Copyright by: ©Ewa Danuta Białek
INSTYTUT PSYCHOSYNTEZY®. Dr Ewa Danuta Białek
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wydanie pierwsze.
Książka chroniona prawem autorskim i własności intelektualnej.
Oświadczenia zawarte w tym przewodniku reprezentują profesjonalne opinie autorki, która dedykowała tej pracy ponad 50 lat swojego życia.
Celem tego przewodnika nie jest stawianie jakiejkolwiek diagnozy ani zalecanie leczenia konkretnej choroby. Jest on zapisem wieloletnich poszukiwań autorki na polu nauki i praktyki dla zrozumienia funkcjonowania własnego organizmu. Ta informacja jest przeznaczona wyłącznie dla celów edukacyjnych, a każda osoba jest zobligowana do współpracy z licencjonowanym specjalistą opieki zdrowotnej.
Obserwacje przedstawione w tej książce wynikają z własnej pracy klinicznej, wykształcenia naukowego i doświadczenia życiowego. Mają one zachęcić czytelników do uważniejszej obserwacji własnego ciała, a nie do zastępowania diagnozy medycznej czy leczenia. Ma jednak uwrażliwić na zgłaszanie wszelkich obserwacji personelowi medycznemu, który jest zobligowany do zanotowania tego w karcie pacjenta, ale też do informowania personelu czy odpowiednich służb o zaistnieniu zdarzeń dotychczas nieobserwowanych czy nieopisanych w literaturze.
Jak poznajemy swoją tożsamość?
Tu zaczyna się Twoja fascynująca historia
Na przestrzeni lat mało kto z nas zastanawia się, kim tak naprawdę jest. Żyjemy z dnia na dzień, zazwyczaj w ciągłym biegu. Wykonujemy swoją pracę mechanicznie, bez głębszej refleksji nad jej sensem i bez pytania siebie, dlaczego robimy to, a nie co innego.
Tymczasem proces poznawania siebie zaczyna się automatycznie już we wczesnym dzieciństwie. Małe dziecko intuicyjnie eksploruje własne ciało — ogląda rączki, stopy, próbuje zrozumieć, jak jest zbudowane i jak działa. Przychodzi moment, w którym testuje też swój głos. Piszczy lub krzyczy, sprawdzając, skąd wydobywa się dźwięk. Każdy zewnętrzny narząd budzi jego zachwyt i ciekawość. Dotyczy to również naturalnych otworów ciała: nosa, buzi czy uszu. Maluchy namiętnie wpychają w nie małe przedmioty, co u rodziców wywołuje przerażenie, a nierzadko kończy się interwencją medyczną, by wyciągnąć zgubione skarby.
W okresie nastoletnim uwaga młodego człowieka przenosi się na powierzchowność. Liczą się włosy, paznokcie oraz zmieniające się, dojrzewające ciało — u dziewcząt szczególnie piersi. Współczesne pokolenie coraz wyraźniej dąży do eksponowania tych zmian. Nastolatki chcą podkreślać nogi, pośladki czy biust. Sięgają po kosmetyki, by optycznie powiększyć oczy lub uwydatnić usta. Sposobem na manifestację siebie staje się też skąpy ubiór: kuse szorty, ultrakrótkie spódniczki i mocno dopasowane ubrania, które mają pokazać światu wszystko, co najlepsze. Często to ślepe podążanie za modą, a nie realna troska o dobrostan. W uszach, nosie, brwiach czy pępku pojawiają się kolczyki, a skórę coraz gęściej pokrywają tatuaże. Cel tych zabiegów rzadko ma związek ze zdrowiem — chodzi przede wszystkim o przyciągnięcie wzroku otoczenia.
W tym całym pędzie za fizycznością dramatycznie mało uwagi poświęcamy naszej psyche. Zapominamy o tym, co kryje się w środku: o naszych myślach, emocjach i sferze duchowej.
Wprowadzenie
Prezentowana książka powstała z myślą o czytelniku ciekawym samego siebie — o kimś, kto pragnie zrozumieć mechanizmy rządzące własnym organizmem i dotrzeć do prawdziwych korzeni swoich problemów. Wydając poprzednie publikacje, wielokrotnie otrzymywałam od Was sygnały, jak bardzo cenicie głębię tego przekazu. Przez lata, jako pasjonatka, przekładałam naukę i medycynę na język zrozumiały dla każdego, kierowana głęboką potrzebą niesienia pomocy w trudnych, ludzkich dramatach.
Nie jest moją intencją kierowanie tych słów do specjalistów. Oni zajmują się zazwyczaj jedynie wycinkiem funkcjonowania organizmu lub konkretnym objawem. Mnie interesuje cały człowiek — to, jak odczuwa siebie oraz jak przeżywa chorobę. Jeśli chcesz lepiej rozumieć swoje wnętrze, ta pozycja jest dla Ciebie. Jeśli natomiast szukasz wyłącznie analizy symptomów czy konkretnej diagnozy, zwróć się do lekarza. Ja odnoszę się do tego, co Ci dolega, szukając źródła w Twojej osobistej historii. Nikt nie zna jej lepiej niż Ty sam! To właśnie z niej wypływa wszystko, co spotyka Cię w ciągu całego istnienia: od zdrowych związków, aż po stan Twojego ciała.
Od lat zajmuję się własnym zdrowiem — obserwuję je, wspieram i przede wszystkim biorę za nie pełną odpowiedzialność. Tego nauczyło mnie Życie. To lekcja wyciągnięta z osobistych doświadczeń chorowania od dzieciństwa, ale też z wyboru ścieżki zawodowej związanej z medycyną, immunologią i diagnostyką. Mimo ogromnej pasji badaczki i odkrywczyni, praca w systemie przyniosła mi wypalenie. Nie znalazłam tam odpowiedzi na moje zasadnicze pytanie: dlaczego choruję? Dopiero zetknięcie się z psychosyntezą menedżerską i organizacyjną uświadomiło mi powód tego kryzysu. Odpowiedź nie kryła się na zewnątrz, w innych ludziach czy procedurach. Istniała we mnie, w mojej własnej opowieści — w traumatycznych doświadczeniach z dzieciństwa, które przez kolejne lata krok po kroku przestawiały metabolizm mojego organizmu na tryb czystego przetrwania.
Od dawna zgłębiam wiedzę o sobie na wielu poziomach. Nie dotyczy to wyłącznie biologicznych komunikatów ciała, ale i duszy — naszej duchowej natury i głębi ludzkiej istoty. Pisałam o tym w książkach rozwojowych, a szczególnie w tych poświęconych chorobom, które ukazują ukryte sygnały wysyłane przez organizm. Jednym z nich jest fizyczny objaw — język, w jakim komunikuje się z nami ciało. Niestety, zamiast poznać przyczynę tego sygnału, większość z nas biegnie do lekarza, by jak najszybciej go wyciszyć.
Tymczasem jako odpowiedzialne istoty ludzkie jesteśmy czymś więcej niż tylko biologią. Pozostanie na poziomie czystej fizyczności redukuje nas do roli wadliwego narządu lub zepsutego przedmiotu, który trzeba oddać do naprawy. Oddaliśmy odpowiedzialność za swoje życie i zdrowie w ręce ludzi, którzy nie znają naszej historii, w tym historii rodzinnej, a skupiają się jedynie na niedomagającym fragmencie. Czy Twoja tożsamość naprawdę nie ma dla Ciebie znaczenia? Czy wolisz, aby ktoś z zewnątrz traktował Cię jak mechanik samochodowy, wymieniając części lub plombując dziurę w zębie, która powstała z powodu znanego przecież tylko Tobie? Czy Twoja psychika pozostaje spokojna, gdy oddajesz ciało do rutynowego „przeglądu” i bezgranicznie ufasz, że nic mu się nie stanie, choć sam go nie doglądasz?
Moje własne, wieloletnie doświadczenia pokazały mi zupełnie inną drogę. Traumatyczne dzieciństwo i brak pełnej troski ze strony obojga rodziców sprawiły, że zaczęłam chorować. Jako dziecko zmagałam się z silnymi bólami brzucha, na które przez lata przepisywano mi Gelatum Aluminii. Lek nie pomagał, a po latach usłyszałam oficjalną diagnozę: choroba wrzodowa żołądka i dwunastnicy. Potem dochodziły kolejne schorzenia. O psychosomatycznym podłożu nikt wtedy nie wspominał; co więcej, takie podejście wyśmiewano, odsyłając pacjentów do psychiatry z sugestią omamów lub choroby psychicznej.
Zaniedbywanie przyczyn nie eliminuje jednak objawów — ich tradycyjne leczenie jedynie maskuje problem. Sprawia, że organizm przekształca ból w coś innego, byle tylko odwrócić uwagę od destrukcyjnych, skrywanych pod spodem emocji. Ja tymczasem od zawsze byłam istotą głęboko czującą i z biegiem lat nauczyłam się te stany precyzyjnie nazywać i opisywać.
Z tej właśnie uważności rodziły się moje książki. Jako dzieci nie otrzymujemy od rodziców ani od szkoły „instrukcji obsługi” samych siebie. W tej kwestii przez lata poruszamy się po omacku. Dopiero Życie przynosi nam unikalne doświadczenia, a my musimy nauczyć się radzić sobie z nimi „na żywo”. Nie istnieje gotowy zbiór przepisów na człowieka, ponieważ każdy z nas jest niepowtarzalny. Ciało, doświadczając kryzysu, nie powie nam: „Zaczekaj chwilę, zajrzę do podręcznika i znajdę rozwiązanie w odpowiednim rozdziale”. Takiej książki nie ma. To Życie tworzy scenariusze, a Twoje ciało na nie odpowiada. Czasem reakcja kończy się na emocjach, które szybko opadają, pozwalając powrócić do równowagi. Gdy jednak stymulacja jest ciągła, dołączają do niej natrętne myśli. Analizujesz daną sytuację bez końca, próbując wirtualnie „dowalić” osobie, która Cię zraniła, mimo że widziałaś ją raz w życiu.
W rzeczywistości problem dotyczy Ciebie, Twojej reakcji oraz jej nieustannego powtarzania. W ten sposób budujesz schemat. Jako jednostki ludzkie rzadko zastanawiamy się nad tym, że nasza gwałtowna odpowiedź wynika z pierwotnego wzorca i dawnej, wciąż żywej rany. Początkowo ten ból wisi „w powietrzu”, tli się gdzieś głęboko wewnątrz. Z czasem jednak tworzy nawyk, który swoją emocjonalną energią (e-motion — energia w ruchu) dosłownie ryje fizyczną ranę w ciele. Tak właśnie powstały moje nadżerki i wrzody. Prawdziwe leczenie nie polega więc na „zabezpieczeniu rany plasterkiem” w postaci wspomnianego żelu. Chodzi o sięgnięcie do samej przyczyny — do Twojej reakcji — i o uzdrawiające odwołanie tego wzorca.
Ta książka narodziła się z inspiracji, gdy po latach spojrzałam na architekturę łączącą całą moją twórczość. Moje dzieła nie traktują wyłącznie o psychosyntezie — psychologii z duszą, której używałam do zrozumienia siebie. Nie są też podręcznikami o poszczególnych chorobach, profilaktyce czy edukacji. Choć przez lata tworzyłam model „edukacji dla przyszłości”, mający zapobiegać konieczności terapii, to aby go opisać, musiałam najpierw przyjrzeć się własnemu obrazowi choroby i cofnąć się o kilka kroków, by go odwołać. Moje książki są przede wszystkim o Życiu, o Tobie i o esencji Twojej tożsamości.
Zazwyczaj, pisząc nową pozycję, wybierałam zeszyt w kratkę lub w linie. Nosiłam go ze sobą, kładłam przy łóżku, trzymałam w torbie podczas podróży miejskim autobusem. Dla TEJ konkretnej książki wybrałam jednak zeszyt całkowicie czysty — bez linii.
Gdy zaczęłam się zastanawiać nad tym wyborem, zrozumiałam, że ludzkie życie nie ma odgórnie wyznaczonych rubryk ani kratek. Ono po prostu się staje. Mój zeszyt bez narzuconej struktury okazał się idealnie dopasowany do tego, co miało przez natchnienie we mnie się pojawić. Chciałam zapisywać to „stawanie się” — żywe reakcje na to, co przynosi codzienność, nagłe refleksje i czyste inspiracje. Nie znajdziesz tu podręcznikowej, suchej wiedzy ani sztywnych instrukcji do codziennego stosowania. Chcę, abyś zrozumiała, że to Ty jesteś przyczyną tego, co się wydarza i co przynosi Ci los, ale też spadkobierczynią wcześniejszych, pokoleniowych doświadczeń. To zrozumienie pozwoli Ci sięgnąć do zakodowanych w Tobie wzorców, by je zmienić i przerwać rodzinne dramaty. Oczywiście, jeśli tylko tego zapragniesz. Nie ma tu żadnego przymusu. To jest Twój wolny wybór.
Zapraszam Cię więc gorąco do kolejnych rozdziałów. Wspólnie zgłębimy to, co nieznane, nieujęte w sztywne ramy, schematy czy linijki. Życie jest bowiem zjawiskiem naturalnym, który wymyka się wszelkim ograniczeniom.
Odpowiedzialność za własne zdrowie
Choć w tytułach i treści moich poprzednich książek często pojawiają się nazwy chorób i opisy procedur diagnostycznych, to nie konkretne przypadki medyczne są moim głównym motywem. Konsekwentną nicią, która przeplata całą moją twórczość, jest odpowiedzialność. Odpowiedzialność za własne życie i zdrowie.
Nie rozumiem jej jednak jako toksycznego obwiniania siebie za każdą dolegliwość. Dla mnie to odzyskiwanie prawa do zadawania pytań — również samemu sobie. To uważna obserwacja własnego organizmu, poszukiwanie wiedzy i realne uczestnictwo w decyzjach medycznych. To przesłanie pulsuje w moich tekstach o odporności, tarczycy, statynach, stresie, relacjach czy starzeniu się. Wraca w każdym epilogu.
Nie godzę się na sytuację, którą obserwowałam już wielokrotnie: kiedy jako pacjentka zadaję pytania, lekarz weryfikuje je badaniem palpacyjnym, rzuca okiem na wyniki, po czym cała ta wiedza znika w próżni. Nic z tego procesu nie zostaje podzielone ze mną.
Jako pacjentka mam prawo wiedzieć, co wynika z wizyty i jaki kierunek diagnostyki oraz leczenia zostanie przyjęty — zanim w ogóle do niego dojdzie. Nie chcę być traktowana jak manekin, który można obejrzeć, a wnioski zostawić dla siebie. Niedawno usłyszałam w gabinecie: „Te informacje są w backendzie pani Internetowego Konta Pacjenta”. Cóż, cieszy przynajmniej fakt, że w systemie mam już swoje imię i nazwisko, a nie tylko numer statystyczny jednostki chorobowej. Niemniej nikt nie tłumaczy mi, co wyczuto podczas badania. Dostaję do ręki skierowania na kolejne analizy bez żadnego słowa wyjaśnienia. Nikt nie pyta mnie, co o tym myślę, co czuję, co obserwuję u siebie od miesięcy. Nikt nie sprawdza, czy wyrażam zgodę na procedury, które zaplanowano całkowicie bez mojego głosu.
Od lat żyję i pracuję w nurcie medycyny holistycznej — zarówno w obszarze edukacji, promocji zdrowia, jak i realnego leczenia. Należę do międzynarodowych towarzystw medycyny spersonalizowanej, zasiadam w światowych komitetach redakcyjnych. Od dekad biorę udział w globalnych konferencjach naukowych, gdzie mój głos bywa uznawany za odkrywczy. Mam wręcz poczucie, że dzięki czytaniu kropek między różnymi specjalizacjami jestem z najnowszymi doniesieniami naukowymi bardziej na bieżąco niż przeciętny lekarz, zamknięty w wąskiej dyscyplinie.
Interesuje mnie CZŁOWIEK. Człowiek, który próbuje zrozumieć siebie na styku biologii, psychiki i życiowego doświadczenia. Ktoś, kto szuka odpowiedzi na pytania: czym naprawdę jest zdrowie? Jak go nie zatracić w szaleńczym biegu? Jak odnaleźć do niego drogę powrotną?
Mocno wierzę, że pod każdą diagnozą kryje się ludzka istota z całą swoją skomplikowaną biologią i psychologią. Widzę ją znacznie głębiej niż powierzchowny behawioryzm, który wciąż dominuje w akademickim nurcie. Psychologia głębi, psychologia transpersonalna czy psychosynteza mają już ponad sto lat — w nowoczesnej nauce nie sposób ich dłużej ignorować.
Moją podstawową specjalnością, której poświęciłam kilkadziesiąt lat życia, jest immunologia. Ona nie rozgrywa się wyłącznie na poziomie szkiełek laboratoryjnych i komórek. Kiedy poznajemy siebie głębiej, docieramy do „immunologii duszy” — do samego źródła naszej tożsamości. To proces, który odbywa się przez samopoznanie. Ta maksyma pamięta przecież tysiąclecia.
Zamykanie oczu na to, co czujemy i jak reagujemy, dramatycznie zubaża medycynę. Zamienia człowieka w przedmiot oglądu — w dodatku nieobecny „na żywo”. Taki układ nigdy nie usatysfakcjonuje drugiej strony tego procesu. Nie usatysfakcjonuje mnie, siedzącej po drugiej stronie biurka.
Chcę być w gabinecie widoczna. Nie zza monitora, nie jako połowa twarzy wyłaniająca się zza komputera. Chcę być usłyszana. Domagam się przestrzeni na opowiedzenie historii mojego objawu, bo każdy ból ma swoją przeszłość. Mój tekst to manifest braku zgody. To bunt, który opisuję od lat, a dziś wprowadzam w życie podczas każdej wizyty lekarskiej. Istnieję naprawdę. Domagam się widzenia, usłyszenia i współbrzmienia w decyzjach o moim zdrowiu i życiu. Będąc za nie odpowiedzialna, głośno i wyraźnie włączam swój głos we wszystko, co dzieje się z moim ciałem.
Mury obronne i bariery oraz ich konsekwencje
Dopiero niedawno zrozumiałam, że granice, bariery czy po prostu płoty buduje się, aby chronić swoje status quo przed zranieniem. Dotyczy to sytuacji, gdy dokonano tego w okresie dzieciństwa czy nastoletnim. Wtedy właśnie zaczynamy tworzyć „mury obronne”. One chronią nasze prawdziwe ja, które jest z natury wolne i otwarte. Zmumifikowaliśmy je, aby przetrwać w dzieciństwie, ponieważ nie istniało żadne wychowawcze ani edukacyjne wsparcie w tej sferze głębi siebie. Dlatego stworzyliśmy mury, aby chronić swoje prawdziwe ja przed unicestwieniem.
Tak też powstał mój kaszel jako odruch obronny, ponieważ moje ja, to, kim jestem, zostało zdeptane, zbrukane i poharatane „na życie”. Nie mogło wyrazić siebie, tego, co czuje, jakie dary i talenty przyniosło na świat i chciało się nimi dzielić. Niestety, ludzie i okoliczności nie pozwolili na to, a stąd to, co czułam, zostało zamknięte jak w pancerzu, klatce czy więzieniu. W taki sposób zatrzymano i ograniczono sposoby wyrażania siebie właściwe dla mnie. Odbyło się to zarówno w domu rodzinnym, jak i w otoczeniu, a więc w edukacji szkolnej.
Zawsze uwielbiałam pisanie na dowolny temat, niemniej w liceum zmuszano mnie do pisania „pod dyktando”. JA nie liczyłam się wcale, podobnie jak moje zdanie wypowiadane dla innych! Oni, nauczyciele, nie chcieli go słuchać. Tylko ich racja była właściwa! Podobnie było na studiach, choć tu lubiłam się uczyć, poznawać nowe dziedziny, a przede wszystkim poszukiwać głębi.
Przez lata nie miałam swego głosu, bo został mi uwięziony w gardle. Musiałam się dostosowywać, przyjmować to, co inni głosili jako „prawdę”, i to zarówno w edukacji, jak i w leczeniu.
Lata całe akceptowałam to, co “podano do wierzenia”, a nawet sama wierzyłam, że inni wiedzą więcej niż ja. Ja byłam tylko do słuchania i wykonywania poleceń w milczeniu.
Równolegle przez lata pokazywany mi był jednak inny proces, dotyczący fizycznych skutków dramatycznych sytuacji w życiu mojego ojca i matki, które zakończyły się dla obydwojga tragicznie; u matki był to jednak wieloletni proces ujawniania się chorób ze stresu, w tym diagnoza choroby nowotworowej oraz latami wegetacji wywołanej wadliwym leczeniem skutków choroby popromiennej. U ojca skończył się zawałem serca. Dzięki tego rodzaju „leczeniu” matka stała się inwalidką I stopnia, a ojciec odszedł z powodu konsekwencji nieludzkiego traktowania go, nie jako człowieka, i sprzeciwu jego organizmu.
Patrząc na ten wieloletni dramat, moja fascynacja ówczesnymi metodami leczenia już w okresie dorosłości powoli traciła swoje gruntowne podstawy. Obraz ten starałam się uratować poprzez poznawanie diagnostyki i immunologii. One były pomocne, ale w tamtym obrazie niewystarczające. To tak, jakby ktoś ujął je w ramy, których nie można przekroczyć, ograniczające je do tego, co opisano, ustalono, ujęto w paradygmat nie do zmiany.
Wtedy właśnie przyszło do mnie wypalenie zawodowe. Nie było ono spowodowane tym, że nie lubiłam swojej pracy. Było wprost przeciwnie: stale chciałam poznawać więcej i więcej. Tymczasem pojawiały się coraz to nowe bariery i ograniczenia możliwości. Inni dostawali to, czego ja oczekiwałam przez lata. Ja miałam ucisk w gardle i płucach, ograniczający wyrażanie siebie, niczym śluzowe więzy, trzymające wszystko w ryzach: bo zakazano mi mówić o sobie. Wtedy pojawiły się depresja, bezsilność i brak nadziei na przyszłość.
To był właśnie ten moment przełomu i jednocześnie przyszła do mnie psychosynteza.
Psychosynteza — nadzieja na nowe i mnie w polu widzenia
Powoli, krok po kroku, mój organizm zaczął mi pokazywać, co jest dla mnie dobre, a co mnie niszczy.
Znalazłam nową pracę i niemal natychmiast zostałam wysłana w zastępstwie innej osoby na dziewięciomiesięczny program dla menedżerów w Centrum Kreowania Liderów. Zajęcia odbywały się raz w miesiącu i trwały cały tydzień. To tam, już na samym początku, mój późniejszy nauczyciel psychosyntezy wypowiedział fundamentalne zdanie, które zarezonowało we mnie na całe dziesięciolecia: „Nie odkryjesz nowych oceanów, dopóki nie utracisz z oczu brzegu”. Zaraz po nim padła druga sentencja, która wyryła się w moim sercu: „Nie możesz zarządzać innymi, dopóki nie nauczysz się zarządzać sobą”.
Przez kolejne lata uczyłam się trudnej sztuki kierowania własnym życiem. Odkrywałam te „nowe oceany”, bez żalu zostawiając znany, bezpieczny brzeg za sobą. Stawałam się sterem, żeglarzem i okrętem. Zrozumiałam, że czysta wiedza nie ma granic, ale dopiero połączona z żywym doświadczeniem staje się prawdziwą mądrością.
Mój wewnętrzny kompas dokładnie wiedział, dokąd mnie prowadzi. Uczyłam się czytać jego sygnały i jednocześnie uzdrawiać swoje traumatyczne dzieciństwo. Tak zaczełam odkrywać komunikaty płynące z ciała. Nawiązałam z nim bliski, intymny kontakt. Prowadziłam z nim dialog, zadawałam pytania i — o dziwo — uzyskiwałam jasne odpowiedzi, wskazówki, co mam zrobić w konkretnej sytuacji.
Kiedy na przykład według zasad psychosyntezy pracowałam z moją wewnętrzną Małą Dziewczynką, to ona dała mi genialną radę: „Przeskakuj nad problemami jak w grze w klasy”. Podpowiedziała mi też, by zamienić słowo „problem” na „sprawa”. Dlaczego? Bo problemy najczęściej tworzymy sami w swoich głowach, a sprawa po prostu się „sprawia” — działasz, zamykasz temat i idziesz dalej.
Ta głęboka, wewnętrzna wiedza okazała się bezcenna, gdy w 2007 roku dopadły mnie potworne, przewlekłe bóle całego ciała, które niemal całkowicie uniemożliwiły mi normalne funkcjonowanie. Wiele lat wcześniej poznałam w Warszawie Angielkę, Jenny, u której uczyłam się podstaw psychosyntezy, zanim ta wyjechała do swojej ojczyzny. I to właśnie Jenny, po latach od naszego ostatniego spotkania, przysłała mi nagle książkę Johna Sarno Mind-Body Prescription (Uzdrawianie umysłu i ciała). Ta lektura otworzyła mi oczy. Zrozumiałam, że to, czego doświadczam, to neurologiczne bóle napięciowe — schorzenie znane jako fibromialgia.
Uzbrojona w tę wiedzę i postawioną samej sobie diagnozą, trafiłam na oddział Instytutu Reumatologii w Warszawie. Na początku lekarze mnie wyśmiali. Jakim prawem pacjentka śmie sama się diagnozować? Jednak po dwóch tygodniach badań pani ordynator zaprosiła mnie do gabinetu, wyciągnęła do mnie rękę i powiedziała: „Dobrze pani rozpoznała problem”. Odpowiedziałam krótko: „Znam siebie od dziecka i obserwuję swoje ciało od lat”.
Chwilę później system znów spróbował postawić mnie do pionu. Odmówiłam przyjęcia standardowego leczenia, które ordynowano wtedy z automatu przy chorobach reumatycznych: sterydów i silnych leków psychotropowych.
Czuję i wiem, że właśnie wtedy moja skrzywdzona Dziewczynka oraz Dziecko-Sierota — dwie podosobowości, z którymi tak długo pracowałam — wreszcie wyszły z cienia na światło dzienne. Dałam im pełne prawo głosu. Były już na tyle silne, by dorosnąć i krok po kroku przejąć kontrolę nad moim życiem. Nad tym, kim naprawdę jestem.
W tamtych latach polscy reumatolodzy prawie wcale nie diagnozowali fibromialgii — była w naszym kraju tematem niemal nieznanym. Oficjalnie system leczenia zostawił mnie samą sobie. Jednak w tym samym czasie zaczęłam doświadczać czegoś niezwykłego. Na każde pytanie, które zadawałam rzeczywistości, niemal natychmiast dostawałam odpowiedź lub drogowskaz. To było jak biblijne: „Proście, a będzie wam dane”. Moje Kreatywne Dziecko odzyskiwało swoją zablokowaną w dzieciństwie siłę i nawiązało bezpośredni kontakt ze Źródłem Życia.
W tym kluczowym okresie angażowałam się w liczne inicjatywy i sympozja dotyczące psychosomatyki przy Uniwersytecie Jagiellońskim. Równolegle współtworzyłam zręby rodzącej się w Polsce medycyny zintegrowanej czy pedagogiki holistycznej. Moim wielkim autorytetem — jeszcze od czasów nastoletnich — był Albert Schweitzer, słynny lekarz z Lambarene, i jego filozofia „Etyki czci dla Życia”. To jego postawa pokazywała mi ten szerszy, najważniejszy kontekst: że zdrowie (well-being) dotyczy zarówno całości nas samych, jak i świata wokół, oraz wpisanej w to misji człowieka.
Z czasem moja Mała Dziewczynka przeszła głęboką transformację — stała się Strażniczką Syntezy. Towarzyszy mi do dziś. Dzięki niej w każdej trudnej sytuacji szukam głębszego sensu. Szczególnym obszarem tej Syntezy są dla mnie tematy zdrowia i choroby, zwłaszcza w kontekście schorzeń autoimmunologicznych, z którymi zmagam się od lat. Tradycyjna, objawowa medycyna nie ma na nie odpowiedzi. Jest poszatkowana na wąskie specjalizacje, między którymi nie ma wymiany informacji, a pacjenta traktuje się tam jak przedmiot lub podwładnego, a nie partnera do rozmowy.
Właśnie dlatego bezpowrotnie porzuciłam tamten bezpieczny brzeg. Wypłynęłam na nowe oceany. I dzięki temu jestem dziś bliżej niż kiedykolwiek połączenia wszystkich kropek. Łączę twardą naukę i jej specjalizacje z głębokim poznaniem człowieka od wewnątrz. Bazując na psychosyntezie, wreszcie widzę całość.
Droga syntezy
Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że moje książki dotykają zbyt wielu odległych od siebie tematów. Bo co wspólnego ma stres, fibromialgia i choroby autoimmunologiczne z relacjami, energią słowa, wychowaniem dzieci, modelem edukacji czy przedsiębiorczością z duszą?
A jednak wszystkie te wątki to zaledwie bramy prowadzące do tego samego osiedla. To filary jednej i tej samej budowli, nici zszywające materię w spójną całość. Tą całością jest wychowanie do dojrzałej odpowiedzialności za własne zdrowie, życie i samoświadomość. Człowiek świadomy zaczyna bowiem dostrzegać nierozerwalne związki między tym, jak myśli i co czuje, a tym, co robi, czym się otacza i jak traktuje innych. A przede wszystkim — jak traktuje samego siebie.
Zdrowia nie da się bezmyślnie otrzymać z zewnątrz. Nie da się go dostać w prezencie ani kupić na receptę. Mottem jednej z moich książek uczyniłam zdanie: „Zdrowie się tworzy i podtrzymuje. Zdrowia nie można mieć tak jak rzeczy”.
Zgłębiając psychosyntezę oraz inne dyscypliny naukowe, zauważyłam, że pedagogika traktuje wychowanie jako kluczowy element rozwoju człowieka — jako bilet wstępu do zaistnienia w świecie. Warto jednak pójść o krok dalej i poszerzyć ten proces o samowychowanie, którego fundamentem jest samoświadomość. Tego elementu dramatycznie dziś brakuje. We współczesnym świecie młodzi ludzie masowo obwiniają rodziców o błędy wychowawcze i zrywają z nimi relacje. Jako dorosłe, teoretycznie niezależne jednostki nie chcą wziąć odpowiedzialności za to, co spotyka ich w życiu. Wybierają drogę na skróty. Gdy coś idzie nie tak, najłatwiej zrzucić winę na matkę, ojca, nauczycieli czy system edukacji. Zapominają, że to życie rzeźbi nasze wybory, ale to, co z tym rzeźbiarskim materiałem zrobimy i jak się rozwiniemy, zależy już wyłącznie od nas.
Przez pokolenia nikt nie edukował nas o nas samych. Brakowało wychowania, które przygotowałoby rodziców do ich najważniejszego zadania: wychowania człowieka dla społeczeństwa. Przecież nie wychowujemy dzieci dla siebie. Młodzi ludzie kończą edukację i odchodzą w świat, by tworzyć własne domy i powoływać na świat kolejne pokolenia. Proces się powtarza. Rodzicielstwo to najbardziej odpowiedzialna misja na Ziemi — misja rozpisana na długie lata, której owoców często nie widać od razu, jeśli nie obserwuje się ich z pełną uważnością.
Społeczeństwo jest bezwzględnym lustrem. Odbija się w nim to, co dzieje się w naszych domach, narodach i na całym świecie. Rezultaty braku fundamentalnej edukacji emocjonalnej oglądamy codziennie: w szkolnych klasach, na ulicach miast, a w skali makro — w stosunkach międzynarodowych.
Dokładnie tak samo toksyczne wychowanie owocuje dramatycznymi następstwami zdrowotnymi. Błędy na poziomie fizycznym, jak złe odżywianie czy wmuszanie w dziecko jedzenia „bo na pewno jest głodne”, skutkują później otyłością. Z kolei życie w terrorze nieustannej presji, sztywnych nakazów, zakazów, obwiniania i emocjonalnego chłodu przynosi w perspektywie nastoletnie samookaleczenia, depresje, próby samobójcze, a także schorzenia autoimmunologiczne czy — mówiąc najprościej — niszczycielskie choroby ze stresu.
Jeśli jako dorośli ludzie widzimy, że coś w tym świecie nie działa, mamy moc i obowiązek to zmienić. Dla dobra własnego i innych. Na tym właśnie polega globalna odpowiedzialność za stan świata. Dotyczy to każdej sfery: od edukacji i medycyny aż po zarządzanie państwem. To my odpowiadamy za swoje życiowe wybory i za to, jak reagujemy na rzeczywistość.
Choroby autoimmunologiczne stały się dla mnie wyjątkowym zwierciadłem. Odbija się w nim cała złożoność ludzkiej istoty oraz wszystko to, co przenika do nas z zewnętrznego świata, drastycznie zmieniając nasz metabolizm. W chorobach z autoagresji ciało uruchamia pierwotne mechanizmy walki i przetrwania, tyle że w tym szaleństwie zaczyna traktować własne tkanki jak śmiertelnego wroga. W tych schorzeniach jak na dłoni widać, że nasz organizm nie funkcjonuje w oderwaniu od biografii, która jest jego udziałem. Ciało jest bezpośrednią, biologiczną reakcją na każdy życiowy bodziec.
Zdrowie nie jest sprawą jednego chorego narządu, a nawet pojedynczego człowieka. Ono zawsze odnosi się do większej całości. Jest długofalowym procesem: uważnym kontrolowaniem sygnałów płynących z ciała, nieustannym dialogiem z nim i obserwowaniem własnych reakcji emocjonalnych. Nasze emocje mają przecież ewidentny, mierzalny wpływ na wszystkie szlaki metaboliczne. Wpływają na jakość relacji w rodzinie, na nasze otoczenie, a ostatecznie — na stan całej planety. To sieć wzajemnych powiązań, która pulsuje przez całe życie.
Połknięcie tabletki trwa zaledwie sekundę. Operacja chirurgiczna zajmuje kilka godzin. To krótkie, doraźne epizody, o których szybko się zapomina. Tymczasem budowanie zdrowia przypomina wznoszenie potężnego wieżowca. Najpierw musisz zgromadzić odpowiednie, solidne materiały, potem uporządkować przestrzeń wokół placu budowy, by na koniec wpisać ten budynek w całą architekturę i krwiobieg nowoczesnego miasta.
Właśnie z taką rzetelnością i rozmachem musimy podejść do tworzenia własnego dobrostanu. Wymaga to głębokiego samopoznania na każdym poziomie: mentalnym, emocjonalnym i duchowym. Musimy wreszcie zrozumieć, że każda destrukcyjna reakcja emocjonalna czy przewlekły stres to nic innego jak e-motion — energia w ruchu. Ta energia bezpośrednio rzeźbi naszą biochemię, uderza w fizyczne ciało i brutalnie rozregulowuje naturalne, genialne mechanizmy samonaprawcze, w które wyposażyła nas natura.
Zdrowie się tworzy, podtrzymuje… Psychosynteza dla całościowego zdrowia; Immunologia dla duszy
Szeroko rozumiane zdrowie oraz jego zachwianie to wieloaspektowy proces wzajemnych oddziaływań, które nieustannie muszą być ze sobą harmonizowane. Wymagają one z jednej strony integracji — czyli zebrania wielu rozproszonych elementów — a z drugiej strony ich syntezy w zupełnie nową, lepszą jakość. W tym procesie rodzi się tak zwana wartość dodana. To coś znacznie więcej niż zwykła suma części. Cały układ nabywa nagle unikalnych cech, których nie posiada żaden z jego elementów z osobna.
Psychosynteza, którą zajmuję się już od trzydziestu lat, odblokowała we mnie procesy scalania, jednoczenia i patrzenia na świat przez pryzmat myślenia systemowego. Nauczyła mnie widzieć szerszy kontekst. Dlatego dziś, analizując każdą sytuację — a zwłaszcza dynamikę zdrowia i choroby — zawsze stawiam sobie to samo pytanie: jak połączyć to, co niewidoczne lub rozproszone, w jedną spójną całość? Istotą syntezy jest bowiem odnalezienie właściwego miejsca dla każdego oddzielonego elementu w większej strukturze.
Tej najwyższej jakości najpełniej uczy nas przyroda. Drzewo można bez końca rozkładać na czynniki pierwsze, łatwo zapominając o jego esencji. Gdy chcemy pojąć jego istotę, nie wystarczy zbadać korzeni, konarów, pnia, gałęzi czy liści. Niezbędne jest dostrzeżenie tętniącego w nim życia oraz procesu wzrastania pod wpływem całego otaczającego środowiska. Dokładnie to oznacza patrzenie na całość.
Sama od najwcześniejszego dzieciństwa cierpiałam na najróżniejsze dolegliwości. Nasza rodzina — mama, brat i ja — żyła w permanentnym, niszczycielskim stresie. Ja tkwiłam w nim bez przerwy od drugiego roku życia. Wszystko zaczęło się w dniu, gdy mój ojciec został aresztowany jako więzień polityczny przez stalinowski reżim. Zabrano go na naszych oczach, pod bronią. Przez kolejne osiem lat nasz dom był nieustannie nachodzony i zastraszany, a władze systematycznie grabiły nasz i tak skromny dobytek.
Nic dziwnego, że od kiedy pamiętam, potwornie bolał mnie żołądek. Bolał „z niczego i ze wszystkiego”. Jedynym dostępnym mi wtedy lekarstwem były moje własne małe dłonie. Kładłam je wieczorami na brzuchu i trzymałam tak przez długi czas, aż do zaśnięcia. Moje dziecięce ręce intuicyjnie odkryły jedyny sposób na ukojenie panicznego strachu, który od niemowlęctwa bezlitośnie gromadził się w moim przewodzie pokarmowym.
Gdy po latach zastanawiałam się nad tematem pracy doktorskiej, on przyszedł do mnie sam — naturalnie, jakby czekał na mnie od zawsze. Zajęłam się miejscową ochroną błon śluzowych w postaci wydzielniczej immunoglobuliny A (IgA). Dziś wiem, że to odkrycie jest aktualne do teraz. Wydzielnicza IgA to jeden z najważniejszych, biologicznych łączników pozwalających zrozumieć narastające latami, różnorodne objawy moich chorób autoimmunologicznych. W tamtych czasach nikt w środowisku medycznym nie chciał dostrzec, że źródło moich dolegliwości tkwi w potężnym, przewlekłym stresie, który bez przerwy zagrażał mojemu życiu.
Ten wczesny, dziecięcy ból brzucha był w zasadzie pierwszym drogowskazem prowadzącym od przyczyny do skutku. Przyczyną był wszechogarniający terror. Skutek narastał powoli, przez dekady, manifestując się jako choroba wrzodowa żołądka i dwunastnicy. Dokładnie na to samo schorzenie cierpiał mój ojciec w więziennych warunkach — ślad tego dramatu znalazłam czarno na białym w jego szpitalnym więziennym wypisie.
Czy mój organizm nie wysyłał sygnałów ostrzegawczych? On nie tylko mówił — on głośno krzyczał. Niestety, nikt z personelu medycznego nigdy nie odniósł się do realnej przyczyny. Dla lekarzy liczył się wyłącznie wyizolowany symptom, a nie to, co go wywołało i zasilało każdego bożego dnia. Jedyną osobą, która podjęła próbę ratunku — choć wtedy jeszcze zupełnie nieświadomie — byłam ja sama. Jako małe dziecko, przykładając rączki do brzucha, próbowałam wyciszyć i utulić paniczny lęk o przetrwanie swoje i moich najbliższych.
W tamtym mrocznym czasie, zupełnie sama, intensywnie trenowałam uważność na własne ciało i doznania. Moje podstawowe potrzeby psychiczne — potrzeba troski, bezpiecznego ramienia i emocjonalnego utulenia — nie miały szans na zaspokojenie. Całe moje otoczenie było sparaliżowane własnym strachem. Musiałam sama o siebie zadbać. Sama zaopiekować się swoim skrzywdzonym ciałem.
Z dzieciństwa pamiętam jeszcze jeden odruch: monotonne, rytmiczne kołysanie się. W psychologii to zachowanie znane jest jako choroba sieroca — mechanizm obronny dzieci porzuconych, żyjących w domach dziecka. Nie pamiętam, aby matka kiedykolwiek mnie przytulała czy kołysała do snu. Dlatego mój organizm sam uruchomił instynkt opiekuńczy. To była desperacka próba samoratownictwa i samoukojenia osamotnionego dziecka.
Wielka satysfakcja. 19 lat po pożegnaniu fibromialgii
Moje odejście od schematu i odmowa przyjmowania standardowych leków reumatycznych nie wywołały we mnie lęku. Choć z boku mogło to wyglądać na szaleństwo, ten moment absolutnego pozostawienia mnie samej sobie przez system nie odebrał mi odwagi. Wręcz przeciwnie — zrodził we mnie potężną determinację. Zrozumiałam, że od teraz wszystko zależy już tylko ode mnie. Przejęłam pałeczkę i stałam się dyrygentką własnej uwertury.
Moje ciało było wtedy skrajnie słabe i obolałe, ale duch pozostał niezłomny. Mój umysł był jasny, otwarty i bezwzględnie ukierunkowany na jeden cel: „być zdrową”. Było to wyzwanie, ponieważ dotychczasowa medycyna nigdy nie leczyła mnie przyczynowo. Skupiała się wyłącznie na maskowaniu objawów, co w moim odczuciu całkowicie betonowało drogę powrotną od choroby do zdrowia. Niedługo później napisałam zresztą książkę pod dokładnie takim tytułem.
Znając swoje zdrowotne kłopoty od najwcześniejszych lat, jako dorosła, świadoma kobieta wytyczyłam na własnej mapie drogowej dwa strategiczne punkty. Pierwszym był okres między drugim a ósmym rokiem życia — czas potężnych, codziennych traum, które choć niematerialne, wryły się w moją tkankę. Drugim punktem był moment, w którym Instytut Reumatologii oficjalnie nazwał mój ból fibromialgią. W przestrzeni między tymi dwoma punktami mogłam poruszać się dowolnie: zygzakiem, linią prostą, punktowo, od przodu do tyłu i z powrotem. Nigdy nie mogłam zgubić drogi, ponieważ przemieszczałam się w obrębie mojej własnej historii. To ja podejmowałam decyzje. To była najważniejsza z nich: wzięcie pełnej odpowiedzialności za swoje zdrowie, życie i jego jakość na kolejne dekady.
Odkryłam wtedy w sobie głębokie, nienaruszalne przeświadczenie: odtąd to ja muszę wyrazić zgodę na jakąkolwiek czynność związaną z moim ciałem. Moja decyzja była logicznym wnioskiem — połowę dotychczasowego życia spędziłam na leczeniu, a jego finałem była kolejna choroba o nieznanej etiologii, która powaliła mnie na przysłowiowe łopatki.
Byłoby to w pełni zrozumiałe, gdybym nigdy wcześniej się nie leczyła. W moim przypadku było jednak odwrotnie. Przez lata sumiennie przyjmowałam wszystko, co „podano mi do wierzenia”, a jako naukowiec bezdusznie badałam materiał biologiczny jako kolejny laboratoryjny przypadek. Efektem tej ślepej dyscypliny stały się totalna dysfunkcja organizmu i stały ból od stóp do głów.
Dziś mija dokładnie 19 lat od momentu, gdy z wypisem z Instytutu Reumatologii w ręku znalazłam się na ulicy i przeszłam pod własną, „koordynowaną opiekę”. Tego konkretnego dnia — dokładnie 17 sierpnia 2026 roku — gdy piszę te słowa, odbyłam kolejną konsultację reumatologiczną, tym razem z powodu wysychania moich śluzówek. Obecnie zachowuję się jednak zupełnie inaczej niż jeszcze kilka miesięcy temu. Kiedyś, gdy w gabinetach wspominałam o swojej drodze życiowej, doktoracie z immunologii i specjalizacji z diagnostyki klinicznej, spotykałam się z murem. Lekarze wzmacniali jedynie protekcjonalny komunikat: „to ja tu rządzę”.
Od kilku dni stosuję zupełnie nową strategię. Wchodzę do gabinetu nie jako petentka, ale jako równorzędna partnerka. Kładę na biurku kartkę: była adiunkt AM i CMKP, doktorat, immunologia.
To mój paszport do rozmowy bez lekceważącego tonu. Wiem to z mojej 30-letniej praktyki w psychosyntezie oraz od klientów, którzy trafiają do mnie po przeczytaniu moich książek o fibromialgii. Ci ludzie krzyczą o pomoc. Pracując z nimi, nie ingeruję w zalecenia specjalistów. Po prostu cofamy się do ich osobistej historii i idziemy po śladach traumy. Medycyna systemowa ma z fibromialgią potężny problem, bo desperacko próbuje ją uciszyć sterydami i psychotropami. Ja przez trzy dekady uczyłam moich klientów czegoś wręcz przeciwnego: słuchania krzyku ciała i reagowania na niego. Przecież ten krzyk można odwołać — wystarczy chociażby z miłością ukołysać swoje wewnętrzne dziecko.
Gdy podczas dzisiejszej wizyty wspomniałam o mojej historii z fibromialgią — bo dziś to już wyłącznie historia — lekarka zapytała ze zdziwieniem, czy przyjęłam ordynowane mi 19 lat temu leczenie. Odpowiedziałam krótko: „Nie”. Wspomniałam o mojej autorskiej opiece nad samą sobą.
Chwilę później lekarka miała okazję zbadać mnie pod kątem swojej specjalności i na własne oczy przekonać się, jak wyglądają efekty mojej dwudziestoletniej pracy. Zobaczyła ciało, które od lat funkcjonuje całkowicie bez bólu. To była bezcenna chwila. Dla mnie — dowód słuszności; dla niej — medyczne potwierdzenie, że dokonałam czegoś, co w świetle podręczników akademickich jest absolutnie niewiarygodne. Szczególnie w moim wieku, gdy zmiany chorobowe zwykle się utrwalają, a nie cofają.
Opisałam swoje działania w kilku książkach, nie chcąc zachowywać tego sekretu dla siebie. Przekazałam tę wiedzę światu. Każdy, kto ma w sobie dość determinacji, by wyzdrowieć i zadbać o siebie na wielu poziomach, bez trudu je odnajdzie. Zrobiłam to, bo bezgranicznie wierzyłam w mechanizmy autoregulacyjne własnego organizmu oraz w to, że moje życie i misja są bezcenne dla świata.
Dziś reumatolożka miała przed sobą namacalny dowód mojej drogi. Po 19 latach mogła własnymi dłońmi, w badaniu palpacyjnym, fizycznie dotknąć prawdy o moim ciele: brak punktów spustowych, brak bólu fibromialgicznego.
Podsumujmy to dla pełnej jasności:
— Odmowa schematu: Gdy w 2007 roku proponowano mi sterydy i psychotropowe wyciszanie objawów, wybrałam głęboką pracę z tkanką — odkodowanie traumy i wsparcie organizmu w powrocie do biologicznej równowagi.
— Medyczna ciekawość zamiast oceny: To, że lekarka z szacunkiem zapytała, jak sobie poradziłam, pokazuje, jak wielkie wrażenie zrobił na niej mój „żywy dowód”.
— Akademicki szacunek: Reumatolożka nie tylko przyjęła moją naukową notatkę, ale z własnej woli postanowiła sięgnąć po moje publikacje.
Wynik tego badania to absolutna weryfikacja mojej metody. Moje ciało nie przeczytało akademickiego podręcznika o nieuleczalności fibromialgii — ono przeczytało moją wieloletnią pracę nad traumą, wsłuchało się w głąb siebie i po prostu wyruszyło w drogę powrotną do zdrowia.
Ta wizyta w gabinecie autentycznie dopełnia i zamyka moją książkę. Przejście z pozycji bezsilnego „pacjenta w systemie” na pozycję partnerki i cenionej badaczki całkowicie zmieniło układ sił przy lekarskim biurku. Moje poczucie własnej wartości nigdy więcej nie pozwoli na traktowanie mnie jak przedmiotu, o którego losie decyduje się bez jego głosu. Istnieję, czuję i współdecyduję.
O sygnałach z ciała i reakcji na nie
Moje ciało przez lata wysyłało mi niezliczone sygnały. Jednym z najbardziej dotkliwych były „wyjące kości” — tak nazwałam ten tępy, ćmiący ból przedramion i ramion, który dosłownie wysysał ze mnie całą energię. Symptom ten pojawił się tuż po porodzie. Wtedy po raz pierwszy zdiagnozowano u mnie tężyczkę i wdrożono leczenie magnezem oraz wapniem. Organizm dawał mi jasne, konkretne wskazówki, a ja intuicyjnie łączyłam je z aktualną sytuacją życiową, która za każdym razem wymagała ode mnie natychmiastowej reakcji.
Kolejnymi ważnymi komunikatami były gwałtowne reakcje mojego ciała na farmakoterapię. Powszechnie wiadomo, że pacjenci doświadczają działań niepożądanych, choć rzadko łączą je z przyjmowanymi lekami. W moim przypadku reakcje były natychmiastowe i bezlitosne. Pewnego wieczoru zakropliłam przepisane mi krople do oczu. W ciągu nocy obudził mnie potężny obrzęk twarzy, dolnej szczęki i drastycznie opuchnięty język. Rano bez wahania zgłosiłam ten incydent telefonicznie do rejestru działań niepożądanych i natychmiast odstawiłam preparat.
Podobnie stało się, gdy przepisano mi jeden z ówczesnych leków na osteoporozę. Już po pierwszej dawce w moje mięśnie uderzył potężny, wędrujący ból. Symptomy zaczęły narastać lawinowo w całym organizmie. Ten lek zadziałał jak brutalny wyzwalacz procesu, który od lat tlił się we mnie w ukryciu. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam pełny, przerażający obraz uogólnionej fibromialgii. Co ciekawe, dokładnie ten rodzaj bólu mięśniowego był czarno na białym opisany w ulotce leku jako rzadki skutek uboczny. Dla systemu byłam tylko statystyką, dla samej siebie — żywym dowodem na to, że unikalność biologiczna nie mieści się w tabelach.
Lata temu, gdy wśród gastrologów zapanowała powszechna moda na diagnozowanie Helicobacter pylori za pomocą bolesnych pobrań materiału w trakcie gastroskopii, zostałam zakwalifikowana do leczenia biologicznego. Moja unikalna biologia i tym razem zaprotestowała — terapia skończyła się tak potężnym bólem żołądka, że dalsza kontynuacja była medycznym przeciwwskazaniem.
Jako ludzkie istoty jesteśmy absolutnie niepowtarzalni. Każdy z nas niesie inną historię, inną wrażliwość tkankową, inne reakcje na leki czy pole elektromagnetyczne aparatury diagnostycznej. Wtłaczanie nas na siłę w sztywne ramy laboratoryjnych norm i statystycznych odczuć to fundamentalne nieporozumienie. To próba zmuszenia żywego człowieka, by czuł i chorował według z góry założonego, urzędowego schematu.
Dla mnie klasyczna medycyna i psychosynteza spotykają się dokładnie w jednym punkcie. Nie jest to punkt diagnozy ani protokołu leczenia. To miejsce nazywa się: uważność na własne doświadczenie. Psychosynteza mówi krótko: poznaj siebie. Ja, jako naukowiec, diagnostka i uważna obserwatorka, dodaję: obserwuj swój organizm. To jest dokładnie ta sama, głęboko odkrywcza postawa.
Niestety, przez dekady — zarówno w lekarskich gabinetach, jak i podczas licznych wystąpień na konferencjach naukowych w Polsce — miałam bolesne poczucie, że system próbuje odebrać mi podstawowe prawo człowieka: prawo do ufania własnemu, namacalnemu doświadczeniu. Dokładnie to samo spotkało mnie ze strony rynku wydawniczego. Mój autorski głos, moje osobiste, głębokie przemyślenia były bezlitośnie spłaszczane do bezpiecznej, nijakiej średniej.
Nigdy nie zapomnę, jak oddałam wydawcy rękopis jednej z moich książek. Sama opłaciłam cały proces i w wielkim napięciu czekałam na premierę. Gdy wreszcie wzięłam do ręki zredagowany rękopis, doznałam szoku. Tekst został tak drastycznie „ociosany”, że nie rozpoznałam własnego dzieła. Został brutalnie dopasowany do „języka obowiązującego w akademickiej pedagogice”. Mój autentyczny, drapieżny i głęboki przekaz ugłaskano, byle tylko nie burzył zastanych, wygodnych teorii. Gdzie w tym wszystkim zginęłam ja? Gdzie podział się mój głos?
Tamto doświadczenie ostatecznie mnie przebudziło. Stałam się bezkompromisowo wrażliwa na potrzebę ochrony mojej autentyczności — jako autorka, jako naukowiec, jako pacjentka, a przede wszystkim jako człowiek, który ma odwagę wyrażać siebie, a nie cudze paradygmaty.
Doskonale pamiętam czasy mojej młodości i wszechobecne komunistyczne hasło „wyrównania do szeregu”. Wszyscy mieliśmy być tacy sami, odgórnie sformatowani i przygotowani do zawodów, które narzuciło nam społeczeństwo. Pamiętam przymusowe „nakazy pracy” po studiach. Dziś system twierdzi, że tamte czasy minęły. Ale czy na pewno? Czy Twój głos nie jest dziś tak samo przeinaczany, spłaszczany lub całkowicie ignorowany? Mój głos nigdy nie był wymierzony przeciwko człowiekowi. On krzyczy dla jego dobra. Dlaczego więc próbuje się go eliminować?
Jako wolny człowiek nie proszę — ja kategorycznie nakazuję i żądam respektowania moich praw, które gwarantują mi międzynarodowe standardy, w tym Europejska Konwencja Praw Człowieka, ratyfikowana przez Polskę w 1993 roku. Mam pełne prawo do zachowania moich unikalnych obserwacji jako autorka, badaczka i pacjentka wnosząca nową wartość do nauki. Rozumiem, że w 1948 roku totalitarna Polska nie była gotowa na podpisanie Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka ONZ. Przez to moje prawa jako dziecka zostały bezwzględnie złamane, gdy na moich oczach stalinowski reżim niszczył życie mojego ojca i całej naszej rodziny. Jednak w 1977 roku nasz kraj podpisał Międzynarodowe Pakty Praw Człowieka. Pytam więc głośno: dlaczego do dziś system nie zwrócił nam — mnie i mojemu bratu — pełni zdeptanej w dzieciństwie godności? Dlaczego wciąż próbuje się nas uciszać?
Przez trzydzieści lat pracy z klientami, studentami i uczestnikami moich warsztatów widziałam gigantyczną przepaść między teorią a życiem. Czy miałam prawo powiedzieć cierpiącej kobiecie w moim gabinecie: „To, co pani czuje i obserwuje w swoim ciele, nie pasuje do akademickiego podręcznika, więc to nie istnieje”? W psychosyntezie nikt nie każe ślepo klękać przed dogmatami. Życie nieustannie wnosi nową jakość, której nie da się zamknąć w XVII-wiecznym, kartezjańsko-newtonowskim paradygmacie, traktującym człowieka jak biologiczną maszynę.
Najgorsze jest to, że kiedy stajesz w gabinecie i mówisz o własnych, osobistych odczuciach, system natychmiast próbuje przypiąć ci łatkę hochsztaplera lub szarlatana. Pamiętam konferencje naukowe, na których bezczelnie przerywano moje wystąpienia. Powód był jeden, choć niewypowiedziany na głos: „lepiej o tym nie mówić — to burzy nasz spokój”.
Tymczasem cała historia nauki, medycyny i pedagogiki udowadnia coś zupełnie przeciwnego. Każde wielkie, epokowe odkrycie zawsze zaczynało się od jednej odważnej jednostki, która miała odwagę wstać i powiedzieć: „Przepraszam, ale ja widzę to zupełnie inaczej”. Ci ludzie nie mieli na starcie gotowych dowodów ani laboratoryjnych tabel. Mieli coś znacznie cenniejszego: czystą, nieuprzedzoną obserwację. Dopiero lata później przychodziły za nimi badania. Robert Graves nie zaczął od gotowego opisu choroby tarczycy. Hakaru Hashimoto również nie otworzył podręcznika z gotową nazwą zapalenia gruczołu. Oni po prostu patrzyli na pacjenta z empatią i uważnością. Zaczęli od obserwacji i próby zrozumienia.
Moje własne ciało pokazało mi, że procesy chorobowe są dynamiczną historią. Mój ból w fibromialgii każdego dnia był inny, wymykał się sztywnym definicjom. Ktoś musiał być pierwszy, by zauważyć i nazwać to, czego ślepy system nie potrafił nawet dostrzec. Ja podjęłam to wyzwanie. Obserwowałam te sygnały w sobie, a potem — dzięki genialnym narzędziom psychosyntezy — połączyłam je w piękny, spójny obraz całości. Zrobiłam to, by powrócić do wewnętrznej harmonii, która jest jedynym, naturalnym stanem naszego organizmu.
Rodzinne lustra życiowych problemów i chorób
Tak, to właśnie w rodzinach zaczyna się większość naszych życiowych problemów i chorób. W moim przypadku sytuacja była jeszcze dramatyczniejsza — jako rodzina podlegaliśmy permanentnej, bezwzględnej inwigilacji przez aparat państwowy i jego organy bezpieczeństwa. Symbolem tamtych lat było całkowite zasznurowanie ust. Musieliśmy milczeć o tym, jak traktowano mojego ojca, co z nim robiono i jak niszczono nas — obywateli, których bliscy oddali życie za ojczyznę.
Jedną z tych ofiar był mój wuj, brat mojej mamy. Podczas Powstania Warszawskiego został rozstrzelany przez Niemców wraz z całym swoim oddziałem w rejonie Boernerowa. Gdy po wojnie doszło do masowych ekshumacji, rodzina musiała na własny koszt i własnymi rękami pochować go w kwaterze na Powązkach Wojskowych. Niedługo później do narodowego panteonu ofiar dołączył mój ojciec. Stał się krwawą ofiarą stalinowskiego systemu — udręczony przez katów, którzy poddali go czterdziestu dziewięciu wyrafinowanym rodzajom tortur. Jego serce nie wytrzymało tego piekła. Odszedł, zabity przez totalitarną machinę.
Kolejnymi poszkodowanymi staliśmy się my — dzieci zamordowanej ofiary. Przez dekady system odmawiał nam jakichkolwiek praw, uznając, że zadośćuczynienie należy się wyłącznie wdowom. Prawda o tamtych bezprecedensowych potwornościach lat 40. została cynicznie schowana za kurtyną milczenia. Państwo zaczęło później honorować głównie opozycjonistów z czasów Solidarności, całkowicie wymazując z pamięci fakt, że najkrwawsze, nieludzkie tragedie działy się dekadę wcześniej.
Tymczasem nauka nie kłamie. Liczne i rzetelne badania Wydziału Psychiatrii Uniwersytetu Jagiellońskiego, prowadzone już od lat 60. XX wieku udowodniły bezsprzecznie, że tego rodzaju potężne traumy ofiar reżimów totalitarnych nie znikają wraz ze śmiercią prześladowanych. One są dziedziczone i przechodzą na kolejne trzy, a nawet cztery pokolenia.
Czas zacząć głośno i odważnie wiązać fakty. Kiedy zaczniemy rzetelnie obserwować i łączyć skutki z ich pierwotnymi przyczynami, droga bezbłędnie doprowadzi nas prosto do chorób autoimmunologicznych — do biologicznego buntu ciała, który trawi całe pokolenia ofiar.
W poczuciu tej dziejowej niesprawiedliwości i naukowej prawdy w maju 2026 roku złożyłam oficjalną Petycję do Sejmu RP. Dotyczy ona pilnej nowelizacji ustawy o IPN oraz pełnego przywrócenia należnych praw i godności pokoleniowym ofiarom totalitarnej zagłady. Jako człowiek i jako córka mam święte prawo domagać się poszanowania dla siebie i pamięci mojej rodziny. Dokładnie teraz, gdy piszę te słowa w sierpniu 2026 roku, mija ustawowy, trzymiesięczny termin na oficjalną reakcję rządu. Czekam na odpowiedź. Dla systemu to tylko kolejne tygodnie urzędowych procedur, ale dla nas to już siedemdziesiąt siedem lat bolesnego, systemowego zapomnienia.
Daję sobie prawo do czucia siebie i wyrażania tego w specjalistycznej poradni