mężczyzna około pięćdziesiątki. Wyglądał na zmęczonego — jak ktoś, kto od wielu lat zaczyna dzień o świcie i kończy go późno w nocy. Mimo to miał bystre, czujne spojrzenie, które natychmiast przyciągało uwagę i budziło w ludziach naturalny respekt.
Na jego kurtce widniał policyjny emblemat.
Rozejrzał się po kawiarni i podszedł do baru.
— Dzień dobry — powiedział spokojnie. — Kornelia Leśniewska?
— Tak.
Policjant wskazał przez okno na drogę przy kawiarni.
— Ktoś zgłosił bardzo ciekawą sytuację parkingową.
Marta powoli odwróciła się w stronę Siergieja.
— No proszę.
Policjant zdjął czapkę i oparł dłonie o ladę.
— Samochód zaparkowany na środku drogi dojazdowej do mariny należy do pana?
Siergiej spokojnie odstawił filiżankę.
— Tak.
— W takim razie poproszę dokumenty.
Siergiej sięgnął do kieszeni kurtki, wyjął portfel i podał dowód osobisty.
Policjant spojrzał na niego chwilę dłużej.
— Radecki…
Uniósł wzrok.
— Pan jest tym inwestorem?
W kawiarni zapadła cisza.
Kornelia zmarszczyła brwi.
— Jakim inwestorem?
Policjant wskazał głową w stronę jeziora.
— Podobno ktoś planuje budowę dużego hotelu nad jeziorem.
Marta gwizdnęła cicho.
— Brzegowiec się rozwija.
Siergiej wzruszył ramionami.
— Na razie rozmawiamy tylko o planach.
Kornelia oparła dłonie o blat.
— Nad tym jeziorem nie ma miejsca na wielkie hotele.
Siergiej spojrzał na nią spokojnie.
— Zobaczymy.
Policjant odchrząknął.
— Panie Radecki. Na razie poprzestaniemy na upomnieniu. Proszę tylko przestawić samochód.
Zrobił krótką pauzę.
— Ale uprzedzam — dodał spokojnie — będę pana miał na oku.
Siergiej uśmiechnął się lekko.
— Rozumiem.
Wziął dokument i ruszył w stronę drzwi.
Zatrzymał się jednak na chwilę i odwrócił jeszcze raz do Kornelii.
— Do zobaczenia.
— Niekoniecznie — odpowiedziała chłodno.
Na jego twarzy pojawił się ten sam prowokujący uśmiech.
— Mam przeczucie, że będziemy się widywać częściej.
Po chwili drzwi kawiarni zamknęły się za nim. Dzwonek zadźwięczał cicho.
Marta podeszła do okna i spojrzała na drogę.
Czarny samochód powoli ruszył w stronę mariny.
— No to mamy problem — powiedziała.
— Jaki problem? — zapytała Kornelia.
Marta odwróciła się do niej z szerokim uśmiechem.
— Ten facet wróci.
— Nie wróci.
— Korki… — zwróciła się do niej Marta w sposób, jaki często stosowała wobec przyjaciółki.
— Co?
Marta wzruszyła ramionami.
— Faceci, których polewa się kawą… zawsze wracają.
Kornelia spojrzała przez okno na jezioro.
Tylko na chwilę.
Ale w jej głowie pojawiła się jedna myśl.
Jeśli naprawdę planuje tu budować hotel…
Leśna Przystań może mieć poważny problem.
ROZDZIAŁ 3
Kornelia była absolutnie pewna jednej rzeczy — dzień nie mógł już stać się bardziej absurdalny.
Myliła się.
Zaplecze kawiarni pachniało cynamonem, wanilią i czymś… trudnym do jednoznacznego zidentyfikowania.
Marta stała przed piekarnikiem z miną naukowca, który właśnie dokonał bardzo ryzykownego eksperymentu.
— Nie ruszaj się — powiedziała poważnie.
Kornelia oparła się o blat.
— Dlaczego?
— Bo chcę zobaczyć twoją reakcję.
— To brzmi groźnie.
— Trochę jest.
Marta teatralnym gestem otworzyła drzwiczki piekarnika.
Z wnętrza buchnęło gorące powietrze.
I zapach.
Bardzo… intensywny i gryzący.
Kornelia zmrużyła oczy.
— Co to jest?
Marta wyciągnęła blachę i postawiła ją na blacie.
Na środku leżało coś, co teoretycznie przypominało ciasto.
W praktyce wyglądało jak węgiel po przejściu huraganu.
— Niespodzianka — oznajmiła Marta.
Kornelia patrzyła przez chwilę w milczeniu.
— To miało być…?
— Nowy przepis.
— Na co?
Marta zawahała się.
— Na szarlotkę.
Kornelia podniosła kawałek nożem.
Ciasto było czarne. Twarde. I wydawało podejrzanie metaliczny dźwięk, kiedy dotknęło talerza.
— Marta.
— Tak?
— To wygląda jak materiał dowodowy z miejsca pożaru.
Marta skrzywiła się.
— Trochę przesadzasz.
Kornelia przyjrzała się bliżej wypiekowi.
Potem powoli uniosła brew.
— Wiesz co?
— Co?
— Ono ma twarz.
— Co?!
— Patrz.
Marta nachyliła się nad blachą.
Przez chwilę obie wpatrywały się w czarną bryłę.
A potem Marta parsknęła śmiechem.
— O nie.
— O tak.
— To niemożliwe.
— Marta…
— No dobra.
Marta wskazała palcem na spalone ciasto.
— Panie Radecki.
Kornelia prychnęła śmiechem.
— Idealne podobieństwo.
— Zwłaszcza ten wyraz twarzy.
— Jaki?
— Lekko prowokujący.
Obie wybuchnęły śmiechem.
Na chwilę katastrofa w kuchni zamieniła się w czystą komedię.
— Myślisz, że powinniśmy to sprzedać? — zapytała Marta.
— Jako co?
— Nowy deser dnia.
— Pod jaką nazwą?
Marta nie zawahała się ani sekundy.
— Zakalec Radeckiego.
Kornelia oparła się o blat, śmiejąc się jeszcze głośniej.
— Nikt tego nie kupi.
— Nigdy nie lekceważ ciekawości ludzi.
Śmiech powoli ucichł.
Wtedy Kornelia zmarszczyła brwi.
— Czujesz to?
— Co?
— Zapach.
Marta powąchała powietrze.
— Spalenizna?
— Trochę.
— To chyba to ciasto.
— Może.
Żadna z nich nie zauważyła, że piekarnik nadal był włączony.
Drzwi kawiarni otworzyły się ponownie.
Siergiej po przeparkowaniu samochodu wrócił do kawiarni. Wszedł do środka i zatrzymał się na moment przy wejściu.
Na tarasie było już więcej gości. Rozmowy, brzęk filiżanek, spokojny szum jeziora w oddali i echa mariny.
A jednak coś było nie tak.
Zmarszczył brwi.
Zapach spalenizny.
Silniejszy niż chwilę wcześniej.
Siergiej rozejrzał się po sali.
— Kornelia?
Nie było odpowiedzi.
Zapach dochodził z zaplecza.
Bez wahania ruszył w tamtą stronę.
Drzwi do kuchni otworzyły się gwałtownie.
— Wyłączyłyście piekarnik?
Marta i Kornelia spojrzały na niego jednocześnie.
— Co?
Siergiej już był przy piekarniku.
Jednym ruchem wyłączył pokrętło.
Otworzył drzwiczki.
Z wnętrza buchnęło gorąco.
— Na przyszłość — powiedział spokojnie — warto pamiętać o takich szczegółach.
Kornelia patrzyła na niego zaskoczona.
— My… kontrolowałyśmy sytuację.
Marta spojrzała na piekarnik.
Potem na blachę z zakalcem.
— Technicznie rzecz biorąc…
— Nie kontrolowałyście — dokończył Siergiej.
Przez chwilę w kuchni panowała cisza.
Kornelia pierwsza się otrząsnęła.
— Dziękuję — powiedziała chłodno, choć w jej głosie było już mniej ostrości. — Ale zaplecze jest tylko dla pracowników.
— Rozumiem.
— Przepisy sanitarne.
— Oczywiście.
Marta oparła się o blat i obserwowała ich z rozbawieniem.
— Właśnie uratował pan naszą kawiarnię — powiedziała.
— Przesada.
— Wcale nie.
Siergiej spojrzał jeszcze raz na czarne ciasto.
Uniósł brew.
— To też jest część menu?
Marta od razu odpowiedziała, choć Kornelia subtelnie dawała jej znak, aby się już nie odzywała.
— Tak — odpowiedziała Marta, ignorując znaki przyjaciółki.
— Jak się nazywa?
— Zakalec Radeckiego.
Na twarzy Siergieja pojawił się powolny, zadziorny uśmiech.
— Rozumiem.
Spojrzał na Kornelię.
— Czuję się zaszczycony.
Kornelia przewróciła oczami.
— Marta.
— Co?
— Przestań.
Marta tylko wzruszyła ramionami.
— Może jednak nie taki zakalec.
Przez sekundę panowała cisza.
A potem obie dziewczyny wybuchnęły śmiechem.
Siergiej pokręcił głową z rozbawieniem.
Po chwili wyszedł z kuchni i zatrzymał się jeszcze przy drzwiach prowadzących na taras.
Kornelia właśnie wychodziła z zaplecza z tacą filiżanek.
Zderzyli się niemal na środku sali.
Dosłownie.
Taca lekko się przechyliła.
Siergiej instynktownie złapał ją jedną ręką.
Drugą przytrzymał filiżanki.
Przez sekundę stali bardzo blisko siebie.
Za blisko.
Stojąca za barem Marta obserwowała sytuację — niemal widziała przeskakujące między nimi iskry.
— Widzę, że dzisiaj ma pan szczególny talent do ratowania sytuacji — powiedziała Kornelia chłodno.
— Staram się być pomocny.
— Nikt pana o to nie prosił.
— Piekarnik miał inne zdanie.
Kornelia zmrużyła oczy.
— To była kontrolowana sytuacja.
— Oczywiście.
— A pan ma wyjątkową skłonność do wtrącania się.
— Tylko wtedy, gdy czuję zapach spalenizny.
Na ułamek sekundy ich spojrzenia się spotkały.
Od niej jednak bił delikatny, owocowy zapach — przyjemnie kontrastujący z zapachem z zaplecza.
W powietrzu pojawiło się coś dziwnie napiętego.
I bardzo wyraźnego.
Marta, obserwująca scenę zza ekspresu, prawie zakrztusiła się śmiechem.
— Czy ja wam przeszkadzam? — zapytała niewinnie.
Kornelia natychmiast cofnęła rękę.
— Marta.
— No co?
Siergiej odstawił tacę na blat.
— Proszę uważać — powiedział spokojnie. — Następnym razem mogłoby się skończyć kolejnym prysznicem.
Kornelia uniosła brew.
— Jeśli pan liczy na powtórkę, będzie pan rozczarowany.
Na jego twarzy pojawił się lekki, prowokujący uśmiech.
— Nigdy nie wiadomo.
— Właśnie.
— A ja lubię niespodzianki.
Kornelia przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu.
Potem odwróciła się do Marty.
— Zabierz tacę i otwórz okno na zapleczu. Trzeba się pozbyć zapachu twoich eksperymentów.
— Już.
Siergiej ruszył w stronę tarasu.
Przy drzwiach zatrzymał się jeszcze na moment.
— A tak przy okazji…
Kornelia spojrzała na niego.
— Tak?
— Ten zakalec naprawdę był imponujący.
Marta parsknęła śmiechem.
Siergiej wyszedł na taras i zaciągnął się świeżym zapachem jeziora.
Na tarasie rozmowy toczyły się jak zwykle — spokojne, leniwe, przerywane brzękiem filiżanek.
Do czasu.
Przy stoliku pod pergolą siedziały dwie kobiety około sześćdziesiątki w dość eleganckich strojach — stałe klientki kawiarni.
Pani Halina i pani Danuta.
Obie obserwowały Siergieja z dyskrecją, która w Brzegowcu uchodziła za wyjątkowo subtelną.
Czyli wcale nie była subtelna.
— To ten — powiedziała półgłosem pani Halina.
— Który?
— Ten nowy.
Pani Danuta nachyliła się lekko.
— Aaa… ten.
Obie spojrzały w jego stronę.
— Podobno kupił działkę nad jeziorem — szepnęła pani Halina.
— Podobno pół brzegu jeziora — poprawiła ją pani Danuta.
— Skąd wiesz?
— Mój kuzyn pracuje w urzędzie gminy.
Pani Halina uniosła brwi.
— I?
— I mówił, że to jakiś… inwestor.
— Z Warszawy?
— Nie wiadomo.
— Z zagranicy?
Pani Danuta wzruszyła ramionami.
— Może.
Po chwili dodała:
— Ale podobno ma dużo pieniędzy.
Pani Halina spojrzała na niego jeszcze raz.
— Widać.
Przy stoliku obok turysta fotografujący szarlotkę przestał robić zdjęcia.
— Przepraszam — wtrącił się z zainteresowaniem — o kim panie mówią?
Obie kobiety spojrzały na niego z lekkim oburzeniem.
— O nikim — odpowiedziała pani Halina.
— O inwestorze — dodała po chwili pani Danuta.
Turysta natychmiast spojrzał w stronę Siergieja.
— Aha.
Po chwili wyciągnął telefon.
W Brzegowcu plotki zaczynały się właśnie w ten sposób.
Cicho.
Niepozornie.
I zawsze przy kawie.
Kornelia patrzyła za nim przez chwilę.
— On mnie irytuje — powiedziała.
Marta uśmiechnęła się szeroko.
— Wiem.
— I jest bezczelny.
— Wiem.
— I zdecydowanie za pewny siebie.
— Wiem.
Kornelia zmrużyła oczy.
— Skąd wiesz?
Marta wzruszyła ramionami.
— Bo właśnie od dwóch minut patrzysz na niego przez okno.
Kornelia obserwowała go przez okno.
Czarna koszula. Spokojna postura. Jakby był przyzwyczajony do tego, że wszędzie czuje się pewnie.
— Korki — powiedziała Marta za jej plecami.
— Co?
— Patrzysz.
— Nie patrzę.
— Patrzysz.
Kornelia westchnęła.
— Zastanawiam się.
— Nad czym?
— Kim on naprawdę jest.
Marta podeszła bliżej okna.
— Przystojnym facetem.
— Nie o to chodzi.
— Inwestorem?
— Może.
Kornelia przez chwilę milczała.
— Jest zbyt spokojny.
— To źle?
— Ludzie, którzy są aż tak spokojni… zwykle coś ukrywają.
Na tarasie Siergiej uniósł filiżankę kawy.
Jakby wiedział, że jest obserwowany.
Marta uśmiechnęła się szeroko.
— Wiesz co?
— Co?
— Mam dziwne przeczucie.
— Jakie?
Marta spojrzała na nią znacząco.
— Że to dopiero początek problemów.
Kornelia patrzyła przez okno jeszcze przez chwilę.
Nie wiedziała dlaczego.
Ale była pewna jednego.
Ten mężczyzna nie pojawił się w Brzegowcu przypadkiem.
I coś jej podpowiadało, że ich drogi dopiero zaczynają się krzyżować.
ROZDZIAŁ 4
Brzegowiec był małym miasteczkiem, w którym nic się nie działo — aż do momentu, gdy zaczęło się dziać wszystko naraz.
Ten dzień zaczął się wyjątkowo intensywnie. A to był dopiero początek.
Marta wyszła z kawiarni z tacą pełną filiżanek.
— Cappuccino dla pań z Krakowa i espresso dla pana fotografa — mruknęła pod nosem, lawirując między stolikami.
Właśnie stawiała filiżankę na stole, kiedy ciszę miasteczka przeciął niski, głęboki ryk silnika.
Najpierw pojawił się czarny motocykl.
Maszyna wjechała na żwirowy parking przed kawiarnią z prędkością zdecydowanie zbyt dużą jak na spokojny Brzegowiec. Żwir strzelił spod kół, silnik zawarczał jeszcze przez chwilę, po czym zamilkł.
Marta odwróciła głowę.
— Maszyna jak marzenie — powiedziała mimochodem do fotografa, stawiając przed nim zamówioną kawę.
Z motocykla zsiadł wysoki mężczyzna w ciemnej kurtce i kasku. Zdjął go i zawiesił na kierownicy.
Przez chwilę rozejrzał się po tarasie.
Jego wzrok zatrzymał się na Marcie.
Ponieważ nigdzie nie zauważył tego, którego szukał, ruszył w jej stronę.
— Która z was jest ta Kornelia?
Marta uniosła brew tak wysoko, że prawie zniknęła pod grzywką.
— A pan to kto?
— Igor.
— Igor kto?
— Ten, który ma problem z waszym nowym gościem.
Marta skrzyżowała ręce.
— A ja mam problem z ludźmi, którzy zaczynają rozmowę bez „dzień dobry”.
Igor zmrużył oczy.
— Dzień dobry.
— O, proszę. Od razu lepiej.
— Więc?
— Więc co?
— Kornelia.
— A co z nią?
— Muszę z nią porozmawiać.
Marta oparła się o barierkę tarasu.
— W sprawach służbowych, prywatnych czy dramatycznych?
— W ważnych.
— To pech. Bo ja decyduję, kto do niej dochodzi.
Igor spojrzał na nią z lekkim niedowierzaniem.
— Serio?
— Bardzo serio.
— A jeśli powiem, że chodzi o tego gościa, który siedzi przy stoliku?
Marta odwróciła głowę.
Przy jednym ze stolików na końcu tarasu siedział Siergiej. Spokojnie mieszał kawę, jakby nic na świecie nie mogło go wytrącić z równowagi.
Marta spojrzała z powrotem na Igora.
— A jeśli powiem, że nie lubię, kiedy ktoś wjeżdża na parking jak do pościgu policyjnego?
Igor uśmiechnął się krzywo.
— A jeśli powiem, że to jeszcze był spokojny wjazd?
— To powiem, że bardzo się cieszę, że nie widziałam szybkiego.
Igor spojrzał jeszcze raz w stronę stolika.
— Nieważne.
— O, już nieważne?
— Widzę, że znalazłem właściwego człowieka.
— Jak miło. Skoro go znalazłeś, to po co pytałeś o Kornelię?
— Nieważne. Nie potrzebuję twojej pomocy.
— To się jeszcze okaże — rzuciła w jego stronę Marta, wyraźnie zirytowana.
Igor minął ją i ruszył w stronę Siergieja.
Marta odprowadziła go wzrokiem.
— Arogant — mruknęła.
Przy stoliku Siergiej podniósł wzrok.
Igor zatrzymał się naprzeciwko niego.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.
Marta próbowała udawać, że poleruje filiżankę, ale oczywiście słuchała.
Niestety rozmowa była zbyt cicha.
Usłyszała tylko kilka urwanych słów:
— …nie powinieneś tu przyjeżdżać…
— …za późno…
— …to nie twoja sprawa…
Siergiej wstał powoli.
Powiedział coś jeszcze spokojnym tonem.
Igor zacisnął szczękę.
Po chwili obaj mężczyźni ruszyli w stronę parkingu.
Silnik motocykla znów zawarczał.
Po chwili zniknęli za zakrętem prowadzącym w stronę jeziora.
Na tarasie przez kilka sekund panowała cisza.
A potem zaczęło się to, co w Brzegowcu było nieuniknione.
Plotki.
Przy stoliku pod pergolą pani Halina nachyliła się do pani Danuty.
— Słyszałaś?
— Co?
— Ten nowy inwestor.
— Co z nim?
— Podobno chce zrobić tu luksusowy resort.
— Resort?
— Pięciogwiazdkowy.
— Z kasynem?
— I prywatną plażą.
— I zamknąć dostęp do jeziora.
— No właśnie!
Przy sąsiednim stoliku turysta z aparatem uniósł głowę.
— Przepraszam… kto chce zamknąć jezioro?
Pani Halina wzruszyła ramionami.
— Ten inwestor.
— Podobno kupił pół brzegu.
— I starą marinę.
Turysta spojrzał w stronę drogi, gdzie chwilę wcześniej zniknął motocykl.
— Serio?
— W Brzegowcu nic się nie robi bez powodu — powiedziała znacząco pani Danuta.
Marta właśnie sprzątała stolik po Siergieju.
I usłyszała wszystko.
Kilka minut później wpadła do kawiarni.
— Korki!
Kornelia podniosła wzrok znad ekspresu.
— Co się stało?
Marta pochyliła się nad ladą.
— Pamiętasz, jak rano mówiłam ci, że śniły mi się kłopoty z przystojnym facetem?
— Tak. I co w związku z tym?
— Jest ich dwóch!
— Co dwóch?
— Korki! Dwóch przystojnych facetów, a kłopoty dopiero się zaczną.
— Nie rozumiem. Możesz wreszcie wyjaśnić, o co ci chodzi i dlaczego wpadłaś tu niemal z drzwiami?
— Wiesz, że on kupił nie tylko działkę przy jeziorze?
— Co masz na myśli?
— Podobno połowę starej mariny.
Kornelia zmarszczyła brwi.
— Skąd to wiesz?
— Z plotek.
— Czyli z bardzo wiarygodnego źródła.
— Ej!
Kornelia oparła się o blat.
— Po co ktoś miałby kupować starą marinę w małym miasteczku?
Marta wzruszyła ramionami.
— Właśnie.
— To nie ma sensu.
— W Brzegowcu rzadko coś ma sens.
Marta spojrzała w stronę jeziora.
— Ale jedno wiem na pewno.
— Co?
— Jutro się dowiemy więcej.
— Dlaczego?
— Bo jutro w marinie jest otwarcie sezonu.
— I?
Marta uśmiechnęła się szeroko.
— I cały Brzegowiec tam będzie.
— Oczywiście.
— A my też idziemy.
Kornelia uniosła brew.
— My?
— Tak.
— Marta…
— Kornelia.
— Mam kawiarnię.
— Masz też życie.
— Podobno.
— Wreszcie porządnie zaszalejemy.
— Zaszalejemy?
— Wino, muzyka, taniec.
— Brzmi podejrzanie.
— I może jakieś skandale.
Kornelia westchnęła.
— Porozmawiamy o tym wieczorem.
— Gdzie?
— U mnie.
— Z winem?
— Z winem.
Marta klasnęła w dłonie.
— Idealnie.
— To tylko rozmowa.
— To będzie świetny wstęp do jutrzejszej imprezy.
Mieszkanie Kornelii znajdowało się na poddaszu pensjonatu, dokładnie nad kawiarnią. Niewielkie, ale przytulne, było jednym z tych miejsc, w których od razu czuło się spokój.
Największą część zajmował salon połączony z małą, otwartą kuchnią. Jasna kanapa stała przy ścianie pod skosem dachu, a obok niej niewielki stolik zawsze zastawiony kubkiem po kawie i książką, której Kornelia zwykle nie miała czasu dokończyć.
Z salonu wychodziło się na mały balkon. Z niego widać było jezioro i dachy kilku sąsiednich domów. Wieczorami woda odbijała światła miasteczka, a z tarasu kawiarni dochodził cichy gwar rozmów, ponieważ Kornelia pozwalała klientom korzystać z tarasu nawet po zamknięciu kawiarni, zwłaszcza że można było się na niego dostać bezpośrednio z parkingu.
Sypialnia była nieduża, ale miała jedno ogromne okno wychodzące na drzewa rosnące przy brzegu jeziora. Rano pierwsze promienie słońca wpadały przez nie prosto na łóżko, zmuszając Kornelię do wcześniejszego wstawania, niż by sobie tego życzyła.
Łazienka była najmniejszym pomieszczeniem w mieszkaniu, ale za to wygodna i funkcjonalna. Kornelia żartowała czasem, że zmieściło się w niej wszystko, czego potrzebuje człowiek, który większość dnia i tak spędza w kawiarni.
To mieszkanie nie było duże ani luksusowe.
Ale było jej.
I po długich dniach spędzonych wśród gości, rozmów i zapachu kawy zawsze dawało jej dokładnie to, czego potrzebowała najbardziej — ciszę.
Wieczorem balkon mieszkania Kornelii tonął w ciepłym świetle zachodzącego słońca.
Dwa duże wiklinowe fotele zajmowały większość przestrzeni. Między nimi stał mały stolik z butelką czerwonego wina i dwoma kieliszkami.
Z balkonu było widać jezioro.
Woda była spokojna.
Marta wyciągnęła nogi przed siebie.
— Podsumujmy dzisiejszy dzień.
Kornelia uniosła kieliszek.
— Spalone ciasto.
— Tajemniczy inwestor.
— I jakiś Igor na motocyklu.
Marta uśmiechnęła się szeroko.
— I to dopiero poniedziałek.
Przez chwilę siedziały w ciszy, patrząc na jezioro.
Potem Marta odezwała się cicho:
— Myślisz, że on naprawdę kupił tę marinę?
Kornelia wzruszyła ramionami.
— Nie wiem.
— Ale coś tu nie gra.
— To wiem.
— A ten Igor…
— Co z nim?
— Wyglądał jak chodzący problem.
Kornelia upiła łyk wina.
— Mam wrażenie, że w tym miasteczku pojawiło się więcej problemów w jeden dzień niż turystów w sezonie zimowym.
Marta spojrzała w dół, zaciekawiona dźwiękiem, który nagle przerwał wieczorną ciszę.
Na parking przed pensjonatem właśnie wjeżdżał motocykl.
— Kornelia…
— Co?
— Chyba właśnie jeden z nich przyjechał.
— Problem przyjechał? — zaśmiała się Kornelia.
— Wydaje mi się, że tak też można go nazwać — odpowiedziała Marta.
Kornelia wstała i podeszła do barierki.
Na dole stał czarny motocykl, bardzo podobny do tego, którym wcześniej przyjechał Igor, choć ten był nieco mniejszy. Obok niego stał Siergiej.
Spojrzał w górę.
Jakby wiedział, że tam są.
— Kornelia — powiedział spokojnie.
— Tak?
— Musimy porozmawiać.
I coś w jego głosie sprawiło, że obie wiedziały jedno.
Ta rozmowa nie będzie zwyczajna.
Rozdział 5
Marina w Brzegowcu rzadko wyglądała tak jak tego wieczoru.
Nad pomostami rozwieszono rzędy lampionów, które kołysały się lekko na ciepłym, wieczornym wietrze. Na wodzie odbijały się ich złote światła, rozciągając się między zacumowanymi łodziami jak drżące wstążki.
Z głośników ustawionych przy drewnianym barze płynęła muzyka, a w powietrzu mieszał się zapach jeziora, ogniska i grillowanej ryby.
Całe miasteczko przyszło zobaczyć otwarcie sezonu.
Mieszkańcy Brzegowca i turyści mieszali się ze sobą przy stołach ustawionych wzdłuż pomostu na plaży. Ktoś nalewał piwo, ktoś śmiał się głośno, dzieci biegały między stołami.
Marta i Kornelia szły powoli w stronę mariny wzdłuż oświetlonej ścieżki.
— Powiedz mi jedną rzecz — zaczęła Marta, poprawiając pasek sandała. — Dlaczego wczoraj wieczorem nie zeszłaś na parking, żeby porozmawiać z nim?
Kornelia spojrzała na nią kątem oka.
— Nie widziałam powodu, żeby prowadzić rozmowy z obcym mężczyzną o jedenastej w nocy na parkingu.
— On nie wyglądał jak ktoś, kto łatwo odpuszcza — mruknęła Marta.
— To jego problem.
— Mam wrażenie, że bardzo szybko stanie się też twoim.
Kornelia przewróciła oczami.
— Marta…
— No co? Ja tylko mówię, co widzę.
Kiedy skręciły w stronę pomostu, muzyka zrobiła się głośniejsza, a światła lampionów rozlały się nad wodą.
— Dobra — powiedziała Marta z nagłym entuzjazmem. — Postanowiłam.
— Co?
— Dzisiaj tańczymy.
— My?
— Tak. I nie przyjmuję odmowy.
Kilka minut później Marta wymknęła się z tłumu.
Muzyka dudniła jej jeszcze w uszach, kiedy zeszła kawałek dalej, w stronę spokojniejszej części mariny.
Chciała tylko na chwilę zaczerpnąć powietrza.
I wtedy go zobaczyła.
Siergiej stał przy jednej z zacumowanych łodzi.
Obok niego stał Igor.
Rozmawiali cicho, ale ich sylwetki były napięte.
Nie wyglądali jak ludzie, którzy poznali się wczoraj w kawiarni.
Wyglądali jak ludzie, którzy znają się od dawna.
I którzy mają wspólny problem.
Marta zmrużyła oczy.
Igor mówił coś szybko, z wyraźną irytacją. Siergiej słuchał, oparty o reling łodzi.
— …mówiłem ci, że to zły pomysł — syknął Igor.
— Nie przyjechałem tu po twoją zgodę.
— Przyjechałeś grzebać w czymś, co powinno się zostawić w spokoju.
Siergiej milczał przez chwilę.
— Za późno.
Marta poczuła dreszcz ciekawości.
Ale w tym momencie ktoś zawołał ją z pomostu.
— Marta!
Odwróciła się.
Kiedy spojrzała z powrotem w stronę łodzi, obaj mężczyźni już szli w stronę tłumu.
— Gdzie ty zniknęłaś? — zapytała Kornelia.
— Sprawdzałam, czy jezioro nadal tam jest.
— I?
— Na szczęście nie uciekło.
Marta rozejrzała się po pomoście.
I zobaczyła Igora.
Stał przy barze z kubkiem piwa.
— O — powiedziała nagle. — Idealnie.
— Co idealnie?
— Ofiara.
Zanim Kornelia zdążyła zaprotestować, Marta złapała ją za rękę i pociągnęła na parkiet.
Muzyka zmieniła się, a z głośników właśnie zaczął dobiegać dźwięk ulubionej piosenki dziewczyn „All Day and Night”.
Marta zaczęła tańczyć.
Igor patrzył na nią z lekkim niedowierzaniem.
— Myślałam, że pan tylko jeździ motorem i się obraża — powiedziała Marta, zatrzymując się przed nim.
Igor uniósł brew.
— A ja myślałem, że pani tylko się kłóci.
— Czasem też tańczę.
— Odważne wyznanie.
— Odważniejsze jest to, że pan tu stoi — powiedziała Marta z uśmiechem. — Zwłaszcza że ja właśnie tańczę z przyjaciółką.
Na potwierdzenie swoich słów przyciągnęła do siebie Kornelię.
Igor odstawił kubek.
— To chyba mogę spróbować.
— Proszę bardzo.
Zaczęli tańczyć.
I choć oboje udawali, że to tylko zabawa, ich docinki brzmiały coraz bardziej jak flirt, więc Kornelia szybko się ulotniła, zostawiając ich samych.
Muzyka pulsowała w rytmie basu, a światła lampionów odbijały się w wodzie tuż obok pomostu.
Marta zakręciła się lekko w tańcu, pozwalając, aby rytm piosenki prowadził jej kroki. Igor przez chwilę tylko na nią patrzył, jakby zastanawiał się, czy w ogóle chce brać w tym udział.
W końcu zrobił krok bliżej.
— Nie sądziłem, że potrafi pani tańczyć — powiedział.
— Nie sądziłam, że potrafi pan robić coś poza marszczeniem brwi.
Igor uśmiechnął się lekko.
— To pani mnie prowokuje.
Marta przesunęła się bliżej, rytmicznie kołysząc biodrami w takt muzyki.
— Ja? Nigdy.
— W takim razie to musi być przypadek.
Igor położył dłoń na jej talii, prowadząc ją w obrocie. Jego ruch był pewny i zaskakująco płynny jak na kogoś, kto przed chwilą wyglądał, jakby najchętniej wrócił na motocykl i odjechał z tej imprezy.
Marta uniosła brwi.
— No proszę… jednak pan potrafi.
— Nie lubię przegrywać.
— To nie jest konkurs.
— Z panią zawsze jest.
Marta roześmiała się cicho.
Zrobiła krok w tył, ale Igor przyciągnął ją z powrotem, prowadząc w kolejny obrót. Jej włosy musnęły jego ramię, a przez sekundę stali tak blisko, że Marta poczuła zapach jego perfum zmieszany z chłodnym powietrzem znad jeziora.
— Wie pan, co jest w tym wszystkim najdziwniejsze? — powiedziała.
— Co takiego?
— Że zaczynam mieć wrażenie, że wcale mnie pan nie denerwuje.
Igor nachylił się odrobinę bliżej.
— To niebezpieczna obserwacja.
— Dlaczego?
— Bo ja mam dokładnie odwrotnie.
Marta zmrużyła oczy.
— Czyli jednak pana denerwuję?
— Bardzo.
— To może przestanę tańczyć.
Spróbowała się odsunąć, ale Igor nie puścił jej od razu. Jego dłoń nadal spoczywała na jej talii.
— Nie mówiłem, że to coś złego. Poza tym zawsze kończę to, co zacząłem — powiedział ciszej.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.
Muzyka wciąż pulsowała z głośników, a parkiet na pomoście powoli zapełniał się kolejnymi parami.
Marta zrobiła kilka kroków w tył, odsuwając się od Igora.
— Dziękuję za taniec — powiedziała z przesadną uprzejmością.
— To już koniec? — zapytał.
— Nie powiedziałam tego. Ja zamierzam dalej dobrze się bawić.
W tym momencie obok nich pojawił się wysoki blondyn w lnianej koszuli, z kubkiem piwa w ręku.
— Mogę się wtrącić? — zapytał z uśmiechem.
Marta odwróciła się do niego natychmiast, jakby właśnie na to czekała.
— Zawsze.
Blondyn wyciągnął rękę.
— Tomek.
— Marta.
Nie czekając ani chwili, pociągnął ją na środek parkietu.
Igor został tam, gdzie stał.
Przez chwilę patrzył za nimi z kamienną twarzą.
Tomek okazał się znacznie bardziej entuzjastycznym tancerzem niż Igor. Obrócił Martę w szybkim piruecie, a ona roześmiała się głośno, pozwalając się prowadzić.
— Uważaj — powiedziała. — Bo jeszcze pomyślę, że robisz to zawodowo.
— A ty? — zapytał.
— Ja tylko dobrze się bawię.
Tomek przyciągnął ją bliżej.
Z parkietu widać było jezioro i lampiony odbijające się w wodzie.
Marta rzuciła krótkie spojrzenie w stronę baru.
Igor stał dokładnie tam, gdzie go zostawiła.
Opierał się o drewniany słupek pomostu z ramionami skrzyżowanymi na piersi.
I patrzył.
Nie wyglądał na człowieka, który świetnie się bawi.
— Twój chłopak? — zapytał Tomek, zauważając jej spojrzenie.
Marta uśmiechnęła się złośliwie.
— Skąd ten pomysł?
— Patrzy na mnie, jakby chciał mnie zepchnąć do jeziora.
— On tak ma.
— A ty?
Marta położyła dłonie na ramionach Tomka, pozwalając, żeby obrócił ją jeszcze raz.
— Ja mam dzisiaj wolny wieczór.
Muzyka przyspieszyła.
Tomek nachylił się trochę bliżej.
— W takim razie mam szczęście.
Marta roześmiała się.
— Może.
Przez chwilę tańczyli bardzo blisko siebie.
Igor obserwował wszystko z odległości kilku metrów.
Jego szczęka zacisnęła się wyraźnie.
— O nie — mruknął pod nosem.
Kiedy Tomek po raz kolejny przyciągnął Martę do siebie, Igor odstawił kubek na bar.
I ruszył w stronę parkietu.
Marta zauważyła go kątem oka.
Uśmiech na jej twarzy zrobił się jeszcze szerszy.
— Wygląda na to, że zaraz ktoś się zdenerwuje — powiedziała cicho.
— Kto?
— Ten pan przy barze.
Tomek obejrzał się przez ramię.
— Ten w czarnej koszulce?
— Ten sam.
— Twój chłopak?
Marta uśmiechnęła się niewinnie.
— Zdecydowanie nie.
W pewnym momencie przy jednym ze stołów zrobiło się głośniej.
— Słyszałem, że ktoś chce wykupić pół jeziora — powiedział jeden z mężczyzn.
Kilka osób spojrzało w stronę Siergieja.
— Może ten nowy inwestor — dodał ktoś.
Igor natychmiast zesztywniał.
— Lepiej uważaj, co mówisz — powiedział chłodno.
Mężczyzna prychnął.
— A ty kim jesteś? Jego ochroniarzem?
Na pomoście zapadła cisza.
Igor zacisnął pięści.
Kornelia zobaczyła to pierwsza.
— Marta… — szepnęła.
Siergiej zrobił krok do przodu i złapał Igora za ramię.
— Spokojnie.
— On…
— Nie warto.
Marta klasnęła nagle w dłonie.
— Dobrze! — powiedziała głośno. — Kto chce zatańczyć wężyka?
Kilka osób się zaśmiało, kilka wstało aby Marta mogła poprowadzić wężyka między stołami.
Napięcie powoli opadło.
Ale Kornelia widziała, że coś w tej sytuacji było bardzo nie w porządku.
Kiedy muzyka znów się rozkręciła, Kornelia odeszła kawałek dalej.
I wtedy coś zauważyła.
Na drewnianych deskach pomostu leżało zdjęcie.
Podniosła je.
Stare.
Lekko zniszczone.
Na fotografii była młoda kobieta.
Stała na pomoście nad jeziorem.
Kornelia poczuła, jak coś ściska ją w środku.
To miejsce wyglądało znajomo. Tak samo jak kobieta ze zdjęcia.
Odwróciła zdjęcie.
Na odwrocie widniał napis:
„Brzegowiec — lato 2003”
— Szuka pani czegoś?
Kornelia odwróciła się.
Za nią stał Siergiej.
Uniósł rękę.
— Chyba tego.
Podała mu zdjęcie.
— To był powód wczorajszego najścia na parkingu? — zapytała chłodno.
Siergiej spojrzał na fotografię.
— Być może.
Kornelia zmrużyła oczy.
— Kto to jest?
Przez chwilę milczał.
— Kiedyś była częścią mojego życia — powiedział w końcu.
Schował zdjęcie do kieszeni.
— Dobranoc, Kornelio.
I odszedł w stronę pomostu.
Kornelia patrzyła za nim jeszcze chwilę.
Bo ona wiedziała, kim była kobieta na tym zdjęciu.
W Brzegowcu plotki rozchodziły się szybciej niż wiatr nad jeziorem — a tej nocy wszyscy mieli o czym mówić.
Impreza w marinie miała rozpocząć sezon letni w Brzegowcu.
Nikt nie przypuszczał, że rozpocznie też serię wydarzeń, które zmienią całe miasteczko.
Kornelia szła powoli w stronę domu.
W głowie wciąż widziała tamto zdjęcie.
Młodą kobietę stojącą na pomoście.
Matkę Marty.
Zatrzymała się na chwilę przy ścieżce prowadzącej do pensjonatu.
— Skąd on ma to zdjęcie… — szepnęła do siebie.
Jeśli to naprawdę była ona…
Serce zabiło jej szybciej.
Bo w takim razie jedno pytanie nie dawało jej spokoju.
Dlaczego Siergiej twierdził, że ta kobieta była częścią jego życia?
I co gorsza…
jak ona powie Marcie, że ten mężczyzna może szukać właśnie jej.
Kornelia spojrzała w stronę jeziora.
Lampiony nad mariną wciąż świeciły nad wodą.
Ale po raz pierwszy od dawna Brzegowiec wydawał się miejscem pełnym sekretów.
I Kornelia miała przeczucie, że właśnie weszła w sam środek jednego z nich.
ROZDZIAŁ 6
Poranek w Brzegowcu był zupełnie inny niż noc.
Wczorajsze światła lampionów zgasły, muzyka ucichła, a pomosty znów należały tylko do wody i ptaków. Nad jeziorem unosiła się cienka warstwa mgły, która powoli podnosiła się wraz z pierwszym ciepłem wschodzącego słońca. Czasem gdzieś w oddali skrzypnęła lina przy łodzi albo chlupnęła woda o drewniane pale pomostu.
Miasteczko budziło się powoli.
Najpierw zapach kawy z małych kuchni, potem szczekanie psa gdzieś przy głównej ulicy, a na końcu pierwsze kroki ludzi idących po świeże pieczywo.
Marta natomiast budziła się bardzo niechętnie.
Leżała jeszcze chwilę z zamkniętymi oczami, próbując zrozumieć, dlaczego serce bije jej trochę szybciej niż zwykle.
I wtedy przypomniała sobie sen.
Stała na pomoście.
Nie było muzyki, nie było ludzi, nie było świateł. Lampiony wisiały nad wodą, ale były nieruchome i ciemne, jakby ktoś zapomniał je zapalić.
Jezioro było gładkie jak lustro.
Na samym końcu pomostu stała kobieta.
Odwrócona tyłem.
Długie włosy poruszał lekki wiatr znad wody.
Marta próbowała podejść bliżej.
— Proszę pani? — powiedziała we śnie.
Kobieta nie odwróciła się od razu. Dopiero po chwili powoli przekręciła głowę.
Marta nie widziała jej twarzy.
Widziała tylko profil.
I wtedy kobieta powiedziała cicho:
— Nie wracaj tu.
W tym samym momencie Marta zauważyła jeszcze jedną postać.
Kilka metrów dalej, przy zacumowanej łodzi, stał Siergiej.
Opierał się o reling i patrzył prosto na nią.
Nie powiedział ani słowa.
Po prostu patrzył.
I właśnie wtedy Marta się obudziła.
Otworzyła oczy i przez chwilę patrzyła w sufit.
— No świetnie — mruknęła do siebie. — Jeszcze mi tylko proroczych snów brakowało.
Przewróciła się na bok i sięgnęła po telefon.
Godzina 7:12.
— Idealnie — westchnęła. — Dokładnie tyle czasu, żeby zrobić kawę i udawać przed Kornelią, że jestem wyspana.
Godzinę wcześniej Kornelia stała na pomoście.
Była szósta rano.
Mgła nad jeziorem była jeszcze gęsta i sprawiała, że pomosty wyglądały, jakby znikały w białej przestrzeni. Woda była zupełnie spokojna.
Kornelia oparła dłonie o drewnianą barierkę.
Próbowała uporządkować myśli.
Wczorajsza impreza.
Zdjęcie.
Siergiej.
To wszystko zaczynało się układać w historię, której jeszcze nie rozumiała.
— Nie powinnam się w to mieszać — powiedziała cicho sama do siebie.
— W co dokładnie?
Kornelia odwróciła się gwałtownie.
Kilka metrów dalej stał Siergiej.
Miał na sobie ciemną koszulę z podwiniętymi rękawami i wyglądał tak, jakby wcale nie był zaskoczony, że ją tu spotyka.
— Dzień dobry — powiedział spokojnie.
Kornelia przez chwilę patrzyła na niego uważnie.
— Chyba raczej dobry poranek — odpowiedziała.
— Też prawda.
Przez moment między nimi panowała cisza.
To Kornelia przerwała ją pierwsza.
— Dlaczego wróciłeś do Brzegowca?
Siergiej uniósł lekko brew.
— Od razu przechodzimy do przesłuchania?
— Nie odpowiedziałeś wczoraj na moje pytanie.
— Wczoraj było dużo pytań.
Kornelia skrzyżowała ramiona.
— To wybierz jedno.
Siergiej uśmiechnął się lekko.
— W takim razie ja też mam jedną propozycję.
— Słucham.
— Może zacznijmy od nowa. Siergiej.
Wyciągnął dłoń w jej stronę.
— Tak będzie lepiej.
Kornelia zmrużyła oczy.
— Myślałam, że ten pomysł upadł.
— Myślałem, że został tylko odłożony.
Zrobił krok bliżej.
— Jeśli mamy dalej prowadzić takie rozmowy o szóstej rano na pomoście, „pan” i „pani” zaczynają brzmieć trochę dziwnie.
Kornelia zawahała się przez chwilę.
— Kornelia — powiedziała w końcu.
Uśmiechnął się.
— W takim razie możemy wrócić do pytania.
Kornelia spojrzała na jezioro.
— Dlaczego wróciłeś do Brzegowca?
Siergiej milczał przez chwilę.
— Mam tu niedokończone sprawy.
— To bardzo ogólna odpowiedź.
— A twoje zainteresowanie moimi sprawami jest bardzo konkretne.
Kornelia spojrzała na niego uważnie.
— Bo to małe miasteczko i… — urwała.
— I?
— Nic — odpowiedziała zbyt szybko.
Siergiej popatrzył na nią podejrzliwie.
— I ludzie tu pamiętają różne rzeczy — dodała.
Zauważył, że nie powiedziała mu wszystkiego.
Przez moment patrzyli na siebie w milczeniu.
Siergiej zrobił jeszcze jeden krok.
Byli teraz bardzo blisko. Kornelia musiała podnieść głowę, żeby spojrzeć mu w oczy. Stał tak blisko, że niemal się stykali.
— A ty co pamiętasz, Kornelio?
— Wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że twoje pojawienie się tutaj nie jest przypadkiem.
Zanim zdążył odpowiedzieć, z drugiego końca pomostu dobiegł ich głos rybaka:
— Dzień dobry!
Kornelia odsunęła się od niego.
— Muszę otwierać kawiarnię.
— Oczywiście.
Zrobiła kilka kroków w stronę brzegu.
— Kornelio?
Odwróciła się.
— Tak?
— To nie jest przypadek.
Przez chwilę patrzyli na siebie.
Potem Kornelia odwróciła się i odeszła.
Godzinę później kawiarnia zaczęła żyć własnym życiem.
Zapach świeżo mielonej kawy wypełnił wnętrze, a Marta stała za ladą z kubkiem w ręku i miną człowieka, który jeszcze nie zdecydował, czy jest gotowy na rozmowy z ludźmi.
— Wyglądasz jak ofiara katastrofy — powiedziała Kornelia, ustawiając filiżanki na półce.
— Czuję się jak ofiara katastrofy.
— Impreza była aż tak dobra?
Marta westchnęła.
— Śniła mi się jakaś dziwna kobieta na pomoście.
Kornelia zatrzymała się na chwilę.
— Jaka kobieta?
— Nie wiem. Stała tyłem. I powiedziała mi, żebym tu nie wracała.
— Bardzo optymistyczny sen.
— Dziękuję za wsparcie.
W tym momencie do kawiarni weszła pierwsza klientka.
— Dzień dobry, dziewczyny! — zawołała wesoło.
Za nią pojawiły się kolejne osoby.
I razem z nimi… plotki.
— Marta, podobno wczoraj tańczyłaś z trzema mężczyznami naraz.
Marta spojrzała na Kornelię z szokiem.
— Plotki w tym miasteczku rozwijają się szybciej niż bakterie w jogurcie.
— Czyli nie zaprzeczasz? — zapytała klientka.
— Zaprzeczam tylko jednemu szczegółowi.
— Jakiemu?
— Było ich dwóch.
Ktoś przy stoliku parsknął śmiechem.
— A ten blondyn?
— Tomek?
— No.
Marta wzruszyła ramionami.
— Bardzo sympatyczny człowiek.
— A ten drugi?
— Który drugi?
— Ten od motocykla.
Marta przewróciła oczami.
— On głównie marszczy brwi i bardzo mnie denerwuje.
— Podobno chciał się bić.
— Kto tak powiedział?
— Stefan z warsztatu.
— Stefan widzi bójki nawet w kolejce po lody.
Śmiech przeszedł przez kawiarnię.
Kornelia tylko obserwowała Martę uważnie.
Bo wiedziała, że pod tym humorem coś się jeszcze kryje.
Około południa Kornelia zobaczyła Igora na ulicy przed kawiarnią.
Rozmawiał z jakimś mężczyzną i wskazywał w stronę jeziora.
— O — powiedziała cicho.
— Co? — zapytała Marta.
— Twój ulubiony motocyklista.
Marta spojrzała przez okno.
— Rozmawia o terenach nad jeziorem.
— No właśnie.
Marta zmarszczyła brwi.
— Zaczyna mi się to wszystko nie podobać.
Kilka minut później jedna z klientek pokazała telefon.
— Widzieliście to?
Na ekranie był artykuł z lokalnego portalu plotkarskiego.
Nagłówek:
„Luksusowy kompleks nad jeziorem w Brzegowcu?”
W artykule pojawiło się nazwisko Siergieja.
Hotel.
Apartamenty.
Prywatna marina.
W kawiarni zrobiło się głośno.
— Oni chcą zabetonować jezioro!
— Przecież to zniszczy całe miasteczko!
Marta patrzyła na ekran.
— No to pięknie — powiedziała cicho.
Igor wszedł do kawiarni kilka minut później.
Marta wyszła zza baru, zanim zdążył coś powiedzieć.
— Musimy porozmawiać.
— Brzmi groźnie.
Wyciągnęła telefon.
— To prawda?
Igor spojrzał na ekran.
— Marta…
— Czy to prawda?!
Kilka osób przy stolikach zaczęło dyskretnie słuchać.
— Nie wiesz, o czym mówisz.
— Wiem dokładnie.
— To nie jest takie proste.
— Oczywiście, że nie. Najpierw przyjeżdżacie, potem kupujecie pół jeziora, a potem udajecie, że to dla dobra miasteczka.
Igor zacisnął szczękę.
— Nie masz wszystkich informacji.
— A ty masz pieniądze inwestora.
— Nie pracuję dla niego.
— Jasne.
Marta skrzyżowała ramiona.
— I pewnie przypadkiem rozmawiasz z ludźmi o terenach nad jeziorem.
Igor westchnął.
— Marta…
— Jeśli myślisz, że pozwolimy wam zniszczyć to miejsce, to się mylisz.
— „Wam”?
— Tobie i temu twojemu inwestorowi.
— Nie dajesz mi nic powiedzieć.
— Bo nie chcę słuchać bzdur.
Przez chwilę patrzyli na siebie w napięciu.
Igor powiedział ciszej:
— A może po prostu jesteś zła, bo wczoraj flirtowałaś z każdym facetem na pomoście i nie podoba ci się, że ktoś to zauważył.
W kawiarni zrobiło się bardzo cicho.
Marta zmrużyła oczy.
— Słucham?
— Widziałem cię z tym blondynem.
— I co z tego?
— Wyglądało to… intensywnie.
— Och, przepraszam bardzo. Czy powinnam była prosić cię o pozwolenie?
— Nie o pozwolenie.
— Więc o co?
Igor wzruszył ramionami.
— O trochę rozsądku.
Marta parsknęła śmiechem.
— Czy ty właśnie jesteś zazdrosny?
— Nie.
— Brzmisz jak zazdrosny.
— Brzmisz jak ktoś, kto flirtuje z każdym napotkanym facetem.
Marta zrobiła krok bliżej.
— Posłuchaj mnie bardzo uważnie.
Jej głos był lodowaty.
— Jeśli myślisz, że przyjedziesz tu na motorze, będziesz pouczał mnie o moim życiu i jeszcze spróbujesz sprzedać pół jeziora swojemu szefowi…
Zrobiła krótką pauzę.
— …to naprawdę nie wiesz, z kim rozmawiasz.
Igor patrzył na nią spokojnie.
— Marta—
— Nie.
Podniosła rękę.
— Rozmowa skończona.
Odwróciła się gwałtownie i wróciła za ladę.
Igor jeszcze chwilę stał w miejscu.
Potem wyszedł z kawiarni.
Wieczorem kawiarnia powoli pustoszała.
Kornelia stała przy oknie i patrzyła na jezioro.
Na pomoście stał Siergiej.
Sam.
Z rękami w kieszeniach.
Patrzył na wodę tak, jakby próbował odnaleźć w niej coś sprzed wielu lat.
— Hej.
Kornelia drgnęła.
Marta stanęła obok niej.
— Można zamykać. Wszystko już posprzątane.
— Tak? Nawet stoliki na tarasie?
— Nawet.
— To cud.
Marta oparła się o parapet.
— O czym tak myślisz?
Kornelia uśmiechnęła się lekko.
— O tym twoim motocykliście.
— Och nie.
— Marta.
— Nie.
— On jest tobą zainteresowany.
Marta wybuchnęła śmiechem.
— Igor? Proszę cię.
— Tylko głupi by tego nie zauważył.
— Naprawdę?
— Te iskry między wami widać gołym okiem.
Marta skrzywiła się teatralnie.
— Iskrami to ja go mogę co najwyżej potraktować.
Kornelia uniosła brew.
— Czym?
— Paralizatorem.
Przez sekundę patrzyły na siebie poważnie.
A potem obie wybuchnęły śmiechem.
Za oknem jezioro było już prawie czarne.
A Brzegowiec powoli przygotowywał się na kolejny dzień, który — choć nikt jeszcze o tym nie wiedział — miał przynieść jeszcze więcej tajemnic.
Rozdział 7
Poranek w Leśnej Przystani pachniał świeżo mieloną kawą i ciepłym ciastem. Przez duże okna wpadało miękkie światło, które rozlewało się po drewnianych stolikach i jasnej podłodze. Jezioro za szybą było spokojne, niemal nieruchome, jakby dopiero budziło się do życia.
Kornelia stała za barem i z wprawą obsługiwała ekspres.
Jeszcze zanim spojrzała w stronę drzwi, usłyszała charakterystyczny dźwięk dzwonka.
Westchnęła cicho.
— Dzień dobry — odezwał się znajomy głos.
Nie musiała podnosić wzroku.
— Jeszcze nie zdążyłam otworzyć, a ty już tu jesteś. Myślałam że zapamiętałeś od której godziny kawiarnia jest otwarta. — mruknęła, sięgając po filiżankę.
Siergiej oparł się łokciem o blat.
— A ja myślałem że skoro już się poznaliśmy to mogę przyjść nieco wcześniej.
Kornelia spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Trzeci dzień z rzędu? I zawsze za wcześnie. Chyba nigdy się nie nauczysz.
— Lubię dobrą kawę. Po za tym zawsze zaczynam dzień od kawy. Myślę że powinnaś rozważyć zmianę godziny otwarcia kawiarni.
— A w mieście jest tylko jedna kawiarnia?
— Nie, ale tylko w jednej obsługa patrzy na klienta tak, jakby za chwilę miała go wyrzucić przez okno. I tylko jedna serwuje najlepszą kawę jaką piłem.
Kornelia zmrużyła oczy.
Poddaje się. — westchnęła z rezygnacją.
— Kawa?
— Czarna.
— Oczywiście.
Po chwili filiżanka stanęła przed nim.
Siergiej upił łyk i uniósł brew.
— Hm.
— Co znowu? — zapytała podejrzliwie.
— Tym razem nie wylałaś jej na mnie.
— Jeszcze dzień się nie skończył. — uśmiechnęła się zadziornie.
To był ich trzeci poranek w tej samej konfiguracji i Kornelia zaczynała mieć wrażenie, że ten człowiek pojawia się tu nie tylko dla kawy.
A to ją… irytowało.
I dziwnie intrygowało.
— Wiesz — powiedział po chwili — zaczynam podejrzewać, że robisz to specjalnie.
— Co?
— Ten cały teatr z udawaniem, że mnie nie lubisz.
Kornelia oparła dłonie na blacie.
— A skąd pomysł, że udaję?
— Bo gdybyś naprawdę mnie nie lubiła…
Nachylił się lekko tak że poczuła delikatną woń jego perfum.
— …już dawno zakazałabyś mi tu przychodzić.
Przez moment patrzyli na siebie w milczeniu.
Kornelia odchrząknęła i odsunęła się.
— Mam pracę a gdybym wyrzucała stąd wszystkich klientów którzy mnie drażnią zapewne miałabym problem z utrzymaniem kawiarni.
— Oczywiście. — puścił do niej oczko.
Siergiej powoli obracał filiżankę w dłoniach, obserwując jak dziewczyna krząta się za barem.
W tym samym czasie przy jednym ze stolików Marta stawiała przed pierwszym gośćmi talerz z sernikiem.
— Proszę bardzo. Choć sernik na śniadanie to chyba nienajlepszy pomysł.
— Wygląda cudownie — powiedziała jedna z turystek. — owszem zwykle nie jem sernika na śniadanie ale na wakacjach mogę sobie na to pozwolić. Jak bedziesz w moim wieku dziecko też przestaniesz zwracać uwagę na takie drobiazgi. — klientka obdarzyła Marte szczerym uśmiechem.
— Smakuje jeszcze lepiej — odparła Marta z uśmiechem. — Smacznego.
— Wątpię.
Głos za jej plecami był aż za dobrze znajomy.
Marta odwróciła się gwałtownie.
Igor stał przy stoliku, jakby pojawił się tam tylko po to, żeby ją zdenerwować.
— To znowu ty? — prychnęła.
— Ja też się cieszę, że cię widzę.
— A kto powiedział że ja się cieszę? Poza tym nie pamiętam, żebym cię zapraszałam.
— A ja nie pamiętam, żeby to była prywatna restauracja.
Kilku gości zaczęło się dyskretnie przysłuchiwać.
— Usiądź gdzieś indziej skoro przyszedłeś jako klient a jeśli nie to zniknij mi z oczu tak szybko jak się pojawiłeś. — syknęła Marta.
— Czemu?
— Bo psujesz atmosferę.
Igor spojrzał na stolik.
— Przepraszam państwa, czy ja psuję atmosferę?
Starsze małżeństwo wymieniło rozbawione spojrzenia.
— Wręcz przeciwnie — powiedział mężczyzna. — Dawno nie było tu takiej rozrywki.
Ktoś przy sąsiednim stoliku parsknął śmiechem.
Marta poczerwieniała.
— Ty…
— Ja co?
— Jesteś niemożliwy. Mam cię po dziurki w uszach!
— Ależ ty nerwowa jesteś. Uspokój się maleńką bo uszami to za chwilę zaczniesz parę puszczać.
Marta zdębiała. Jak on mógł powiedzieć do niej coś takiego?!
— Bo mnie prowokujesz ty… ty… idioto!
— Wcale nie.
— Właśnie że tak!
W tej chwili Marta zrobiła gwałtowny gest ręką.
I zahaczyła o tacę.
Filiżanki zadźwięczały.
Jedna przechyliła się i omal nie spadła ze stolika. Igor w ostatniej chwili złapał ją w powietrzu.
W kawiarni rozległy się brawa.
Marta patrzyła na niego przez sekundę w osłupieniu.
— Oddaj — burknęła.
— Proszę.
Podał jej filiżankę z niewinnym uśmiechem.
— Widzisz? — powiedział spokojnie. — Ratuję sytuację.
— To ty ją stworzyłeś! Gdyby nie ty nic by się nie wydarzyło!
— Detale. Po za tym gdyby nie ja miałabyś nudny dzień. — uśmiechnął się triumfalnie.
Siergiej obserwował scenę z drugiego końca sali.
Na jego ustach pojawił się lekki uśmiech.
Ta dwójka przyciągała uwagę całej kawiarni. Każdy kto ich obserwował miał ubaw godny kabaretu.
Ale coś innego przykuło jego uwagę.
Marta odgarnęła włosy za ucho.
Światło z okna padło na jej twarz.
I nagle…
coś w jej rysach wydało mu się znajome.
Zmarszczył brwi.
To było tylko wrażenie.
A jednak…
ten kształt oczu.
Linia policzka.
Przez moment zobaczył w niej kogoś zupełnie innego.
Powoli sięgnął do kieszeni kurtki po zdjęcie.
Patrzył na nie przez kilka sekund.
Potem znów podniósł wzrok na Martę.
Niemożliwe.
A jednak…
coś w tym podobieństwie nie dawało mu spokoju.
Siergiej schował zdjęcie do kieszeni.
W tym momencie Kornelia postawiła przed nim kolejną filiżankę, żeby odciągnąć jego uwagę od Marty. Zdawała sobie sprawę co zauważył gdy patrzył na jej przyjaciółkę i state zdjęcie.
— Jeszcze jedna.
— Nie zamawiałem.
— Domyśliłam się, że zaraz zamówisz.
— A jeśli nie?
— To będzie na koszt firmy.
Siergiej uniósł brew.
— Robisz się dla mnie coraz milsza.
Kornelia skrzyżowała ręce.
— Nie przyzwyczajaj się.
Ich spojrzenia znów się spotkały.
A napięcie między nimi było już wyraźnie odczuwalne.
Gwar w kawiarni powoli wracał do normalnego rytmu, choć co chwilę ktoś jeszcze zerkał w stronę Marty i Igora z rozbawieniem.
Marta odwróciła się gwałtownie i ruszyła w stronę zaplecza.
— Ty tu zostań — rzuciła przez ramię do Igora.
— Czemu?
— Bo jak pójdziesz za mną, to coś ci zrobię.
— Brzmi groźnie.
— Bo takie jest.
Nie byłbym sobą gdybym nie sprawdził czy faktycznie jest taka groźna — pomyślał i ruszył za dziewczyną.
Nagle po kawiarni rozległy się tępy huk a potem już było tylko słychać jęki.
Kornelia i Siergiej natychmiast spojrzeli w stronę drzwi na zaplecze.
W drzwiach stała Marta… z Paralizatorem w ręku, który sięgnęła z półki na zapleczu a pod jej nogami zwijał się Igor.
Ostrzegałam! Sam się prosiłeś! — warknęła dziewczyna
Ojjjj… — zawył Igor. — nie musiałaś celować akurat w to miejsce.
Marta wzruszyła ramionami i zniknęła na zapleczu.
Stary, pomóc ci? — zapytał rozbawiony całą sytuacją Siergiej.
Igor uśmiechnął się pod nosem z lekkim grymasem ale pozbierał się z podłogi. Kornelia obserwowała całą scenę zza baru.
— Naprawdę musisz ją tak prowokować? — zapytała, zerkając na niego.
— Ja?
— Tak, ty.
— Ona zaczęła.
— Igor.
— No dobrze — westchnął teatralnie. — Może trochę ją zaczepiłem.
— Trochę? To ja nie chcę wiedzieć co by ci zrobiła gdybyś wkurzył ją bardziej. — zaśmiał się Siergiej.
— Lubię patrzeć, jak się złości.
Kornelia pokręciła głową.
— Jesteś niemożliwy.
— A ona urocza, kiedy się wścieka.
I niebezpieczna. — dodała Kornelia.
Zamilkła na chwilę.
— Wiesz, że to widać?
Igor spojrzał na nią uważnie.
— Co?
— Że ją lubisz.
— Ja?
— Tak.
— To chyba ty widzisz rzeczy, których nie ma.
— Oczywiście.
Kornelia uśmiechnęła się pod nosem i wróciła do przecierania blatu a Igor grzecznie wrócił na taras gdzie zajął wolne miejsce.
Siergiej siedział przy swoim stoliku, powoli dopijając kawę.
Jego wzrok znów powędrował w stronę zaplecza, gdzie zniknęła Marta.
To dziwne uczucie nie dawało mu spokoju.
Jeszcze raz sięgnął po zdjęcie.
Było stare, lekko wyblakłe. Kobieta patrzyła w obiektyw z półuśmiechem, a wiatr rozwiewał jej rude włosy.
Siergiej przyjrzał się uważnie rysom twarzy. To nie może być przypadek — pomyślał.
Potem powoli podniósł wzrok.
Drzwi zaplecza otworzyły się.
Marta wróciła na salę, nadal lekko zirytowana.
Na moment ich spojrzenia się spotkały.
I znowu zobaczył to samo.
To podobieństwo było subtelne, ale uderzające.
Jak echo czyjejś twarzy.
Głos Kornelii wyrwał go z zamyślenia.
Schował zdjęcie. Kornelia zauważyła to i powiedziała.
Jeśli będziesz chciał o tym porozmawiać..
Będę pamiętał — przerwał jej Siergiej.
Kornelia zrozumiała, że to jeszcze nie ten moment i szybko zmieniła temat.
— Coś nie tak z kawą?
Nie.
— Bo patrzysz na nią tak, jakby cię obraziła.
— Zastanawiam się.
— Nad czym?
Siergiej spojrzał na Martę, która właśnie stawiała filiżanki na stoliku gości.
— Nad tym, czy ona zawsze jest taka wybuchowa.
Kornelia parsknęła śmiechem.
— O tak. To istny huragan emocjonalny i to z pyskata buzią.
— To musi być ciekawe.
— Taaak… zwłaszcza jak pakuje się w kłopoty. Przyzwyczaisz się.
— Nie planuję.
— Doprawdy?
Kornelia uniosła brew.
— A ja mam wrażenie, że zaczynasz się tu zadomawiać.
— To tylko kawa.
— Trzecia dzisiaj.
— Czwarta.
— Słucham?
— Ta, którą postawiłaś przede mną przed chwilą — wskazał dłonią filiżankę stojącą na blacie.
Kornelia spojrzała na filiżankę.
— Nie pamiętam, żebym ją robiła.
— Widzisz? Wchodzi ci to w nawyk. — uśmiechnął się lekko. — Zaczynasz mnie rozpieszczać.
— Śnij dalej.
Kilka minut później Marta podeszła do baru.
— Idę na taras — oznajmiła. — Muszę zaczerpnąć powietrza.
— Po walce? — zapytała Kornelia.
— Po idiotach.
— On nadal tam siedzi.
Marta spojrzała w stronę Igora.
— Niestety widzę.
Igor pomachał jej z uśmiechem.
— Dziecko.
— Słyszałem! — zawołał.
— I dobrze!
Marta wyszła na taras.
Marta spojrzała na przyjaciółkę z błaganiem w oczach i poczlapała w stronę tarasu.
Na zewnątrz powietrze było chłodniejsze.
Jezioro błyszczało w słońcu, a wiatr lekko poruszał liśćmi drzew.
Marta oparła dłonie o drewnianą balustradę i westchnęła.
— Ciężki poranek?
Odwróciła się.
Siergiej stał kilka kroków dalej z filiżanką w ręku.
— Podsłuchiwałeś?
— Cała kawiarnia podsłuchiwała.
— Świetnie.
— Było zabawnie.
— Nie dla mnie.
Siergiej podszedł bliżej.
— On naprawdę lubi cię prowokować.
— Zauważyłem.
— A ty naprawdę szybko się denerwujesz.
— Dzięki.
— Nie ma za co.
Marta zmrużyła oczy.
— A ty zawsze jesteś taki bezczelny?
— Tylko rano.
— To dobrze, bo już myślałam, że cały czas.
Siergiej uśmiechnął się lekko.
— Powiedz mi coś.
— Nie.
— Nawet nie wiesz co.
— Właśnie dlatego.
— Dlaczego wciąż z nim rozmawiasz?
Marta wzruszyła ramionami.
— Bo mnie denerwuje. Działa na mnie lepiej niż kawa co wychodzi zdecydowanie taniej.
— To nie jest odpowiedź.
— A jaka cię interesuje?
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.
— Ta prawdziwa — powiedział spokojnie Siergiej.
Marta prychnęła.
— Jak ją znajdę, dam ci znać.
W tej chwili drzwi tarasu otworzyły się z hukiem.
— Wiedziałem!
Igor stanął w progu.
— Wiedziałeś co? — zapytała Marta.
— Że tu jesteś.
— To cudowna dedukcja Sherlocku.
— A ty — zwrócił się do Siergieja — kradniesz moją rozmówczynię.
— Nie wiedziałem, że jest twoja.
Bo nie jestem. Ani jego ani nikogo innego! — oburzyła się Marta.
— Nie jest. — odpowiedział Siergiej niemal równo z Martą.
Dobrze wiedzieć. — odezwał się zadowolony z siebie Igor.
Marta westchnęła.
— Czy wy możecie przestać?
— On zaczął — powiedzieli jednocześnie Igor i Siergiej.
Zapadła chwila ciszy.
Potem Marta wybuchnęła śmiechem.
— Jesteście beznadziejni.
Igor spojrzał na nią zaskoczony.
— Czy to był… komplement?
— Nie przyzwyczajaj się.
W drzwiach kawiarni pojawiła się Kornelia.
— Jeśli skończyliście przedstawienie, to mam dla was dobrą wiadomość.
— Jaką? — zapytała Marta.
— Goście chcą jeszcze deserów.
Marta jęknęła.
— Wracaj do pracy — dodała Kornelia.
Igor uśmiechnął się.
— Ja mogę pomóc.
— Nie możesz.
— Dlaczego?
— Bo wtedy kłócilibyśmy się jeszcze bardziej, a deser nie trafiłby do klientów tylko w twoja twarz. — zasugerowała Marta z triumfalnym uśmiechem.
Igor wzruszył ramionami.
— Prawda.
Siergiej dopił kawę i odstawił filiżankę.
— Wygląda na to, że mam tu codzienną rozrywkę.
Kornelia skrzyżowała ręce.
— Nie przychodź dla rozrywki.
— To dla kawy.
— Jasne.
Ich spojrzenia znów się spotkały.
I przez chwilę nikt się nie odezwał.
Napięcie między nimi było już wyraźnie wyczuwalne.
Rozdział 8
Poranek w Brzegowcu zaczynał się powoli, jakby miasteczko najpierw chciało przeciągnąć się po nocy, a dopiero potem na dobre otworzyć oczy.
Nad jeziorem unosiła się jeszcze cienka warstwa mgły. Słońce wschodziło nad linią lasu, rozświetlając wodę złotymi smugami, które poruszały się delikatnie wraz z falami. Gdzieś w oddali skrzeczały mewy, a z przystani dochodził metaliczny stukot łańcucha uderzającego o maszt jednej z łodzi.
W małym pensjonacie przy głównej uliczce Brzegowca pachniało świeżym pieczywem, kawą i pysznym domowym jedzeniem.
Pani Tereska, właścicielka pensjonatu, stała przy kuchennym blacie w kwiecistym fartuchu i kroiła jeszcze ciepły chleb. Była drobną, energiczną kobietą po siedemdziesiątce, z siwymi włosami upiętymi w luźny kok. Jej twarz miała te charakterystyczne zmarszczki ludzi, którzy więcej się w życiu uśmiechali niż martwili.
Na stole ustawiła talerz z jajecznicą, świeże ogórki i słoik domowej konfitury z malin.
— No dobrze, moi drodzy, śniadanie gotowe — powiedziała pogodnie, rozkładając serwetki.
W jadalni siedziało troje gości. Para turystów z Poznania i nowy przyjezdny, który zameldował się poprzedniego wieczoru.
Mężczyzna miał około pięćdziesięciu lat. Był wysoki, szczupły, ubrany w elegancką marynarkę i koszulę w drobne paski — strój zdecydowanie zbyt oficjalny jak na niewielkie turystyczne miasteczko. Na nosie miał cienkie okulary, a przy jego talerzu leżał niewielki skórzany notes.
Jednak najbardziej charakterystyczne było to, w jaki sposób patrzył na ludzi.
Uważnie.
Zbyt uważnie.
Jakby każda rozmowa mogła być wskazówką w jakiejś zagadce.
— Czy w tym mieście zawsze tyle się dzieje? — zapytał nagle, odkładając filiżankę kawy.
Pani Tereska spojrzała na niego zdziwiona.
— Dzieje? A co się ma dziać?
Mężczyzna zmarszczył lekko brwi.
— No… dramatyczne rzeczy.
Para turystów wymieniła rozbawione spojrzenia.
— Pan chyba ogląda za dużo seriali kryminalnych — zaśmiała się kobieta z Poznania.
Pani Tereska wzruszyła ramionami.
— U nas to co najwyżej ktoś zgubi wiosło albo pies sąsiada ucieknie z podwórka.
Mężczyzna zamyślił się na chwilę.
— To ciekawe — mruknął i zapisał coś w notesie.
Pani Tereska spojrzała na niego podejrzliwie.
— Pan jest dziennikarzem?
— Nie.
— To może pisarzem?
Mężczyzna uśmiechnął się tajemniczo.
— Powiedzmy, że obserwatorem.
Po śniadaniu wyruszył na spacer.
Brzegowiec o tej porze dnia był spokojny. Kilku mieszkańców zamiatało chodniki przed sklepami, ktoś wyprowadzał psa, a z małej piekarni przy rynku unosił się zapach świeżych drożdżówek.
Mężczyzna szedł powoli, oglądając wszystko z ciekawością.
Po kilku minutach droga zaczęła opadać w stronę jeziora.
I wtedy ją zobaczył.
Leśna Przystań.
Kawiarnia stała tuż przy wodzie, częściowo ukryta wśród wysokich sosen. Drewniany taras wychodził wprost na jezioro, a na nim ustawione były jasne stoliki. Kilka osób siedziało już z kawą, patrząc na spokojną taflę wody.
Mężczyzna zatrzymał się.
Przez chwilę tylko patrzył i chłonął piękny widok.
Słońce odbijało się w jeziorze, wiatr poruszał gałęziami drzew, a z otwartych drzwi kawiarni dobiegał zapach świeżo mielonej kawy i pieczonego ciasta.
— No proszę… — mruknął z uznaniem.
Przez moment naprawdę się zachwycił.
To miejsce miało w sobie coś niezwykle spokojnego.
A jednocześnie — jak mu się wydawało — kryło w sobie jakąś historię.
Postanowił wejść.
W środku panował przyjemny gwar rozmów.
Mężczyzna usiadł przy stoliku w rogu, skąd miał doskonały widok na całą salę i taras.
Kornelia podeszła do niego z uśmiechem.
— Dzień dobry. Co podać?
— Kawę — odpowiedział.
— Jaką?
— Najlepszą, jaką pani robi.
Kornelia uniosła lekko brew.
— To bardzo szeroka kategoria.
— W takim razie zaufam pani.
Kornelia uśmiechnęła się lekko i odeszła do ekspresu.
Mężczyzna wyjął notes.
I zaczął obserwować.
Po chwili Kornelia podała klientowi zamówioną kawę I przysiadła się do Marty siedzącej przy stoliku obok ponieważ mimo sporego ruchu w kawiarni panował dziś wyjątkowy spokój.
Marta mieszała nerwowo łyżeczką w filiżance.
— Jeśli jeszcze raz to zrobi, naprawdę go zabiję.
Mężczyzna zamarł.
Powoli otworzył notes.
Zapisał:
„Możliwy konflikt kryminalny.
Kobieta planuje zabójstwo.”
Kornelia westchnęła.
— Marta, to tylko Igor.
— Tylko Igor? — prychnęła Marta. — On mnie doprowadza do szału.
— To przestań z nim rozmawiać.
— Nie mogę.
— Dlaczego?
Marta zawahała się chwilę.
— Bo… wtedy byłoby nudno.
Kornelia pokręciła głową z bezradnością.
Mężczyzna zmrużył oczy.
To brzmiało… podejrzanie.
Drzwi kawiarni otworzyły się.
Do środka wszedł Igor.
Za nim chwilę później pojawił się Siergiej.
Usiedli przy stoliku niedaleko.
— Dzisiaj w nocy? — zapytał Igor.
— Tak — odpowiedział Siergiej spokojnie.
— Będą ludzie?
— Będą.
— A łodzie?
— A da się bez łodzi?
Igor pochylił się nad stołem.
— Nie możemy tego robić długo.
Mężczyzna w kącie niemal podskoczył z emocji.
Szybko zapisał:
„Nielegalne operacje nocne na jeziorze.
Prawdopodobna działalność przestępcza.”
Marta nagle zmrużyła oczy.
— Czy ten facet się na nas gapi?
Kornelia odwróciła się dyskretnie.
— Trochę.
Marta wstała.
Podeszła do stolika mężczyzny.
— Czy coś się panu stało?
Mężczyzna spojrzał na nią spokojnie.
— Nie.
— Bo wygląda pan jak detektyw z kiepskiego filmu.
Mężczyzna oburzył się.
— Ja tylko obserwuję.
Marta skrzyżowała ręce.
— To proszę obserwować jezioro, bo nieładnie jest tak gapić się na ludzi i ich podsłuchiwać.
Kornelia parsknęła śmiechem.
Marta odwróciła się na pięcie i podeszła do siedzących nieopodal mężczyzn.
Co dziś podać? — zapytała z udawaną uprzejmością.
Dla mnie kawa z kardamonem i szafranem. — odpowiedział Siergiej — A ty co chcesz? — zwrócił się do Igora
Ja poproszę szarlotkę. — odpowiedział uśmiechając się do Marty
Polaną cyjankiem czy posypaną arszenikiem? — zapytała zaczepnie.
Kornelia przy stoliku obok niemal zakrztusila się kawą a Siergiej wybuchnął śmiechem. Tylko Igor się nie odezwał jedynie spojrzał na Martę maślanymi oczami jak dziecko, które bardzo czegoś chce. Dziewczyna uśmiechnęła się ironicznie i ruszyła za bar przygotować zamówienie.
Siergiej wykorzystując moment gdy Igor intensywnie szukał czegoś w telefonie podszedł do Kornelii.
Jego wzrok padł na notes leżący na stole obok przy którym siedział tajemniczy gość.
Kilka sekund później uśmiechnął się pod nosem.
— Macie nowego kronikarza miasteczka — powiedział.
— Co? — zapytała Kornelia.
— Ten człowiek właśnie zapisał coś o „nielegalnej działalności”.
Kornelia spojrzała na niego podejrzliwie.
— Skąd wiesz?
— Widziałem.
— I wcale cię to nie niepokoi?
Siergiej wzruszył ramionami.
— Raczej bawi.
Kornelia oparła się o blat stolika pochylając się w stronę Siergieja.
— Może naprawdę prowadzisz coś nielegalnego? — zapytała patrząc mu głęboko w oczy.
Siergiej uśmiechnął się lekko.
— A gdybym prowadził?
— To byłbyś najgorszym klientem tej kawiarni. — odsunęła się delikatnie.
— Dlaczego?
— Bo musiałabym przestać robić ci kawę.
Siergiej nachylił się trochę bliżej.
— To byłaby tragedia. — kącik ust drgnął mu delikatnie.
Ich spojrzenia spotkały się na chwilę. Kornelia nie mogła przestać wpatrywać się w iskierki tańczące w oczach Siergieja.
Tajemniczy gość wyszedł z kawiarni.
Usiadł na ławce nad jeziorem.
Otworzył notes.
Czytał na głos swoje zapiski.
— Konflikt…
— nielegalne działania nocne…
— kobieta planująca morderstwo…
Podniósł wzrok na spokojne jezioro.
Przez chwilę wszystko wyglądało zupełnie zwyczajnie.
Ptaki latały nad wodą.
Łodzie kołysały się przy pomoście.
Mężczyzna zamknął notes.
— To miasteczko jest znacznie bardziej niebezpieczne, niż się wydaje.
Nie miał pojęcia, jak bardzo się mylił.
Siergiej wrócił do Igora i usiadł na swoim miejscu.
Przez chwilę patrzył na jezioro, gdzie wiatr lekko marszczył spokojną taflę wody.
Igor siedział naprzeciwko, pochylony nad telefonem. Jego palce szybko przesuwały się po ekranie, a brwi miał ściągnięte w skupieniu.
— Czego tak gorączkowo szukasz? — zapytał Siergiej, opierając się wygodniej na krześle.
Igor nie podniósł wzroku.
— Antidotum.
Siergiej uniósł brew.
— Na co?
W tej chwili Marta pojawiła się przy stoliku z tacą. Postawiła przed nimi filiżanki z kawą i talerzyk z ciastem, robiąc to z wyraźną energią. Drewno stolika cicho stuknęło.
— Proszę — powiedziała krótko.
Jej spojrzenie zatrzymało się na Igorze na ułamek sekundy dłużej.
Było w nim coś zadziornego… i ostrzegawczego.
Igor odprowadził ją wzrokiem, dopóki nie zniknęła w drzwiach kawiarni.
Dopiero wtedy westchnął ciężko i wrócił do telefonu.
— Sprawdzam, czy istnieje jakieś antidotum na cyjanek albo arszenik.
Siergiej parsknął śmiechem.
— Co?
— Patrzyłeś na jej minę? — mruknął Igor. — Zaczynam się poważnie obawiać o swoje życie.
Siergiej nie wytrzymał i roześmiał się głośniej.
— Tak, tak, nabijaj się — burknął Igor. — Ciekawe, co ty byś zrobił na moim miejscu.
Siergiej sięgnął po filiżankę i upił łyk kawy.
— Na twoim miejscu?
— No.
Siergiej spojrzał w stronę drzwi, przez które chwilę wcześniej zniknęła Marta.
Na jego ustach pojawił się lekko rozbawiony uśmiech.
— Ja przede wszystkim nie igrałbym z ogniem.
Igor prychnął.
— Za późno.
I przez chwilę obaj patrzyli w stronę kawiarni, gdzie zza drzwi zaplecza dobiegał stłumiony głos Marty rozmawiającej z Kornelią.
Siergiej pokręcił głową z rozbawieniem.
— Sam jesteś sobie winien.
Igor westchnął.
— Wiem.
Po chwili dodał cicho:
— Ale przynajmniej nie jest nudno.
Rozdział 9
Poranek w Brzegowcu nie był już tak spokojny jak jeszcze kilka dni temu.
Powietrze było ciepłe, jezioro niemal nieruchome, a światło miękko rozlewało się po tafli wody — a jednak coś wisiało w powietrzu. Coś, czego nie dało się nazwać, ale dało się poczuć.
Plotki.
Zaczęło się niewinnie. Jedna rozmowa na rynku. Jedno zdanie rzucone przy piekarni. Jedno „a słyszałaś…?” wypowiedziane półgłosem.
Teraz mówiło już całe miasteczko.
Kornelia zauważyła to jeszcze zanim dotarła do kawiarni.
Szła dobrze znaną drogą z torbą przewieszoną przez ramię, jak każdego poranka, ale coś było inaczej.
Ludzie rozmawiali ciszej.
Za cicho.
Głowy pochylały się ku sobie, ramiona zbliżały, jakby każde słowo miało wagę czegoś zakazanego. Rozmowy urywały się nagle, kiedy przechodziła obok — jakby ktoś niewidzialny przecinał je nożem.
Przy piekarni dwie kobiety szeptały coś gorączkowo. Jedna z nich ściskała w dłoniach papierową torbę tak mocno, że aż się gniotła. Kiedy zauważyła Kornelię, urwała w pół zdania.
Ich spojrzenia spotkały się na sekundę.
Za długą.
Na rynku grupka mężczyzn stała w półkolu. Jeden z nich mówił szybko, nerwowo, dłonie pracowały w powietrzu, jakby próbował coś odgonić.
— Mówię ci, to nie są żarty… — usłyszała urywek.
— Jeśli to prawda, to wszystko się zmieni — odpowiedział drugi, ciszej, ale z czymś ciężkim w głosie.
Kornelia zwolniła.
Nie zatrzymała się, ale jej krok stracił pewność.
Zmarszczyła lekko brwi.
To nie były zwykłe plotki.
To było coś większego.
Coś, co zaczynało obejmować całe miasteczko, rozlewać się jak fala — powoli, ale nieuchronnie.
Ścisnęła mocniej uchwyt torby.
Nie lubiła tego uczucia.
Tego napięcia, które wkradało się pod skórę bez wyraźnego powodu.
Ruszyła dalej, ale myśl już nie dawała jej spokoju.
Kiedy kilka minut później stanęła przed Leśną Przystanią, wiedziała jedno:
coś się zaczynało.
I nie była pewna, czy to coś dobrego.
Leśna Przystań była pełna ludzi.
Taras tętnił życiem — dźwięk filiżanek, śmiechy, rozmowy, zapach kawy i świeżych ciast mieszały się w jedną, gęstą, niemal namacalną atmosferę.
Ale pod tym wszystkim było coś jeszcze.
Pośpiech.
Nerwowość.
Jakby ludzie próbowali zagadać coś, czego nie chcieli nazwać.
Marta była w samym środku tego chaosu.
Poruszała się szybko, niemal nerwowo — jakby próbowała nadążyć za wszystkim jednocześnie. Jej włosy wymykały się z niedbale związanego kucyka, kosmyki przyklejały się do skroni.
Mimo wczesnej pory zdążyła już potłuc dwie filiżanki i jeden spodeczek.