E-book
23.63
Twórca

Bezpłatny fragment - Twórca


Objętość:
289 str.
ISBN:
978-83-8467-865-7

Demon

Wiosna była tego roku gorąca, a temperatury nie sprzyjały siedzeniu przed komputerem. Dusza Twórcy wyrywała się na wolną przestrzeń asfaltowych krętych dróg, pośród lasów, pól i wzgórz, a myśli przesycone były dźwiękiem pracującego motocykla i charakterystycznym zapachem spalin. Fizycznie niemal czuł w dłoniach, drżącą od wibracji silnika, kierownicę swojej ulubionej maszyny. Niestety, na takie przyjemności musiał zaczekać, aktualnie klnąc swoje głębokie poczucie obowiązku, które przeszkadzało mu w realizacji marzeń. Wynajmował mieszkanie w starej kamienicy, położone przy jednej z wąskich uliczek starego miasta.

Otoczony wiekowymi murami z grubej cegły, nie odczuwał tak bardzo upału. Okna nie otwierał lub czynił to niezwykle rzadko, nie tylko ze względu na rozgrzane powietrze grzęznące pomiędzy domami, ale również z racji panującego tam hałasu. Gwar tłumów spacerujących pod oknami odbijał się echem od kamiennych murów i zamiast sprzyjać skupionej pracy nad tekstem, bardziej motywował do udziału w rozrywkach, jakie oferowało miasto.


Dzisiaj był ten dzień, kiedy wszystko go irytowało, a najbardziej wkurzały upierdliwe muchy latające pod żyrandolem wiszącym na środku pokoju. Kręciły kółka bez ładu i składu, mijając się

w powietrzu o milimetry. Miał wrażenie, że latają tam tylko wtedy, kiedy na nie patrzył. Takie kwantowe muchy. Wszystko przez ten kretyński żyrandol. Zawsze zastanawiał się nad motywacją ludzi, którzy uparli się, żeby wieszać źródło światła pośrodku sufitu. Świeciło po oczach, oświetlało głównie sufit i było zwykle niemiłe. Po pewnym czasie pomstowania doszedł do wniosku,

że wówczas, kiedy lampę z kilkoma szklanymi, rzeźbionymi kloszami montowano w tym zabytkowym mieszkaniu, była zapewne powodem do dumy i symbolem statusu społecznego mieszkańców. Takie uzasadnienie lokalizacji nie poprawiło mu jednak humoru. Podobną funkcję spełniał w dzisiejszych czasach telewizor większy od okna. Nikt nie przewidział, że sto lat później pieprzony żyrandol będzie wkurwiał swoim wyglądem zamieszkującego to mieszkanie Twórcę.

I tak już zostało.


Twórca siedział przed komputerem i cierpiał. Nie dlatego, że coś go bolało, wręcz przeciwnie.

Czuł się znakomicie i ten fakt wywoływał u niego głęboką irytację. W innym przypadku mógłby sobie zafundować jakąś najgłupszą nawet wymówkę. Przez chwilę szukał jej nawet intensywnie. Ból głowy? Nie, ta była w porządku przynajmniej z fizycznego punktu widzenia, a jako zainteresowany nie bardzo potrafił ocenić stan psychiczny własnego jestestwa.

Czasem podpowiadali mu go kumple, ale nie traktował na poważnie ich rzuconych żartem uwag. Może chociaż żołądek albo wątroba lub noga. Popił ostatnio z kumplami, ale pech chciał, że wątroba to wytrzymała jak zwykle. Jak długo wytrzyma, na to pytanie chwilowo nie szukał odpowiedzi.


Nic! Jak na złość nic mu nie dolegało. Ekran komputera wypełniony zupełnie pustym arkuszem edytora tekstu powodował u niego uczucie zagubienia i frustracji, a on odnosił wrażenie, jakby

za chwilę miał wpaść w depresję. Kompletna pustka twórcza była przekleństwem wielu jemu podobnych, ale dlaczego do cholery przytrafiała się zawsze wtedy, kiedy goniły go terminy. Obiecywał sobie wielokrotnie, że już nigdy nic nie odłoży na później, szczególnie wtedy,

gdy pisanie szło mu dobrze i tekst sam wypływał spod palców, tworząc na ekranie spójny obraz jego myśli. Niestety, prawie zawsze właśnie wtedy coś powodowało, że przerywał pisanie, uznając, iż z łatwością do niego powróci.


Kiedy niedawno wracał ze spotkania ze znajomymi, w głowie kłębiły mu się dziesiątki pomysłów, śmiesznych, groteskowych, fantastycznych, poważnych. Tych ostatnich było najmniej, bo Twórca zwykł w dość lekki sposób traktować nawet poważne sprawy. Biły się ze sobą o palmę pierwszeństwa, gdy jednak przekroczył próg domu, jasny i czytelny ciąg myśli rozpadł się

na drobne, niepasujące do siebie kawałki, jak okruchy szkła z rozbitej butelki.


Chaotyczne myśli obijały mu się po głowie, ale nie potrafił przypisać im znaczeń, które pozwoliłyby mu rozpocząć jakże istotny proces tworzenia. Nawet przez chwilę nie podejrzewał,

jak głęboką rolę można temu procesowi przypisać.


— Ostatni rozdział — westchnął głośno — kilka godzin genialnej weny, żeby poukładać tekst i skończyć książkę. Nie potrzebował więcej. Redaktorka z wydawnictwa już kilka razy w tym tygodniu telefonowała, pytając o postępy prac nad zamówioną pozycją, a on nie miał jej nic nowego do powiedzenia i co gorsza, w perspektywie nie miał też nic do zaoferowania. Termin oddania pracy mijał za cztery dni.


Odchylił się w fotelu i wyłożył nogi na stół. Pustka w głowie była przygnębiająca. Znalazł na biurku kawał plasteliny, z której ulepił sobie kiedyś kulę, taki wymyślony gadżet, który ugniatany i modelowany służył mu do redukcji stresu. Gdy był zirytowany, kładł ją przed sobą, po czym walił pięścią, wkładając w uderzenie całą wypełniającą go negatywną energię. Obserwował, jak starannie uformowana kula w ułamku sekundy zmienia się w płaski, pozbawiony jakichkolwiek cech estetycznych placek.


Ktoś mógłby się z tego śmiać, ale pomagało. Lepiej walnąć pięścią w kulę plasteliny niż

w klawiaturę, co nawiasem mówiąc, wcześniej mu się przydarzyło. W rezultacie skasował sobie całodzienną pracę redakcyjną nad tekstem. W wolnych od redukcji stresu chwilach kula albo nie służyła niczemu, albo używał jej jako przycisku do kartek notatnika.


Teraz siedział przed irytująco pustym ekranem i bezwiednie skubał plastelinę. Urywał kawałek po kawałku, toczył z niej kulki, po czym, gdy były już dostatecznie miękkie, rzucał nimi w ekran. Całkowicie bezmyślne zajęcie. Ale zajęcie! A tego Twórca w tym momencie potrzebował najbardziej. Musiał czymś zająć galopujące, niedające się okiełznać myśli. Skupienie się na pracy w takim stanie było niemożliwe.


Rzucił po raz kolejny. Logicznie rzecz biorąc, niektóre z kawałków plasteliny powinny odkleić się od ekranu i opaść na blat biurka, budując pod nim kolorowy pasek. Bawił się w ten sposób dziesiątki razy, lecz teraz ze zdziwieniem zauważył, że działo się inaczej. Przyklejały się wszystkie i to w sposób całkowicie przypadkowy, pomimo że zawsze celował w środek ekranu. Intrygujące, pomyślał. Zintensyfikował ilość i częstotliwość rzutów. Pozornie statystyczny rozkład kulek zaczął przybierać konkretny zarys.

— Co do cholery — mruknął, zdejmując nogi ze stołu.

Zbliżył twarz do ekranu monitora, zastanawiając się nad powodem takiego zachowania plasteliny. Kulki wyglądały normalnie. Tkwiły przyklejone do szkła i z bliska nie wyglądało to jakoś wyjątkowo, gdy jednak jego nogi spoczęły ponownie na blacie, wrażenie uporządkowania powróciło. Sięgnął do najwyższej szuflady i po chwili gmerania wyciągnął dwie nieużywane laski plastycznego tworzywa, po czym uformował kulkę i rzucił w ekran. Spadła na blat.


Interesujące. Coś przyszło mu do głowy. Pomysł absolutnie absurdalny, nieakceptowalny, wręcz głupi, ale w końcu był pisarzem, twórcą, dlaczego nie miałby wypróbować nawet najbardziej durnego pomysłu, jaki przyszedł mu do głowy. Czuł się usprawiedliwiony jako artysta. Miał do dyspozycji dwie porcje plasteliny. Jedną starą, niewielką, dręczoną, gniecioną i deformowaną dziesiątki razy i drugą uformowaną z nowej, nieużywanej, którą wyjął z szuflady. Położył je przed sobą. Ta stara, uformowana z kilku kolorów, była po prostu szarą masą z ledwie widocznymi, kolorowymi przebarwieniami. Ta druga, nowa, była czerwono-pomarańczowa.


— No to przetestujmy rzeczywistość — mruknął, biorąc do ręki świeżo odpakowaną plastelinę — zrobię po dziesięć rzutów i określę rozkład statystyczny. Zaczniemy od ciebie — szepnął.

Rzucał małymi kuleczkami raz po raz, obserwując tor ich lotu. Był bezładny. Pięć z nich przykleiło się do ekranu, a dwiema w ogóle nie trafił i poleciały za biurko. Pozostałe trzy spadły na blat. Teraz ty, pomyślał, ujmując w dłoń szarą bryłkę. Odchylił się w fotelu i rzucał, niedbale, byle jak, nie celując w żaden konkretny obszar.

— Nie, to niemożliwe, mam jakieś halucynacje — wyszeptał, patrząc na rezultaty. Wszystkie precyzyjnie wylądowały na ekranie, uzupełniając pojawiający się szkic. Rzeczywistość płata mi figle.

— Spróbujemy inaczej — mruknął do siebie zaaferowany. Powtórzył eksperyment, ale z zamkniętymi oczami. Rezultat był podobny. Nowa plastelina leżała wszędzie, a do ekranu przylgnęła tylko jedna kulka. Z rosnącym niepokojem ujął w dłoń starą, szarą masę, zamknął oczy i zaczął rzucać. Gdy spojrzał na ekran ponownie, to, co zobaczył, wywołało u niego mieszaninę przerażenia i niedowierzania. Odepchnął się nogami i odjechał fotelem aż pod ścianę. Na ekranie monitora pojawiły się usta, haczykowaty nos, wąskie szparki oczu, wyraźne brwi i ostry zarys podbródka.


Zostały mu dwie kulki starej plasteliny. Przez chwilę się wahał, zastanawiając się, czy jest przy zdrowych zmysłach. Przecież to jest statystycznie niemożliwe, pomyślał. Kiedyś, dawno temu, czytał takie opracowanie, w którym jakiś dureń dowodził, że gdyby dać małpie maszynę do pisania i dostatecznie dużo czasu, to jest prawdopodobne, że waląc w klawisze na oślep, napisałaby Hamleta. Nieco później udowodniono, że to bzdura, a poza tym on rzucał kulkami od kilkunastu minut. Porównanie do małpy też raczej nie stanowiło powodu do dumy, przyczyna takiego stanu rzeczy musi więc tkwić gdzie indziej. Odszedł na drugi koniec pokoju. Od ekranu dzieliły go dobre trzy metry. Opierając się plecami o ścianę, rzucił raz za razem, byle jak, nie celując. Trajektoria kulek była jak zaprogramowana.


Oczy na ekranie zapłonęły czerwienią, a ciemna twarz poruszyła się, nabierając realnego wyrazu. Twórca przeraził się nie na żarty. Przecież nie pił od dawna. Nic nie brał, amfy ani nie palił zioła. Przez tę cholerną książkę padło jego życie towarzyskie. Nie miał nawet czasu odpalić swojego ulubionego motocykla, uciec z miasta, oderwać się od pracy i cieszyć jazdą bez celu.

Dopadło mnie przemęczenie, pomyślał. Nigdy wcześniej tego nie doświadczał. Potrzebował kilku godzin geniuszu, żeby skończyć powieść, a tymczasem wygląda na to, że postradał zmysły.

— Co się ze mną dzieje? — Ta myśl powracała raz za razem. Mam jakieś halucynacje. Może mam raka mózgu albo początki choroby psychicznej? Ktoś musi mi pomóc — powiedział bezwiednie na głos.

— Nie jesteś chory — usłyszał cichy, łagodny głos — potrzebujesz jedynie pomocy intelektualnej, a ja mogę ci ją zaoferować. Fakt, że rzeczywistość jest inna niż ta, którą chcielibyśmy widzieć dookoła siebie, nie jest niczym nowym.

Twórca uniósł głowę zaskoczony. Do halucynacji wzrokowych dołączyły się te akustyczne. Postać stojąca przed nim wyglądała jednak całkowicie realnie. Wstał, wciąż opierając się o ścianę.

— Ty — powiedział niepewnym głosem — nie istniejesz, nie jesteś realny.

— A jakie to ma znaczenie, czy istnieję, czy nie, skoro mogę ci pomóc, a ty, o ile dobrze cię zrozumiałem, o pomoc prosiłeś.

— Ja? — zdumiał się Twórca — niby kiedy?

— Cały czas, kiedy gadasz do siebie, siedząc przy komputerze. Prosiłeś o kilka godzin genialnej weny i wyartykułowałeś to wyraźnie. Słowo wypowiedziane ma wpływ na otaczającą cię rzeczywistość, szczególnie jeśli ktoś ma okazję je usłyszeć. A ja słuchałem bardzo uważnie i mogę spełnić twoje życzenie.

— A kim ty właściwie jesteś? — zapytał, zirytowany przedłużającymi się halucynacjami.

— Nazywają mnie Mrok, chyba adekwatnie imię do mojej aparycji.

Twórca niepewnym wzrokiem spoglądał na mroczną postać. Nie mógł dojść do ładu z własnymi myślami i percepcją rzeczywistości, wciąż będąc przekonanym o dręczących go omamach.

W końcu uznał całą sytuację za wystarczająco interesującą i postanowił sprawdzić, dokąd ta kuriozalna konwersacja go zaprowadzi. W końcu może będzie stanowiła inspirację do nowej powieści.

— Skąd się wziąłeś? Jakim cudem? Ty z tej plasteliny?

— Och, wybacz to całe przedstawienie, ale nie mogłem się oprzeć. Jestem artystą i mistrzem w swoim zawodzie. Lubię takie nietypowe projekty, a ten wydał mi się bardzo oryginalny.

No i to metaforyczne połączenie, twoja złość lokowana w plastelinie przez niezliczone akty agresji wyrażające się przemocą fizyczną. Ułatwiłeś mi zadanie, a ja tylko wykorzystałem pomysł. Przyznasz, że to ciekawe i mniej banalne rozwiązanie niż prostacki w swojej wymowie dzwonek do drzwi. Oczekiwałeś pomocy, więc jestem. Z tego, co udało mi się zorientować, masz do skończenia książkę. Tuszę więc, że jesteś artystą tak jak i ja. Wzajemna pomoc wydaje się więc być naturalna.


Archaiczne słowa wtrącane przez przybysza zaskoczyły Twórcę.

— Pomożesz mi w ukończeniu książki? Niby jak? — zapytał zdziwiony Twórca, ganiąc się

w myślach za rozmowę z fantomem własnego umysłu.

— Podaruję ci godzinę geniuszu, weny czy jak to chcesz nazwać. Lubię dobre książki, a na pisanie słabych po prostu szkoda czasu, więc wykorzystaj ten czas jak najlepiej.

Twórca zawahał się. Przez skórę czuł, że zgoda na taki układ niesie ze sobą konsekwencje.

Z drugiej strony, traktował to, co mu się właśnie przydarzało, jako interesujący wytwór własnej wyobraźni. Miał niejasne podejrzenie, że jednak jest już za późno. Podjął konwersację z czymś całkowicie nierzeczywistym, przydając mu tym samym atrybut realności.

— Czego oczekujesz w zamian? — zapytał podejrzliwie, podejmując grę.

— Och, zupełny drobiazg. Naprawdę nic szczególnego. Będziesz dla mnie pracował, co ty na to? Lubisz tworzyć, jesteś artystą tak jak ja. Potrzebny mi ktoś z twoimi umiejętnościami. Praca na okres dziesięciu lat raz w tygodniu. Niezbyt uciążliwa, głównie wieczorami. Dużo wolnego czasu, co prawda bez ubezpieczenia, ale w zamian za pracę ta godzina genialnej weny, raz w tygodniu, będzie tylko do twojej dyspozycji. To na tyle dużo, że bez problemu staniesz się sławny. Porę wybierzesz sobie sam. Tworzyć możesz wszędzie, nawet na wakacjach. Jest tylko jeden wymóg. Gdy pracujesz dla mnie, musisz być trzeźwy. W pozostałym czasie możesz robić, co chcesz.


Twórca zastanawiał się przez chwilę. W sumie to można by się zgodzić, pomyślał. Właściwie niewiele ryzykuje. Był ciekawy, co wyniknie z tej absurdalnej rozmowy z samym sobą. Przecież sobie może wszystko obiecać. Miliony ludzi tak robią i większość nigdy nie dotrzymuje danego sobie słowa.

— Mówisz o pracy. Co miałbym dla ciebie robić?

— To, co robisz do tej pory. Tworzyć, może w nieco bardziej wyrafinowany sposób, który

w dyskretny sposób zostanie ci narzucony.

— Czyli ten geniusz, który mi podarujesz, pójdzie w cholerę, na robotę dla ciebie?

— Nie, dla swoich potrzeb wydobędę z ciebie znacznie więcej, ale ty do tych możliwości będziesz miał dostęp na jedną godzinę w tygodniu. Uważam, że to uczciwa propozycja.

— Podejrzewam, że uczciwość nie jest mocną stroną twojej osobowości. A poza tym mogę nie podołać. Przecież nie wiesz, jakie są moje możliwości.

— Ależ wiem, zrobiłem mały research i dlatego składam ci tę propozycję. Jestem artystą, ale i profesjonalistą w swoim fachu. Uwierz mi, wielu na twoim miejscu oddałoby znacznie więcej — mówiąc to, Mrok uśmiechnął się paskudnie.


— Po pierwsze dwie godziny w tygodniu, po drugie bez próbki to ryzyko — odparł stanowczo Twórca. Kota w worku raczej nie kupię.

Mrok zrobił zniesmaczoną minę, ale wewnątrz cieszył się jak dziecko. Udało mu się pozyskać Twórcę, a cena była bez znaczenia. Luc będzie zadowolony.

— To rozsądne żądanie — powiedział spokojnym głosem — i dobrze wróży na przyszłość. Potrafisz się targować i dbasz o własne interesy. Mogę ci zaoferować teraz pięć minut na próbę. Sprawdzisz możliwości i podejmiesz decyzję. Nie ma pośpiechu.

— Umowa stoi — powiedział Twórca, w końcu niewiele ryzykuję.

Mrok uśmiechnął się wrednie i zniknął, równie niespodziewanie, jak się pojawił. Zniknęła również plastelina z ekranu. Tak jak wcześniej wypełniał go tylko czysty arkusz edytora.

Twórca poczuł nagły i niespodziewany napływ energii twórczej. Była jak rwąca woda, nad którą ciężko było zapanować. Wpychała się w każdą szczelinę umysłu, wypełniając go bez reszty pomysłami. Usiadł i zaczął pisać. Był jak w transie. Jasno i zwięźle formułował zdania, nie robił błędów, a przez głowę płynął czysty, niczym niezakłócony strumień informacji. W pierwszej minucie wymyślił początek, treść i zakończenie rozdziału. W drugiej zrobił plan, zapisał uwagi,

i nawet kilka pomysłów na przyszłość. Jego palce skakały po klawiaturze jakby bez udziału jego świadomości. Praktycznie był zdecydowany na transakcję. Pozostała minuta. Otwarł arkusz po raz kolejny, analizując pomysł i treść tekstu. Redaktorka będzie szczęśliwa, pomyślał. Znał jej gust

i upodobania. Coś nie dawało mu jednak spokoju. Pozostało piętnaście sekund. Spojrzał raz jeszcze na ekran komputera i westchnął.

— Czy jesteś zadowolony? — zapytał cichym głosem Mrok. Twórca odwrócił wzrok od ekranu. Ciemna postać była ledwie widoczna w słabo oświetlonym pokoju.

— Tak, jestem nawet bardzo zadowolony — odparł z uśmiechem. — Te pięć minut, które otrzymałem od ciebie, jako próbkę uświadomiły mi, że to, co napisałem, nikomu do niczego się nie przyda

i niczego nowego nie wniesie ani do literatury, ani szeroko pojętej kultury. Najlepiej zrobię, jeśli zmienię zawód. Jestem słabym pisarzem, więc nie dobijemy targu.

Mroczna postać jakby pociemniała jeszcze bardziej, a na twarzy wyraźnie rysowała się dezaprobata. Milczał, zastanawiając się nad tym, co właśnie usłyszał. W końcu spokojnym tonem zakomunikował.

— Ok, rozumiem twoje stanowisko, w takim razie odpracujesz tylko trzy dni za te pięć minut, które przecież wykorzystałeś. Jeśli potem zechcesz zrezygnować, będziesz wolny, pozostawiam ci wolność wyboru. Jeśli jednak zdecydujesz się pozostać, czego nie wykluczam, gratyfikacja będzie bardzo przyzwoita. Bądź gotowy w najbliższy piątek i nie pij, proszę, bo wiąże się to z przykrymi konsekwencjami.

— Jak to trzy dni? Przecież to miała być tylko próbka, a nie transakcja. Czemu oszukujesz?

— Nigdy nie twierdziłem, że próbka będzie gratis. Wykorzystałeś ją, więc musisz zapłacić.

Mrok zniknął.

Twórca machnął ręką i roześmiał się.

— A co mi możesz zrobić? — mruknął do siebie, zapadając się w fotel.

Po raz pierwszy od miesiąca otworzył butelkę whisky i nalał sobie drinka. Wziął do ust odrobinę bursztynowego płynu i pozwolił, żeby smak rozlał się po języku.

— Doskonała — westchnął z uśmiechem.

Był czwartek, dochodziła północ.

Dom

Krótki ostry dzwonek do drzwi wyrwał go z zamyślenia. Drgnął i wzdychając z irytacją, oderwał się od redagowanego tekstu. Nie szło mu dzisiaj wyjątkowo, przecinki mnożyły się jak myszy w miejscach do tego nieprzeznaczonych, zaimkoza dręczyła tekst i żadnego rozsądnego lekarstwa na ni nie miał, a zdania złożone przyjmowały czasem kuriozalny kształt. Dzwonek dodatkowo go zirytował. Dźwięk powtórzył się nieco bardziej natarczywie.

— Idę już — mruknął, podążając w kierunku drzwi.

— Kto? — zapytał, nie otwierając.

— Przesyłka polecona. Musi pan potwierdzić odbiór — usłyszał piskliwy głos.

Wcisnął guzik domofonu.

Cholera, zaklął w myślach, piątek po południu to niebezpieczna pora na poleconą korespondencję. Niemal zawsze o tej porze dostawał jakieś wezwania z urzędu skarbowego albo listy od komornika za nieopłacone mandaty. Nieodmiennie w piątek te cholerne instytucje musiały zepsuć mu humor na weekend. Pełen złych przeczuć otworzył drzwi. Stał tam facet ubrany jak klaun. Czerwony podkoszulek, zielone obcisłe spodnie na chudych nóżkach wyglądały komicznie, a do tego kolorowe skarpetki i tenisówki — jedna żółta, druga zielona. W ręce tablet i niewielka różowa torba w niebieskie kwiatki na ramieniu.


Poczta schodzi na psy, pomyślał, obierając kopertę. Za cholerę nie mógł się przyzwyczaić do dziwactw współczesnej mody i odbierał ją raczej jako brak dobrego gustu i przejaw frustracji młodego pokolenia. Czasy, które od młodych wymagały coraz więcej, stały się wylęgarnią frustratów starających się wyróżnić z nijakiego tłumu, chociażby wyglądem. Z ulgą spostrzegł,

że koperta nadana została z Wielkiej Brytanii, więc raczej nie jest to wezwanie, skonstatował w myślach ten nieco podbudowujący fakt. Ciekawe, nie miał tam rodziny ani znajomych albo o tym nie wiedział. Rzut oka przekonał go, że to kancelaria prawnicza P. Levis & J. Wright z siedzibą w Dartfort była nadawcą przesyłki. Absolutnie nic mu to nie mówiło, niemniej jednak korespondencja z kancelarii prawniczej mogła nieść ze sobą problemy. Czyżby jakaś sprawa związana z prawami autorskimi?

— Proszę pokwitować odbiór, tu w ramce — listonosz podetknął mu tablet i rysik.

— W ramce, w ramce — mruczał, klnąc pod nosem nowoczesną technologię — niedługo odcisk dupy trzeba będzie zostawić przed wejściem do kibla.

Listonosz spojrzał na niego dziwnym wzrokiem, ale nie odezwał się.

Twórca podpisał odbiór przesyłki i zaaferowany opadł na fotel. Przez dobrą chwilę przyglądał się podejrzliwie trzymanej w ręku kopercie, zastanawiając się, czym jeszcze życie może go zaskoczyć. Chyba nic bardziej dziwacznego niż znajomość z Mrokiem raczej wydarzyć się nie mogło. Do tej pory nie był w stanie zaakceptować faktu, bo niewątpliwie był to fakt, że rzeczywistość jest inna niż ta, jaką chciałby oglądać. Westchnął i niecierpliwym ruchem oddarł bok koperty, uszkadzając przy okazji kartki z korespondencją.

— Jasna cholera — zaklął, zrzucając pustą kopertę na podłogę. Kartki były dwie.

Wysokiej jakości czerpany papier dobrze świadczył o nadawcy, a każda strona zawierała w górnym lewym rogu wytłoczony znak firmowy. Dbali o szczegóły Angole i zapewne o renomę, pomyślał. Jeżeli miało to wzbudzać zaufanie, zapewne działało doskonale wśród kochającego tradycję brytyjskiego społeczeństwa. Twórca jednak nigdy nie miał do prawników zaufania i na pewno

z powodu wysokiej jakości papieru nie zmieni zdania.


Przebiegł wzrokiem pierwszą kartkę i doszedł do wniosku, że to farmazony zamieszczane w liście przewodnim, szybko więc spoczęła na podłodze obok koperty. Druga zaś zawierała informacje tyle zaskakujące, co tajemnicze. Traktowała mianowicie o darowiźnie domu wraz z przyległościami, przekazywanej mu właśnie przez wuja za pośrednictwem tejże kancelarii. Był zaskoczony, nigdy bowiem nie był z wujem w specjalnie zażyłych stosunkach. Owszem, utrzymywali kontakt mailowy i telefoniczny, ale wuj w pewnym momencie zamilkł i pomimo usilnych starań nie odezwał się więcej. Twórca doszedł do wniosku, że zmarł zapewne kilka miesięcy wcześniej, być może miał wypadek albo zawał. Próbował nawet skontaktować się z kimś pod ostatnim znanym mu adresem, nikt jednak nie podjął korespondencji. Specjalnie się tym nie przejął, zdając sobie sprawę, że wuj był majętnym człowiekiem i zapewne ktoś mu bliski zajął się pochówkiem. Przez jakiś czas było mu nawet przykro, że nigdy więcej nie ujrzy już „starego pierdziela”, jak nazywał go czasem w myślach, ale w końcu sprawa wyleciała mu z głowy, ginąc w natłoku kwestii bieżących

i niecierpiących zwłoki. Teraz czytając pismo, zauważył, że fakt śmierci wuja nie wynikał jednoznacznie z otrzymanych dokumentów. Cóż więc się wydarzyło? To nie był spadek ani żaden rodzaj testamentu.

Zagadkowa historia, pomyślał, grzebiąc w tablecie. Chwilę zajęło mu sprawdzenie, gdzie leży darowana mu niespodziewanie posiadłość.

— Hmm, kawałek drogi od Krakowa — mruczał pod nosem, przeglądając kolejne mapy. Wyglądało na to, że niewielka wioska położona jest na uboczu, z dala od głównych dróg i ruchu turystycznego. Schowana pomiędzy łagodnymi wzgórzami przedgórza sudeckiego, otoczona lasami i niewielkimi jeziorami wydawała się idealnym miejscem na wypad motocyklem.

Uśmiechnął się do siebie, czując w wyobraźni wiatr we włosach. Skończę książkę i jadę, pomyślał, siadając do komputera. Był piątek, jak dotąd Mrok nigdy się nie spóźnił.

Tachi

Początek czerwca był wyjątkowo gorący. Żar od samego rana wlewał się przez uchylone okno, wywołując niechęć do wykonywania jakichkolwiek gwałtownych czynności. Twórca leżał więc

w łóżku nieruchomo i z braku lepszego zajęcia obserwował muchy krążące dookoła lampy. Zastanawiał się, czy gdyby był muchą, chciałoby mu się tak latać w kółko. Sto razy już sobie obiecywał, że pozbędzie się tego szklanego obrzydlistwa, obsranego przez muchy, które pozostało mu w spadku jeszcze po poprzednich lokatorach. Zawsze jednak coś stało na przeszkodzie

w realizacji tego projektu.


Tak, pomyślał, to jest zadanie na dziś i zrobi to, dopóki nie jest za gorąco. Ta myśl zmotywowała go do opuszczenia wygodnego materaca. Gdy jednak postawił stopy na chłodnych deskach wiekowej podłogi, naszła go dziwna refleksja. Jeśli ściągnie lampę, to muchy będą srały, gdzie popadnie,

a w dodatku, zamiast latać w kółko, co sprawiało im ewidentną przyjemność, zaczną go budzić, spacerując mu o świcie po twarzy. A nie ma nic bardziej irytującego niż mucha, która włazi nam rankiem do nosa. Musiał to jeszcze przemyśleć i z tym postanowieniem udał się w kierunku ekspresu do kawy.


Od przesyłki z Wielkiej Brytanii minął już kawałek czasu, a korespondencja, którą otrzymał prawie dwa miesiące temu, kurzyła się na skraju biurka i z czasem stała się stałym jego elementem.

Po kilku dniach przyzwyczaił się po prostu do obecności podłużnej koperty, zaś problem wyjazdu zepchnął na dalszy plan, realizując te bliższe i pilniejsze.


Ostatnio zaczynał odczuwać trudy pracy dla Mroka. Niestety ten okazał się jak najbardziej realny,

a jego możliwości wciąż budziły dreszcz niepokoju, podszytego strachem. Trudno było przejść nad tą znajomością do porządku dziennego. Pozostały mu do odpracowania dwa dni bezproduktywnej dla niego samego pracy.

Pracy, której nie rozumiał i której tak naprawdę nie był świadomy. Po godzinach bezwiednego stukania w klawiaturę komputera, poza bólem palców i piekącymi, wysuszonymi gałkami oczu, pozostawały jakieś niejasne wizje, wspomnienia nierealnych, wręcz fantastycznych miejsc,

do których prowadziła go wyobraźnia indukowana wystukiwanym na klawiaturze tekstem.

Zdarzenia, miejsca, uczucia, zapachy i głos, które powstawały całkowicie spontanicznie w jego umyśle, przeobrażały się w strumień realnych zdarzeń, który jak nurt rwącej rzeki znikał gdzieś

za zasłoną mgły. Ale nie były to zdarzenia z jego świata. Były tak obce, a jednocześnie znajome,

jak obcy jest zapach nieznanego dotąd kwiatu lub smak egzotycznego owocu.


Późnym popołudniem miasto wciąż tonęło w czerwcowym słońcu, przed którym większość mieszkańców i turystów chroniła się w klimatyzowanych knajpach lub we własnych domach. Zwarta zabudowa i rozgrzane w ciągu dnia brukowane ulice nie zapewniały ochłody. Rozsiadł się

w fotelu i otworzył butelkę piwa, kładąc kapsel na podłokietniku. Spojrzał na stojący pod oknem kosz na śmieci, po czym pstryknął w jego kierunku kawałek perforowanej blaszki. Nie liczył na sukces, bowiem z kosza i tak już wysypywały się różne niepotrzebne rzeczy. Zmitrężył cały dzień na poszukiwaniach materiałów do nowej książki, której ogólny zarys pojawił się w wyobraźni jakiś czas temu i wisiał wciąż na gałęzi pomysłów jak niedojrzała śliwka.

Właśnie rozkoszował się pierwszymi łykami zimnego piwa, gdy tę nabożną wręcz chwilę przerwało mu donośne stukanie do drzwi.

— No rzesz … — zmełł w ustach przekleństwo, niechętnie odstawiając butelkę. Czego ta stara wiedźma znowu chce? — mruczał zirytowany, wygrzebując się z fotela.

Wiedział, że to politycznie zindoktrynowana sąsiadka z naprzeciwka, z niewiadomego mu bowiem powodu, tylko ona nigdy nie używała dzwonka. Otworzył drzwi mocno zirytowany, szarpiąc nimi nieco zbyt gwałtownie. Starsza kobieta o kostycznej urodzie i takim sposobie bycia cofnęła się zaskoczona o pół kroku. Zrobiła jak zwykle na jego widok kwaśną minę. Wytarty szlafrok, rolki we włosach i pantofle nadawały jej wygląd klasycznej wiedźmy.

Odnosił wrażenie, że sąsiadka zawsze się go obawiała, chociaż starał się być uprzejmy dla tej starej klępy. Ona jednak ewidentnie nie akceptowała jego aparycji motocyklisty i ze zgorszeniem spoglądała na tatuaże szczelnie pokrywające umięśnione ramiona.


— Odebrałam przesyłkę, chłopcze, kiedy cię nie było. Taki miły, elegancki pan w czarnym garniturze nalegał, że chce ją zostawić i żeby koniecznie trafiła do twoich rąk własnych — powiedziała, wciskając bezpardonowo do ręki Twórcy podłużny pakunek.

— A można mieć ręce niewłasne? — zapytał ironicznie.

— Co ty mówisz, chłopcze? — Mina wiedźmy nie wskazywała na fakt, że zrozumiała sarkazm.

— Pytam, dlaczego w czarnym garniturze? — sprostował Twórca, widząc bezsens dalszej dyskusji. — Nigdy nie widziałem listonosza w takim stroju. Ostatnio był u mnie klaun.

— Tak, chłopcze, na szczęście są jeszcze mężczyźni, którzy potrafią się ubrać gustownie i schludnie. Mógłbyś brać z nich przykład i doprowadzić swój wygląd do porządku — powiedziała, spoglądając na niego z dezaprobatą, po czym z zaciętą miną odwróciła się na pięcie i odeszła, szurając pantoflami.

— Klasa sama w sobie — mruknął, uśmiechając się pod nosem. — Skąd się biorą tacy ludzie?

Stał przez chwilę w przedpokoju, zdziwiony, przyglądając się kartonowemu opakowaniu starannie owiniętemu szarym papierem. Nie spodziewał się żadnej przesyłki, tym bardziej zdziwił go fakt,

że poza jego danymi na kartonie skrywającym tajemniczą zawartość nie było żadnego adresu zwrotnego ani nawet nadawcy. Do tego facet w czarnym garniturze?


Zaaferowany wyciągnął z tylnej kieszeni spodni składany nóż i wprawnym ruchem uwolnił ostrze. Rozciął karton równo na całej jego długości, uważając, żeby nie uszkodzić zawartości. Pakunek zawierał podłużny przedmiot, na oko długości około stu trzydziestu centymetrów, owinięty w białe, bawełniane płótno. Przez dobrą chwilę przyglądał się zaskoczony zawiniątku, zastanawiając się,

co też może w sobie skrywać. W końcu delikatnie odwinął gruby materiał. Jego oczom ukazała się stara japońska katana w prostej, oszczędnie zdobionej pochwie. Miecz miał długą, dwuręczną rękojeść. Uchwycił nasadę i ostrożnie pociągnął. Miecz ani drgnął, głownia nie wysunęła się

z pochwy nawet o milimetr. Szarpnął mocniej, również bez rezultatu. Atrapa? Na jaką cholerę

ktoś miałby wysyłać mu atrapę.

Przyjrzał się dokładniej. Jelec przylegał tak dokładnie do pochwy, że trudno było ocenić, czy wewnątrz tkwi głownia miecza, czy tylko pusta przestrzeń.

— No cóż — westchnął — będzie się ładnie prezentowała na ścianie. Domyślił się, że nadawcą mógł być jego wuj, jednak przesyłka musiała kosztować na tyle dużo, że wysyłanie bezwartościowej atrapy byłoby nonsensem. Znał go jako człowieka niezwykle inteligentnego i pragmatycznego.

Za tą przesyłką musiało kryć się coś więcej. Sięgnął po pudełko, przyglądając mu się dokładniej. W niewielkiej bocznej kieszonce tkwiła złożona na pół kartka lekko pożółkłego papieru. Widniało na niej jedynie jego imię i krótka sentencja po łacinie. Kiedyś uczył się łaciny w szkole.

Była konieczna na studia medyczne, olał jednak jedno i drugie po przymusowym, dwutygodniowym pobycie w szpitalu, który ostatecznie i nieodwołalnie przekonał go, jak złym wyborem byłby ten kierunek kształcenia.

Zwalił się na fotel i sięgnął po piwo.

— Jasna cholera — zaklął na głos — człowiek ma ochotę trochę odpocząć i natychmiast walą mu się na łeb problemy! W dodatku gadam sam do siebie, czego, zważywszy na ostatnie problemy

z Mrokiem, powinien był się na dobre oduczyć. A ta przesyłka była problemem, bo implikowała dalsze działania. Najpierw darowizna domu, co do której nie podjął jeszcze decyzji, a teraz to.

Miał nawet wątpliwości, czy to od wuja. Dlaczego nie przyszła normalną pocztą.

Sposób pakowania i lekko pożółkły papier sugerowały, że została wysłana bardzo dawno temu albo spoczywała gdzieś w depozycie, dopóki nie nadszedł wyznaczony czas jej doręczenia. Ta druga możliwość wydawała mu się bardziej prawdopodobna. Pociągnął spory łyk piwa, ale nie smakowało mu już tak bardzo. Wpisał do translatora telefonu trzy słowa z kartki. „Verbum creat veritas”.

Antyk

Wuj Twórcy był pisarzem. Bardzo dobrym pisarzem, historykiem, archeologiem, filozofem — interesował się tak wieloma rzeczami, że trudno było mu sobie przypomnieć wszystkie jego pasje. Pisanie jednak zawsze było na pierwszym miejscu i trzeba przyznać, że doprowadził je do perfekcji. Twórca miał świadomość, że mógł być tylko jego cieniem. Zaczynał podejrzewać, że Mrok nie pojawił się u niego bez powodu. Słowa, które przeczytał, dawały do myślenia, musiał jednak znaleźć ich związek z przesyłką, a ten nie był oczywisty.


Trzeba będzie podjąć decyzję, pomyślał, patrząc na kopertę leżącą na skraju biurka. Pojedzie motocyklem, o ile Wrak zdąży mu go naprawić. Stary grat dawał mu się już porządnie we znaki

i od dłuższego czasu Twórca nosił się z zamiarem jego sprzedaży. Problem polegał na tym, że wymarzył sobie maszynę, na którą nie było go stać, jeździł więc starym rzęchem, wciąż czekając na okazję. Wyjazd zajmie mu to zapewne tylko kilka dni, a on i tak planował urlop, więc będzie okazja zobaczyć coś ciekawego po drodze. Warto byłoby wziąć jakąś mapę, pomyślał, grzebiąc w biblioteczce pomiędzy stertami map i przewodników. Od kiedy GPS i Google Maps weszły

do powszechnego użytku, papierowe mapy leżały bezużytecznie na półkach, zbierając kurz

i przechowując sentymentalne wspomnienia. Na takim zadupiu sygnał może być za słaby albo

w ogóle może nie być zasięgu. Zresztą lubił papierowe mapy, miały swój niepowtarzalny klimat,

a ilość informacji zawartych na tym niewielkim skrawku papieru była nieporównywalnie większa niż ta na małym ekranie GPS ze strzałką dla półgłówków.

Musiał przed wyjazdem załatwić kilka spraw. Jutro piątek. Wyjazd w sobotę rano był kuszący,

ale wiedział, że po całonocnej pracy z Mrokiem pół dnia prześpi nieprzytomny. Na razie jednak nie zaprzątał sobie tym głowy. Chciał koniecznie przed wyjazdem zasięgnąć więcej informacji na temat katany, bo ta sprawa nie dawała mu spokoju. Postanowił odszukać w sieci więcej informacji

o japońskiej białej broni.

Zdjął miecz ze ściany i położył na biurku, odsuwając poza zasięg aparatu wszystkie zbędne przedmioty. Jeśli wrzuci zdjęcie do sieci, algorytm wyszukiwarki powinien odnaleźć podobne produkty. Włączył aparat i zrobił kilka ujęć. Telefon niespodziewanie zawibrował mu w dłoni. Twórca spojrzał na ekran i ze zdumieniem skonstatował, że dzwoni Antyk, jego kumpel ze sklepu z militariami. Ksywa kumpla była adekwatna do tego, czym się zajmował. Że też o nim nie pomyślał.

— Siemasz łajzo — rzucił do telefonu poważnym tonem.

— Łajzo, łajzo — usłyszał po drugiej stronie zirytowany głos. Sam jesteś łajza komputerowa

i grafoman w dodatku. Co porabiasz wieczorem? Może walniemy browara na ten upał.

— Pomysł przedni, byle nie za dużo. Jutro muszę być trzeźwy.

— I kto tu jest łajza? — usłyszał rechot w słuchawce. Gdzie pijemy?

— Wymyślimy, wcześniej do ciebie przyjadę, bo chciałbym ci coś pokazać. Znasz się na katanach?

— Kupiłeś katanę? Taką prawdziwą, japońską katanę? — ekscytował się głos w słuchawce. Twórca wiedział, że Antyk stanowi niewyczerpane źródło wiedzy na temat wszelkich militariów

i postanowił to wykorzystać.

— Dostałem od wuja. To krótka, ale dość tajemnicza historia. Nie mam żadnych poszlak, skąd może być. Jest nietypowa jak na moje oko.

— Jeśli nietypowa, to oznacza, że to podróba i to nieudana, skoro taki laik jak ty może to ocenić. Wyślij mi zdjęcie, może zdobędę trochę informacji. Będzie o czym gadać przy browarze, żeby znowu temat na dupy nie zszedł — zarechotał obleśnie.

— Nic nie wysyłam, zaraz u ciebie będę — odparł Twórca, kończąc połączenie.

Do Antyka miał niedaleko. Sklep z antykwarycznymi militariami, które Antyk pozyskiwał mniej lub bardziej legalnie, często samemu włócząc się po dawnych pobojowiskach z wykrywaczem metali, był o kilka minut drogi spacerem. Włożył katanę do pokrowca na wędkę i owinął sznurkami, po czym przewiesił sobie na plecach. Wyglądało to trochę dziwnie, ale przynajmniej nie było widać, że jest to broń. Antyka spostrzegł z daleka, siedzącego na schodkach prowadzących do sklepu i otoczonego kłębami dymu. Antyk palił wszystko i wszędzie. Twórcy wcale by to nie przeszkadzało, gdyby nie niosło ze sobą całkiem sporej ilości problemów.

— Strasznie się zestarzałeś od wczoraj — zarechotał Twórca. Za mało pijesz, za dużo palisz i pewnie w ogóle nie bzykasz.

— Masz ją?

— Mam — odparł z szerokim uśmiechem — ale nie dla ciebie, chyba że będzie miała mnie dość,

albo mi się znudzi.

Antyk całkowicie zignorował żart i niecierpliwym gestem zaprosił kolegę do sklepu, zamykając starannie drzwi z wywieszoną tabliczką: „Nie Jest Otwarte”. Twórca pewnego dnia zaintrygowany dziwnym napisem zapytał, o co chodzi, wskazując na wywieszkę. Okazało się, że w sklepie nie mieli tabliczki z napisem „Zamknięte”. Dalej nie drążył tematu.

— Pokaż — Antyk kręcił się za ladą zniecierpliwiony.

— Spokojnie, coś taki napalony? Najpierw powiedz, co wiesz — zaśmiał się, kładąc katanę na blacie.

Antyk rozsupłał węzły i wysunął miecz z pokrowca.

— Mam z nim pewien problem — powiedział ściszonym głosem Twórca — nie potrafię wyjąć go

z pochwy.

— Żartujesz? — Antyk podejrzliwie przyglądał się mieczowi.

— Sam spróbuj — odparł. Spójrz na jelec. Wygląda tak, jakby z pochwą stanowił jedną całość.

Nie ma żadnej szczeliny.

Antyk włączył specjalną lampę ze szkłem powiększającym. Przez chwilę w milczeniu studiował rękojeść miecza.

— Faktycznie — sapnął, starając się delikatnie wyciągnąć głownię. — Nawet nie drgnie. Nie widać progu głowni i nie ma żadnego luzu, który pozwoliłby zidentyfikować problem. Tak jakby stanowiła jednolitą całość. Poczekaj, porównam ją z moim najstarszym eksponatem. Odwrócił się

i zdjął ze stojaka miecz, po czym położył go ostrożnie obok katany Twórcy.

— Na pierwszy rzut oka są podobne — zauważył Twórca, przyglądając się broni.

— Jesteś pewien? — Ironiczny ton Antyka wymógł na Twórcy skupienie. Przyjrzał się uważnie,

ale pomimo wysiłków nie potrafił znaleźć znaczących różnic.

— Po pierwsze — Antyk przybrał mentorski ton — oba są stare, ale twój jest naprawdę bardzo stary. To nie do końca katana, ale wcześniejsze tachi. Spójrz, jest dłuższy o kilka centymetrów, rękojeść

z wydrążonego drewna owinięta specjalnie spreparowaną skórą rekina to rzadkość i świadczy

o tym, że jest to z pewnością Koto.

— Koto?


— Tak nazywają się miecze wykonane przed 1598 rokiem. Oceniam, że ten nawet dużo wcześniej. Popatrz na kształt. Jest wygięty w nieco mniejszy łuk niż moja katana i był inaczej noszony. Katana była po prostu wsuwana za pas ostrzem do góry. Wtedy jednym ruchem ręki mogłeś wyjąć ją

z pochwy i od razu ciąć. Tachi wiązano na rapciach do pasa i noszono klasycznie.

— Na czym? — zapytał zdziwiony. Co to są rapcie?

— No troki, takie do przyczepiania broni do pasa — odparł Antyk zniecierpliwiony. — Szkoda, że nie można wyjąć głowni, chociaż po wadze oceniam, że jest na pewno wewnątrz pochwy. To nie atrapa, ale bardzo cenny artefakt.

Ujął miecz lewą dłonią na samym końcu rękojeści i pięścią drugiej ręki uderzył w dłoń trzymającą miecz.

— Co robisz? — zapytał zdziwiony Twórca.

— Patrz i ucz się — odparł Antyk, ściągając rękojeść ze stalowego trzpienia. Tak się zdejmuje rękojeść japońskiego miecza. Zsunął ją delikatnie i odłożył na bok, przysuwając do światła odsłonięty kawałek trzpienia. Na kutej, lekko zatłuszczonej stali zauważalne były ryty. Antyk wziął czystą ściereczkę i delikatnie przetarł powierzchnię metalu.

— Interesujące — wymruczał, sięgając po lupę. — Zaczynam mieć wątpliwości co do pochodzenia tego miecza albo mam luki w wiedzy.

— Skąd ten wniosek?

— Stal wygląda na starą, nacięcia na trzpieniu również są z epoki, otwór blokujący trochę niżej niż zwykle, ale to nieistotny szczegół. Tu jednak powinna znajdować się mei, czyli sygnatura kowala — powiedział, wskazując na końcowy fragment trzpienia poniżej nacięć. — Ponieważ miecz jest bardzo stary, być może jeszcze wtedy nie stosowano sygnatur. Nie to jednak jest dla mnie zagadką.

— A co nią jest? — zapytał zaaferowany usłyszanymi rewelacjami, Twórca.

— Spójrz na te ornamenty tuż przy jelcu. Z reguły tutaj wybijano herb rodziny, do której należał miecz. Jeśli ktoś inny posługiwał się takim mieczem, skracano go o głowę. Tu jednak nie ma herbu, a jest to — wskazał na ryt, który wywołał głębokie zdziwienie Twórcy. Nie zwrócił nań wcześniej uwagi.

— Wygląda na stylizowane oko. Myślisz, że? Nie, to chyba niemożliwe. Oko Opatrzności nie występuje w tradycji japońskiej. Co jeszcze bardziej zaskakujące, po drugiej stronie również jest oko, tyle że zamknięte — Antyk odwrócił miecz. To zestawienie symbolizuje równowagę, co nie jest niczym dziwnym, aczkolwiek dobór symbolu jest zgoła niespotykany.


— Dlaczego Oko Opatrzności? To symbol świata zachodniego, wolnomularzy, zaadaptowali go

z mitologii Egiptu. Skąd więc w Japonii i to w jedenastym wieku. W dodatku zamknięte oko to symbol Szatana. Pojawił się stosunkowo niedawno, chyba w XX wieku.

— Więc coś jednak wiesz — Antyk podejrzliwie spojrzał na Twórcę. Nie potrafię odpowiedzieć na twoje pytania. Też wydaje mi się to dziwne, tym bardziej że jestem przekonany, iż ta część miecza, którą widzę, jest na pewno bardzo stara. Głowni nie jestem w stanie ocenić, są więc dwie możliwości. Albo mam luki w wiedzy, co urąga mojemu ego, albo ktoś dorobił te symbole później, niszcząc cenny zabytek, o czym nawet nie chcę myśleć. Na razie nie skłaniam się do żadnej z teorii. Mogę zrobić fotki? Może coś więcej znajdę. Mam paru znajomych, popytam.

Masz jakieś uczulenie? — zmienił niespodziewanie temat.

— Nie, czemu pytasz? — zdziwił się Twórca.

— Wygląda jak uczulenie po tuszu do tatuażu — powiedział, wskazując na niewyraźną, owalną plamę na wewnętrznej części przedramienia.

Twórca spojrzał na rękę i z zaskoczeniem zauważył niezwykle delikatny kontur szkicu jakby wykonany szarym cienkopisem. Był tak delikatny i ulotny, że uchwycenie wzrokiem szczegółów było niemal niemożliwe. Twórca zdezorientowany spoglądał na przedramię, starając się dostrzec coś więcej, jednak w słabym świetle archaicznej żarówki wydawało się to niemożliwe.

— Nie mam pojęcia — powiedział mocno skonfundowany, trąc bez rezultatu wzór na skórze, którego kumpel najprawdopodobniej nie zauważył.

— Nie moja sprawa — rzucił Antyk od niechcenia. W jego wzroku jednak krył się niepokój. Znali się od lat i uwadze Antyka nie umknął fakt, że Twórca od pewnego czasu zachowywał się inaczej, jakby coś go gryzło. Nie naciskał jednak na kumpla. Wiedział, że prędzej czy później i tak sam powie mu, w czym rzecz.

— Dobra, koniec pieprzenia — zdecydowanym tonem przerwał dyskusję Twórca — widzimy się za godzinę w JazzRockCafe. Trzeba wyluzować.

Tatuaż

— Ja chrolomę — jęknął Twórca, zwlekając się z kanapy. Wieczorem nie trafił nawet do łóżka.

Po powrocie pamiętał jedynie, że potwornie chciało mu się spać i to było wszystko. Runął na kanapę i musiał zasnąć niemal natychmiast, bowiem niewyłączony telewizor brzęczał teraz natrętnie, starając się przekonać porannych widzów o konieczności zakupu podpasek, pigułek na wzdęcia i leku cudownie odbudowującego wątrobę. Spojrzał na zegarek. Jedenasta! O pierwszej miał być w redakcji, potem umówił się z kumplem, żeby odebrać motocykl z warsztatu.

Stanął na nogi finansowo, dzięki wątpliwej moralnie umowie z Mrokiem i teraz zamierzał wykorzystać ten fakt, realizując w końcu swoje marzenie. W drodze pod prysznic ściągał brudne rzeczy, zostawiając je za sobą na podłodze. Chłodna woda przywróciła nieco jasność myśli, nie pozbył się jednak całkowicie uczucia nieważkości. Był nawet przyjemny, ale wykluczał kierowanie jakimkolwiek pojazdem. Z rozmysłem zamknął kurek z ciepłą wodą. Z prysznica lunął strumień lodowatej cieczy, wywołując niezamierzoną reakcję. Twórca wrzasnął i darł się dobrą chwilę, dopóki ostatnie krople zimnego płynu nie spłynęły po skórze. Stara klępa z przeciwka znowu przylezie sprawdzić, co się dzieje, pomyślał. Pieprzyć ją, w końcu jestem u siebie i mogę robić,

co mi się podoba. Wytarł się szorstkim ręcznikiem, a gdy już wciągał podkoszulek na nieco wilgotne jeszcze ciało, w oczy rzucił mu się tatuaż na przedramieniu. Tatuaż?

— Skąd się to wzięło? — wymamrotał, podchodząc do okna. Wróciły wspomnienia wczorajszej rozmowy z Antykiem. Uniósł wilgotną jeszcze rękę, aby przyjrzeć się bliżej dziwnemu rysunkowi.

Dwa delikatne łuki schodzące się po obu końcach i jakby półokrąg zachodzącego słońca na dolnym łuku wypełniony czarnym tuszem. Surowy w formie rysunek coś mu przypominał, jednak nie potrafił wciąż niezbornych myśli zmusić do dłuższego wysiłku, skupił się więc na rzeczach bieżących. Polał przedramię spirytusem i przetarł, mocno przyciskając watę, aż skóra się zaczerwieniła. Nie przyniosło to oczekiwanego rezultatu. To będzie ciężki dzień, pomyślał, ignorując natrętny sygnał telefonu. Nastawił ekspres.

Kawa musi pomóc, skonstatował w myślach, słuchając szumu gotującej się wody. Telefon nie dawał za wygraną, on jednak nie zamierzał z nikim teraz rozmawiać, musiał dojść do siebie.

W redakcji ma być za dwie godziny, więc wystarczy mu akuratnie czasu, żeby wypić kawę i przejść się spacerem po mieście. Rozległ się syk, buchnęła para, a po pomieszczeniu rozszedł się aromat świeżego naparu. Sączył powoli gorący, aromatyczny napój, czując, jak krew zaczynała krążyć żywiej, a w głowie powoli porządkowały się wydarzenia poprzedniego dnia. Horyzont w końcu się ustabilizował. Przeszedł go dreszcz.


— Cholera, brakuje jeszcze tego, żebym się pochorował — mruknął do siebie, starając się opanować drżenie ręki trzymającej kubek. Przyszedł mu do głowy pewien pomysł, dość dziwny

i niespodziewany, zdecydował jednak, że odwiedzi miejsce, które nigdy w jego życiu nie stanowiło jakiejś głębszej wartości. Silny i niespodziewany impuls podpowiedział mu, że jego zwykła codzienna egzystencja od czasu spotkania z Mrokiem nagle nabrała innego wymiaru, a to, czego doświadczał, nie było udziałem przeciętnego człowieka. Gdyby miał kontakt z wujem, zapewne mógłby z nim o tym porozmawiać. To chyba była jedyna osoba, która nie uznałaby go a priori

za czubka.


Dopił kawę, popijając zimną wodą z lodówki i spojrzał na ekran telefonu. Trzy nieodebrane połączenia. Wszystkie od Antyka. Co go napadło? Zaraz, dzisiaj piątek, nie sobota, więc pewnie siedzi w sklepie i od rana węszy w sprawie miecza. Może już się nawet czegoś dowiedział.


Do redakcji miał dwadzieścia minut na piechotę. To nie był dobry pomysł, zważywszy na stan, w jakim się znajdował i panujący na zewnątrz upał. Nie miał jednak ochoty na komunikację miejską, a samochód nie wchodził w rachubę. Idąc wolnym krokiem, starał trzymać się ocienionej strony ulicy. Widział już z tej perspektywy, skryte w cieniu wiekowych drzew asfaltowe alejki plant, pustawe jeszcze o tej porze dnia. Kościoły i inne święte przybytki nie odgrywały w jego dotychczasowym życiu praktycznie żadnej roli, zatrzymał się jednak przed jednym z nich, wiedziony jakimś wewnętrznym impulsem. Dumna, wiekowa świątynia chwaląca się barokowym przepychem i zbytkiem wznosiła się po przeciwległej stronie ulicy, górując nad okolicznymi kamienicami.

Religia, która w założeniu miała nieść ludziom ukojenie, przez wieki niosła głównie ból

i cierpienia, podpierając się hipokryzją jak kosturem diabła. Uniósł wzrok zwabiony ciepłym błyskiem światła, który dobiegł go ze słabo widocznej attyki. Szczyt wysokiej budowli ozdobiony był złoconym okiem opatrzności. Twórca spojrzał na ciemne wnętrze kościoła. Czarne, kute w grubym żelazie wrota chroniące budowlę przed natrętnymi wiernymi były teraz szeroko otwarte. Nie pamiętał, kiedy ostatnio był w kościele, nie pamiętał, czy w ogóle kiedyś był. Może jako dziecko z rodzicami, ale te bolesne wspomnienia wyparł, zepchnął gdzieś głęboko do podświadomości i przyłożył na nich pieczęć z sygnaturą „zakazane”.

Od tragicznej śmierci rodziców żył z dnia na dzień i tak pozostało do dziś, liczyło się bowiem tylko to, co działo się w tej chwili. Cała reszta to były tylko konsekwencje.


Wolnym krokiem wspiął się po wytartych tysiącami stóp wiernych kamiennych stopniach prowadzących do wnętrza. Z wahaniem nacisnął ciężką, żelazną klamkę. Drzwi uchyliły się

z ledwo słyszalnym skrzypnięciem i powitała go cisza oraz specyficzny zapach starego drewna, wysyconego aromatem kadzidła. Każdy krok wzbudzał echo odbijające się od wysokiego sklepienia, dając poczucie niezmierzonej przestrzeni. Poczuł się nieswojo. Skręcił w prawo

i starając się stąpać cicho, znalazł schowaną w cieniu kolumny ławeczkę. Usiadł i oparł się plecami o kamienną ścianę. Była przyjemnie chłodna, a dotyk jej gładkiej powierzchni sprawił mu niespodziewaną ulgę. Z tego miejsca praktycznie nie był widoczny, mógł za to obserwować dużą część kościoła. Przymknął oczy, ciesząc się ciszą i spokojem. Ogarnęło go dziwne uczucie błogostanu tak głębokie, że stracił poczucie rzeczywistości.

Wizja

Rozgwieżdżone niebo wyglądało imponująco ze skromnie oświetlonej kabiny pilotów. Przyćmione, zielone światła przyrządów nawigacyjnych, których wskazań nie rozumiał, nie zakłócały światła gwiazd widocznych nad ciemnym horyzontem. Twórca spojrzał w dół. Powierzchnia oceanu była gładka jak stół i tylko jasne obłoki przesuwające się od czasu do czasu pod kadłubem pozwalały ocenić położenie maszyny. Zafascynowany spoglądał przez boczną szybę, poszukując linii horyzontu. Coś jednak było nie tak. Przez chwilę zastanawiał się nad przyczyną. Cisza! Była dojmująca i przerażająca. Silniki nie pracowały. Rozejrzał się po kabinie. Dlaczego jest na miejscu pilota? Przecież nie jest pilotem, nigdy nie był nawet na lotnisku. Chciał o coś zapytać siedzącego po lewej stronie kapitana, ale nie potrafił wydobyć z siebie głosu. Patrzył bezradnie, jak ten ze spokojem popycha wolant sterów do przodu, pochylając w dół dziób maszyny.

— Dlaczego? — to była bardziej rozpaczliwa myśl niż pytanie. Nie był pewien nawet czy wydał jakiś dźwięk, ale wiedział, że siedząca obok postać go słyszy.

Kapitan spojrzał na niego ze smutnym uśmiechem. Jego twarz wydała mu się znajoma. Skądś znał ten uśmiech i oczy, nie mógł jednak w żaden sposób skojarzyć skąd, niezborne myśli poruszały się powoli, nie pozwalając wyartykułować swoich uczuć.

— Równowaga jest najważniejsza. Musi zostać zachowana — powiedział kapitan. Wiesz o tym. To nieuniknione.

Odbijająca światła gwiazd tafla oceanu zbliżała się nieubłaganie.

Krzyk, odbity echem zamkniętej przestrzeni powrócił ze zdwojoną siłą, budząc Twórcę z krótkiego letargu. Minęła dobra chwila, zanim zorientował się, że to był jego głos. Twarda ławka i chłodna kolumna za plecami. Kościół!

Ubrana w czarną sutannę postać pojawiła się przed nim dość niespodziewanie, wyłaniając się z mroku bocznej nawy. Wzdrygnął się, czyniąc wysiłki, by przywrócić myślom ich normalny bieg. Potrząsnął głową i dopiero po chwili dotarło do niego, kim jest stojąca przed nim postać.

— Może — usłyszał ciepły głos — zechcesz się wyspowiadać, synu. To czasem pomaga uwolnić się od koszmarów codzienności lub przynajmniej lepiej ją zrozumieć.

Podniósł wzrok. Twarz stojącego przed nim księdza ukryta była w mroku.

— Chyba — zawahał się chwilę — w ogóle nie powinno mnie tutaj być — odparł speszonym głosem.

— Tutaj? To znaczy gdzie? — uśmiechnął się ksiądz. To nie jest miejsce dla wybranych.

— Nie jestem katolikiem, nie jestem nawet religijny — szepnął.

— Religia, mój synu, nie ma tu nic do rzeczy. Sama twoja obecność świadczy, że otrzymałeś dar. Może nawet większy niż jesteś w stanie pojąć — powiedział z uśmiechem ksiądz, wychodząc

z cienia i wskazując na odsłonięte przedramię Twórcy. Tli się w tobie niepewność, szukasz odpowiedzi i prędzej czy później ją znajdziesz.

— Jakiej odpowiedzi? — zapytał zaskoczony.

— To zależy, jakie zadasz pytanie.

Odruchowo spojrzał w dół. Na przedramieniu mlecznym błękitem jarzyły się ledwie widoczne linie nieplanowanego tatuażu. Siedział jeszcze chwilę w milczeniu zaskoczony całą sytuacją. Spojrzał na księdza, ale ten zniknął już w pobliskim konfesjonale.


Nie, to nie dla mnie, nie teraz, pomyślał, szybkim krokiem wychodząc na oświetloną słońcem ulicę. Zmrużył oczy, porażone lawiną światła. Drugi raz tego dnia doznał uczucia ulgi. Słońce, radość śpiewających ptaków, gwar ulicy, szum miasta, odgłosy życia tak różne od zadumy, ciszy i chłodu miejsca, które przed chwilą opuścił. Jakby za ciężkimi, okutymi drzwiami była granica pomiędzy tym, co znane i tym, co niezrozumiałe. Równowaga dwóch światów walczących o prymat nad człowiekiem, przeleciało mu przez myśl. Światów, które człowiek sam nieświadomie wykreował. Potrząsnął głową, starając się odrzucić niemiłe wspomnienie snu, którego resztki tkwiły jeszcze w pamięci. Wolnym krokiem ruszył w kierunku plant, ciesząc się każdą chwilą upalnego dnia.

Zmiana

Mrok był wściekły, o ile takie określenie mieszaniny uczuć przepływających falami przez jestestwo demona było w ogóle możliwe. Nie, to niemożliwe, co zrobił nie tak? Jak mogło dojść do tego zdarzenia? Czy stracił wyczucie, czy nie potrafił już rozpoznać słabości? Gdzie popełnił błąd? Zadawał sobie dziesiątki pytań, na które nie znał odpowiedzi, a analiza nie była jego mocną stroną. Motorem jego działania były uczucia, a on nie wyczuwał przyczyny, dla której stracił Twórcę

z oczu. Nie potrafił odnaleźć jego sygnatury, a była przecież taka łatwa, wyraźna i jednoznaczna. Twórca miał zadanie do wykonania. Jeśli nie będzie trzymał się planu, równowagę trafi szlag,

a oczekiwane zmiany w jego świecie nie zajdą, albo będą musiały zostać zmodyfikowane. Wrzeciono w ograniczonym zakresie dawało Mrokowi możliwości, aby poradzić sobie w takich sytuacjach, ale były one bolesne, nielubiane i stosowane w ostateczności, niosły bowiem ze sobą konsekwencje, które trudno było przewidzieć. Musi zaczekać, wykazać cierpliwość i mieć nadzieję, że Luc nie odkryje przedwcześnie jego niekompetencji.

Lilith

Dochodziła dziewiąta wieczorem, gdy Twórca zaległ na kanapie i sączył colę z cytryną i lodem, czekając na to, co do tej pory wydawało się nieuchronne. Mrok nigdy się nie spóźniał, aby odebrać swoją zapłatę, tym razem jednak nie pojawił się o czasie. Wstał i otworzył szeroko okno, wpuszczając do wnętrza gorące wieczorne powietrze niosące zapachy miasta. Ciekawe, co też mogło się wydarzyć. Spojrzał na telefon i przypomniał sobie o nieodebranych połączeniach. Antyk dobijał się do niego siedem razy, poza tym tarabaniła do niego namolnie redaktorka, która liczyła na kolejną umowę. Ten problem miał już jednak z głowy. Powiedział jej, że wyjeżdża na dwa tygodnie i kontakt z nim będzie tylko przez mail. W sumie była zadowolona, bo dostała, co chciała, czyli kompletną powieść, ale chyba nie przyjęła do wiadomości, że należą mu się wakacje.


Wybrał numer Antyka, po czym dobrą chwilę wsłuchiwał się w sygnał telefonu, czekając,

aż odbierze połączenie. Bez rezultatu. Albo dorwał panienkę, albo wkręcił się w czyszczenie jakiejś broni i wtedy nie było ludzkiej siły, żeby oderwać go od szmaty i smaru. Dużo było tych „albo”,

ale w końcu ma prawo do realizowania swoich pasji, jakie by one nie były.


Twórca odetchnął głęboko i poczuł się wolny. Podświadomie czuł, że Mrok się już dzisiaj nie pojawi i chociaż nie znał tego przyczyny, niewiele go to obchodziło. W pierwszy od wielu tygodni piątkowy wieczór miał spokój, ale z drugiej strony ten fakt budził w nim frustrację, oznaczał bowiem zmiany, a te nie zawsze były na lepsze. Odpracował swoje pięć minut i postanowił przedłużyć umowę na czas nieokreślony. Czyżby Mrok zrezygnował? Na ulicy było gwarno, przedzierał się pomiędzy grupkami hałaśliwych turystów plączących się bez celu i planu od baru do baru. Gdy dotarł na miejsce, w sklepie Antyka było ciemno. W witrynie stała na stojaku oświetlona replika katany i kilka innych militarnych gadżetów z epoki. Może siedzi jeszcze na zapleczu, pomyślał, wchodząc po schodkach. Nacisnął klamkę, czując pod dłonią chłód metalu.

Nigdy wcześniej nie zwrócił na to uwagi, ale pomysł pasował do Antyka, „klamka” bowiem zrobiona ze starego Lugera i pasowała do stylu sklepu.

Drzwi nie ustąpiły. Starał się dostrzec coś przez witrynę, ale wewnątrz panowały nieprzeniknione ciemności. Stał przez chwilę, nie bardzo wiedząc, co ze sobą począć. Skoro Mrok z niewiadomego powodu podarował mu wolny piątek, Twórca postanowił wyjechać jak najwcześniej rano następnego dnia, nie chciał jednak robić tego bez miecza. To była pamiątka, być może w jakiś sposób związana z miejscem, które ofiarował mu wuj. Może tam znajdzie odpowiedź, czym tak naprawdę jest. Odwrócił się zrezygnowany. Na tej bocznej uliczce nie było zbyt wielu turystów, jednak w cieniu rosnącego po przeciwnej stronie dorodnego klonu dostrzegł postać. Mężczyzna w czarnym garniturze i w kapeluszu wyróżniał się wśród nielicznych spacerowiczów. Stał w głębokim cieniu drzewa i tylko fakt, że właśnie teraz rozbłysły uliczne latarnie, spowodował, iż Twórca w ogóle zwrócił na niego uwagę. Ktoś go obserwował, to pewne i nie wzbudziło to jego entuzjazmu. Tajemnicza postać tkwiła w miejscu przez kilka sekund, po czym spokojnie odwróciła się i po kilku krokach zniknęła za rogiem.


Ksiądz? — zastanowił się. Był pewien, że w świetle lampy zauważył białą plamkę koloratki na jego szyi, ale może mu się przewidziało. Wzruszył ramionami i zbiegł ze schodów. Piwo czy łóżko? Rozważał w myślach przyjemną alternatywę, zastanawiając się, co zrobić z niespodziewanie wolnym wieczorem. Powlókł się uliczkami starego miasta w stronę ulubionej knajpy. Surowy klimat, wiszące kable elektryczne oplatające rury od wentylacji, odrapane ściany i stare fotele wydarte z remontowanego za rogiem kina, uzupełniane były dobrą rockową muzą. Nie wiedzieć czemu w miesiąc po otwarciu lokalu, wydawałoby się skazanego na porażkę, stał się on kultowym miejscem pielgrzymek indywiduów różnorakiego autoramentu. Barman, widząc znajomą twarz,

bez pytania postawił przed nim ulubione piwo.

— Antyk cię szukał, podobno coś pilnego — rzucił mimochodem, wycierając szklankę do piwa.

— Jest jeszcze?

Twórca rozglądał się ponad głowami klientów, szukając wzrokiem znajomej twarzy. Żadna jednak nie należała do Antyka.

— Poszedł do toalety, ale nie sam, więc pewnie mu trochę zejdzie — barman uśmiechnął się obleśnie.

— Ok, zaczekam. Pośpiech nie jest wskazany, szczególnie gdy ktoś jest antykiem — zarechotał Twórca, pociągając z butelki.

Nie widział nikogo znajomego. Paru starych bywalców rozpoznawał, ale to nie ludzie z jego kręgu. Nie bratał się z każdym, kto się nawinął i potrafił być obcesowy dla namolnych, dzisiaj jak na złość chętnie by z kimś porozmawiał. W końcu po to chodziło się do baru. Z zaskoczeniem poczuł na przedramieniu delikatne dotknięcie. Spojrzał w dół. Długie zgrabne palce przesuwały się po jego ręce, gładząc delikatnymi opuszkami linie jednego z tatuaży. Odwrócił wzrok i napotkał spojrzenie czarnych jak noc oczu. Właścicielka dłoni była śliczną brunetką o nieco orientalnej urodzie i ciemnej karnacji, a efekt ten potęgowały włosy splecione w ciasny, przylegający do głowy francuski warkocz.

— Podobają ci się? — zagadnął, unosząc ze zdziwieniem brew.

Spojrzała mu w oczy. Jej długie palce wciąż spoczywały na przedramieniu Twórcy.

Chyba sprawiało jej przyjemność dotykanie skóry pokrytej tatuażami. Robiła to delikatnie, niemalże namiętnie, uśmiechając się przy tym tajemniczo.

— Nie wiem, to zależy. Skąd ten wybór? — zapytała niespodziewanie — takich tatuaży w Europie nikt nie robi, to maoryska włócznia wojowników — powiedziała, wskazując na wypukłe zarysy skóry pokryte czarnym tuszem. — Jesteś wojownikiem? — zapytała zalotnie, ale w jej głosie dał się słyszeć zaczepny ton.

— Tak, zabijam demony, wiedźmy i czarownice. Jesteś czarownicą? — zapytał, patrząc jej w oczy. Żachnęła się, a zaraz potem roześmiała perliście, jakby chcąc zatuszować ten nieplanowany odruch.

— Jestem — wyszeptała mu wprost do ucha — ale wcale się ciebie nie boję. Przeszedł go dreszcz. Ścisnęła mocniej jego rękę, pozostawiając na chwilę ślady paznokci na skórze. — Poczekaj tu na mnie chwilę, proszę, chciałam pogadać — powiedziała. Twórca zdążył rzucić za nią okiem, zanim zniknęła w tłumie. Była zabójczo zgrabna.

— Powtórka? — zapytał barman, wskazując na pustą butelkę.

— Nie, chyba jestem ok. Wczoraj przesadziliśmy. Widziałeś ją kiedyś? — zapytał Twórca, kiwając głową w kierunku, w którym oddaliła się dziewczyna.

— Nie, pierwszy raz tu jest, ale rzuca się w oczy. Niezła zdobycz — mrugnął okiem, robiąc znaczącą minę. — O! Antyk na horyzoncie.

Faktycznie, jego kumpel przepychał się przez tłum gości z wyraźnie zadowoloną miną, a za nim kroczyła na szpilkach drobna, nieco speszona blondynka, poprawiając wymiętą, obcisłą spódniczkę. Spostrzegł Twórcę i kiwnął dłonią.

— Sie masz — rzucił, dopychając się do baru. — Dzwoniłem kilkanaście razy, nie odbierałeś.

A w ogóle to co tu robisz w piątek. Zawsze jesteś o tej porze zajęty.

— Dzisiaj jak widzisz nie i specjalnie mnie to nie martwi. Co nowego?

— Nie znalazłem żadnych informacji na temat twojego tachi. To trochę tajemnicza sprawa.

Niby wszystko się zgadza i nawet bez wyjęcia głowni można potwierdzić, że to wyrób oryginalny, ale nic poza tym. Z komercyjnego punktu widzenia najprawdopodobniej właśnie dlatego jest bezwartościowa.

— I tak nie jest na sprzedaż, wpadnę jutro rano, żeby ją odebrać.

— Jest coś jeszcze. Miałem dzisiaj po południu dziwną wizytę. Przyszedł dość nietypowy koleś w czarnym garniturze i oglądał wszystkie katany, jakie miałem w sklepie. Strasznie był ciekawy, czy nie mam jakiegoś unikatu, w który mógłby zainwestować większą gotówkę. Oczywiście nie wspomniałem mu o twoim egzemplarzu.


Twórca wzruszył ramionami, chociaż przed oczami stał mu obraz gościa w czarnym stroju, którego niespełna godzinę temu widział przed sklepem.

— Czemu dziwne? To może być okazja, poszukaj mu jakiejś drogiej katany. Masz swoje układy.

— Zaproponowałem mu, ale nie zostawił numeru ani adresu. Odniosłem wrażenie, że mógł być księdzem, chociaż koloratki nie widziałem. Miał czarną koszulę. Wiesz, kiedy ktoś ostatnio pytał

o zabytkowe katany?

— Skąd mam wiedzieć.

— No właśnie, nigdy i dlatego ten zbieg okoliczności wydał mi się dziwny.

Twórca dopił piwo i pożegnał się. Nie miał ochoty na kolejne pijaństwo. W pierwszy wolny piątek po prostu chciał się wyspać.

Wyszedł na gwarną ulicę. Lubił tłum i klimat miasta w letnie wieczory, zawsze chętnie udzielał się towarzysko, dzisiaj jednak miał ochotę na chwilę spokoju. Wydarzenia ostatnich miesięcy zaczynały mu ciążyć. Nie był na nie przygotowany. Wolnym krokiem przeciął plac, na którym podobno w średniowieczu znajdował się cmentarz choleryków. Co za paranoja, pomyślał, dawniej miejsce pochówku cierpiących za życia a teraz centrum turystyczne miasta obstawione dookoła knajpami. Czas jest jak walec, wyrówna wszystko, pozostawiając za sobą skompresowaną

i bezwymiarową wstęgę tego, co jeszcze przed sekundą było teraźniejszością.


Równowaga! Ta myśl wyjątkowo często pojawiała się w umyśle Twórcy w różnych sytuacjach

i aspektach rzeczywistości. Czy każda gwałtowna śmierć jest wynikiem konieczności zachowania równowagi? Na to pytanie nie było odpowiedzi. Zagłębił się w asfaltowe alejki plant otaczające kręgiem centrum miasta. Tonące w zieleni, oświetlone dyskretnym światłem latarni tworzyły niepowtarzalny nastrój. Usiadł na ławce w cieniu wiekowego kasztanowca, obserwując przechodzące obok pary i cieszył się letnim klimatem miasta. Delikatne, lecz nieprzyjemne pieczenie przedramienia wywołało jego irytację, wyrywając go ze stanu spokojnej kontemplacji. Odruchowo przeciągnął dłonią po skórze.

Uczucie jednak nie ustawało, a nawet delikatnie się wzmogło. Spojrzał na rękę. W miejscu tajemniczego, nieplanowanego tatuażu skóra była lekko zaczerwieniona. Przysunął przedramię

do twarzy. Rysunek ewidentnie się wyostrzył. Widział to wyraźnie pomimo słabego oświetlenia. Chyba przesadziłem z tym tarciem, pomyślał, śliniąc palec i pocierając delikatnie piekące miejsce. W tym momencie dotarło do niego, że wzór jest niemal identyczny jak ten wyryty na trzpieniu katany. Był mocno zaskoczony, iż tak oczywisty fakt umknął jego uwadze. Cholera, że też dał się namówić na zostawienie miecza u Antyka, mógłby zweryfikować swoje spostrzeżenie natychmiast. Co prawda miał do niego zaufanie, ale jednak podświadomie czuł, że nie powinien był się z tym przedmiotem rozstawać. Odetchnął głębiej i postanowił się nie przejmować drobnymi niedogodnościami. Zbyt dużo ostatnio się działo, a on musiał chwycić do tego dystans. Zaczął

w głowie planować rozkład następnego dnia. Zanurzony w wolno płynących myślach przestał świadomie zwracać uwagę na otoczenie. Do rzeczywistości przywrócił go unoszący się w powietrzu znajomy zapach perfum.

— Chyba jednak się mnie boisz, bo na mizogina mi raczej nie wyglądasz — usłyszał ciepły, damski głos. Nie zauważył jej, kiedy podeszła, może dlatego, że nosiła się na czarno. Jej strój zlewał się ciemnym tłem bujnej zieleni, ledwo oświetlonej słabymi latarniami. Spojrzał na nią zaskoczony. Nie wiedział dlaczego, ale jej obecność sprawiła mu niespodziewaną przyjemność. Stała z boku ławeczki ze splecionymi ramionami i z delikatnym uśmiechem na ustach spoglądała na niego z góry.

— Bo nim nie jestem — odparł swobodnie — miałem ochotę na chwilę ciszy, a piwo nie pomogło mi w leczeniu pozostałości porannego kaca.

— Mam nadzieję, że ci się zbytnio nie narzucam. Mogę się przysiąść? — spytała niepewnym głosem.

— Oczywiście — powiedział, siląc się na obojętny ton. Przestąpiła nad jego wyciągniętymi nogami

i uczyniła to w sposób niezwykle ostentacyjny, tupiąc przy tym wysokimi szpilkami. Miała zabójczo zgrabne nogi. Twórca, chcąc nie chcąc musiał to przyznać. Starał się nie pokazywać swojego zainteresowania, ale wzrok i tak podążał za nią całkowicie automatycznie, zdradzając jego prawdziwe myśli.

— Czemu uciekłeś z baru? — spytała, lokując się dość blisko. Położyła ramię na oparciu ławki

i uśmiechnęła się swobodnie.

— Boję się czarownic — powiedział z poważną miną — są niebezpieczne, nigdy nie wiadomo jak naprawdę wyglądają, ile mają lat i jakie mają zamiary.

— Jak zapewne zauważyłeś, nie mam przy sobie atrybutu czarownicy — odparła pewnie, nie dając się tym razem zaskoczyć. Nie wykazał się nadmierną błyskotliwością, a ona zyskiwała przewagę. Uśmiechnęła się szerzej, zakładając nogę na nogę, odsłaniając przy tym, zapewne celowo, koronkowe wykończenie pończoch. Była inteligentna, świadoma swojego wpływu na mężczyzn

i prowokowała.

Ręka piekła go coraz bardziej, a delikatne, blado-popielate dotąd linie nabrały wyraźnej, czarnej barwy.

— Nie rozumiem twojego zachowania, ale zapewne masz swój powód, dla którego jest właśnie takie. Zainteresowałam się tobą, bo tatuaże, które masz na rękach, wiele znaczą. Nie są przypadkowe. Układają się w pewną historię, a ja interesuję się historiami ludzi, ciekawymi historiami. Otwarła torebkę i wyciągnęła z niej niewielką tubkę. — Pokaż — powiedziała, wskazując rękę, którą nieświadomie drapał. Nabrała niewielką ilość maści i przesunęła palcem po podrażnionej skórze. Poczuł niemal natychmiastową ulgę.

— Zapewne cię piecze, zapewne też nie wiesz dlaczego, i odnoszę wrażenie, że boisz się poznać odpowiedź. Jednak to chwilowa niedogodność, która w mojej obecności nie powinna mieć miejsca. Jak sądzę to efekt uboczny.

— A ty znasz odpowiedź? — spojrzał na nią zaintrygowany. Właściwie miał ochotę patrzeć na nią cały czas. Dawno nie spotkał tak pięknej kobiety.

— Znam odpowiedzi na wiele pytań — odparła cichym głosem — być może i na te, które cię dręczą. Niestety odpowiedzi niosą ze sobą niebezpieczeństwo i brzemię wiedzy. Nie każdy jest na to gotowy, a to, co masz na przedramieniu, to nie przypadek i dobrze o tym wiesz.

— Wiesz, co to jest i czyja to robota? — spytał zaskoczony — dlaczego inni ludzie tego nie widzą, a Ty widzisz? Powinienem się bać?

— Nie sądzę, żebyś należał do ludzi, którzy wszystkiego się boją — roześmiała się szczerze, przechylając zalotnie głowę. Zrobiła dłuższą chwilę przerwy, przyglądając mu się bacznie.

— A czy inni ludzie widzą twoje sny? — spytała w końcu, a on wyczuł delikatną ironię w głosie. Wydawało mu się, że w jej ciemnych dotąd oczach pojawił się słaby, niebieski poblask.

— Nie widzą — kontynuowała, nie czekając na jego odpowiedź — bo sny są kreacją twojego umysłu, przeznaczoną tylko dla ciebie lub prawie tylko. Co nie znaczy, że nierealną.

Twórca kątem oka dostrzegł postać w czarnym płaszczu stojącą w cieniu kasztanowca. Bardziej poczuł, niż zobaczył. To było dziwne, tym bardziej że wrażenie trwało mgnienie oka. Lilith zamilkła na chwilę, po czym rozglądnęła się dookoła jakby spłoszona czyjąś obecnością. Na jej twarzy przez sekundę widać było napięcie.

— Może zaprosisz mnie do siebie na drinka i porozmawiamy w trochę bardziej intymnej atmosferze — powiedziała swobodnym już tonem, zmieniając nagle temat rozmowy. Spojrzał zaskoczony jej bezpośredniością, ale ona uśmiechnęła się tylko zniewalająco, gładząc palcami kosmyki jego włosów.

Drzwi łazienki uchyliły się powoli, wpuszczając przez rosnącą szczelinę pomarańczowe, pełgające po meblach i suficie światło świec. Ciemny kontur jej ciała zarysował się na jasnym tle. Zgrabne nogi, okrągłe biodra i jędrne piersi stanowiły jedynie ponętny zarys sylwetki, lecz obiecywały wiele. Światło płomieni, pobudzonych ruchem powietrza, dyskretnie prześlizgiwało się po gładkiej skórze, oświetlając co chwilę inny fragment nagiego ciała. Przez chwilę stała w drzwiach, pozwalając Twórcy nacieszyć oczy tym widokiem.

Zapach perfum i kobiecego, rozgrzanego ciała doprowadził Twórcę na skraj pożądania. Drżał cały, gdy powolnym ruchem bioder wsunęła się na niego, nieruchomiejąc na chwilę. Wplotła palce w jego dłonie, ściskając je z całej siły, i zaczęła czarować — powolnym ruchem bioder, zapachem wilgotnej skóry, językiem przesuwającym się delikatnie po jego wargach. Dyszała ciężko w takt powolnych, namiętnych ruchów. Czuł na sobie silne, jędrne ciało, a każdy jej gest był perfekcyjny, doskonale odgadujący jego intencje. Wyprzedzała go zawsze o krok i była w tym mistrzynią.

Potem zaczęła szeptać. Słowa płynęły jak muzyka — ciche, spokojne, namiętne. Słowa, których nie rozumiał, szeptane wprost do ucha w melodyjnym języku, którego nigdy nie słyszał. Słowa, które nie miały znaczenia, nie musiały — czuł, że kreowały coś, co powoli zaczęło ich oboje pochłaniać. Poruszała się wciąż wolno, mocno przywierając do niego całym ciałem, ale szept stawał się coraz szybszy. Tracił poczucie rzeczywistości. Ona była jak sen, który przekraczał granice, mieszając się z rzeczywistością. Nie było granicy, to był jeden świat, w którym przenikały się wszystkie uczucia. Nacisnęła mocniej, jęcząc z rozkoszy, nie przestawała szeptać. Jej oczy, pełgające delikatnym, niebieskim światłem, były ledwie widoczne spod przymkniętych powiek. Nie wiedział, czy to złudzenie. Nie obchodziło go to.

Działo się między nimi coś, nad czym nie panował i czego do tej pory nie doświadczył. Tutaj rządziła ONA i rządziła nie ciałem, lecz jego jaźnią. Nie rozróżniał już poszczególnych słów — jej szept stał się strumieniem melodyjnych dźwięków, które zaczynały budować pochłaniającą ich rzeczywistość. Tonął w obcym, dziwnym, niezrozumiałym świecie. Przekroczył granicę i nie było już powrotu do tego, co znał. Byli w transie.

Poczuł obecność bytów, których istnienia nawet nie podejrzewał. Otaczały ich mgliste roje istot karmiących się ekstatycznymi doznaniami. Były wszędzie, a im mocniejszych wrażeń dostarczała mu Lilith, tym silniej czuł ich obecność, jakby były jej częścią. Ich dotyk był tak delikatny i ulotny jak muśnięcie jedwabiu na nagiej skórze. Były zachłanne, drapieżne, chciały więcej i więcej,

a każdy ich ruch powodował spazmatyczne doznania. Zamknął oczy. Mieszanina endorfin i adrenaliny pochłonęła go całkowicie, nieuchronnie prowadząc do celu, wybuchając przejmującą ekstazą i bólem, szczęściem i żalem, miłością i nienawiścią, jasnym światłem zrozumienia i głębokim mrokiem strachu. Wszystko to pojawiło się w jaźni Twórcy w jednym momencie.

Lilith uderzyła biodrami po raz ostatni, jednocząc się z nim w ekstatycznym doznaniu. Wtedy pokazała mu wszystko, co chciała i czego nie chciała. Wszystko, co stanowiło jej najgłębiej skrywaną tajemnicę. Wpuściła go do siebie tak głęboko, jak nikogo dotąd, a on zachłannie sięgnął najgłębszych zakamarków jej bytu. Nie potrafiła się oprzeć zwierzęcemu pożądaniu, jakie w niej odnalazł, ukryte gdzieś w głębi pierwotnej psyche. Wcześniej wydarzyło się to tylko raz, na Początku, ale wtedy musiała odejść.

Jej miejsce zajęła inna.

Motocykl

Twórca stał nieruchomo i z mieszaniną nadziei i ekscytacji spoglądał na rysujący się pod brudnym brezentem kształt. Płachta starego materiału nie stanowiła przeszkody dla rozbuchanej wyobraźni, która w tej chwili pracowała na najwyższych obrotach. Szary wojskowy brezent pokryty odchodami

kur i kawałkami starego, spróchniałego drewna sypiącego się z belek stropowych, dla postronnego obserwatora z pewnością nie stanowiłby obiektu zainteresowania.


On jednak wiedział, że pod brezentem na własnych kołach stoi obiekt stanowiący spełnienie jego wieloletnich marzeń. Oryginalne BMW Sahara, dwucylindrowy bokser 750 z bocznym wózkiem. Cudo faszystowskiej techniki, bez zbędnej elektroniki, katalizatorów i tych wszystkich nonsensów pozbawiających dopracowany do perfekcji mechanizm, duszy.

Szukał tej maszyny od lat, odkąd zaczął interesować się motocyklami. Spędził godziny i dni w przeszukiwaniu okazji, przeglądając setki stron i tysiące ogłoszeń z całego świata. Na rynku kolekcjonerskim było kilkadziesiąt egzemplarzy, świetnie odbudowanych, ale pozostających daleko poza jego finansowym zasięgiem. I nagle ta wiadomość!


Pili wczoraj z Antykiem w JRC, jak zwykle we czwartek, topiąc swoje prawdziwe i wyimaginowane problemy w bursztynowym produkcie czeskiej sztuki browarniczej. Heavy metal lejący się na zmianę z lżejszym rockiem z głośników podkręcał atmosferę. Motocykle i muzyka to coś, co od lat ich łączyło, ale nie była to jedyna pasja. Właściwie nie była to w ogóle żadna pasja. Po prostu lubili piwo, ciężkie brzmienie i motory. Antyk wywalił nogi na krzesło, obserwując kręcące się po sali dziewczyny. Opięty czarnym podkoszulkiem okazały brzuch przyjmował bez protestu kolejne litry piwa. Po kilku minutach kontemplacji wijących się na parkiecie ciał pociągnął spory łyk piwa, po czym odstawił butelkę na stolik i spojrzał na Twórcę z głupawym uśmiechem.

— Coś sobie przypomniałem — powiedział i zamilkł, jakby starając się odnaleźć wątek wśród bezładnych myśli porozrywanych cząsteczkami alkoholu.

— Co mianowicie — ponaglił go Twórca po dobrej chwili, widząc, że kumpel zapada w nieplanowaną drzemkę.

— Eeee… acha, no! — wysiłek na twarzy Antyka świadczył o usilnych staraniach skupienia się

i przyniósł w końcu rezultat — dostałem cynk, że motor, który cię interesuje, jest do wzięcia za mały grosz — wybełkotał. — Sam bym go kupił — kontynuował — ale wiesz, że ja tylko na Harrym. Tu Antyk jakby się ożywił, a spojrzenie nabrało ostrości. — Jest jednak jeden warunek. Jeśli motor będzie miał oryginalne elementy uzbrojenia, to znaczy mocowania i stojaki do karabinów, skrzynki amunicyjne i takie tam inne pierdoły do niczego ci nie przydatne, to należą do mnie. Cenę dogadasz na miejscu — sapnął zmęczony przydługim skupieniem i pociągnął z butelki.

Twórca natychmiast wytrzeźwiał. Patrzył dobrą chwilę na Antyka, zastanawiając się, czy ten przypadkiem nie robi sobie z niego żartów, ale niewinna mina i głupawy uśmiech, który pojawiał się po pijaku na jego nieogolonej facjacie, wcale na to nie wskazywały.

— Gdzie? — tylko tyle udało mu się wykrztusić zduszonym od emocji głosem.

— Zaraz sprawdzę, coś taki nerwowy — mruczał, szukając telefonu w kieszeniach skórzanej kurtki. W końcu podetknął mu ekran z adresem.

— Masz jakieś pojęcie, gdzie to jest? — zapytał Twórca.

— Jakaś wiocha na przedgórzu Sudetów, sprawdzisz sobie na mapie — czknął i zapadł w drzemkę pomimo panującego hałasu.

Twórca jednak nie zawracał sobie tym głowy, znał bowiem tę niezwykłą zdolność kumpla do zapadania w głęboki sen praktycznie wszędzie i o dowolnej porze. Kilka godzin później, nie do końca pewny, czy pozbył się z organizmu alkoholu w wystarczająco dużym procencie, aby zasiąść za kółkiem, był już w drodze. Za wiekowym Uazem ciągnął niewielką lawetę, a gdzieś tam tliła się w nim nieśmiała nadzieja, że być może nie będzie ona pusta w drodze powrotnej.

Teraz stał w wiejskiej stodole i mimo panującego upału przeszedł go dreszcz. Odwlekał chwilę,

w której spod brezentu ukaże się jego wymarzona maszyna. Panowała cisza upalnego dnia, zakłócana jedynie brzęczeniem os, które zbudowały sobie gniazdo gdzieś nad belkami więźby. Westchnął głęboko i stanowczym ruchem odrzucił na bok płachtę, wzniecając przy tym tuman kurzu. Promienie słońca wpadające przez szpary w deskowaniu ścian oświetliły nieco zakurzoną, czarną jak heban maszynę. Dumne śmigło BMW pyszniło się na osłonie baku. Na obręczach kół niewielkie wykwity rdzy i brak powietrza w tylnej oponie nie zaburzały jego zachwytu. Lakier, skórzane siedzenia, widelec i silnik wyglądały, jakby wyszły prosto z fabryki. Obszedł maszynę dookoła. Na osłonie bocznego wózka tkwił kompletny uchwyt CKM-u, a siedzenie wyłożone czarną skórą było w niemal idealnym stanie. To o tym ustrojstwie wspominał Antyk, pomyślał, dotykając palcami chłodnego metalu. Będzie szczęśliwy, jeśli tylko Twórca dogada się

z właścicielem.

Drzwi stodoły uchyliły się z cichym skrzypnięciem, wpuszczając do wnętrza prawdziwą lawinę światła.

— Bierzesz pan to draństwo? — usłyszał zachrypnięty głos właściciela, którego ciemna sylwetka rysowała się na tle otwartych wrót. — Dzwonił do mnie pana kolega i godoł, że na pewno się pan nie wycofosz ze zakupu. Prawda to?

— Prawda, jeśli dogadamy cenę, płacę gotówką. Ile pan sobie za to życzy? — odpowiedział wyrwany z kontemplacji Twórca. Był zaskoczony i trochę zbulwersowany faktem, że właściciel nazwał obiekt jego marzeń, draństwem.

— Musisz pan cóś o tym draństwie wiedzieć — powiedział gospodarz z mocnym akcentem na słowo „draństwo”. — Sprzedołem je już kilka razy i za każdym razem wracało.

— Jak to, wracało? — spojrzał na chłopa zaskoczony.

— No jak panie, normalnie. Kupcy płacili, odjeżdżali, a po kilku dniach odwozili motór na miejsce. Jeden to nawet w tym samym dniu wrócił. Ani piniędzy nazad nie chcieli, jeno zostawiali i odjeżdżali, jakby ich som diabeł gonił. Ostatnio ze dwa lata nazad będzie. Tera kury się na tym niosom.

— A co mówili? — zapytał zaskoczony.

— Nic nie godoli, dziwne ludzie panie — wzruszył chłop ramionami.

— Od tego czasu nikt się nie interesował?

— Nie, panie. Zarobiłem ja już swoje, a z tymi zwrotami kłopot jeno. Ani umowy nijak spisać,

bo przecie sprzedane to, jakże to trzy razy jeden motor? Panie, mnie tam kłopotów nie trza, bier pan jak stoi, tylko żebym go więcej nie widział, bo sonsiedzi już godać zaczynają, a i sołtys tyż palcem groził, że kręty jakoweś robię.

Oczy Twórcy zrobiły się okrągłe ze zdumienia. Nie mógł uwierzyć własnym uszom i swojemu szczęściu. Motocykl, na oko wart jakieś pięćdziesiąt tysięcy, stawał się jego własnością. Przybili piątkę na przyklepanie transakcji i wspólnymi siłami wepchnęli maszynę na lawetę. Boczny wózek trochę wystawał poza obrys przyczepki, ale chłop wygrzebał gdzieś spaskudzoną przez kury czerwoną szmatę. Strzepnął ją kilka razy, wzniecając prawdziwą burzę kurzych gówien,

i bezceremonialnie wręczył Twórcy, żeby oznaczył z boku ponadwymiarowy ładunek.

— Poczekajcież panie — dodał –, mom tu jeszcze takie cóś do tego motóra. Jeno miejsce zajmuje,

a na złom wozić za daleko. Bier pan w całości.

— Co takiego? — zaskoczony Twórca zeskoczył z lawety i podążył za chłopem do stodoły.

W kącie pod skrzynkami na jabłka, przywalony stertą starych narzędzi rolniczych, spoczywał prawdziwy skarb. Autentyczna przyczepka na sprzęt i amunicję. Widział taką tylko raz, ale ta była inna. Miała metalową pokrywę. Wspólnymi siłami odwalili złom i wyciągnęli pojazd z kąta. Opony były sparciałe, a koła z pełnej blachy przegniłe; nie miało to jednak większego znaczenia.

Twórca zaoferował za skarb pięćset złotych, wywołując entuzjazm chłopa, po czym dał upust swojej ciekawości.

— Gospodarzu, powiedzcie, skąd macie ten motor? — spytał ostrożnie, nie licząc specjalnie na dłuższą pogawędkę.

— Stara historyja, panie, i tak okrutna, że godoć strach. Niemce, panie, przyjechali, jak ojciec jeszcze opowiodoł. Sioło nieduże, panie, za tymi wzgórzami z dymem puścili. Wymordowali wszystkich, jak szło, a chłopa ze dwudziestu do lasu wywieźli i rozstrzelali. Niemiecka to ziemia wtedy była, ale my tu na gospodarce Polacy z dziada pradziada. Jak się tylko wojna zaczęła, od razu do obozów wywozili, a jak niemieckie auswaisy mieli, to przesiedlali. Jakieś sekretne budowle stawiać mieli abo cóś transportować.

— Wehrmacht? Oni takich rzeczy nie robili.

— A kto ich tam wie, panie? Ociec godoł, że trupie czaszki na hełmach mieli i czarne mundury.

I jenzyk taki jakiś niby niemiecki, ale, panie, paskudny, charkoczący taki. Chłopak od sołtysa, co to na robotach w Reichu był i jakimś cudem uciekł, panie, godoł późnij, jak było. Niemiecki znoł, ale tego nie rozumioł. No i jak już pojecholi, to chłopy ze naszy wioski poszli tam, panie, zoczyć, czy kto żyw nie ostoł i czy pomocy komu nie trza.

— Uchował się ktoś? — zapytał Twórca z nadzieją na więcej informacji.

— Nikogo, panie, nie oszczędzili. Dzieci nawet wybili jak kocięta i do studni wrzucili. Jak chłopy do wsi weszli, to ten motór, panie, dwóch Niemców na podwórku sołtysa naprawiało. Widać reszcie się spieszyło, że swoich zostawili. Pewni byli swego, bo to niemiecka ziemia była, panie.

Twórca słuchał tego wywodu z uczuciem przerażenia i ciekawości. Chyba trafił mu się prawdziwy skarb o nieco koszmarnej proweniencji.

— No i co z tymi Niemcami dalej się stało?

— Zarąbali ich panie chłopy, widłami, siekierami — kontynuował gospodarz z błyskiem w oku — i zakopali trupy w ty kympie drzew, co tam w polach, na starym smyntarzu dworskim, jak rzepak. Po lewej ze strony coś pan jechoł.

Twórcę przebiegł dreszcz. Maszyna z historią, pomyślał. Ależ mi się trafiło. Antyk będzie wiedział, co to za oddział. Był pasjonatem historii, a ta na pewno go zainteresuje, no i będą mieli o czym pogadać przy piwie.


Pożegnał się z gospodarzem, i w euforycznym nastroju wyjechał na wiejską drogę wijącą się wśród pól kwitnącego rzepaku. Nie spieszyło mu się, do Krakowa miał kilka godzin jazdy, więc spokojnie zdąży przed zmierzchem. Dochodziło południe, gdy po kilku kilometrach zobaczył samotną, zieloną kępę starych drzew, stojących na niewielkim wzniesieniu pośrodku żółtego jak słońce pola rzepaku. Zatrzymał samochód i rozglądnął się. Żywej duszy. Cisza upalnego popołudnia zakłócana była tylko brzęczeniem pszczół uwijających się wśród żółtych kwiatów.


Lubił odwiedzać takie miejsca. Zagubione stare domy, cmentarze, dwory, ruiny pałaców tchnące historią i niosące swoją opowieść, którą odtwarzał sobie w wyobraźni. Teraz był tym szczególnie zainteresowany bowiem historia motocykla, którą zaserwował mu ten prosty chłop, dawała do myślenia i przynajmniej jej część można było zweryfikować. Zostawił Uaza na wąskim poboczu, nie dbając specjalnie o parkowanie. I tak nikt tędy nie jeździł, a do zbiorów daleko, pomyślał. Pokryta piaskiem polna droga, prowadziła do starej cmentarnej bramy, która jakimś cudem trzymała się na zawiasach tkwiących w resztkach pokruszonego muru. Kępa drzew nie wyróżniała się niczym szczególnym. Kilka starych, strzelistych cyprysów i stare, rozłożyste dęby ocieniały swoimi koronami ogrodzony murem teren, praktycznie nie przepuszczając promieni przez gęste listowie. Tonące w mroku niewielkie pagórki wskazywały na nieużywany od lat cmentarz. Rozrzucone niedbale, wiekowe płyty nagrobne, zniszczone przez czas lub celowo porozbijane, nosiły niemieckie napisy i trudno było je zidentyfikować.


Dostrzegł kilka niewielkich kopców ziemnych pod zachodnią resztką cmentarnego muru. Porośnięte gęstwiną zielonego bluszczu mogłyby ujść uwadze obserwatora, gdyby nie resztki spróchniałych krzyży. Podszedł bliżej, przyglądając się z zainteresowaniem ledwie widocznym datom na mijanych nagrobkach. XVII i XVIII wiek. Tego się nie spodziewał. Widać było, że od dziesięcioleci zaglądali tu jedynie operatorzy kombajnów z pobliskiego PGRu, który za komuny zagnieździł się w nieodległym dworze. Potłuczone butelki po wódce i piwie były wszechobecne,

a wyblakłe naklejki, ujawniały ich socjalistyczną proweniencję.

Uwagę Twórcy zwrócił tkwiący w ziemi, zardzewiały kawałek metalu obok leżącego na mogile krzyża. Początkowo pomyślał o starym garnku, który ktoś wyrzucił, traktując miejsce pochówku jak śmietnik. W końcu leżeli tu obcy. Gdy jednak przykucnął, zauważył resztki skórzanego paska

i zardzewiałą metalową klamerkę. Ostrożnie wygrzebał znalezisko. Niemiecki hełm był prawie całkowicie przerdzewiały. Pozostał jedynie fragment przy pasku i niewielka część z charakterystycznym wycięciem, osłaniającym skroń żołnierza. Przetarł palcami kawałek metalu. Spod warstwy ziemi ukazały się ledwie widoczne dwie charakterystyczne błyskawice SS.

Historia

— No ja cież nie chromolę, co za historia! — wykrzyknął Antyk na widok Twórcy. Siedzący w klubowym ogródku goście skrzywili się z niesmakiem, patrząc na zwalistą sylwetkę Antyka przedzierającego się pomiędzy stolikami. — Czy ty sobie farciarzu w jutę zawijany zdajesz sprawę, jaki skarb znalazłeś? Właściwie, to ja ci go znalazłem i chyba zaczynam żałować teraz swojej hojności — marudził, zwalając się na leżak obok. Delikatny mebel zatrzeszczał niepokojąco. Antyk

z zadowoleniem sapnął, spoglądając łakomym wzrokiem na butelkę Pilsnera stojącą na stoliku.

— Pijesz — spytał Twórca spokojnie, wskazując ruchem głowy wilgotną, zieloną flaszkę z ewidentnie zimną zawartością?

— Czy ja piję? Chlejemy dziś na umór! To trzeba opić — odparł, pociągając solidny łyk. — Opowiadaj, jak było, a potem ja Ci opowiem, czego się dowiedziałem.

Twórca pokrótce zrelacjonował mu swoją wizytę, opowiadając o oddziale SS i domniemanym pochodzeniu motocykla. Antyk słuchał go pilnie, mrucząc coś pod nosem, a potem zapytał.

— Gdzie go zostawiłeś?

— U Wraka, jak zwykle. Powinien sobie poradzić, nie będzie miał dużo roboty.

— Jaja sobie robisz? Motor ma osiemdziesiąt lat, a ty mówisz, że nie będzie miał dużo roboty. Przecież trzeba rozebrać cały motocykl i sprawdzić każdą część. Nieważne, że to BMW, po tylu latach w jakiejś szopie to złom.

— Otóż właśnie nie — odparł Twórca z tajemniczym uśmiechem. — Wyobraź sobie, że Wrak po kilku minutach odpalił silnik. Wymienił dętkę, olej i kilka pierdół, wyczyścił filtry. Reszta jest w idealnym stanie. Zamówiłem nową lampę, ale okazało się, że niepotrzebnie. Wrak miał na stanie. Jutro mogę go odebrać.


Oczy Antyka zrobiły się okrągłe ze zdumienia. Milczał dobrą chwilę, pociągając piwo z butelki.

— Wiesz co, to naprawdę dziwne. Jakim cudem? Tyle lat siedzę w antycznych militariach i nie spotkałem się z takim przypadkiem.

— Nie wiem, ale jeszcze dziwniejsze jest to, że według Wraka wszystkie, „absolutnie kurde wszystkie” — jak to określił — części w tej maszynie mają ten sam numer seryjny, a to oznacza,

że żadna z nich nie została wymieniona. Czujesz to! Osiemdziesiąt lat!

— Miał może na osłonie bocznego wózka…?

— Miał. — Twórca nie pozwolił mu dokończyć. — Wrak go zdemontował i czeka na Ciebie. Kompletny stojak z uchwytem i zamkiem zatrzaskowym i kilka skrzynek transportowych. Zostawiłem go w warsztacie na lawecie. Miał też przyczepkę amunicyjną, ale Ci jej nie oddam.

To przydatna rzecz. Zresztą nie potrafiłem jej otworzyć. Miała metalową pokrywę zamkniętą na kłódkę. Nie chciałem niszczyć, a Wrak sobie poradzi. To fachowiec.

— O tak, jeśli tylko jest trzeźwy. Był trzeźwy? — zapytał podejrzliwym głosem, w którym czaiła się troska.

— Nie — roześmiał się Twórca — ale kiedy zobaczył zawartość lawety, wytrzeźwiał od razu. Zarechotali może trochę zbyt głośno i stuknęli się butelkami. Siedzący obok niemieccy turyści patrzyli na nich z dezaprobatą. Nie umknęło to uwadze Antyka, więc celowo zameldował płynnym niemieckim.

— Był to pułk SS Germania — banda najgorszych sukinsynów pod dowództwem samego Himmlera, który samowolnie okupował Sudety — powiedział nieco głośniej niż potrzeba płynnym niemieckim.

Siedzący obok przy stoliku niemieccy turyści jakby się skurczyli, ale chłopakom specjalnie to nie przeszkadzało. Antyk uśmiechnął się wrednie.

— To jedna z międzynarodowych jednostek sformowana z ochotników okupowanych terenów — kontynuował już dalej po polsku.

— To by się zgadzało, ale dlaczego wymordowali Niemców?

— Mordowali wszystkich, którzy mieli korzenie inne niż niemieckie. Rozstrzeliwali masowo ludzi

w Katowicach, Gliwicach i na reszcie Górnego Śląska. Poza tym w dużej części pułk sformowany został z Holendrów.

— A więc to prawda. Niesamowita historia — Antyk był rozanielony faktem, że udało się odnaleźć jeden z motocykli pułku. Sukinkoty dostali od naszych za swoje. Pod Jaworowem na wschodzie wpadli na naszych chłopaków z 11 Dywizji Piechoty Górskiej. Polacy roznieśli szwabów na bagnetach, wyłapując ich po lesie. Nie było pardonu, nasi nie brali jeńców. Walka na bagnety wywołała szał bitewny — ostatni odnotowany w historii wojskowości. Zginęli dowódcy, a pułk stracił cały sprzęt. Hitler wpadł wtedy w szał i niedobitkom nieźle się dostało. Odesłano ich do Niemiec i zakazano noszenia naszywek z nazwą jednostki. Potem rozformowano pułk, a resztki dołączono do Zmotoryzowanej Dywizji SS, którą później nazwano Wiking. Krążyły o nich legendy. Jeden z dywizjonów należący do SS-VT szkolony bezpośrednio przez Paula Hausera ochraniał tajne laboratoria wojskowe. To mogła być specjalna część pułku SS-Germania.

Wiesz, że Niemcy mieli w czasie wojny tajne ośrodki badawcze w Sudetach i prowadzili badania nad Wunderwaffe. Jest taka historia o jednej z kompanii, która zaginęła w dość tajemniczych okolicznościach wraz z jakąś ważną dokumentacją naukową, ale to niepotwierdzone plotki. Niemniej jednak jeden z asystentów Philippa Lenarda zniknął wraz z badaniami, zresztą podobno kilkunastu wysoko postawionych rangą oficerów SS również nie odnaleziono.

Krążą legendy, że sam Himmler miał sobowtóra, który popełnił samobójstwo, gdy alianci go złapali. Tego jednak nikt nie wie. Źródła mówią, że wszyscy należeli do organizacji Thule — Antyk spojrzał na Twórcę, który wbrew jego przypuszczeniom słuchał uważnie przydługiego wywodu. — Podejrzewam, że ten motocykl należał do tak zwanej kompanii motocyklistów. Mieli naprawdę dobre uzbrojenie, ale tylko dwa KM-y, chyba MG 34. Jeśli to mocowanie jednego z tych ciężkich karabinów, to warte jest kilka tysiaków — czknął i zadowolony z wykładu przystawił się do butelki, opróżniając ją do dna.

— Chłop opowiadał, że posługiwali się paskudnym językiem podobnym do niemieckiego. Być może chodziło o niderlandzki. Wiesz, to były niemieckie tereny. Nawet gdyby mówili którymś z lokalnych dialektów, Niemiec by zrozumiał.

— Kim był ten Lenard — zaintrygowany zapytał Twórca. Gdzieś słyszał to nazwisko, ale nie mógł sobie w tej chwili przypomnieć.

— Profesor z zawodu, nacjonalista, faszysta i antysemita z przekonania. Wykładał na Uniwerku we Wrocławiu. Był fizykiem teoretykiem. Jak widać, tytuł naukowy nie gwarantuje rozsądku i nie chroni przed byciem bydlakiem.

— Znalazłem jeszcze to — powiedział Twórca i wyciągnął z torby kawałek hełmu.

— Zgniły w cholerę klasyczny M40, nic ciekawego — lekceważąco odparł Antyk — chociaż… — przetarł palcami ledwie widoczne czarne błyskawice na jasnym tle. Pojawiły się litery — VT.

Spójrz, prawie go nie widać, nachylił się z wysiłkiem do słabej żarówki. Ciekawe, nie widziałem takiego oznaczenia na hełmie, ale te oddziały brały udział w okupacji Sudetów.

— Co oznacza ten skrót? — spytał Twórca, który dopiero teraz dostrzegł niewyraźne litery.

— VerfügungsTruppe — to grupa SS-VT, która była szkolona wraz z Leibstandarte do ochrony Hitlera. Potem niektórym jednostkom powierzano zadania specjalne ochrony naukowców pracujących przy tajnych projektach i tego, żeby się nic z nich nie wydostało. Likwidowali wszystkich, co do których mieli podejrzenia, że mogą te tajemnice wynosić na zewnątrz. Co z nimi robili wcześniej, nie muszę tłumaczyć, przynajmniej w teorii, bo z dokumentacji wynika,

że szczątki naukowców nigdy nie zostały odnalezione. Nie ma też żadnych dokumentów o ich likwidacji, a jak wiesz, Niemcy skrupulatnie odnotowywali takie fakty. — Jutro zrobię dokładny research tematu. Może uda się wygrzebać z archiwum BMW jakieś dane. Dawaj następne piwo — rzucił Antyk, odstawiając butelkę na stolik — trzeba to opić.

I opili. Do rana.

Wrak

Natarczywy dzwonek telefonu wyrwał Twórcę z pijackiej maligny. Kac po piwie to jedna z gorszych rzeczy, jakie mogą się przytrafić człowiekowi. Pulsujący ból głowy i cisnący pęcherz nie przeszkadzały tak bardzo jak ten upierdliwy dzwonek. Jęknął i odwrócił się na bok, koncentrując wzrok na ekranie telefonu. Dzwonił Wrak. Twórca spojrzał na zegarek.

— O rzesz w mordę — jęknął, miał odebrać motocykl przed dziesiątą, a była już piętnasta. Niedobrze, pomyślał i opadł z powrotem na poduszkę. Musiał przyznać, że tzw. „okazję” opili z Antykiem koncertowo. Teraz wizja motocykla, która stanęła mu przed oczami, wpompowała do żył adrenalinę i pobudziła go do życia. Czuł się jak dziecko, które w Święta Bożego Narodzenia budzi się o trzeciej nad ranem, żeby sprawdzić prezenty pod choinką.

Kiedy trzy godziny później, ryzykując utratę prawa jazdy, zjawił się w warsztacie swoim zdezelowanym Uazem, zaskoczyła go całkowita cisza. Z reguły ryk metalowej muzyki wydobywał się z każdej szpary garażu, zagłuszając skutecznie nawet szlifierki do metalu. Otworzył furtkę znanym tylko sobie sposobem i rozglądając się czujnie za wielkim psem właściciela posiadłości, przedostał się na tyły domu, gdzie Wrak trzymał co cenniejsze egzemplarze. Kumpel siedział rozwalony na leżaku, w ciemnych okularach z workiem lodu na głowie i nieodłącznym piwem

w ręce.

— Czemu łajzo nie odbierasz, kiedy dzwonię — zameldował prosto z mostu na widok Twórcy.

— Popiliśmy trochę z Antykiem wczoraj. A o co chodzi — odparł. — Coś taki wkurzony?

— No, miałeś być o dziesiątej, a jest szósta chyba, no nie? — marudził dalej Wrak, spoglądając na niego z wyrzutem i przesuwając worek z lodem na czoło.

— A coś ty się taki punktualny zrobił. Jeszcze wczoraj oczy Ci się świeciły na widok maszyny. Chciałem, żebyś się nacieszył tym widokiem.

— A dzisiaj już mi się nie świecą! I zabieraj to draństwo z mojego warsztatu.

Twórca na chwilę zaniemówił zaskoczony niczym niesprowokowanym wybuchem.


— Ty, co cię napadło? — spytał w końcu zdezorientowany. — Ten rozbity łeb tak cię irytuje?

To w twoim przypadku żadna nowość — ironizował. Gdzieś się tak urządził?

— Nie gdzie, a kto? Dwóch zjebów w czarnych płaszczach. Jak sądzę, chcieli mi zajumać twój motor. Nie wiem, czemu tego nie zrobili. Pracowałem do późna i zamknąłem wcześniej bramę. Musieli przejść przez płot. Dziwne tylko, że Cerber, łajza jedna, nie zareagował — wskazał głową na wielkiego owczarka wylegującego się na trawie i niewiele robiącego sobie ze stanu swojego pana — zupełnie jakby ich nie widział.

— Widziałeś ich? Zgłaszałeś?

— Zgłupiałeś czy nie wytrzeźwiałeś. Jasne, że widziałem. Jakieś neofaszystowskie czuby, poprzebierani w czarne mundury SS z czerwonymi naszywkami z napisem Germania.

Co miałem zgłaszać, że napadło mnie dwóch esesmanów osiemdziesiąt lat po wojnie? Poza tym wiesz przecież, że pod szopą w piwnicy mam zagon marychy. Miałem zgłosić glinom? Ty się dobrze czujesz? Uznaliby, że się opaliłem, a potem straciłbyś na kilka lat jedynego mechanika, który chce zajmować się Twoimi wynalazkami.

— Dobra, dobra, spokojnie, mam nadzieję, że nie opaliłeś się za bardzo — zapytał podejrzliwie Twórca, w wyobraźni widząc, jaki mógł być przebieg zdarzeń.

— Nie wkurzaj mnie lepiej. Wisisz mi skrzynkę piwa i dwa bilety na Orange Goblin. Chłopaki grają w przyszłym tygodniu w Klubie 22. Nie miałem dużo roboty, motor jest w znakomitym stanie. Możesz jeździć — odpowiedział nieco uspokojony Wrak.

— Czemu dwa bilety? Złapałeś jakąś laskę? — zapytał z niedowierzaniem. Wątpliwość w jego głosie miała głębokie uzasadnienie w aparycji kumpla.

— Nie, ale idziesz ze mną, żeby mi ratować dupę, jak się nawalę. Jedna blizna na miesiąc na łbie mi wystarczy. Zresztą miejsce się kończy.

Twórca kiwnął głową z aprobatą, bo i tak miał iść na ten koncert. Zupełnie wyleciało mu to z głowy pod wpływem emocji związanej z motocyklem.

— Acha i jeszcze coś — jęknął Wrak i dźwignął się z leżaka.


Przykładając do głowy worek z lodem, poczłapał ciężko w stronę garażu.

Z rany wciąż kapała mu krew, ściekając na szyję, a alkohol nie pomagał w gojeniu. Twórca już miał zaproponować szycie, ale łeb Wraka i tak przypominał pociętą deskę do krojenia chleba. Blizna na bliźnie i żadna nie szyta. Wszystkie nabyte w warsztacie albo po pijaku w knajpie. Nie było sensu ingerować, bo jeszcze bardziej zepsułby mu humor. Co najlepsze, Wrak pamiętał historię każdej z tych blizn i uwielbiał o tym opowiadać, a opowieści były tym barwniejsze, im więcej butelek piwa pochłonął.

Wrócił ze starą, skórzaną aktówką w ręce.

— W przyczepce było kilka fantów. Skrzynki amunicyjne i walizka na granaty. Ciężkie cholerstwo, ale wolałbym, żebyś je zabrał. Było trochę amunicji wewnątrz. Zakopałem pod płotem, ale kilka pocisków zostawiłem dla Antyka. Skrzynki pewnie też mu opylisz razem ze stojakiem na CKM. Była też ta aktówka. Nie lubię czytać, a już szczególnie po niemiecku jak sądzę, bo otworzyć się nie da i trzeba byłoby zniszczyć zamki.

Zresztą to twoja własność, więc poradzisz sobie w domu. Przyczepka natomiast wymaga gruntownej odbudowy, to łatwa robota, bo konstrukcja jest prosta jak cep, ale będę chciał zachować pierwotny wygląd, a do tego konieczna jest odrobina finezji i czas.

— Może zostać, zresztą na razie nie będzie mi potrzebna — odpowiedział bezwiednie Twórca, cały czas skupiając uwagę na teczce zamkniętej na dwa solidne zamki. Były zablokowane, ale po wadze można było domyślać się, że zawiera sporo dokumentów.


Przetarł dłonią zakurzoną klapę i przyjrzał się jej bliżej. Na ciemnej skórze widać było wyraźnie wytłoczonego orła trzymającego w szponach czarną swastykę.

Goście

Noc była jeszcze głęboka, gdy gwałtowny ból przedramienia brutalnie wyrwał go ze snu. Otworzył oczy, intensywnie wpatrując się w otaczającą go ciemność. Ciepły, letni wiatr wpadał przez uchylone okno, poruszając delikatnie firanką oświetloną mdłym światłem księżyca.

Potarł bolące miejsce. Czuł pod opuszkami palców, jak linie tatuażu na przedramieniu spuchły, przybierając trójwymiarową formę. Przesunął po nich palcami. Zapiekło. W pokoju panowała delikatna poświata. Twórca przez chwilę nie potrafił zlokalizować jej źródła, dopóki nie spojrzał na wiszącą przy drzwiach katanę. Jelec jarzył się błękitnym światłem.


Niedobrze, pomyślał. Uwagę jego przykuł jakiś hałas od strony garażu i szczekanie psiaka sąsiadów. Wytężył słuch. Jęknął silnik uruchamiany nożnym rozrusznikiem, a w nocną ciszę wdarł się przytłumiony, charakterystyczny dźwięk potężnej maszyny. Leżał bez ruchu, starając się zorientować, skąd zna ten odgłos. Chwilę później basowe dudnienie rozwiało jego wątpliwości.

— Nieee — wrzasnął, zrywając się z łóżka — mój motor!


Popędził przez przedpokój w samych gaciach, porywając w biegu miecz. Nie miał planu, jak go użyje, bowiem o ile pamiętał, Antykowi nie udało się rozwiązać problemu nieruchomej głowni.

Łeb uwalę — darł się na całe gardło — utłukę jak szczura!


Wypadł z hukiem otwieranych drzwi przed dom, spodziewając się zastać tam złodziei, ale ku jego zdziwieniu brama garażu wciąż była zamknięta. Przez szparę przy progu widać było jednak wyraźną smugę światła, a zza bramy dochodziło charakterystyczne dudnienie.

Wbiegł z powrotem do domu, zawinął się przy schodach, chwycił jedną ręką za poręcz i z rozmachem wykopał drzwi prowadzące do garażu, nie zawracając sobie głowy szukaniem klucza. Zamek poszedł w drzazgi, drzwi zawisły na jednym zawiasie. W oczy uderzył go snop światła z reflektora, a smród spalin spłycił oddech. Niewiele widział, wpadając do środka. Spaliny i ostre światło skutecznie ograniczały widoczność. Podbiegł do motocykla i wyłączył zapłon.

Bez rezultatu. Schylił się, żeby zamknąć dopływ paliwa.

Chwilę szukał po omacku kranika, parząc sobie przy tym dłoń o radiator silnika.

Cios całkowicie go zaskoczył. Potężny, dobrze wymierzony kopniak podkutym butem odrzucił go pod ścianę, łamiąc żebra. Nie był na to przygotowany, nie widział przeciwnika, kopnięcie na chwilę odebrało mu oddech.

Nie trwało to jednak długo, adrenalina zaczynała robić swoje. Zerwał się, ignorując przeszywający ból. Silnik motocykla pracował, hałasując i dymiąc niemiłosiernie. Reflektor rzucał tylko okrągłą plamę światła na ścianę garażu, reszta zaś pomieszczenia tonęła w półmroku. Twórca rozstawił szeroko nogi, za plecami czuł chłodny dotyk ściany. Wysunął się poza zasięg światła. Nie miał zbyt wiele czasu.

Jeśli zostanie tu kilka minut dłużej, udusi się. Kątem oka dostrzegł z prawej sylwetkę w czarnym mundurze. Potężny cios w splot słoneczny powinien był zwalić go na ziemię. W ostatniej jednak chwili napiął mięśnie i przyjął uderzenie, wykonując jednocześnie półobrót, który ochronił pęknięte żebra. Pięść ześlizgnęła się po tułowiu, wytrącając agresora z równowagi. Teraz Twórca działał już instynktownie. W półobrocie chwycił rękojeść miecza, która przylgnęła do jego dłoni jak przyklejona.

Syk głowni wysuwającej się z pochwy był niemal niesłyszalny w panującym hałasie.

Błyskawiczne cięcie wyprowadzone z półobrotu, ukosem od góry w dół nie dawało przeciwnikowi szans. Delikatny opór na klindze powiedział mu, że trafił. Ciemna ciecz bluznęła na ściany i motor, pozostawiając brunatne zacieki. Nie zdążył się odwrócić.


Kolejne uderzenie poszło w kolana. Nogi nie utrzymały ciężaru ciała i Twórca runął na betonową podłogę. Gdy padał, katana jakby sama pokierowała ruchem ręki, wyprowadzając proste pchnięcie spod pachy, w górę.


Upadł, chrupnął wybity bark, poczuł opór na mieczu, a potem ciężar bezładnego ciała zsunął mu się na plecy. Sekundę leżał nieruchomo, po czym szybkim ruchem zrzucił martwego napastnika i przetoczył się na bok.

Zaległa całkowita cisza i nieprzenikniona ciemność, rozpraszana jedynie przez przygasające światło klingi. Motocykl już nie pracował, ale duszące spaliny, od których coraz bardziej kręciło mu się w głowie, wciąż wypełniały garaż. Gdyby wcześniej nie wykopał drzwi z zawiasów, zapewne straciłby już przytomność. Po omacku, walcząc z narastającym bólem połamanych żeber, oparł się o ścianę, dysząc ciężko.

Poszukał na ścianie wyłącznika. W przyćmionym świetle brudnej lampy zobaczył na betonowej podłodze dwa ciała. Długie skórzane płaszcze, podbite wojskowe buty i czarne mundury, a na hełmach wyraźne błyskawice SS. Na rękawach czerwone opaski z nazwą pułku. Straszna rana głowy zadana mieczem nie mogła zamaskować faktu, że zarówno twarz, jak i jej właściciel byli martwi już od dawna.


Obudził się nagle, gwałtownie łapiąc oddech. Był zlany potem, a w sypialni pomimo otwartego okna panował upał. W nozdrzach czuł wciąż smród spalin. Leżał chwilę nieruchomo, jakby przestraszony tym, co przed chwilą wydawało mu się rzeczywistością.

To był sen! — pomyślał z ulgą. Leżał na mokrej od potu poduszce, wpatrując się w czerń nocy. Musiało być bardzo wcześnie. Ciepły wiatr wpadał przez uchylone okno, poruszając zasłoną.

Na zewnątrz słychać było świergot budzących się ptaków.


Która może być godzina? — zastanawiał się. Może trzecia? Co to za sen? Nigdy jeszcze nie był tak realny. Usiadł na brzegu łóżka, spuszczając nogi na chłodne deski podłogi. We śnie to był dom,

a nie jego mieszkanie. Garaż też nie był jego. Nie miał domu przecież, poza tym na wsi, od Wuja. Wszystko popierdzielone, jak to we śnie — pomyślał, idąc po ciemku do łazienki. Zapalił światło

i włożył głowę pod chłodny strumień wody. Dręczyło go potworne pragnienie. Pociągnął kilka łyków wody ze złożonych dłoni, przywracając nieco jasność umysłu, a resztki sennego koszmaru rozpierzchły się, ustępując miejsca bardziej uporządkowanym myślom.

Wycierając głowę ręcznikiem, nastawił ekspres do kawy. Za dużo emocji i alkoholu — pomyślał, popijając ulubioną arabikę z mlekiem. Spojrzał za okno. Szarzało. Wczesny świt jak to w czerwcu, była trzecia z minutami, ale nie chciało mu się już spać. Wyjął z szuflady śrubokręt i usiadł na sofie, biorąc po drodze faszystowską teczkę z dokumentami, zdecydowany dostać się do wnętrza.

Zamki ustąpiły nadspodziewanie gładko, a z wnętrza wysunął się gruby plik dokumentów w tekturowej teczce owiniętej czerwoną wstęgą pułku SS Germania i zalakowanej. Czarny, niemiecki Reichsadler ze swastyką w szponach wskazywał, że były to dokumenty Rzeszy.

Ciekawe, pomyślał, odkładając teczkę na bok. Nie chciał łamać lakowej pieczęci. Teczka była gruba i z pewnością zawierała ciekawe dokumenty historyczne. Może warto byłoby oddać do jakiegoś muzeum? Wziął głęboki oddech i poczuł nieprzyjemny ból na wysokości żeber.

Dotknął bolącego miejsca i aż jęknął.

— Co do cholery — mruknął, spoglądając w lustrze na spory, bolesny krwiak. Skóra nie była uszkodzona, ale wybroczyna nabrała już sinego koloru.

Gdzie ja tak przywaliłem? Zastanawiał się, przykładając zimny kompres. Powróciły wspomnienia snu i sprawiły mu niespodziewaną przyjemność. We śnie wszystko jest możliwe. Mistrzowskie cięcia mieczem, który jak się okazało we śnie, ma jednak głownię, umiejętności szermiercze, nawet gdy nie liznęło się sztuki fechtunku, dom z garażem, podczas gdy mieszka się w mieszkaniu,

i dwóch SS-manów, chociaż wojna skończyła się ponad osiemdziesiąt lat temu.

Odetchnął głębiej, rozsiadając się w wygodnym fotelu i delektując kawą. Nie mógł sobie jednak znaleźć miejsca i coś podświadomie nie dawało mu spokoju. Motocykl! Być może i był to sen,

ale ostatnio zaczynał mieć wątpliwości, co tak naprawdę jest rzeczywistością. Włożył jeansy

i zbiegł do garażu, potykając się po drodze w niedoświetlonym korytarzu. Jarzeniówki rozgrzewały się wolno, denerwująco migocząc. W końcu garaż w podziemiach budynku zalało zimne światło,

a z mroku wyłonił się obraz, którego nigdy wolałby nie oglądać.


W jego boksie, w miejscu przepięknego, lśniącego wypolerowanym lakierem motocykla, który jeszcze wczoraj sam osobiście wprowadził do garażu, stał zardzewiały złom. Odpadający, spękany lakier, sparciałe opony na pordzewiałych obręczach kół, rozbity reflektor i dziurawy wydech. Obraz nędzy i rozpaczy. Nogi ugięły się pod Twórcą. Przez chwilę stał oniemiały, starając się pojąć to, co widzi.

— Kurwa mać — wycedził przez zęby i zrezygnowany zgasił światło. Chyba w końcu musiał przyjąć do wiadomości, że prosty, realny, racjonalny i w miarę przewidywalny świat pokazał mu swoje prawdziwe oblicze, którego istnienia nawet nie podejrzewał. Gdy wrócił do mieszkania w podłym humorze, wzrok jego mimochodem padł na wiszący na ścianie miecz.

Na podłodze lśniło w pierwszych promieniach poranka kilka kropel brunatnej cieczy.

Runy

Przyciągnęły ją w to miejsce. Czuła ich obecność, znała je wszystkie i pilnowała ich znaczeń.

Była strażniczką zawartej w nich wiedzy i zdarzeń, których były przyczyną. Czuła ich pulsujący rytm, w którym jednak pojawił się jakiś obcy, niezrozumiały element. Jego sen był niezwykły, głęboki, mieszający się z rzeczywistością, jak tracącego i odzyskującego przytomność człowieka. Mieszały się w niej uczucia żalu i podziwu nieświadomego swoich zdolności wybrańca i roli, jaką mu przeznaczono. Jego życie stało się jak podróż motocyklem. Nie miało konkretnego celu, liczyła się droga i ważne było tylko to, co mogło go na niej spotkać. Podziwiała tę jego pierwotną, nieokiełznaną moc tworzenia i pomimo że nie mogła wyjawić mu wszystkiego, to i tak pokazała mu już zbyt wiele. Od momentu spotkania z Twórcą miała świadomość lawinowo nadchodzących zmian. Coś się działo, ale nie była z tego powodu zadowolona. Zaburzenie miało głęboki charakter

i zdawała sobie sprawę, że było rezultatem złamania zabezpieczeń wrót. Kto to uczynił, zorientowała się, czerpiąc ze snu Twórcy, ale jak i dlaczego do tego doszło, pozostawało dla niej tajemnicą. Konsekwencje tego nieprzewidzianego zdarzenia mogły być jednak znamienne. Nie zaprzątała sobie tym teraz myśli. Prędzej czy później pojawi się informacja w tej lub innej formie.


Krzyk wrony wyrwanej ze snu głuchym odgłosem pracującego silnika przerwał tok jj myśli. Lilith drgnęła i rozejrzała się dookoła. Ulica była pusta, a szarzejące niebo zwiastowało świt.

Zaczekała jeszcze kilka minut, rejestrując mimochodem zapalające się w oknach Twórcy światła, po czym wolnym krokiem zeszła do podziemi budynku i rozejrzała się w panującym półmroku.

Motocykl stał w jednym z boksów pogrążonego w mroku garażu. Jedynie zielone lampki wyjść ewakuacyjnych rozpraszały głębokie ciemności, te jednak nie stanowiły dla niej przeszkody. Gdy podeszła bliżej, swąd spalin i ciepło rozgrzanego silnika stało się wyraźnie wyczuwalne. To nie była zwykła maszyna. Zmieniała się. Ktoś uczynił ją czymś więcej niż tylko mechanizmem.

Dotknęła obłego, pokrytego lakierem kształtu i pod palcami poczuła coś, czego nie powinno tu być. Przesunęła dłonią, wzbudzając ciąg połyskujących złotą barwą runów. Maszyna zalśniła nowością.


— Tu jesteście moje maleństwa, teraz chwilę sobie porozmawiamy — szepnęła, z czułością gładząc dłonią znajome znaki.

Spotkanie

Twórca spoglądał na mokre od deszczu szyby kawiarni i obserwował krople, które przyklejone do szkła drżały delikatnie w świetle wieczornych lamp, by po chwili łącząc się z innymi spłynąć w dół wąską strużką i zniknąć za futryną okna. Starał się dojść do ładu z własnymi myślami i poukładać

w taki sposób kolejność zdarzeń, tak aby nie stanowiły odrębnych, niepołączonych ze sobą fragmentów. Jawa zaczęła mieszać się ze snem. Zatraciła wyraźną, bezpieczną granicę szaleństwa snu i uporządkowanej rzeczywistości, której porządek gwarantował bezpieczeństwo. Teraz niczego nie był już pewien. Podniósł do ust filiżankę z gorącą, aromatyczną kawą. Była niemożliwie gorzka, ale właśnie taką lubił najbardziej. Nic wówczas nie zakłócało jej aromatu, czy jednak był on rzeczywisty, czy to jedynie doskonałe złudzenie. Zaczynał wątpić w przewidywalność rzeczywistości, a związki przyczynowo-skutkowe nie były już tak oczywiste. Czy w dalszym ciągu posiadał wolną wolę, czy po prostu ogrywał już napisany scenariusz i nie miał wpływu na jego treść.

Cichy gwar kawiarni i szum deszczu za oknem działały kojąco na rozbiegane myśli. Przymknął oczy i oparł głowę na wysokim oparciu głębokiego fotela.

— Mam nadzieję, że nie będę ci przeszkadzała w medytacji — usłyszał cichy kobiecy głos. Zanim otworzył oczy, zapach perfum powiedział mu, do kogo należy. Jakieś dziwne, stłumione uczucie radości przemknęło na sekundę przez jego umysł. Uchylił powieki.


Siedziała naprzeciwko, uśmiechając się delikatnie samymi kącikami ust. Elegancka, wyniosła, z pozoru niedostępna, spoglądała na niego poważnym i skupionym wzrokiem. Przez dobrą chwilę milczał, ciesząc się jej obecnością. Powróciły wspomnienia czegoś dobrego i zarazem obcego.

— Masz dziwny zwyczaj pojawiania się w najmniej oczekiwanych momentach. Ale nie powiem, żeby był nieprzyjemny. Powiesz mi, co tam jeszcze jest poza tym, co mogę zobaczyć? — zapytał niespodziewanie, wskazując nieznacznym ruchem głowy za okno.

— A co widzisz? — zapytała przekornie.

— Miasto, ludzi, mokrą ulicę, krople deszczu, światła latarni, noc, realny świat, który znam.

— A co czujesz?

— To trudne pytanie. Nie potrafię opowiadać o uczuciach. To chyba zbyt osobiste, żebym mógł się tym dzielić, praktycznie cię nie znam.

— Spróbuj mimo to — nalegała. — Ja pokazałam ci wiele, chyba nawet zbyt wiele.

Wspomnienia runęły na niego jak lawina i porwały go, wzbudzając mieszaninę zachwytu i strachu. Nie dał tego po sobie poznać, chociaż miał wrażenie, że Lilith czyta go jak otwartą księgę.


— Niepokój? — odparł jakby niepewny autodiagnozy.

— Raczej strach — odparła z uśmiechem, patrząc mu w oczy — strach przed czymś całkowicie ci obcym, nieznanym. Nie chcesz dopuścić tego do świadomości, bo zaburza to twoje postrzeganie poukładanej i przewidywalnej rzeczywistości. Coś, w co ludzie wierzą, czego się boją, a niektórzy nie akceptują lub negują. To coś, o czym myślisz, nie jest tam — wskazała nieznacznym ruchem głowy na mieniące się kroplami okno kawiarni — ale jest tutaj, wszędzie, a teraz nawet z nim rozmawiasz. Wiem, trudno zaakceptować racjonalnie myślącemu facetowi fakt, że istnieje świat,

o którym mówią religie, podania, legendy, ale wierz mi, jest bardziej realny, niż możesz przypuszczać.

— Jeśli jesteś jego częścią, to nie będę kwestionował jego realności. Chyba łatwiej będzie mi to zrozumieć niż zaakceptować. Po co przybyłaś do naszego świata?

— Bo lubię sex — wypaliła bez namysłu, prowokacyjnie patrząc w oczy Twórcy i roześmiała się, widząc jego głupią minę — to nieprawdopodobnie fascynujący dar, który zaofiarowała wam natura, a wy uczyniliście z niego grzech. To chyba najbardziej uniwersalne słowo, jakim można to określić. Potraficie rozmawiać o najbardziej okrutnych rzeczach bez skrępowania, ale intymna relacja pomiędzy dwojgiem ludzi oparta o tak przyjemne doznania jest tematem tabu. Co gorsza, takie zahamowania prowadzą u was do różnych wynaturzeń, a to dobrze nie wróży. Szczerze mówiąc,

nie rozumiem tego aspektu waszej psychiki. Znam jednak jego źródło i tych, którym na tym zależy.

— Nie wszyscy z seksem mają problem ani nie traktują poważnie religijnych dyrdymałów.


— Religia to nie dyrdymały, przynajmniej nie dla nas. Wasza religia jest poważną sprawą. To ona w pierwszym okresie waszego świadomego istnienia stanowiła o naszej egzystencji. Teraz to już raczej kwestia świadomości. Z wiekiem nabieracie przekonania, że jednak tam — wskazała oszczędnym gestem za okno — jest coś więcej niż tylko miasto skąpane w letniej ulewie.

To przekonanie jest dla nas niebezpieczne, bo staje się wiedzą, a ta koliduje z wiarą.

— Chociaż powiedz mi, kim jesteś?

— A ty wiesz, kim jesteś — odparowała natychmiast, zaskakując Twórcę.

— Staram się być człowiekiem — odparł zirytowany jej agresywnym tonem i zamilkł.

— Nie jestem pewna, czy to powód do dumy — powiedziała bez cienia złośliwości.

W jej głosie raczej słychać było smutek.

Właśnie teraz uświadomił sobie fakt, że na to proste wydawałoby się pytanie nie potrafi odpowiedzieć. Nie pamiętał swojej przeszłości, ale też nigdy o tę pamięć nie zabiegał. Przeszłość stanowiły luźno ze sobą powiązane obrazy, uczucia, kolory i miejsca, ale brakowało w nich ciągłości. Przytknął do ust szklaneczkę whisky, starając się ukryć uczucie zagubienia i niepewności. Piekący, aromatyczny płyn rozlał się po języku. Wypuścił powoli powietrze nosem, delektując się zapachem szlachetnego trunku, po czym odetchnął głęboko.

— Chcesz mi powiedzieć, że ja też… — urwał, jakby bojąc się dokończyć pytanie.

— A co czujesz? — powtórzyła z naciskiem, patrząc mu w oczy.

Zignorował pytanie. Nie chciał teraz poznawać odpowiedzi. Nie był na nią gotowy, ale zdawał sobie sprawę, że uczucia mu jej udzielą. Uśmiechała się, przyglądając się jego rozterkom. Miał je wypisane na twarzy.

— Jako niechlubny członek rodu ludzkiego zaproponuję ci drinka — powiedział z lekko wymuszonym uśmiechem, gestem przywołując kelnerkę. Zgrabna blondynka podeszła do stolika z uprzejmym uśmiechem i zwróciła się do Twórcy, całkowicie ignorując Lilith. Zanim jednak zdążyła wygłosić uprzejmą formułkę, usłyszała głos nieznoszący sprzeciwu.

— Zmrożoną wódkę, świeży sok z cytryny osobno i mineralną z lodem — powiedziała Lilith ze złośliwym uśmiechem, patrząc ironicznie na zmieszaną dziewczynę — a ty czego się napijesz? — kiwnęła głową w stronę Twórcy.

— To samo jeszcze raz — wskazał na pustą szklankę — czarny Bushmills bez lodu, duży. Miało być bez alkoholu, pomyślał, ale na trzeźwo tych informacji chyba nie przyjmie.

— Jesteś kimś nie z tego świata, demonem, a jednak żyjesz wśród ludzi, chociaż nie żywisz do nich specjalnej estymy. Same sprzeczności. Jaki jest twój świat? — zapytał, gdy zostali już sami.

— Mój świat jest taki jak wasze umysły — skrajnie niebezpieczny, nieprzewidywalny i kreatywny.

Na szczęście dla nas dość często posługujecie się schematami myślowymi, dzięki temu pewne rzeczy są uporządkowane, a zdarzenia można przewidzieć.

— Nie rozumiem.

— Wiem, że nie rozumiesz, pozwól więc, że wytłumaczę — powiedziała przyjaznym głosem — i tak ktoś musi to zrobić, bo strzałka czasu działa w jednym kierunku i niczego nie da się już cofnąć.

To wy, ludzie, stworzyliście nas i nasz świat — powiedziała z naciskiem, bacznie obserwując reakcje Twórcy. — Pojawienie się waszej samoświadomości — kontynuowała — powołało automatycznie do istnienia nasz świat, a gdy już zaistniał, wypełniło go wszystkimi koszmarami waszego umysłu.

Wy jesteście kreatorami naszego świata i na własny, czasem dość pokrętny użytek powołaliście nas do życia, czyniąc z nas swoich bogów. Istoty niemal wieczne, a jednak zależne od was i waszych wierzeń. Nie wiemy, czy nasze istnienie jest rezultatem ewolucji, czy jakimś zjawiskiem, którego źródła nie znamy i nie potrafimy zidentyfikować. Nasze światy są ze sobą splątane i nic z tym już nie zrobimy.


— Chcesz mi powiedzieć, że to, co wymyślimy, urealnia się gdzieś tam w waszym uniwersum?

To jakiś absurd, który nie ma potwierdzenia w fundamentalnych prawach rządzących Wszechświatem. Żadne zjawisko fizyczne nie potwierdza waszego istnienia.

— Nie to, co wymyślicie, ale to, w co uwierzycie lub co przeżywacie jako zbiorowość, co jest pewnym synonimem wiary. Ważniejsze są uczucia, wiedza niczego w naszym świecie nie kreuje, chociaż chętnie korzystamy z waszej. Fizyka waszego realnego świata nie ma tu żadnego zastosowania. To, co jest w twojej głowie, nie ma znaczenia, dopóki tego nie wyartykułujesz w dowolny sposób tak, aby odebrała to inna osoba. Wtedy, jak to ujęliście w swojej pierwotnej literaturze teologicznej, „słowo ciałem się staje”, a raczej elementem rzeczywistości i wchodzi z nią w interakcje i w waszym, i w naszym świecie.

— Twierdzisz, że jesteś realnym wytworem naszego umysłu? Mogę więc sprawić, że znikniesz.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.