E-book
1.37
drukowana A5
37.5
Trzeci Rzym

Bezpłatny fragment - Trzeci Rzym


Objętość:
232 str.
ISBN:
978-83-8221-737-7
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 37.5

Mojemu najwspanialszemu

Profesorowi Jackowi Kolbuszewskiemu

poświęcam

Wstęp

„Trzeci Rzym” to powieść na podstawie pamiętnika Ludmiły, której cudem udało się zbiec z podziemnych Złotych Wrót. Okazuje się, że kraina ta jest od wieków ukrywanym w Rosji tajemniczym państwem, nazwanym Trzecim Rzymem. Wspomagane przez zaklęcia kodu wieczności Amona-Re ma ono być wieczne.


Powieść została napisana w formie wielopoziomowych wspomnień — książki w książce — przez polskiego emigranta mieszkającego w Chicago. Był on psychologiem, który wraz ze swym synem dużo podróżował.


Pewnego wyjaśnienia wymagają występujące w książce dygresje z nie dla wszystkich oczywistym przesłaniem, coś w rodzaju „ad intentionem dantis”.


Niejednokrotnie bywają one naukowymi wywodami, a nieraz nawet banalnymi dywagacjami, co powoduje różne niespójności. Wtrącenia te mają swojego narratora, którym jest wewnętrzne dziecko. Urywki te autor napisał w celach terapeutycznych sam dla siebie. Chodzi tu przede wszystkim o zranione dzieciństwo i związane z nim przykre doznania dysautonomii. Można więc ich nie czytać.


„Trzeci Rzym” elektryzuje tajnikami świata… i Rosją — krajem, który wciąż fascynuje, a także inspiruje do myślenia.

Część pierwsza

Zimniejszy wiatr

Rozdział I

Otworzyłem oczy, zanim do uszu dobiegły pierwsze brzmienia budzika. Przez chwilę nie wiedziałem, gdzie jestem. Ostatnimi czasy nie budzę się cały. Być może z powodu słusznego już wieku nie potrafiłem tak szybko zaaklimatyzować się w często zmienianych hotelowych pokojach. Kiedyś bywało inaczej — czas i przestrzeń nie stanowiły żadnego problemu dla biorytmu mojego organizmu.

W szpary hotelowych żaluzji wślizgiwały się klinowate smużki wschodzącego słońca. Zapowiadał się piękny, sierpniowy poranek 2015 roku.

Leniwie odrzuciłem pościel i przy dochodzących z jakiegoś pokoju dźwiękach „Non, je ne regrette rien” poszedłem wziąć prysznic. Édith Piaf i gorące krople wody spływające po moim ciele wprowadziły mnie w dobry nastrój. Myślę, że Augustyn byłby ze mnie zadowolony, gdyż zawsze powtarzał, iż dobry humor poranka gwarantuje udany dzień.

Spojrzałem z lekką obawą na spakowaną walizkę i poczułem nieznaczne ukłucie w splocie słonecznym. A gdy jeszcze zobaczyłem na stoliku rosyjską wizę oraz portfel z kilkoma kartami płatniczymi i znaczną gotówką, wiedziałem już, że to wszystko zapowiada nieco dalszą podróż.

Z lekkim uśmiechem opuściłem hotelowy pokój, a mając delikatny nadmiar czasu, postanowiłem nie dzwonić po taksówkę, lecz przejść na postój taksi, który zresztą był oddalony tylko dwie przecznice. Z własnego doświadczenia wiedziałem, że odrobina ruchu i świeżego powietrza przed parogodzinnym lotem jest dobrym uzupełnieniem aspiryny.

Niby od niechcenia rzuciłem do kierowcy:

— Lotnisko Chopina.

— Sie robi, panie kierowniku…

I w jednej chwili siedziałem już w czarnym mercedesie. Samochód nie był nowy, ale zadbany, a jego intérieur pachniał świeżością polskiej sosny. Usadowiłem się wygodnie na tylnym siedzeniu. Ten sposób jazdy taksówką nazywałem „na biskupa”. Ograniczał on rozmowę z kierowcą i pozwalał delektować się urokami mijanej trasy.

Taksówkarz pomimo młodego wieku wyglądał jak za szybko przejrzały owoc. Na początku sam dużo mówił o boeingach, zachwycając się dreamlinerami. Po chwili, przerywając swój monolog, zapytał:

— Kierownik do Chicago?

— Nie, do Moskwy.

— O, zimniejszy wiatr — odparł, gestykulując żywiej ramionami…

Nastała krótka cisza, którą przerwałem, mówiąc:

— Miałbym prośbę, żeby jeszcze powoził mnie pan trochę po Warszawie… taki „taryfowy spacerek”…

— Sie robi, na Moskwę, rzeczywiście mamy sporo czasu — a więc — What can I do for you?

Udałem zaskoczonego i zapytałem:

— Do you want to speak English…? — i nie czekając na odpowiedź, próbowałem pociągnąć dalej:

— I wanted to look around the center… — ale taryfiarz szybko mi przerwał, łagodnie usprawiedliwiając się:

— Tak tylko żartowałem… nie znam angielskiego.

Wiedziałem, że to stary sposób warszawskich taksówkarzy na sondaż kieszeni. Oznajmiłem mu więc krótko:

— Note — American dollar.

Kierowca nawet za bardzo się nie zmieszał. Raczej był zadowolony z takiego obrotu sprawy. I ni stąd, ni zowąd przedstawił się:

— Mariusz jestem… do usług pana kierownika.

Pomyślałem: „Jak te money zmiękczają świat”.

— A więc, panie Mariuszu, chciałbym jeszcze popatrzeć trochę na Centrum obok Narodowego, potem mostem Poniatowskiego, palma na rondzie de Gaulle’a i oczywiście Pałac… który ma podobno być zburzony — pan Mariusz wyczuł w moim głosie ton sentymentalny. Podchwycił więc sprytnie temat i kontynuował:

— Tak to już jest na tym świecie, że jak nie ma wojny, to ludziom — chciał powiedzieć „w dupach”, ale w miarę szybko zamienił „d” na „t” i ostatecznie dodał — w tyłkach się przewraca. Kiedyś to Pałac był w stolicy jedynakiem, ale dzisiaj Warszawa idzie nam pięknie w górę… zobacz pan — Marriot, Intercontinental, Żagiel Libeskinda, Cosmopolitan… Już od czasów wieży Babel i szarańczy Hunów ludzie jakby zawsze współzawodniczyli z niebem i piekłem, budując jak najwyżej lub obracając wszystko w proch. Na szczęście dzisiaj nie ma bomby, jest renowacja. W Moskwie podobno burzą wszystkie chruszczówki. Nie tak dawno wiozłem na Okęcie kuracjuszkę, która przyjechała z Moskwy leczyć w Nałęczowie nerwy i serce. Opowiadała, że na stare lata przenieśli ją z chruszczówki na siedemnaste piętro apartamentowca, gdzie przez pół roku nabawiła się ciężkiej nerwicy…

Nastała chwila milczenia. Na moment zawładnęły mną wspomnienia. Ta fobia przeszłości, która zapanowała nad moim umysłem po sześćdziesiątym roku życia, nie odstępowała mnie ani na krok. Były to lata siedemdziesiąte ubiegłego stulecia, kiedy Augustynowi przyszło się wychowywać wraz ze swoim starszym kuzynostwem Tatianą i Ilją w Moskwie. Marika z Sergiejem przeprowadzili się właśnie, po pięciu latach bytowania w komunalce na Kompozitorskajej do Nowyjich Czeriomuszek. Ich nowe mieszkanie na Profsojuznajej znajdowało się w czteropiętrowym bloku pobudowanym jeszcze w latach sześćdziesiątych w czasach Nikity Chruszczowa. Okazało się, że ten „kurdupel z Kalinówki”, jak go złośliwie nazywali przeciwnicy polityczni, miał duże serce i chciał uszczęśliwić radzieckie rodziny, sprawić, żeby każda miała własny kąt. I chyba ten projekt, jako jeden z nielicznych, udał się mu w pełni. Pamiętam, jaka szczęśliwa była Marika. Mówiła: „Nareszcie własna łazienka i kuchnia… ogródek działkowy i duży plac zabaw dla dzieci… no i wszystko skąpane w szerokich pasmach zieleni”. Na samo zaś wspomnienie moskiewskiej komunalki na Kompozitrskajej doznawała nieprzyjemnego dreszczu… jedna łazienka i jedna kuchnia na sześć rodzin… wszyscy wiedzieli wszystko o każdym lokatorze: co gotuje, kiedy uprawia seks, kiedy kobiety mają miesiączki, a dzieci sraczki…

Kierowca też zrobił się jakiś zamyślony i mruknął tylko:

— Po smoleńskiej to mało kto lata do Rosji rano w sobotę…

Nie zwróciłem na to uwagi, gdyż właśnie mknęliśmy Alejami Ujazdowskimi i skupiłem się na pejzażach Traktu Królewskiego. Nawet nie wiem, kiedy i jakim sposobem pan Mariusz wślizgnął się w jedyną wolną przestrzeń zalanego samochodami podjazdu przed Terminalem, oszczędzając mi parkowania w podziemnym parkingu Okęcia, który pomimo zielonej kolorystyki nigdy mnie nie uspakajał. Po drodze do hali odlotów zdążyłem jeszcze wypić kawę i kupić w kiosku jakiś thriller Remigiusza Mroza, młodego polskiego pisarza, którego nazwisko zauważyłem kiedyś w chicagowskiej księgarni. Do poczytania w samolocie lepsze to niż fake newsy czasopism, które ostatnio przestałem w ogóle czytać.

Lubiłem ten moment wchodzenia po schodach do samolotu. Czułem się jak dwudziestolatek. Tym razem przekraczałem próg Boeinga 737 linii Aeroflot. Miejsce 19 F przy oknie w środkowej części maszyny zająłem z dużym zadowoleniem.

Nie słuchając stewardess, które objaśniały podróżnym instrukcję zachowania na wypadek awaryjnego lądowania, otworzyłem książkę Mroza. Po starcie spojrzałem raz jeszcze z lotu ptaka na znikający zarys stolicy. Przez moment wróciło znów to dziwne uczucie, że patrzę na niego ostatni raz. Dopiero gdy byliśmy w powietrzu i rozpoczynał się bufet, myśli o śmierci ulotniły się. Po jakimś kwadransie czytania, całkiem zobojętniały mi przygody Chyłki i Zordona. W samolocie zrobiło się przyjemnie ciepło, a kształtny tyłeczek stewardessy zaczął mącić mi w głowie. Przecież mogłaby być moją asystentką, z którą całkiem miło moglibyśmy spędzać jakiś czas na Hawajach. Pomyślałem: „W tych sprawach to jednak nigdy nie jest się za stary i ten pierwszy raz może być zawsze”… i usnąłem. Gdy się obudziłem, spojrzałem w okienko samolotu. Pod nami roztaczało się morze chmur. Co za paradoks. Przecież już od niepamiętnych czasów, gdy miałem jeszcze dziesięć lat i pasłem na łąkach krowy, chmury były zawsze nade mną. Żeby je oglądać, należało zadzierać głowę. Znajdował się tam wtedy mój cały baśniowy świat.

I znów rozdzwoniło się to dalekie echo wspomnień. Ten rozpamiętywacz mojego dzieciństwa nigdy mnie nie opuszczał:


Kiedy miałem może dziesięć lat, cały porządek świata jawił się mi jako dwie płaszczyzny: dolna, na której rozciągał się malachit łąk, oraz górna — pełna bajecznych chmur. Ład ten mąciło jedynie pasemko morenowego wzgórza nazywanego „górą”. „Góra” ta dzieliła wieś Kłosów na dwie części. Wieś za „górą” była dzika, porośnięta bujnymi krzakami i wysokimi olchami. W chaszczach wysokich traw i paproci gnieździły się duże jaszczurki i żmije. Raz po raz przemykały tam też stada jeleni i dzikich świń. Daleko pod lasem czerwieniły się dachy nielicznych gospodarstw. Zawsze nad tym miejscem unosiły się jakieś opary, które w nocy zapalały się i migotały tajemniczymi ognikami. W zimie, wieczorową porą, wuj Leon z sąsiadem Bakulińskim, przezywanym „pizgałą”, gdyż miał nawyk powtarzać: „na sermater trzeba pizgnąć i już”, wyplatali z wierzbowych prętów koszyki i opowiadali przy tym dziwne rzeczy, które miały się dziać za „górą” pod koniec wojny. Niemcy bodajże zakopali tam dużo złota. Tę część wsi gospodarze nazywali Olszycami. Nie lubiłem Olszyc, a najbardziej bałem się tam żmij. Jednak i za „górą” musiałem często paść krowy. Stałem wtedy na grobli, po której prowadziła polna droga, i wypatrywałem, by ktoś nią jechał. Wtedy prawie każdy zatrzymywał się i podziwiał mnie, mówiąc: „Jak masz na imię chłopczyku… nie boisz się tak sam paść krowy na Olszycach?”. Najbardziej rozmowni byli miejscowi drwale, którzy mieszkali za wsią i pracowali w okolicznych lasach. Zatrzymywali się i opierając się o ramę roweru, wyciągali paczkę papierosów. Najpierw przeliczali, ile ich jeszcze w niej pozostało, a potem wysupływali jednego i starannie ugniatając go ze wszystkich stron, wkładali do szklanej cygarniczki. I dopiero po owej celebrze palili. Mężczyźni, trzymając cały czas cygarniczkę w zębach, wypytywali mnie, co słychać w Kłosowie, kiedy ostatnio przywieźli do sklepu towar, i czy jest nafta. Właściwy Kłosów rozciągał się przed „górą”. Chlubą wsi były szkoła, remiza, sklep, kuźnia i pozostałość po wielkiej sali myśliwskiej hrabiego Myślnowicza, którą po wojnie podzielono na dwie części: w jednej odbywały się huczne zabawy taneczne, znane na całą okolicę jako „myślnowiczówki”, a w drugiej była kaplica, w której co niedzielę ksiądz z Oławy odprawiał Mszę Świętą. Całą wieś zdobił zaś wiatrak Henriego Luisenthala. Bogaty Niemiec Henri Luisenthal, którego we wsi nazywano „baronem Henrim”, kupił przed wojną resztówkę majątku hrabiego Myślnowicza i pobudował na swej posiadłości w Kłosowie duży wiatrak przypominający swą architekturą wieżę Eiffla. Ten stalowy obiekt wieńczyła turbina z dwudziestoma śmigłami i ogromną blachą sterownika wiatru, na której wyryto dwie duże litery — „H. L.”. Znaki te często spowite chmurami trudno było odczytać. Latem przed każdą burzą zaczynało się chmurzyć najpierw nad wiatrakiem.


Spojrzałem przez okienko samolotu. Nic się nie zmieniło. Wszędzie chmury. Pomyślałem, że rzeczywiście mózg człowieka to cud stworzenia. Jedno wrażenie wzrokowe chmur wywołało u mnie niezwykły ciąg reminiscencji sprzed ponad pół wieku. Miałem więc okazję doświadczyć praktycznej psychologii. Przyszedł mi nawet pomysł artykułu na temat gromadzenia pamięci emocjonalnej ciała migdałowatego, które kształtuje się zaraz po urodzeniu dziecka, kiedy struktury hipokampa i płatów czołowych mózgu dopiero się formują. Ciało migdałowate posiada więc możliwość przechowywania nawet niezwerbalizowanych przeżyć, które w późniejszych okresach życia mogą przywoływać różne sygnały wspomnieniowe. Ciocia Anielcia zawsze dziwiła się, że pamiętałem gwałtowną burzę z piorunami, która rozszalała się nad wiatrakiem w Kłosowie, a miałem wtedy trzy lata. Tak, to jest możliwe! Mój dorosły już mózg racjonalny mógł przechwycić archaiczny sygnał ciała migdałowatego z mojego wczesnego dzieciństwa i zestawiając go z jakąś aktualną burzą, dobudował wspomnienie o charakterze racjonalnym z czasów, kiedy miałem trzy lata. A zdarzają się także wyjątki wspomnień przeżyć, które miały miejsce w czasie, kiedy dzieci miały dwa lata. Podobnie rzecz się ma z całą podświadomą retrospekcją człowieka. A może w mojej przeszłości jest więcej Joyce’a niż Freuda, niewykluczone, że Marqueza też; a może ani jednego, ani drugiego, lecz po prostu uległem tylko swojemu skrzywieniu zawodowemu związanemu z moją pracą w zakresie kompleksowego zespołu stresu pourazowego CPTSD. Od wielu lat przecież leczyłem stany psychotyczne związane nie tylko ze stresem pourazowym, ale także z zaburzeniami typu borderline. Wydawać się to może tym bardziej prawdopodobne, gdyż podświadomie mogłem też realizować instrukcję obsługi powrotu do równowagi własnych emocji zwichniętych w dzieciństwie. Przecież wychowywałem się opuszczony przez rodziców w patologicznej rodzinie, a później w domu dziecka. Moje odczucia potęgowała dodatkowo trauma po nagłej śmierci ukochanej żony Mariny. Wszystko to przemawiało więc za tym, że w mojej sytuacji utrzymanie w dorosłym życiu prawidłowych działań życiowych i emocjonalnych wymagało ciągłej rekonstrukcji wspomnieniowej pozwalającej mi przepracowywać dawne urazy psychiczne ze stanu absurdalnego w stan przynajmniej zbliżony normalnego. Profesor psychiatrii Judith Levis Herman z Uniwersytetu Harvarda porównywał ten wielowątkowy proces psychoterapeutyczny do źle zrośniętego złamania kości, którą trzeba ponownie złamać i prawidłowo złożyć. Trochę paradoksalnie można więc powiedzieć, że na szczęśliwe dzieciństwo nigdy nie jest za późno. Tym bardziej, że swoje mentalne dziecko nosimy w sobie od urodzenia do śmierci. Ale czy ten proces autorekonstrukcji nowego dziecka i nowej, zdrowej osobowości jest możliwy w ramach autopsychoterapii, kiedy ma się ponad sześćdziesiąt lat? — Tak! Jest to swego rodzaju alogiczność — kiedy w starszym wieku wydawać się może, że odzyskanie utraconego jest już niemożliwe, fala odchodzącego życia przywraca z wielką lubością krainę niewinności dzieciństwa i sensualnej rozkoszy. Ślicznie ukazuje to Ingmar Bergman w swoich „poziomkach”. Oczywiście, mam tu na myśli film Bergmana „Tam, gdzie rosną poziomki” i retrospekcje starzejącego się profesora Issaka Borga.

Koniec refleksji, a samolot jeszcze w chmurach, a ja we wspomnieniach z chmurami:


Była jesień, kiedy krowy mogły paść się na wszystkich łąkach bez ograniczeń. Tego dnia pasłem krowy z Manią. Mania była moją kuzynką i miała dwanaście lat. Właśnie roznieciliśmy ognisko. Coś nie chciało się palić, więc musieliśmy co chwilę rozdmuchiwać żar. I tak pochyleni ku sobie pocałowaliśmy się w usta. Przestało się dymić i buchnął duży płomień. Mania dokładała drewka do ogniska, a ja pobiegłem na pole po ziemniaki. Bardzo lubiliśmy pieczone ziemniaki. Potem Mania rozłożyła kocyk i „bawiliśmy się w doktora”. A jesienne chmury spadły na łąki i przykryły nasz dziecięcy grzech. Pokryły też cały świat, którym był Kłosów aż po samo Macondo.


Zanim się zorientowałem, trzeba było zapinać pasy i wyłączyć urządzenia elektroniczne, gdyż maszyna podchodziła do lądowania na lotnisku Szeremietiewo w Moskwie. Bagaż odebrałem jako jeden z pierwszych pasażerów. Ku mojemu zaskoczeniu nigdzie nie zauważyłem oczekującej na mnie osoby. Jeszcze w Warszawie odebrałem od Augustyna esemesową wiadomość, że na lotnisko w Moskwie przyjedzie po mnie attaché nuncjatury moskiewskiej ks. dr Matej Veres, gdyż wizyta nuncjusza Iwana Jurkowicza w Kazachstanie przedłużyła się, a poza tym ich delegację złapała niesamowita piaskowa „burjawa”. Zatem na razie nie mogą się wydostać z Aktabe.

Po chwili ku mojemu zadowoleniu zobaczyłem człowieka, którego postać rozwiała wszystkie moje wątpliwości. Był to ksiądz, około czterdziestki, wysoki, o czarnych włosach, które z pewnością niebawem zaczną tracić swój hebanowy kolor. Twarz miał okrągłą, policzki głębokie, a oczodoły informowały o niedoborze snu. Momentalnie przypomniałem sobie utyskiwania Augustyna, zawsze bowiem powtarzał, iż praca na placówkach dyplomatycznych nie jest łatwa i wyjątkowo wyczerpująca. Chociaż są i tacy, którzy kojarzą ją z wielką nobilitacją.

Owego księdza nie zauważyłem w pierwszej chwili, gdyż czekał przy samym końcu korytarza w pobliżu drzwi. Gdy jednak podniósł w górę transparent z moim tytułem naukowym, imieniem i nazwiskiem, wiedziałem już, że czekano na mnie jako na honorowego gościa. Widocznie nawet moja twarz nie była mu obca, gdyż już teraz od kilkunastu kroków byłem łapany przyjaznym uśmiechem. Ksiądz Veres zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Może mój syn się mylił? Pewnie istnieją także urzędnicy dyplomatyczni zadowoleni ze swojej funkcji. Attaché moskiewskiego nuncjusza przedstawił się i powitał mnie w sposób, który mógł świadczyć, iż odbył zagraniczne studia. Włochy? Hiszpania? Z dystansem nosił dość dobry garnitur. Zanim zaprosił mnie do opuszczenia hali przylotów, dwa razy poprawił poły marynarki. Dyplomata ten ujął mnie nie tylko swą serdecznością, ale również tym, iż doskonale władał angielskim, chociaż też rosyjski musiał być mu bliski, co zauważyłem, gdy kupował w kiosku jakąś gazetę. Trzymając ją w ręce, wymienił z kioskarką po rosyjsku kilka uwag o pogodzie i aktualnościach na czerkizowskim bazarze. Widać było, że lubił rozmawiać z kobietami. Pomyślałem, że nieźle będzie spędzić z nim parę dni pod jednym dachem. Nawet nie wiem, kiedy ucho moje musnęło:

— Proszę za mną. Pan pozwoli, wezmę bagaż.

Gdy wyszliśmy z lotniska, moim oczom ukazały się lśniące blachy dyplomatycznego volvo. Przed samochodem stał młody mężczyzna z modnym kilkudniowym zarostem. Gdy tylko nas zobaczył, podbiegł i przejął wszystkie obowiązki, łącznie z otwieraniem i zamykaniem drzwi samochodu. Był to kierowca nuncjusza. Na jego młodzieńczej twarzy nie było jednak widać radości życia. Sinawe obwódki pod oczami i bladość cery wskazywały na jakiś wewnętrzny ból, jakby głęboko ukrytą żałobę. Pomimo tego blasku życia dodawała mu kierownica samochodu i pewność siebie, że może śmigać po Moskwie V90, mając pod maską pewnie z 300 koni mechanicznych i na dodatek policja nie ma prawa zatrzymać pojazdu dyplomaty. Niezwykłe umiejętności tak młodego kierowcy zdumiewały mnie i napawały ciekawością: „Kim on jest naprawdę?”.

Moskwę zapamiętałem głównie z lat mojej młodości. Poprosiłem więc kierowcę, żeby trochę przyhamował swój ułański temperament i jechał wolniej, bowiem chciałem trochę nacieszyć oczy i przywołać wspomnienia dawnych dziejów. Odezwałem się do niego po rosyjsku, gdyż zauważyłem, że już uprzednio rozmawiał w tym języku z księdzem Veresem. Z dalszej rozmowy wyszło, że rzeczywiście młody kierowca był Rosjaninem i do tego rodowitym moskwiczaninem. Chętnie też zaoferował mi nieco szerszy rekonesans, przedłużając drogę o parę ulic. Nawet się przy tym trochę rozgadał.

— Ha, Moskwa… to nie to, co kiedyś… dzisiaj olśniona feerią neonowych barw, a jezdnie równe jak stół… nie zobaczy się już łatek… Putin i mer Łużkow dobrze wiedzą, że łatki na spodniach i na drogach to bieda… a czego jak czego, ale biedy to Rosjanie boją się jak diabeł święconej wody…

Nagle urwał, jakby się przestraszył swoich słów. Nastała chwila milczenia, którą przerwał po angielsku nuncjusz.

— Awram to poczciwy chłopak i do tego wyjątkowo spostrzegawczy, ale wisi nad nim ten rosyjski inwigilacyjny syndrom. Każda wypowiedziana przez niego prawda zaraz budzi w nim niepokój, a nuż ten nieznajomy to…

Rosjanom łatwiej pozbyć się łatek na spodniach i drogach niż przełamać nabyty przez lata lęk kontestacyjny.

Oprócz tego ksiądz Veres, już całkiem poufnie dodał:

— Awram służył w wojsku w podmoskiewskiej tajnej jednostce CRZ503 i w dokumentach ma zastrzeżoną federalną klauzulę tajności trzeciego stopnia… prawie co miesiąc wzywają go na ćwiczenia wojskowe.

I po chwili dodał:

— W maju podobno zmarła mu młodziutka żona, dopiero co po ślubie, ale on na ten temat nic nie chce mówić… jak kamień w wodę. Stał się bardzo tajemniczy.

Chcąc się oderwać od tych ponurych wynurzeń, ksiądz Veres opowiedział swoją zabawną wersję znanego dowcipu na temat pewnego podróżnego, który chciał przenocować w moskiewskim hotelu:

— Podróżny poprosił o pokój. Niestety, jak to zwykle w Moskwie bywa, niełatwo o pokój w hotelu. Było jedynie wolne jedno miejsce w pokoju pięcioosobowym. Była noc, a wokoło obce miasto. Podróżny zgodził się więc i pomaszerował do wskazanego pokoju pod trzynastką. Ułożył się w obszernym łożu, wiadomo, moskiewskie hotele słyną z szerokich, wygodnych tapczanów, i zamierzał się jakoś przekimać, co nie było jednak zbyt łatwe w towarzystwie czterech współtowarzyszy, którzy ostro grali w karty, popijali siwuchę i opowiadali sobie polityczne kawały, i co chwilę wybuchali salwami śmiechu. Pomyślał więc, że warto wykorzystać tu chwyt „na inwiligatora”. Wstał więc z łóżka, ubrał się i głośno oznajmił, że musi z potrzebą, co wesołych kamratów jeszcze bardziej rozbawiło. Współlokator nie poszedł jednak do ubikacji, ale zszedł do recepcji i zamówił pięć herbat pod trzynastkę, prosząc o przyniesienie ich za jakieś dziesięć minut. Spokojnie wrócił do pokoju i powiedział: „Oj! oj! rozrabiacie tak na całego i jeszcze te dowcipy polityczne. A wiecie, kto budował kanał Wołga–Don? Nie wiecie! To wam powiem: wały prawobrzeżne usypywali łopatami ci, którzy opowiadali kawały polityczne, a wały lewobrzeżne ci, którzy je słuchali. Widać, podsłuchu się nie boicie”. „Jaki tam podsłuch…?”, krzyknął jeden z wesołych koleżków, „to już nie te czasy… widać, żeś człek ze wsi!”. Podróżny zaryzykował, mówiąc: „Możemy się zaraz przekonać, kto tu z wiochy… Panie kapitanie! Mógłbym prosić pięć herbat pod trzynastkę?”. Po chwili do pokoju przynieśli zamówioną herbatę. W pokoju zrobiło się cicho i wszyscy natychmiast położyli się spać. Rano podróżny dobrze wyspany wstał i zobaczył, że oprócz niego w pokoju nie ma nikogo. Zapytał więc na recepcji, co się stało z jego współlokatorami. „Ale musiał pan twardo spać” odpowiedziała dziewczyna z recepcji, „wszystkich jeszcze w nocy zwinęła policja”. „Jak to?”, zatrwożył się podróżny, „a mnie dlaczego nie zabrali razem z nimi?”. „Bo panu kapitanowi wyjątkowo spodobał się ten numer z herbatami…”.

Zrobiło się prawie wesoło, tylko Awram, który nie znał angielskiego i nie wiedział, o czym rozmawiamy, burczał po rosyjsku:

— A to os..ły… bar… any… kto to takim dał prawo jazdy… zobaczcie państwo… wciska się taki, żeby to na czwartego… ale na piątego!… i do tego jeszcze trąbi… przecież widzi, że i tak nie przejedzie tego skrzyżowania, gdyż po drugiej stronie też jest korek, ale się pcha, zablokuje przejazd i sam nie zjedzie, i drugiemu nie da się ruszyć…

W końcu nerwy mu puściły i lekko przechylając głowę do tyłu, zapytał mnie wprost:

— Panie profesorze, czy w Ameryce też tak okropnie jeżdżą?

A że byłem rozbawiony po tym dowcipie księdza Mateja, odpowiedziałem w tonie lekkiego żartu:

— W Ameryce, zresztą jak i wszędzie, są dobrzy kierowcy i źli, ale może jest mniej problemów na drodze, prawie wszędzie są światła, a tam, gdzie ich nie ma, jedzie ten, kto pierwszy.

— Coś podobnego! — prawie wykrzyknął Awram, a później trochę ciszej:– A to, to mi się podoba…

Po chwili dodałem: — Jedyna święta krowa na drogach amerykańskich to autobus szkolny — School Bus. Jak ten wystawi swoje „łapki” — STOP, zatrzymuje cały ruch, ale tego nikt w Ameryce nie kwestionuje.

Do mojej rozmowy, która toczyła się już w języku rosyjskim, przyłączył się też ksiądz Matej, który opowiedział kuriozum drogowe, jakie można spotkać na południu Bałkanów skąd on pochodził. A mianowicie w jego stronach często można zobaczyć na drogach całe zjazdy rodzinne. Bowiem gdy dojdzie do jakiejś niespodziewanej stłuczki, nikt nie dzwoni po policję. Strony wypadku zawiadamiają jedynie członków swoich rodzin. I która rodzina jest liczniejsza i mocniejsza w gębie, ta rozstrzyga spór o winie wypadku na korzyść swojego pobratymca.

— Coś takiego? — mruknął pod nosem Awram i wzruszył dużymi, silnymi barkami, i przestał sarkać. Widocznie ta krótka, samoistna terapia „to flinch” rozluźniła go, gdyż przez chwilę na jego twarzy błysnął nawet lekki uśmiech.

Już po angielsku, sympatyczny attaché moskiewskiego nuncjusza, dokończył mi opowiadać dalszy życiorys Awrama, obwarowany jednak niepewnością. Zapamiętałem, że wychowywał się gdzieś w domu dziecka i nie znał swoich rodziców…

Na chwilę znów przed oczami ujrzałem swój dom dziecka. Ale jeszcze wyraźniej dom w Kłosowie u cioci Anielci.


Nigdy też nie widziałem swoich rodziców. Opowiadała mi trochę o nich ciocia, siostra mojej mamy. Według tych opowieści, moja mama miała być dobrze zapowiadającą się pianistką. Po wojnie zamieszkała we Wrocławiu, tam właśnie poznała francuskiego muzyka Ludwika Corę. Pobrali się w 1947 roku. A ja urodziłem się szóstego stycznia 1950 roku. Gdy miałem dziewięć miesięcy, moja mama Wiktoria oddała mnie pod opiekę siostrze Anieli. Miało to trwać tylko kilka tygodni, czyli na czas urządzenia się w Paryżu, gdzie młodzi małżonkowie dostali pracę w Klubie La Java.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 37.5