E-book
6.95
drukowana A5
15.96
drukowana A5
kolorowa
36.75
Trappani

Bezpłatny fragment - Trappani

Pod błękitnym niebem

Objętość:
64 str.
ISBN:
978-83-8126-965-0
E-book
za 6.95
drukowana A5
za 15.96
drukowana A5
kolorowa
za 36.75

Modlin-Trapani

Samolot mamy o 20:45. Do lotniska około 40 km. Ale po pierwsze korki, a po drugie kolejki do kontroli. Wyjeżdżamy więc już o 17. Pierwsze 4 km. z naszego domu do wjazdu na obwodnicę na Puławskiej i już pół godziny mamy z głowy. Po godzinie jesteśmy w okolicach Bemowa. Wiesław już dzwoni z lotniska a my stoimy w korku. Ostatnio coś takiego widziałem w Bangkoku, rzeczywiście wygląda na to, że nie doceniam jak szybko Polska się „rozwija”. Stoimy a czas leci. Tętno mam dobrze ponad sto, ciśnienie pewnie jeszcze wyższe. „I nic naprawdę nic nie pomoże” — tak sobie podśpiewuję, żeby mi żyłka nie pękła. Koszmar naszych czasów, gdy dojazd do lotniska zajmuje więcej czasu niż sam lot. Tu przypomina mi się idea centralnego dworca lotniczego koło Łodzi. Sądząc po tym jak już dziś wygląda obwodnica i A2 w kierunku Poznania, trzeba będzie na lotnisko wyjeżdżać co najmniej 5 godzin przed lotem. Modlin też wesoły, Ryanair, żeby nie płacić odszkodowań wysyła wszystkim sms, że trzeba być 3 godziny przed odlotem. Dodać warto, że wszyscy są już odprawieni, mają karty pokładowe. 3 godziny na kontrolę bezpieczeństwa? Świat oszalał.

Wreszcie zjeżdżamy na Modlińską. Jeszcze godzina i docieramy do lotniska. Zostawiamy samochód na parkingu. Jest 19 a jeszcze kolejka do kontroli koszmar. Jechaliśmy ze średnią prędkością 20 km/h, Warszawa zdecydowanie awansowała do rangi metropolii. Podobny dystans na Suvarnabhumi w Bangkoku nigdy nie zajął nawet godziny, tam ciągle trzeci świat.

Wieczorem jest kilka samolotów, kolejka do kontroli prawie wychodzi z terminala. No to jedziemy, wszystko jakoś szło aż pojawiła się Gosia i jej cygański tabor. Pół godziny cała kolejka stała. Wreszcie jesteśmy po wszystkim, szklanka soku z sycylijskich pomarańczy i stajemy w następnej kolejce, do wyjścia. Cóż, latanie samolotem to teraz stanie w korkach i kolejkach, jeszcze tylko korków w powietrzu brakuje. Nie, już nie brakuje i zapowiada się na dynamiczny „rozwój”.

Ale w końcu wszyscy, włącznie z królową cygańskiego taboru, zostają załadowani na pokład nowego Boeinga 737—800 i możemy lecieć z zimnego Modlina do ciepłego Trapani. Tylko 3 godziny i znów lato, dla takiej perspektywy zniosę wszystko. Nawet sławetną obwodnicę Warszawy, której jeszcze nie ma a już jest zapchana tak, że w sumie jest całkowicie bezużyteczna.

Tanimi liniami lata się jak kiedyś jeździło się pociągiem, mało kogo stać na „Wars”. Dlatego mamy dużo kanapek i zdecydowanie też mamy coś do kanapek. „Ale w koło jest wesoło”, znów starzy zostawili dzieci, psy i koty w domu a sami urywają się na wakacje.

Mimo upływu lat, jest coś takiego w człowieku, że jak wyjeżdża z domu to małpiego rozumu dostaje. Nawet bez środków dopingujących.

Mgnienie oka, tak to jakoś było, i już schodzimy do lądowania. Większość wycieczki, po zażyciu, bawi się świetnie. Mnie też humor dopisuje, ale gdy samolot już jest nisko, w osi pasa, zaczyna nim rzucać jak liściem na wietrze. Chyba nie mamy idealnych warunków do lądowania. Po chwili nabieram przekonania, że na pewno nie mamy dobrych warunków do lądowania a tak naprawdę, to czy my w tych warunkach możemy bezpiecznie wylądować. Nie pamiętam, żeby było aż tak źle, choć już się w życiu nalatałem.

Wreszcie samolot wali z głośnym hukiem w pas startowy, wycieczka rozczarowana i zdegustowana a ja im na to, że niech się cieszą, że żyją. Kołujemy pod terminal a samolotem dalej rzuca, chyba do nich dotarło i przestali się śmiać. Gdy stanęliśmy, pilot zabronił wstawania i oznajmił, że wiatr może przewrócić samolot, gdy nie będzie prawidłowo rozładowywany a to skończy się wyciekiem paliwa a to spowoduje pożar, co krótko mówiąc oznacza, że prawdopodobnie wszyscy zginiemy. Teraz już nikt się nie śmiał, a ciszę, jaka zapanowała na pokładzie, zwykle nazywamy złowieszczą.

Dalej poszło już sprawnie, załoga rozpakowywała pokład rząd po rzędzie, samolot się nie przewrócił a my poszliśmy do terminalu. Po drodze trzeba było albo nieść ze dwie walizki albo czepiać się czegokolwiek żeby z wiatrem nie odlecieć, ale poza tym było fajnie. Bo ciepło po prostu. Do jutra wiatr ma osłabnąć i zapowiadają słoneczną pogodę, miejmy nadzieję.

Zgodnie z tradycją, na lotnisku czekał kierowca z tabliczką Krzysztofik, ale to już wszyscy znają.

Jedziemy do miasta, ale w nocy wszystkie koty są szare, więc jak wygląda okolica jeszcze nie wiemy. Miasto wygląda, że wszyscy śpią, na ulicach żywego ducha.

Teraz rozwożą nas osobno do apartamentów. Jedziemy pustymi i wąskimi uliczkami. Wygląda na to, że jesteśmy we Włoszech, zdecydowanie tak wygląda. Nawet wygląda na Sycylię, zdecydowanie docieramy już do celu naszej podróży.

Nasze dwa apartamenty są prawie nad morzem od strony plaży, ich koło portu. Ale w tym miejscu półwysep, na którym położone jest miasto, ma tylko z pół kilometra szerokości. Nigdzie nie jest daleko. Mieszkamy w małej kamienicy wtopionej w inne, generalnie niespecjalnie różni się to od zabudowy, która poznaliśmy po drugiej stronie morza. Ale do Tunisu stąd rzut beretem, więc co w tym dziwnego. Na naszej klatce schodowej są trzy mieszkania, jedno na piętrze i dwa na drugim. Te dwa to nasze.

Są świeżo odnowione i wyposażone. Styl, jak widać, mocno modern. Może to akurat nie jest to, o co nam chodziło, ale doceniamy. Apartament jest przestronny, świetnie wyposażony, czysty i funkcjonalny. Będzie nam się tu świetnie przez najbliższy tydzień mieszkało.

Już dawno północ minęła, najwyższa pora iść spać. A rano? Rano zobaczymy przede wszystkim, co się na tej Sycylii je i pije, bo zapasy chyba już się skończyły.

Lato na Sycylii

Wczoraj było jak zwykle, pobudka, nastawić ekspres do kawy, mycie zębów, golenie. Potem kawa i do roboty.

Dziś była najpierw cisza, kompletna cisza i żadnych psów spychających mnie z łóżka i wściekłego rudego kocura, który za drzwiami dopomina się o jedzenie. Dziś nigdzie nie muszę iść i nikt nic ode mnie nie chce, przynajmniej dopóki Gosia się nie obudzi a Magda, nie zorientuje się, że już wstałem. Gdy osłoniłem okno … Co to może być? Otóż, jest to ni mniej ni więcej ale „podwórko” sąsiadów, oczywiście na dachu ale funkcjonalnie spełnia rolę podwórka. Za drzwiami z kolei jest kuchnia o powierzchni góra 2 m². O tym, że ktoś mieszka tuż za naszym oknem w sypialni, dowiedziałem się gdy zaczęli rozmawiać, po włosku oczywiście, to znaczy, że najpierw ona wrzeszczała, potem on, potem oboje, a w końcu chyba wszyscy członkowie rodziny. Nie ma dwóch zdań, jesteśmy we Włoszech. Tylko wywieszonego prania brakuje, ale może jeszcze za wcześnie.

I to był jedyny widok z naszego apartamentu, więcej okien bowiem nie było. No to otworzyłem drzwi na klatkę schodową i natychmiast tego pożałowałem. Magda tylko na to czekała.

Co robimy, gdzie idziemy, gdzie sklep, jaka pogoda … ona może tak 7/24 a ja mam wakacje. Nie zrzuciłem jej ze stromych schodów tylko dlatego, że z natury „niespotykanie spokojny człowiek jestem”.

Od drugiej strony tak wygląda nasze podwórko, zwane szumnie „Piazetta Belvedere”, włosi to w końcu mistrzowie egzaltacji, może być więc i Belvedere. Bo co do piazetta chyba wątpliwości nie ma.

Na dole zaparkowane same limuzyny, z czego wyróżnia się nowy model fiata seicento. Poza nim same zabytki, fiat 500 z lat 60’tych, niewiele młodsza panda i chyba pierwszy model uno. Muszą tu mieszkać bogaci ludzie, skoro ich stać na takie zabytki.

Tuż koło naszych drzwi, na zdjęciu, jest rusztowanie, trwają prace renowacyjne. To zresztą szumnie powiedziane, bo co prawda dwóch „robotników” pojawiało się codziennie, ale postępu prac przez tydzień nie zauważyłem. To też dobrze, bo nam nie przeszkadzali. I znów widać, że na pewno nie zgubiliśmy drogi, bez dwóch zdań, to musi być Sycylia.

W sąsiedniej uliczce jest piekarnia, skąd wiem? Bo nos mi tak powiedział. Cudowny, absolutnie cudowny zapach świeżego pieczywa, znany z dzieciństwa i już prawie zapomniany. W środku cuda, Panie, cuda. Bułki, bułeczki, bagietki, pizza, calzone i diabeł wie, co jeszcze. „Zamówiłem” co nieco palcami, pogadałem po włosku, mówiąc grazie na koniec. Trochę dalej w stronę głównych ulic jest kawiarnia, tam stoją, siedzą i gadają sami faceci. Jak u arabów, znów widać podobieństwo. Później już ich rozpoznawałem, całe dnie tu stali i siedzieli, znów się potwierdza, musimy być na Sycylii. Kawa to oczywiście espresso, czyli naparstek szatana popijany szklanką wody, jak Ryscy spirytus. Chociaż ci ostatni nawet spirytus rzadko popijają. Ja wolę kawę w dużym kubku i z mlekiem, dlatego wracam do domu, czas zrobić małe śniadanie z tego, co jeszcze zostało. Do większego sklepu pójdziemy później.

W domu Gosia już na nogach, Magda już też jest i obie gadają. Paweł oczywiście gdzieś się głęboko schował i zostałem kompletnie bez wsparcia. Oczywiście chciały obie wszystko na raz, Paweł gdzie jesteś, ratunku.

Dziś pogoda na razie niestety bez większych zmian, dalej wieje. Jest upalnie i bardzo wilgotno, niebo raczej zachmurzone, ale od czasu do czasu słońce się przebija i wtedy jest naprawdę gorąco. Tak czy owak jest około 30°C. Krótkie spodnie i koszulka.

Najpierw idziemy na rajd po dyskontach. Nie jest źle, co prawda generalnie wszystko ze dwa razy droższe, ale tylko dwa razy. Jak na strefę euro to sukces. Tylko oczywiście piwo tanie prawie jak w Biedronce, te ochlapusy zawsze mają szczęście, gdzie byśmy nie pojechali. Właśnie zrobiłem rekonesans po Hong Kongu, gdzie się wybieramy latem. Wszystko drogie jak diabli, tylko jeden towar tani bardziej niż woda, piwo oczywiście.

Nie mamy nic, więc musimy kupić wszystko, co może być w domu potrzebne. Sporo się tego uzbierało, ale sycylijskich czerwonych pomarańczy, tak polecanych przez moją córkę, nie było. Pewnie jeszcze nie sezon.

Ładujemy lodówkę i mamy wolne. Idziemy nad morze. Mamy do niego ze sto metrów. Woda czysta i piękna, ptaki się drą, idziemy na koniec półwyspu. Jest po prostu pięknie.

Stare miasto, gdzie mieszkamy, położone jest na czubku wrzynającego się w morze półwyspu. Od naszej strony miasto dosłownie przylega do morza, co doskonale widać na zdjęciu. Od czasu do czasu są nawet zejścia nad wodę i jakieś malutkie „plaże”. Kąpieliska są położone w dokładnie drugą stronę, nowego miasta. Tam plaże są jak trzeba.

Na razie jednak, chcemy zobaczyć miasto, idziemy dalej wzdłuż brzegu mijając po drodze stary targ rybny, dziś został tylko zadaszony plac z kolumnami, nikt tu już niczym nie handluje.

Na lunch wpadamy do piekarni polecanej w Internecie, dosłownie kilkadziesiąt metrów od brzegu. Tu trzeba dobrze wiedzieć gdzie i co, a zwłaszcza, o której godzinie. To nie Polska, gdzie wszystko czynne 7/24. Włosi się szanują a Sycylijczycy szacunek cenią ponad wszystko, dlatego zjeść można rano i wieczorem. Cały dzień wszystko jest pozamykane. Tu zdążyliśmy dosłownie 15 minut przed zamknięciem.

Kawałek pizzy lub arancini po 1.20 eu. Jem na miejscu arancini prosciutto, spora kula ryżowego ciasta z mozarellą i szynką w środku, właśnie wyszła z pieca. Więcej kupuję na zapas, mamy dom i kuchnię to trzeba korzystać. Jeszcze tylko ciekawostka, sporo moich znajomych, niektórzy świetnie znający Włochy, nie ma pojęcia, co to jest arancini. Ta potrawa podobno nie występuje na północy kraju, a masowo chyba tylko na Sycylii. Próbowałem ostatnio zrobić je w domu. Wszystko szło doskonale aż do momentu ulepienia kulek.

To też jakoś poszło, jak nie dotykałem to się nie rozpadały. Ale przy każdej próbie faszerowania i owszem. Dlatego zamiast arancini zjedliśmy na obiad risotto, też dobre.

A tak wyglądało oryginalne, z dodatkiem oliwek, pasty z bakłażanów i pomidorów. Pyszny obiad.

Wracamy deptakiem miejskim. Siadamy na chwilę w kawiarni. Kawa pyszna, w końcu jesteśmy na Sycylii. Desery też pyszne, ale porcje bardzo skromne, i nie za duży rachunek. A sceneria starówki, szkoda gadać.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.95
drukowana A5
za 15.96
drukowana A5
kolorowa
za 36.75