E-book
6.83
drukowana A5
27.6
drukowana A5
kolorowa
54.21
Tunezja

Bezpłatny fragment - Tunezja

Co zobaczyłem po drugiej stronie lustra

Objętość:
156 str.
ISBN:
978-83-8126-968-1
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 27.6
drukowana A5
kolorowa
za 54.21

Djerba na dobry początek

Wszystko, co ma swój koniec, musiało mieć swój początek. To mój twórczy wkład w słynny lapsus z filmu Matrix. Skąd się to wzięło akurat na samym początku książki o moich wyprawach do Tunezji? Ano stąd, że ostatni raz byłem w tym kraju już kilka lat temu oraz z stąd, że to właśnie Tunezja była pierwszym krajem poza Europą, który zobaczyłem. Nie wiem dziś, czy jeszcze kiedykolwiek tam pojadę, czasu coraz mniej, a atmosfera też mało przychylna wyjazdom do Afryki Północnej. Szkoda, bo to była miłość od pierwszego wejrzenia. Kto wie, jak potoczyłyby się moje losy, czy podróże stałyby się moim sposobem na życie, czy napisałbym jakąkolwiek książkę? Gdyby nie tamta krótka podróż wszystko mogło się potoczyć inaczej. Stało się jednak tak, jak się stało. Kilkudniowa wyprawa do Tunezji stała się ziarnem rzuconym na przygotowaną glebę, jak mały kamień rzucony z góry, spowodowała lawinę wydarzeń, które zmieniły moje życie na zawsze. Teraz, po kilkunastu latach, przyszła pora żeby wrócić do tamtych dni i zastanowić się, co takiego w nich było szczególnego, że dziś mój balkon na Ursynowie wygląda prawie tak samo jak taras hotelu Sidi Slim na Djerbie, przynajmniej jeśli chodzi o kwitnące na nim Bougainville. Zakochałem się wtedy w jej kwiatach i dzięki kilkunastu latom pielęgnacji dziś w sezonie letnim mogę cieszyć się widokiem, jak w Tunezji, gdy byłem tam po raz pierwszy.

To była zima, czas gdy wstajemy w nocy by udać się do pracy i w nocy z niej wracamy. Bura, sina, pełna wiatru, deszczu i śniegu. Taka przynajmniej była pogoda, gdy wylatywaliśmy z Warszawy. Gdy wsiadaliśmy do samolotu wicher smagał nam twarze marznącym deszczem, było po prostu okropnie.

Był to też mój pierwszy lot samolotem po bardzo długiej przerwie, od czasów studenckich, gdy leciałem do Gruzji przez Moskwę. Jeszcze nie wiedziałem, jak bardzo kocham latanie, ale właśnie się miąłem dowiedzieć. I nie przeszkodziło mi, gdy nieźle już podlany turysta udawał na schodach, że chce wracać, bo tak się boi latania. Ja, jakoś nigdy się nie bałem, choć mam chorobliwy lęk wysokości. Właściwie to jest lęk przestrzeni, co w przypadku ciasnego samolotu z małymi okienkami robi taką różnicę, że prędzej mogę dostać klaustrofobii. Kocham latać od pierwszego razu. Kocham, bo latanie to najszybsza ze znanych nam dziś możliwości zmiany miejsca, bo na drugim końcu jest lotnisko zupełnie gdzie indziej, jest inne wszystko, jest przygoda.

Po drodze obejrzeliśmy światła Europy, a zwłaszcza całego Półwyspu Apenińskiego, z Rzymem na czele. Potem skręt przez Sycylię i za chwilę jesteśmy już nad Afryką. Pod nami Tunis. Stało się, pierwszy raz jestem na innym kontynencie, niż się urodziłem.

Wylądowaliśmy bardzo późno w nocy, gorąco to zdecydowanie nie było, ale też się tego nie spodziewaliśmy. To jednak zima, pora roku występująca również w Afryce Północnej, ale nazywana łagodną i tego właśnie chcieliśmy doświadczyć.

W nocy wszystkie koty są szare, to akurat powiedzenie chińskie. Po drodze z lotniska w Zarzis mogliśmy sobie to dokładnie uświadomić. Jechaliśmy dość długo, przez całą wyspę, jak się potem okazało. Ja z twarzą przylepioną do szyby, Gosia raczej do fotela.

Na zewnątrz, poza ciemnością, migały drzewa oraz domostwa. W tym większe i mniejsze wioski i miasteczka. Niewiele z tego pamiętam, poza wrażeniem, że poza szarymi cieniami nic więcej nie widziałem. Stąd właśnie skojarzyło mi się stare chińskie przysłowie.

Oznacza ono, między innymi, żeby nie oceniać nim się w pełnym świetle dnia nie zobaczy. Trzeba będzie zatem poczekać do rana, żeby się przekonać gdzie jesteśmy. Podobnie w hotelu, najpierw czekaliśmy na klucze od pokoju, potem ktoś nas zaprowadził przez ogród do naszego bungalowu, otworzył drzwi i życzył dobrej nocy. W środku było ciepło, okna zasłonięte, pozostało tylko spłukać z siebie pył podróży i iść spać.

Sidi Slim

Gdy się obudziłem, było dalej ciemno i cicho. Musiał być dzień, bo widziałem ściany i meble w pokoju, ale w jakimś półmroku. Było też cicho, żadnych odgłosów, żadnego ruchu na zewnątrz. Co każdy z nas robi jak rano wstaje? No to udałem się tam, gdzie wszyscy. W łazience było małe okno pod sufitem, a za oknem … palmy. Wlazłem na krzesełko i gapiłem się na rozcapierzone, wielkie zielone liście łagodnie kołyszące się na wielkich brązowych pniach. Całkiem jak w palmiarni w ogrodzie botanicznym. Ale to nie był ogród pod szkłem.

Już chciałem zawołać Gosię, gdy zorientowałem się, co ja wyprawiam. Po jakiego ja gapię się na te palmy przez okienko w ubikacji, skoro mogę po prostu wyjść na zewnątrz. Najpierw jednak wylazłem z łazienki.

W ciemnym pokoju zobaczyłem na podłodze linię białego światła, ciągnęła się od szpary pod drzwiami na zewnątrz, przez całą szerokość pokoju aż do przeciwległej ściany. Bardzo mnie to zafrapowało, a najbardziej zabawne jest to, że nie do końca skojarzyłem, czym to zjawisko było spowodowane. Podszedłem do zewnętrznych drzwi, otworzyłem je gwałtownie i tak samo gwałtownie zamknąłem oczy. Bo słońce, które tworzyło ową linię na podłodze, teraz odebrało mi wzrok. Dostałem prosto w twarz oślepiającym tunezyjskim słońcem i trochę czasu minęło, zanim odzyskałem wzrok. A jak go odzyskałem to z kolei utraciłem mowę.

Oto jaki miałem widok stojąc ogłupiały w drzwiach naszego bungalowu. Oj cóż w tym widoku jest tak spektakularnego, że mi mowę odjęło? To typowy dla tego rejonu świata ogród. Tylko, że ja w tym regionie świata nigdy nie byłem i nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem, to był zachwyt pierwszego razu. Owo wspaniałe uczucie, które pojawia się właśnie tylko ten jeden jedyny raz, a każde powtórzenie daje coraz mniejsze efekty, aż człowiek wreszcie przywyka i przestaje zauważać.

Dla mnie w tej chwili nie było na świecie nic piękniejszego, tak uważałem dopóki nie poszedłem dalej. Hotel zbudowano na planie prostokątów, których boki stanowiły parterowe bungalowy, a w środku każdego „podwórka” otoczonego budynkami zaaranżowano ogrody. Prowadziły przez nie betonowe ścieżki do sąsiednich kwartałów, a także nad morze i w kierunku recepcji, za którą było wyjście z hotelu na drogę.

Jeśli „magiczny ogród Szeherezady”, jak go sobie nazwałem, dał mi kopa, to za chwilę było jeszcze gorzej, bo poszedłem zobaczyć jak wygląda Morze Śródziemne. Dla kogoś, kto z gatunku morze, widział tylko Bałtyk, to jak strzał w potylicę. Ten błękit zabija, mnie w każdym razie dobił. Pamiętam jak dziś, miałem uczucie, że to wszystko jest nieprawdziwe, to jakaś iluzja, bo świat nie może być taki piękny. No, żebym ja wtedy wiedział, jaki jeszcze piękny może być. Póki co jednak byłem ja i błękitne morze, błękitne niebo i złoty piasek pod stopami, i ten obłędny blask słońca.

A wszystko to w czasie zimowych ferii, gdzieś tam daleko na północ z szaroburego nieba padał śnieg z deszczem, skuleni i przemoczeni ludzie, klnąc na czym świat taką pogodę, musieli jechać do pracy a ja sobie siedziałem w gaciach na leżaku i nic, absolutnie nic mi już nie było potrzebne.

Oczywiście, Tunezja nie leży aż tak daleko na południe, żeby zamiast zimy było lato. Tak naprawdę nie było nawet 20°C, ale w słońcu iluzja lata była całkowita. No, do czasu aż od morza trochę powiało.

Obudziłem Gosię, zagotowałem wodę grzałką jeszcze z czasów poprzedniego ustroju, siedliśmy na tarasie naszego małego domku, pod girlandami kwiatów Bougenwilli. Tak powinno wyglądać życie człowieka.

Pierwiastek duchowy został nakarmiony, ale człowiek ma jeszcze ciało, a nasze stanowczo domagały się śniadania. Poszliśmy więc na nasze pierwsze śniadanie w arabskim kraju. Znów coś po raz pierwszy. Dziś bym powiedział, szału nie było, ale takie na przykład świeże daktyle ze słodkim jogurtem w naszej kuchni jeszcze się nie zadomowiły. Poznaliśmy też smak wszechobecnego w Tunezji serka topionego Kiri Kiri; kto tam choć raz był na pewno go jadł. Jest też sławetna mortadela o różowym kolorze, robiona z czegoś co smakuje osłem lub kozą albo jednym i drugim na raz. Ta była serwowana na śniadanie wszędzie, gdzie byliśmy, miała pewnie za zadanie potwierdzić, że podano wędliny, choć wiele jej do tej kategorii brakuje. Gosia może jadła ją raz, potem konsekwentnie odmawiała woląc zostać jaroszem niż wziąć to do ust jeszcze raz. Pamiętam jeszcze świeże cytrusy i oliwki, w życiu tak sobie oliwek nie jadłem. Może od tego dnia zaczęły mi tak smakować, że dziś potrafię je pożerać jak solone orzeszki, garściami.

Po zaspokojeniu potrzeb ciała, wróciliśmy znów do ducha.

Najpierw poprosiłem kogoś z plączących się gości hotelowych, żeby nam zrobił zdjęcie na tle naszego domku. Cały czas miałem uczucie jakiejś nierealności, nietrwałości tej sytuacji. Wydawało mi się, że po prostu zaraz się obudzę, magiczny ogród zniknie, a ja będę musiał wstać i jechać autobusem przez szare miasto do kolejnego klienta, któremu coś w systemie siadło. Na szczęście i moje szare miasto i moi klienci byli tysiące kilometrów stąd. Ani domek, ani ogród nie zniknął.

Plaża też nigdzie nie zniknęła, rozłożyliśmy się na leżakach i teraz już były wakacje na całego.

Oprócz nas jakoś nikogo innego nie było, a nieliczni autochtoni, opatuleni w najprawdziwsze zimowe kurtki patrzyli na nas jak na wariatów. A nam przecież daleko do Szkotów czy Skandynawów, którzy potrafią wylegać na plażę, gdy tylko temperatura wyskoczy ponad 10°C, a na niebie pojawi się choć jeden promyk słońca.

Tunezyjczycy „czują wiosnę” dopiero jak temperatury osiągną co najmniej 25°, a najlepiej jeszcze więcej.

My za to poczuliśmy lato, była nawet próba wody, a konkretnie próba wejścia do wody. I tu czar prysł, kolor owszem jak trzeba, ale temperatura zdecydowanie nie. Tunezja to nie jest miejsce na zimowe kąpiele w morzu. Nawet nie chcę wiedzieć ile ta woda miała- i tak bardzo daleko od mojej dolnej granicy tolerancji.

Dla potrzeb dokumentacji Gosia nawet chwilę brodziła w płytkiej wodzie, ale zaraz potem wyskoczyła na brzeg, a stopy trzeba było reanimować. Ale trzeba przyznać, że do zdjęcia dobrze się nastawiła.

Mimo że w zasadzie nikogo na plaży nie było, pojawił się facet z wielbłądem. I udało mu się ją namówić na przejażdżkę.

My mamy pamiątkę, a on zarobił chyba na tygodniowe utrzymanie swoje i zwierzaka, tak nas skasował. Cóż, „świerzynka” zawsze frycowe płaci.

Znacznie bardziej zrobili nas na „ametystach”, gdy przyszedł następny gość oferujący te kamienie. Kryształy te, podobnie do innych, znajduje się we wnętrzu kamiennych bulw. Po rozłupaniu właściwego w środku zdarza się spotkać piękne gniazdo kryształów różnej wielkości i kształtu. Te nie były duże, gdzieś wielkości dłoni. W sam raz piękna pamiątka do postawienia gdzieś wśród innych egzotycznych trofeów.

Cena nie była zaporowa, poza tym i tak nie mieliśmy pojęcia ile to może kosztować, bo skąd zresztą. Kupiliśmy za marne ze dwadzieścia dolarów jedną połówkę i starczy.

Jakieś strasznie brudne to było, no to postanowiłem te ametysty umyć. I tu zdarzył się cud. Pod strumieniem wody z kranu, ametysty zaczęły z siebie wypuszczać kolor. Do umywalki spływała fioletowa woda, a ametysty stawały się białe. A potem zaczęły się zmniejszać jakby woda je rozpuszczała. Nie słyszałem o takiej ich odmianie, ale człowiek uczy się całe życie. Gdy kupuje kamienie szlachetne za 20 USD na plaży w Tunezji, to też się uczy. Co do cudu, to ametysty były solą więc nic dziwnego, że ją woda rozpuszczała, a fioletowe zabarwienie wynikało z nasączenia ich gencjaną. Poza tym buła była jak najbardziej prawdziwa i pochodziła ze słonego jeziora Chott El Jerid, leżącego daleko na zachód od Djerby.

Do dziś ją mamy i zawsze przywołuje we mnie miłe wspomnienia tego pięknego dnia i tego jak pięknie daliśmy się nabrać. A 20 USD za całe lata uśmiechów to chyba nie jest wygórowana cena. A teraz i Wy możecie się pośmiać więc w sumie zakup był jak najbardziej udany.

Pisałem, że woda nie nadaje się do kąpieli. Otóż bardzo się myliłem, bo zobaczyliśmy parę białasów, którzy do wody wskoczyli i nawet wytrzymali w niej z minutę zanim z wrzaskiem nie uciekli z powrotem do hotelu. W ten sposób poznaliśmy Izkę i Krzysia, na razie z daleka. Szalona odwaga okazała się być skutkiem wypicia przywiezionej z Polski butelki wewnętrznego ogrzewacza, ale i on na długo nie zadziałał.

Midoun

Hotel położony jest z dala od wszystkiego, w kompletnym zadupiu, oprócz kilku chatek tubylców nic tu nie ma. A my chcemy tę Afrykę zobaczyć, zwiedzić, poczuć. No to trzeba będzie gdzieś wyjść.

Jedyne miejsce, gdzie można wyjść to wąska droga asfaltowa. Dokąd prowadzi nikt nie wie, to znaczy oni tu wszyscy wiedzą, ale my nie, bo żadnych drogowskazów na razie nie widać.

Zamiast tego trafiliśmy na gromadkę miejscowych dzieciaków- to taka scena, gdy obie strony patrzą na siebie jak na dziwadło. One chyba też do takich niecodziennych postaci specjalnie nie były przyzwyczajone. To były dopiero początki „kolonizacji” wyspy przez turystów. Pozostało nam po tym spotkaniu śliczne zdjęcie, a dzieciaki najadły się polskich cukierków, które na szczęście zabraliśmy ze sobą. Zawsze dobrze cos mieć, bo w takich sytuacjach nic tak dobrze nie przełamuje lodów, jak mały słodki podarunek. To akurat jest absolutnie uniwersalne w każdym miejscu na kuli ziemskiej.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 27.6
drukowana A5
kolorowa
za 54.21