E-book
13.65
drukowana A5
38.14
Trzynaście rozdziałów magii

Bezpłatny fragment - Trzynaście rozdziałów magii


5
Objętość:
197 str.
ISBN:
978-83-8221-196-2
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 38.14

Dla wszystkich z bolącą duszą.

1. Zagubiona

Było mi zimno i niewygodnie. Poczułam, coś mokrego na twarzy i całym ciele. Ocknęłam się, a kiedy otworzyłam oczy wiedziałam, że wydarzyło się coś bardzo złego. Wokół mnie, wysoko wznosiły się grube konary czarnych drzew. Zupełnie, jakby chciały przytłoczyć mnie swoją obecnością, jakby chciały mnie zadeptać. Ciemne chmury przesłoniły ich korony. Jęknęłam, gdy kolejne krople ulewy spadły na mnie. Bolał mnie każdy skrawek ciała, a wszystkie mięśnie paliły tak, jakbym ostatnie godziny spędziła na intensywnych ćwiczeniach. Albo walce. Zadrżałam na samą myśl o tym, co mogło się ze mną dziać przez ostatnie godziny. Z wysiłkiem spróbowałam podnieść się z mokrego mchu. Sztywne palce ślizgały się po błocie i po konarze jednego z drzew, o które się wsparłam. Gdy tylko stanęłam na nogi, zaraz przed oczami pojawiły się mroczki. Tylko nie to! Objęłam drzewo chcąc jak najdłużej utrzymać się na nogach. Miałam wrażenie, że głowa za chwilę eksploduje mi z bólu.

Spróbowałam przypomnieć sobie, co się wydarzyło. Pamiętałam tylko, że ktoś zatrzymał się obok mnie i zapytał o drogę, a kiedy zbliżyłam się do samochodu złapał za szyję, przycisnął chusteczkę do ust i nosa. Dalej w pamięci zionęła ogromna dziura.

— Gdzie ja do cholery jestem?! — krzyknęłam, a dźwięk zniknął gdzieś w kroplach deszczu.

Sprawdziłam kieszenie i z przerażeniem stwierdziłam, że nie mam przy sobie już nic. Wszystkie pieniądze i dokumenty zniknęły. Nawet nie liczyłam na to, że w pobliżu będzie mój plecak, a mimo to zaczęłam rozglądać się dookoła.

Wiedziałam, że powoli zaczyna ogarniać mnie panika. Musiałam nad nią w jakiś sposób zapanować. Wzięłam głęboki wdech, a wtedy ból żeber powalił mnie na kolana. Wbiłam palce w mokrą ziemię i łapczywie łykałam powietrze. Zaczęłam głośno kaszleć. Krew chlusnęła z moich ust i połączyła się z deszczem, sączyła się teraz cienkim strumieniem w głąb lasu. Łzy spływały po policzkach, nie mogłam już dłużej powstrzymywać przerażenia, które w tej właśnie chwili ogarnęło mnie całą.

— Muszę dotrzeć do ludzi. — wyszeptałam do siebie.

Wzięłam kilka płytkich oddechów, przy których żebra nie bolały aż tak bardzo. Czy mam jakieś złamania? Nerwowo sprawdziłam stan wszystkich kości. Kończyny wydawały się być całe, co do innych części ciała nie była pewna. Potrzebuję lekarza i to jak najszybciej!

Powoli się podniosłam zaciskając zęby z bólu, a kiedy przylgnęłam do drzewa rozejrzałam się. Promyk nadziei wewnątrz mnie delikatnie zaiskrzył, kiedy niedaleko zobaczyłam przerwę w drzewach. Liczyłam na to, że jest to droga, albo chociaż jakaś ścieżka. Założyłam na głowę mokry już kaptur i odgarnęłam włosy z czoła. Ostrożnie stawiałam każdy krok, nie ufałam swoim nogom, ani tym bardziej leśnej ziemi.

Robiło się coraz ciemniej, a deszcz w zaskakującym tempie zmieniał się w ulewę. Zastygłam w bezruchu, kiedy mignął przede mną cień. Serce chciało wyrwać się z piersi, a nogi zrobiły się miękkie, jak z waty. Przypomniałam sobie wszystkie znane mi straszne filmy, kiedy to morderca bawi się ze swoją ofiarą. Goni ją, udając, że nie może jej złapać przez co ofiara odzyskuje nadzieję, aż nagle zza najbliższego zakrętu wyskakuje oprawca, który wbija jej nóż prosto w serce.

Minęło kilka dobrych minut, a ja wciąż stałam w jednym miejscu. Wiedziałam, że muszę się ruszyć. Krzyczałam do siebie w myślach, że nie mogę tak stać w bezruchu, że mimo przerażenia, które krąży w moich żyłach muszę iść. Wmawiałam sobie, że to tylko cienie próbują wywołać we mnie coraz większy strach. Mimo dotkliwego zimna czułam pot spływający strużkami po czole. Zmusiłam w końcu nogi do posłuszeństwa, a las z każdym krokiem stawał się groźniejszy. Konary drzew zdawały się wyciągać po mnie długie ramiona chcąc mnie opleść, by wciągnąć w ciemną dziurę. Tysiące cieni obserwowały mnie i tylko czekały na mój upadek.

Droga, która była coraz bliżej stała się wybawieniem od mrocznego lasu. Poczułam ulgę, kiedy postawiłam stopę na mokrym asfalcie. Przez chwilę zastanawiałam się, w którą stronę mam dalej iść. Coś wewnątrz mnie pociągnęło mnie na północ, jak odczytałam z mchu porastającego drzewa. Muszę znaleźć jakieś schronienie, a najlepiej komisariat policji i lekarza.

Szłam błotnistym poboczem drogi, co chwila zerkając w stronę lasu. Miałam wrażenie, że nagle ktoś lub coś z niego wyskoczy i rzuci się na mnie. Szum deszczu zagłuszył by każdego, kto mógłby się do mnie podkraść. Co chwila odwracałam się za siebie w obawie, że jestem śledzona. Resztki zdrowego rozsądku, który we mnie pozostał, próbowały przekonać mnie, że skoro żyję to znak, że ktoś sobie odpuścił. Zgoda, zrobił mi coś zapewne niewyobrażalnie złego, ale porzucił w lesie. Może liczył na to, że skonam. Tylko dlaczego sam nie dokończył dzieła? Nie obawiał się, że ktoś mógłby kiedyś odnaleźć moje ciało i zawiadomić władze? A może właśnie liczył na rozgłos?

— Przestań — szepnęłam do samej siebie próbując uspokoić myśli i wyobraźnię, która pokazywała mi już moje martwe ciało w trumnie.

Matka zapewne kupiłaby nową sukienkę na taką okazję. Ułożyłaby czarne loki tak, by idealnie spływały po ramionach. Srebrny wisior z bursztynem w kształcie łzy spocząłby na jej szyi i dumnie się prezentował. Ojciec założyłby garnitur, który zakładał na wszystkie wielkie wydarzenia. Zapiąłby zegarek na nadgarstku z ponurą miną. Może ukradkiem uroniłby łzę lub dwie, szybko otarłby je wierzchem dłoni. Po pięknej przemowie trwającej zdecydowanie zbyt długo i mówiącej, jak dobrym człowiekiem byłam i jak wszyscy będą za mną tęsknić, schowaliby mnie w drewnianej trumnie, w czarnym dole. Rodzice rzuciliby czerwone róże, które opadłyby z głuchym stuknięciem w wieko, przecież nie zbrudziliby sobie rąk symboliczną garścią ziemi.

Poczułam, jak łzy wymieszały się z kroplami deszczu spływającymi po mojej twarzy. Zacisnęłam dłonie w pięści i mimo bólu, który tkwił w każdym zakamarku mojego ciała przyspieszyłam kroku. Liczyłam na przejeżdżający samochód, który zbawiennie zatrzymałby się i zabrał mnie z tego okropnego miejsca. Jednak nie było się co łudzić. Droga nie wydawała się zbyt często uczęszczana, w przeciwnym razie, już ktoś by tędy przejechał. Szłam dalej i dalej. A przed sobą widziałam tylko ścianę deszczu, który wzmagał na sile. Grzmot przeszył powietrze, a błyskawica z trzaskiem rozdarła niebo. Skuliłam się, ale wiedziałam, że nie mogę się zatrzymać. Musiałam znaleźć jakieś schronienie i miałam nadzieję, że ktoś będzie miał na tyle dobre serce, że przygarnie chociaż na chwilę zagubioną, bez grosza przy duszy w zakrwawionych i podartych ubraniach dziewczynę. Zaciskając zęby pokonałam kolejny zakręt. Przy wcześniejszych tliła się we mnie nadzieja, że oto wyjdę i zobaczę rząd domów, które będą ciągnęły do siebie ciepłymi światłami. Do tej pory nic się nie wydarzyło, a ja coraz bardziej odczuwałam zmęczenie i ból. Chciałam usiąść, odpocząć choć na chwilę. Ilekroć o tym myślałam, patrzyłam w gęsty las i zmuszałam nogi do dalszej wędrówki. Miałam wrażenie, że minęły wieki, od kiedy weszłam na drogę i bałam się, że będę tułać się tak bez końca.

Zamarłam.

W oddali jasno paliły się światła zielonych neonów zachęcając podróżnych do środka prostym napisem „BAR”.

Fatamorgana. To nie może być realne.

I przecząc swoim myślom niemal biegiem ruszyłam w stronę budynku. Nie zważałam na ból, ani na deszcz, czy grzmoty. Wiatr przybrał na sile i niemal popchnął mnie w stronę, w którą zmierzałam. Jak na skrzydłach dopadłam drzwi i zawahałam się. Co jeśli w środku jest ktoś, kto mnie porwał i zrobił to wszystko? Przełknęłam głośno ślinę i spróbowałam uspokoić drżenie rąk. Muszę skorzystać z tej szansy. Do diabła! Przecież nawet nie wiem gdzie jestem i nikt inny oprócz ludzi środku nie może mi w tej chwili pomóc. Nacisnęłam klamkę i pchnęłam drzwi.

Przyjemne ciepło przylgnęło do mnie. Przez chwilę zbierałam w sobie odwagę, by podnieść głowę i rozejrzeć się, cisza w pomieszczeniu dodała mi otuchy.

Przy żadnym ze stolików nikt nie siedział, a ja odetchnęłam z ulgą. Niepewnie podeszłam do potężnego mężczyzny, który stał za barem i wycierał szklankę białą szmatką. Każdy mięsień drgał przy tej czynności, jakby musiał powstrzymywać się, by nie użyć za dużej siły. Dopiero po chwili podniósł wzrok znad szkła i spojrzał na mnie szarymi oczami. Odniosłam wrażenie, że te oczy widziały o wiele więcej niż jestem sobie w stanie wyobrazić. Zobaczyłam w nich współczucie, zrozumienie i gdzieś głęboko skrywany ból. Zacisnął mocniej kwadratową szczękę i odłożył na bok szklankę.

— Co podać? — spytał.

— Nie wiem — szepnęłam i przełknęłam ogromną gulę w gardle powstrzymując się od płaczu. Dopiero teraz poczułam, jak strach i ból wdarł się w moją duszę. — Nie mam pieniędzy — dodałam i spuściłam wzrok.

— Poczekaj chwilę — zniknął za drzwiami prawdopodobnie prowadzącymi na zaplecze.

Zadrżałam. Cała byłam przemoczona i mimo ciepła w barze, zaczęłam odczuwać chłód i coraz silniejsze zmęczenie. Wiedziałam, że muszę mieć się na baczności. Postanowiłam rozejrzeć się po pomieszczeniu, by w razie czego móc szybko uciec. Znając otoczenie znacznie łatwiej jest przetrwać. Westchnęłam. Moje zaufanie do ludzi zmalało, a może już całkowicie zanikło?

Dostrzegłam detale świadczące o dawnej świetności lokalu. Wytarta, drewniana podłoga już dawno zasłużyła na odnowienie, a tapeta w kolorze ciemnego wina miejscami zaczęła odłazić od ścian. Przesunęłam dłonią po kilku drewnianych ozdobach. Z pewnością musiał wyrzeźbić je ktoś o wielkim talencie. Nie byłam do końca pewna co przedstawiają. Przywodziły na myśl głowy demonów. Ostre zęby, wystające języki zdobiły każdą ze ścian. Ciekawe czy wiązała się z tym jakaś głębsza historia, czy był to tylko wymysł artysty. Nad barem wisiał obraz przedstawiający drastyczną scenę wojny. Nie była to walka między ludźmi, lecz między aniołami, demonami i duchami. Zobaczyłam na nim kilka aniołów zmieniających się z białych istot w mroczne, przeklęte duchy. Czułam jak cała scena zaczyna się dziać, niemal słyszałam krzyki i błyskawice. Byłam jak zahipnotyzowana, malowidło prawie mnie w siebie wciągnęło.

— Napij się, trochę ciebie rozgrzeje — głos mężczyzny wyrwał mnie z zamyślenia.

Kiwnęłam głową i wzięłam łyk gorącej herbaty z miodem i cytryną. Przyjemne ciepło powoli zaczęło rozchodzić się wewnątrz mnie. Mężczyzna okrył mnie ręcznikiem i przez chwilę wpatrywał się we mnie. Wiedziałam, że nad czymś się zastanawia. Odwróciłam wzrok nie mogąc znieść tego, jak bardzo on sam próbował rozczytać moją duszę na wylot, tymi wszystkowiedzącymi oczami. Poczekał aż wypiję herbatę do końca, dopiero wtedy się odezwał.

— Słuchaj, możesz się tu zatrzymać na jakiś czas. Potrzebuję pomocy w barze, mogłabyś sobie trochę dorobić — jego uśmiech wydał mi się niesamowicie szczery.

Spojrzałam na mężczyznę próbując odgadnąć jego zamiary. Czy był życzliwy? Czy raczej próbował dokończyć to, co sam zaczął. Może to wszystko było jednym wielkim planem i grą? Porzucił mnie w lesie licząc na to, że trafię jakimś cudem do tego baru

i będzie mógł zaproponować mi fałszywą pomoc. Dokończy swe dzieło. Cholera! Przecież nie mógł wiedzieć, że pójdę akurat w tę stronę, że nikt nie będzie przejeżdżał drogą i nie trafię na nikogo innego. Prawda była taka, że oto ktoś wyciąga do mnie pomocną dłoń, a ja w swojej nowej paranoi chcę ją odtrącić. Potrzebuję schronienia i pieniędzy, choćby po to, by dotrzeć do najbliższego komisariatu. Szalejąca burza na zewnątrz zachęcała do przyjęcia propozycji, ale lampka z tyłu głowy za nic nie chciała zgasnąć. Obiecałam sobie, że będę ostrożna.

— Przydałby mi się nocleg i jakaś kasa — powiedziałam niepewnie wciąż zastanawiając się, czy dobrze robię.

— Świetnie, w takim razie chodź za mną. Na górze będziesz miała pokój. Czasem śpią tu też inni goście, ale to się rzadko zdarza.

Schody zaskrzypiały, kiedy po nich wchodziliśmy. Piętro budynku było w jeszcze gorszym stanie niż parter. Ściany były obdrapane i ubrudzone czerwoną farbą. Upiorne wrażenie potęgowało światło żarówki, która jako jedyna oświetlała korytarz. Minęliśmy kilka pokoi i zatrzymaliśmy się przy ostatnich drzwiach. Barman wyjął z kieszeni klucz i usłyszałam głośny mechanizm zamka. Zawiasy zaskrzypiały i ukazał się niewielki pokój z podwójnym łóżkiem, małym biurkiem pod oknem i drewnianym krzesłem przysuniętym do niego. W kącie stała niewielka szafa.

— Nie są to może fantastyczne warunki, ale może odpoczniesz chociaż trochę i się ogrzejesz. W pokoju masz też łazienkę. Weź kąpiel, a ja poszukam jakichś suchych ubrań dla ciebie — przez chwilę przyglądał mi się uważniej — i przyniosę apteczkę.

— Dziękuję — szepnęłam cicho, nie wiedząc, co więcej mogę powiedzieć.

— Nie ma za co — odparł odwracając się i za chwilę zniknął na schodach.

Przekroczyłam próg pokoju, w którym panował straszny zaduch. Otworzyłam okno na całą szerokość i dopiero teraz zorientowałam się, że z tyłu baru znajduje się cmentarz. Wzięłam głęboki wdech i nagle przy jednym z grobów coś się poruszyło. Wytężyłam wzrok na tyle, na ile pozwalały mi strugi deszczu. Koniec, oszalałam! Oficjalnie jestem wariatką widzącą wszędzie ludzkie cienie i porywaczy. Przydałby mi się psycholog, a może to już etap, gdzie powinien wkroczyć psychiatra? Głos w głowie krzyczał, że powinnam zasłonić okno i schować się w najciaśniejszym kącie, jednak nie zrobiłam tego i uparcie wgapiałam się w miejsce przy grobie. Po chwili wyłonił się zarys ludzkiej postaci. Miałam wrażenie, że patrzy wprost na mnie. Przeszyło mnie dziwnego rodzaju otępienie, nie mogłam oderwać wzroku od nieznanego cienia. Zupełnie tak, jakby ten ktoś nie chciał mnie puścić, jakby ciągnął mnie do siebie każdą cząstką. Wreszcie postać zniknęła a ja uwolniłam się z uścisku dziwnej mocy. Serce waliło chcąc wyrwać się z mojej piersi. Wytarłam spocone dłonie w i tak już mokre spodnie. Zdecydowanie powinnam odpocząć.

***

Łazienka była nieduża, za to mieściła wannę, co wywołało promienny uśmiech na mojej twarzy. Nalałam do niej gorącej wody i w międzyczasie spojrzałam w lustro, a to co zobaczyłam nie było mną. Grudki ziemi pomieszane z zaschniętą krwią i łzami tworzyły koszmarną karykaturę. Zacisnęłam zęby i przemyłam twarz wodą. Dopiero teraz ukazał się ogromny siniak pod okiem i kilka skaleczeń. Pewnie niektóre z nich pojawiły się w trakcie mojej wędrówki. Wzięłam głęboki wdech, ale tym razem to nie pomogło. Wbiłam zęby w ręcznik, tym samym tłumiąc krzyk cierpienia, który wstrząsnął moim ciałem. Łzy spłynęły potężnym strumieniem, którego nie byłam w stanie powstrzymać. Dlaczego coś takiego musiało się przytrafić właśnie mnie? Dlaczego trafiło na mnie? To nie było w porządku! Kto był zdolny do czegoś takiego?! Tylko jakiś totalny świr!

Po kilku długich minutach szloch przerodził się w ciche łkanie. Miałam tego wszystkiego serdecznie dość. Zaczęłam żałować, że nie umarłam. Mógł mnie dobić i zakopać w tym okropnym lesie. Nie musiałabym teraz znosić tego całego bólu i cierpienia! Wzięłam kilka głębokich wdechów i wytarłam nos w papier. Zrzuciłam z siebie mokre i brudne ubrania, a kiedy zanurzyłam się ciepłej wodzie poczułam ukojenie, które dało odpoczynek nie tylko obolałym mięśniom, ale również mojemu umysłowi. Przetarłam oczy i zaczęłam dokładnie badać każdy skrawek skóry. Niemal nie było miejsca, którego kolor nie przypominałby sino-fioletowego nieba. Zacisnęłam zęby, poczułam ogromny przypływ nienawiści do tego, kto mi to zrobił. Pragnęłam sprawiedliwości, chciałam, by dorwała go policja. Ktoś powinien go zacząć szukać. Uświadomiłam sobie, że mogło być ze mną o wiele gorzej. Siniaki w końcu zejdą i jedyny ślad jaki pozostanie to wielki uraz psychiczny.

Zamknęłam na chwilę oczy, a gdy je otworzyłam zobaczyłam siedzącą przede mną nagą kobietę. Chciałam krzyknąć, ale głos uwiązł mi w gardle a ciało odmówiło posłuszeństwa. Rozchyliła nogi, a jej dłoń błądziła po kobiecości. Uśmiechnęła się i przesunęła językiem po śnieżnobiałych zębach. Wyciągnęła rękę w stronę drzwi, a mój wzrok podążył za tym ruchem. W drzwiach stał barman całkowicie nagi. Podszedł do kobiety i połączył się z nią długim namiętnym pocałunkiem. Wyciągnął ją z wanny i posadził na swoim nabrzmiałym członku.

Tego było już za wiele! Spróbowałam krzyknąć i zachłysnęłam się zimną wodą. Mój otępiały umysł powrócił do rzeczywistości. W łazience byłam sama.

— Co to było, do cholery?! — krzyknęłam i szybko wyskoczyłam z wanny. Chyba już całkowicie zaczynałam tracić rozum.

Kiedy się wytarłam i owinęłam ręcznikiem, spojrzałam w lustro nad umywalką. Ze skaleczeń powoli sączyła się krew, a niektóre z nich już zdążyły się zasklepić. Przełknęłam głośno ślinę i wróciłam do pokoju. Niemal podskoczyłam ze strachu, kiedy spostrzegłam barmana siedzącego na łóżku z apteczką. Drżące dłonie zacisnęłam w pięści i podeszłam do niego. Poczułam się niezręcznie, kiedy usiadłam obok. Nie wiedziałam co mam o tym wszystkim myśleć. W głowie pojawiła się scena z łazienki, a ja siłą próbowałam ją wypchnąć z umysłu. Może to był tylko dziwaczny sen? Organizm jasno próbował mi przekazać informację, że jest przemęczony, a ja to ignorowałam zbyt długo i oto są tego skutki.

— Musiałaś mieć ciężki dzień — stwierdził przemywając mi skaleczenia. — Kto ci to zrobił?

— Nie wiem. — wyznałam i przez chwilę wahałam się, czy powinnam o tym mówić obcemu mężczyźnie. Wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała złożyć wyznania na policji, więc dobrze byłoby móc zrzucić ten przeraźliwy ciężar z ramion. Nawet jeśli nie do końca wiedziałam czy mogę zaufać temu człowiekowi. — Pojechałam do Jastrzębiej Góry na wakacje, a kiedy byłam już niedaleko hotelu, w którym miałam zarezerwowany pokój, zatrzymał się koło mnie samochód. Kierowca spytał o drogę, ale nie znałam miasta. Chciałam mu o tym powiedzieć, gdy nagle złapał mnie mocno za szyję i przycisnął do twarzy jakąś szmatę — słowa wypływały ze mnie w szybkim tempie, przerwałam na chwilę, by złapać głębszy oddech i powstrzymać łzy. Dopiero kiedy byłam pewna, że opanowałam gulę w gardle zaczęłam mówić dalej. — Potem była tylko ciemność. Ocknęłam się w lesie i nie miałam przy sobie niczego, ani portfela, ani dokumentów, nic. Pozostały mi tylko rany i te siniaki.

Obserwowałam reakcję barmana na moje słowa. Liczyłam, że może uda się wyczytać z jego twarzy czy miał cokolwiek wspólnego z porwaniem mnie i katowaniem. Jednak jedyne co zobaczyłam to żal i smutek, których ciężkie nuty pobrzmiewały w jego głosie.

— Przykro mi, że spotkało cię coś takiego i cieszę się, że mogę ci w jakiś sposób pomóc — zmarszczył brwi w zamyśleniu. — A właśnie, bo nie spytałem wcześniej, jak się nazywasz?

— Liliana Ambrozjak, a ty to..?

— Aleksander, ale śmiało możesz mówić mi Aleks — uśmiechnął się do mnie ciepło, a mnie zastanowiło dlaczego nie podał swojego nazwiska. — Przyniosłem kilka koszulek i spodnie dresowe. Powinny być w miarę dobre. Pozwolisz, że wezmę twoje ubranie,

a na jutro będzie już czyste i suche?

— Tak, dziękuję — odwzajemniłam uśmiech, jednak w mojej głowie wciąż wisiał intymny obraz Aleksandra i nieznanej mi kobiety.

— Chyba już lepiej nie będzie — wyznał barman chowając wodę utlenioną i zbierając zużyte gaziki. — Spróbuj odpocząć, a jutro zapraszam na śniadanie i wtedy pogadamy o twojej pracy.

— Jeszcze raz dziękuję za pomoc. W tych czasach twój gatunek niemal jest na wyginięciu.

— Nawet nie wiesz jak bardzo — odparł kierując się w stronę drzwi. — Śpij dobrze.

— Dobranoc — odpowiedziałam i przez chwilę słuchałam skrzypiącej podłogi w korytarzu i starych, drewnianych stopni, po których schodził Aleksander. Dopiero wtedy podniosłam się i zamknęłam drzwi na klucz, tak na wszelki wypadek.

Zadrżałam, kiedy mocniejszy podmuch wiatru wpadł do pokoju. Nie miałam zamiaru zamykać okna, nie chciałam czuć się jak w klatce. Poza tym liczyłam na to, że chłodne powietrze pomoże mi zasnąć. Usiadłam na łóżku i kiedy już założyłam na siebie za dużą koszulkę, wpatrzyłam się gdzieś w przestrzeń. Co teraz będzie? Czy jestem tu bezpieczna? Pytania zaczęły zalewać moją zmęczoną głowę i wątpiłam, by była jakakolwiek szansa na to, że wkrótce znajdę na nie odpowiedź. Ze zbolałym umysłem wsunęłam się pod kołdrę i zamknęłam oczy. Spróbowałam uspokoić oddech i skupić się tylko na kroplach deszczu opadających na parapet. Liczyłam na to, że staną się one moją kołysanką, która odpędzi złe myśli i przywiedzie do mnie sen. Poczułam przyjemne ciepło rozlewające się po całym ciele, z którym nie chciałam walczyć i wbrew wszelkim obawom, że już nigdy więcej nie uda mi się zasnąć, odpłynęłam.

2. Pierwsza krew

Promienie słońca delikatnie musnęły moją twarz, a ja przetarłam oczy. Serce mocniej mi zabiło i przez chwilę poczułam, jak adrenalina, na samo wspomnienie wczorajszego dnia, wpija się w mój organizm. Wzięłam głęboki wdech i z ulgą stwierdziłam, że jestem w miarę bezpieczna, w suchej i ciepłej pościeli. Gdy już uspokoiłam oddech, a ręce przestały mi drżeć przeciągnęłam się i podniosłam z łóżka. Ból spowodowany ogromną ilością siniaków już dawał o sobie znać. Zamarzyłam o tabletce przeciwbólowej, może znajdę coś na zapleczu. Na razie musiałam jednak zignorować ból. Na pocieszenie postanowiłam wziąć ciepły prysznic. Już idąc do łazienki zobaczyłam swoje ubrania ułożone na biurku. Były czyste, suche i pachniały nieskazitelną świeżością. Zatrzymałam się w pół kroku, kiedy przypomniałam sobie, że drzwi zamykałam na klucz. Widocznie Aleksander miał zapasowy. Musiał wejść kiedy spałam, mógł mi zrobić wszystko, a on tylko zostawił czyste ubrania. Może nie mam powodów, by obawiać się tego faceta. A jednak nie mogłam wyłączyć tej czerwonej lampki z tyłu głowy.

— Żyję — szepnęłam do siebie i przyjrzałam się swojemu odbiciu. — Mogło być o wiele gorzej.

Pozwoliłam sobie na odrobinę relaksu w ciepłych strumieniach wody. Spróbowałam nie myśleć o niczym nieprzyjemnym, co w obecnej sytuacji było dość trudne do wykonania. Wystarczyła tylko chwila nieuwagi i już moje myśli wracały na nieprzyjemne tematy. Powinnam powiadomić policję o całym zajściu. Dlaczego nie zrobiłam tego wczoraj? Dzisiaj nie ma zbyt wielu dowodów oprócz śladów na moim ciele. Nie ma już brudnych ubrań, nie ma świadków. Cholera! Czyżbym była aż tak naiwna?! Zacisnęłam ze złości zęby. Trzeba było iść dalej, a nie zatrzymywać się w tym barze. Muszę znaleźć telefon, albo samochód, zwiać stąd jak najszybciej i jak najdalej. Oparłam się o zimne płytki i spróbowałam powstrzymać łzy nabiegające do mych oczu. Wiedziałam, że w końcu pęknę i będę musiała wypłakać cały ten stres i złość, która we mnie krążyła. Dlaczego by nie zrobić tego akurat teraz? Otarłam wierzchem dłoni pierwszą kroplę z policzka i z trudem stłumiłam szloch. Musiałam wziąć się w garść. Nie mogę dać po sobie nic poznać. Oblałam się zimną wodą i szybko wytarłam ręcznikiem.

Kiedy spojrzałam w lustro myjąc zęby, znów mignęła mi postać kobiety z wczorajszego snu.

— Tylko spokojnie, to twoja wyobraźnia płata figle — szepnęłam do siebie próbując uspokoić oddech, ale na wszelki wypadek pospiesznie wróciłam do pokoju.

Miałam wrażenie, że już zawsze wchodząc do łazienki będę miała ten dziwny obraz przed oczami.

Zakładając na siebie wyprane ubrania zerknęłam jeszcze w stronę okna z widokiem na cmentarz. W świetle słońca krople rosy i wczorajszego deszczu skrzyły się na grobach, jednak po zakapturzonej postaci z wczoraj nie było śladu. Kiedy zamykałam okno kątem oka zauważyłam, jak jakiś cień przesuwa się między grobami. Cholera jasna! Nie dość mam już zszargane nerwy? Chyba naprawdę skończę w szpitalu psychiatrycznym.

Usiadłam na podłodze próbując zebrać myśli. Nie mogę przecież podskakiwać na widok najmniejszej zmiany światła w otoczeniu. Tylko jak mam nad tym zapanować? Jestem sama. Jak zwykle, kiedy wszystko się wali jestem sama. Chyba taka już definicja tragedii. Kiedy dzieje się źle, pozostajesz sam, jak palec. A nawet jeśli pojawi się ktoś obok, to tylko po to, by cieszyć się twoim nieszczęściem.

Wiedziałam, że muszę przez to wszystko przejść.

Sama.

Jęknęłam, kiedy się podnosiłam. Ból stawał się coraz wyraźniejszy, może przez to, że adrenalina znikała z mojego organizmu. Powoli dotarłam do drzwi, a później do schodów. Każdy stopień stał się udręką dla mojego ciała. Z kolejnym krokiem miałam wrażenie, że mięśnie się rozrywają. Z twarzą wykrzywioną bólem podeszłam do barmana, który już stał na swoim stanowisku. Gestem dłoni wskazał miejsce naprzeciwko.

— Ciężka noc? — spytał widząc moją obolałą minę.

— Można tak powiedzieć. Masz może coś przeciwbólowego?

— Mam, ale najpierw musisz coś zjeść. Przed chwilą zrobiłem jajecznicę na bekonie — już miał zniknąć za drzwiami zaplecza, gdy zatrzymał się na chwilę. — Kawy, herbaty?

— Herbaty. Może ci pomogę?

— Jeśli chcesz, to chodź.

Zaplecze było sporym pomieszczeniem, w którym znalazło się miejsce na gotowanie, a nawet na jakiś odpoczynek dla pracowników. Pod jedną ze ścian stał całkiem stary fotel. Jego bordowe obicie było widocznie wytarte od częstego siadania. Mimo niedużej ilości szafek i innych sprzętów kuchennych, widać było, że wszystko ma tu swoje miejsce. Barman pokazał mi, gdzie co się znajduje. Jedyne czego nie zdradził to zawartości skrzyni stojącej zaraz przy tylnym wyjściu, zamkniętej na kłódkę. Nie chciałam być wścibska, ani niemiła, wiec postanowiłam na razie o to nie pytać. Może trzymał tam swoje osobiste rzeczy.

Kiedy czajnik wydał dźwięk kliknięcia, oznajmiając tym samym zagotowanie wody, zalałam wrzątkiem herbatę i wróciliśmy za bar. A właściwie to Aleksander wrócił do polerowania szkła, a ja usiadłam naprzeciwko i zajęłam się jedzeniem.

— O której zaczynam pracę? — spytałam między szybkimi kęsami.

— O dwudziestej pierwszej. Spora ilość gości schodzi się w głównie w piątki, więc dzisiaj będzie trochę roboty.

— Zaraz — prawie zadławiłam się jajecznicą. — Jest piątek?! W Jastrzębiej Górze byłam w poniedziałek! Co się ze mną działo przez ten czas?!

— Tak, mamy piątek — wbił wzrok gdzieś ponad moje ramię nie chcąc patrzeć mi w oczy. — Wczoraj nie chciałem ci tego mówić, ale jesteśmy spory kawałek od miejsca, w którym miałaś spędzić wakacje — jego głos ścichł do ledwo słyszalnego szeptu, zupełnie tak, jakby znał mnie od dawna i nie chciał krzywdzić jeszcze bardziej.

— To znaczy? — ponagliłam go do konkretnej odpowiedzi.

— Jesteśmy niedaleko Świnoujścia — w końcu spojrzał na mnie. — Miejscowość nazywa się Grudrzewo. Jest tu kilka domów postawionych co parę kilometrów. Mamy też cmentarz, co zapewne zdążyłaś zauważyć i jeden bar, w którym właśnie siedzisz.

Zatkało mnie. Nie mogłam w to uwierzyć. Ktoś mnie porwał, bogowie raczą wiedzieć co mi zrobił, a potem porzucił właśnie tutaj. Zakręciło mi się w głowie i chwyciłam się blatu. Potrzebowałam chwili ciszy i spokoju. Muszę wszystko sobie poukładać, muszę znaleźć odpowiedzi na miliony pytań kłębiących się w mojej głowie. Co działo się ze mną przez cały ten czas? Skąd te siniaki i ból w ciele? Dlaczego jestem kilkaset kilometrów od Jastrzębiej Góry? Momentalnie straciłam apetyt, co ostentacyjnie pokazałam odsuwając od siebie talerz z resztkami jajecznicy.

— Będę na pewno przed dwudziestą. Musze się przejść — oznajmiłam a barman tylko kiwnął głową.

Widać było, że jest przejęty moją sprawą. Nie wiedziałam tylko dlaczego tak go to wszystko dotyka. W zasadzie to już nic nie wiedziałam. Z jednej strony byłam przerażona tym, że zostałam ze wszystkim sama. Nie miałam nikogo, kto mógłby mi pomóc. Dodatkowo znalazłam się w starym barze z obcym facetem na jakimś totalnym zadupiu! Z drugiej jednak strony czułam ogromną ulgę, że w ogóle żyję i trafiłam na kogoś, kto w jakimś stopniu chce mi pomóc.

Kiedy znalazłam się przed budynkiem poczułam, jak orzeźwiające powietrze odrobinę mnie cuci. Skierowałam swoje kroki w stronę cmentarza, tam nikt nie powinien mi przeszkodzić. Nie wiem czy widok grobów pomoże mi w powrocie do lepszej formy, ale lepsze to niż powrót w niezbadane ścieżki lasu.

Powietrze nie było tak ciepłe, jak zapowiadało to słońce na niebie. To nawet lepiej, będę mogła w spokoju i bez tragicznego upału pomyśleć. Kiedy znalazłam się przed bramą ozdobioną miejscami czerwoną rdzą, pojawiło się we mnie uczucie, którego nie umiałam nazwać. Było to coś na kształt strachu i jednoczesnego podniecenia. Skarciłam się w duchu. Przecież to tylko stary cmentarz, nie ma czego się bać, ani tym bardziej niczym podniecać. Ogrodzenie i same groby niemal błagały o jakąkolwiek renowację, a trawa i rosnące gdzieniegdzie krzewy i drzewa zdawały się walczyć z ingerencją człowieka w naturę. Powoli zaczęłam kluczyć wydeptanymi ścieżkami między grobami, co jakiś czas przystając i czytając nazwiska osób leżących w ziemi. Zauważyłam, że większość grobów nie była od lat sprzątana, a w dużej mierze leżały tu osoby, które zmarły w roku 1856. Widocznie już tutaj nikogo nie chowano.

Wzięłam głęboki wdech, gdy w głowie zobaczyłam tak dobrze znany mi grób jedynej osoby, której na mnie zależało. Co tydzień zostawiałam na nim białą różę i ze łzami w oczach opowiadałam o tym, co mnie spotkało. Chwila, w której uświadomiłam sobie, że gdybym zginęła już nigdy bym się tam nie znalazła była niezwykła. Może i nie odwiedziłabym ukochanego grobu, ani nie przeszła żwirowaną aleją, po której obu stronach rosły dęby. Nie zaszeleściłyby liście zrzucone przez wiatr, nie zaćwierkałby żaden ptak, ani wiewiórka nie przecięłaby mi drogi. Zniknęłabym i być może spotkałabym się z babcią już po drugiej stronie. Na tę myśl uśmiechnęłam się do siebie. Cudownie byłoby móc znów ją zobaczyć, usłyszeć ciepły głos, spojrzeć w szare oczy tak pełne miłości i zrozumienia.

Zastanowiłam się co takiego, by mogła powiedzieć w mojej obecnej sytuacji. Pewnie coś w rodzaju „Nie przejmuj się niczym, najważniejsze, że żyjesz. Wszystko się w końcu ułoży.” Zaparzyłaby owocowej herbaty i poczęstowała miodowcem, który był ulubionym ciastem całej rodziny. I trudno było się dziwić, miodowo-piernikowe blaty przekładane budyniowo-miodowym kremem i oblane polewą czekoladową potrafiły zawrócić w głowie. Niemal poczułam w ustach smak tego ciasta całkowicie rozpływając się we wspomnieniu, kiedy ostatni raz go jadłam, gdy spostrzegłam, że przy jednym z grobów siedzi zakapturzona postać.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 38.14