Dla wszystkich, których dane mi było spotkać — za każde słowo, gest, milczenie i obecność. Dla tych, którzy byli lustrem, iskrą, cieniem i światłem. To dzięki Wam odnalazłam drogę do siebie.
Dla moich Opiekunów — za cichą obecność, mądrość i nieustanne prowadzenie ku Światłu. Za to, że przypominacie mi, kim jestem, i nigdy nie pozwalacie mi zwątpić w siebie.
Dla wszystkich, którzy noszą w sobie światło, lecz czasem zapominają, gdzie znajduje się włącznik.
„Kiedy człowiek nosi w sobie światło, nie musi się lękać ciemności”
Cudownego Życia- Beata
Wstęp
Każdy z nas przyszedł na ten świat z iskrą światła w duszy. Z pragnieniem, by doświadczać życia w pełni — z radością, spokojem i miłością. Nie po to, by walczyć czy przetrwać, lecz by żyć naprawdę.
Twoje serce pamięta, kim jesteś. Pamięta wszystkie chwile, w których śmiałaś się z całego serca, ufałaś światu i czułaś, że życie jest dobre. To światło wciąż w Tobie jest — czeka, aż znów pozwolisz mu świecić.
Ta książka powstała po to, aby Ci o tym przypomnieć. Nie jest zbiorem zasad ani gotowych odpowiedzi. Jest przewodnikiem — czułym i życzliwym — który zaprasza Cię do spotkania z samą sobą. Do odkrywania tego, co w Tobie piękne, spokojne i prawdziwe.
Dlatego czytając ją zadbaj o atmosferę.
Zapal swoją ulubioną świecę, kadzidło lub szałwię. Możesz puścić delikatną muzykę, która koi Twoje wnętrze. Niech to będzie moment tylko dla ciebie — bez telefonu, bez pośpiechu, bez rozpraszaczy. Niech to będzie czas, gdzie spotykasz się z najlepszym przyjacielem. Sobą.
Czytaj sercem, nie oczami.
Nie spiesz się. Zatrzymuj się przy zdaniach, które cię poruszają. Oddychaj głęboko, kiedy poczujesz, że coś dotknęło twojej duszy. Jeżeli jest to trudne spróbuj poczuć w ciele to co płynie.
Pozwól jej żyć.
Nie traktuj książki jak świętego przedmiotu, którego nie można dotknąć. Kreśl i zakreślaj, pozwól, by marginesy stały się przestrzenią Twoich myśli. Dodawaj kolory, symbole, serca, strzałki. Niech książka oddycha razem z Tobą i nosi ślady twojej drogi. Uwielbiam mazanie po książkach. dzięki temu wiem, że noszą moje ślady. Łatwiej jest mi wracać też do fragmentów, które zapisuje lub zakreślam.
Twórz własny dialog.
To, co czytasz, to jedno. To, co w tobie się rodzi — to drugie. Zapisuj pytania, odpowiedzi, które pojawią się w trakcie. Ta książka jest lustrem. Odbije to, co chcesz w sobie zobaczyć.
Wracaj kiedy chcesz.
Nie musisz czytać jej linearnie, od początku do końca. Możesz otworzyć na losowej stronie i zobaczyć, jaki przekaz przychodzi do ciebie dzisiaj.
Jaki jest cel książki?
Ta książka powstała po to, aby aktywować w ludziach pamięć ich wewnętrznego światła. Jej głównym celem jest zmiana kodu DNA na poziomie energetycznym — czyli uwolnienie zapisów bólu, ograniczeń i starych programów oraz zastąpienie ich wzorcami spójności, radości i zdrowia. Poprzez historie, obrazy, ćwiczenia i słowa nasycone określoną częstotliwością, książka ma działać jak inicjacja: otwierając serce, synchronizując umysł i ciało, a tym samym budząc w Tobie Twój naturalny potencjał samouzdrawiania i tworzenia nowej jakości życia. Pomyślisz że to szalone. Oczywiście, ze tak. Ale życie bez odrobiny szaleństwa jest nudne.
Albo grubo, albo wcale- czyli jak powstała ta książka
Siedziałyśmy przy kawie, zwykłe spotkanie jakich wiele. Plotki, trochę śmiechu, trochę narzekania na codzienność. I nagle w tej luźnej atmosferze koleżanka rzuca:
— Wiesz co, powinnaś napisać książkę. Masz tyle historii, tyle doświadczeń, to się aż prosi, żeby je spisać.
Na początku się zaśmiałam. Książkę? No jasne, piękny pomysł, ale ja i książka? Kiedy, jak, po co? Jednak te słowa zaczęły we mnie rezonować. Bo przecież od dawna czułam, że to, co robię, co odkrywam w sobie i w pracy z ludźmi, nie jest tylko dla mnie. Że to się domaga, żeby iść szerzej. Tylko kto to będzie chciał przeczytać?
— Okej — mówię w końcu — ale jeśli to ma być książka, to nie taka zwykła. Nie poradnik, nie kolejna historia, które czyta się i odkłada na półkę. Jeśli ja mam pisać, to tylko na wyższym poziomie. Chcę książki, która zmienia kod DNA czytelnika.
Koleżanka wybuchła śmiechem. — Zwariowałaś. Tak się nie da. Książka to książka. Można się zainspirować, można coś zrozumieć, ale DNA? To brzmi jak science fiction.
Spojrzałam na nią i też się zaśmiałam. — Jak to się nie da? Potrzymaj mi piwo, hehe.
Bo ja wierzę, że się da. Słowo ma moc. Energia idzie za intencją. Jeśli w każdą literę, w każde zdanie włożysz prawdę, częstotliwość serca i świadomość tego, co tworzysz, to tekst staje się nośnikiem energii. On naprawdę potrafi rezonować w człowieku tak głęboko, że zmienia coś na poziomie komórkowym. To nie jest zwykłe czytanie — to inicjacja, otwieranie przestrzeni, w której człowiek zaczyna widzieć siebie i świat inaczej.
I to jest dla mnie sens pisania. Nie po to, żeby mieć swoje nazwisko na okładce. Nie po to, żeby ktoś odhaczył kolejną książkę na półce. Tylko po to, żeby coś się w nim obudziło. Żeby w środku poczuł: „Kurczę, to o mnie. Ja też tak mogę. Ja też mam w sobie światło, które może zmienić wszystko”.
Dlatego powiedziałam jej wtedy: — Albo grubo, albo wcale. Albo coś, co naprawdę wchodzi w DNA, zostawia ślad w sercu i duszy, albo w ogóle się za to nie biorę. Bo szkoda mi czasu.
I w tym momencie pomysł zaczął nabierać kształtu. Poczułam, że ta książka ma być inna. Że ma iść w eter, rezonować, poruszać, zmieniać życie ludzi. Niech stanie się narzędziem transformacji. Niech będzie zapisem energii, którą każdy może przyjąć, kiedy będzie gotowy.
A koleżanka? Na początku patrzyła z niedowierzaniem, ale potem powiedziała: — Wiesz co, jeśli ktoś miałby to zrobić, to właśnie ty.
I to było jak pieczęć. Bo wiesz… czasem wystarczy jedno zdanie, jedno spojrzenie, żeby zrodziło się coś wielkiego.
Twoje Wewnętrzne Światło
„W każdym z nas jest światło, które czeka, by zostać zauważone.” — Albert Schweitzer
Każdy z nas nosi w sobie swoje wewnętrzne światło. Każdy, bez wyjątku.
Kiedy przychodzimy na świat, świecimy nim naturalnie — lekko, radośnie, bez wysiłku. W dzieciństwie to światło bije od nas jak od maleńkich iskierek boskości. Wtedy nie zastanawiamy się nad tym, jak wyglądamy, co o nas pomyślą inni czy czy na pewno „wypada” nam marzyć. Po prostu jesteśmy sobą.
Z czasem jednak coś się zmienia. Dorastamy. Pojawiają się obowiązki, oczekiwania, rozczarowania. To, co było tak oczywiste i naturalne, nagle zaczyna przygasać. Czy tracimy nasze światło? Czy raczej chowamy je głęboko w sobie — za maskami, za rolami, za tym, czego inni od nas oczekują? Do końca jeszcze nie wiem.
Wiem jednak jedno — pamiętam dzień, w którym poczułam, że moje światło niemal całkiem zgasło. Był to moment, który przewrócił mój świat do góry nogami i którego nigdy nie zapomnę. Nie wydarzyło się wtedy nic spektakularnego dla świata zewnętrznego — nikt nie widział we mnie tego pęknięcia, nikt nie zauważył, że w środku wszystko się rozsypuje. Ale ja czułam, jak gasnę. Jak z każdą chwilą tracę kontakt z tym, co było dla mnie święte: z ciszą, wdzięcznością, z własną prawdą.
To było jakby ktoś zdmuchnął płomień, który płonął we mnie od zawsze. Nie zniknęłam, ale stałam się cieniem samej siebie — zmęczoną, rozbitą, pustą w środku.
Dlaczego więc piszę tę książkę?
Z marzenia. Z głębokiej potrzeby serca. Bo w moim życiu nie ma półśrodków — albo grubo, albo wcale. I tym razem postanowiłam, że nie odkładam tego marzenia na „kiedyś”. Postanowiłam: spełniam je teraz. bo dla mnie nie ma póżniej. Zawsze „tu i teraz”.
Piszę, bo wiem, jak to jest iść przez życie z poczuciem, że coś wewnątrz Ciebie przygasło. Piszę, bo wiem, jak to jest budzić się rano z ciężarem w sercu i pytaniem: „Czy tak ma wyglądać reszta mojego życia?”. Piszę, bo wiem też, jak wygląda powrót — jak piękne i pełne nadziei jest odnalezienie własnego światła na nowo.
Jeśli choć jedna osoba, po przeczytaniu tych stron, zatrzyma się i powie: „Tak, ja też chcę rozpalić swoje światło”, jeśli jedna Dusza poczuje w sobie iskrę — powiem sobie: warto było.
Bo każdy z nas ma w sobie wewnętrzne światło.
I każdy z nas zasługuje na to, aby je odzyskać.
Moim pragnieniem jest pokazać Ci, że naprawdę możesz odnaleźć swój wewnętrzny włącznik. Że nawet jeśli czujesz się dziś zagubiony, przygaszony, zmęczony — to światło nadal tam jest. Czeka na Ciebie. A kiedy zdecydujesz się je odkryć i rozświetlić na nowo, Twoje życie zmieni się w sposób, którego dziś być może jeszcze nie potrafisz sobie wyobrazić.
Ta książka jest zaproszeniem. Do spotkania z samym sobą. Do podróży w głąb. Do odkrycia, że nie musisz niczego udowadniać światu, aby świecić. Wystarczy, że pozwolisz, by Twoje wewnętrzne światło ponownie rozbłysło.
Bo ono już tam jest. Zawsze było. I zawsze będzie.
Ta książka żyje. ma pełno dodatkowych elementów, stworzonych z myślą o tym aby rozświetlić Twoje Wewnętrzne Światło.
Po co są afirmacje w tej książce?
Afirmacje mają jeden, prosty, ale niezwykle głęboki cel: napełnić Twoją przestrzeń światłem — i zakodować w Twoim umyśle to, co dobre, spokojne, wspierające i prawdziwe.
Każde słowo, które powtarzasz z wiarą, staje się impulsem energetycznym, a mózg — jak doskonały komputer — zaczyna budować na jego podstawie nowy program. Nie działa tu magia w sensie bajkowym, ale neurobiologia i energetyka słowa współgrające ze sobą.
Twój mózg nie odróżnia wyobrażenia od rzeczywistości. Kiedy powtarzasz zdanie, uruchamiasz te same sieci neuronalne, które odpowiadają za realne działanie.
Afirmacja działa jak bodziec — pobudza mózg, kieruje uwagę i wzmacnia połączenia, które zaczynają pracować na Twoją korzyść.
To, co powtarzasz regularnie, staje się dla mózgu bardziej znajome, łatwiejsze do odczuwania, a w konsekwencji — łatwiejsze do realizowania.
Afirmacje pomagają też wyciszyć ciało migdałowate (centrum lęku i zagrożenia), dzięki czemu spada poziom kortyzolu, a rośnie serotonina i oksytocyna — hormony spokoju, wdzięczności i miłości. Innymi słowy: światło wchodzi w każdą komórkę.
Nie przez przymus, ale przez łagodne, powtarzalne światło nowych słów.
Każde zdanie, które wypowiadasz z intencją, staje się energetycznym kodem, który mózg zaczyna traktować jak nową prawdę. A Ty — zaczynasz nią żyć.
Jak pracować z afirmacjami?
Zatrzymaj się i poczuj Afirmacja nie działa z poziomu rozumu, lecz z poziomu serca. Zanim je wypowiesz — zatrzymaj się na chwilę, weź oddech i poczuj, co naprawdę chcesz w sobie uzdrowić lub wzmocnić.
Wybieraj słowa, które z Tobą rezonują
Nie każde zdanie ma tę samą wibrację dla wszystkich. Wybierz afirmacje, które czujesz w ciele — takie, przy których robi Ci się cieplej, spokojniej lub pewniej.
Wypowiadaj w czasie teraźniejszym
Umysł podąża za tym, co uznaje za rzeczywistość. Dlatego zamiast mówić „chciałabym być spokojna”, mów „jestem spokojna”. Tak programujesz swoją energię na „tu i teraz”.
Powtarzaj z uważnością
Moc afirmacji tkwi w powtarzalności. Możesz mówić je rano, przed snem, w lustrze, podczas spaceru lub medytacji. Ważne, byś była obecna w tym, co mówisz.
Pisz je własną ręką
Zapisując afirmacje, utrwalasz ich energię w ciele. Ręka, serce i umysł tworzą wtedy spójną sieć intencji — to sposób na „zapisanie” światła w sobie.
Nie walcz z tym, co czujesz
Jeśli dana afirmacja budzi opór — to znak, że dotyka miejsca, które potrzebuje uzdrowienia. Nie odrzucaj tego. Oddychaj z tym zdaniem, aż stanie się lżejsze.
Łącz afirmacje z działaniem
Afirmacja jest początkiem, nie końcem drogi. Kiedy wypowiadasz słowa mocy, zrób też coś w zgodzie z nimi — nawet mały krok. Wszechświat wspiera ruch.
Twórz własne afirmacje
Pozwól, by Twoje zdania płynęły prosto z duszy. Czasem wystarczy jedno słowo — „Jestem”, „Dziękuję”, „Światło”. To kody, które otwierają serce.
Dlaczego w tej książce są motta?
Motta to iskry światła, które zostawili po sobie ludzie, którzy mieli odwagę marzyć. Każde z nich jest jak echo duszy kogoś, kto przeszedł drogę — od wątpliwości do wiary, od marzenia do spełnienia.
Wielcy ludzie — naukowcy, pisarze, artyści, duchowi przewodnicy — zostawili po sobie słowa, które otwierają serce i umysł. Nie po to, byśmy ich naśladowali, ale byśmy rozpoznali w sobie tę samą moc, którą oni kiedyś odkryli.
Bo oni też mieli marzenia. Też zaczynali od jednego zdania, jednej myśli, która zapaliła ogień. I uwierzyli, że wszystko, czego potrzebują, już w nich jest.
To dlatego w tej książce znajdziesz motta — słowa, które niosą energię odwagi, miłości i wiary w człowieka.
Niech każde z nich stanie się dla Ciebie małym kluczem — do wewnętrznego światła, które przypomina:
„Cała moc jest w Tobie.”
Dlaczego w tej książce są mandale?
Mandale to język duszy. Nie są tylko pięknym obrazem — są energetycznym kodem, który przenika głębiej niż słowa. Każda linia, kształt i symbol ma swoją wibrację, a kiedy kolorujesz mandalę, Twój mózg i serce zaczynają działać w harmonii.
Podczas kolorowania Twoje fale mózgowe spowalniają z poziomu analitycznego beta do twórczego i spokojnego alfa; aktywuje się prawa półkula odpowiedzialna za intuicję i emocje; ciało zaczyna rozluźniać się, a oddech staje się naturalny i głęboki.
W tym stanie umysł jest najbardziej podatny na zapis nowych treści — czyli na kodowanie podświadomości.
Dlatego mandale w tej książce są połączone z afirmacjami i intencjami — byś mogła nie tylko zrozumieć coś intelektualnie, ale też poczuć i utrwalić to energetycznie w sobie.
Co dzieje się w podświadomości?
Podświadomość nie rozumie słów — ona rozumie obrazy, rytm i emocje. Gdy kolorujesz, tworzysz wizualny zapis swojej energii. Każdy ruch dłoni, każdy kolor to komunikat:
„Tego chcę więcej w moim życiu.”
W ten sposób nowe wzorce zaczynają się zapisywać w Twoim systemie nerwowym — spokojnie, bez walki. Zmieniasz swój wewnętrzny kod.
I tak, to naprawdę ma związek z epigenetyką Bo emocje, przekonania i stan psychiczny wpływają na ekspresję genów — na to, które informacje w DNA się aktywują. Kolorując mandale w stanie relaksu i miłości, wysyłasz do komórek sygnał:
„Jestem bezpieczna. Jestem w świetle.” A ciało odpowiada — regeneracją, spokojem i przepływem energii życia.
Po co w tej książce tyle cwiczeń?
Wiedza bez działania pozostaje tylko ideą.
Dlatego w tej książce znajdziesz tyle „dziwnych” ćwiczeń: pisania, oddychania, rysowania, kolorowania, zatrzymania, rozmowy ze sobą. Każde z nich zostało dobrane celowo — pod energię i temat danego rozdziału. Nie są przypadkowe. Każde ćwiczenie ma za zadanie uruchomić w tobie nowy zapis energetyczny, czyli nowy sposób reagowania, myślenia i czucia.
Epigenetyka mówi o tym, że nasze geny nie są zamkniętym wyrokiem. To, które geny się aktywują, a które „śpią”, zależy od środowiska — a tym środowiskiem jest również to, co myślisz, czujesz i robisz.
Kiedy zaczynasz działać inaczej niż dotychczas — np. wprowadzasz rytuał wdzięczności, uczysz się odpuszczania, pracujesz z oddechem, piszesz swoje intencje — wysyłasz do ciała i mózgu nowe sygnały bezpieczeństwa i świadomości.
Układ nerwowy przestawia się z trybu przetrwania na tryb wzrostu. Zaczyna wydzielać inne neuroprzekaźniki, zmienia się poziom hormonów stresu i — co potwierdzają badania — zmienia się nawet ekspresja genów odpowiedzialnych za odporność, regenerację i emocjonalną równowagę.
Innymi słowy — działanie zmienia twoją biologię. Nie tylko symbolicznie, ale realnie.
Każde ćwiczenie jest małym ruchem w stronę nowej siebie. Nie chodzi o perfekcję, lecz o obecność. Kiedy wykonujesz nawet najmniejsze zadanie z intencją, wysyłasz Wszechświatowi sygnał:
„Jestem gotowy na zmianę.”A energia odpowiada. Bo świat reaguje nie na słowa, lecz na wibrację czynu.
Niech każde ćwiczenie w tej książce stanie się twoim osobistym rytuałem światła — mostem między tym, co wiesz, a tym, kim naprawdę jesteś.
Po co to wszystko?
Bo nie wystarczy wiedzieć. Trzeba poczuć i ucieleśnić zmianę. Mandala pomaga ci zejść z poziomu umysłu do poziomu duszy. Zatrzymać się. Odetchnąć. I pozwolić, by światło naprawdę zaczęło działać w Tobie.
Ćwiczenie: Pierwsze Spotkanie z Twoim Wewnętrznym Światłem
Celem jest delikatnie otworzyć przestrzeń serca i przypomnieć sobie, że światło naprawdę tam jest.
Krok 1 — Usiądź spokojnie
Znajdź chwilę ciszy. Usiądź wygodnie, zamknij oczy.
Krok 2 — Połóż dłonie na sercu
Weź spokojny wdech i wydech. Poczuj pod dłońmi bicie serca — to Twój wewnętrzny rytm, Twoja kotwica.
Krok 3 — Przywołaj obraz światła
Wyobraź sobie, że w centrum Twojej klatki piersiowej zapala się maleńka iskierka. Może wyglądać jak płomyk świecy, a może jak gwiazda. Pozwól jej świecić.
Krok 4 — Oddychaj z tą iskrą
Na każdym wdechu poczuj, jak światło staje się jaśniejsze.
Na każdym wydechu pozwól, by rozlewało się po całym ciele.
Krok 5 — Zatrzymaj się w blasku
Pobądź w tym stanie tyle, ile chcesz. Nie zmuszaj się. Twoje Wewnętrzne Światło już wie, jak się przypomnieć.
„Moje Wewnętrzne Światło istnieje.
Jest we mnie.”
Dar bycia inną
„Bądź sobą — wszyscy inni są już zajęci.” — Oscar Wilde
Od zawsze byłam inna.
Czasem bardziej wrażliwa, czasem szybsza, czasem głębiej czująca. Ale zawsze z tą radością i wdzięcznością w sercu.
Pamiętam wakacje w siódmej klasie, kiedy do mojej babci przyjeżdżał kolega z Warszawy. Totalnie mi imponował — wiecie, inny świat, inny styl, inna energia.
Pewnego dnia jechaliśmy razem na rowerach. W pewnym momencie spojrzał na mnie i zapytał:
— Nie przeszkadza Ci, że jesteś pulchna? I jak to robisz, że ciągle jesteś taka szczęśliwa? Bo wiesz… fizycznie w ogóle mi się nie podobasz, a jednak tak dobrze się przy Tobie czuję, że tego nie rozumiem.
No pojechał, co? Bardzo mnie to zabolało. Bardzo.
Ale prawda była taka — byłam pulchna. No byłam. I nadal jestem.
Jedynym, co wtedy uważałam za swój atut, była talia, dołeczki w policzkach i te oczy, które śmiały się, jakby tańczył w nich cały świat.
I pamiętam dokładnie, co mu odpowiedziałam:
— Wiesz… jak ja mam się martwić? Zobacz, mam ręce, nogi, mogę śmigać na rowerze. Może kiedyś schudnę, ale są osoby, które nie mają tyle szczęścia, co ja.
Popatrzył na mnie i tylko powiedział:
— Dziwna jesteś. Jeszcze nigdy nie spotkałem takiej dziwnej dziewczyny. Nie wiem, co masz w sobie…
A ja też wtedy nie wiedziałam.
Wiedziałam tylko jedno — że ludziom jest przy mnie dobrze. Zawsze tak było.
Dopiero później zrozumiałam, że to jest dar.
Dar, którym mogę się dzielić.
Nigdy nie miałam problemu z dogadaniem się z drugim człowiekiem.
Pamiętam czasy, kiedy mnóstwo osób pytało mnie o różne rzeczy — szukali u mnie podpowiedzi, rady, a czasem po prostu obecności.
Lubiłam to. Czułam się wtedy ważna i lubiana.
Wiecie, w drodze do siebie każdy z nas niesie w sercu potrzebę akceptacji. To naturalne — chcemy być widziani, zrozumiani i kochani takimi, jacy jesteśmy.
U mnie ta potrzeba była jednak… ogromna. Momentami przytłaczająca.
Dlaczego? Może dlatego, że moje dzieciństwo nie należało do najłatwiejszych. Może dlatego, że przez długi czas bardzo się starałam, by wszyscy mnie lubili, by nikt nie poczuł się zawiedziony moim istnieniem. A może po prostu taka już jestem — wrażliwa, empatyczna, z natury pragnąca, by wokół mnie było dobrze, spokojnie, szczęśliwie.
I wiecie co? To dla mnie jest okej. Bo to mnie zasila. Nie dlatego, że potrzebuję potwierdzenia czy akceptacji. Nie dlatego, że muszę udowodnić swoją wartość.
Po prostu — kiedy robię dobry uczynek, kiedy pomagam w jakikolwiek sposób, czuję, jak moje wewnętrzne baterie zaczynają się ładować. Nie z obowiązku, nie z potrzeby bycia docenioną, tylko z tego subtelnego poczucia sensu, które rozlewa się po całym ciele jak ciepło.
To właśnie wtedy przypominam sobie, po co tu jestem.
Nie żeby zbawiać świat, ale żeby być częścią jego uzdrawiania — małymi gestami, obecnością, słowem, uśmiechem. Kiedy widzę, że ktoś rozkwita, że w czyichś oczach pojawia się iskierka nadziei, że ktoś odzyskuje wiarę w siebie — wtedy we mnie też coś się budzi. Jakby to samo światło, które zapalam w innych, wracało do mnie zwielokrotnione.
AFIRMACJE:
Akceptuję siebie w pełni — z delikatnością, z pasją, z ciszą i z ogniem.
Inność to nie oddzielenie. To zaproszenie do głębszego spotkania z sobą.
Każde „nie pasuję” staje się przestrzenią, w której mogę zakwitnąć jeszcze bardziej.
Jestem sobą — i to wystarczy
Ćwiczenie:
Zatrzymaj się na chwilę i zadaj sobie pytanie:
Co mnie zasila?
— Czy to chwile w samotności, które dają spokój?
— Czy bycie z ludźmi i dawanie im wsparcia?
— A może tworzenie, taniec, kontakt z naturą?
Spróbuj dziś zauważyć jeden moment, w którym Twoje „wewnętrzne baterie” same zaczęły się ładować.
Zapisz go.
To właśnie tam tli się Twoje Wewnętrzne Światło.
Ćwiczenie: Lustro wdzięczności
Stań przed lustrem. Spójrz sobie w oczy — tak, jakbyś patrzyła na kogoś, kogo naprawdę kochasz. Powiedz na głos:
„Widzę Cię. Jesteś piękna taka, jaka jesteś.”
Zacznij wymieniać po cichu (lub zapisz poniżej) trzy rzeczy, które w sobie lubisz — mogą to być cechy, gesty, energia, sposób, w jaki się śmiejesz, twoje dłonie, twoje spojrzenie. Nie oceniaj. Po prostu zauważ i przyjmij. Zakończ ćwiczenie słowami:
„Dziękuję sobie za to, że jestem sobą.”
To ćwiczenie możesz powtarzać codziennie przez 7 dni — by powoli zaprzyjaźniać się ze swoim odbiciem.
Kiedy jest totalnie kiepsko — oddychaj
„Oddech to most łączący życie z świadomością, ciało z umysłem.” — Thich Nhat Hanh
Każdy ma taki moment w życiu, że coś się zesra. Normalne.
Jak mówi mój kumpel — życie to yin i yang. I ja czasem myślę, że kiedy u mnie jest za spokojnie, mój własny wszechświat sam przyciąga akcje. Po co? Nie mam zielonego pojęcia.
Niektóre trudności wprowadzają mnie na wyższy level, ale bywają też takie, które trzepią tak mocno, że ledwo dyszę.
„Co cię nie zabije, to cię wzmocni” — podobno. No nie wiem… bo pokiereszuje mocno.
Mam szczęście, że moja wrażliwość działa trochę jak bezpiecznik — muszę dostać mocny impuls, żeby naprawdę coś poczuć. Dzięki temu codzienne trudności nie robią na mnie większego wrażenia.
Może to paradoks, ale właśnie ta nadwrażliwość, z którą kiedyś tak walczyłam, dziś często mnie chroni. Kiedyś odbierałam ją jak przekleństwo — bo wszystko czułam zbyt głęboko, zbyt mocno, zbyt długo. Teraz wiem, że to mój system alarmowy, który działa inaczej niż u większości.
Potrafię wyczuć emocje innych zanim jeszcze wypowiedzą słowo, ale jednocześnie — żeby coś naprawdę poruszyło mnie do rdzenia — musi być potężne. Jakby Wszechświat wiedział, że drobiazgi mogłyby mnie rozpraszać, więc daje mi tylko te doświadczenia, które mają sens.
Ta „podwrażliwość” sprawia, że nie reaguję na każdy hałas świata. Nie męczą mnie drobne nieporozumienia, humory ludzi czy chwilowe zawirowania. Uczę się odróżniać, co jest prawdziwym sygnałem, a co tylko szumem.
I choć czasem oznacza to, że muszę dostać mocno po głowie, żeby coś naprawdę dotarło — wiem, że właśnie tak uczę się najwięcej. Bo te silne bodźce nie niszczą mnie już jak dawniej. One tylko przypominają, że żyję, czuję i wciąż potrafię się podnieść.
Ale raz na rok zdarza się gruba bestia — taka, że totalnie mnie przygniecie. (Pisząc te slowa nawet nie zwróciłam uwagi na moje przekonanie. Poprawiając tekst mgę tylko napiszać, że „Raz na rok zdarzała się gruba bestia — taka, że totalnie mnie przygniotła”. Bo ja juz tak nie chcę. nie zgadazam się z tym i nie chcę tak w mojej przestrzeni. )
Kiedyś walczyłam, rzucałam się, krzyczałam.
Teraz? Teraz leżę i oddycham. Nie skupiam się na tym, co nie służy, tylko na oddechu i afirmacji: „zaraz będzie fajnie”.
Bo po każdej burzy przychodzi słońce.
Pamiętam, jak wracałam z pracy i płakałam przez pół drogi. Nie miałam już siły pomagać innym. Działo się coś, czego nie mogłam namierzyć. Robiłam testy z krwi, a mój ginekolog miał niezły ubaw — „nic nie wychodzi, po prostu jedź dalej”.
Wtedy powiedziałam w myślach:
„Boże, pomóż mi proszę. Widzisz, że już nie daję rady. Próbowałam sama i nie wyszło. Teraz potrzebuję Twojej pomocy.”
I pomógł. Oczywiście. Tylko wg Jego planu.
Najpierw przyszła pandemia, a zaraz po niej — osobista apokalipsa. Moi najbliżsi zafundowali mi prywatną wersję średniowiecza emocjonalnego.
Wiecie, jak to jest, gdy zdradza cię ktoś, komu ufałaś bez granic? Dla kogo byłabyś gotowa zrobić wszystko — oddać ręce, nogi, serce? A potem zostajesz z niczym. Czołgasz się przez codzienność jak cień samej siebie, byle dotrzeć do łazienki, byle wstać, byle przeżyć.
Dostałam wtedy w pakiecie coś, w co wcześniej nie wierzyłam — epizod depresyjny. Ironia losu. Zawsze myślałam, że wystarczy „wziąć się w garść”, że to kwestia nastawienia. I wtedy życie przyszło z lekcją pokory. Gratis.
Zrozumiałam, że nie wszystko da się ogarnąć silną wolą. Niektórych rzeczy nie da się „naprawić”, przepracować czy wymazać logiką. Zdrady, krzywdy, nagłe burze — one przychodzą, kiedy mają przyjść.
Co mi po tym zostało? Wybór. Mój wybór. Bo zawsze możesz kontrolować oddech i decyzję: gdzie kierujesz swoją energię.
Oddech stał się moją kotwicą. Moją modlitwą. Moją decyzją, że mimo wszystkiego — wybieram życie, wybieram światło.
AFIRMACJE:
Mam w sobie więcej siły, niż myślę, nawet jeśli teraz jej nie czuję.
Zawsze mogę zacząć od nowa.
Przetrwałam rzeczy, które miały mnie złamać. To znaczy, że nadal tu jestem.
Mogę odpuścić kontrolę nad światem i kontrolować tylko swój oddech.
Nie muszę rozumieć wszystkiego od razu.
Ćwiczenie:
Oddychaj tylko dla siebie (3–5 minut)
— Usiądź lub połóż się wygodnie.
— Weź głęboki wdech przez nos, policz do 4.
— Wstrzymaj oddech na 2 sekundy.
— Wydychaj przez usta, powoli, licząc do 6.
— Z każdym wydechem powtarzaj w myślach: „Oddycham i pozwalam energii wrócić do równowagi”.
— Poczuj, jak ciało powoli się rozluźnia, a stres i napięcie spływają w dół.
„Kiedy ostatnio czułeś/aś, że świat Cię przytłacza? Jak możesz dziś znaleźć swoją kotwicę w oddechu?”
Co przychodzi nam łatwiej?
„Wdzięczność przemienia to, co mamy, w wystarczające.” — Melody Beattie
Co przychodzi nam łatwiej — narzekanie czy poczucie wdzięczności? Zastanów się. Co potrafisz powiedzieć o sobie szybciej — dziesięć cech dobrych czy dziesięć złych?
Większość z nas odruchowo wymienia to, co nie działa. To, co boli, co przeszkadza, co w sobie „trzeba poprawić”. Jakbyśmy od dziecka byli uczeni, że skromność to niedostrzeganie własnego światła.
A przecież wdzięczność to nie naiwność. To świadomość, że nawet trudność jest częścią drogi. Że nic nie dzieje się przeciwko nam, tylko dla nas.
Zatrzymaj się na chwilę i wsłuchaj się w siebie. Czy poranny rytuał wdzięczności przychodzi Ci naturalnie?
Czy musisz się zastanowić, za co możesz dziś podziękować?
Może wdzięczność nie zawsze jest łatwa — ale zawsze jest prawdziwa. Otwiera serce. Łączy nas z tym, co dobre, i przypomina, że nawet w cieniu można zobaczyć promień światła.
Bo życie… nie zawsze jest proste. Ale jeśli spojrzysz na nie oczami wdzięczności, zauważysz, że wszystko, absolutnie wszystko, ma sens.
AFIRMACJE:
Moje serce widzi dobro w każdej chwili.
Wdzięczność otwiera mnie na więcej miłości i spokoju.
Potrafię zauważać piękno w prostocie.
Dziękuję za to, kim jestem, tu i teraz.
Ćwiczenie:
Usiądź rano lub wieczorem w ciszy. Weź głęboki oddech i pomyśl o trzech rzeczach, za które możesz dziś podziękować. Niech to będzie coś prostego: ciepła herbata, czyjś uśmiech, własny oddech.
Zapisz je. Niech to stanie się Twoim rytuałem — maleńkim, ale potężnym.
Możesz nawet stworzyć na telefonie specjalny folder lub notatnik o nazwie „Wdzięczność” i w ciągu dnia wpisywać tam drobne rzeczy, które Cię ucieszyły. To prosty, ale bardzo skuteczny sposób, by zauważać to, co dobre — i aktywować prawo przyciągania, które reaguje na Twoje skupienie i emocje.
Z czasem zauważysz, że im częściej dziękujesz, tym więcej masz powodów do wdzięczności.
Kiedy nie idziesz za tłumem
„Idź własną drogą, a ludzie niech mówią, co chcą.” — Dante Alighieri
Byłam kiedyś na szkoleniu rozwojowym. Sala pełna ludzi — każdy z inną historią, innym bólem, innymi nadziejami. Prowadzący zaprosił jedną z uczestniczek do ćwiczenia. Opowiadała o swoim dzieciństwie. Z początku mówiła, że było w porządku, że niczego jej nie brakowało. Ale po śmierci jednego z rodziców usłyszała od swojego terapeuty, że to, co uważała za „spoko”, było w rzeczywistości wyparciem.
Rozpoczęło się ćwiczenie grupowe. Każdy uczestnik miał stanąć naprzeciwko niej i odegrać rolę jej mamy. Mieli mówić słowa, których — jak sądzono — ona nigdy nie usłyszała:
— Przykro mi.
— Żałuję.
— Chciałabym, żeby było inaczej.
Kolejne osoby powtarzały to samo, niemal jak mantrę. Atmosfera gęstniała. Słowa spadały jedno po drugim, jak krople deszczu, które mają zmyć ból.
A ja siedziałam i coś we mnie rosło. Czułam, jak wewnątrz pojawia się bunt, coś, czego nie mogłam powstrzymać. Miałam wrażenie, że w tym ćwiczeniu nie ma już prawdy, tylko odgrywanie scenariusza.
Przyszła moja kolej. Wstałam i stanęłam naprzeciw niej. Patrzyłam w jej oczy, ale tak naprawdę widziałam siebie. Moje życie. Moje dzieci.
I wtedy powiedziałam:
— Nie jest mi przykro. Nie mogę powiedzieć, że żałuję. Jedyne, co mogę zrobić, to przeprosić, że próbowałam nakarmić cię i dać ci dach nad głową.
W sali zapadła cisza. Widziałam zdziwione twarze. A we mnie — jakby otworzyło się coś, co od dawna chciało być wypowiedziane.
Bo tak wyglądała moja prawda.
Był czas, gdy musiałam ciężko pracować, żeby moje dzieci miały jedzenie.
Nikt wtedy nie zapytał, czy mam na kredyty.
Nikt nie pytał, czy mam siłę, by tak żyć.
Pytali tylko: „A nie szkoda ci dzieci?”
Oczywiście, że szkoda. Każda matka ma w sercu tę ranę. Ale wiedziałam, że jeśli nie podejmę takiej decyzji, być może moje małżeństwo się rozpadnie. A wtedy nasze dzieci wychowywałyby się w rozbitej rodzinie.
Nie było łatwo. Było ciężko. Ale w tamtym momencie zrobiłam to, co uważałam za jedyne możliwe.
To doświadczenie na szkoleniu przypomniało mi jedną z najważniejszych lekcji mojego życia:
Odwaga to nie powtarzać za innymi tego, czego oczekują. Odwaga to stanąć w swojej prawdzie — nawet jeśli nie mieści się ona w żadnym schemacie, nawet jeśli jest dla innych niewygodna.
I dlatego tego dnia nie poszłam za tłumem. Powiedziałam głośno coś, co mogło brzmieć twardo, ale było najprawdziwsze.
AFIRMACJE:
Jestem wierna swojej drodze, nawet jeśli inni jej nie rozumieją.
Z odwagą słucham głosu swojego serca.
Moja autentyczność jest moją największą siłą.
Nie muszę iść za tłumem, by dotrzeć do celu.
Wybieram spokój zamiast aprobaty
Ćwiczenie: Moja prawda kontra oczekiwania innych
— Zamknij oczy i przypomnij sobie sytuację, w której czułaś(eś), że wszyscy wokół myślą podobnie albo oczekują od ciebie określonej reakcji czy słów. To może być spotkanie rodzinne, praca, szkolenie, rozmowa z przyjaciółmi.
— Zapisz w zeszycie dwie kolumny:
— w pierwszej: „Co wypadało wtedy powiedzieć/zrobić?”
— w drugiej: „Co naprawdę czułam(em)?”
— Daj sobie przestrzeń, żeby zapisać wszystko, nawet jeśli brzmi to twardo, niewygodnie albo nie pasuje do obrazu „grzecznej osoby”. Twoja prawda nie musi być piękna — ma być prawdziwa.
— Przeczytaj na głos to, co napisałaś(eś) w drugiej kolumnie. Zwróć uwagę, jak reaguje twoje ciało: czy czujesz ulgę, napięcie, oddech, ścisk w gardle?
— Zadaj sobie pytanie:
— Co się we mnie zmienia, kiedy odważę się zobaczyć i nazwać swoją prawdę?
— Jakie ryzyko czuję, a jaka wolność pojawia się, gdy ją wypowiadam?
— Zapisz jedną decyzję na przyszłość:
— „Następnym razem, gdy poczuję presję, wybiorę……” i dokończ zdanie własnymi słowami.
Czasem życie ma dla Ciebie inny plan
„Czasem to, co wydaje się końcem świata, jest początkiem nowego życia.” — Dalajlama
Czasem bywa tak, że dopiero po latach dowiadujemy się, że „Ten na górze” miał dla nas zupełnie inny plan. I że coś, co kiedyś bolało, wcale nie było karą, tylko ochroną.
Jako nastolatka nie uważałam się za atrakcyjną dziewczynę. Wciąż porównywałam się z koleżankami. One były rozchwytywane na imprezach, tańczyły, flirtowały, a ja… czasem podpierałam ścianę i udawałam, że świetnie się bawię. A w środku — bolało. Najbardziej bolało to, że pewien chłopak, który bardzo mi się podobał, nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi. Byłam dla niego przezroczysta.
Minęło ponad piętnaście lat. Ja już dorosła, po ślubie, z dwójką dzieci. I nagle — przypadkowe spotkanie z jego siostrą. Zaczęłyśmy rozmawiać, takie zwykłe „gadka szmatka, teges, szmeges”. W pewnym momencie pytam:
— A co u niego? Jak sobie radzi?
Ona spuszcza wzrok i mówi cicho:
— Och, Beatko… mamy z nim niezły problem. Strasznie się rozpił. Ciężko z nim mamy. Ale ty wiesz, jak to jest. Pamiętam, jak twój tata pił. Ile ty miałaś z tym problemu.
I w tym momencie czas na chwilę się zatrzymał. Poczułam, jakby ktoś uchylił we mnie okno i wpuścił światło. Tak, pamiętam. Pamiętam ten ból, pamiętam bezradność, pamiętam chaos, który potrafi wnieść w życie uzależnienie.
I wtedy mnie olśniło. To, jak wyglądałam jako nastolatka, też było po coś. Może właśnie po to, bym wtedy nie była „tą wybraną”. Może po to, żebym uniknęła drogi, która mogłaby być pełna cierpienia. Może po to, żebym jeszcze mocniej doceniła to, co mamy w środku, a nie tylko na zewnątrz.
Dziś mam inne życie. Jestem z mężczyzną, który jest światłem mojego życia. Z najlepszym przyjacielem, z którym tworzę dom pełen miłości i bezpieczeństwa. I wiem jedno — czasem największe „nieszczęścia młodości” są w rzeczywistości cichymi błogosławieństwami.
Może i ty masz w życiu takie momenty, które wtedy wydawały się niesprawiedliwe, bolesne czy wręcz upokarzające. A po latach — nagle zobaczyłaś, że to była ochrona, wskazówka albo lekcja, która zaprowadziła cię dokładnie tam, gdzie dziś jesteś. Czasem życie zamyka jedne drzwi, żeby uchronić nas przed czymś, czego jeszcze nie jesteśmy w stanie dostrzec.
Pomyśl — może to, co wtedy uznałaś za porażkę, było początkiem największego daru? Może wtedy chciałaś czegoś tak bardzo, że nie widziałaś, iż to wcale nie było dla ciebie. Że życie miało w zanadrzu coś lepszego — tylko potrzebowało, byś najpierw puściła to, co stare. Czasem dopiero po czasie widać sens chaosu, łez i rozczarowań. Bo właśnie one uczą nas, jak zaufać drodze, nawet jeśli przez chwilę prowadzi przez mgłę.
Ćwiczenie: Odkrywanie ukrytych błogosławieństw
— Weź kartkę i długopis.
— Wypisz trzy sytuacje z przeszłości, które wtedy bardzo bolały.
— Przy każdej z nich zadaj sobie pytanie: „Co mogło mnie to nauczyć? Co mi to dało dzisiaj?”
— Zaznacz przy każdej sytuacji choć jedną wartość, którą wyniosłaś.
Ćwiczenie: List do siebie z przeszłości
— Wybierz jedno trudne wspomnienie z młodości.
— Napisz list do siebie z tamtego czasu — tak, jakbyś była swoim najlepszym przyjacielem.
— Powiedz sobie, że to wszystko było po coś. Dodaj wsparcie, którego wtedy brakowało.
— Przeczytaj list na głos i poczuj, jak twoje serce się otwiera.
Ćwiczenie: Medytacja wdzięczności
— Usiądź wygodnie, zamknij oczy.
— Weź trzy głębokie oddechy.
— Przypomnij sobie jedno bolesne doświadczenie.
— Powiedz w myślach: „Dziękuję. Teraz widzę, że to było po coś. Dziękuję, że prowadziło mnie do miejsca, w którym jestem”.
— Zakończ oddechem wdzięczności i poczuciem lekkości w ciele.
AFIRMACJE:
Wszystko dzieje się dla mojego dobra, nawet jeśli jeszcze nie wiem dlaczego.
Z ufnością pozwalam, by życie prowadziło mnie tam, gdzie naprawdę mam być.
Nie walczę z tym, co przychodzi — uczę się płynąć z nurtem.
To, co miało odejść, otwiera miejsce na to, co naprawdę jest moje
Nie zawsze chodzi o Ciebie
„Nie wszystko, co się dzieje wokół ciebie, dzieje się z twojego powodu.” — Eckhart Tolle
Pamiętam moment, który utkwił mi głęboko w sercu. Pewnego dnia znajomy powiedział wprost, że ja go… irytuję. Bez wyjaśnienia, bez kontekstu. Po prostu tak.
Słowa uderzyły we mnie z ogromną siłą. Zaczęłam analizować, rozkładać wszystko na czynniki pierwsze: Co zrobiłam nie tak? Czy powiedziałam coś niewłaściwego? Dlaczego jego reakcja była tak silna właśnie wobec mnie? Czy coś jest ze mną nie w porządku?
Nosząc ten ból w sobie, długo szukałam odpowiedzi, której wtedy nie mogłam znaleźć. Aż po latach dowiedziałam się, że ten chłopak miał zespół Aspergera. I nagle wszystko ułożyło się w całość.
Ja — spontaniczna, emocjonalna, intuicyjna, osoba, która nie mieści się w żadnych sztywnych schematach, która mówi sercem, nie zawsze logicznie, i widzi więcej, niż można dostrzec oczami.
On — człowiek, który potrzebował porządku, logiki, powtarzalności. Świata, w którym wszystko ma swoją nazwę, strukturę i granice. A ja wymykałam się każdej z nich. Nie pasowałam do jego rzeczywistości, w której chaos emocji był trudny do zniesienia.
I wtedy zrozumiałam, że jego reakcja nie była o mnie. Nie wynikała z tego, jaka jestem — lecz z tego, czego on nie potrafił przyjąć. Moja energia, moja ekspresja, moja otwartość — poruszyły w nim coś, co było dla niego niewygodne, może niezrozumiałe.
To doświadczenie nauczyło mnie jednej z najważniejszych rzeczy w życiu: Nie każda reakcja drugiego człowieka jest lustrem Ciebie. Czasem to tylko echo jego własnych emocji, odbite w Twojej obecności.
Kiedy przestajesz się obwiniać, zaczynasz oddychać głębiej. Zrzucasz z ramion ciężar interpretowania cudzych ograniczeń jako własnych błędów. Otwiera się przestrzeń — lekka, prawdziwa, spokojna — w której możesz po prostu być sobą.
Nie musisz mieścić się w niczyich ramach. Nie musisz tłumaczyć swojej wrażliwości, swojej energii, swojej „inności”. Nie jesteś zbyt dużo. Nie jesteś za głośna, za cicha, za emocjonalna. Jesteś dokładnie taka, jaka masz być.
Bo świat potrzebuje właśnie takich ludzi — którzy przypominają innym, że można żyć po swojemu, bez wstydu, bez przepraszania za to, kim się jest.
Ćwiczenie: Odbicie w lustrze
Przypomnij sobie sytuację, kiedy ktoś cię odrzucił, nie zaakceptował albo potraktował chłodno.
Zapisz, co wtedy pomyślałaś o sobie.
A teraz dopisz 3 możliwe powody, które mogły leżeć po stronie tej osoby, nie po twojej.
Ćwiczenie: Moja przestrzeń akceptacji
Narysuj koło i wpisz do niego swoje najważniejsze cechy, których nie chcesz nigdy zmieniać tylko po to, by komuś się przypodobać. To twoje niepodległe terytorium.
Ćwiczenie: Lustro wdzięczności
Codziennie przez 7 dni zapisz jedną sytuację, w której zostałaś przyjęta i zaakceptowana dokładnie taka, jaka jesteś. To będzie twoje antidotum na wspomnienia odrzucenia.
AFIRMACJE:
Nie biorę do serca tego, co nie jest moje.
Reakcje innych nie definiują mojej wartości.
Jestem spokojna w swojej prawdzie, nawet gdy inni jej nie rozumieją.
Nie muszę być lubiana, by być wystarczająca.
Są rzeczy, które warto i rzeczy, które się opłaca
„Są w życiu rzeczy, które warto, i są rzeczy, które się opłaca. Nie wszystko, co się opłaca, warto; i nie wszystko, co warto, opłaca się.”
— prof. Władysław Bartoszewski
Ten cytat towarzyszy mi od lat. Wrył się w moje serce jak drogowskaz — prosty, ale niepodważalny. W momentach, gdy rozum kalkuluje, wątpi, podpowiada: „Nie teraz, nie warto, nie masz czasu”, on przypomina mi, że to, co naprawdę ważne, rzadko mieści się w rubrykach zysków i strat.
Bo można żyć w świecie liczb i terminów. Można liczyć godziny, pieniądze, lajki, punkty i faktury. Można kierować się logiką przetrwania, która podpowiada, że warto tylko to, co przynosi natychmiastowy efekt. Ale można też żyć według innej miary — miary serca. I to właśnie ona zmienia wszystko.
Pamiętam dzień, kiedy poproszono mnie o wystąpienie w pobliskim liceum dla młodzieży w klasie maturalnej. Miałam opowiedzieć o zawodzie logopedy, o drodze, o spełnianiu marzeń. Nie było to w moim planie dnia. Nie miałam na to czasu, ani zaplanowanego wynagrodzenia.
Rozum włączył kalkulator: cztery godziny pracy, przygotowanie prezentacji, dojazd, wysiłek emocjonalny. Normalnie duży koszt. Czy to się opłaca? — zapytała we mnie ta część, która lubi porządek, logikę i kontrolę.
Ale wtedy serce uśmiechnęło się cicho i odpowiedziało bez wahania: „Warto.”
I miało rację.
Po wystąpieniu podeszło do mnie kilka dziewczyn. Były nieśmiałe, trochę zawstydzone, ale w ich oczach błyszczało coś, czego nie da się kupić — szczere poruszenie. Jedna z nich powiedziała:
„Zastanawiałam się nad pójściem na psychologię. Ale po tym, co dziś usłyszałam, już wiem, co chcę robić w życiu.”
Uśmiechnęłam się, nie spodziewając się, jak bardzo te słowa wrócą do mnie później.
Rok po tym wystąpieniu przyszła do mojego gabinetu młoda kobieta — przyszła po zaświadczenie, że może rozpocząć studia logopedyczne. Rozmawiałyśmy chwilę, aż nagle powiedziała coś, co sprawiło, że zamarłam.
„Byłam na pani spotkaniu w szkole. To pani wtedy sprawiła, że wybrałam tę drogę.”
Poczułam, jak coś miękko otwiera się w środku. Nie pamiętałam jej twarzy, ale pamiętałam energię tamtego dnia — wdzięczność, ciepło, poczucie sensu. I wtedy zrozumiałam jeszcze głębiej: kiedy idziesz za tym, co warto, efekty często pojawiają się po czasie. Nie od razu. Czasem po miesiącach, czasem po latach. Ale zawsze wracają — jak światło, które raz zapalone, znajduje drogę z powrotem.
To właśnie oznacza cytat Bartoszewskiego. To, co się opłaca, przemija szybko — znika z pamięci, z konta, z kalendarza. A to, co warto, zostaje — w sercach, w wspomnieniach, w drobnych historiach, które splatają się w coś większego niż my sami.
Warto, choć się nie opłaca: — zatrzymać się przy kimś, kto potrzebuje rozmowy, — oddać ostatni kawałek ciasta komuś, kto miał gorszy dzień, — przytulić dziecko, zamiast kończyć maila, — przeprosić, nawet jeśli to nie Ty zawiniłaś, — iść do pracy z misją, nie tylko z obowiązku.
Opłaca się, ale nie warto: — udawać, że wszystko jest w porządku, byle nie wychodzić poza schemat, — zdobywać wpływy kosztem innych, — milczeć, gdy trzeba zabrać głos, — trzymać maskę, gdy dusza woła o autentyczność.
Czasem te dwa światy — warto i opłaca się — zderzają się w nas jak ogień z wodą. Rozum mówi: „Nie bądź naiwna, świat tak nie działa.”
A serce odpowiada: „Właśnie tak działa świat, który chcesz współtworzyć.”
Wybór nie jest prosty. Bo kiedy idziesz za tym, co warto, możesz zostać niezrozumiana, czasem nawet zraniona. Ale gdy wybierasz to, co opłacalne, bardzo łatwo zgubić siebie — i nawet nie zauważyć, kiedy Twoje życie staje się puste, choć pełne rzeczy.
Dziś wiem jedno: kiedy idę za tym, co warto, moje życie ma smak, głębię i sens. Nie zawsze jest łatwe, ale zawsze prawdziwe. A to daje wewnętrzny spokój — ten, którego nie kupisz za żadne pieniądze.
Bo w świecie pełnym kalkulacji i szybkich zysków, największym luksusem jest robić to, co ma znaczenie. Nie dlatego, że się opłaca. Ale dlatego, że zostawia ślad — w sercach, w historii, w świetle, które zapalasz w innych.
Bo to, co warto, nie musi się opłacać. Ale to, co się opłaca, bardzo często nie jest warte Ciebie.
Wybór nigdy nie jest łatwy. To moment, w którym serce zderza się z lękami, rozsądek z intuicją, a świat zewnętrzny z tym, co czujesz najgłębiej.
Ale jedno wiem na pewno: kiedy idziesz za tym, co ma wartość, życie nabiera smaku, którego nie da się podrobić. Staje się pełniejsze, spokojniejsze, bardziej Twoje. Jakby Wszechświat mówił: „Wreszcie idziesz tam, gdzie miałaś być od początku”.
Bo sens zawsze prowadzi dalej niż zysk. A światło zapalone w kimś drugim wraca — i to ze zdwojoną mocą.
AFIRMACJE:
Wybieram to, co ma wartość, nie tylko to, co się opłaca.
Moje decyzje płyną z serca, nie z lęku.
To, co daję z miłości, zawsze do mnie wraca.
Wartość moich działań mierzę tym, co zostaje w drugim człowieku.
Z wdzięcznością wybieram dobro — nawet gdy jest trudne.
Ćwiczenie:
Weź dziś kartkę i podziel ją na dwie kolumny.
Po lewej napisz: „Opłaca się”.
Po prawej: „Warto”.
Wypisz kilka przykładów ze swojego życia.
A potem zadaj sobie pytanie:
— Którą drogą chcę iść częściej?
— Co zostanie po mnie — to, co się opłaciło, czy to, co było naprawdę warte?