E-book
Bezpłatnie
Trupa tropicieli trupów

Bezpłatny fragment - Trupa tropicieli trupów

Opowiadania mogące zawierać śladowe ilości zbrodni

Objętość:
123 str.
ISBN:
978-83-8440-505-5

Pobierz bezpłatnie

Niewdzięczna robota

Wiktoria Kaczmarek

*

Popołudniowa kawa


Szybkość, zwinność i spryt to moje trzy podstawowe zasady przetrwania w tym wielkim i głośnym świecie. Czasem jednak można zostać obdarowanym niemałym łutem szczęścia. Jest to rzadkość, ale gdy się przytrafi, może nawet uratować życie… Mój los do najłatwiejszych nie należy, chociaż o dziwo uniwersytet to jedno z nielicznych miejsc, w których postanowiłem zostać na dłuższą chwilę, a nieczęsto mi się to zdarza. Coś podniosłego jest w tych murach, salach, a nawet podziemiach. Lubię przysłuchiwać się wykładom, chociaż ciężko jest mi z reguły zrozumieć większość z nich. Gdy korytarze wypełniają się śmiechem studentów, udzielają mi się pozytywne wibracje. Często odwiedzam także aule, staram się wspiąć na sam szczyt tych drewnianych podestów, bo tam najlepiej słychać całą orkiestrę. Wspaniała akustyka niesie piękne, doniosłe i czyste dźwięki. Słuch mam wybitny, więc zawsze wiem, kiedy wpaść na próbę, znaleźć się choć na chwilę w tej zaczarowanej krainie. Muszę przyznać, że jednak najbardziej lubię przebywać w bibliotece. Spokojne i ciche miejsce, pełne regałów z książkami, w których można się schować z daleka od zgiełku ulicy. Zawsze podziwiam, ile myśli i talentu człowiek przelał na te miliony papierowych stron, chcąc pozostawić po sobie ślad dla innych. I może, pomyślałby kto, że jest to cecha gatunkowa — troska o przyszłe pokolenia. Jeden coś odkrywa, drugi to spisuje, a trzeci dzięki temu uczy się i stara, by nie popełniać tych samych błędów. Przyglądam się ludziom, obserwuję często ich reakcje, zachowania, tradycje i mam wrażenie, że to nie jest jednak takie oczywiste. Każdy skrywa tajemnice, i w gruncie rzeczy, nie można być niczego pewnym, a raczej nikogo… Dlatego staram się trzymać odpowiedni dystans, zaufanie jest drogocenne i trzeba na nie zasłużyć, bo, gdyby tak nie było, wiem, że można łatwo dać się skrzywdzić.

Dziś panuje większy gwar niż zwykle. Przez główne drzwi przywieziono wielkie zielone drzewo, wleką je przez cały korytarz, drobne igiełki pozostawiają ścieżkę na podłodze, a zapach wilgotnego mchu i żywicy unosi się w powietrzu. Chwilę później stawiana jest z powrotem w pionie i ludzie zaczynają dekorować ją wymyślnymi, kolorowymi ozdobami. Zawsze z niecierpliwością czekam na moment, w którym zwieńczeniem prac jest rozbłysk jaskrawych punkcików wśród gałęzi. Fantastyczny widok, od razu przytulniej się robi i więcej uśmiechów widać na twarzach zgromadzonych czy przechodniów. Można, by się było rozmarzyć w tym uroczym widoku, ale brzuch bezwstydnie mi zaburczał obwieszczając, że najwyższa pora udać się coś zjeść. Już nie zapach świerku lecz smażonego serka wypełniał moje nozdrza. Cóż to jest za poezja na podniebieniu! Nie ma na świecie wspanialszej rozkoszy. Prędko! Nie może dla mnie zabraknąć! Trzymałem się blisko balustrady w pośpiechu przemierzając parter w stronę kawiarni, jak zawsze ostrożnie obserwowałem otoczenie, starając nie rzucać się w oczy, a już w żadnym wypadku nie stanąć komuś -choćby przypadkiem- na drodze. Gdy pokonywałem znajomą trasę, nagle przeraźliwy krzyk zagłuszył uczelniany gwar. Jak już mówiłem słuch mam wybitny, dlatego bez problemu zlokalizowałem źródło dźwięku. Dostrzegłem mężczyznę, który klęczał przy starszej kobiecie. Ciało leżało nieruchomo, obok znajdowała się wielka plama rozlanego napoju, który wylał się z kubka, nadal kurczowo zaciśniętego w prawej ręce. Twarz naznaczona wieloma zmarszczkami miała odcień pierwszego mroźnego śniegu, a błękitne, kryształowe oczy, szeroko i przeraźliwie otwarte, zastygły wpatrzone w jakiś punkt na suficie. Pojawili się ludzie, nie mogłem już dalej podejść, ale byłem na tyle blisko, by słyszeć bez problemu niepokojące komentarze zbiegającego się tłumu:

— Podobno piła kawę i nagle zemdlała… — Odezwał się jeden ze świadków.

— Zrobiła tylko parę łyków i osunęła się na podłogę — szepnął jakiś mężczyzna z wyraźnym niepokojem.

— Jak do tego doszło? — Ktoś przestąpił nerwowo z nogi na nogę.

— Czy ktoś wezwał pogotowie?! — Zszokowani gapie zaczęli nawoływać pomocy szukając komórkowych ekraników po kieszeniach.

— Każdy — w tym ja — miał dziwne przeczucie, że właśnie wydarzyło się coś przerażającego, coś co na zawsze odmieni losy tej uczelni… Stałem i śledziłem przebieg wydarzeń. Nikt nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Wielu ludzi płakało lub chodziło nerwowo tam i z powrotem wyczekując cudu. Podjęto próbę przywrócenia rytmu serca tej nieszczęsnej kobiety, ale nawet kiedy dotarło pogotowie, stwierdzono niezaprzeczalnie jej zgon. Żadnych oznak życia, to była szybka, ale straszna śmierć. Okazało się, że ludzie od razu rozpoznali, iż zmarła była pracownicą wydziału, szanowaną profesorką, wykładającą historię literatury od lat. Zawsze pogodna i uprzejma, darząca ciepłym słowem każdego. Uniwersytet pogrążył się w głębokim smutku, nikt nie spodziewał się tak ogromnej straty. Ludzie szeptali między sobą, że może był to po prostu silny atak serca, bo kobieta miała już swoje lata. Szykowała się, by przejść na zasłużoną emeryturę. Możliwe, że los jednak pokrzyżował jej plany i przeszła nie na emeryturę, a w wieczny odpoczynek.

Kiedy ciało zabrano, a ludzie się rozeszli na korytarzu, po całym zajściu została tylko plama rozlanej na podłodze kawy, ślad tragedii, który rozegrał się zaledwie parę godzin temu. Pozwoliłem sobie podejść i byłem na tyle blisko, by spostrzec, że widoczna ciecz pachniała inaczej niż zwykle. Uważam, że mam dobrego nosa do zapachów, wyczułem jakąś intrygującą nutę, dość znajomą, wręcz nieprzyjemnie gryzącą w gardło… Nie mogłem skojarzyć czym ona jest i skąd wzięło się w mojej głowie to silne wrażenie, że ją znam. Po dłuższej chwili otrząsnąłem się z dziwnych myśli. Chyba jestem na tyle głodny, że mogę wyolbrzymiać niektóre fakty. Może jednak jest to tylko standardowa kawa z tutejszej kawiarenki, a głód zakłóca moje trzeźwe myślenie, najwyższa pora aby się posilić…

**

Nieznany motyw


Już następnego dnia cała uczelnia aż wrzała od plotek. Robiąc jak co dzień obchód po uniwersytecie, zdążyłem się dowiedzieć, że wczorajszy śmiertelny wypadek ma obecnie status morderstwa, ponieważ badania toksykologiczne — jejku, jak to się trudno wymawia… — wykazały, że zgon nastąpił w skutek silnego zatrucia jakimś środkiem o dziwnej i długiej nazwie, której nie jestem w stanie powtórzyć. Zabezpieczono również ciecz z kubka i odciski palców. Potwierdzono, że w kawie wykryto ten sam związek co w ciele kobiety. Ściągnięte linie papilarne należały do profesorki i… kelnerki. Podobno z samego rana policja przesłuchiwała personel kawiarni. Oprócz obciążających dowodów w formie odcisków palców, dochodzi fakt, że pracownica kawiarni przyszła do pracy na popołudniową zmianę i tylko ona obsługiwała dziekana i panią profesor. Oprócz niej na kuchni była jeszcze sprzątaczka, która myła podłogi, oraz pani odpowiedzialna za wydawanie posiłków. Żadna nie zwróciła uwagi, jak kelnerka przygotowuje kawę, ale wiadome jest, że do jej obowiązków należała obsługa klientów. Kamera nie zarejestrowała nic niepokojącego, ponieważ jest zwrócona jedynie na kasę, salę z gośćmi i kuchnię, blatu przy ekspressie już nie obejmuje. Tylko personel wiedział, jak rozstawione są kamery, kelnerka była odpowiedzialna za podanie zamówienia i na nagraniu widać, jak stawia filiżanki na stół i odchodzi. Dziekan także był w puli osób podejrzanych, ale nagranie wyraźnie zarejestrowało, że ręce trzyma cały czas pod stołem, prowadzi rozmowę i jedynie przytakuje z aprobatą w stronę kobiety. Po za tym ma nieposzlakowaną opinię wśród personelu uczelni oraz studentów, dlatego przez brak znaczących dowodów szybko wycofano oskarżenia. Wszyscy na uczelni zadawali sobie jedno pytanie, jaki motyw kierował morderczynią? Czy mógł być to niewyjaśniony konflikt sprzed lat studentką, a wykładowczynią? Może jednak nie wszyscy szanowali oraz darzyli sympatią panią profesor, biedaczka nie zdawała sobie sprawy, że ma śmiertelnego wroga tuż pod swoim nosem. Nienawiść rodzi silne emocje, z którymi nie każdy potrafi sobie poradzić, czy nad nimi zapanować. Myśląc tym tropem, może siłą napędową była miłosna obsesja kelnerki na punkcie dziekana? Wiele studentek przecież skrycie podkochiwało się w dziekanie, może kobieta uznała, że pani profesor jest zagrożeniem, które trzeba szybko wyeliminować? Ludzki umysł jest pełen zagadek i niewyjaśnionych motywacji, dlatego zawsze będę powtarzał, nikomu nie wolno w pełni ufać, nigdy nie należy stracić czujności.

Pomyśleć, by można, że sprawa jest już zamknięta, świadkowie przesłuchani, dowody zebrane, podejrzana zawieziona do aresztu. Także doszedłem do wniosku, że należy powrócić po prostu do swoich codziennych spraw, bo czego doszukiwać się więcej w tej sprawie? Odwróciłem się w kierunku biblioteki, by móc znów znaleźć się w cichej i bezpiecznej przestrzeni z dala od ludzi, gdy nagle poczułem woń kawy i tego charakterystycznego czegoś. Myślę sobie, czy to możliwe, że to ten sam zapach co wczoraj? Czy znów użyto tej trującej substancji? Myślałem, że doznaję raczej omamów wywołanych zbyt długim przegłodzeniem zeszłego dnia… a jednak teraz czuję ją ponownie. Zdałem się na instynkt mojego niezawodnego nosa i pozwoliłem mu się prowadzić. Pobiegłem ile sił miałem w moich małych kończynach i doszedłem po ogonie zapachu pod same drzwi dziekanatu. Przecisnąłem się akurat przez uchylone skrzydło, które ktoś pchnął opuszczając dany segment uczelni. Od razu podbiegłem pod zaciemnioną ścianę, by nie zostać zauważonym. W końcu nie mogę rzucać się w oczy, gdy próbuję złapać potencjalnego zabójcę. Zapach urywał się przy drzwiach gabinetu dziekana. Acha! Czyli jednak to on jest mordercą! To on stoi za otruciem pani profesor. Co za nonsens! Zbyt pochopnie policja zdjęła z niego podejrzenia. Ciekawe kto tym razem padnie jego ofiarą. Nie mogę się przedostać do gabinetu, ale chwila moment, chyba słyszę kroki! Muszę się schować! Zwinny suseł za szafę pozwolił mi przyjrzeć się osobie wychodzącej z pomieszczenia, zapewne jest to kolejna ofiara dziekana. Ktoś gwałtownie pchnął drzwi, przez podmuch wiatru jeszcze mocniej poczułem woń zabójczej kawy, a moim oczom ukazała się… sprzątaczka? Ale to nie ma sensu… miałby chcieć zamordować zwykłą, prostą kobiecinę, która dba o porządek na uczelni? Czym ona mu tym razem zawiniła?! Może to jakiś okrutny, seryjny morderca niewinnych, bezbronnych kobiet? Nie może mu to ujść na sucho! Musiałem coś zrobić, jakoś pomóc tej kobiecie, ale w tym samym momencie korytarzem przeszła pani wicedziekan, minęła oschle sprzątaczkę i weszła do gabinetu mordercy. O nie! Ona może być następna! Może to na nią właśnie czekał, a nie na sprzątaczkę? Nie zdążyłem jej ostrzec, sekundę później znów rozległ się przeraźliwy krzyk, a gdy rzuciłem się w stronę drzwi mym oczom ukazał się ten sam obraz co dzień wcześniej. Tym razem, na podłodze, bez oznak życia, z bladą twarzą i sinymi ustami, leżał sam dziekan naszego wspaniałego uniwersytetu…

***

Dopaść mordercę


Wszystkie kropki złączyły całość układanki w mojej głowie. Wiedziałem, że dziekana nie można już uratować, ale prawdziwego mordercę uda się jeszcze schwytać. Nie zważając na konsekwencje, popędziłem ile sił miałem, aż dotarłem do piwnicy, tam gdzie ma składzik na chemikalia nasza jakże niepozorna i niewinna sprzątaczka. Kto by podejrzewał ją o coś tak nieludzkiego… Zakradłem się powoli ciemnym korytarzem i stanąłem w zaciemnionym kącie. Nie widziała mnie, a ja od razu dostrzegłem, co trzyma w ręce… była to torebka z trutką na myszy…

— Nareszcie mi się udało! — wykrzyknęła kobieta z dumą w głosie. — Za tę zniewagę, za obrazę mojej szanownej osoby! Niedorzeczne! Tak wybitnej magistrantce dać za pracę szorowanie kibli?! Ja powinnam wykładać! Być wzorem i natchnieniem dla przyszłych pokoleń! Nigdy nikt mnie tak nie upokorzył! Co za niewdzięczność i zniewaga! Ale dość! Nadszedł dzień sprawiedliwości, żaden nadęty buc nie stanie na drodze mojej kariery, chyba, że pani wicedziekan nie będzie chciała ustąpić mi miejsca, to wtedy dołączy do swojego poprzednika i jego zimnej kariery ha ha ha! — Sprzątaczka zaniosła się szaleńczym śmiechem, jakby właśnie usłyszała najzabawniejszy żart na świecie. Po krótkiej chwili drwina ustała, a na twarzy kobiety pojawił się … czy ja dobrze widzę? Żal?

— Szkoda tylko tej biednej profesorki, wielka strata, chociaż przez ten wypadek mój plan prawie zostałby zdemaskowany. Głupia kelnerka! — Uniosła się kobieta — Musiała tak szybko się odwrócić?! Nie zdążyłam wsypać trutki do drugiej herbaty, ale miałam przynajmniej nadzieję, że chociaż tą odpowiednią postawi pod nos dziekanowi. — Zrobiła dramatyczną pauzę, jakby jeszcze analizowała całe zajście w głowie. — Na szczęście dziewucha dostała za swoje! Co prawda nie wiedziała nawet co podaje tym ludziom, ale przecież kto obwiniałby biedną, zwyczajną sprzątaczkę, która tylko myła w kuchni podłogę! Genialne! Jestem geniuszem! — Kobieta wyszczerzyła zęby w triumfalnym uśmiechu, emanując dumą z własnych dokonań. Jej oczy skrywały coś złowieszczego, coś co pochłonęło jej duszę i z pewnością całkowicie zatraciło sumienie.

Już teraz rozumiem, dlaczego znajomy był mi ten zapach. Dobrze wiem czym jest ta mikstura. Od najmłodszych lat życia wyznaję jedną zasadę, by zawsze omijać ją szerokim łukiem. Ludzie są podstępni, używają innych substancji, by zamaskować pierwotną woń trutki, dlatego jest tak śmiertelnie niebezpieczna, bo nie da się jej od razu zdemaskować. Przyszła mi do głowy myśl, by ukrócić poczynania tej kobiety, zdemaskować ją, a już na pewno powstrzymać od kolejnych morderstw. Nie zginie już żadna niewinna dusza. Nie pozwolę na to! - Tylko jak temu zapobiec? Nie boję się tej wiedźmy! Mam plan! Odwróciłem się w stronę wyjścia, by pobiec z powrotem do dziekanatu, niestety usłyszałem szybkie trzy stąpnięcia za sobą i w ułamku sekundy dotarło do mnie, że straciłem czujność. Była tuż za mną… Ostatnie co zobaczyłem po odwróceniu się to wielką i czarną jak noc podeszwę od buta…

— A masz, ty mały, włochaty potworze! Nie cierpię tych stworzeń…

Zabawne, że akurat te słowa padły z ust takiej kobiety. Naprawdę szczerze bym się zastanowił na jej miejscu, kto tu jest prawdziwym potworem…

Nie jestem taka jadowita

Jan Borowski

Od początku widziałam, że to jest zły pomysł. Nigdy nie nauczą się pytać innych, czy im się podoba, czy nie. A może ja miałam plany? Ale nieee, po co się zainteresować. Żyłam spokojnie, dobrze sobie ze wszystkim radziłam. Może aż za dobrze? W nagrodę przenieśli mnie do innego działu. Ale żeby tylko tyle! Wysłali mnie do innej placówki. Powiedzieli, że jestem tam potrzebna, bo, cytując, „Specjalne zamówienie, wszystko musi być dopięte na ostatni guzik, na pewno sobie poradzisz z tym ładunkiem”. Więcej nie pamiętam, a raczej, nie chcę pamiętać. Wykazać się taką ignorancją mogli tylko oni. Wiem, że nie ma większych specjalistów ode mnie, ale miło by było mieć czas się przygotować. Trudno, gdy wrócę, to mnie popamiętają. Nie wolno tak traktować damy, zwłaszcza takiej jak ja. Chyba już zapomnieli, do czego jestem zdolna. Moja piękna Brazylio, jak ja za tobą tęsknię. Już się nie będę wałęsać po twych wielkich lasach. A przynajmniej nie w najbliższym czasie.

No dobrze, czas na rozpamiętywanie dopiero nadejdzie, muszę się skupić nad aktualnym stanem rzeczy. Pogoda? Zła, cała przemarzłam, wręcz nóg nie czuję. I nie zanosi się na poprawę. Warunki? Okropne, transport w beznadziejnej kabinie, ciasnej, przynajmniej dla mnie. Tyle dobrego, że byłam sama. Mogłam się poddać rozmyślaniom, nad swoim biednym losem i tym jak ich potraktuję. Niektórzy powiedzieliby, że zbyt toksycznie podchodzę do życia, ale mnie to nie martwi. Żyję dla siebie, nie dla innych. Ludzie w nowym miejscu? Najgorsi z możliwych. Zero zainteresowania, tylko wykonać swoją pracę i pójść do domu. Nawet się nie spytali, jak podróż minęła. Phi, i tak by nie zrozumieli. Na pierwszy rzut oka widać, że jestem ponad nimi. Miłą niespodzianką okazał się fakt, że sama mogłam znaleźć dla siebie miejsce. I to w zasadzie jedyny plus. Kocham naturę i przebywanie na świeżym powietrzu, ale nie tutaj. Wszędzie biało, wieje mroźny wiatr, zupełnie inaczej niż w domu. No cóż, znalazłam sobie kąt w środku tego budynku. Chociaż jak dla mnie, jest tu zdecydowanie za mało zieleni.

W sumie może nie być tu tak źle. Tu się czymś udekoruje, tam dostawi jakieś małe drzewko. Lustro na połowę ściany optycznie powiększa przestrzeń, co też jest na plus. Całkiem przytulne gniazdko mogę tutaj zrobić. Ciekawi mnie tylko jakie tu podają jedzenie. Przechodząc, ktoś rozmawiał o kafeterii, co dobrze wróży. Słyszałam, że są pojedyncze miejsca, gdzie można dostać małą przekąskę. No nic, zobaczymy, jak mi się tu będzie żyło.

Gdy już poprawił mi się humor, weszła jakaś dziewczyna, zupełnie nie zwróciła na mnie uwagi i poszła do pomieszczenia obok. Pięknie, po prostu wspaniale. Co za zachowanie, co za klasa. Ignorancja w tym narodzie jest większa, niż opowiadali. Po chwili dziewczyna wróciła, przejrzała się w lustrze i wyszła, nie mówiąc nic. A podobno to ja jestem toksyczna. Usłyszałam większy szum i kilka kolejnych dziewczyn weszło. Dwie zostały w moim biurze, a trzecia udała się dalej. Wesoło gaworzyły o swoich aktualnych obowiązkach, tworzyły plany na wieczór, a ja przyglądałam się im z oczekiwaniem. Nie otrzymując ani grama zainteresowania z ich strony, wróciłam do robienia porządków. Zanim zacznę się tu urządzać, musi być czysto. Nagle zrobił się hałas, spojrzałam w stronę dziewczyn, lecz zdążyłam zobaczyć tylko zamykające się za nimi drzwi. Jak już mówiłam, ludzie tu nie wiedzą co to zasady dobrego wychowania. Cisza, jaka zapanowała po tym wydarzeniu, była dla mnie niczym błogosławieństwo. Błogosławieństwo, które daje czas do namysłu. Czy jednak dobre miejsce wybrałam dla siebie? Wcześniej nie zwróciłam uwagi na drugie pomieszczenie, myśląc, że to miejsce na miotły czy inne sprzęty. Najwyższy czas sprawdzić, co tam też się znajduje.

Drugie pomieszczenie posiadało osiem kabin. Bez większych oględzin stwierdziłam, że miałam rację. Jakiś mały magazyn ze sprzętem. Poprzednio nie zwracałam większej uwagi na tych wszystkich ludzi, więc jest możliwe, że coś stąd brali. Lub przynosili. Jedna z kabin była oznaczona kartką z napisem „AWARIA”. Być może kryje się za tym jakaś tajemnica. Albo po prostu była czyjąś własnością i jakiś dowcipniś uznał, że tak właśnie powinien ją oznaczyć. Po chwili usłyszałam cichy szmer dochodzący z jednej kabiny. Czyżby została w niej ta trzecia dziewczyna? Myślałam, że wszystkie wtedy wybiegły. Nie moja sprawa, nawet się ze mną nie przywitały, gdy tu wchodziły, to teraz ja wykażę się ignorancją. Wróciłam do swojego biura i krytycznie oceniłam dotychczasowe porządki. Nie było źle. Jeszcze trochę mi zostało, ale mogę być z siebie zadowolona. Poradziłam sobie z nimi w całkiem krótkim czasie i niezbyt dogodnych warunkach. Ostatnia z dziewczyn wyszła i zignorowała mnie tak samo, jak ja ją zignorowałam.

Kiedy zajmowałam się nowymi obowiązkami, w kącie dostrzegłam inną pajęczynę, więc musiałam się z tym jakoś rozprawić, czas leciał mi bardzo szybko. Już prawie skończyłam, gdy znowu weszło kilka dziewczyn. Szybkie spojrzenie na nie i jestem przekonana, że dwie z nich to te same osoby, które były tu wcześniej. Chcąc zwrócić im uwagę, ruszyłam w ich stronę, jednak wszystkie weszły do magazynu, kompletnie mnie ignorując. Doprawdy, zachowanie godne największych obelg. Co one sobie wyobrażają? Że mnie, MNIE, można tak traktować. Oj nie kochane, to już wasz ostatni występ. Więcej wasza noga nie stanie w moim biurze. Już ja się o to postaram. Wałęsają się tu, jakby mnie w ogóle nie widziały. Przyznaję, że jestem niewielkich rozmiarów, natura poskąpiła mi wzrostu, ale bez przesady. W domu nie miałam takich problemów. Pierwszy dzień i wyprawiają się takie cyrki. Poznacie, co to znaczy być jadowitym. Tym razem dokładnie się im przyjrzałam. Wszystkie trzy były dość młode, nic dziwnego zatem, że nie potrafiły się zachować. Pomimo niskiego wzrostu, na wszystkie patrzyłam z góry, wiedząc, jak niewiele przy mnie znaczą. Teraz bez pośpiechu opuściły magazyn, bez słowa przechodząc przez moje biuro.

Postanowiłam zrobić sobie trochę wolnego, to sprzątanie jest jednak męczące. Uznałam, że w tym czasie sprawdzę, czy ta banda niewychowanych dziewuch nie nabałaganiła w magazynie. Nie ukrywam, najciekawsza kabina była oznaczona kartką. Nic tak silnie nie przyciąga mojej uwagi jak tajemnice. Nawet jeżeli na koniec dnia mają okazać się błahostkami. Podeszłam powolnym krokiem, zastanawiając się, jak można się dostać do środka. Po czym z zażenowaniem stwierdziłam, że drzwi nie sięgają ani sufitu ani podłogi. Mam doskonały wzrok, jednak zdarzają mi się gorsze dni. Ale dziś byłam usprawiedliwiona. Kto te kabiny projektował. Jak widzę, wszyscy są tu siebie warci. Przecież dostać się do środka może każdy. Weszłam więc dołem do intrygującego mnie miejsca.

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to fakt, że nie jest to jednak schowek na miotły. Zajęłam wygodną pozycję, ścianka była w tym pomocna, i zaczęłam analizować, co widzą moje piękne oczy. Biały przedmiot na kształt krzesła. Mała półka przyczepiona do ściany. I dziewczyna. Na oko mogła mieć dwadzieścia lat. Siedziała i nic sobie nie robiła z faktu, że właśnie weszłam. Być może dlatego, że miała zamknięte oczy. Jednak w jej postawie było coś, co mi nie pasowało. Była też troszkę sina. Wcale się nie dziwię, przy takiej pogodzie trzeba się ciepło ubierać, a ona miała na sobie całkiem lekkie ubranie. Chciałam podejść i zwrócić jej uwagę. Coś jednak nie pozwalało mi się ruszyć. Te zapachy były odrzucające, słodkie i kłujące, jednocześnie tłumiące wszystko inne. Są jednak na tyle słabe, że inni nie potrafią ich wyczuć. Na moje nieszczęście węch mam doskonały. Instynkt podpowiadał, że to nie jest zwyczajna sytuacja. No oczywiście, że nie. Przecież ona w ogóle na mnie nie reaguje. A zrobiłam trochę hałasu przy tym. Nie powiem, delikatnie mnie to zszokowało, ale nie na tyle, by spanikować.

Sprawdzę pozostałe kabiny, może one też mają w sobie coś dziwnego. Krótkie oględziny zakończyły się porażką. One też miały te dziwne białe przedmioty. Tylko ta jedna była specjalna. Może to miejsce odpoczynku. Nie dziwię się więc, że ktoś ją zamknął. Wróciłam do siebie i zastanawiałam się co począć z tym faktem, wszak nie jest to zwykła sytuacja. Ale, prawdę mówiąc, jest tam już od dłuższego czasu, nikt z tym nic nie robi. Może tak to tutaj działa, co kraj to obyczaj. Postanowione, jeżeli do końca dnia nikt nie przyjdzie i nie zrobi z nią porządku, sama się tym zajmę. Tymczasem głód zaczął mi doskwierać. Myśląc, co mogłabym przekąsić, zauważyłam w rogu pokoju miejsce z przekąskami. Jak mogłam być tak ślepa. Naprawdę mam dziś zły dzień, a przecież zwykle najlepiej funkcjonuję w nocy, w końcu dobry wzrok nie jest z przypadku. Aż prawie walnęłam się w głowę. Prawie, muszę zachowywać się profesjonalnie. Czyli to miejsce okazało się lepsze, niż przypuszczałam. Mała tajemnica w drugim pomieszczeniu, przekąski na zawołanie, ludzie, na których mogę patrzeć z góry. Jednak nie będzie tu tak źle.

Skończyłam przyrządzać swój mały kąt, całkiem ładnie mi to wyszło. Bardzo równo, zawsze mówiłam, że jedwab to najlepszy materiał do budowy. Wykorzystując wolny czas uznałam, że pójdę jeszcze raz zobaczyć co u tej dziewczyny. Drzwi wciąż były zamknięte, kto by się spodziewał. Weszłam tak jak poprzednio i dziewczyna była w tym samym miejscu co poprzednio, nie ruszyła się nawet o centymetr. Déjà vu, mógłby powiedzieć ktoś z poczuciem humoru. Tym razem podeszłam bliżej, a ona nawet nie drgnęła. Muszę przyznać, że była dobra, wytrzymać tak długo w jednej pozycji. Nie jest to coś, czego sama bym nie potrafiła, ale i tak zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. Myślę, że z chęcią mogłabym się z nią zaprzyjaźnić. Cicha dziewczyna, spokojna. Zbliżyłam się jeszcze bardziej, chcąc ją obudzić. Stanęłam jednak w pół kroku, powstrzymały mnie krzyki dochodzące z zewnątrz. A było już tak miło. Harmider był coraz większy, głosy dochodziły z każdej strony. Najwyraźniej dzień zbliżał się ku końcowi. Po krótkim namyśle uznałam, żeby nie ruszać dziewczyny, niech sobie odpoczywa. Skoro nie potrafi o siebie zadbać, przypilnować czasu, to niech sama martwi się konsekwencjami. Muszę dbać o swoją reputację. Opinia, że jest się toksycznym, ma swoje plusy.

Z uśmiechem wróciłam do siebie, zignorowałam całą gromadę dziewczyn, które cały czas wchodziły i wychodziły. W dobrym nastroju przygotowywałam się do wyjścia, utkane dzisiaj pajęczyny wyszły mi wręcz wybitnie, ich połyskujące nici idealnie kontrastowały z szarymi ścianami. Sprawdziłam swoje wszystkie kończyny, żadna z nich nie wyglądała na uszkodzoną. Czeka mnie ciekawa noc w nowym miejscu. Zimnym, białym, nieznanym, ale ekscytującym. Zupełnie innym niż brazylijskie lasy. Jak zwykle instynkt wziął górę i wyostrzyły się wszystkie zmysły. Byłam szczęśliwa. Z tą myślą opuściłam biuro i poszłam przed siebie.

Na uwięzi

Martyna Zaleśna

W końcu wyszliśmy, tak naprawdę, do parku, z drzewami, trawą i śpiewającymi ptakami. To, co przez ostatni czas byłem zmuszony nazywać wyjściem, było robieniem paru kroków w tę i we w tę na chodniku przed Jego blokiem. To, co odróżniało jedno wyjście od drugiego, to było powoli, z dnia na dzień, gasnące światło słoneczne.

Dzisiaj też nie jest mi dane doświadczyć jego ciepła, ale tak stęskniłem się za świeżym powietrzem, że ponure niebo wcale mi nie przeszkadza w możliwości rozciągnięcia zastałych mięśni, zwiniętych i zmęczonych czuwaniem.

On jest ze mną, nigdy nie pozwoliłby mi wyjść samemu. Jego obecność nie przeszkadza mi aż tak jak zwykle, w końcu mogę odsunąć się od zapachu Jego potu na więcej niż sześć kroków. Miejsce, które nazywa domem, jest okropnie ciasne, absolutnie nieprzytulne, wypełnione po brzegi zatęchłą wonią Jego ciała.

Moje zmysły powoli odżywają. Szum, niedaleko jest ruchliwa ulica. Zapach rozkładających się liści. Wiewiórka stukająca zębami o skorupkę orzecha. On nadal jest zbyt blisko, jeśli jednak odpowiednio się skupię, mogę zapomnieć o Jego obecności, póki nie popędzi mnie do zrobienia następnego kroku.

Nie chcę wracać, boję się, że każda kolejna alejka będzie prowadzić z powrotem do Jego mieszkania. Muszę chłonąć tyle wiatru i wilgoci, by móc przedłużyć moment mojej wolności wspomnieniem ich zapachu, gdy znowu skończę w zamknięciu.

On myśli, że mi pomaga… że mnie ocalił.

Godzinami zostawia mnie samego w pustym mieszkaniu. Gdy wraca, próbuje ze mną rozmawiać, nieudolnie się zbliżyć, jakbym był na tyle głupi, by zaufać potworowi. Po agonalnie długich staraniach z Jego strony, wzdycha, i w końcu daje mi jeść. Nie pozwala mi spożywać moich posiłków samotnie. Dokładnie odmierza każdą porcję i wpatruje się w moje gardło, przełykające każdy kęs. Na początku nie mogłem się zmusić, by choćby podejść do miski. Żołądek buntował się i boleśnie kurczył, torturując mnie od środka, podczas gdy On pożerał mnie wzrokiem. Teraz już wiem, że liczenie na to, by przestał patrzeć, jest bezsensowne. Zjadam swój marny pokarm jak najszybciej. Żołądek dalej protestuje, nie zazna spokoju póki z Nim będę.

Kroki, ostry zapach perfum — ktoś się zbliża. Momentalnie robi mi się zimno. „Nie”, mówi i przysuwa się do mnie. „Idziemy dalej”. Jego głos potęguje mój niepokój. Wszystkie włosy na moim ciele stoją dęba. Dźwięki wydają się głośniejsze, zapachy intensywniejsze. Przyśpiesza kroku, słyszę szum. Znowu ktoś się zbliża, tym razem z psem. Sapanie, pazury szurające po ścieżce. Czy on mi pomoże? Szum staje się głośniejszy.

„Idziemy.” Szarpie mnie ostro w lewo, nie mogę oddychać. Nie nadążam, potykam się, On ciągnie mnie na wzniesienie — w stronę szumu. Woda. Ślina obficie spływa na język, członki drętwieją. Zbliżamy się do rzeki.

Zapieram się, nie podejdę. Szarpie mnie, Jego twarz się wykrzywia. Słyszę tylko huk wody. Czuję ją. Mokrą, zimną, wdzierającą się do moich płuc. Zamieram.

Łapią nas po kolei. Ręka na moim karku. Szorstki worek. Momentalne ciepło moich bliskich. Huk, plusk, piski… Łapki wbijające się w moje ciało. Słabnące mięśnie. Wiedziałem, że jest zły.

Wiedziałem… ludzie to potwory.

Rzucam się w bok. Nie spodziewał się tego — puszcza mnie. Znów mogę oddychać. On krzyczy, ja biegnę. Nic nie widzę, słyszę tylko swoje serce. Pisk opon i krzyki — ludzie. Uciekam, nie mogę być wśród nich, to oni mi to zrobili. Podążający za mną ciągły jazgot, akompaniament mojego biegu.

Kątem oka dostrzegam ruch… goni mnie.

W głowie słyszę skomlenie, ale czegoś tu brakuje.

Nie czuję… nurtu rzeki na futrze, mimo to nie zatrzymuję się. Skręcam, by ominąć grupę ludzi. Biegnę. Mięśnie się rozprężają, ciało wydłuża — po to było stworzone.

Nagle coś szarpie mnie do tyłu, pętla wokół mojej szyi się zaciska. Mój dziki pęd zostaje przerwany. Smycz. Nie On mnie gonił, nie Jego kroki słyszałem.

Utknąłem. Szarpię raz, drugi. Ani drgnie. Nie mogę tu zostać. Jakiś człowiek znowu się napatoczy i zechce łaskawie pomóc, tak jak On.

Pewnie mnie teraz szuka, biega między ławkami. Wypatruje szelestu w krzakach, ale nie, to tylko wiewiórki. Jeśli mnie znajdzie znowu powie to samo. „Wszystko w porządku, no chodź tu, biedulku, pójdziemy do domciu i wszystko będzie dobrze, ze mną nic ci nie grozi, nie gryzę.” Myśli, że zaufam człowiekowi. Wielki Pan bohater zapomniał, co ludzie mi zabrali.

Zimno. Powietrze jest wilgotne, ponure, niemiłe. Nie wiem, gdzie trafiłem, pełno tu aut, ogromny budynek dominujący przestrzeń swoją obecnością, szyby nikczemnie połyskują w szarym świetle dnia. W gardle wzbiera mi żałosny pisk, który za wszelką cenę próbuję powstrzymać.

To wszystko wina ludzi. Gdyby nie smycze, bramy, worki, mosty, to nigdy by mnie tu nie było. Nie mogli mnie zostawić w cieple, razem z mamą i rodzeństwem. Mój nos pamięta — oni pachnęli mlekiem i sianem.

Dreszcz wybija mnie ze wspomnień. Oddech znowu przyśpiesza, czubki uszu marzną. Smycz ani drgnie. Zaplątała się wokół metalowej rurki.

Czemu ludzie muszą zabijać, tylko ja ocalałem.

Nagle błyskają światła. Zawodzące wycie zagłusza moje żałosne popiskiwanie, duży samochód pędzi pod budynek. Ludzie krzyczą, biegną.

Moja ostatnia szansa by uciec niezauważonym. Zaczynam wyrywać się, drapać pazurami, szarpać zębami. Mój nos wypełnia się setką nowych zapachów, śmierdzącym strachem ludzi. Coś się stało, coś złego. Ogon drga naprężony. Muszę się ukryć. Żaden człowiek nie może mnie złapać, udomowić, wpakować do worka. Nie będzie mnie bestia tresować. Czuję zapach krwi. Wycie syren boli, położenie uszu nie pomaga. Rzucam głową w prawo, w lewo, szarpię. Czuję, jak obroża wbija mi się w szyję, pozbawia oddechu. Ciągnę dalej. Coś puszcza. Ból. Uszy nie powinny odginać się w tę stronę, jeszcze kawałek, tylko chwila cierpienia, już prawie.

Luz, znowu mogę odetchnąć. Przewracam się na zimną ziemię, łapy nie zdążyły zamortyzować mojego upadku. Uciekam, z dala od wrzawy przy budynku, błyskających świateł.

Trzymam się nisko na łapach. Trawa jest wilgotna. Schowam się pod oknami, jeśli się zwinę, może nikt mnie nie zauważy. Krzyki ustały. Nadal czuję krew… Jej zapach jest coraz mocniejszy. Mój ogon szura po ziemi, uszy złożone. W oddali przebiega kot, biegnie wprost w tłum ludzi. W moim gardle buduje się niski warkot.

Pod oknem coś jest.

Człowiek.

To człowiek! Leży, nie rusza się. Sierść na moim karku podnosi się, balansuję na tylnych łapach, gotowy do skoku, do ucieczki.

Biorę głęboki wdech. Pachnie krwią, świeżą. Nie, to nie ta sama co przy wyjącym samochodzie. Delikatna chmurka pary. Ten człowiek wciąż oddycha. Może mnie skrzywdzić… Obserwuję go, on ani drgnie.

Podnoszę łapę. Muszę znaleźć inną kryjówkę, ta nie jest bezpieczna. Coś jednak mnie powstrzymuje, nie mogę oderwać oczu od powoli powiększającej się kałuży, w której ten człowiek, ta dziewczynka… nie wiem, w którym momencie przysunąłem się bliżej… ludzkie szczenię, samo, zimne, znikające.

Jej oddech słabnie, twarz blednie. Nie mam pojęcia, ile już nad nią stoję. Ona umiera, czuję to.

Niski pisk, mimowolnie wyrywa się z mojej obolałej piersi. Wszystkie mięśnie w moim ciele się napinają. Ruszyła się! Widzę skurcz małej twarzy, zmarszczenie małego mokrego noska.

Ten szczeniak zginie, też zabity, tak jak ja…

Jednak nadal tu jestem.

Słyszę krzyk, znajomy głos. To On.

Ale czy pomoże?

Powietrze wypełnia smutny zapach rozkładającej się trawy i wsiąkającej w nią krwi. On musi to zobaczyć.

Odwracam się, i po raz pierwszy od wyłowienia z rzeki, zaczynam szczekać.

Specjalista od morderstw i wypieków

Olga Kulińska

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.

Pobierz bezpłatnie