E-book
23.63
drukowana A5
46.99
Transfuzja

Bezpłatny fragment - Transfuzja


Objętość:
127 str.
ISBN:
978-83-8431-807-2
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 46.99

Na wstępie

Wszechświat jest pełen miejsc, które czekają na odkrycie, ale nie każde z nich chce być poznane. Misje badawcze, choć planowane z najwyższą starannością, mogą natknąć się na rzeczy, które wymykają się logice i nauce.

„Transfuzja” to opowieść o granicach ludzkiej ciekawości i o cenie kontaktu z żywą planetą. Oikos nie jest wrogiem ani sprzymierzeńcem — jest istotą, której własne prawa i rytmy mogą zaskoczyć nawet najbardziej doświadczoną załogę.

Ta historia nie jest zwykłą misją eksploracyjną. To podróż przez nieznane, w której nauka, instynkt i empatia próbują odnaleźć wspólny język z tym, co obce. Czasami odkrycie oznacza więcej niż triumf — czasami wymaga poświęcenia i zrozumienia, że kontakt z życiem innym niż nasze zawsze niesie konsekwencje.

Zapraszam do wejścia na pokład Horyzontu.

— Tomasz Polus

Prolog: Obietnica Gaia-4

Lipiec 2030 roku. Centrum Operacyjne Keplera w Ames Research Center (NASA, Kalifornia)


Teleskop Keplera był trupem na kredyt — starzejącym się złomem, który dawno powinien zgasnąć. A jednak tej nocy, w swojej ostatniej, błyskotliwej chwili, wypluł dane, które na nowo rozpaliły ludzkie marzenia.

Na ekranach NASA i ESA obrazy były niczym więcej niż chmurą pikseli w odległości trzydziestu pięciu lat świetlnych. Jednak analiza spektralna krzyczała: woda w stanie ciekłym, stężenie tlenu w sam raz, masa i grawitacja niemal idealna. Była. Istniała.

Gaia-4.

W ciągu tygodnia planeta stała się kultem. Zdjęcia jej artystycznej wizji — błękitnej, pokrytej zielonymi kontynentami i otoczonej chmurami — wisiały w każdej redakcji i szkole. Oczywiście, nazwano ją Drugą Ziemią, a w mediach była znana jako Oikos.

Nastąpił globalny, gorączkowy szał. To nie była martwa kula. To było świadectwo — dowód, że gdzieś tam czeka nieskazitelny Eden, czysty start dla ludzkości. Skończyła się nasza kosmiczna samotność. Zaczęła się nowa misja, wyzwanie technologiczne i filozoficzne, które miało zdefiniować następne stulecia. Gaia-4 stała się symbolem: Ostatnią Szansą, ucieczką od naszych błędów.

Gdy świat ekscytował się wizją kolonizacji i nowej epoki, jedynie garstka naukowców cicho zadawała pytania. Gdzie były sygnatury życia? Dlaczego ekosystem o tak idealnych warunkach nie emitował żadnych radiowych fal?

Nikt nie słuchał. W obliczu tej doskonałej obietnicy ludzkość nie chciała słyszeć o niuansach. Wszyscy byli przekonani, że ten kosmiczny dar tylko czeka, aż go weźmiemy. Nie przyszło im do głowy, że Gaia-4 czekała, by ją zrozumieć, a nie skolonizować. Nie myśleli, że mogła mieć już własną, doskonałą definicję życia.

Wtedy nikt nie myślał o technologii Transfuzji. Myśleli tylko o podróży.

Rozdział 1: Zapomniane odkrycie

Rok 2350. Instytut Badań Kosmicznych,

Archiwum Odkryć

Nowy Waszyngton

W zalanych łagodnym światłem podziemiach Instytutu, gdzie cicho pulsowały chłodzone serwery, unosił się chłód i zapach ozonu. Dr. Lena Karras, wówczas zaledwie trzydziestoletnia inżynierka, zmagała się z koszmarem każdego technokraty: cyfrowym chaosem. Jej zadaniem było skatalogowanie i oczyszczenie przestarzałych, hybrydowych baz danych z czasów przed Wojną Algorytmów — okresu, w którym ludzkość prawie utonęła we własnym cyfrowym śmietniku.

Lena, skupiona na optymalizacji algorytmu wyszukiwania, niemal pominęła anomalię. Był to zaszyfrowany plik. Po trzech dniach dekodowania ekran wreszcie rozświetlił się surowymi danymi datowanymi na rok 2030.

Protokół: T. KEPLERA / Gaia-4

Klasyfikacja: NADZIEJA

To nie były zwykłe dane. To był pierwotny zapis, surowa transmisja z teleskopu Keplera. Wszystkie późniejsze informacje o Drugiej Ziemi były kopiami, filtrowanymi przez stulecia ludzkiej nadziei i popkultury.

Lena wezwała swojego mentora, a wkrótce do cichej sali weszła Dr. Elara Vance. Elara była już wtedy legendą w ksenobiologii, znaną z teorii, że życie pozaziemskie musi wykraczać poza nasze biologiczne i techniczne ramy. Zawsze powtarzała, że jeśli coś wydaje się proste, to prawdopodobnie jest fałszywe.

Gdy Elara spojrzała na surowe odczyty, na jej twarzy pojawił się wyraz, którego Lena nigdy nie zapomniała: skrzyżowanie fascynacji z głęboką obawą.

— Przekonano nas, że to idealna kula, Leni — powiedziała Elara, jej głos był szeptem, który odbijał się echem od betonowych ścian. — Ale spójrz na to.

Wskazała na pierwotne wzorce energetyczne i wibracje planety. Były zbyt regularne, zbyt symetryczne. Przypominały rezonans — jak struna napięta z idealną precyzją.

— To nie jest biologiczny bałagan, jak na Ziemi — kontynuowała Elara. — To jest porządek. Doskonały porządek. Przez trzy stulecia żyliśmy w iluzji „Drugiej Ziemi”, a ta planeta… ona jest czymś, co nie ma prawa istnieć naturalnie.

Wzorce termiczne i energetyczne, które miałyby pochodzić od miliardów niezależnych istot, splatały się w jedną, harmonijną siatkę. Nie przypominało to żadnego znanego życia — ani chaotycznego, ani brutalnego. To był porządek absolutny, dokładny jak zegar, żywy i świadomy.

— Spójrz, Leni. Każde życie na Ziemi walczy o przetrwanie, tworząc chaos. Ten świat nie walczy. Jest jednością. To nie ekosystem. To jeden myślący organizm.

Elara odwróciła się, a jej oczy błyszczały obsesją. Lena wiedziała, że odkrycie, które trzymają w rękach, odmieni wszystko.

— Potrzeba nam czegoś więcej niż skanerów, Leni — szepnęła Elara, kładąc rękę na surowych danych. — Potrzeba nam kogoś, kto naprawdę chce to zrozumieć. Kogoś, kto jest gotów zapomnieć, czym jest życie.

Lena nie odpowiedziała od razu. W laboratorium panowała cisza, przerywana jedynie cichym szumem wentylatorów i delikatnym mruganiem diod na serwerach. Patrzyła na Elarę — nie na legendę, nie na mentorkę, ale na kobietę, której oczy wydawały się patrzeć poza dane, poza czas.

— A co, jeśli to nie chce zostać zrozumiane? — zapytała w końcu, głos jej drżał nieco, choć starała się brzmieć racjonalnie. — Co, jeśli to… nie dla nas?

Elara uśmiechnęła się, ale to nie był uśmiech radości. Był w nim smutek, jakby od lat nosiła wiedzę, której nikt nie chciał słuchać.

— Wszystko, co żyje, chce zostać zrozumiane, Leni. Tylko że nie zawsze w naszym języku. Nie przez mikroskop, nie przez równania. Czasem zrozumienie wymaga… przekroczenia.

Zatrzymała się, spojrzała na surowe dane, jakby czytała w nich nie tylko liczby, ale i los.

— My mówimy o życiu jak o czymś, co się rozprzestrzenia. Jak wirus. Ale co, jeśli życie nie chce się rozprzestrzeniać? Co, jeśli chce się zjednoczyć?

Lena poczuła, jak po plecach przesuwa się zimny dreszcz. To nie były teorie z konferencji. To było coś bardziej osobistego. Jak modlitwa naukowca.

— Instytut nigdy nie zatwierdzi teorii opartej na… wibracjach — powiedziała cicho. — Potrzebujemy dowodów. Obrazów. Spektrogramów.

— A co, jeśli dowód jest spektrogramem? — odparła Elara, wskazując na falę energetyczną, która powtarzała się co 17,3 sekundy, idealnie, bez żadnego zniekształcenia. — To nie jest szum tła. To oddech.

— Może to artefakt? — upierała się Lena. — Interferencja z magnetosferą?

Elara pokręciła głową, a jej wzrok zdradzał coś, czego Lena nigdy wcześniej nie widziała — ból, który nie był gniewem, lecz akceptacją.

— Kiedy miałam dwadzieścia osiem lat, moja siostra umarła na zespół rozsianego rozpadu komórkowego — powiedziała cicho, jakby opowiadała o pogodzie. — To rzadka choroba. Komórki przestają rozpoznawać granice ciała. Zaczynają się łączyć z otoczeniem. Z roślinami, z wilgocią w powietrzu… z niczym.

Zamilkła na chwilę, jakby słowa były zbyt ciężkie.

— Ostatnie tygodnie jej życia… nie była w agonii. Była… spokojna. Mówiła, że czuje się jakby wracała do czegoś, co zawsze istniało. Że śmierć to nie koniec, tylko rozproszenie.

Lena otworzyła usta, ale nie wypowiedziała słowa.

— Wtedy zrozumiałam — kontynuowała Elara — że nasza definicja życia opiera się na odrębnym ja. Na granicy: ja i świat. Ale co, jeśli ta granica jest iluzją? Co, jeśli życie nie kończy się na skórze?

Spojrzała na Lenę z intensywnością, która nie była agresją, lecz prośbą o zrozumienie.

— Dlatego nie boję się tego, co widzę w tych danych. Bo jeśli to, co tu mamy, jest prawdą… to moja siostra nie umarła. Po prostu stała się czymś większym.

Lena poczuła, jak jej oczy zaczynają palić. Nie z emocji — z strachu. Nie przed planetą, ale przed myślą, że może mieć rację.

— A co z Kaelem? — zapytała nagle, bo wiedziała, że Elara i Kael byli parą, że to on pomagał jej w teoriach o „świadomości poza ciałem”. — On wierzył w dialog. W język. W ludzkość.

Elara skinęła głową, a w jej spojrzeniu pojawiła się ciepła nostalgie.

— Kael wierzył, że wszystko da się przetłumaczyć. Że wystarczy znaleźć wspólny mianownik.

Uśmiechnęła się smutno.

— Może miał rację. Tyle że niektóre języki nie używają słów. Używają całego ciała. Całej świadomości. Całego ja.

W laboratorium zapadła cisza, gęstsza niż wcześniej. Nawet serwery wydawały się cichsze, jakby i one słuchały.

— Więc co robimy? — zapytała w końcu Lena, jej głos ledwo słyszalny.

Elara odwróciła się do okna, za którym nie było nieba — tylko beton i światła miasta, migoczące jak chore neurony.

— Czekamy — powiedziała. — Albo… słuchamy.

I wtedy, po raz pierwszy, Lena zrozumiała, że nie patrzą na dane.

Dane patrzą na nie.

Lena nie poruszyła się. Jej wzrok wciąż utkwiony był w ekranie, gdzie fala energetyczna nadal pulsowała — idealnie, niezmordowanie, jak serce ukryte pod skorupą świata.

— To niemożliwe — mruknęła, bardziej do siebie niż do Elary. — To musi być sprzężenie zwrotne z naszych własnych systemów. Albo… echo z jakiegoś starego satelity.

— Sprawdziłaś źródło sygnału? — zapytała Elara, nie odwracając się od okna.

— Trzy razy. To nie jest odbicie. To nadawanie. Z powierzchni planety. Z jednego punktu. Jakby… coś tam siedziało i nas słuchało.

Elara wreszcie się odwróciła. Jej oczy były szeroko otwarte, ale nie z przerażenia. Z rozpoznania.

— Nie „coś”. Ona.

Lena pokręciła głową, jej palce zacisnęły się na krawędzi stołu.

— Nie mów tak. To tylko metafora. To nie… osoba.

— A co to jest osoba? — zapytała Elara cicho. — Czy świadomość musi mieć twarz? Musi mówić naszym językiem? Czy wystarczy, że reaguje?

W tym momencie terminal Leny mrugnął ponownie. Nowy plik. Automatycznie zdekodowany. Nazwa: „Odpowiedź_Gaia4_2030—2350”.

— Co to…? — Lena zamarła, jej palec zawisł nad klawiaturą.

— Otwórz — powiedziała Elara, jej głos był spokojny, ale w nim drżała nuta czegoś, co Lena mogła nazwać tylko wstrząsem świętym.

Na ekranie pojawił się nowy zestaw danych. Nie były to obrazy ani spektrogramy. To był ciąg impulsów piezoelektrycznych, zapisanych przez stary system monitoringu Keplera — nie do tego zaprojektowany, ale przypadkowo wychwytujący subtelne wibracje w strukturze planety.

— To nie ma sensu — szepnęła Lena. — Te impulsy… są synchroniczne z naszymi transmisjami radiowymi z Ziemi. Z ostatnich trzech stuleci.

Przesunęła linię czasu. Każda duża emisja z Ziemi — pierwszy sygnał radarowy, transmisja z Apollo, sygnał Arecibo, pierwsze wiadomości z sondy Voyager — miała odpowiedź. Nie natychmiast. Z opóźnieniem wynikającym z odległości 35 lat świetlnych. Ale zawsze.

— Ona nas słuchała — powiedziała Lena, jej głos zadrżał. — Od samego początku.

Elara podeszła bliżej, jej oddech zamglił ekran na ułamek sekundy.

— I nie tylko słuchała. **Naśladowała**.

Wskazała na wzorzec z 2187 roku. Sygnał z Ziemi: pierwszy test napędu warp. Odpowiedź z Gaia-4: **delikatna zmiana częstotliwości wibracji skorupy**, niemal identyczna co do kształtu.

— To nie jest przypadkowe rezonowanie — szepnęła Elara. — To **nauczanie się**. Jak dziecko, które słucha języka, zanim zacznie mówić.

Lena opadła na krzesło, jakby nagle straciła siłę w nogach.

— Ale… po co? Dlaczego miałaby nas słuchać? My nie mówiliśmy do niej. Wysyłaliśmy śmieci. Hałas. Wojenne kody. Reklamy.

Elara spojrzała na nią z dziwnym współczuciem.

— Może nie słuchała naszych słów. Może słuchała naszego błędu.

Zamilkła, a potem dodała, tak cicho, że Lena ledwo usłyszała:

— Może wiedziała, że kiedyś przyjdziemy. I że przyniesiemy coś, czego jej świat nie potrafi strawić.

W laboratorium zapadła cisza. Nawet wentylacja wydawała się zamarła.

Lena wpatrywała się w dane, a w jej głowie kłębił się tylko jeden, uporczywy obraz:

Planeta, która przez trzysta lat słuchała hałasu ludzkości… i czekała, aż ten hałas stanie się ciałem.

— Co teraz? — zapytała, nie odrywając wzroku od ekranu.

Elara nie odpowiedziała od razu. Zamiast tego położyła dłoń na klawiaturze — lekko, jakby dotykała skóry.

— Teraz — powiedziała — przestajemy mówić.

I zaczynamy prosić.

Słowa Elary — „Teraz przestajemy mówić. I zaczynamy prosić” — zawisły w powietrzu jak dym po zgasłym ogniu. Lena wciąż patrzyła na ekran, ale jej myśli błądziły dalej, w stronę pytania, którego nie potrafiła zadać: Czy można prosić coś, co nie zna litości?

Elara zaś… w myślach cofnęła się w czasie o dziesięć lat.

„Noc na księżycu Tycho trwała czternaście dni, ale oni nie liczyli czasu w godzinach. Liczyli w impulsach. W milczeniach między zdaniami. W dotykach, które mówiły więcej niż teorie.

Kael siedział na krawędzi platformy obserwacyjnej, nogi zwisały nad próżnią. Elara stała za nim, trzymając kubek z herbatą, której nie piła.

— Wciąż wierzysz, że życie musi mówić? — zapytała.

— Nie mówić — odparł, nie odwracając się. — Komunikować. To różnica. Mowa to tylko jeden kanał. A komunikacja… to chęć bycia zrozumianym.

— A co, jeśli obca świadomość nie chce być zrozumiana przez *nas*? Co, jeśli nasz sposób postrzegania jest dla niej… bólem?

Kael wreszcie spojrzał na nią. Jego oczy były ciemne jak regolit, ale w nich płonęło coś, co Elara zawsze nazywała uporem nadziei.

— Wtedy naszym zadaniem nie jest mówić głośniej. Ani strzelać. Ani nawet badać.

Uśmiechnął się.

— Naszym zadaniem jest stać się godnymi zrozumienia.

Elara westchnęła.

— To brzmi jak mistyka, nie jak nauka.

— A może nauka dopiero teraz dochodzi do mistyki? — odparł. — Może wszystkie wielkie odkrycia zaczynają się od pytania: „A co, jeśli ja jestem tym, co się myli?”

Wtedy wziął ją za rękę. Jego dłoń była ciepła, mimo zimna próżni za szybą.

— Gdy znajdziemy coś naprawdę obcego, El… nie będzie to potwór. Nie będzie to bóg.

— To co wtedy?

— To będzie zwierciadło. I zobaczymy, kim naprawdę jesteśmy.”

Elara mrugnęła. Obraz Kaela zniknął, zastąpiony przez migające dane na ekranie. Ale jego słowa wciąż brzmiały w jej głowie, jakby planeta je powtarzała.

„Zwierciadło.”

— O czym myślisz? — zapytała Lena, dostrzegając zmianę w jej spojrzeniu.

Elara powoli opuściła rękę z klawiatury.

— O tym, że Kael miał rację. Tylko że… nie przewidział, jak bardzo to zwierciadło nas **roztrzaska**.

Lena nie odpowiedziała. Ale w jej oczach Elara dostrzegła coś nowego: nie tylko strach.

Zrozumienie.

Lena wstała. Nie powiedziała słowa. Tylko przeszła do głównego terminala, otworzyła panel bezpieczeństwa i wpisała sekwencję autoryzacyjną — swoją, prywatną, niezwiązaną z siecią Instytutu. Potem podłączyła kryptograficzny nośnik, taki, którego nawet algorytmy Wojny Algorytmów nie potrafiły złamać.

— Co robisz? — zapytała Elara, nie poruszając się.

— Zabezpieczam to — odparła Lena, jej palce latały po klawiaturze. — Jeśli to, co tu mamy, jest prawdą… nie możemy pozwolić, by to zniknęło. Ani by zostało zaszyfrowane jako „niepotwierdzona anomalia”.

— Instytut to ukryje — powiedziała Elara cicho. — Albo nazwie herezją.

— Wiem — odparła Lena, wpatrując się w pasek postępu kopiowania. — Dlatego nie dla Instytutu to robię.

Spojrzała na Elarę, po raz pierwszy bez lęku w oczach.

— Dla świata. Niech sam zdecyduje, czy chce słuchać.

Elara skinęła głową. W tym momencie zrozumiała: Lena przestała być technokratką. Stała się świadkiem.

— Dziękuję — powiedziała.

— Nie dziękuj mi. Jeszcze nie wiesz, co z tym zrobisz.

— Wiem — odparła Elara. — Muszę to zgłosić. Oficjalnie.


Godzinę później. Gabinet Dyrektora Sekcji Ksenobiologii


Dyrektor Aris Thorne siedział za biurkiem z polimeru z odzysku, jego twarz oświetlona blaskiem trzech ekranów. Nie wstał, gdy Elara weszła. Tylko wskazał krzesło.

— Słyszałem plotki — powiedział, nie patrząc na nią. — Że znów grasz w „świadomość wszechświata”.

— To nie gra, Arisie — odparła Elara, stając zamiast usiąść. — To dowód.

— Dowód na co? Że planeta oddycha? Że skały myślą? — Uśmiechnął się, ale to był uśmiech zmęczonego człowieka, który od lat tłumi entuzjazm innych, by utrzymać porządek. — Elaro, jesteśmy naukowcami, nie mistykami. Nasza rola to stabilizować ludzkość, nie ją przerażać.

— A jeśli prawda jest przerażająca?

— Wtedy czekamy, aż stanie się bezpieczna — odparł ostro. — Gaia-4 to symbol. To nadzieja dla kolonii na Proximie, dla dzieci w osiedlach na Marsie. Nie zniszczysz tego, bo widziałaś „wzorzec”.

Elara wzięła głęboki oddech.

— Nie chodzi o wzorzec. Chodzi o to, że odpowiadała. Przez trzysta lat. Nasłuchiwała naszych sygnałów. Naśladowała nasze technologie.

— I co z tego? Może to rezonans. Może to przypadkiem.

— A jeśli to nie przypadek? — zapytała Elara, jej głos był cichy, ale nieugięty. — Jeśli to świadoma istota, a my ją bombardujemy hałasem, wirusami, polimerami… co wtedy?

Thorne wstał. Podszedł do okna, za którym rozciągał się widok na miasto — światła, wieże, sieci transportowe. Cała ludzkość, zbudowana na granicach, własności, kontroli.

— Wiesz, dlaczego twoje teorie nigdy nie trafiają do głównego raportu? — zapytał, nie odwracając się. — Bo nie dają rozwiązań. Dają tylko zagrożenia.

Obrócił się.

— Jeśli powiemy światu, że Druga Ziemia to… co? Bóg? Potwór? Świadoma sieć, która nas pochłonie? Ludzie zaczną panikować. Rządy zaczną budować broń. A my… stracimy jedyną szansę na kolonię, jaką mieliśmy od stuleci.

— A jeśli to ona ma szansę na nas? — zapytała Elara.

Thorne spojrzał na nią z politowaniem.

— Nie jesteś tu po to, by pytać, kim jesteśmy dla nich. Jesteś tu po to, by sprawdzić, czy mogą być nasze.

Elara skinęła głową. Już wiedziała, że przegrała.

— Więc co teraz? — zapytała.

— Dane zostaną zaklasyfikowane jako „nieweryfikowalna anomalia klasyczna”. Ty… wracasz do swoich projektów nad ekstremofilami na Enceladusie. A Lena…

Spojrzał na nią zimno.

— Powiedz jej, że jej kryptonośnik zostanie zablokowany, jeśli choć jedna kopia trafi do mediów. To nie prośba, Elaro. To protokół bezpieczeństwa.

Elara nie odpowiedziała. Tylko odwróciła się i wyszła.


Tego samego wieczoru. Laboratorium.


Lena czekała. W ręku trzymała dwa nośniki.

— Jeden dla ciebie — powiedziała, wręczając Elarze mały, czarny sześcian. — Drugi… ukryty. W miejscu, o którym nikt nie wie.

Elara wzięła go. Był ciepły.

— Co teraz? — zapytała Lena.

Elara spojrzała na ekran, gdzie dane wciąż pulsowały — cicho, niezmiennie, jakby nic się nie zmieniło.

— Teraz czekamy — powiedziała. — Aż ktoś naprawdę zechce słuchać.

Ale w głębi wiedziała:

Nie będą słuchać. Będą przybywać.

I wtedy Oikos ich przyjmie.

Rozdział 2: Konferencja w Cieniu

Miesiąc później. Centrum Kongresowe Genewa.


Deszcz padał na przezroczysty dach hali konferencyjnej, tworząc migoczącą siatkę światła i cienia. Wewnątrz, wśród stoisk z najnowszymi spektrometrami, panował inny rodzaj deszczu — deszcz słów, cichych plotek i uprzejmych kłamstw.

Dr. Elara Vance stała przy kawie, trzymając kubek jak tarczę. Nie przyszła tu, by prezentować. Przyszła, by słuchać.

Od momentu spotkania z Thorne’em w Instytucie, jej nazwisko zniknęło z list prelegentów. Zamiast tego dostała slot o 8:15 rano, w sali B3, na temat „Adaptacyjnych enzymów u termofilnych grzybów z podziemnych jezior Titanu”. Temat bezpieczny. Martwy. Idealny.

Ale to nie ona była dziś celem.

— Słyszałaś? — Lena pojawiła się obok, ubrana w oficjalny strój inżyniera z logo Valkyrie Dynamics na piersi. — Zmienili nazwę projektu.

Elara spojrzała na nią. Valkyrie Dynamics — prywatna firma kosmiczna, nowa patronka badań nad Gaia-4.

— Jak teraz się nazywa? — zapytała Elara.

— Oikos Initiative — odpowiedziała Lena, jej głos był cichy, ale pełen napięcia. — Oficjalnie: „projekt oceny potencjału kolonizacyjnego”. Ale wewnętrzne dokumenty… mówią o „reaktywnej bioadaptacji” i „komunikacji z systemami planetarnymi”.

Elara zamknęła oczy. Oikos. Nie Gaia-4. Nie Druga Ziemia. Dom. Ktoś przeczytał ich dane. Ktoś rozumiał.

— To ty — powiedziała, otwierając oczy. — Ty im to dałaś.

Lena nie zaprzeczyła.

— Instytut chciał to zakopać. Ale Valkyrie… oni nie chcą kolonii. Chcą przełomu. Technologii, która pochodzi z kontaktu, nie z podboju. — Spojrzała Elarze prosto w oczy. — Wiedziałam, że jeśli ktokolwiek zrozumie, co znaleźliśmy… to oni. Po tym wszystkim odeszłam z instytutu…

— A jeśli zechcą ją wykorzystać? — zapytała Elara, przerywając Lenie. — Jeśli zbudują broń z jej świadomości?

— Wtedy będziemy tam, by ich powstrzymać — odparła Lena. — Ale lepiej, żeby to było otwarte, niż zakopane w archiwach Thorne’a.

W tym momencie zapowiedziano główną prelekcję dnia: „Oikos Initiative: Nowy Horyzont dla Ludzkości”. Prelegent: Dyrektor R&D Valkyrie Dynamics, dr Idris Chen.

Sala A1 zaczęła się wypełniać.

— Idziesz? — zapytała Lena.

Elara skinęła głową.


Sala A1. Godzina 10:00


Dr Idris Chen nie zaczął od wykresów. Zaczął od ciszy.

Stał na scenie, w ciemnym garniturze. Za nim — ogromny ekran, na którym nie było logo firmy. Tylko surowe dane: te same, które Elara i Lena widziały w laboratorium. Wibracje. Impulsy. Rezonans.

— Przez trzysta lat — powiedział Chen, jego głos był spokojny, ale nosił w sobie ciężar — ludzkość patrzyła na Gaia-4 jak na lustrzane odbicie siebie. Idealny świat. Czysty start. — Zatrzymał się. — Ale co, jeśli to lustrzane odbicie odpowiedziało?

W sali zapadła cisza.

— Valkyrie Dynamics, we współpracy z niezależnymi badaczami — spojrzał w stronę Elary, lekko skinął głową — potwierdziła: Gaia-4 nie jest planetą. To superorganizm. Jeden, spójny, świadomy byt o skali planetarnej.

Chen przerwał na moment, biorąc parę łyków wody, a następnie kontynuował.

— I od trzech wieków nas słucha.

Elara poczuła, jak serce bije jej w skroniach. Nie kłamią. Nie przekręcają. Mówią prawdę.

— Naszym celem nie jest kolonizacja — kontynuował Chen. — Naszym celem jest dialog. Pierwszy prawdziwy kontakt z formą życia, która nie potrzebuje języka, bo jest językiem.

Wtedy na ekranie pojawił się projekt statku. Horyzont. Elegancki, zwarty, z kadłubem pokrytym cienką warstwą inteligentnego polimeru.

Elara poczuła, jak żołądek się w niej ściska.

— Statek będzie wyposażony w najnowsze systemy ksenobiologiczne — mówił Chen. — W tym unikalny moduł Transfuzji, umożliwiający bezpośrednią biochemiczną komunikację z systemem planety.

Słowo Transfuzja zawisło w powietrzu jak ostrze.

Lena pochyliła się do Elary. — To twoje słowo — szepnęła. — Z twoich notatek. Skąd oni…?

Elara nie odpowiedziała. Patrzyła na statek na ekranie i wiedziała: To nie misja kontaktu. To misja leczenia. Tylko że nikt jeszcze nie zrozumiał, kto jest chory.

Gdy Chen zakończył prezentację, sala eksplodowała oklaskami.

Lena podeszła od tyłu, chwyciła ją lekko za ramię. — Musimy porozmawiać. Teraz.

Lena poprowadziła ją do bocznego korytarza, z dala od tłumu, gdzie panował chłód i półmrok.

— Co się dzieje? — zapytała Elara.

Lena spojrzała na nią, a w jej oczach nie było triumfu. Było przerażenie i wyrzuty sumienia.

— Pamiętasz, że dostałaś slot w sali B3? O ósmej rano?

Elara skinęła głową. — „Adaptacyjne enzymy u grzybów z Titanu”. Bezpieczny temat.

— To było kłamstwo — powiedziała Lena. — Nie dostałaś tego slotu od komitetu programowego. Ja ci go załatwiłam.

Elara zamarła. — Dlaczego?

— Bo to był jedyny sposób, by cię tu dostać bez podejrzeń Thorne’a — wyjaśniła Lena, jej głos drżał. — Valkyrie nie mogła wysłać oficjalnego zaproszenia. Instytut by ci zabronił. Stworzyłam fałszywy temat, przekonałam komitet. W rzeczywistości… to spotkanie z tobą było jedynym celem mojej obecności na konferencji.

— Czyli… od samego początku wiedziałaś, że mnie tu sprowadzisz?

— Wiedziałam, że musisz usłyszeć to z ust Chena — powiedziała Lena. — Że jeśli przeczytasz o tym w raporcie, nazwiesz to propagandą. Ale jeśli zobaczysz, że on rozumie… że mówi twoim językiem…

— To co?

— Że pozwolisz sobie wybrać — poprawiła Lena. — Bo jeśli nie ty… to kto? Kto inny w tej sali rozumie, że „Transfuzja” to nie technologia, lecz modlitwa?

Elara oparła się o ścianę. — Więc nie mam wyboru.

— Masz — odparła Lena. — Zawsze masz wybór. Tylko że… jeśli odmówisz, nikt inny nie zrozumie, że Oikos nie prosi o kontakt. Ona prosi o pomoc.

Elara zamknęła oczy. I wtedy, po raz pierwszy, usłyszała to wyraźnie: nie wibrację, nie dane — głos. Cichy. Starożytny. Smutny. I mówiący jej imieniem.

— Więc to się zaczyna — szepnęła.

Lena nie odpowiedziała. Tylko położyła rękę na jej ramieniu. Na pożegnanie. Albo na błogosławieństwo.

Po rozmowie z Leną, gdy Elara stała w półmroku korytarza, jej terminal odezwał się ponownie.

Tym razem — nie od Instytutu. Nie od Leny. Wiadomość przychodziła z lokalnego systemu konferencyjnego. Automatyczna notyfikacja:

Dr. Elara Vance,

Prosimy stawić się w Gmachu Akademii Genewskiej, Sala R.3, o 14:30.

Temat: Konsultacja specjalistyczna — Inicjatywa Oikos.

Prelegent: dr Idris Chen (Valkyrie Dynamics).

Uwaga: Spotkanie nie jest częścią oficjalnego programu.

Elara zmarszczyła brwi. Spojrzała na Lenę. — Ty…?

Lena pokręciła głową. — To nie ja. Ale… może to nie przypadek, że właśnie teraz dostałaś tę wiadomość.

Elara spojrzała na godzinę. 14:27. Trzy minuty.

— Dlaczego miałabym iść?

— Bo — powiedziała Lena cicho — jeśli Oikos nas słucha… to może ona cię wezwała.

Elara ruszyła korytarzem. Nie dlatego, że wierzyła. Ale ponieważ cisza między słowami Leny brzmiała jak echo siostrzynych marzeń.


Gmach Akademii Genewskiej, Sala R.3.

Drzwi były otwarte. W środku — stara sala lekcyjna. Na tablicy ktoś napisał kredą: „Czy świadomość musi mieć granice, by istnieć?”

Przy oknie stał Idris Chen. Nie miał eskorty. Tylko książkę w ręku — „Teorie o życiu poza życiem” autorstwa… niejednej Elary Vance.

— Czyta pan moje herezje? — zapytała, wchodząc.

Idris Chen odwrócił się. Jego oczy były zmęczone prawdą.

— To nie herezje — powiedział. — To jedyne, co ma sens.

— Dlaczego mnie wezwano?

— Bo — odparł — ja widziałem twoje nazwisko w każdym impulście Oikos. W każdej wibracji. Jakby planeta mówiła twoim językiem, zanim jeszcze go wymyśliłaś.

W tym momencie terminal w kieszeni Elary zawibrował — gwałtownie. Wyciągnęła go. Wiadomość. Instytut Badań Kosmicznych — Dyrektor Aris Thorne.

Dr. Vance,

W związku z naruszeniem protokołu bezpieczeństwa, nieautoryzowanym ujawnieniem danych klasyfikowanych oraz kolaboracją z podmiotem prywatnym (Valkyrie Dynamics), niniejszym informuję, że z dniem dzisiejszym zostaje Pani odwołana ze wszystkich funkcji w Instytucie.

Dostęp do archiwów, laboratoriów i sieci naukowej zostaje natychmiast unieważniony.

— Aris Thorne

Elara opuściła wzrok. Coś w niej pękło — cicho, jak korzeń pod ziemią.

— Zostałam właśnie wyrzucona z Instytutu — powiedziała cicho. — Za to, że powiedziałam prawdę.

Chen nie wyglądał na zaskoczonego.

— Wiedziałem, że to nastąpi. Prawda zawsze kosztuje więcej niż kariera. Ale teraz… nie masz już nic do stracenia. Tylko wszystko do zrozumienia.

Elara zamknęła terminal. I po raz pierwszy od lat poczuła się… wolna.

— Kiedy wyruszamy? — zapytała.

Chen skinął głową. — Maksymalnie za trzy miesiące ale bądź gotowa w każdej chwili. Horyzont czeka w porcie orbitalnym. — Spojrzał na nią z powagą. — Ale pamiętaj: jeśli Oikos rzeczywiście jest tym, czym sądzimy… to nie wrócisz jako Elara Vance.

— Wiem — odparła. I po raz pierwszy od śmierci siostry… uśmiechnęła się bez smutku.

— Będziemy się z tobą kontaktować — powiedział, podając rękę na pożegnanie.

Elara uśmiechnęła się i wyszła. Stojąc przed wejściem głównym wysłała wiadomość do Kaela “jutro wracam”

Zamówiła Aerocab, nie czekała długo, udała się do hotelu.


Hotelowy Pokój. Późny Wieczór.

Hotelowy pokój pachniał świeżo wyprasowaną pościelą i dezynfekcją — sztuczną czystością. Elara stała przy oknie, patrząc na Genewę. Miasto było piękne: światła odbijały się w jeziorze.

Jej terminal leżał na łóżku. W kieszeni miała kartę magnetyczną, bilet powrotny na rano, i… mały, czarny nośnik od Leny. Z danymi. Z prawdą.

Usiadła na łóżku. Nie czuła zmęczenia ciała — tylko ciężar wyboru.

Co, jeśli się mylę? Co, jeśli Oikos nie prosi o pomoc… tylko o ciszę?

Przypomniała sobie siostrę. „Nie boję się zniknąć. Boję się, że nikt nie zauważy, że byłam.”

A Oikos… Oikos zauważa wszystko.

Może to właśnie było jej przeznaczeniem: nie odkryć nowego życia… Ale dać się zauważyć przez życie, które zawsze było.

Włączyła stację pogodową. Lektor mówił o deszczu nad Paryżem, burzy magnetycznej na Słońcu. Śmierdzące chaosem. Piękne w swojej niekompletności.

Zamknęła oczy. I po raz pierwszy od lat… nie marzyła o kosmosie. Marzyła o powrocie — do czegoś, co nigdy nie było jej obce.

Zasnęła z nośnikiem w dłoni. A we śnie nie było statku. Była tylko ciepła ciecz, pulsująca w rytmie, który znała od urodzenia.


Następnego dnia. Port Orbitalny Genewa.

Deszcz padał, gdy Elara wchodziła na pokład promu powrotnego. Pracownik portu wręczył jej mały, czarny sześcian — taki sam jak nośnik Leny.

Na boku wygrawerowane dwa słowa: “Zaufaj Ciszy”

Elara włożyła go do kieszeni. Nie otworzyła go od razu. Wiedziała, że zawartość nie jest technologią. Jest zaproszeniem.

Prom oderwał się od ziemi. Ziemia zniknęła za chmurami.

A Elara… Już nie patrzyła w dół.

Rozdział 3: Misja Horyzont

Deszcz nad Nowym Waszyngtonem był taki sam jak w Genewie — cienki, uporczywy, jakby niebo próbowało zmyć coś, czego nie dało się oczyścić.

Elara schodziła z promu orbitalnego, jej walizka lekka, ale serce ciężkie. W tłumie pasażerów od razu zobaczyła jego.

Kael stał przy barierce, w długim płaszczu, z kubkiem herbaty w ręce — takim, jakiego lubiła. Nie machał. Nie uśmiechał się szeroko. Tylko patrzył.

Jakby wiedział, że coś się zmieniło.

— Myślałem, że zostaniesz dłużej — powiedział, gdy do niej podszedł.

— Nie było powodu — odparła.

Nie objęli się od razu. Najpierw spojrzeli sobie w oczy — długo, jakby sprawdzali, czy to jeszcze ci sami ludzie.

— Dostałaś wiadomość od Thorne’a? — zapytał.

— Tak.

— I?

— Jestem wyrzucona. Bez wyjaśnień. Bez apelacji. Tylko suchy komunikat w terminalu.

Kael skinął. Nie zdziwił się. Thorne nigdy nie mówił osobiście. Jego kara zawsze przychodziła w formacie.

— Więc co teraz? — zapytał.

Elara wzruszyła ramionami. To nie było gestem obojętności — była w nim pustka po decyzji, której jeszcze nie podjęła.

— Valkyrie złożyła mi ofertę. Ale nie podali terminu. Może za miesiąc. Może za rok. Spojrzała na niego.

— Nie wiem, Kael. Naprawdę nie wiem.

On skinął, zrozumiał. To nie była odmowa. To była pauza.

Wyszli na peron Driftrainu.

Tor magnetyczny wił się nad miastem jak srebrna żyła — gładki, bezszwowy pas z kompozytu ceramicznego, zawieszony na cienkich, prawie niewidocznych podporach. Nie było szyn, nie było iskrzenia, nie było hałasu. Tylko cisza i zawieszenie. Pociągi ślizgały się po nim jak myśli — bez tarcia, bez oporu, bez śladu. System był doskonały. Przewidywalny. Martwy.

Elara zawsze go lubiła.

Wsiadli do pustej kabiny. Drzwi zamknęły się bez dźwięku. Gdy pociąg ruszył, nie było przyspieszenia — tylko nagłe zniknięcie oporu, jakby miasto po prostu przestało ich trzymać.

Kael usiadł obok, nie za blisko, nie za daleko. Wyciągnął z kieszeni mały, przezroczysty worek z suszonymi kwiatami — z jej ulubionego gatunku, który rosł tylko na dachu ich laboratorium.

— Pamiętasz? — zapytał. — Mówiłaś, że to jedyna flora na Ziemi, która nie walczy o przetrwanie. Po prostu… kwitnie.

— I ginie — dodała Elara cicho.

— Ale zostawia nasienie.

Milczeli. Driftrain przemierzał dzielnicę akademicką, gdzie światła w oknach laboratoriów paliły się jak ostatnie ognie przed burzą.

— Gdybym ci powiedział — zaczął po chwili — że to szaleństwo… że forma życia, która nie rozróżnia jednostek, nie może być partnerem dla człowieka…

Spojrzał na nią.

— Czy byś mi uwierzyła?

Elara spojrzała mu w oczy. Wiedziała, że mówi to nie z lęku o siebie.

Ale o nią.

— Uwierzyłabym — powiedziała — gdybym nie słyszała jej głosu.

Kael zamarł.

— Słyszysz ją?

— Nie słowami. Ale… tak. Jakby moje ciało pamiętało coś, czego umysł jeszcze nie zrozumiał.

Wtedy Kael wziął ją za rękę. Jego dotyk był ciepły, ludzki, tymczasowy.

— Więc co teraz?

Elara spojrzała przez okno. Miasto mijało, a ona myślała o ciepłej, ciemnej cieczy, która nie znała granic.

— Teraz — powiedziała — wracamy do domu.

Na chwilę.

Bo w tej chwili nie myślała o misji.

Myślała o herbacie, o cichym wieczorze, o książkach na półkach, które jeszcze nie były pożegnaniem.

Nie wiedziała, że Valkyrie już dodała Kaela do manifestu Horyzontu.

A Kael…

patrzył na nią z miłością,

nie wiedząc, że już jest częścią planety, która go jeszcze nie pochłonęła —

ale już go wybrała.

Pociąg zwalniał.

— „Następna strefa przesiadkowa: New Washington Forest Nexus. Możliwość połączenia z miejską siecią transferową — moduły AeroRide, SkyPod i linią FluxMetro aktywne w sektorze C-12.Wyjscie po prawej stronie„ — odezwał się komunikat z glośników wagonu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 46.99