E-book
20.48
drukowana A5
43.12
drukowana A5
Kolorowa
68
Trzecia Wojna Światowa

Bezpłatny fragment - Trzecia Wojna Światowa


5
Objętość:
215 str.
ISBN:
978-83-8155-415-2
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 43.12
drukowana A5
Kolorowa
za 68

Rozdział 1: Rozpoczęcie

Był ciepły słoneczny poranek. Andrzej właśnie otwierał zimne piwo prosto z lodówki. Włączył telewizor i, skacząc z kanału na kanał, zatrzymał się na pewnym programie ''EGZORCYZMY.PL„”. Wpatrywał się w twarz egzorcysty i powiedział:

— Jezu, co się wyprawia na tym świecie, że istnieją kanały o Egzorcyzmach. Jeszcze na Netfelixie. O tej godzinie leciało zawsze „»Dlaczego Ty, a nie Ja«”. Jebane Netfelixowe gnoje, skasować jedyny serial, który oglądałem.- Po chwili Andrzej zauważył coś dziwnego w twarzy Egzorcysty.- Aaa… On ma wąsa jak Hitler! Zara, a kto tam z tyłu stoi? Nie, to nie może być prawda, to Diablo 3 Cytryny.

Nagle w telewizorze Andrzeja pojawił się Diablo.

— A kogo tu mamy, czy to Andrzej Browiec? — powiedział Diablo.- A kto by inny od razu po przebudzeniu, pierwsze co zrobił, to otwierał zimne piwo z lodóweczki? Więc nie na darmo nazywasz się Browiec.

— Hej wiesz która jest godzina? Piętnasta, więc skąd możesz wiedzieć, że dopiero wstałem? — zapytał Andrzej z wielkim wkurwem w oczach.

— A o której niby wstałeś? Jak chcesz wiedzieć, to wstałem dokładnie pięć godzin temu, aaa nie, sory, pięć minut temu. Więc się nie pomyliłem, hee… Ja i H-junior prowadzimy własny program telewizyjny. A, i dla twojej wiadomości, zdjęli „»Dlaczego Ty, a nie Ja«”. A wiesz czemu?

— No powiedz, czemu.

— Bo jedyni ludzie, którzy go oglądali, to takie pijaki jak ty.

Biedny Andrzej wiedział że jest zwykłym pijakiem i ze smutkiem powiedział:

— Kurwa, Diablo ma rację, jestem zwykłym pijakiem.

Nagle Andrzej przypomniał sobie, że, do jasnej cholery, nie zatwierdził tego programu, a mógł nie zatwierdzić, bo do chuja pana był prezydentem miasta stołecznego Gostingen.

Nagle do drzwi Andrzeja zapukał Romuś i Essuś- Dwaj nierozłączni wrogowie.

— Siema Andrzej, nie miałeś dziś iść na zebranie wokół Pieronki? — rzekł Esuś.

— Miałeś iść ochrzcić Zdechlaki. -dodał Romuś.-Wszystkie Karyny, a szczególnie Okaryna, nie przepuszczą okazji na darmowe Zdechlaki dla pierwszych stu klientów Pieronki.

— Ja pierdole, całkiem zapomniałem o tym chrzcie. Kurde, ej wyglądam na trzeźwego?

— Tak, żadna Karyna nie zauważy.- dodawał otuchy Romuś.

— Ale co obchodzą mnie jakieś, kurwa, Karyny. Tam będzie pan Lenny Face, w odwiedzinach w naszym pięknym mieście Gostingen, a ja schlany.

— Nie załamuj się, wypiłeś dopiero jedno piwo, jednym się nie upijesz. Znaczy, nie wiem jak to działa, nigdy nie piłem piwa, tylko czystą wódkę i paliłem skręta.- rzekli obaj młodzieńcy.

Andrzej wykurwił z domu. Miał w dupie to, że pił alkohol i wsiadł za kierownicę swojego luksusowego malucha. Odpalając silnik, powiedział:

— To najbardziej męski samochód na świecie.- Miał w zwyczaju mówić to za każdym razem, obracając kluczyk w stacyjce swojego auta.- No to jedziem tam.

Jedzie jedzie jedzie… Jechał tak szybko jak mógł, ale wiecie, jak to jest z maluchami. A samochód Andrzeja miał popsuty silnik, więc najszybciej to mógł jechać 30 na godzinę.

— Cholera spóźnię się i Karyny mnie rozszarpią.

Nagle Andrzej zauważył małego chłopca. Widać było, że łapał stopa. Andrzej, chociaż się spieszył, miał w zwyczaju podwozić wszystkich łapiących stopa, nawet kiedy chcieli jechać w innym kierunku niż on. Podjechał koło chłopca i powiedział:

— Hej, łapiesz stopa? Jeżeli tak, to szybko wsiadaj, bo trochę się spieszę.- Chłopak wsiadł i odpowiedział:

— To dobrze się składa, bo też się spieszę. Jadę do Pieronki. Na chrzciny Zdechlaków.

— No to zajebiście, bo ja też tam jadę, tyle że ja będę chrzcić te zdechlaki.

-Aaaaaa...Pan jest prezydentem miasta stołecznego Gostingen.

— A ty nie tutejszy?

— Nie, przyjechałem z kolegą, ale mi nie starczyło kasy na bilet, więc łapałem stopa.

— No to skoro nie jesteś stąd, to skąd przyjechałeś?

— Ja mieszkam w Białymstoku. Ale chodziłem do szkoły w Wielkiej Brytanii, stad ten Brytyjski akcent.

— Ooo… No to fajnie. A tak w ogóle, jestem Andrzej Browiec.

— Ja jestem Bakróla. Niestety, nie mam nazwiska. Wychował mnie jakiś pan, który mnie znalazł na skrzynce pełnej ziemniaków i nazwał mnie Bakróla.

— A jak nazywa się ten, co cię przygarnął?

— Nazywa się Marek. Jest miły.

— I tak po prostu bez jakichkolwiek pieniędzy, puścił cię do Gostingen?. Miasta, które nigdy nie śpi?

Po kilkunastu minutach drogi, Andrzej i Bakróla dojechali do Pieronki. Prezydent zauważył pana Lenny Face’a, armię Karyn i kilka innych klientów Piery. Andrzej chciał powiedzieć coś do Bakróli, ale chłopiec był już daleko.

„Bakróla najwidoczniej poszedł do swojego kolegi, o którym mi opowiadał. Przyszedł czas na chrzest Zdechlaków.” Andrzej wszedł na schody, podszedł do mikrofonu i zaczął przemawiać:

— Moi drodzy rodacy, zebraliśmy się tu dziś, by ochrzcić Pieronkowe Zdechlaki. Więc niech miasto stołeczne Gostingen powita nasz najdroższy, ukochany przez rodziców i dzieci oczywiście, wyczekiwany od tylu lat Gang Zdechlaków.

Prezydent ochrzcił Zdechlaki i oddał je w ręce Pieronki. I wtedy się zaczęło.

Rozdział 2: Pierwszy dzień wojny

Armia Karyn stała naprzeciw Biedronki. Każda uzbrojona w pięciocentymetrowe tipsy, zajebiście jaskrawe szpilki i oczywiście wielkie torebki do bicia innych i chowania do środka zdechlaków. Za pięć minut miało rozpętać się piekło.

Karyny szykowały się do wyskoku. Do drzwi podszedł właściciel biedronki, w ręce trzymał mały kluczyk. Włożył go do dziurki, przekręcił i, nawet nie zdążył otworzyć drzwi, Karyny były już w środku. W środku Pieronki, czyli niewielkiego marketu, zaczął się armagedon. Karyny krzycząc, wyrywały sobie zdechlaki z rąk.

Darmowe miały być jedynie dla stu pierwszych klientów sklepu. Karyn było dziesięć razy tyle. Pieronka wyglądała jak po przejściu tornado. Wszystkie warzywa i owoce były rozdeptane, na nich szczątkach dało się ujrzeć pełno odcisków szpilek. Pieczywo było pomieszane, słodkie drożdżówki leżały na pizzerkach, a ciepłe kajzerki zostały wkopnięte pod półki sklepowe. Żaden, ale to żaden napój lub produkt w szklanym pojemniku nie ocalał. Nie było produktu, który by nie był zniszczony albo wywalony z półki. Właściciel Pieronki złapał się za serce i zemdlał. Nikt nie miał zamiaru go ratować, ponieważ wszyscy byli tak zszokowani stanem sklepu.

Po jakiejś godzinie Andrzej postanowił zadzwonić po karetkę, żeby pomóc właścicielowi sklepu. Andrzej, widząc całą masakrę, postanowił pojechać do domu. Kiedy szedł do swojego malucha zauważył Bakrólę wnoszącego kartony do małego busika.

— Co..? Skąd Bakróla ma samochód? Skoro miał samochód, to czemu łapał stopa? — Andrzej pytał sam siebie. Nie zastanawiając się długo, poszedł do busa Bakróli.- A skąd masz to auto, co?!

— Aaaa… Dlaczego pan mnie straszy, nic nie zrobiłem!

— O co, kurwa, chodzi?! — krzyknął jakiś głos z za samochodu.

Po krótkiej chwili zza busa wyszedł młody chłopak z wyraźnym wkurwem na twarzy. Miał brązowe włosy, szczupłą sylwetkę, trochę szorstki i niemiły głos i czarną koszulkę z napisem „I’M RICH, BITCH”.

— A kim ty jesteś? — spytał Andrzej.

— Ja? Ja jestem Qayba. Chrzanię reguły i jestem przystojny! Chyba już dużo o mnie wiesz.

— Aaa… Ty jesteś kolegą Bakróli, tak? — zrozumiał Andrzej.- Bo przez chwilę pomyślałem, że jesteś ten Marek, o którym mówił mi Bakróla. A no właśnie, co wy robicie z tymi pudłami i najważniejsze, co w nich jest?

— Nie twój zasrany interes! — wydarł się Qayba.

— Ej, gówniarzu, nie tym tonem do prezydenta miasta stołecznego Gostingen. A tak z ciekawości, ile wy w ogóle macie lat?

— Ja mam 12, a Qayba ma 17 lat.- powiedział grzecznym i słodziutkim głosem Bakróla.

— Że cooo..! Żaden z was nie jest pełnoletni? I tak normalnie chodzicie sobie po Gostingen, najniebezpieczniejszym mieście na świecie? Ale zaraz, chwila. Skoro jesteście jeszcze dziećmi, to który z was chciał prowadzić auto, tak bez prawa jazdy?

— No kurwa ja, a kto.- przyznał Qayba, mając całą sytuację w dupie. -Ja jeżdżę jak zawodowiec i nie potrzebuję prawa jazdy, żeby móc sobie jeździć po mieście.

— O nie, jestem prezydentem, więc mam prawo i obowiązek zabrać was ze sobą do domu.

— Co? Nie chyba cię pojebało. Nie pójdę do ciebie do domu, a już na pewno nie pozwolę ci wziąć Bakróli.- zaprotestował Qayba z wielką furia w oczach.- My pojedziemy tam, gdzie chcemy, a tobie nic do tego. Jeszcze raz nas zaczepisz, to pokaże ci co to jest BIAŁOSTOCKA FURIA.

Andrzej miał całkiem w dupie Qaybę i zabrał obu siłą do swojego auta.

— Ja jebię. Nie masz prawa zaciągać nas siłą do swojego samochodu.- powiedział Qayba.

— Posłuchajcie mnie, jeżeli nie chcecie jechać do mnie, to mogę zadzwonić po opiekę społeczną, która zabierze was do domu dziecka, dopóki nie przyjedzie po was nikt dorosły.

— Nieee… Ja Pana lubię, proszę tego nie robić, Pan Marek da mi karę.- zasmucił się Bakróla. wytrzeszczając słodkie oczka w stronę Andrzeja.

— Za co ten Marek miałby ci dać karę? Za to, że musiał się o ciebie martwić?

— Och zamknij się wreszcie, ty pieprznięty facecie. Po jaką cholerę ty się o nas martwisz?! -syknął Qayba. Zaciskając pięść, z trudem powstrzymywał się od obicia mu mordy. Najchętniej bym mu wlał, żeby nie czepiał się cudzych spraw, mówił sobie w myślach, ale obiecałem już Bakróli, że nie będę bił osób, które odgrywają ważną rolę w kraju. Bo nigdy nie zapomnę, jak pobiłem do nieprzytomności ambasadora Meksyku. Ale to nie była moja wina, sam wpierdzielił się do kolejki po kebaba. Od tamtej pory nie wrócę już w Bieszczady. Mmm… Ciekawe co w sezonie letnim robił ambasador Meksyku w polskich Bieszczadach. Ale mnie wkurwił.

Po kilkunastu minutach rozmyślania, Qayba i reszta byli już na miejscu, w domu prezydenta Andrzeja.

— No, wysiadamy, mam jeden wolny pokój w domu. Pomieścicie się tam we dwójkę.- oznajmił Andrzej.

Bakróla i Qayba weszli do małego pomieszczenia z dwoma łóżkami. Pokoik był dość mały, miał różową tapetę w kolorowe koniki, puchaty dywanik, a oboje dostali pościele w kotki i księżniczki. Taka sypialnia dla małej dziewczynki.

— Tu chyba mieszkała jakaś dziewczynka.-powiedział Bakróla.-Może ten Andrzej porywa małe dzieci i zamyka w tym pokoju?

— A wiesz co robi tym dzieciom potem? — zapytał Qayba Bakróli bardzo podejrzanym głosem.

— Nie, co im robi? — pytał Bakróla, jak zwykle słodkim jak wata cukrowa głosem.

— Dusi i sprzedaje ich narządy jakimś podejrzanym lekarzom za dużą kasę, a potem wszystko wydaje na: alkohol, narkotyki, prostytutki i zimowe opony do samochodu.

— Ale pan Andrzej tak nie robi, jest miły i można mu zaufać.

— Bakróla, kiedy będziesz wierzyć tak każdemu człowiekowi który gdzieś cię podwiezie, to niedługo już będziesz martwy. Zapamiętaj Bakróla, nie ufaj nikomu, jedyna osoba, której możesz ufać, to ja.

— Hej chłopcy zjecie coś? Mam na obiad spaghetti.- powiedział Andrzej ze sztucznym uśmiechem. Chłopcy zeszli na dół. Zastali tam Romusia i Essusia.

— Dzień dobry.- przywitali się.

— Cześć dzieci, jestem Romuś.

— A ja Essuś, jesteśmy nieodłącznymi wrogami.

Andrzej i chłopcy dosiedli się do stołu i wszyscy razem zjedli spaghetti. Qayba z nienawiścią patrzył na Andrzeja i dźgał makaron widelcem. Przez cały czas panowała cisza, więc Andrzej postanowił ją przerwać i zaczął zadawać pytania.

— No to co było w tych kartonach, tych które chcieliście przewieść tym busem?

Bracia popatrzyli się na siebie, a Qayba zaczął mówić.

— No dobra już powiemy, przewoziliśmy towar, który ocalał. No i to wszystko, nic więcej, tylko towar.

— Jak to? Cały towar został zniszczony przez armię Karyn. Nic nie ocalało.- powiedział Andrzej.

— Nie… Został jeszcze towar w magazynie.-odpowiedział uroczo Bakróla.

— Zamknij się Bakróla!!! -Qayba krzyknął, uderzając z całej siły ręką w stół.

— Ej! Jakie zamknij się? Gadać, po co wam ten towar?

— Pan Marek poprosił nas żebyśmy przywieźli towar z magazynu. Ponieważ pan Marek dobrze wiedział, że kiedy wszystkie Karyny rzucą się na te zdechlaki, cały sklep będzie w ruchu i nikt nie zwróci na nas uwagi, kiedy będziemy wynosili towar ze sklepu.- Bakróla wyjaśniał wszystko podczas to kiedy Qayba wyglądał jakby chciał go udusić za wyjawienie prawdziwego powodu ich przybycia. Nagle Qayba dodał:

— Andrzej posłuchaj, pan Marek traktował nas jak swoje dzieci. A my w zamian łapiemy dla niego wszystkie okazje. Panie Andrzeju, proszę nie wzywać policji, zabiorą mnie do poprawczaka, a Bakrólę do domu dziecka. Naprawdę, pomagamy panu Markowi jak umiemy, jest dla nas jedyną bliską osoba, więc proszę, pozwolić nam jechać do domu. Więcej tu nie przyjedziemy. Obiecuję.- Qayba, wypowiadając te słowa, brzmiał jakby miał się zaraz rozpłakać.

— Jeżeli nie przyjedziemy na czas to będzie źle. -Andrzej był tym zaniepokojony, ale jeszcze bardziej denerwował się z powodu tego, że Romuś i Essuś jeszcze nie wrócili ze sklepu. Ciągle zastanawiał, się co się z nimi dzieje.

Nagle z małego zegarka zaczęła lecieć muzyka (jakieś rapsy). Andrzej zawsze nastawiał budzik na 10, bo zawsze o tej godzinie leci jego ulubiony serial „Na oddzielnej” i kiedy to otwiera kolejne piwo.

— Ooo… Już ta godzina, jesteście pewnie zmęczeni, co? No to wy idźcie spać, a ja pooglądam serial.

— Dobranoc panu.- powiedział Bakróla najsłodszym głosem świata. Andrzej od słodkości jego głosu prawie się wzruszył. Qayba nic nie powiedział i poszedł na górę razem z Bakrólą.

— Qayba. Myślisz że powinniśmy powiadomić pana Marka o pewnych powikłaniach?

— Co? Ty chyba oszalałeś! Pan Marek nie musi wiedzieć, że są jakieś powikłania, bo mam zamiar je rozwiązać jeszcze tej nocy.

— O co ci chodzi?

— Posłuchaj. Ty sobie śpij, a ja załatwię to sam. Pójdę do tej Pieronki po towar, przyjadę, zaparkuje za domem i wrócę tutaj przez okno. Ale mam pomysł na jeszcze więcej kasy za ten towar. W jednym z pudeł w magazynie były zdechlaki, włożę to pudło do busa i mamy coś, o czy, m inni mogli sobie tylko pomarzyć.

— Dasz sobie radę sam?

— Tak. Przecież ty wnosiłeś tylko te pudła, które były lekkie, bo innych nie dałeś rady unieść.

Qayba jak powiedział, tak też zrobił. Andrzej mieszkał dość daleko od Pieronki, więc Qayba będzie miał dość długą noc. Chłopak szedł, gdy nagle zaczepił go jakiś facet. Był to Janusz Kapusta.

— Czego chcesz, nie widzisz, że się spieszę? -krzyknął Qayba.

— Ale co od razu taki niemiły, ja tylko chcę się zapytać, czy masz fajkę.

— Nie, ja nie palę.

— Co… Twój wygląd mówi co innego. Chłopcy w twoim wieku już dawno palą, musisz spróbować.

— Daj mi spokój, człowieku.- Qayba odepchnął Janusza i poszedł dalej. Postanowił się już więcej nie zatrzymywać i jak najszybciej wrócić z towarem do domu Andrzeja. W oddali zauważył małego chłopca. Chłopiec ten był nieco przerażający, więc Qayba nie chciał koło niego przechodzić, ale nie było innych dróg do Pieronki. No i musiał koło niego przejść.

— Hej.- powiedział przerażający chłopiec.- Kim jesteś? Albo wiesz, to nieważne, powiedz mi tylko, gdzie jest Homar Norbert.

— Że co? Jaki Homar? — Zapytał Qayba i odsunął się nieco od chłopca.

— No homar Norbert. Homar, który potrafi spełniać życzenia.

— Posłuchaj mnie, mały, nie wiem, co ty brałeś, ale nie widziałem żadnego homara Norberta, który spełnia życzenia. Więc pytaj się tego dziwnego pana który stoi kilka merów dalej. — Po czym ominął chłopca i pośpiesznym krokiem uciekł w stronę Pieronki.

— Jezu, jakie dziwaki mieszkają w tym mieście, najpierw ten Andrzej, potem ten dziwny facet, a teraz przerażający dzieciak. Nie. Ja i Bakróla musimy jak najszybciej opuścić to miejsce.- mówił sam do siebie.

— Pssyt!

— Ktoś coś powiedział? Nie, przesłyszało mi się.

— Hej, tak, ty.- Qayba odwrócił się, a jego oczom ukazał się mały homar. Chłopak przetarł oczy ze zdziwienia, a kiedy okazało się, że to nie sen, krzyknął.- Aaaaa…!!!! Gadający homar! Czyli ten dzieciak mówił prawdę!

— Jaki dzieciak? Brajan? On mnie szuka, będzie chciał ode mnie jakieś życzenie. — rzekł homar wzburzonym głosem.

— Czyli ty serio spełniasz życzenia?

— Tak. A ty, co robisz sam, w środku nocy w mieście?

— Idę do Pieronki. Mam tam sprawę do załatwienia.

— Widzę, że coś cię gryzie. Znam to spojrzenie. Nie jesteś stąd i nie potrafisz nikomu tu zaufać. Wierz mi, wiadomo, że nie każdemu można ufać, ale najbardziej można zaufać panu prezydentowi Andrzejowi.- rzekł homar.

— Co? Jemu ufać nie wolno. Widać, że jest z nim coś nie tak.

— Powiedz mi, chłopcze, czy to właśnie jemu nie możesz zaufać?

— Daj mi spokój, głupi homarze. Mam ważną sprawę do załatwienia, a nie mam zbyt wiele czasu.

— Zaufaj mu. On jest dobrym człowiekiem. Zaufaj mu, zaufaj, zaufaj, zaufaj…

— Dość! -krzyknął Qayba. I z przypływu gniewu, którego już nie mógł opanować, rozdeptał Norberta. Z homara został tylko plama. Qayba popatrzył się na zmiażdżonego zwierzaka i szybko uciekł.

Szybkim krokiem szedł do Pieronki. Po około dziesięciu minutach był już na miejscu. Samochód był tam gdzie był, a w środku niego kartony. Qayba otwarł magazyn, by pójść po zdechlaki. Jednak zastał jeszcze trzy kartony wypełnione po brzegi towarem. Zapakował je do samochodu i wrócił do domu. Zaparkował przy jakimś drzewie i najpierw chciał wejść do domu normalnie, drzwiami, ale przez okno było widać, że Andrzej, Romuś i Essuś nadal oglądali „Na oddzielnej” i pili to, co Romuś i Essuś przywieźli do domu. Qayba nie miał wyjścia i musiał wejść oknem.

Okno było otwarte, więc Qqayba nie musiał budzić Bakróli.

— Przyszedłeś! -krzyknął z wielką radością malec.

— Tak przyszedłem.

— Masz towar? Ten, który miałeś przywieść?

— Oczywiście, że mam i jeszcze mam te zdechlaki. Chcesz jednego? Przywiozłem trzy kartony.

I tak upływała noc, by jutro mógł nastać kolejny dzień wojny.

Rozdział 3: Jest Marek, są kłopoty

Qayba i Bakróla wstali o 11:30. Kiedy zeszli na dół, zastali tam Romusia leżącego na podłodze. Essuś miał miskę z chipsami za głowie, a Andrzej leżał na swoim fotelu z pilotem w ręce.

— Hej! Macie zamiar się dziś obudzić, czy będziecie leżeć tak do jutra? — Qayba zaczął krzyczeć, by obudzić gości oraz gospodarza.

— Co się drzesz? Która godzina? -pytał nieprzytomnie Andrzej.

— Jest dwunasta. Wstań i ogarnij kolegów, bo w takim stanie sami stąd nie wyjdą.- Qayba próbował przemówić im do rozumu, ale po kilku minutach uznał, że to bezsensu, bo i tak o wszystkim zapomną.

Minęło ponad półtorej godziny, Andrzej oprzytomniał i zrobił wszystkim śniadanie. Dla siebie zrobił dwie duże kanapki, dla chłopców zrobił tosty z serem i szynką, a dla Romusia i Essusia zrobił po misce płatków o smaku czekoladowym. Wszyscy jedli sobie spokojnie aż nagle Romuś powiedział:

— To my już musimy iść. Mamy kilka rzeczy do zrobienia, więc papa.

Romuś i Essuś wyszli.

— My też niedługo pojedziemy.- powiedział Qayba.-Musimy zawieść towar panu Markowi, mieliśmy być już wczoraj. Na pewno się martwi o nas.

— Skoro wysłał was tu bez jakichkolwiek pieniędzy i opieki, to najwyraźniej wcale się o was nie martwi. -stwierdził Andrzej, przegryzając kanapkę

.-Pan Marek na pewno się o nas martwi, traktuje nas jak swoje dzieci! — wykrzyczał Bakróla głosem tak uroczym, że nie można było go brać na poważnie. Ale to była prawda, pan Marek martwił się o chłopców. Bo gdyby się nie martwił to przecież by nie…

ZZZZZZ. Ktoś dzwonił do drzwi. Andrzej otworzył przed nim stał jakiś mężczyzna. Miał natapirowane, jasne włosy, fioletową bluzkę, kremowe spodnie i wyraz twarzy jakiegoś pedofila.

— Czy zastałem tu moich chłopców? — Spytał głosem jakby natarł go papierem ściernym.

— Yyyy… Przepraszam, kogo? -Andrzej z pytał ze zdziwieniem.

— No, czy są tu Qayba i Bakróla?

— Pan jest Marek?

— Tak, jestem Marek pełnoprawny opiekun chłopców. Chciałbym się dowiedzieć, co robią u ciebie.

— Pan Marek! — Bakróla ucieszył się kiedy zobaczył pana Marka.

— O, panie Marku, bardzo przepraszamy za spóźnienie. -Qayba jąkał się zdenerwowany.

— Nie musicie przepraszać, martwiłem się o wa, s więc postanowiłem przyjechać.

— Skąd pan wiedział, że jesteśmy akurat tutaj?

— Zauważyłem mój samochód.

— Chwila, jak to samochód? Przecież został przy Pieronce. Skąd się tu wziął? -Andrzej wściekł się.

— Mniejsza skąd się wziął. Za chwile i tak wracamy do domu. — odrzekł Marek, spoglądając na chłopców.

— Tak, z tym może być mały problem ponieważ nie ma paliwa w samochodzie.- dodał od siebie Qayba.

— No to nic, zatankujemy. -Marek podszedł do swojego busa.

Spojrzał pod maskę a tam siedziało, chyba siedem szopów, które przegryzły wszystkie kable. Andrzej zawsze dokarmiał te szopy, które miały tu swoje miejsce, ale kiedy Qayba tu zaparkował, szopy pewnie myślały, że to dla nich to auto.

— Jeżeli coś stało się z towarem, to zabije te szopy i spalę na stosie, a potem wgniotę ich spalone szczątki w ziemię.- powiedział Marek bardzo przerażającym głosem.

— Na szczęście towar jest cały.- Marek wypędził szopy spod maski, ale nie wiedział co zrobić z samochodem. Bo samochód pusty w środku jest bezużyteczny.

— No normalnie zajebiście, co my mamy z tym gównem zrobić? -Marek się wściekł.

Był wkurwiony na szopy, nie myślał o niczym innym, tylko o tym, jak mogą wrócić do domu w Białymstoku. Po kilku minutach Marek trochę się uspokoił i postanowił usiąść z chłopcami i Andrzejem w salonie, by porozmawiać.

— Bardzo dziękuje za opiekowanie się moimi chłopcami, ale mógł pan do mnie przecież zadzwonić. Kocham chłopców jak swoje własne dzieci, więc umierałem ze strachu.- powiedział Marek swoim szorstkim głosem pedofila.

Andrzej zrozumiał, że Bakróla mówił prawdę, i Marek naprawdę się o nich martwił.

— Przepraszam pana, ale jako prezydent miasta stołecznego Gostingen, mam prawo i obowiązek, by pomagać ludziom, a w szczególności dzieciom, które tej pomocy potrzebują.- Andrzej tłumaczył się przed panem Markiem.

— Nie wie pan czasami, jak możemy się dostać do Białegostoku? — zapytał Marek. -Bo my musimy jakoś dostać się do domu z tym towarem.

— Przykro mi, nie mogę wam na to pozwolić, kradzież towaru jest w tym mieście nielegalna.- Andrzej nie zauważył, że Marek zmarszczył brwi.

— Wiesz, chłopcy chcieli uratować ostatni towar. A jeżeli załatwi pan nam jakiś transport, to podzielimy się zyskiem ze sprzedaży.- Marek zechciał przekupić Andrzeja.

— Nie. Ten towar należy to sklepu Pieronka, więc nie należy do pana.

— Naprawdę? Można dobrze zarobić, przemyśl to, a nie pożałujesz.

Chłopcy siedzieli cicho i spokojnie. Andrzej włączył telewizor i skakał sobie z kanału na kanał. Nikt się nie spodziewał, że ktoś ich obserwuje. Zza okna, Andrzej, Marek, Qayba i Bakróla byli obserwowani przez Diablo-3-cytryny i Juniora.

— Posłuchaj Junior, mam szatański plan, by zniszczyć życie Andrzeja. Widzisz, jak Andrzej siedzi sobie w tym wygodnym fotelu?

— Widzę, ale co z tego? -spytał Junior.

— Posłuchaj, zadzwonimy do drzwi i będzie musiał wstać z tego fotela, a kiedy otworzy, nikogo tu nie będzie i przez resztę życia będzie żałował tego, że wstał z wygodnego fotela. Hahahaha XDDDDD.

Diablo i Junior mieli zamiar zawładnąć światem. Więc robili wszystko, by uprzykrzyć życie Andrzejowi.


Nagle przed domem Andrzeja pojawiło się wielkie zbiegowisko ludzi, krzyczących:

— SKANDAL! TO SKANDAL! -Andrzej nie wiedział co się dzieje, więc poszedł to sprawdzić.

— O co chodzi!? -krzyczał Andrzej. Na to odpowiedzieli mu ludzie:

— Po mieście chodzi grupa ludzi, która gwałci nasze koty. Nie możemy tak bezczynnie siedzieć i nic nie robić. Ma pan obowiązek, jako prezydent, złapać tę grupę chuliganów i ukarać za ich czyny.

— Jak to? Tak po prostu sobie wchodzą na wasze podwórka i gwałcą wam koty?

— Tak. I nie tylko, czasami wchodzą do domu nawet jak w nim jesteśmy. -Andrzej nie wiedział co na to powiedzieć.

— Posłuchajcie! Kiedy znowu zobaczycie tych gwałcicieli, od razu zadzwońcie po policje.

— To to my sami wiemy. Jeżeli coś zrobią mojemu kotu to będą płacić za psychiatrę dla niego.-powiedziała pani Grażyna, która wiecznie miała wałki we włosach.

Andrzej był zmieszany, całkiem nie wiedział, co w takiej sprawie ma zrobić. Dla niego łatwiej by było jakby miał karać pedofil albo nałogowych podpalaczy. Ale nie spodziewał się, że może spotkać się z gwałcicielami kotów. Był skołowany, musiał się napić zimnego piwa.

— I nic nie masz zamiaru z tym zrobić?! — zapytał zdziwiony Qayba. Andrzej był zaskoczony, że Qaybe cokolwiek obchodzi.

— Co według ciebie mam zrobić? Nigdy nie spotkałem się z czymś takim. Nie wiem co mam zrobić.

— Potraktuj ich jak pedofilii, przecież to to samo.

— Moim zdaniem należy się im kara śmierci. Ale nie takiej zwykłej, niech zdychają z bólu. Można ich stopniowo podpalać, albo kazać im grać w ROSYJSKĄ RULETKĘ. Pięć razy dziennie. Albo niech gwałcą coś innego na przykład jeże, jak raz zgwałcą już nigdy nie popełnią tego błędu. — powiedział Marek swoim psychopatycznym głosem.

Andrzej nie wiedział, że to nie koniec kłopotów na ten dzień. Andrzej postanowił zrobić przynętę na gwałcicieli kotów. W tym celu kazał Bakróli ubrać się w strój kotka. Bakróla spełnił rozkaz Andrzeja i przebrał się za małego, bezbronnego, słodkiego kotka. Bakróla był przynętą na gwałcicieli kotów. Stał sobie bezbronnie, w końcu zauważył go jeden członek grupy. Natychmiast rzucił się na Bakrólę, a Qayba bez zastanowienia skoczył mu na pomoc, obijając mordę gwałcicielowi kotów, jednocześnie krzycząc:

— Ty jebany pedofilu, obyś zgnił w pierdlu za to, co chciałeś zrobić mojemu bratu i co zrobiłeś innym kotom!

Andrzej i Marek próbowali odciągnąć Qaybe od gwałciciela kotów.

— Ty jebany chuju!

— Qayba, uspokój się, Bakróla jest już bezpieczny.- Marek próbował załagodzić stres Qayby.

Andrzej zadzwonił po policję. Jeżeli mają jednego z nich, to wkrótce złapią resztę. Andrzej, Marek i chłopcy wrócili do domu. Pierwsze co zrobił Andrzej to wziął piwo z lodówki, usiadł w fotelu i włączył wiadomości.

— Drodzy rodacy, przez kolejne trzy dni, nie licząc tego, w całej Polsce nie będzie internetu. Prosimy o wpadnięcie w histerię i panikę.

Nagle z każdego domu na osiedlu rozległ się krzyk. Andrzej się wkurwił, gdyż przez ten hałas nie słyszał własnych myśli. Qayba miał jak zwykle wyjebane, Marek milczał. Andrzej przypomniał sobie, że ma jeszcze asa w rękawie.

— Olśniło mnie! Chodzicie do piwnicy, mam coś co musicie zobaczyć.- Andrzej zabrał wszystkich do swojej piwnicy. Tam był pokój gdzie znajdowało się wiele przeróżnych wynalazków, niesamowitych rzeczy i superowych gadżetów.

— Co to jest za pokój? — spytał Qayba.

— To moja tajna pracownia.

— Chciałeś powiedzieć „moja tajna pracownia”. — powiedziała jakaś dziewczyna, schodząca po ścianie.- Witaj Ret.

Ret była sekretarką Andrzeja, która była jednocześnie wielkim wynalazcą.

— Ile ja już siedzę w tej piwnicy, że masz już dwójkę dzieci? — zapytała sarkastycznie Ret.

— To nie są moje dzieci. To moi przyjaciele, Qayba, Bakróla, no i Marek. Ale mniejsza o nich. Potrzeba mi twojej pomocy.

— Spodziewałam się. Bo przychodzisz tu tylko jeżeli czegoś chcesz.

— Posłuchaj. Przez kilka dnia nie będzie internetu, więc wszyscy na osiedlu zaczęli krzyczeć.

— I co według ciebie mam zrobić?

— Umiesz zrobić coś, by przywrócić internet?

— Nie. Ale właśnie skończyłam budować ”Super zarąbiście fajnej maszyny klonującej”. Nie jest jak zwykła maszyna klonująca.

— Dlaczego? — dopytał Andrzej.

— Użyłam siebie jako materiał na klona i dodałam kilka cech. A dokładnie jedną „przesadzenie”. Teraz wystarczy ożywić klona i będzie jak zwykły człowiek.

Ret włączyła maszynę, a po chwili z maszyny wyszła druga Ret. Klon rozglądał, po chwili zerwał się z miejsca w stronę Bakróli.

— O, jaki słodziutki! Taki malutki i uroczy.

— Jakie to urocze.

— Yyyy… O co chodzi? — pytał Andrzej z wielkim zdziwieniem.

— Jej cechą, którą dodałam, jest miłość do uroczych rzeczy lub ludzi. Mogę zrobić więcej klonów z innymi cechami.

— Nie! Dwie to już za dużo. O wiele za dużo. -Andrzej nie chciał więcej klonów.

— Możecie ją zabrać? Proszę.- zaalarmował Bakróla próbujący wyrwać się z rąk klona.

— Hej! Zostaw go, bo tak cię zleję, że się nie pozbierasz.- Qayba groził klonowi.

— Ale on jest taki słodziutki i uroczy, i kochany. Nie! Nie oddam go, on będzie mój, tylko mój.

— Qayba, pomóż mi! — Bakróla próbował uciec.

— Można ją jakoś usunąć? — spytał Andrzej.

— Usunąć!? To jest teraz żywa istota. A ty chcesz ją usunąć? — Ret oburzyła się.

— Przecież to klon, stworzyłaś ją, więc teraz zrób coś żeby jej tu nie było.

— Jedyne co można zrobić, to wypuścić ją na wolność.

— Co? Przecież pewnie nic nie potrafi.

— To jestem ja tylko ma dodaną nową, przesadzoną, cechę. Czyli wszystko potrafi.

Andrzej załamał się, potrzebował pomocy, a miał tylko dodatkowy problem. Ret nie mogła mu pomóc.

— Czyli muszę się podać.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 43.12
drukowana A5
Kolorowa
za 68