E-book
12.29
drukowana A5
32.53
Tu jest mój dom

Bezpłatny fragment - Tu jest mój dom


Objętość:
119 str.
ISBN:
978-83-8126-464-8
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 32.53

I

Victoria Shirley przesunęła wzrokiem po skałach i zapatrzyła się w wielką, morską głębię. Poranek był chłodny, przynoszący z północy rześką bryzę. Słońce właśnie wschodziło, barwiąc wodę na czerwono. Mewy wydawały pierwsze krzyki jak nowo narodzone dzieci. Wszystko dookoła budziło się do życia. Widziała ryby wesoło wyskakujące ponad powierzchnię wody.

Ziewając szeroko, Caroline Venighton podrapała się po głowie, roztrzepując jeszcze bardziej swoje blond loki.

— Czemu zawsze każesz mi wstawać tak wcześnie? — zapytała marudnie dziewczyna, spoglądając sennie na swoją przyjaciółkę.

— Lubię oglądać wschody słońca — odparła na to Victoria, przymykając powieki w blasku poranka.

— A nie możesz ich oglądać sama? — mruknęła z irytacją.

Victoria popatrzyła na nią nienaturalnie błękitnymi oczami lśniącymi wszelkimi barwami lazuru.

— Gdyby nie ja, siedziałabyś w swoim pokoju do późnego wieczora — powiedziała z delikatnym uśmiechem.

— Mam kaca, trudno to zrozumieć? — Blondynka pomasowała skronie palcami o długich, zadbanych paznokciach.

Victoria leżała na plecach wsparta na łokciach, pozwalając, by chłodny wiatr rozwiewał jej kasztanowo rude włosy. Wystawiła twarz do przyświecającego coraz bardziej słońca. Łuski na jej ogonie lśniły barwą lapis lazuli, tak samo jak bransoletka z tym kamieniem zapięta tuż nad szeroką, zgrabną płetwą.

Ogon Caroline raził w oczy zieloną barwą najsoczystszych traw Irlandii, a oczy w podobnym odcieniu mogły każdego przygwoździć wzrokiem. Ona także miała podobną bransoletkę, z odłamkami prawdziwych, szlifowanych szmaragdów.

Obie rozłożyły się na skałach około piątej, by obserwować narodziny dnia. Oczywiście, Caroline ciągle narzekała, ale w końcu dała sobie spokój i zamilkła. Victoria włożyła kraniec błękitnej płetwy do wody i spojrzała na przyjaciółkę.

— Lepiej się zbierajmy. Mam sesję z dwie godziny, nie mogę się spóźnić — powiedziała z westchnieniem.

Caroline nie zaprotestowała. Obydwie wskoczyły do wody i podpłynęły do oddzielonej od wybrzeża półką skalną zatoczki. Była tutaj malutka plaża, pełna białego, miękkiego piasku, gdzie podczas przypływu fale dosięgały prawie do samych skał.

Podczołgały się na brzeg i rozłożyły na suchym podłożu. Caroline zacisnęła pięść i ich ogony zaczęły skwierczeć oraz parować w zaskakującym tempie. Po chwili, całkowicie suche wstały, otrzepując swoje ubrania z piasku.

Wspięły się po kamiennych schodach, które trudno było znaleźć dla kogoś, kto był tu mniej niż kilka razy i weszły na dość wysoki klif. Stamtąd można było już zobaczyć dużą willę wybudowaną co najmniej kilometr od morza.

Caroline wsadziła dłonie do kieszeni białych, letnich szortów.

— Jaki on jest? — zapytała niespodziewanie, wyciągając z kieszonki papierosy i zapalniczkę.

Victoria uniosła pytająco brwi.

— Ten Dorian –powiedziała blondynka, zaciągając się, a potem wypuszczając dym z płuc. — Przystojny?

— Owszem. Widziałam go w raz w telewizji. Na uroczystej gali.

— A znasz go osobiście?

— Jest teraz moim szefem — wyjaśniła ostrym tonem, a potem pod okiem przyjaciółki wyjęła z kieszeni kluczyki od domu.

Caroline przystanęła, kompletnie zaskoczona, na środku ścieżki.

— Chcesz mi powiedzieć, że jeszcze z nim nie rozmawiałaś? Nie widziałaś się z nim? — zapytała Caroline z niedowierzaniem, gdy ta pokręciła głową. — Dlaczego? — padło proste, aczkolwiek ostre i zarazem trudne pytanie.

Victoria, słysząc je, tylko wzruszyła ramionami.

— Dopiero zaczęliśmy współpracę. Ostatnio sporo przebywał w Polsce i wrócił jakieś dwa tygodnie temu.

— Dwa tygodnie… to dosyć dużo, by załatwić sobie spotkanie z nim — mruknęła z zastanowieniem Caroline.

Victoria pokręciła głową z delikatnym uśmiechem na pełnych wargach.

— Jesteś szalona — powiedziała, ruszając dalej w stronę domu.

Tuż za nią, idąc boso po piasku, powędrowała Caroline. Wyjęła papierosa z ust i posłała jej spojrzenie spod uniesionych brwi.

— Szalona, być może. — Wyrzuciła niedopałek, ignorując karcące spojrzenie Victoria. — Zależy jak na to spojrzeć.


Fotograf rozstawił sprzęt i obrócił się, by spojrzeć na modelkę. Dzisiaj pracował z nią nad reklamą szminki i z zadowoleniem zauważył, że kosmetyczka dobrała kolor, który wspaniale podkreślał piękny zarys warg Victorii.

Stanęła na podeście i ustawiła w dobrej pozycji. Miała na sobie zwiewną, białą sukienkę, która niemal zlewała się z jasnym tłem za jej plecami. W końcu dzisiaj i tak liczy się tylko jej twarz, pomyślał ze wzruszeniem ramion.

Gdy byli w środku sesji, do pomieszczenia wszedł szybkim krokiem postawny mężczyzna. Bezczelnie przerwał zdjęcia i pomimo, że poznała jego twarz, która rzadko gościła na okładkach magazynów, a jednak była bardzo dobrze znana i szanowana w świecie mody, odwróciła się w jego stronę, mrużąc niebezpiecznie oczy.

Odchrząknęła głośno, wytrącona w równowagi. Nowo przybyły osobnik odwrócił się do niej z okularami przeciwsłonecznymi na nosie.

— Mógłby pan, z łaski swojej, poczekać do końca sesji? Mamy masę roboty.

Dorian Pierce zdjął szkła z nosa i przyjrzał się jej uważnie, od stóp do głów, niczym eksponatowi w muzeum. Pomimo, że jego czarne oczy raziły chłodem i magnetyzmem, nawet nie drgnęła pod jego czujnym wzrokiem.

Wydawał się całkowicie niewzruszony jej gniewnym tonem.

— Mam sprawę do pańskiego fotografa, panno…

— Shirley. A dokładnie Victorio Anastazjo Shirley III — wymruczała, zaplatając ramiona na piersi.

Przez jego twarz przemknęło zdziwienie, które błyskawicznie zastąpiła nieruchoma maska spokoju.

— Rozumiem.

Coś w jego głosie, mrocznego i niebezpiecznego, sprawiło, że spojrzała na niego, przekrzywiając głowę. Potrafiła bez problemu wyłapywać tak szybkie zmiany nastroju. Poznał jej nazwisko i to mu się nie spodobało.

— Nadal uważam, że powinien pan poczekać.

— Wie pani, kim ja jestem? — zapytał spokojnie, mrużąc powieki.

Uniosła ciemną brew.

— Owszem i na tę chwilę mało mnie to obchodzi, panie Pierce — niemal wysyczała ostatnie słowa przez mocno zaciśnięte zęby.

Widział jak drga jej mięsień na policzku i mimowolnie spiął się w oczekiwaniu na jej kolejne słowa. Ku jego zdumieniu, które oczywiście nie odbiło się w żaden sposób na jego twarzy obróciła się, zeszła z podestu i energicznym krokiem ruszyła w stronę przebieralni.

— Lance, może lepiej dokończymy to jutro? — rzuciła przez ramię i zatrzasnęła za sobą drzwi tak mocno, że omal szyby w futrynach nie powypadały.

Mimo tego, że zadała fotografowi pytanie, nie oczekiwała odpowiedzi. To sprawiło, że usta Doriana lekko wygięły się w krzywym uśmiechu.

— Przepraszam za nią, panie Pierce — powiedział zawstydzony zachowaniem dziewczyny Lance O’Riley. — Jest nieco wybuchowa.

— Zauważyłem — mruknął Dorian, odwracając wzrok od drzwi, za którymi zniknęła Victoria.


Drżała ze złości, nawet, gdy już się przebrała i spakowała swoje rzeczy. Bezczelny typ! Zaklęła w duchu i złapała ze złością podręczną, sportową torbę, wychodząc z garderoby.

Gdy tylko otworzyła drzwi, zderzyła się z kimś. Poczuła się, jakby trafiła na wysoką, twardą ścianę. Podniosła głowę i już chciała przeprosić, kiedy zauważyła przed sobą ciemne, zimne oczy Doriana.

— Śpieszę się — powiedziała, ale nie ruszył się z miejsca.

Chciała zgrabnie go wyminąć, ale zastąpił jej drogę. Z jej ust wyrwał się jęk zirytowania. Nie przejął się tym.

— Jest pani zadziorna — mruknął, taksując ją wzrokiem.

— Możemy porozmawiać o moim charakterze, kiedy nie będę umówiona na kolejną sesję? — zapytała z przekąsem i przechyliła głowę gestem zniecierpliwienia i oporu.

Uśmiech, który zakwitł mu na ustach można by z pewnością uznać za pogardliwy.

— Niczym dziki kociak — dodał, na co mocno zacisnęła żeby. — Widzę, że dba pani o karierę — dotknął ręką kosmyka jej ciemnych włosów, który wymsknął się z koku zawiązanego na karku.

— Żeby zarabiać, trzeba pracować. I ja chcę to robić porządnie. To coś złego? — zapytała, właściwie nie oczekując odpowiedzi.

— To zależy — powiedział cicho, wbijając spojrzenie w jej twarz.

Zacisnęła palce na pasku torby i kątem oka zauważyła szklankę wody na stole obok Doriana. Nagle napój wystrzelił w górę niczym gejzer pod wpływem wysokiego ciśnienia i głowa mężczyzny obróciła się z zaskoczeniem.

— Życzę udanego dnia, panie Pierce — rzuciła szybko przez ramię, wyminęła go naprędce i wyszła ze studia, zanim zdołał coś powiedzieć.

Dopiero, gdy znalazła się na zewnątrz, zdołała odetchnąć głęboko i uspokoić rozedrgane nerwy. To zależy. O co mu, do diabła, chodziło?

Zaklęła, patrząc na swój zegarek i popędziła w stronę zaparkowanego przy chodniku samochodu. Rzuciła torbę na tylne siedzenie srebrnego mercedesa i włożyła kluczyki do stacyjki.

— Fotograf mnie zabije — mruczała pod nosem, w zawrotnym tempie wyjeżdżając z podjazdu.


***


Popiła soku z butelki i odetchnęła z ulgą. Nogi spuchły jej od noszenia przez godzinę wysokich, drogich szpilek, w które wcisnęła je stylistka.

Rozmasowała nabrzmiałą łydkę i odłożyła napój, gdy fotograf dał znak, by wznowić sesję. Ustawiła się na podeście, starając się ukryć skrzywienie na twarzy.

Aparat pstrykał, a ona zmieniała pozycje ciała według wskazówek mężczyzny za obiektywem. Zmieniła teraz białą sukienkę na obcisłe, krótkie szorty i górę od błękitnego bikini.

Odgarniała właśnie włosy z karku w ponętnym geście, mrugając do kamery, gdy do pomieszczenia wszedł Dorian. Oparł się o próg, obserwując ją z daleka. Stłamsiła w sobie niezadowolenie z jego obecności i kontynuowała pozowanie.

Co najmniej dziesięć minut potem, gdy sprzęt został złożony, a ona szła do przebieralni, Dorian stanął przed nią tak samo jak przed dwoma godzinami. Popatrzyła na niego z uniesioną brwią.

— Śledzi mnie pan? — zapytała zagniewana i podparła się pod boki.

Otaksował ją wzrokiem. Zauważyła, że robił to dosyć często.

— Nie dokończyliśmy naszej rozmowy — powiedział opanowany. — Nie powinna pani wtrącać się do mojej rozmowy z fotografem. Każda modelka ma znać swoje miejsce albo pomogę je jej znaleźć.

— Teraz mi pan grozi? — powiedziała to na pozór spokojnie, mimo mrowienia na karku.

— Ostrzegam uczciwie. Pracuje pani dla mnie, póki nie wypełni pani warunków umowy, którą pani podpisała, a niedługo podpisze jeszcze jej kopię. Do tego czasu marnuje pani moje pieniądze i mój czas, więc proszę się pilnować — Jego wzrok niemal zmroził jej krew w żyłach.

Ostrzegawczo dźgnęła go w pierś. Wyglądała przy tym jak myszka pragnąca pokonać lwa. Nie przejęła się tym.

— Powiem coś panu. Nie jestem dziwką, nie sprzedaję się. To, że mam z panem umowę na kilkanaście sesji nie znaczy wcale, że może mnie pan rozstawiać po kątach według swojego uznania. Moje ciało i mój czas także pan wykorzystuje, więc niech pan także nie zapomina, że są jakieś granice — Jej głos był spięty od powstrzymywanej złości.

Jego postawa sugerowała, że także był wściekły. Stał na lekko rozstawionych nogach z rękami wciśniętymi w kieszenie. Ciemne tęczówki wbił bezlitośnie w jej własne. Ani drgnęła.

— Ma pani odwagę, panno Shirley — mruknął, bardziej z irytacją, niż podziwem.

— Owszem, a także swoją dumę. — Uniosła bojowniczo podbródek.

— W tym zawodzie nie ma czasu na dumę. Trzeba ją schować do kieszeni, zwłaszcza podczas współpracy ze mną. Musi pani wykonywać polecenia i nie marudzić.

— Schować dumę do kieszeni… czasami kosztem, który jest wyższy, niż nasz prawdziwy cel. Zrozumiałam to pięć lat temu, gdy zostałam modelką — powiedziała przez zęby, z furią wiążąc włosy w koński ogon.

— I nadal sądzi pani, że dokonała dobrego wyboru? — zapytał spokojnie.

Nie odpowiedziała, zatrzaskując za sobą drzwi garderoby.

II

— Bezczelny dupek — mruczała Victoria, z gniewem miotając się po kuchni.

Caroline obserwowała ją spod uniesionych brwi, popijając czerwone wino z kryształowego kieliszka. Gdy Victoria wracała do samochodu po popołudniowej sesji, Doriana już nie było. Ale nawet teraz, parę godzin od ich rozmowy, nadal wrzała ze złości, już nawet na samą myśl o tym mężczyźnie.

Jego arogancja i zarazem pewność siebie sprawiała, że wydawał się zimnym i podłym człowiekiem. Wystarczyło, że rozmawiała z nim dwa razy, a już miała go serdecznie dosyć. Jego magnetyzm ją przyciągał, a charakter i stosunek do pracy odpychał. Przez to jej rozdrażnienie osiągało poziom krytyczny.

Niemal trzasnęła szklanką o blat barku, przez co przyjaciółka spojrzała na nią z lekką naganą.

— Kochanie, jak dalej pójdzie, to potłuczesz wszystkie naczynia w domu, a to szkło naprawdę jest niesamowicie drogie.

— Przepraszam — burknęła Victoria, opierając się o blat i spoglądając na Caroline z wydętymi wargami.

— Co się stało, skarbie? — zapytała łagodnie blondynka, pochylając się w jej stronę.

Dziewczyna westchnęła głęboko.

— Poznałam dzisiaj osobiście Doriana Pierce’a.

— I…? — Koleżanka czekała na dalszy ciąg, machając niecierpliwie ręką; doskonale było widać, że była głodna szczegółów wszystkich szczegółów.

— To dupek — zwięźle zaznaczyła Victoria.

— Czemu? — zapytała nieco zawiedziona tym prostym stwierdzeniem Caroline i odchyliła się w tył na swoim barowym stołku.

Victoria wyprostowała się i odetchnęła głęboko, pocierając blat czystą ścierką. Skróciła dziewczynie obydwie, dzisiejsze rozmowy z mężczyzną, kwitując jego zachowanie pełnymi pogardy prychnięciami oraz co chwila rzucanymi przekleństwami.

— Musiał cię nieźle wkurzyć, skoro walisz o blat szklankami za trzysta dolców — powiedziała Caroline, przechodząc swobodnym, leniwym krokiem pumy do ogromnego salonu.

Victoria energicznie podreptała za nią.

— Wkurzyć? On niemalże wcisnął mi, że sprzedaje swoje ciało jego agencji jak jakaś…

— Panna lekkich obyczajów? — podpowiedziała usłużnie przyjaciółka, rozsiadając się na kanapie niczym królowa.

— Chciałam powiedzieć „dziwka”, ale twoje określenie jest kulturalniejsze — Modelka machnęła ręką i klapnęła na skórzane siedzenie mebla obok blondynki.

— Może miał swoje powody. — Caroline spojrzała na Victoria, która rzuciła w jej kierunku wściekłe spojrzenie. — Nie patrz tak na mnie. Każdy ma swoją historię i wspomnienia. Nie każdy może wysunąć z nich odpowiednie wnioski. Z nim może być to samo. Zranione serca, zraniona dusza… zraniona duma — mruknęła spokojnie, opierając nogi o blat zabytkowego stolika z wiśniowego, ciemnobrązowego drewna. — Czyli to, co najbardziej boli każdego faceta.

— Rozumiem, ale miał prawa poniżać mnie w ten sposób. Poczułam się, jakbym stała na najniższym szczeblu drabiny społecznej.

— Więc zignoruj to i zachowuj się, jakbyś była na najwyższym szczeblu — podsunęła przyjaciółka i uśmiechnęła się zadowolona.

Victoria westchnęła, spoglądając na stary, mahoniowy zegar tarczowy zawieszony nad telewizorem plazmowym. Jęknęła, zakrywając twarz dłońmi.

— Mam ostatnią sesję za dwie godziny. Muszę się szykować. — Wstała z kanapy i rzuciła Caroline karcące spojrzenie. — Zdejmij nogi ze stołu.

Poszła do sypialni, odprowadzona melodyjnym śmiechem swojej towarzyszki.


***


— Dobrze, teraz noga do przodu i biodro wysunięte lekko w prawo. Okej… dobrze, Vick. — Lance uśmiechnął się promiennie do dziewczyny zza obiektywu. — Gotowe. Koniec sesji, kochanie.

— Jestem wykończona. Marzę tylko o gorącej kąpieli — powiedziała i zaczęła pocierać zesztywniały kark z cichym jękiem.

Zeszła z podestu i podeszła do fotografa, który właśnie składał swój sprzęt z chirurgiczną dokładnością.

— Na którą jesteśmy umówieni jutro na zdjęcia? — zapytała, biorąc z przenośnej lodówki stojącej w rogu studia zimną butelkę wody.

— Jutro musimy się wstawić w biurze pana Pierce’a, więc sesja została przesunięta na pojutrze — mruknął Lance, wyjmując taśmę z aparatu.

Victoria zakrztusiła się swoim napojem, a jej orzechowe oczy rozszerzyły się z niedowierzaniem.

— Co? Od kiedy jesteśmy umówieni z panem Pierce’em? — Ostatnie słowa niemal wysyczała.

— Zapomniałem ci o tym wspomnieć. Przepraszam. Dzwonił do mnie tuż przed sesją. — Fotograf wyglądał na prawdziwie skruszonego.

Zacisnęła palce na butelce tak mocno, że ta zaczęła ostro trzaskać i wyginać się do wewnątrz. Słysząc to nieco ochłonęła i rozluźniła dłonie. Więc o tym mówił wcześniej Pierce, pomyślała ze złością.

— Jasne. — Uśmiechnęła się słodko, niemal sztucznie. — Na pewno będę punktualnie — mruknęła, zmierzając do garderoby.

— Załóż coś oficjalnego — krzyknął za nią Lance.

Zdawało się, że jej trzaśnięcie drzwiami było tak głośne jak wystrzał z armaty.


***


Zanurzając się w wannie z podwójną porcją piany, Victoria aż westchnęła z zadowoleniem. Kieliszek czerwonego wina stał tuż obok opakowania z solą morską. Wsypała jej trochę do kąpieli i obserwowała jak nogi zaczynają się zrastać, a ze skóry wyrastają błękitne, lśniące łuski. W odbiciu ogromnego lustra zaobserwowała jak brązowe oczy zabarwiają się na jasny lazur.

Zawsze, od kiedy pamiętała, przemiana była dla niej przyjemnością. Odczuwała w tym pewnego rodzaju magię. Fakt, że była człowiekiem i syreną zarazem nie przeszkadzał jej w codziennym życiu. Na szczęście tylko słona woda powodowała nagły przyrost ogona. Inaczej jej sekret dawno znałaby cała masa ludzi, zwłaszcza, że w każdy weekend chodziła na publiczny basen, by zachować formę potrzebną modelce. Miała morze tuż pod nosem, ale chciała też czasami normalnie popływać dla zdrowia.

Oczywiście czasami żałowała, że nie może spacerować nad brzegiem morza o poranku boso, by poczuć miękki piasek pod nogami, ale od razu skończyłoby się na tym, że musiałaby zmykać do wody. Siedzenie na plaży z ogonem bywało ryzykowne, zwłaszcza na wiosnę i w lecie, kiedy woda ma odpowiednią temperaturę i większości turystów przychodzi ochota na kąpiel w czystej, słonej wodzie.

Odprężyła się i wtedy usłyszała pukanie do drzwi. Caroline wsunęła głowę do łazienki z białym, frotowym ręcznikiem przewieszonym przez szyję. Uśmiechnęła się szeroko.

— Mogę się dołączyć? — zapytała, stając w drzwiach.

— Jasne, tylko zamknij drzwi– mruknęła pod nosem Victoria z zamkniętymi oczami.

Przyjaciółka weszła do wanny i zdziwiona popatrzyła na swój ogon, wystający z kilkucentymetrowej warstwy piany.

— Czy ty za każdym razem wsypujesz tutaj tę debilną sól? — zapytała marudnie, patrząc na dziewczynę z wyrzutem.

— Mogłaś zapytać, zanim tutaj wlazłaś — rzuciła tamta i upiła łyk czerwonego wina.

Siedziały przez chwilę w ciszy, a potem Caroline popatrzyła na nią z wydętymi wargami.

— Mam skromne pytanie. Czy mój ogon wygląda grubo?

Victoria zdziwiona otworzyła powieki i zerknęła na bijące po oczach szmaragdową zielenią łuski swojej przyjaciółki.

— A masz zamiar wcisnąć go w obcisłe dżinsy? — zapytała rozbawiona.

— Nie, ale moja matka znowu się go czepiała.

Obydwie skrzywiły się na wspomnienie Elizabeth Venighton. Kobieta o dosyć surowym podejściu do życia. Silna niczym koń pociągowy i uparta niczym muł.

— Ona sobie nie odpuści, co? — zapytała Victoria, która świetnie rozumiała niechęć przyjaciółki do jej własnej rodzicielki.

— Chyba nie — westchnęła blondynka, a potem machnęła niedbale ręką, jakby chciała odgonić od siebie bardzo natrętną muchę. — Nie rozmawiajmy o niej. Popsuję sobie tylko nastrój. Lepiej powiedz, czy spotkałaś jeszcze na sesji pana Dupka — rzuciła energicznie Caroline, pochylając się z zaciekawieniem w stronę przyjaciółki.

— Nie było go, ale za to mam jutro spotkanie w jego biurze — mruknęła Victoria, patrząc na pienistą wodę w wannie, machając leniwie płetwą. — Idę tam jutro z Lance’em, by podpisać kopię naszej umowy.

— Serio? To czeka nas afera stulecia — zagwizdała Caroline, uśmiechając się chytrze.

— Nie, tym razem będę opanowana. Nie dam mu satysfakcji doprowadzenia mnie do prawdziwego wrzenia. Poradzę sobie, jasne? — Victoria machnęła stanowczo dłonią i skupiła się na namydlaniu rąk.

Skrzela osadzone tuż pod uszami otwierały się i zamykały, co zdradziło, że dziewczyna jest zdenerwowana. Jej przyjaciółka pokiwała głową, rzucając jej ironiczne spojrzenie.

— Jasne. — Oparła głowę o krawędź wanny i przymknęła powieki.

— Będzie dobrze — powiedziała z przekonaniem Victoria i popiła łyk wina. — Jestem tego pewna.


***


Ubrana w czarne spodnie i elegancką, białą koszulkę bez ramiączek oraz ciemne bolerko Victoria stała prze gabinetem Doriana Pierce’a. Nie mogła powiedzieć, że była zdenerwowana, ale za to z całą pewnością spięta. Niczym struna gitary.

Wzięła głęboki wdech i wmówiła sobie, że po prostu tam wejdzie, załatwi, co ma załatwić, bez niepotrzebnego odzywania się, by nie wszcząć kolejnej kłótni.

Otworzyła drzwi gabinetu i z uśmiechem powitała zdenerwowanego Lance’a, siedzącego już za biurkiem magnata modowego. Sam Dorian Pierce nie był jeszcze obecny w gabinecie. Fotograf nerwowo, raz po raz poprawiał prążkowany krawat pod szyją, ale na jej widok wstał, wzdychając z ulgą.

— Vick, jestem kompletnie zestresowany! Pierwszy raz jestem na tak ważnym spotkaniu. — Podparł się pod boki, masując skroń. — Wolę robić zdjęcia — dodał pod nosem.

— I wrócisz do tego, gdy tutaj skończymy. No, dalej! Siadaj i zachowuj się naturalnie. Takie wielkie szychy jak on to rekiny. Nie pokazuj strachu, nie uciekaj, to nie zje cię żywcem — mrugnęła do niego z delikatnym uśmiechem i trzymając go za ramiona, posadziła na krześle niczym troskliwa matka.

Sama usadowiła się obok, czasami zerkając na niego pokrzepiająco. Pamiętała, że Lance był zawsze nieco nieśmiałym, ale uroczym mężczyzną. Kiedy go poznała zdawał się rumienić trzema odcieniami czerwieni za każdym razem, gdy posyłała mu radosne uśmiechy, ale w końcu zostali prawdziwymi przyjaciółmi od serca. Oczywiście wiedział o jej sekrecie, powiedziała mu na samym początku swojej kariery, kiedy to on poprowadził z nią kilkanaście pierwszych w życiu sesji.

Kiedy poznali się lepiej, pokazała mu, że jest syreną. Zaakceptował to ze znanym w sobie spokojem, ale i entuzjazmem. Często spędzał u niej w wakacje dwa tygodnie, pełne wspaniałych chwil pełnych śmiechu i radości. Z nią i Caroline.

Do gabinetu wszedł Dorian, wyrywając ją z ciepłych wspomnień. Bił od niego tak mocny magnetyzm, że mimowolnie wbiła w niego uważne spojrzenie.

Usiadł za biurkiem, mając na sobie zwyczajną, białą koszulę i ciemnoniebieskie dżinsy. Najwidoczniej jako szef nie musiał wpijać się w ciasny, niewygodny garnitur. Wolnoć Tomku w swoim domku, pomyślała z przekąsem, ale i zazdrością, za którą to natychmiast zbeształa się w myślach.

Wyprostowała się. Dorian zerknął na nią kątem oka i bez komentarza położył na biurku potrzebne dokumenty, które Victoria i Lance musieli dzisiaj podpisać.

Gdy Lance, już nieco mniej zdenerwowany, omawiał z szefem wszystkie szczegóły umowy, Victoria poczuła na twarzy miły, chłodny powiew. Obróciła głowę i zauważyła drzwi uchylone na taras, przez które wlatywała do gabinetu chłodna, morska bryza. Delikatnie się uśmiechnęła i poczuła znajome mrowienie pod powiekami, zapowiadające wkradający się w karmel jej oczu lazur. Potarła powieki i skupiła się na mężczyznach. Dorian, nawet, jeśli zauważył jej zachowanie, nie skomentował tego, pogrążony w dyskusji z fotografem.

— Umowa jest ważna, do momentu, gdy panna Shirley wykona wszystkie zadania w niej wymienione. W razie problemów lub obiekcji należy zgłosić się bezpośrednio do mnie albo do mojego zastępcy. Proszę podpisać. — Podał Victorii dokument, a ona po wstępnym przejechaniu wzrokiem po tekście, machnęła podpis na samym dole strony.

Po uśmiechu Lance’a i minie Doriana, którą trudno było jej teraz rozszyfrować, chyba obydwoje byli zadowoleni z całej operacji.

Fotograf pożegnał się z szefem i wymknął się z gabinetu. Gdy Victoria chciała zrobić to samo, mężczyzna zatrzymał ją, chwytając ją za rękę delikatnie, aczkolwiek stanowczo. Pod jego dotykiem poczuła się niczym rażona piorunem, mimo to nie odsunęła się. Nie miała możliwości.

— Panno Shirley, nie sądzi pani, że powinniśmy zjeść razem kolację? — rzucił tonem nie znoszącym sprzeciwu.

Rzuciła mu lodowate spojrzenie.

— Nie mam zamiaru wkraczać na tak bagnisty grunt, panie Pierce — powiedziała spokojnie.

— Mamy pewne sprawy do omówienia — powiedział tak samo opanowanym głosem.

Ze złości jej oczy pociemniały, nabierając koloru gorzkiej, płynnej czekolady.

— To rozkaz? — zapytała przez zaciśnięte zęby.

— Tak.

Jego tupet oraz bezpośredniość sprawiły, że momentalnie się w niej zagotowało. Zabrała rękę, na co pozwolił jej protestu i zmierzyła go spojrzeniem.

— Dobrze. Przyjedzie pan po mnie. Bo zapewne wie pan już, gdzie mieszkam — Domyślała się, że zapewne już ją sprawdził.

Człowiek taki jak on musiał znać swoich pracowników od podszewki. Na szczęście nie miała napisane w papierach „Jestem syreną”. Odetchnęła głęboko, bo jego milczenie mówiło o wiele więcej niż słowa.

— Jutro. O siódmej — rzucił, a ona zamrugała.

— Mam udawać, że jestem zachwycona? — zapytała złośliwie, słodko otwierając oczy szerzej i odwróciła się do niego plecami.

Odprowadził ją wzrokiem, póki nie zniknęła za drzwiami. Pokręcił głową z lekkim, zadowolonym uśmiechem i wrócił za biurko.

III

Victoria stanęła przed swoją szafą i poszperała przez chwilę między rzędem wieszaków. Na tę kolację musiała wybrać coś, co pasowałoby do wytwornej restauracji, bo mężczyzna taki jak Dorian na pewno nie zaprowadziłby jej do obskurnego, przydrożnego baru z hamburgerami.

Popatrzyła na czerwoną, koktajlową suknię w swoich dłoniach, ale uznała, że jest zbyt jaskrawa. Dostała ją od Caroline na święta i przyrzekła sobie, że ubierze ją tylko wtedy, kiedy będzie na krawędzi załamania nerwowego. Odwiesiła ją, wzdrygając się lekko.

Wyciągnęła kolejny wieszak z suknią w kolorze écru, długą, luźną do kostek z jedwabnego, delikatnego materiału. Idealnie kontrastowała z ciemnym kolorem jej oczu. Do kompletu pożyczyła od przyjaciółki złote szpilki. Jako dodatek odłożyła obok kreacji cieniutki, złoty łańcuszek.

Zostawiła cały zestaw ubrań na łóżku i przez spotkaniem postanowiła wziąć kąpiel. Nie dodawała soli morskiej, bo nie miała potem czasu na suszenie ogona. Bez mocy Caroline trwało to co najmniej dziesięć minut, a w końcu musiała jeszcze nałożyć makijaż.

Po chwili namysłu zrezygnowała z kąpieli i wzięła krótki, gorący prysznic. Ubierając się, włożyła w uszy dwie pary diamentowych kolczyków odziedziczonych po swojej babce. Dwie dodatkowe kulki w jej lewym uchu dodawały jej klasy.

Przejrzała się w lustrze i zapięła włosy w wysoki kok, zostawiając dwa luźne kosmyki spływające po policzkach, ułożone w urocze fale.

Caroline siedziała na kanapie, oglądając telewizję. Widząc Victorię w gotowej kreacji, zamarła z pilotem w dłoni. Gdyby była bohaterką kreskówki, która właśnie leciała na ekranie płaskiego telewizora, zapewne zamiatałaby swoją szczękę z podłogi.

— Wyglądasz bajecznie — powiedziała szczerze, obserwując jak jej suknia mieni się w blasku lamp. — Kim jest ten szczęściarz? — Na jej kształtnych wargach wykwitł głodny sensacji uśmiech, niczym u drapieżnego kota.

— Szef — powiedziała lakonicznie Victoria, unosząc brew ciemną brew.

Usłyszała pukanie do drzwi i z gracją ruszyła w ich stronę. Caroline dreptała kilka kroków za nią ciekawa widoku pana Dupka, jak pieszczotliwie nazywała Doriana od kilku dni. Oczywiście, obserwowała wszystko dyskretnie, wystawiając głowę zza progu kuchni.

Victoria otworzyła drzwi szerzej. Mężczyzna otaksował ją wzrokiem, jak zawsze podczas ich spotkań i podał jej swoją dłoń.

— Panno Shirley. Mam nadzieję, że jestem na czas?

— Punktualnie jak w zegarku, panie Pierce — odpowiedziała, przeklinając się za lekkie rozdrażnienie w swoim głosie i podając mu dłoń.

Poprowadził ją do swojego samochodu, zaparkowanego przed domem. Wsiedli razem do jego czarnego jaguara. Oczywiście, nie myliła się co do wybranego przez niego lokalu. Zabrał ją do najdroższej restauracji w mieście.

Milczała z dziwnym spokojem, gdy kierownik sali prowadził ich do stolika i kiedy zamawiali przystawki.

— Jesteś dzisiaj cicha, panno Shirley — powiedział Dorian, patrząc na nią ciemnymi oczami, takiej samej barwy jak noc za oknem.

— Victoria — mruknęła, spoglądając na okno.

Odwróciła wzrok i spojrzała na niego, gdy uniósł pytająco brew.

— Mów mi Victoria. Nie znoszę oficjalnych zwrotów. — Delikatnie poprawiła łańcuszek na szyi i wróciła do studiowania menu.

Pokiwał delikatnie głową.

— A czemuż to, Victorio? — Wymówił jej imię z lekkim uśmiechem.

Sposępniała lekko i pokręciła głową.

— Przepraszam, ale nie chcę o tym rozmawiać, jeśli pozwolisz.

— Oczywiście — zgodził się pokornie.

Miał u niej plus za to, że nie zmuszał jej do rozmowy. Kiedy chciała, to mówiła, a kiedy nie, po prostu pozwała mówić jemu. Prowadzili stosunkowo luźną konwersację. Potem kelner przyniósł dania główne i postawił przed nimi, po chwili oddalając się dyskretnie.

Zamówiła sałatkę i szklankę wody. Dorian spojrzał na jej jedzenie z dziwnym wyrazem twarzy.

— Najesz się tym? — zapytał, wskazując widelcem jej talerz. — Może zamów coś jeszcze?

— Kariera modelki wymaga stosowania ścisłej diety. — Powiedziała spokojnie i nabrała na widelec sałatę z odrobiną pomidorów. — Powinieneś to wiedzieć.

Po posiłku odwrócił się do niej i złożył dłonie na stole, przyglądając się jej badawczo.

— Pomówmy o twoim stosunku do pracy… — zaczął opanowanym głosem.

— Chcesz popsuć mi wieczór, czy po prostu musisz mieć ostatnie słowo w każdym możliwym temacie? — zapytała rozdrażniona i popatrzyła na niego pałającymi gniewem oczami. — Denerwuje cię, że mam inne zdanie na temat stosunków szef–pracownik? Jeśli tak, to przełknij to jak prawdziwy mężczyzna i po prostu daj mi wykonywać swoją pracę!

Spojrzał na nią pociemniałymi oczami. Przysięgłaby, że zobaczyła w nich iskrę podziwu, ale również złość. Mimowolnie wyprostowała się na krześle. Siła jego wzroku niemal wybiła jej serce z regularnego rytmu. Zaczęło ono bić szybko i nierówno.

— Nie przeszkadza mi to, że masz własne zdanie. Chodzi o to, że nie toleruje wyniosłych panienek wśród moich modelek — powiedział tonem wyjaśnienia.

— Wyniosłych? — Z oburzenia jej dotychczas melodyjny głos natychmiast znacząco stwardniał. — Uważasz, że jestem wyniosła?

Popatrzyła na niego, prychnęła i kręcąc głową, wstała, biorąc z krzesła kurtkę, którą zabrała z domu.

— Nieważne — mruknęła pod nosem. — Dobranoc, panie Pierce — syknęła zimno przez ramię.

Wyszła z sali i po kilkunastu sekundach znalazła się na zewnątrz. Zaklęła, idąc przez parking na wysokich obcasach. Już chciała wyjąć komórkę i zadzwonić do Caroline lub taksówkę, kiedy Dorian niebyt delikatnie złapał ją za ramię, pojawiając się za jej plecami.

— Właśnie o tym mówiłem — powiedział lodowato. — Wyniosłe panienki.

— Puść mnie — powiedziała stalowym głosem, ale uścisk jego palców nie zmniejszył się ani o jotę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 32.53