E-book
20.48
drukowana A5
33.6
drukowana A5
Kolorowa
58.41
Trociowe Opowieści

Bezpłatny fragment - Trociowe Opowieści


Objętość:
156 str.
ISBN:
978-83-8189-464-7
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 33.6
drukowana A5
Kolorowa
za 58.41

Opowieść pierwsza

Stoję tuż przy rzece, w miejscu gdzie ta tworzy w lesie głęboki wąwóz, jest zima, dzień pomału ma się ku końcowi spowijając to urokliwe miejsce szarościami i chłodem. Wiatr szumi w koronach drzew, tuż nade mną słychać stado czyżyków, gdzieś wysoko swoją obecność głośnym krzykiem zaznacza myszołów, gdy nagle czuję zatrzymanie przynęty, z początku jest tępe i jeszcze nic nie wiadomo, ale po chwili ryba na końcu mojego zestawu daje znać silnymi uderzeniami pyska. Wszystko zamiera, odgłosy lasu zastępuje łomoczące się w piersi serducho, puls przyśpiesza, ciało drży w paroksyzmie uniesienia. Kwintesencja wędkarstwa staje się faktem. Poprzez napiętą plecionkę czuję każde drgnienie rybich mięśni, każdy zwrot walczącej ryby, każde uderzenie silnego ogona. I oto piękna samica troci wędrownej skacze nad powierzchnię wody, by po chwili przerwać tę donośną chwilę głośnym pluskiem…

Zacznijmy jednak od początku.

W połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy to zafascynowany Wisłą polowałem na bolenie i resztkę sandaczy, które jakimś sposobem uchroniły się przed kłusowniczą elektryfikacją rzek, mój wędkarski przyjaciel Darek zapytał mnie, czy nie pojadę z nim zapolować na trocie wędrowne na jedną z pomorskich rzek. Choć nic o tych rybach nie wiedziałem, pomysł ten od razu mi się spodobał. Wyobrażenie zimowego dnia spędzonego nad piękną rzeką o górskim charakterze pobudziło imaginacje, przypominając dziecięce marzenia o traperskich przygodach rodem z odległej Alaski.

No więc trzydziestego pierwszego grudnia zamiast szykować się na sylwestrową imprezę zapakowaliśmy się w pociąg jadący z centralnej do północnej części naszego kraju. Kilkugodzinna podróż minęła mi na przestudiowaniu kilku wędkarskich miesięczników z artykułami na temat połowu tych szlachetnych ryb. Wtedy to dowiedziałem się, że trocie wędrowne wchodzą podczas jesiennych sztormów z morza do rzek w celu odbycia tarła. Są wtedy tak agresywne, że inne ryby wyskakują z wody na brzeg ustępując im pola. Wtedy jednak nie można ich łowić, objęte są okresem ochronnym, który niestety nie dotyczy kłusowników, oczywiście tylko w ich bandyckim mniemaniu. Po skończonym tarle ryby pilnują tak zwanych gniazd odganiając zagrażające ikrze ryby. Nie pobierają wtedy pokarmu, a wędkarz musi liczyć tylko na ich agresywność. Agresywność jednak chyba zawodzi słysząc o ilości łowionych ryb.

Rok wcześniej skacowany po sylwestrze oglądałem wywiad z wędkarzem, który twierdził, że osiem lat jeździ na trocie i żadnej jeszcze nie złowił. Jak to możliwe — pomyślałem. Ja złowię na pewno — rzekłem do siebie w duchu, wyobrażając sobie najpierw spławiające się trocie, a potem walczącą w wodzie piękną rybę na końcu mojego zestawu.

Wieczorem byliśmy na miejscu. Ekscytacja rosła. Pomimo tego, że miasto tonęło w ciemnościach już w miejskim autobusie udało nam się załatwić kwaterę na te trzy wędkarskie dni. Rozpakowaliśmy się i można było przejrzeć sprzęt. Wędziskiem, które wtedy zabrałem był kij o długości 2,7 metra i ciężarze wyrzutu od 20 do 40 gramów. Mieścił się więc w fachowych zaleceniach. Był to kij miękki o parabolicznej akcji. Dobrze wyrzucał nawet przynęty ważące poniżej 10 gramów, ale przy stawiającej opór w nurcie przynęcie wyginał się w pół jak bat na krowy. Moje pudełko z przynętami głównie wypełniały blachy wahadłowe, z tego co przeczytałem najbardziej łowne przynęty, kilka obrotówek i klika woblerów zrobionych przez Darka. Wszystko to w naturalnych kolorach wydało mi się mało atrakcyjne, po przeczytaniu artykułu, którego autor zalecał jaskrawe kolory. Pomazałem więc boki woblerów i listki blaszek pomarańczowym flamastrem. Robiłem to siedząc z Darkiem przy stoliku przed domem. Flamastry bowiem śmierdziały niemiłosiernie, a ja nie chciałem niepotrzebnie denerwować kobiety, która wynajęła nam pokój w swoim domu. Na kołowrotek nawinąłem żyłkę o grubości 0,3 milimetra. Była to grubość, której jeszcze nigdy nie stosowałem, na Wiśle zawsze używałem subtelniejszych rozmiarów.

— Palicie panowie — zagadała nas właścicielka

— Tak — odparłem

— Dobrze, że na dworze — uśmiechnęła się i dodała — a wy nie świętujecie dzisiaj.

— Jutro rano jedziemy na ryby — powiedział Darek.

— No to połamania kijów — powiedziała wzruszając ramionami i zniknęła w ciepłym rozświetlonym wnętrzu.

Ekscytacja nie pozwoliła na spokojny sen.

Rano, oczywiście po ciemku, wyruszyliśmy autobusem do oddalonej o trzydzieści kilometrów wsi. Jechaliśmy czterdzieści minut więc udało mi się jeszcze zdrzemnąć. Nad rzekę dotarliśmy równo z brzaskiem. Zaraz za przystankiem był duży parking, a za nim rzeka. Mieniła się w blasku latarni, czarna, tajemnicza, lśniła nadzieją, nadzieją na troć. Założyłem kołowrotek na kij, przeplotłem żyłkę przez przelotki i dowiązałem krętlik z agrafką. Zapaliłem. Patrząc w wodę próbowałem przebić się przez ciemność i zajrzeć w jej wnętrze. Czy były tam ryby? Zadawałem sobie to pytanie w myślach, kiedy nagle zastanowiło mnie coś innego, Gdzie są wędkarza? Byliśmy sami, a przecież wszędzie pisano, że pierwszy styczeń to wędkarskie święto trociarzy i rzeki aż pękają w szwach od natłoku ludzi. A tutaj nikogo, ja i Darek. Dziwne — pomyślałem schodząc nad rzekę.

Założyłem wahadłówkę i rzuciłem niezdarnie, zbyt blisko, w szybki, wartki nurt. Blacha wpadła do wody i w tym samym momencie usłyszałem szuranie kół po żwirowej nawierzchni parkingu, a potem następne i kolejne. Podjechały dwa busy i samochód. Po chwili wysypały się z nich ciemne postacie z równie ciemnymi długimi wędziskami. A jednak — pomyślałem. Nigdy nie lubiłem łowić w tłumie więc czym prędzej ruszyłem w dół rzeki. Kiedy parking ginął mi z oczu był już cały zapełniony samochodami. Wydało mi się jeszcze, że do moich nozdrzy dobiegł zapach nieprzetrawionego do końca alkoholu, kiedy znikałem w nadrzecznych krzakach. Krzaki w tym miejscu uniemożliwiały wędkowanie więc zostawiłem Darka przed nimi i ruszyłem dalej. Po około połowie kilometra miałem rzekę całą dla siebie. Tylko tak naprawdę, pomimo wskazówek Darka i przeczytanych wcześniej informacji o sposobie połowu troci, nie wiedziałem co mam z nią robić. Mówiąc ściślej jak z niej wyjąć troć. Na swojej rzece wiedziałem gdzie spodziewać się ryb, bo miałem doświadczenie. Złowiłem ich sporo, a tutaj… Tutaj czułem się jak dziecko we mgle. Jedna, dwie trocie i coś bym wiedział. Rzucałem więc jak najdalej pod drugi brzeg, ale nie za daleko, żeby przynęta nie wpadła w rosnące tam krzaki i sprowadzałem przynętę pod swój brzeg kręcąc kołowrotkiem ze średnią prędkością. Czekałem na branie w momencie, kiedy przynęta przepływała przez środek koryta, ale tych nie było. Za to były zaczepy. Te pod moim brzegiem było łatwo odczepić, wystarczyło popuścić trochę żyłki i szybkim zacięciem wyswobodzić przynętę, te ze środka było już odzyskać gorzej, a te z pod drugiego brzegu były z reguły stracone.

Po kilku godzinach i kilkunastu straconych przynętach mój zapał pomału słabł, a ekscytacja przeradzała się w zawód. Kolejny zaczep skwitowałem niecenzuralnym słowem wykrzyczanym pod niebiosa.

— Rzucę ci wyhaczacz — usłyszałem z drugiego brzegu od zmierzającego w moją stronę wędkarza– nie rwij!

— Ok — powiedziałem, myśląc czy będę umiał go użyć.

Facet zrobił zamach i przedmiot wielkości dużego jabłka wylądował tuż obok mnie.

— Pomysłowa rzecz — krzyknąłem.

— Sam zrobiłem — odkrzyknął.

Metalowa gruszka zaopatrzona była w przedni drut, który łapał krętlik i drugi drut na jego górze w kształcie spiralki z dwóch zwojów, przez który przekładało się żyłkę. Przełożyłem żyłkę przez dwa druty i spuściłem przyrząd zaopatrzony w linkę do zaczepionej blachy na mojej napiętej żyłce. Przedni drut złapał zaczep. Odłożyłem kij i zacząłem ciągnąć za linkę. Po dłuższej chwili zaczep puścił i zacząłem holować coś dużego. Okazało się, że moja blacha zawadziła o worek wypełniony cegłami połączony sznurkiem z drugim takim samym workiem, udekorowanymi zaśniedziałymi blachami i brudnymi woblerami.

— Miejscowi zastawiają pułapki na przynęty — krzyknął przyjazny wędkarz.

— Najwyraźniej — odkrzyknąłem uwalniając swoją i zdobyte przynęty.

Zwinąłem linkę i zważywszy w dłoni wyhaczacz zmierzyłem wzrokiem szerokość rzeki. Zrobiłem, najmocniejszy na jaki mnie było stać, wsparty wdzięcznością, i strachem, żeby przerzucić wodę, wymach. Przyrząd wysokim lobem poszybował nad moim wybawcą i upadł, niestety w wysoką trawę i niestety z dziesięć metrów za daleko. Facet zaczął go szukać, a ja nakierowywałem go na niego okrzykami. Nie mógł go jednak znaleźć. Po kilku lub kilkunastu minutach, na rybach czas płynie szybciej, facet wciąż przeczesywał zarośla, a ja stałem z nadzieją, że usłyszę „mam”, ale nie usłyszałem. W poczuciu winy przestępowałem z nogi na nogę, rozważając iść, czy zostać i udawać, że pomagam w szukaniu. Tylko tyle niestety mogłem zrobić.

— To ja już pójdę — powiedziałem i widząc jak on patrzy spode łba na mnie z powątpiewaniem, czy nie rzuciłem może kamieniem zatrzymując przydatny przedmiot. Na odchodne dodałem tylko — przepraszam.

Musiałem ominąć obiecujący zakręt, żeby zejść mu z oczu i móc wznowić spinningowanie. Jedyny plus, moje pudełko było znowu prawie pełne. Minus, w postaci wyrzutu sumienia, był jednak większy.

Obłowiłem prostkę i dwa zakręty i kolejną prostkę. Zmieniałem przynęty, mijałem wędkarzy. Paliłem papierosy. Zrywałem przynęty na krzakach i pod wodą. Tajemnicze trocie wędrowne zaczęły stawać się stworzeniami mitycznymi. Występowały już tylko w czasie bardzo przeszłym. Kiedyś panie to były ryby. Kiedyś to się łapało. Kiedyś… kiedyś…

Nastał zmierzch. Usiadłem znużony, ale szczęśliwy, byłem przecież nad piękną rzeką, gdzie od zawsze czułem się najlepiej. No i miałem jeszcze dwa dni nadziei na rybę.

Darek przyszedł jak było już ciemno. Złapaliśmy autobus, zrobiliśmy zakupy na dzień następny i dotarliśmy na kwaterę późnym wieczorem.

— Miałam już wzywać milicje — powiedziała właścicielka na przywitanie — miałam już wędkarzy, ale oni wracali na obiad, a was nie było cały dzień.

Dzień następny był podobny. Spotkałem trociarza tubylca, który sprzedawał własnoręcznie wykonane woblery. Kupiłem jednego, żeby go w kolejnym dniu zerwać.

W połowie dnia trzeciego tuż po kanapce, kubku ciepłej herbaty i papierosku stanąłem przed wpływającym do rzeki strumieniem. Założyłem małą obrotówkę i przeprowadziłem pomału pod prąd, a tam gdzie wody strumienia mieszały się z wodami rzeki coś zaczęło się dziać dziwnego z przynętą. Ryba była tak mała, że nie czułem na tym grubym badylu brania i tylko dzięki szybkiemu nurtowi miałem trochę frajdy z chwilowej walki małego pstrąga, który uczepił się na końcu mojego zestawu. Obejrzałem finezyjne kropki pierwszego w swoim życiu pstrąga i zwróciłem mu wolność. Była to jedyna ryba, którą widziałem przez trzy dni wędkowania. Gdzieś tam, ktoś złowił podobno troć, ale ja jej nie widziałem. Niesiona echem wiadomość powtarzała się pomiędzy wędkarzami konkurując z szemraniem rzeki. Była to podobno jedna z trzech, złapanych w ciągu trzech pierwszych dni stycznia, troć.

Do odjazdu pociągu zostało kilka godzin więc spytałem Darka:

— Idziemy nad morze?

— Ja nie idę — odparł.

— Jak to? — zapytałem zdziwiony — nie chcesz morza zobaczyć?

— Widziałem w tamtym roku, no przecież się nie zmieniło.

Opowieść druga

Pół roku po pierwszej trociowej przygodzie pakuje samochód na wakacyjny wyjazd nad morze. W ostatniej chwili biegnę do domu po kij i pudełko przynęt, może uda się wyskoczyć na ryby.

Na miejscu okazuje się, że zamiast badyla wziąłem zbyt delikatny na trocie kijek do 20 gramów wyrzutu. Przychodzi senny dzień, rodzina wymęczona słońcem, a więc nadarza się okazja. Jadę na mały dopływ jednej z trociowych rzek połazić za pstrągami. Niestety komary, pokrzywy i zakrzaczone brzegi uniemożliwiają wędkowanie. Wychodzę na łąkę gdzie trociowa rzeka zachęca dostępnością brzegów. Może wreszcie uda się złowić troć. Na taki kijek będzie to niezła zabawa. W oddali widzę dwóch ludzi, jeden po jednej stronie rzeki, drugi po drugiej. Idą w moją stronę. Ja pomału idę w ich obławiając podmytą rynnę po mojej stronie. Po kilku krokach spostrzegam, że mnie zauważyli. Stają jak wryci i jak na komendę coś upuszczają na ziemie.

— Dzień dobry — mówię podchodząc.

— A, dobry, dobry — odpowiada ten po mojej stronie rzeki — bierą?

— Dopiero przyjechałem — mówię i patrzę na sieć przeciągniętą w poprzek rzeki, której końce trzymali przed chwilą w rękach.

— Srebrniaki weszły z morza? — pytam.

— E, tam — odpowiada ten sam patrząc podejrzliwie na mnie.

Nie wie kim jestem, a w mojej kamizelce dodatkowo straszy go medal za rekordową rybę i znaczek PZW. Bić się z nimi nie mam zamiaru, chciałbym jednak dowiedzieć się czegoś o trociach, a kto będzie lepiej wiedział jak nie oni, kłusownicy.

— To co, nie ma troci?

— E, tam — powtarza — jak mają być, panie. Rybacy siaty stawiają przy ujściu. To jak ta ryba ma wejść z morza do rzeki. A oni jeszcze przed sztormami siaty stawiają to jak sztorm przyjdzie to wypłynąć nie mogą i ta ryba w tych sieciach siedzi, fala w nią bije i z ryby to się galareta robi. Szkoda ryby. A jak już coś wejdzie to ci zorganizowani są pierwsi. Ci wszystko z rzeki wyciągną. To już dla nas niewiele zostaje.

— Ale to teraz łapią? — pytam.

— E tam, teraz — śmieje się — na jesieni, w tarło, kiedy największe ciągi są.

— A potem my, wędkarze próbujemy coś złapać w styczniu.

Teraz to już we dwóch się śmieją.

— Ale to jeszcze nic — mówi — bo tyle jest ryby na rynku, że sprzedać nie można. Ile to ja już razy widziałem po rowach wysypywane ryby co się zepsuły bo nikt tego kupować nie chciał. Turystów na jesieni jak na lekarstwo.

— Pech — mówię, odwracam się i odchodzę, bo jeszcze chwila i krew mnie zaleje.

Wskakuje do samochodu i jadę do miasteczka. Na miejscu wchodzę do sklepu wędkarskiego. Mówię o kłusownikach na rzece, ale na sprzedawcy nie robi to żadnego wrażenia. Dowiaduje się, że tubylcy w mieście przy moście łowią trocie na ikrę. To też jest nielegalne, ale oczywiście nikt z tym nic nie robi. Lepiej niech łowią, niż mają kraść, słyszę. Wstyd się przyznać, ale idę na most z nadzieją, że może któryś z nich złapie troć. Nie widziałem nigdy z bliska tej ryby. Dla mnie to taki potwór z Loch Ness był wtedy. No to stanąłem na moście i oparty o barierkę patrzyłem zafascynowany jak dziadki przerzucają równocześnie spływające z nurtem rzeki spławiki. Przypominali trybiki idealnie pracującej maszyny dużo bardziej niż żywych ludzi. Co dziwne, na turystach, którzy co i rusz szturchali mnie w plecy przechodząc na drugą stronę rzeki nie robili najmniejszego wrażenia. Pewnie traktowali ich jak nieodłączny wystrój krajobrazu, jak smażoną rybę, gofry czy stoisko z bursztynami. Wzrok mój walczył z nurtem i tuż pod mostem, w warkoczu powstałym od filara zobaczyłem sporego bolenia. Wędkę miałem w ręku, więc zszedłem nad wodę. Nie idzie mi z trociami to złapię bolenia na kolację. Wykonałem mocny zarzut, mały ripper poleciał wysoko i nie spadł na wodę. Przelatująca mewa zaczepiła się o żyłkę skrzydłem. No pięknie — pomyślałem. Ptak zaczął szamotać się w powietrzu, ale uwolnić się nie potrafił. Z nadzieją, że nie będę musiał go dotykać zacząłem ściągać powoli niechcianą zdobycz. Mewa zaczęła skrzeczeć. Na moje nieszczęście było to ogromne ptaszysko. Rozpiętość skrzydeł mewy pospolitej lub szarej, jak kto woli dochodzi do 120 cm. Taką rybę żeby złapać — pomyślałem. Niestety musiałem wyplątać żyłkę spomiędzy pokrwawionych już skrzydeł przeciętych żyłką. Ptak wrzeszczał, dziobał mnie, tłumek na moście przystanął zaciekawiony.

— Niech pan zostawi w spokoju tego ptaka — krzyknęła z oburzeniem jakaś paniusia.

— Staram się — odkrzyknąłem dziobany przez wkurzone nie na żarty ptaszysko.

Sięgnąłem po nóż. Wsunąłem ostrze między żyłkę a skrzydło i ptak był wolny. Ja też byłem wolny, bardziej chyba niż ten ptak. Ciążyły mi jednak słowa kłusownika spotkanego nad rzeką. Pierwszego stycznia okazuje się, że obławialiśmy rzekę, w której pływało może kilka wytrwałych w omijaniu kłusowniczych siatek ryb.

Opowieść trzecia

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 33.6
drukowana A5
Kolorowa
za 58.41