E-book
6.83
drukowana A5
29.78
drukowana A5
Kolorowa
57.63
Tunezja

Bezpłatny fragment - Tunezja

Co zobaczyłem po drugiej stronie lustra

Objętość:
156 str.
ISBN:
978-83-8126-968-1
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 29.78
drukowana A5
Kolorowa
za 57.63

Djerba na dobry początek

Wszystko, co ma swój koniec, musiało mieć swój początek. To mój twórczy wkład w słynny lapsus z filmu Matrix. Skąd się to wzięło akurat na samym początku książki o moich wyprawach do Tunezji? Ano stąd, że ostatni raz byłem w tym kraju już kilka lat temu oraz z stąd, że to właśnie Tunezja była pierwszym krajem poza Europą, który zobaczyłem. Nie wiem dziś, czy jeszcze kiedykolwiek tam pojadę, czasu coraz mniej, a atmosfera też mało przychylna wyjazdom do Afryki Północnej. Szkoda, bo to była miłość od pierwszego wejrzenia. Kto wie, jak potoczyłyby się moje losy, czy podróże stałyby się moim sposobem na życie, czy napisałbym jakąkolwiek książkę? Gdyby nie tamta krótka podróż wszystko mogło się potoczyć inaczej. Stało się jednak tak, jak się stało. Kilkudniowa wyprawa do Tunezji stała się ziarnem rzuconym na przygotowaną glebę, jak mały kamień rzucony z góry, spowodowała lawinę wydarzeń, które zmieniły moje życie na zawsze. Teraz, po kilkunastu latach, przyszła pora żeby wrócić do tamtych dni i zastanowić się, co takiego w nich było szczególnego, że dziś mój balkon na Ursynowie wygląda prawie tak samo jak taras hotelu Sidi Slim na Djerbie, przynajmniej jeśli chodzi o kwitnące na nim Bougainville. Zakochałem się wtedy w jej kwiatach i dzięki kilkunastu latom pielęgnacji dziś w sezonie letnim mogę cieszyć się widokiem, jak w Tunezji, gdy byłem tam po raz pierwszy.

To była zima, czas gdy wstajemy w nocy by udać się do pracy i w nocy z niej wracamy. Bura, sina, pełna wiatru, deszczu i śniegu. Taka przynajmniej była pogoda, gdy wylatywaliśmy z Warszawy. Gdy wsiadaliśmy do samolotu wicher smagał nam twarze marznącym deszczem, było po prostu okropnie.

Był to też mój pierwszy lot samolotem po bardzo długiej przerwie, od czasów studenckich, gdy leciałem do Gruzji przez Moskwę. Jeszcze nie wiedziałem, jak bardzo kocham latanie, ale właśnie się miąłem dowiedzieć. I nie przeszkodziło mi, gdy nieźle już podlany turysta udawał na schodach, że chce wracać, bo tak się boi latania. Ja, jakoś nigdy się nie bałem, choć mam chorobliwy lęk wysokości. Właściwie to jest lęk przestrzeni, co w przypadku ciasnego samolotu z małymi okienkami robi taką różnicę, że prędzej mogę dostać klaustrofobii. Kocham latać od pierwszego razu. Kocham, bo latanie to najszybsza ze znanych nam dziś możliwości zmiany miejsca, bo na drugim końcu jest lotnisko zupełnie gdzie indziej, jest inne wszystko, jest przygoda.

Po drodze obejrzeliśmy światła Europy, a zwłaszcza całego Półwyspu Apenińskiego, z Rzymem na czele. Potem skręt przez Sycylię i za chwilę jesteśmy już nad Afryką. Pod nami Tunis. Stało się, pierwszy raz jestem na innym kontynencie, niż się urodziłem.

Wylądowaliśmy bardzo późno w nocy, gorąco to zdecydowanie nie było, ale też się tego nie spodziewaliśmy. To jednak zima, pora roku występująca również w Afryce Północnej, ale nazywana łagodną i tego właśnie chcieliśmy doświadczyć.

W nocy wszystkie koty są szare, to akurat powiedzenie chińskie. Po drodze z lotniska w Zarzis mogliśmy sobie to dokładnie uświadomić. Jechaliśmy dość długo, przez całą wyspę, jak się potem okazało. Ja z twarzą przylepioną do szyby, Gosia raczej do fotela.

Na zewnątrz, poza ciemnością, migały drzewa oraz domostwa. W tym większe i mniejsze wioski i miasteczka. Niewiele z tego pamiętam, poza wrażeniem, że poza szarymi cieniami nic więcej nie widziałem. Stąd właśnie skojarzyło mi się stare chińskie przysłowie.

Oznacza ono, między innymi, żeby nie oceniać nim się w pełnym świetle dnia nie zobaczy. Trzeba będzie zatem poczekać do rana, żeby się przekonać gdzie jesteśmy. Podobnie w hotelu, najpierw czekaliśmy na klucze od pokoju, potem ktoś nas zaprowadził przez ogród do naszego bungalowu, otworzył drzwi i życzył dobrej nocy. W środku było ciepło, okna zasłonięte, pozostało tylko spłukać z siebie pył podróży i iść spać.

Sidi Slim

Gdy się obudziłem, było dalej ciemno i cicho. Musiał być dzień, bo widziałem ściany i meble w pokoju, ale w jakimś półmroku. Było też cicho, żadnych odgłosów, żadnego ruchu na zewnątrz. Co każdy z nas robi jak rano wstaje? No to udałem się tam, gdzie wszyscy. W łazience było małe okno pod sufitem, a za oknem … palmy. Wlazłem na krzesełko i gapiłem się na rozcapierzone, wielkie zielone liście łagodnie kołyszące się na wielkich brązowych pniach. Całkiem jak w palmiarni w ogrodzie botanicznym. Ale to nie był ogród pod szkłem.

Już chciałem zawołać Gosię, gdy zorientowałem się, co ja wyprawiam. Po jakiego ja gapię się na te palmy przez okienko w ubikacji, skoro mogę po prostu wyjść na zewnątrz. Najpierw jednak wylazłem z łazienki.

W ciemnym pokoju zobaczyłem na podłodze linię białego światła, ciągnęła się od szpary pod drzwiami na zewnątrz, przez całą szerokość pokoju aż do przeciwległej ściany. Bardzo mnie to zafrapowało, a najbardziej zabawne jest to, że nie do końca skojarzyłem, czym to zjawisko było spowodowane. Podszedłem do zewnętrznych drzwi, otworzyłem je gwałtownie i tak samo gwałtownie zamknąłem oczy. Bo słońce, które tworzyło ową linię na podłodze, teraz odebrało mi wzrok. Dostałem prosto w twarz oślepiającym tunezyjskim słońcem i trochę czasu minęło, zanim odzyskałem wzrok. A jak go odzyskałem to z kolei utraciłem mowę.

Oto jaki miałem widok stojąc ogłupiały w drzwiach naszego bungalowu. Oj cóż w tym widoku jest tak spektakularnego, że mi mowę odjęło? To typowy dla tego rejonu świata ogród. Tylko, że ja w tym regionie świata nigdy nie byłem i nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem, to był zachwyt pierwszego razu. Owo wspaniałe uczucie, które pojawia się właśnie tylko ten jeden jedyny raz, a każde powtórzenie daje coraz mniejsze efekty, aż człowiek wreszcie przywyka i przestaje zauważać.

Dla mnie w tej chwili nie było na świecie nic piękniejszego, tak uważałem dopóki nie poszedłem dalej. Hotel zbudowano na planie prostokątów, których boki stanowiły parterowe bungalowy, a w środku każdego „podwórka” otoczonego budynkami zaaranżowano ogrody. Prowadziły przez nie betonowe ścieżki do sąsiednich kwartałów, a także nad morze i w kierunku recepcji, za którą było wyjście z hotelu na drogę.

Jeśli „magiczny ogród Szeherezady”, jak go sobie nazwałem, dał mi kopa, to za chwilę było jeszcze gorzej, bo poszedłem zobaczyć jak wygląda Morze Śródziemne. Dla kogoś, kto z gatunku morze, widział tylko Bałtyk, to jak strzał w potylicę. Ten błękit zabija, mnie w każdym razie dobił. Pamiętam jak dziś, miałem uczucie, że to wszystko jest nieprawdziwe, to jakaś iluzja, bo świat nie może być taki piękny. No, żebym ja wtedy wiedział, jaki jeszcze piękny może być. Póki co jednak byłem ja i błękitne morze, błękitne niebo i złoty piasek pod stopami, i ten obłędny blask słońca.

A wszystko to w czasie zimowych ferii, gdzieś tam daleko na północ z szaroburego nieba padał śnieg z deszczem, skuleni i przemoczeni ludzie, klnąc na czym świat taką pogodę, musieli jechać do pracy a ja sobie siedziałem w gaciach na leżaku i nic, absolutnie nic mi już nie było potrzebne.

Oczywiście, Tunezja nie leży aż tak daleko na południe, żeby zamiast zimy było lato. Tak naprawdę nie było nawet 20°C, ale w słońcu iluzja lata była całkowita. No, do czasu aż od morza trochę powiało.

Obudziłem Gosię, zagotowałem wodę grzałką jeszcze z czasów poprzedniego ustroju, siedliśmy na tarasie naszego małego domku, pod girlandami kwiatów Bougenwilli. Tak powinno wyglądać życie człowieka.

Pierwiastek duchowy został nakarmiony, ale człowiek ma jeszcze ciało, a nasze stanowczo domagały się śniadania. Poszliśmy więc na nasze pierwsze śniadanie w arabskim kraju. Znów coś po raz pierwszy. Dziś bym powiedział, szału nie było, ale takie na przykład świeże daktyle ze słodkim jogurtem w naszej kuchni jeszcze się nie zadomowiły. Poznaliśmy też smak wszechobecnego w Tunezji serka topionego Kiri Kiri; kto tam choć raz był na pewno go jadł. Jest też sławetna mortadela o różowym kolorze, robiona z czegoś co smakuje osłem lub kozą albo jednym i drugim na raz. Ta była serwowana na śniadanie wszędzie, gdzie byliśmy, miała pewnie za zadanie potwierdzić, że podano wędliny, choć wiele jej do tej kategorii brakuje. Gosia może jadła ją raz, potem konsekwentnie odmawiała woląc zostać jaroszem niż wziąć to do ust jeszcze raz. Pamiętam jeszcze świeże cytrusy i oliwki, w życiu tak sobie oliwek nie jadłem. Może od tego dnia zaczęły mi tak smakować, że dziś potrafię je pożerać jak solone orzeszki, garściami.

Po zaspokojeniu potrzeb ciała, wróciliśmy znów do ducha.

Najpierw poprosiłem kogoś z plączących się gości hotelowych, żeby nam zrobił zdjęcie na tle naszego domku. Cały czas miałem uczucie jakiejś nierealności, nietrwałości tej sytuacji. Wydawało mi się, że po prostu zaraz się obudzę, magiczny ogród zniknie, a ja będę musiał wstać i jechać autobusem przez szare miasto do kolejnego klienta, któremu coś w systemie siadło. Na szczęście i moje szare miasto i moi klienci byli tysiące kilometrów stąd. Ani domek, ani ogród nie zniknął.

Plaża też nigdzie nie zniknęła, rozłożyliśmy się na leżakach i teraz już były wakacje na całego.

Oprócz nas jakoś nikogo innego nie było, a nieliczni autochtoni, opatuleni w najprawdziwsze zimowe kurtki patrzyli na nas jak na wariatów. A nam przecież daleko do Szkotów czy Skandynawów, którzy potrafią wylegać na plażę, gdy tylko temperatura wyskoczy ponad 10°C, a na niebie pojawi się choć jeden promyk słońca.

Tunezyjczycy „czują wiosnę” dopiero jak temperatury osiągną co najmniej 25°, a najlepiej jeszcze więcej.

My za to poczuliśmy lato, była nawet próba wody, a konkretnie próba wejścia do wody. I tu czar prysł, kolor owszem jak trzeba, ale temperatura zdecydowanie nie. Tunezja to nie jest miejsce na zimowe kąpiele w morzu. Nawet nie chcę wiedzieć ile ta woda miała- i tak bardzo daleko od mojej dolnej granicy tolerancji.

Dla potrzeb dokumentacji Gosia nawet chwilę brodziła w płytkiej wodzie, ale zaraz potem wyskoczyła na brzeg, a stopy trzeba było reanimować. Ale trzeba przyznać, że do zdjęcia dobrze się nastawiła.

Mimo że w zasadzie nikogo na plaży nie było, pojawił się facet z wielbłądem. I udało mu się ją namówić na przejażdżkę.

My mamy pamiątkę, a on zarobił chyba na tygodniowe utrzymanie swoje i zwierzaka, tak nas skasował. Cóż, „świerzynka” zawsze frycowe płaci.

Znacznie bardziej zrobili nas na „ametystach”, gdy przyszedł następny gość oferujący te kamienie. Kryształy te, podobnie do innych, znajduje się we wnętrzu kamiennych bulw. Po rozłupaniu właściwego w środku zdarza się spotkać piękne gniazdo kryształów różnej wielkości i kształtu. Te nie były duże, gdzieś wielkości dłoni. W sam raz piękna pamiątka do postawienia gdzieś wśród innych egzotycznych trofeów.

Cena nie była zaporowa, poza tym i tak nie mieliśmy pojęcia ile to może kosztować, bo skąd zresztą. Kupiliśmy za marne ze dwadzieścia dolarów jedną połówkę i starczy.

Jakieś strasznie brudne to było, no to postanowiłem te ametysty umyć. I tu zdarzył się cud. Pod strumieniem wody z kranu, ametysty zaczęły z siebie wypuszczać kolor. Do umywalki spływała fioletowa woda, a ametysty stawały się białe. A potem zaczęły się zmniejszać jakby woda je rozpuszczała. Nie słyszałem o takiej ich odmianie, ale człowiek uczy się całe życie. Gdy kupuje kamienie szlachetne za 20 USD na plaży w Tunezji, to też się uczy. Co do cudu, to ametysty były solą więc nic dziwnego, że ją woda rozpuszczała, a fioletowe zabarwienie wynikało z nasączenia ich gencjaną. Poza tym buła była jak najbardziej prawdziwa i pochodziła ze słonego jeziora Chott El Jerid, leżącego daleko na zachód od Djerby.

Do dziś ją mamy i zawsze przywołuje we mnie miłe wspomnienia tego pięknego dnia i tego jak pięknie daliśmy się nabrać. A 20 USD za całe lata uśmiechów to chyba nie jest wygórowana cena. A teraz i Wy możecie się pośmiać więc w sumie zakup był jak najbardziej udany.

Pisałem, że woda nie nadaje się do kąpieli. Otóż bardzo się myliłem, bo zobaczyliśmy parę białasów, którzy do wody wskoczyli i nawet wytrzymali w niej z minutę zanim z wrzaskiem nie uciekli z powrotem do hotelu. W ten sposób poznaliśmy Izkę i Krzysia, na razie z daleka. Szalona odwaga okazała się być skutkiem wypicia przywiezionej z Polski butelki wewnętrznego ogrzewacza, ale i on na długo nie zadziałał.

Midoun

Hotel położony jest z dala od wszystkiego, w kompletnym zadupiu, oprócz kilku chatek tubylców nic tu nie ma. A my chcemy tę Afrykę zobaczyć, zwiedzić, poczuć. No to trzeba będzie gdzieś wyjść.

Jedyne miejsce, gdzie można wyjść to wąska droga asfaltowa. Dokąd prowadzi nikt nie wie, to znaczy oni tu wszyscy wiedzą, ale my nie, bo żadnych drogowskazów na razie nie widać.

Zamiast tego trafiliśmy na gromadkę miejscowych dzieciaków- to taka scena, gdy obie strony patrzą na siebie jak na dziwadło. One chyba też do takich niecodziennych postaci specjalnie nie były przyzwyczajone. To były dopiero początki „kolonizacji” wyspy przez turystów. Pozostało nam po tym spotkaniu śliczne zdjęcie, a dzieciaki najadły się polskich cukierków, które na szczęście zabraliśmy ze sobą. Zawsze dobrze cos mieć, bo w takich sytuacjach nic tak dobrze nie przełamuje lodów, jak mały słodki podarunek. To akurat jest absolutnie uniwersalne w każdym miejscu na kuli ziemskiej.

Poza spotkaniem z uroczą grupką dzieciaków i kompletnie inną rzeczywistością, niż ta, do jakiej przywykliśmy, nie było w pobliżu Sidi Slim nic ciekawego. Zainteresowały mnie wielkie palmy daktylowe rosnące w pobliżu, ale chodzenie po czyimś sadzie, bo był to sad, nie należy przecież do dobrych obyczajów, więc się wycofałem z powrotem na pustą drogę.

Od czasu do czasu coś nią przejeżdżało, ale ruch był mały. W końcu ktoś się koło nas zatrzymał, była to żółta taksówka. Pyta nas, gdzie chcemy jechać, a ja mu na to, że nie mamy zielonego pojęcia. Niech Allah więcej takich klientów co dzień przynosi. W końcu z licznych propozycji, ze zwyczajnego strachu przed nieznanym, wybraliśmy najbliższe miasteczko. Nazywa się Midoun i jest oddalone kilka kilometrów od hotelu.

Nie wiem czego się spodziewałem, chyba nie miałem po prostu pojęcia, jak może wyglądać arabskie miasteczko. Na pewno się nie spodziewałem, że wygląda tak jak wyglądało Midoun.

Szok to chyba najlepsze określenie mojego stanu ducha. Ale biorąc pod uwagę, że najbardziej egzotyczne miejsce, jakie do tej pory widziałem to bułgarski Sozopol, to jak miało być? Znalazłem się nagle w środku tętniącego własnym życiem małego miasta na położonej w Afryce wyspie, wyspie gdzie od tysięcy lat mieszało się wszystko. Ludzie, kultura, zwyczaje. Taksówkarz wjechał na centralny plac, zostawił nas i życzył miłych wrażeń.

No to jesteśmy. Po pierwsze, wokół nas nie ma żadnego Europejczyka, otaczają nas wyłącznie ludzie, jeśli nie całkiem różni kolorem skóry to na pewno ubiorem. Tak poznałem jak to jest czuć się obcym w obcym kraju. I bardzo mi się to nie podobało, to znaczy po prostu miałem zwyczajnego stracha. Dziś na samo wspomnienie tego jak się czułem, śmieję się prawie do łez. A to, co mnie wtedy przerażało teraz mnie cieszy i napędza. Może to jak z pływaniem w wodzie, gdy już się człowiek oswoi z nowym środowiskiem to potem z radością do niego wraca.

No ale tylko zobaczcie, gdzie ja wylądowałem? Jeśli coś mi to przypominało, to targ w Rabce, gdzie trzydzieści lat temu jeździłem z rodzicami w czasie wakacji. Tamto też było dla mnie bardzo, ale to bardzo egzotyczne. To co dopiero powiedzieć o tym.

Djerba jest miejscem bardzo historycznie bogatym, choć dziś to rejon mocno podupadły. Ale nie zawsze tak było. Otóż jest to, ni mniej ni więcej, ta sama wyspa, na której Odyseusz spędził 40 lat. W czasach starożytnej Grecji Djerba była w zasięgu tej właśnie kultury, a ówcześni jej mieszkańcy byli całkowicie biali. Do dziś żyją ich potomkowie, co jest swojego rodzaju ciekawostką. Potem wskutek licznych wędrówek ludów wszystko tu się kompletnie pomieszało. Dziś, chyba tylko Azjatów tu brakuje. Mieszkają tu starozakonni Żydzi, Arabowie z Zatoki Perskiej, Berberowie z pobliskiego kontynentu i przyjezdni z głębszych rejonów Afryki.

Jakie typy tu można zobaczyć na ulicy, gdy koło mnie przeszły dwie tęgie Murzynki w strojach przypominających białe balowe suknie i w wielkich, równie białych kapeluszach, mowę mi zupełnie odebrało. Chciałeś Włodek egzotyki no to masz.

Gdy już trochę połaziliśmy i zorientowaliśmy się, że nikt się nami nie interesuje, że jesteśmy tylko jeszcze jednym kolejnym elementem tej wieży Babel, strach nieco ustąpił i mogłem się cieszyć tym, co jest tu i teraz. W ilu takich miejscach potem byłem, ale już chyba nigdy nic nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak ów spacer po Midoun na Djerbie.

Był tam też oczywiście najprawdziwszy w świecie arabski suk, gdzie sprzedaje się przede wszystkim wyroby rękodzielnicze. To kolejne miejsce, gdzie nas nigdy nie było, znane mi owszem, ale raczej z filmów. Okazało się, że prawda ekranu nie zawsze jest całkiem inna niż prawda czasu, ale też nie całkiem taka sama.

Najpierw widziałem, jak chłopaki ze sklepu przy wejściu na bazar „zniknęli” turystce męża. Wystarczyło, że Pani na chwilę się odwróciła, a jej mąż został niemal siłą wciągnięty do najbliższego sklepu. Jak się odwróciła, już go nie było. I znów poczułem się jak w filmie. Pokierowałem ją gdzie trzeba, ale w oczach już miała czyste przerażenie. A ja sobie to zapamiętałem i tylko dlatego udało mi się żonę upilnować, bo nie raz ją próbowali „znikać”.

Raz jednak oni byli górą. Weszliśmy do sklepu z odzieżą, gdy nagle zauważyłem, że Gosi nie ma. Znalazła się za zasłoną przed lustrem, ale już od stóp do głów przebrana za Arabkę. Tylko zawinąć w dywan i porwać do haremu, przynajmniej w filmach tak dokładnie jest. W prawdziwym życiu raczej się to nie zdarza, ale jak się człowiek znajdzie w środku arabskiego suku, gdzieś na końcu świata, to nie takie rzeczy się wydają możliwe. Wtedy wcale bym się nie zdziwił, gdyby oni naprawdę na tych dywanach latali.

Jeśli już jesteśmy przy dywanach, to owszem nawet jeden kupiliśmy. To niby prosta sprawa, sklepów z dywanami zatrzęsienie, w każdym z nich wybór ogromny. No to jaki problem kupić dywan? Ano taki, że tu nic nie można kupić normalnie, tylko trzeba się targować. Można oczywiście zapłacić cenę wywoławczą, ale ma to swoje złe strony, dwie konkretnie. Pierwsza to przepłacenie za towar kilkaset procent, to się po prostu kompletnie nie kalkuluje. Na dodatek, dla sprzedawcy kupienie towaru bez targowania to straszna obraza. Nie wiadomo co gorsze, czy po prostu napluć mu w twarz, czy zapłacić ile zażądał.

Na dodatek dywany to towar szczególny, tego nie kupuje się codziennie, więc w tym wypadku ceremoniał gra rolę szczególną. Zwykle, gdy wejdziesz do sklepu z dywanami, od razu dostajesz krzesełko i herbatę. A przed tobą zaczyna się cyrk dywanowy. Pomocnicy sprzedawcy wyciągają i prezentują, co tylko sklep ma do zaoferowania. Oferta jest „personalizowana” według tego, jakie sprawiasz wrażenie. Nie będą turyście w starych gaciach i klapkach pokazywać prawdziwych perskich dywanów, bo i tak nie kupi. Ale też nie zaniedbują każdej okazji, żeby jednak towar z wyższej półki wcisnąć, a nuż się uda.

W tych zmaganiach od razu jesteś na straconej pozycji. Iluż ja widziałem mądrali, którzy utrzymywali, że wywiedli sprzedawców w pole i grosze zapłacili. Akurat, i tak zostali oszwabieni, może tylko nieco mniej. I właśnie o to chodzi, o minimalizację strat, bo to, że kupisz dywan poniżej jego ceny, a sklepikarz do tej transakcji dołoży można włożyć między bajki, arabskie bajki z tysiąca i jednej nocy oczywiście.

Mój „pokaz” skończył się tym, ze sam zdecydowałem, że na żaden z prezentowanych dywanów mnie stać nie będzie. Poza tym, nie mam jak tego wziąć, więc interesuje mnie coś małego, czyli nie dywan ale dywanik. Nie ucieszyło to mojego gospodarza, no trudno, na mnie majątku nie zbije. Wybrałem takie małe niebiesko białe z berberyjskimi wzorami. W sam raz pod nasz stolik w sypialni. To nie może drogo kosztować. A jednak, on mi za takie coś zaśpiewał 420 USD. No i się zaczęło, ja mu na to, że dam 20 USD. Myślałem, że teraz to mnie ze sklepu wyrzuci, ale nie, ring został wyznaczony, pora na starcie.

Po kilku dobrych rundach, stanęło na 55 USD, a ja wiedziałem, że solidnie przepłacam. On za to robił wrażenie, jakby ta transakcja miała go kompletnie zrujnować. Gdy na koniec powiedziałem, że chcę zapłacić kartą kredytową, rzucał moim dywanikiem po podłodze, niby tak przypadkiem. Ale to oczywiście tylko teatr. Cała zabawa trwała ponad 40 minut, a ja byłem cały spocony i roztrzęsiony. W końcu to był mój debiut w prawdziwym targowaniu się na arabskim suku.

W Tunezji, ale nie tylko, bo dotyczy to całego świata arabskiego, drzwi stanowią wizytówkę domu. Próżno szukać za to na nich wizytówek, czy nawet numerów, bo zwykle ich nie ma. Wszyscy wiedzą, kto za jakimi mieszka, listonosz też.

Każde więc są nieco inne i same w sobie stanowią atrakcję turystyczną. Te były pierwsze, jakie sfotografowałem, ale zdecydowanie nie ostatnie. Przez całe lata podróżowaliśmy od jednych ozdobnych drzwi do drugich, aż wreszcie moje ulubione zdjęcie drzwi trafiło na okładkę tej książki.

Długo zastanawiałem się, co najbardziej kojarzy mi się z Tunezją i wyszło, że właśnie owe drzwi, których nieskończoną różnorodność po raz pierwszy poznałem właśnie tam.

Nie samym powietrzem i widokami człowiek żyje, trzeba też od czasu do czasu coś zjeść. Poszliśmy na spożywczą część bazaru.

Zaczęło się od targu rybnego, takie rzeczy to można zobaczyć tylko na Discovery albo Travel Planet, albo po prostu znaleźć się o właściwej porze na targu w Midoun. Nam przytrafiło się to ostatnie i znów czułem się jak w filmie. Prowadzący licytację brał torebkę z kilkoma rybkami i licytował. Jak? A zielonego pojęcia do dziś nie mam, on krzyczał, oni krzyczeli i w końcu ktoś te ryby zabierał wsuwając mu w rękę zwitek pieniędzy. Parę minut i po wszystkim, tak że mieliśmy naprawdę szczęście, że na ten moment trafiliśmy.

Mnie bardzo interesują przede wszystkim daktyle, bo chcę trochę ich przywieźć do kraju, poza tym zawsze mam ochotę na bakalie, a tego tu pod dostatkiem. Problemem było jednak to, że gdy wpadłem w okolice stoisk „warzywno-owocowych” zauważyłem, że na mój widok magicznie znikają tabliczki w wystawionymi na nich cenami. Wreszcie udało mi się jednego takiego „magika” dosłownie złapać za rękę. Tym razem ja byłem szybszy, a żebyście zobaczyli żałość na jego twarzy. Wyglądał jakby go z siedem nieszczęść na raz dopadło. A on tylko po prostu mnie najzwyczajniej w świecie nie oszwabił, i tylko tyle.

Przy okazji możecie zobaczyć na zdjęciu „Ojca Narodu”, czyli konterfekt prezydenta Tunezji, którego to bystre oczy spoglądają na mieszkańców kraju, gdzie się tylko nie obrócą. Nawet koło straganu z owocami.

Zwróćcie uwagę na pozycję Jego rąk- to chyba wymyślili towarzysze z którejś międzynarodówki komunistycznej, bo z dzieciństwa i młodości pamiętam, że większość przywódców w naszym „obozie” też tak do zdjęć pozowała.

Dziś Ben Ali żyje na emigracji, zamiast „Ojca Narodu” jest bałagan zwany szumnie demokracją. Kraj infiltrują terroryści, a turystów jak na lekarstwo. A komu ten uśmiechnięty Pan przeszkadzał?

A pomidorki palce lizać, u nas ci takich jak na lekarstwo. A zimą są tylko czerwone z zewnątrz, w środku zielone i kompletnie nieprzypominające w smaku pomidora. Te, z bazaru w Midoun są cudownie pomidorowe, pachnące i słodkie. Wystarczy bagietka z oliwą i pomidory, palce lizać.

Niech moc będzie z Wami, czyli gdzie dorastał Luke Skywalker

Najpierw był wieczór zapoznawczy, jak to na wczasach. Miodu nie było, ale wino tunezyjskie i owszem. Poznaliśmy naszych uroczych sąsiadów, wielbicieli porannych kąpieli w morzu, Izę i Krzysia, oraz Maćka, samotną wielką górę wystającą spośród wszystkich zgromadzonych.

I tak jakoś od słowa do słowa, od flaszki do flaszki, postanowiliśmy wybrać się na prawdziwe zwiedzanie Tunezji, a nie jakieś tam plątanie się po w końcu niedużej wyspie. Najpierw była jazda paluchem po mapie i wielkie plany. Ale biorąc pod uwagę, że dzień nie z gumy, mamy góra 12 godzin na wszystko. No to wybraliśmy Matmatę i okolice, na dalsze atrakcje, w tym Saharę i piaszczyste wydmy, czasu nam na pewno zabraknie.

Pozostało pożyczyć samochód. Maciek zaoferował się robić za kierowcę, samochód zamówiliśmy przez hotel na szóstą rano następnego dnia, oj będzie się działo.

O szóstej szybko wtrącamy jakieś śniadanie w dopiero co otwartej restauracji, a samochodu nie ma.

Jest za to przepiękny wschód słońca, więc korzystamy z okazji żeby sobie zrobić taką słodziutką fotkę, prawda że urocze to zdjęcie? Zwłaszcza po dwudziestu latach robi na mnie wrażenie. Kim jest ten przystojny i młody facet? Pijemy już drugą kawę, słońce wzeszło, a samochodu nadal nie ma. Skaczemy recepcjoniście po głowie a on dzwoni, dzwoni i dzwoni. Tylko od tego wcale naszego samochodu nie przybywa.

Wreszcie jest, przyjeżdża uśmiechnięty Tunezyjczyk, całkiem zdziwiony, dlaczego my się tak denerwujemy. A nasz misterny plan z powodu opóźnienia właśnie zaczyna się walić w gruzy. Wsiadamy, ja z Maćkiem z przodu, reszta z tyłu.

Najpierw trzeba się wydostać na ląd. Wybieramy drogę południową przez groblę. Tę usypali, a jakże, Rzymianie bardzo dawno temu. Przy budowie pracowali niewolnicy, którzy z wysiłku i chorób marli masowo. „Skoszarowani” byli w miejscowości El Kantara, gdzie grobla się zaczyna. Dziś w tym miejscu jest monumentalne więzienie, pewnie dlatego, że groblę trzeba w kółko naprawiać. Zajmują się tym ci, którzy opowiadali dowcipy o „Ojcu Narodu”. Czmychamy stąd jak najszybciej, tak na wszelki wypadek.

Jedziemy w stronę Medenine, a potem dalej w kierunku Sahary. Z tyłu zaczęła się huczna impreza, już po kilkunastu kilometrach pękła pierwsza flaszka, a potem następna. Mamy jakby mini wycieczkę z fabryki na grzyby. Jak się pije to się siusia, towarzystwo biega między górkami piachu koło drogi, a Maciek zaczyna być nerwowy. Gdy docieramy do Medenine, naszą uwagę przykuwa bardzo ciekawa budowla.

To tak zwany ksar, czyli dawny, afrykański odpowiednik tego, co dziś nazywa się motel. Medenine leżało na szlaku karawan, stąd zbudowano tu zajazd, gdzie mogli odpocząć poganiacze wielbłądów. Podobnie jak dzisiaj, specjalnych luksusów nie należało się spodziewać. Za mną widzicie „pokoje”, w środku jedno lub dwa „łóżka” z cegieł pokryte jakąś kapą i to wszystko. Ale za to było bezpiecznie, bo ksary budowano jak twierdze z uzbrojoną załogą. Po latach okazało się także, że ksar w Medenine był rodzinnym domem Anakina Skywalkera, który mieszkał tam z matką.

No i co? Widziały gały, jaki żeśmy trafili „zabytek”. Zwłaszcza, że ta część Gwiezdnych Wojen jeszcze nie była nakręcona, a my już tam byliśmy.

Zjechaliśmy na boczną drogę i przemieszczamy się w kierunku Matmaty. Na tylnym siedzeniu impreza osiąga moment kulminacyjny, mało ich już interesuje gdzie, co i jak. Dokładnie tak samo, jak na wycieczkach autokarowych w naszym kochanym kraju, ważne że jedziemy i jest zajebiście, nie ważne dokąd, ważne z kim i czym wznosimy toasty.

Za oknami świat się zmienia, uboga roślinność nadmorskiego pasa niknie w oczach. Za to piachu coraz więcej, krajobraz staje się zdecydowanie pustynny, to dopiero jest egzotyka, o to nam właśnie chodziło. Aż się zatrzymaliśmy, żeby trzasnąć kilka pamiątkowych zdjęć. Robi się też coraz cieplej, gdy czekaliśmy rano na samochód, w kurtkach nam było za zimno, a teraz zaczynamy przebierać się w wersję „lato”. Słońce porządnie przypieka, jest na pewno ponad 20°C.

Tuż przed Matmatą zobaczyliśmy przydrożny targ- jak można coś takiego ominąć. Wjeżdżamy, wysiadamy z samochodu i „wtapiamy” się w tłum. To o tyle zabawne, że jesteśmy jedynymi Europejczykami, więc rzucamy się w oczy, kompletnie nie pasując do okoliczności. Bazar jest typowo wiejski, handluje się tu tym, co okolicznym mieszkańcom potrzebne jest do codziennego życia. Mydło, powidło i garnki. Ale też dokładnie ta sama tandeta z Chin, którą można spotkać na jarmarku w Dobrzyniu nad Wisłą. Te same baterie, zegarki i wszystko, co znamy z podobnych miejsc w Polsce.

To bardzo zabawne uczucie, być gdzieś tak daleko od domu, w tak obłędnie obcej scenerii, pośród ludzi, którzy w niczym nie przypominali plemienia znad Wisły i oglądać dokładnie ten sam wystawiony na sprzedaż asortyment. To było dwadzieścia lat temu, zalew „chińszczyzny” dopiero się zaczynał. Dziś wszystko, we wszystkich sklepach na świecie jest już zunifikowane, chińskie. Ale wtedy to się dopiero zaczynało.

Po tej dziwacznej przygodzie, dojeżdżamy do Matmaty. Miasto położone jest już na skraju prawdziwej pustyni. Stąd wyruszają wycieczki dżipami w ruchome piaski.

Tu właśnie spędził swoje dzieciństwo i lata młodzieńcze Luke Skywalker, zanim odleciał z Mos Eisley ratować przed złem „odległą galaktykę”. To tu i w okolicach kręcono pierwsze sceny kultowych Gwiezdnych Wojen. Tu też znajduje się „dom” Luka.

Mieszkańcy okolic dawno temu wpadli na osobliwy pomysł budowania domów tak, aby jak najlepiej przetrzymać panujące tu przez większą część roku upały. Ich domy znajdują się w dużych, wydrążonych w ziemi dołach, do których schodzi się po wyrzeźbionych w ścianach dołów schodach. Na dole jest patio, z którego wchodzi się do wydrążonych w ziemi pomieszczeń. Ziemia nie jest przesadnie twarda, więc dobrze się ją drąży, ale na tyle stabilna, że to wszystko się nie osypuje. Efekt jest taki, że kilka metrów pod powierzchnią temperatura jest w miarę stała i nie za wysoka latem i nie za niska zimą. Bez klimatyzacji, bez użycia dużych ilości energii mają zupełnie przyzwoite warunki temperaturowe.

Tak to wygląda w środku. Co ciekawe, nasz bungalow w hotelu niewiele odbiegał od tej właśnie konstrukcji, też był obrzucony w środku wapnem, a łóżka były z betonu. Tu jest jeszcze lepiej, bo łoże stoi na jakiś pociętych gałęziach. Skąd oni wzięli tam drewno nie mam pojęcia, bo poza karłowatymi krzakami i niewiele od nich większymi, pokręconymi drzewkami nic tam nie rośnie.

Pora zobaczyć najważniejsze z domostw, dom rodzinny Luka Skywalkera. Ale zanim co, to towarzystwo chce i piciu, i siusiu naraz. Zapasy na tylnym siedzeniu się skończyły, to co wypili już przeszło przez nerki i siedzi teraz w wypełnionych po brzegi pęcherzach. Poszliśmy do knajpy położonej w jednym z takich domów szukać toalety.

Tu cała wycieczka, choć nieliczna jakoś się porozłaziła. Tak skutecznie, że jak ich wreszcie pozbierałem, to po Krzysiu nawet śladu nie zostało. No to mamy problem.

Trzeba było przeszukać wszystkie pomieszczenia w nadziei, że się gdzieś w końcu znajdzie, ale się nie znalazł. Jeśli wyszedł na górę i ruszył „w miasto” to może być naprawdę kiepsko. A po tym ile „pękło” szkła na tylnym siedzeniu należy się spodziewać najgorszego.

Wreszcie udało się go znaleźć w męskiej toalecie, gdzie był łaskawy zasnąć na sedesie za zamkniętymi drzwiami. No to koleś, nic dziś już poza zwykłą wodą nie dostaniesz, choćbyś skamlał na kolanach.

Dwie Panie jednak nie dają za wygraną i suną do baru jak w dym. A to nie jest jakiś tam byle jaki bar, tylko Mos Eisley Cantina.

Pamiętacie jak się skończyło, gdy Luke miał tam tylko chwilę poczekać? Najpierw była porządna awantura zakończona odcinaniem ręki jakiemuś nawalonemu kosmicie, a potem Han Solo musiał całkiem „wyeliminować” łowcę nagród, który chciał go do Jabby de Huta dostarczyć za obietnicę sutej nagrody. A dziś nam się w tej knajpie Krzysio zawieruszył, mam nadzieję, że na niego żaden kosmita nie poluje.

Maciek zabrał zwłoki gdzieś na bok, a ja szukam wesołych panienek. Znalazłem je przy barze, gdy usiłowały wytłumaczyć barmanowi, co to znaczy „na wynos”. A on się uparł, że tunezyjskie wino, które serwował, pije się z kieliszków i to albo przy barze, albo przy stoliku.

A one swoje, że nie będą tu siedzieć do wieczora, bo mają bogaty program zwiedzania Matmaty i okolic. I tak się spierali do momentu, gdy barman niespodziewanie zadał pytanie, „Polonais?”. A „Polonais, plastik, OK.” i śmiało napełnił pustą plastikową butelkę winem.

Na całe szczęście nasi już tu byli wcześniej i wytłumaczyli, jakie zwyczaje obowiązują na naszej planecie. Swoją drogą dziwi mnie, że facet nawykły do obsługi kosmitów z całej „odległej galaktyki” nie rozumiał, co to znaczy polskie „na wynos”.

A oto i on w całej okazałości. Z tyłu wisiały zdjęcia z planu zdjęciowego Gwiezdnych Wojen, w tym fotka barmana z George Lucasem. Jak to opowiem dzieciakom to popękają z zazdrości.

A na zewnątrz dopiero był bal. Po sąsiedzku stał luksusowy hotel pełen gości, na dodatek stąd właśnie odjeżdżały terenówki na pustynię. Rwetes i rejwach, mnóstwo ludzi, zwierząt i pojazdów. Cały przegląd ludzkich ras, konie, wielbłądy i Land Rovery. No ale czemu się dziwić, to w końcu kosmodrom Mos Eisley, brama do innych układów „odległej galaktyki”.

My jednak postanawiamy zostać na planecie. Mamy jeszcze jakiś zapas czasu przed drogą powrotną, więc postanawiamy pojechać szlakiem karawan w kierunku pustyni, tak długo jak tylko się da. Długo się nie dało, bo zanim zobaczyliśmy diuny, nasze Clio zakopało się po osie w piasku i trzeba było niestety wracać.

Za to trafiliśmy po drodze na samotną wioskę zbudowaną na wzgórzu, pośród setek podobnych, ciągnących się aż za horyzont. Tu chyba nikt nigdy nie przyjeżdża, bo gdy zaparkowaliśmy samochód oczy wszystkich mieszkańców były zwrócone na nas. Czułem nieustannie, że ktoś mi się przygląda i nie było to miłe uczucie. Nie zabawiliśmy długo, choć sama wioska wyglądała arcyciekawie. Miałem jednak wrażenie, że nie jesteśmy tam zbyt mile widziani. Ale to mogło być tylko wrażenie, spowodowane ogromnym kontrastem, jaki nas dzielił. Ta wieś, na samym brzegu Sahary, wyglądała zdecydowanie jak nie z naszej planety.

To był dzień chyba najbardziej niesamowity w całym moim dotychczasowym życiu. I nie jest wykluczone, że właśnie tego dnia gdzieś głęboko w mojej głowie przeskoczyła klapka, która dziś otwarta jest na oścież i gania mnie po coraz odleglejszych i dziwniejszych miejscach. Ale owo szaleństwo mogło zacząć się właśnie tego, niesamowitego dnia.

Gdy wracaliśmy, na tylnym siedzeniu zapanował błogi spokój, poza chrapaniem nie dochodziły nas żadne odgłosy. Wracaliśmy na wyspę tym razem od południowego zachodu promem. Gdy wreszcie dotarliśmy do hotelu, tym razem to właściciel samochodu czekał zdenerwowany na nas, tak jak rano my na niego. Gdy zobaczył ile przekręciliśmy kilometrów mało nie zasłabł. A na pytanie, gdzie byliśmy dostał prostą odpowiedź: „in the galaxy far far away”.

Houmt Souk

Udało nam się odbyć jeszcze jedną wycieczkę, do największego na wyspie miasteczka o nazwie Houmt Souk. Słowo „souk” oznacza targ, no to wiadomo, po co tam pojechaliśmy. Miasto jest znacznie większe od Midoun, ma zwartą zabudowę i jest też bardziej uporządkowane. Ma za to zdecydowanie mniej owego kolorytu, który mnie tak w Midoun zachwycił.

Dziś nie bardzo mam w pamięci ten dzień, poza tym, że były to białe domy z niebieskimi okiennicami, że znów podobały mi się bogato rzeźbione i ozdobione drzwi, że wystawiane towary szokowały swoją formą i kolorem. Inna estetyka, inna kultura, wciąż wszystko było nowe i ekscytujące.

I wszystkiego chciało się dotknąć, często zapytać, a do czego to właściwie służy? I oczywiście zabrać ze sobą, bo na pewno się przyda. A guzik tam, to najprostszy sposób na zagracenie mieszkania rzeczami, które zupełnie inaczej wyglądają „tam” i zupełnie inaczej „tu”.

Ale cóż może człowieka powstrzymać przed nadmiernym gromadzeniem dóbr, skoro on sam nie jest w stanie?

Chyba tylko brak gotówki i miejsca w walizkach. Na Djerbie krucho było z tym pierwszym, więc poza dywanem i kilkoma „skorupami” za dużo tego nie było. No i oczywiście mój wspaniały berberyjski płaszcz, w którym wyglądam jak Obi Wan Kenobi, tylko mi miecza świetlnego brakuje.

Co poza tym? No cóż, cała wyprawa sprowadziła się do tylko 6 dni pobytu, bo przylecieliśmy w nocy a wylatywaliśmy z samego rana, co nam jeden dzień ewidentnie ukradło. Zanim się zaczęło, zaraz się skończyło.

Na szczęście nie skończyła się nasza przygoda z Tunezją. Ten najmniejszy z krajów Afryki Północnej zachwycił nas od pierwszego wejrzenia, wracaliśmy więc tam nie jeden raz. Byliśmy w wielu miejscach i zawsze nam się podobało. Czym mnie Tunezja tak ujęła? To jest po prostu uroczy kraj pełen uroczych ludzi, wszystko jest tam jakieś takie miłe. Miłe, to chyba właśnie to określenie, o które mi chodziło, tam po prostu człowiek się miło czuje. Czy trzeba więcej powodów żeby spakować walizkę i jechać na lotnisko?

No właśnie, już mi coś w głowie spokoju nie daje. A może by jeszcze raz pojechać na Djerbę? Nie wiem czy czasu starczy, ale bardzo bym chciał, zresztą popatrzcie na minę mojej żony, gdy wsiadaliśmy do powrotnego samolotu, to mówi samo za siebie.

I nie płacz, kiedy odjadę sercem będę przy tobie.

Kartagina

Skoro Gosia tak błagalnie patrzyła na mnie, gdy musiała wsiadać do samolotu, skoro ja nie mogłem zapomnieć każdej chwili, jaką spędziliśmy na Djerbie, skoro dzieciaki z otwartymi ustami słuchały naszych opowieści, to rzecz jasna trzeba było coś z tym zrobić. A konkretnie to zgromadzić środki finansowe i zorganizować kolejny wyjazd do Tunezji.

Wakacje spędziliśmy w Polsce, też było fajnie, ale Afryka, nawet jeśli mowa o jej północnym wybrzeżu to zupełnie inna historia. Tak sobie wymyśliłem, że można by wyjechać na tydzień jesienią, ceny spadają, a pogoda podobno letnia.

Co prawda dzieciakom wyrwiemy tydzień ze szkoły, ale w porównaniu do wieczności ma to bardzo skromne znaczenie. Co tam, za to nauczą się geografii, etnografii i historii nie z książek a z życia, na pewno będzie lepiej. Zwłaszcza, że będziemy mieszkać, a to ci niespodzianka, dokładnie na terenie dawnej Kartaginy. No i proszę, jaka niesamowita lekcja historii, zamiast palcem po mapie, będziemy tam własnymi stopami. Czy może być lepiej?

Dziś na naszym tradycyjnym zdjęciu z cyklu „Odloty” doszła trójka nowych amatorów dalekich podróży i wielkich przygód. Od lewej Emilia, Marysia i Wiktor. Właśnie się wybierają w największą podróż swego życia.

Amilcar

Lot do Tunisu bez sensacji, jeśli oczywiście nie liczyć samego faktu podróżowania z prędkością 900 km/h na wysokości 11 km oraz związanych z tym widoków. Na początek mamy więc lekcję geografii, Kraków i Tatry, a potem Alpy i cały półwysep Apeniński. Nad Sycylią nawet dymił wulkan, wreszcie wybrzeże Afryki i jesteśmy na miejscu.

Tylko wyszliśmy z lotniska, dzieciaki zobaczyły palmy i chyba ich tak wzięło jak mnie zimą na Djerbie. Bo natychmiast kazali sobie zrobić pamiątkowe zdjęcia. Ja im mówię, że palm będzie ile chcesz, a oni, że na wszelki wypadek lepiej mieć już to zdjęcie niż nie mieć. No i racja, więc oto nasze dzieciaki pod pierwszą napotkaną w Tunisie palmą, jeszcze z jesiennymi kurtkami w rękach.

Dwie godziny podróży i z jesiennych klimatów wróciliśmy do środka lata. Jest 26°C i bezchmurne niebo. A koledzy i koleżanki siedzą w szkolnych ławkach, patrząc na bure chmury za oknami, to dopiero czad.

Hotel Amilcar, w którym mieszkamy, położony jest na obrzeżach stolicy. Dokładnie tam, gdzie kiedyś stało jedno z najbardziej znanych miast starożytności, Kartagina. Ale Rzymianie tak się uparli, że trzeba ją zburzyć, aż swego dopięli i jak pamiętam z lekcji historii, kamienia na kamieniu nie zostawili. Nie spodziewam się więc jakiś szczególnych wrażeń związanych z dawną metropolią, bo nikt nigdy nie próbował jej odbudować. Pozostaje jednak świadomość, że to właśnie tu kwitła jedna z największych kultur starożytności. Przypominam, że Djerba była związana bezpośrednio z mitologią i kulturą starożytnej Grecji, teraz Kartagina mieszkamy w Kartaginie, ledwo zaczęliśmy jeździć do malutkiej Tunezji, a już okazało się, że ten niewielki kraj jest bogaty w zabytki naszej wspólnej kultury.

Podróż do hotelu trwała parę minut, bo z lotniska jest bardzo blisko. Zaledwie kilka kilometrów. Amilcar położony jest bezpośrednio nad morzem, w niewielkiej dolince między nadbrzeżnymi wzgórzami. Z pokoju mamy fantastyczny widok na zatokę, zamkniętą przez górzysty półwysep Al-Watan al-Kibli, który wysuwa się z kontynentu afrykańskiego w kierunku Sycylii, jakby ją chciał dosięgnąć. Z jego krańca do pierwszej włoskiej wyspy, Pantalerii, jest tylko kilkadziesiąt kilometrów.

Jest cudownie ciepły środek dnia, lekki wiaterek od morza, nic tylko trzeba od razu iść na plażę, bo jak z tą pierwszą palmą, może coś się pochrzanić i co wtedy? Jest już dawno po sezonie, w hotelu i na plaży pustki, ale pogoda i temperatura wody są właściwie idealne. To zdecydowanie najlepsza pora na przyjazd do Tunezji. W czasie wakacji jest tłoczno, gorąco i bardzo drogo, teraz płacimy góra połowę ceny i mamy całą plażę dla siebie. No to kto żyw ruszamy do wody.

Jest zdecydowana różnica, w porównaniu do naszego zimowego wyjazdu na Djerbę, teraz woda jest ciepła, szału nie ma, ale do kąpieli jak najbardziej się nadaje.

Dzieciaki z kolei zdecydowanie preferują basen. Siedzą tam aż im gile z nosa zaczynają lecieć. Marysia cała się już trzęsie z zimna, ale nie daje za wygraną. Tu drobna uwaga, woda w basenie jest zimniejsza niż w morzu. Dlaczego? Otóż decyduje o tym pojemność cieplna, basen w nocy schładza się prawie do temperatury otoczenia, a morze jest tak nagrzane latem, że proces jego schładzania trwa miesiącami. Dlatego czasem jest tak, że basen stanowczo nie nadaje się do kąpieli, a morze owszem tak.

To jednak dzieci nie odstraszyło, pewnie dlatego, że pierwszy raz w życiu mieli cały basen do własnej dyspozycji. Bo poza nimi nikt z niego nie korzystał. I do tego, w jakiej scenerii, mieliśmy ich z głowy na całe dni.

Po południu wybraliśmy się na spacer. Wtedy okazało się, o jakiej ważnej atrakcji, w samym sąsiedztwie hotelu, nie wiedzieliśmy. Otóż naszym „sąsiadem” jest sam „ojciec narodu” Prezydent Republiki Tunezji.

Przekonała się o tym Gosia, gdy poszła brzegiem poszukać muszli i daleko nie zaszła. Bo tylko do zasieków, za którymi na wieżyczce siedzieli uzbrojeni po zęby komandosi w czarnych mundurach. Gdy później wychodziliśmy wąską uliczką pod górkę do miasta, też spotkaliśmy wojskowy samochód z podobna załoga. Cały ogromny teren od tej właśnie uliczki, aż do ruin Kartaginy, przeznaczono na rezydencję Prezydenta, choć żadne napisy o tym nie informowały. Dziś można sobie pooglądać to na mapach Google, ale wtedy większość budynków była dla nas kompletnie niewidoczna, skryta pośród wysokich drzew porastających zbocze wzgórza, na którym ta rezydencja jest położona. Przy każdej próbie zbliżenia się choćby do ogrodzenia, z krzaków wychodzili żołnierze i grzecznie acz stanowczo odpędzali ciekawskich. No i oczywiście wszędzie był zakaz fotografowania.

W miasteczku najbardziej interesowało nas, gdzie można upolować coś do jedzenia. W hotelu mieliśmy wyżywienie HB, od śniadania do kolacji bite dziewięć godzin, my może byśmy wytrzymali, ale dzieciaki nawet mowy nie ma. Na szczęście zaraz, gdy tylko wyszliśmy na główną ulicę, trafiliśmy na sklep spożywczy. To w zasadzie załatwiło problem, bo nasze dzieci lubią się żywić słodyczami, a tego było akurat tam sporo. Największym powodzeniem cieszyły się kruche ciasteczka nadziewane, a jakże, daktylami, narodowym skarbem Tunezji.

Trochę dalej była mała knajpa, coś w rodzaju tunezyjskiego fast-foodu. Tym to się jednak różni od znanych nam amerykańskich sieci, że jedzenie w nich jest obłędnie smaczne i świeże. No i w każdym barku smakuje trochę inaczej, czyli zasady są dokładnie odwrotne niż w wielkich światowych sieciach, gdzie to badziewie smakuje tak samo, obojętnie gdzie się pojedzie. Jeśli Amerykanie lubią wozić ze sobą całą Amerykę, to ich sprawa, ja z tych przybytków kulinarnego guana zdecydowanie nie korzystam. Sztandarową tunezyjską przekąską są podawane na gorąco placki zwane Chapati. Jest ich tak wiele wariantów, które potrafią się bardzo od siebie różnić do tego stopnia, że mogą nawet wyglądać kompletnie inaczej. Zależy to przede wszystkim od miejsca gdzie jesteśmy. Inaczej będzie w Nabeulu i zupełnie inaczej w Sousse.

Z czego robione jest ciasto nie wie nikt, to największa tajemnica każdego z producentów. Raz jest cienkie, jak to na zdjęciu, a raz grube na palec. Zawsze jednak jest to zapiekana kanapka z nadzieniem. Czym nadziewane są Chapati? Tym wszystkim, co jest do dyspozycji. Więc przede wszystkim jajkiem, różnymi białymi serami oraz specjalnością Tunezji, czyli tuńczykiem z puszki. Dlaczego akurat ta ryba cieszy się taką wyjątkową popularnością nie wiem, ale domyślam się, że z powodu swojej dostępności. W sklepach poza puszkami z tuńczykiem są jeszcze tylko sardynki, a one chyba do Chapati nie nadawałyby się. Dodaje się oczywiście oliwę, oliwki, czasem warzywa i niestety harrisę. To czerwona pasta z papryczek chilli w oliwie, ostra jak brzytwa, a oni walą ją do wszystkiego wielkimi łyżkami. Jeżeli Chapati ma być jadalne, trzeba dopilnować żeby jej albo w ogóle nie dali, albo tylko troszeczkę. Zawsze też do nadzienia dla kontrastu dodaje się trochę soku z cytryny.

Wszędzie można też kupić najpopularniejszy tunezyjski chleb zwany Mlawi. To podstawa pożywienia, podaje się go w zasadzie do wszystkich dań. To oczywiście nic innego, niż kolejna wersja dobrze nam znanego arabskiego placka z mąki. Występuje powszechnie, od Zatoki Perskiej po wybrzeża Atlantyku w Maroku. Drobne różnice wynikają z lokalnych modyfikacji, ale w zasadzie jest to jednak ten sam produkt, znany pod różnymi nazwami. Można się nim zapchać bez żadnych dodatków, ale zdecydowanie lepiej jest coś na nim jednak rozsmarować i czymś „ubogacić”. Nam przypadła do gustu wersja smarowana serkiem topionym Kiri Kiri i nafaszerowana pomidorami, cebulką i oliwkami lub piklami. Ale to już nasz własny wkład w tunezyjską kuchnię.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 29.78
drukowana A5
Kolorowa
za 57.63