E-book
22.05
drukowana A5
50.06
drukowana A5
Kolorowa
72.87
Trzecia Wojna Światowa

Bezpłatny fragment - Trzecia Wojna Światowa


5
Objętość:
215 str.
ISBN:
978-83-8155-415-2
E-book
za 22.05
drukowana A5
za 50.06
drukowana A5
Kolorowa
za 72.87

Rozdział 1: Rozpoczęcie

Był ciepły słoneczny poranek. Andrzej właśnie otwierał zimne piwo prosto z lodówki. Włączył telewizor i, skacząc z kanału na kanał, zatrzymał się na pewnym programie ''EGZORCYZMY.PL„”. Wpatrywał się w twarz egzorcysty i powiedział:

— Jezu, co się wyprawia na tym świecie, że istnieją kanały o Egzorcyzmach. Jeszcze na Netfelixie. O tej godzinie leciało zawsze „»Dlaczego Ty, a nie Ja«”. Jebane Netfelixowe gnoje, skasować jedyny serial, który oglądałem.- Po chwili Andrzej zauważył coś dziwnego w twarzy Egzorcysty.- Aaa… On ma wąsa jak Hitler! Zara, a kto tam z tyłu stoi? Nie, to nie może być prawda, to Diablo 3 Cytryny.

Nagle w telewizorze Andrzeja pojawił się Diablo.

— A kogo tu mamy, czy to Andrzej Browiec? — powiedział Diablo.- A kto by inny od razu po przebudzeniu, pierwsze co zrobił, to otwierał zimne piwo z lodóweczki? Więc nie na darmo nazywasz się Browiec.

— Hej wiesz która jest godzina? Piętnasta, więc skąd możesz wiedzieć, że dopiero wstałem? — zapytał Andrzej z wielkim wkurwem w oczach.

— A o której niby wstałeś? Jak chcesz wiedzieć, to wstałem dokładnie pięć godzin temu, aaa nie, sory, pięć minut temu. Więc się nie pomyliłem, hee… Ja i H-junior prowadzimy własny program telewizyjny. A, i dla twojej wiadomości, zdjęli „»Dlaczego Ty, a nie Ja«”. A wiesz czemu?

— No powiedz, czemu.

— Bo jedyni ludzie, którzy go oglądali, to takie pijaki jak ty.

Biedny Andrzej wiedział że jest zwykłym pijakiem i ze smutkiem powiedział:

— Kurwa, Diablo ma rację, jestem zwykłym pijakiem.

Nagle Andrzej przypomniał sobie, że, do jasnej cholery, nie zatwierdził tego programu, a mógł nie zatwierdzić, bo do chuja pana był prezydentem miasta stołecznego Gostingen.

Nagle do drzwi Andrzeja zapukał Romuś i Essuś- Dwaj nierozłączni wrogowie.

— Siema Andrzej, nie miałeś dziś iść na zebranie wokół Pieronki? — rzekł Esuś.

— Miałeś iść ochrzcić Zdechlaki. -dodał Romuś.-Wszystkie Karyny, a szczególnie Okaryna, nie przepuszczą okazji na darmowe Zdechlaki dla pierwszych stu klientów Pieronki.

— Ja pierdole, całkiem zapomniałem o tym chrzcie. Kurde, ej wyglądam na trzeźwego?

— Tak, żadna Karyna nie zauważy.- dodawał otuchy Romuś.

— Ale co obchodzą mnie jakieś, kurwa, Karyny. Tam będzie pan Lenny Face, w odwiedzinach w naszym pięknym mieście Gostingen, a ja schlany.

— Nie załamuj się, wypiłeś dopiero jedno piwo, jednym się nie upijesz. Znaczy, nie wiem jak to działa, nigdy nie piłem piwa, tylko czystą wódkę i paliłem skręta.- rzekli obaj młodzieńcy.

Andrzej wykurwił z domu. Miał w dupie to, że pił alkohol i wsiadł za kierownicę swojego luksusowego malucha. Odpalając silnik, powiedział:

— To najbardziej męski samochód na świecie.- Miał w zwyczaju mówić to za każdym razem, obracając kluczyk w stacyjce swojego auta.- No to jedziem tam.

Jedzie jedzie jedzie… Jechał tak szybko jak mógł, ale wiecie, jak to jest z maluchami. A samochód Andrzeja miał popsuty silnik, więc najszybciej to mógł jechać 30 na godzinę.

— Cholera spóźnię się i Karyny mnie rozszarpią.

Nagle Andrzej zauważył małego chłopca. Widać było, że łapał stopa. Andrzej, chociaż się spieszył, miał w zwyczaju podwozić wszystkich łapiących stopa, nawet kiedy chcieli jechać w innym kierunku niż on. Podjechał koło chłopca i powiedział:

— Hej, łapiesz stopa? Jeżeli tak, to szybko wsiadaj, bo trochę się spieszę.- Chłopak wsiadł i odpowiedział:

— To dobrze się składa, bo też się spieszę. Jadę do Pieronki. Na chrzciny Zdechlaków.

— No to zajebiście, bo ja też tam jadę, tyle że ja będę chrzcić te zdechlaki.

-Aaaaaa...Pan jest prezydentem miasta stołecznego Gostingen.

— A ty nie tutejszy?

— Nie, przyjechałem z kolegą, ale mi nie starczyło kasy na bilet, więc łapałem stopa.

— No to skoro nie jesteś stąd, to skąd przyjechałeś?

— Ja mieszkam w Białymstoku. Ale chodziłem do szkoły w Wielkiej Brytanii, stad ten Brytyjski akcent.

— Ooo… No to fajnie. A tak w ogóle, jestem Andrzej Browiec.

— Ja jestem Bakróla. Niestety, nie mam nazwiska. Wychował mnie jakiś pan, który mnie znalazł na skrzynce pełnej ziemniaków i nazwał mnie Bakróla.

— A jak nazywa się ten, co cię przygarnął?

— Nazywa się Marek. Jest miły.

— I tak po prostu bez jakichkolwiek pieniędzy, puścił cię do Gostingen?. Miasta, które nigdy nie śpi?

Po kilkunastu minutach drogi, Andrzej i Bakróla dojechali do Pieronki. Prezydent zauważył pana Lenny Face’a, armię Karyn i kilka innych klientów Piery. Andrzej chciał powiedzieć coś do Bakróli, ale chłopiec był już daleko.

„Bakróla najwidoczniej poszedł do swojego kolegi, o którym mi opowiadał. Przyszedł czas na chrzest Zdechlaków.” Andrzej wszedł na schody, podszedł do mikrofonu i zaczął przemawiać:

— Moi drodzy rodacy, zebraliśmy się tu dziś, by ochrzcić Pieronkowe Zdechlaki. Więc niech miasto stołeczne Gostingen powita nasz najdroższy, ukochany przez rodziców i dzieci oczywiście, wyczekiwany od tylu lat Gang Zdechlaków.

Prezydent ochrzcił Zdechlaki i oddał je w ręce Pieronki. I wtedy się zaczęło.

Rozdział 2: Pierwszy dzień wojny

Armia Karyn stała naprzeciw Biedronki. Każda uzbrojona w pięciocentymetrowe tipsy, zajebiście jaskrawe szpilki i oczywiście wielkie torebki do bicia innych i chowania do środka zdechlaków. Za pięć minut miało rozpętać się piekło.

Karyny szykowały się do wyskoku. Do drzwi podszedł właściciel biedronki, w ręce trzymał mały kluczyk. Włożył go do dziurki, przekręcił i, nawet nie zdążył otworzyć drzwi, Karyny były już w środku. W środku Pieronki, czyli niewielkiego marketu, zaczął się armagedon. Karyny krzycząc, wyrywały sobie zdechlaki z rąk.

Darmowe miały być jedynie dla stu pierwszych klientów sklepu. Karyn było dziesięć razy tyle. Pieronka wyglądała jak po przejściu tornado. Wszystkie warzywa i owoce były rozdeptane, na nich szczątkach dało się ujrzeć pełno odcisków szpilek. Pieczywo było pomieszane, słodkie drożdżówki leżały na pizzerkach, a ciepłe kajzerki zostały wkopnięte pod półki sklepowe. Żaden, ale to żaden napój lub produkt w szklanym pojemniku nie ocalał. Nie było produktu, który by nie był zniszczony albo wywalony z półki. Właściciel Pieronki złapał się za serce i zemdlał. Nikt nie miał zamiaru go ratować, ponieważ wszyscy byli tak zszokowani stanem sklepu.

Po jakiejś godzinie Andrzej postanowił zadzwonić po karetkę, żeby pomóc właścicielowi sklepu. Andrzej, widząc całą masakrę, postanowił pojechać do domu. Kiedy szedł do swojego malucha zauważył Bakrólę wnoszącego kartony do małego busika.

— Co..? Skąd Bakróla ma samochód? Skoro miał samochód, to czemu łapał stopa? — Andrzej pytał sam siebie. Nie zastanawiając się długo, poszedł do busa Bakróli.- A skąd masz to auto, co?!

— Aaaa… Dlaczego pan mnie straszy, nic nie zrobiłem!

— O co, kurwa, chodzi?! — krzyknął jakiś głos z za samochodu.

Po krótkiej chwili zza busa wyszedł młody chłopak z wyraźnym wkurwem na twarzy. Miał brązowe włosy, szczupłą sylwetkę, trochę szorstki i niemiły głos i czarną koszulkę z napisem „I’M RICH, BITCH”.

— A kim ty jesteś? — spytał Andrzej.

— Ja? Ja jestem Qayba. Chrzanię reguły i jestem przystojny! Chyba już dużo o mnie wiesz.

— Aaa… Ty jesteś kolegą Bakróli, tak? — zrozumiał Andrzej.- Bo przez chwilę pomyślałem, że jesteś ten Marek, o którym mówił mi Bakróla. A no właśnie, co wy robicie z tymi pudłami i najważniejsze, co w nich jest?

— Nie twój zasrany interes! — wydarł się Qayba.

— Ej, gówniarzu, nie tym tonem do prezydenta miasta stołecznego Gostingen. A tak z ciekawości, ile wy w ogóle macie lat?

— Ja mam 12, a Qayba ma 17 lat.- powiedział grzecznym i słodziutkim głosem Bakróla.

— Że cooo..! Żaden z was nie jest pełnoletni? I tak normalnie chodzicie sobie po Gostingen, najniebezpieczniejszym mieście na świecie? Ale zaraz, chwila. Skoro jesteście jeszcze dziećmi, to który z was chciał prowadzić auto, tak bez prawa jazdy?

— No kurwa ja, a kto.- przyznał Qayba, mając całą sytuację w dupie. -Ja jeżdżę jak zawodowiec i nie potrzebuję prawa jazdy, żeby móc sobie jeździć po mieście.

— O nie, jestem prezydentem, więc mam prawo i obowiązek zabrać was ze sobą do domu.

— Co? Nie chyba cię pojebało. Nie pójdę do ciebie do domu, a już na pewno nie pozwolę ci wziąć Bakróli.- zaprotestował Qayba z wielką furia w oczach.- My pojedziemy tam, gdzie chcemy, a tobie nic do tego. Jeszcze raz nas zaczepisz, to pokaże ci co to jest BIAŁOSTOCKA FURIA.

Andrzej miał całkiem w dupie Qaybę i zabrał obu siłą do swojego auta.

— Ja jebię. Nie masz prawa zaciągać nas siłą do swojego samochodu.- powiedział Qayba.

— Posłuchajcie mnie, jeżeli nie chcecie jechać do mnie, to mogę zadzwonić po opiekę społeczną, która zabierze was do domu dziecka, dopóki nie przyjedzie po was nikt dorosły.

— Nieee… Ja Pana lubię, proszę tego nie robić, Pan Marek da mi karę.- zasmucił się Bakróla. wytrzeszczając słodkie oczka w stronę Andrzeja.

— Za co ten Marek miałby ci dać karę? Za to, że musiał się o ciebie martwić?

— Och zamknij się wreszcie, ty pieprznięty facecie. Po jaką cholerę ty się o nas martwisz?! -syknął Qayba. Zaciskając pięść, z trudem powstrzymywał się od obicia mu mordy. Najchętniej bym mu wlał, żeby nie czepiał się cudzych spraw, mówił sobie w myślach, ale obiecałem już Bakróli, że nie będę bił osób, które odgrywają ważną rolę w kraju. Bo nigdy nie zapomnę, jak pobiłem do nieprzytomności ambasadora Meksyku. Ale to nie była moja wina, sam wpierdzielił się do kolejki po kebaba. Od tamtej pory nie wrócę już w Bieszczady. Mmm… Ciekawe co w sezonie letnim robił ambasador Meksyku w polskich Bieszczadach. Ale mnie wkurwił.

Po kilkunastu minutach rozmyślania, Qayba i reszta byli już na miejscu, w domu prezydenta Andrzeja.

— No, wysiadamy, mam jeden wolny pokój w domu. Pomieścicie się tam we dwójkę.- oznajmił Andrzej.

Bakróla i Qayba weszli do małego pomieszczenia z dwoma łóżkami. Pokoik był dość mały, miał różową tapetę w kolorowe koniki, puchaty dywanik, a oboje dostali pościele w kotki i księżniczki. Taka sypialnia dla małej dziewczynki.

— Tu chyba mieszkała jakaś dziewczynka.-powiedział Bakróla.-Może ten Andrzej porywa małe dzieci i zamyka w tym pokoju?

— A wiesz co robi tym dzieciom potem? — zapytał Qayba Bakróli bardzo podejrzanym głosem.

— Nie, co im robi? — pytał Bakróla, jak zwykle słodkim jak wata cukrowa głosem.

— Dusi i sprzedaje ich narządy jakimś podejrzanym lekarzom za dużą kasę, a potem wszystko wydaje na: alkohol, narkotyki, prostytutki i zimowe opony do samochodu.

— Ale pan Andrzej tak nie robi, jest miły i można mu zaufać.

— Bakróla, kiedy będziesz wierzyć tak każdemu człowiekowi który gdzieś cię podwiezie, to niedługo już będziesz martwy. Zapamiętaj Bakróla, nie ufaj nikomu, jedyna osoba, której możesz ufać, to ja.

— Hej chłopcy zjecie coś? Mam na obiad spaghetti.- powiedział Andrzej ze sztucznym uśmiechem. Chłopcy zeszli na dół. Zastali tam Romusia i Essusia.

— Dzień dobry.- przywitali się.

— Cześć dzieci, jestem Romuś.

— A ja Essuś, jesteśmy nieodłącznymi wrogami.

Andrzej i chłopcy dosiedli się do stołu i wszyscy razem zjedli spaghetti. Qayba z nienawiścią patrzył na Andrzeja i dźgał makaron widelcem. Przez cały czas panowała cisza, więc Andrzej postanowił ją przerwać i zaczął zadawać pytania.

— No to co było w tych kartonach, tych które chcieliście przewieść tym busem?

Bracia popatrzyli się na siebie, a Qayba zaczął mówić.

— No dobra już powiemy, przewoziliśmy towar, który ocalał. No i to wszystko, nic więcej, tylko towar.

— Jak to? Cały towar został zniszczony przez armię Karyn. Nic nie ocalało.- powiedział Andrzej.

— Nie… Został jeszcze towar w magazynie.-odpowiedział uroczo Bakróla.

— Zamknij się Bakróla!!! -Qayba krzyknął, uderzając z całej siły ręką w stół.

— Ej! Jakie zamknij się? Gadać, po co wam ten towar?

— Pan Marek poprosił nas żebyśmy przywieźli towar z magazynu. Ponieważ pan Marek dobrze wiedział, że kiedy wszystkie Karyny rzucą się na te zdechlaki, cały sklep będzie w ruchu i nikt nie zwróci na nas uwagi, kiedy będziemy wynosili towar ze sklepu.- Bakróla wyjaśniał wszystko podczas to kiedy Qayba wyglądał jakby chciał go udusić za wyjawienie prawdziwego powodu ich przybycia. Nagle Qayba dodał:

— Andrzej posłuchaj, pan Marek traktował nas jak swoje dzieci. A my w zamian łapiemy dla niego wszystkie okazje. Panie Andrzeju, proszę nie wzywać policji, zabiorą mnie do poprawczaka, a Bakrólę do domu dziecka. Naprawdę, pomagamy panu Markowi jak umiemy, jest dla nas jedyną bliską osoba, więc proszę, pozwolić nam jechać do domu. Więcej tu nie przyjedziemy. Obiecuję.- Qayba, wypowiadając te słowa, brzmiał jakby miał się zaraz rozpłakać.

— Jeżeli nie przyjedziemy na czas to będzie źle. -Andrzej był tym zaniepokojony, ale jeszcze bardziej denerwował się z powodu tego, że Romuś i Essuś jeszcze nie wrócili ze sklepu. Ciągle zastanawiał, się co się z nimi dzieje.

Nagle z małego zegarka zaczęła lecieć muzyka (jakieś rapsy). Andrzej zawsze nastawiał budzik na 10, bo zawsze o tej godzinie leci jego ulubiony serial „Na oddzielnej” i kiedy to otwiera kolejne piwo.

— Ooo… Już ta godzina, jesteście pewnie zmęczeni, co? No to wy idźcie spać, a ja pooglądam serial.

— Dobranoc panu.- powiedział Bakróla najsłodszym głosem świata. Andrzej od słodkości jego głosu prawie się wzruszył. Qayba nic nie powiedział i poszedł na górę razem z Bakrólą.

— Qayba. Myślisz że powinniśmy powiadomić pana Marka o pewnych powikłaniach?

— Co? Ty chyba oszalałeś! Pan Marek nie musi wiedzieć, że są jakieś powikłania, bo mam zamiar je rozwiązać jeszcze tej nocy.

— O co ci chodzi?

— Posłuchaj. Ty sobie śpij, a ja załatwię to sam. Pójdę do tej Pieronki po towar, przyjadę, zaparkuje za domem i wrócę tutaj przez okno. Ale mam pomysł na jeszcze więcej kasy za ten towar. W jednym z pudeł w magazynie były zdechlaki, włożę to pudło do busa i mamy coś, o czy, m inni mogli sobie tylko pomarzyć.

— Dasz sobie radę sam?

— Tak. Przecież ty wnosiłeś tylko te pudła, które były lekkie, bo innych nie dałeś rady unieść.

Qayba jak powiedział, tak też zrobił. Andrzej mieszkał dość daleko od Pieronki, więc Qayba będzie miał dość długą noc. Chłopak szedł, gdy nagle zaczepił go jakiś facet. Był to Janusz Kapusta.

— Czego chcesz, nie widzisz, że się spieszę? -krzyknął Qayba.

— Ale co od razu taki niemiły, ja tylko chcę się zapytać, czy masz fajkę.

— Nie, ja nie palę.

— Co… Twój wygląd mówi co innego. Chłopcy w twoim wieku już dawno palą, musisz spróbować.

— Daj mi spokój, człowieku.- Qayba odepchnął Janusza i poszedł dalej. Postanowił się już więcej nie zatrzymywać i jak najszybciej wrócić z towarem do domu Andrzeja. W oddali zauważył małego chłopca. Chłopiec ten był nieco przerażający, więc Qayba nie chciał koło niego przechodzić, ale nie było innych dróg do Pieronki. No i musiał koło niego przejść.

— Hej.- powiedział przerażający chłopiec.- Kim jesteś? Albo wiesz, to nieważne, powiedz mi tylko, gdzie jest Homar Norbert.

— Że co? Jaki Homar? — Zapytał Qayba i odsunął się nieco od chłopca.

— No homar Norbert. Homar, który potrafi spełniać życzenia.

— Posłuchaj mnie, mały, nie wiem, co ty brałeś, ale nie widziałem żadnego homara Norberta, który spełnia życzenia. Więc pytaj się tego dziwnego pana który stoi kilka merów dalej. — Po czym ominął chłopca i pośpiesznym krokiem uciekł w stronę Pieronki.

— Jezu, jakie dziwaki mieszkają w tym mieście, najpierw ten Andrzej, potem ten dziwny facet, a teraz przerażający dzieciak. Nie. Ja i Bakróla musimy jak najszybciej opuścić to miejsce.- mówił sam do siebie.

— Pssyt!

— Ktoś coś powiedział? Nie, przesłyszało mi się.

— Hej, tak, ty.- Qayba odwrócił się, a jego oczom ukazał się mały homar. Chłopak przetarł oczy ze zdziwienia, a kiedy okazało się, że to nie sen, krzyknął.- Aaaaa…!!!! Gadający homar! Czyli ten dzieciak mówił prawdę!

— Jaki dzieciak? Brajan? On mnie szuka, będzie chciał ode mnie jakieś życzenie. — rzekł homar wzburzonym głosem.

— Czyli ty serio spełniasz życzenia?

— Tak. A ty, co robisz sam, w środku nocy w mieście?

— Idę do Pieronki. Mam tam sprawę do załatwienia.

— Widzę, że coś cię gryzie. Znam to spojrzenie. Nie jesteś stąd i nie potrafisz nikomu tu zaufać. Wierz mi, wiadomo, że nie każdemu można ufać, ale najbardziej można zaufać panu prezydentowi Andrzejowi.- rzekł homar.

— Co? Jemu ufać nie wolno. Widać, że jest z nim coś nie tak.

— Powiedz mi, chłopcze, czy to właśnie jemu nie możesz zaufać?

— Daj mi spokój, głupi homarze. Mam ważną sprawę do załatwienia, a nie mam zbyt wiele czasu.

— Zaufaj mu. On jest dobrym człowiekiem. Zaufaj mu, zaufaj, zaufaj, zaufaj…

— Dość! -krzyknął Qayba. I z przypływu gniewu, którego już nie mógł opanować, rozdeptał Norberta. Z homara został tylko plama. Qayba popatrzył się na zmiażdżonego zwierzaka i szybko uciekł.

Szybkim krokiem szedł do Pieronki. Po około dziesięciu minutach był już na miejscu. Samochód był tam gdzie był, a w środku niego kartony. Qayba otwarł magazyn, by pójść po zdechlaki. Jednak zastał jeszcze trzy kartony wypełnione po brzegi towarem. Zapakował je do samochodu i wrócił do domu. Zaparkował przy jakimś drzewie i najpierw chciał wejść do domu normalnie, drzwiami, ale przez okno było widać, że Andrzej, Romuś i Essuś nadal oglądali „Na oddzielnej” i pili to, co Romuś i Essuś przywieźli do domu. Qayba nie miał wyjścia i musiał wejść oknem.

Okno było otwarte, więc Qqayba nie musiał budzić Bakróli.

— Przyszedłeś! -krzyknął z wielką radością malec.

— Tak przyszedłem.

— Masz towar? Ten, który miałeś przywieść?

— Oczywiście, że mam i jeszcze mam te zdechlaki. Chcesz jednego? Przywiozłem trzy kartony.

I tak upływała noc, by jutro mógł nastać kolejny dzień wojny.

Rozdział 3: Jest Marek, są kłopoty

Qayba i Bakróla wstali o 11:30. Kiedy zeszli na dół, zastali tam Romusia leżącego na podłodze. Essuś miał miskę z chipsami za głowie, a Andrzej leżał na swoim fotelu z pilotem w ręce.

— Hej! Macie zamiar się dziś obudzić, czy będziecie leżeć tak do jutra? — Qayba zaczął krzyczeć, by obudzić gości oraz gospodarza.

— Co się drzesz? Która godzina? -pytał nieprzytomnie Andrzej.

— Jest dwunasta. Wstań i ogarnij kolegów, bo w takim stanie sami stąd nie wyjdą.- Qayba próbował przemówić im do rozumu, ale po kilku minutach uznał, że to bezsensu, bo i tak o wszystkim zapomną.

Minęło ponad półtorej godziny, Andrzej oprzytomniał i zrobił wszystkim śniadanie. Dla siebie zrobił dwie duże kanapki, dla chłopców zrobił tosty z serem i szynką, a dla Romusia i Essusia zrobił po misce płatków o smaku czekoladowym. Wszyscy jedli sobie spokojnie aż nagle Romuś powiedział:

— To my już musimy iść. Mamy kilka rzeczy do zrobienia, więc papa.

Romuś i Essuś wyszli.

— My też niedługo pojedziemy.- powiedział Qayba.-Musimy zawieść towar panu Markowi, mieliśmy być już wczoraj. Na pewno się martwi o nas.

— Skoro wysłał was tu bez jakichkolwiek pieniędzy i opieki, to najwyraźniej wcale się o was nie martwi. -stwierdził Andrzej, przegryzając kanapkę

.-Pan Marek na pewno się o nas martwi, traktuje nas jak swoje dzieci! — wykrzyczał Bakróla głosem tak uroczym, że nie można było go brać na poważnie. Ale to była prawda, pan Marek martwił się o chłopców. Bo gdyby się nie martwił to przecież by nie…

ZZZZZZ. Ktoś dzwonił do drzwi. Andrzej otworzył przed nim stał jakiś mężczyzna. Miał natapirowane, jasne włosy, fioletową bluzkę, kremowe spodnie i wyraz twarzy jakiegoś pedofila.

— Czy zastałem tu moich chłopców? — Spytał głosem jakby natarł go papierem ściernym.

— Yyyy… Przepraszam, kogo? -Andrzej z pytał ze zdziwieniem.

— No, czy są tu Qayba i Bakróla?

— Pan jest Marek?

— Tak, jestem Marek pełnoprawny opiekun chłopców. Chciałbym się dowiedzieć, co robią u ciebie.

— Pan Marek! — Bakróla ucieszył się kiedy zobaczył pana Marka.

— O, panie Marku, bardzo przepraszamy za spóźnienie. -Qayba jąkał się zdenerwowany.

— Nie musicie przepraszać, martwiłem się o wa, s więc postanowiłem przyjechać.

— Skąd pan wiedział, że jesteśmy akurat tutaj?

— Zauważyłem mój samochód.

— Chwila, jak to samochód? Przecież został przy Pieronce. Skąd się tu wziął? -Andrzej wściekł się.

— Mniejsza skąd się wziął. Za chwile i tak wracamy do domu. — odrzekł Marek, spoglądając na chłopców.

— Tak, z tym może być mały problem ponieważ nie ma paliwa w samochodzie.- dodał od siebie Qayba.

— No to nic, zatankujemy. -Marek podszedł do swojego busa.

Spojrzał pod maskę a tam siedziało, chyba siedem szopów, które przegryzły wszystkie kable. Andrzej zawsze dokarmiał te szopy, które miały tu swoje miejsce, ale kiedy Qayba tu zaparkował, szopy pewnie myślały, że to dla nich to auto.

— Jeżeli coś stało się z towarem, to zabije te szopy i spalę na stosie, a potem wgniotę ich spalone szczątki w ziemię.- powiedział Marek bardzo przerażającym głosem.

— Na szczęście towar jest cały.- Marek wypędził szopy spod maski, ale nie wiedział co zrobić z samochodem. Bo samochód pusty w środku jest bezużyteczny.

— No normalnie zajebiście, co my mamy z tym gównem zrobić? -Marek się wściekł.

Był wkurwiony na szopy, nie myślał o niczym innym, tylko o tym, jak mogą wrócić do domu w Białymstoku. Po kilku minutach Marek trochę się uspokoił i postanowił usiąść z chłopcami i Andrzejem w salonie, by porozmawiać.

— Bardzo dziękuje za opiekowanie się moimi chłopcami, ale mógł pan do mnie przecież zadzwonić. Kocham chłopców jak swoje własne dzieci, więc umierałem ze strachu.- powiedział Marek swoim szorstkim głosem pedofila.

Andrzej zrozumiał, że Bakróla mówił prawdę, i Marek naprawdę się o nich martwił.

— Przepraszam pana, ale jako prezydent miasta stołecznego Gostingen, mam prawo i obowiązek, by pomagać ludziom, a w szczególności dzieciom, które tej pomocy potrzebują.- Andrzej tłumaczył się przed panem Markiem.

— Nie wie pan czasami, jak możemy się dostać do Białegostoku? — zapytał Marek. -Bo my musimy jakoś dostać się do domu z tym towarem.

— Przykro mi, nie mogę wam na to pozwolić, kradzież towaru jest w tym mieście nielegalna.- Andrzej nie zauważył, że Marek zmarszczył brwi.

— Wiesz, chłopcy chcieli uratować ostatni towar. A jeżeli załatwi pan nam jakiś transport, to podzielimy się zyskiem ze sprzedaży.- Marek zechciał przekupić Andrzeja.

— Nie. Ten towar należy to sklepu Pieronka, więc nie należy do pana.

— Naprawdę? Można dobrze zarobić, przemyśl to, a nie pożałujesz.

Chłopcy siedzieli cicho i spokojnie. Andrzej włączył telewizor i skakał sobie z kanału na kanał. Nikt się nie spodziewał, że ktoś ich obserwuje. Zza okna, Andrzej, Marek, Qayba i Bakróla byli obserwowani przez Diablo-3-cytryny i Juniora.

— Posłuchaj Junior, mam szatański plan, by zniszczyć życie Andrzeja. Widzisz, jak Andrzej siedzi sobie w tym wygodnym fotelu?

— Widzę, ale co z tego? -spytał Junior.

— Posłuchaj, zadzwonimy do drzwi i będzie musiał wstać z tego fotela, a kiedy otworzy, nikogo tu nie będzie i przez resztę życia będzie żałował tego, że wstał z wygodnego fotela. Hahahaha XDDDDD.

Diablo i Junior mieli zamiar zawładnąć światem. Więc robili wszystko, by uprzykrzyć życie Andrzejowi.


Nagle przed domem Andrzeja pojawiło się wielkie zbiegowisko ludzi, krzyczących:

— SKANDAL! TO SKANDAL! -Andrzej nie wiedział co się dzieje, więc poszedł to sprawdzić.

— O co chodzi!? -krzyczał Andrzej. Na to odpowiedzieli mu ludzie:

— Po mieście chodzi grupa ludzi, która gwałci nasze koty. Nie możemy tak bezczynnie siedzieć i nic nie robić. Ma pan obowiązek, jako prezydent, złapać tę grupę chuliganów i ukarać za ich czyny.

— Jak to? Tak po prostu sobie wchodzą na wasze podwórka i gwałcą wam koty?

— Tak. I nie tylko, czasami wchodzą do domu nawet jak w nim jesteśmy. -Andrzej nie wiedział co na to powiedzieć.

— Posłuchajcie! Kiedy znowu zobaczycie tych gwałcicieli, od razu zadzwońcie po policje.

— To to my sami wiemy. Jeżeli coś zrobią mojemu kotu to będą płacić za psychiatrę dla niego.-powiedziała pani Grażyna, która wiecznie miała wałki we włosach.

Andrzej był zmieszany, całkiem nie wiedział, co w takiej sprawie ma zrobić. Dla niego łatwiej by było jakby miał karać pedofil albo nałogowych podpalaczy. Ale nie spodziewał się, że może spotkać się z gwałcicielami kotów. Był skołowany, musiał się napić zimnego piwa.

— I nic nie masz zamiaru z tym zrobić?! — zapytał zdziwiony Qayba. Andrzej był zaskoczony, że Qaybe cokolwiek obchodzi.

— Co według ciebie mam zrobić? Nigdy nie spotkałem się z czymś takim. Nie wiem co mam zrobić.

— Potraktuj ich jak pedofilii, przecież to to samo.

— Moim zdaniem należy się im kara śmierci. Ale nie takiej zwykłej, niech zdychają z bólu. Można ich stopniowo podpalać, albo kazać im grać w ROSYJSKĄ RULETKĘ. Pięć razy dziennie. Albo niech gwałcą coś innego na przykład jeże, jak raz zgwałcą już nigdy nie popełnią tego błędu. — powiedział Marek swoim psychopatycznym głosem.

Andrzej nie wiedział, że to nie koniec kłopotów na ten dzień. Andrzej postanowił zrobić przynętę na gwałcicieli kotów. W tym celu kazał Bakróli ubrać się w strój kotka. Bakróla spełnił rozkaz Andrzeja i przebrał się za małego, bezbronnego, słodkiego kotka. Bakróla był przynętą na gwałcicieli kotów. Stał sobie bezbronnie, w końcu zauważył go jeden członek grupy. Natychmiast rzucił się na Bakrólę, a Qayba bez zastanowienia skoczył mu na pomoc, obijając mordę gwałcicielowi kotów, jednocześnie krzycząc:

— Ty jebany pedofilu, obyś zgnił w pierdlu za to, co chciałeś zrobić mojemu bratu i co zrobiłeś innym kotom!

Andrzej i Marek próbowali odciągnąć Qaybe od gwałciciela kotów.

— Ty jebany chuju!

— Qayba, uspokój się, Bakróla jest już bezpieczny.- Marek próbował załagodzić stres Qayby.

Andrzej zadzwonił po policję. Jeżeli mają jednego z nich, to wkrótce złapią resztę. Andrzej, Marek i chłopcy wrócili do domu. Pierwsze co zrobił Andrzej to wziął piwo z lodówki, usiadł w fotelu i włączył wiadomości.

— Drodzy rodacy, przez kolejne trzy dni, nie licząc tego, w całej Polsce nie będzie internetu. Prosimy o wpadnięcie w histerię i panikę.

Nagle z każdego domu na osiedlu rozległ się krzyk. Andrzej się wkurwił, gdyż przez ten hałas nie słyszał własnych myśli. Qayba miał jak zwykle wyjebane, Marek milczał. Andrzej przypomniał sobie, że ma jeszcze asa w rękawie.

— Olśniło mnie! Chodzicie do piwnicy, mam coś co musicie zobaczyć.- Andrzej zabrał wszystkich do swojej piwnicy. Tam był pokój gdzie znajdowało się wiele przeróżnych wynalazków, niesamowitych rzeczy i superowych gadżetów.

— Co to jest za pokój? — spytał Qayba.

— To moja tajna pracownia.

— Chciałeś powiedzieć „moja tajna pracownia”. — powiedziała jakaś dziewczyna, schodząca po ścianie.- Witaj Ret.

Ret była sekretarką Andrzeja, która była jednocześnie wielkim wynalazcą.

— Ile ja już siedzę w tej piwnicy, że masz już dwójkę dzieci? — zapytała sarkastycznie Ret.

— To nie są moje dzieci. To moi przyjaciele, Qayba, Bakróla, no i Marek. Ale mniejsza o nich. Potrzeba mi twojej pomocy.

— Spodziewałam się. Bo przychodzisz tu tylko jeżeli czegoś chcesz.

— Posłuchaj. Przez kilka dnia nie będzie internetu, więc wszyscy na osiedlu zaczęli krzyczeć.

— I co według ciebie mam zrobić?

— Umiesz zrobić coś, by przywrócić internet?

— Nie. Ale właśnie skończyłam budować ”Super zarąbiście fajnej maszyny klonującej”. Nie jest jak zwykła maszyna klonująca.

— Dlaczego? — dopytał Andrzej.

— Użyłam siebie jako materiał na klona i dodałam kilka cech. A dokładnie jedną „przesadzenie”. Teraz wystarczy ożywić klona i będzie jak zwykły człowiek.

Ret włączyła maszynę, a po chwili z maszyny wyszła druga Ret. Klon rozglądał, po chwili zerwał się z miejsca w stronę Bakróli.

— O, jaki słodziutki! Taki malutki i uroczy.

— Jakie to urocze.

— Yyyy… O co chodzi? — pytał Andrzej z wielkim zdziwieniem.

— Jej cechą, którą dodałam, jest miłość do uroczych rzeczy lub ludzi. Mogę zrobić więcej klonów z innymi cechami.

— Nie! Dwie to już za dużo. O wiele za dużo. -Andrzej nie chciał więcej klonów.

— Możecie ją zabrać? Proszę.- zaalarmował Bakróla próbujący wyrwać się z rąk klona.

— Hej! Zostaw go, bo tak cię zleję, że się nie pozbierasz.- Qayba groził klonowi.

— Ale on jest taki słodziutki i uroczy, i kochany. Nie! Nie oddam go, on będzie mój, tylko mój.

— Qayba, pomóż mi! — Bakróla próbował uciec.

— Można ją jakoś usunąć? — spytał Andrzej.

— Usunąć!? To jest teraz żywa istota. A ty chcesz ją usunąć? — Ret oburzyła się.

— Przecież to klon, stworzyłaś ją, więc teraz zrób coś żeby jej tu nie było.

— Jedyne co można zrobić, to wypuścić ją na wolność.

— Co? Przecież pewnie nic nie potrafi.

— To jestem ja tylko ma dodaną nową, przesadzoną, cechę. Czyli wszystko potrafi.

Andrzej załamał się, potrzebował pomocy, a miał tylko dodatkowy problem. Ret nie mogła mu pomóc.

— Czyli muszę się podać.

— Ludzie przeżyli tyle lat bez internetu, więc przeżyją kilka dni.- Ret próbowała pocieszyć Andrzeja.

— Ale ludzie tak uzależnili się od internetu, że to kilka dni to dla nich wieczność.- Andrzej spojrzał na swój telefon i zobaczył, że nie ma wi-fi.

Marek wyjrzał przez okno i zobaczył, jak ludzie biegają z komputerami po ulicy.

— Ale debile, biegać z komputerami, bo internetu nie ma. A nie pomyśleli, żeby robić coś innego na tych komputerach.- Marek zdziwiony drapał się po głowie.

Wszyscy podeszli do okna i z wielkim zaskoczeniem patrzyli na załamanych ludzi. Wybuchła panika. Wszyscy poszli na górę, by rozmyślać nad fatalnym biegiem zdarzeń. Andrzej włączył telewizor.

— Uwaga obywatele naszego kraju, z powodu braku internetu 38 osób dziś popełniło samobójstwo. Dwunastu udało się uratować, reszta umarła. Zapraszamy na wesołą pogodę. Żegna się z państwem Wojtek Wista.

— WOW! Z powodu takiej rzeczy jak internet ludzie popełniają samobójstwo. Jest jeszcze wcześnie, więc więcej osób może dzisiaj zginąć. A jeszcze dwa dni braku internetu, kto wie ile będzie jeszcze ofiar śmiertelnych.- Ret jeszcze bardziej przygnębiała Andrzeja.

Ret zamknęła klona w piwnicy, by Qayba go nie zabił. Klon siedział sobie spokojnie na dole, ale kiedy zauważył maszynę klonującą, natychmiast do niej pobiegł. W maszynie były jeszcze cechy charakteru Ret, więc klon usunął cechę dodaną przez nią oraz dodał własne. I zaczął klonować.

— Hej! Co się dzieje tam na dole? — spytał Marek, tupiąc nogą.

— To brzmi jak maszyna.- Ret wystraszona pobiegła do piwnicy. Kiedy wszyscy ruszyli za nią, zastali tam ze sto klonów z różnymi cechami. Andrzej, gdy to zobaczył, całkowicie się załamał.

— I co ja teraz zrobię? Szaleństwo ludzi spowodowane brakiem internetu. A teraz jeszcze to. Setka klonów chodząca sobie po mojej piwnicy.

— Dawno nie widziałam takiej masakry na polskich ulicach.- powiedziała Ret. -A tak w ogóle, skąd wziąłeś tą dwójkę dzieciaków i tego faceta?

— Qaybe i Bakróle poznałem na chrzcie Zdechlaków, a tego Marka poznałem dzisiaj, to opiekun prawny chłopców.

— A ja myślałam, że sprowadzanie Romusia i Essuśa do domu to szaleństwo, a ty tak z dnia na dzień przyjmujesz pod dach ludzi o których nic nie wiesz. Jak zwykle mózg masz w dupie.

— Posłuchaj, niedługo wrócą do Białegostoku, a tymczasem zostaną tu, wydają się w porządku.

— Wydają się, ale czy są? Tego nie wiesz. A w ogóle, skąd wiesz, że ten Marek to ich opiekun prawny?

— Powiedział mi.

— Ludzie mogą sobie „mówić” co chcą. Ale nie muszą mówić prawdy. Masz jakiś dowód na to, że to ich opiekun prawny? — Andrzej nic nie odpowiedział.- Tak właśnie myślałam. On może sobie powiedzieć, że jest opiekunem, a tak naprawdę może być zwykłym pedofilem. Pomyślałeś o tym?

— Jeżeli by był pedofilem, to Qayba i Bakróla nie cieszyliby się na jego widok. Jeżeli nie jest ich ojcem i wychowuje ich sam to od razu zakładasz że jest pedofilem, czemu?

— Może bym nie miała takich przypuszczeń, gdyby nie wyglądał jak męska prostytutka.

— Hej! Przecież zawsze mówisz, że nieważne jak ktoś wygląda, ważne żeby był w porządku.

Ret i Andrzej rozmawiali, co mają dalej robić. Powoli zbliżała się noc, więc wszyscy poszli na górę. Andrzej nie wiedział co ma zrobić z Markiem. Przecież miał tylko jeden pokój który zajmowali chłopcy. Miał jedno wyjście, albo oddać mu swój pokój, albo zrobić tak, że Qayba i Bakróla będą spali w jednym łóżku a Marek będzie spać w drugim. Andrzej po chwili namysłu wybrał opcje numer dwa. Wszyscy poszli do swoich pokoi. I tak upływała noc, by jutro mógł nastać kolejny dzień wojny.

Rozdział 4: Co do cholery

Brak internetu spowodował u ludzi silną depresję. Ludzie zachowywali się jak by byli zombi. W telewizji ciągle mówili o ofiarach samobójstw, sprawiły to że Andrzej sam chciał się zabić. Planował to przeczekać ale nie było mu łatwo przez telewizor i że tyle ludzi odebrało sobie życie przez internet. A dokładnie jego brak. Andrzej o dziwo wstał jako pierwszy. Nie mógł spać, zmartwiony przez to co się dzieje z jego kraję przygnębiło go tak że nie chciało mu się nawet iść do sklepu po piwo. Jedyne co zrobił to usiadł w fotelu i włączył telewizor. Jednak nie włączył wiadomości, jak zwykle, tylko włączył kabaret, by choć na chwilę zapomnieć o dramatycznych wydarzeniach w kraju. Andrzej rozmyślać jak naprawić Polskę przecież był prezydentem miasta stołecznego Gostingrn musiał coś zrobić. Ale nie miał pojęcia co

.- Już wstałeś, myślałam że dziś nie wyjdziesz z łóżka.- Ret popijała kawę ze swojego ulubionego kubka.

— Czemu myślałaś że dziś nie wstanę? -powiedział Andrzej zmęczony życiem.

— No bo kiedy są problemy zawsze przesypiasz cały dzień. Andrzej nie miał ochoty rozmawiać i poszedł do kuchni zrobić sobie śniadanie.

— Jesteś prezydentem, możesz temu za pobiec, kasz włączyć internet. A tak w ogóle, to czemu wyłączyli ten internet? Powinieneś mieć kontrolę nad takimi sprawami jak brak internetu w całym kraju. Przecież musieli mieć ważny powód. Bo nic nie może się dziać bez powodu. -Ret miała specjalną zdolność, potrafiła swoją gadką rozwiązać wielki problem. Co zawsze intrygowało Andrzeja, ponieważ on potrafił tylko ludzi karać. Ale nie potrafił tego co Ret. Nagle oświeciło Andrzeja. Mógł pójść do tych od internetu by kazać im włączyć internet ale do tego potrzebował Ret. Andrzej wyjaśnił jej swój plan i oboje poszli do tych od internetu.

— Kurde zamknięte. -powiedział Ret szarpiąc drzwi.

— Co? To nie możliwe. No kurwa zamknięte, masz rację.- Andrzej nie mógł tego pojąć.

— Tu zawsze było otwarte to siedziba internetowa, jest czynna całą dobę.

Andrzej i Ret nie wiedzieli że w środku siedzi ktoś kto był odpowiedzialny za brak internetu. Andrzej był zły że siedziba internetowa była zamknięta, powinni przecież tam być i naprawiać usterkę. Andrzej stracił nadzieje na leprze jutro. I słusznie bo jutro będzie jeszcze gorsze. Andrzej przypomniał sobie jednak co mówiła Ret »»Nadzieja to najsilniejsza broń«. Ret zawsze to powtarzała w ciężkich chwilach i chyba tylko dzięki niej Andrzej jest nadal prezydentem miasta stołecznego Gostingen. Andrzej zawsze się poddawał zbyt szybko (zdaniem Ret) i nigdy nie umiał rozwiązać większego problemu. Ret i Andrzej jechali do domu, zobaczyli jak coś biegnie po ulicach miasta. Były to wielkie, kolorowe, wkurzone kucyki. Te kucyki jechały na rowerach i wszystkie koczowały przy domu Andrzeja.

— Ty jesteś tym co dowodzi miastem? -spytał kucyk na największym rowerze.

— Tak jestem prezydent miasta stołecznego Gostyń, Andrzej Browiec. A kto pyta można wiedzieć?

— Jestem wodzem kucyków nazywam się, Bladus a to mój lód. Przyjechałyśmy zakazać wam produkowania i używania kleju.

— A czemu nam tego zakazujecie?

— Bo klej jest robiony z naszych braci i sióstr więc nie pozwalamy byście mordowali i przerabiali na klej naszej rodziny. Jeżeli nas nie posłuchacie zabijemy was wszystkich naszymi niewidzialnymi pistoletami. Bladus groził Andrzejowi, jednak on nie wziął tego na poważnie i całkowicie to zignorował mówiąc :

— Hej, jeżeli macie problem to do producenta kleju a nie do mnie. I mam w dupie wasze groźby.

— Zobaczysz jeszcze będziecie nas błagać o litość. -Kucyki odjechały na swoich rowerkach, Andrzej zaczął się śmiać.

— Ha ha ha ha..,!!!! I co to miało być »« Zastrzelimy was niewidzialnymi pistoletami«”. — Andrzej przedrzeźniał kucyki.


— No wreszcie jesteście! -powiedział Marek.

— I co, włączą internet? — dodał Qayba.

— Korporacja „FAKING” była zamknięta.- odparł Andrzej. -Przed domem zatrzymały nas kucyki na rowerach, groziły nam. Że mamy nie sprzedawać kleju w Gostingen.

— Co? — zapytał Bakróla był wystraszony. -Przyjechały kucyki na rowerach? Widziałem kiedyś w telewizji reportaż o nich. Pojawiają się w miastach, zakazują produkcji i sprzedaży kleju a kiedy się ich nie posłucha to niszczą niszczą wszystko na swoje drodze.

Bakróla był wyraźnie przestraszony przybyciem kucyków do miasta. Skoro Bakróla mówił że te kucyki zagrażają miastu to by trzeba coś z nimi zrobić.


— Musimy się dowiedzieć kto stoi za tą masakrą na świecie. -powiedział Andrzej. -Czy ktoś ma jakieś pomysły kto mógł się do tego przyczynić.

— To na pewno sprawka Chin! -wykrzyczał Marek, wstając z miejsca.

— To pewnie Diablo i Junior, oni zrobią wszystko by uprzykrzyć ci życie. -powiedziała Ret.

— Może to sprawka kucyków, one bardzo broją. -dodał Bakróla słodkim głosikiem niewinnego chłopca.

— Nie! To wina całego świata. Wszyscy tu zawinili. -powiedział Qayba patrząc przez okno.

Andrzej zastanawiał się nad tym co powiedział Qayba, bo on jak zwykle miał rację. Nagle do domu Andrzeja wparowali Romuś i Essuś, w rękach mieli siatki z piwem i chlebem. Byli bardzo zasapani wyglądali jak by ich coś goniło.

— Zaczął gonić nas właściciel sklepu do którego zawsze idziemy. Wybiegł na nas z siekierą i wołać do nas że mamy wypierdalać.- tłumaczyli się Romuś i Essuś.

— Czemu was gonił? -pytał Andrzej.- Bo od trzech miesięcy mamy u niego niespłacony rachunek, o kwocie w wysokości 598 złotych i 50 groszy więc nas gonić byśmy się tam już nie pokazywali.

— Co?! Jak to zalegacie z opłatami? Zawsze daje wam na zakupy, skoro nie wydawaliście tych pieniędzy na zakupy to na co?

— Nie. My wydawaliśmy to na zakupy ale, raz przypadkiem zniszczyliśmy towary, dlatego nas wywalił.

— To ja wam spłacicie ten dług.

— Dobrze, ale teraz nie wyjdziemy on tam na nas czeka.

— Jak to na was czeka?

— No normalnie pod drzwiami.

Andrzej wyjrzał przez okno, no i faktycznie stał tam wkurwiony właściciel sklepu. Andrzej wyszedł by pogadać z właścicielem.

— Dzień dobry, panie Stefanie. Czy mogę w czymś pomóc?

— Tak! Daj mi tych wandali chce ich zabić! -powiedział wściekły właściciel sklepu.

— Bardzo proszę. Oto kwota za zniszczony towar.

— Nie chce tego od pana tylko od tych gamoni.

— Jak pan nie przyjmie tych pieniędzy to zamknę pana sklep na zawsze.- Stefan po krótkim namyśle zgodził się.

— No dobrze. Ale mają zakaz przychodzenia do mojego sklepu. Romuś i Essuś byli smutni ponieważ to był jedyny sklep w okolicy. Oprócz oczywiście Pieronki. Ale dla Romuśa i Essuśa w Pieronce jest za drogo. To zwykłe kłamstwo że” NISKIE CENY”. A właśnie drogo w chuj. Andrzej uważała że to niesprawiedliwe ze strony właściciela, Romuś i Essuś byli stałymi bywalcami, zapłacili za spowodowane szkody, i przeprosili. Andrzej pomyślał o wybudowaniu nowego sklepu, by pan Stefan zbankrutował za przykrość spowodowaną zakazem do sklepu. Przecież sklep to miejsce publiczne, każdy może tam wejść. Andrzej wiedział że na głowie ma jeszcze kilka innych spraw ale radość społeczności jest najważniejsza. Andrzej przypomniał sobie że kiedyś zwyzywał pewnego faceta który chciał postawić tu sklep. Gdzieś miał jeszcze jego numer, więc zadzwonił.

— Halo! Czy dodzwoniłem się do pana Darka? Chce z nim porozmawiać na bardzo ważny temat.

— Tak, to ja. A o co chodzi? odpowiedział.

— Proszę by pan niezwłocznie tu przyjechał. Tu czyli pod mój dom. Po kilkunastu minutach podjechał czarny samochód z którego wysiadł pan Dariusz. Andrzej zaprosił go do domu i podał mu kawę. Oboje usiedli i rozmawiali.

— Po dłuższym namyśle zdecydowałem że może pan postawić tu sklep. Pozwolę ci na to o ile zawsze będziesz wpuszczał tych dwóch. Andrzej wskazał za Romuś i Essuśa.

— Dobrze. Ale wcześniej kiedy chciałem zbudować tu sklep to wyzwał mnie pan od… — przerwał mu Andrzej.

— Niech pan nie powtarza tego co o panu powiedziałem. Nie przy dzieciach. Wiem co powiedziałem i bardzo za to przepraszam. Andrzej próbował się wytłumaczyć. Wszyscy główkowali jednak co takiego powiedział Andrzej do Dariusza że nie pozwolił tego powtórzyć, albo jak cytuję ”Nie przy dzieciach”. Andrzej pozwolił na budowę tego sklepu tylko po to by pan Stefan całkiem zbankrutował, cieszył się że będzie nowy sklep, a nawet nie wiecie jak z tego powodu cieszył się Romuś i Essuś. Marek, Qayba i Bakróla poszli spać, a Andrzej, Romuś i Essuś jak zwykle balowali do rana. I tak upływała noc by jutro mógł nastać kolejny dzień wojny.

Rozdział 5: Z anime za pan brat

Andrzej obudził się skacowany, kiedy otworzył swoje nieprzytomne oczy, ujrzał Romuś i Essuś jeszcze spali, on zaś wstał i poszedł robić sobie poranną kawę. Pił (aromatyczną) kawę, przeszedł koło kalendarza i zobaczył że, dzisiejsza data jest zaznaczona czerwonym pisakiem. A jeżeli coś jest zaznaczone na czerwono to musi być ważne. Podszedł bliżej by zobaczyć co takiego dzisiaj jest. Andrzej zrobił wielkie oczy kiedy zobaczył że dziś jest…

— Animefull 2018!!!!! Tego roczny festiwal miał się odbyć w mieście stołecznym Gostingen. -Andrzej całkiem o tym zapomniał, nie zajął się niczym, wyobrażał sobie jak wściekli będą sponsorzy a zwłaszcza fani. Wiedział że będzie z nim źle, ciągle zastanawiał się co ma zrobić.

— Sponsorzy pomyślą że wydałem te pieniądze na własne zachcianki.

— Atak nie jest? spytał Qayba ale Andrzej go nie zauważył.

— No wydałem te pieniądze ale na ważne rzeczy. Chwila kto to powiedział? — Andrzej był zdezorientowany.

— Ja. Nie zauważyłeś że stoję tu od kilkunastu minut? -Andrzej nie miał ochoty odpowiedzieć Qaybie, więc po prostu się od wrócił i dalej myślał w samotności.

— No cóż. Nie mam wyjścia, muszę się przyznać. Czyli, wziąć na klatę to co zrobiłem i powiedzieć że nie zorganizowałem festiwalu na czas.

— A nie da się tego festiwalu przełożyć? zapytał Bakróla popijając kakałko i najwidoczniej podsłuchując Andrzeja.

— NIE! Nie mogę tego przełożyć bo miałem trzy miesiące na zorganizowanie tego festiwalu.

— Pomogę panu jakoś ich udobruchać. Bo przecież nie mogą odmówić takiemu słodziutkiemu i uroczemu dziecku jak ja. -Bakróla pocieszał Andrzeja.

„Chłopiec ma rację dzięki niemu na pewno mam szanse jeszcze pożyć”. -pomyślał Andrzej, cieszył się że Bakróla chciał mu pomóc. Andrzej, Bakróla, Qayba, Marek i Ret poszli do miejsca gdzie miał się odbyć festiwal anime. Tam zastali wkurwionych sponsorów i żądnych krwi fanów.

— Gdzie jest festiwal na który dałem pieniądze?! -krzyczał jeden sponsor (producent Gej bera).

— No gdzie on jest, bo jesteśmy gotowi do przedstawienia. Wystawimy jako przedstawienie Najsruto. -mówiła grupka fanów.

— Bardzo mi przykro ale nie zdążyłem uszykować wszystkiego w terminie. Więc festiwalu nie będzie. -wyjaśniał zdenerwowany Andrzej.

— Co czyli przyjechałem z Bezzia i zmarnowałem paliwo na darmo?!

— Proszę państwa pan Andrzej był bardzo zabiegany i nie muógł dotrzymać terminu. Proszę go nie winić za to, ma już dość problemów. -wyjaśniał Bakróla tak słodkim głosikiem że aż podniecił kilka dziewczynek.

— A co tak bardzo wam zależy na tym festiwalu, to festiwal jak każdy inny. -powiedział Qayba marszcząc brwi.

— To najlepszy festiwal na świecie jest za darmo i można tu nabyć super gadżety z ulubionych anime. -powiedział jeden z fanów.

— To całkiem bez sensu, równie dobrze możesz kupić gadżety przez internet. A tak w ogóle anime jest do dupy.

— Coś ty powiedział ty pieprznięty dzieciaku?

— Jak ty kurwa mnie nazwałeś?

— A co głuchy jesteś.

— Właśnie nie więc na twoim miejscu bym spierdalał tam skąd przyszedłem.

— Dosyć nie będziesz obrażał anime! Wyzywam cie na pojedynek.

— Chcesz się bić? Ha ha ha. Chyba nie wiesz z kim zadzierasz. Jestem Qayba!

— Nie chce się z tobą bić. Wyzywam cię na grę karcianą dla dzieci.

— Co? Na grę karcianą dla dzieci?

— Tak właśnie. Przyjmujesz wyzwanie?

— Nie mam zamiaru z tobą grać, przecież nie jesteś nawet w połowie tak dobry jak ja.

— Co? — Andrzej nie wiedział o co chodzi.- Bakróla, czy Qayba potrafi grać w tą dziwną grę?

— No oczywiście że potrafi, Qayba jest w tym najlepszy.

— Na prawdę?

— Tak. Qayba gra już od małego, był mistrzem nie tylko w Białymstoku ale i na całym świecie. Brał udział w wielu turniejach i wszystkie wygrywał.

— Skoro jest taki dobry do dlaczego już nie gra.

— Nie ma już na to tak dużo czasu jak kiedyś. Grał zanim się poznaliśmy.


— Czekaj, czekaj… Przecież ty jesteś Qayba światowy gracz- chłopak który wyzwał Qaybę na pojedynek wystraszył się że przegra.

— Tak. Jestem Qayba. A ty co, opadły ci chęci? Czy po prostu się boisz?

— Nie. Nie jestem godny gry z króle, byłem twoim fanem ale zniknąłeś.

— Ale teraz powróciłem. Posłuchajcie mnie, ci którzy śledzili potyczki najlepszych graczy w karty pewnie mnie znają. Dawno nie grałem ale czas nie robi żadnej różnicy, nadal jestem nie pokonany i nie muszę tego nikomu udowadniać. Chce powiedzieć tylko jedno, wasz król gier powrócił! -Qayba, podniósł ręce do góry. Po czym rozbrzmiał głośny aplauz i fani krzyczeli:

— „KRÓL KRÓL. TO KRÓL GIER”.

Andrzej zrobił wielkie oczy kiedy zobaczył że wszyscy skandują na widok Qayby. Bakróla podbiegł do niego i mocno go przytulił. Marek był wyraźnie dumny z Qayby.

— No Qayba, mimo upływu lat twoi fani nadal cię pamiętają.

— Jaki ładny obrazek. -powiedziała Ret.

— Tak ładny, to chyba możemy już wracać do domu?

— Ani kroku dalej panie Andrzeju. -wkurwiony sponsor zatrzymał Andrzeja. -Chyba pan o czymś zapomniał.

— Ale o czym?

— Przecież musisz jeszcze zorganizować festiwal.

— Co? Te świry dostały co chciały. Po co robić jeszcze jakiś festiwal?

— Co pan w ogóle zrobił z pieniędzmi które panu przekazaliśmy?

— Chwila muszę pomyśleć? A no tak! Za te pieniądze buduje nowy sklep spożywczy.

— Że co pan zrobił?

— Ale na sklep poszła tylko część, reszta jest w moim domu w sejfie.

— Dajemy panu dwa dni na zorganizowanie festiwalu, jeżeli pan się nie wywiąże osobiście dopilnuje żeby usunęli się z posady prezydenta. No to do widzenia spotkamy się za dwa dni.

— Ojojoj. Ale się porobiło. Mam dwa dni na zorganizowanie festiwalu albo stracę posadę. A jeżeli jeszcze wymażą to miasto z map, co wtedy z nami będzie?

— Wiesz że to miasto nadal tu będzie, tak?

— Ale ludzie nie będą wiedzieć o istnieniu tego miejsca. Ktoś będzie chciał tu przyjechać na wakacje ale nie znajdzie nas na mapie. I nowy sklep będzie nie potrzebny.

— Nadal będziemy na mapie Google w internecie. A już praktycznie nikt nie korzysta z map papierowych.- Andrzej mimo tego że Ret go pocieszała był załamany przez całą drogę. A kiedy Andrzej jest załamany to nie może prowadzić samochodu więc prowadził Marek.

— Głowa do góry. To tylko festiwal dla dzieci i dorosłych zachowujących się jak dzieci, wystarczy postawić scenę kilka budek z jedzeniem i to tyle. Takim dziwakom nic więcej nie potrzeba.- pocieszał się Andrzej.

— A kto niby będzie obsługiwał te butki? O tym nie pomyślałeś.- zapytała Ret.

— Nad tym się pomyśli później.- przez całą drogę Andrzej próbował coś wymyślić.

„Teraz uwaga zadam wam pytanie w jaki sposób Andrzej, Ret, Marek, Qayba i Bakróla zmieścili się w dwu osobowym samochodzie? To będzie zagadka do was, a teraz wracamy do fabuły.”

Andrzej siedział na fotelu i dalej myślał co zrobić w sprawie festiwalu, dosiadł się do niego Bakróla.

— Niech pan się nie martwi na pewno razem coś wymyślimy.

— Ale co ja mam jeszcze wymyślić dzięki tobie jeszcze mnie nie zabili. Mam dwa dni na zaplanowanie i uszykowanie tego festiwalu a ja nic nie mam gotowe.

— Ja mogę się czymś zająć. Jestem gotowy do pomocy.

— Mój przyjaciel Leszek załatwi Food Tracka i to razem z wyposażeniem, pracownikiem. -Ret zaoferowała swoją pomoc.

— Ja załatwię scenę, światła i inne takie pierdoł.

— Ja pomogę załatwić ci resztę. -dodał Qayba.

— My ogarniemy alkohol! -wykrzyczeli radośnie się Romuś i Essuś.

— Ale wy wiecie że na takiej imprezie nie ma alkoholu.

— Co to za impreza bez alkoholu?

Andrzej cieszył się że wszyscy są tak chętni do pomocy. Każdy robił to co obiecał. Andrzej i Qayba planowali gdzie co będzie ustawione, załatwili bilety i inne takie rzeczy. Ret zadzwoniła do Leszka który miał zająć się Foot Traka. Bakróla zajął się butki z gadżetami, nie wiadomo jak to zrobił ale ważne że zrobił. Marek przywiózł scenę, nagłośnienie, światła, załatwił nawet DJ. A tak dokładnie, kogoś kto będzie puszczał muzyczkę z różnych anime. Z tym akurat się nie musiał wysilać, to on będzie puszczać muzykę z laptopa. Wszystko było załatwione, jedyne co było trzeba jeszcze zrobić to, to wszystko ustawić na rynku. Ale tym zajmom się jutro. Wszystko miał oczywiście uświetnić król gier który był na miejscu. Andrzej odzyskał optymizm, byli jednak zmęczeni cały dniem więc poszli spać. I tak upływała noc by jutro mógł nastać kolejny dzień wojny.

Rozdział 6: Musieli znowu wszystko zjebać

Andrzej wstał dziś w dobrym humorze. Dzień był po prostu piękny ptaszki ćwierkają, słoneczko świeci wszystko zapowiadało się na dobry i spokojny dzień. Kiedy nasi bohaterowie zjedli śniadanie pojechali na rynek by ustawić wszystko na festiwal.

— Możemy brać się do roboty. -powiedział Andrzej z entuzjazmem.

— Chyba o czymś zapomnieliśmy. -stwierdziła Ret.

— Ale o czym?

— O tym że nie ma kto tego wszystkiego zbudować. Do ustawienia sceny potrzebni są fachowcy.

— Może my ustawić scenę sami. Co to za problem. -wtrącił się Marek.

Po chwili na miejscu byli już sprzedawcy z butkach. Foot Trak dotarł troszkę później. Marek i Ret zajęli się ustawianiem sceny wszystko nadzorował Andrzej. Qayba i Bakróla rozstawiali butki, a Romuś i Essuś gadali z Leszkiem. Wszystko wskazywało na to że festiwal będzie gotowy jeszcze przed czasem. Aż tu nagle…

— To ma być festiwal anime. Już przedstawienie w przedszkolu jest bardziej profesjonalne.- skrytykował Diablo 3 cytryny wychodząc z cienia nie podejrzanego autobusu. -Junior i ja lepiej byśmy zrobili ten festiwal.

— Przykro mi ale nie jesteście tu mile widziani. Więc wynocha! -Andrzej wymachiwał śrubokrętem.

— Dla każdego mieszkańca miasta jesteś taki niemiły? -Diablo podszedł do sceny i ją krytykował.

— To ma być scena, przecież jak jakiś grubas na nią wejdzie to od razu się zawali.

Diablo z całej siły uderzył w scenę czym spowodował zawalenie się jej i upadek z dużej wysokości Marka i Ret.

— Ups! Mówiłem że to tandeta jest.

— Właśnie a te butki. Wystarczy chuchnąć i już się rozlatują-. powiedział Junior bardzo szorstkim głosem i walnął w budkę skarpetą pełną twardego masła.

— Oj tak mi przykro. Trzeba było się bardziej postarać nad butkami z gadżetami. -Bakróla na widok rozwalonej butki rozpłakał się.

— Coś ty zrobił jebany, łysy, dzieciaku z wąsem. Przez ciebie Bakróla jest smutny i płacze. Qayba szarpał Juniora, był tak wkurwiony że rzucił Juniorem o ziemię.

— Qayba, uspokój się masz przecież kuratora. Nie możesz nikogo zabić pamiętasz? -Qayba trochę się uspokoił. Bakróla podbiegł do niego i go przytulił.

— Jeszcze raz mu coś zrobisz to sępy będą jadły twoje zwłoki z na grzanego asfaltu.

Qayba zagroził Juniorowi ale on nic sobie z tego nie robił.

— Normalnie zajebiście. Zniszczyli nam scenę i butki. stwierdził zrezygnowany Andrzej.

— Mam wstrząśnienie mózgu, chyba. -Ret trzymając się za głowę wygrzebując się z pod zawalonej sceny.

— Złamali mi kręgosłup i zniszczyli włosy.

— Wszystko zniszczone. Nie zdążymy odbudować tego na czas. Jutro ma być wszystko gotowe. A my nic nie mamy.

Diablo i Junior poszli do niepodejrzanego autobusu z uśmiechem na ustach.

— Na pewno zdążymy wszystko naprawić na czas. -dodawała otuchy Ret. -Będzie najwyżej o jedną budkę mniej. A scenę można zrobić z byle jakich desek.

— Wszystko się ułoży. Ale nie podaruje im za zniszczenie fryzury! wykrzyczał Marek.

Leszek w ciężarówce miał dosyć twarde deski z których można było zrobić scenę. Zabrali się do pracy. Budowa sceny okazała się trudniejsza nisz się spodziewali. Wszyscy byli wykończeni ciężką fizyczną praca, minęło dopiero pół dnia a im już chciało się spać. Jedyną rzecz którą do tej pory zrobili to ustawienie jednej ściany sceny. Musieli zrobić jeszcze trzy takie ściany i górę. Dodać nagłośnienie i ustawić światła. Budowanie tej sceny było czymś najtrudniejszym na świecie. Ciągle coś było nie tak. A to przedłużacz był za krótki. Na Marka wylało się wiadro różowej farby. Ret i Qaybe przygniotła jedne ze ścian. Bakróla upuścił głośnik na twarde kamienie. A Andrzej wbił sobie gwóźdź w nogę. Jednym słowem „masakra”, ale w końcu się im udało. Andrzej mimo krwotoku z nogi był szczęśliwy że ukończyli budowę sceny. Wszyscy byli zmęczeni i głodni. Andrzej wysłał Romusia i Essuśa po coś do jedzenia. Marek próbował zmyć różową farbę z włosów. Bakróla zasnął w samochodzie, Qayba po prostu sobie siedział, Ret grała na telefonie, A Andrzej z dumą patrzył na wspólnie wykonaną prace. Wszyscy czekali aż Romuś i Essuś wrócą z jedzeniem, dość długo ich nie było w końcu przyszli. Kiedy się najedli mogli wrócić do domu. Od rynku do domu Andrzeja była ponad godzina drogi samochodem, ale maluchem to dwie godziny. Andrzej zadzwonił po ochronę żeby przyszli pilnować by nikt nie zniszczył sceny i reszty atrakcji. Kiedy chcieli wrócić do domu okazało się że samochodu nie ma. Andrzej kiedy zobaczył że niema jego luksusowego malucha zaczął krzyczeć.

— Aaaaaa!!!!!!!!! Gdzie jest mój samochód.

Na miejscu samochodu był jedynie liścik w kopercie:

Andrzeju postanowiliśmy razem z Juniorem że umyjemy twój samochód. Więc nie zdziw się że już nigdy go nie zobaczysz. I tak go nie szanowałeś. Może kiedyś go spotkasz na złomowisku. Życzymy żebyś zdechł. Z pozdrowieniami Diablo 3 cytryny i Junior.

— Wiedziałem że kiedyś zabiorom mi mój samochód. Ale musieli go ukraść akurat jak jesteśmy tak daleko od domu. -Andrzej był wściekły.

— Czyli musimy iść pieszo do domu. -z pytał Marek.

— Tak.

Nie mieli już siły nawet stać a co dopiero chodzić. Byli tak strasznie zmęczeni że wglądali jak zombi. Andrzej poszedł na przodzie bo już nie raz musiał wracać do domu na piechotę. Ret szła za Andrzejem. Qayba wziął Bakróle na plecy a on od razu zasnął. Marek praktycznie nieprzytomny wlókł się za nimi.

— Nie możemy wezwać taksówki? z pytał od niechcenia Marek.

— Nie. Nie zmieścilibyśmy się wszyscy w Gostingenskie taksówce, są dwu osobowe. Więc musimy iść dalej.

Andrzej wiedział że chodzenie pieszo po Gostingenie jest nie bezpieczne. Mogą cię zaczepić czuby, hipisy, meneli i innych takich.

— Nie dam rady dale iść. Zostawcie mnie tu na pastwę losu.

— Marek, przestań jest już dziewiętnasta wieczorem, nie zostawimy cię na środku ulicy. -Ret nawet jak byłą zmęczona i nie miała chęci do życia myślała o przyjaciołach.

— No to mnie zanieś bo ja nie mam siły iść dalej.

— Marek!

— Co?

— Eech… Ret nie chętnie wzięła Marka i prowadziła go do domu. Kiedy szli po chodniku do Qayby i Bakróly pod biegły trzy dziewczyny.

— Oooo… Jaki słodziutki chłopczyk. To twój brat?

— Eeee…

— Jest taki uroczy jak śpi.

— Taki mały, słodziutki, uroczy i milutki.

Qayba był zdziwiony reakcją trzech dziewczyn.

— Wybaczcie, ale trochę nam się śpieszy. Więc… Żegnam.

— Ale ty masz takiego słodkiego braciszka.

— Qayba co się dzieje. -zapytał zaspany Bakróla

— Ooooo… Jaki ma słodziutki głosik.

— Qayba kto to jest?

— Qayba, a co się tu dzieje? -zapytał Andrzej ze sztucznym uśmiechem.

— Qayba na podrywanie i dziewczyny będzie czas później teraz choć. -Marek szarpał Qaybe za rękę.

— Ja ich wcale nie podrywałem, same się doczepił.

— Panie Marku daleko jeszcze do domu? -Bakróla przecierał zmęczone oczy.

— Już nie daleko. Ale dla pewności spytam się Andrzeja.

— Andrzej daleko jeszcze do twojego domu.

— Eeee… Nie, jeszcze piętnaście minut drogi.

Wydawało się że nic gorszego nie może się im przydarzyć ale niestety się pomylili. Zaczęło pasać, nikt nie wziął parasola.

— No normalnie kurwa pięknie leje w chuj. -Andrzej był wściekły.

— Mam całe mokre spodnie.

— Wiesz Marek, nie musimy tego wiedzieć.

Nasi bohaterowie byli załamani, załamaniem się pogody. Byli już prawie na miejscu aż nagle wielka ciężarówka pełna brokatu wpadła w poślizg i cały brokat wysypał się na Andrzeja, Marka, Ret, Qaybe, Bakróle, Romusia i Essuśa. Byli cali od brokatu, ale mieli to w dupie i dalej wracali do domu. Ale jakby tego było mało w domu Andrzeja ulotnił się jakiś gaz i nie mogli tam wejść. Kiedy się o tym dowiedzieli nie mieli już siły i poprosili żeby strażacy przynieśli im z domu koce. Mieli dosyć i na zimnej, brudnej i mokrej ziem położyli koce i za snęli. I tak upływała noc by jutro mógł nastać kolejny dzień wojny.

Rozdział 7: Festiwal już gotowy

— Nie. To nie był sen, naprawdę spałem przed domem. -Andrzej chciał jeszcze trochę pospać ale nie mógł. Ponieważ słyszał głos Qayby.

— Nie macie innych zajęć, niż zatruwanie mi życia!?

— Ale ty masz takiego słodkiego braciszka, chcemy popatrzeć jak śpi.- Wynoście się stąd bo inaczej pogadamy inaczej.

— Qayba! -krzyknął Andrzej. -Nie wolno bić dziewczyn.

— Właśnie że wolno jak nie ma innego wyjścia.

— Proszę daj nam popatrzeć na niego jeszcze kilka minut. Andrzej pociągnął Qaybę za rękę by z nim porozmawiać.

— Dlaczego im po prostu nie powiesz że Bakróla to nie twój brat.

— Ale to jest mój brat, znaczy ja traktuje go jak swojego brata. Nie przeszkadza mi że tak mówią, wkurza mnie to że się do nas przyczepiły.

— Dobra ja z nimi porozmawiam. Andrzej i Qayba kiedy się odwrócili nie mogli uwierzyć co się właśnie stało.

— Zwiały.- I zabrały Bakróle!

Andrzej i Qayba rozglądali się we wszystkie strony.

— Tam, złapię te suki!

— Ha ha ha. Super, teraz nasz szef da nam to co zechcemy.

— Kiedy przyniesiemy mu naszą zdobycz będziemy miały co tylko zapragniemy.

— Dziewczyny, ten chłopak nas goni. Aaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!

— Dalej dziewczyny biegniemy.

Dziewczyny próbowały być szyprze niż Qayba, ale nie pozwoli by coś się stało Bakróli i biegł jak wiatr. Andrzej biegł zanim ale dużo wolniej.

— Oddajcie mi Bakróle wy pierdolone szmaty!!!! -krzyczał Qayba nawet trochę nie zwalniając. Andrzej z nie dowierzaniem patrzył na Qaybę.

— Jak ty szybko biegasz, Jezu. -powiedział zadyszany Andrzej.

— Musimy go uratować.

— Powiadomię policję oni go znajdą.

— Policja nic nie da. Sam go znajdę.

— Nie nie będziesz go szukał. Musisz być na festynie.

— Chrzanie festyn, Bakróla jest najważniejszy. Znajdę go choć bym miał przejechać całą Polskę.

— Ja muszę zająć się festynem.

— Dam sobie radę sam, do tej pory dawałem.

Qayba poszedł szukać Bakróle, Andrzej przez całą drogę do domu zastanawiał się czy dobrze zrobił puszczając Qaybę samego. Przecież Gostingen to miasto które nigdy nie śpi.

— No, jesteś wreszcie. Gdzie jest Qayba i Bakróla? -Marek trochę się zaniepokoił nieobecnością chłopców.

— Bakróle porwały te trzy dziewczyny które wczoraj zaczepiły nas jak szliśmy do domu. A Qayba poszedł go szukać. -Andrzej nerwowo tłumaczył przebieg wydarzeń.

— Co? Porwali Bakróle. I w ogóle jak mogłeś puścić Qaybe samego. Nie mówię że Qayba by se nie poradził ale kiedy ktoś go wkurzy nikt go nie powstrzyma to może wyrządzić komuś niemałą krzywdę.

W tym samym czasie dziewczyny przyprowadziły Bakróle do ich szefa.

— Szefie, przyniosłyśmy ci tego chłopca. -powiedziała Andżelika.

— Świetnie dziewczyny. Tak jak wam obiecałem możecie poprosić o dowolną rzecz. Więc co chcecie?

— Chcemy jego.

— Co, jak to jego?

— Normalnie, chcemy tego małego na własność.

— Obiecałem wam wszystko co zechcecie. No dobra dostaniecie go. Weście sobie tego małego, najważniejsze żeby te chłopak cierpiał z powodu utraty kogoś bliskiego.

Qayba szukał Bakróli.

„Kiedy tylko znajdę te trzy kurwy tak je zleje że pożałują że się urodziły. Jak Bakróil spadnie choć jeden włos z głowy obiecuję że będą zbierać zęby i kości z chodnika oraz będą czekać w kolejce po przeszczep organów. Nie pozwolę żeby coś mu się stało, muszę go odszukać. Tylko nie wiem gdzie mam go szukać. Biedny Bakróla pewnie się boi jest z trzema licealistkami, on jest na to jeszcze za młody”.

Kiedy Qayba zamartwiał się, dziewczyny które porwały Bakróle bawiły się nim., w takim sensie jak małe dziewczynki lalkami albo kotkami czyli przebierały go, piły z nim herbatę z brokatu, takie typowe zabawy małych dziewczynek. Bakróla był wystraszony jeszcze nigdy nie brał udziału w takiej zabawie. Nie lubił jak inni go przebierają, dotykają i każą pić niedobrą herbatkę z brokatu.

W tym samym czasie na festiwalu anime:

— O jej. Gdzie jest Qayba? Miał uświetnić festiwal swoją obecnością a go nie ma. Fani pomyślą że ich okłamałem.

— Przestań! Festiwal nie jest najważniejszy. Nie wiemy co się dzieje z chłopcami a ty martwisz się tylko o ten zasrany festiwal anime.

— O co wam chodzi?! -Ret przerywając kłótnię po między Andrzeja a Marka.- Przestańcie się kłócić mamy wiele rzeczy do zrobienia.

— Bakróla i Qayba zagineli. Czy to złe że się martwię?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 22.05
drukowana A5
za 50.06
drukowana A5
Kolorowa
za 72.87